Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 2. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 grudnia 2015

Plany, Informacje

Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 25: Najsilniejszy Ocalały

Rozdział 25, finał drugiego tomu. Zdecydowałem się na zabieg trzech perspektyw w jednym rozdziale, żeby pokazać emocje i to co się dzieje z bohaterami w momencie spotkania, ale też innych wydarzeń. Mam nadzieję, że udało mi się was zaskoczyć i po przeczytaniu ostatniego zdania złapiecie się za głowę i przez parę minut znikniecie ze świata w myślach o tym co właśnie się stało :) Po przeczytaniu standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym. Szczególnie o komentarz, bo w ten finał wrzuciłem o wiele więcej akcji niż w zakończenie tomu pierwszego. Tom trzeci powstanie wkrótce. Wypatrujcie informacji :)

----------------------------------------------

Rozdział 25 (Bobru, Miczi, Natalia): Najsilniejszy ocalały


Bobru
                Toruń. Cel naszej podróży odkąd znaleźliśmy ruiny czegoś, co kiedyś nazywaliśmy domem – obozu w Królowym Moście. Czułem się dziwnie w końcu stojąc tutaj na miejscu, ale cieszyłem się z tego, że dotarłem do Ostoi z wieloma osobami, na których mi zależało. Ruszyliśmy ramię w ramię z człowiekiem z barykady, który przedstawił mi się jako Ryszard. Rysiek opowiedział szybko, że jest jednym z dowódców barykad i wszystkich, którzy tu przyjeżdżają prowadzi do biura Karła.
                Odwróciłem się na chwilę, żeby zobaczyć barykadę z drugiej strony i wciąż stojących na niej ludzi. Brama była już zamknięta, więc nie miałem okazji zobaczyć drogi, którą się dostaliśmy. Poświęciłem chwilę, żeby spojrzeć na każdego, kto był dla mnie na tyle wielką podporą, żeby pomóc mi się tu dostać. Zacząłem od Cinka, który szedł z uśmiechem na twarzy, obdarty i brudny po trudach drogi, ale szczęśliwy. Za nim szła Łapa oraz Jakub. Ostatnio dużo czasu spędzali na rozmowach ze sobą, nie wiedziałem jaki był tego cel, ale cieszyłem się, że udało się im dogadać. Dalej nieco zmartwiony szedł Sołtys, który starał się jako jedyny racjonalnie patrzeć na miejsce, w którym się znajdował. Obawiał się, że coś pójdzie nie tak. Oprócz tego była jeszcze Magda, która trzymała za rączkę Martę. Została poprowadzona na bok przez jednego z ludzi Ryszarda, aby odprowadzić dziewczynkę do szpitala. Obiecała dołączyć do nas jak najszybciej.
                Z tego co widziałem prowadzono nas na północ Ostoi. Cały kompleks był zbudowany dosyć ciekawie. Uliczki przecinały się w układzie szachownicy, której liniami były budynki. Wyjątkiem było centrum, które znajdowało sią na lewo od nas. Stała tam duża katedra, która znajdowała się na sporym placu. Dookoła znajdowały się cztery duże budynki, które wyglądały na budynki mieszkalne. Były duże i składały się z zabudowań, połączonych w jedną, większą konstrukcje.   Na uliczkach pobocznych, takich jak ta, na której się znajdowaliśmy, było trochę inaczej. Większość  budynków była zabarykadowana, ale niektóre były otwarte i byli w nich ludzie. Wszystko przypominało stan sprzed wybuchu apokalipsy zombie.
                Dodatkowo, to na co należało zwrócić uwagę to prąd. W całym obozie świeciły się latarnie i lampki w budynkach. Gdzieś tutaj musiały być generatory.
- Właściwie co to oznacza, że się nas spodziewaliście? – zapytałem.
- Wybacz, ale nie mogę nic więcej teraz powiedzieć. Po prostu musicie mi zaufać i dać się doprowadzić do dowódcy – powiedział Rysiek uśmiechając się do mnie.
- Czy jest tu ktoś jeszcze z moich ludzi? – zapytałem – Chciałbym też wiedzieć czy są tu może tacy trzej chłopacy. Kiedyś się z nimi tutaj umawiałem i chciałem…
- Spokojnie. Wszystko w swoim czasie Bobru – powiedział Rysiek po czym przyspieszył.
                Z tego co się dowiedziałem do Ostoi było sześć wjazdów – trzy od wschodu i po jednym z pozostałych stron świata. Na północy znajdował się też dom dowódców tego miejsca oraz organizacji, która nas szukała, „Czerwonych Flar”. Oznaczało to, że prawdopodobnie znajdziemy tutaj Łowcę, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej. Pozostawałem jednak wciąż ostrożny i cieszyłem się, że nie zabrali nam broni. Północna strona Ostoi była słabiej oświetlona. Było tu miejscami ciemno i nie wiedziałem czy ten zabieg został przeprowadzony w celu nadania miejscu mrocznego klimatu, czy zwyczajnie pozostałe latarnie nie działały.
                Nie mogąc ogarnąć tego wzrokiem podczas tempa marszu narzuconego przez Ryszarda przyspieszyliśmy. Miałem nadzieję, że jeszcze zdążymy się tu porozglądać.  Gdy podeszliśmy pod niski dwupiętrowy budynek, który kiedyś musiał być kancelarią prawną, stanęliśmy. Rysiek zapukał do środka. Poczekaliśmy chwilę w ciszy z rosnącym napięciem, gdy usłyszeliśmy kroki ze środka. Drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich gruby mężczyzna.  Miał podwójny podbródek i tłuste włosy koloru słomy, sięgające do barków. Jego twarz pokrywał delikatny zarost, a oczy wyglądały jak dwa małe szmaragdy. Na prawej ręce miał tatuaż przedstawiający kotwicę. Odezwał się i usłyszeliśmy jego niski, przyjemny głos.
- Rysiek? Kogoś sprowadził? – spytał obserwując nas bacznie.
- Oni muszą się spotkać z szefem. Są z Królowego Mostu – odpowiedział Rysiek.
- Kolejni? Czy to jakaś zaplanowana akcja, że oni tu przyjeżdżają grupami co parę godzin? – zapytał mężczyzna.
- Są tu inni z Królowego Mostu? – zapytałem nie wytrzymując już tej nutki tajemniczości.
- Jasne chłopie! Przyjechało tu ich sporo – powiedział uśmiechając się -  Jestem Jonasz. Idźcie już bo przeciąg się robi!
                Uścisnąłem dłoń, którą mi podał po czym wszedłem do środka. Był to typowy biurowiec, zamiast ścian było tu dużo szyb. Cały budynek prezentował się całkiem ładnie. Ryszard wskazał nam schody na piętro.  Już stąd widziałem chodzących tutaj ludzi. Siedzieli za biurkami i najnormalniej w świecie robili jakąś papierkową robotę. Było to dosyć zaskakujące, nie myślałem, że kiedykolwiek zobaczę coś w tym stylu. Zacząłem się wspinać na schody myśląc o słowach Jonasza.  Dużo osób z Królowego Mostu tutaj? Jakim cudem? Czyżby jechali za nami? Przecież Cinek i Kiciuś wiedzieli tylko o planach jazdy do Torunia, a jeden był ze mną, a drugi nie żył.
                Z ekscytacją wbiegłem na piętro i zobaczyłem tutaj jeszcze więcej szyb. Był tu jeden korytarz i za tym pomieszczenie. Na korytarzu siedziało paru ludzi, tak samo jak w środku. Nie rozpoznałem w tym przedsionku jednak nikogo. Siedział tutaj ciemnej karnacji mężczyzna z czarnymi dłuższymi włosami i brodą, był smutny, oraz mężczyzna w podobnym wieku, który miał włosy związane w kuc i kozią bródkę oraz haczykowaty nos. Obaj spojrzeli na naszą grupę. Ryszard też się zatrzymał i odwrócił.
- Bobru najlepiej jakbyś wszedł tam sam, ewentualnie z jedną osobą – powiedział.
- Wezmę Cinka – powiedziałem bez zastanowienia.
- Chwilka ty jesteś Bobru? – zapytał mężczyzna o ciemniejszej karnacji.
                Zastanawiało mnie skąd wszyscy mnie znali i co tu się właściwie dzieje, ale po prostu dostosowałem się.
- Tak… Znamy się? – zapytałem.
- Ty mnie nie znasz, ale słyszałem o tobie. Podróżowałem tu z twoimi znajomymi. Natalia i Gigant oraz Monika – powiedział uśmiechając się szeroko – Swoją drogą jestem Józef.
- Monika? – wtrąciła się Łapa.
- Natalia i Gigant? Są tutaj? – zapytałem podekscytowany zapominając powoli o tym, że dowódca Ostoi czeka na mnie.
- Są w Ostoi, ale nie ma ich w tym miejscu. Rób co musisz, później porozmawiamy -  odpowiedział Józef po czym odwrócił się w stronę Łapy – Tak Monika, taka mała, ładna. W sumie całkiem podobna do ciebie. Znałaś ją?
- Co masz na myśli mówiąc znałaś? Jestem jej siostrą. Gdzie ona jest?
- Przykro mi… Została porwana w drodze tutaj. Nie wiem gdzie teraz jest – odpowiedział cicho Józef.
Ledwo zdążyliśmy złapać Łapę, która z gniewem rzuciła się na mężczyznę. Przytrzymaliśmy ją i chcieliśmy uspokoić, ale ta tupnęła i ze złością zbiegła po schodach. Jakub za nią pobiegł mówiąc, że się tym zajmie po czym również zniknął zbiegając w dół. Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale nie miałem teraz czasu za nią biec. Musiało być to ciężkie dla Łapy i musiałem z nią o tym pogadać jak ją znajdę.
                Ciesząc się z tego, że Natalia i Gigant tu są wszedłem do pomieszczenia z uśmiechem na twarzy. Cinek wszedł za mną. Zobaczyłem cztery krzesła. Gdy podszedłem z Cinkiem bliżej zamarłem. Całkowicie zamarłem.  Na pierwszy krześle siedział Łowca. Był w dobrym stanie, trochę wychudzony i potargany, ale wolny i żyjący. Obok siedział dosyć niski mężczyzna, który był prawie łysy. Miał bardzo krótkie włosy. Oprócz tego miał zwyczajną twarz, chociaż nad lewym okiem miał dosyć obszerną bliznę, wyglądającą na ślad po cięciu. Na lewej ręce miał tylko cztery palce. Dodatkowo był ubrany w trochę zmodyfikowany strój ludzi z Toruńskiej Ostoi, co świadczyło o jego randze. To co jednak najbardziej mnie zaskoczyło to dwa ostatnie krzesła. Na jednym siedziała Miczi, a na drugim Kiciuś.
                Nie wiedziałem kompletnie co powiedzieć i nim zdążyłem zareagować byłem w serdecznym, przyjacielskim uścisku z Ernim. Jakim cudem on przeżył to piekło? Jak on się znalazł tutaj? Tyle pytań wciąż zostawało bez odpowiedzi. To było tak niesamowite, że brakowało mi słów i poczułem łzy radości napływające do moich oczu. Dwa tygodnie temu widziałem go ostatni raz. Nieznajoma i Łapa mówiły, że zombie go otaczają. Jak on to przeżył? Wydawało się, że byliśmy w uścisku długi czas, ale jednak nie minęła nawet chwila, nim Kiciuś puścił mnie i podbiegł do Cinka, a ja stanąłem przed Miczi.
                Wyglądała niby tak samo jak za czasów Królowego Mostu, ale mimo to była inna. Po prostu inna. Przytuliliśmy się. Otarłem oczy i odwróciłem się w stronę Kiciusia. Ważne było dla mnie, że to wszystko zaczęło się układać. Jakimś cudem wszyscy dotarli tutaj. Wszyscy najważniejsi.  Po chwili przywitań odwróciłem się w stronę mężczyzny, którego nie znałem i stanąłem przed nim. Gdy ten wstał sięgał mi jedynie do szyi. Nie wydawał się przez to jednak mniej groźny. Był przez to jeszcze groźniejszy i bardziej tajemniczy.
                Wyciągnął on do mnie rękę, którą uścisnąłem. Miał mocny chwyt.
- Witaj Bobru. Jestem Wojciech. Oczekiwaliśmy ciebie – powiedział wesołym, ale spokojnym głosem.
Miczi:
                Cieszyłam się, że zobaczyłam Bobra i Cinka. Na korytarzu zauważyłam też z daleka Sołtysa, ale teraz nie było czasu, żeby do niego wyjść. Co prawda przybyliśmy tu wczoraj i poznałam już Dziarę i Karła, ale ten drugi poprosił mnie, abym była dzisiejszego wieczora właśnie tutaj. Zdążyłam się trochę zaaklimatyzować z otoczeniem i szczerze powiedziawszy podobało mi się tu. Ludzie mieszkający w Ostoi i pracujący w tym miejscu byli całkowicie normalni, jakby zapomnieli już, że za murami dzieje się piekło, a z kolei osoby odpowiedzialne za ochronę tego miejsca zdawały się twarde i niepokonane.
                Gdy wczoraj tu dojechaliśmy okazało się, że grupa Natalii już tu jest. Spotkanie Giganta oraz jej było czymś niesamowitym, tak samo jak teraz spotkanie Bobra i Cinka. Wczoraj jednak nie było czasu na dłuższe rozmowy jak w Królowym Moście, bo byliśmy lokowani w jednym z domów. W Ostoi były takie cztery i zamieszkaliśmy w tym opatrzonym numerem trzecim. Oprócz mnie i Dymitra oraz ludzi z grupy Natalii mieszkało tam około trzydziestu innych osób, ale całe szczęście załapaliśmy się na zasiedlanie czwartego piętra budynku i nie mieszkał tam jeszcze nikt oprócz nas. Dlatego gdy sytuacja się uspokoiła wszyscy spotkaliśmy się w jednym pokoju. Miałam okazję poznać ludzi, którzy podróżowali tutaj z moimi przyjaciółmi. Porozmawiałam o tym co przeżyłam i usłyszałam wersję Natalii. Dodatkowo poinformowałam o śmierci Szpiega, co Gigant przyjął z dużym szokiem, co było po nim widać. Byli w końcu kumplami i to naprawdę dobrymi. W oko wpadł mi starszy mężczyzna, który przed wybuchem apokalipsy był egzorcystą. Siedział teraz na korytarzu, podczas naszej rozmowy i najwidoczniej czekał na przebieg zdarzeń.  Mieliśmy dzisiaj stawić się tutaj jak najliczniej, ponieważ dzisiaj Karzeł miał podjąć decyzję o tym co się z nami stanie. Gdybym wiedziała, że to będzie się wiązało ze spotkaniem Bobra to nie przespałabym nocy. Od dwóch tygodni moim celem było znalezienie każdego żywego ocalałego, a teraz wszyscy byli tutaj. No może oprócz pojedynczych osób. Natalia była teraz w domu, Gigant miał zaraz tu przyjść, a dwaj żołnierze oraz ranna kobieta z konwoju Natalii przebywali w szpitalu. Pablord z kolei poszedł zdać raport przed Dziarą z tego co przeżył w ostatnie dni.
                Z myśli wybił mnie wstający mężczyzna z jednym okiem, który znał Bobra. Wstał i przywitał się z nim serdecznie pytając o jakiś karabin snajperski. Nie wiedziałam co się dzieje, więc siedziałam tylko cicho i obserwowałam całą sytuację.
- Bobru zanim powiem ci po co tu was wszystkich sprowadziłem chciałbym dać ci możliwość zadania nurtujących cię pytań – powiedział Wojtek i usiadł. Wszyscy pozostali również zajęli swoje miejsca.
                Widziałam na twarzy Bobra wyraz zamyślenia. Pewnie tak samo jak ja miał mnóstwo pytań i nie wiedział, które zadać na początek. Jego twarz również się zmieniła. Największym zaskoczeniem był zarost, Bobru wyglądał w nim bardziej dziko i obco, ale wiedziałam, że za włosami kryje się ten sam człowiek.
- Nie wiem jak mam ci podziękować… zebrałeś tu moich ludzi i towarzyszące im osoby, ale nurtuje mnie jedno – tutaj zrobił efektowną pauzę budującą klimat rozmowy – Po co? Co jest we mnie takiego wyjątkowego?
Karzeł zaśmiał się wesoło po czym spojrzał Bobrowi prosto w oczy.
- Co jest w tobie takiego wyjątkowego? Właściwie z początku myślałem, że nic, ale zbudowałem ten obóz z kimś kto cię znał i powiedział, że nie będzie między nami żadnej współpracy jeżeli nie będzie cię tutaj – zaczął Wojtek – Jednak gdy dotarł do nas Erni – skinął ręką na siedzącego obok mnie Kiciusia – to wiedziałem, że nie jesteś pierwszym lepszym ocalałym. Sam fakt, że przeżyłeś już taki okres czasu robi z ciebie i twoich ludzi coś… wyjątkowego! – ostatnie słowa wręcz wykrzyknął. Był dosyć żywym człowiekiem, który zawsze starał się pomagać innym.
- Byliśmy po prostu grupą ocalałych… - zaczął Bobru.
- Mało kto przeżył. Oprócz Torunia są jeszcze jakieś małe obozy czy pojedyncze przypadki, ale nie jest łatwo. Znasz odpowiedź na to pytanie, czy masz jeszcze jakieś? – zapytał Wojciech.
- Czego chcecie od Łowcy? Czy jeżeli będzie taka potrzeba pozwolisz nam odejść? – zapytał znowu Bobru, śmiertelnie poważnie.
                Uśmiech zniknął z twarzy Karła, ale tylko na chwilę.
- Oczywiście. Nikt kto tu jest, nie ma obowiązku tutaj być, oprócz naszych wrogów. A za takich was nie uważam – powiedział jakby do wszystkich.
- Co z innymi, którzy przetrwali? Ludzie z Królowego Mostu. Jest tu ich dużo? – zapytał Bobru.
- Zobaczysz się z nimi po tej rozmowie – odpowiedział z automatu Wojciech.
- Czego od nas oczekujesz? – zaatakował kolejnym pytaniem Bobru.
- Współpracy – odpowiedział wyniośle Karzeł po czym zrobił krótką przerwę -  Tylko współpracy. Chcę odbudować cywilizacje! Mamy tutaj wszystko czego potrzeba – własne generatory, farmy jedzenia, hodowle zwierząt oraz broń i amunicję. Jeżeli trupy miałby codziennie atakować nas bez przerwy przetrwalibyśmy wiele miesięcy, ale chcę żeby było jeszcze lepiej. Dlatego zaufałem osądzie twojego przyjaciela i sprowadziłem tutaj, każdego kogo spotkałem i kto był kojarzony z listą Ernesta – zakończył z dumą.
                Bobru zamilkł. Myślał, to było widać. Rzucił krótkie spojrzenia na każdego z nas po czym spojrzał na Karła.
- A więc jaka jest twoja oferta? – zapytał.
- Moja oferta to dołączenie ciebie i twoich ludzi do moich szeregów, rozdanie im zadań i zbudowanie nowego świata – odpowiedział, ważąc każde słowo, Wojciech -  Teraz ja chcę cię o coś zapytać. Czy zgadzasz się na to?
                Cisza, która zapadła w pokoju była jeszcze dłuższa od poprzedniej. Gdy w końcu odezwał się Bobru wszyscy wydali się wypaść z transu myśli, który pojawił się gdy wszystko ucichło.
- Zgadzam się – odpowiedź była krótka, ale nigdy nie słyszałam takiej pewności w głosie Bobra. Był przekonany tego czego chcę dla swoich ludzi i właśnie dzięki takim decyzjom traktowaliśmy go jak naszego przywódcę. Na twarzy Karła pojawił się szeroki uśmiech. Podrapał się on po bliźnie nad lewym okiem po czym wstał i uścisnął rękę Bobra.
- To świetny wybór – powiedział  po czym odwrócił się do reszty -  Teraz jeżeli mógłbym was na chwilę przeprosić, chciałbym zamienić z Bobrem kilka słów. Możecie się rozejść. Ty Kiciuś kieruj się do naszej Kwatery Głównej. Tam ustalimy wszystkie pozostałe szczegóły.
                Nie było nawet słowa sprzeciwu. Widocznie każdy obawiał się trochę człowieka, który rządził okolicznymi ludźmi, a na dodatek był kimś obcym. Gdy wyszłam na korytarz podeszłam do Sołtysa i przytuliłam się do niego.
- Przeżyłaś dziewczyno! – powiedział wesoło. Jego uśmiech, skryty w gęstwinach brody, sprawiał, że naprawdę chciało się żyć.
- Ty też staruszku! Wszystko w porządku? – zapytałam uśmiechając się.
- W jak najlepszym. Chociaż jestem zmęczony podróżą, ale patrząc na te wszystkie osoby, których już miałem nigdy więcej nie zobaczyć moje serce się raduje – powiedział tarmosząc się za brodę.
- Ktoś jeszcze z Królowego jest z wami? – zapytałam zaciekawiona.
- Tak jest jeszcze Łapa. Reszta nie miała tyle szczęścia. Opowiem ci przy okazji, teraz chcę tylko dostać się do tych domów, o których tyle słyszałem. Jeżeli będzie tam łóżko i woda to poczuje się jak nowo narodzony! – odpowiedział Sołtys.
                Zauważyłam, że na piętro wszedł Gigant, który usiadł na jednym z krzesełek czekając na Bobra. Dalej nie wydawał się zbyt wesoły, ale jak zauważył Sołtysa i Cinka to podbiegł i przywitał się z nimi. Reszta zaczęła powoli iść w stronę wyjścia, gdzie stał Jonasz. Zbierał on grupę, którą miał zaprowadzić do domów i przydzielić pokoje tym, którzy jeszcze ich nie mają. Ja postanowiłam się jeszcze przejść po okolicy zanim wrócę do pokoju. Ostoja była pięknym i zadbanym miejscem, a niektóre uliczki były naprawdę klimatyczne.
                Opuściłam budynek i idąc w przeciwną stronę niż grupa przeszłam się na południe. Był tam punkt widokowy skąd było widać most oraz rzekę Wisłę. Spędziłam tam około piętnaście minut, myśląc o szczęściu, które mnie spotkało i odhaczając na swojej „liście” kolejne wykonane zadanie. Zastanowiłam się co mogłoby być kolejnym i od razu zrobiło mi się smutno, gdy pomyślałam o Dalionie. Złość na niego nie minęła, ale przerażał mnie fakt, że on jest tam gdzieś i prawdopodobnie stał się jeszcze gorszym człowiekiem. Nie mogłam się doczekać spotkania go pewnego dnia i zapłacenia mu za to co mi zrobił.
                Z myśli wyrwał mnie patrol straży Ostoi, który kazał mi zmykać do strefy mieszkalnej, bo tutaj planowali coś robić. Tak więc zabierając się z powrotem ruszyłam. Nie znałam jeszcze Ostoi za dobrze, chociaż orientowałam się mniej więcej jak dojść z jednego punktu do drugiego. Gdy skręcałem już przy jednym z wschodnich wjazdów na główny plac zauważyłam Natalię. Szła w moim kierunku, prawdopodobnie usłyszała o tym, że Bobru tu jest i chciała go spotkać. Zaczekałam aż do mnie podejdzie.
- On tu jest prawda? – zapytała.
- Jest. Zaprowadzić cię do biura? – zaproponowałam.
- Dam… dam radę. Po prostu… jezu jak się denerwuje. Szok po tym jak zobaczyłam ciebie i Kiciusia, a teraz oni. Wszyscy dotarliśmy tutaj i jesteśmy bezpieczni. Czy to nie niesamowite? – zapytała.
- O tak. Teraz zaczną się zupełnie nowe czasy. Zaczyna się coś nowego – powiedziałam odchodząc powoli – Powodzenia Natalio – powiedziałam po czym odwróciłam się do tyłu idąc w stronę budynków mieszkalnych.
Natalia:
                Denerwowałam się. Spotkanie Kiciusia i Miczi to był szok, ale dalej czułam, że to nie wszystko. Bobru był w pobliżu, tak jak zapowiadał to mężczyzna bez oka. Teraz miałam go zaraz zobaczyć. Nie wiedziałam co powiedzieć dokładnie. Ciężko mi było na czymkolwiek się skupić.  Przez to nie potrafiłam znaleźć się w Ostoi i zamiast do biur doszłam na północny kraniec obozu. Był on dwie uliczki nad Placem Głównym i znajdowało się tu jedno z wejść, ogromna szklarnia połączona z farmą, parę budynków oraz Kwatera Główna. Tutaj mieszkały najważniejsze osoby w Toruniu. Czy Bobru też tu zamieszka jako jeden z dowódców pewnego dnia? Byłam o tym przekonana.
                Trafiłam jednak na złą uliczkę i zastanawiając się jak dostać się stąd do biur przystanęłam na tyłach posiadłości, w której urzędował Karzeł oraz Czerwone Flary. Już miałam skręcać w jedną z prawych uliczek gdy usłyszałam dźwięk ciężarówki. Schowałam się w kącie w ostatniej chwili, tak żeby mnie nie zauważyła. Na ulicy było już pusto przez dosyć późne godziny i fakt, że po tej uliczce nie powinni chodzić zwykli mieszkańcy. Nie miałam teraz jednak innego wyboru niż przeczekanie, aż wóz pojedzie. Obserwując z zaciekawieniem jak wjeżdża na tyły Kwatery Głównej, do ogródka, patrzyłam.
                Kierowca wysiadł trzaskając drzwiami. Pojazd był zaparkowany w ogródku, tyłem do posiadłości. Mężczyzna podszedł do ładowni i otwierając drzwi krzyknął coś i klepnął dwa razy w blachę, wytwarzając charakterystyczny dźwięk. Nagle usłyszałam drugi blisko mnie i zamarłam. Dopiero teraz zauważyłam, że przy murach otaczających budynek, po drugiej stronie uliczki stoi jakaś jasnowłosa dziewczyna. To, że jest to dziewczyna zauważyłam dopiero po chwili, bo włosy miała krótkie, nie sięgały nawet do ramion. Nie widziała mnie, a ja nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie mógł to być nikt z Kwatery Głównej, bo siedziała schowana jak ja.
                Kierowca wszedł do Kwatery na tyłach i zniknął mi z wzroku, ale zobaczyłam, że z ładowni wychodzi kolejny mężczyzna. Mało nie krzyknęłam z rozpaczy, gdy zobaczyłam, kto to jest. Był to bowiem Jan. Pomimo średniego oświetlenia uliczki, tyły Kwatery były dobrze oświetlone i doskonale widziałam to co się dzieje na podwórku. Co robił tutaj dowódca Gangu? Myślałam, że są wrogami ludzi z Torunia, ale on stał tutaj teraz i kierował swoje kroki w stronę Kwatery Głównej. Przetarłam oczy z niedowierzaniem. To był on, byłam tego pewna. Gdzie była Młoda? On stał za jej porwaniem, więc musiała być gdzieś w okolicy. Jan bowiem nie wyglądał na kogoś, kto jest uwięziony. Szedł z uśmiechem na ustach i bronią za pasem. Na ręce miał zawiązaną bandanę.
                Wiedziałam, że muszę o tym komuś powiedzieć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że kobieta stojąca przy murze zauważyła mnie i zaczęła uciekać. Chciałam ją zatrzymać i zapytać czy wie co tu się dzieje, ale ta zniknęła szybko uliczkę dalej. Pobiegłam za nią będąc bombardowana przez różne myśli. O co tu właściwie chodziło? Gdy skręciłam w kolejną uliczkę zauważyłam, że ta również jest nieoświetlona. Poczułam dreszczyk strachu, ale pamiętałam, że to miejsce jest bezpieczne i pełno tu moich przyjaciół. Rozejrzałam się po okolicy starając się dostrzec blondynkę, którą przed chwilą widziałam, ale nie mogłam jej zauważyć.
                Wystraszona coraz bardziej całą sytuacją, zaczęłam iść przed siebie. Musiałam jak najszybciej znaleźć Bobra lub kogokolwiek i porozmawiać o tym co widziałam i o wielu innych rzeczach. Starając się trochę uspokoić przyspieszyłam kroku. Minął mnie oddział straży, który patrolował tą uliczkę i poświęcił latarkami po mojej osobie. Gdy mnie zidentyfikowali, kiwnęli tylko głowami i poszli dalej. To mnie całkowicie uspokoiło. Zobaczyłam światło jednej z głównych ulic przed nami i ruszyłam tam żywym krokiem.
                Myślałam o tym co właśnie zobaczyłam i byłam pewna, że znajdzie się jakieś racjonalne wyjaśnienie tego co widziałam. Przecież był tutaj Karzeł, Dziara i wszyscy, to nie możliwe, żeby coś było nie tak. Ludzie wydawali się spokojni, a zombie były najmniejszym problemem, utrzymywanym przez drogowe barykady i inne fortyfikacje. Wtedy usłyszałam z jednej z uliczek na lewo ode mnie głos. Nie był skierowany do mnie, ale wydawał się znajomy.
- Dziewczyno oddaj mi te nożyce, albo nawet Bobru ci nie pomoże! – krzyknął na tyle głośno, że zdołałam zrozumieć wszystko. Głos był niski i ochrypły i wtedy jeszcze nie zdałam sobie sprawy, że znam go, bardzo dobrze. Słysząc jednak słowo „Bobru” zatrzymałam się i z zainteresowaniem spojrzałam na jeden z zaułków, w którym coś się działo. Było tam widać światło latarni, więc bez większych obaw skręciłam.
                Nagle z uliczki obok wybiegł mężczyzna. Zauważył mnie natychmiast, staliśmy niecałe dziesięć metrów od siebie. Rozpoznałam go natychmiast i kolana się pode mną ugięły ze strachu. Chciałam krzyknąć, ale głos we mnie zamarł. Przede mną stał kanibal. Ten sam, który pozbawił życia Najmłodszego oraz Przystojnego. Stał i wpatrywał się w moją stronę z nieukrywanym zdziwieniem.
- Co? – zapytał nie wiadomo czy mnie czy sam siebie. Zrobiłam krok w tył, ale emocje nie wytrzymały. Przełamały strach.
- Ty pieprzony kanibalu! – krzyknęłam wyjmując pistolet, który miałam przy sobie i celując w stronę staruszka, który nie wiedząc co robić drżał odrobinę.
- Uspokój się dziewczyno. Było minęło. Jesteśmy teraz tutaj, Ostoja daję drugą szansę prawda? – powiedział szczerząc się.
- Zapłacisz mi za to co zrobiłeś śmieciu – powiedziałam odzyskując pewność siebie. W końcu to ja miałam broń, a staruszek, nawet tak dziki jak ten, nie miał szans mnie zaskoczyć.
- O ty też? – zapytał nagle robiąc na twarzy dziwny grymas. Czyżby dopiero mnie zauważył? O co mu chodziło? Dowiedziałam się po chwili. Usłyszałam tylko jeden głośniejszy krok i próbowałam się odwrócić, kiedy poczułam ostre uderzenie w moje plecy. Jęknęłam z bólu i próbowałam się odwrócić, ale atak ponowił się. Kolejne dźgnięcia lądowały w moim ciele, a ja powoli traciłam przytomność. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się na kolanach na ziemi. Widziałam twarz kanibala i malujące się na nim przerażenie. Widziałam jak biegnie w moim kierunku, ale po chwili wszystko wydawało się być zbyt rozmazane. Pomyślałam o Bobrze i o wszystkich. Nikt nie był tu bezpieczny. Piorunujący, niewyobrażalny ból w plecach zaczął mijać. Zastąpił go stan dziwnej błogości. Czy ja umierałam?
                Nagle usłyszałam w uchu głos. Kobiecy głos. Był cichutki, ale przerażający. Wyjęty prosto z moich koszmarów. Znałam go równie dobrze, jak głos Jakuba.
- Tęskniłaś?
Bobru:
                Spotkanie z Wojtkiem skończyło się niecałe pół godziny później. Ustalał ze mną długo wiele spraw organizacyjnych i starał się odpowiadać na moje pytania. Nawet te mniej ważne. Poczułem pomiędzy nami jakąś więź, nie była to jednak przyjaźń. Czułem się trochę jakby był moim szefem. Był miłym gościem, ale wydawał się traktować mnie ostrożnie jakby bał się, że coś zrobi nie tak. Czułem ekscytację słysząc o tych wszystkich rzeczach. System farmy i hodowli, domy mieszkalne, ludzie z Królowego Mostu, których jeszcze nie spotkałem oraz tajemnicza Kwatera Główna, do której zaraz miałem się udać.
                Opuściliśmy pokój i zobaczyłem, że korytarz opustoszał. Była tu teraz tylko jedna osoba. Gdy ją jednak zobaczyłem to podszedłem, a wręcz podbiegłem i wpadłem po raz drugi już dzisiaj w przyjacielski uścisk. To był Gigant. Rosły mężczyzna wydawał się być smutniejszy niż zazwyczaj, ale gdy do mnie przyległ przypomniały mi się beztroskie czasy Królowego Mostu. Gdy byliśmy panami w swoim świecie i wszystko było w porządku. Gdy się od niego oderwałem spojrzałem mu w oczy.
- Przeżyłeś – stwierdziłem.
- Ty również – odpowiedział uśmiechając się.
- Panowie porozmawiacie w drodze, Gigant może nas podprowadzić do Kwatery – zaproponował Wojciech każąc iść za nim.
                Gdy tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, na ciemnej ulicy i świeżym powietrzu zacząłem z Gigantem krótki dialog. Czas na opowieści jeszcze przyjdzie, a teraz chciałem się dowiedzieć najważniejszego.
- Jak się trzymasz? Porobiło się co stary? Wszyscy tutaj dotarliśmy. Jakimś cudem wszyscy wpadli na ten sam pomysł! – powiedziałem z radością.
- O tak. To jest coś niezwykłego – odpowiedział Gigant -  U mnie jest kiepsko. Miczi powiedziała mi, że Szpieg zginał. Już jakiś tydzień temu, w jakimś sklepie. Będę ci musiał też opowiedzieć pewną posraną historię, o takim jednym helikopterze… - kontynuował Gigant.
- Mamy sobie mnóstwo do opowiedzenia – ciągnąłem, idąc z Wojtkiem -  Jak ci się tu podoba Karolu?
- To miejsce – zaczął i zaciął się, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowa -  To miejsce jest niesamowite. O wiele większe od naszego obozu i pełne zabezpieczeń i tych wszystkich rzeczy. Mam nadzieję, że zabawimy tu jak najdłużej w spokoju – powiedział Gigant.
- Też mam taką nadzieję – wtrącił się przywódca Ostoi.
                Nagle usłyszeliśmy hałas dochodzący z jednej z kolejnych uliczek. Słychać tu było dyskusję i krzyki. Przyspieszyliśmy wszyscy kroku i  weszliśmy na skrzyżowanie trzech ulic. Ta, na której byliśmy, ciemna, spotykała się z drugą na lewo. Ta była oświetlona, ale wszyscy ludzie znajdowali się na tej obok, również ciemnej, prowadzącej na północ. Stali w tłumie przy jakimś zaułku i kłócili się. Zauważyłem tu Ryszarda, który krzyczał, żeby wszyscy się uspokoili i Jakuba, który krzyczał coś w stylu.
- To nie ja to zrobiłem! Musicie mi uwierzyć! Próbowałem jej pomóc! – wrzeszczał.
                Miałem bardzo złe przeczucie i nie mając czasu na słuchanie tego chaosu przepchałem się wraz z Gigantem przez tłum i zobaczyłem coś, co sprawiło, że serce zaczęło bić jak szalone i przez chwilę wszystko było jedynie mieszanką barw, zapachów, dźwięków i obrazów. Nie wiedziałem co się dzieje. W zaułku leżał ciało w kałuży krwi. Cała uliczka, była czerwona. Kałuża rozszerzała się powoli, jakby chciała pochłonąć wszystkich stojących tu ludzi. Gdy spojrzałem na to ciało to chciałem krzyczeć. Strzelać, krzyczeć, skakać, bić i zrobić cokolwiek, żeby obudzić się z tego koszmaru.
                To było ciało Natalii. Miała na swojej pięknej twarzy grymas smutku, co sprawiło, że poczułem się jeszcze gorzej, ale wciąż nie robiłem nic. Obserwowałem jakby z innego świata, jak Gigant dwoma skokami doskakuje do trzymanego, przez Ryszarda i innego ze straży, Jakuba. Zobaczyłem gniew i nienawiść na twarzy przyjaciela i przerażenie na twarzy staruszka. Nagle wróciłem do świata i w pełni zacząłem wyłapywać i rozumieć to co się stało.
- To nie ja! To ona to… - nie zdążył dokończyć, bo Gigant wystartował i uderzył go z taką siła, że staruszek gruchnął o ścianę i na uliczkę posypały się zęby. Przepchałem się dalej, żeby podejść do Natalii, ale w tym samym czasie straż Ostoi odpychała mnie i kazała Gigantowi się uspokoić. Mężczyzna zamiast się uspokoić ryknął.
- TEN PIERDOLONY KANIBAL JĄ ZABIŁ – nienawiść emanowała z niego falami. Spojrzał wtedy na mnie i krzyknął – Pomóż mi Bobru! Zabij go! Ten skurwiel już raz chciał mnie i Natalie zabić, a teraz mu się to udało!
                Chciałem już coś powiedzieć, ale wtedy do akcji wkroczył Wojciech.
- Uspokójcie się wszyscy! Ryszard zabierz to ciało i przygotuj ceremonię pogrzebową. Wszystko ma być dopięte na ostatni guzik! – krzyknął dowódca.
- Tak jest! – odpowiedział Ryszard puszczając Jakuba, który ledwo trzymał się na nogach. Wojciech stanął w jego miejsce i złapał Jakuba za kark po czym spojrzał na mnie.
- To jest twój pierwszy osąd Bobru. Czy wierzysz, że ten człowiek, który przybył tu z tobą, to zrobił? – zapytał spokojnie.
                Zawsze Jakub wydawał się podejrzanym człowiekiem, ale uratował mi życie. Co prawda nie chciałem go skazywać, ale Gigant był przekonany tego co i kogo widzi. Ufałem mu bardziej niż Jakubowi.
- Tak. Jeżeli Gigant tak mówi to wierzę mu – odpowiedziałem.
- Więc postanowione. Zabieram go do aresztu, zajmie się nim Szeryf. Pomóżcie mi chłopcy, rozgońcie ten tłum i każcie im wracać do domów. Gigancie wróć proszę z resztą. Musisz się uspokoić. Ty tam! Odprowadź go – rozkazał do człowieka w bandanie stojącego obok Giganta. Teraz dopiero zauważyłem w tłumie Łapę. Wydawała się być przerażona. Gdy mnie zauważyła podeszła do mnie i bez słowa przytuliła – Co do ciebie Bobru idź do Kwatery Głównej, wiem, że jest ci ciężko, ale sprawca jest już nasz. Uspokój się i po prostu tam pójdź.
                Spojrzałem jeszcze przed pójściem na Jakuba. W jego oczach zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem zobaczyć. To nie była nienawiść, czy furia. To nie był szał czy obrzydzenie. To był strach. Tłum rozszedł się i po chwili zostałem sam na sam z Łapą. Oparłem się o ścianę i osunąłem się bezwładnie płacząc. Łapa nie odezwała się nawet słowem. Po prostu usiadła obok i złapała mnie za rękę. Byliśmy teraz tacy sami. Straciliśmy w jeden dzień ukochane osoby. Ona dowiedziała się o utracie siostry, a ja dowiedziałem się o śmierci Natalii.
                Potrzebowałem jeszcze około dziesięciu minut na ogarnięcie się z tym co się stało. Po tym czasie odetchnąłem i pożegnałem się z Łapą. Jak Jakub mógł mi to zrobić. Jeszcze został na miejscu zbrodni, to wszystko było jakieś dziwne. Nie miałem teraz sił o tym myśleć. Podążyłem we wskazany przez Wojtka kierunek i przez ciemną uliczkę dostałem się przed Kwaterę Główną. Był to dwupiętrowy dom, dosyć ładnie zaprojektowany i zadbany. Obserwowałem go z podziwem, ale nie obchodziło mnie teraz właściwie nic. Cały urok tego miejsca prysł. Była to po prostu kolejna wylęgarnia syfu i zła.
                Mimo to zapukałem i jak odpowiedziało mi głuche „wejść” to wszedłem. Znalazłem się w środku gustownie wystrojonego salonu, w którym przy stole stały trzy osoby. Poznałem jedną z nich natychmiast. Był to Kiciuś. Dwóch pozostałych z początku nie skojarzyłem. Po chwili poznałem jednak, że jeden z nich to ten sam, którego widziałem w Sierpcu i Zambrowie. To były Czerwone Flary. Podszedłem w światło lampki świecącej nad dużym drewnianym stołem i chciałem zająć jedno z miejsc siedzących. Nie zdążyłem jednak bo podbiegł do mnie właśnie ten chłopak, którego widziałem w Zambrowie i wyciągnął do mnie rękę.
                Nie wiedziałem o co chodzi, ale uścisnąłem ją. Wtedy odezwał się i natychmiastowo kurtyna opadła. Poznałem go.
- Bobru kumplu – powiedział Pablord. To musiał być on. Jego głos był na tyle niepowtarzalny, że ciężko  go było pomylić z kimś innym. Przywitałem się z nim, ale nie umiałem wykrzesać z siebie radości. Zdałem się tylko na smutny uśmiech. Po chwili wstał ostatni z zgromadzonych. Miał ciemniejszą karnację skóry, średniej długości czarne włosy i był ubrany równie wykwintnie co Wojciech. Gdy wstał również do mnie podszedł i wyciągnął do mnie dłoń. Skojarzyłem jego wygląd i po chwili stało się dla mnie to jasne, że to Dziara.
- Bobru przyjacielu. Udało ci się. Jesteśmy w Toruniu, jak planowaliśmy – uśmiechnął się do mnie, ale ja nie potrafiłem odwzajemnić uśmiechu. Widziałem wciąż smutek na martwej twarzy Natalii i po prostu nie umiałem.
- Co się stało? – zapytał w końcu widząc grymas na mojej twarzy – Bobru?
- Natalia nie żyje. Zginęła na ulicach TEGO obozu! – wyrzuciłem z siebie.
- Co? – zapytali równocześnie Pablord i Kiciuś.
- Spokojnie, tylko spokojnie! – zawołał Dziara gestykulując rękoma i spoglądając na mnie – Bobru myślałem, że rozumiesz zasady dyrygujące tym światem. Albo zabijasz albo giniesz – powiedział – ewentualnie jedno i drugie.
                Zdenerwował mnie tymi słowami. Miałem ochotę rzucić się na niego, ale powstrzymałem się.
- Po co zostałem tu wezwany panowie? Rozmawiałem z Wojciechem, powiedział mi wszystko, naprawdę nie mam siły na to wszystko. Potrzebuję odpoczynku… - powiedziałem.
- Właściwie chodzi o niego – powiedział uśmiechając się i odwracając na chwilę.
Zapadła cisza. Spojrzałem na Pablorda i Kiciusia. Oboje patrzyli to na mnie to na Dziarę. Najwidoczniej też nie wiedzieli co planuje przywódca Czerwonych Flar. Nagle uderzył z dużą siłą w blat stołu tak, że aż podskoczyłem.

- Planuję z waszą pomocą przejąć władzę nad tym miejscem. Absolutną władzę! Zaczniemy od zabicia Karła!

sobota, 27 września 2014

Rozdział 24: Przystań

Rozdział 24, przedostatni w tym tomie. Rozdział jest dosyć krótki i przedstawia ostatnią prostą w drodze Zbłąkanego Ocalałego do Torunia. O ile ten jest dosyć spokojny, chociaż też ma swoje momenty, to finał, moim skromnym zdaniem, będzie o wiele, wiele lepszy :) Tak czy siak zapraszam do czytania i proszę o KOMENTARZ oraz rozesłanie bloga znajomym

---------------------------------------------------------

Rozdział 24 (Miczi): Przystań


                Szymon przyjął Mpd i zapewnił mu opiekę medyczną. Z tego co się dowiedzieliśmy po chwili rozmowy okazało się, że chłopak jest w ciężkim stanie, co nie było dobrą wiadomością. Nawet ja nie przyjęłam jej dobrze, a co dopiero Pablord. Byli z Mateuszem papużkami nierozłączkami. Teraz życie jednego z nich było zagrożone i to mocno. Starałam się go jakoś pocieszać, ale jego urok całkowicie zgasł i został zastąpiony chmurami posępnego nastroju, który zresztą zawisł nad każdym z nas.
                Wciąż nie mogłam uwierzyć do końca w to co się stało. Okazało się, że Henryk był zwykłym oszustem. Kiciuś powinien go wywalić, kiedy był na to czas, ale nie mogłam go obwiniać. Sama niczego się nie domyśliłam, chociaż słyszałam te stukanie oraz widziałam dziwne zachowanie mężczyzny. Jego notoryczna chęć do przynoszenia nam rzeczy z bagażnika oraz ciągłe zdenerwowanie musiało być dosyć widoczne, ale kto by się spodziewał tego, że będzie przetrzymywał ledwo żywego, zarażonego syna w bagażniku?
                Obserwowałam przez brudną szybę, jak Pablord żegna Szymona i wchodzi do autobusu. Gdy wrócił Kiciuś wyszedł ze swojej kanciapy i opierając się ciężko o dwa siedzenia spojrzał na nas.
- Słuchajcie przepraszam was. Za tą całą podróż. Zbłąkany Ocalały miały być bezpiecznym miejscem, a podczas tej podróży taki z pewnością nie był – zaczął Kiciuś.
Wiedziałam, że słowa głównie są kierowane do Klaudii, która straciła siostrę. Spojrzałam na nią ukradkiem, ale gdy zobaczyłam, że obserwuje pozostałych pasażerów to odwróciłam wzrok.
- Tak czy siak dzisiaj wieczorem dojedziemy do Torunia o ile nie spotkamy dalszych problemów. Tutaj pojawia się moja propozycja – czy ktoś z was chcę zostać i poczekać na poważny transport z Czwartego Posterunku? – pytanie było zadane poważnym głosem, nie było mowy o żaratach.
                Słyszałam jak staruszek zamemłał coś pod nosem, ale nie usłyszałam dokładnie co, więc ciężko mi było odgadnąć jego intencję.
- Podnieście ręce, jeżeli macie na to ochotę, nie trzymam was tu na siłę. Z tego co wiem Czwarty Posterunek wysyła co parę dni ludzi do Torunia i z powrotem, żeby zdali raport, więc czas waszego przybycia na miejsce nie będzie mocno opóźniony, ale na pewno o wiele bezpieczniejszy – powiedział drgając niepokojąco ręką.
Ku mojemu zdziwieniu podniosły się dwie ręce. Zarówno staruszek jak i Klaudia bali się jechać dalej. Kiciuś nie ukrywał rozczarowania i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, ale ostatecznie przełknął ślinę i powiedział nieco zmieszany.
- Dobrze więc. Pablord was odprowadzi do środka. Przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że spotkamy się wszyscy bezpiecznie w Toruniu za parę dni – stwierdził odwracając się i wracając na swoje miejsce.
                Czekaliśmy jeszcze dobrą chwilę, aż Pablord załatwi wszystkie formalności i wytłumaczy ludziom z Czwartego Posterunku, dlaczego zostawiają ludzi tutaj. Gdy wrócił poczułam smutek. Nie z powodu jego powrotu, z tego raczej się cieszyłam, ale sam fakt jak w zaledwie dwadzieścia cztery godziny załoga zmalała z ośmiu osób do trzech był nieco przerażający. Zbłąkany Ocalały w końcu ruszył. Siedziałam z tyłu obserwując w ciszy Pablorda oraz widoki za oknem.  Zastanawiał się co by się teraz ze mną działo gdybym nie wpadła na dwójkę Czerwonych Flar i po prostu podróżowała dalej na własną rękę. Czy dotarłabym chociaż do połowy drogi?
                Autobus ruszył w końcu i szybko ciasne uliczki otoczone budynkami zamieniły się w pola i lasy. Co prawda nie robiło się jeszcze zielono, ale widać już było, że zima nie wróci, a przynajmniej nie w takiej sile jak dotychczas. Jadąc i rozglądając się po martwych polach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od dawna. Po błotnistej łące przebiegał teraz dzik. Nie widziałam żadnego zwierzęcia od tak dawna, że przez chwilę zastanawiałam się co to właściwie jest. Gdy w końcu to do mnie dotarło uśmiechnęłam się. Może to był dobry znak?
                Jechaliśmy około godzinę. Postanowiliśmy się zatrzymać na chwilę i zjeść coś. W końcu zapasów wciąż mieliśmy mnóstwo, a było nas tylko troje. Za oknami zaczął znowu kropić deszcz, więc czekając na Pablorda, który poszedł do bagażnika obserwowałam krople spływające po szybie. Kiciuś usiadł przy mnie i nie odzywając się ani słowem czekał na jedzenie. Zjedliśmy coś na szybko, nie chcieliśmy marnować czasu, zwłaszcza jeśli zapowiadało się na to, że dzisiaj dojedziemy do Torunia, a tam już wszystko powinno być w porządku.
                Gdy wrócił Pablord, otrzepał się z wody niczym pies, po czym podał każdemu z nas po puszce fasoli. Nie było to najlepsze jedzenie jakie jadałam, ale z racji iż potrzebowaliśmy sił na resztę podróży to zjadłam bez gadania. Miałam nadzieję, że w Toruniu wygląda to znacznie lepiej i zgromadzone tam zapasy będą o wiele smaczniejsze. Postój trwał w sumie około dwudziestu minut, rozmawialiśmy po cichu i chłopacy wprowadzali mnie w to, co możemy spotkać po drodze do Torunia, na ostatniej prostej do celu. Obawiałam się Gangu, o którym tyle mi opowiedziano i miałam nadzieję, że nie spotkam żadnych złych ludzi na mojej drodze.
                Wyruszyliśmy od razu po zjedzeniu, ponownie zatapiając się w ponurej ciszy. Przed naszymi oczami ukazał się rozjazd w dwie strony – lewą oraz prawą. Nie wiedziałam czy obie prowadzą do celu, ale Kiciuś z przekonaniem skręcił w prawo, więc miałam nadzieję, że podejmie dobrą decyzję. Przełamując się w końcu podeszłam do Pablorda.
 - Czemu pojechaliśmy w prawo? – zapytałam.
Chłopak odwrócił na mnie wzrok i wzdychając ciężko odpowiedział.
- Obie drogi prowadzą do Torunia, ta na lewo była szybsza, ale z tego co wiemy tam właśnie jest szansa na to, że spotkamy kogoś z Gangu – wytłumaczył mi szybko – Ta jest nieco dłuższa, ale maksymalnie jutro rano powinniśmy być na miejscu, o ile nie wpadniemy w tarapaty.
- Rozumiem – powiedziałam ruszając się niespokojnie na siedzeniu i nerwowo poprawiając pasek, do którego była przyczepiona maczeta znaleziona jakiś czas temu, jak jeszcze podróżowałam z resztą zespołu z Królowego Mostu – Właściwie chciałam też zapytać czy wszystko w porządku? Martwisz się o Mpd?
Kolejna chwila martwej ciszy nawiedziła nas, aż w końcu Pablord przemówił swoim niskim głosem.
- Martwię się cholera… On jeszcze nigdy nie był w takim niebezpieczeństwie, chociaż przeżyliśmy już całkiem sporo.
- Nie martw się – powiedziałam patrząc mu w oczy i uśmiechając się – Infekcja nie powinna tak szybko się rozejść po ciele. Myślę, że zdążyliśmy na czas z amputacją.
                Pablord odwzajemnił uśmiech. Polubiłam go i zaufałam mu, chociaż nie czułam do niego czegoś poważniejszego.  Był po prostu moim przyjacielem, takim jak za czasów Królowego Mostu był Bobru. Czasami się kłóciliśmy, ale ostatecznie trzymaliśmy się razem. Gdy wjechaliśmy do lasu zrobiło się jeszcze bardziej ciemno. Korony drzew, co prawda wciąż łysych przysłaniały pojedyncze promienie słońca, którym udawało się przebić przez przykrywające niebo chmury.
                Kiciuś starał się troszkę poprawić atmosferę cichym nuceniem piosenki, która jakiś czas temu była popularna. Teraz nie słuchało się już muzyki, a przynajmniej ja nie miałam takiej okazji, chociaż kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić dnia bez spędzenia paru godzin w słuchawkach.  Teraz jednak priorytety były inne i wiedziałam, że nie mogę liczyć na zbyt wiele, ważne, że miałam schronienie i stały zapas amunicji oraz jedzenia. Zaczęła mnie boleć głowa, więc oparłam ją o siedzenie i starałam się przysnąć.
                Wydawałoby się, że dopiero co przymknęłam oczy, kiedy autobus szybko zahamował i po chwili wylądowałam na podłodze, uderzając ciężko kolanami o twardą posadzkę. Pablord, który z kolei przeleciał dwa siedzenia do przodu zaklął pod nosem i spojrzał na drogę. Kiciuś zaklął o wiele głośniej wyrażając swoje niezadowolenie.
- Nosz kurwa. Apokalipsa zombie zniszczyła świat, ale barany dalej wychodzą na jezdnie, wtedy kiedy nie trzeba!
Z początku nie wiedzieliśmy o co mu chodzi, więc wstając ciężko podeszliśmy do przodu i wyjrzeliśmy przez przednią szybę. Zobaczyliśmy, w strugach deszczu, mężczyznę, który stał przed autobusem i machał rękoma, jakby nie zauważył, że już się zatrzymaliśmy. Kiciuś przeklinając go i sięgając po strzelbę, zwolnił blokadę drzwi. Zimne powietrze uderzyło do środka wywiewając stamtąd ciszę i specyficzny zapach.  Po chwili na pokład wszedł mężczyzna. Był na oko przed trzydziestką. Miał kozią bródkę, haczykowaty nos, oraz zamglone spojrzenie, które sprawiało, że wydawał się być myślami daleko stąd. Jego włosy sięgały mu do ramion, ale były spięte w prosty kuc. Miał na sobie płaszczyk przeciwdeszczowy, mały plecak, który wydawał się być wypchany po brzegi oraz normalne jeansowe spodnie. Pod ręką miał długi kij baseballowy oraz pistolet.
- Przepraszam, że tak wybiegłem, ale potrzebuje transportu, a słyszałem już co nie co o tym autobusie – powiedział. Jego głos brzmiał jakby miał chrypkę, ale poza tym nie wyróżniał się brzmieniem z tłumu.
- Mogłem cię przejechać idioto! – zaczął jak zwykle stanowczo Ernest – Nie widzisz, że pada? Wiesz jak ciężko jest zahamować?
- Przepraszam raz jeszcze, nie każ mi tego powtarzać. Chcę się zabrać do Torunia, czy jest taka możliwość?  - zapytał ruszając nerwowo kijem po posadzce.
- Najpierw odłóż broń i się przedstaw – zaproponował Kiciuś, głosem zimniejszym od wiatru, który nawiedzał nas jeszcze parę tygodni temu.
- Jestem Dymitr. Tak ruskie imię, ale jestem Polakiem. Pochodzę z Warszawy i próbuje się dostać do Ostoi od jakiegoś miesiąca. Pogoda jednak jest zjebana, jak nie deszcz to śnieg, więc jak już was spotkałem pomyślałem, że mógłbym się z wami zabrać! – powiedział praktycznie na jednym wdechu odkładając bronie na pierwsze siedzenie. Oddychał ciężko jakby biegł, więc zapytałam go z ciekawości.
- Uciekasz przed kimś?
- Jest apokalipsa dziewczyno! Wpadłem na grupkę tych sztywnych gówien i ledwo uciekłem. Są na drodze kawałek przed nami, prawdopodobnie będziemy musieli je załatwić, bo innego wyjścia nie widzę, chyba, że pojedziemy inną drogą – powiedział robiąc krok na przód.
- Ej, ej, ej! – zawołał Kiciuś przystawiając mu lufę do klatki piersiowej – Nie tak szybko kolego, jeszcze nie powiedziałem czy możesz wejść!
- No stary chyba nie zostawisz człowieka w potrzebie… - powiedział lekko przerażony tym faktem – Mam dobry towar mogę się podzielić.
                Kiciuś spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Chyba nie chcesz wchodzić z dragami do mojego autobusu?! – zapytał ze złością.
- Ej no stary, nie biorę tego od jakiegoś czasu. Po prostu podróżowałem z takim dilerem i on mi oddał jak go ugryzły zombie. Nie chcesz to nie – powiedział przywołując na twarzy uśmiech, który sprawił, że wyglądem przypominał jakiegoś demona.
- Dobra pakuj się bo przeciąg robisz – powiedział Kiciuś opuszczając strzelbę – Ale jeden numer i wracasz do repertuaru podróży pieszej! A broń dostaniesz po dojechaniu na miejsce, chociaż tam nie będzie ci potrzebna – dokończył siadając na jednym z tylnych siedzeń, niedaleko mnie i Pablorda. Drzwi zamknęły się i ruszyliśmy.
                Cisza zniknęła wraz z pojawieniem się Dymitra. Był to wesoły człowiek z luźnym podejściem do życia. Myślałam, że tacy już dawno zostali wybici lub dołączyli do armii żywych trupów, która pustoszyła świat.
- Królowy Most mówisz? Nie słyszałem o tym miejscu, ale skoro mówisz, że jest jeszcze dalej od Torunia niż Warszawa to szacun. Podróż tutaj była koszmarem – zwierzył się mężczyzna rozmasowując nadgarstki.
- Dużo osób podróżowało z tobą? – zapytałam.
- W sumie nikt na stałe. Uciekłem sam i trzymałem się sam, ale to ktoś powędrował ze mną kawałek drogi, to ktoś inny wędrował ze mną, aż do śmierci. Ogólnie nie miałem szczęścia do towarzyszy, albo to oni nie mieli go do mnie – powiedział uśmiechając się.
- Mam nadzieję, że na nas nie sprowadzisz żadnego… Mamy go już pod dostatkiem – skontrowałam. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Pablord włączał się co jakiś czas do rozmowy dodając swoje pięć groszy.  Nie chcieliśmy mówić nieznajomemu zbyt dużo, bo wciąż nie wiedzieliśmy jakim człowiekiem tak naprawdę jest.
                Po chwili dotarliśmy do miejsca, o którym mówił Dymitr. Na środku drogi stał rozbity wóz, do którego legło parę trupów. Tarasowały one skutecznie ciasną, leśną drogę, więc nie mieliśmy specjalnego wyboru. Wychodząc powoli na zewnątrz wzięliśmy nasze bronie i ruszyliśmy do ataku. Deszcz przestał padać, ale wciąż było mokro i wszędzie było pełno kałuż i błota. Wyciągnęłam ze świstem maczetę i z zapałem ruszyłam na trupy. Pierwszy z nich upadł po ciosie maczety, który dostał się do mózgu. Drugi, zastrzelony przez Kiciusia upadł za moje plecy. Pablord zabił kolejne dwa strzałami ze swojej broni po czym ruszył na trzeciego wymierzając prosto w jego głowę. Dymitr dołączył do walki. Kiciuś nie pozwalał mu brać broni palnej, bo wciąż nie do końca mu ufał, więc rusek wywijał jedynie swoim kijem. Szło mu to jednak dosyć sprawnie. Opracował taktykę, która polegała na powaleniu przeciwnika, a następnie zadaniu mu kilku celnych ciosów w czaszkę.  Zombie nie były, aż takim problemem, kiedy były w nielicznej ilości, dlatego szybko uporaliśmy się z problemem i ruszyliśmy dalej.
                Po paru godzinach jazdy Kiciuś postanowił się zatrzymać. Zbliżaliśmy się już do autostrady, a to jeszcze odcinek około dwudziestu-trzydziestu kilometrów od Torunia. Było jednak już ciemno i nie chcieliśmy ryzykować. Kiciuś pomimo sceptycznego nastawienia do nowego pasażera polubił go.  Siedzieliśmy teraz na tylnych siedzeniach autobusu, który został zaparkowany na uboczu, żeby nie przykuwał spojrzenia. Słuchaliśmy jeszcze historii Dymitra umilając sobie czas przed pójściem spać.
- Pierdolisz – skwitował to dosadnie Kiciuś.
- Mówię serio! Rzuciłem tym kijem i zabiłem typka, który próbował zaatakować mnie i mojego kumpla! – wykrzykiwał Dymitr.
- Nie da się tak rzucić – powtórzył Kiciuś pociągając z butelki wino, które piliśmy już jakiś czas temu.
- Pewnie, że się da! Na pewno, któreś z was już miało takie sytuacje! – powiedział Dymitr patrząc na mnie i Pablorda.
- W sumie ja kiedyś, jeszcze za czasów Królowego Mostu strzeliłam kolesiowi w szyję. Strzał był o tyle finezyjny, że nie przymierzałam spokojnie, po prostu przeładowałam, strzeliłam i zabiłam – opowiedziałam.
- Ha! – krzyknął radośnie Dymitr słysząc moją opowieść.
- To zupełnie dwie inne sytuacje. Strzał, a rzut kijem. Nie da się tak rzucić, żeby zabić, a już na pewno nie z odległości o jakiej mówisz – upierał się Ernest.
- Jestem mistrzem rzucania kijem! – zapewniał Dymitr biorąc kolejnego łyka.
                Wybuchliśmy z Pablordem śmiechem wyobrażając sobie jak rusek zamachuje się i powala jednym rzutem Kiciusia.
- Oj nie dam rady słuchać tych głupot, idę spać, wam też to polecam, jutro ciężki dzień – powiedział Kiciuś przechodząc dwa siedzenia dalej i opierając się wygodnie.
Ja, Dymitr i Paweł porozmawialiśmy jeszcze chwilę po czym też udaliśmy się do spania. Przy pierwszych promieniach słońca wyruszyliśmy. Jechaliśmy przez autostradę bez większych problemów i po zaledwie godzinie jazdy wjechaliśmy na tereny Torunia. Wszyscy byli w lepszych nastrojach niż wczoraj, nie wiadomo czy przez to, że od wypadku Mpd minęło trochę czasu, czy dzięki obecności Dymitra. Kiciuś i Pablord wiedzieli gdzie jechać, więc gdy tylko wjechaliśmy na przedmieścia Kiciuś czuł się coraz pewniej jadąc w znanym przez siebie kierunku. Gdy zobaczyłam z oddali skąpane w słońcu tereny starego miasta, czyli Toruńskiej Ostoi Ocalałych w moim sercu pojawiła się radość.
                Całe miasto było w całkiem niezłym stanie, wyglądało podobnie do Sierpca, gdzie znajdował się Czwarty Posterunek. Nie widać tu było za dużo zombie, żywych czy martwych, więc bez problemu dostaliśmy się na wschodnią część Starego Miasta, gdzie według Kiciusia był najdogodniejszy wjazd. Gdy tylko autobus został zauważony z daleka bramy od razu się otworzyły. Ciekawiło mnie po czym poznawali, że w środku jest Kiciuś, bo przecież nawet ktoś z Gangu mógłby przejąć ten pojazd i wjechać tu. Może byli pewni swoich ludzi i zabezpieczeń? Albo dostali w jakiś sposób informacje z Czwartego Posterunku. Tego nie wiedziałam i szczerze nie interesowało mnie to teraz.
                Ważne było tylko to, że dotarłam do celu podróży, gdzie miałam szansę spotkać się z kolejnymi ludźmi z Królowego Mostu. Nie mogłam się tego doczekać. Wjechaliśmy do środka przez bramę oraz otaczającą ją barykadę, na której siedzieli zamaskowani ludzie z broniami. Przed nami rozciągała się długa uliczka, znikająca mi z oczu gdzieś przy dużej katedrze, którą było widać już z całkiem daleka. Byłam zszokowana tym, że ludzie chodzili tu swobodnie po ulicach jakby nic się nie stało. Było ich mnóstwo, co zgadzało się z tym co mówił Kiciuś i Pablord.
                Wysiedliśmy z autobusu we czwórkę, parkując go w jednym z garaży przy wjeździe. Właściwie budynek, w którym zaparkowaliśmy, kiedyś musiał być kawiarnią, ale teraz został ewidentnie przemieniony na prowizoryczny garaż. Wróciliśmy na ulicę, gdzie czekało na nas dwóch mężczyzn. Obaj byli wzrostu Kiciusia, więc całkiem wysocy. Jeden z nich był z pewnością osobą z barykady, bo nosił charakterystyczną kamizelkę oraz bandankę. Drugi jednak był ubrany zupełnie inaczej. Prezentował się tajemniczo – nosił koszulę i kamizelkę, tylko jego była zupełnie inna, wykonana ze skóry i nosząca klimatyczne ślady użytkowania – na prawym boku była obdarta, a cały krój nie przypominał tej zwykłej noszonej przez Pablorda, czy mężczyznę obok.
                Dodatkowo chłopak, bo nie był dużo starszy ode mnie, sprawiał wrażenie niesamowicie pewnego siebie i silnego. Emanowała od niego taka aura. Miał średniej długości czarne włosy, niebieskie oczy oraz śladowy zarost porastający jego twarz. Miał odrobinę ciemniejszą karnację skóry, w tym skojarzył mi się z Alexem. Spodnie miał spięte pasem z potężną, metalową klamrą, a na nogach miał buty, które przypominały mi coś na podobieństwo glanów, chociaż nimi nie były. Poza tym był dobrze zbudowany i przywitał nas tajemniczym uśmiechem. Nie wiedziałam co mam zrobić, więc czekałam, patrząc jak mężczyzna podchodzi do Pablorda i Kiciusia i wita się z nimi serdecznie. Wyszeptał im coś do ucha po czym roześmiał się serdecznie.
- A kogo to moje oczy widzą? Kim jesteście? – zapytał podając dłoń Dymitrowi, a następnie muskając ustami moją.
- Jestem Dymitr i w sumie wszedłem na pokład autobusu wczoraj. Ale Toruń był moim celem od jakiegoś czasu – powiedział rusek uśmiechając się od ucha do ucha.
- A ja jestem Miczi. Przybyłam tu z Królowego Mostu i szukam moich przyjaciół oraz miejsca, gdzie będę mogła przetrwać – powiedziałam, spoglądając nieco speszonym wzrokiem na nieznajomego.

- Trafiłaś w dobre miejsce Miczi. Witam cię w Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Nie wiem czy już o mnie słyszałaś, ale sprawię, że na pewno usłyszysz – powiedział uśmiechając się tajemniczo pod nosem – Tak w ogóle, nazywam się Krzysztof, ale miejscowi mówią na mnie Dziara. Ale za dużo o mnie, pewnie jesteście zmęczeni, chodźcie za mną – powiedział ruszając w głąb Toruńskiej Ostoi Ocalałych.

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 23: Względne bezpieczeństwo

Rozdział 23, kolejny z perspektywy Natalii. Zobaczycie w nim drogę z Czwartego Posterunku do Torunia i związane z nią komplikacje. Poznacie też postać, która z pewnością trafi na listę waszych najbardziej znienawidzonych postaci. Zapraszam do czytania!

--------------------------------------------

Rozdział 23 (Natalia): Względne bezpieczeństwo


                Gdy wyruszyliśmy, słońce dopiero wspinało się po nieboskłonie. Szybko opuściliśmy Czwarty Posterunek i ruszyliśmy na północny zachód.  Wszyscy wypoczęci i zregenerowani, byliśmy pełni sił do ostatniego odcinka podróży. Nie wiedziałam co sądzić o ludziach z Czwartego Posterunku, pomimo, że przyjęli nas dobrze, to zdawało mi się, że traktują nas odrobinę jak więźniów.  Jeszcze prośba o przewiezienie tajemniczego mężczyzny do Ostoi, była czymś zdecydowanie dziwnym.
                Mężczyzna był skuty kajdankami z rękoma za plecami, oraz zakneblowany. Szymon prosił nas, żebyśmy nie wyjmowali mu knebla, bo informacje, które ma są ważne dla Toruńskiej Ostoi. Kusiło mnie jednak, żeby to zrobić. Tajemniczy mężczyzna obserwował mnie uważnie jednym okiem i spoglądał również na Giganta, który siedział obok  Młodej i Egzorcysty.
                Droga, która nam pozostała nie była długa. Zastanawialiśmy się, którą stroną pojechać, żeby dojechać tam bez żadnych problemów. Szymon polecił nam, żebyśmy zabrali się przejazdem nadziemnym, które prowadziło drogą prosto do Torunia. Zdradził nam również dokładne położenie obozu – znajdował się on na obszarze Toruńskiego Starego Miasta. Radził nam żebyśmy wjechali tam od wschodu i powołali się na niego przy bramach, gdy strażnicy zapytają nas co tu robimy.
                Jechaliśmy dosyć szybko, po zjedzeniu śniadania na Czwartym Posterunku nie musieliśmy się na razie martwić o jedzenie. Gigant siedział i ostrzył swój miecz. Pamiętałam przerażenie na jego twarzy jak ostrze utknęło w czterech trupach naraz pod ogrodzeniem Czwartego Posterunku i jak bardzo martwił się o to, że straci ukochaną broń. Całe szczęście ją odzyskał i dostał nawet strój policyjny, który kiedyś nosił, a stracił po wizycie w domu kanibala. Siedział teraz zadowolony i uśmiechnięty od ucha do ucha. Najstarszy, Medyk oraz Łysy nie podzielali jego radości. Byli na pewno smutni po stracie Yetiego, ale wydawało mi się, że Najstarszemu leży co innego na duszy.
                Ranna Kobieta, która przedstawiła nam się jako Ika, siedziała teraz i czytała książkę, którą pożyczyła od jednego z ludzi na Czwartym Posterunku. Odpoczywała. Ja spoglądałam na otaczającą nas drogę. Co mnie dziwiło, na odcinku, na którym jechaliśmy, było teraz sporo zombie. Co prawda nie blokowały drogi, ale gdy nas zauważały to od razu kierowały wzrok w naszą stronę.  Odsłoniliśmy już plandekę, ponieważ było znacznie cieplej i nie musieliśmy już chować się za nią, żeby nie czuć kąsającego, zimnego wiatru.
                Gdy siedziałam na tyłach i obserwowałam tyły naszego pojazdu podeszła do mnie Młoda. Usiadła przy mnie i dołączyła się do obserwacji.
- Wszystko w porządku? – zapytałam.
- Tak. Po prostu czuję się dziwnie, jedziemy do tego Torunia już tak długi czas, a teraz mamy w końcu tam dotrzeć i po prostu… - zaczęła niespokojnie.
- Nie martw się będzie dobrze – pocieszyłam ją, głaszcząc po długich czarnych włosach – Gigancie prawda, że damy radę? – zapytałam, aby jeszcze bardziej upewnić dziewczynkę w tym, że nic nam nie grozi.
- No pewnie! Jesteś z nami mała, ochronimy cię jeśli będzie trzeba – powiedział wesoło Karol, odkładając miecz na bok.
- Ja też jestem tu, żeby ci pomagać – dołączył się do rozmowy Najstarszy.
                Wtedy zobaczyliśmy, że nasz więzień zaczyna się miotać i próbuje wstać. Gigant odruchowo sięgnął po miecz, a ja przytrzymałam Młodą, która przerażona wtuliła się w moje plecy.
- Uspokój się kowboju, bo będę musiał cię uspokoić siłą – krzyknął z przodu wozu Łysy.
Mężczyzna jednak nie dawał za wygraną. Próbował zdjąć knebel barkiem, ale Gigant przytrzymał go i posadził z powrotem na krzesło.  Nasz więzień tupnął ze złością i zaczął coś krzyczeć przez knebel.
- Może pozwolimy mu mówić? – zaproponował Egzorcysta.
- Wątpię, żeby to było bezpieczne – powiedział Najstarszy.
- Możecie się w końcu zamknąć? Droga jest cholernie ciężka. Zostawcie więźnia tak jak jest, szef Czwartego Posterunku tak chciał więc uszanujcie to – krzyknął Łysy.
Wszyscy ucichli. Nie podobała mi się coraz bardziej napięta sytuacja. Niestety nie wiedziałam co zrobić, żeby ją rozluźnić. Spojrzałam na więźnia, a on wciąż patrzył na mnie. Na jego twarzy pojawił się grymas. Czy był na mnie zły? A może po prostu chciał się uwolnić, tego nie mogłam być pewna.
                Wszyscy ucichli i więzień również się uspokoił. Jechaliśmy w spokoju przez pół godziny, gdy przed naszymi oczami pojawiła się większa grupa trupów. Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy się zatrzymać, jeżeli nie chcieliśmy narazić wozu na kolejną awarię. Wysiedliśmy niecałe dziesięć metrów od pierwszego trupa. Było ich na drodze około piętnastu, więc nie spodziewałam się większych problemów.  Kręciły się w okolicach wraku kampera stojącego przy drodze. Gdy nas zobaczyły od razu zaczęły pełzać w naszą stronę.
                Nie chcąc ryzykować stanęłam przy Łysym, który pociągnął na start walki serią z karabinu, zabijając dwa zombie.  Sama przeładowałam pistolet i wycelowałam w jednego z zombie. Dopiero za trzecim razem trafiłam w głowę, ale w końcu padł, w bezpiecznej odległości od nas. Gigant oraz Najstarszy ruszyli do przodu, tnąc mieczem i toporkiem w każdego trupa, który się do nich zbliżył.  Egzorcysta trzymał się blisko nas i starał się podcinać trupy i  wystawiać je mi, do czystego strzału.
                Po chwili zostały ostatnie dwa trupy, które były przy Gigancie i Najstarszym. Jeden z nich rzucił się na Najstarszego i powalił go na ziemię. Gdyby nie szybka interwencja Giganta to prawdopodobnie Najstarszy zostałby ugryziony. Udało mu się jednak w miarę szybko strącić trupa i przeciąć mu głowę na pół. Drugiego dobił wywracając go i uderzając nim o beton, aż zgniła czaszka rozprysła się z jej zawartością na zewnątrz.
                Uradowani z sukcesu nie przeszukiwaliśmy nawet wnętrza vana. Po prostu odjechaliśmy dalej. Wróciłam na swoje miejsce na pace i czekałam cierpliwie, aż ruszymy. W końcu pojazd wystartował i po chwili byliśmy już znowu w drodze. Zaczęło się robić zimno, gdyż słońce powoli chowało się na horyzoncie. Nie mogłam się doczekać dłuższych i cieplejszych dni. Zakryliśmy plandeką tyły pojazdu i usiedliśmy. Podróż pomimo naszego wypoczęcia była bardzo męcząca. Wszyscy nie wiedzieli co ze sobą zrobić w jakże denerwującym oczekiwaniu na dotarcie do celu.
                Usiadłam w końcu przy Gigancie i zaczęłam dialog.
- Co myślisz o tym wszystkim? – zapytałam.
- O czym wszystkim? O Toruniu? Sam już nie wiem… Staram się być dobrej myśli – powiedział drapiąc się po brodzie.
- Wydaję mi się, że tam będziemy mogli zacząć od nowa, ale jest tyle niewiadomych… - wyżaliłam się patrząc na towarzysza.
- Na przykład? ­– zapytał.
- Ludzie, którzy tam będą. Czy nam pomogą czy zrobią z nami to co z tym mężczyzną?  Czy jest tam ktoś z Królowego Mostu? – zaczęłam wyliczanie długiej listy kwestii, które pozostawały dla mnie zagadką i odwiedzały mnie w myślach już parokrotnie.
- Daj spokój, jakby chcieli mogliby nas zabić już wiele razy. O ile ci z Posterunku rzeczywiście byli z Torunia, to jestem pewien, że zostaniemy tam mile przyjęci – zapewnił mnie Gigant – Zauważyłaś jak zareagowali jak usłyszeli, że jesteśmy z Królowego Mostu? Coś musi być na rzeczy. Nie zdziwiłbym się, naprawdę, jeżeli byśmy spotkali tam kogoś z naszych – powiedział uśmiechając się szeroko.
                Jego słowa jak zwykle mnie odrobinę podniosły na duchu i siedziałam już cicho. Po prostu czekałam. Więzień, siedzący naprzeciwko nas, ciągle się rzucał, ale ostatecznie spotykał się tylko z przekleństwem rzucany przez Łysego i uspokajał się.  Gdy dojechaliśmy jednak nad przejście nadziemne to zupełnie oszalał. Zaczął się rzucać i tupać, oraz starał się krzyczeć i zdzierać knebel. Nie wiedziałam o co mu chodziło, ale teraz nawet ja czułam niepokój.
- Ten pojeb jest szalony – skwitował Łysy zatrzymując pojazd – Zróbmy sobie tutaj małą przerwę, chyba trzeba będzie jednak z nim porozmawiać.
- Mogę pójść i spojrzeć na ulicę pod nami? – zapytała Młoda.
- Sama na pewno nie – odpowiedziałam szybko.
- Ja mogę się z nią przejść – włączył się Najstarszy.
- W takim razie się zgadzam. Tylko uważajcie, nie wiadomo czy nie ma tu zombie – powiedziałam obserwując jak dziewczynka i chłopak zeskakują z paki.
                Cały most był w całkiem niezłym stanie, chociaż leżało tutaj parę ciał zombie oraz trzy czy cztery ciała ludzi, którzy już nie żyli.  Nie ruszały się jednak, więc musiały być martwe. Nie widziałam jeszcze nigdy śpiącego zombie. Po opuszczeniu wozu przez Młodą i Najstarszego spojrzeliśmy wszyscy na więźnia. Widać, że obietnica zdjęcia knebla zadziałała, bo uspokoił się, chociaż dalej stukał nerwowo nogą. Gigant podszedł do niego z Łysym i wspólnie przykucnęli przed jego twarzą. Egzorcysta, Ika i Medyk obserwowali sytuację w ciszy.
- Jeden głupi ruch i pożałujesz, że czegokolwiek spróbowałeś, rozumiesz? – zapytał Łysy.
Więzień pokiwał głową.
                Gigant podszedł i zerwał knebel z jego ust po czym odsunął się ostrożnie, jakby uwolnił jego ręce, a nie usta. Mężczyzna odcharknął i splunął gęsto na zewnątrz.
- W końcu poszliście po rozum do głowy – przemówił, wciąż zachrypniętym od nieużywania głosem.
- Co masz na myśli? – zapytałam ze zdziwieniem, patrząc jak pozostali obserwują postać.
- Jestem Łowca. Tak mnie nazywają. Tak mnie nazywał Bobru i cały jego zespół, który jest w okolicy. Oni także jadą do Torunia i was szukają! A teraz dajcie mi się wysikać bo przysięgam, że ten wóz zostanie podtopiony przez mój przepełniony pęcherz! – krzyknął Łowca na jednym wydechu po czym wstał.
                Nie wiedziałam co powiedzieć. Gigant też opuścił wymierzony w Łowcę miecz i otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Bobru tu jest? Ten człowiek z nim podróżował? O co w tym wszystkim chodziło? Czy to był żart, którym mężczyzna próbował uśpić naszą czujność? Informacje, które właśnie pozyskałam były tak szokujące, że przez chwilę nie wiedziałam czy się roześmiać czy to przemilczeć. W końcu zdecydowałam się na to drugie. Wtedy odezwał się Gigant.
- Kto jeszcze z tobą był? – zapytał.
- Nie odpowiem na nic, jeżeli się nie wysikam – stwierdził Łowca.
- Czy te wiadomości są ważne? – zapytał Łysy, najwyraźniej zbity nieco z tropu.
- Bardzo ważne – odpowiedziałam – Niech ktoś z nim pójdzie. Muszę jak najszybciej usłyszeć więcej.
- Ja to zrobię – zgłosił się Łysy – No dalej kolego, wybacz mi za te krzyki i choć w krzaki. Rozepnę twoje kajdanki na chwilę, ale jeżeli będziesz agresywny to zapłacisz za to życiem. Jeden gwałtowny ruch… - ostrzegł Łysy, podchodząc i rozpinając kajdanki z rąk Łowcy. Łowca wyciągnął się i rozmasował obolałe nadgarstki po czym spojrzał na mnie.
- Bobru miał co do ciebie rację – powiedział z uśmiechem opuszczając wóz razem z Łysym. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam, że Najstarszy trzyma za rękę Młodą i pokazuje jej coś z uśmiechem na dole.  Gdy tylko Łowca i Łysy zniknęli w krzakach nie wytrzymałam.
- Dlaczego ludzie z Czwartego Posterunku nie chcieli nam o tym powiedzieć?
- Myślę, że wiedzieli, iż dowiesz się o ostatniej lokacji, gdzie widziano twojego przyjaciela i tam od razu pojedziesz – zgadywał Medyk – I mam nadzieję, że tego nie zrobisz…
- Spokojnie, jeżeli to co on mówi jest prawdą to Bobru jest w drodze do Torunia – powiedziałam uśmiechając się na samą myśl o tym fakcie.
- Myślicie, że kłamie? – zapytała Ika.
- Wątpię. W jego obecności nie mówiliśmy ani razu o Bobrze. Zaraz jak powie kogo jeszcze miał w grupie, prawdopodobnie potwierdzi to, że nie kłamię. W sumie teraz jak zdjęliśmy mu knebel to zacząłem go postrzegać jako innego człowieka – powiedział Gigant podpierając się o miecz.
- Jakiego dokładnie? – zapytał Egzorcysta.
- Lepszego. Nie skoczył na nas od razu z wyzwiskami chociaż poniżaliśmy go przez całą drogę. Nie skupił się na niczym innym niż informacje, które są dla nas ważne – powiedział Gigant.
                Miał rację. Łowca miał to coś co sprawiło, że był interesującym człowiekiem. Wydawało mi się nawet, że mówił prawdę, ale mimo wszystko nie ufałam mu w pełni. Musiał zrobić coś przez co ludzie z Torunia go pojmali, więc nie ufałam mu do końca.
                Nagle usłyszałam krzyk Młodej. Serce prawie mi stanęło ze strachu. Wybiegłam jak poparzona z wozu razem z resztą, aby zobaczyć straszną scenę. Młoda trzymał jakiś mężczyzna w długim płaszczu i z bandaną zasłaniającą większość twarzy. Przez chwilę myślałam, że to ktoś z Torunia, ale nie widziałam nigdzie charakterystycznej naszywki ze skrótem „T.O.O”.  Dodatkowo mężczyzna przykładał jej pistolet do głowy i spoglądał na nas oczami, w których z daleka było widać dziwny błysk. Oprócz niego na moście stało dwóch innych, którzy trzymali Najstarszego. Po chwili zauważyłam jeszcze jednego, który prowadził zombie na smyczy, jakby był jego zwierzątkiem.
- Świetnie trafiliśmy. Dobrze wyposażone auto przyda się naszej społeczności – powiedział ten, który trzymał Młodą. Właściwie wszyscy wyglądali tak samo, ale ten gestykulował jedną ręką, więc po tym poznałam, że to właśnie z pod jego bandany wydobywa się głos.
                Staliśmy jak wryci. Skąd ci ludzie się tutaj wzięli?
- Zostaw dziewczynkę i naszego człowieka. Podróżujemy do Torunia. Szukamy tam schronienia i nie chcemy walki – krzyknął Gigant, lekko zdenerwowanym głosem.
- Zostawić was? Jedziecie do Torunia? Och to takie smutne – mężczyzna wybuchł śmiechem – Nawet nie próbujcie podnosić broni bo dziewczynka od razu umrze, a chłopak chwilę po niej. Widzę, że wam na niej zależy! – już po samym głosie wydawał się być szalonym człowiekiem.
- Jak się nazywasz? – zapytałam drżącym głosem.
- O kolejna odważna! Ta mała to twoja siostra? Ładna jest, mogłaby być maskotką Gangu! – powiedział śmiejąc się obleśnie.
- Spytałam cię o coś! – powiedziałam czując, że puszczają mi nerwy.
- Spokojnie dziewczynko. Jestem Jan i przewodzę grupie zwanej w okolicy Gangiem. Jeżeli nie oddacie nam wozu zabieramy tą dziewczynkę – powiedział z pewnością w głosie.
- Niczego wam nie oddamy. Nie docenianie nas! Zginiecie wszyscy jeżeli za chwilę nie odejdziecie stąd jak najdalej od nas! – krzyknęłam. Wiedziałam, że na tyłach jest Łowca oraz Łysy i o ile Łowca nie był jednym z nich to mieliśmy dużą przewagę.
- Spróbuj podnieść broń o milimetr, a mózg dziewczynki będzie się ciągnął stąd do Torunia – powiedział szarpiąc Młodą, która ze łzami w oczach zapłakała głośno.
                My nie podnosiliśmy broni, ale miałam nadzieję, że zaraz pojawią się strzały Łysego. Niestety nie słyszałam nic. Czas mijał, a na moście zapadła nieprzyjemna cisza. Nagle przerwał ją krzyk. Jeden z mężczyzn trzymających Nieznajomego został ugryziony w rękę po czym potraktowany „z byka”. Najstarszy podniósł się i zaczął szarżować na drugiego, ale nagle został sprowadzony do poziomu przez drugiego oprawcę. Gdy leżał kopnęli go jeszcze parę razy. Jan w tym czasie ciągle pokazywał, że w mgnieniu oka może zabić Młodą, więc nikt z nas nie odważył się zacząć strzelać.
- Widzę, że ktoś tutaj jest zbyt odważny. Co chcesz się popisać przed dziewczyną chłopcze? Ruchałbyś ją co? Widzę to w twoich oczach – Jan zarechotał patrząc na leżącego Najstarszego – Zaraz dam ci okazję do popisania się. Wypuść na niego sztywniaka! – rozkazał mężczyźnie trzymającego zombie i sam wycofał się odrobinę do tyłu, do lewego zejścia z mostu na dół.
                Zombie puszczony od razu rzucił się na leżącego Nieznajomego i spróbował go od razu zabić. Na szczęście Najstarszy zareagował i wymierzył zombiakowi kopniaka obunóż, który na chwile wytrącił go z równowagi. Zobaczyłam jednak, że nim zdążył wstać i zamachnąć się pięścią, zombie ponowił atak i po chwili obserwowałam jak Najstarszy upada razem z zombie i odpycha go od swojego brzucha. Chciałam, naprawdę chciałam zacząć strzelać lub jakkolwiek inaczej mu pomóc, ale nie mogłam. Ten człowiek trzymał Młodą. Była dla mnie teraz jak siostra i nie mogłam skazać ją na śmierć.
                Obserwowaliśmy więc bezsilnie jak zombie zatapia zęby w okolicach brzucha Najstarszego i cichej złości spoglądaliśmy na Jana, któremu najwyraźniej się to podobało. Najstarszy jednak nie stracił ducha walki. Podniósł się i zaczął atakować trupa pięściami, szybko i ze złością, co doprowadziło do tego, że trup wywrócił się i zbierał kolejne uderzenia. Wtedy usłyszałam strzały, byłam pewna, że to Łysy, ale był to Jan.
- Wasz kolega niszczy mojego pupila – powiedział strzelając do niego trzeci raz z rzędu – Nie podoba mi się to.
                Najstarszy upadł powoli umierając. Złość gotowała się we mnie razem z nienawiścią. Marzyłam tylko o śmierci tych ludzi, ale nic nie było takie proste. Słyszałam jak Medyk z tyłu puszcza wiązankę przekleństw, ale dalej nie podnosi broni.
- Chyba zabiłem wam przyjaciela… Smutno wam? Teraz widzicie, że ze mną się nie zadziera! – wykrzyknął jakby z dumą.
- Ty pierdolony psychopato! – krzyknęłam celując w jego stronę.
- Uhuhu! Ktoś tu się zdenerwował. Masz okres czy jak? Opuść broń, albo dziewczynka zginie – powiedział Jan patrząc na mnie bezczelnie.
Opuściłam broń, dalej nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Powtórzę jeszcze raz tępa dziewczyno, albo dajesz nam wóz i daję wam odejść, albo zabijam dziewczynę, a potem was. Właściwie dziewczyna mi się podoba więc zostanie ze mną bez względu na twoją decyzję – powiedział Jan.
                Wtedy padły strzały. To był Łysy. Wybiegł z lasu kawałek za mostem i wycelował zabijając  jednego z oprawców Najstarszego. Następnie wycelował w Jana, ale dostał w rękę, a następnie w bark. Zatoczył się do tyłu i upadł na trawę. To była nasza szansa. Wymierzyłam w Jana i oddałam strzał. Nie trafiłam jednak, celowałam za wysoko bo bałam się trafić Młodą. Medyk i Egzorcysta strzelali w stronę mężczyzny trzymającego zombie oraz drugiego oprawcy Najstarszego. Ten pierwszy zginął od strzału w głowę, ale drugi zaczął strzelać. Osłaniał Jana, który ciągnąc Młodą schodził pod most, na ulicę pod nami. Widziałam, że Łowca dorwał się do karabinu Łysego i mierząc zabił ostatniego na moście.
                Przerażona rzuciłam się biegiem za Janem, który zbiegł pod most i wciąż słyszałam krzyk Młodej. Wychyliłam się za barierkę, ale nie zobaczyłam go. Czy naprawdę uważał, że ukryje się przed nami pod mostem? Egzorcysta i Gigant biegli za mną, Medyk pobiegł w stronę Łysego i Łowcy, a Ika podbiegła do Najstarszego. Biegliśmy ile sił w nogach do odpowiedniej krawędzi mostu. Gdy dobiegliśmy do zejścia usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika. Jan musiał mieć tutaj jakiś pojazd!
Rozejrzałam się i kazałam komukolwiek stanąć na moście, aby zobaczyć gdzie pojedzie. Wyjechał motocyklem tuż przed naszymi nosami, kierując się na południe, w stronę biegnącej kawałek stąd rzeki. Bałam się strzelać, bo mogłam trafić Młodą, lub spowodować wypadek, w którym by zginęła. Krzyknęłam z bezsilności. Wrzeszczałam jak oszalała. Gigant ze złością wbił miecz w ziemię i zaklął. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
                Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Nie mieliśmy jak go gonić. Zjazd na ulicę pod nami zająłby zbyt długo i w życiu nie trafilibyśmy ponownie na jego ślad. Ze smutkiem spojrzałam na oddalającą się na południe sylwetkę i wbiegłam szybko na most, żeby zobaczyć co z Łysym i czy Najstarszy jeszcze żyje. Tyle strat przez jeden głupi postój. Nie wiedziałam, czy kogoś za to winić, w końcu każdy z nas chciał się zatrzymać z jakiegoś powodu.
                Łysy był w kiepskim stanie, ale żył. Medyk starał się przenieść go na pakę wraz z Łowcą, a ja podeszłam do Najstarszego. Po chwili pojawił się przy mnie Egzorcysta, oraz była tutaj Ika. Spojrzałam na jego twarz i zrozumiałam, że to jego ostatnie chwilę i cierpi. Spojrzałam na Egzorcystę, a ten kiwnął głową. Wyszeptał coś pod nosem i zdejmując różaniec z szyi wcisnął go w ręce umierającego. Wiedziałam, że powinien zrobić to ktoś inny, ale czułam powinność. Wyjęłam pistolet i celując w jego głowę wyszeptałam.
- Wybacz.
                Strzał było słychać w całej okolicy. Było przed chwilą cicho, a on spadł niczym grom. Ocalił tez Najstarszego przed długimi męczarniami. Było mi źle z tym co się stało i z tym co straciliśmy. Bez słowa wróciłam do wozu chcąc pocieszyć Młoda, ale zapomniałam, że to właśnie ją zabrali. Łza skapnęła mi na policzek, po czym rozbiła się o kolano. Straciłam znowu osoby, które naprawdę zdążyłam polubić. Nie miałam nawet siły pytać o kolejne rzeczy Łowcy. Po prostu wsiedliśmy i odjechaliśmy. Teraz Egzorcysta kierował autem, Medyk nie mógł tego robić bo opiekował się Łysym.
                Żołnierz spał i oddychał ciężko. Nie byliśmy pewni co dokładnie się mu stało. Resztę podróży spędziliśmy w ciszy. Gdy wjechaliśmy do Torunia wiedzieliśmy dokładnie gdzie jechać. Nikt nie miał ochoty wyglądać za plandekę i przypominać sobie o świecie zewnętrznym. Tutaj wszyscy siedzieli w smutku i ciszy przerywanej jękami bólu Łysego. Kierowaliśmy się w stronę Starego Miasta, gdzie była Toruńska Ostoja Ocalałych. Zauważyliśmy jej światła z daleka. Były mocno widoczne. Teraz nawet nie miałam w myślach tego co zamartwiało mnie od jakiegoś czasu – tego jacy będą ludzie tam. Jeżeli będą chociaż o troszkę lepsi od Jana to będę ich mogła nazwać dobrymi ludźmi.
                Podjechaliśmy od wschodu patrząc na mury. Widać było na nich ludzi noszących bandany oraz lampy stojący przy nich. Z daleka jednak widać było także opaski z nadrukiem „T.O.O”, które utwierdzały w tym, że nie są to bandyci Jana. Gdy podjechaliśmy pod bramę zauważyliśmy światła ulicy oraz budynków i zakręt w prawo. Tam prawdopodobnie była główna brama, ale woleliśmy wjechać mniej widoczną. Wyszłam z Gigantem z wozu i spojrzałam w górę. Człowiek będący tam zawołał.
- Kim jesteście i czego tu szukacie?

- Jestem Natalia, a to jest Karol. Jesteśmy z Królowego Mostu i przysłał nas tu Szymon z Czwartego Posterunku. Szukamy schronienia i zemsty… - powiedziałam po czym bramy stanęły otworem.