Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 4. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2016

Rozdział 4: Wspólnymi siłami

Rozdział czwarty, drugi z perspektywy Bobra. W tym rozdziale grupa oficjalnie wyjeżdża z Inowrocławia w kierunku Płocka. Chociaż wiedzieliśmy już z poprzedniego rozdziału, że udało im się kawałek przejechać, to teraz dowiemy się jak daleko dojadą i co spotka ich po drodze. Ta część historii zaczyna się mniej więcej w momencie, w której zaczął się ostatni. Rozdział raczej mało ważny fabularnie, trochę w charakterze fillera (chociaż skupia się na ważnych relacjach pomiędzy osobami w grupie Bobra), ale i tak warty przeczytania. Zapraszam do tego serdecznie i zachęcam do komentowania i wyrażania opinii oraz zadawania pytań :)

POV:
Bobru - Rozdział 4 - Dzień 2-3
Erni - Dzień 2-3 - Erni jest w tym czasie na drodze
Zuza - Dzień 2-3 - Zuza w tym czasie idzie tropem Potwora

-------------------------------------------------

Rozdział 4: Wspólnymi siłami (BOBRU)


                Silnik Potwora pracował głośno. Byliśmy w drodze od dzisiejszego ranka, ale jechaliśmy dosyć powoli. Atmosfera nie była najciekawsza. Łapa przyznała się do tego, że zabiła Natalię. Chociaż zawsze dopuszczałem taką opcję, to teraz kiedy to usłyszałem od niej samej, podłamało mnie to. Wszystko w co wierzyłem było oparte na tym, że to była wina Jakuba. To on zapłacił za jej śmierć,  przy okazji będąc pionkiem w rękach Dziary. Człowiek, którego uważałem za potwora, który był kanibalem okazał się być bardziej ludzki od niej. Chciałem się zmienić, ale nie potrafiłem wyrzucić z głowy tej myśli. Wisiała ona tam, jakby przybita gwoździem ,którego nie dało się wyjąć bez odpowiednich narzędzi.
- Pablord! Chodźcie do cholery, odjeżdżamy – krzyknął Łowca.
- Sekunda! – usłyszałem odpowiedź Pablorda.
                Pola, na których się znaleźliśmy, były pełne wraków aut. Wybiliśmy tutaj grupkę trupów, która podążała w stronę lasu, a przy okazji zrobiliśmy mały postój. Łowca wsiadł do środka wzdychając ciężko. Potworem jechało teraz trzynaście osób. Bywało ciasno, ale każdy miał swój kąt i po wyciągnięciu skrzyń z amunicją, które Łowca kiedyś przewoził, zwolniło się nieco miejsca. My nie mieliśmy dużo zapasów. Dymitr siedział teraz na miejscu pasażera i dyskutował o czymś z jednookim. Brakowało mi niektórych osób. Żałowałem, że w tak ciężkiej dla mnie chwili, nie ma przy mnie Erniego albo Sołtysa. Sołtys był ogromnym filarem, który został zburzony w Toruniu, zostawiając po sobie ogromną dziurę. Erni po prostu odciął się i chociaż nie narzekałem na brak bliskich, otaczających mnie, to brakowało mi tych, których nie było już na tym świecie, albo opuścili mój świat.
                Podszedłem do przodu, mijając Giganta, który spał na siedząco. Ika, była do niego przytulona. Uśmiechnąłem się widząc to i przeskoczyłem nad leżącym na podłodze Mpd podchodząc na przód pojazdu.
- I tak to jest – zakończył mówić coś Dymitr i spojrzał na mnie – Co tam Bobru?
- Bywało lepiej – przyznałem szczerze – A jak wy się trzymacie? Wyglądacie jakby coś was porządnie męczyło.
Było to zgodne z prawdą. O ile każdy z nas był na swój sposób zmęczony ciągłym podróżowaniem, walkami z zombie i ocalałymi, to jednak na twarzach tej dwójki było widać coś jeszcze. Nie byłem pewien co to jest.
- Wiesz jak to jest. Wróciliśmy z tych punktów i to naprawdę było… przerażające. Te całe stado – odpowiedział Łowca. Nie pomyślałem o tym wcześniej w ten sposób, ale przecież grupa od punktów strategicznych zobaczyła już stado trupów, które w ogromnych ilościach przechodziło przez kraj, zbierając kolejne żniwa. Do nas też miał dojść, ale miałem szczerą nadzieję, że będziemy już do tego czasu gotowi. A czasu nie zostało zbyt dużo – Poza tym Irek przepadł. Pobiegł za tą babą… ja bym nie ratował osoby, której nie znam. A chociaż jeździliśmy tyle czasu to nie poznaliśmy jej. To było zwykłe babsko z Inowrocławia.
                Dymitr wyciągnął rękę i poklepał Łowcę po plecach. Zaskakiwało mnie czasami, jak to nieszczęścia łączą ludzi. Nie chodziło nawet o ten przypadek, gdzie Dymitr i Łowca zostali przyjaciółmi po wspólnej pracy i emocjach. Nie znalibyśmy się gdyby nie apokalipsa zombie i chociaż wiedziałem, że świat teraz jest podły i nikt z nas nie pożyje zbyt długo to jednak poznałem niesamowitych ludzi, których prawdopodobnie bym nawet nie zauważył mijając na ulicy, o ile w ogóle byśmy się znaleźli na jednej ulicy.
                Nagle drzwi od ładowni się otworzyły i do środka weszła Łapa i Pablord. Łowca odwrócił się przez bark.
- Wszyscy są? No to lecimy! – zawołał odpalając silnik. Po chwili pojazd  jechał swoim tempem do przodu. Ja usiadłem w miejscu, w którym przed chwilą stałem i zacząłem czyścić broń. Do Płocka było jeszcze dalej niż do Płońska, w którym znajdował się obóz Feline, więc zdawałem sobie sprawę z tego, że podróż będzie długa, a wypuścimy się w kompletnie nieznane. Dlatego musiałem uspokoić się i przygotować.  Jazda w ładowni była wbrew pozorom całkiem dobrą okazją na odsapnięcie i zrelaksowanie się w znajomym gronie. Zombie nie miały najmniejszych szans dostać się do środka, a jedynym poważnym zagrożeniem były blokady drogowe. Potwór był ogromnym pojazdem i przejechanie miasta często było niewykonalne. Wszystko przez znajdujące się tam pojazdy pozostawione na drodze, a często też inne obiekty, które znalazły się tam w jakiś sposób.
                Niedługo potem zjechaliśmy z pól i wjechaliśmy do lasu. Drzewa otaczały nas z obu stron, zasłaniając jakikolwiek widok. Dymitr chciał się przespać więc zmieniłem go na pozycji pasażera, przy okazji pomagając Łowcy w nawigacji. Chociaż znał okoliczne drogi to jednak sporo się pozmieniało i trzeba było podejmować wiele trudnych decyzji. Widziałem jednak pełne skupienie na jego twarzy.
- Dojeżdżamy do Brześci Kujawskiej – powiedziałem Łowcy wskazując miejsce palcem na mapie. Spojrzał zwalniając pojazd.
- Chyba powinniśmy przejechać, co? – zapytał.
- To jakaś nieduża mieścina, jak coś to ominiemy, bardziej obawiam się przejazdu przez rzekę – stwierdziłem pokazując Włocławek. Znajdowaliśmy się teraz po drugiej stronie Wisły. W tych terenach nie byłem nawet przed apokalipsą, a teraz mieliśmy  naprawdę ważną decyzję do podjęcia – Co jeżeli Włocławek będzie nieprzejezdny? Zawracanie do Torunia zajmie nam masę czasu.
- Od biedy moglibyśmy spróbować pojechać tą stroną rzeki aż do Płocka. Jeżeli most będzie tam zablokowany to i tak będziemy go musieli oczyścić jak mamy się tam osiedlić – zauważył Łowca.
- Niby tak, ale oczyszczanie mostu nie jest najważniejsze, a stado prawdopodobnie dotrze w te rejony za góra tydzień. Mamy strasznie dużo do zrobienia.
- Nie martwmy się tym na razie. Zaufaj mi, jakoś przejedziemy – zapewnił mnie i uśmiechnął się.
Chciałem w to wierzyć.
                Przejechanie przez mieścinkę nie sprawiło nam żadnych problemów. Drogi były całkowicie puste, a parę domków i sklepów wydawało się opustoszałych. Ulicami przechadzały się trupy, ale nie mogły nic nam zrobić. Jeden z nich stał na środku drogi i szedł powoli w naszą stronę. Łowca nawet nie starał się go wymijać, przyspieszając nieco staranował go i pojechał dalej. Mechanizm zamontowany z przedniej strony tira był idealny do rozrywania stojących nam na drodze przeszkód. Radził sobie z mniejszymi grupami, a z odpowiednią prędkością poradziłby sobie na pewno z większą bandą.
                Wyjechaliśmy ponownie na drogę z obu stron otoczoną przez pola. Rządek drzew wydawał się wyznaczać drogę, starając się schować dużą przestrzeń za nimi. W oddali było widać co jakiś czas pojedynczy dom lub większy budynek, ale nie były warte tego, żebyśmy się zatrzymali. Poza tym pola były całkowicie puste. Dziwił mnie nieco fakt, że nie widzieliśmy nawet jednego trupa, ale słońce świeciło bezlitośnie, a ja nie rozglądałem się aż tak dokładnie. Brak trupów zazwyczaj oznaczał, że w okolicy coś się działo, albo ktoś je po prostu wybił, ale starałem się być dobrej myśli. Spędziłem sporo czasu rozmawiając z Benem o okolicach i powiedział, że wie o paru mniejszych grupach, które kręcą się po okolicy, ale największym zagrożeniem była Warszawa, a właściwie jej okolice. Płock był jednak oddalony całkiem konkretnie od tego skupiska, co prawie wykluczało szansę spotkania większej grupy, a wierzyłem, że te mniejsze będą się bały nas.
- Czy to stacja? – wybił mnie z zamyślenia głos Łowcy.
                Spojrzałem na miejsce pokazywane przez niego po lewej stronie, tuż przed tym jak trasa przecinała szeroką drogę krajową. Rzeczywiście zauważyłem charakterystyczne zabudowania, z wytartym, podniszczonym napisem oraz stojącą dzielnie tablicą informującą jakie są ceny paliw.
- Tak. Chyba możemy tu na chwilę zajechać, co? – zapytałem.
- Myślę, że to dobry pomysł. Jakieś dodatkowe paliwo się nam przyda. A jak będzie tu tego więcej to wrócimy tu z czasem i zabierzemy resztę.
Łowca skręcił i po chwili podjechaliśmy do jednego z stanowisk ładownia. Obróciłem się, żeby przekazać to reszcie.
- Słuchajcie, zrobimy tutaj małą przerwę. Mamy stacje paliw, może coś tu znajdziemy – powiedziałem.
- Przygotuje kanistry – zawołał Pablord, zrywając się i podchodząc do kąta, gdzie były nasze zapasy oraz dodatkowe rzeczy, przydatne w drodze.
                Drzwi od ładowni się otworzyły i wysypaliśmy się ze środka niczym drużyna antyterrorystyczna. Wszyscy uzbrojeni zaczęliśmy się rozglądać, czy nikogo nie ma w pobliżu. Miejsce jednak wydawało się puste. Dwa trupy, które stały na tyłach szły do nas powolnym krokiem, ale wiedziałem, że nie sprawią nam większych problemów. Widoczność z tego miejsca była dobra, mogliśmy obserwować rozciągające się aż do linii drzew pola, oraz duży odcinek drogi. Zadowolony z zajęcia miejsca poszedłem pomagać Łowcy i Dymitrowi przy dyspozytorach paliwa. Okazało się, że było w nich jeszcze całkiem sporo benzyny, więc napełniliśmy trzy kanistry, dokładając je do reszty i zatankowaliśmy i tak naładowany wóz do pełna. W tym czasie Krystek, Pablord oraz Józef poszli do wnętrza budynku, wracając z trzema kartonami.
- Co to? – rzucił do nich Mpd.
- Czasopisma, fajki i przekąski – odpowiedział uradowany Krystek.
- Idealny sposób na nudę – podsumował Pabi.
                Zapakowaliśmy wszystko do wozu i po chwili wyruszyliśmy ponownie. Od Włocławka dzieliło nas teraz kilkanaście kilometrów, więc w przeciągu dwudziestu minut mieliśmy być na miejscu.  Przejeżdżając przez miejsce przecięcia drogi krajowej z tą, którą jechaliśmy, zobaczyliśmy, że drogą, około trzydziestu metrów od nas ktoś idzie.
- Zatrzymaj się – poprosiłem Łowcy i po chwili z ręką gotową do wzięcia broni wysiadłem razem z Pablordem i Gigantem. Ocalały, a właściwie ocalała nie wyglądała na przestraszoną. Szła do nas powoli trzymając ręce na rączkach od plecaka. Gdy była parę kroków od nas zatrzymała się.
- Hej – powiedziała dosyć głośno. Coś w jej pewności siebie przerażało mnie, ale było to raczej głębokie i niezauważalne w mojej postawie.
- Jestem Bobru, a to Pablord i Gigant – przedstawiłem nas po kolei spokojnym głosem. Wiedziałem, że teraz mam dwa wyjścia. Albo mogłem wyciągnąć broń i ją okraść, a może nawet zabić, albo z nią porozmawiać i pomóc. Chociaż natura podpowiadała mi, żeby sięgnąć po broń to jednak walczyłem z tym wiedząc, że nie odbuduje cywilizacji mierząc do każdego spotkanego człowieka, szczególnie, że była to samotna i bezbronna kobieta, która nawet nie próbowała uciekać czy się bronić – Możemy ci jakoś pomóc?
                Kobieta, chociaż wydawała się być nieustraszona to widocznie odetchnęła z ulgą. Patrzyła na nas jednak tak, jakby to miało ją ochronić przed ewentualną agresją.
- Właściwie to tak. Jestem Alicja i trochę się zgubiłam – przyznała. Kiwnąłem głową i podrapałem się po brodzie.
- Czego szukasz? Znamy te okolice i możemy ci wskazać kierunek – zaproponowałem. Pablord i Gigant rozglądali się, jakby spodziewali się, że nagle pojawi się tu grupa ocalałych, która zacznie nas atakować. Cieszyłem się, że stali na baczności, kiedy ja opuszczałem nieco gardę.
- Właściwie – powiedziała – to też znam te okolice. Mieszkałam trochę w jednym z okolicznych obozów, ale odeszłam i teraz idę w stronę Warszawy.
- Warszawy? – zdziwił się Pablord – Przecież w tak dużym mieście jest o wiele niebezpieczniej niż na drodze.
- Dodatkowo stamtąd idzie stado zombie – dodałem – Jeżeli już bym gdzieś szedł to w przeciwnym kierunku.
- To prawda, ale szukam kogoś… to dosyć skomplikowane – zamotała się nieco.
- W jakim obozie mieszkałaś? – wtrącił Gigant.
- Na Drugim Posterunku. Właściwie nie będę ściemniać, że cię kojarzę Bobru. Byłeś tam parę razy. Ciebie też kojarzę – powiedziała wskazując Pablorda.
- Jesteś z Drugiego Posterunku? – zapytałem zdziwiony – Dlaczego stamtąd uciekłaś? To drugi, od razu za Toruniem, najbezpieczniejszy punkt w okolicy – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Tak jak już mówiłam, idę do Warszawy. Mam jednak problem z mapą i nie wiem dokładnie gdzie jestem, a dodatkowo kończą mi się zapasy, każda butelka wody byłaby dla mnie zbawieniem.
                Spojrzałem na Pablorda. Ten tylko kiwnął głową i pobiegł w stronę Potwora.
- Jesteśmy przy Włocławku. Kolejnym dużym miastem jest Płock, oczywiście jak będziesz trzymała się rzeki – powiedziałem. Dalej trzymaliśmy pewien dystans, ale nie czułem już zbytniej nieufności, jeżeli pochodziła z Drugiego Posterunku to była praktycznie jak swoja. Co prawda miałem wrogów tam i w Toruniu, dalej pamiętałem jak zaatakowali mnie pod Kwaterą Główną Czerownych Flar, ale byłem w stanie pomóc tym ludziom. A  Alicja wyglądała na naprawdę spokojną i porządną dziewczynę.
- Jesteś pewna, że nie chcesz zabrać się z nami? Mamy działający transport, który jest jak twierdza na kółkach, zgraną ekipę, a gdy tylko dojedziemy do Płocka i zrobimy co trzeba moglibyśmy ci pomóc wrócić w nasze strony.
- Naprawdę dziękuję. Trochę wody i pójdę dalej drogą – zapewniła – Swoją drogą to zabawne, bo dosłownie parę godzin temu rozstałam się z dziewczyną, która bardzo chciała znaleźć Toruń. Wychodzi na to, że miała pecha.
- Jechaliśmy z Inowrocławia i nikogo nie widzieliśmy, więc pewnie poszła prosto na północ – stwierdziłem.
- Właściwie to jej wskazałam drogę do Inowrocławia, może trzymała się dalej od drogi.
                W tej chwili Pablord wrócił z dużą butelką wody i dwoma puszkami fasoli. Podszedł do dziewczyny i uśmiechając się wręczył jej to. Podziękowała, po czym pożegnała się i ruszyła w swoją stronę, życząc nam powodzenia. My wróciliśmy do środka Potwora i ruszyliśmy dalej przed siebie.
- Jakie to zabawne uczucie spotkać w końcu człowieka, który nie zaczyna rozmowy od salwy z pieprzonego pistoletu – zakończyłem takimi słowami streszczenie wydarzenia reszcie ekipy.
- Może jednak miałam rację? – zapytała Łapa.
- Jak mogłaś zobaczyć coś, czego nie widziałem ja siedząc przy  Łowcy? Z nim to wiadomo, jedna gała, to mało widzi, ale ja? – włączył się do rozmowy Dymitr.
- Poczekaj aż wysiądziemy – zagroził Łowca.
- Ty pewnie kimałeś, albo nie uważałeś. Jak zwykle – odgryzła się Dymitrowi Łapa.
                Dojeżdżaliśmy coraz bliżej miasta, trafiając na pierwsze zabudowania. Czas podróży umilaliśmy sobie czytaniem starych czasopism, opisujących wielkie problemy świata z tych spokojnych czasów. Była to relaksująca i zabawna lektura. Nie potrafiłem jednak się całkowicie odprężyć bo coraz bardziej męczyła mnie kwestia tego, czy przejedziemy przez to miasto. Od tego zależało wiele planów. O ile ziemie po których teraz jeździliśmy były dla nas niewiadomą, to dalsze podróżowanie tą stroną brzegu było jeszcze gorsze. Nie dość, że byliśmy niedaleko Warszawy, o której nie wiedzieliśmy za dużo, oprócz tego, że stamtąd szło stado zombie, które teraz musiało już być całkiem niedaleko Płocka. Płock był miastem, które były położone idealnie w połowie drogi pomiędzy Toruniem i Warszawą, a przewidując drogę trupów, wiedzieliśmy, że właśnie tamtędy będą szły.
                Podszedłem do Giganta, który jak zwykle przed akcją ostrzył swój miecz.
- Możemy pogadać? – zapytałem.
- Jasne Bobru. O co chodzi?
- Byliście wtedy na obrzeżach Warszawy, żeby postawić ten ostatni punkt, prawda?
Potwierdził skinieniem głowy.
- Możesz mi powiedzieć coś więcej? Czy było widać coś oprócz hordy?
- Wiesz Bobru, właściwie powiedziałem wszystko co pamiętałem po powrocie. To był tydzień temu, ale poza hordą nie było tam nic szczególnego.
- Był dym. Nie pamiętasz? – wtrącił się do rozmowy Krystek.
- Dym? – zapytałem.
- Och no tak. Całkowicie zapomniałem, ale w sumie to nic wielkiego. Po prostu gdzieś na obrzeżach Warszawy widzieliśmy dym. Ale nie widzieliśmy nawet skąd leci – zapewnił mnie zatrzymując na chwilę osełkę
- Może nic wielkiego, ale jednak to oznacza, że ktoś tam był – powiedziałem – Może Irek tam jest?
- Ehh jego bym skreślił. Biegł w las prostopadle do nadchodzącego stada. Jak mu się jakimś cudem by udało to by już wrócił, nawet z buta. Myślę, że zbyt się zżył z nami, żeby po prostu znikać – powiedział Gigant.
- Hej panienki, dojeżdżamy. Koniec gadania – rzucił głośno Łowca. Dopiero teraz zauważyłem, że cicha  rozmowa przerodziła się w dialog, którego słuchał cały pojazd.
                Kiwnąłem głową i podniosłem się. Kazałem reszcie się przygotować. Chociaż nie podejrzewałem, żeby znaleźć tu czyjś obóz, to wolałem dmuchać na zimne. Lepiej mieć broń w ręce. Pojedyncze zabudowania przerodziły się w ulice, otoczone budynkami. Były to raczej niskie bloki trzypiętrowe, przypominające mi akcje z Jakubem podczas jazdy w stronę Torunia, aniżeli wieżowce. Przesiane były sklepami, aptekami i podobnymi miejscami. Nie mieliśmy jednak czasu, ani odpowiedniego przygotowania, żeby je przeszukać. Nie taki był nasz cel. Łowca kierował się znakami, które wyraźnie prowadziły na most. Lekko mnie zaniepokoił fakt, że wszędzie było widać  trupy. Miasto wyraźnie było niebezpiecznym miejscem i szybko poczułem znajomy niepokój przeszywający moje ciało.
                Drogi całe szczęście były przejezdne. Co prawda raz mieliśmy problem i prawie zablokowaliśmy się o śmieciarkę stojącą na poboczu, ale całe szczęście Łowca dał sobie radę i ruszyliśmy dalej. Byliśmy teraz dosyć blisko rzeki i już z daleka było widać most. Był nieduży kawałek przed nami. Niestety stąd ciężko było określić, czy był przejezdny, czy nie. Z racji iż wróciłem na miejsce obok Łowcy, mogłem dokładnie obserwować jezdnię, a dodatkowo patrzeć na samego kierowcę. Widać było, że na twarzy jednookiego pojawił się niepokój.
- Co jest? – zapytałem w końcu.
- Strasznie dużo zdechlaków. Cholerna droga jest ciasna jak nie powiem co. Boje się, że możemy tu utknąć, ale teraz już nie ma odwrotu – powiedział to jakby przez zaciśnięte zęby.
- Most już blisko – starałem się pocieszyć.
                Wjechaliśmy w jeszcze ciaśniejszą ulicę niż wcześniej. Zastanawiałem się jakim cudem Łowca omija kolejne wraki aut, czy inne obiekty zagradzające części drogi. Manewrował pomiędzy kolejnymi przeszkodami, przebywając kolejne zakręty i zbliżając nas do celu. Byłem pewien, że uda nam się dotrzeć do celu, gdy nagle po zakręcie zobaczyliśmy, że uliczka, w którą skręciliśmy kończy się ślepym zaułkiem, z blokadą samochodową i znacznie za małym przejściem dla pieszych. Łowca zatrzymał się gwałtowanie i spojrzał w boczne lusterko. Przesuwając dźwignię skrzyni biegów zaczął kręcić kierownicą i cofać. Niestety widoczność nie był idealna i usłyszałem jak w coś uderzyliśmy.
- Kurwa! – krzyknął Łowca.

Spojrzałem w lusterko ze swojej strony, ale nie zauważyłem nic, co mogłoby blokować nam koła. Chociaż nie było jeszcze ciemno,  to słońce już zachodziło i ciężko było zauważyć cokolwiek. Dymitr stał za nami i patrzył z przerażeniem na całą sytuację. Było źle. Jeszcze gorsze było to, jak coś uderzyło głucho w ścianę wozu. Pojazd nie mógł ruszyć się ani w tył ani w przód, a coś ewidentnie blokowało nas z tyłu. Kolejne uderzenie zabrzmiały niczym dzwon wybijający naszą ostatnią godzinę. Uchyliłem okno i wychyliłem się. Zamarłem. Łowca zahaczył kołem o średniej wielkości murek. Teraz kiedy to wiedziałem mogliśmy spróbować wycofać, ale aktualnie staliśmy w miejscu. A Potwora powoli otaczała coraz to większa grupa zombie. Wychodziły z przejść, oraz z dalszej części ulicy zwabione hałasem, którego nasz pojazd robił sporo. Byliśmy uwięzieni.

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 4: Obecność

Rozdział 4, tomu 4.5. Ten rozdział jest właściwie dokładnym odzwierciedleniem tego co działo się w rozdziałach 19-21 tylko z perspektywy ludzi z Supraśla, którzy jak dobrze wiecie byli grupą antagonistów w tomie 1. Zapraszam was do czytania i liczę na dyskusję w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym :)

----------------------------------------

Rozdział 4: Obecność


                Oczyszczanie miasta zajęło nam parę dni. Czas jednak wydawał się przyspieszać, bo zaledwie oczyściliśmy miasto, a pojawiły się kolejne przeszkody. To neutralizacja małej grupy, która chciała nas zaatakować, to niepokojące wiadomości o działalności córek, lub dużej grupie trupów zmierzającą powoli w stronę Białegostoku i Supraśla. Tygodnie minęły zanim całe te szaleństwo nieco się uspokoiło, a ja mogłem usiąść i zrobić sobie dzień wolnego. Pomimo wszystkich problemów postanowiłem, że nie mogę ciągle pracować i to samo zarządziłem w całym obozie. Ludzie wyglądali naprawdę kiepsko i każdy potrzebował trochę wolnego. W dodatku każdy kolejny dzień był coraz ciemniejszy i coraz zimniejszy, a śnieg był kwestią paru dni.
                Oczywiście nie otrzymaliśmy żadnych dalszych przekazów, wydawało się, że świat upadł i ci, którym jakimś cudem udało się przetrwać, zostali zdani na łaskę losu. Nasza grupa powiększyła się nieznacznie, ale to co cieszyło mnie najbardziej, to fakt, że nikt ważny dla obozu nie zginął. Parę słabszych ogniw, albo osób, które pomimo braku umiejętności chciały zabłysnąć umarło, ale poza tym tylko Michał miał pewien wypadek, przez co złamał rękę, ale już wracał do pełni sił. Tego ranka siedziałem w głównym pomieszczeniu baru, na stole do bilardu i sączyłem, znalezioną niedawno, kawę zbożową. Przyjemnie rozgrzewała i pobudzała.
- Wiesz co, ten wolny dzień to świetna sprawa – powiedział Jacek siadając obok mnie.
- Prawda? W końcu rozwiązaliśmy tyle problemów i na tyle zabezpieczyliśmy okolicę po ostatnich akcjach, że należało się nam – odpowiedziałem uśmiechając się. Jacek był teraz moim najlepszym przyjacielem i doradcą. Pamiętałem jeszcze początki naszej znajomości, kiedy to spieraliśmy się o wszystko. Chociaż było to zaledwie miesiąc temu, to wydawało mi się jakbyśmy się znali od dziecka.
- Jak ręka? – zagadał.
- W pełni sprawna – na demonstracje zakręciłem nią i wykonałem parę gestów.
- Jakieś plany na najbliższe dni?
- Naprawdę chcesz o tym gadać w wolny dzień? – zażartowałem – Wydaje mi się, że będziemy musieli w końcu dorwać tego pierdolonego snajpera – nawiązałem do kierowcy tira, który pomimo tego, że został ciężko ranny zdołał przetrwać i od teraz polował na nas co jakiś czas. Zazwyczaj sprowadzał tutaj po prostu grupy trupów, podejrzewałem, że nie ma aż tak dużo amunicji, żeby nas wystrzeliwać. Obawy jednak były spore, bo chociaż mieliśmy kontrolę nad znaczną częścią miasteczka, to jednak wyjście poza granice było stresujące z świadomością, że ktoś w tej chwili mógł nas mieć na muszce.
- To prawda. A co z twoimi córkami? Właściwie mówiłeś o nich sporo, ale ostatnio szukasz coraz mniej… Straciłeś nadzieję? – zapytał.
- Poniekąd. Szczerze obawiam się, że w końcu zaatakują nas i naszych ludzi. Nie będę ich wtedy potrafił potraktować ulgowo – zaniepokoiłem się. To też mnie nieco przerażało. Donosy o wyczynach mojej starszej córki  ostatnio nieco ucichły, ale byłem pewien, że gdzieś tam jest. A pomimo zapewnień, jak bym sobie z nią poradził, to nie chciałem pewnego dnia być w sytuacji, kiedy mam ją na celowniku i muszę pociągnąć za spust.
                Do pomieszczenia weszła nagle dziewczyna, którą jakiś czas temu uratowaliśmy z kiosku. Chociaż zdążyłem już z nią zamienić parę słów, to nigdy nie miałem okazji jej dokładniej przesłuchać. Pożegnałem się z Jackiem i ruszyłem z kubkiem w jej stronę. Wiedziała, że do niej idę i poczekała na mnie przy barze, gdzie również nalała sobie kubek ciepłej, parującej kawy.
- Hej – zagadałem na przywitanie.
- Dzień dobry  - powiedziała niemrawo. Jaka nieśmiała, pomyślałem żałując, że moja starsza córka nie miała chociaż odrobinę podobnego charakteru.
- Daj spokój. Nie musisz trzymać się dziwnych zasad kultury. Wszyscy jesteśmy tutaj równi, a ja chcę po prostu zadać ci kilka pytań. Masz chwilę? – próbowałem rozluźnić atmosferę, ale widziałem jak nerwowo drga jej warga. Była młodą dziewczyną, klasowała się wiekowo pomiędzy moje córki. Nosiła teraz szary podkoszulek uwydatniający jej biust oraz dresowe spodnie.
- Tak, proszę… oczywiście – zamieszała się.
- Chodźmy gdzieś usiąść, w końcu jest dzień wolny – nawiązałem, podejmując kolejną, nieudaną próbę rozluźnienia dziewczyny. Zdjąłem jedno krzesło ze stołu i podałem je jej, a sam oparłem się delikatnie o stół i pociągnąłem łyk z kubka.
- Nie zdążyłem jeszcze cię poznać, a jesteś z nami od paru tygodni. Przypomnisz mi, jak się nazywasz? – zapytałem.
- Maria – odpowiedziała, siląc się na poważny i stanowczy głos, co było nieco lepsze od wcześniejszego tonu, ale wciąż brzmiało po prostu śmiesznie.
- Ja jestem Wiktor. Znaleźliśmy cię w kiosku, co tam właściwie robiłaś? Byłaś wcześniej w jakiejś grupie? – zapytałem.
- Tak. Ale wszyscy zginęli, ja uciekłam od razu gdy zaczęła się walka. Zaatakowała nas jakaś inna grupa – opowiedziała, biorąc łyk.
- Widziałaś może jakieś dziewczyny w twoim wieku podczas ataku? – zapytałem.
- Nie jestem pewna… wszystko działo się szybko i po prostu nie pamiętam żadnych szczegółów – powiedziała ze smutkiem w głosie.
- Nie ważne. To już minęło, tutaj ludzie są bezpieczni – zapewniłem ją z uśmiechem.
- Ten świat… jest zniszczony – powiedziała nagle.
- To nie znaczy, że nie da się go odbudować. W takim miejscu jak to można przetrwać miesiącami, a nawet latami – odpowiedziałem zaskoczony jej słowami.
- Moja grupa chciała pozostać w ruchu, ale to nie wyszło więc może jest w tym jakiś sens – spojrzała w bok, gdzie akurat Michał poprawiał nieco wystające gwoździe w jednej z barykad.
- Trzeba mieć swoje miejsce na świecie – poklepałem ją po plecach – Trzymaj się dziewczyno.
- Ja – już wstawałem, ale ona chciała coś powiedzieć. Odwróciłem się – Przepraszam. Za tamto. Ryzykowaliście żeby mnie uratować – mówiła to takim głosem jakby zaraz miała się rozpaść. Spłonęła rumieńcem.
- To nie twoja wina. Zrobiliśmy to co było słuszne.
                Uciąłem rozmowę odchodząc i zostawiając ją na krześle. Wciąż zadziwiało mnie jak różni ludzie przeżyli. Niektórzy wyglądali na takich, którzy mogą sobie bez problemu poradzić w takich warunkach, ale osoby, takie jak ta dziewczyna, nie miały szans same. Nie chodziło nawet o siłę fizyczną, albo spryt. Psychicznie wysiadały w ciężkich sytuacjach, a w tych czasach nie istniały inne. Kolejne godziny spędziłem na grze w bilard, rozmowach i słodkim lenistwie. Dopiero gdy słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem poczułem pustkę. Chociaż taki dzień był potrzebny to po prostu nie wiedziałem co ze sobą robić. Nudziłem się. Musiałem podjąć jakieś działanie. Podszedłem do Michała, który akurat drzemał oparty o ścianę na krześle. Zbudziłem go delikatnie trzęsąc i przywitałem.
- Coś się dzieje? – rozejrzał się niespokojnie zaspanym wzrokiem.
- Nic. Ale potrzebuję się przewietrzyć. Przejdziesz się ze mną? – zapytałem.
- Na zwiad? Coś zauważyłeś? – brnął dalej w swoje.
- Mówię ci, że wszystko jest w porządku. Po prostu zabija mnie już ta nuda. Przejdźmy się po mieście, sprawdźmy czy wszystko gra i odżyje – poprosiłem.
- Hmm… spoko – odpowiedział patrząc na mnie podejrzliwie. Miałem już gotową strzelbę oraz nóż, a także ciepłą bluzę. Dałem reszcie znak, że idziemy się przejść, żeby nie siać paniki i otworzyłem drzwi od baru. Siedzący na zewnątrz mężczyzna, który trzymał teraz wartę spojrzał na nas nieco znudzonym wzrokiem. Był młody, w wieku Michała, z tego co pamiętałem nazywał się Tomek.
- Idziemy się przejść i spatrolować okolicę. Możesz wrócić do środka i chwilę odpocząć – zaproponowałem.
- Właściwie to też bym się przeszedł. Kolana zaraz mi wysiądą od tego siedzenia – rzucił propozycją.
- W porządku. Chodź – powiedziałem.
                Wyszliśmy i zamknęliśmy za sobą furtkę. Ulica wyglądała na czystą. Nie paliły się jednak światła, co mnie dziwiło, bo o tej porze zazwyczaj wszędzie było już jasno.
- Czemu się nie palą? – zapytałem.
- Mamy małe problemy z systemem, ale z tego co wiem ktoś już się tym zajmuje – odpowiedział Michał.
Spojrzałem jeszcze raz na ciemne latarnie i przeszedł mnie dreszcz. Chociaż dawały one tylko światło, to jednak czułem się bezpieczniej gdy oświetlały każdy zakątek ulicy. Wzruszając ramionami ruszyłem w stronę uliczki, na której znaleźliśmy Marię i podziwiałem. Świeże powietrze i ostatnie promienie słońca natychmiastowo mnie pobudziły. Zaczęliśmy rozmawiać o różnych rzeczach, patrząc przy okazji, czy żaden trup nie pojawił się w okolicy. Jednego znaleźliśmy niedaleko śmietników. Dobiłem go bez problemu nożem.
- Jak myślicie, ten psychol z snajperką jeszcze się tu pojawi? – zmienił nagle temat Michał, gdy zaczęliśmy wracać na główną ulicę.
- Na pewno. Ale boi się tego miejsca. Wie dokładnie gdzie żyjemy, ale nigdy nie zapuścił się na ulicę. I myślę, że tego nie zrobi. Rozwaliliśmy ich na tej drodze – powiedziałem.
- Poza tym ma tylko jedno oko. Jak będzie strzelał to gówno co będzie widział oprócz tego – wystrzelił nagle Tomek.
Zaśmialiśmy się. Wychodziliśmy właśnie na główną ulicę, kiedy coś zauważyłem.
                To był ten moment, kiedy czas stawał w miejscu. Wydawało mi się, że sekundy zamieniły się w godziny, kiedy zauważyłem trójkę ludzi na głównej ulicy. Nie byli to nasi. Wszyscy byli młodzi, mieli maksymalnie po dwadzieścia lat. Środkowy chłopak miał brązowe włosy, był całkiem wysoki i miał w rękach broń. Obok niego stali dwaj kolejni, którzy byli całkiem podobni do siebie. Również wysocy, z ciemniejszymi, krótkimi włosami, ubrani w kamizelki, spodnie i koszule oraz bluzy. Nasze spojrzenia się spotkały. Chociaż wiedziałem, że muszę zareagować wszystko wydawało się spowolnione. Dopiero strzał przywrócił czas do normalnego tempa. Michał upadł trzymając się za  ramię. Jeden z bandytów krzyknął „Uciekajmy” i popędził do przodu, skręcając w boczną uliczkę po drugiej stronie drogi. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Tomek podszedł do Michała, ale ja zacząłem ich gonić. Znałem te ulice jak własną kieszeń, a tych trzech musiało tu być pierwszy raz.
                Adrenalina rozpierała całe moje ciało. Obcy biegli w stronę baru, co mogło być fatalne. Nikt w środku nie spodziewał się ataku, szczególnie, że zdjąłem osobę pilnującą baru z zewnątrz. Nagle zauważyłem bandytów, którzy próbując odetchnąć chowali się za płotem. Wykonałem gwałtowny ruch chcąc ich trafić zanim mnie zauważą, ale ból w ręce odezwał się i spudłowałem trafiając obok głowy jednego z nich. Spłoszyłem ich tym. Zerwali się natychmiastowo i pobiegli do przodu.  Musiałem ich dogonić zanim dobiegną do baru. Ludzie w środku musieli już usłyszeć strzały. Musieli być gotowi, w końcu w środku było mnóstwo osób, które umiały strzelać.
                Zgubiłem ich jednak, przyspieszyli na tyle, że straciłem ich z oczu i nie wiedziałem co teraz mam zrobić. W końcu zdecydowałem ruszyć z powrotem do baru i ogłosić reszcie to co się działo. Niecałą minutę później, po drodze spotykając Tomka pomagającego Michałowi, doszliśmy do furtki i pokonaliśmy ją. Nie było słychać żadnych strzałów, więc byłem pewien, że bandyci uciekli. Gdy wszedłem do środka wycelowało we mnie parę luf. Gdy jednak zobaczyli, że to ja natychmiast opuścili broń. Sala główna nie wyglądała jak miejsce walki więc odetchnąłem z ulgą. Ludzie przekrzykiwali się próbując mi coś powiedzieć. Jacek był najbliżej mniej, więc krzyknąłem i po chwili zapadła cisza.
- Mów – poprosiłem.
- Przed chwilą wpadła tu trójka ludzi. Gruby ich zaszedł od tyłu, zabrał bronie i przy naszej pomocy ogłuszył i związał. Jak oni się tu znaleźli? – mówił chaotycznie, ale jego słowa ucieszyły mnie.
- Spotkaliśmy ich na głównej ulicy. Trafili Michała, ale nic poza tym się nie stało. Jak oni mogli tu trafić? –zastanowiłem się na głos.
- Ważne, że ich mamy. Jak sytuacja się uspokoi to będziemy mogli ich przesłuchać, bo wyglądają na część ogarniętej bandy – powiedział Jacek.
- Tak… Zbierz paru ludzi i sprawdź ulicę. Mogli tu nie być sami. Michał ty leć do lecznicy i oczyść tą ranę. Wiem jaki to paskudny ból. Niech ktoś wejdzie na dach i sprawdzi okolicę. Jak coś zauważy niech natychmiast mnie poinformuje – wydałem polecenia i z przyjemnością obserwowałem jak ludzie rozbiegają się do wyznaczonych zadań. Po chwili zostałem właściwie sam w pomieszczeniu, nie licząc dwóch kobiet, które zszokowane uspakajały same siebie w kącie.
                Sytuacja uspokoiła się w przeciągu paru minut. Gruby pozamykał trójkę mężczyzn w trzech oddzielnych pokojach, których akurat nie używaliśmy do niczego konkretnego, związał i upewnił się, że nie użyją czegoś do uwolnienia się. Siedzieliśmy razem w jego pokoju. Musiałem ustalić z nim pewne podstawowe reguły.
- Musisz z nich wyciągnąć ile się da. Gdzie mają obóz, ile jest tam osób… wszystko, rozumiesz? – zapytałem.
- Jasne.
- I nie zabijaj ich. Kropniemy ich, gdy upewnimy się, że mamy z tego odpowiedni zysk. Kto wie może bardziej opłacalne będzie bawienie się w zakładników? – gdybałem na głos – Bij ich, strasz, krzycz, ale nie zabijaj.
- Rozumiem.
- I przestań w końcu ćpać. Najbliższe dni prawdopodobnie spędzę z większością na drodze, szukając tego Obozu i szykując się do ataku. Musi tu zostać ktoś trzeźwy i solidny. Liczę na ciebie – powiedziałem klepiąc go po tłustym ramieniu.
 - Nie zawiodę cię Szefie. Jeszcze dziś wyklepie z nich jakieś informacje – obiecał. Wątpiłem w to. Wyszedłem i mijając po drodze kobietę prowadzącą dwójkę dzieci, której imienia nie pamiętałem, skręciłem w stronę pokoi, w których trzymaliśmy więźniów. Zobaczyłem czekającego tam na warcie Michała, który z zabandażowaną ręką przywitał mnie.
- Jak ręka? – zapytałem.
- Już całkiem spoko. Dostałem jakieś piguły na ból i jakoś się trzymam. Jakieś wieści? – zapytał.
- Na razie nic. Mam nadzieję, że Jacek coś znajdzie.
                Ale nie znalazł. Po nieudanym poszukiwaniu, które trwało dobre dwie godziny Jacek wrócił z całą ekipą i na przywitanie przecząco pokiwał głową. Wartownicy z dachu również nic nie zauważyli, co było dziwne, biorąc pod uwagę, że bronie, które im zabraliśmy wyglądały solidnie i czysto, co musiało oznaczać, że je pielęgnowali. Zgarnąłem zza baru jedną z butelek wina i zapraszając Jacka wróciłem do swojego pokoju. Pojawił się tam chwilę później. Rozlałem nam czerwonego płynu po kieliszkach i zacząłem rozmowę.
- Myślisz, że nie mają żadnego auta? Że przyszli tu z buta?
- To by oznaczało, że jesteśmy ślepi i tuż pod naszymi twarzami tworzy się nowa grupa, na tyle odważna żeby nas atakować – stwierdził osuszając kieliszek jednym łykiem i nalewając sobie kolejny.
- Chyba, że to moje córki. Dobrze wiedzą od początku, że tu jestem, prawdopodobnie nawet, że ich szukam. Może zdecydowały się w końcu ujawnić – zastanowiłem się.
- Wydaje ci się, że mają grupę większą od naszej? – zapytał nieco wystraszony.
- Wątpię. Ale nawet małe grupy mogą narobić szkody, a na to nie możemy sobie pozwolić.
                Rozmowę zakończyliśmy dopiero późnym wieczorem po opróżnieniu całej butelki. Nie miałem już siły żeby schodzić do reszty i pytać o wyniki przesłuchań. Jeżeli nikt nie przyszedł do mnie oznaczało to, że nic ciekawego się nie działo, a ja potrzebowałem snu. Nie zdążyłem nawet zdjąć butów. Po prostu runąłem na łóżko i zapadłem w ciężki sen. Śniły się mi moje córki. Tańczyły beztrosko na polanie i machały do mnie. Chciałem do nich podejść, ale nagle polana zamieniła się w wielkie wysypisko śmieci i pojawiły się trupy. Otaczały mnie z każdej strony, ale jakby nie mogły dotknąć. Zgubiłem córki z oczu, a zombie wciąż starały się mnie dorwać. Musiało być ich setki. Starałem się przebić przez trupy, ale nie potrafiłem. Byłem całkowicie bezbronny.
                Obudziłem się. Przetarłem ręką zapocone czoło i uspokoiłem oddech. Za oknem było już jasno. Co ten sen mógł oznaczać, zapytałem sam siebie w myślach. Czy to było podświadome wezwanie do działania? Może ta trójka, która była teraz na dole przesłuchiwana przez Grubego mogła mnie doprowadzić do córek. Ale czy tego naprawdę chcesz, pojawiło się nagle w mojej głowie pytanie. Sam nie wiedziałem. Podniosłem się ciężko i rozprostowałem obolałe od spania w poprzek łózka plecy. Dopiłem ostatnie krople pozostawionego na stole alkoholu i przeczesując włosy na bok wyszedłem z pokoju. Ruszyłem prosto do pokoju Grubego, żeby dowiedzieć się czy coś udało mu się ustalić.
                Nie pukałem, czego natychmiast pożałowałem, bo Gruby siedział nad białą kreską, którą właśnie zasysał zwiniętym banknotem.
- Hej! – powiedziałem podbiegając do niego. Wyglądał fatalnie. Grymas jego twarzy mówił, że to nie była dla niego łatwa noc.
- Daj mi spokój – odburczał.
- Co się stało?
- Te trzy skurwiele. Nic na nich nie działa. Mówiłeś żeby ich nie zabijać i się tego trzymam, ale nie powiedzą nic. A jeden z nich jest tak kurewsko pyskaty, że…
- Rozumiem. Więc musimy działać na własną rękę. Spróbuj ich unikać przynajmniej do wieczora, sprawdzaj czy czegoś nie próbują i jak coś daj mi znać – powiedziałem.
- Jasne…
                Wyszedłem zastanawiając się co dalej. Jeżeli ta trójka rzeczywiście była taka nieugięta nie pozostawało nam nic, poza znalezieniem ich auta lub samego obozu. Szybko zorganizowałem Jacka oraz dwóch innych mężczyzn i kazałem im być gotowymi za parę minut przed barem. Już miałem do nich dołączać, kiedy zatrzymała mnie kobieta. Była mniej więcej w moim wieku, może nieco młodsza. Nie bała się, chociaż jej pytanie mogło wskazywać na coś innego.
- Przepraszam. Czy możemy wiedzieć, co tu się dzieje? Wczoraj ci ludzie, teraz – zaczęła.
- Wytłumaczę to później, o nic się nie martwcie – poprosiłem.
- Może mogę jakoś pomóc? – zapytała.
- Damy sobie rade – zapewniłem, po czym wręcz wyrwałem się z uścisku jej dłoni. Widziałem ją już parę razy, ale nigdy z nią nie rozmawiałem. Była całkiem ładna.
                Odgoniłem jednak te myśli i opuściłem lokal dołączając do grupy.
- Przeszukaliśmy całe miasto, ale nie znaleźliśmy nic. Musimy spróbować na drodze na Białystok oraz tej do Gródka – podał pomysł, zamykając za nami furtkę – Tylko, że jak wyjdziemy z miasta…
- To możemy wpaść na Łowcę. Jasne – odpowiedziałem krótko.
- Chcesz ryzykować – bardziej stwierdził niż spytał, zatrzymując mnie.
- Ta trójka to czubek góry lodowej. Czuje to – powiedziałem.
- Myślę, że powinniśmy odpuścić. Zabijmy tych trzech i dajmy sobie spokój – brnął dalej w swoje.
- Jeżeli mam racje to ich ludzie tutaj przyjadę i się zemszczą. Możliwe, że już teraz nas szukają, a może nawet szykują atak. Jeżeli jest jednak jakakolwiek szansa na to, że to my zaatakujemy pierwsi, to musimy ją wykorzystać – odpowiedziałem.
- Ehh… Podjąłeś wiele mądrych decyzji Wiktor. Mam nadzieję, że i teraz się nie mylisz – powiedział puszczając mnie i odwracając się. Ja też mam taką nadzieję, powiedziałem w myślach ruszając za nim.
                Nasz patrol trwał dobre trzy godziny. Zbadaliśmy wszystkie okoliczne ścieżki i dróżki,  sprawdziliśmy linie lasu, ale nie mogliśmy nic znaleźć. Łowca nie pokazywał swojej obecności, więc doszliśmy do wniosku, że akurat nie patroluje okolicy. W końcu wpadliśmy na coś, gdy wracaliśmy już do obozu. Zauważyliśmy auto stojące niedaleko pierwszych zabudowań od strony wzgórza. Wyciągając bronie podeszliśmy do niego i sprawdziliśmy. Nikogo nie było w środku, nie miało tabliczki rejestracyjnej, a na tyłach było całkiem sporo zapasów.
- To musi być ich – powiedziałem.
- Piwo z Kołodna – zauważył Jacek czytając etykietę.
- Bingo – odpowiedziałem.
Uruchomiliśmy auto i wróciliśmy nim do obozu. W głowach buzowały mi myśli.
- Myślisz, że mają obóz w Kołodnie? – zapytał mnie Jacek.
- W Kołodnie albo w okolicach. Te piwo można dostać tylko w tamtejszym sklepie, a skoro zgarnęli je po drodze to musieli być na wypadzie po zapasy. Przejechali przez Kołodno i dotarli tutaj. To był ich błąd – powiedziałem uśmiechając się pierwszy raz od jakiegoś czasu.
- Królowy Most – powiedział nagle Jacek.
- Nigdy nie patrolowaliśmy tamtej okolicy i może to był błąd. Za chwilę zapytam grubasa czy dowiedział się czegoś nowego. Jeżeli nie będzie to mega ważne zbieramy ludzi i atakujemy ich. Jeszcze dziś.
Widziałem, że Jacek chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Miałem nadzieję, że nie zwątpi we mnie w tak ciężkiej chwili jak ta.
                Wróciliśmy do baru. Dwaj mężczyźni, którzy byli na wyprawie z nami zaczęli rozpakowywać zapasy. Poprosiłem Jacka, żeby przedstawił ludziom sytuacje. Nie chciałem stracić kontroli na barem, przez to, że ludzie będą się bali. Strach prowadził do naprawdę nieprzyjemnych rzeczy. Ja wziąłem dwa piwa z Kołodna i ruszyłem do Grubego. Kiedy wszedłem do jego pokoju jadł akurat obiad złożony z puszki fasoli oraz konserwy mięsnej. Gdy zobaczył piwa w mojej ręce przetarł usta ręką.
- Znaleźliśmy ich wóz. Mają obóz gdzieś w okolicach Kołodna – zacząłem, zanim Gruby zdążył coś powiedzieć.
- Co mam z nimi zrobić? – zapytał.
- Jeszcze nic. Możesz im dać znać, że wiemy o ich obozie i pokazać im to. Może powiedzą nam coś więcej. Wysyłam teraz parę ludzi na zwiad. Jak dowiemy się nieco więcej to wieczorem zaatakujemy – powiedziałem.
- Mam jechać z wami?
- Nie. Zostań tutaj. Ja poprowadzę atak.
- Powodzenia – powiedział.
Wyszedłem na korytarz.  Szybko zebrałem grupkę ludzi, na czele której stanął Jacek. Kazałem im jechać w okolicę, zebrać jak najwięcej informacji i wracać. Atak początkowo zaplanowaliśmy na późny wieczór, kiedy obóz będzie mnie chroniony, ale musiałem wiedzieć ile ludzi zebrać. Czekała nas walka znacznie cięższa od tej z grupą Łowcy.
                Kolejne godziny mijały w dosyć nerwowym oczekiwaniu na powrót patrolu oraz ciężkiej atmosfery. Ludzie, którzy nie byli tak doświadczeni w walce, bali się, że walka przeniesie się tutaj. Uspakajałem ich jak tylko potrafiłem, ale nie było to takie proste, ponieważ sam czułem spore obawy.
                Chwilę po tym jak zrobiło się naprawdę ciemno zwiadowca z dachu zauważył wracający patrol. Wyszedłem im na spotkanie i szybko pochwyciłem Jacka na ubocze, do swojego pokoju, żeby wypytać go o wszystko.
- Mają obóz w Królowym Moście. Jest dosyć mały. Naliczyłem tam sporo osób. Mają parę osób na straży. Prawdopodobnie spodziewają się czegoś.
- Uzbrojeni? – zapytałem.
- Tak. Mieli przewieszone przez plecy bronie. Są ściśnięci pomiędzy lasem, a drogą. Okopali się więc raczej tam po prostu nie wjedziemy.
- Mamy ich auto. Moglibyśmy spróbować ich oszukać – zaproponowałem.
- Wątpię, żeby byli z tych co dają się oszukać. Wyglądają na naprawdę groźnych ludzi.
- To zaatakujemy ich normalnie. Zbierz oprócz naszej dwójki jeszcze sześciu ludzi. Jak zaatakujemy najpierw z daleka to będziemy mieli przewagę. Damy sobie radę. Zajrzę jeszcze do Grubego i możemy jechać.
- Pójdę z tobą – zaproponował.
                Zeszliśmy po schodach na dół. Ruszyliśmy prosto do pokoju Grubego. Ponownie wszedłem do pukania i ponownie zastałem go nad kreską.
- Nie gadaj – zacząłem.
- Czego chcecie? Nie jedziecie? – zapytał.
- Jedziemy. Chcieliśmy ci to tylko powiedzieć – odpowiedział Jacek.
- Masz pilnować baru.I przestań ćpać idioto. Masz więźniów do pilnowania ,nie możesz sobie pozwolić na takie rzeczy – powiedziałem wychodząc. Bez dalszej zwłoki ruszyliśmy przygotowywać dwa auta, bronie oraz wszystko co mogło się nam przydać do ataku. Staliśmy w ósemkę przed barem i zacząłem rozdzielać ludzi do dwóch aut. Kobieta, która zaczepiła mnie wcześniej rano, została przydzielona do jednego z nich wraz trójką mężczyzn. Ja zapakowałem się do drugiego z Michałem, Jackiem oraz z jednym z chłopców, którzy byli ze mną rano na patrolu. Byliśmy właściwie gotowi, kiedy usłyszeliśmy strzał. Wszyscy natychmiastowo podnieśli bronie i zaczęli celować i się rozglądać.
- To ze środka – stwierdził w końcu przerażony Jacek.
                Wbiegłem tam pierwszy.  Ludzie rozglądali się nie wiedząc z początku czy jesteśmy przyjaciółmi czy wrogami. Główne pomieszczenie było jednak czyste, więc popędziłem dalej. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy na korytarzu to otwarte drzwi od pokoju Grubego, a także i jego samego czołgającego się w moją stronę. Oczy zapiekły mnie, gdy wyjmowałem nóż. To nie musiało się tak skończyć, ty pieprzony idioto, powiedziałem widząc jak sięga dłonią w moją stronę. Jego oczy były puste, jakby były schowane za mgłą. Charczał żałośnie. Dobiłem go z trudem, po czym kazałem reszcie dokładnie sprawdzić budynek. Obawiałem się tego, co mogło spowodować jego śmierć, ale w głębi serca dobrze wiedziałem. Prowizoryczne cele były puste. Podążając dalej korytarzem zobaczyliśmy ofiarę wcześniej słyszanego wystrzału. Dosyć młody chłopak leżał w kałuży krwi z wielką raną wystrzałową na twarzy. Obok siedziała skulona Maria. Podniosłem ją brutalnie za rękę i pociągnąłem za sobą do najbliższego pokoju. Po drodze kazałem Jackowi czekać na mnie na zewnątrz.
                W pokoju siedziały dzieci i bawiły się z jedną z kobiet. Kazałem im wyjść. Ledwo usłyszałem zamykające się drzwi, kiedy spojrzałem na nią. Byłem zły.
- Co się stało do kurwy nędzy? – zapytałem. Cały aż kipiałem. Jak takie coś mogło się stać tuż pod moim nosem.
- A..aa…a – dziewczyna się jąkała i trzęsła. Była przerażona.
- Po prostu mi odpowiedz! – krzyknąłem.
- Przep… przepraszam – wyjęczała i zaniosła się płaczem.
- Naprawdę pomogłaś im uciec? Tym pierdolonym mordercom? Widziałaś co zrobili z naszymi ludźmi bez najmniejszego zawahania? Wiesz, co żeś narobiła?! – miałem ochotę ją zabić.
- On… on… oni wzięli m-mnie si… siłą. Przystawil…wili pistolet do głowy! – zdała się na krzyk, czego natychmiast pożałowała.
- Powiedz mi, co tu się stało! – uspokoiłem nieco ton, chociaż dalej brzmiał on tak jakbym rzucał na nią klątwę.
- Zabili str…strażnika i u-uciekli. Cała t-t-trójka – każde jej słowo było przerywane kolejnymi zajęknięciami i szlochaniem.
- Zgubiłaś ten obóz. To jest właśnie to. TO JEST TO! – krzyczałem, a ona patrzyła na mnie przerażona, nie wiedząc o co mi chodzi – Zawsze wierzyłem w karmę. A karma to pierdolona szmata. Uratowałem życie i to życie zgubiło wszystkie inne życia. Żałuje, że cię uratowałem. Radzę ci spierdalać do swojego pokoju. Przemyśl to co zrobiłaś – to mówiąc wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Kobieta z dziećmi stojąca przed drzwiami patrzyła na mnie przerażona. Ominąłem ją. Wiedziałem, że zareagowałem wyjątkowo ostro. Maria mogła jednak zrobić tyle rzeczy, mogła wyprowadzić ich do sali i wprowadzić prosto w pułapkę. Widziała, ze wyjeżdżamy. Celowo za sabotowała akcję. Chciała to zrobić.
                Aż wrząc z wściekłości wyszedłem na chłodne wieczorne powietrze, które nieco mnie ostudziło.
- Jakie są plany? –zapytał Jacek, nie próbując nawet dowiedzieć się o czym rozmawiałem z Marią.

- Jedziemy na wojnę. Te gnoje nie dotrą tak szybko do Królowego Mostu. Będziemy pierwsi. Zostawimy im pieprzoną mogiłę na powitanie!

sobota, 18 lipca 2015

Rozdział 4: Poruszenie

Rozdział 4, drugi z perspektywy Bobra. W tym rozdziale dowiecie się co i jak z Pablordem, oraz dostaniecie kolejny zwiastun obozu w Inowrocławiu, który w tym tomie odegra sporą rolę. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Bobru  [Rozdział 4] - Dzień 3-4
Irek - Dzień 3-4 - Dnia trzeciego zginęła Magda oraz jej brat, a grupa Łapy wciąż szuka miejsca, żeby odpocząć
Olaf - Dzień 3-4 - Dnia trzeciego do obozu w Płońsku przybywa Kamil, poseł z Inowrocławia, który pojawia się następnie w Ostoi

-------------------------------------------

Rozdział 4 (Bobru): Poruszenie


                Odkąd obudził się Pablord wiele się zmieniło. Samo przebudzenie było dosyć wesołym wydarzeniem. Pablord był moim przyjacielem i na pewno był wartościowym sojusznikiem, którego warto było mieć przy sobie. Chociaż był dosyć osłabiony, szybko wracał do zdrowia i już dwa dni po przebudzeniu siedział ze mną, Gigantem, Dymitrem oraz Mpd na ławce na Placu Głównym. Był blady i mniej gadatliwy niż zazwyczaj, ale i tak cieszyłem się niesamowicie. W końcu odzyskałem przyjaciela po prawie dwóch miesiącach.
                Wraz z jego obudzeniem w mojej głowie zaczął się budować plan. Czekałem z odjazdem z Torunia tylko na jego obudzenie i teraz, kiedy już tak szybko odzyskiwał siły wyjazd był kwestią paru dni. Wszyscy, którzy się zapowiedzieli też to odczuwali i już powoli planowaliśmy gdzie pojedziemy. Pablord oczywiście zgodził się do nas dołączyć i chociaż wiedziałem, że ze mną pojedzie to miałem pewne obawy, bo jednak wyciągałem go z w miarę bezpiecznego miejsca, prosto w dzicz. Byłem jednak pewien swojej decyzji i nie mogłem jej tak zmieniać, według własnych upodobań.
- Wyjedziemy na południe? – zapytał Gigant.
- Tak. Nie jestem pewien gdzie dokładnie, ale na pewno coś znajdziemy po drodze. Dziara obiecał, że pozwoli mi zabrać trochę zapasów no i oczywiście będziemy jechać Potworem, to jak ruchoma twierdza – zapewniłem.
- Zmieścimy się tam wszyscy? – zapytał Dymitr.
- Raczej tak. Ostatnio jechaliśmy nim w około osiem osób i były pewne problemy, ale wtedy mieliśmy mnóstwo zapasów i niepotrzebnych rzeczy. Najwygodniej nie będzie, ale przecież nie spędzimy tam całego życia. Szukamy obozu, a nie jedziemy na wycieczkę – powiedziałem uśmiechając się.
- Myślę, że przydałoby się omijać największe miasta… - powiedział dosyć cicho Pablord – Znajdźmy sobie coś na uboczu i tam pomyślimy co dalej.
- Nawet nie myślę o wkręceniu się na kolejny obóz w stylu Ostoi. Prędzej już myślałem o czymś pokroju Królowego Mostu. Tylko lepiej zorganizowanego – stwierdziłem.
- A powrót do Królowego? Nie myślałeś o tym? – zapytał Gigant.
- Po tym co tam przeżyłem i ile tam się stało nie – odpowiedziałem stanowczo – Zresztą to miejsce jest zrujnowane. Możliwe, że bandziory z grupy Daliona tam wróciły, a ja nie chcę walczyć.
- Szkoda, że nawet nie zobaczyłem tego miejsca, chociaż tyle o nim słyszałem – napomknął ze smutkiem Mpd.
- Może kiedyś się tam wybierzemy. Jak dożyjemy – odpowiedziałem.
                Pogoda dzisiaj była idealna – ani nie było za ciepło, ani za zimno. Dziara był trochę zasmucony tym, że opuszczamy Ostoję, ale ostatecznie taka była umowa i nie zatrzymywał nas na siłę. Po tym jak spędziliśmy trochę czasu odpoczywając na ławkach postanowiliśmy się przejść po mieście. Pablord chciał jak najszybciej ruszyć w drogę, ale na razie prosiłem go o odpoczywanie, bo czekała nas ciężka przeprawa, a chciałem, żeby wszyscy byli w pełni gotowi do przetrwania w dziczy. Dlatego na planowane na popołudnie oczyszczanie sektora znowu miałem iść z ludźmi z grupy Eweliny, a zarazem z Czerwonych Flar. Moi ludzie, zgodnie z moim zaleceniami nie narażali. Słuchali się mnie, chociaż przechodziłem ciężki okres i czasami sam zauważałem, że zachowywałem się chamsko.
                Na strzelnicy spotkaliśmy Ewelinę, jej ojca, Zero oraz dwóch strażników z Ostoi. Zatrzymaliśmy się, żeby zamienić z nimi parę słów, a przy okazji Dymitr i Mpd pomagali Pablordowi w wróceniu do formy w strzelaniu pistoletem. Szło mu opornie, chociaż widać, że wracał do starej formy. Za pierwszym razem, gdy po przebudzeniu chwycił broń, miał problemy z załadowaniem jej, ale teraz już radził sobie sam, chociaż podczas śpiączki znacznie ucierpiała jego celność.
                Gdy reszta strzelała ja usiadłem obok Eweliny i Giganta.
- Więc opuszczasz to miejsce? – zapytała z zaciekawieniem Ewelina.
- Tak – odpowiedziałem krótko.
- Dokąd się udasz? – była dociekliwa, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić.
- W sumie jeszcze nie mamy żadnego planu – stwierdziłem – Przynajmniej większego. Pokręcimy się po okolicach i znajdziemy sobie coś…
- Wrócisz tu jeszcze kiedyś? – zadała kolejne pytanie.
- Może tak, może nie. Ciężko powiedzieć.
                Odpowiedź ją chyba nie usatysfakcjonowała, bo zadawała kolejne pytania. Sam nie wiedziałem skąd te pokłady cierpliwości do jej osoby. Po prostu polubiłem ją, ale tylko jako przyjaciółkę, nic więcej. Po parunastu minutach doszedł do nas Józef i Ruda. Dymitr ucieszył się szczególnie z obecności tej drugiej. Widać było, że córka Kapitana wpadła mu w oko i chociaż nie byli oficjalnie parą to zachowywali się jakby była pomiędzy nimi jakaś specyficzna więź.
- Wiecie co, jak dla mnie ta podróż będzie czymś ciekawym. Chociaż nie będzie bezpieczna, to wyrwanie się w ten świat i zasianie kolejnego ziarna cywilizacji będzie „tym czymś” – wygłosił Józef, akcentując ostatnie słowa.
- Z pewnością chcę, żeby ta cywilizacja była czymś lepszym od tego co mamy tutaj – stwierdziłem ze smutkiem.
- Bobru tylko idioci uważają cię za winnego – powiedział Gigant, nawiązując dokładnie do tego, o czym myślałem.
- Ludzie są ciemni, jak latarnie nocą przy Kwaterze Głównej – porównał poetycko Dymitr, który odszedł na chwilę od Pablorda, chociaż aktualnie było to już nieprawdą. Mimo tego wszyscy się zaśmiali.
                Naszą rozmowę, oraz trening Pablord przerwały strzały. Znajdowaliśmy się niedaleko jednej z barykad, więc wszyscy z niepokojem obejrzeli się w tamto miejsce. W naszą stronę zaczął biec jeden ze strażników.
- Potrzebujemy pomocy, spora grupa trupów przy południowej! – krzyknął do nas.
Nie musiał prosić dwa razy. Cała grupa ze strzelnicy zerwała się i pobiegła za strażnikiem. Południowa barykada wychodziła prosto na most przecinający Wisłę i przez siatkę można było zobaczyć, ze strażnik rzeczywiście miał powody do obaw. Na moście było teraz naprawdę sporo zombie, a niektóre zaczęły już się dobijać do drewnianej, wzmocnionej bramy, która trzeszczała pod napływem ciężaru zombie.
                Zanim zacząłem jakkolwiek pomagać kazałem Dymitrowi i Rudej, żeby przypilnowali Pablorda. Ten rzucił na mnie pełne wyrzutu spojrzenie, zapewne nie podobało mu się, że traktowałem go jak dziecko, ale raz byłem blisko stracenia go i na pewno nie mogłem sobie pozwolić na kolejne niedopatrzenie. Ruda i Dymitr cofnęli się kawałek z Pablordem, a ja, Gigant, Józef, Mpd oraz ludzie z grupy Eweliny wcelowaliśmy się w bramę, bądź też jak w przypadku paru osób, wyciągnęliśmy bronie do walki wręcz. Strażnicy ostrzeliwali trupy pojedynczymi pociskami, ale brakowało im wyszkolenia, a zombie były wyjątkowo ruchliwe, wiec nie było łatwo zabić ich, bez marnowania amunicji, a chociaż tej mieliśmy pod dostatkiem to tez nie mogliśmy przesadzać.
                Chociaż ostatnio przestawałem w siebie wierzyć natura dowódcy zrobiła swoje. Krzyknąłem głośno wydając rozkaz.
- Otwórzcie bramę, zanim te potwory rozjebią całą barykadę!
Strażnik stojący przy dźwigni zwalniającej mechanizmy bramy spojrzał na mnie zdziwiony, ale po chwili naparł na wajchę i brama stanęła otworem. Musieliśmy to zrobić, bo zombie i tak trzeba było zabić, a przy tym mogliśmy uniknąć odbudowywania barykady i walczenia w jej gruzach. Strażnicy wycofali się ze swojego posterunku i dołączyli do nas. Pierwsze zombie były już bardzo blisko, ale ja byłem gotów. Wszyscy byliśmy. Zamachnąłem się nożem na pierwszego trupa i z niemałym problemem przybiłem go do ziemi, dobijając go po chwili. Dwa kolejne starały się mnie dopaść, ale Gigant ściął im głowy jednym cięciem swojego ogromnego miecza. Józef walczył dzielnie kawałek od nas, a ojciec Eweliny machał toporem, tuz obok Zero, który używał swojej ulubionej broni. Reszta strzelała. Chociaż trupów było dużo to w takiej ilości byliśmy nie do pokonania.
 Niestety walka nie mogła obyć się bez ofiar. Jeden ze strażników poczuł się zbyt pewnie i zeskoczył z barykady prując do zombie z karabinu całą serią. Pierwsze parę trupów pokonał dosyć łatwo, ale kiedy przyszło do przeładowania, nie zdążył i dał się ugryźć. Nie próbowaliśmy go już nawet ratować, bo ugryzienie w szyje było tragiczne. O ile rękę czy nogę dało się odciąć na czas to szyja była martwym punktem. Napór żywych trupów powoli ustawał, ale wciąż było ciężko.
Gdy w końcu kolejne trupy były wystarczająco daleko, a te, które załatwiliśmy leżały bez ruchu, krzyknąłem aby zamknięto bramy. Otarłem z twarzy pot i sprawdziłem czy moi ludzie są cali. Całe szczęście nikomu z nich się nic nie stało, ale z przerażeniem zauważyłem jak Zero trzyma się za ramię. Zobaczył, że na niego patrzę i westchnął.
- To nie ugryzienie, spokojnie… - powiedział.
- Co się stało? – zapytałem, podchodząc.
- Stara kontuzja się odezwała, całe szczęście w lewej ręce, więc dalej będę mógł normalnie pracować – odpowiedział. Rzeczywiście nie zauważyłem plamy krwi, w miejscu, w którym się trzymał, więc z pewnością był on cały. Jeden ze strażników barykady podszedł do mnie i do Zera i chrząknął. Był to facet po trzydziestce, z wyraźną łysiną rozchodzącą się od środka głowy, prawie po uszy.
- Panowie, przejdziecie się ze mną złożyć raport Dziarze? Na pewno chciałby o tym wiedzieć – powiedział tonem, który zdecydowanie mi się nie spodobał.
- Nie możesz tego zrobić sam? – zapytałem.
- Dziara na pewno przychylniej spojrzy na raport słowny, jak złoży go ktoś taki jak ty – ostatnie słowa powiedział wręcz z pogardą – w towarzystwie Czerwonej Flary.
                Strażnik zdecydowanie nie darzył mnie sympatią, ale z racji iż chciałem, aby to miejsce się trzymało zgodziłem się. Pożegnałem się z moimi ludźmi i Eweliną, po czym wraz z Zerem i strażnikiem ruszyliśmy w stronę Kwatery Głównej. Droga przebiegła w ciszy, strażnik nawet na nas nie patrzył, a ja też nie miałem nastroju do rozmowy. Ludzie w Ostoi jak zwykle byli zalatani, jakby każdy był w swoim świecie. Mijali nas nosząc różne rzeczy, patrolując okolicę i spacerując. To miejsce miało potencjał.
                Dotarliśmy w końcu przed drzwi Kwatery Głównej i pukając otworzyliśmy. Dziara siedział przy stole i ze skupieniem sprawdzał coś na mapie okolic. Gdy nas zobaczył wstał.
- Bobru, Zero, Mietek – powiedział z uśmiechem – co was tu sprowadza?
- Mamy raport – zaczął strażnik, którego Dziara nazwał Mietkiem.
- Coś się stało? – zapytał z zainteresowaniem przywódca Ostoi pokazując krzesła żebyśmy usiedli.
- Zombie natarły na południową barykadę – zaczął Zero.
- Jedna osoba zginęła, ale udało się nam odeprzeć atak – dokończyłem.
                Dziara westchnął cicho i spojrzał na Zero.
- A tobie co się stało? Nie mów, że dałeś się ugryźć… - powiedział cicho i spokojnie.
- Nie to tylko kontuzja. Za bardzo machałem tą ręką podczas walki – odpowiedział równie spokojnie.
- Całe szczęście. Sytuacja na pewno ogarnięta? Bo jak zombie dostaną się do Ostoi to będziemy mieli problem. Sprawdziliście, czy nikt nie ukrył ugryzienia? Zresztą zaraz wyślę tam kogoś, żeby dokładnie sprawdził strażników i osoby, które tam były. Właśnie kto tam był? – zapytał.
- Pablord, Mpd, Ewelina, jej ojciec, Dymitr, Ruda, Józef, Gigant… i to chyba wszyscy – wyrecytowałem.
- Sprawdź ich Bobru. Wiesz, że nie łatwo powiedzieć na głos, że zostało się ugryzionym – poprosił mnie.
- Jasne zrobię to – odpowiedziałem wstając i kierując się powoli do wyjścia razem z resztą.
- Bobru poczekaj jeszcze, mam do ciebie sprawę. Zero i Mietek, wy możecie iść. Znajdźcie z łaski swojej Maćka, Filipa lub dziewczyny, żeby sprawdzili strażników na barykadzie. Niech zrobi to ktoś z Czerwonych Flar, a ty Zero zajdź do lecznicy i zobacz, może dadzą ci maść albo inne gówno na tę kontuzję – rozkazał Dziara.
                Tamci kiwnęli głowami, a ja wróciłem na miejsce. Nie wiedziałem czego tym razem może ode mnie chcieć Dziara. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie próbował mnie przekonywać żebym został w Ostoi, bo decyzja była już podjęta. Drzwi zamknęły się, a my zostaliśmy sami. Dziara przez chwilę milczał, pijąc powoli alkohol ze szklanki, która stała tuż przy nim. Wtem usłyszałem skrzypnięcie, w korytarzu po mojej lewej. Odruchowo sięgnąłem po broń, ale nim zdążyłem ją schować, Dziara złapał mnie za rękę.
- Spokojnie przyjacielu, on nie ma wrogich zamiarów – uspokoił mnie.
                W naszą stronę powoli, lecz pewnie, szedł mężczyzna nieco starszy ode mnie. Jego twarz porastał delikatny zarost, ale cały wydawał się być zadbany, a na plecach miał nieduży plecak, który nie wydawał się być pełny.
- To jest Kamil – przedstawił przybysza Dziara. Kamil podszedł do mnie i wyciągnął w moim kierunku dłoń, ale ja założyłem rękę na rękę na znak, że nie mam ochoty się z nim witać – Przyszedł nam złożyć pewną propozycję.
- Dziara wybacz, ale wyjeżdżam lada dzień i naprawdę mało mnie to interesuje – powiedziałem zgodnie z prawdą. Na twarzy Dziary pojawił się jednak uśmiech. Coś knuł.
- Myślałem, że jesteś w stanie wyświadczyć mi jeszcze jedną przysługę, szczególnie, że może pomóc i tobie – powiedział.
Czekałem cierpliwie, aż Dziara zacznie mi opowiadać o swoim planie, ale nagle do rozmowy wtrącił się poseł.
- Mój szef, Ben z Inowrocławia planuje spotkanie okolicznych dowódców obozów, aby przedyskutować zbudowanie sieci pomiędzy obozami i wspólnej, stałej współpracy – powiedział.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, wtrącił się Dziara.
- Dlatego o ile ze mną pojedziesz będziesz mógł założyć nowy obóz, który zostanie dołączony do całej struktury, jako niezależny, aczkolwiek będący członkiem społeczności – powiedział z uśmiechem – Czy to nie byłoby zajebiste?
                Nie wiedziałem co powiedzieć. Takie wsparcie na pewno by się nam przydało, gdyby coś nie wypaliło z pomysłem naszego obozu, lub też gdybyśmy mieli problemy i potrzebowali pomocy. Takie zabezpieczenie było na pewno pomocne.
- Kiedy? – zapytałem krótko.
- Za pięć dni – odpowiedział Kamil.
- W Inowrocławiu? – zapytałem.
- Tak – odpowiedział tym razem Dziara – Zostałbyś w Ostoi na parę dni ze swoimi ludźmi i pojechał na to zebranie w roli posła ze mną i kimś jeszcze wyznaczonym. To jest ważne wydarzenie Bobru i jeżeli chcesz mieć dobry start w nowym obozie, to myślę, że warto abyś się tym zainteresował – powiedział Dziara.
- A kto jeszcze tam będzie? – zapytałem Kamila.
- Jadę prosto z Płońska, z obozu Feline. Ona wyraziła zgodę i co więcej zapewne odwiedzi was na dniach, bo poprosiłem żeby was poinformowała. Przyjechałem jednak, bo nie jestem pewien waszych stosunków, a wy na pewno przekażecie informacje jeszcze jednej okolicznej grupie… - stwierdził Kamil.
- Jakiej?- włączył się Dziara.
- Tej na zachód stąd, dowodzonej przez Kapitana – stwierdził.
- Nie rozumiem, przecież Drugi Posterunek jest częścią Ostoi – zdziwiłem się.
- Szef chciał, żeby ktoś z Drugiego Posterunku także się pojawił, obóz jest na tyle duży, że w razie wypadku mógłby konkurować z tym waszym – wytłumaczył Kamil.
- Dużo wie ten twój szef… i na dużo sobie pozwala – stwierdziłem.
- To mądry facet. Sami zobaczycie, mam nadzieję – powiedział z uśmiechem.
- To co Bobru mogę na ciebie liczyć? – zapytał Dziara patrząc mi w oczy.
                To była nieco trudna decyzja, a ja przekładałem wyjazd już po raz kolejny, ale musiałem się zgodzić. Poza wielką szansą przed jaką stawałem, dochodził jeszcze fakt tego, że parę kolejnych dni pozwoli ogarnąć się Pablordowi. Nawet jakby ciężko pracował, to będzie mógł zawsze przespać się w normalnych warunkach i pokorzystać jeszcze trochę z leków.
- Taa… teraz jednak już pójdę – powiedziałem.
- Poczekaj – zatrzymał mnie ponownie dowódca Ostoi – Chciałbym, żebyś to ty zaniósł Kapitanowi wiadomość o spotkaniu. Najlepiej jakbyś wyjechał jeszcze dzisiaj. Zbierz ze sobą trójkę ludzi jakich chcesz i wyjeżdżajcie to zdążycie jeszcze przed zmierzchem – poprosił.
- Dlaczego ja? – zapytałem zdziwiony.
- Bo możesz opowiedzieć ojcu o tym jak się ma jego córka, a poza tym tylko tobie ufam. Nikt w Ostoi nie dowie się gdzie jedziemy, no może oprócz paru osób, a na razie nie wiem jeszcze kogo mogę wtajemniczyć, a kogo nie – wyjawił – A teraz idź już i powodzenia. Mam nadzieję, że do jutra.
                Wyszedłem nie kłócąc się dalej. Co prawda nie podobało mi się, że ledwo zgodziłem się pojechać z nim do Inowrocławia, a ten już mnie zaciągnął do kolejnego zadania, ale gra była warta świeczki, wiec nie narzekałem. Idąc w stronę domu zastanawiałem się kogo mogę ze sobą zabrać.  Gdy dotarłem do swojego mieszkania już wiedziałem kto mi się przyda i kogo chcę koniecznie mieć przy sobie, chociaż nie powinienem narażać tych osób i wziąć kogoś, kto ze mną nie będzie opuszczał Ostoi.
                Przebrałem się w wygodne i w miarę ciepłe ubrania, a następnie uzbroiłem się w pistolet oraz nóż.  Tak gotowy ruszyłem rozejrzeć się za osobami, które planowałem zabrać na swoją wyprawę. Czas uciekał, a ja chciałem jak najszybciej mieć to z głowy. Zapukałem do drzwi, na piętrze niżej, gdzie zamieszkała Ruda. Po drodze skinąłem głową na znak powitania z Eweliną, która zmęczona wracała do swojego mieszkania. Ruda otworzyła i uśmiechnęła się do mnie szeroko. Była ubrana w podkoszulek z dekoltem oraz krótkie spodenki. Wyglądała bardzo ładnie, zresztą jak zwykle.
- Hej, mam sprawę – zacząłem.
- Hej Bobru, wchodź – powiedziała zapraszając mnie do środka. Wszedłem i usiadłem na kanapie. Zauważyłem, że właściwie każde mieszkanie w tym bloku miało podobny układ pomieszczeń i mebli. Tak samo wyglądało moje mieszkanie, oraz mieszkanie Łapy. Natalia zamknęła drzwi i usiadła przy mnie.
- Mam pewną prośbę – powiedziałem.
- Dla ciebie wszystko – odpowiedziała słodko.
- Jadę na Drugi Posterunek przekazać wiadomość twojemu ojcu. Potrzebuje ludzi i chcę, żebyś ze mną pojechała – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo.
- Dlaczego chcesz, żebym tam wracała? – zapytała.
- Co prawda nie czuje specjalnej potrzeby, ale twój ojciec kazał mi cię pilnować i na pewno zrobi mu się lżej na sercu jak zobaczy cię na żywo – stwierdziłem – A nie podróżowaliśmy jeszcze razem, poza drogą powrotną do Ostoi. Chcę lepiej poznać ludzi, z którymi spędzę najbliższe tygodnie, a może i resztę życia.
- Kiedyś myślałam… - zaczęła.
- Przestań, proszę… - odpowiedziałem – Dymitr jest spoko, trzymaj się go i bądź za godzinę przy zachodnim wyjeździe, zresztą go planuje wziąć z nami.
                Nie czekając na jej odpowiedź wyszedłem. Nie chciałem dawać jej nadziei, bo wiedziałem, że Dymitrowi na niej zależy, a ja nie byłem teraz człowiekiem, który mógł obdarzyć kogokolwiek jakimkolwiek poważnym uczuciem.  Opuściłem budynek i ruszyłem na plac główny szukać dwóch pozostałych członków mojej załogi. Nie mogłem tam znaleźć jednak ani Pablorda ani Dymitra. Zastanawiałem się wciąż, czy nie wziąć Giganta zamiast Pablorda, ale chciałem go rozruszać i mieć na niego oko.
                Dopiero po parunastu minutach znalazłem Giganta, Dymitra, Józefa i Pablorda, którzy siedzieli w barze. Całe szczęście nie pili, tylko jedli, więc mogłem ich bez problemu zaciągnąć na wypad. Podszedłem do nich i szybko streściłem moją rozmowę z Dziarą.
- Mamy tu zostać jeszcze tydzień? – zapytał Józef.
- Tak – odpowiedziałem krótko.
- Bobru, przyjacielu, wybacz, ale muszę spytać – zaczął Gigant – Czy ty na pewno chcesz opuszczać to miejsce? Zostajemy tutaj coraz dłużej i nie wiem czy zapał niektórych osób nie przygaśnie.
To mnie nieco zdziwiło.
- Ja naprawdę chcę stąd wyjechać, ale to jest szansa. Jeżeli uda nam się znaleźć miejsce i połączyć obozy siecią bezpiecznych dróg, to będziemy mogli mieć jakąś szansę ucieczki w razie niebezpieczeństwa. Według mnie warto spróbować – powiedziałem głosem pewnym siebie.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz – stwierdził Gigant.
- To co mamy z tobą iść teraz kumpel? – zapytał Pablord.
- Jasne. Zbierajcie się, czeka na nas jeszcze jedna osoba. Im szybciej to załatwimy tym lepiej.

                Opuściliśmy bar i ruszyliśmy w stronę zachodniej bramy. Samochód już na nas czekał. Dymitr wyraźnie się ucieszył, jak zobaczył, że będzie podróżował z Rudą. Pablordowi też wyraźnie wracał już humor. To byli moi ludzie. Musiałem ich chronić i miałem nadzieję, że droga na Drugi Posterunek, będzie dobra. Dymitr, jako najbardziej uzdolniony kierowca z naszej paczki usiadł za kółkiem. Pablord zdecydowanie nie lubił już prowadzić, po ostatnim wypadku i szczerze mu się nie dziwiłem. Usiadłem z nim z tyłu, a Ruda usiadła przy Dymitrze. W rytmach ballady rockowej, która była nagrana na kasetę siedzącą w radiu od dawna, ruszyliśmy przed siebie. W stronę Drugiego Posterunku.