Kochani!
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy śledzi mnie na Youtube i niektórzy myślą, że blog jest porzucony. Nic bardziej mylnego! Fabuła na cały szósty tom jest zaplanowana, po prostu przez drugi projekt pisarski (Peccatorum), nie mam czasu na pisanie Apo. Nie wiem kiedy się to zmieni, ale postaram się Wam dostarczyć kolejne rozdziały przygód Bobra i całej grupy. Macie 5 tomów, które możecie sobie czytać na boku i wracać do tych przygód. Jak pojawi się kolejny rozdział na pewno o tym się dowiecie, a także jak ruszy samo pisanie to będę o tym informował na wszystkich mediach społecznościowych.
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o starej, dobrej Apokalipsie i mimo wszystko będzie czekać!
Tutaj podrzucam różne przydatne linki, które warto śledzić, w oczekiwaniu na dalsze informacje (a także jak ktoś po prostu lubi mój styl pisania):
Youtube - http://youtube.com/mrbobru
Facebook - https://www.facebook.com/MrBobru
Peccatorum (Drugi blog) - https://projectpeccatorum.blogspot.com/
https://www.youtube.com/watch?v=7qN8-84xOs8 - TUTAJ INFORMACJE O 6 TOMIE!!!
Dziękuje za cierpliwość i liczę, że jak najszybciej spotkamy się ponownie w klimatach zombie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bimbru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bimbru. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 października 2018
środa, 14 maja 2014
Rozdział 24: Nadzieja umiera ostatnia
No i zbliżamy się powoli do końca pewnej części tej opowieści. Ten rozdział rzuca trochę światła na historię ludzi z Supraśla i Łapy, co moim zdaniem jest interesującym motywem. No i oczywiście mocny koniec, który dla wielu osób może być sporym ciosem. Zapraszam do przeczytania, komentowania oraz rozsyłania znajomym!
Rozdział 24: Nadzieja umiera ostatnia
------------------------------------------------------
Rozdział 24: Nadzieja umiera ostatnia
Nie
wiedziałem co myśleć o tym co właśnie usłyszałem. Pod starszym mężczyzną rosła
plama krwi, a jego ciało leżało żałośnie. Stałem oszołomiony, zastanawiając się
czy to rzeczywiście był ktoś bliski Łapie. Ona jednak nie miała żadnych
wyrzutów. Natychmiastowo podniosła broń zabitego i podała ją mi. Uchwyciłem
strzelbę chowając pistolet i ruszyliśmy. Pierwszy wspinałem się ja. Drabina
była solidna i wątpiłem, żeby mogła się połamać. Znowu w mojej głowie pojawiały
się myśli związane wyłącznie z moją towarzyszką. Zastanawiałem się czy branie
jej do drużyny nie było błędem. Była to osoba młoda, a tak straszliwie
bezwzględna, że aż zapierało mi to dech. Nigdy nie widziałem kogoś tak
okrutnego, ale z większej perspektywy wolałem ją mieć po swojej stronie niż
przeciwko. Musiałem jednak na nią uważać i to mocno. Przez chwilę nawet pomyślałem,
czy nie będzie bezpieczniej jak się jej pozbędę. Polubiłem tą dziewczynę, ale
nie mogłem być pewien tego, czy nie skończę jak Eryk. Do dziś pamiętałem jego
beznogi korpus, po tym jak wpadł w zasadzkę Łapy pod mostem.
Popchnąłem delikatnie klapę i poczułem zimne
powietrze. Nie wierzyłem we własne szczęście. Widziałem cztery osoby, w tym
jedną martwą. Były odwrócone do nas plecami. Wszedłem najciszej jak potrafiłem
i schowałem się za jednym z kominów czekając aż wyjdzie Łapa. Niestety jej nie
udało się wejść równo cicho, za mocno popchnęła klapę i narobiła tym hałasu.
Nawet śnieżyca tego do końca nie zagłuszyła i zobaczyłem jak jeden z ludzi się
odwraca. Łapa szybko wskoczyła za drugi komin. Widziałem teraz dokładnie ją i
ludzi którzy zaczęli strzelać. Byliśmy w lepszej sytuacji niż oni, ponieważ
byli ulokowani między krawędzią dachu, a wejściem, które mieliśmy teraz
obstawione. Przez tych ludzi i ich przyjaciół nie wiedziałem co dzieje się
teraz z resztą drużyny. Musieli za to
zapłacić.
Wyciągnąłem lufę wiatrówki i wraz z Łapą
zaczęliśmy strzelać. Nie osłonięci niczym wrogowie cudem unikali ciosów. W
końcu jeden z moich pocisków trafił kobietę, która spadła z dachu. Dwaj
pozostali mężczyźni trzymali się twardo i sami strzelali. Palce zaczęły mi odmarzać
od zimna. Każdy kolejny strzał był coraz mniej celny i sprawiał mi więcej
problemów. W końcu zobaczyłem, że Łapa wystrzeliła ostatni pocisk, ponieważ
odrzuciła broń za siebie i dała mi znak, żebym zabił ostatniego z ocalałych na
dachu. Wychyliłem się i przez chwilę przeżyłem chwilę zawahania. Miałem
załadowane trzy naboje. Wystarczyłoby
żebym zabił Łapę i skończył jej szaleństwo. Nikt nie musiałby się dowiedzieć.
Wycelowałem w nią, ale po chwili otrząsnąłem się z tego szału i pewnym strzałem
postrzeliłem ostatniego ze strzelców. Nie chciałem go dobijać, mógł się jeszcze
przydać.
Wstałem chwiejnie i rozejrzałem się po
okolicy. Wszędzie, jak wzrokiem objąć, było biało. Śnieg przykrył całą okolicę
białym płaszczem. Strzelcy mieli stąd świetną pozycję do osłaniania nas. Szybko
zlokalizowałem wzrokiem samochód i wstałem dając znać, że nic już nam nie
grozi. Moi przyjaciele powoli zaczęli iść w stronę baru, a ja szukałem wzrokiem
jeszcze jednej rzeczy. Naszego wybawcy. Zauważyłem go po chwili. Leżał na dachu obok, coraz bardziej przysypywany
śniegiem. Nie wiedziałem czy przeżył, miałem taką nadzieję. Wraz z Łapą
zszedłem z dachu aby poszukać naszych przyjaciół.
Następne pół godziny było dosyć ciężkie.
Nieznajoma i Łapa chodziły od samochodu do głównego pomieszczenia w barze i
nosiły nasze zapasy. Cinek i Kiciuś poszli znaleźć wejście na dach. Nadal
wierzyłem, że tajemniczy snajper żyje. Jak nie to mieliśmy przynajmniej
zapewnioną dobrą broń. Ja z Sołtysem sprawdzaliśmy wszystkie pomieszczenia, aby
upewnić się, że lokal jest czysty i będzie tu można zostać przez jakiś czas.
Kojarzyłem niektóre z pomieszczeń. Rozpoznałem przede wszystkim te, w którym
stacjonował grubas, oraz te, w którym byłem więziony. Sprawdzając ostatnie
pomieszczenie usłyszałem dziwny hałas. Wyciągnąłem nóż, a Sołtys wyposażył się
w topór znaleziony na zapleczu. Dźwięk wydobywał się z ostatnich drzwi, których
wcześniej nie widziałem. Wyglądało to na pomieszczenie personelu. Dałem Sołtysowi znak, żeby uważał i
otworzyłem drzwi.
Widok nie był zbyt ciekawy, kiedy jednak
zdałem sobie sprawę z tego, co widzę poczułem smutek. W pokoju znajdowało się tylko jedno krzesło.
Było ono wywrócone. Do rury przy suficie był przywiązany sznur, na którym wisiała
dziewczyna. Właściwie teraz to już nie była dziewczyna, tylko zombie, ale
poznałem ją. Mimo sinej twarzy i szklistych oczu zobaczyłem, że to musiała być
ta sama osoba, którą wziąłem jako zakładniczkę gdy stąd uciekałem. Dotarło do
mnie, że te chore skurwysyny musiały ją powiesić za to, że pomogła nam w
ucieczce, a to wszystko moja wina. Poprosiłem Sołtysa o broń i z drżącymi
rękoma zamachnąłem się. Trzask był okropny, ale jedno celne uderzenie uwolniło
dziewczynę, która w końcu mogła odpocząć. Ciało dalej zwisało bezwładnie, kiedy
opuszczaliśmy pokój. Obchód zajął nam całkiem sporo czasu, więc gdy dotarliśmy
do głównego pomieszczenia zobaczyłem, że na stole położono tajemniczą postać,
która nam pomogła. Była właśnie bandażowana przez Kiciusia. Sołtys przejął
opiekę nad nieznajomym, a ja z resztą usiadłem na podłodze. Człowiek, który nas
uratował był o wiele starszy, miał krótką brodę i dłuższe włosy koloru
brązowego. Dostał w okolicach barku, więc nie była to poważna rana. Leżał teraz
jednak nieprzytomny i całkowicie bezbronny.
Jego ogromna snajperka stała oparta o bar. Była naprawdę ogromna, teraz
byłem pewien, że nie widziałem tak ogromnej spluwy.
Znowu postawiłem grupę przed ciężkim wyborem.
Nie wiedziałem czy dobić, czy oszczędzić
tego człowieka. Nie mieliśmy auta przez moją głupotę, a żeby tego było
mało śnieg ciągle padał. Usiadłem przy Nieznajomej i zacząłem rozmowę:
— Mam do ciebie
pytanie i naprawdę chciałbym poznać szczerą odpowiedź – zacząłem
tajemniczo, chciałem, żeby rozbudziła się i zwróciła na mnie uwagę. Rzadko
kiedy pytałem ją o coś. Czas to zmienić – Co
myślisz o tym człowieku? Czy on powinien przeżyć?
Pytanie wyraźnie ją zaskoczyło. Nieznajoma była ciekawą
osoba. Nie wiedziałem o niej praktycznie niczego, a mimo tego całkowicie jej
ufałem. Nigdy nie zawiodła naszego
zaufania i zawsze pomagała na swój sposób naszej sprawie. Szanowałem jej
prywatność:
-Emm… właściwie myślę,
że tak. Wiem, że zabijanie weszło nam teraz w nawyk, ale czy nie powinniśmy
czasami komuś zaufać? Ten człowiek pomógł nam chociaż nas nie znał. Mógł
przeczekać, aż tamci nas wystrzelają, a dopiero potem włączyć się do walki. Po
mojemu jest spoko – uśmiechnęła się. Miała ładny, delikatny uśmiech. Było
mi jej trochę szkoda. Ja w pełni pasowałem do apokalipsy, zawsze gdzieś
wewnątrz byłem na to gotów. Ona była zwykłą dziewczyną. Wiedziałem, że lubi się
zabawić i jest dosyć odważna, ale wciąż była osobą nie pasującą do tego
burdelu:
— Masz rację.
Całkowitą rację.
Podniosłem
się ciężko i popatrzyłem jeszcze raz na rannego. Sołtys przykładał zimne okłady
do jego rozpalonego czoła. Podszedłem powoli do Kiciusia i Cinka, którzy powoli
zasypiali, ale wiedzieli, że przed snem mamy jeszcze jedną rzecz do ustalenia:
— Kto pierwszy bierze
wartę? – zapytałem.
Wymienili spojrzenia. Nie byłem pewien co planują, ale
podejrzewałem, że zaraz się dowiem:
— Stary, wiem, że te
miejsce źle ci się kojarzy, nam też, ale nie myślisz, że jesteśmy tu
bezpieczni? W końcu drzwi zabezpieczone, śnieg przysypał wejścia i
sprawdziliście z Sołtysem budynek. Wyśpijmy się wszyscy raz porządnie. Są tu
pokoje z łóżkami ludzi, którzy tu urzędowali. Czemu by nie skorzystać i
odpocząć? Zostaniemy tutaj parę dni, znajdziemy jakiś pojazd i będziemy myśleć
co dalej. W końcu reszta… — zaczął Kiciuś. Wiem, że nie chciał mówić o
reszcie ludzi, z którymi byliśmy w obozie. Nawet dla mnie było to bolesne.
Teraz przypomniałem sobie o jednej sprawie:
— Gdzie jest ten,
który ocalał strzelaninę? Zostawiłem jednego przy życiu bo chciałem go
przesłuchać.
— Och on. Nie przeżył.
Trafiłeś go co prawda w nogę, ale przebiłeś jakąś tętnice i zanim go
poskładaliśmy to się przemienił. Dobiliśmy go i zrzuciliśmy na stos z resztą
przed barem – stwierdził Kiciuś.
— Szkoda. Nie uważasz,
że to dziwne, że nie spotkaliśmy tutaj grupy Miczi? Przecież oni tu musieli
być. Pojechali po nas… chyba, że nie dotarli do Supraśla. W sumie mogli zgubić
trop, ale czy to oznacza, że są teraz gdzieś w Królowym Moście? – zapytałem.
Ciężko było żyć w ciągłej niepewności. Co prawda sama apokalipsa to było coś
niezwykle dziwnego, ale dało się do tego przyzwyczaić bo miałem u boku
przyjaciół. Teraz połowa z nich była gdzieś tam, a ja marnowałem czas. Muszę
znaleźć pojazd i wrócić do Królowego Mostu. Mógłbym znowu zagospodarować jakiś
teren. Zbudować kolejny obóz i robić wyprawy po okolicznych terenach w poszukiwaniu
reszty. To nie była głupia myśl:
— Można by było
spróbować. Ale teraz idźmy już spać – powiedział Kiciuś po czym wszyscy
rozeszli się po pokojach. Każdy zajął
oddzielne pomieszczenie.
Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Przewalałem
się z boku na bok i dużo myślałem. Po głowie wciąż mi chodziła myśl związana z
Łapą i tajemniczym mężczyzną, którego nazwała ojcem. Nie chciałem jej pytać o
to bezpośrednio, ale byłem ciekaw czy ten mężczyzna rzeczywiście był jej tatą.
Nagle usłyszałem trzask. Poderwałem się, a serce zaczęło mi bić szybciej. Wrócili… — pomyślałem. Wiedziałem, że
nie wybiliśmy wszystkich ludzi z Supraśla, a oni teraz nas zaskoczyli.
Podniosłem broń i celując w ciemność opuściłem moją sypialnię. Trzask. Szedłem dalej do źródła hałasu
zastanawiając się dlaczego reszta nie wstaje. Może spali za twardo? A może już
nie żyli? Trzask. Byłem przerażony.
Jeżeli kolejne osoby zginęły przez moją nieodpowiedzialność to nie wybaczę tego
sobie. Trzask. Teraz byłem pewien, że
dźwięk wydobywa się z pomieszczenia, które było zajęte przez tajemniczego
snajpera. Czyżby umarł i przemienił się? Kolejna ofiara naszych działań? Trzask. Otworzyłem z kopniaka drzwi
mierząc bronią. Pomieszczenie było dobrze oświetlone i już po chwili
zauważyłem, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. W pomieszczeniu na stole dalej
leżał snajper, a obok niego stała Łapa. Grała w rzutki. Tarcza wisząca na
ścianie była podziurawiona i tkwiły w niej cztery strzałki.
Dziewczyna
spojrzała na mnie nieco rozbawiona, ale widocznie zmęczona. Opuściłem broń i
usiadłem na stole obok niej:
— Nie możesz spać? – zapytałem.
— Wybacz jeśli cię
obudziłam. Nie dam rady zasnąć z myślą, że moja siostra jest gdzieś tam i
możliwe, że marznie lub się boi. Gdybym tylko wiedziała gdzie jest pobiegłabym
tam, chociażby to miało być na drugim końcu świata… Rozumiesz? – zapytała.
Rozumiałem.
— Mogę z tobą zagrać?
– nie czekałem na odpowiedź tylko oczyściłem tarczę z rzutek i podałem jej
trzy z nich. Trzask. Trafiła za osiem
punktów:
— Martwisz się o
swoich ludzi? – zapytała nieśmiało, dając mi miejsce do oddania rzutu.
— Teraz to są nasi
ludzie. Mamy przymierze. – stwierdziłem, oddając rzut i zdobywając siedem
punktów – Nie wiem Łapo. Oni gdzieś tam
są, ale nie mam pojęcia gdzie. Po prostu to czuję.
Rzuciła ponownie trafiając w szóstkę:
— Co zrobimy teraz?
Nie mam na myśli tego co zjemy jutro na śniadanie, tylko co będzie dalej?
Zostaniemy tu czy będziemy szukać? – zapytała.
— Myślę, że powinniśmy
przeczekać jeszcze parę dni, zebrać siły, znaleźć pojazd i pojeździć po
okolicy. Nasi ludzi nie mogli od tak po prostu odejść stąd. Na pewno tez nas
szukają. – Miałem przynajmniej taką nadzieję. W jednej z grup był Gigant, a
w jednej Miczi. Oni zawsze myśleli racjonalnie. Rzuciłem ponownie trafiają w
sam środek tarczy. Spojrzałem w oczy Łapy:
— Teraz ja muszę cię o
coś zapytać. Chodzi o tego mężczyznę, którego zabiłaś. Czy on… — zacząłem.
— Tak. Nie chcę o tym
mówić…
— Czy to dlatego ci
ludzie nas złapali? Chcieli znaleźć ciebie? – wiedziałem, że odpowiedź na
to pytanie mnie nie zadowoli albo zwyczajnie jej nie usłyszę, ale musiałem
spytać.
— Tak. Bobru naprawdę,
proszę cię skończmy temat.
Zamilkłem.
Nie chciałem wywierać na niej presji. Bolał mnie jednak fakt, że to przez nią
dostaliśmy się do niewoli i przez nią to wszystko się rozpadło. Przez nią
opuściłem obóz i przez nią wpadłem w zasadzkę. Oczywiście też moje agresywne
zachowanie zmieniło stosunki z ludźmi z Supraśla, ale to był tylko jeden z
powodów. Dokończyliśmy grę i stwierdzając, że Łapa wygrała ostatnim rzutem rozeszliśmy
się. Ostatni raz spojrzałem na snajpera leżącego na stole i oddychającego
ciężko. Teraz dopiero zauważyłem coś, co wprowadziło mnie w zdumienie. Ten
człowiek nie miał jednego oka. W miejscu prawego oczodołu ział otwór. Zdziwiło
mnie to, gdyż skuteczność jego strzałów była ogromna, a mógł celować używając
tylko jednego oka. Opuściłem pomieszczenie i raz jeszcze sprawdziłem tylne
drzwi. Były zamknięte. Ruszyłem korytarzem do pokoju, w którym spałem i
rzuciłem się na łóżko. Tym razem zasnąłem bez problemów.
Rankiem zbudził mnie Sołtys. Przywitałem się z
nim i poszedłem do głównego pomieszczenia baru. Nieznajomy podobno się obudził.
Kiedy wszedłem do pomieszczenia siedział już na stole i rozmawiał o czymś z
Kiciusiem. Gdy wszedłem w pomieszczeniu zrobiło się cicho. Nieznajomy spojrzał
na mnie. Na jego prawym oku była teraz opaska, co nadawało mu wyraz pirata. Był
dużym facetem, który najwidoczniej musiał jakoś aktywnie pracować lub lubił
sport, bo jego postury pozazdrościł by nie jeden mężczyzna. Kolejną oznaką jego
wieku były zakola i ślady siwizny na zaroście i włosach. Podszedłem do niego i
przywitałem się:
— Jestem Bobru.
Dziękujemy ci za pomoc. Gdyby nie ty nie dalibyśmy rady…
— Mnie możecie nazywać
Łowcą. Moje imię jest nieważne, nie w tym pierdolonym świecie. Co do pomocy,
nie ma sprawy. Polowałem na tych skurwysynów już od dawna. Rozbili moją grupę w
okolicach Białegostoku. Zasłużyli na karę – odpowiedział. Jego głos był
niski i pasował do wyglądu.
— Twoja broń stoi tam
– wskazałem ją palcem – kiedy wydobrzejesz
i będziesz chciał nas opuścić to droga jest wolna.
— Już mnie wyganiasz?
W sumie jeśli jest taka możliwość to szukam ludzi. Bycie samotnym to
samobójstwo. Zapamiętajcie te słowa. To najważniejsza zasada w tym posranym
świecie.
Miał
rację. Nieznajoma robiła właśnie za barem śniadanie składające się z fasoli w
puszkach i konserw rybnych. Ja w tym czasie wypytywałem nowego towarzysza o
wszystko co ważne. Dowiedziałem się, że był członkiem pięcioosobowej grupy i
parę tygodni temu stracił wszystkich w walce niedaleko Białegostoku. Z tego co
opowiadał był doświadczonym strzelcem bo należał kiedyś do jakiejś formacji
strzeleckiej:
— Szukacie pojazdu?
Służę pomocą. Te skurwysyny zabrały mi towarzyszy oraz zapasy, ale mój Potwór
został ze mną — mówiąc to zaśmiał
się serdecznie. Zaczęliśmy jeść.
— Potwora? Jakiego
potwora? – zapytał z zainteresowaniem Kiciuś.
— Mój tir. Byłem
dostawcą zanim zaczęło się to gówno i firma wyposażyła mnie w ogromną
ciężarówkę towarową. Oczywiście zmodyfikowałem ją na potrzeby zabijanie
skurwieli i teraz jest świetnym środkiem lokomocji. Schowałem ją w garażu na
obrzeżach miasta. Tuż za kościołem – powiedział z dumą.
— To świetna
wiadomość. Tylko czy pomieścilibyśmy się wszyscy? – zapytał Sołtys.
— Zmieściłoby się tam
pięć takich grup jak nie więcej! Od biedy widziałem gdzieś na rynku sprawny
autobus. Mi nie był potrzebny, ale jakby ktoś z was chciał moglibyśmy go
przejąć – powiedział Łowca.
— Jak wyposażony jest
twój Potwór? – zapytałem pochłaniając fasolkę.
— Jeżeli chodzi o zapasy
to raczej krucho. Całe szczęście wy macie tu tego sporo. Co do amunicji i broni
to mam na pace dwa pistolety i około dwudziestu pocisków oraz cały zapas łomów
– odpowiedział bekając.
— Łomów? – spytał
Cinek – Na chuj ci łomy?
— No nie pierdolcie,
że używacie innej broni do walki wręcz? Łom jest najskuteczniejszy. Szczególnie
tak zwana „łapka”. Cichy, skuteczny, a poza funkcją do walki przydaje się
również do otwierania różnych rzeczy. Podrzucę wam parę sztuk jak będziecie
chcieli.
Nagle
pomyślałem o czymś, o czym powinienem pomyśleć parę tygodni temu jeszcze w
Królowym Moście:
— Słuchajcie jutro
moglibyśmy wyjechać, wiem, że twoja rana wciąż jest poważna Łowco, ale nie
możemy być pewni, że tych skurczybyków z Supraśla nie było więcej. Zebralibyśmy
się o świcie i ruszyli do Potwora. Chcę jednak wam przekazać najważniejszy
fakt. Ostatnio nie pomyślałem o tym, przez co teraz nie wiemy gdzie jest
reszta. Gdyby cokolwiek poszło nie tak wszyscy spotykamy się przy Potworze.
Jeśli cokolwiek nas rozdzieli musimy być właśnie tam.
Wszyscy skinęli głowami na znak, że zrozumieli i
kontynuowali jedzenie. Dzień spędziliśmy na pakowaniu zapasów, odpoczynku i
rozmowie. Mimo kolejnego sojusznika czułem niepokój. Raz prawie dostałem
zawału, kiedy usłyszałem strzał. Okazało się jednak, że Łowca dał Kiciusiowi
oddać jeden strzał ze snajperki. Wiedziałem, że Kiciuś o to poprosi. To były
jego klimaty. Gdy nadszedł wieczór byłem pełen nadziei. Jutrzejszego ranka mieliśmy
wyruszyć z powrotem do Królowego Mostu.
Byłem prawie pewien tego, że znajdziemy tam
kogoś, aż do czasu wieczornej rozmowy z Łowcą. Siedziałem z Kiciusiem,
Nieznajomą i Łowcą i obserwowaliśmy jak Łapa, Cinek oraz Sołtys grają w bilard:
— Mówisz, że widziałeś
tutaj grupę osób parę dni temu? – spytałem. Serce waliło mi jak szalone i
bałem się, że zaraz usłyszę coś niedobrego.
— To byli wasi
przyjaciele? Przykro mi Młody… Widziałem jak wpadają na stado zombie i trupy
ich otaczają. Jestem pewien, że widziałem jakąś czarnowłosą dziewczynę,
młodziaka bez ręki i parę innych osób. Nie widziałem jak ginęli, ale byli w tak
chujowej sytuacji… — rzekł Łowca.
Miczi i Dalion oraz reszta. Musiał ich tu widzieć. Czyli
prawdopodobnie cała grupa zginęła. Poczułem smutek pomieszany z gniewem. Nie
zasłużyli na coś takiego. Oni szli nas ratować. Nie miałem ochoty na dalszą
rozmowę. Musiałem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.
Wspiąłem się po schodach na dach i wyszedłem w
mroźną noc. Było całkowicie ciemno, księżyc był za chmurami, a gwiazd nie było
widać. Nagle zobaczyłem jednak coś i usłyszałem jęki. Coś pełzało na
dworze. Zauważyłem trupa, ale nie był on
sam. Po chwili dostrzegłem parę następnych i jeszcze kilka. Było ich dużo. Co
gorsza szły do światła, które wydobywała lampa stojąca na stole w głównym
pomieszczeniu baru. Zombie były wolne, ale musiałem ostrzec moich przyjaciół.
Cofnąłem się z zamiarem zejścia drabiną, gdy nagle straciłem równowagę i o mało
nie spadłem z dachu. Upadłem jednak i uderzyłem głową o jeden z kominów, za
którym się ukrywałem gdy zdobywaliśmy to miejsce. W głowie mi się zakręciło i
przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Czułem tylko przeszywające zimno.
Nie wiem ile tak leżałem, ale w końcu
odzyskałem świadomość i wstałem. Ostrożnie zszedłem z dachu i puściłem się
biegiem w stronę głównego pomieszczenia. Usłyszałem trzask pękającej szyby.
Bojąc się o życie pozostałych jeszcze bardziej przyspieszyłem przeładowując
pistolet. Gdy wkroczyłem do miejsca, gdzie byli moi towarzysze zamarłem. Cinek
i Kiciuś czyścili szybkimi uderzeniami zombie próbując wejść tu przez
okna. Kazałem im się odsunąć i zacząć
strzelać, ponieważ trupów było za dużo, ale powiedziałem to za późno. Widziałem
jak jeden z trupów chwyta Cinka za rękę i wgryza się w nią uwalniając falę
krwi. Cinek odskoczył do tyłu i z przerażeniem patrzył na krwawy ślad, w którym
go ugryzł zombie. Był zarażony.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
Bimbru,
Blog,
Bombu,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
Nadzieja umiera ostatnia,
ocalali,
opowiadanie,
poland,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 24,
survival,
szwendacze,
zombie
piątek, 9 maja 2014
Rozdział 23: Śnieżyca
Rozdział 23, coraz bliżej końca ;) Przeczytajcie, skomentujcie i wyślijcie znajomym.
Rozdział 23: Śnieżyca
-----------------------------------------------------------------
Rozdział 23: Śnieżyca
Obserwowałem
ją w ciszy. Za oknem było i ciemno i biało naraz. Ciemno przez otaczającą nas
noc, a biało od śniegu, który sypał jak szalony. Bałem się, że będziemy mieli
problemy z wyjściem stąd, gdy się obudzimy. Całe szczęście dom był szczelny i
miał nawet piecyk z zapasem drewna, dzięki czemu wszystkim było ciepło.
Obserwowałem moich przyjaciół patrząc głównie na Łapę. Nie mogłem jej obwiniać
o to, że pojechaliśmy do Supraśla, ale to była poniekąd jej wina. Gdyby nie
pojawiła się w moim życiu, prawdopodobnie nie uciekałbym z obozu, żeby się od
niej uwolnić. Siedziałbym sobie teraz w domu Kiciusia i rozmawiał o czymś
beztrosko z Natalią lub Miczi. Westchnąłem. Obie prawdopodobnie były daleko
stąd, w najgorszym wypadku nie żyły. Nie miałem sił na płacz, chciałem się
tylko wyspać i trochę odpocząć, jednak nie mogłem. Wszyscy byli zmęczeni
zarówno psychicznie i fizycznie.
Zamykając oczy przenosiłem się do
pomieszczenia w Supraślu i widziałem Grubego, który przychodził mnie bić. Potem
przypominałem sobie, że on już nie żyje. Każdy z nas stracił kogoś podczas
ataku osób z Supraśla na obóz. Łapa była cały wieczór smutna, z powodu utraty
siostry, chociaż starała się to sprawnie ukrywać. Chciałem ją pocieszyć,
chociaż wiedziałem, że nie mogę. Dalej czułem coś do Natalii i moim priorytetem
było ją znaleźć. Bałem się o Sołtysa, który stracił oficjalnie ostatniego mieszkańca
Królowego Mostu, nie licząc Kiciusia. Jest takim starym człowiekiem, a przeżył
wszystkich młodszych i zdrowszych. To musiało być smutne.
Kiciuś dalej ubolewał wewnętrznie nad stratą
Eryka i wiedziałem, że wciąż nie wybaczył Łapie. Chociaż ją zaakceptował.
Spojrzałem znowu na śpiącą dziewczynę. Była piękna i groźna zarazem. Leżała
przytulona do Nieznajomej żeby zachować więcej ciepła. Obie zaprzyjaźniły się,
co było całkiem ciekawe. Musiałem dowiedzieć się więcej o obu paniach. Nie
znałem imienia żadnej z nich. Były to dla mnie po prostu „Nieznajoma” i „Łapa”.
Nagle zdałem sobie sprawę, że Łapa otworzyła oczy i patrzyła na mnie. Speszony
odwróciłem wzrok, ale usłyszałem, że czarnowłosa wstaje i idzie w moją stronę.
Nie mając innego wyjścia uśmiechnąłem się słabo i podsunąłem aby usiadła obok
mnie. Nadal do końca jej nie ufałem, pamiętałem co zrobiła z Erykiem i o
skutkach jej ataku na obóz. Mimo to apokalipsa zmusiła mnie do zaufania jej i
miałem nadzieję, że jakoś na tym wyjdę. Gdy poczułem jej ciepło obok mnie,
przez ciało przeszły mi dreszcze. Czułem dziwną mieszankę ekscytacji i
zaciekawienia. Nie dałem jednak tego poznać po sobie. Spoglądałem do przodu, na
śpiących Cinka, Ernesta oraz Nieznajomą. Spodziewałem się usłyszenia jak zwykle
pewnego siebie głosu Łapy, lecz to co zrobiła zaskoczyło mnie.
Usłyszałem płacz. Zobaczyłem jak po jej
pięknej twarzy spływają łzy, które skapywały po chwili na koc którym się
okryła. To mnie całkowicie zdziwiło. Była chyba najtwardszą osobą jaką znałem,
a teraz siedziała przy mnie i łkała jak dziecko. Nie wiedziałem co zrobić, więc
zadziałałem impulsywnie i przytuliłem ją. Wtuliła się we mnie gwałtownie i
łkała cicho. Mi też chciało się płakać, ale nie mogłem pokazywać po sobie
słabości. Jeżeli ludzie zobaczyliby, że nawet ja się poddaje to oznaczałoby
koniec. Wydawało mi się, że jestem ostatnim filarem tej drużyny. Nagle Łapa
odezwała się:
— Przysięgałam ją
chronić Bobru. Obiecywałam, że nic jej się nie stanie. Miała być bezpieczna, a
mimo to jest teraz nie wiadomo gdzie, możliwe, że już nie żyje.
Było mi jej żal. Straszliwie żal. Nie chciałem jej pocieszać
pustymi słowami, więc tylko mocniej ją przytuliłem. Siedziała przy mnie jeszcze
parę minut, kiedy zauważyłem, że zasnęła. Delikatnie zdjąłem ją z siebie i
położyłem pod ścianą. Przykryłem ją starannie po czym sam położyłem się obok i
natychmiast zasnąłem.
Obudziłem się z rana, kiedy reszta zbierała
się powoli do zjedzenia czegoś. Cinek grzebał w plecaku i podawał puszki z
żywnością Kiciusiowi. Wyjrzałem za zasłonę i zobaczyłem, że śnieg ciągle pada.
Nie zwiastowało to niczego dobrego. Przeciągając się spojrzałem na Łapę, która
ciągle leżała przy mnie. Podniosłem się i ubrałem aby dołączyć do moich
przyjaciół. Nikt nie zadawał pytań związanych z tym, że Łapa spała przy mnie co
mnie w sumie cieszyło. Na śniadanie była podgrzewana przy piecyku fasola.
Zawsze lubiłem to warzywo i zjadłem z apetytem całą puszkę popijając wodą.
Następnie sprawdziłem stan mojego uzbrojenia. Nóż, który zabrałem z domu w
Białymstoku wydawał się brudny i odrobinę tępy, więc pożyczając nóż Nieznajomej
przejechałem parę razy ostrzem po ostrzu, aby chociaż trochę zwiększyć ostrość
broni. Do pistoletu miałem jeszcze dziesięć naboi. Niestety amunicja kończyła
nam się i w sumie każdy z nas miał ostatnie magazynki. Wiedziałem, że teraz
musimy oszczędzać każdy nabój.
Nieznajoma zaczęła budzić Łapę. Kiedy
czarnowłosa wstała spojrzała na mnie ale szybko odwróciła wzrok. Rozumiałem, że
była odrobinę zawstydzona chwilą słabości, ale nie miałem zamiaru jej tego
wypominać. W końcu każdemu może się coś takiego zdarzyć. Cinek wyszedł z toporem na ganek, aby
zobaczyć, czy śnieg pozwoli nam swobodnie się poruszać. Miał zamiar sprawdzić
również okolicę pod kątem obecności umarlaków. Usiadłem na jednym z krzeseł stojących
w chatce i odezwałem się:
— Słuchajcie musimy
ustalić co dalej. Moim zdaniem powinniśmy wyruszyć do Kołodna i Supraśla i
poszukać śladów grupy Miczi. Nie zaszkodziłoby znaleźć samochodu, nie wiem czy
wytrzymamy długo na tym cholernym mrozie.
— Moglibyśmy też
wrócić do obozu i sprawdzić czy nikt tam nie wrócił. Ostatecznie wydaję mi się,
że wszyscy będą szukać się właśnie w tym miejscu – stwierdził Sołtys.
— Ja mimo wszystko
wróciłbym do Supraśla. Jak pomyślę, że te gnojki zaatakowały ludzi, którzy po
nas pojechali to krew się we mnie gotuje – powiedział Kiciuś.
— Mówisz o zemście na
nich? Jest nas co prawda teraz sześcioro, ale to wciąż może być za mało. Nie
wiem co prawda ile osób zginęło w ataku na nasz obóz, ale wydaję mi się, że ich
wciąż będzie więcej. A nie zapominajmy, że amunicja nam się kończy. Nie możemy
pozwolić sobie na strzelaninę, chyba, że przejęlibyśmy ich skład broni o ile
takowy mają – odpowiedziałem.
— Sam grubas, który
nas trzymał miał spory zapas amunicji i broni, można by spróbować. Wątpię, żeby
spodziewali się naszego powrotu. W końcu zaledwie dwa dni temu stamtąd
uciekliśmy – rzekł Kiciuś.
— Mają broń. Pojazdy
też. Wiem, bo moi ludzie, zanim zlokalizowali wasz obóz w Królowym chcieli
zaatakować ich. Niestety po obserwacji i nawet jednej próbie ataku odpuściliśmy
sobie. Było ich po prostu za dużo – włączyła się do rozmowy Łapa
W tym momencie do chaty wrócił Cinek.
Ostatecznie ustaliliśmy, że wyruszymy do Supraśla i tam poszukamy grupy Miczi.
Zebraliśmy się i już piętnaście minut później byliśmy w drodze. Śnieg napadał
do kolan, przez co poruszało się naprawdę ciężko. Było jednak cieplej niż
wczoraj, co znacznie ułatwiło nam podróż. Szliśmy w kupie, trzymając się blisko
siebie i mając bronie gotowe w każdej chwili do wystrzelenia. Z przodu szedłem
ja i Kiciuś, w środku Łapa i Nieznajoma, a pochód zamykał Sołtys i Cinek.
Czułem się zdenerwowany, te uczucie trzymało się mnie kurczowo od paru dni, od
czasu wyruszenia po zapasy. Najpierw więzienie, potem rozpad obozu. Wszystko to
stało się tak szybko, że mogłem to porównać z kolejnym wybuchem apokalipsy.
Cały świat przewrócił się do góry nogami po raz drugi.
Dróżka doprowadziła nas do zakrętu za którym
było Kołodno. W oddali było słychać wciąż charakterystyczny dźwięk przemarszu
hordy. Nie wiedziałem gdzie teraz jest dokładnie, ale byłem pewien, że nie jest
tak groźna jak przed opadem śniegu. Na własne oczy przekonałem się, że zombie
są teraz wolniejsze niż zwykle, a te uszkodzone przymarzają do różnych słupów,
albo całkowicie zatrzymują się przez to, że wnętrzności miały tak zamrożone, że
uniemożliwiały one zginanie kolan czy też po prostu ruszanie nogami. Wolałem
jednak ominąć Kołodno, żeby na nie wpaść. Przy samym Kołodnie skręciłem na
północne pola i trzymając się linii lasu zacząłem przeprowadzać moich
przyjaciół przez obsypane śnieżną pierzyną tereny.
Zadziwiało mnie to jak Sołtys utrzymywał tempo
pięciu młodszych ludzi. Byłem pewien, że zdrowy tryb życia i odpowiednia dieta
złożona z naturalnych i świeżych produktów przyczyniła się do kondycji starca.
Spoglądając daleko na północ, wśród drzew widać było szczyt wieży
obserwacyjnej. Pamiętam jak dziś jak byłem tam z Gigantem, Szpiegiem oraz
Natalią. Teraz nie wiedziałem nawet czy żyją. Moje życie zamieniło się w jedną
wielką niewiadomą. Byłem ponownie na drodze, tylko z jedną różnicą – tym razem
nie byłem sam. Mijając Kołodno na około trafiliśmy na ambonę. Dwa lata temu na
wakacjach wspinaliśmy się na nią z Kiciusiem i Cinkiem. Teraz stał przy niej
trup. Był przysypany do pasa śniegiem i machał żałośnie łapskami. Zaczął
wydawać charakterystyczny dźwięk, który sprawiał, że włos na głowie się jeżył,
kiedy nas zauważył.
Cinek podszedł do niego i od niechcenia
zamachnął się toporem farbując okoliczny śnieg na czerwono. Cała nasza szóstka była już przyzwyczajona do
zabijania zombie. Człowiek żyjący około miesiąca w tym świecie po prostu miał
to już w nawyku. Zrobiliśmy przy nim mały postój, żeby się napić. Z początku
planowałem wspiąć się na ambonę i rozejrzeć, ale kiedy zobaczyłem w jakim jest
stanie uznałem to za zbyt niebezpieczne. Rozejrzałem się po polach otaczających
Kołodno widząc odległe sylwetki hordy zombie będące przy wschodnim wyjeździe z
miasta. Widać, że zmierzały w stronę Królowego Mostu. Posmutniałem na myśl o
straconym obozie i przyjaciołach. Chociaż możliwa była opcja, że zginęli,
wierzyłem w to coraz mniej. Starałem się jednak odrzucać tak negatywne wizje z
mojej głowy i starać się być przykładem dla reszty. Ludzie mnie słuchali i
szanowali, nie mogłem zniszczyć swojej reputacji, która utrzymywała grupę w
jedności. Żałowałem teraz, że nie wziąłem ze sobą lornetki z Królowego Mostu.
Byłem pewien, że widziałem jakieś w miarę sprawne auto, ale było ono za daleko,
żeby stwierdzić czy to prawda czy fałsz. Pokazałem go Kicusiowi, ale ten
stwierdził, że nie ma co ryzykować i znajdziemy coś na drodze za Kołodnem.
Miałem taką nadzieję.
Wiatr zaczął wiać mocniej o przeradzając
śnieżycę w drobną zamieć. Najgorsze jednak było to, że wiatr wywiewał nasz
zapach w stronę odległych teraz o około półtora kilometra trupów. Jak znajdą
nasz trop to będziemy mieli ogromne problemy. Zadrżałem na samą myśl.
Przyspieszaliśmy tempa, a słońce wisiało wysoko nad nami. Dwadzieścia minut
zajęło nam przebrnięcie przez zaspy do drogi głównej kawałek za Kołodnem.
Widzieliśmy coś co wyglądało jak auto na końcu polnej drogi więc ostrożnie
ruszyliśmy w tym kierunku. W miarę zbliżania się do celu nie mogłem uwierzyć w
nasze szczęście, bo to rzeczywiście było auto. Przypominało trochę te, którym
dostałem się do Królowego Mostu z tą różnicą, że było w dużo gorszym stanie.
Maska była wgięta jakby auto wjechało na zombie i to z niemałą prędkością.
Jedne drzwi wisiały dziwnie, a na drugich widać było plamy krwi. Z wyciągniętym
pistoletem sprawdziłem okolice. Pomagał mi w tym Kiciuś i Cinek. Sprawdziliśmy
dokładnie czy to nie pułapka i z radością wsiedliśmy do środka. Kluczki były na
miejscu. Wyglądało to trochę strasznie, nie chciałem nawet myśleć co takiego
stało się z poprzednim właścicielem.
Kiciuś usiadł jako kierowca. W tym czasie ja z
Cinkiem pakowaliśmy nasze zapasy do bagażnika. Cieszyłem się z tego, że
odzyskałem przyjaciela. Nie zapomniałem co prawda tego, że był po stronie
Alexa, ale teraz kiedy on nie żył, Cinek stał się zaufanym człowiekiem. Zapakowałem
się do auta na jedno z tylnych miejsc. Usiadła przy mnie Łapa. Z przodu przy
Kiciusiu siedział Sołtys, a pomiędzy nim a mną, na środku, siedzieli Cinek z
Nieznajomą. Nie czułem się zbyt komfortowo będąc tak blisko tej dziewczyny.
Wiedziałem, że potrzebuje mnie teraz bardziej niż zawsze, ale nie podobały mi
się myśli, jakie pokazywały mi się w głowie, kiedy przebywała blisko. Te
przytulenie wczoraj wieczorem… to był błąd. Nie po to walczyłem tyle o Natalie,
żeby teraz tracić głowę dla pierwszej lepszej ocalałej. Tej myśli się starałem
trzymać. Nie było to jednak łatwe.
Droga do Supraśla zapowiadała się na co
najmniej pół godziny jazdy, jak nie więcej. W końcu drogi były zasypane, a nie
było odśnieżarek, żeby zepchnąć śnieg na pobocze. Jechaliśmy więc po nierównym
terenie, wpadając co jakiś czas w góry śniegu i zatrzymując. Łapa oparła się o
mnie i zamknęła oczy. Kolejna rzecz, która mnie dziwiła w jej zachowaniu to
ufność. Jeszcze niedawno była to roztropna osoba, która widziała we mnie tylko
dowódcę Królowego Mostu, ale wciąż wroga. Teraz ufała mi całkowicie, w końcu
mogłem ją zabić w każdej chwili. Nie mogłem pojąć tego co się dzieje. Nie
narzekałem jednak. Zamknąłem oczy i sam próbowałem się odprężyć przed powrotem
do piekła, z którego parę dni temu uciekaliśmy.
Wydawało mi się, że myślałem ostatnimi czasy
za dużo. Powinienem uspokoić myśli i starać się nie zagłębiać w tematy, które
dla mnie samego były niewygodne.
Wyciszając się odpłynąłem po cichu. Obudziła mnie Łapa. Potrząsnęła mnie
delikatnie i kazała wstawać. Poznałem okolicę, chociaż była teraz przysypana
śniegiem. Staliśmy niedaleko miejsca, w którym straciliśmy samochód z zapasami.
Przed nami rozciągała się rzeka, przy której leżał Supraśl. Słońce oświetlało
swoimi promieniami śnieg sprawiając, że całe miasto wyglądało jakby było
zaklęte w kryształ i zachowane w nim na wieki. Nie mieliśmy dużo czasu. Jeżeli
grupa Miczi gdzieś tutaj była, to musiała zostać na noc, gdyż nie było widać
żadnych ślad opon oprócz naszych. Nasi przyjaciele albo byli gdzieś blisko,
albo odjechali w inną stronę. Byłem pełen obaw. Kiedy Kiciuś miał już zamykać
auto zatrzymałem go. Wpadłem na pewien ryzykowny pomysł i wiedziałem, że już
nic nie zmieni mojej decyzji. Zabawne było jak ciekawe pomysły nawiedzały
człowieka w różnych momentach.
Ten był wyjątkowo ryzykowny biorąc pod uwagę,
że w okolicznych budynkach chowało się sporo osób. Poprosiłem Kiciusia i resztę, żeby wrócili do
wozu. Pokazałem Kiciusiowi gdzie ma podjechać, wskazując budynki przy głównej
ulicy, na której znajdował się bar. Towarzysze spojrzeli na mnie dziwnie, ale
ja wyjątkowo nie czekałem na ich propozycje. Czas z defensywy przejść do
ofensywy. Ta taktyka, choć ryzykowna, zadziałała jak odzyskiwałem Królowy Most
z rąk Alexa. Teraz głowa tego śmiecia została gdzieś w Królowym Moście, a ja
nadal żyłem. Można było wręcz powiedzieć, że oddałem mu „jego” obóz.
Ludzie nie ukrywali zdenerwowania. Nieznajoma
wierciła się niespokojnie, a Cinek stukał palcami o lufę swojego pistoletu.
Zastanawiałem się teraz nad tym gdzie w tym mieście może znajdować się sklep z
bronią i czy został już znaleziony i splądrowany przez kogoś. Nawet jeżeli te
osoby mogły zostawić coś, co według nich się nie przydało, a nam mogło pomóc. Kiciuś podjeżdżał coraz bliżej i bliżej, aż w
końcu znaleźliśmy się w miejscu skąd widać było główną ulicę. Ernest próbował
zatrzymać auto, kiedy usłyszeliśmy wystrzał. Był to jeden z tych momentów,
kiedy czas spowolnił aby przyspieszyć z potrójną mocą. W pół uderzenia serca
zobaczyłem jak jedna z szyb pęka, a po chwili usłyszałem trzask przebitej
opony. Widziałem jak auto nagle wpadło w poślizg i uderzyło w murek przy
drodze. Zarzuciło mną do przodu i cudem uniknąłem uderzenia głową w szybę.
Wygramoliłem
się i z kopniaka otworzyłem tylne drzwi naszego auta. Widziałem, że reszta też
próbuje się ukryć przed strzelcem, ale Kiciuś i Sołtys siedzący z przodu mieli
większy problem. Zalała mnie fala strachu, starałem się wyjrzeć za auto i
zlokalizować strzelca. Zauważyłem jak na jednym z dachów coś się rusza. Po
chwili byłem już pewien, że ktoś tam leży, widziałem jak kuca, mierząc do nas z
wiatrówki. Prawdopodobnie gdyby nie to, że pada śnieg już byśmy nie żyli. Nie
mieliśmy szans stawić temu czoła. Wszyscy byliśmy znacznie niżej, a dodatkowo
mieliśmy tylko pistolety. Pomogłem wydostać się z wraku Łapie, Cinkowi oraz
Nieznajomej po czym wspólnie staraliśmy się otworzyć drzwi kierowcy, żeby
uratować Ernesta i Adama. Przy każdym wystrzale bałem się, że usłyszę krzyk
któregoś z moich znajomych. Nagle Cinek wskazał coś ręką i zobaczyłem, że nie
ostrzeliwuje nas jedna osoba, ale co najmniej dwie. Pociski uderzały o auto
tworząc upiorny rytm, który w każdym momencie mógł być przerwany krzykiem.
Wydawało mi się, że z każdą minutą coraz więcej osób do nas strzela i rzeczywiście
zauważyłem kolejne postacie siedzące na dachu i mierzące do nas.
Nie strzelali już tak często, widocznie nie
mieli tyle amunicji, ale mimo to byliśmy w pułapce. Wycofanie się nie wchodziło
w grę, a droga do przodu to było nawet większe samobójstwo. W końcu z trudem
otworzyliśmy drzwi i uwolniliśmy Kiciusia i Sołtysa, którzy położyli się i z
trudem łapali oddech. Wiedziałem, że są przerażeni, sam bałem się jak cholera.
Spojrzałem na drogę, którą przybyliśmy i zobaczyłem nieduży murek dziesięć
metrów od nas. Mogłem spróbować do niego pobiec i okrążyć wrogów, ale wątpiłem
w to, że uda mi się to samotnie zrobić. Spodnie już całkowicie mi przemokły,
chociaż nie czułem zimna. Nie wiedziałem dokładnie czy to ze strachu czy z
napływu adrenaliny.
Nagle
usłyszałem krzyk. Spojrzałem szybko na moich przyjaciół, ale żaden z nich nie
był ranny. Wyjrzałem delikatnie za maskę auta i zobaczyłem, że przy dachu, na
ulicy, leży jeden z moich oprawców. Po chwili zauważyłem jak kolejny z nich
spada. Starałem się znaleźć wzrokiem
osobę, która nam pomaga, ale było to ciężkie. Płatki śniegu wpadały mi w oczy,
a wstanie równało się trafieniu. Kiciuś zawołał i pokazał nam jeden z dachów.
Przez chwilę nie widziałem tam nic, ale w końcu dostrzegłem ruch. Na sąsiednim
do naszych oprawców dachu stała jedna postać. Miała w ręce największą broń
palną jaką w życiu widziałem. Nawet z daleka wydawała się mieć dobre półtora
metra długości. Tajemniczy strzelec przy każdym strzale ze swojej ogromnej
broni zabijał kolejnego z naszych oprawców.
Wstałem i bez wahania puściłem się biegiem w
stronę budynku na którym stali wrogowie. Widziałem jak przyjaciele próbują mnie
zatrzymać, a oprawcy wymieniają serie z broni z tajemniczym strzelcem. Nie
słyszałem jednak nic. Wszystko zagłuszała wichura. Biegłem i zobaczyłem, że
strzelec dostaje i upada. Całe szczęście nie spadł, czułbym się źle z tym, że
osoba, która nas uratowała po prostu ginie. Nie liczyło się dla mnie teraz nic.
Byłem wściekły i czułem, że adrenalina robi swoje. Albo tam wbiegnę i zabije, albo
to mnie zabiją. Dotarłem do drzwi baru, tych samych, które otworzyliśmy parę
dni temu z Cinkiem i Ernim. Otworzyłem je i uspokoiłem trochę. Wiedziałem, że
może tutaj być mnóstwo ludzi z Supraśla
.
Przeładowałem pistolet i zwolniłem blokadę. Byłem gotowy do strzału. Korytarze
były ciemne, gdzie nie gdzie wpadały pojedyncze promienie słońca. Ruszyłem
korytarzami szukając wejścia na górę, gdy usłyszałem trzask tuż za mną. Serce
prawie mi stanęło ze strachu. Obróciłem się i wymierzyłem bronią. Zza rogu wyszła
Łapa. Podążała za mną. Bez słowa poczekałem na nią i wspólnie ruszyliśmy
korytarzem. Gdy byłem tutaj poprzednio widziałem gdzieś schody prowadzące na
dach, ale teraz nie miałem pojęcia gdzie one były. Dopiero po dwóch minutach
wspięliśmy się wraz z Łapą klatką schodową i zobaczyliśmy drabinę prowadzącą na
dach. Wciąż było słychać strzały. Zastanawiałem się czy reszta moich przyjaciół
biegła aby mi pomóc tak jak Łapa i czy przez przypadek nie przypłacili tego
życiem. Nie wiedziałem czy bardziej się boję czy mam ochotę dobić resztę.
Tuż pod klapą na dach usłyszeliśmy krzyki.
Dwie postaci prowadziły ożywioną dyskusję gdzieś na tym poziomie baru.
Skryliśmy się w ciemniejszym kącie i czekaliśmy. Po chwili zobaczyliśmy dwie
biegnące postaci, które zmierzały w stronę drabiny. Złapałem Łapę za rękę i
kiedy wrogowie byli blisko uścisnąłem na znak, że teraz atakujemy.
Zaszarżowałem niczym Gigant próbując
zepchnąć pierwszego z mężczyzn za barierkę, ale udało mi się go tylko wywalić. Drugi w tym czasie próbował ustawić się do
strzału. Widziałem jak celuje do mnie wiatrówką. Wtem do akcji weszła Łapa,
która zaszła go od tyłu i poderżnęła gardło. Ja starałem się przytrzymać
starszego i silniejszego ode mnie mężczyznę, ale poczułem, że ten mi się
wyrywa. Po chwili zepchnął mnie z siebie i próbował rzucić się po broń, która
mu wypadła podczas upadku. Na jego nieszczęście była już tam moja towarzyszka.
Z trzaskiem złamała palce wroga, który sięgał po pistolet po czym uniosła
dłonią jego twarz, żeby spojrzeć mu w oczy. Mężczyzna krzyknął gdy łamano mu
palce, ale gdy spojrzał w piękne oczy Łapy zobaczyłem na jego twarzy
przerażenie. Łapa uśmiechnęła się paskudnie i kazała mi podać pistolet.
Mężczyzna widocznie ją znał, bo siedział z otwartą szeroko gębą. Po jego oczach
spływały łzy. Łapa przeładowała i wymierzyła w głowę starszego od niej
człowieka po czym powiedziała:
— Żegnaj ojcze.
I strzeliła.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
Bimbru,
Blog,
Bombu,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
opowiadanie,
poland,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 23,
survival,
szwendacze,
śniezyca,
zombie
niedziela, 4 maja 2014
Rozdział 22: Rozpad
Rozdział 22 opowiada o coraz gorszych warunkach jakie stają na przeciwko Bobra i resztek jego grupy. Czy cokolwiek będzie takie samo jak kiedyś? Nie wiadomo. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.
Rozdział 22: Rozpad
-----------------------------------------------------------------
Rozdział 22: Rozpad
Śnieg
padał i padał. W krótce przykrył tereny Królowego Mostu białym płaszczem.
Przykryta została droga, domy oraz pobojowisko. Ciała wszystkich poległych. Nie
mówiąc już o trupach. Śnieg przykrył też mnie. Leżałem na brzuchu nie dając
rady wstać. Kiciuś próbował mnie podnieść, ale ja nie potrafiłem się przełamać.
Straciłem wszystko na czym mi zależało. Królowy Most upadł, większość moich
przyjaciół znikła, a na domiar złego śnieg padał i padał. Czułem jak okrywa
mnie zimną pierzyną i powoli przenika w głąb mojego ciała. Drętwiały mi ręce i
nogi, ale ja nie wstawałem. Słyszałem krzyki moich przyjaciół, lecz nie
potrafiłem zrozumieć ich sensu. Wszystko przeze mnie.
Gdybym
nie podjął decyzji o podróży do Supraśla to prawdopodobnie siedziałbym teraz w
domu Kiciusia i popijał piwko z Kołodna wraz z całą drużyną. Wszystkie śmierci,
które poniosły różne osoby od czasu wybuchu zarazy… wszystko to było tylko po
to, żeby ochronić tych ludzi i zapewnić im bezpieczne schronienie za murami
tego obozowiska. Teraz przez głowę mi przebiegła myśl, czy to mogła być robota
Łapy. Odrzuciłem jednak tą teorie, gdyby to była jej robota, prawdopodobnie
znalazłbym trupy moich ludzi i siedziałaby ona w tym obozie. Nigdzie nie było
trupów moich ludzi. Jak to możliwe? Czy oni wciąż żyją? Dlaczego opuścili to
miejsce? Lawina pytań zalewała mój umysł.
Podniosłem
się w końcu i spojrzałem na moich towarzyszy. Twarzy Kiciusia była śmiertelnie
poważna. Coraz dłuższy zarost, bystre spojrzenie i delikatny uśmiech dający
nadzieje. Tuż obok niego Cinek, który był jeszcze bardziej zarośnięty i patrzył
swoimi piwnymi oczyma na mnie. Jego wzrok wręcz krzyczał: „Wstawaj do chuja pana i walcz”. Musiałem być silny. Otrzepałem się
ze śniegu i wstałem. Poczułem dziwny dreszcz emocji. Kazałem chłopakom
przeszukać nasze domki i sam powędrowałem do jednego z nich. Poszukiwania szły
dobrze, obóz był wyposażony więc po chwili znalazłem ciepłe ubrania pasujące na
mnie, sporo jedzenia i pozostałości amunicji i broni. Z domu Kiciusia zabrałem
swój nóż oraz zdjęcie rodziny.
Po
spakowaniu sporej ilości zapasów, zapałek i picia spotkaliśmy się przy jednej z
bram:
— Co teraz? – zapytał
Cinek. Każdy z nas czekał na to pytanie, a zarazem nie znał na nie odpowiedzi.
— Powinniśmy się
przejść wzdłuż drogi. Może trafimy na ich ślady czy coś? – zaproponował
Kiciuś. Pokiwałem głową na znak, że to dobry pomysł i ruszyliśmy w lewo.
Spojrzałem ostatni raz za siebie patrząc na pogorzelisko i zapłakałem w duchu.
Tylko w duchu. Robiło się coraz ciemniej lecz my ciągle liczyliśmy na świeże
ślady wskazujące na drogę, którą mogli pojechać nasi przyjaciele. Przeszliśmy
paręnaście metrów, kiedy usłyszeliśmy serie strzałów. Machinalnie wyciągnęliśmy
bronie i zeszliśmy na pobocze nasłuchując źródła hałasu. Serce biło mi jak szalone
gdy pomyślałem, że to może być ktoś z naszej grupy. W końcu wspólnie
ustaliliśmy, że dźwięki dochodzą z dalszej części ulicy więc przyspieszyliśmy.
Każdy z nas oprócz grubych kurtek miał plecaki. Rozdzieliliśmy ekwipunek i
zapasy na równe części, żeby żaden z nas nie był obciążony bardziej od
drugiego.
Ja biegłem pierwszy, a za mną podążali Ernest
z Marcinem. Zobaczyłem nagle błyski i stwierdziłem, że dźwięki wydobywają się z
starej cerkwi. Leżała ona niedaleko głównej drogi na Białystok. Po chwili
zauważyłem, że przed wejściem do cerkwi stoi grupka zombie, która
prawdopodobnie starała się dostać do środka. Otworzyliśmy po cichu bramkę i
wkradliśmy się na teren zabytku. Kiciuś zatrzymał mnie i pokazał gestem tyły
budynku. Domyślałem się, że chodzi mu o tylne wejście. Usłyszałem kolejny
strzał i zobaczyłem jak jeden z trupów upada na schody. Wątpiłem w to, że ktoś
kto był w środku nas zauważył, był zbyt zajęty zombie. Nie wykluczało to jednak
tego, że nie jest sam, co oznaczało, że ktoś mógł pilnować tylnego wejścia.
Miałem nadzieję, że to moi przyjaciele. Podkradliśmy się powoli do wejścia
pokazanego przez Kiciusia dziękując, że zombie były zbyt zajęte uwięzionym
wewnątrz człowiekiem.
Gdy stałem parę kroków od drzwi wycelowałem w
nie pistoletem i powoli otworzyłem. Nie były zamknięte. Zobaczyłem, że w środku
palą się świece, słyszałem tez uderzenia i strzały co jakiś czas. O mało nie
dostałem zawału gdy potknąłem się o stojącą przy tylny drzwiach butelkę. To
mogło nas zdradzić, ale całe szczęście zablokowałem upadek nogą i sprawiłem, że
był ledwo słyszalny. Spojrzałem zza rogu do głównej sali cerkwi i zobaczyłem
człowieka, który stał przy drzwiach i uderzał próbujące wejść zombie. Miał siwe
włosy, widać, że nie był młodzieniaszkiem. Z początku nie mogłem uwierzyć, albo
po dalszym zbliżeniu się byłem już pewien. Przy drzwiach stał Sołtys Adam.
Ucieszyłem się na jego widok. Oznaczało to, że reszta ludzi z obozu mogła
przeżyć. Próbując go nie wystraszyć zawołałem:
— Sołtysie!
Starszy
mężczyzna odwrócił się i wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy. Nie pomyślałem
jednak o konsekwencjach odwrócenia jego uwagi. Zombie, który stał niedaleko
niego powalił go. Rzuciłem się w jego stronę i potężnym kopnięciem złamałem
szczękę trupa. Dało to chwilę Sołtysowi, który zepchnął z siebie szwendacza i
dobił go toporkiem. Po chwili pomagali nam też Erni z Cinkiem. Obrona tak
niedużego wejścia była łatwa, zombie pchały się i właściwie zaklinowały się, co
uczyniło je łatwym celem do wybicia. Po około dwóch minutach, kiedy okolica
była czysta, zamknęliśmy wszystkie drzwi i usiedliśmy. Sołtys podał nam butelkę
trunku i zaczął:
— Bogu niech będą
dzięki, że przeżyliście. Jak to w ogóle możliwe? Gdzie byliście tyle czasu? – w
jego głosie można było usłyszeć zmęczenie. W końcu był już całkiem wiekowym
człowiekiem.
— To bardzo długa
historia – zacząłem. Po chwili wtajemniczyłem go w to jak pojechaliśmy do
Supraśla, byliśmy torturowani, w końcu uwolniliśmy się i przybiegliśmy tutaj.
Nie pominęliśmy historii wielkiej hordy w Kołodnie, ani ocalałego na drodze.
Słuchał moich słów uważnie popijając raz na jakiś czas z butelki i podając ją
nam. Alkohol rozgrzewał i dawał ukojenie. Nadszedł czas na pytanie, które mnie nurtowało
od początku:
— Co się stało z
ludźmi z obozu? Jak to możliwe, że znalazłem tam tylko ciało Joli? Dlaczego
jesteś tu sam? – strumień pytań wylał się ze mnie.
Sołtys sięgnął po wiatrówkę, którą zabrał z obozu i gładząc
ją zaczął opowiadać:
— Jak zwykle masz
wiele pytań, niestety nie na wszystkie znam odpowiedź. Kiedy nie wróciliście
pierwszego dnia wszyscy się o was martwiliśmy i to bardzo. Odradzałem jednak
wyprawę ratunkową, ponieważ mówiłem, że byłby to błąd i nie wiemy nawet gdzie
szukać. Tak minął kolejny dzień i pod wieczór nie potrafiłem już przekonywać,
że to zły pomysł. Nasza młoda Miczi nie chciała mnie słuchać i wzięła jeden z
samochodów i paru ludzi i pojechała w stronę Kołodna i okolic. Zabrała ze sobą
bodajże dwóch ludzi Łapy, takiego wysokiego chłopaka i grubszego mężczyznę,
Daliona, Szpiega, Damiana i pojechali. Zdziwiło mnie jak bardzo Łapie zależało
na Twoim powrocie. Kiedy nie wracaliście myśleliśmy, że pewnego wieczora po
prostu nas pozabija, ale ona tylko pomagała Miczi w zbieraniu ludzi i ratowaniu
was. Tak wiec Miczi pojechała i nie wróciła na noc. Mam nadzieję, że nie wpadła
na tą hordę zombie, o której opowiadałeś – w tym momencie wziął kolejnego
łyka i podał mi butelkę – Następnego dnia
byliśmy wszyscy zdenerwowani. Dzień znowu minął nam szybko. Pod wieczór zaczął
się koszmar. Usłyszeliśmy sporą grupę zombie na ulicy i dwa wozy. Nim
zdążyliśmy spytać kto tam właściwie siedzi poleciały strzały. Dostała Jola i z
tego co widziałem ta koleżanka Łapy. Jola upadała od razu i po chwili umarła.
Zaczęła się strzelanina, którą wygrywaliśmy na początku, gdyż mieliśmy lepsze
pozycje, a wrogowie stali przy autach otoczeni zombie. Pomyśleli jednak i
rozwalili ogrodzenie wpuszczając wszystko do środka. Zaczęła się panika.
Widziałem jak Ci ludzie próbują zabić Monikę, małą, słodką dziewczynkę… Łapa
wtedy krzyknęła coś i trójka ludzi Łapy zabrała małą w las i tam uciekli. Chwilę
wcześniej podążył tam Gigant, który niósł przewieszoną przez plecy Natalię… — tutaj
przerwałem mu nie mogąc wytrzymać:
— Czy coś się jej
stało?
— Spokojnie chłopcze.
Natalia próbowała się wyrwać, ale Gigant wrzeszczał do niej, że „Bobru kazał
cię chronić, a tu nie jesteś bezpieczna” i tak pobiegli razem, a ja zostałem z Łapą
i tą tajemniczą dziewczyną, która tu przyjechała z wami. Zobaczyłem jak jedno z
aut wpada w rów, a drugie jedzie w pogoń lasem za Natalią i resztą. Nie
mieliśmy jak im pomóc bo w naszym obozie zostało jeszcze paru wrogów.
Wycofywaliśmy się, aż w końcu opuściliśmy wspólnie obóz. Biegliśmy ulicą, a
zombie przybywało i przybywało. W końcu postanowiłem dać uciec dziewczynom i
zacząłem strzelać prowadząc trupy w to miejsce. Łapa próbowała coś zrobić, ale
kazałem jej uciekać. Nie wiem gdzie ostatecznie pobiegły, widziałem tylko jak
zmierzały na zachód, w kierunku Białegostoku. Potem zabarykadowałem się tutaj i
resztę znacie… — skończył biorąc solidnego łyka.
To
niesamowite. Wszyscy byli teraz gdzieś tam, uciekając, ginąc lub się chowając.
Nie wiedziałem co teraz zrobić. Po opowieści Sołtysa położyłem pod głowę
plecak, położyłem się na bok i starałem się zasnąć. Nie było to jednak łatwe,
gdyż było dosyć chłodno, niewygodnie i przez moją głowę przepływało mnóstwo
myśli. Odwróciłem się na bok i obserwowałem Kiciusia, który rozmawia o czymś z
Cinkiem. Mówili po cichu wiec nie sposób było coś usłyszeć, ale cieszyłem się,
że mogą porozmawiać jak przyjaciele. Przewalając się jeszcze przez około
dwadzieścia minut w końcu zasnąłem lekkim snem. Nie śniło mi się nic. Rano
obudził mnie głośny dźwięk pękania. Otworzyłem oczy i zobaczyłem podbiegającego
do mnie Kiciusia:
— Stary wstawaj,
rozpieprzyli drzwi – powiedział, pomagając mi wstać. Byłem straszliwie
obolały i bolała mnie głowa, ale szybko zebrałem rzeczy i pobiegłem za
przyjacielem. Nie zdążyłem nawet zapytać o to, co rozwaliło drzwi, bo
widziałem, że do kościoła wchodzą zombie. Cinek próbował je zabijać i nawet
parę mu się udało celnymi atakami w głowę, ale po chwili zrobiło się ich za
dużo, więc w czwórkę skierowaliśmy się do tylnego wyjścia. Na dworze było
biało. Nieduża warstwa śniegu pokryła cały świat. Było dosyć zimno, ale ubrania
dawały nam jakąś ochronę przed chłodem. Wybiegliśmy na ulicę i tutaj towarzysze
spojrzeli na mnie pytająca, ja jednak wiedziałem gdzie iść. Tak mi się
przynajmniej zdawało:
— Zmierzamy do lasu. Poszukamy
obozu Łapy.
Wydawało
mi się to oczywiste, że Łapa wróci do swojego obozu w nadziei, że znajdzie tam
kogoś, lub schroni na najbliższe dni. Przy odrobinie szczęścia może znajdę tam
również Nieznajomą. Szybko skręciliśmy na ulicę i podziwialiśmy widok pól
zasypanych śniegiem i zamarzniętej rzeki. Temperatura spadła naprawdę mocno,
jeszcze wczoraj rzeczka płynęła szybko, a dzisiaj już była pokryta niedużą
warstwą zmarzliny. Droga była dosyć śliska. Byliśmy akurat na moście, na którym
parę tygodni temu doszło do wypadku, z którego zbiegł Alex. Trafił on później w
ręce Łapy. Jakże odległe wydawały się te czasy. Szliśmy blisko siebie, starając
się zakrywać kapturami twarze przed sypiącym śniegiem. Widoczność była kiepska, szczególnie, że
szliśmy pod padający śnieg. Ucieszyłem się, kiedy w końcu weszliśmy w las,
gdzie śnieg sypał rzadziej, zatrzymywany przez korony drzew. Były nawet
miejsca, gdzie śniegu nie było. Wyglądało to ciekawie, jakby podszycie lasu
zamieniło się w skórę krowy, białą w miejscach gdzie padał śnieg i czarną w
miejscu, gdzie było widać resztki starej, jesiennej trawy.
Usłyszeliśmy coś. Wyciągnąłem ręce z ciepłej
kieszeni i sięgnąłem odruchowo po broń. Używałem teraz młotka częściej niż
noża, wydawał mi się wygodniejszą bronią, chociaż wymagał większej siły. Nóż z
kolei potrzebował precyzji, gdyż wbicie go w czaszkę, nawet taką zgniłą jaką
miały zombie, było praktycznie niemożliwe, więc trzeba było celować w gardło
lub oczodół. Szukając wzrokiem źródła hałasu przesuwaliśmy się do przodu.
Zobaczyłem coś przy drzewie i powoli się do tego zbliżyłem. Nie mogłem uwierzyć
własnym oczom. Przy niedużym słupku, który z pewnością służył kiedyś do
wytaczania jednego z szlaków turystycznych siedział zombie. Machał on powoli
łapskami w moją stronę, ale nie mógł się podnieść. Jego wnętrzności wypadające
z rozprutego brzucha przymarzły do wcześniej wspomnianego słupa i sprawiły, że
nie mógł się on ruszyć. Widok był okropny, a zapach jeszcze gorszy. Poczułem
jednak też tryumf. Wyglądało na to, że większość zombie może mieć problemy z
poruszaniem się i działaniem podczas takiego mrozu.
Zamachnąłem się tłuczkiem i usłyszałem trzask,
przypominający pękający lód. Rozłamałem atakiem czaszkę zombie jakby była
zrobiona ze szkła, uwalniając przy tym falę krwi. Trup osunął się na słup i
zamarł:
— Widać, że nie tylko
nas wkurwia ten mróz – skwitował Cinek.
Szliśmy dalej. Nie wiedziałem gdzie dokładnie jest obóz, ale
starałem się sobie przypomnieć wszystko, co mówiła mi o nim Łapa. Wspominała o
tym, że znajduje się niedaleko Grabówki, w lesie pomiędzy miasteczkiem i
Królowym Mostem. Opowiadała, że jest tam drewniany domek, a także prowizoryczne
ogrodzenie, o wiele gorszego od tego, które jest w naszym obozie. Słońce było
już wysoko na niebie. Chowało się co jakiś czas za chmurami, z których powoli
prószył śnieg. Poszukiwania trwały już dobre półtorej godziny, a wciąż niczego
nie znaleźliśmy. W końcu Ernest nie wytrzymał:
— Może wrócimy? Nie ma
sensu tak łazić po tym cholernym lesie, jest naprawdę zimno, a tego obozu nie
widać… — powiedział.
— Może ludzie, którzy
pojechali po was do Supraśla wrócili i są gdzieś w okolicach ruin obozu,
moglibyśmy wrócić i sprawdzić – zaproponował Sołtys. Mieli trochę racji.
Minęliśmy już mnóstwo ścieżek leśnych, oraz kompletnie dzikich fragmentów lasu,
ale nie znaleźliśmy niczego. Do Grabówki nie chcieliśmy iść, było tu zbyt
niebezpiecznie. Nie chciałem powtórki z Supraśla. Podjąłem decyzję:
— Macie racje. Nie ma
sensu łazić po tym zaroślach. Wracajmy przeszukać Królowy Most. – powiedziałem
zawracając.
Szliśmy
przez kolejne dziesięć minut w ciszy. Rozmyślałem o tym, gdzie są teraz
poszczególne osoby i żałowałem kolejnej rzeczy. Kiedy wszyscy byli bezpieczni
mogłem pomyśleć o tym, żeby ustalić punkt zbiórki, miejsce w którym wszyscy się
spotkają w razie nieciekawej sytuacji takiej jak ta. Nie zrobiłem tego jednak.
Nie wiedziałem gdzie się udać, żeby znaleźć moich przyjaciół. Zastanawiałem się co oni myślą teraz o całej
sytuacji. Czy mają jakiś pomysł co dalej. Sytuacja była tak beznadziejna, że
miałem ochotę się położyć i zasnąć, licząc na to, że obudzę się w lepszym
miejscu wśród swoich przyjaciół. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Kobiecy przeciągły
krzyk, nawołujący pomocy. Zatrzymaliśmy się, starając zlokalizować kto i skąd
prosi o pomoc. W końcu Sołtys pokazał nam kierunek i pobiegliśmy na południe
wyciągając pistolety. Ciężko było zlokalizować gdzie jest osoba krzycząca, echo
jej krzyków odbijało się po lesie i myliło nas. W końcu zobaczyłem jakiś obiekt
i wrzask stawał się coraz głośniejszy, co oznaczało, że zbliżamy się do celu.
Z zaskoczeniem zauważyłem, że widzę drewniany
domek i prowizoryczne ogrodzenie, więc z radością uznałem, że doszliśmy do
obozu Łapy. Zobaczyłem jak jedna dziewczyna leży i krzyczy, bo z każdą chwilą
zbliżają się do niej zombie, były one powolne, ale ona i tak nie wstawała,
tylko się czołgała. Druga dekapitowała maczetą parę kolejnych na ganku domu. Nie
czekając dłużej wystrzeliłem w pierwszego zombie otaczającego leżącą
dziewczynę. Sołtys stanął obok mnie i zaczął celować do kolejnego z wiatrówki.
Cinek i Kiciuś ruszyli do domku z broniami do walki wręcz i wybijali kolejne
trupy, pomagając drugiej osobie, będącej na ganku. Zobaczyłem jak jeden z
zombie po trafieniu przeze mnie upada, ale dalej się rusza, co gorsza na
wyciągniecie ręki od leżącej dziewczyny więc podbiegłem. Teraz poznałem w niej
Nieznajomą, cieszyłem się potwornie na jej widok. Zombie złapał ją za nogę i
powoli próbował wgryźć się, ale byłem szybszy. Mocnym zamachem roztrzaskałem mu
czaszkę. Następnie rzuciłem się na kolejnego, który wyleciał na mnie. Straciłem
równowagę i wraz z trupem poleciałem na śnieg. Zima odcisnęła jednak na naszych
wrogach swoje jarzmo, gdyż trup był wolny i o wiele słabszy, niż ten, z którym
walczyłem nad rzeką przy Kołodnie. Zrzuciłem go z siebie i wyciągnąłem nóż
siadając na nim. Zatopiłem ostrze w oczodole. Poczułem krew na rękach, ale
byłem pewien, że mój wróg nie żyje. Cinek i Kiciuś poradzili sobie z zombie na
ganku i teraz dopiero poczuliśmy się bezpiecznie.
Usłyszałem głos Łapy, która zeszła z ganku
pomagając mi wstać:
— Och jakie to
słodkie, mój książę z bajki po mnie przyszedł – uśmiechnęła się – Myślałam, że nie żyjesz.
— Jak widać mam się
całkiem dobrze – odpowiedziałem również się uśmiechając – Co ci się stało? – zapytałem Nieznajomą,
pomagając z Sołtysem jej wstać.
— Skręciłam kostkę. Te
zombie pojawiły się tak nagle i chociaż były wolne zapędziły mnie do tyłu.
Potknęłam się o korzeń, a resztę wiesz… — powiedziała z zakłopotaną miną.
Łapa spojrzała na mnie:
— Po twojej twarzy nie
powiedziałabym, że masz się całkiem dobrze – stwierdziła – Co się stało? Gdzie wy się podziewaliście?
— Uciekaliśmy od rzeczywistości – odpowiedziałem
i skierowałem wszystkich w stronę drewnianego domku.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
Bimbru,
Blog,
Bombu,
historia,
horror,
klimat,
MrBobru,
ocalali,
opowiadanie,
poland,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 22,
rozpad,
survival,
szwendacze
środa, 30 kwietnia 2014
Rozdział 21: Marsz
Rozdział 21 opowiada o tym co stało się po ucieczce z Supraśla. Stawiałem tutaj głównie na aspekty związane z przetrwaniem i jestem ciekaw waszych opinii odnośnie tego jak mi to wyszło. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym. Coraz bliżej końca "pierwszego tomu" :)
Rozdział 21: Marsz
------------------------------------------------------
Rozdział 21: Marsz
Potknąłem
się. Wystający korzeń nawet za dnia nie mógł być zbytnio widoczny, a teraz
można wręcz go było uznać za niewidoczny. Wstałem z trudem, przy pomocy Cinka.
Zadrżałem z zimna. Byliśmy niecały kilometr od Supraśla. Nie mieliśmy ciepłych
ubrań, źródła światła ani prowiantu. Jedynie torba z paroma pistoletami
sprawiała, że czułem się odrobinę lepiej. Wędrowaliśmy powoli, żeby się nie
pocić, co mogło by być tragiczne w skutkach.
Nogi miałem już odrętwiałe z zimna więc co chwilę się potykałem. Słychać
też było regularne „kurwa” z ust
Marcina, który co i rusz wpadał na jakieś drzewo. W którym kierunku się nie
rozglądaliśmy wyglądało to tak samo – las, księżyc, gwiazdy i zero śladów
cywilizacji. Wiedzieliśmy jednak, że podążamy w dobrą stronę. Parę razy
przecinaliśmy ścieżkę, która prowadziła z Supraśla do Cieliczanek. Było to
pewne pocieszenie. Nikt z nas się nie odzywał. Szliśmy w ciszy przerywanej przekleństwami.
Było mi straszliwie źle. Czułem się tak przemarznięty, że czasami nie byłem
pewien, czy zrobiłem już krok czy stałem w miejscu.
Po około trzydziestu minutach spokojnego
marszu usłyszeliśmy jęki. Wyjęliśmy bronie i zatrzymaliśmy się w miejscu
rozglądając się na boki. Dźwięk wydawał się wydobywać zewsząd i nie mogliśmy go
dokładnie zlokalizować. Teraz, kiedy nie słyszałem już dźwięku naszych kroków,
ponownie usłyszałem to, co było słyszalne w drodze do Supraśla. Dźwięki burzy,
chociaż niebo było czyste. Czy to odlegle wybuchy? Ciężko było się skupić, szczególnie,
iż narastające jęki całkowicie zagłuszały resztę hałasu. W końcu zlokalizowałem
zombie. Człapało przy drzewie, opierając się dwoma rękoma o trawę i ciągnąc za
sobą jedną nogę. Drugiej nie było. Podszedłem do niego i wycelowałem. Nie
strzeliłem, gdyż wiedziałem, że echo jakie pójdzie zawiadomi całą okolicę, a
musieliśmy się liczyć z tym, że ludzie z Supraśla nas szukają. Zamiast tego
wymierzyłem cios kolbą i zacząłem tłuc trupa. Ciało było w fatalnym stanie, bo
po paru uderzeniach usłyszałem trzask i zobaczyłem, że wgniotłem się w głowę
zombie. Nie przestawałem jednak, aż do chwili, kiedy moje ręce były pokryte
krwią i fragmentami mózgu. Posoka była tak ciepła, że aż parzyła. Po upewnieniu
się, że delikwent nie żyje zacząłem go przeszukiwać.
Miał w kieszeni portfel, ale nie było tam nic
wartościowego. Przynajmniej nie po tym jak świat upadł. W drugiej z kieszeni
znalazłem zapalniczkę. Potrząsnąłem nią i zauważyłem, że jest w niej jeszcze
trochę gazu. Zachwycony tym faktem potarłem kamień krzesząc iskrę. Po chwili
mrok lasu przebił nieduży promyk ognia wydobywający się z zapalniczki. Moi
kompani natychmiast przesunęli ręce blisko strumienia ognia i zaczęli się
ogrzewać. Było to raczej nikłe źródło ciepła, jednak nawet to sprawiło, że
palce przeszło przyjemne uczucie. Poświeciłem jeszcze chwilę po czym schowałem
łup do kieszeni i ruszyliśmy dalej. Jeżeli spotkaliśmy zombie oznaczało to, że
musieliśmy być niedaleko zabudowań. Prawdopodobnie zbliżaliśmy się do
Cieliczanki. Liczyłem na spędzenie nocy w domu, gdzie nie było co prawda
ogrzewania, ale przynajmniej mogliśmy się schronić przed wiatrem. Poczułem, że
zaczynam smarkać. Bałem się, że złoży mnie gorączka i nie zdążymy na czas
ostrzec obozu. Choroba byłaby zdecydowanie najgorszą rzeczą jaka by mogła mnie
teraz spotkać.
Maszerując
wciąż do przodu, przedzierając się przez chaszcze i krzaki, zobaczyłem w końcu
zarys domków Cieliczanki. Serce zabiło mi szybciej, gdy pomyślałem, że zaraz
możemy znaleźć coś do jedzenia lub też ubrania do przebrania się. Odezwałem się
charczącym głosem do moich przyjaciół, aby poinformować ich, żeby uważali
teraz. Nie wiedzieliśmy czy są tu jeszcze zombie, a co najgorsze podczas naszej
nieobecności mogli tu nawet pojawić się inni ocalali. Szliśmy ostrożnie,
mijając powoli trupy, które zostawiliśmy za sobą gdy tu ostatni raz byliśmy. Z
wyciągniętym pistoletem mierzyłem w każde miejsce, z którego słyszałem chociaż
odrobinę niepokojący odgłos. Za szybami jednego z domów było ciemno, co
niestety wcale nie oznaczało, że nikogo tam nie ma. Razem z Cinkiem stanęliśmy
po dwóch stronach drzwi, a Erni był naprzeciwko. Daliśmy mu znak i drżącą z
zimna ręką pociągnąłem za klamkę. Kiciuś wszedł pierwszy, machając bronią
w wszystkie strony. Cinek wszedł chwilę
po nim, a ja wszedłem ostatni, zamykając za sobą drzwi. Wybraliśmy całkiem
dobry dom na przenocowanie.
Był on nieduży, nie miał pietra, a wejście do
piwnicy wyglądało na zasypane. Na dole nie było słychać nic. Oprócz korytarza,
w którym się znajdowaliśmy były jeszcze dwie izby, kuchnia i coś na kształt
salonu. Przeszukaliśmy je dokładnie parę razy, lecz nie znaleźliśmy za dużo
jedzenia. Wszystko co było w lepszym stanie zapakowaliśmy wcześniej do naszego
auta, teraz musieliśmy się zadowolić sucharkami i słoikiem oliwek. Było to
prawie nic, ale gdy człowiek jest głodny nawet takie przekąski smakują jak
arcydzieła kulinarne. Po zjedzeniu zajęliśmy się dalszym plądrowaniem chaty.
Cinek w jednej z szaf znalazł parę futer oraz płaszczy. Próbowaliśmy znaleźć
takie, które będą najbardziej pasowały do naszej postury, ale ostatecznie
skończyliśmy wyglądając jak klauny. Nie obchodziło nas to jednak, ważne, że
zrobiło się naprawdę ciepło. Z potrzebniejszych rzeczy znaleźliśmy jeszcze
kompas, który walał się w jednej z szuflad w kuchni oraz tłuczek do mięsa,
który idealnie nadawał się do roztrzaskiwania czaszek zombie.
Następnie wszyscy położyliśmy się spać. Byłem
tak bardzo zmęczony, że gdy tylko ulokowałem się w jednym z kątów, przykryty
płaszczem, natychmiastowo zasnąłem. Śnił mi się Grubas oraz Łapa. Szli ze mną
ramię w ramię i opowiadali niestworzone historie. Gdy jedno z nich opowiedziało
o tym, że wynaleziono antidotum na postępującą zarazę to obudziłem się
podniecony. Byłem jeszcze zaspany, więc mało co nie obudziłem moich towarzyszy,
żeby powiadomić ich o tej wspaniałej nowinie, ale po chwili opanowałem się i
przełożyłem na drugi bok próbując znowu usnąć. Za oknem jeszcze było ciemno, a
my teraz potrzebowaliśmy odpoczynku. Sprawdziłem ostatkiem sił czy rygiel w
drzwiach jest zasunięty i ponownie zasnąłem.
Wstałem wypoczęty. Siniaki na twarzy dalej
bolały, ale nie to było teraz ważne. Musieliśmy ruszać dalej. Na dworze było
dzisiaj jeszcze zimniej i pochmurniej. Całe szczęście mieliśmy płaszcze i
futra, które co prawda ograniczały swobodę ruchów, ale wynagradzały to ciepłem.
Przeszukaliśmy pobliskie domy, starając się nie narobić za dużo hałasu. Ostatecznie znaleźliśmy tylko jakieś
konserwy, które przeoczyliśmy oraz, co najważniejsze, zapałki. Co prawda nie
liczyłem na zrobienie ogniska, ponieważ było to zbyt niebezpieczne, nie mówiąc
już o tym, że prawdopodobnie drewno jest mokre po opadach, które co jakiś czas
nawiedzały te rejony. Po prostu wzięliśmy je, żeby mieć jakieś ostateczne
źródło ognia, do podpalenia prowizorycznej pochodni, której wcale tak ciężko
nie jest zrobić.
Kolejnym przystankiem w naszej podróży było
Kołodno. Droga tam będzie podobna jak ta stąd do Supraśla, a może nawet trochę
dłuższa. Chciałem jednak trzymać się drogi, żeby w razie sytuacji, gdy ludzie z
obozu pojadą po nas, nie wprowadzić ich w pułapkę w Supraślu. Trzymając się
uboczy i krzaków podążaliśmy gęsiego. Co jakiś czas wpadaliśmy na zombie.
Tłuczek okazał się dobrą bronią, nawet przy niedużym zamachu potrafił zwalić
szwendzacza z nóg, a wtedy było to już kwestią sekund, żeby dobić go paroma
mocnymi ciosami.
Raz sytuacja była wyjątkowo niebezpieczna,
kiedy wpadliśmy na grupkę czterech trupów. Każdy z nas wziął po jednym, ale
kiedy zamachiwałem się, żeby skończyć żywot, tego najbliższego mnie, to złapał
mnie od tyłu drugi. Już prawie czułem krzywe, połamane zęby zatapiające się na
mojej ręce, ale całe szczęście zainterweniował Cinek, który pociągnął zombie do
tyłu i wpakował w niego kulkę. Sam strzał nie był zbyt mądry, ale i tak mu
podziękowałem. Czułem teraz wyjątkową więź pomiędzy naszą trójką. Byliśmy
obdarci, ubrani w niedopasowane ciuchy, pozbawieni większej liczby zapasów oraz
z kończącą się amunicją. Nasze twarze wyglądały okropnie, a wszędzie dookoła
czaiły się trupy, a my mimo wszystko parliśmy na przód, starając się unikać
walki i trzymać tempo marszu. Niepokoił mnie dźwięk, który słyszałem już w
Supraślu. Niebo rzeczywiście było zachmurzone, ale miarowe stukanie, które
słyszę już po raz kolejny wzbudziło we mnie kolejną falę wątpliwości.
Rozglądałem się jeszcze uważniej i starałem się odejść jeszcze kawałek od
drogi, tak na wszelki wypadek.
Po około dwóch godzinach marszu zobaczyliśmy
most przy Kołodnie. Już za chwilę mieliśmy zobaczyć ruiny Kołodna, w których
byliśmy parę dni temu. Dźwięk, który słyszałem nasilał się jednak i nasilał i
kiedy minęliśmy linię lasu zobaczyłem co czyniło taki potworny hałas. Tłuczek
mi wypadł z ręki. Cinek powiedział tylko krótki „Ja pierdole!”, a Erni otworzył szeroko usta. W miejscu gdzie
znajdywały się domy Kołodna stało setki zombie. Była to największa horda jaką
widziałem podczas całej Apokalipsy. Szwendacze łaziły powoli, maszerując przez
wioskę niczym inkwizycja. Trudno je było zliczyć, wszystkie szły obok siebie,
człapiąc i wydając podejrzane jęki. To musiała być horda z Białegostoku, o której opowiadała nam Łapa. Czułem jak całe
szczęście jakiego doświadczyliśmy w Cieliczankach odpływa gdzieś w nieznane. Musiałem
szybko podjąć decyzje co dalej. Moi przyjaciele dalej patrzyli zszokowani, nie
mogąc uwierzyć w to co widzą. Rozejrzałem się i nie mogłem znaleźć sposobu,
którym moglibyśmy ominąć hordę. Całe miasto było usypane żywymi trupami. Nawet
pola były ich pełne. Zmierzały one powoli w kierunku południowo wschodnim,
czyli prosto do naszego obozu. Podróż lasami byłaby bezpieczna, ale zajęłaby
nam pół dnia, zakładając, że chcieliśmy całkowicie ominąć miasteczko. Mogliśmy
również pomyśleć o przebiegnięciu przez miasto, ale był to pomysł samobójczy,
jedyne co nas tam czekało to śmierć.
Wtem wpadłem na genialny, ale też
niebezpieczny pomysł. Staliśmy teraz na moście, który znajdował się nad rzeką,
która biegła również przez Królowy Most. Mogliśmy iść wzdłuż brzegu i starać
się poruszać wzdłuż porastających rzekę chaszczy. Droga na pewno była
niebezpieczna, ale wpadniecie do wody w sumie nie było wcale gorsze od
zagryzienia przez zombie. Jak powiedziałem tak zrobiłem. Prowadząc Kiciusia i
Cinka powoli zeszliśmy zboczem poziom niżej, pod most, tam gdzie znajdowała się
rzeczka. Chaszcze były wysokie, sięgały mi do pasa a czasami i wyżej przez co czekało
na nas nie lada wyzwanie. Co gorsza teren był podmokły i niepewny. Jeden zły
krok i lądowaliśmy do rzeki. Przy takiej temperaturze chodzenie w przemoczonych
ubraniach mogło w najlepszym przypadku spowodować chorobę. Nie mieliśmy jednak
czasu na dalsze planowanie, więc pospieszając przyjaciół wskoczyłem w zarośla i
zacząłem się przedzierać.
Słyszałem jak podążają za mną. Droga była
jeszcze gorsza niż się spodziewałem. Co parę kroków buty z głośnym mlaskiem
walczyły z kupami błocka, a raz na jakiś czas ziemia osuwała się pod moimi
stopami, co parę razy przyprawiło mnie o przyspieszenie pracy serca. Gdy
mijaliśmy odcinek rzeki, który przepływał obok Kołodna sytuacja jeszcze bardzie
się pogorszyła. Z każdej strony otaczały nas hałas jęków oraz powarkiwań. Przez
moment zamarłem, kiedy usłyszałem, że z chaszczy obok człapie do nas zombie.
Wykorzystując fakt, że go zauważyłem, skoczyłem na niego, aby ten nie zrobił
tego pierwszy i nie wrzucił mnie do rzeki. Upadłem wraz z trupem w kępę zarośli
i zdzieliłem go z duża siłą parokrotnie po głowie, aż upewniłem się, że już się
nie rusza. Chodziliśmy w odstępach dziesięć metrów od siebie, więc gdy kolejny
zombie, który pojawił się znikąd złapał mnie od tyłu, żaden z moich przyjaciół
nie mógł mi pomóc.
Poczułem jak odrętwiałe łapska chwytają mnie i
ciągną do tyłu. Młotek wypadł z mi z rąk, a ja zobaczyłem twarz zombie, która
znajdywała się parę centymetrów od mojej twarzy. Zrobiło mi się nie dobrze,
kiedy poczułem smród rozkładu wydobywający się z gęby umarlaka. Starałem się
jednak trzymać go z dala ode mnie, przytrzymując go dłońmi i próbując się
wyrwać. Zombie był dosyć silny jak na kogoś, kto nie żyje i miałem ogromne
problemy z zepchnięciem go. Czułem, że jego twarz jest coraz bliżej. Widziałem
każdy szczegół jego facjaty, od połamanych żółtych zębów, aż po wyżarte przez
robactwo policzki i te straszne szkliste powieki. Używając ostatków sił
zamachnąłem się nogami do tyłu odtrącając trupa i wstając chwiejnie. Wtedy
poczułem, że jedna z moich nóg zatopiła się w błoto i miałem problem z
wyciągnięciem jej. Widziałem jak zombie się podnosi i zaczyna wyciągać łapska w
moim kierunku. Słyszałem również szmer trzciny, świadczący o tym, że moi
przyjaciele do mnie biegną. Wyciągnąłem nogę, ale było już za późno. Trup
ponownie się na mnie rzucił przyciskając mnie do miękkiego podłoża i starając
się wgryźć w ciało. Ponownie starałem się go trzymać i odepchnąć, ale napierał
z całych sił, a ja czułem, że za chwilę puszczę. W końcu ucisk zelżał.
Zobaczyłem
jak kawał twarzy zombie odrywa się od reszty głowy po silnym uderzeniu Cinka.
Wykorzystując sytuacje odepchnąłem obunóż martwiaka wrzucając go z pluskiem do
rzeczki. Wstałem chwiejnie otrzepując się z błota i podziękowałem
przyjacielowi. Jeszcze nigdy nie miałem aż tak wielkich problemów z pozbyciem
się trupa. Poczułem jak bardzo osłabiony jestem i jak nie nadaję się do
jakiejkolwiek poważniejszej walki. Zwolniliśmy odrobinę, żeby nie robić hałasu.
Po drugiej stronie rzeczki, tam gdzie było Kołodno, widzieliśmy teraz
dziesiątki trupów, które chodziły i rozglądały się na lewo i prawo. Widać było,
że stwory reagują głównie na hałas i zapach, ale gdyby zobaczyły, że poruszamy
się szybciej niż one na pewno by wyczuły, że nie jesteśmy jednymi z nich i
zaczęłyby nas gonić. Koryto rzeki zaczęło powoli zakręcać w lewo i zamieniło
się w swego rodzaju osuwisko, ponieważ
teren się obniżał, woda nie trzymała się koryta, a mimo to zdradliwie podlewała
okoliczne brzegi, przez co łatwo było się ześlizgnąć i wraz z lawiną błota
spłynąć na sam dół.
Ostrożnie schodziliśmy coraz niżej, widząc, że
robi się powoli ciemno. Nasze nogawki były przemoczone, co wraz z wiatrem
szybko doprowadziło do odrętwienia nóg. Poważnie się wystraszyłem, kiedy
straciłem równowagę i próbując się utrzymać na nogach złapałem krzaka pokrzyw.
Syknąłem wtedy z bólu i upadłem na kolano, ale mimo tego udało mi się utrzymać.
Czułem coraz większe spragnienie, ale bałem się pić tej wody tutaj,
szczególnie, że niecały kilometr stąd moczyło się w niej mnóstwo zombie. Gdy
uporaliśmy się z zejściem szybko oddaliliśmy się od podmokłych terenów i
weszliśmy w linie drzew aby choć trochę skryć się od wiatru i stanąć znowu na
twardym gruncie. Musieliśmy odpocząć, bo po paru metrach poczuliśmy takie
zmęczenie, że nogi zaczęły nam odmawiać współpracy. Cinek, jako że czuł się
całkiem na siłach przeszedł się po lesie, żeby poszukać czegoś do jedzenia lub
do picia. Ja wraz z Kiciusiem usiadłem na zwalonym pniaku i zajęliśmy się
przepakowaniem.
Załadowałem naboje do pistoletu i poprawiłem
tłuczek do mięsa, który wsadziłem za pasek. Kiciuś też zajął się pistoletem. Po
chwili wrócił Cinek, który gdzieś w lesie znalazł butelkę, którą napełnił wodą
ze strumienia, oraz krzak przejrzałych jagód, które jakimś cudem ostały się do
tak późnej jesieni. Nie było ich dużo i nie wyglądały zbyt apetycznie, ale
zjedliśmy je z wielką ochotą. Popiliśmy je wodą, która miała odrobinę
metaliczny posmak po czym zebraliśmy się do dalszej wędrówki.
Załamany panującą ciszą zacząłem temat:
— Jak myślicie, co
powinniśmy ogarnąć z tymi zombie? Damy radę odpierać ich atak w obozie? – zapytałem.
— Chuj wie. Mam
nadzieję, że horda ominie to miejsce. Myślicie, że ktoś z Obozu pojechał nas
szukać? Jak wpadł na hordę… — nie dokończył zdania Cinek.
— Nawet tak nie myśl.
Oni nie są głupi, uważali na pewno i po prostu fortyfikują obóz czekając na
nas. Na pewno tak jest – stwierdziłem, sam nie do końca wierząc w te słowa.
Wiatr zawiał. Poczułem szpile zimna przeszywające moje nogi – Musimy jak najszybciej dotrzeć do obozu. Czy
ktoś w ogóle wie ile nas nie było?
— Wydaję mi się, że
jakieś dwa, trzy dni. Na pewno martwią się o nas, ale teraz przynajmniej wiemy
co nam zagraża. Będziemy mogli się przygoto… — nie dokończył Erni, gdyż
usłyszeliśmy szelest z lewej strony. Wszyscy jak na komendę uklęknęliśmy i
schowaliśmy przy jednym z drzew wyciągając bronie. Nagle zobaczyliśmy dwa
zombie idące przez las. Wydawały charakterystyczne dźwięki i widać było jak
nierówno idą. Wyciągnąłem tłuczek do mięsa i już chciałem wstawać, kiedy Cinek
dał mi do zrozumienia, że on się nimi zajmie. Podałem mu naszą jedyną broń do
walki wręcz i obserwowałem jak wstaje. Na jego zarośniętej twarzy malowała się
determinacja. Zaczął obchodzić trupy od tyłu i po chwili zobaczyliśmy jak
szarżuje na jednego z wrogów. Dźwięk pękających kości i fala krwi. Te dwie
rzeczy zawsze towarzyszyły zabijaniu, czasami pojedynczo, czasami w zestawie.
Tym razem mogliśmy doświadczyć obu, kiedy tłuczek dwa razy uderzył pierwszego z
zombie w głowę. Po pierwszym ciosie na głowie trupa pojawiło się nienaturalne
wgniecenie, a po drugim ciało leżało już bez ruchu. Drugi z trupów nie zdążył
się jeszcze obejrzeć gdy obuch uderzył go w twarz. Zobaczyłem jak fala posoki
rozbryzguje się na pobliskim drzewie. Po kolejnych ciosach z głowy zombie
została tylko plama. Odebrałem od przyjaciela broń i ruszyliśmy w milczeniu do
przodu.
Nikt z nas ostatecznie nie miał nastroju do
rozmowy. Znajdowaliśmy się teraz parę kilometrów od obozu, byłem pewien, że
dotrzemy tam przed całkowitym zmrokiem. Gdy dotarliśmy w końcu do ulicy, wzdłuż
której przebiegała nasza trasa, zobaczyliśmy jak coś się czołga po ulicy.
Wyciągnęliśmy bronie i teraz zobaczyliśmy, że nie był to zombie. Po ulicy
czołgał się młody chłopak, na plecach miał ogromny plecak, ale jego spodnie
były czerwone od krwi. Gdy nas zobaczył spojrzał z grozą w oczach i próbował
coś powiedzieć. Wyciągnąłem pistolet i wymierzyłem w jego stronę. Nawet jeżeli
kiedyś był zły, nie zasługiwał na takie męczarnie. Nikt na nie zasługiwał. Wtem
postać odezwała się piskliwym głosem, który nawet pomimo zachrypnięcia brzmiał
dziecinnie:
— Pi… Zabij mnie…
Brzmiało
to tak żałośnie, że aż się zawahałem. Przez ostatnie tygodnie przeszedłem
ogromną metamorfozę. Z zwykłego nastolatka zamieniłem się w bezwzględnego
ocalałego. Z chłopca stałem się mężczyzną. Zamknąłem oczy mierząc w jego głowę
i strzeliłem. Strzał odbił się echem, wiedzieliśmy, jak to mogło się skończyć
więc zerwaliśmy z niego plecak i uciekliśmy. Po paruset metrach zatrzymaliśmy
się aby sprawdzić zawartość plecaka. Ku naszej uciesze było tam trochę zapasów,
głównie konserw rybnych oraz jakieś śmieci. Parę komiksów, latarka, dziwne
zwitki papierów wyglądające na plakaty i parę innych niepotrzebnych rzeczy,
które wyrzuciliśmy. Ucieszeni z znalezienia jedzenia zaczęliśmy jeść. Zatrzymaliśmy
się na uboczu, żeby nie było nas widać. Pospieszałem moich przyjaciół,
wiedziałem, że nie możemy sobie pozwolić na dłuższe przerwy. Gdy ruszyliśmy
ponownie w trasę nie było już żadnych problemów. Po pół godzinie, kiedy to
słońce zbliżało się nieubłagalnie do linii horyzontu zobaczyłem tabliczkę z
napisem „Królowy Most”. Co lepsze nie było tu widać żadnych zombie.
Przepełnieni radością, że zaraz zobaczymy
znajomych ruszyliśmy pędem w stronę obozu. Minęliśmy młyn i zakręt. Zbliżaliśmy
się z każdym krokiem do naszego ogrodzenia. Światła obozu paliły się, chociaż
było dziwnie cicho. Gdy byłem dziesięć kroków od płotu wiedziałem, że coś jest
nie tak. W płocie ziała dziura a w wilczych dołach było zakopane auto. Tuż za
płotem widać było parę trupów. Serce biło mi jak szalone. Oczy zaczęły mnie
piec od łez. Wyciągając broń przeskoczyłem nad dołami i wszedłem na teren
obozu. Kiciuś i Marcin szli tuż za mną. Mimo tego, że światła się paliły nie
było widać nikogo. Tylko trupy. Po całym obozowisku były porozrzucane ciała
zombie, ale nie tylko one. Spóźniliśmy się. Pod jednym z drzew leżało ciało
Joli, a kawałek dalej ciało dwóch nieznajomych mi ludzi. Mogłem tylko zgadywać,
ale podejrzewałem, że to sprawka ludzi z Supraśla. Przeszukaliśmy resztę ruin
obozu, każdy domek i zakamarek, ale nie znaleźliśmy nikogo. Byłem zły. Bardzo
zły. Czułem jakby coś właśnie wyrwało mi serce i gniotło pozostałe organy. W
buzi zrobiło mi się sucho i ledwo mogłem oddychać. W końcu wydarłem się na całe
gardło, wrzeszcząc jak opętany, nie zwracając uwagi na to czy ktoś mnie
usłyszy. Nie obchodziło mnie to. Nie widziałem ciał moich przyjaciół, oprócz
Joli, ale było tu mnóstwo ciał zombie i nieznajomych. Wszyscy gdzieś zniknęli.
Miejsce, nad którego ochroną pracowałem upadło. Ja też upadłem, na kolana.
Krzyczałem jak opętany patrząc na moich przyjaciół. Ernest po prostu milczał.
Cinek wyładowywał gniew rozwalając kopniakiem barierkę w jednym z domków. Nagle
usłyszałem trzask i wszystkie światła zgasły. Generator padł pogrążając nas w
ciemności. Spojrzałem na niebo i wydarłem się:
— KURWAAAA. ZA CO?! CO
JESZCZE NAS CZEKA?
Odpowiedź otrzymałem natychmiast. Zachodzące słońce
oświetliło mogiłę jaka została z obozu. Oświetliło także trójkę ocalałych,
którzy stali na środku wrzeszcząc jak opętani. Oświetliło również auto, które
wpadło w wilczy dół przy płocie. Co najgorsze oświetliło też znak nadchodzącej
klęski. Na moją twarz spadł pierwszy płatek śniegu.
Etykiety:
apocalypse,
apokalipsa,
Bimbru,
Blog,
Bombu,
historia,
horror,
klimat,
marsz,
MrBobru,
ocalali,
opowiadanie,
poland,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 21,
szwendacze,
zombie
Subskrybuj:
Posty (Atom)