Kochani!
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy śledzi mnie na Youtube i niektórzy myślą, że blog jest porzucony. Nic bardziej mylnego! Fabuła na cały szósty tom jest zaplanowana, po prostu przez drugi projekt pisarski (Peccatorum), nie mam czasu na pisanie Apo. Nie wiem kiedy się to zmieni, ale postaram się Wam dostarczyć kolejne rozdziały przygód Bobra i całej grupy. Macie 5 tomów, które możecie sobie czytać na boku i wracać do tych przygód. Jak pojawi się kolejny rozdział na pewno o tym się dowiecie, a także jak ruszy samo pisanie to będę o tym informował na wszystkich mediach społecznościowych.
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o starej, dobrej Apokalipsie i mimo wszystko będzie czekać!
Tutaj podrzucam różne przydatne linki, które warto śledzić, w oczekiwaniu na dalsze informacje (a także jak ktoś po prostu lubi mój styl pisania):
Youtube - http://youtube.com/mrbobru
Facebook - https://www.facebook.com/MrBobru
Peccatorum (Drugi blog) - https://projectpeccatorum.blogspot.com/
https://www.youtube.com/watch?v=7qN8-84xOs8 - TUTAJ INFORMACJE O 6 TOMIE!!!
Dziękuje za cierpliwość i liczę, że jak najszybciej spotkamy się ponownie w klimatach zombie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apocalypse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apocalypse. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 października 2018
niedziela, 27 grudnia 2015
Plany, Informacje
Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
wtorek, 17 czerwca 2014
Rozdział 4: Czarny Dym
Czwarty rozdział, drugi z perspektywy Bobra. W tym rozdziale zobaczycie jak przebiegło przeszukiwanie miejsca katastrofy helikoptera :) Jestem cholernie ciekaw czego spodziewacie się po końcówce tego rozdziału i mam szczerą nadzieję, że was zaskoczyłem :) Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.
Rozdział 4 (Bobru): Czarny Dym
------------------------------------------------------
Rozdział 4 (Bobru): Czarny Dym
Dojechanie
na miejsce katastrofy zajęło nam sporo czasu. Potwór miał problemy z przejazdem
po leśnych ścieżkach i krzaczastych poboczach. Śnieg wcale nie pomagał. Słup
czarnego dymu wisiał jednak ciągle z przodu, znajdując się coraz bliżej nas.
Zastanawiałem się czy helikopter mógł wieźć coś ważnego. Może będzie tam szansa
na znalezienie jakiegoś wojskowego wyposażenia?
Siedziałem z tyłu razem z resztą osób, oczywiście poza Łowcą, który
kierował. Panowała cisza przerywana jedynie przez kierowcę, który raz za razem
rzucał przekleństwa po tym jak wjeżdżał w kolejną zakrzaczoną dróżkę.
Wszyscy
szykowaliśmy się do ewentualnego szturmu. Pierwotny plan wyglądał tak, że ja,
Łowca oraz Łapa powoli zakradniemy się do wraku i szybko go splądrujemy. Łapa
przedstawiła jeszcze pomysł, żebyśmy przyczaili się gdzieś w okolicznych
krzakach i tam zaczekali na innych, którzy będą chcieli przeszukać to miejsce,
a wtedy ich złupimy. Chociaż niewątpliwie zmieniłem się przez ten czas to nie
byłem bezwzględnym mordercą. Przynajmniej nie w taki sposób. Wiedziałem, że
jestem zdolny zabić tysiące, żeby zapewnić bezpieczeństwo mojej grupie, ale w
żadnym wypadku nie będę bawił się w bandytę, który czyha na inne grupy. Po
pierwsze było to niezwykle niebezpieczne, a po drugie nie wiadomo czy
ktokolwiek tutaj się pojawi. Liczyłem na spotkanie kogoś znajomego, który mógł
przeżyć atak na obóz, ale chociaż powtarzałem to na głos to w głębi serca
czułem, że to raczej niemożliwe.
Priorytetem był teraz Toruń, a my wyposażeni tak jak jesteśmy mieliśmy
ogromne szanse na dotarcie tam.
Czyszcząc
swoją broń i ładując ją siedziałem przy Cinku, który narzekał na to, że nie
może pójść w teren razem z nami.
- Stary nie jesteś
moją matką, żeby mówić mi takie rzeczy. Dam sobie radę, z ręką czy bez ręki – kontynuował
Cinek.
- Słuchaj stary zrozum
w końcu, że straciłeś tą cholerną rękę i teraz będziesz musiał długo ćwiczyć,
żeby stać się ponownie sprawnym strzelcem. To nie będzie od takie hop-siup.
Możliwe, że tam przy helikopterze będą inni ocalali. Będziemy musieli uciekać,
albo z nimi walczyć. Sorry, ale będziesz tylko kulą u nogi – powiedziałem
łagodnie, ale z przekonaniem w głosie.
- Ja kulą u nogi?
Świetnie sobie poradzę. Do chuja pana, dlaczego mam zostać tutaj, jeżeli mogę
się przydać tam na dole? – zapytał.
- Zakradniemy się tam
z Łapą. Im nas będzie mniej tym lepiej bo ciszej. Łowca nas będzie osłaniał ze
snajperki. Ty z Nieznajomą oraz Adamem zostaniecie przy wozie. Jakby coś poszło
nie tak to odjedziecie. Nie kłóć się ze mną. Jak uciekaliśmy z Supraśla to nie
dawałeś rady sam iść. Teraz minęło zaledwie parę dni od tego, a ty dalej się
upierasz. Odpoczywaj. – ciągnąłem.
- Ja pierdole…— skończył,
odsuwając się gdy zobaczył, że tym skończyłem rozmowę.
Cinek szanował mnie jako przywódcę, ale
czasami nie odróżniał rzeczywistości od jakiegoś filmu lub gry. Myślał, że jak
w tych filmach o zombie straci rękę po czym magicznie stanie się jeszcze
groźniejszy, a do tego będzie wyglądał jak typowy amerykański badass. Wiedziałem, że jest on potężnym
sojusznikiem, który już nie raz pokazał co potrafi, ale w chwili obecnej był
słaby jak dziecko. Stracił rękę, której używał od osiemnastu lat. Nie umiał
teraz nawet podpisać się, a co dopiero strzelać do innych ocalałych lub zombie
w trudnych warunkach. Nie chciałem go stracić tak jak straciłem już wielu w tym
dwóch z moich najlepszych przyjaciół – Goku oraz Kiciusia.
Jadąc
coraz głębiej w las wszyscy wyczekiwali. Nieznajoma nie mogąc usiedzieć na
miejscu ugotowała nam skromną kolację. Musieliśmy mieć siły na nadchodzące
wydarzenie, a zarazem nie przejeść się, żeby zachować pełną sprawność umysłu i
ciała. Sztuka przetrwania nie była łatwa, szczególnie teraz gdy nie mieliśmy
stałego miejsca pobytu. Nabieranie wody z potoków i gotowanie jej, szukanie
każdego żarcia jakie zostało na tym świecie nie patrząc czy kiedyś się lubiło
to jeść czy nie czy chociażby załatwianie potrzeb fizjologicznych. Teraz nie
dało się pójść beztrosko do kibelka, gdzie brało się w ręce gazetę i czytało
załatwiając co trzeba. Każdy błąd był karany. Nie przeszukanie jakiegoś budynku
mogło wiązać się z pójściem spać na głodnego. Zapomnienie ciągłego
kolekcjonowania zapasów mogło równać się z różnymi nieprzyjemnościami. Mimo to
przyzwyczaiłem się już do takiego życia i ciężko mi było sobie przypomnieć co
było kiedyś. Żyłem chwilą bo wiedziałem, że następnego dnia mogą rozpocząć
swoją przeklętą wędrówkę po świecie jako jeden z trupów, kompletnie bez
świadomości tego co było kiedyś. Poznałem już trochę mechanikę tych stworzeń.
Ich niewyobrażalnie dobry słuch, czuły węch oraz sokoli wzrok. Gdyby potrafiły
szybciej się poruszać byłby łowcami idealnymi. Całe szczęście nawet w
cieplejsze dni były one dosyć wolne, a teraz kiedy zrobiło się zimno, poruszały
się naprawdę ślimaczym tempem, chociaż wciąż potrafiły zaskakiwać, tak jak
Cinka w barze w Supraślu.
Jedząc
ciepłą fasolkę z kawałkami kiełbasy patrzyłem na osoby, które teraz przy mnie
były. Zostały mi tylko one. Wiedziałem, że jestem teraz w stanie zrobić dla
nich wszystko. Mogłem poświęcić wiele, żeby zapewnić im ochronę i miałem
nadzieję, że nie popełnię żadnego błędu, który mógłby kosztować mnie utratę
kolejnej bliskiej mi osoby. Jedyne czego wciąż nie byłem pewien to tego co
zrobić z Łapą. Bardzo ją lubiłem chociaż przypominała mi trochę Daliona. Z tym,
że ją poznałem od razu w takim dziwnym stanie. Lubiła zabijać i nie znała
żadnych skrupułów. Niebezpiecznie było być jej wrogiem, a jeszcze niebezpieczniej
sojusznikiem. Wszystkie zbrodnie, które popełniła, gdybym tylko jej nie spotkał
to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Możliwe, że wciąż byłbym teraz w obozie w
Królowym Moście i żyłoby więcej osób.
W końcu
usłyszeliśmy okrzyk radości Łowcy. Wdrapałem się na wysokość części kierowy i
zobaczyłem za oknem, że dym jest bardzo blisko nas. Klepnąłem go w ramię na
znak żeby się zatrzymał i sam pospieszyłem Łapę podchodząc do wyjścia z
ładowni. Wziąłem pistolet w rękę i schowałem łom za pas po czym poczekałem, aż
auto się zatrzyma. Gdy usłyszałem dźwięk wyłączającego się silnika podniosłem
drzwi i wyskoczyłem prosto na ubity oponami śnieg. Rozejrzałem się. Byliśmy na
jakimś dziwnym wzniesieniu. Helikopter był pod nami. Cała okolica była skąpana
w blasku księżyca. Drzewa otaczały nas prawie z każdej strony. Pomogłem zejść
Łapie po czym okrążyliśmy Potwora aby podjeść bliżej Łowcy. Mężczyzna miał
przewieszoną przez plecy snajperkę i dając znak, że jest gotowy ruszył naprzód.
Już
mieliśmy schodzić niżej po dosyć stromym zboczu, gdy usłyszałem strzał. Upadłem
odruchowo ściągając na ziemię także moich towarzyszy. Leżeliśmy tak w ciszy
przez parę sekund i usłyszeliśmy dziwne odgłosy. Wyjrzałem ostrożnie zza zaspy
śniegu na to co się dzieję na dole i zobaczyłem przeróżne rzeczy. Pierwszą,
która rzuciła mi się w oczy był helikopter. Był on rozbity o zbocze wzgórza, na
którym się aktualnie znajdowaliśmy. Kłęby czarnego dymu przysłaniały mi część
krajobrazu, ale po lewej stronie od nas zauważyłem ruchy. Grupa osób wycofywała
się do lasu obok. Jedna z postaci była ciągnięta przez dwie inne. Tuż przed
nimi szła jeszcze jedna, która miała jakąś broń w rękach. Patrzyłem jak się
wycofują do tyłu, ale zastanawiałem się od czego właściwie uciekają. Po prawej
nie było widać nikogo. Tylko drzewa. Nagle usłyszałem kobiecy krzyk. Przez
wiatr nie zrozumiałem słów, ale po chwili zobaczyłem, że ktoś wyłania się z
lasu po prawej. Grupa sześciu osób wybiegła sprintem i zaczęła przeszukiwać
miejsce katastrofy. Właściwie jeden z nich powłóczył trochę nogą, ale
utrzymywał tempo.
Nie
martwiłem się o to czy nas zobaczą. Miejsce, w którym byliśmy było wręcz
idealne do obrony.
- Łowco spróbuj ich
postrzelić. Wyceluj tylko dobrze. Przegonili tamtych co oznacza, że są
bandytami – powiedziałem po cichu do towarzysza chłodno kalkulując sytuację.
Łowca przyjął pozycję do strzału. Widziałem jak celuje aby znaleźć jak najlepszą
ofiarę po czym zaczyna mierzyć. Grupa po lewej znikła już w lesie, a dodatkowo
jeden z grupy po prawej odbiegł od lądowiska chowając się pod drzewami. Nie
wiedziałem co planują ludzie pod nami, ale miałem nadzieję, że nie zauważyli
nas jeszcze. Nagle słyszałem jak Łowca wypuszcza powietrze z płuc. Wiedziałem,
że zaraz padnie strzał więc zatkałem uszy. Łapa zrobiła to samo.
Huk przebił
się nawet przez wiejący wiatr. Usłyszałem tylko kobiecy krzyk i zobaczyłem jak
ktoś podbiega do upadającego mężczyzny. Nawet stąd widziałem, że strzał trafił
go w głowę i właściwie rozerwał ją na kawałki. Usłyszałem dźwięk przeładowania.
Łowca szykował się na drugi strzał. Teraz cała nasza trójka stała już na
kolanach, więc wrogowie mieli większe szanse na zauważenie nas. Całe szczęście
zawładnęła nimi panika. Usłyszałem hałas silnika i zobaczyłem, że na polanę
wjeżdża auto. Widziałem jak bandyci pakują się na nie szybko i próbują
odjechać. Wtedy padł drugi strzał. Tym razem Łowca strzelał na szybko i trafił
jedynie w rękę, któregoś z wrogów. Byłem pewien, że po takim strzale bandyta
już nigdy nie odzyska sprawności w używaniu tej kończyny. Z zadowoleniem
patrzyliśmy jak bandyci opuszczają miejsce katastrofy jadąc za grupą, która
pierwsza się wycofała. Zapadła cisza.
Przynajmniej na dole. Strzały były słyszalne na tak dużym obszarze, że musiały
zawiadomić wszystkich w okolicy. Kłeby czarnego dymu wcale nie pomagały.
Usłyszałem dźwięk przeładowania i zgorzkniały głos tuż za plecami.
- Poddajcie się. Jeden
gwałtowny ruch, a będziecie trupami.
Ktoś
zaszedł nas od tyłu. Usłyszałem jak Łowca przeklina i powoli odwraca się
rzucając snajperkę pod nogi. To samo zrobiłem ja i Łapa. Odwróciłem się powoli
i zamarłem. Pomiędzy nami a Potworem
stały trzy osoby. Cała trójka miała w
rękach strzelby. Podniosłem ręce, chociaż trzęsły się one delikatnie ze
strachu. Szybko zacząłem myśleć co moglibyśmy zrobić, ale nic sensownego nie
przychodziło mi do głowy. Zastanawiałem się czy bandyci, którzy nas zaszli
wiedzieli o tym, że jeszcze trzy osoby znajdują się w środku pojazdu. Odpowiedź
otrzymałem natychmiast. Tył ładowni został otwarty i wybiegł z niego Cinek.
Zobaczyłem zdziwienie na twarzach ocalałych, ale od razu zobaczyłem, że nic nie
osiągniemy tym aktem odwagi. Ocalali byli mocni psychicznie i całkowicie
zgrani. Jeden wciąż obserwował nas, a dwaj pozostali zaczęli mierzyć w stronę
Cinka. Co ciekawe teraz dopiero zauważyłem, że wszyscy są ubrani w ten sam
sposób – szare spodnie, szare kurtki, szaliki na twarzach oraz uszanki. Byli
dobrze zakamuflowani.
Następne
zdarzenia działy się bardzo szybko. Cinek biegnący z toporem zamachnął się na
pierwszego z wrogów, a ten nawet nie strzelił. Odskoczył w bok po czym szybko
się odwrócił i uderzył Marcina kolbą w plecy. Zobaczyłem jak mój przyjaciel
upada. Po chwili ten drugi podszedł i wymierzył potężnego kopniaka w żebra
leżącego. Nie obchodziło mnie co się ze mną stanie. Postanowiłem ich bronić i
zamierzałem się tego trzymać. Z racji, iż ten który do nas się odzywał odwrócił
się w stronę Cinka to wykorzystałem go i sprintem zmniejszyłem odległość między
nami. Łowca i Łapa widząc to podążyli za mną. Akcja jeszcze bardziej przyspieszyła.
Poczułem niewyobrażalny przypływ adrenaliny. Nawet nie wiem kiedy w moich
rękach pojawił się łom. Zamachnąłem się i próbowałem wybić broń z rąk wroga.
Usłyszałem dwa strzały i zobaczyłem jak jeden z wrogów upada. Łapa miała w
rękach pistolet i celowała w drugiego oprawcę. Ja zajmowałem się ostatnim.
Zaszarżowałem na niego niczym Gigant i powaliłem. Próbowałem uderzyć go łomem w
zęby, ale ten odepchnął mnie obunóż i próbował sięgnąć po strzelbę, która mu
przed chwilą wypadła. Doskoczyłem do niego uderzając łomem w rękę. Usłyszałem
trzask łamanej kości, który dodał mi mocy. Poczułem siłę. Wyrzuciłem łom i
wlewając całą siłę i nienawiść w rękę wymierzyłem mu prawy prosty w twarz.
Uderzyłem jeszcze parę razy po czym wyrwałem strzelbę z niemrawej ręki i
uderzyłem kolba w głowę. Zabiłem go. Podniosłem się chwiejnie, żeby zobaczyć co
z trzecim gdy zobaczyłem, że Łapa i Łowca celują w jedno miejsce.
Pod
Potworem stał ostatni z naszych oprawców. Zobaczyłem, że ma zerwany szalik, a
jego twarz jest pokryta krwią. Mimo to stał i przykładał Cinkowi nóż do gardła.
Byłem tak wkurzony, że tylko niesamowicie intensywna siła woli powstrzymywała
mnie przed bezmyślną szarżą na wroga. Musiałem to dobrze rozegrać.
- Zostaw go, a pozwolę
ci żyć – powiedziałem po cichu.
- Co? – zapytał
mężczyzna.
- Jeżeli go tkniesz to
przysięgam, że będziesz umierał długą i bolesną śmiercią.
Widziałem, że wróg stara się coraz dalej odejść. Był już
przy wejściu do Potwora. Możliwe, że rzeczywiście wystraszył się moich słów. Wtedy
stało się coś, co sprawiło, że odetchnąłem z ulgą. Mężczyzna z Cinkiem zbliżył
się na tyle blisko wejścia do Potwora, że naraził się na atak Sołtysa i
Nieznajomej i to właśnie ten pierwszy zadziałał. Gdy bandyta był już na
krawędzi prawej ściany pojazdu i wyjścia zatrząsnął się od uderzenia topora
wymierzonego przez staruszka. Zobaczyłam jak puszcza Cinka, do którego
natychmiastowo pobiegłem, żeby pomóc mu wstać.
Poczułem
ulgę. Łapa i Łowca przeszukali ciała dwóch martwych oprychów, a ja podszedłem
do tego, który przetrwał najdłużej. Zobaczyłem, że jeszcze oddycha. Otworzył on
delikatnie oczy. Ostatnie co zobaczył to moja twarz i błysk łomu w świetle
księżyca. Następnie nie miał już czym patrzeć.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
apokalipsa 2,
Blog,
bobru,
Bombu,
czarny dym,
część druga,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
przetrwanie,
rozdział 4,
survival,
szwendacze,
zombie
czwartek, 12 czerwca 2014
Rozdział 3: Dziewczyna, która szukała
Czas na ostatnią perspektywę jakiej doznacie w tym tomie Apokalipsy. Teraz znacie już cały mechanizm i wiecie jak będą się przeplatać rozdziały. W tym konkretnym rozdziale doświadczycie paru nawiązań do słów innych postaci i ostatecznie złożycie historię w jedną całość. Zapraszam do komentowania i rozesłania bloga znajomym.
-----------------------------------------------------------
Rozdział 3 (Miczi): Dziewczyna, która szukała
Wciąż
szukałam. Od opuszczenia Królowego Mostu minęło parę dni, a my nie mieliśmy
gdzie pojechać. Z Obozu zostały tylko ruiny, a żadna z pozostałych osób nie
została znaleziona. Wszyscy przepadli. Wszystko zaczęło się od tego, że Bobru
nie wrócił ze zwiadu i zniknął razem z Kiciusiem i Cinkiem. Z początku się nie
martwiliśmy, ale wraz z kolejnymi mijającymi godzinami każdy czuł narastający niepokój. W
końcu z rana zebrałam mały oddział złożony z Daliona, wysokiego chłopaka z
drużyny Łapy, grubego mężczyzny, którego nazywali Smrodem, Szpiega oraz Damiana i
wyruszyłam. Średnio ufałam większości mojej załogi, ale nie mogłam pozbawiać
Królowego Mostu porządnej ochrony. Nic to jednak nie dało.
Pierwszego
dnia po wyjeździe kręciliśmy się po okolicach przeszukując wioski i miasteczka.
Wiedzieliśmy, że Bobru planował pojechać do Kołodna więc i my tak zrobiliśmy.
Później skręciliśmy na północ, co okazało się błędem, bowiem dojechaliśmy do
jakichś opustoszałych pustostanów. Następnie skręciliśmy na zachód w stronę
Supraśla, jednak nie dojechaliśmy na miejsce. Na niedużej polanie przy Supraślu
przystanęliśmy, żeby odpocząć chwilę i rozplanować co dalej. Wtedy usłyszeliśmy
jak coś nadjeżdża. Wystraszeni chwyciliśmy po bronie i chowając się po aucie
zaczęliśmy się rozglądać. Polanka, na której byliśmy, nie była duża, ale świetnie
było widać stąd okolicę, bo znajdywała się na niedużym wzgórzu. Pomiędzy
drzewami nie było widać niczego, ale dźwięk wciąż narastał. Podejrzewałam, że
przez okoliczną drogę ktoś przejeżdża, jednak brzmiało to jakby jechało coś
naprawdę ogromnego. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że to może być Bobru,
ale ostatecznie wyjechał on innym autem, a wątpię, żeby znalazł i przygarnął
coś co robi tak duży hałas.
Wyczekując
obserwowałam moich towarzyszy. Smród rozglądał się swoimi małymi, świńskimi
oczkami trzymając w rękach strzelbę, którą mierzył od czasu do czasu w stronę
drzew. Tuż obok niego siedział przykucnięty Dalion oraz drugi członek załogi
Łapy, który z tego co zdążyłam usłyszeć nazywał się Paweł i wzrostem dorównywał
Gigantowi z tą jednak różnicą, że nie był tak dobrze zbudowany. Na prawo ode
mnie siedział Szpieg, jak zwykle ubrany w płaszcz oraz Damian, którego nie
zdążyłam jeszcze dobrze poznać, chociaż spędziliśmy ze sobą wiele tygodni w
Królowym Moście.
Nagle,
pomiędzy drzewami, zauważyłam coś. Dźwięk jadącego pojazdu ucichł, ale to co
zbliżało się nie przypominało pojazdu. Nim zdążyłam się zorientować były
wszędzie. Zombie wchodziły na polankę z jednej strony, tej, którą dało się
zjechać. Inne były zbyt zarośnięte lub strome. Nie mogliśmy jednak zostawić
auta. Wszyscy szybko zaczęli się pakować, a ja ze zgrozą obserwowałam to co
nadchodziło. Jeszcze w życiu nie widziałam tak ogromnej hordy. Zabiłam już podczas apokalipsy mnóstwo
trupów, ale te stado, które na nas nadciągało było monstrualne. Naliczyłam na
szybko, że jest ich ponad setka, a widziałam kolejne ciągnące się z tyłu. Gdy
pierwsze wspięły się już pod górkę byliśmy w samochodzie. Szpieg odpalił zapłon
i po chwili silnik zaskoczył. Zaczęliśmy odjeżdżać. Nie było to jednak takie
proste. Zombie zagrodziły nam drogę i po chwili byliśmy zmuszeni opuścić auto i
w jakiś sposób odciągnąć ich uwagę. Strach mieszał się z adrenaliną. Kiedy
wyskoczyłam z auta i zamachując się w stronę pierwszego z nich powaliłam go
ciosem siekierą w skroń. Moi towarzysze próbowali je odganiać, ale dla mnie ta
sytuacja z każdą kolejną sekundą stawała się coraz bardziej beznadziejna.
- Odciągnijcie te
skurwysyństwa, ja wyjadę na drogę i tam
wsiądziecie! – wrzasnął Szpieg wbijając nóż w gardło jednego z zombie, które
przylegały do auta.
- Miczi schyl się! – krzyknął
ktoś za mną. Posłuchałam się i usłyszałam wystrzał. Obejrzałam się za siebie i
zobaczyłam leżącego trupa z otworem w głowie po strzale Daliona. Podziękowałam
mu skinieniem głowy i zmieniłam pozycję na taką bliższą auta. W pewnym momencie
zamarłam, kiedy jeden z zombie powalił mnie, ale całe szczęście wyrwałam mu się
i odrzuciłam toporem, zwalając go z siebie.
Obejrzałam
się na chwilę, żeby zobaczyć jak Smród i Paweł stoją plecami do siebie i
dekapitują każdego trupa, który podejdzie do nich. Na polance było ich coraz
więcej, więc krzycząc do reszty kazałam powoli wycofywać się do lasu. Tam
mieliśmy większe szanse. Zabijając machnięciem jeszcze jednego z truposzy,
cofnęłam się i spojrzałam jak Szpieg przejeżdża dwa trupy i zjeżdża po górce.
Niestety ta sytuacja na tyle mnie pochłonęła, że nie zauważyłam stromego
zejścia i straciłam równowagę. Próbowałam złapać się gołego krzaka, który
wyrastał po tej stronie zbocza, ale tylko zraniłam rękę o ostre kolce znajdujące
się na gałęzi rośliny. Spadłam do tyłu na plecy, czując pulsujący ból w
pośladkach i plecach. Świat mi na chwilę pociemniał, ale nie zemdlałam. Damian
pomógł mi wstać i wspierając się o niego mogłam dalej iść. Niczego nie skręciłam ani nie złamałam, ale
dalej kręciło mi się w głowie.
Słyszałam
dźwięki auta, tym razem było to te prowadzone przez Szpiega. Musiał być gdzieś
blisko. Co chwilę słyszałam jak ktoś z grupy zabija kolejne goniące nas zombie,
ale nie słyszałam krzyków. Miałam nadzieję, że nikomu nic się nie stało. W końcu
zobaczyłam samochód, w którym Szpieg pospieszał nas do wsiadania. Z tyłu
ciągnął się ogonek rozkładających się trupów. Nie zwlekając zbyt długo wsiedliśmy i
ruszyliśmy, zostawiając Supraśl i hordę zombie daleko za nami.
Pora
roku nie pozwoliła nam długo cieszyć się światłem słonecznym więc gdy zaczęło
się ściemniać, a my byliśmy całkiem daleko od Obozu, postanowiliśmy przespać
się w jednym z opuszczonych domków na zachód od Kołodna. Całe szczęście
pomyślałam o wzięciu zapasów, więc gdy usiedliśmy na drewnianej podłodze przy
kominku, w którym jakimś cudem udało nam się napalić ucieszyłam się. Plecy
bolały mnie potwornie, z tego co czułam miałam je całe stłuczone, całe
szczęście przeżyłam upadek i mogłam chodzić. Jedliśmy kolacje złożoną z
puszkowanej żywności. Siedzieliśmy w ciszy, każdy wydawał się być pogrążony w
własnych myślach. Zauważyłam, że oprócz
mnie kiepsko czuł się także Szpieg. Wydawało mi się, że złapało go
przeziębienie. Miałam nadzieję, że nie rozłoży go całkowicie.
Po nocy
spędzonej w chałupie przeszukaliśmy raz jeszcze okolicę, ale nie znaleźliśmy
niczego. Bałam się o Bobra i ludzi, którzy z nim poszli. Chociaż chciał on
skazać Daliona, mojego przyjaciela, wiedziałam, że nie jest on złym
człowiekiem. Starał się zapewnić każdemu bezpieczeństwo i rozumiałam to,
chociaż wciąż czułam żal, za to jak odwdzięczył mi się za pomoc w dotarciu do
Królowego Mostu. Gdy znowu zaczęło się ściemniać, a nasze poszukiwania spełzły na
niczym postanowiliśmy wrócić do Obozu i zobaczyć czy przypadkiem Bobra już tam nie
ma. Jadąc polną drogą, zobaczyłam piękną wieżę obserwacyjną przy Kołodnie, przy
której znaleziono Daliona. Mój przyjaciel zmienił się od tamtej pory. Stał się
brutalny i chamski, można go było też posądzić o szaleństwo, ale miałam zbyt
duży miłych wspomnień związanych z nim żeby go od razu przekreślać. Poza tym był dla mnie całkiem miły. Może po prostu
zdarzenia jakie przeżył pozwoliły mu szybciej dorosnąć.
Wjeżdżając
do Kołodna nasze auto zatrzymało się nagle. Spojrzałam zdziwiona na Smroda,
który kierował i to co zobaczyłam za przednią szybą zszokowało mnie. W całym
Kołodnie było mnóstwo zombie. Zarzuciło mną, kiedy Smród zaczął cofać auto,
żeby nie ugrząźć w nieumarłej fali trupów. Znowu poczułam strach. Teraz
pomyślałam, że wmawianie sobie, iż Bobru zdołał wrócić po trzydniowej
nieobecności to głupota. Jak spotkał te stado to zapewne teraz szwendał się
gdzieś tam pomiędzy tymi trupami. Do oczu napłynęły mi łzy, ale szybko otarłam
je ręką. Usłyszałam jak Paweł mówi Smrodowi, aby ten skręcił na pola i ominął
całe stado na około.
Widziałam,
że wszyscy siedzą niespokojnie. Każdy odczuwał, że stado mogło dotrzeć już do
Obozu, gdzie byli nasi przyjaciele.
Smród jechał szybko, ale zarazem ostrożnie, omijając grupy zombie, które
były najbardziej skoncentrowane na mieścinie. Było ciemno, więc jazda była o
tyle trudna, że jakby na polu coś stało to na pewno byśmy w to uderzyli. Całe
szczęście ominęliśmy Kołodno i zjechaliśmy na główną drogę, po raz drugi w
ciągu dwóch dni omijając ogromną hordę trupów. Powoli zjechaliśmy po górce z
zakrętem, za którym był młyn i nasz obóz. Podjechaliśmy pod ogrodzenie i
zobaczyliśmy coś co sprawiło, że poczułam nieprzyjemne ukłucie w okolicach
brzucha.
Ogrodzenie
było rozwalone, a w jednym z rowów stało auto. Wyszliśmy szybko na zewnątrz
uzbrojeni po zęby mierząc w każdym możliwym kierunku. Niestety przybyliśmy za
późno. Poczułam, że jest mi słabo i gdyby nie przytrzymał mnie Dalion to
prawdopodobnie upadłabym. Dopiero teraz zauważyłam, że z nieba zaczął padać
śnieg. Mając wciąż nadzieję, że to okrutny żart przeskoczyłam po samochodzie
wchodząc na teren Obozu. Zobaczyłam parę śladów na śniegu, które prowadziły na
południe. Prawdopodobnie należały one do zombie, więc szybko straciłam
zainteresowanie nimi. Usłyszałam jak za mną wchodzą pozostali i szybko
przeszukaliśmy nasze dawne schronienie. Krzyknęłam piskliwie gdy zobaczyłam
zwłoki Joli. Smród i Paweł znaleźli w śniegu również ciała jedenej dziewczyny z
ich grupy oraz jednego chłopaka, który wyglądał na nie więcej niż czternaście
lat. Westchnęłam głęboko, widząc jak otwiera oczy. Chciałam go dobić, żeby
zakończyć jego cierpienia, gdy nagle Smród uprzedził mnie wbijając nóż w oko
dawnego towarzysza. Obóz upadł, ale nie widziałam więcej ciał. Czyżby
przemieniły się na tyle szybko, żeby odejść stąd? A może ludzie do których należało
auto zakopane w rowie porwali ich? Gdzie mogli ich zabrać? Musiałam ich
znaleźć.
Wróciliśmy
do auta i pojechaliśmy na północ wschód, leśną dróżką. Świat stawał się coraz
bardziej biały, pod pierzyną śniegu. Siedziałam przy Szpiegu, który drzemał
teraz i rozmyślałam. Trafiłam w tak beznadziejną sytuację. Zostałam z grupą
ludzi, których prawie nie znałam. Oprócz Szpiega i Daliona. Obaj jednak byli
teraz kiepskim towarzyszami do rozmowy. Ponownie ucieszyłam się z faktu, iż
zapakowałam zapasów na parę dni oraz, że każdy z nas miał broń palną i do walki
wręcz. Byliśmy gotowi na poszukiwania i ewentualną walkę. Musiałam ich znaleźć.
Po godzinie
z kawałkiem, a przynajmniej tak mi się wydawało, jazdy na zachód zobaczyliśmy
światła. Były równie dobrze widoczne jak nasze. Przed nami jechało auto. Serce zaczęło mi bić szybciej gdy je
zobaczyłam. Miałam nadzieję, że to ktoś z obozu. Zobaczyłam, że pojazd się
zatrzymuje, więc my zrobiliśmy to samo. Wysiadłam razem z kiepsko wyglądającym
Szpiegiem i Smrodem. W ręce miałam moją wiatrówkę, ale na razie jej nie
podnosiłam. Po chwili wiedziałam już jaką głupotą było wychodzenie z auta.
Usłyszałam parę strzałów i wybuch. Szpieg upadł trzymając się za ramię, a Smród
schował się za jednym z pobliskich drzew. Ja otworzyłam szybko drzwi od auta i
wraz ze Szpiegiem schowałam się za nimi mierząc do wrogów. Usłyszałam jak z
tyłu Damian, Dalion oraz Paweł wychodzą z auta i również zaczynają mierzyć w
stronę przeciwników.
Ostrzał
ustał. Nagle usłyszałam pośród śnieżycy głos jakiejś kobiety:
- Poddajcie się, a nic
wam się nie stanie – krzyknęła donośnie – Jesteśmy ocalałymi z Supraśla i szukaliśmy was. Wystarczy, że rzucicie
swoje bronie i wyjdziecie z ukrycia, a zabierzemy was do waszych. Jesteście z
Królowego Mostu, prawda?
Skąd wiedziała? Nie ufałam ludziom, którzy strzelają do
wszystkiego co się porusza.
- Skąd wiesz? – odkrzyknęłam
pytając.
- Mamy waszego
dowódcę. Kazał nam was znaleźć i przetransportować do Supraśla – odpowiedziała.
Złość we mnie zakipiała. Czy ona naprawdę uważała, że jej uwierzę w taką bajkę? Na drodze było
słychać teraz tylko ciszę oraz wiatr przynoszący kolejne fale śniegu. Żałowałam
swojej porywczości, która zmusiła mnie do wycelowania i strzelenia. Całe
szczęście śnieg odbijał światło księżyca, przez co było całkiem jasno. Strzał
trafił kobietę w brzuch. Osunęła się ona na śnieg i wtedy rozpętało się piekło.
Strzały musiały być słyszane na wiele metrów stąd. Na całe szczęście drzwi auta
dawały mi jakąś ochronę. Przeciwników było jeszcze pięciu i podobnie jak my
ukrywali się za swoim autem. Jedyną różnicą było to, że oni byli wyposażeni w
karabiny automatyczne i nasze auto wyglądało dużo gorzej od ich pojazdu. Moi ludzie
mieli pistolety, a ja miałam wiatrówkę. Strzelanina trwała i trwała, aż
nadszedł pewien punkt kulminacyjny. Usłyszałam cichy jęk za sobą i zobaczyłam
jak Paweł upada z dziurą pośrodku nogi.
Chwilę
po tym nie przerywając celowania postrzeliłam w szyje jednego z wrogów.
Widziałam jak leży przy drzwiach z wypuszczoną bronią. Przeładowałam i wycelowałam w jednego z nich, który chciał
się wycwanić i wziąć nas od strony lasu. Dostał w nogę i upadł gdzieś w
krzakach. W tym czasie Smród, który cały czas ukrywał się przy drzewach zaszedł
wrogów od tyłu. Zobaczyłam jak wypada z zarośli i zabija pewnymi strzałami
dwóch z nich. Na trzeciego rzucił się całą masą ciała i po chwili dobił
strzałem prosto w skroń. Czułam jak moja twarz pulsuje z nerwów i adrenaliny.
Upadłam na kolana obok Pawła, żeby sprawdzić czy da radę iść. W tym czasie Dalion poszedł w krzaki znaleźć tego, którego postrzeliłam
w nogę. Usłyszałam krzyk i po chwili mój przyjaciel wyszedł z chaszczy
ocierając klingę noża z krwi. Smród dobijał właśnie kobietę, która zaczęła się
przemieniać. Zabraliśmy im wszystkie bronie, które miały jeszcze amunicję i już
chcieliśmy odjeżdżać, kiedy zauważyliśmy, że opona naszego auta jest przebita.
Najwidoczniej jeden z pierwszych strzałów, ten który powalił Szpiega, musiał
trafić w nasze koła. Przeklinając bandytów z Supraśla. Oprócz zranienia Pawła,
którego wzięliśmy na pakę, najbardziej ucierpiał Szpieg. Nie dość, że trawiony gorączką teraz jeszcze dostał w ramię. Kula całe szczęście go tylko drasnęła, ale ból musiał
być duży. Nie mając innej możliwości zabraliśmy auto ludziom z Supraśla i
wyruszyliśmy rozejrzeć się po okolicy za miejscem do schronienia.
Jechaliśmy
dalej w ciszy, nikt nie miał ochoty na rozmowę. Ja wyglądałam przez okno i
obserwowałam zasypane śniegiem tereny. Wszystkie okoliczne lasy wyglądały
podobnie, szczególnie teraz, kiedy były przysypane śniegiem. Patrzyła ze
smutkiem na coraz to bardziej nieznajome polanki oraz pola. Mijaliśmy nieduże
wioski, ale były one albo niezdatne do przenocowania, albo pełne trupów. Mijając
jedną z nich zauważyłam jakiś ruch przy krzaku. Przejeżdżaliśmy akurat wolno i
byłam prawie pewna, że ktoś tam siedzi. Nie chciałam jednak szukać kolejnych
problemów. Na chwilę obecną szukałam tylko miejsca do przespania się.
Gdy na
horyzoncie pojawiało się już słońce znaleźliśmy niedużą stodołę. Sprawdziliśmy
ją dokładnie i upewniając się, że jest bezpieczna poszliśmy spać. Nie śniło mi
się nic. Rano zjedliśmy śniadanie i przeładowując broń szykowaliśmy do kolejnej
podróży. Szczęśliwie dla nas, znaleźliśmy spory zapas paliwa, który
zapakowaliśmy do bagażnika auta. Ciągle zastanawiały mnie słowa kobiety, którą
zabiłam. Wiedziała o Bobrze. Czyżby był on więźniem w Supraślu? Podzieliłam się
swoimi przepuszczeniami z Dalionem, a on zgodził się ze mną, że warto by było
sprawdzić to miejsce, ale jeszcze nie teraz. Potrzebowaliśmy najpierw większej
ilości zapasów, a patrząc na to jak uzbrojeni są ludzie z Supraśla nie mieliśmy
szans. Planowaliśmy pokręcić po okolicy jeszcze dzień po czym zakończyć trasę
przy mieście, w którym mogli być nasi przyjaciele. Nie widziałam ich od
czterech dni i coraz mniej wierzyłam w to, że przeżyli.
Po
całym dniu przeszukiwania okolicznych wiosek znaleźliśmy trochę zapasów oraz
ciepłych ubrań. Nasze były już w większości przemoczone i nie dawały
odpowiedniej ochrony przed chłodem. Śnieg sypał praktycznie bez przerwy i w wielu
miejscach mieliśmy problemy w przejechaniu autem. Całe szczęście nie
ugrzęźliśmy nigdzie na dobre. Nadchodził wieczór, a my byliśmy na wzgórzu, z
którego widzieliśmy Supraśl. Na ulicach jednak panował mrok i z naszej pozycji
nie widzieliśmy nic co by dawało nadzieję na to, że ktoś tu teraz jest. Czyżby
kobieta zmyśliła to wszystko, wiedząc skądś, że nasz przywódca opuścił obóz?
Czy możliwe, że to wszystko sprawa Łapy? Była ona niesamowicie niebezpieczna i
nigdy nie zgodziłam się na to, żeby
mieszkała ona przy nas. Bobru jednak zawarł z nią umowę i nie było sensu się
spierać.
Zostaliśmy
na noc w niedużej szopie na wzgórzu, śpiąc w aucie. Było ciasno, ale nie
mieliśmy czasu szukać innego noclegu. Zresztą planowałam spojrzeć jeszcze raz
na Supraśl z rana, zanim odjedziemy stąd bardziej na zachód. W nocy obudziły
mnie jednak dziwne dźwięki. Słyszałam jakby czyiś śmiech. Zerwałam się szukając
broni pomiędzy chrapiącymi kompanami i nagle zauważyłam, że nie ma z nami
Daliona. Wyszłam z auta z wiatrówką i powoli opuściłam szopę idąc za dźwiękiem
śmiechu. Zobaczyłam go na dworze. Stał i patrzył na dziwną scenę rozgrywającą
się w mieście. Ktoś ewidentnie jeździł po ulicach. Widać było z daleka światło.
Czyżby to Bobru? Nim zdążyłam dobrze się przyjrzeć pojazd znikł na drodze
prowadzącej na zachód. Bałam się, a każdy podmuch zimnego powietrza wręcz
krzyczał głośno „wracaj do spania”. Nie miałam sił ani humoru na szaleństwo
Daliona. Wróciłam więc po cichu do auta, rozmyślając przed ponownym zaśnięciem
o tym co zobaczyłam.
Rankiem
nie pytałam o nic. Zjedliśmy, spakowaliśmy szybko i ruszyliśmy na zachód. Teraz
mieliśmy jakiś cel, jeżeli ten pojazd był kierowany przez Bobra, a według tego
co dowiedzieliśmy się od kobiety z Supraśla, było to możliwe, musiałam się
dowiedzieć.
Kolejne
dni mijały w ten sam monotonny sposób. Szpieg dalej źle się czuł, ale dał radę
chodzić i regenerował powoli siły. Jechaliśmy na zachód przez zaspy śniegu,
zauważając co jakiś czas wgniecenia od opon na drodze. Podążaliśmy za kimś, ale
czy to był ktoś przyjazny? Nie było jednak sensu zostawać w okolicach Królowego
Mostu. Jedyne co nas tu czekało to śmierć. Jeżeli ktokolwiek przetrwał to na
pewno również opuścił to miejsce. W ten sposób dotarłam do sytuacji
teraźniejszej. Minęło już dziewięć dni od odjazdu Bobra i cztery od zobaczenia
pojazdu, za którym wciąż podążamy. Jakimś cudem ciągle znajdujemy jego ślady. Myślę, że jechalibyśmy dalej w ten sam sposób
gdyby nie jedno. Dziewiątego wieczora zobaczyliśmy na niebie coś dziwnego.
Wyglądało to jak helikopter, który wisiał na horyzoncie, aż w końcu spadł
gdzieś, zostawiając w miejscu upadku ogromne ilości czarnego dymu. Pojechaliśmy
w jego kierunku.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
białystok,
Blog,
Bombu,
część druga,
dziewczyna,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 3,
survival,
szwendacze,
zombie
sobota, 7 czerwca 2014
Rozdział 2: Dziewczyna, która przetrwała
Coś kompletnie nowego. Zupełnie inna perspektywa widzenia. Wpadłem na ten pomysł jeszcze w początkowych fazach tworzenia, wiedziałem, że będzie to coś nowego i coś naprawdę fajnego. W tym rozdziale dowiecie się co stało się z Natalią oraz rzucone zostanie ponownie trochę światła na przeszłość Łapy! Proszę o komentarz z opinią i rozesłanie bloga znajomym ;)
Zapraszam do czytania!
Rozdział 2 (Natalia): Dziewczyna, która przetrwała
Zapraszam do czytania!
------------------------------------------------------
Rozdział 2 (Natalia): Dziewczyna, która przetrwała
Wspomnienie
ucieczki z Królowego Mostu było wciąż świeże. Pamiętałam wszystko z tego
feralnego wieczora. Do dzisiaj czułam ten niepokój związany z zaginięciem
Bobra, Ernesta i Cinka. To co zrobili było nie naturalnie głupie. Wszyscy są
pewni, że wpadli oni w jakąś pułapkę lub po prostu zostali otoczeni przez
zombie. Następnie wyszedł ten beznadziejny pomysł na ruszenie na poszukiwania i
to sprawiło, że kolejne osoby odjechały i do teraz nie wiedziałam gdzie są. Gdy
wieczorem zaatakowano nas to była istna masakra. Jola dostała pierwsza, a
chwilę po niej zdjęto strzałem w głowę koleżankę Łapy. Wtedy właśnie pochwycił
mnie Gigant. Chciałam pomóc w tej walce, ale on nie puszczał mnie. Nic nie dawały
mi bezsilne uderzenia w jego kombinezon ochronny. Słyszałam tylko rytmiczne
słowa wychodzące z jego ust, „Bobru kazał
cię chronić… Bobru kazał cię chronić…” i tak ciągle, aż znaleźliśmy się
daleko na północ. Wtedy Karol mnie położył i łapiąc ciężko powietrze osunął się
pod jedną z drzew aby odpocząć. Byliśmy gdzieś w środku puszczy. Przez
zachodzące na siebie korony drzew widoczny był księżyc i gwiazdy.
Po około godzinie usłyszeliśmy kroki. Z
zarośli wyszła ta mała dziewczyna, którą mój ukochany wziął jako zakładniczkę.
Za nią wyszło trzech ludzi Łapy. Przez chwilę miałam nadzieję, że powiedzą, iż
w obozie jest już bezpiecznie i możemy wrócić. Oni jednak nie mieli
zadowolonych min. Jeden z nich, najwyższy i najstarszy, miał długie włosy
związane w warkocz i targał na plecach trochę zapasów. Jego twarz była gładka,
bez najmniejszego śladu zarostu. Wydawał się być dobrze zbudowany, ale ciężko
było mi określić przez warstwy ciuchów, w które był ubrany. Drugi z nich,
jedyny noszący broń palną, był odrobinę młodszy od poprzedniego – miał krótkie
blond włosy i to dodawało mu urody. Poza tym nie wyróżniał się niczym
szczególnym. Trzeci z nich był zaledwie chłopcem, który nie przeszedł jeszcze
całkowitej mutacji głosu. Mimo to w jego piwnych oczach można było zobaczyć
determinację, a czupryna koloru smoły i piegi dodawały mu trochę dzikości.
Cała
trójka była ubrana naprawdę ciepło, co najlepsze młodzieniaszek niósł kurtkę,
którą wręczył mi. Podziękowałam mu, ponieważ zaczęło mi doskwierać zimno.
Siostra Łapy wyglądała dokładnie jak jej siostra – czarny, sięgający pośladków
warkocz, blada cera oraz bez względu na sytuację czarny strój. Obie siostry
były bardzo ładne, ale jak dobrze się przekonałam wyjątkowo niebezpieczne.
W ten
oto sposób opuściliśmy Królowy Most podążając na zachód. Nie minęło parę
godzin, kiedy z nieba zaczął padać śnieg. Szybko zgniłozielone lasy zostały
okryte śnieżną pierzyną, a błotniste drogi zamieniły się w śnieżne kaniony. Z
początku szliśmy tylko na zachód, chcąc uciec jak najdalej od miejsca ataku,
ale około pięciu godzin od ucieczki z Obozu usłyszeliśmy dźwięk silnika i
zobaczyliśmy w ciemności światła samochodu. Byliśmy akurat w niedużej wiosce
niedaleko Kołodna. Młoda już chciała krzyczeć, zapewne myśląc, że to ktoś z
naszych, ale jeden z nich, ten z długimi włosami, zatkał jej usta.
Przyczailiśmy się w krzakach czekając, aż auto ruszy dalej. Z daleka wyglądało
to jak pojazd ludzi z Supraśla. Przeczekaliśmy dobre piętnaście minut w
całkowitej ciszy. Przemarzliśmy bez ruszania się więc po upewnieniu się, że
jest bezpiecznie ruszyliśmy dalej.
I tak
włóczymy się do teraz. Szliśmy akurat lasem rozglądając się uważnie i co jakiś
czas używając naszej jedynej latarki, aby znaleźć drogę w niekończącym się
labiryncie drzew. Co jakiś czas przekraczaliśmy piaskową drogę, ale ostatecznie
nie znaleźliśmy większego skupiska domów. Nogi bolały mnie już potwornie i nie
czułam nóg z zimna, ale szłam bez narzekania. Humory ludzi mnie otaczających
były marne, a ja nie zamierzałam ich demoralizować bardziej. Musiałam się
trzymać Giganta. Ogromny mężczyzna poskrzypiwał głośno przy każdym kroku.
Słychać też było uderzające o siebie elementy kombinezonu ochronnego, które
pokrywały jego ciało. No i oczywiście miecz. Przewieszony przez plecy wyglądał
jakby był w stanie przeciąć samochód na pół.
Po
kolejnej godzinie tułaczki znaleźliśmy w końcu nieduży domek po środku lasu.
Idąc powoli z bronią podeszliśmy do niego. Już z podwórza słychać było krążące
po nim zombie. Najgorsze było to, że oprócz przystojnego członka ekipy Łapy
oraz Giganta byliśmy kompletnie bezbronni. Wykorzystując ten fakt Karol ruszył
pierwszy. Zakradliśmy się szóstką na ganek i powoli podeszliśmy do drzwi. Domek
wyglądał jakby nie pełnił funkcji mieszkalnej od paru miesięcy. Widocznie ta
leśniczówka była opuszczona, ale jakimś cudem przypełzły tu zombie. Możliwe, że
ktoś tu się ukrywał przed nami. Gigant wyciągnął z cichym sykiem miecz z
prowizorycznej pochwy po czym nacisnął klamkę. Tuż za nim wszedł Najmłodszy,
który oświetlał wnętrze latarką. Co prawda nie widziałam co się dokładnie
stało, ale po dźwiękach doszłam do wniosku, że Gigant poradził sobie z zadaniem
bez większych problemów.
Po
wejściu zauważyłam dwa rozpołowione cielska leżące pod ścianą. Wszyscy weszli
pospiesznie do środka i Przystojny zamknął drzwi. Całe szczęście zamek jeszcze
był. Szybko się rozgościliśmy. Domek składał się z jednej dużej izby
przedzielonej piecykiem. Na ścianach wisiały trofea łowieckie, ale w szafkach
ziały pustki. Co prawda przy kominku było nawet drewno, rozpałka i zapałki,
więc mogliśmy sobie pozwolić na rozgrzanie się paroma szczapami. Tym zajął się
Długowłosy.
Po
chwili na moją twarz buchnęło przyjemne ciepło. Rozkosz była tak wielka, że aż
przeszedł mnie dreszcz. Stłoczyliśmy się blisko siebie i zaczęliśmy
rozpakowywać żywność. Nie było tego dużo, ale rozumiałam, że nikt nie miał
czasu pakować tego więcej. Przygotowaniem jedzenia zajęłam się ja i Młoda. W
tym czasie mężczyźni z grupy Łapy rozmawiali w kącie, a Gigant siedział oparty
o piecyk i ostrzył miecz osełką. Prosząc
Młodą o nałożenie porcji podeszłam do Karola. Dopiero teraz zwróciłam
uwagę na jego wygląd. Miał on nieduży zarost, szczególnie pod nosem i krótkie
włosy z widocznymi zakolami. To wszystko koloru brązowego. Co prawda nie był
okazem przystojnego mężczyzny, ale też nie można go było nazwać brzydkim. Usiadłam naprzeciwko niego krzyżując nogi i
zaczęłam rozmowę:
- Nie uważasz, że
powinniśmy zawrócić i rozejrzeć się po Królowym Moście? Może ktoś akurat
przeżył? Albo…
- Wrócił Bobru? Natalio
nie możemy żyć nadzieją przez cały czas. Moglibyśmy przecież odwiedzić
okoliczne miasteczka i wioski, żeby poszukać naszych ludzi, ale nie rozumiesz
jak wielkie to jest ryzyko? Nie zrozum mi źle, obiecałem coś Bobrowi i jeżeli
będzie trzeba to podążę za tobą, ale nie wiemy nawet gdzie szukać… - stwierdził
przerywając ostrzenie broni.
Miał rację. Nie mogłam jednak pogodzić się z tym faktem.
Cieszyłam się z bezpieczeństwa jakie potrafił nam zapewnić. W jego rękach
czułam się beztroska i kochana. Powoli przyzwyczaiłam się do życia w tym
Obozie, gdzie poza paroma incydentami nie działo się nic złego.
- Czyli myślisz, że
powinniśmy po prostu ruszyć przed siebie? Zostawić to wszystko za nami? Wybacz,
ale nie wierzę w to, że wszyscy zginęli. Na pewno są gdzieś tam – mówiłam,
tracąc powoli cierpliwość.
- Myślę, że – zaczął
wstając – powinniśmy znaleźć trochę
zapasów i ruszyć na zachód. Pójdziemy wzdłuż drogi krajowej i poszukamy
jakiegoś sprawnego auta, po czym będziemy mogli myśleć o poruszaniu się po
okolicznych wioskach. Na piechotę zamarzniemy, wpadniemy w grupę zombie, albo
staniemy się łatwym celem, dla innych ocalałych, jak tych, którzy nas ściągają.
Rozumiesz? – zapytał.
- Tak… - odpowiedziałam
pokornie, wstając i idąc przy Gigancie po jedzenie. Zjedliśmy w szóstkę w ciszy
po czym położyliśmy się spać. Karol stanął na warcie, a reszta prawie
natychmiast zasnęła. Dopiero teraz poczułam ogromne zmęczenie, po tym całym
długim dniu.
Gdy się
obudziłam było już jasno. Gigant drzemał oparty o stertę ubrań, a Młoda leżała
najbliżej kominka. Skuliła się z zimna, ale z tego co widziałam dalej spała.
Długowłosy, Przystojny i Najmłodszy
rozmawiali o czymś ubierając się. Podeszłam do naszych zapasów i wyciągnęłam
butelkę wody. Wzięłam dwa łyki po czym zaczęłam się ubierać. Przed nami był
ciężki dzień pełen przepychania się przez śnieg oraz szukania auta. Przez noc
napadało tego mnóstwo. Zaspy sięgały teraz spokojnie do kolan.
Niecałą
godzinę potem, po skromnym śniadanku, wyruszyliśmy. Szliśmy cały czas przez
białe lasy, co jakiś czas podążając wzdłuż dróg. Przy pierwszej z nich
zauważyliśmy samochód. Był on przysypany śniegiem aż po koła. Podeszliśmy do
niego ostrożnie czekając, aż Przystojny i Gigant sprawdzą czy jest bezpiecznie.
Byli już niecałe trzy kroki od pojazdu, kiedy Gigant nagle wywrócił się. Po
prostu szedł i upadł ciężko na śnieg. Nie do końca wiedziałam o co chodzi, aż
zauważyłam trupa wyłaniającego się ze śniegu i sięgającego zębami do jego ręki.
Zaczęłam biec, ale Najstarszy przytrzymał mnie i kazał zostać. Patrzyłam
bezsilnie jak trup wgryza się w rękę Giganta, ale po chwili przeszła mnie fala
ulgi. Okazało się bowiem, że trup nie umiał przegryźć ochraniającego mężczyznę
kombinezonu i po chwili jego głowa została przecięta na pół dźgnięciem miecza.
To jednak był dopiero początek.
Nagle
ze śniegu zaczęły wyrastać, w różnych miejscach, ręce. Nie było ich dużo, a
przynajmniej tak mi się wydawało, ale niektóre pojawiły się na drodze miedzy
nami, a samochodem. Nie czekając, aż Najstarszy znowu mnie powstrzyma wyrwałam
mu się i krzyknęłam do Giganta:
- Uciekaj!
To co zrobił przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy
nie widziałam podobnego występu. Gigant przeciął najbliższego trupa na pół po
czym przeskoczył kolejnego rozpłatując mu głowę na pół. Następnie zaszarżował
na wyłaniającego się przy Przystojnym i samym uderzeniem opancerzonego barka
odrzucił go metr do tyłu. Przystojny próbował wycelować do któregokolwiek, ale
nie wychodziło mu to, ponieważ Karol biegał od jednego do drugiego i zabijał je
tym samym zmniejszając dystans do nas. Po chwili osłaniając Przystojnego przed
kolejnym trupem doskoczył do nas i kazał uciekać. Nie musiał powtarzać dwa
razy.
Przez
kolejne trzy godziny nie znaleźliśmy ani zombie ani niczego innego. Zrobiliśmy
dwa nieduże postoje, aby się napić, ale poza tym staraliśmy się utrzymać tempo
marszu. Nagle przekraczając kolejne wzgórze zobaczyliśmy z niego drogę. Wiła
się ona niczym wąż wchodząc w jeden las, a wychodząc w drugi. Na jej środku
oprócz śniegu zobaczyliśmy coś. Musieliśmy zbiec kawałek, żeby dokładniej się
przyjrzeć temu co widzimy. Będąc przy drzewach około pięćdziesięciu metrów od
celu, przyjrzałam się dokładnie. Na drodze stał wóz, a przy nim poruszały się
trzy osoby. Wyglądało to na rodzinę – był mężczyzna, kobieta i dziewczyna,
która wyglądała na około siedemnaście lat, czyli była w moim wieku. Ten
pierwszy, miał długie wąsy, które było dobrze widać z daleka i w ręce trzymał
strzelbę. Siedział oparty o bagażnik i obserwował okolicę. Obok niego siedziała
żona, która szukała czegoś na tylnych
siedzeniach samochodu. Wyglądała na dosyć pulchną. Córka, bo prawdopodobnie tym
dla tej dwójki była, szła akurat do lasu, prawdopodobnie za potrzebą.
To był
nasza okazja. Wiedziałam, że jestem w stanie zapewnić drużynie byt, tak samo
jak robił to Bobru i zamierzałam to udowodnić. Od tego zależało to czy
przeżyjemy. Musieliśmy przejąć te auto. Mówiąc co zamierzam zrobić spotkałam
się ze sporą dezaprobatą, ale ostatecznie wybłagałam pistolet od Przystojnego i
uzyskałam zgodę Giganta na to, żeby zrealizować mój plan. Zdjęłam kurtkę i
położyłam ją na ziemi, żeby wyglądać bardziej realistycznie do mojej roli po
czym wybiegłam na pole. Ci ludzie wybrali sobie naprawdę beznadziejne miejsce
na postój. Wąsaty mężczyzna zauważył mnie bardzo szybko. Całe szczęście nie
widział mojej broni, którą miałam schowaną za plecami przy pasku. Nim zdążył
podnieść broń krzyknęłam:
- Ratujcie mnie
ludzie! Błagam! – krzycząc podchodziłam coraz bliżej, chociaż nie biegłam
już. Wąsaty mężczyzna przeszył mnie wzrokiem.
- Kim jesteś
dziewczyno? Przed czym uciekasz? – zapytał dosyć niskim, męskim głosem.
- Zombie nadchodzą.
Przed chwilą zabiły… one zabiły - w
tym momencie rozkleiłam się i upadłam na kolana przed nimi. Byłam nie dalej jak
dziesięć kroków od nich i auta. Teraz z bliska mogłam zobaczyć, że mężczyzna
jest dosyć stary, musiał mieć już prawie pięćdziesiątkę na karku, a kobieta
rzeczywiście jest pulchna, ale z jej twarzy można było wyczytać, że jest miła
osobą. Zrobiło mi się jej szkoda. Obserwując zmianę wyrazu twarzy wąsatego
mężczyzny widziałam jak podchodzi do mnie, ciągle mierząc strzelbą i staje
dosłownie trzy kroki ode mnie.
- Kogo zabiły
dziewczyno? Jak daleko stąd… - zaczął, ale przerwał mu ktoś stojący za mną.
- Ojcze ona ma broń! –
zdążyła krzyknąć dziewczyna po czym padł strzał. Wąsaty mężczyzna osunął się na ziemię barwiąc
śnieg na różowo, a potem na czerwono. Usłyszałam krzyk rozpaczy z ust
dziewczyny, który szybko przerodził się w wrzask pełen gniewu i nienawiści.
Dziewczyna zaszarżowała na mnie, jednak nie miała broni więc tutaj była moja
przewaga. Wymierzyłam do niej i powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam:
- Jeżeli do mnie
podejdziesz to dołączysz do ojca.
Nie posłuchała. Trafiłam ją w ramię, ale ta pomimo bólu
rzuciła się na mnie i wywróciła na śnieg. Poczułam zimno na całych plecach,
nogach oraz pośladkach. Po chwili do tego wszystkiego doszło uczucie duszenia.
Dziewczyna zaczęła mnie dusić, starając się z wszystkich sił mnie zabić.
Drapnęłam ją wolną ręką po twarzy, aż do krwi, ale ta kontynuowała atak. Z
każdą sekundą robiło mi się coraz ciemniej w oczach, aż uścisk nagle zelżał. Do
akcji wszedł Najmłodszy. Uderzył, opętaną gniewem, dziewczynę w tył głowy
kamieniem po czym zrzucił ją ze mnie i zaczął mnie osłaniać. Zobaczyłam jak dołącza
do niego Przystojny, który podnosi broń. Usłyszałam też krzyk żony wąsatego
mężczyzny i po chwili zobaczyłam jak upada ona. Z tego co wiedziałam zemdlała.
Poprosiłam ludzi Łapy, żeby zanieśli obie kobiety pod drzewo i zostawili je na
pastwę losu. Z lasu wyłonił się Najstarszy, który prowadził przy sobie Młodą.
Auto było nasze.
Nie
traciliśmy nawet czasu na przeszukanie go. Po prostu wsiedliśmy i odjechaliśmy.
Było one na tyle duże, że pomieściłoby jeszcze z dwie-trzy osoby. Spod
śniegowego płaszczu zobaczyłam, że było ono niebieskie. Z trudem łapiąc oddech
opadłam na tylne siedzenie i rozejrzałam się po wnętrzu. Były tu dwie torby z
jedzeniem i jedna z różnego rodzaju rzeczami. Znalazłam tam trochę bandaży,
wodę utlenioną, dwie paczki zapałek oraz dwa noże kuchenne. Jeden wzięłam ja, a
drugi podałam Młodej. Gigant patrzył na mnie z dziwnym smutkiem w oczach.
Wydaję mi się, że pomimo jego postury i wielkości, był on straszliwie słaby
psychicznie. Taki jaki powinien być normalny człowiek. Zobaczył już zbyt wiele
zmienionych ludzi.
Zdobyliśmy
w końcu wóz, ale nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Nie mieliśmy mapy, a nasze
częste skręcanie i przecinanie drogi przez las na pewno nie pomagało. Dlatego
też jechaliśmy po prostu drogą, w tą samą stronę, w którą jechał wąsaty
mężczyzna z rodziną. Słońce zaszło na niedługo po całej akcji, więc skręciliśmy
w las i tam spędziliśmy noc. Znaleźliśmy idealną polankę, przypominała ona
trochę tą na której powrócił Bobru. Tamtej nocy było naprawdę niebezpiecznie,
ale czułam się wyjątkowo, kiedy zobaczyłam go znowu. Siedząc w ciepłym aucie i
patrząc przez szybę przez chwilę nawet myślałam, że go zauważyłam, ale niestety
to był tylko i wyłącznie zombie. Najstarszy okazał się być świetnym kierowcą.
Najmłodszy z kolei wydawał się najprzyjemniejszy z całej grupy i siedząc na
tylnym siedzeniu opowiadał nam różne historie, które choć trochę pozwalały
zapomnieć o otaczającym nas gównie.
Na
kolacje zdjęliśmy paczkę sucharów, które popijaliśmy herbatą, którą kobieta
miała w jednej z torebek z jedzeniem. Prawdopodobnie przygotowała ją już jakiś
czas temu, bo smakowała dziwnie, ale zawsze lepsze to niż nic. Spało się
strasznie niewygodnie. Najstarszy i Przystojny spali z przodu na siedząco,
Gigant oraz Najmłodszy ścisnęli się z tyłu, a ja z Młodą miałyśmy najwięcej
miejsca na środku. Zaczęłam lubić tą dziewczynę. Chociaż często chodziła smutna
to starała się ze wszystkich sił aby pomagać innym. Była trochę jak młodsza
siostra, przynajmniej dla mnie.
Kolejne
trzy dni miały identyczny schemat. Jechaliśmy cały dzień, plądrowaliśmy
napotkane budynki, robiliśmy postoje, podczas których jedliśmy oraz spaliśmy. W
końcu po tych wszystkich manewrach zaczynało nam brakować paliwa, całe
szczęście w bagażniku znaleźliśmy dwa kanistry pełne benzyny. Pod koniec
trzeciego dnia dojechaliśmy w okolicę Białegostoku. Poznałam moje rodzinne
miasto po dwóch charakterystycznych kominach, które był widać z daleka. Poza
tym zmieniło się tu dużo. Jak odjeżdżałam stąd z grupą Alexa to zabudowania
jeszcze jakoś wyglądały, ale teraz wszystko przypominało ruinę. Splądrowane
domy, sklepy oraz magazyny, pojedyncze zombie przełażące z jednej strony ulicy
na drugą oraz otaczająca miasto cisza. Wydawało mi się, że dźwięk silnika
naszego samochodu jest słyszalny w każdym miejscu w promieniu paru kilometrów.
Wiedzieliśmy teraz, że aby dostać się w okolicę Królowego Mostu wystarczy
ruszyć na wschód, ale nie mieliśmy już nadziei na znalezienie tam kogoś żywego.
Po drodze mijaliśmy ogromne stado zombie
i nawet jeżeli nasi przyjaciele je omijali na pewno padli ofiarami głodu
lub śnieżycy.
Tego
wieczora wypełzliśmy w końcu obolali z auta i postanowiliśmy przespać się w
jednym z magazynów na obrzeżach miasta. Z początku oczywiście dokładnie go
przeszukaliśmy. Teraz cała nasza szóstka była uzbrojona w bronie do walki
wręcz. Trzy noże, tłuczek do mięsa, siekiera oraz miecz. Zostawiając
Najstarszego i Najmłodszego przy aucie w czwórkę ruszyliśmy do magazynu. Gdyby
nawet był dzień byłoby tu strasznie ciemno, bo pojedyncze okna były tak brudne,
że wydawały się wręcz nieprzejrzyste. Cały budynek był splądrowany tak jak
myśleliśmy, ale to co zobaczyliśmy w ostatnim pomieszczeniu kompletnie
zniechęciło nas do spędzenia tu nocy. W przedostatnim pomieszczeniu pełzał trup
kobiety, który zjadał ciało dziecka. Musiała tu się ukrywać matka ze swoją
pociechą i wtedy coś ją zabiło. Było to tak potworne, że nawet Gigant
stwierdził, że wytrzyma kolejną noc w trasie, bylebyśmy tylko odjechali stąd
jak najdalej.
Pakując
się ponownie do auta ruszyliśmy na północny wschód, mniej więcej w kierunku
Królowego Mostu. Dzisiejszy wieczór był odrobinę cieplejszy, chociaż mróz i tak
dawał się we znaki. Usiadłam opatulona ciepło na masce auta jedząc konserwę
rybną ,kiedy podeszła do mnie Młoda. Przycupnęła obok mnie spoglądając na
pojedyncze gwiazdy przebijające się przez chmury. Zatrzymaliśmy się dzisiaj w
ruinach jakiegoś hangaru, który nie miał już dachu, ale był ogrodzony ceglaną
ścianą chroniącą trochę przed wiatrem.
- Natalio… mam sprawę…
– zaczęła nieśmiało Młoda.
- Tak? – zapytałam
spoglądając na nią. Jeszcze nigdy nie wyglądała równie słodko jak teraz.
- Chyba wiem dlaczego…
dlaczego to wszystko się stało – powiedziała po cichu.
Dreszcz mnie przeszedł po plecach, ale wydawało mi się, że
to tylko od zimna.
- Dlaczego co się
stało? – zapytałam zaciekawiona odkładając konserwę na bok.
- Dlaczego ci ludzie
nas zaatakowali. Och Natalio… - w tym momencie Młoda kompletnie się
rozkleiła. Przytuliłam ją do siebie i trzymała, aż się uspokoiła.
- Oni… My… Ja i moja
siostra znałyśmy tych ludzi. Oni nas szukali, tak naprawdę przed nimi uciekała
moja siostra. Chciała mnie chronić. Ja… ja przepraszam – skończyła znowu
łkając.
- Znałaś tych ludzi?
Kim oni byli? – zapytałam najdelikatniej jak potrafiłam.
- To była grupa
naszego ojca. On jest bardzo, bardzo złym człowiekiem. Zabijał innych i nas
męczył. Dlatego od niego uciekłyśmy i wtedy to wszystko się zaczęło… - powiedziała.
Nie pytałam o więcej. Poczułam złość. Łapa nas wykorzystała.
Co prawda rozumiałam, że chciała chronić siostrę, ale przez nią prawdopodobnie
nie zobaczę nigdy więcej Bobra, Ernesta, Cinka, Sołtysa i innych. Nie mogłam
okazać złości. Musiałam ją pocieszyć bez względu na wszystko.
- To nie twoja wina
Młoda. Nie… - w tym momencie rozmowę przerwał nam wybuch. Młoda pisnęła
głośno, a ja zeskoczyłam z auta i zaczęłam się rozglądać. Wtedy to zobaczyłam.
Na niebie był helikopter w ogniu. Spadał on w dół gdzieś na zachód od nas.
Reszta szybko znalazła się przy nas i wspólnie obserwowaliśmy jak nad lasem w
płatkach śniegu helikopter obniża lot i uderza gdzieś o drzewa. Zobaczyłam słup
ognia i po chwili w tym samym miejscu zobaczyłam czarny dym. W mojej głowie
natychmiast pojawiła się myśl. Spojrzałam na Giganta. On patrzył w miejsce
katastrofy i po chwili spojrzał na mnie. Usłyszałam swój własny głos mówiący:
- Ten dym będzie
widoczny z wielu kilometrów. To znaczy, że… - nie skończyłam bo przerwał mi
Gigant.
- Ktoś z naszych może
tam iść…
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
białystok,
Blog,
Bombu,
część druga,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 2,
survival,
szwendacze,
zombie
poniedziałek, 19 maja 2014
Rozdział 25: Potwór
Coś się kończy, coś się zaczyna. Bardzo lubię ten cytat z prozy Sapkowskiego. 25 rozdział oznacza tylko jedno - dużo wydarzeń i przerwę. Po tym rozdziale blog zostaje zawieszony na około dwa tygodnie. Spytacie pewnie "dlaczego?". Odpowiedź jest prosta, potrzebuję czasu na napisanie około dziesięciu rozdziałów drugiej części Apokalipsy, żeby móc w miarę regularnie (co 5 dni) wrzucać wam kolejny rozdział. Tak więc przewiduję, że 1 rozdział drugiego tomu pojawi się dopiero 2 czerwca, a może nawet trochę później. Na pewno nie zaprzepaszczę tego czasu i dobrze go wykorzystam. Aktualnie mam napisane 6 rozdziałów, ale zauważyłem, że za bardzo przyspieszam przez co słabo mi to wychodzi. Dlatego też, chcę popracować nad tym spokojnie i zaskoczyć was trzymającym w napięciu opowiadaniem.
Co do samego rozdziału powiem tyle - nie jest to najlepszy rozdział jaki napisałem w tej części. Ciężko było mi przeskoczyć tą poprzeczkę jaką postawiły rozdziały np. 10 lub 19. Ten rozdział jest po prostu pewnym punktem kulminacyjnym, który jest ważny dla całej fabuły. Ucieczka z Supraśla i ostateczne opuszczenie terenów Królowego Mostu. Jeżeli wam się spodoba nie zapomnijcie o komentarzu i rozesłaniu bloga znajomym. Dodatkowo, jeżeli czytacie ten wstęp prosiłbym was o napisanie w komentarzach jaka postać została według was najlepiej wykreowana. Jestem ciekaw waszych opinii :P Teraz zapraszam do czytania.
Rozdział 25: Potwór
Co do samego rozdziału powiem tyle - nie jest to najlepszy rozdział jaki napisałem w tej części. Ciężko było mi przeskoczyć tą poprzeczkę jaką postawiły rozdziały np. 10 lub 19. Ten rozdział jest po prostu pewnym punktem kulminacyjnym, który jest ważny dla całej fabuły. Ucieczka z Supraśla i ostateczne opuszczenie terenów Królowego Mostu. Jeżeli wam się spodoba nie zapomnijcie o komentarzu i rozesłaniu bloga znajomym. Dodatkowo, jeżeli czytacie ten wstęp prosiłbym was o napisanie w komentarzach jaka postać została według was najlepiej wykreowana. Jestem ciekaw waszych opinii :P Teraz zapraszam do czytania.
------------------------------------------------------
Rozdział 25: Potwór
Wszystko
zaczęło się dziać tak szybko. Razem z Łowcą podnieśliśmy Cinka i zanieśliśmy go
na zaplecze. Po drodze wziąłem jedną z lamp i kazałem wszystkim się wycofać.
Tym razem posłuchali na czas. Cofnęliśmy się do poprzedniego pomieszczenia i
zabarykadowaliśmy drzwi. Kazałem je trzymać Kiciusiowi oraz Sołtysowi.
Musieliśmy stąd uciekać. Do budynku wchodziły zombie. Łapa i Nieznajoma
pobiegły po nasze rzeczy, a ja w tym czasie musiałem szybko myśleć. Bałem się o
życie Cinka. Nie mógł zginąć i był tylko jeden sposób, żeby go uratować.
— Musimy mu odciąć
rękę. W ten sposób go uratujemy – krzyknąłem sięgając po siekierę.
Spojrzałem na Cinka i zauważyłem coś, czego w życiu bym się u niego nie
spodziewał. Strach. Jeden z najtwardszych ludzi jakich znałem bał się. Nie
mogliśmy jednak czekać dłużej. Już teraz wyglądał jakby trawiła go gorączka. Wirus
rozprzestrzeniał się dosyć szybko. Wziąłem topór strażacki i położyłem rękę
przyjaciela na blacie. Zombie dobijały się do drzwi chronionych przez Kiciusia
i Sołtysa, a dziewczyny znosiły do wyjścia nasze rzeczy. Wycelowałem w rękę
przyjaciela tuż poniżej łokcia. Już miałem uderzać, kiedy po prostu zamarłem.
Ilość emocji sparaliżowała mnie.
Marcin chyba zemdlał bo osunął się pod blat.
Nie dałem rady mu pomóc. Spojrzałem z nadzieją na Łowcę. Był on o wiele większy
i silniejszy ode mnie i z pewnością nie miał takiego problemu. W końcu nie znał
jeszcze Cinka i nie powinien mieć tak wielkiego problemu jak ja, w okaleczeniu
go. Przytrzymałem Marcina od tyłu i położyłem jego rękę na blacie. Podałem
topór Łowcy i zobaczyłem jak bez wahania zamachuje się i tnie. Ręka odpadła po
pierwszym cięciu, któremu towarzyszył okropny dźwięk pękającej kości i
rozcinanego ciała. Spoglądałem na ruszającą się rękę przyjaciela i krew
cieknącą pod dużym ciśnieniem z rany. To jeszcze nie był koniec.
Cinek zemdlał, ale musieliśmy podpalić kikut.
Czułem jak mój towarzysz drży i próbowałem go przytrzymać, ale ten dostał
silnego ataku. To musiał być szok. Co gorsza czekało go więcej bólu, bo inaczej
wykrwawi się na śmierć. Patrzyłem jak kałuża krwi powstała na blacie spływa
powoli na podłogę i o mało nie zwymiotowałem. Nie należało to w żadnym wypadku
do przyjemnych widoków. Wiedziałem, że do przypalania kikuta przyda się ktoś,
kto odrobinę zna się na opatrunkach więc zmieniłem Sołtysa, który w raz z Łowcą
rozbił szkło chroniące użytkownika lampy przed ogniem i wsadził kikut Cinka do
ognia. Poczułem okropny zapach i zwymiotowałem, ale to co było straszniejsze to
krzyk Marcina.
Wrzasnął on tak potwornie, że byłem pewien, iż
tego nie przeżył. Jego krzyk wyrażał tyle bólu ile to tylko było możliwe.
Zombie naciskały na drzwi, które z każdym uderzeniem fali otwierały się na
większą szerokość. W pewnym momencie zombie wsadził rękę pomiędzy skrzydła
drzwi, przez co zachował szparę pozwalającą umarlakom na próbę przejścia.
Natychmiastowo odciąłem wystającą kończynę nożem i z impetem zamknąłem drzwi.
Musieliśmy się jeszcze chwilę bronić. Łapa krzyknęła mi, że wszystkie nasze
rzeczy są już gotowe i powinniśmy iść. Dałem jej znak, żeby poczekała jeszcze
chwilę. Sołtys kończył bandażować spalony kikut kawałkiem bandaża. Wcześniej
polał ranę wodą utlenioną, co wiązało się z kolejną falą krzyku.
Twarz Cinka była czerwona i przepocona.
Wyglądał on fatalnie, bez problemu można go było pomylić z trupem. Nie wydawało
mi się jednak żeby infekcja rozprzestrzeniła się dalej. Miałem przynajmniej
taką nadzieję.
— Musimy stąd
spierdalać – krzyknął Łowca biorąc Cinka na plecy – Zaraz zrobi się tu zajebiście nieprzyjemnie.
Nie czekaliśmy na nic więcej. Wziąłem trzy torby jedzenia i
zapakowałem do dużego plecaka, który ostatnio znalazłem. Był on teraz naprawdę
ciężki i z pewnością spowolni mnie w dosyć dużym stopniu.
— Jeżeli ktoś z nas
zostanie rozdzielony czekamy na niego, jasne?! – zapytałem resztę otwierają
tylne drzwi. Łapa i Nieznajoma wzięły pozostałe torby, a Kiciuś wziął do ręki
dwa pistolety i je przeładował. Snajperka Łowcy wisiała na jego plecach. Za
drzwiami czekało na nas prawdziwe piekło.
Kościół był niecały kilometr od baru, ale
widząc ilość trupów na ulicy, nie zwiastowało to bezpiecznego przejścia. Tylne
drzwi otworzyły się gwałtownie i już po chwili w siódemkę wybiegliśmy na śnieg
padający powoli z nieba. Właściwie wybiegło sześć osób, bo Cinek dalej omdlały
znajdował się na plecach Łowcy. Tyły baru były tak zasypane, że śnieg sięgał do
kolan. To jeszcze bardziej utrudniało sprawę. Szedłem pierwszy trzymając w ręce
topór, którym Łowca dokonał cięcia. Widziałem na ostrzu świeże plamki czerwonej
krwi. Nie wyglądała na zanieczyszczoną. Rozcinając zombie nie raz uwalnialiśmy
falę czarnej, brudnej juchy i wiedzieliśmy jak ona wygląda.
Co chwilę zatapialiśmy się w góry śniegu i
traciliśmy równowagę, ale nie widzieliśmy zombie na tej uliczce. Plecak ciążył
mi straszliwe, niczym stwór przyczepiony do moich pleców, usiłujący mnie
wywalić. Skręcając w lewo usłyszałem jęk i już po chwili zobaczyłem zombie stojące
przed nami. Musieliśmy je zabić, to była najszybsza droga. Były tylko trzy,
ugrzęzły one w śniegu i najwidoczniej przymarzły. Miałem nadzieję, że nie wyrwą
się z lodowych klatek. Podszedłem do pierwszego i zamachnąłem się toporem. Nie
przewidziałem jednak prawdziwej ciężkości plecaka i po chwili wylądowałem na
plecach nie mogąc wstać. Musiało to wyglądać komicznie.
Mniej zabawne jednak było to co stało się
chwilę później. Zombie do którego podszedłem wyciągnęło się w moją stronę.
Usłyszałem trzask i zobaczyłem jak obie nogi trupa zostają w zaspie śniegu, a
reszta ciała spada na mnie próbując mnie ugryźć. Łapa w tym czasie wbiła nóż w
gardło zombie obok i uwolniła brudną krew, która zafarbowała śnieg na różowo, a
potem czerwono. Próbowałem odepchnąć trupa i wstać, ale był zwyczajnie za duży
i ciężki. Widziałem jego połamane zęby, kawałek od mojej twarzy i zalała mnie
fala strachu. Nagle ciężar zelżał po tym jak Kiciuś pchnął nożem w ucho trupa i
trafił w mózg tym samym uspokajając na wieki żądze mordu.
Wstałem z jego pomocą i obserwowałem jak
ostatni zombie traci głowę po potężnym zamachu Łowcy, który trafił młotkiem
prosto w czaszkę trupa. Ruszyliśmy bez słowa dalej. Przemierzyliśmy w spokoju
dwie kolejne uliczki, które były wydeptane przez zombie i trafiliśmy do bardzo
wąskiej alei. Z daleka widać już było kościół, który był naszym celem. Czerwona
wieża ubrana w biały kapelusz śniegu obserwowała miasto. Widok stamtąd musiał
być niesamowity. Nagle alejka rozwidliła się i mieliśmy dwie drogi. Nie mieliśmy
pojęcia, którą wybrać. Obie wydawały się prowadzić w stronę kościoła, ale
ciężko to było określić z tej pozycji. Kazałem Kiciusiowi, Łapie oraz
Nieznajomej pójść kawałek w lewo, żeby zobaczyć dokąd prowadzi droga. Oddalili
się nie dalej niż piętnaście metrów, kiedy usłyszałem trzask.
Z początku nie wiedziałem co się stało, gdy
coś spadło tuż przede mną z okolicznego okna. Nagle zauważyłem, że w jednym z
domów ziała dziura, z której wypadło parę zombie. Piętro domu nie było wysokie
dlatego też, każdy zombie przeżywał upadek i wstawał ospale, żeby nas zjeść. To
była zdecydowanie najdziwniejsza rzecz jaką w życiu widziałem. Nim minęły dwa
uderzenia serca z domu wysypało się około dziesięciu trupów. Ze zgrozą
stwierdziłem, że walka z nimi tutaj jest zbyt niebezpieczna.
— Kiciuś zabierz
dziewczyny i spotkamy się przy kościele! – wrzasnąłem cofając się – Pospieszcie się!
Całe
szczęście przewidzieliśmy możliwe rozdzielenie się, więc nie przeraziło mnie
to, aż tak bardzo. Bałem się jednak, że coś może pójść nie tak. Twarze moich
towarzyszy nie wyrażały nic poza zmęczeniem. Sołtys poruszał się wolno. Pomimo
tego, że czasami utrzymywał nasze tempo to teraz trzymał się parę metrów za
nami. Łowca szedł drugi od tyłu. Był co prawda silny, ale niesienie człowieka w
takich warunkach i tak długi czas musiało być wyzwaniem. Wychodząc na główną
ulicę, zobaczyłem zabudowania po lewej. Zakląłem po cichu. Kiciuś i dziewczyny
będą musieli zrobić duże kółko, żeby dostać się do kościoła. Miałem nadzieję,
że zdążą.
Przez kolejne dziesięć minut spotkaliśmy parę
zombie, które wraz z Sołtysem zabiłem. Nagle dotarliśmy na ulicę zatkaną przez
auta. Małe przestrzenie pomiędzy nimi pozwoliły nam przejść gęsiego, ale bałem
się, że pod którymś z aut może kryć się przysypany trup. Stąpałem ostrożnie
mając nadzieję, że nie stanie się nic złego. Gdy byliśmy w połowie drogi
zauważyłem dwa trupy. Szły do nas w ślimaczym tempie, zbliżając się
nieuchronnie. Całe szczęście mogliśmy je ominąć. Moje nogi były obolałe, a na
twarzy i w niedużym zaroście znalazło sobie kryjówkę parę płatków śniegu.
Nagle nie wytrzymałem i potknąłem się. Plecak
ciążył mi ogromnie i na nieszczęście upadłem na auto. Wtedy zaczęło się piekło.
Wydawało mi się, że nigdy nie słyszałem głośniejszego dźwięku niż alarm
samochodowy, który rozbrzmiał po potężnym uderzeniu plecaka i mojego ciała o drzwi.
W życiu nie spodziewałbym się, że niektóre auta mogą mieć jeszcze działające
alarmy. Przeklinając przyspieszyłem. Widziałem, że Łowca i Sołtys także
zwiększają tempo. Nogi bolały mnie okrutnie i każdy kolejny krok był wyzwaniem.
Tylko dwa wraki stojące obok oddzielały mnie od sunącego się naprzeciwko
zombie. Wyciągnął on do mnie swoje martwe łapska, jednak był za wolny i dzielił
nas zbyt duży dystans, żeby mógł coś mi zrobić.
Szedłem do przodu oglądając się raz po razie,
żeby zobaczyć, czy moi towarzysze wciąż idą. Kościół z każdą minutą był coraz
bliżej. Niestety wprost proporcjonalnie do tego wzrastała liczba zombie.
Zaczęły one wypełzać od wschodu, prawdopodobnie było to stado zmierzające z
któregoś z większych miast. Możliwe nawet, że były to te same zombie co w
Kołodnie. Nogi miałem przemarznięte i odrętwiałe. Każdy kolejny krok był coraz
cięższy. Łowca krzyknął do mnie, żebym skręcił w lewo na tyły kościoła.
Ta uliczka była zdecydowanie mniej zasypana i
z ulga odetchnąłem wkraczając na ubity śnieg. Zombie wywracały się, ale dalej
próbowały nas dosięgnąć.
— Daleko jeszcze? Naprawdę
ciężko się niesie ten plecak. Waży dobre trzydzieści kilo! – zawołałem
czekając, aż Sołtys i Łowca mnie dogonią.
— Twój kumpel waży z
osiemdziesiąt, a nie narzekam – zripostował mężczyzna – Schowałem Potwora tuż za rogiem.
Przepełniony nadzieją, że zaraz stąd odjedziemy ruszyłem.
Idąc tą ciemną, wąską uliczką myślałem. Grupa Miczi prawdopodobnie nie żyła.
Natalia wraz z siostrą Łapy i Gigantem oraz paroma ludźmi Łapy była też
prawdopodobnie martwa. Musiałem ustalić cel. Wyszedłem za róg i zobaczyłem coś
niesamowitego.
Na uliczce jakby nigdy nic stał ogromny
samochód ciężarowy. Był on koloru niebieskiego i prezentował się potężnie. Z
każdej strony był pokryty blachą, prawdopodobnie umożliwiająca rozbijanie
przeszkód drogowych. Z przodu do maski miał doczepione kolce. Były one pokryte
zakrzepłą krwią. Poza tym Potwór był zadbany. Widać, że Łowca dbał o swój
środek lokomocji. Z radością zrzuciłem plecak obok wozu, jednak nie widziałem
ani dziewczyn ani Kiciusia. Nie podobało mi się to. Powinni tu być. Nie mieli
za dużo do noszenia. Łowca delikatnie otworzył tyły auta i wrzucił tam nasze
rzeczy, po czym pomógł wsiąść Sołtysowi. Następnie ułożył w przytulnym wnętrzu
tira Cinka. Zaglądając ukradkiem do środka zobaczyłem, że jest tam całkiem
nieźle urządzony. Mógłbym to nazwać domem na kółkach. Z tyłu były trzy łóżka,
wcześniej wspomniane bronie oraz parę innych rzeczy.
Po zapakowaniu wszystkiego podszedł do mnie.
— Młody gdzie oni są?
Musimy zaraz odjeżdżać. Uliczka, którą tu przyszliśmy jest już pełna trupów.
Jeżeli nie zbierzemy się w jakieś dziesięć minut, to będzie po nas – powiedział
drapiąc się po ranie.
Miał rację.
— Musimy poczekać. Na
pewno omijali grupy trupów i zaraz tu będą – powiedziałem bez przekonania.
Miałem nadzieję, ale nie potrafiłem odrzucić wizji, w której widzę, ze zginęli.
Nagle usłyszałem strzał. Dochodził z uliczki na północ stąd. Ignorując
przeklinającego moją głupotę Łowcę, ruszyłem w tamtą stronę. Przeskakiwałem
zaspy śniegu i omijałem zagrzebane w śniegu trupy. Usłyszałem kolejny strzał i
zobaczyłem dwie postacie otoczone przez parę zombie od mojej strony i całą
hordę od drugiej. Poznałem w nich Łapę i Nieznajomą.
Nie czekając ruszyłem im na pomoc. Zombie były
zajęte nimi, więc bez problemu podszedłem od tyłu i podchodząc do każdego z
wolnych zombie, pozbawiałem je „życia” strzałem z pistoletu z bliska. Dwa z
pozostałych odwróciły się w moją stronę. Jeden był niesamowicie szybki, biorąc
pod uwagę to, że reszta z nich poruszała się od czasu przymrozku z dużym
spowolnieniem. Rzucił się on na mnie. Przycisnął mnie do ściany i próbował się
wgryźć. Całe szczęście miałem okazję i wolną rękę więc wymierzyłem mu w głowę i
pociągnąłem za spust. Usłyszałem dziwne kliknięcie, ale pocisk nie wyleciał.
Zdziwienie zmieszało się z przerażeniem. Wyciągając ostatkiem sił nóż zza pasa
wbiłem go w gardło trupa. Pistolet wypadł mi z rąk, a cios był niecelny, więc
nóż ugrzązł w środku zgniłego ciała.
Mogłem przypłacić to życiem gdyby nie strzał,
który mnie uratował. Brzmiał on niczym grzmot przycinający niebo. To był Łowca.
Trafił trupa perfekcyjnie w ucho. Siła strzału była tak duża, że poczułem wiatr
wiejący przy lecącym pocisku. Uratował mnie on jednak i po chwili zobaczyłem
jak Nieznajoma dobija drugiego z umarlaków i biegnie wraz z Łapą w moją stronę.
— Gdzie jest Ernest? –
zapytałem przerażony.
— On się… poświęcił.
Został uliczkę wcześniej, kiedy otoczyły nas zombie. Powiedział, żebyśmy
uciekały i… i… — w tym momencie Nieznajoma przystanęła i rozpłakała się.
Łowca pospieszał nas, ale ja stałem i nie chciałem słyszeć o niczym innym.
Czyżbym właśnie stracił kolejnego przyjaciela. Nie wielu mogłem zaszczycić
nazwaniem w ten sposób. Jednym z nich był Goku, który poległ podczas ataku na
Obóz. Drugim jest Cinek, który walczy o życie z tyłu Potwora. Trzecim jest Kiciuś. Nie mogłem go zostawić.
— Muszę po niego iść –
stwierdziłem.
Łapa
minęła już mnie w drodze do wozu, żeby zapakować tam żywność więc nie słyszała
tych słów. Co innego Łowca i Nieznajoma. Ta druga po prostu zaczęła płakać
jeszcze mocniej. Łowca z kolei zaczął wrzeszczeć. Zombie na około było coraz
więcej.
— Pojebało cię?
Zginiesz jeżeli tam pójdziesz. Musimy spierdalać! Nie widzisz ile ich tu jest?
Za chwilę zginiemy wszyscy – krzyczał patrząc na mnie. Co prawda poznałem
go niedawno, ale zauważyłem na jego twarzy grymas gniewu. Był na mnie zły. Za dużo osób olałem, tym samym je tracąc – pomyślałem.
Gokujin, Eryk, Miczi, Gigant… te wszystkie osoby i jeszcze więcej poświęciły
się dla mnie. Teraz nadszedł czas na mój ruch.
— Wracajcie do Potwora
– powiedziałem odwracając się do nich plecami – Jeżeli zrobi się gorąco jedźcie do Królowego Mostu. Znajdziemy was tam
– zapewniłem ruszając powoli z toporem w dłoni. Nie miałem nawet broni
palnej – I pod żadnym pozore… — w tym
momencie poczułem silne uderzenie w tył głowy. Świat zawirował, a ja upadłem.
Ostatnie co pamiętam to uczucie ciągnięcia i oświetlone lampą wnętrze tira.
Następnie poczułem szarpnięcie oznaczające, że pojazd rusza i zemdlałem.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
Blog,
Bombu,
finał,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
ocalali,
opowiadanie,
poland,
polska,
potwór,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 25,
survival,
szwendacze,
zombie
Subskrybuj:
Posty (Atom)