Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 3. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 grudnia 2015
piątek, 20 marca 2015
Rozdział 25: Dobry człowiek
Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Jak zwykle zdecydowałem się na zmieszanie trzech perspektyw. Rozdział nie ma w sobie dużo akcji, można wręcz powiedziec, że jest przegadany, ale zabieg jest celowy. Nie zawsze wszystko musi się kończyć fajerwerkami. Poznacie tutaj dalsze plany grupy Łapy, dowiecie się jaką decyzję podejmie Erni oraz co dalej planuje Bobru. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, a moich czytelników zapraszam na dniach na film pogadankowy na temat 4 tomu, oczywiście na kanale YT: youtube.com/user/Mrbobru
---------------------------------------
Rozdział 25: Dobry człowiek [FINAŁ 3 TOMU]
Magda
Wbiegliśmy
do pomieszczenia tuż za Irkiem. Nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że został
ugryziony, a stał tutaj i trzymał się naprawdę nieźle. Może miał jakiś
ochraniacz? Cała nasza ósemka oddychała ciężko, wiedząc, że tak naprawdę
dopiero teraz będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Krystek i Marek zablokowali
drzwi, Młoda i Marta usiadły w kącie, a ja rozejrzałam się po pokoju. Był to
nieco zapuszczony, ale całkiem gustownie umeblowany salon.
Na lewo od drzwi stała długa kanapa, która
spokojnie mogła zmieścić pięć osób obok siebie. Tuż obok, na środku, stały
cztery skórzane fotele, a przy każdym znajdował się nieduży stolik z butelką.
Na ścianie wisiały ładne obrazy, przedstawiające sceny łowieckie, a po środku
nich, niczym trofeum, ogromny ekran telewizora. Oczywiście był rozbity, ale i
tak prezentował się nieźle. Tęskniłam trochę za telewizją, ale w sumie moje
życie było teraz na tyle ciekawe i zaskakujące, że nie mogłam narzekać. Chociaż
tutaj nie mogłam zastopować akcji, żeby pójść po coś do jedzenia, albo
odpocząć. Tutaj koszmar się nie kończył.
Gdy
zasłoniliśmy okna i tymczasowo zablokowaliśmy drzwi usiedliśmy odpalając jedną
z lamp stojących na stolikach. Były to lampy gazowe i o dziwo były naładowane,
ale jeżeli myśliwi przesiadywali w tym domu to nie było aż takie dziwne. Miczi
usiadła przy Irku i rwąc kawałek bandaża, który miała przy sobie zabandażowała
ranę. Ugryzienie z daleka wyglądało paskudnie.
Skóra na jego karku przybrała nieco ciemnawy kolor, ale poza tym
mężczyzna w pełni kontaktował i nie zachowywał się jak ktoś, kto lada chwila
miał się zamienić w zombie.
- Jakim cudem ty
jeszcze żyjesz? – zapytała Łapa siadając naprzeciwko niego, na jednym z
foteli. Wyglądała teraz niesamowicie dziko, cała ubrana na czarno, w skórzanej
kamizelce, która napinała się nieco w okolicach biustu i wysokich butach
terenowych, z twardymi, pokrytymi warstwą błota podeszwami.
- Mówiłem, że jestem
niesamowity – powiedział uśmiechając się – Mogę wam pokazać znacznie więcej.
- Chwila. Chcesz mi
wmówić, że jesteś niepodatny na zarażenie? – zapytała.
Wszyscy
słuchali rozmowy z dużą uwagą. Czekaliśmy chwilę na to aż Irek odpowie. W końcu
odchrząknął i wstał. Powoli zaczął rozpinać swój strój aby odsłonić klatkę
piersiową. Westchnęłam cicho. Młoda i Marta pisnęły, a Łapa przełknęła głośno
ślinę. Całe ciało Irka było pokryte całym szeregiem blizn po ugryzieniach. Nie
byłam w stanie tego zliczyć, bo rany nachodziły na siebie i się zlewały.
Wyglądało to koszmarnie, ale utwierdziło mnie w jednym. Był niesamowity.
- Kiedyś jak
podróżowałem jeszcze z grupą ocalałych, o której wam wcześniej opowiadałem – zaczął
przykrywając ciało ubraniem – trafiliśmy
na stado zombie. Wtedy odcięły nas totalnie i byłem pewien, że zginę. Widziałem
już nie raz umierających od ugryzień czy też zadrapań, więc kiedy jeden z
trupów mnie dorwał od tyłu, byłem pewien, że umrę. Nic się jednak nie stało.
Poczułem ból i upadłem, ale poza zwykłym, ludzkim bólem nie czułem żadnych
zmian zachodzących we mnie. Zacząłem walczyć. Napadło mnie wtedy ich mnóstwo i
zostałem ugryziony parę razy, ale udało mi się to przetrwać. Resztę właściwie
znacie. No może oprócz tego, że jak pojawiłem się w Toruniu i Dziara zobaczył
moje blizny to mnie zamknął. Chciał mnie mieć do jakichś specjalnych zadań, ale
zanim jakieś się zdarzyło to właściwie zostałem uwolniony, za co jeszcze raz
wam dziękuje – skończył opowieść i spojrzał na nas. Widocznie ulżyło mu po
skończeniu opowieści. Każdy potrzebuje czasem się wygadać.
Łapa
nie odezwała się. Kiwała delikatnie głową, jakby przytakiwała, aż w końcu
podniosła się ciężko.
- Zostańmy tu na noc.
A może nawet na dwa dni. Musimy odpocząć przed dalszą drogą, a to miejsce może
być idealne na tymczasową bazę. Sprawdźmy teren – powiedziała, po czym
podeszła do drzwi i się odwróciła w naszą stronę – Krystek pójdź z moją siostrą na zewnątrz i zamknijcie bramę oraz
przenieście tu nasze rzeczy do spania i trochę jedzenia. Magda i Miczi pójdźcie
sprawdzić piętro, Irek ty zostań tu z Martą, a ty Marek chodź ze mną. Zrobimy
rajd po pokojach na parterze. Jeżeli znajdziecie jakiekolwiek jedzenie,
amunicję, broń lub medykamenty, przynieście to tutaj – rozkazała, dosyć
stanowczym tonem.
Wszyscy
rozeszli się w niecałą minutę. Ja i Miczi poszłyśmy na górę, żeby spróbować
rozeznać się w terenie. Miałam złamaną rękę, więc trzymałam w pogotowiu
pistolet, a Miczi szła ze swoją maczetą przodem. Starałam się również świecić
latarką, którą trzymałam w połamanej ręce, ale nie wychodziło to specjalnie
dobrze, bo nie mogłam odpowiednio manewrować wiązką światła. Wspięłyśmy się po
schodach i rozejrzałyśmy. Korytarz biegł prosto i rozchodził się w trzy strony,
do trzech, połączonych ze sobą, pomieszczeń. Miczi stuknęła parę razy w ścianę,
żeby zwabić ewentualne trupy do nas. Nie usłyszałyśmy nic.
Weszłyśmy
ostrożnie do pierwszego pomieszczenia, w którym na samym środku stała duża,
oszklona gablota wypełniona pucharami i medalami. Poza tym w pomieszczeniu nie
było nic ciekawego. Przyjrzałam się uważnie lśniącym zdobyczom i szybko zauważyłam,
że wszystkie trofea pochodziły z przeróżnych zawodów związanych z tematyką
łowów: tropienie, strzelanie do celu, ilość upolowanych zwierząt. Mieszkający
tu myśliwi musieli być dumni ze swoich osiągnięć przed apokalipsą, ale teraz
były one nic nie warte.
Przeszłyśmy
do drugiego pokoju i tutaj znalazłyśmy to co nas zdecydowanie interesowało.
Stały tutaj gabloty z przeróżną bronią – od zaostrzonych noży, po strzelby. To
co jednak ucieszyło mnie najmocniej to dwa łuki wiszące na ścianie. Jeden z
nich zaparł mi dech w piersiach. Był dużo większy od tego, którego używałam
jeszcze w Toruniu, a w gablocie znajdował się dodatkowo kołczan pełen strzał.
Podniosłam ostrożnie gablotę i wydobyłam zdobycz, zawieszając sobie na plecach.
Miczi pomogła mi przypiąć kołczan, a ja zadowolona jak małe dziecko pomogłam
jej zapakować tyle broni ile się dało do torby, którą miała ze sobą.
Zapakowałyśmy w sumie około ośmiu opakowań różnorakiej amunicji, oraz trzy
strzelby, pięć noży, a także dwa podręczne rewolwery. Te były szczególną
gratką, bo broń była zdecydowanie rzadko spotykana, a prezentowała się
niesamowicie – smukłe lufy, bębenki zapełnione pociskami i ładna, przyozdobiona
wzorami kolba.
Miczi
targała torbę i razem ostrożnie
zajrzałyśmy do ostatniego pomieszczenia. To co tutaj zobaczyłyśmy nie było już
takie miłe. Pokój był sypialnią, gdzie stały cztery, piętrowe prycze. Nad jedną
z nich, przyczepiony do kryształowego żyrandola wisiał mężczyzna. Nie żył, ale
nie był też zombie, bo widać było sporą dziurę po wystrzale na środku jego
czaszki. Ktoś mu pomógł po czym stąd uciekł. Trup makabrycznie bezwładnie
zwisał, kręcąc się delikatnie, jakby jakaś niewidzialna siła kołysała go
delikatnie. Nie chciałyśmy tu przebywać
ani chwili dłużej, więc wyszłyśmy z pomieszczenia i skierowałyśmy nasze kroki
na dół.
- Nie mów Łapie o tych
łóżkach, błagam – poprosiłam.
- Dlaczego? – spytała
zaciekawiona Miczi.
- Jej ten wisielec nie
będzie przeszkadzał , a ja nie chcę spać tam spać, nawet jak go zdejmiemy.
Wystarczy już trupów. Prześpijmy się na kanapach w salonie – wytłumaczyłam.
- Jak chcesz – powiedziała
Miczi.
Zeszłyśmy
razem i dotarłyśmy po chwili do salonu. Byli tam już wszyscy oprócz Krystka i
rozkładali koce, oraz łączyli sprytnie fotele z kanapą, przez co powstało pięć
potencjalnych miejsc do spania. Pozostałe trzy znajdowały się na ziemi i
chociaż mogłyby się wydawać niewygodne, to wyglądała całkiem przytulnie. Dwie
warstwy koców, oraz poduszki leżące na kanapie stworzyły dogodne miejsce do
spania.
Miczi
rzuciła torbę z bronią i odetchnęła z ulga. Łapa widząc co przyniosłyśmy
uśmiechnęła się szeroko.
- Myśliwi uzupełnili
nasze zapasy, które w tej chwili powinny starczyć na przynajmniej dwa tygodnie.
Krystek znalazł spore auto terenowe na zewnątrz, a w jednym z pokoi było sporo
bandaży i innych medykamentów – pochwaliła się Łapa.
- No i jest cała
spiżarnia żarcia. Ciągle się zastanawiam czy nie powinniśmy tutaj zostać… - dodał
Marek.
- Wiem jak to wygląda,
ale nie możemy zostawać w okolicy, szczególnie tak niedaleko Pierwszego
Posterunku. Dlatego odjedziemy stąd, góra pojutrze – powiedziała Łapa,
tonem kończącym dyskusję.
Wszyscy
dosyć szybko ułożyli się w posłaniach, tylko Krystek jeszcze nie wracał z
kuchni. Po jakimś czasie przyniósł tacę pełną misek parującego gulaszu. Zadziwiało
mnie skąd miał jeszcze siłę gotować, ale gdy tylko zaczęłam jeść nie
pożałowałam. Było pyszne, krzepiące i zapychające. Krystek usiadł obok mnie i
pocałowałam go namiętnie. Paradoksalnie ostoją nie musiało być miejsce. On był
moją ostoją. Sto razy lepszą od tej Toruńskiej.
Marek
nie wiedział jeszcze o naszym związku, ale kiedy zobaczył nasz pocałunek kiwnął
tylko głową. Zawsze starał się mną opiekować, ale wiedział, że Krystek jest
dobrym człowiekiem i na pewno będę przy nim bezpieczna. Po zjedzeniu wszyscy
położyli się. Łapa zaryglowała drzwi i usiadła jeszcze na chwilę w ciemności,
przyciągając naszą uwagę.
- Wybaczcie, ale
jeszcze chwilę pogadam, wiem, że wszyscy są wyczerpani, ale musimy coś ustalić
– zaczęła – Dzisiaj wyjątkowo nie
stawiamy nikogo na warcie, bo wątpię, żeby ktokolwiek wysiedział dłużej niż
pięć minut, ale od jutra pracujemy już pełną gęba. Czeka nas bardzo długa
podróż, a teraz kiedy mamy przy sobie osoby, na których nas zależy musimy ich
pilnować i dawać z siebie wszystko. Nie ma tu Bobra, ale zachowujmy się jak
kiedyś, a damy radę. A teraz życzę wam dobrej nocy, bo padam na pysk – przyznała,
po czym ułożyła się na swoim posłaniu. Nie dałam rady już z nikim rozmawiać,
więc tylko przytuliłam się do Krystka i złapałam go za rękę. Zasnęłam
momentalnie.
Erni
Tuż po
tym jak ciało księdza upadło ciężko na drewniany podest zaczęło się piekło.
Niektórzy zaczęli uciekać do tyłu, inni przepychali się bliżej sceny, a ci,
którzy nie chcieli się ruszać z miejsca blokowali i jednych i drugich. Gigant z
wielkim trudem utrzymywał nas w jednym miejscu, nawet ktoś tak wysoki i silny
jak on, miał problemy z wściekłym tłumem.
Nagle
usłyszeliśmy jednak ogłuszający dźwięk megafonu i wszyscy odruchowo złapali się
za uszy, ale ten ustąpił i odezwał się Bobru.
- Nie panikujcie
ludzie. Wiem, że mogło to wyglądać drastycznie, ale ten ksiądz jest
odpowiedzialny za śmierć naszego przywódcy Wojtka i musiał za to zapłacić.
Dodatkowo jeżeli podszedłby tu ktoś, kto widział kiedykolwiek twarzy przywódcy
Gangu to by wiedział, że ten człowiek to właśnie on. Nie zginął na ulicach
naszego obozu parę dni temu. Przetrwał i wtopił się w otoczenie, jako sługa
boży – mówił stanowczo i starał się uspokoić tłum. Póki co udało mu się
chociaż zdobyć uwagę wszystkich ludzi, co już było sporym osiągnięciem – Gdyby nie Dziara, który po ostatnim zamachu
jest teraz w szpitalu, w życiu bym się nie dowiedział o tym, że wróg cały czas
jest w naszych murach. Teraz jednak sprawa jest rozwiązana, szkoda, że musiał
za to zapłacić Wojciech. Proszę was teraz o spokojny powrót do domu i
zostawienie Placu Głównego do posprzątania dla strażników.
Ludzie
rzeczywiście się uspokoili i tym razem bez przepychania się zaczęli się
rozchodzić. My poczekaliśmy, aż plac praktycznie całkowicie się opróżni. W
końcu obserwując jeszcze chwilę ludzi zgarniających trzy ciała odwróciliśmy
się, żeby wrócić do swoich obowiązków i przede wszystkim odpoczywania. Wtedy
jednak usłyszałem kroki i zobaczyłem, że Bobru idzie w naszą stronę.
- Poczekajcie chwilę –
poprosił. Dogonił nas po chwili.
- Mam do was prośbę.
Teraz sytuacja w Ostoi powinna powoli się uspokajać, więc chciałbym, żebyśmy
dzisiaj solidnie odpoczęli i to wspólnie. Co powiecie na spotkanie się w barze?
Porozmawianie, upodlenie się i tyle? – zaproponował. Wszyscy kiwnęli
zgodnie głowami. Co jak co, ale było nas teraz mało. Nie tyle ile przy
przyjeździe do Ostoi. Musieliśmy trzymać
się razem. Chociaż ja miałem coraz więcej wątpliwości. Nie wiedziałem, czy będę
chciał kiedykolwiek opuszczać to miejsce. Było tutaj źle, ale wydawało mi się,
że najgorsze czasy już minęły. Teraz władze zapewne obejmie Dziara, a on
potrafił dowodzić, chociaż czasami zachowywał się jak szaleniec.
- Dobra to ogarnę się,
załatwię parę formalności i za jakąś godzinkę będę w barze – obiecał i
wrócił w stronę sceny.
My
rozdzieliliśmy się nieco, bo każdy chciał wrócić do swoich mieszkań i przebrać
się oraz odpocząć chwilę w ciszy. Ja postanowiłem, że zaproszę jeszcze na
spotkanie Rekina oraz Łowcę, którzy pomogli mi podczas ostatniego wypadu
Zbłąkanym Ocalałym. Jeżeli nawet nie odejdę z tego miejsca z Bobrem, tak jak on
to planował od wieczora, w którym wróciłem do Ostoi z Dalionem i rozmawialiśmy,
to pomogę mu, żeby nie ruszał sam. Wiedziałem jak musiała go boleć strata paru
osób, które uciekły z Ostoi razem z Łapą. Jak musiała go boleć strata samej
Łapy.
Wróciłem
na chwilę do mieszkania, wciąż rozerwany pomiędzy dwoma rzeczami – spokojnym
życiem w Ostoi i dalszą podróżą z przyjaciółmi, kiedy przed drzwiami zauważyłem
Karolinę. Widocznie na mnie czekała. Podszedłem i się przywitałem.
- Hej, co jest? – zapytałem.
- Hej… Chciałam się z
tobą spotkać na osobności i jeszcze raz podziękować. Za wszystko co zrobiłeś – powiedziała.
Otworzyłem drzwi do mieszkania i wszedłem tam, wpuszczając ją do środka.
- Wiesz nie ma sprawy.
Niby uratowałem ciebie i twoich przyjaciół, ale w potrzebie zostawiłem was w
Królowym Moście i uciekłem. To nie jest coś czym bym chciał się szczycić – kontynuowałem
zdejmując brudną koszulę i rzucając ją na bok. Podszedłem do szafy i otworzyłem
ją, żeby znaleźć coś innego.
- Zamierzasz stąd
odejść? Ze swoimi przyjaciółmi? – zapytała.
- Skąd pomysł, że
ktokolwiek chce stąd odejść? – zapytałem wciąż szukając odpowiedniego,
czystego ubrania, co wcale nie było takie łatwe.
- Słyszałam rozmowę
tego całego Bobra. Mówił komuś, że planuje stąd wyjechać, a słyszałam, że
jesteście przyjaciółmi, więc wydawało mi się, że ty też będziesz chciał stąd
uciec – powiedziała.
- Wiesz Bobru to mój
kumpel. To właśnie z nim przeżyłem pierwsze, trudne dni po wybuchu tej zarazy…
- zacząłem, ale nagle aż podskoczyłem, kiedy poczułem ręce na plecach.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że dziewczyna podeszła do mnie i nagle pocałowała. Nie odepchnąłem jej, a nawet odwzajemniłem
pocałunek. Potrzebowałem tego.
Trwaliśmy
tak jeszcze parę minut, aż w końcu odeszła dwa kroki do tyłu i spojrzała na
mnie. Jej policzki były czerwone.
- Nie chcę, żebyś
odjeżdżał.
Co ja biedny, mogłem począć. Nie dość, że się wahałem, to
teraz do miejsca na wadze z tabliczką „Ostoja” dołączyła kolejna, ogromna
szalka. Czy naprawdę za parę dni lub tygodni mogłem na zawsze opuścić grupę
Bobra i już do końca moich dni jeździć Zbłąkanym Ocalałym po dobrze mi znanej
trasie? Wydawało mi się, że nie wiedziałem, ale tak naprawdę w głębi ducha
byłem już w stu procentach pewien. Przez chwilę patrzyłem na Karolinę w
milczeniu, aż w końcu podszedłem do niej i prosząc żeby usiadła, złapałem za
rękę.
Oddychała
ciężko. Nie wiem dlaczego, ale ja też nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa.
Kto by pomyślał. Zapuściłem brodę i umiałem wyzbyć się emocji, żeby wyglądać
jak prawdziwy twardziel, kiedy ruszałem w trasę moim autobusem. Wtedy na drodze
każdy się mnie bał, a ja teraz byłem prawdziwie przerażony zwyczajną dziewczyną
siedzącą przede mną.
- Naprawdę mi na tym
zależy… - dodała – Wybacz, jeżeli cię
przestraszyłam. Po prostu czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. To naprawdę
nie jest łatwe… - tłumaczyła dalej, ale wiedziałem, że mówi z sensem.
Czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Zrezygnować z czegoś w życiu, aby
zacząć nowy rozdział. Każdy człowiek zrezygnował z czegoś, gdy zaczęła się
apokalipsa. Z normalnego życia. Wtedy nie czuliśmy tak tego wyboru, ale teraz
to rozumiałem.
Uśmiechnąłem
się.
- Zostanę tutaj.
Nigdzie nie pojadę. Obiecuję – powiedziałem. Karolina przytuliła się do
mnie.
Bobru
Czekałem
w barze spokojnie, aż reszta zaproszonych ludzi się pojawi. Poprosiłem nawet
Czarka, właściciela baru, aby udostępnił nam kawałek lokalu i pozwolił połączyć
stoły, bo spodziewałem się przynajmniej sześciu osób. Zamówiłem dwie metalowe
beczułki z piwem, chociaż nie wiedziałem jak mogę się odwdzięczyć barmanowi za
to, że po prostu mi je dał. Obiecałem sobie, że jak znajdę coś dobrego to od
razu spłacę u niego dług.
Pierwszy
pojawił się Gigant i Ruda. Dopiero teraz po chwili od ostatnich wydarzeń,
zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w mojej grupie została tylko Ika, jeżeli
chodziło o dziewczyny. Praktycznie cała damska część moich towarzyszy uciekła z
Łapą, co było dosyć straszne. Przywitałem się z przyjacielem i córką Kapitana,
po czym usiedli obok mnie.
- Wow, szykuje się
niezła impreza – skomentował Karol.
- Masz rację
przyjacielu – odpowiedziałem biorąc łyk z kufla.
- Jakaś specjalna
okazja? – zapytał.
- W sumie chcę z wami
porozmawiać. W takiej grupie.
- Czuję się wyróżniona
– odpowiedziała Ruda.
Po
chwili dołączył do nas Dymitr. Usiadł obok Rudej i nalał sobie od razu piwa.
- Co za dzień… - westchnął,
pijąc i stawiając z impetem naczynie na stół.
- Bobru… sorry, ale
muszę zapytać. Skąd wiedziałeś? – zapytał.
- Skąd wiedziałem co?
– odpowiedziałem pytaniem na pytanie, chociaż dobrze wiedziałem o co mu
chodzi.
- Jan. Rozpoznaliśmy
go z Dymitrem. Nie byliśmy pewni, ale kiedy go zastrzeliłeś to wiedzieliśmy, że
zrobiłeś dobrze – wyraził uznanie Gigant.
- Dziara mi
powiedział. On chyba wiedział, że ten skurczybyk się tu zaszył, ale chciał żeby
poczuł się pewnie. Niestety Karzeł zapłacił za to życiem – odpowiedziałem,
nieco kłamiąc. Dziara dokładnie wiedział, że Jan będzie chciał zabić Karła.
Wykorzystał go do tego – Mnie bardzo
ciekawi fakt skąd ty znałeś tego Jana? – pytanie skierowałem do Dymitra.
- Nie opowiedziałem ci
nigdy? W sumie pewnie nie, nie zdążyliśmy się jeszcze poznać. Opowiem wam,
jeśli nie macie nic przeciwko – zaproponował.
Nikt
nie miał nic przeciwko.
- A więc tak, jak Erni
spotkał mnie na drodze do Torunia, tuż przed twoim przyjazdem to uciekałem
wtedy właśnie od Gangu. Od początku apokalipsy kręciłem się tu i tam i
jeździłem na swoim motorze. Wciągnąłem się w narkotyki i w sumie zażywałem je
nawet gdy to gówno się już zaczęło. Z niedużą paczką ocalałych trafiliśmy raz
na oddział Gangu –zrobił przerwę na wzięcie łyka piwa - Był
tam Jan. Rozpieprzył nas konkretnie i zabrał mi motor. Udało mi się uratować
tylko towar, ale przyjaciół już nie. Byłem na siebie za to zły i wtedy będąc na
drodze prawie przejechał mnie Erni. Całe szczęście zatrzymał się i pozwolił mi
wejść. Resztę już znacie – zakończył opowieść odgarniając włosy z czoła i
zaczesując je do tyłu ręką.
Wtedy
do baru wszedł Erni, Łowca oraz Rekin. O ile dwóch pierwszych znałem bardzo
dobrze, to tego ostatniego jeszcze nie zdążyłem poznać. Był mężczyzną na oko w
wieku Łowcy, albo podobnym. Na czarnej brodzie widać było nawet już pierwsze
oznaki siwizny. Brązowe włosy Łowcy
wciąż połyskiwały, więc prezentował się żywiej. Wstałem i przywitałem się z
nim. Uścisk miał mocny, a spojrzenie szczere i łagodne. Gdy wszyscy zajęli
miejsca, jedno wciąż było puste. Zauważył to Erni, który wskazując je zapytał.
- Spodziewamy się jeszcze
kogoś?
- Tak – odpowiedziałem
krótko. Zaprosiłem jeszcze jedną osobę, która mogła być zainteresowana moją
ofertą. Oczywiście nie liczyłem biednego Pablorda, który wciąż leżał w
szpitalu.
Rozmowa
trwała i było dosyć przyjemnie. Wszyscy rozluźnili się i opowiadali innym różne
historie. Ludzie kochali historie, szczególnie te z lepszych czasów, kiedy
niektóre osoby jeszcze żyły.
- Pamiętam jak
wbiegłem do tego młyna i zobaczyłem ciebie, Miczi i tamtych chłopaczków.
Myślałem, że trafiłem z deszczu pod rynnę – mówił Gigant wspominając nasze
pierwsze spotkanie.
- Ja się
zastanawiałem, czy nie śnię, w końcu nie na co dzień i to jeszcze podczas
apokalipsy widzi się mężczyznę z mieczem na plecach i drugiego w płaszczu z
kapturem jak u jakiegoś rzezimieszka – odpowiedziałem uśmiechając się
szeroko.
- A pamiętasz jak
odbijaliśmy brata Erniego na moście? Byliśmy w przesranej sytuacji – skomentował.
- Sytuacja była
naprawdę przejebana – skwitował Erni.
Siedzieliśmy
tu już około godziny, więc niecierpliwiłem się, bo miałem do przekazania ważne
informacje, a ostatniego gościa wciąż nie było. Wtedy pojawił się, a wszyscy
odwrócili się w tamtą stronę. Był to Mpd. Od kiedy stracił posadę Czerwonej
Flary to zachowywał się inaczej. Stracił całkowicie dawną wolę życia. Teraz
podszedł i przywitał się z wszystkimi po czym usiadł na wolnym miejscu.
- To jest Mateusz, mój
przyjaciel i do niedawna Czerwona Flara. Teraz możemy przejść do meritum sprawy
– zapowiedziałem i przedstawiłem go osobom, które jeszcze go nie znały.
- Czyli jednak nie
sprowadziłeś nas tu w celach towarzyskich? – zapytała Ruda.
- Nie do końca – powiedziałem.
Rozejrzałem
się po wnętrzu. Teraz oprócz naszej grupki było tu tylko pięć osób, które
kompletnie nie zawracały sobie nami głowy. Wziąłem potężnego łyka, odetchnąłem
głęboko i zacząłem mówić.
- Nie wiem czy wiecie,
ale planuje niedługo opuścić to miejsce – zacząłem i od razu zauważyłem, że
na niektórych twarzach pojawiło się zaskoczenie, a na innych smutek – To miejsce wiele mnie nauczyło, ale za ogromną
cenę. Teraz sam już nie wiem czy bezpieczniej jest siedzieć tutaj w Ostoi z
ludźmi, którzy zabierają mi garściami osoby, które kocham, czy krążyć wraz z
trupami po drogach szukając nowego miejsca. Lepszego miejsca – zrobiłem
efektowną pauzę, żeby wszyscy przeanalizowali moje słowa – Dlatego zaprosiłem was tutaj dziś. Ludzi, których lubię i z którymi
jestem gotów wyruszyć dalej. Co prawda nie wszystkich jeszcze znam dobrze – tutaj
spojrzałem na Rekina i Rudą – ale jestem
gotów zaufać. Chciałbym was zapytać, kto byłby w stanie już niedługo opuścić to
miejsce razem ze mną.
Tego
momentu obawiałem się najbardziej. Nie miałem pojęcia jak zareaguje reszta.
Mogłem być praktycznie pewny tylko reakcji Giganta, który, jak miałem nadzieję,
pójdzie za mną wszędzie, ale reszta pozostawała pod sporym znakiem zapytania.
Nie każdy mógł chcieć uciec z miejsca otoczonego murami i pełnego ludzi. Ale to
właśnie ci ludzie sprawili, że sporo straciłem. To oni doprowadzili mnie do
takiego stanu.
- Ja za tobą pójdę
Bobru – odpowiedział Gigant jako pierwszy – Jesteśmy w tym gównie od dawna i nie wyobrażam sobie dalszego
mieszkania tutaj ze świadomością, że walczysz gdzieś w drodze z bandą trupów.
- Ja też chcę iść z
tobą – odpowiedziała Ruda. Zaskoczyła mnie tym.
- Twój ojciec na to
pozwoli? – zapytałem ostrożnie.
- Jestem już dużą
dziewczynką i umiem o siebie zadbać. Zresztą jak usłyszy, ze pojechałam z tobą
to na pewno będzie wiedział, że jestem w dobrych rękach – stwierdziła
uśmiechając się. Miała piękny uśmiech.
- Ja też się z tobą
zabiorę młody. Dobrze wspominam podróż do Torunia. Jeżeli ruszymy Potworem to
będę wniebowzięty – powiedział Łowca, a ja uśmiechnąłem się szeroko. Miło
wspominałem podróż Potworem, czyli ogromnym tirem towarowym Łowcy. Jakie
szczęście mnie spotkało, że akurat on wtedy był na dachu w Supraślu i mi
pomógł.
- Ja też chcę jechać –
wysapał nieco podpity już Dymitr – Przygoda…
przygoda…
- Co prawda nie znamy
się jeszcze dobrze, ale skoro zostałem uratowany przez was, to mogę z wami
ruszyć dalej. Musze spłacić ten dług – powiedział Rekin.
Póki co
wszystko szło idealnie. Jedna z kelnerek podeszła do nas, żeby zabrać jedną z
opuszczonych beczek. Wydawało mi się przez chwilę, że spojrzała na Erniego, ale
nie byłem tego pewien.
- Kurde parda, Bobru…
W sumie sam nie wiem, czy ja się przydam? Nie mam ręki i ogólnie jest jakoś
beznadziejnie, co z Pablordem? Zostawimy go tu tak? Bo jak tak to chyba nie
jadę, ale jakbyśmy go wzięli jakoś ze sobą to… - rozpędził się jak zwykle
Mpd.
- Spokojnie Mateusz.
Poczekamy aż się wybudzi, nawet jak to potrwa jeszcze długi czas.
Mpd uśmiechnął się słysząc tą informację.
- Ja nie jadę – wyrzucił
z siebie Erni.
Chociaż
rozmawialiśmy już na ten temat w szpitalu, podczas wymiany z Dalionem, to
zabolało mnie to. Nie licząc Giganta, nie będę miał przy sobie już nikogo, kto
był ze mną w Królowym Moście, a nawet wcześniej.
- Dlaczego? – spytałem
machinalnie, chociaż nie chciałem. Po prostu samo ze mnie to wyleciało.
- Jest mi tu dobrze.
Ustatkowałem się. Kiedy tylko wyruszam Zbłąkanym za mury Ostoi czuję się
wiecznie niepewnie i marze tylko o powrocie za mury. Wybacz… - powiedział,
chociaż w jego głosie nie słychać było, żeby żałował.
- Nie będę naciskał.
Rozumiem – skłamałem.
Sytuacja
się nieco zagęściła, ale uśmiechnąłem się szeroko, żeby pokazać, że nie mam
nikomu za złe.
- Skoro większość z
was się zgadza, muszę was poprosić o jedną bardzo ważną rzecz. Nie narażajcie
się. Starajcie się trzymać z dala od kłopotów, a jak wszystko się ułoży to
wyruszymy. Oprócz Pablorda czekamy jeszcze na trójkę ludzi, która pojechała na
Drugi Posterunek. Powinni wrócić na dniach, a nie mogę ich zostawić w taki
sposób. A teraz wróćmy do picia! – ostatnie słowa wręcz wykrzyczałem.
Bolał mnie fakt, że Erni postanowił zostać. To on był
pierwszą osobą, o której pomyślałem gdy wybuchła apokalipsa. Mieliśmy trzymać
się razem do końca. Co mogło go przekonać do pozostania tutaj? Wątpiłem, żeby
chciał tu zostać tylko ze względu na Dziarę.
Impreza
trwała. Po kolejnych dwóch godzinach Rekin i Dymitr poszli, bo Dymitr już nie
dawał rady, a Rekin obiecał go odprowadzić do domu i położyć. Wtedy do baru
wbiegł Maciek, jeden z Czerwonych Flar. Podbiegł do mnie. Nie do końca
wiedziałem czego może ode mnie chcieć, poza tym byłem już po paru piwach, ale
gdy poprosił mnie na bok to chwiejnie wstałem i poszedłem za nim.
- Dziara cię wzywa – powiedział.
- Dalej jest w
szpitalu? – spytałem.
- Tak.
- Zaraz tam pójdę – obiecałem.
Wróciłem
na chwilę do stołu i powiedziałem reszcie, że znikam na chwilkę, żeby odwiedzić
Dziarę po czym powoli ruszyłem. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się pod drzwiami
szpitala. Zamyśliłem się kompletnie i instynktownie dotarłem na miejsce.
Przeszedłem przez próg i po schodach trafiłem na piętro, na którym leżał Dziara
i Pablord. Przechodząc obok sali Pablorda zerknąłem i uśmiechnąłem się widząc
mojego towarzysza. Dalej spał, ale miałem nadzieję, że jego stan w końcu się
ustabilizuje i się wybudzi.
Gdy
dotarłem do miejsca gdzie leżał Dziara odetchnąłem głęboko i wszedłem. Dziara
siedział wsparty poduszkami i czytał. Oderwał wzrok natychmiast po tym jak mnie
zauważył i przywitał mnie.
- Bobru! Słyszałem, że
ci się udało! – powiedział radośnie.
- To prawda. Nie jest
to coś, czym się specjalnie szczycę, ale tak. Udało mi się.
- Dzisiaj jest dzień,
kiedy zaczyna się nowy epizod w naszym życiu. Ty i ja. Władcy Ostoi,
najlepszego miejsca na Ziemi!
- Przykro mi Krzysiu –
zwróciłem się do niego po raz pierwszy po imieniu – Ale mam inne plany.
Uśmiech
zniknął z jego twarzy, ale nie pojawił się na jego miejscu gniew.
- Jak to?
- Wybacz. Tym razem ja
mam plan i musisz się zgodzić na jego warunki. Proszę cię jak przyjaciel
przyjaciela – powiedziałem poważnie.
- Bobru co ty gadasz?
Teraz wszystko będzie dobrze. Ostoja stanie się dobrym miejscem.
- Wierzę w to Dziara.
Ale musze odejść. To miejsce nauczyło mnie wielu rzeczy, ale najważniejszą jest
ta, że ludzie są znacznie gorsi od zombie – wytłumaczyłem.
- Łamiesz mi serce
kolego – powiedział rozżalonym głosem.
- Dziara, po prostu
proszę cię o pozwolenie o odejście. Ja plus osoby, które będą miały ochotę. Nie
martw się nie zabiorę wszystkich, ale proszę cię o zwolnienie z służby Pablorda
i pozwolenie na odejście Mateusza. Weźmiemy tir Łowcy i znikniemy. Możliwe, że
jeszcze kiedyś tu wrócimy, ale to nie jest nic pewnego. To miejsce zabrało mi
mnóstwo osób, które kochałem. Nie pozwolę zginąć nikomu więcej.
Przez chwilę w pomieszczeniu
panowała taka cisza, że słyszeliśmy pracujące maszyny parę pomieszczeń dalej. W
końcu Dziara westchnął i zapytał.
- Kiedy chcesz odejść?
- Jak tylko moi ludzie
wrócą z Drugiego Posterunku i Pablord się obudzi – powiedziałem.
- Nie wiem czy poradzę
sobie z dowodzeniem bez ciebie. Jesteś świetnym ocalałym. Powinieneś kierować ludzkością,
tyle ci powiem – wyznał Dziara. Poczułem dumę, ale wiedziałem, że nie mogę
tu zostać.
- Nie nadaje się do
tego. Jestem… nie jestem dobrym człowiekiem – wytłumaczyłem.
- Jesteś dobrym
człowiekiem Bobru. Zawsze nim będziesz. Ludzie to w tobie widzą i dlatego za
tobą podążają.
- Mam nadzieję, że
Ostoja się utrzyma długo Dziara, bo możliwe, że pewnego dnia tu wrócę. Póki co
mogę ci powiedzieć, że Erni zostanie. Tak zadecydował.
- Cieszy mnie to.
Współpraca z wami to była czysta przyjemność – powiedział.
Milczałem.
Nie wiedziałem jak odpowiedzieć.
- Czy to wszystko? – spytałem
w końcu.
- Tak – odpowiedział.
- Bywaj – rzuciłem
krótko.
Nie odpowiedział. Wyszedłem z budynku i spojrzałem w niebo.
Było już ciemno. Gdzieś na niebie coś mignęło. Dobry człowiek… pomyślałem, nie
zasługuje na to miano. Ruszyłem przed siebie, a w głowie rysował mi się
plan. Plan na dalszą podróż.
Koniec tomu 3
Etykiety:
apokalipsa 3,
Blog,
bobru,
część trzecia,
dobry człowiek,
finał,
historia,
horror,
Kiciuś,
klimat,
Magda,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 25,
survival,
szwendacze,
zombie
niedziela, 15 marca 2015
Rozdział 24: Nowa droga
Rozdział 24, ostatni z perspektywy Magdy. W tym rozdziale zobaczycie jak wygląda sytuacja grupki, która uciekła z Torunia, oraz poznacie nieco lepiej tajemniczego więźnia, który mam nadzieję, okaże się bardzo ciekawą postacią. Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)
-------------------------------------------
Rozdział 24 (Magda): Nowa droga
Otworzyłam
oczy. Było mi nieco zimno, ale okryłam się kocem i to mi nieco pomogło.
Popatrzyłam się po chacie i uśmiechnęłam smutno. Mój brat był cały i zdrowy.
Drzemał teraz oparty głową o stertę szmat, w które był ubrany jako więzień
Dziary. Sama nie mogłam uwierzyć, w to, że akcja przebiegła pomyślnie. Byliśmy
paręnaście kilometrów na południe od Torunia. Znaleźliśmy niedużą chatkę w
lesie, w której nie było trupów. Wszyscy
spali jeszcze, ale wczorajszy dzień był tak intensywny, że nie mogłam zapaść w
głęboki sen.
Ręka
bolała mnie, ale dzięki pomocy Krystiana udało nam się zrobić prowizoryczną
szynę z patyków i sznurka i usztywnić rękę. Nie było to zbyt wygodne, ale
jeżeli chciałam, żeby kości się dobrze zrosły to był jedyny wybór. Podniosłam
się lekko, ale po chwili zdecydowałam, że poleżę jeszcze chwilkę i pomyślę. Nie
wiedziałam dokładnie, co teraz moglibyśmy robić. Co prawda chciałam uciec, ale
chwilę po opuszczeniu Torunia poczułam się zagubiona. Brakowało tutaj Bobra,
który zazwyczaj wraz z Łowcą bądź Sołtysem wytyczał trasę. Czy damy sobie bez
niego rade?
Nasza
ekipa składała się teraz ze mnie, Łapy, Magdy, Marka, Krystiana, Marty, Miczi
oraz tajemniczego więźnia, którego imienia jeszcze nie poznałam. Cały wieczór
był cichy, chociaż podziękował nam, ale powiedział, że nie ma teraz sił na
odpowiadanie na pytania, dlatego prosił, żebyśmy porozmawiali dzisiaj. Zaufaliśmy mu na tyle, że nie zostawiliśmy kogoś
na warcie, ani go nie związaliśmy, co mogło się skończyć tym, że poderżnąłbym
nam gardła i byśmy już nie wstali, ale w sumie wszyscy byli tak wyczerpani, że
nie mieli po prostu siły na to, żeby siedzieć całą noc i pilnować reszty.
Byłam
teraz inną osoba. Obiecywałam sobie, że nie dam się ponieść temu światu, ale
wiedziałam dobrze, że Ci którzy się nie dostosowali, krążyli teraz jako zombie.
Taka była prawda. Wstałam i wyjrzałam przez zakurzoną firankę na zewnątrz.
Nasze auto wciąż tu stało. Ledwo się tam mieściliśmy w osiem osób, więc musieliśmy
rozglądać się powoli za drugim.
Około
godziny później siedzieliśmy wszyscy na nogach. Nikt nie miał specjalnie
dobrego humoru. Akcja była udana, ale to nie zmieniało faktu, że byliśmy znowu
w drodze.
- Co teraz? – zapytałam
nagle na głos, a wszyscy zwrócili twarze w moją stronę. Wiedziałam, że to
pytanie nurtuje teraz wszystkich, bardziej lub mniej.
- Znajdziemy sobie
inne miejsce na ziemi – powiedziała Łapa.
- Nie wiem czy chcę
teraz szukać jakiegoś innego miejsca, gdzie będą ludzie… - wtrącił się Krystian.
- Niekoniecznie muszą
tam być ludzie – wytłumaczyła Łapa – możemy
poszukać opuszczonego budynku, w którym zrobimy sobie tymczasową bazę.
Oczywiście nie chodzi mi o tak marną chatkę, jak ta, w której teraz jesteśmy.
Raczej rozglądałabym się za czymś w stylu Czwartego Posterunku.
- Ja mam pewien pomysł
– odrzekł nagle więzień. Teraz mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Na głowie
miał już raczej niewiele włosów, ale był zarośnięty na brodzie i policzkach.
Tam jego włosy miały odcień kasztanowy. Nie był specjalnie przystojny, a jego
twarz była pełna nieduży zmarszczek, które uwydatniały się za każdym razem jak
mówił.
Łapa
prychnęła.
- Nawet nie wiemy jak
się nazywasz, może zacząłbyś od tego gościu? –zapytała nieco rozdrażniona.
- Przepraszam. Nazywam
się Irek, ale od kiedy to się zaczęło ludzie mówią na mnie Gryzak… - zaczął.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Cóż to za ksywka? – zapytałam.
- Wytłumaczę wam to w
bardziej spektakularny sposób jak stąd wyjdziemy, dobrze? – zapytał i nie
czekając na odpowiedź kontynuował – Pierwsze
tygodnie apokalipsy spędziłem z grupą ocalałych, która w końcu zginęła
zaatakowana przez stado. Mi udało się przeżyć i przez jakiś czas byłem sam. W
końcu dotarłem do Torunia, a tam zostałem zamknięty przez tego szaleńca. Bał
się moich mocy i chciał mnie wykorzystać do jakichś dziwnych celów…
- Jakich mocy? – zapytał
Marek.
- Jak mówiłem, pokaże
wam później.
- Dobra, do rzeczy
jaki jest twój plan? – wtrąciła Łapa.
- Niedaleko Poznania
nasza grupa miała bazę. Nie było to coś dużego, po prostu kamienica dwupiętrowa
z płotem i fosą. Gdyby nie to, że zapomnieliśmy zamknąć bramy na noc to te
zombie nic by nam nie zrobiły. Było to jednak już jakiś czas temu i powinno tam
teraz być czysto. Zapewniam was, że to świetne miejsce na tymczasową bazę i dojedziemy
tam góra za dwa-trzy dni. Może to nie zadziałać, ale czy nie warto spróbować? –
zapytał.
- Skąd mamy wiedzieć,
że nie prowadzisz nas w pułapkę? – zapytała Miczi.
- Uratowaliście mnie,
chociaż mogliście mnie zostawić w tych lochach. Nie jestem typem człowieka,
który prowadzi wybawców w pułapkę. Poza tym byłem uwięziony u Dziary przez parę
miesięcy. Jak niby mogłem zastawić pułapkę w Poznaniu w tym czasie?
- Ja nie jestem z
kolei typem człowieka, który ufa dopiero co spotkanej osobie – odpowiedziała
Łapa – Ale masz rację. Warto byłoby to
sprawdzić.
Miczi
wyciągnęła z plecaka mapę, a Młoda, Krystek i Marek zaczęli powoli pakować
nasze rzeczy do auta.
- Możesz nam pokazać,
gdzie to dokładnie jest? – zapytała Miczi podając Gryzakowi mapę.
- Tutaj - wskazał palcem na niedużą mieścinę nad
Poznaniem – Tam była nasza baza.
- Miejmy nadzieję, że
dalej tam jest – powiedziała Łapa zwijając mapę i podając ją Miczi.
Spakowaliśmy wszystko co było nasze i wyszliśmy z domku.
Wszyscy zapakowali się ciasno do wozu i powoli ruszyli. Siedziałam teraz w
bagażniku razem z Markiem, a przed nami na siedzeniach był Irek, Miczi oraz
Krystian.
Ku
naszej uciesze radio w aucie działało i w schowku znaleźliśmy parę płyt. Po
chwili jechaliśmy w rytm starych ballad rockowych. Zapomniałam już jak cudownie
brzmi muzyka, nawet jeżeli nie był to mój ulubiony gatunek to sama myśl o tym,
że była nagrywana w normalnych czasach dawała do myślenia. Czy kiedyś jeszcze
mogło być normalnie?
Przejechaliśmy
parędziesiąt kilometrów na południowy zachód i obserwowaliśmy bacznie drogi.
Nie chcieliśmy na nikogo wpaść, a przy okazji wciąż szukaliśmy działającego
auta. Szczęście ponownie się do nas uśmiechnęło, bo w końcu trafiliśmy na
parking pośrodku lasu, przy którym stała nieduża, drewniana jadłodajnia o
wdzięcznej nazwie „Pod Szopem”. Na parkingu stało zaparkowanych kilka aut, ale
też szwendały się tu trupy. Wyskoczyliśmy wszyscy poza Irkiem, który zasnął
podczas jazdy i wzięliśmy się za przeszukiwanie obszaru.
Ja
ruszyłam wraz z Krystianem i bratem do środka lokalu, żeby zobaczyć, czy możemy
znaleźć tu coś ciekawego. Otworzyłam ze skrzypnięciem drzwi i z nożem w ręku
wkroczyłam do środka. Nie czułam się zbyt pewnie przeszukując takie miejsca,
więc zaraz obok mnie był Krystian z młotkiem w ręku. Marek ubezpieczał tyły,
wciąż był wyczerpany po niewoli i nie chciałam, żeby głupio się narażał, ale
miał w ręku pistolet, żeby w razie czego pomóc nam w nieciekawej sytuacji. Był
dobrym strzelcem. Za czasów, kiedy jeszcze nie rozdzieliliśmy się, a ja nie
wpadłam na Potwora, pojazd Łowcy, to właśnie on posługiwał się bronią palną. Mi
osobiście brakowało łuku, którego niestety nie wzięłam z Ostoi. Miałam
nadzieję, że znajdę jakiś po drodze.
Wnętrze
baru było ciemne, więc nie mogliśmy zauważyć wszystkiego. Moje oczy
zarejestrowały jednak ruch i szybko usłyszeliśmy charakterystyczne jęki
wydawane przez zombie. Zauważyliśmy na razie trzy – jeden był przygnieciony
powalonym stołem, a dwa pozostałe krzątały się za barem. Krystian pokazał mi
ręką, żebym zajęła się tym przygniecionym, a sam ruszył do pozostałych dwóch. Podeszłam
dosyć pewnie, ale straciłam równowagę na czymś, co chrupnęło obrzydliwie.
Prawdopodobnie była to czaszka innego trupa.
Straciłam równowagę, ale nie upadłam. Wpadłam za to w łapy zombiaka przygniecionego
stołem. Złapał mnie dosyć mocno za kostkę, swoją zakrwawioną ręką i próbował
ugryźć. Chwyciłam nóż jedną, zdrową ręką i całym ciężarem ciała zamachnęłam w
stronę jego czaszki. Nóż napotkał pewne
przeszkody, ale ostatecznie wszedł w środek i dotarł do mózgu. Zombie
znieruchomiał, a ja podniosłam się szybko i rozejrzałam, czy nie ma tu jeszcze
jakiegoś wroga. Krystian właśnie dobijał jednego z zombie o blat baru i również
rozglądał w poszukiwaniu kolejnych przeciwników. Nie powinnam była tak ryzykować
z złamaną ręką, ale musiałam pomagać innym, inaczej mogliśmy wpaść w poważne
tarapaty.
Główne
pomieszczenie baru było jednak już puste, więc ja zaczęłam przeszukiwać
pomieszczenie w poszukiwaniu zapasów, a mój brat i mój chłopak poszli na zaplecze.
Za ladą znalazłam parę butelek alkoholu. Zapakowałam je do plecaka, który
przyniósł tu Marek. Następnie przeszukałam jeszcze szafkę wiszącą na ścianie i
znalazłam tam parę listków tabletek przeciwbólowych oraz syrop na kaszel. Je
również wzięłam i dołączyłam na zaplecze. Krystian pokazał mi z dumą stertę
puszkowanego jedzenia, ładnie zapakowanego, jakby specjalnie tu na nas czekało.
Zapasów w wozie nie było zbyt dużo, dlatego znalezienie czegoś takiego
umożliwiło nam przeżyciu kilku dni więcej. Co prawda apokalipsa była jeszcze w
takim stadium, że jedzenia było sporo, szczególnie puszkowanego, ale jednak
takie miejsca najczęściej były już przeszukane. Dlatego tak się cieszyłam.
Opuściliśmy
budynek w dobrych humorach, które poprawiły się jeszcze bardziej, gdy tylko
wyszliśmy na parking i usłyszeliśmy ryk silnika. Jedno z aut działało i co
najlepsze miało spory zapas benzyny. Zapakowaliśmy wszystkie znaleziska właśnie
tam i rozdzieliliśmy na dwie grupy. Jedzenia i picia mieliśmy sporo, ale wciąż
pozostawał problem benzyny. Jeżeli chcieliśmy zajechać gdzieś dalej, koniecznie
musieliśmy pomyśleć o znalezieniu jakichś kanistrów i uzupełniniu ich benzyną.
Nowym
autem ruszyła Łapa, Miczi, Młoda oraz Irek. Ja, mój brat, Krystian oraz Marta
zapakowaliśmy się do starego. Jechaliśmy obok siebie, bo jeżeli teraz byśmy się
rozdzielili to byłoby naprawdę nieciekawie. Wystarczyło już to, że Bobru i
reszta został w Ostoi. Właściwie czułam się trochę głupio, że dołączyłam do
jego grupy, a następnie zabierając parę jego ludzi uciekłam, ale miałam
nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy.
Z racji
iż uciekliśmy w nocy to spaliśmy do popołudnia i teraz po przeszukaniu parkingu
i przejechaniu parudziesięciu kilometrów zaczynało się robić ciemno. Musieliśmy
szukać powoli miejsca na nocleg. Łapa chyba też o tym wiedziała, bo gdy tylko
zauważyła tabliczkę niedużego miasteczka skręciła w jego stronę i wyraźnie
zwolniła, żeby się rozejrzeć. Trzymaliśmy się parę metrów za nimi i również się
rozglądaliśmy. Wioska, do której zajechaliśmy miała szeregi domków po lewo i po
prawo od nas. Były to typowe gospodarstwa i było ciężko wybrać, któryś
konkretny dom bo wszystkie były takie same. Łapa jednak szukała czegoś
konkretnego, bo nie zatrzymywała się jeszcze.
Po paru
minutach zajechaliśmy autami przed sporym, piętrowym domkiem rodzinnym. Był
ogrodzony płotem, a na podwórzu stały dwie stodoły oraz garaż. Szwendało się tu
też sporo zombie, ale miejsce wydawało się być dobre do spędzenia tu nocy.
Wysiedliśmy z samochodów i stanęliśmy obok siebie, żeby szybko zaplanować jak
ma przebiec ta akcja.
- Musimy oczyścić cały
teren, żeby nie było niespodzianek, gdy położymy się spać – zaczęła Łapa.
- Czemu wybrałaś
akurat ten dom? – zapytałam zaciekawiona.
- Magda… Potrzebujemy
odpoczynku, czeka nas długa droga, a ja chociaż nie lubię wygód to ich teraz
zdecydowanie potrzebuje. Zresztą, z tego co się orientuje to jest łowiecki
domek letniskowy, więc przy odrobinie szczęścia znajdziesz tutaj łuk – powiedziała,
po czym uśmiechnęła się. Było miło, że o tym pomyślała.
- Wracając jednak do
ciebie – i w tym momencie odwróciła się do Irka – chciałeś nam pokazać tą swoją „super moc” – ostatnie słowa
zaakcentowała z lekką pogardą.
- Nie wierzysz, że
jestem wyjątkowy? – odpowiedział pytaniem mężczyzna, uśmiechając się pod
nosem.
- Ależ oczywiście, że
wierzę – odpowiedziała – Ale jestem
osobą, która lubi zobaczyć na własne oczy, te niezwykłe rzeczy.
Wtedy usłyszeliśmy strzał.
Krystian krzyknął, żebyśmy wszyscy położyli się na ziemię i schowali, ale nie
było to potrzebne, bo wszyscy machinalnie znaleźli się na ziemi. Strzał był
dosyć odległy, ale i tak nie ruszaliśmy się chwile, żeby zlokalizować kto i
skąd strzelał. Całe szczęście nie strzelano do nas, więc wciąż mieliśmy element
zaskoczenia. Było już dosyć ciemno, więc jeżeli ktoś nie podszedłby wyjątkowo
blisko nas, to nie zauważyłby nas. Młoda
oddychała ciężko, widocznie wystraszona sytuacją, ale Łapa pogłaskała ją po
włosach i szepnęła coś na ucho.
Sama
zastanawiałam się, kto mógł oddać strzał. Czyżby ludzie z Torunia nas gonili? A
może to po prostu przypadkowy ocalały, który walczył gdzieś w wiosce. Z tamtej
strony słychać było strzał, a po chwili kolejny. Jeżeli był tam, to oznaczało
prawie na pewno, że zauważył lub usłyszał jak jechaliśmy. Wyciągnęłam pistolet
i przeturlałam się pod auto. Zombie
jęczały teraz coraz głośniej i wiedzieliśmy, że jeżeli zaraz czegoś nie zrobimy
to będziemy odcięci i zagryzieni i to w prawie całkowitej ciemności.
Łapa w
końcu przejęła inicjatywę, kiedy tylko usłyszeliśmy kroki na ulicy, którą tu
przyjechaliśmy, tuż za bramą. Podbiegła do auta i włączyła światła, po czym
oddała strzał w tamtą stronę. Młodą zapakowała na tylne siedzenie i zamknęła
drzwi. Kiedy światło oświetliło drogę, zobaczyliśmy na niej trzech mężczyzn,
wszyscy ze strzelbami myśliwskimi i ubrani jakby na polowanie. Łapa trafiła
jednego z nich w ramię, a ten zatoczył się i upadł trzymając w miejscu, w
którym dostał.
Dwóch
pozostałych nie było dłużnych i wystrzeliło w naszą stronę. Schowaliśmy się za
autem i usłyszeliśmy tylko dźwięki pocisków przebijające blachy samochodu.
Krystian i Marek odwrócili się i zaczęli walczyć z zombie, które były tuż za
nami. W tym czasie cała reszta oddawała strzały. Jedna z kul myśliwych drasnęła
Miczi w ramię, więc ta schowała się bardziej i zaczęła przeładowywać broń.
Trójka mężczyzn zajęła pozycję przy płocie i stamtąd oddawała co chwilę
strzały. Sytuacja była nieciekawa, zombie z tyłu, ocalali z przodu, a huk
strzałów mógł zwabić w tą okolicę jeszcze więcej trupów.
Co
najgorsze z przodu również zaczęły nadchodzić zombie, które wychodziły z
stodoły i człapały powoli w naszą stronę. Strzelałam tuż przy Łapie, ale
mężczyźni mieli lepsze pozycje i po prostu trzymali nas blisko aut. Jeżeli ktoś
próbował odchodzić w lewo i prawo to ci machinalnie oddawali tam parę strzałów
i trzymali nas w jednym miejscu. Mieli nas w pułapce, bo zombie nadchodziły z
każdej strony i w końcu oprócz strzelania w oprawców, musieliśmy też używać
broni białej do zabijania zombie.
Irek
kucnął przy nas i wychylając się oddał parę strzałów. Nagle odezwał się do Łapy.
- Słuchaj mam plan,
musisz mi tylko pomóc, a załatwię ich – krzyczał, próbując być głośniejszy
od chaosu panującego wokoło.
- Jaki masz niby plan?
- Pobiegnę do przodu i
zaatakuje zombie. Wtedy dam się ugryźć i jak zombie mnie powali to zastrzelisz
go. Zostawicie mnie i pobiegniecie w stronę domu. Jak myśliwi zaczną was gonić
i podejdą do mnie to ich zabije – wytłumaczył, jakby to była najzwyklejsza
czynność na świecie i jakby robił ją codziennie.
- Dasz się ugryźć?
Pojebało cię? Nie po to cię ratowaliśmy, żebyś się teraz poświęcał! – krzyknęła,
a kolejne strzały uderzyły blisko nas.
- Po prostu to zrób,
kurwa! – wrzasnął, po czym nie czekając na reakcję pobiegł do jednego z
zombie z przodu i złapał go. Nie trzeba było czekać długo. Zombie odwrócił się
i ugryzł go prosto w kark. Irek upadł, a Łapa nie wiedząc, co powiedzieć po
prostu strzeliła w głowę trupa i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na to jak
Irek upada, a zombie spada na niego. Nasz nowy towarzysz znieruchomiał i
zamknął oczy.
- Co za idiota… - powiedziała
Łapa – Tak czy siak musimy się wycofać.
Wszyscy! Do tyłu! Przebijcie się do domku!
Wszyscy
posłuchali. Gdy tylko strzały ustały na chwilę, prawdopodobnie w momencie,
kiedy myśli postanowili przeładować, całą siódemką ruszyliśmy w stronę domu po
drodze zabijając trupy strzałami w głowę. Nie mieliśmy teraz czasu na walkę
bronią białą, ale strzelanie też nie było zbyt mądre, bo amunicji nie mieliśmy
zbyt dużo. Jeszcze trochę i będziemy musieli uciekać naprawdę daleko. Co prawda
myśliwi też wystrzelali dużo nabojów, a nieograniczonych rezerw mieć nie mogli.
Byliśmy
już przy drzwiach, kiedy zobaczyliśmy jak myśliwi przechodzą przez bramę. Tym
razem oni zajęli pozycję przy naszych autach, a my uciekaliśmy już do środka i
zamykaliśmy za sobą drzwi. Ktoś szybko zapalił latarkę, ale wnętrze wydawało
się czyste, przynajmniej w korytarzu wejściowym. To rzeczywiście musiał być
domek łowiecki, bo wisiały tutaj głowy różnych zwierząt, niczym trofea. Kolejna
salwa strzałów przebijała się przed drzwi i wybiła jedno z okien, ale my
byliśmy już w całkiem bezpiecznej pozycji.
Słyszeliśmy
kolejne strzały, ale tym razem z innej broni. Widocznie skończyła się im
amunicja do strzelb. W końcu po pięciu minutach wszystko ucichło. Nie
wiedzieliśmy jednak, czy dom nie ma innych wejść, więc dalej czekaliśmy w holu,
bojąc się podejść do okna. Serce biło mi jak szalone i czułam, że zaraz nie
wytrzymam. Teraz słychać było tylko odgłosy naszych, mieszających się oddechów.
Nagle
jednak do serenady naszych oddechów dołączył nowy dźwięk. Kroki na werandzie
domu. Wszyscy wymierzyli w stronę drzwi, ale zamiast prób wyważania, lub czegoś
podobnego, usłyszeliśmy pukanie. Młoda i Marty przycisnęły się bliżej ściany
przestraszone, a reszta wciąż celowała. W końcu drzwi się otworzyły ze
skrzypnięciem, a stanął w nich nie kto inny jak Irek. Gdy nas zobaczył
podskoczył lekko.
- Jezu Chryste, ależ
mnie wystraszyliście – powiedział zamykając za sobą drzwi. W ręku trzymał
strzelby myśliwych.
Nie
wiem kto zdziwił się bardziej na jego widok. Wszyscy chyba równie mocno
otworzyli usta i oczy ze zdziwienia.
- Ty żyjesz? – zapytała
cicho Łapa.
- Jasne, że żyje.
Mówiłem, że jestem wyjątkowy prawda? – powiedział szczerząc się – Ale przyznam, że przyda mi się pomoc.
Chodźcie do któregoś pokoju i pomóżcie mi zatamować krwawienie. No co tak
stoicie? Proszę was, głupio by było zginąć od wykrwawienia się – Gdy to
powiedział minął nas i otworzył pierwsze z drzwi. W milczeniu poszliśmy za nim.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 3,
Blog,
bobru,
część trzecia,
historia,
horror,
Kiciuś,
klimat,
Magda,
nowa droga,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 24,
survival,
szwendacze,
zombie
wtorek, 10 marca 2015
Rozdział 23: W proch się obrócisz
Rozdział 23, ostatni w tym tomie z perspektywy Erniego. Dzień po tym jak Łapa wraz z resztą uciekły wydarzenia zwolniły, ale czy na pewno. Dziara wciąż chce się pozbyć Karła i planuje wykorzystać do tego Bobra oraz coś, o czym jeszcze nie wiemy. Jak się ostatecznie zakończy Plan Dziary? Czy uda mu się wyjść korzystnie z tej sytuacji? Zobaczycie w tym rozdziale, zapraszam do czytania i komentowania :)
----------------------------------------------
Rozdział 23 (Erni): W proch się obrócisz
Gdy
tylko się obudziłem sięgnąłem po dzbanek z wodą i pociągnąłem parę solidnych
łyków. Czułem się okropnie, chociaż wyspanie się w wygodnym łóżku znacznie
poprawiło moją kondycję. Sama podróż i zasadzka były wykańczające, a wczorajsze
pasmo zdarzeń po prostu mnie dobiło. Śmierć Daliona i Smroda, atak na Dziarę, ucieczka
Łapy, Magdy i Miczi, to wszystko stało się w przeciągu paru godzin. Teraz nasza
drużyna była osłabiona. Nie byłem do końca pewien, czy dalej mogłem się do niej
zaliczyć, bo w końcu teraz moim miejscem na ziemi był Toruń, ale gdyby Bobru
miał stąd odejść to prawdopodobnie poszedłbym z nim. Prawdopodobnie.
Wstałem
i ubrałem się wyglądając za okno. Pogoda była ładna, po chmurach nie było widać
śladu, co mnie ucieszyło. Otworzyłem okno, żeby wpuścić trochę powietrza i
wyjrzałem na Plac Główny. Krzątało się tam teraz sporo ludzi, którzy ustawiali
drewniany podest. Bobru wspominał mi coś o jakiejś uroczystości więc nie
zdziwiło mnie to specjalnie. Postanowiłem się przejść. Zszedłem po schodach na
dół i ruszyłem do wyjścia raźnym krokiem. Moja twarz nie wyglądała aż tak źle,
a poza tym mało mnie interesowała opinia innych ludzi. Mam prawo do wyglądania
jak wyglądam szczególnie po tym, co przeżyłem w ostatnich dniach.
Przed
wejściem zauważyłem Dymitra, który palił papierosa. Podszedłem do niego. Jego
broda była teraz dłuższa, a on wyglądał na jeszcze bardziej chudego, niż wtedy,
kiedy go spotkałem na drodze do Torunia. Uśmiechnął się jednak na mój widok i
wyciągnął rękę na przywitanie.
- Już na nogach? – zapytał
ironicznie.
- Kiedyś trzeba
odespać to całe gówno – odpowiedziałem żartobliwie.
- Słyszałem, że miałeś
spore problemy na ostatniej trasie… - zaczął.
- Wiesz co, mam ochotę
na piwo, zabierzesz się ze mną i tam pogadamy? – zaproponowałem.
- Jasne! – powiedział
z entuzjazmem i gasząc papieros o budynek rzucił go do kosza.
Szliśmy
spokojnie, nigdzie nam się na razie nie spieszyło, a ja miałem ogromną chęć na
wypicie piwa. Po prostu tego potrzebowałem. Po drodze spotkaliśmy Mpd, który
tłumaczył coś jednemu ze strażników. Gdy nas zauważył skinął głową i zamachał.
Odpowiedziałem mu skinięciem i wrócił do rozmowy. Do baru było niedaleko, więc
niebawem byliśmy już w mrocznym środku. Teraz jednym źródłem światła były okna
przy samym suficie, które wpuszczały do podziemnej knajpy nieco światła.
Usiedliśmy
przy stoliku w kącie i zamówiliśmy po piwie. W barze było dosyć pusto, ale to
co zauważyłem nieco mnie zdziwiło. Za ladą, w strojach kelnerek pracowały Ola i
Karolina, dziewczyny, które spotkałem na trasie Zbłąkanego Ocalałego. One tak
samo jak ja były więzione przez Daliona i jego zgraję. Nie odbiło się jednak to
na ich psychice, bo jak Karolina przyniosła nam zamówiony alkohol, to uśmiechnęła
się wesoło.
- Więc opowiadaj – poprosił
Dymitr biorąc łyk piwa.
Opowiedziałem
mu bez większych szczegółów jak przebiegły moje ostatnie dni . Po skończonej
opowieści mój towarzysz gwizdnął tylko z uznaniem.
- No nieźle. Widać jak
spotkałeś mnie to nie miałeś takich problemów, co? – zapytał wesoło.
- Oj nie. To był jakiś
feralny wyjazd. Od samego początku. Straciłem kumpla i sporo nerwów… - powiedziałem,
wspominając Cinka. Zostawało coraz mniej ocalałych, którzy przeżyli Królowy
Most. Teraz gdy uciekła Miczi i Łapa to poza mną i Bobrem żył właściwie tylko
Gigant.
- Właściwie to nigdy
nie opowiadałeś o sobie, nie mieliśmy okazji pogadać – powiedziałem zgodnie
z prawdą. Dymitra spotkałem już jakiś czas temu, a teraz coraz bardziej
brakowało mi sytuacji, kiedy mogłem pogadać właściwie z każdym. Otaczało mnie
coraz więcej obcych osób, więc chciałem nieco poszerzyć horyzonty.
- Och moja historia
nie jest specjalnie ciekawa – zaczął – W
sumie przed wybuchem tego gówna miałem kapelę rockową, trochę grałem z kumplami
po mniejszych klubach. Zespół nazywał się „Witanutka”, kompletny spontan – opowiadał
Dymitr zapijając piwem – Śpiewaliśmy po
polsku i po rosyjsku, więc często dawaliśmy koncerty w Rosji i właśnie tam
jechaliśmy, kiedy zaczęło się to… wszystko.
- Na czym grałeś? – zapytałem
zaciekawiony.
- Na gitarze! – odpowiedział
z zapałem.
- Wiesz, wydaję mi
się, że jakaś gitara w Ostoi jest, jak będziesz chciał to popytam po znajomych
– zaproponowałem.
- Och! Byłoby
zajebiście! – ucieszył się brodacz.
- A zawsze poruszałeś
się w grupie? – zapytałem jeszcze.
- Bywało naprawdę
różnie. Czasem łaziłem sam, ale miałem epizody, gdzie kręciłem się z grupką
znajomych. Większość niestety straciłem – przyznał.
- Przykro mi.
- Nie, nie ma sprawy…
Taki jest świat. Ty też sporo straciłeś i w sumie każdy z nas traci – ostatnią
część powiedział nieco niewyraźnie, bo w ustach pojawił mu się papieros – Ważne, żeby trzymać się razem i mieć kogoś
przy sobie. Samotność prowadzi do szaleństwa.
- Masz rację – odpowiedziałem
krótko, po czym przeszliśmy na tematy bardziej przyziemne. W tym czasie do baru
weszła naprawdę ładna dziewczyna, z długimi, rudymi włosami. Wyglądała groźnie
i pięknie zarazem. Dymitr również ją zauważył i spłonął rumieńcem. Widać było,
że mu się podobała.
- Idź do niej zagadać,
może się do nas dosiądzie – zaproponowałem.
- No nie wiem… - powiedział
niepewnie.
- Dajesz, nie bądź cienias
– uderzałem na ambicje, chcąc w końcu zobaczyć coś przyjemnego na oczy, a
nie tylko śmierć, walkę i trupy.
Chłopak
wstał w końcu i nieśmiało podszedł do baru, gdzie stała teraz ruda. Szturchnął
ją nieśmiało, co wywołało uśmiech na mojej twarzy po czym wskazał na nasz
stolik. Ta uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową. Po chwili Dymitr wrócił.
- I co? – zapytałem.
- Zaraz tu przyjdzie –
powiedział i podrapał się po brodzie.
- To chyba dobrze, co?
– zapytałem.
- Mam nadzieję…
Po
chwili dziewczyna dosiadła się do nas.
Miała w ręce kufel piwa, więc zaczynała dzień podobnie. Wyciągnęła do
mnie rękę, którą uścisnąłem.
- Natalia, dla
przyjaciół Ruda – powiedziała.
- Erni, dla przyjaciół
Kiciuś – odpowiedziałem.
- Słodko – skomentowała.
Dymitr
wyraźnie nie wiedział od czego zacząć, więc gdy posłał mi spojrzenie drgnałem,
dając mu znak, żeby się w końcu odezwał.
- Eee… a więc skąd się
tu znalazłaś? Nie widziałem cię wcześniej – zaczął.
- Mieszkałam tu kiedyś
z ojcem. Potem przeniosłam się z nim na Drugi Posterunek, gdzie on jest dowódcą
i byłam tam. Teraz zachciało mi się wrócić i pomóc, wiecie kobiece humory – powiedziała
chichocząc.
- W sumie też tu
niedawno przybyłem, Erni mnie uratował na drodze – opowiedział Dymitr.
- To szlachetne – powiedziała
nieco ironicznie – właściwie to wiecie co
to za podesty na Głównym Placu? Szykuje się jakaś impreza? – zapytała.
- Z tego co wiem, odbędzie
się coś na kształt apelu – odpowiedziałem.
Ruda wzięła łyk piwa i wytarła pianę z ust.
- Brzmi nudnie…
- Czasem trzeba – dodał
Dymitr.
Rozmowa
szybko zeszła na luźniejsze tematy. Okazało się, że Rudą przywiózł to Bobru i
kiedy dziewczyna dowiedziała się, że jesteśmy jego przyjaciółmi to ucieszyła
się. Z tego co zdążyłem zauważyć, była jego fanką. W barze zaczęło się robić tłoczno
i głośno, więc przybliżyliśmy się do siebie twarzami, żeby się lepiej słyszeć.
W tłumie jedzących śniadanie, pijących poranną kawę bądź też herbatę, a także
takich, którzy zaczynali dzień alkoholem jak my, dojrzałem Giganta. Brakowało
mi obecności Karola, kiedy byłem na wyjeździe, a także gdy wróciłem i
dowiedziałem się, że jest w więzieniu i gdy widziałem go teraz swobodnie
poruszającego się po mieście to ucieszyłem się. Pomachałem do niego i gdy ten
podszedł przywitaliśmy się.
- Tak z rana? – zapytał
rozbawiony, patrząc na szklanki piwa, przekrzykując się przez gwar panujący w
lokalu.
- Miałem ostatnio
ciężkie dni – odpowiedziałem.
- W sumie ja też…
zaraz się do was dosiądę.
Po
chwili Gigant dosiadł się do nas z kuflem piwa i szybko przedstawił się
Natalii. Ta była jeszcze bardziej zachwycona.
- Przepraszam, za
ekscytację, ale muszę przyznać, że ten wasz Bobru to bardzo ciekawy człowiek.
Nazwalibyście go dobrym dowódcą? – zapytała.
- Raczej tak. Bez
niego byśmy tu nie byli – odpowiedziałem.
- Ja też mu
zawdzięczam bardzo dużo – stwierdził Gigant.
- Ja w sumie nie
zdążyłem go dobrze poznać. W końcu spotkałem najpierw Erniego, ale wydaje mi
się, że jest dobrym człowiekiem, w końcu uwolnił mnie z więzienia – dodał
Dymitr.
Nagle z
zewnątrz dało się słyszeć próby megafonu. Apel miał się zacząć już niedługo. W
barze zrobiło się aż ciszej, jakby wszyscy nasłuchiwali ledwo słyszalnego w
podziemiach „raz raz, próba”.
- Chyba będziemy
musieli się tam przejść. To może być ciekawe, jeżeli do apelu dołączą egzekucję
– stwierdziłem.
- Egzekucję? – zapytała
zaciekawiona Ruda.
- Tak. Jeden z
towarzyszy Bobra, którego poznał on w drodze… - zacząłem.
- Był pieprzonym
kanibalem i chciał mi zjeść nogę – dokończył dobitnie Gigant.
- Tak mniej więcej – ciągnąłem
opowieść widząc, że Rudej się podoba. Wziąłem łyk piwa – W sensie był kanibalem, ale z tego co słyszałem poza tym, że zabił paru
ludzi Łapy i okaleczył ciebie Karol, to uratował tez parę razy życie ekipy z
Potwora. Tak Łowca nazwał swojego tira – wytłumaczyłem Natalii, gdy ta
spojrzała nieco zdezorientowana.
- A potem zabił
Natalię – dodał Gigant i szybko wytłumaczył, że była kiedyś inna Natalia,
którą Bobru kochał, a która została zabita na ulicach Torunia.
- To było na samym
początku i właściwie dlatego Bobru nigdy nie polubił tego miejsca. Nawet jeżeli
mówi inaczej, to ja go znam i wiem, że zawsze gdy zostaje sam na sam z myślami
to wraca do tej sytuacji. Podejrzenia wskazują Jakuba, ale niektórzy też
mówili, że to… Łapa – powiedziałem.
- Sam nie wiem – stwierdził
nieco niepewnie Gigant.
- Teraz już się nie
dowiemy. Nie wiem czy słyszałeś, ale Łapa, Magda oraz Miczi, a możliwe, że ktoś
jeszcze, uciekli wczoraj z Ostoi – powiedziałem, bekając po wypitym piwie.
- Uciekły? Jak Bobru
to przyjął? – zapytał.
- Pewnie będzie
przybity, w końcu nawet ja widziałem, że polubił tą dziką dziewczynę – wtrącił
się Dymitr.
- Mówicie, o takiej
czarnowłosej, ubranej na czarno dziewczynie? Chyba widziałam ją, jak tu
przyjechałam. Witała się z Bobrem – odpowiedziała nieco nieprzytomnie Ruda,
jakby próbowała sobie przypomnieć, co tak właściwie się wtedy stało.
- Tak, to na pewno ona
– stwierdził Gigant.
- Ja tam jej nie
lubiłem, więc tęsknić nie będę – dodałem. Wciąż pamiętałem ciało swojego
brata pod mostem w Królowym Moście. To była jej sprawka i chociaż później Bobru
zgodził się z nią na sojusz to nigdy nie mogłem jej do końca wybaczyć.
Nagle
usłyszeliśmy głos Szeryfa, dobywający się z zewnątrz, wzmocniony przez megafon.
- Chyba czas na nas – powiedział
Dymitr i podniósł się. Ruda, Gigant i ja również wstaliśmy i skierowaliśmy się
do wyjścia.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie
było teraz mnóstwo ludzi. Na podwyższeniu stał Bobru, Szeryf, Karzeł, ksiądz
Jan oraz postać z workiem na głowie, która była związana. Karol oraz Dymitr
wymienili jakieś słowa pokazując sobie księdza, ale nie skomentowali tego na
głos, więc nie pytałem nawet o co chodzi. Prawdopodobnie zastanawiali się
dlaczego nie ma Józefa, ale nie chciało mi się teraz o tym opowiadać. Ten apel
zapowiadał się ciekawie, jeżeli miał być połączony z egzekucją Jakuba.
Dołączyliśmy
do tłumu i stanęliśmy po prawej stronie, żeby być całkiem blisko sceny, a
zarazem nie być w centrum uwagi. Ceremonia rozpoczęła się, kiedy usłyszeliśmy w
głośnikach głos Jana.
- Myślisz, że to może
być on? – zapytał niedowierzając Dymitr.
- Na to wygląda… - odpowiedział
Gigant.
- Możecie powiedzieć,
o czym tak zażarcie dyskutujecie? – zapytałem.
- Chyba jest ze mną
coś nie tak, ale ten ksiądz wygląda dokładnie tak samo jak dowódca Gangu, którego
spotkaliśmy na moście między Czwartym Posterunkiem a Toruniem – wytłumaczył
Gigant. Właściwie to nie zdziwiłoby mnie to, gdyby Dziara współpracował z
Gangiem, ale podobno ich dowódca nie żył już, co wytłumaczyłem szybko reszcie.
- Sam już nie wiem – stwierdził
Gigant patrząc na scenę, gdzie Jan przekazał głos Bobrowi.
- Ja również was
witam, dzisiaj zastąpię Dziarę jako kapitan Czerwonych Flar i będę się starał
pomóc wam w ubezpieczaniu tego apelu – powiedział dosyć pogodnym głosem.
Przez tłum przeszła fala szeptów. Z bliska dało się usłyszeć, że ludzie pytają
co z Dziarą i dlaczego Bobru go zastąpił na tak ważnym wydarzeniu.
- Nie wiem czy
słyszeliście – podjął Bobru – ale
Dziara został zaatakowany wczorajszego wieczora. Jego stan jest stabilny, ale
poleży trochę w szpitalu i w tym czasie ja przejmę jego obowiązki. Jeżeli kogoś
interesuje posada Czerwonej Flary to przeprowadzam nabór i chętnych zapraszam
do Kwatery Głównej. Przypominam, że aktualny skład Czerwonych Flar to ja,
Dziara, Pablord, Mateusz, Maciek, Agnieszka, Wiktoria oraz Filip. Szukamy dwóch
nowych osób, które zasilą nasze szeregi, żeby Ostoja pozostała miejscem takim
jak jest teraz, a nawet lepszym – wyrecytował Bobru. Myślałem, że poradzi
sobie nieco gorzej z wystąpieniem przed tak dużą publiką oczekującą od niego
wielu rzeczy, ale radził sobie całkiem nieźle i mówił swobodnie i z
przekonaniem.
Gigant
uśmiechnął się.
- Myślicie, że jest
szansa, żebym się dostał? – zapytał jakby sam siebie, chociaż pytanie było
skierowane do nas.
- Jak Bobru jest tak
wysoko, myślę, że nie będziesz miał z tym najmniejszych problemów – powiedziałem.
- Ja chcę dodać od
siebie, że dalej pracujemy nad sprawami ostatnich incydentów w Ostoi – włączył się do rozmowy Szeryf –
i postaramy się złapać sprawców. Niestety
podejrzewamy, że osoby odpowiedzialne za zdarzenia z ostatnich tygodni w Ostoi
zbiegły i ze złapaniem ich będzie pewien problem, ale postaramy się ich złapać
nawet poza granicami Ostoi – zapewnił i oddał megafon Janowi, który zaczął
czytać przypowieść z Pisma Świętego.
Cały
plac milczał, chociaż gdzie nie gdzie dało się słyszeć szepty. Ludzie
dyskutowali, a propos ostatnich zdarzeń i nie dało się ukryć, że każdy miał
swoje zdanie. Jakaś para stojąca obok naszej grupy przeklinała Karła i jego
ostatnie działania, a z kolei dwóch starszych mężczyzn stojących na lewo od nas
domagało się stracenia Dziary zaraz obok Jakuba.
W końcu
po paru historiach opowiedzianych przez Jana, ten przekazał głos Karłowi.
Wojciech stanął na przedzie i zaczął mówić.
- Przejdę teraz do
mniej przyjemnej części całego tego apelu, chociaż dla wielu może ważniejszej i
bardziej ciekawej – zapowiedział po czym podszedł do więźnia – Za chwilę ten oto człowiek za wszystko co
zrobił zostanie powieszony publicznie, ku przestrodze innych przestępców,
którzy chcą zniszczyć naszą społeczność. Moim zadaniem jako waszego dowódcy
jest pilnowanie porządku i postaram się dopełnić swojej roli. Ten człowiek jest
oskarżony o liczne morderstwa przed pojawieniem się w Ostoi oraz w samym
kompleksie. Dodatkowo jest podejrzany o kanibalizm oraz ucieczkę z więzienia.
Czas z tym skończyć – to mówiąc sięgnął ręką, żeby rozwiązać worek na jego
głowie i go uwolnić, ale w tym momencie przerwał mu Jan. Ksiądz podszedł i
szepnął coś do niego. Ten spojrzał nieco zdziwiony najpierw na niego, a potem
na Bobra.
Obserwowaliśmy
całą sytuację wraz z innymi z lekkim niepokojem, a po chwili zauważyliśmy, że
Karzeł rozcina więzy krępujące ręce Jakuba i uwalnia go. Następnie poprowadził go
na podest, gdzie ustawiono prowizoryczną szubienicę, ale coś nie pasowało.
Jakub szedł bardzo nienaturalnie, jakby nie miał sił i widząc to sięgnąłem
odruchowo po pistolet. Coś było nie tak. Nie zareagowałem jednak głośniej, a
mogłem. Po prostu obserwowałem jednak, jak pozostali ludzie, a teraz była tu
praktycznie cała Ostoja nie licząc ludzi pilnujących barykad, chorych oraz
tych, których to kompletnie nie obchodziło. Zapadła cisza, kiedy Jakub był
ustawiany na podeście i Wojciech sięgnął do worka przykrywającego jego głowę i
go odsłonił.
Wtedy,
nawet z daleka, dało się zauważyć coś strasznego. Twarz Jakuba wyglądała
jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Pomarszczone oblicze zamiast normalnego koloru
było sine i po chwili dało się wywnioskować, że Jakbu już nie żył. Był zombie.
Nikt nie zdążył jednak zareagować i po chwili wszyscy wydali z siebie głośne
„oooch…”, kiedy zombie kanibala wgryzło się w szyję zaskoczonego dowódcy Ostoi
i uwolniło falę czerwonej jak wino krwi. Pierwszą osobą, która zareagowało był
Bobru, ale było już oczywiście za późno. Karzeł upadł tarzając się w kałuży
własnej krwi, a zombie nie zaprzestało uczty.
Bobru
wyciągnął pistolet i wymierzył w głowę trupa oddając jeden, celny strzał.
Wszyscy na około zaczęli panikować, a ja nie wiedziałem co się dzieje.
Niektórzy zaczęli odbiegać w panice do tyłu popychając całą naszą grupę, ale
nie łatwo było się przebić przez Giganta. Szeryf stał z szeroko otwartą buzią
nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ale wtedy stało się coś jeszcze bardziej
zaskakującego. Bobru wskazał palcem księdza. Z racji iż miał w rękach megafon
krzyknął.
- To
twoja sprawka. Ty uwolniłeś zakładnika i dałeś mu zginąć! – ryknął tak przerażająco, że niektórzy dołączyli się do
uciekających. Szeryf podbiegł do Karła próbując go uratować, ale wiedział, że
nic już nie zdziała. Zombie ugryzł Wojciecha prosto w szyję. Nie było ratunku.
Bobru nie czekał. Wymierzył w Jana i strzelił parę razy. Wszyscy zamilkli i
było słychać dokładnie, gdy ciało księdza upadało na drewnianą posadzkę.
Rozpętał się prawdziwy chaos.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 3,
Blog,
bobru,
część trzecia,
historia,
horror,
Kiciuś,
klimat,
Magda,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 23,
survival,
szwendacze,
w proch się obrócisz,
zombie
Subskrybuj:
Posty (Atom)