Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 2. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 grudnia 2015
czwartek, 2 października 2014
Rozdział 25: Najsilniejszy Ocalały
Rozdział 25, finał drugiego tomu. Zdecydowałem się na zabieg trzech perspektyw w jednym rozdziale, żeby pokazać emocje i to co się dzieje z bohaterami w momencie spotkania, ale też innych wydarzeń. Mam nadzieję, że udało mi się was zaskoczyć i po przeczytaniu ostatniego zdania złapiecie się za głowę i przez parę minut znikniecie ze świata w myślach o tym co właśnie się stało :) Po przeczytaniu standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym. Szczególnie o komentarz, bo w ten finał wrzuciłem o wiele więcej akcji niż w zakończenie tomu pierwszego. Tom trzeci powstanie wkrótce. Wypatrujcie informacji :)
----------------------------------------------
Rozdział 25 (Bobru, Miczi, Natalia): Najsilniejszy ocalały
Bobru
Toruń.
Cel naszej podróży odkąd znaleźliśmy ruiny czegoś, co kiedyś nazywaliśmy domem
– obozu w Królowym Moście. Czułem się dziwnie w końcu stojąc tutaj na miejscu,
ale cieszyłem się z tego, że dotarłem do Ostoi z wieloma osobami, na których mi
zależało. Ruszyliśmy ramię w ramię z człowiekiem z barykady, który przedstawił
mi się jako Ryszard. Rysiek opowiedział szybko, że jest jednym z dowódców
barykad i wszystkich, którzy tu przyjeżdżają prowadzi do biura Karła.
Odwróciłem
się na chwilę, żeby zobaczyć barykadę z drugiej strony i wciąż stojących na
niej ludzi. Brama była już zamknięta, więc nie miałem okazji zobaczyć drogi,
którą się dostaliśmy. Poświęciłem chwilę, żeby spojrzeć na każdego, kto był dla
mnie na tyle wielką podporą, żeby pomóc mi się tu dostać. Zacząłem od Cinka,
który szedł z uśmiechem na twarzy, obdarty i brudny po trudach drogi, ale
szczęśliwy. Za nim szła Łapa oraz Jakub. Ostatnio dużo czasu spędzali na
rozmowach ze sobą, nie wiedziałem jaki był tego cel, ale cieszyłem się, że
udało się im dogadać. Dalej nieco zmartwiony szedł Sołtys, który starał się
jako jedyny racjonalnie patrzeć na miejsce, w którym się znajdował. Obawiał
się, że coś pójdzie nie tak. Oprócz tego była jeszcze Magda, która trzymała za
rączkę Martę. Została poprowadzona na bok przez jednego z ludzi Ryszarda, aby
odprowadzić dziewczynkę do szpitala. Obiecała dołączyć do nas jak najszybciej.
Z tego
co widziałem prowadzono nas na północ Ostoi. Cały kompleks był zbudowany dosyć
ciekawie. Uliczki przecinały się w układzie szachownicy, której liniami były budynki.
Wyjątkiem było centrum, które znajdowało sią na lewo od nas. Stała tam duża
katedra, która znajdowała się na sporym placu. Dookoła znajdowały się cztery
duże budynki, które wyglądały na budynki mieszkalne. Były duże i składały się z
zabudowań, połączonych w jedną, większą konstrukcje. Na uliczkach pobocznych, takich jak ta, na
której się znajdowaliśmy, było trochę inaczej. Większość budynków była zabarykadowana, ale niektóre
były otwarte i byli w nich ludzie. Wszystko przypominało stan sprzed wybuchu
apokalipsy zombie.
Dodatkowo,
to na co należało zwrócić uwagę to prąd. W całym obozie świeciły się latarnie i
lampki w budynkach. Gdzieś tutaj musiały być generatory.
- Właściwie co to
oznacza, że się nas spodziewaliście? – zapytałem.
- Wybacz, ale nie mogę
nic więcej teraz powiedzieć. Po prostu musicie mi zaufać i dać się doprowadzić
do dowódcy – powiedział Rysiek uśmiechając się do mnie.
- Czy jest tu ktoś
jeszcze z moich ludzi? – zapytałem – Chciałbym
też wiedzieć czy są tu może tacy trzej chłopacy. Kiedyś się z nimi tutaj
umawiałem i chciałem…
- Spokojnie. Wszystko
w swoim czasie Bobru – powiedział Rysiek po czym przyspieszył.
Z tego
co się dowiedziałem do Ostoi było sześć wjazdów – trzy od wschodu i po jednym z
pozostałych stron świata. Na północy znajdował się też dom dowódców tego
miejsca oraz organizacji, która nas szukała, „Czerwonych Flar”. Oznaczało to,
że prawdopodobnie znajdziemy tutaj Łowcę, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej.
Pozostawałem jednak wciąż ostrożny i cieszyłem się, że nie zabrali nam broni.
Północna strona Ostoi była słabiej oświetlona. Było tu miejscami ciemno i nie
wiedziałem czy ten zabieg został przeprowadzony w celu nadania miejscu
mrocznego klimatu, czy zwyczajnie pozostałe latarnie nie działały.
Nie
mogąc ogarnąć tego wzrokiem podczas tempa marszu narzuconego przez Ryszarda
przyspieszyliśmy. Miałem nadzieję, że jeszcze zdążymy się tu porozglądać. Gdy podeszliśmy pod niski dwupiętrowy
budynek, który kiedyś musiał być kancelarią prawną, stanęliśmy. Rysiek zapukał
do środka. Poczekaliśmy chwilę w ciszy z rosnącym napięciem, gdy usłyszeliśmy
kroki ze środka. Drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich gruby mężczyzna. Miał podwójny podbródek i tłuste włosy koloru
słomy, sięgające do barków. Jego twarz pokrywał delikatny zarost, a oczy
wyglądały jak dwa małe szmaragdy. Na prawej ręce miał tatuaż przedstawiający
kotwicę. Odezwał się i usłyszeliśmy jego niski, przyjemny głos.
- Rysiek? Kogoś
sprowadził? – spytał obserwując nas bacznie.
- Oni muszą się
spotkać z szefem. Są z Królowego Mostu – odpowiedział Rysiek.
- Kolejni? Czy to
jakaś zaplanowana akcja, że oni tu przyjeżdżają grupami co parę godzin? – zapytał
mężczyzna.
- Są tu inni z
Królowego Mostu? – zapytałem nie wytrzymując już tej nutki tajemniczości.
- Jasne chłopie! Przyjechało
tu ich sporo – powiedział uśmiechając się - Jestem Jonasz. Idźcie już bo
przeciąg się robi!
Uścisnąłem
dłoń, którą mi podał po czym wszedłem do środka. Był to typowy biurowiec,
zamiast ścian było tu dużo szyb. Cały budynek prezentował się całkiem ładnie.
Ryszard wskazał nam schody na piętro.
Już stąd widziałem chodzących tutaj ludzi. Siedzieli za biurkami i
najnormalniej w świecie robili jakąś papierkową robotę. Było to dosyć
zaskakujące, nie myślałem, że kiedykolwiek zobaczę coś w tym stylu. Zacząłem
się wspinać na schody myśląc o słowach Jonasza.
Dużo osób z Królowego Mostu tutaj? Jakim cudem? Czyżby jechali za nami?
Przecież Cinek i Kiciuś wiedzieli tylko o planach jazdy do Torunia, a jeden był
ze mną, a drugi nie żył.
Z
ekscytacją wbiegłem na piętro i zobaczyłem tutaj jeszcze więcej szyb. Był tu
jeden korytarz i za tym pomieszczenie. Na korytarzu siedziało paru ludzi, tak
samo jak w środku. Nie rozpoznałem w tym przedsionku jednak nikogo. Siedział
tutaj ciemnej karnacji mężczyzna z czarnymi dłuższymi włosami i brodą, był
smutny, oraz mężczyzna w podobnym wieku, który miał włosy związane w kuc i
kozią bródkę oraz haczykowaty nos. Obaj spojrzeli na naszą grupę. Ryszard też
się zatrzymał i odwrócił.
- Bobru najlepiej
jakbyś wszedł tam sam, ewentualnie z jedną osobą – powiedział.
- Wezmę Cinka – powiedziałem
bez zastanowienia.
- Chwilka ty jesteś
Bobru? – zapytał mężczyzna o ciemniejszej karnacji.
Zastanawiało
mnie skąd wszyscy mnie znali i co tu się właściwie dzieje, ale po prostu
dostosowałem się.
- Tak… Znamy się? – zapytałem.
- Ty mnie nie znasz,
ale słyszałem o tobie. Podróżowałem tu z twoimi znajomymi. Natalia i Gigant
oraz Monika – powiedział uśmiechając się szeroko – Swoją drogą jestem Józef.
- Monika? – wtrąciła
się Łapa.
- Natalia i Gigant? Są
tutaj? – zapytałem podekscytowany zapominając powoli o tym, że dowódca
Ostoi czeka na mnie.
- Są w Ostoi, ale nie
ma ich w tym miejscu. Rób co musisz, później porozmawiamy - odpowiedział Józef po czym odwrócił się w
stronę Łapy – Tak Monika, taka mała,
ładna. W sumie całkiem podobna do ciebie. Znałaś ją?
- Co masz na myśli
mówiąc znałaś? Jestem jej siostrą. Gdzie ona jest?
- Przykro mi… Została
porwana w drodze tutaj. Nie wiem gdzie teraz jest – odpowiedział cicho
Józef.
Ledwo zdążyliśmy złapać Łapę, która z gniewem rzuciła się na
mężczyznę. Przytrzymaliśmy ją i chcieliśmy uspokoić, ale ta tupnęła i ze
złością zbiegła po schodach. Jakub za nią pobiegł mówiąc, że się tym zajmie po
czym również zniknął zbiegając w dół. Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale nie
miałem teraz czasu za nią biec. Musiało być to ciężkie dla Łapy i musiałem z nią
o tym pogadać jak ją znajdę.
Ciesząc
się z tego, że Natalia i Gigant tu są wszedłem do pomieszczenia z uśmiechem na
twarzy. Cinek wszedł za mną. Zobaczyłem cztery krzesła. Gdy podszedłem z
Cinkiem bliżej zamarłem. Całkowicie zamarłem.
Na pierwszy krześle siedział Łowca. Był w dobrym stanie, trochę
wychudzony i potargany, ale wolny i żyjący. Obok siedział dosyć niski
mężczyzna, który był prawie łysy. Miał bardzo krótkie włosy. Oprócz tego miał
zwyczajną twarz, chociaż nad lewym okiem miał dosyć obszerną bliznę,
wyglądającą na ślad po cięciu. Na lewej ręce miał tylko cztery palce. Dodatkowo
był ubrany w trochę zmodyfikowany strój ludzi z Toruńskiej Ostoi, co świadczyło
o jego randze. To co jednak najbardziej mnie zaskoczyło to dwa ostatnie
krzesła. Na jednym siedziała Miczi, a na drugim Kiciuś.
Nie
wiedziałem kompletnie co powiedzieć i nim zdążyłem zareagować byłem w
serdecznym, przyjacielskim uścisku z Ernim. Jakim cudem on przeżył to piekło?
Jak on się znalazł tutaj? Tyle pytań wciąż zostawało bez odpowiedzi. To było
tak niesamowite, że brakowało mi słów i poczułem łzy radości napływające do
moich oczu. Dwa tygodnie temu widziałem go ostatni raz. Nieznajoma i Łapa
mówiły, że zombie go otaczają. Jak on to przeżył? Wydawało się, że byliśmy w
uścisku długi czas, ale jednak nie minęła nawet chwila, nim Kiciuś puścił mnie
i podbiegł do Cinka, a ja stanąłem przed Miczi.
Wyglądała
niby tak samo jak za czasów Królowego Mostu, ale mimo to była inna. Po prostu
inna. Przytuliliśmy się. Otarłem oczy i odwróciłem się w stronę Kiciusia. Ważne
było dla mnie, że to wszystko zaczęło się układać. Jakimś cudem wszyscy dotarli
tutaj. Wszyscy najważniejsi. Po chwili
przywitań odwróciłem się w stronę mężczyzny, którego nie znałem i stanąłem
przed nim. Gdy ten wstał sięgał mi jedynie do szyi. Nie wydawał się przez to
jednak mniej groźny. Był przez to jeszcze groźniejszy i bardziej tajemniczy.
Wyciągnął
on do mnie rękę, którą uścisnąłem. Miał mocny chwyt.
- Witaj Bobru. Jestem
Wojciech. Oczekiwaliśmy ciebie – powiedział wesołym, ale spokojnym głosem.
Miczi:
Cieszyłam
się, że zobaczyłam Bobra i Cinka. Na korytarzu zauważyłam też z daleka Sołtysa,
ale teraz nie było czasu, żeby do niego wyjść. Co prawda przybyliśmy tu wczoraj
i poznałam już Dziarę i Karła, ale ten drugi poprosił mnie, abym była
dzisiejszego wieczora właśnie tutaj. Zdążyłam się trochę zaaklimatyzować z
otoczeniem i szczerze powiedziawszy podobało mi się tu. Ludzie mieszkający w
Ostoi i pracujący w tym miejscu byli całkowicie normalni, jakby zapomnieli już,
że za murami dzieje się piekło, a z kolei osoby odpowiedzialne za ochronę tego
miejsca zdawały się twarde i niepokonane.
Gdy
wczoraj tu dojechaliśmy okazało się, że grupa Natalii już tu jest. Spotkanie
Giganta oraz jej było czymś niesamowitym, tak samo jak teraz spotkanie Bobra i
Cinka. Wczoraj jednak nie było czasu na dłuższe rozmowy jak w Królowym Moście,
bo byliśmy lokowani w jednym z domów. W Ostoi były takie cztery i zamieszkaliśmy
w tym opatrzonym numerem trzecim. Oprócz mnie i Dymitra oraz ludzi z grupy
Natalii mieszkało tam około trzydziestu innych osób, ale całe szczęście
załapaliśmy się na zasiedlanie czwartego piętra budynku i nie mieszkał tam
jeszcze nikt oprócz nas. Dlatego gdy sytuacja się uspokoiła wszyscy spotkaliśmy
się w jednym pokoju. Miałam okazję poznać ludzi, którzy podróżowali tutaj z
moimi przyjaciółmi. Porozmawiałam o tym co przeżyłam i usłyszałam wersję
Natalii. Dodatkowo poinformowałam o śmierci Szpiega, co Gigant przyjął z dużym
szokiem, co było po nim widać. Byli w końcu kumplami i to naprawdę dobrymi. W
oko wpadł mi starszy mężczyzna, który przed wybuchem apokalipsy był egzorcystą.
Siedział teraz na korytarzu, podczas naszej rozmowy i najwidoczniej czekał na
przebieg zdarzeń. Mieliśmy dzisiaj
stawić się tutaj jak najliczniej, ponieważ dzisiaj Karzeł miał podjąć decyzję o
tym co się z nami stanie. Gdybym wiedziała, że to będzie się wiązało ze
spotkaniem Bobra to nie przespałabym nocy. Od dwóch tygodni moim celem było
znalezienie każdego żywego ocalałego, a teraz wszyscy byli tutaj. No może
oprócz pojedynczych osób. Natalia była teraz w domu, Gigant miał zaraz tu
przyjść, a dwaj żołnierze oraz ranna kobieta z konwoju Natalii przebywali w
szpitalu. Pablord z kolei poszedł zdać raport przed Dziarą z tego co przeżył w
ostatnie dni.
Z myśli
wybił mnie wstający mężczyzna z jednym okiem, który znał Bobra. Wstał i
przywitał się z nim serdecznie pytając o jakiś karabin snajperski. Nie
wiedziałam co się dzieje, więc siedziałam tylko cicho i obserwowałam całą
sytuację.
- Bobru zanim powiem
ci po co tu was wszystkich sprowadziłem chciałbym dać ci możliwość zadania
nurtujących cię pytań – powiedział Wojtek i usiadł. Wszyscy pozostali
również zajęli swoje miejsca.
Widziałam na twarzy Bobra
wyraz zamyślenia. Pewnie tak samo jak ja miał mnóstwo pytań i nie wiedział,
które zadać na początek. Jego twarz również się zmieniła. Największym
zaskoczeniem był zarost, Bobru wyglądał w nim bardziej dziko i obco, ale
wiedziałam, że za włosami kryje się ten sam człowiek.
- Nie wiem jak mam ci
podziękować… zebrałeś tu moich ludzi i towarzyszące im osoby, ale nurtuje mnie
jedno – tutaj zrobił efektowną pauzę budującą klimat rozmowy – Po co? Co jest we mnie takiego wyjątkowego?
Karzeł zaśmiał się wesoło po czym spojrzał Bobrowi prosto w
oczy.
- Co jest w tobie
takiego wyjątkowego? Właściwie z początku myślałem, że nic, ale zbudowałem ten
obóz z kimś kto cię znał i powiedział, że nie będzie między nami żadnej
współpracy jeżeli nie będzie cię tutaj – zaczął Wojtek – Jednak gdy dotarł do nas Erni – skinął
ręką na siedzącego obok mnie Kiciusia – to
wiedziałem, że nie jesteś pierwszym lepszym ocalałym. Sam fakt, że przeżyłeś
już taki okres czasu robi z ciebie i twoich ludzi coś… wyjątkowego! – ostatnie
słowa wręcz wykrzyknął. Był dosyć żywym człowiekiem, który zawsze starał się
pomagać innym.
- Byliśmy po prostu
grupą ocalałych… - zaczął Bobru.
- Mało kto przeżył.
Oprócz Torunia są jeszcze jakieś małe obozy czy pojedyncze przypadki, ale nie
jest łatwo. Znasz odpowiedź na to pytanie, czy masz jeszcze jakieś? – zapytał
Wojciech.
- Czego chcecie od
Łowcy? Czy jeżeli będzie taka potrzeba pozwolisz nam odejść? – zapytał
znowu Bobru, śmiertelnie poważnie.
Uśmiech
zniknął z twarzy Karła, ale tylko na chwilę.
- Oczywiście. Nikt kto
tu jest, nie ma obowiązku tutaj być, oprócz naszych wrogów. A za takich was nie
uważam – powiedział jakby do wszystkich.
- Co z innymi, którzy
przetrwali? Ludzie z Królowego Mostu. Jest tu ich dużo? – zapytał Bobru.
- Zobaczysz się z nimi
po tej rozmowie – odpowiedział z automatu Wojciech.
- Czego od nas
oczekujesz? – zaatakował kolejnym pytaniem Bobru.
- Współpracy – odpowiedział
wyniośle Karzeł po czym zrobił krótką przerwę - Tylko współpracy. Chcę odbudować
cywilizacje! Mamy tutaj wszystko czego potrzeba – własne generatory, farmy
jedzenia, hodowle zwierząt oraz broń i amunicję. Jeżeli trupy miałby codziennie
atakować nas bez przerwy przetrwalibyśmy wiele miesięcy, ale chcę żeby było
jeszcze lepiej. Dlatego zaufałem osądzie twojego przyjaciela i sprowadziłem
tutaj, każdego kogo spotkałem i kto był kojarzony z listą Ernesta – zakończył
z dumą.
Bobru
zamilkł. Myślał, to było widać. Rzucił krótkie spojrzenia na każdego z nas po
czym spojrzał na Karła.
- A więc jaka jest
twoja oferta? – zapytał.
- Moja oferta to
dołączenie ciebie i twoich ludzi do moich szeregów, rozdanie im zadań i
zbudowanie nowego świata – odpowiedział, ważąc każde słowo, Wojciech - Teraz
ja chcę cię o coś zapytać. Czy zgadzasz się na to?
Cisza, która zapadła w
pokoju była jeszcze dłuższa od poprzedniej. Gdy w końcu odezwał się Bobru
wszyscy wydali się wypaść z transu myśli, który pojawił się gdy wszystko
ucichło.
- Zgadzam się – odpowiedź
była krótka, ale nigdy nie słyszałam takiej pewności w głosie Bobra. Był
przekonany tego czego chcę dla swoich ludzi i właśnie dzięki takim decyzjom
traktowaliśmy go jak naszego przywódcę. Na twarzy Karła pojawił się szeroki
uśmiech. Podrapał się on po bliźnie nad lewym okiem po czym wstał i uścisnął
rękę Bobra.
- To świetny wybór – powiedział po czym odwrócił się do reszty - Teraz
jeżeli mógłbym was na chwilę przeprosić, chciałbym zamienić z Bobrem kilka
słów. Możecie się rozejść. Ty Kiciuś kieruj się do naszej Kwatery Głównej. Tam
ustalimy wszystkie pozostałe szczegóły.
Nie
było nawet słowa sprzeciwu. Widocznie każdy obawiał się trochę człowieka, który
rządził okolicznymi ludźmi, a na dodatek był kimś obcym. Gdy wyszłam na
korytarz podeszłam do Sołtysa i przytuliłam się do niego.
- Przeżyłaś
dziewczyno! – powiedział wesoło. Jego uśmiech, skryty w gęstwinach brody,
sprawiał, że naprawdę chciało się żyć.
- Ty też staruszku!
Wszystko w porządku? – zapytałam uśmiechając się.
- W jak najlepszym.
Chociaż jestem zmęczony podróżą, ale patrząc na te wszystkie osoby, których już
miałem nigdy więcej nie zobaczyć moje serce się raduje – powiedział
tarmosząc się za brodę.
- Ktoś jeszcze z
Królowego jest z wami? – zapytałam zaciekawiona.
- Tak jest jeszcze
Łapa. Reszta nie miała tyle szczęścia. Opowiem ci przy okazji, teraz chcę tylko
dostać się do tych domów, o których tyle słyszałem. Jeżeli będzie tam łóżko i
woda to poczuje się jak nowo narodzony! – odpowiedział Sołtys.
Zauważyłam,
że na piętro wszedł Gigant, który usiadł na jednym z krzesełek czekając na
Bobra. Dalej nie wydawał się zbyt wesoły, ale jak zauważył Sołtysa i Cinka to
podbiegł i przywitał się z nimi. Reszta zaczęła powoli iść w stronę wyjścia,
gdzie stał Jonasz. Zbierał on grupę, którą miał zaprowadzić do domów i
przydzielić pokoje tym, którzy jeszcze ich nie mają. Ja postanowiłam się
jeszcze przejść po okolicy zanim wrócę do pokoju. Ostoja była pięknym i
zadbanym miejscem, a niektóre uliczki były naprawdę klimatyczne.
Opuściłam
budynek i idąc w przeciwną stronę niż grupa przeszłam się na południe. Był tam
punkt widokowy skąd było widać most oraz rzekę Wisłę. Spędziłam tam około
piętnaście minut, myśląc o szczęściu, które mnie spotkało i odhaczając na
swojej „liście” kolejne wykonane zadanie. Zastanowiłam się co mogłoby być
kolejnym i od razu zrobiło mi się smutno, gdy pomyślałam o Dalionie. Złość na
niego nie minęła, ale przerażał mnie fakt, że on jest tam gdzieś i
prawdopodobnie stał się jeszcze gorszym człowiekiem. Nie mogłam się doczekać
spotkania go pewnego dnia i zapłacenia mu za to co mi zrobił.
Z myśli
wyrwał mnie patrol straży Ostoi, który kazał mi zmykać do strefy mieszkalnej,
bo tutaj planowali coś robić. Tak więc zabierając się z powrotem ruszyłam. Nie
znałam jeszcze Ostoi za dobrze, chociaż orientowałam się mniej więcej jak dojść
z jednego punktu do drugiego. Gdy skręcałem już przy jednym z wschodnich
wjazdów na główny plac zauważyłam Natalię. Szła w moim kierunku, prawdopodobnie
usłyszała o tym, że Bobru tu jest i chciała go spotkać. Zaczekałam aż do mnie
podejdzie.
- On tu jest prawda? –
zapytała.
- Jest. Zaprowadzić
cię do biura? – zaproponowałam.
- Dam… dam radę. Po
prostu… jezu jak się denerwuje. Szok po tym jak zobaczyłam ciebie i Kiciusia, a
teraz oni. Wszyscy dotarliśmy tutaj i jesteśmy bezpieczni. Czy to nie
niesamowite? – zapytała.
- O tak. Teraz zaczną
się zupełnie nowe czasy. Zaczyna się coś nowego – powiedziałam odchodząc
powoli – Powodzenia Natalio – powiedziałam
po czym odwróciłam się do tyłu idąc w stronę budynków mieszkalnych.
Natalia:
Denerwowałam
się. Spotkanie Kiciusia i Miczi to był szok, ale dalej czułam, że to nie
wszystko. Bobru był w pobliżu, tak jak zapowiadał to mężczyzna bez oka. Teraz
miałam go zaraz zobaczyć. Nie wiedziałam co powiedzieć dokładnie. Ciężko mi
było na czymkolwiek się skupić. Przez to
nie potrafiłam znaleźć się w Ostoi i zamiast do biur doszłam na północny
kraniec obozu. Był on dwie uliczki nad Placem Głównym i znajdowało się tu jedno
z wejść, ogromna szklarnia połączona z farmą, parę budynków oraz Kwatera
Główna. Tutaj mieszkały najważniejsze osoby w Toruniu. Czy Bobru też tu
zamieszka jako jeden z dowódców pewnego dnia? Byłam o tym przekonana.
Trafiłam
jednak na złą uliczkę i zastanawiając się jak dostać się stąd do biur
przystanęłam na tyłach posiadłości, w której urzędował Karzeł oraz Czerwone
Flary. Już miałam skręcać w jedną z prawych uliczek gdy usłyszałam dźwięk
ciężarówki. Schowałam się w kącie w ostatniej chwili, tak żeby mnie nie
zauważyła. Na ulicy było już pusto przez dosyć późne godziny i fakt, że po tej
uliczce nie powinni chodzić zwykli mieszkańcy. Nie miałam teraz jednak innego
wyboru niż przeczekanie, aż wóz pojedzie. Obserwując z zaciekawieniem jak
wjeżdża na tyły Kwatery Głównej, do ogródka, patrzyłam.
Kierowca
wysiadł trzaskając drzwiami. Pojazd był zaparkowany w ogródku, tyłem do posiadłości.
Mężczyzna podszedł do ładowni i otwierając drzwi krzyknął coś i klepnął dwa
razy w blachę, wytwarzając charakterystyczny dźwięk. Nagle usłyszałam drugi
blisko mnie i zamarłam. Dopiero teraz zauważyłam, że przy murach otaczających
budynek, po drugiej stronie uliczki stoi jakaś jasnowłosa dziewczyna. To, że
jest to dziewczyna zauważyłam dopiero po chwili, bo włosy miała krótkie, nie
sięgały nawet do ramion. Nie widziała mnie, a ja nie miałam pojęcia, kto to
jest. Nie mógł to być nikt z Kwatery Głównej, bo siedziała schowana jak ja.
Kierowca
wszedł do Kwatery na tyłach i zniknął mi z wzroku, ale zobaczyłam, że z ładowni
wychodzi kolejny mężczyzna. Mało nie krzyknęłam z rozpaczy, gdy zobaczyłam, kto
to jest. Był to bowiem Jan. Pomimo średniego oświetlenia uliczki, tyły Kwatery
były dobrze oświetlone i doskonale widziałam to co się dzieje na podwórku. Co
robił tutaj dowódca Gangu? Myślałam, że są wrogami ludzi z Torunia, ale on stał
tutaj teraz i kierował swoje kroki w stronę Kwatery Głównej. Przetarłam oczy z
niedowierzaniem. To był on, byłam tego pewna. Gdzie była Młoda? On stał za jej
porwaniem, więc musiała być gdzieś w okolicy. Jan bowiem nie wyglądał na kogoś,
kto jest uwięziony. Szedł z uśmiechem na ustach i bronią za pasem. Na ręce miał
zawiązaną bandanę.
Wiedziałam,
że muszę o tym komuś powiedzieć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że kobieta stojąca
przy murze zauważyła mnie i zaczęła uciekać. Chciałam ją zatrzymać i zapytać
czy wie co tu się dzieje, ale ta zniknęła szybko uliczkę dalej. Pobiegłam za
nią będąc bombardowana przez różne myśli. O co tu właściwie chodziło? Gdy
skręciłam w kolejną uliczkę zauważyłam, że ta również jest nieoświetlona.
Poczułam dreszczyk strachu, ale pamiętałam, że to miejsce jest bezpieczne i
pełno tu moich przyjaciół. Rozejrzałam się po okolicy starając się dostrzec
blondynkę, którą przed chwilą widziałam, ale nie mogłam jej zauważyć.
Wystraszona
coraz bardziej całą sytuacją, zaczęłam iść przed siebie. Musiałam jak
najszybciej znaleźć Bobra lub kogokolwiek i porozmawiać o tym co widziałam i o
wielu innych rzeczach. Starając się trochę uspokoić przyspieszyłam kroku. Minął
mnie oddział straży, który patrolował tą uliczkę i poświęcił latarkami po mojej
osobie. Gdy mnie zidentyfikowali, kiwnęli tylko głowami i poszli dalej. To mnie
całkowicie uspokoiło. Zobaczyłam światło jednej z głównych ulic przed nami i
ruszyłam tam żywym krokiem.
Myślałam
o tym co właśnie zobaczyłam i byłam pewna, że znajdzie się jakieś racjonalne
wyjaśnienie tego co widziałam. Przecież był tutaj Karzeł, Dziara i wszyscy, to
nie możliwe, żeby coś było nie tak. Ludzie wydawali się spokojni, a zombie były
najmniejszym problemem, utrzymywanym przez drogowe barykady i inne
fortyfikacje. Wtedy usłyszałam z jednej z uliczek na lewo ode mnie głos. Nie
był skierowany do mnie, ale wydawał się znajomy.
- Dziewczyno oddaj mi
te nożyce, albo nawet Bobru ci nie pomoże! – krzyknął na tyle głośno, że
zdołałam zrozumieć wszystko. Głos był niski i ochrypły i wtedy jeszcze nie
zdałam sobie sprawy, że znam go, bardzo dobrze. Słysząc jednak słowo „Bobru”
zatrzymałam się i z zainteresowaniem spojrzałam na jeden z zaułków, w którym
coś się działo. Było tam widać światło latarni, więc bez większych obaw
skręciłam.
Nagle z
uliczki obok wybiegł mężczyzna. Zauważył mnie natychmiast, staliśmy niecałe
dziesięć metrów od siebie. Rozpoznałam go natychmiast i kolana się pode mną
ugięły ze strachu. Chciałam krzyknąć, ale głos we mnie zamarł. Przede mną stał
kanibal. Ten sam, który pozbawił życia Najmłodszego oraz Przystojnego. Stał i
wpatrywał się w moją stronę z nieukrywanym zdziwieniem.
- Co? – zapytał
nie wiadomo czy mnie czy sam siebie. Zrobiłam krok w tył, ale emocje nie
wytrzymały. Przełamały strach.
- Ty pieprzony
kanibalu! – krzyknęłam wyjmując pistolet, który miałam przy sobie i celując
w stronę staruszka, który nie wiedząc co robić drżał odrobinę.
- Uspokój się
dziewczyno. Było minęło. Jesteśmy teraz tutaj, Ostoja daję drugą szansę prawda?
– powiedział szczerząc się.
- Zapłacisz mi za to
co zrobiłeś śmieciu – powiedziałam odzyskując pewność siebie. W końcu to ja
miałam broń, a staruszek, nawet tak dziki jak ten, nie miał szans mnie
zaskoczyć.
- O ty też? – zapytał
nagle robiąc na twarzy dziwny grymas. Czyżby dopiero mnie zauważył? O co mu
chodziło? Dowiedziałam się po chwili. Usłyszałam tylko jeden głośniejszy krok i
próbowałam się odwrócić, kiedy poczułam ostre uderzenie w moje plecy. Jęknęłam
z bólu i próbowałam się odwrócić, ale atak ponowił się. Kolejne dźgnięcia
lądowały w moim ciele, a ja powoli traciłam przytomność. Nawet nie wiem kiedy
znalazłam się na kolanach na ziemi. Widziałam twarz kanibala i malujące się na
nim przerażenie. Widziałam jak biegnie w moim kierunku, ale po chwili wszystko
wydawało się być zbyt rozmazane. Pomyślałam o Bobrze i o wszystkich. Nikt nie
był tu bezpieczny. Piorunujący, niewyobrażalny ból w plecach zaczął mijać.
Zastąpił go stan dziwnej błogości. Czy ja umierałam?
Nagle
usłyszałam w uchu głos. Kobiecy głos. Był cichutki, ale przerażający. Wyjęty
prosto z moich koszmarów. Znałam go równie dobrze, jak głos Jakuba.
- Tęskniłaś?
Bobru:
Spotkanie
z Wojtkiem skończyło się niecałe pół godziny później. Ustalał ze mną długo
wiele spraw organizacyjnych i starał się odpowiadać na moje pytania. Nawet te
mniej ważne. Poczułem pomiędzy nami jakąś więź, nie była to jednak przyjaźń.
Czułem się trochę jakby był moim szefem. Był miłym gościem, ale wydawał się
traktować mnie ostrożnie jakby bał się, że coś zrobi nie tak. Czułem ekscytację
słysząc o tych wszystkich rzeczach. System farmy i hodowli, domy mieszkalne,
ludzie z Królowego Mostu, których jeszcze nie spotkałem oraz tajemnicza Kwatera
Główna, do której zaraz miałem się udać.
Opuściliśmy
pokój i zobaczyłem, że korytarz opustoszał. Była tu teraz tylko jedna osoba.
Gdy ją jednak zobaczyłem to podszedłem, a wręcz podbiegłem i wpadłem po raz
drugi już dzisiaj w przyjacielski uścisk. To był Gigant. Rosły mężczyzna
wydawał się być smutniejszy niż zazwyczaj, ale gdy do mnie przyległ
przypomniały mi się beztroskie czasy Królowego Mostu. Gdy byliśmy panami w
swoim świecie i wszystko było w porządku. Gdy się od niego oderwałem spojrzałem
mu w oczy.
- Przeżyłeś – stwierdziłem.
- Ty również – odpowiedział
uśmiechając się.
- Panowie
porozmawiacie w drodze, Gigant może nas podprowadzić do Kwatery – zaproponował
Wojciech każąc iść za nim.
Gdy
tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, na ciemnej ulicy i świeżym powietrzu
zacząłem z Gigantem krótki dialog. Czas na opowieści jeszcze przyjdzie, a teraz
chciałem się dowiedzieć najważniejszego.
- Jak się trzymasz?
Porobiło się co stary? Wszyscy tutaj dotarliśmy. Jakimś cudem wszyscy wpadli na
ten sam pomysł! – powiedziałem z radością.
- O tak. To jest coś
niezwykłego – odpowiedział Gigant - U mnie jest kiepsko. Miczi powiedziała mi, że
Szpieg zginał. Już jakiś tydzień temu, w jakimś sklepie. Będę ci musiał też
opowiedzieć pewną posraną historię, o takim jednym helikopterze… - kontynuował
Gigant.
- Mamy sobie mnóstwo
do opowiedzenia – ciągnąłem, idąc z Wojtkiem - Jak ci się tu podoba Karolu?
- To miejsce – zaczął
i zaciął się, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowa - To miejsce jest niesamowite. O
wiele większe od naszego obozu i pełne zabezpieczeń i tych wszystkich rzeczy.
Mam nadzieję, że zabawimy tu jak najdłużej w spokoju – powiedział Gigant.
- Też mam taką
nadzieję – wtrącił się przywódca Ostoi.
Nagle
usłyszeliśmy hałas dochodzący z jednej z kolejnych uliczek. Słychać tu było
dyskusję i krzyki. Przyspieszyliśmy wszyscy kroku i weszliśmy na skrzyżowanie trzech ulic. Ta, na
której byliśmy, ciemna, spotykała się z drugą na lewo. Ta była oświetlona, ale
wszyscy ludzie znajdowali się na tej obok, również ciemnej, prowadzącej na
północ. Stali w tłumie przy jakimś zaułku i kłócili się. Zauważyłem tu
Ryszarda, który krzyczał, żeby wszyscy się uspokoili i Jakuba, który krzyczał
coś w stylu.
- To nie ja to
zrobiłem! Musicie mi uwierzyć! Próbowałem jej pomóc! – wrzeszczał.
Miałem
bardzo złe przeczucie i nie mając czasu na słuchanie tego chaosu przepchałem
się wraz z Gigantem przez tłum i zobaczyłem coś, co sprawiło, że serce zaczęło
bić jak szalone i przez chwilę wszystko było jedynie mieszanką barw, zapachów,
dźwięków i obrazów. Nie wiedziałem co się dzieje. W zaułku leżał ciało w kałuży
krwi. Cała uliczka, była czerwona. Kałuża rozszerzała się powoli, jakby chciała
pochłonąć wszystkich stojących tu ludzi. Gdy spojrzałem na to ciało to chciałem
krzyczeć. Strzelać, krzyczeć, skakać, bić i zrobić cokolwiek, żeby obudzić się
z tego koszmaru.
To było
ciało Natalii. Miała na swojej pięknej twarzy grymas smutku, co sprawiło, że
poczułem się jeszcze gorzej, ale wciąż nie robiłem nic. Obserwowałem jakby z
innego świata, jak Gigant dwoma skokami doskakuje do trzymanego, przez Ryszarda
i innego ze straży, Jakuba. Zobaczyłem gniew i nienawiść na twarzy przyjaciela
i przerażenie na twarzy staruszka. Nagle wróciłem do świata i w pełni zacząłem
wyłapywać i rozumieć to co się stało.
- To nie ja! To ona
to… - nie zdążył dokończyć, bo Gigant wystartował i uderzył go z taką siła,
że staruszek gruchnął o ścianę i na uliczkę posypały się zęby. Przepchałem się
dalej, żeby podejść do Natalii, ale w tym samym czasie straż Ostoi odpychała
mnie i kazała Gigantowi się uspokoić. Mężczyzna zamiast się uspokoić ryknął.
- TEN PIERDOLONY
KANIBAL JĄ ZABIŁ – nienawiść emanowała z niego falami. Spojrzał wtedy na
mnie i krzyknął – Pomóż mi Bobru! Zabij
go! Ten skurwiel już raz chciał mnie i Natalie zabić, a teraz mu się to udało!
Chciałem
już coś powiedzieć, ale wtedy do akcji wkroczył Wojciech.
- Uspokójcie się
wszyscy! Ryszard zabierz to ciało i przygotuj ceremonię pogrzebową. Wszystko ma
być dopięte na ostatni guzik! – krzyknął dowódca.
- Tak jest! – odpowiedział
Ryszard puszczając Jakuba, który ledwo trzymał się na nogach. Wojciech stanął w
jego miejsce i złapał Jakuba za kark po czym spojrzał na mnie.
- To jest twój
pierwszy osąd Bobru. Czy wierzysz, że ten człowiek, który przybył tu z tobą, to
zrobił? – zapytał spokojnie.
Zawsze
Jakub wydawał się podejrzanym człowiekiem, ale uratował mi życie. Co prawda nie
chciałem go skazywać, ale Gigant był przekonany tego co i kogo widzi. Ufałem mu
bardziej niż Jakubowi.
- Tak. Jeżeli Gigant
tak mówi to wierzę mu – odpowiedziałem.
- Więc postanowione.
Zabieram go do aresztu, zajmie się nim Szeryf. Pomóżcie mi chłopcy, rozgońcie
ten tłum i każcie im wracać do domów. Gigancie wróć proszę z resztą. Musisz się
uspokoić. Ty tam! Odprowadź go – rozkazał do człowieka w bandanie stojącego
obok Giganta. Teraz dopiero zauważyłem w tłumie Łapę. Wydawała się być
przerażona. Gdy mnie zauważyła podeszła do mnie i bez słowa przytuliła – Co do ciebie Bobru idź do Kwatery Głównej,
wiem, że jest ci ciężko, ale sprawca jest już nasz. Uspokój się i po prostu tam
pójdź.
Spojrzałem
jeszcze przed pójściem na Jakuba. W jego oczach zobaczyłem coś, czego się nie
spodziewałem zobaczyć. To nie była nienawiść, czy furia. To nie był szał czy
obrzydzenie. To był strach. Tłum rozszedł się i po chwili zostałem sam na sam z
Łapą. Oparłem się o ścianę i osunąłem się bezwładnie płacząc. Łapa nie odezwała
się nawet słowem. Po prostu usiadła obok i złapała mnie za rękę. Byliśmy teraz
tacy sami. Straciliśmy w jeden dzień ukochane osoby. Ona dowiedziała się o
utracie siostry, a ja dowiedziałem się o śmierci Natalii.
Potrzebowałem
jeszcze około dziesięciu minut na ogarnięcie się z tym co się stało. Po tym
czasie odetchnąłem i pożegnałem się z Łapą. Jak Jakub mógł mi to zrobić. Jeszcze
został na miejscu zbrodni, to wszystko było jakieś dziwne. Nie miałem teraz sił
o tym myśleć. Podążyłem we wskazany przez Wojtka kierunek i przez ciemną
uliczkę dostałem się przed Kwaterę Główną. Był to dwupiętrowy dom, dosyć ładnie
zaprojektowany i zadbany. Obserwowałem go z podziwem, ale nie obchodziło mnie
teraz właściwie nic. Cały urok tego miejsca prysł. Była to po prostu kolejna
wylęgarnia syfu i zła.
Mimo to
zapukałem i jak odpowiedziało mi głuche „wejść” to wszedłem. Znalazłem się w
środku gustownie wystrojonego salonu, w którym przy stole stały trzy osoby.
Poznałem jedną z nich natychmiast. Był to Kiciuś. Dwóch pozostałych z początku
nie skojarzyłem. Po chwili poznałem jednak, że jeden z nich to ten sam, którego
widziałem w Sierpcu i Zambrowie. To były Czerwone Flary. Podszedłem w światło
lampki świecącej nad dużym drewnianym stołem i chciałem zająć jedno z miejsc
siedzących. Nie zdążyłem jednak bo podbiegł do mnie właśnie ten chłopak,
którego widziałem w Zambrowie i wyciągnął do mnie rękę.
Nie
wiedziałem o co chodzi, ale uścisnąłem ją. Wtedy odezwał się i natychmiastowo
kurtyna opadła. Poznałem go.
- Bobru kumplu – powiedział
Pablord. To musiał być on. Jego głos był na tyle niepowtarzalny, że ciężko go było pomylić z kimś innym. Przywitałem się
z nim, ale nie umiałem wykrzesać z siebie radości. Zdałem się tylko na smutny
uśmiech. Po chwili wstał ostatni z zgromadzonych. Miał ciemniejszą karnację
skóry, średniej długości czarne włosy i był ubrany równie wykwintnie co
Wojciech. Gdy wstał również do mnie podszedł i wyciągnął do mnie dłoń.
Skojarzyłem jego wygląd i po chwili stało się dla mnie to jasne, że to Dziara.
- Bobru przyjacielu.
Udało ci się. Jesteśmy w Toruniu, jak planowaliśmy – uśmiechnął się do
mnie, ale ja nie potrafiłem odwzajemnić uśmiechu. Widziałem wciąż smutek na
martwej twarzy Natalii i po prostu nie umiałem.
- Co się stało? – zapytał
w końcu widząc grymas na mojej twarzy – Bobru?
- Natalia nie żyje.
Zginęła na ulicach TEGO obozu! – wyrzuciłem z siebie.
- Co? – zapytali
równocześnie Pablord i Kiciuś.
- Spokojnie, tylko
spokojnie! – zawołał Dziara gestykulując rękoma i spoglądając na mnie – Bobru myślałem, że rozumiesz zasady
dyrygujące tym światem. Albo zabijasz albo giniesz – powiedział – ewentualnie jedno i drugie.
Zdenerwował
mnie tymi słowami. Miałem ochotę rzucić się na niego, ale powstrzymałem się.
- Po co zostałem tu
wezwany panowie? Rozmawiałem z Wojciechem, powiedział mi wszystko, naprawdę nie
mam siły na to wszystko. Potrzebuję odpoczynku… - powiedziałem.
- Właściwie chodzi o
niego – powiedział uśmiechając się i odwracając na chwilę.
Zapadła cisza. Spojrzałem na Pablorda i Kiciusia. Oboje
patrzyli to na mnie to na Dziarę. Najwidoczniej też nie wiedzieli co planuje
przywódca Czerwonych Flar. Nagle uderzył z dużą siłą w blat stołu tak, że aż
podskoczyłem.
- Planuję z waszą
pomocą przejąć władzę nad tym miejscem. Absolutną władzę! Zaczniemy od zabicia
Karła!
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 2,
Blog,
bobru,
Bombu,
finał,
historia,
horror,
klimat,
miczi,
MrBobru,
najsilniejszy ocalały,
Natalia,
opowiadanie,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 25,
survival,
szwendacze,
zombie
sobota, 27 września 2014
Rozdział 24: Przystań
Rozdział 24, przedostatni w tym tomie. Rozdział jest dosyć krótki i przedstawia ostatnią prostą w drodze Zbłąkanego Ocalałego do Torunia. O ile ten jest dosyć spokojny, chociaż też ma swoje momenty, to finał, moim skromnym zdaniem, będzie o wiele, wiele lepszy :) Tak czy siak zapraszam do czytania i proszę o KOMENTARZ oraz rozesłanie bloga znajomym
---------------------------------------------------------
Rozdział 24 (Miczi): Przystań
Szymon
przyjął Mpd i zapewnił mu opiekę medyczną. Z tego co się dowiedzieliśmy po
chwili rozmowy okazało się, że chłopak jest w ciężkim stanie, co nie było dobrą
wiadomością. Nawet ja nie przyjęłam jej dobrze, a co dopiero Pablord. Byli z
Mateuszem papużkami nierozłączkami. Teraz życie jednego z nich było zagrożone i
to mocno. Starałam się go jakoś pocieszać, ale jego urok całkowicie zgasł i
został zastąpiony chmurami posępnego nastroju, który zresztą zawisł nad każdym
z nas.
Wciąż
nie mogłam uwierzyć do końca w to co się stało. Okazało się, że Henryk był
zwykłym oszustem. Kiciuś powinien go wywalić, kiedy był na to czas, ale nie
mogłam go obwiniać. Sama niczego się nie domyśliłam, chociaż słyszałam te
stukanie oraz widziałam dziwne zachowanie mężczyzny. Jego notoryczna chęć do
przynoszenia nam rzeczy z bagażnika oraz ciągłe zdenerwowanie musiało być dosyć
widoczne, ale kto by się spodziewał tego, że będzie przetrzymywał ledwo żywego,
zarażonego syna w bagażniku?
Obserwowałam
przez brudną szybę, jak Pablord żegna Szymona i wchodzi do autobusu. Gdy wrócił
Kiciuś wyszedł ze swojej kanciapy i opierając się ciężko o dwa siedzenia
spojrzał na nas.
- Słuchajcie
przepraszam was. Za tą całą podróż. Zbłąkany Ocalały miały być bezpiecznym
miejscem, a podczas tej podróży taki z pewnością nie był – zaczął Kiciuś.
Wiedziałam, że słowa głównie są kierowane do Klaudii, która
straciła siostrę. Spojrzałam na nią ukradkiem, ale gdy zobaczyłam, że obserwuje
pozostałych pasażerów to odwróciłam wzrok.
- Tak czy siak dzisiaj
wieczorem dojedziemy do Torunia o ile nie spotkamy dalszych problemów. Tutaj
pojawia się moja propozycja – czy ktoś z was chcę zostać i poczekać na poważny
transport z Czwartego Posterunku? – pytanie było zadane poważnym głosem,
nie było mowy o żaratach.
Słyszałam
jak staruszek zamemłał coś pod nosem, ale nie usłyszałam dokładnie co, więc
ciężko mi było odgadnąć jego intencję.
- Podnieście ręce,
jeżeli macie na to ochotę, nie trzymam was tu na siłę. Z tego co wiem Czwarty
Posterunek wysyła co parę dni ludzi do Torunia i z powrotem, żeby zdali raport,
więc czas waszego przybycia na miejsce nie będzie mocno opóźniony, ale na pewno
o wiele bezpieczniejszy – powiedział drgając niepokojąco ręką.
Ku mojemu zdziwieniu podniosły się dwie ręce. Zarówno
staruszek jak i Klaudia bali się jechać dalej. Kiciuś nie ukrywał rozczarowania
i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, ale ostatecznie przełknął ślinę i
powiedział nieco zmieszany.
- Dobrze więc. Pablord
was odprowadzi do środka. Przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że spotkamy
się wszyscy bezpiecznie w Toruniu za parę dni – stwierdził odwracając się i
wracając na swoje miejsce.
Czekaliśmy
jeszcze dobrą chwilę, aż Pablord załatwi wszystkie formalności i wytłumaczy
ludziom z Czwartego Posterunku, dlaczego zostawiają ludzi tutaj. Gdy wrócił
poczułam smutek. Nie z powodu jego powrotu, z tego raczej się cieszyłam, ale
sam fakt jak w zaledwie dwadzieścia cztery godziny załoga zmalała z ośmiu osób
do trzech był nieco przerażający. Zbłąkany Ocalały w końcu ruszył. Siedziałam z
tyłu obserwując w ciszy Pablorda oraz widoki za oknem. Zastanawiał się co by się teraz ze mną działo
gdybym nie wpadła na dwójkę Czerwonych Flar i po prostu podróżowała dalej na
własną rękę. Czy dotarłabym chociaż do połowy drogi?
Autobus
ruszył w końcu i szybko ciasne uliczki otoczone budynkami zamieniły się w pola
i lasy. Co prawda nie robiło się jeszcze zielono, ale widać już było, że zima
nie wróci, a przynajmniej nie w takiej sile jak dotychczas. Jadąc i rozglądając
się po martwych polach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od dawna. Po
błotnistej łące przebiegał teraz dzik. Nie widziałam żadnego zwierzęcia od tak
dawna, że przez chwilę zastanawiałam się co to właściwie jest. Gdy w końcu to
do mnie dotarło uśmiechnęłam się. Może to był dobry znak?
Jechaliśmy
około godzinę. Postanowiliśmy się zatrzymać na chwilę i zjeść coś. W końcu zapasów
wciąż mieliśmy mnóstwo, a było nas tylko troje. Za oknami zaczął znowu kropić
deszcz, więc czekając na Pablorda, który poszedł do bagażnika obserwowałam
krople spływające po szybie. Kiciuś usiadł przy mnie i nie odzywając się ani
słowem czekał na jedzenie. Zjedliśmy coś na szybko, nie chcieliśmy marnować
czasu, zwłaszcza jeśli zapowiadało się na to, że dzisiaj dojedziemy do Torunia,
a tam już wszystko powinno być w porządku.
Gdy
wrócił Pablord, otrzepał się z wody niczym pies, po czym podał każdemu z nas po
puszce fasoli. Nie było to najlepsze jedzenie jakie jadałam, ale z racji iż
potrzebowaliśmy sił na resztę podróży to zjadłam bez gadania. Miałam nadzieję,
że w Toruniu wygląda to znacznie lepiej i zgromadzone tam zapasy będą o wiele
smaczniejsze. Postój trwał w sumie około dwudziestu minut, rozmawialiśmy po
cichu i chłopacy wprowadzali mnie w to, co możemy spotkać po drodze do Torunia,
na ostatniej prostej do celu. Obawiałam się Gangu, o którym tyle mi
opowiedziano i miałam nadzieję, że nie spotkam żadnych złych ludzi na mojej
drodze.
Wyruszyliśmy
od razu po zjedzeniu, ponownie zatapiając się w ponurej ciszy. Przed naszymi
oczami ukazał się rozjazd w dwie strony – lewą oraz prawą. Nie wiedziałam czy
obie prowadzą do celu, ale Kiciuś z przekonaniem skręcił w prawo, więc miałam
nadzieję, że podejmie dobrą decyzję. Przełamując się w końcu podeszłam do
Pablorda.
- Czemu pojechaliśmy w prawo? – zapytałam.
Chłopak odwrócił na mnie wzrok i wzdychając ciężko
odpowiedział.
- Obie drogi prowadzą
do Torunia, ta na lewo była szybsza, ale z tego co wiemy tam właśnie jest
szansa na to, że spotkamy kogoś z Gangu – wytłumaczył mi szybko – Ta jest nieco dłuższa, ale maksymalnie jutro
rano powinniśmy być na miejscu, o ile nie wpadniemy w tarapaty.
- Rozumiem – powiedziałam
ruszając się niespokojnie na siedzeniu i nerwowo poprawiając pasek, do którego
była przyczepiona maczeta znaleziona jakiś czas temu, jak jeszcze podróżowałam
z resztą zespołu z Królowego Mostu – Właściwie
chciałam też zapytać czy wszystko w porządku? Martwisz się o Mpd?
Kolejna chwila martwej ciszy nawiedziła nas, aż w końcu
Pablord przemówił swoim niskim głosem.
- Martwię się cholera…
On jeszcze nigdy nie był w takim niebezpieczeństwie, chociaż przeżyliśmy już
całkiem sporo.
- Nie martw się – powiedziałam
patrząc mu w oczy i uśmiechając się – Infekcja
nie powinna tak szybko się rozejść po ciele. Myślę, że zdążyliśmy na czas z
amputacją.
Pablord
odwzajemnił uśmiech. Polubiłam go i zaufałam mu, chociaż nie czułam do niego
czegoś poważniejszego. Był po prostu
moim przyjacielem, takim jak za czasów Królowego Mostu był Bobru. Czasami się
kłóciliśmy, ale ostatecznie trzymaliśmy się razem. Gdy wjechaliśmy do lasu
zrobiło się jeszcze bardziej ciemno. Korony drzew, co prawda wciąż łysych
przysłaniały pojedyncze promienie słońca, którym udawało się przebić przez
przykrywające niebo chmury.
Kiciuś
starał się troszkę poprawić atmosferę cichym nuceniem piosenki, która jakiś
czas temu była popularna. Teraz nie słuchało się już muzyki, a przynajmniej ja
nie miałam takiej okazji, chociaż kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić dnia
bez spędzenia paru godzin w słuchawkach.
Teraz jednak priorytety były inne i wiedziałam, że nie mogę liczyć na
zbyt wiele, ważne, że miałam schronienie i stały zapas amunicji oraz jedzenia.
Zaczęła mnie boleć głowa, więc oparłam ją o siedzenie i starałam się przysnąć.
Wydawałoby
się, że dopiero co przymknęłam oczy, kiedy autobus szybko zahamował i po chwili
wylądowałam na podłodze, uderzając ciężko kolanami o twardą posadzkę. Pablord,
który z kolei przeleciał dwa siedzenia do przodu zaklął pod nosem i spojrzał na
drogę. Kiciuś zaklął o wiele głośniej wyrażając swoje niezadowolenie.
- Nosz kurwa.
Apokalipsa zombie zniszczyła świat, ale barany dalej wychodzą na jezdnie, wtedy
kiedy nie trzeba!
Z początku nie wiedzieliśmy o co mu chodzi, więc wstając
ciężko podeszliśmy do przodu i wyjrzeliśmy przez przednią szybę. Zobaczyliśmy,
w strugach deszczu, mężczyznę, który stał przed autobusem i machał rękoma,
jakby nie zauważył, że już się zatrzymaliśmy. Kiciuś przeklinając go i sięgając
po strzelbę, zwolnił blokadę drzwi. Zimne powietrze uderzyło do środka
wywiewając stamtąd ciszę i specyficzny zapach.
Po chwili na pokład wszedł mężczyzna. Był na oko przed trzydziestką.
Miał kozią bródkę, haczykowaty nos, oraz zamglone spojrzenie, które sprawiało,
że wydawał się być myślami daleko stąd. Jego włosy sięgały mu do ramion, ale
były spięte w prosty kuc. Miał na sobie płaszczyk przeciwdeszczowy, mały
plecak, który wydawał się być wypchany po brzegi oraz normalne jeansowe
spodnie. Pod ręką miał długi kij baseballowy oraz pistolet.
- Przepraszam, że tak
wybiegłem, ale potrzebuje transportu, a słyszałem już co nie co o tym autobusie
– powiedział. Jego głos brzmiał jakby miał chrypkę, ale poza tym nie
wyróżniał się brzmieniem z tłumu.
- Mogłem cię
przejechać idioto! – zaczął jak zwykle stanowczo Ernest – Nie widzisz, że pada? Wiesz jak ciężko jest
zahamować?
- Przepraszam raz
jeszcze, nie każ mi tego powtarzać. Chcę się zabrać do Torunia, czy jest taka
możliwość? - zapytał ruszając
nerwowo kijem po posadzce.
- Najpierw odłóż broń
i się przedstaw – zaproponował Kiciuś, głosem zimniejszym od wiatru, który
nawiedzał nas jeszcze parę tygodni temu.
- Jestem Dymitr. Tak
ruskie imię, ale jestem Polakiem. Pochodzę z Warszawy i próbuje się dostać do
Ostoi od jakiegoś miesiąca. Pogoda jednak jest zjebana, jak nie deszcz to
śnieg, więc jak już was spotkałem pomyślałem, że mógłbym się z wami zabrać! – powiedział
praktycznie na jednym wdechu odkładając bronie na pierwsze siedzenie. Oddychał
ciężko jakby biegł, więc zapytałam go z ciekawości.
- Uciekasz przed kimś?
- Jest apokalipsa
dziewczyno! Wpadłem na grupkę tych sztywnych gówien i ledwo uciekłem. Są na drodze
kawałek przed nami, prawdopodobnie będziemy musieli je załatwić, bo innego
wyjścia nie widzę, chyba, że pojedziemy inną drogą – powiedział robiąc krok
na przód.
- Ej, ej, ej! – zawołał
Kiciuś przystawiając mu lufę do klatki piersiowej – Nie tak szybko kolego, jeszcze nie powiedziałem czy możesz wejść!
- No stary chyba nie
zostawisz człowieka w potrzebie… - powiedział lekko przerażony tym faktem –
Mam dobry towar mogę się podzielić.
Kiciuś
spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Chyba nie chcesz
wchodzić z dragami do mojego autobusu?! – zapytał ze złością.
- Ej no stary, nie
biorę tego od jakiegoś czasu. Po prostu podróżowałem z takim dilerem i on mi
oddał jak go ugryzły zombie. Nie chcesz to nie – powiedział przywołując na
twarzy uśmiech, który sprawił, że wyglądem przypominał jakiegoś demona.
- Dobra pakuj się bo
przeciąg robisz – powiedział Kiciuś opuszczając strzelbę – Ale jeden numer i wracasz do repertuaru
podróży pieszej! A broń dostaniesz po dojechaniu na miejsce, chociaż tam nie
będzie ci potrzebna – dokończył siadając na jednym z tylnych siedzeń,
niedaleko mnie i Pablorda. Drzwi zamknęły się i ruszyliśmy.
Cisza
zniknęła wraz z pojawieniem się Dymitra. Był to wesoły człowiek z luźnym
podejściem do życia. Myślałam, że tacy już dawno zostali wybici lub dołączyli
do armii żywych trupów, która pustoszyła świat.
- Królowy Most mówisz?
Nie słyszałem o tym miejscu, ale skoro mówisz, że jest jeszcze dalej od Torunia
niż Warszawa to szacun. Podróż tutaj była koszmarem – zwierzył się
mężczyzna rozmasowując nadgarstki.
- Dużo osób
podróżowało z tobą? – zapytałam.
- W sumie nikt na
stałe. Uciekłem sam i trzymałem się sam, ale to ktoś powędrował ze mną kawałek
drogi, to ktoś inny wędrował ze mną, aż do śmierci. Ogólnie nie miałem
szczęścia do towarzyszy, albo to oni nie mieli go do mnie – powiedział
uśmiechając się.
- Mam nadzieję, że na
nas nie sprowadzisz żadnego… Mamy go już pod dostatkiem – skontrowałam.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Pablord włączał się co jakiś czas do rozmowy
dodając swoje pięć groszy. Nie
chcieliśmy mówić nieznajomemu zbyt dużo, bo wciąż nie wiedzieliśmy jakim
człowiekiem tak naprawdę jest.
Po
chwili dotarliśmy do miejsca, o którym mówił Dymitr. Na środku drogi stał rozbity
wóz, do którego legło parę trupów. Tarasowały one skutecznie ciasną, leśną
drogę, więc nie mieliśmy specjalnego wyboru. Wychodząc powoli na zewnątrz
wzięliśmy nasze bronie i ruszyliśmy do ataku. Deszcz przestał padać, ale wciąż
było mokro i wszędzie było pełno kałuż i błota. Wyciągnęłam ze świstem maczetę
i z zapałem ruszyłam na trupy. Pierwszy z nich upadł po ciosie maczety, który
dostał się do mózgu. Drugi, zastrzelony przez Kiciusia upadł za moje plecy.
Pablord zabił kolejne dwa strzałami ze swojej broni po czym ruszył na trzeciego
wymierzając prosto w jego głowę. Dymitr dołączył do walki. Kiciuś nie pozwalał
mu brać broni palnej, bo wciąż nie do końca mu ufał, więc rusek wywijał jedynie
swoim kijem. Szło mu to jednak dosyć sprawnie. Opracował taktykę, która
polegała na powaleniu przeciwnika, a następnie zadaniu mu kilku celnych ciosów
w czaszkę. Zombie nie były, aż takim
problemem, kiedy były w nielicznej ilości, dlatego szybko uporaliśmy się z
problemem i ruszyliśmy dalej.
Po paru
godzinach jazdy Kiciuś postanowił się zatrzymać. Zbliżaliśmy się już do
autostrady, a to jeszcze odcinek około dwudziestu-trzydziestu kilometrów od
Torunia. Było jednak już ciemno i nie chcieliśmy ryzykować. Kiciuś pomimo
sceptycznego nastawienia do nowego pasażera polubił go. Siedzieliśmy teraz na tylnych siedzeniach
autobusu, który został zaparkowany na uboczu, żeby nie przykuwał spojrzenia.
Słuchaliśmy jeszcze historii Dymitra umilając sobie czas przed pójściem spać.
- Pierdolisz – skwitował
to dosadnie Kiciuś.
- Mówię serio!
Rzuciłem tym kijem i zabiłem typka, który próbował zaatakować mnie i mojego
kumpla! – wykrzykiwał Dymitr.
- Nie da się tak
rzucić – powtórzył Kiciuś pociągając z butelki wino, które piliśmy już
jakiś czas temu.
- Pewnie, że się da!
Na pewno, któreś z was już miało takie sytuacje! – powiedział Dymitr
patrząc na mnie i Pablorda.
- W sumie ja kiedyś,
jeszcze za czasów Królowego Mostu strzeliłam kolesiowi w szyję. Strzał był o
tyle finezyjny, że nie przymierzałam spokojnie, po prostu przeładowałam, strzeliłam
i zabiłam – opowiedziałam.
- Ha! – krzyknął
radośnie Dymitr słysząc moją opowieść.
- To zupełnie dwie
inne sytuacje. Strzał, a rzut kijem. Nie da się tak rzucić, żeby zabić, a już
na pewno nie z odległości o jakiej mówisz – upierał się Ernest.
- Jestem mistrzem
rzucania kijem! – zapewniał Dymitr biorąc kolejnego łyka.
Wybuchliśmy
z Pablordem śmiechem wyobrażając sobie jak rusek zamachuje się i powala jednym
rzutem Kiciusia.
- Oj nie dam rady
słuchać tych głupot, idę spać, wam też to polecam, jutro ciężki dzień – powiedział
Kiciuś przechodząc dwa siedzenia dalej i opierając się wygodnie.
Ja, Dymitr i Paweł porozmawialiśmy jeszcze chwilę po czym
też udaliśmy się do spania. Przy pierwszych promieniach słońca wyruszyliśmy.
Jechaliśmy przez autostradę bez większych problemów i po zaledwie godzinie
jazdy wjechaliśmy na tereny Torunia. Wszyscy byli w lepszych nastrojach niż
wczoraj, nie wiadomo czy przez to, że od wypadku Mpd minęło trochę czasu, czy
dzięki obecności Dymitra. Kiciuś i Pablord wiedzieli gdzie jechać, więc gdy
tylko wjechaliśmy na przedmieścia Kiciuś czuł się coraz pewniej jadąc w znanym
przez siebie kierunku. Gdy zobaczyłam z oddali skąpane w słońcu tereny starego
miasta, czyli Toruńskiej Ostoi Ocalałych w moim sercu pojawiła się radość.
Całe
miasto było w całkiem niezłym stanie, wyglądało podobnie do Sierpca, gdzie
znajdował się Czwarty Posterunek. Nie widać tu było za dużo zombie, żywych czy
martwych, więc bez problemu dostaliśmy się na wschodnią część Starego Miasta,
gdzie według Kiciusia był najdogodniejszy wjazd. Gdy tylko autobus został
zauważony z daleka bramy od razu się otworzyły. Ciekawiło mnie po czym
poznawali, że w środku jest Kiciuś, bo przecież nawet ktoś z Gangu mógłby
przejąć ten pojazd i wjechać tu. Może byli pewni swoich ludzi i zabezpieczeń?
Albo dostali w jakiś sposób informacje z Czwartego Posterunku. Tego nie
wiedziałam i szczerze nie interesowało mnie to teraz.
Ważne
było tylko to, że dotarłam do celu podróży, gdzie miałam szansę spotkać się z
kolejnymi ludźmi z Królowego Mostu. Nie mogłam się tego doczekać. Wjechaliśmy
do środka przez bramę oraz otaczającą ją barykadę, na której siedzieli
zamaskowani ludzie z broniami. Przed nami rozciągała się długa uliczka,
znikająca mi z oczu gdzieś przy dużej katedrze, którą było widać już z całkiem
daleka. Byłam zszokowana tym, że ludzie chodzili tu swobodnie po ulicach jakby
nic się nie stało. Było ich mnóstwo, co zgadzało się z tym co mówił Kiciuś i
Pablord.
Wysiedliśmy
z autobusu we czwórkę, parkując go w jednym z garaży przy wjeździe. Właściwie
budynek, w którym zaparkowaliśmy, kiedyś musiał być kawiarnią, ale teraz został
ewidentnie przemieniony na prowizoryczny garaż. Wróciliśmy na ulicę, gdzie
czekało na nas dwóch mężczyzn. Obaj byli wzrostu Kiciusia, więc całkiem wysocy.
Jeden z nich był z pewnością osobą z barykady, bo nosił charakterystyczną
kamizelkę oraz bandankę. Drugi jednak był ubrany zupełnie inaczej. Prezentował
się tajemniczo – nosił koszulę i kamizelkę, tylko jego była zupełnie inna,
wykonana ze skóry i nosząca klimatyczne ślady użytkowania – na prawym boku była
obdarta, a cały krój nie przypominał tej zwykłej noszonej przez Pablorda, czy
mężczyznę obok.
Dodatkowo
chłopak, bo nie był dużo starszy ode mnie, sprawiał wrażenie niesamowicie
pewnego siebie i silnego. Emanowała od niego taka aura. Miał średniej długości czarne
włosy, niebieskie oczy oraz śladowy zarost porastający jego twarz. Miał
odrobinę ciemniejszą karnację skóry, w tym skojarzył mi się z Alexem. Spodnie
miał spięte pasem z potężną, metalową klamrą, a na nogach miał buty, które
przypominały mi coś na podobieństwo glanów, chociaż nimi nie były. Poza tym był
dobrze zbudowany i przywitał nas tajemniczym uśmiechem. Nie wiedziałam co mam
zrobić, więc czekałam, patrząc jak mężczyzna podchodzi do Pablorda i Kiciusia i
wita się z nimi serdecznie. Wyszeptał im coś do ucha po czym roześmiał się
serdecznie.
- A kogo to moje oczy
widzą? Kim jesteście? – zapytał podając dłoń Dymitrowi, a następnie
muskając ustami moją.
- Jestem Dymitr i w
sumie wszedłem na pokład autobusu wczoraj. Ale Toruń był moim celem od jakiegoś
czasu – powiedział rusek uśmiechając się od ucha do ucha.
- A ja jestem Miczi.
Przybyłam tu z Królowego Mostu i szukam moich przyjaciół oraz miejsca, gdzie
będę mogła przetrwać – powiedziałam, spoglądając nieco speszonym wzrokiem
na nieznajomego.
- Trafiłaś w dobre
miejsce Miczi. Witam cię w Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Nie wiem czy już o mnie
słyszałaś, ale sprawię, że na pewno usłyszysz – powiedział uśmiechając się
tajemniczo pod nosem – Tak w ogóle,
nazywam się Krzysztof, ale miejscowi mówią na mnie Dziara. Ale za dużo o mnie,
pewnie jesteście zmęczeni, chodźcie za mną – powiedział ruszając w głąb
Toruńskiej Ostoi Ocalałych.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 2,
Blog,
bobru,
Bombu,
część druga,
historia,
horror,
klimat,
miczi,
MrBobru,
Natalia,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
przystań,
rozdział 24,
zombie
poniedziałek, 22 września 2014
Rozdział 23: Względne bezpieczeństwo
Rozdział 23, kolejny z perspektywy Natalii. Zobaczycie w nim drogę z Czwartego Posterunku do Torunia i związane z nią komplikacje. Poznacie też postać, która z pewnością trafi na listę waszych najbardziej znienawidzonych postaci. Zapraszam do czytania!
--------------------------------------------
Rozdział 23 (Natalia): Względne bezpieczeństwo
Gdy
wyruszyliśmy, słońce dopiero wspinało się po nieboskłonie. Szybko opuściliśmy
Czwarty Posterunek i ruszyliśmy na północny zachód. Wszyscy wypoczęci i zregenerowani, byliśmy
pełni sił do ostatniego odcinka podróży. Nie wiedziałam co sądzić o ludziach z
Czwartego Posterunku, pomimo, że przyjęli nas dobrze, to zdawało mi się, że
traktują nas odrobinę jak więźniów.
Jeszcze prośba o przewiezienie tajemniczego mężczyzny do Ostoi, była
czymś zdecydowanie dziwnym.
Mężczyzna
był skuty kajdankami z rękoma za plecami, oraz zakneblowany. Szymon prosił nas,
żebyśmy nie wyjmowali mu knebla, bo informacje, które ma są ważne dla
Toruńskiej Ostoi. Kusiło mnie jednak, żeby to zrobić. Tajemniczy mężczyzna obserwował
mnie uważnie jednym okiem i spoglądał również na Giganta, który siedział
obok Młodej i Egzorcysty.
Droga,
która nam pozostała nie była długa. Zastanawialiśmy się, którą stroną pojechać,
żeby dojechać tam bez żadnych problemów. Szymon polecił nam, żebyśmy zabrali
się przejazdem nadziemnym, które prowadziło drogą prosto do Torunia. Zdradził
nam również dokładne położenie obozu – znajdował się on na obszarze Toruńskiego
Starego Miasta. Radził nam żebyśmy wjechali tam od wschodu i powołali się na niego
przy bramach, gdy strażnicy zapytają nas co tu robimy.
Jechaliśmy
dosyć szybko, po zjedzeniu śniadania na Czwartym Posterunku nie musieliśmy się
na razie martwić o jedzenie. Gigant siedział i ostrzył swój miecz. Pamiętałam
przerażenie na jego twarzy jak ostrze utknęło w czterech trupach naraz pod
ogrodzeniem Czwartego Posterunku i jak bardzo martwił się o to, że straci
ukochaną broń. Całe szczęście ją odzyskał i dostał nawet strój policyjny, który
kiedyś nosił, a stracił po wizycie w domu kanibala. Siedział teraz zadowolony i
uśmiechnięty od ucha do ucha. Najstarszy, Medyk oraz Łysy nie podzielali jego
radości. Byli na pewno smutni po stracie Yetiego, ale wydawało mi się, że
Najstarszemu leży co innego na duszy.
Ranna
Kobieta, która przedstawiła nam się jako Ika, siedziała teraz i czytała
książkę, którą pożyczyła od jednego z ludzi na Czwartym Posterunku.
Odpoczywała. Ja spoglądałam na otaczającą nas drogę. Co mnie dziwiło, na
odcinku, na którym jechaliśmy, było teraz sporo zombie. Co prawda nie blokowały
drogi, ale gdy nas zauważały to od razu kierowały wzrok w naszą stronę. Odsłoniliśmy już plandekę, ponieważ było
znacznie cieplej i nie musieliśmy już chować się za nią, żeby nie czuć
kąsającego, zimnego wiatru.
Gdy
siedziałam na tyłach i obserwowałam tyły naszego pojazdu podeszła do mnie
Młoda. Usiadła przy mnie i dołączyła się do obserwacji.
- Wszystko w porządku?
– zapytałam.
- Tak. Po prostu czuję
się dziwnie, jedziemy do tego Torunia już tak długi czas, a teraz mamy w końcu
tam dotrzeć i po prostu… - zaczęła niespokojnie.
- Nie martw się będzie
dobrze – pocieszyłam ją, głaszcząc po długich czarnych włosach – Gigancie prawda, że damy radę? – zapytałam,
aby jeszcze bardziej upewnić dziewczynkę w tym, że nic nam nie grozi.
- No pewnie! Jesteś z
nami mała, ochronimy cię jeśli będzie trzeba – powiedział wesoło Karol,
odkładając miecz na bok.
- Ja też jestem tu,
żeby ci pomagać – dołączył się do rozmowy Najstarszy.
Wtedy
zobaczyliśmy, że nasz więzień zaczyna się miotać i próbuje wstać. Gigant
odruchowo sięgnął po miecz, a ja przytrzymałam Młodą, która przerażona wtuliła
się w moje plecy.
- Uspokój się kowboju,
bo będę musiał cię uspokoić siłą – krzyknął z przodu wozu Łysy.
Mężczyzna jednak nie dawał za wygraną. Próbował zdjąć knebel
barkiem, ale Gigant przytrzymał go i posadził z powrotem na krzesło. Nasz więzień tupnął ze złością i zaczął coś
krzyczeć przez knebel.
- Może pozwolimy mu
mówić? – zaproponował Egzorcysta.
- Wątpię, żeby to było
bezpieczne – powiedział Najstarszy.
- Możecie się w końcu
zamknąć? Droga jest cholernie ciężka. Zostawcie więźnia tak jak jest, szef
Czwartego Posterunku tak chciał więc uszanujcie to – krzyknął Łysy.
Wszyscy ucichli. Nie podobała mi się coraz bardziej napięta
sytuacja. Niestety nie wiedziałam co zrobić, żeby ją rozluźnić. Spojrzałam na
więźnia, a on wciąż patrzył na mnie. Na jego twarzy pojawił się grymas. Czy był
na mnie zły? A może po prostu chciał się uwolnić, tego nie mogłam być pewna.
Wszyscy
ucichli i więzień również się uspokoił. Jechaliśmy w spokoju przez pół godziny,
gdy przed naszymi oczami pojawiła się większa grupa trupów. Nie mieliśmy innego
wyjścia, musieliśmy się zatrzymać, jeżeli nie chcieliśmy narazić wozu na
kolejną awarię. Wysiedliśmy niecałe dziesięć metrów od pierwszego trupa. Było
ich na drodze około piętnastu, więc nie spodziewałam się większych
problemów. Kręciły się w okolicach wraku
kampera stojącego przy drodze. Gdy nas zobaczyły od razu zaczęły pełzać w naszą
stronę.
Nie
chcąc ryzykować stanęłam przy Łysym, który pociągnął na start walki serią z
karabinu, zabijając dwa zombie. Sama
przeładowałam pistolet i wycelowałam w jednego z zombie. Dopiero za trzecim
razem trafiłam w głowę, ale w końcu padł, w bezpiecznej odległości od nas.
Gigant oraz Najstarszy ruszyli do przodu, tnąc mieczem i toporkiem w każdego
trupa, który się do nich zbliżył.
Egzorcysta trzymał się blisko nas i starał się podcinać trupy i wystawiać je mi, do czystego strzału.
Po
chwili zostały ostatnie dwa trupy, które były przy Gigancie i Najstarszym.
Jeden z nich rzucił się na Najstarszego i powalił go na ziemię. Gdyby nie
szybka interwencja Giganta to prawdopodobnie Najstarszy zostałby ugryziony.
Udało mu się jednak w miarę szybko strącić trupa i przeciąć mu głowę na pół.
Drugiego dobił wywracając go i uderzając nim o beton, aż zgniła czaszka
rozprysła się z jej zawartością na zewnątrz.
Uradowani
z sukcesu nie przeszukiwaliśmy nawet wnętrza vana. Po prostu odjechaliśmy
dalej. Wróciłam na swoje miejsce na pace i czekałam cierpliwie, aż ruszymy. W
końcu pojazd wystartował i po chwili byliśmy już znowu w drodze. Zaczęło się
robić zimno, gdyż słońce powoli chowało się na horyzoncie. Nie mogłam się
doczekać dłuższych i cieplejszych dni. Zakryliśmy plandeką tyły pojazdu i
usiedliśmy. Podróż pomimo naszego wypoczęcia była bardzo męcząca. Wszyscy nie
wiedzieli co ze sobą zrobić w jakże denerwującym oczekiwaniu na dotarcie do
celu.
Usiadłam
w końcu przy Gigancie i zaczęłam dialog.
- Co myślisz o tym
wszystkim? – zapytałam.
- O czym wszystkim? O
Toruniu? Sam już nie wiem… Staram się być dobrej myśli – powiedział drapiąc
się po brodzie.
- Wydaję mi się, że
tam będziemy mogli zacząć od nowa, ale jest tyle niewiadomych… - wyżaliłam
się patrząc na towarzysza.
- Na przykład? – zapytał.
- Ludzie, którzy tam
będą. Czy nam pomogą czy zrobią z nami to co z tym mężczyzną? Czy jest tam ktoś z Królowego Mostu? – zaczęłam
wyliczanie długiej listy kwestii, które pozostawały dla mnie zagadką i
odwiedzały mnie w myślach już parokrotnie.
- Daj spokój, jakby
chcieli mogliby nas zabić już wiele razy. O ile ci z Posterunku rzeczywiście
byli z Torunia, to jestem pewien, że zostaniemy tam mile przyjęci – zapewnił
mnie Gigant – Zauważyłaś jak zareagowali
jak usłyszeli, że jesteśmy z Królowego Mostu? Coś musi być na rzeczy. Nie
zdziwiłbym się, naprawdę, jeżeli byśmy spotkali tam kogoś z naszych – powiedział
uśmiechając się szeroko.
Jego
słowa jak zwykle mnie odrobinę podniosły na duchu i siedziałam już cicho. Po
prostu czekałam. Więzień, siedzący naprzeciwko nas, ciągle się rzucał, ale
ostatecznie spotykał się tylko z przekleństwem rzucany przez Łysego i uspokajał
się. Gdy dojechaliśmy jednak nad
przejście nadziemne to zupełnie oszalał. Zaczął się rzucać i tupać, oraz starał
się krzyczeć i zdzierać knebel. Nie wiedziałam o co mu chodziło, ale teraz
nawet ja czułam niepokój.
- Ten pojeb jest
szalony – skwitował Łysy zatrzymując pojazd – Zróbmy sobie tutaj małą przerwę, chyba trzeba będzie jednak z nim
porozmawiać.
- Mogę pójść i
spojrzeć na ulicę pod nami? – zapytała Młoda.
- Sama na pewno nie – odpowiedziałam
szybko.
- Ja mogę się z nią
przejść – włączył się Najstarszy.
- W takim razie się
zgadzam. Tylko uważajcie, nie wiadomo czy nie ma tu zombie – powiedziałam
obserwując jak dziewczynka i chłopak zeskakują z paki.
Cały
most był w całkiem niezłym stanie, chociaż leżało tutaj parę ciał zombie oraz
trzy czy cztery ciała ludzi, którzy już nie żyli. Nie ruszały się jednak, więc musiały być
martwe. Nie widziałam jeszcze nigdy śpiącego zombie. Po opuszczeniu wozu przez
Młodą i Najstarszego spojrzeliśmy wszyscy na więźnia. Widać, że obietnica
zdjęcia knebla zadziałała, bo uspokoił się, chociaż dalej stukał nerwowo nogą.
Gigant podszedł do niego z Łysym i wspólnie przykucnęli przed jego twarzą.
Egzorcysta, Ika i Medyk obserwowali sytuację w ciszy.
- Jeden głupi ruch i
pożałujesz, że czegokolwiek spróbowałeś, rozumiesz? – zapytał Łysy.
Więzień pokiwał głową.
Gigant
podszedł i zerwał knebel z jego ust po czym odsunął się ostrożnie, jakby
uwolnił jego ręce, a nie usta. Mężczyzna odcharknął i splunął gęsto na
zewnątrz.
- W końcu poszliście
po rozum do głowy – przemówił, wciąż zachrypniętym od nieużywania głosem.
- Co masz na myśli? – zapytałam
ze zdziwieniem, patrząc jak pozostali obserwują postać.
- Jestem Łowca. Tak
mnie nazywają. Tak mnie nazywał Bobru i cały jego zespół, który jest w okolicy.
Oni także jadą do Torunia i was szukają! A teraz dajcie mi się wysikać bo
przysięgam, że ten wóz zostanie podtopiony przez mój przepełniony pęcherz! – krzyknął
Łowca na jednym wydechu po czym wstał.
Nie
wiedziałam co powiedzieć. Gigant też opuścił wymierzony w Łowcę miecz i
otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Bobru tu jest? Ten człowiek z nim
podróżował? O co w tym wszystkim chodziło? Czy to był żart, którym mężczyzna
próbował uśpić naszą czujność? Informacje, które właśnie pozyskałam były tak
szokujące, że przez chwilę nie wiedziałam czy się roześmiać czy to przemilczeć.
W końcu zdecydowałam się na to drugie. Wtedy odezwał się Gigant.
- Kto jeszcze z tobą
był? – zapytał.
- Nie odpowiem na nic,
jeżeli się nie wysikam – stwierdził Łowca.
- Czy te wiadomości są
ważne? – zapytał Łysy, najwyraźniej zbity nieco z tropu.
- Bardzo ważne – odpowiedziałam
– Niech ktoś z nim pójdzie. Muszę jak
najszybciej usłyszeć więcej.
- Ja to zrobię – zgłosił
się Łysy – No dalej kolego, wybacz mi za
te krzyki i choć w krzaki. Rozepnę twoje kajdanki na chwilę, ale jeżeli
będziesz agresywny to zapłacisz za to życiem. Jeden gwałtowny ruch… - ostrzegł
Łysy, podchodząc i rozpinając kajdanki z rąk Łowcy. Łowca wyciągnął się i
rozmasował obolałe nadgarstki po czym spojrzał na mnie.
- Bobru miał co do
ciebie rację – powiedział z uśmiechem opuszczając wóz razem z Łysym.
Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam, że Najstarszy trzyma za rękę Młodą i
pokazuje jej coś z uśmiechem na dole.
Gdy tylko Łowca i Łysy zniknęli w krzakach nie wytrzymałam.
- Dlaczego ludzie z
Czwartego Posterunku nie chcieli nam o tym powiedzieć?
- Myślę, że wiedzieli,
iż dowiesz się o ostatniej lokacji, gdzie widziano twojego przyjaciela i tam od
razu pojedziesz – zgadywał Medyk – I
mam nadzieję, że tego nie zrobisz…
- Spokojnie, jeżeli to
co on mówi jest prawdą to Bobru jest w drodze do Torunia – powiedziałam
uśmiechając się na samą myśl o tym fakcie.
- Myślicie, że kłamie?
– zapytała Ika.
- Wątpię. W jego
obecności nie mówiliśmy ani razu o Bobrze. Zaraz jak powie kogo jeszcze miał w
grupie, prawdopodobnie potwierdzi to, że nie kłamię. W sumie teraz jak
zdjęliśmy mu knebel to zacząłem go postrzegać jako innego człowieka – powiedział
Gigant podpierając się o miecz.
- Jakiego dokładnie? –
zapytał Egzorcysta.
- Lepszego. Nie
skoczył na nas od razu z wyzwiskami chociaż poniżaliśmy go przez całą drogę.
Nie skupił się na niczym innym niż informacje, które są dla nas ważne – powiedział
Gigant.
Miał
rację. Łowca miał to coś co sprawiło, że był interesującym człowiekiem.
Wydawało mi się nawet, że mówił prawdę, ale mimo wszystko nie ufałam mu w
pełni. Musiał zrobić coś przez co ludzie z Torunia go pojmali, więc nie ufałam
mu do końca.
Nagle
usłyszałam krzyk Młodej. Serce prawie mi stanęło ze strachu. Wybiegłam jak
poparzona z wozu razem z resztą, aby zobaczyć straszną scenę. Młoda trzymał
jakiś mężczyzna w długim płaszczu i z bandaną zasłaniającą większość twarzy.
Przez chwilę myślałam, że to ktoś z Torunia, ale nie widziałam nigdzie
charakterystycznej naszywki ze skrótem „T.O.O”.
Dodatkowo mężczyzna przykładał jej pistolet do głowy i spoglądał na nas
oczami, w których z daleka było widać dziwny błysk. Oprócz niego na moście
stało dwóch innych, którzy trzymali Najstarszego. Po chwili zauważyłam jeszcze
jednego, który prowadził zombie na smyczy, jakby był jego zwierzątkiem.
- Świetnie trafiliśmy.
Dobrze wyposażone auto przyda się naszej społeczności – powiedział ten,
który trzymał Młodą. Właściwie wszyscy wyglądali tak samo, ale ten gestykulował
jedną ręką, więc po tym poznałam, że to właśnie z pod jego bandany wydobywa się
głos.
Staliśmy
jak wryci. Skąd ci ludzie się tutaj wzięli?
- Zostaw dziewczynkę i
naszego człowieka. Podróżujemy do Torunia. Szukamy tam schronienia i nie chcemy
walki – krzyknął Gigant, lekko zdenerwowanym głosem.
- Zostawić was?
Jedziecie do Torunia? Och to takie smutne – mężczyzna wybuchł śmiechem – Nawet nie próbujcie podnosić broni bo
dziewczynka od razu umrze, a chłopak chwilę po niej. Widzę, że wam na niej
zależy! – już po samym głosie wydawał się być szalonym człowiekiem.
- Jak się nazywasz? – zapytałam
drżącym głosem.
- O kolejna odważna!
Ta mała to twoja siostra? Ładna jest, mogłaby być maskotką Gangu! – powiedział
śmiejąc się obleśnie.
- Spytałam cię o coś!
– powiedziałam czując, że puszczają mi nerwy.
- Spokojnie
dziewczynko. Jestem Jan i przewodzę grupie zwanej w okolicy Gangiem. Jeżeli nie
oddacie nam wozu zabieramy tą dziewczynkę – powiedział z pewnością w
głosie.
- Niczego wam nie
oddamy. Nie docenianie nas! Zginiecie wszyscy jeżeli za chwilę nie odejdziecie
stąd jak najdalej od nas! – krzyknęłam. Wiedziałam, że na tyłach jest Łowca
oraz Łysy i o ile Łowca nie był jednym z nich to mieliśmy dużą przewagę.
- Spróbuj podnieść
broń o milimetr, a mózg dziewczynki będzie się ciągnął stąd do Torunia – powiedział
szarpiąc Młodą, która ze łzami w oczach zapłakała głośno.
My nie
podnosiliśmy broni, ale miałam nadzieję, że zaraz pojawią się strzały Łysego.
Niestety nie słyszałam nic. Czas mijał, a na moście zapadła nieprzyjemna cisza.
Nagle przerwał ją krzyk. Jeden z mężczyzn trzymających Nieznajomego został
ugryziony w rękę po czym potraktowany „z byka”. Najstarszy podniósł się i
zaczął szarżować na drugiego, ale nagle został sprowadzony do poziomu przez
drugiego oprawcę. Gdy leżał kopnęli go jeszcze parę razy. Jan w tym czasie
ciągle pokazywał, że w mgnieniu oka może zabić Młodą, więc nikt z nas nie
odważył się zacząć strzelać.
- Widzę, że ktoś tutaj
jest zbyt odważny. Co chcesz się popisać przed dziewczyną chłopcze? Ruchałbyś
ją co? Widzę to w twoich oczach – Jan zarechotał patrząc na leżącego
Najstarszego – Zaraz dam ci okazję do
popisania się. Wypuść na niego sztywniaka! – rozkazał mężczyźnie
trzymającego zombie i sam wycofał się odrobinę do tyłu, do lewego zejścia z
mostu na dół.
Zombie
puszczony od razu rzucił się na leżącego Nieznajomego i spróbował go od razu
zabić. Na szczęście Najstarszy zareagował i wymierzył zombiakowi kopniaka
obunóż, który na chwile wytrącił go z równowagi. Zobaczyłam jednak, że nim
zdążył wstać i zamachnąć się pięścią, zombie ponowił atak i po chwili
obserwowałam jak Najstarszy upada razem z zombie i odpycha go od swojego
brzucha. Chciałam, naprawdę chciałam zacząć strzelać lub jakkolwiek inaczej mu
pomóc, ale nie mogłam. Ten człowiek trzymał Młodą. Była dla mnie teraz jak
siostra i nie mogłam skazać ją na śmierć.
Obserwowaliśmy
więc bezsilnie jak zombie zatapia zęby w okolicach brzucha Najstarszego i
cichej złości spoglądaliśmy na Jana, któremu najwyraźniej się to podobało.
Najstarszy jednak nie stracił ducha walki. Podniósł się i zaczął atakować trupa
pięściami, szybko i ze złością, co doprowadziło do tego, że trup wywrócił się i
zbierał kolejne uderzenia. Wtedy usłyszałam strzały, byłam pewna, że to Łysy,
ale był to Jan.
- Wasz kolega niszczy
mojego pupila – powiedział strzelając do niego trzeci raz z rzędu – Nie podoba mi się to.
Najstarszy
upadł powoli umierając. Złość gotowała się we mnie razem z nienawiścią.
Marzyłam tylko o śmierci tych ludzi, ale nic nie było takie proste. Słyszałam
jak Medyk z tyłu puszcza wiązankę przekleństw, ale dalej nie podnosi broni.
- Chyba zabiłem wam
przyjaciela… Smutno wam? Teraz widzicie, że ze mną się nie zadziera! – wykrzyknął
jakby z dumą.
- Ty pierdolony
psychopato! – krzyknęłam celując w jego stronę.
- Uhuhu! Ktoś tu się
zdenerwował. Masz okres czy jak? Opuść broń, albo dziewczynka zginie – powiedział
Jan patrząc na mnie bezczelnie.
Opuściłam broń, dalej nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Powtórzę jeszcze raz
tępa dziewczyno, albo dajesz nam wóz i daję wam odejść, albo zabijam
dziewczynę, a potem was. Właściwie dziewczyna mi się podoba więc zostanie ze
mną bez względu na twoją decyzję – powiedział Jan.
Wtedy
padły strzały. To był Łysy. Wybiegł z lasu kawałek za mostem i wycelował
zabijając jednego z oprawców Najstarszego.
Następnie wycelował w Jana, ale dostał w rękę, a następnie w bark. Zatoczył się
do tyłu i upadł na trawę. To była nasza szansa. Wymierzyłam w Jana i oddałam
strzał. Nie trafiłam jednak, celowałam za wysoko bo bałam się trafić Młodą.
Medyk i Egzorcysta strzelali w stronę mężczyzny trzymającego zombie oraz
drugiego oprawcy Najstarszego. Ten pierwszy zginął od strzału w głowę, ale
drugi zaczął strzelać. Osłaniał Jana, który ciągnąc Młodą schodził pod most, na
ulicę pod nami. Widziałam, że Łowca dorwał się do karabinu Łysego i mierząc
zabił ostatniego na moście.
Przerażona
rzuciłam się biegiem za Janem, który zbiegł pod most i wciąż słyszałam krzyk
Młodej. Wychyliłam się za barierkę, ale nie zobaczyłam go. Czy naprawdę uważał,
że ukryje się przed nami pod mostem? Egzorcysta i Gigant biegli za mną, Medyk
pobiegł w stronę Łysego i Łowcy, a Ika podbiegła do Najstarszego. Biegliśmy ile
sił w nogach do odpowiedniej krawędzi mostu. Gdy dobiegliśmy do zejścia
usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika. Jan musiał mieć tutaj jakiś pojazd!
Rozejrzałam się i kazałam komukolwiek stanąć na moście, aby
zobaczyć gdzie pojedzie. Wyjechał motocyklem tuż przed naszymi nosami, kierując
się na południe, w stronę biegnącej kawałek stąd rzeki. Bałam się strzelać, bo
mogłam trafić Młodą, lub spowodować wypadek, w którym by zginęła. Krzyknęłam z
bezsilności. Wrzeszczałam jak oszalała. Gigant ze złością wbił miecz w ziemię i
zaklął. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
Dalej
nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Nie mieliśmy jak go gonić. Zjazd na
ulicę pod nami zająłby zbyt długo i w życiu nie trafilibyśmy ponownie na jego
ślad. Ze smutkiem spojrzałam na oddalającą się na południe sylwetkę i wbiegłam
szybko na most, żeby zobaczyć co z Łysym i czy Najstarszy jeszcze żyje. Tyle
strat przez jeden głupi postój. Nie wiedziałam, czy kogoś za to winić, w końcu
każdy z nas chciał się zatrzymać z jakiegoś powodu.
Łysy
był w kiepskim stanie, ale żył. Medyk starał się przenieść go na pakę wraz z
Łowcą, a ja podeszłam do Najstarszego. Po chwili pojawił się przy mnie
Egzorcysta, oraz była tutaj Ika. Spojrzałam na jego twarz i zrozumiałam, że to
jego ostatnie chwilę i cierpi. Spojrzałam na Egzorcystę, a ten kiwnął głową.
Wyszeptał coś pod nosem i zdejmując różaniec z szyi wcisnął go w ręce
umierającego. Wiedziałam, że powinien zrobić to ktoś inny, ale czułam
powinność. Wyjęłam pistolet i celując w jego głowę wyszeptałam.
- Wybacz.
Strzał
było słychać w całej okolicy. Było przed chwilą cicho, a on spadł niczym grom.
Ocalił tez Najstarszego przed długimi męczarniami. Było mi źle z tym co się
stało i z tym co straciliśmy. Bez słowa wróciłam do wozu chcąc pocieszyć Młoda,
ale zapomniałam, że to właśnie ją zabrali. Łza skapnęła mi na policzek, po czym
rozbiła się o kolano. Straciłam znowu osoby, które naprawdę zdążyłam polubić.
Nie miałam nawet siły pytać o kolejne rzeczy Łowcy. Po prostu wsiedliśmy i
odjechaliśmy. Teraz Egzorcysta kierował autem, Medyk nie mógł tego robić bo
opiekował się Łysym.
Żołnierz
spał i oddychał ciężko. Nie byliśmy pewni co dokładnie się mu stało. Resztę
podróży spędziliśmy w ciszy. Gdy wjechaliśmy do Torunia wiedzieliśmy dokładnie
gdzie jechać. Nikt nie miał ochoty wyglądać za plandekę i przypominać sobie o
świecie zewnętrznym. Tutaj wszyscy siedzieli w smutku i ciszy przerywanej
jękami bólu Łysego. Kierowaliśmy się w stronę Starego Miasta, gdzie była
Toruńska Ostoja Ocalałych. Zauważyliśmy jej światła z daleka. Były mocno
widoczne. Teraz nawet nie miałam w myślach tego co zamartwiało mnie od jakiegoś
czasu – tego jacy będą ludzie tam. Jeżeli będą chociaż o troszkę lepsi od Jana
to będę ich mogła nazwać dobrymi ludźmi.
Podjechaliśmy
od wschodu patrząc na mury. Widać było na nich ludzi noszących bandany oraz
lampy stojący przy nich. Z daleka jednak widać było także opaski z nadrukiem
„T.O.O”, które utwierdzały w tym, że nie są to bandyci Jana. Gdy podjechaliśmy
pod bramę zauważyliśmy światła ulicy oraz budynków i zakręt w prawo. Tam
prawdopodobnie była główna brama, ale woleliśmy wjechać mniej widoczną. Wyszłam
z Gigantem z wozu i spojrzałam w górę. Człowiek będący tam zawołał.
- Kim jesteście i
czego tu szukacie?
- Jestem Natalia, a to
jest Karol. Jesteśmy z Królowego Mostu i przysłał nas tu Szymon z Czwartego
Posterunku. Szukamy schronienia i zemsty… - powiedziałam po czym bramy
stanęły otworem.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 2,
Blog,
bobru,
Bombu,
część druga,
historia,
horror,
klimat,
miczi,
MrBobru,
Natalia,
opowiadanie,
przetrwanie,
rozdział 23,
survival,
szwendacze,
względne bezpieczeństwo,
zombie
Subskrybuj:
Posty (Atom)