Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 3. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 grudnia 2016

Rozdział 3: Musisz iść dalej

No i mamy trzecią i ostatnią (póki co) perspektywę w tym tomie. Jest to perspektywa Zuzy. Kobieta średniego wieku jest samotna, po tym jak straciła swoich przyjaciół i męża i próbuje przetrwać sama. Jest postacią na pewno dosyć specyficzną. Ma trochę inne podejście do życia niż pozostali ludzie, którzy pozostali na tym świecie. No i ma całkiem przydatne umiejętności. Co się z nią będzie działo? Czy dołączy do któregoś z obozów, czy może wpłynie na fabułę z ubocza? Zapraszam do czytania i zostawienia komentarza :)

POV:
Zuza - Rozdział 3 - Dzień 1-2
Bobru - Dzień 1-2 - W tym czasie jest w Inowrocławiu i przygotowuje się do drogi
Erni - Dzień 1-2 - W tym czasie Erni przeładowuje materiały w Inowrocławiu i zabija Pawła
---------------------------------------------------------

Rozdział 3: Musisz iść dalej (ZUZA)


                Musimy iść dalej, rozbrzmiał głos w mojej głowie.
- Nie dam rady iść sama… - szepnęłam. Głos w mojej głowie nie odpowiedział.  Nigdy nie odpowiadał gdy był potrzebny. A potrzebowałam go wyjątkowo. Mój mąż jednak nie żył. Straciłam go tydzień temu, gdy dorwały nas trupy, a wydawało mi się jakbym była sama od zawsze. Jego ostatnie słowa działały jak mantra. Powtarzałam je i szłam, sama nie wiedząc co chcę osiągnąć. Byłam zmęczona, plecak zdawał się przygniatać mnie, a głowę rozsadzały mi myśli.
                Musimy iść dalej, usłyszałam ponownie. Chociaż głos istniał już tylko w mojej głowie odwróciłam się, ale nie zobaczyłam nic, poza oddalonymi o paręnaście metrów trupami oraz opustoszałą z jakiegokolwiek życia drogą. Chciałam położyć się i po prostu się poddać, ale głos nie pozwalał mi na to. Prawie trzydzieści lat na tej podłej ziemi, która stała się jeszcze gorsza od kiedy parę miesięcy temu wybuchła zaraza. Straciłam wszystko, na co tak ciężko pracowałam – męża, dom, pracę. Rodzina zginęła na moich oczach. Normalny człowiek po prostu by się położył i czekał. Ale ja nie chciałam być normalna. Konflikt interesów, cholerny paradoks, pomyślałam, chcę leżeć, ale też nie chcę leżeć.
                Nie wiedziałam jakim cudem trzymam się jeszcze na nogach. Jakim cudem żyję. Zawsze bronił mnie mój mąż, teraz go nie było, a ja żyłam. Potrafiłam zabić martwych, ale nigdy nie odważyłam się odebrać życia. Za każdym razem, gdy na mojej drodze stawali inni ocalali chowałam się za mężem. On potrafił z nimi walczyć i rozmawiać. Ja miałam problemy nawet z tym drugim. Ludzie, którzy zostali przy życiu byli dzicy. Nie wiedziałam, czy dam sobie radę, dlatego unikałam wszelkiego kontaktu. Nie zamierzałam tanio sprzedać skóry, ale po co było bardziej ryzykować? Musiałam w końcu znaleźć jakąś pomoc. Nie mogłam iść tak całe życie. Zapasy kończyły mi się już i od ponad dnia nic nie jadłam. Chciałam tylko znaleźć jakikolwiek obóz, ludzi, którzy za uczciwą pracę będą mogli mi pomóc. Miałam jedną ważną cechę, która była na wagę złota w tych czasach – znałam się na medycynie. Byłam lekarką, początkującym chirurgiem, który nie zdołał nacieszyć się ciężko nabytym zawodem, bo zaczęło się piekło na ziemi. Doktor Zuzanna, powiedziałam sobie w myślach, podziwiając jak wspaniale brzmi ten tytuł.
                Miałam szanse na idealne życie. Byłam oczytana, skończyłam akademię medyczną z dobrymi wynikami, byłam wesoła i całkiem ładna. Oczywiście każdy ma swoje gusta, ale moja uroda była uniwersalna – nie byłam chuda, ani gruba. Kasztanowe włosy nosiłam do ramion, a wysunięte kości policzkowe i zielone oczy ozdabiały moją twarz, nadając jej ciepły i przyjazny kształt. Kto wie jak dobrze mogłoby się potoczyć moje życie, gdyby nie apokalipsa. Przeklinałam Boga i wszystkie siły wyższe, za to co działo się na świecie. Wiedziałam jednak, że nikogo nie obchodzą moje narzekania i problemy. Liczyło się tylko przetrwanie.
                Usiadłam na chwilę, opierając się o świeżo przeszukany wrak auta, jedyny obiekt wyróżniający się na drodze. Zdjęłam plecak i po chwili poszukiwań wyciągnęłam mapę. Wiedziałam gdzie mniej więcej jestem, ale nie byłam pewna, gdzie iść. Ludzie musieli gdzieś tu być. Co jakiś czas trafiałam na przeszukane obszary. Ktoś notorycznie je odwiedzał, więc do cywilizacji nie mogło być daleko. Najbliższym większym miastem był Toruń. Musiałabym jednak w tym celu przekroczyć rzekę, a nie byłam pewna, czy most jest przejezdny. Po drodze było parę mniejszy miasteczek, takich jak Inowrocław czy Włocławek, ale wątpiłam w to, że kogoś tam znajdę.
                Zombie zaczęły się zbliżać niebezpiecznie blisko, więc spakowałam się i ruszyłam dalej, niezbyt szybkim krokiem do przodu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Byłam niedaleko małego miasteczka, więc właśnie je oznaczyłam jak dalszy cel podróży. Nie lubiłam spać na drodze. Włamywanie się do aut, albo chowanie w śmietnikach dawało mi tak nikłe poczucie bezpieczeństwa, że noce był koszmarnym wierceniem się i nasłuchiwaniem odgłosów z okolicy. Wolałam budynki, jak bardzo źle by nie wyglądały.
                Po jakimś czasie zauważyłam pierwsze zabudowania. Miasteczko było nieduże, więc z mojej pozycji dało się dojrzeć końca miasta. Najwyższymi budynkami, które od razu rzucały się w oczy, były trzypiętrowe bloki mieszkalne. Wkrótce dotarłam do pierwszych z nich i z niechęcią ominęłam. Trupów było całkiem sporo. Czyżbym trafiła na nienaruszone miasto, gdybałam idąc dalej. Prawdziwym koszmarem były ulicę. Wyglądały jakby przeszedł przez nie huragan. W powietrzu unosił się ciężki zapach rozpadu i śmieci, które leżały tu od dawna. Skręciłam w kolejną uliczkę i w oczy rzucił mi się nieduży budynek. Szyld był wygięty i przerdzewiały, więc ciężko było ustalić, jaką funkcję budynek spełniał wcześniej, ale zaryzykowałam.
                Ominąwszy zombie, które były uwięzione pomiędzy dwoma wrakami aut przeskoczyłam sprawnie na drugą stronę i podeszłam do drzwi. Były zamknięte. Okna miały kraty, więc ta opcja odpadała natychmiastowo. Rozejrzałam się. Tylnego wyjścia nie było widać, a trupy powoli zaczęły wyczuwać mój zapach. Ruch w raczej ciasnej uliczce się zatężał, ale ja starałam się uspokoić. Szybkim ruchem zdjęłam plecak i grzebiąc chwilę wyciągnęłam pęk drutów, spinaczy i innych podobnych rzeczy. Spojrzałam na zamek i wybrałam jeden z nich. Włożyłam go w środek i po chwili usłyszałam znajomy dźwięk oznajmiający, że drzwi są otwarte. Zadowolona z siebie popchnęłam je z głośniejszym jękiem zawiasów, niż się spodziewałam weszłam do środka.
                Trupy były już blisko, więc nie kusząc losu zamknęłam za sobą drzwi i wnętrze pomieszczenia pogrążyło się w głębokim mroku. Namacałam palcami zamek i przekręciłam go. Parę sekund później usłyszałam walenie w drzwi, przez które przeszły mnie ciarki. Byłam jednak bezpieczna. Sięgnęłam do małej latarki ukrytej w kieszeni i rozświetliłam pomieszczenie. Tak samo jak budynek było nieduże. Duża lada otaczała je całe, a za nią znajdowały się pojemniki i szklane wystawy. Oczywiście były one już zniszczone, a odłamki szkła rozrzucone po podłodze. Ostrożnie podeszłam bliżej i zdałam sobie sprawę, że jestem w piekarni. Przeszukałam wszystkie możliwe półki, wypełnione odłamkami szkła i spleśniałym pieczywem i nie znalazłam nic ciekawego, oprócz zapasu sucharków oraz przeterminowanych o miesiąc sałatek warzywnych. Nie byłam wybredna. Rozkładając się w jednym z kątów zaczęłam jeść jak opętane zwierzę. Sałatka nieco śmierdziała, a suchary prawie łamały zęby, ale przyjemnie napełniały pusty od wielu godzin żołądek. Gdy w końcu się najadłam wstałam, żeby  zobaczyć co dzieje się na ulicy, bo drugiego wyjścia z budynku nie było. Całe szczęście zombie dały sobie spokój i odeszły od drzwi, chociaż wciąż były na zewnątrz w dosyć dużej ilości.
                Najedzona i względnie bezpieczna ułożyłam się w kącie próbując zasnąć. Nie miałam z tym problemów, bo byłam naprawdę zmęczona. Jęki trupów ukołysały mnie do snu. Gdy otworzyłam oczy było już jasno. Wstawał kolejny dzień. Dojadłam resztkę znalezionych zapasów, po czym wydostałam się z budynku. Słońce raziło po oczach i przyjemnie ogrzewało kark. Chłodny i orzeźwiający wiaterek działał lepiej niż poranna kawa, chociaż za tą tęskniłam wyjątkowo mocno. Musimy iść dalej, powiedziałam sama do siebie, napędzając motorek motywacji w ciele. Wiedziałam, że za góra dzień dojdę do Torunia i nawet jeżeli nie znajdę tam ludzi, to na pewno jakieś zapasy.
                Ruszyłam powoli wzdłuż uliczki, żeby jak najszybciej opuścić miasteczko, w którym byłam. Spokojnym krokiem rozruszałam obolałe od niewygodnego noclegu mięśnie i poprawiłam gumkę na włosach, które zaczęły mi wpadać do oczu. Sprawdziłam raz jeszcze, czy niczego nie zostawiłam, bo jeszcze miałam okazję się wrócić, ale całe szczęście miałam wszystko pod ręką. Przeszłam przez kolejne dwie uliczki i już widziałam znak oznaczający koniec granicy miasteczka, kiedy usłyszałam krzyk. Serce zabiło mi szybciej, gdy przede mną wybiegła dziewczyna. Miała plecak i była ubrana w nic nie wyróżniający się ubiór. Oddychała ciężko i odwracała się co chwilę za siebie. Kiedy mnie zobaczyła zatrzymała się tylko na chwilę po czym zaczęła biec w moją stronę. Sięgnęłam ręką po nóż, ale po chwili zobaczyłam, kolejne dwie postaci. Dwoje mężczyzn wybiegło z tej samej uliczki i zaczęło biec w naszą stronę.
- Tam pobiegła ta suka! – krzyknął jeden z nich.
- Nie uciekniesz nam! – ryknął drugi.
                Kobieta dogoniła mnie, ale po chwili uciekałyśmy już razem. Mężczyźni byli nieco wolniejsi od nas, ale trzymali się uparcie nie odpuszczając. W końcu zauważyłam jeden z zaułków, które mijałam i skręciłam tam pociągając kobietę za rękę. Ta chciała się początkowo wyrwać, ale zdecydowanym ruchem przyłożyłam jej dłoń do ust i dałam znać, żeby była cicho. Mężczyźni dopiero przekraczali ten zakręt, dzięki czemu mogłyśmy ich zgubić. Ci rzeczywiście minęli nas i sapiąc ciężko pobiegli dalej uliczką. Zdjęłam rękę z ust nieznajomej i spojrzałam na nią.
- Dziękuje – powiedziała – Mów mi Alicja.
- Zuza – odpowiedziałam siląc się na uśmiech.
- To bandyci – odpowiedziała zanim zdążyłam zadać pytanie. Widocznie było widać na mojej twarzy ciekawość – Spotkałam ich przed chwilą na drodze. Chcieli dostać moje rzeczy.
- Muszę dojść do Torunia, wiesz gdzie to jest? –przerwałam jej.
- Jasne, mogę cię podprowadzić kawałek i wyprowadzić na główną drogę. Stamtąd trafisz bez problemu – wytłumaczyła tak spokojnym i beztroskim głosem, jakbym właśnie pytała ją gdzie robi zakupy.
- Dzięki – odpowiedziałam znowu krótko. Chciałam jakoś przełamać lody i zacząć rozmowę na jakiś temat, ale nie wiedziałam kompletnie jak zacząć. Denerwowałam się. Ruszyłyśmy powoli w milczeniu. Dopiero gdy opuściłyśmy miasto Alicja odezwała się do mnie.
- Czego szukasz w Toruniu? – zapytała zaciekawiona. Teraz gdy emocje opadły mogłam się jej lepiej przyjrzeć. Miała krótkie, czarne włosy sięgające do połowy szyi, zielone oczy i owalny kształt twarzy. Jej lekko haczykowaty nos wcale nie odbierał jej uroku, a wąskie usta sprawiały, że wygląda trochę jakby pochodziła z innej rasy. Przypominała elfy z filmów, nawet uszy miała nieco wydłużone. Smukłą talią poruszała z prawdziwą gracją.
- Schronienia. Mam dość podróżowania – przyznałam z trudem.
- To będzie dobre miejsce dla ciebie. Jest tam teraz Toruńska Ostoja Ocalałych. Dobrze broniony obóz, sporo ludzi i to dobrych, a nie takich jacy mnie gonili – opowiedziała.
- Byłaś tam?
- Tak, całkiem niedawno. Nie potrafię jednak zostać w jednym miejscu, chociaż całkiem sporo czasu spędziłam ostatnio na Drugim Posterunku na zachód od Torunia. To też jeden z obozów, całkiem ciekawy. Rządzi nim koleś, który nazywa się Kapitan i… - jej słowa jednak nieco rozpłynęły się w mojej głowie. Zamyśliłam się i przestałam zupełnie słuchać. Interesowało mnie poprzednie miejsce, a nie jakiś mniejszy obóz. Byłam już tak blisko, chociaż okolicy nie znałam za grosz. Jedyne co mogło mnie doprowadzić do celu to ta dziewczyna. Kompas zniszczył mi się jeszcze za czasów, gdy mój mąż żył, a do tego czasu nie znalazłam żadnego nowego – No i tyle. Sama próbuje teraz dostać się do Warszawy, gdzie podobno jest spora grupa Ocalałych, ale znając życie coś nie wyjdzie i będę musiała tu wrócić. No cóż tak już jest.
                Zmilczałam jej słowa. Nie byłam przyzwyczajona do rozmawiania z kimkolwiek. Kobieta spoglądała na mnie co chwilę, ale ja udawałam, że tego nie widzę. Wyszliśmy na otwartą drogę, otoczoną z obu stron polami.
- Jakaś rodzina? – zapytała mnie nagle.
- Hmm? – odwróciłam się w jej stronę, dając znak, że nie usłyszałam jej.
- Czy masz jakąś rodzinę, przyjaciół? – powiedziała tym razem głośniej.
- Nic z tych rzeczy – odpowiedziałam cicho.
- Ja niby mam. Tylko nie wiem gdzie. Oddzieliłam się od swojej grupy na parę minut i już ich nie znalazłam. Ale szukam.
Wiedziałam, że należało teraz zadać jakieś pytanie, ale żadne słowa nie przeciskały się przez moje gardło.
- Heh – zaśmiała się krótko – Musze przyznać, że najlepszym towarzyszem do rozmowy to ty nie jesteś.
- Ja… - zaczęłam – przepraszam.
- Nie szkodzi, może to ja po prostu jestem gadułą. Idźmy dalej.
                I to urwało rozmowę. Szłyśmy wciąż trzymając się drogi i uważnie omijając trupy, które pojedynczo pojawiały się niedaleko nas. Pola zamieniły się w las, a gdy słońce było wysoko nad nami wyszłyśmy na środek drogi. Alicja zatrzymała się na chwilę i rozejrzała. Wydawało mi się, że nad czymś się zastanawia, ale zanim zdążyłam jakkolwiek połączyć fakty, odezwała się.
- To tutaj. Jak będziesz szła w tę stronę – pokazała moje lewo – dojdziesz do Inowrocławia. Tam jest obóz i oni pokażą ci dalszą drogę, która stamtąd prowadzi prościutko na północ.
- Dzięki – odpowiedziałam.
- Nie ma sprawy. Także… trzymaj się – powiedziała machając ręką  i odwracając się w drugą stronę. Chociaż nie rozmawiałyśmy i właściwie jej nie znałam, poczułam smutek.
- Hej poczekaj! – krzyknęłam. Alicja zatrzymała się i zaciekawiona odwróciła w moją stronę – Jak poznam, że idę dobrze?
- Droga jest raczej prosta. Godzina marszu i powinnaś dojść do takiej rzeczki. Przejdziesz przez most i potem po prostu musisz iść dalej.
                Kiwnęłam głową, a jej słowa rozbrzmiały mi w głowie, jakby zostały wykrzyczane. Musimy iść dalej, krzyknął mężczyzna. Musisz iść dalej, powiedziała Alicja. To nie mógł być przypadek. Musiałam iść dalej. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę jak moja towarzyszka oddala się i ruszyłam w swoją stronę. Podróż mi się niesamowicie dłużyła. W pewnym momencie zatrzymałam się żeby zbadać mapę i ustaliłam, że do Inowrocławia mam jeszcze spory kawałek drogi. Jakimś cudem trafiłam bliżej tego drugiego miasteczka, ale wolałam posłuchać rady Alicji i pójść tam, gdzie na pewno kogoś znajdę.
                Musiało dochodzić południe, gdy na drodze zauważyłam kłębowisko trupów. Natychmiast przeszłam do pozycji klęczącej i spokojnie obserwowałam co się dzieje. Na środku ulicy ktoś leżał. Z pewnością już nie żył, bo wokół niego klęczało około dziesięciu trupów, które rozszarpywały go bezlitośnie, robiąc przy tym sporo hałasu. To co jednak przykuło moją uwagę leżało parę metrów obok całej grupy. Strzelba. Chociaż nie spodziewałam się znaleźć nagle torby pełnej amunicji, to nawet jeden dodatkowy nabój sprawiał, że miałam się czym bronić. Poza nożem nie miałam przecież nic. Przez krótką chwilę rozważałam za i przeciw i w końcu wstałam i zaczęłam iść w stronę zombie. Musiałam wykorzystać moment, w którym były jeszcze zajęte jedzeniem biednego ocalałego, bo inaczej mogłyby zacząć mnie gonić. Chociaż wewnętrznie drżałam zbliżałam się do mojego celu. Strzelba rosła z każdym krokiem i gdy była już na wyciągnięcie ręki usłyszałam strzał.
                Wystraszyłam się tak bardzo, że przewróciłam się, a w moim mózgu wybuchła istna burza. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś, kto strzelał, nie mógł być blisko, bo dźwięk dobiegał z zdecydowanie daleka i nie był wycelowany we mnie. Jednak o ile sam pocisk nie był przeznaczony żeby mnie zabić to jego efekty już tak. Trupy odwróciły się i szybko zdały sobie sprawę, że leży za nimi znacznie świeższe mięso. Zaczęły powoli człapać w moją stronę, a ja byłam tak przerażona, że nie potrafiłam się przełamać i ruszyć. Dopiero gdy padł drugi strzał obudziłam się, na moment przed tym jak zombie się na mnie rzucił. Cudem uniknęłam złapania. Chwyciłam strzelbę, wstałam niezdarnie i zaczęłam biec do przodu. Rozglądałam się, ale wciąż nie mogłam znaleźć źródła strzałów.
                Na drodze przede mną zauważyłam parę wraków aut. Wyglądało to trochę jakby kierowcy zaparkowali swoje pojazdy na poboczu pospiesznie, zostawiając je w takim nieładzie aż do dziś. Trupy ruszyły chwiejnym krokiem za mną. Wiedziałam, że nie miały jak mnie dogonić, szczególnie na tak otwartym terenie, gdzie mogłam po prostu od nich odbiec, ale i tak się bałam. Chciałam jak najszybciej uciec przed zagrożeniem i zwolnić do tempa marszu. Odbiegałam od nich coraz bardziej, kiedy usłyszałam kolejny strzał. Przerażona zdałam sobie sprawę, że dźwięki strzelaniny dochodzą z lasu, który znajdował się przede mną. Zatrzymałam się pośród paru stojących aut nie wiedząc, co robić. Kolejne pojazdy stały nieco bardziej w polu. Wyglądało to jakby ktoś starał się z nich ułożyć mur, albo barykadę, ale to nie mogło być to. Coś tu musiało się stać i nie dziwiło mnie to nawet, w końcu świat już upadł dawno temu.
                Nie mogąc biec ani do przodu ani do tyłu ruszyłam powoli w pole, przebiegając przez labirynt aut. Bałam się tego, że znowu się zgubię, ale jeżeli byłam już niedaleko to nie wierzyłam w to, że nie znajdę Torunia lub Inowrocławia. Znałam swoją lokalizację, oraz wiedziałam w którą mam biec, więcej mi nie było potrzebne do szczęścia. Zombie zostawały powoli w tyle, ale to co usłyszałam przeraziło mnie znacznie bardziej. Dźwięk silnika.  Odwróciłam się na chwilę, co było błędem. Poczułam ostry ból na prawym udzie i poczułam ciepło krwi, spływającej mi dosyć szybkim tempem z rany, która pojawiła się po tym jak zahaczyłam o wystający kawałek nierównej blachy, który kiedyś był częścią drzwi.
                Ból był bardzo ostry i po dwóch krokach upadłam przykładając rękę do uda. Niewiele to dawało, bo krew ciekła dosyć mocno, ale od razu zdałam sobie sprawę, że nie przecięłam tętnicy na udzie, bo wtedy byłoby już po mnie. Widząc, że trupy są kawałek ode mnie ściągnęłam plecak i wyjęłam pogięty i poplątany zwój bandaży. Sprawnie owinęłam wymięty materiał wokół nogi parę razy, aż w końcu zacisnęłam najmocniej jak potrafiłam i drżącymi rękoma odkręciłam buteleczkę z wodą utlenioną i polałam solidnie ranę. Bandaż nasiąkł zarówno tym jak i krwią, ale po chwili poczułam ostre pieczenie i wiedziałam, że będzie dobrze. Większym problemem były trupy, które z każdą sekundą się do mnie zbliżały, a także dźwięk silnika i wyjeżdżający na drogę samochód ciężarowy, z ogromną ładownią przyczepioną z tyłu. Cały pojazd był wyposażony w dodatkowe blachy i belki, które sprawiały, ze z przodu wyglądał jak spychająca i tnąca śmierć na kółkach.
                Wystraszona odczołgałam się kawałek do tyłu i wturlałam pod jedno z aut. Jeżeli ciężarówka planowała się tu zatrzymać to i tak miała zabić zombie, nawet jeżeli miałoby to być tylko zapewnienie, że dostaną mnie żywcem, ale byłam prawie pewna, że mnie nie zauważyli. Z drugiej strony tir mógł tylko przejechać dalej, a wtedy będę musiała sobie poradzić sama. Nie wiedziałam dokładnie kto mógł siedzieć za kierownicą. Mogli to być dobrzy ludzie, ale równie dobrze bandyci. Z sercem walącym tak mocno, że aż miałam wrażenie, że cała drgam w jego rytm oczekiwałam. Zanim którykolwiek z trupów zdołał chociaż odrobinę zbliżyć się do mojej kryjówki usłyszałam dźwięk wyłączanego silnika i otwieranych drzwi. Kroków było mnóstwo, więc w samym tirze musiało być przynajmniej dziesięć osób, jak nie więcej. Wstrzymałam oddech starając się jak najlepiej wtopić w otoczenie. Z mojej pozycji widziałam zaledwie nogi ocalałych, którzy wysiedli, ale już po chwili naliczyłam, że było ich trzynastu. Nogi i obuwie były przeróżne od mniejszych ,które musiały należeć do nastolatki do większych, które wyglądały jakby należały do mężczyzny ogromnych gabarytów.
                Podskoczyłam aż, gdy usłyszałam strzały. Trupy padały raz za razem i po zaledwie pięciu cichych wdechach i wydechach cała droga była oczyszczona. Liczyłam na to, że ocalali od razu wsiądą i pojadą dalej, ale usłyszałam odległe rozmowy i z tego co widziałam urządzili oni sobie mały postój . Chodzili w okolicy swojego pojazdu, a ja obserwowałam w ciszy, czekając tylko aż sobie odjadą. Uratowali mnie od trupów, ale jeszcze parę minut w takiej pozycji i moja noga mogła stać się poważnym problemem.
                Odetchnęłam z ulgą, jak pośród krzyków usłyszałam, że szykują się do odjazdu, ale ponownie przeżyłam moment grozy, kiedy usłyszałam głos zaledwie kawałek od mojej kryjówki.
- O co chodzi? – zapytał męski głos. Był niski i zdecydowanie specyficzny.
- Z czym? – odpowiedział pytaniem na pytanie głos kobiecy.
- Z Bobrem Łapo. Był taki podekscytowany tym wyjazdem, potem poszliście pogadać i od tamtego czasu wygląda jak wrak. A to już trwa od wczoraj wieczorem – powiedział z wyrzutem mężczyzna.
- To nie  twoja sprawa – warknęła kobieta nazwana Łapą.
Usłyszałam delikatny trzask, a nogi kobiety znalazły się na wyciągnięcie ręki od mojej kryjówki. Nie miałam pojęcia jaka siła powstrzymała mnie od krzyknięcia, bo było to zdecydowanie przerażające. Marzyłam tylko, żeby ci ludzie pojechali i zostawili mnie w spokoju.
- Właśnie, że moja. Cholera nie interesują mnie szczegóły, po prostu powiedz co mu jest, chcę mu pomóc. On pomaga nam, jest zbyt ważny moment, żeby miał doła i nie kontaktował ze światem – wytłumaczył jej mężczyzna.
- Pablord! Chodźcie do cholery, odjeżdżamy – krzyknął ktoś z okolic wozu.
- Sekunda! – odpowiedział mężczyzna nazywany Pablordem.
- Powiedziałam mu coś, czego być może nie musiałam. Ale tyle gadał o tych zmianach, że aż mnie ruszyło. Przejdzie mu. A teraz jedźmy do tego pieprzonego Płocka – ostatnie słowa wręcz wysyczała, ale ku mojej uldze, zobaczyłam jak ich nogi się oddalają, a po chwili pojazd ruszył, a ja odrętwiała ze strachu i bólu wyczołgałam się z mojej kryjówki i zajęłam się raną. Płock, powiedziałam sobie w myślach, to może być to, czego szukam.
                Chociaż Toruń wydawał się być pewniejszą opcją, ci ludzie zaciekawili mnie. Byli bardzo dobrze ogarnięci w tych sprawach i poradzili sobie ze sporą grupą trupów w mgnieniu oka bez najmniejszych problemów. Teraz trochę żałowałam, że nie pokazałam się im, ale moim planem było dotarcie do Płocka i obserwacja ich. Toruń nie ucieknie, pocieszyłam się wewnętrznie po czym skończyłam oczyszczać i bandażować ranę. Noga oczywiście bolała, ale nie było to nawet trochę porównywalne z tym, co mogłoby by się ze mną dziać, gdybym nie umiała się poskładać. Mając nowy plan wstałam i powoli ruszyłam do przodu. Czekała mnie długa droga.

poniedziałek, 21 marca 2016

Rozdział 3: Trzy Tygodnie

Apokalipsa 4.5 rozdział 3. W tym rozdziale przesuwamy się nieco w czasie, podobnie jak było to w tomie 1, gdy przez wiele tygodni nie działo się nic szczególnie ważnego. Od tego rozdziału zaczyna się coraz większa łączność z tomem pierwszym no i właściwie akcja nie będzie szczególnie zwalniała.

Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------

Rozdział 3: Trzy Tygodnie

               
Dni mijały dosyć szybko .Mieliśmy co robić. Zabezpieczyliśmy dolny poziom i podwórze baru, przed potencjalnymi atakami. Pozbieraliśmy zapasy z okolicznych sklepów, oraz całą masę broni z budynku naprzeciwko. Jak się okazało, parę osób umiało całkiem nieźle strzelać, więc w wolnych chwilach trenowaliśmy kolejne osoby, żeby posiadać jak najlepiej gotowych do odpierania ataków ludzi. W między czasie mieliśmy też parę starć z innymi Ocalałymi. Parę naszych osób zginęło, ale zyskaliśmy też nowe twarze do naszej małej społeczności. Wszystko działało jak w dobrze naoliwionym mechanizmie. Skupiałem się przede wszystkim na zbudowaniu więzi pomiędzy ludźmi. Chciałem, żeby wszyscy byli moimi przyjaciółmi, ale też respektowali mnie jako dowódcę. Bo chcąc nie chcąc byłem ich dowódcą.
                Miałem przez to sporo problemów na głowie, co dobijało mnie wspólnie z moimi prywatnymi problemami. Radio nie odbierało żadnych transmisji już od naszego przyjazdu, czyli co najmniej tydzień. Straciłem już wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek, ktokolwiek nas uratuje. Teraz żyłem zasadą „najpierw strzelaj, potem pytaj”, co nie raz już uratowało mi życie. Kolejnym problemem były moje córki. Chociaż parokrotnie wyruszałem na wyprawy nie mogłem ich znaleźć. Wiedziałem jednak, że są w pobliżu. Pewnego dnia znalazłem człowieka, który został opuszczony, konający w niedużym budynku w lesie. Gdy zapytałem, kto mu to zrobił, opowiedział mi o niejakiej Łapie. Byłem pewien, że chodziło mu o moją starszą córkę. Słyszałem, ze założyła obóz, gdzieś w okolicy i siała terror. Opis nie mógł być bardziej dokładny. Wiedziała jednak, że jestem tutaj, bo moi ludzie nie wpadli na nią ani razu.
Kolejnym problemem był Gruby. Chociaż jego wkład w przeszukiwania pobliskich budynków był ogromny i dzięki niemu przebiegł bez większych problemów, to jakimś cudem znalazł narkotyki. Był wciąż lojalny i nie sprawiał żadnych problemów, jednak często odrywał się od rzeczywistości, co bywało niebezpieczne. W końcu gdyby nas zaatakowały trupy, lub ocalali i musielibyśmy uciekać, nie mielibyśmy jak go zabrać. Baza wyglądała solidnie. Wzmocnione okna i drzwi, zabudowana barykadami okolica i pełna kontrola okolicznych zaułków.
                Wybieraliśmy się akurat na ważną misję w okolicę Białegostoku. Siedziałem przed barem popijając poranną kawę i ciesząc się ciepłym dniem, co ostatnio było sporą rzadkością, kiedy podszedł do mnie Jacek.
- Auto jest gotowe do drogi – powiedział niepewnym głosem. Wiedziałem, co go gryzie.
- Nie mamy innego wyjścia – odpowiedziałem nie patrząc na niego.
- Nie musimy tego robić. Moglibyśmy dać sobie spokój. Minął już tydzień. Ci którzy jeszcze żyją dzielą się na dwa rodzaje – niebezpieczni i ich przyjaciele – słuchałem podobnych argumentów już od wczoraj.
- Dobrze wiesz, że ten człowiek i jego grupa sprowadzili tutaj sporo trupów. Nie obchodzi mnie czy zrobili to przypadkiem czy nie. Zginęła dwójka dobrych ludzi. Muszą za to zapłacić. Patrole widziały ich w okolicy już parokrotnie. Na pewno mają swoją miejscówkę gdzieś przy Białym – nawiązałem do sytuacji, która również nękała mnie od paru dni. W okolicach kręcił się tir, w którym mieszkała grupa ocalałych. Na ich czele stał postawny mężczyzna, mający na oko trzydzieści parę lat. Nie miał wiele osób przy sobie, ale ostatnio sprowadził w tę okolicę trupy, które zabiły dwóch ludzi, którzy dali się otoczyć podczas ucieczki. Zagrożenie całe szczęście minęło, ale musiałem działać. Wiedziałem, że nie eliminując w czas zagrożenia ryzykuję. A nie chciałem ryzykować życiem tych ludzi.
- Ech nie da się cię przekonać – stwierdził zrezygnowanym tonem Jacek, kręcąc powoli głową.
- Damy radę. Gdzie podział się Kierowca? – jego imię brzmiało tak naprawdę Dominik, ale Kierowca lepiej do niego pasował, w końcu to on nas wszędzie woził i przywiózł tutaj.
- Próbował robić coś na rynku, zostawił tam swój autobus i  zaraz powinien się pojawić.
                Rzeczywiście parę minut później zobaczyłem grupę, na czele której stał Kierowca. Otworzyli bramę i połowa rozeszła się do budynku, a druga połowa została, pakując ostatnie rzeczy do auta. Michał wiedząc, co się dzieje wyszedł z baru i przywitał nas skinieniem głowy.
- Pamiętaj młody, zostawiam to wszystko tobie. Uważaj na wszystko i pamiętaj jak coś pójdzie nie tak każ Grubemu wyprowadzić ludzi i uciekajcie – powtórzyłem mu po raz kolejny, od dawna ustalany plan w razie gdyby coś się stało.
- Jasna sprawa. Uważajcie na siebie. Ci ludzie nie są bezpieczni – ostrzegł mnie Michał.
Podszedłem do niego i uścisnąłem mu dłoń. Auto było zapakowane, więc ostatni raz spojrzałem na budynek baru, po czym usiadłem na siedzeniu pasażera tuż obok Kierowcy. Widziałem na jego twarzy skupienie, takie samo jak zawsze gdy miał prowadzić jakiś pojazd. Wziąłem od Jacka mapę i pokazałem kompanowi co i jak:
- Jedziemy główną po czym odbijamy tutaj – stuknąłem palcem punkt na mapie  - i tam na nich czekamy. Z tego co wiem przejeżdżają tamtędy przynajmniej raz dziennie, a droga jest długa i otoczona lasem. Nie będą mogli stamtąd uciec.
- Dalej nie rozumiem czemu się tak na nich uwzięliśmy – dodał z tyłu Jacek. Pewnego dnia zrozumiesz, powiedziałem w myślach, nie chcąc znów wdawać się w dyskusję.
                Ruszyliśmy. Na niebie widać było pojedyncze chmurki oraz słońce, które sprawiało, że aż chciało się żyć. Byłem zaskoczony jak dobrze zniosłem koniec świata. Może od zawsze pasowałem do właśnie takich klimatów, zastanawiałem się w myślach. Samochód mknął po drodze. Wyjechaliśmy z miasta i w krótce znaleźliśmy się na długiej, prostej, asfaltowej drodze prowadzącej do Białegostoku. Do samego miasta nie zapuszczaliśmy się ani razu, dobrze wiedzieliśmy, że nie spotka nas tam nic dobrego. Skoro nawet w Supraślu zdarzały się kontakty z innymi Ocalałymi to co dopiero w takim mieście jak to.
                Patrząc za okno świat wydawał się taki jak kiedyś, nie licząc pojedynczych trupów, które przechadzały się między drzewami szukając pożywienia. Gdy tylko nas zauważały odwracały powoli głowy, ale zanim zdążyły chociaż zmienić kierunek ruchu, już byliśmy daleko od nich.
- Jak jesteśmy uzbrojeni? – zapytałem.
- Cztery karabiny, sporo amunicji, zapasowe pistolety, nasze najlepsze bronie –powiedział.
- To bardzo dobrze. Pamiętajcie robimy jak najwięcej możemy i w razie problemów wycofujemy się nawet na piechotę. Dojście do Supraśla jest niczym w porównaniu z dostaniem kulki. A tym tirem nie będą mogli gonić nas przez las –przypomniałem kolejne elementy planu. Odpowiedziały mi niechętne przytaknięcia. Wiedziałem, że powtarzam im to już po raz enty, ale wolałem żeby byli źli na mnie, za moje natręctwa niż martwi.
                Droga do Białegostoku nie była daleka i już godzinę później byliśmy na zaplanowanym miejscu. Prawie kilometrowy odcinek drogi, bez żadnego zjazdu w bok, nawet leśnych ścieżek odchodzących na boki. Jadąc samochodem bez większych problemów zjechaliśmy w krzaki i zaparkowaliśmy pomiędzy dwoma drzewkami, ale wiedziałem, że Tirem nie da się tak łatwo manewrować.
Wysiedliśmy i zaczęliśmy zdecydowanie najcięższy etap – czekanie. Wciąż nie byłem pewien jak planujemy zatrzymać tir, ale miałem parę planów i któryś z nich musiał się udać. Słońce rzucało coraz to dłuższe cienie,  opadając coraz niżej, ku horyzontowi. Wiatr rozrzucał liście pod naszymi nogami i sprawiał, że momentami przechodziły ciarki po plecach. Szum unosił woń zgniłych liści, których z każdą chwilą było coraz więcej, zupełnie jak trupów na świecie.
- Może wyjdę z kimś na drogę i jak będą jechali to po prostu zaczniemy strzelać. W prostej linii powinniśmy bez problemu zabić tego ich całego kierowcę – zaakcentował te słowo, bo wiedział, ze łatwo go było pomylić z naszym Kierowcą.
- Na takim odcinku to chyba będzie najlepsza opcja. Mogę pójść z tobą. Jeżeli nie trafimy to po prostu zbiegniemy w las. Właściwie możemy próbować strzelać w opony. Seria powinna skutecznie ich zatrzymać – zastanawiałem się. Siedziałem teraz oparty o drzewo i zbierałem siły. Podobnie spędzała czas reszta. Droga była na tyle prosta, a tir na tyle duży, że nie musieliśmy się martwić, że go nie zauważymy.
- Myślę, że my powinniśmy skupić ogień na szybach. Kierowca i Grzechu będą walić po oponach. Po takiej salwie na pewno się zatrzymają. Będą musieli – zarzucił pomysłem Jacek.
- Zgoda – odpowiedziałem nie chcąc się kłócić, szczególnie, że pomysł naprawdę miał szansę zadziałać pomimo swojej prostoty.
                Nagle usłyszeliśmy w krzakach od strony zachodniej szumy. Sięgnąłem szybko po broń i spokojnie, nie robiąc hałasu wycelowałem. Jacek próbował zachować spokój, ale wychodziło mu to nieco gorzej, bo podniósł się i rozejrzał. Zobaczyłem jednak szybko ulgę na jego twarzy.
- To tylko trup. Idzie w naszą stronę, zajmę się nim – powiedział.
Zobaczyłem jak rusza pewnym krokiem, przesuwając dłonią krzaki i wyjmując nóż. Ostrze zalśniło w blasku słońca i wydało specyficzny dźwięk podczas wyjmowania zza paska. Trup wyglądał na całkiem świeżego, z rany na policzku wciąż sączyła się odrażająca mieszanka ropy i krwi. Jacek poczekał aż trup wyciągnie ręce i uderzy w niego z większą prędkością, aby wykorzystać tę siłę i przebić  się przez oczodół do mózgu. Udało mu się to bez problemu. Złapał zombie za głowę i powoli położył go na ziemi. Robił to z taką delikatnością, jakby to wciąż była żywa osoba.
                Ledwo głowa trupa dotknęła ziemi, kiedy usłyszeliśmy dźwięk nadjeżdżającego pojazdu. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to musi być właśnie nasz cel, bo słychać go było wyraźnie, a nie widzieliśmy go jeszcze na prostej drodze.  Wstałem i podbiegłem w stronę drogi przeładowując i odbezpieczając broń. Karabin przyjemnie ciążył w ręce, napawając mnie poczuciem pewności siebie, a dźwięki przeładowywanych obok mnie karabinów sprawiały, że czułem się jeszcze lepiej. Zajęliśmy pozycję na poboczach drogi, tak żeby było nas widać, ale zarazem żebyśmy byli w stanie szybko się wycofać i uciec.
                Ogromny tir wyłonił się po chwili przed nami i z każdą sekundą był coraz bliżej. Wydawało by się jakby sunął na nas ogromny, metalowy byk, który tylko czeka na chwilę zawahania żeby nas zaatakować. Ja jednak byłem już wcelowany. Każdy metr bliżej sprawiał, że cel, którym była szyba, stawał się coraz większy. Chociaż pojazd robił naprawdę spory hałas, to przez chwilę wydawało mi się, że wszystko ucichło, jakby świat brał głęboki oddech przed tym co miało się stać. Palec nerwowo chodził mi po spuście, ale wiedziałem, że wrogowie muszą być bliżej, żeby nie zepsuć tej akcji. Bo drugiej szansy raczej nie mieliśmy.
                Pociągnąłem za spust. Cisza została rozerwana kanonadą pocisków. Tir zatrzymał się prawie momentalnie. Pociski jednak nadal leciały jakby miały rozerwać pojazd na pół. Z przedniej szyby nie zostało kompletnie nic. Opróżniłem magazynek w parę sekund, po czym sięgnąłem po drugi, bo dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa walka. Drzwi od ładowni otworzyły się z hałasem i zaczęli z nich wychodzić ludzie. Schowałem się za drzewem i co chwilę wychylałem delikatnie, żeby sprawdzić czy wiedzą, gdzie jesteśmy. Jacek był tuż przy mnie, leżał w krzakach i celował. Po drugiej stronie drogi znajdował się Kierowca oraz mężczyzna, który się z nami zabrał na tą niebezpieczną misję.
                Wrogowie otworzyli ogień. Nie wiedzieli dokładnie, gdzie jesteśmy, ale i tak pociski przelatywały niebezpiecznie blisko naszych pozycji. Jeden nawet trafił w drzewo, odłamując kawałek kory i upadając gdzieś przy mnie. Wyjrzałem i zobaczyłem, że kierowca tira, pokaźny mężczyzna, którego widziałem już wcześniej trzyma się za twarz, która była całkowicie zakrwawiona. Musiał dostać gdzieś w okolicy oka. Kobieta stojąca przy nim starała się mu pomóc. Przed nimi stała piątka ludzi, którzy strzelali i rozglądali się uważnie, używając tira jako zasłony. Nie wiedzieli jednak skąd może paść ostrzał, a musieli zabandażować rannego. To była nasza szansa. Podbiegłem kawałek w prawo, żeby mieć prostszą linię do strzału. Jacek w tym momencie wypuścił parę pocisków, żeby odwrócić ich uwagę ode mnie. Przebiegłem szybko paręnaście metrów i kucając wystrzeliłem.
                Pierwsze strzały poleciały wyżej i obiły ściany pojazdu. Udało mi się jednak skontrolować odrzut i przejechać po ludziach broniących mężczyzny. Dwie osoby upadły natychmiastowo, z kulkami w głowie. Jedna dostała po nodze i odskoczyła w bok, a dwie ostatnie schowały się po drugiej stronie tira. Nie pomogło im to jednak w ogóle, bo po chwili zobaczyłem jak upadają, przedziurawieni jak sito przez Kierowcę. Walka mogła wydawać się wygrana, ale w tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłem kiedy kierowca tira wstał z ogromną bronią w ręku. Musiał to być jakiś karabin snajperski, bo był naprawdę długi i prezentował się świetnie. Pomimo rany na twarzy mężczyzna zaczął mierzyć gdzieś na tyły, tam gdzie stał Kierowca i wystrzelił. Huk jaki poszedł był straszny. Wydawało się jakby w tamto miejsce uderzyła błyskawica.  Chciałem powstrzymać mężczyznę, ale kobieta, która go chwilę wcześniej bandażowała zlokalizowała mnie i Jacka i puściła serię po krzakach.
                Przeszywający ból w ramieniu gdy kula przechodziła przez moje ciało był nie do opisania. Upadłem na ziemię aby uniknąć kolejnego trafienia, ale wiedziałem, że moi ludzie wciąż tam są. Jacek dobiegł do mnie po chwili i pomógł mi schować się za drzewo. Pomimo zabicia piątki z nich i tak nie wygraliśmy tej walki. Teraz my byliśmy w kiepskiej pozycji, schowani za drzewem.  Wrogowie jednak do nas nie podchodzili. Baliśmy się wychylić, aby zobaczyć jak wygląda sytuacja, ale nie słyszeliśmy zbliżających się kroków. Padł tylko jeszcze jeden strzał z snajperki.
                Po chwili usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika i zobaczyliśmy, że tir odjeżdża w drugą stronę. To był koniec starcia.
- Wszystko ok? – zapytał Jacek.
- Ta… boli jak cholera, ale żyje – odpowiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- Musimy sprawdzić, co z Kierowcą i tym drugim – stwierdził.
- Dobra – podniosłem się przy jego pomocy i spojrzałem na ulicę. Nie wyglądało to zbyt ciekawie. Leżało tu siedem ciał. Poczułem dziwne ukłucie w brzuchu, kiedy zobaczyłem, wręcz rozerwane, ciało Kierowcy. Dostał w brzuch, a moc broni, którą miał mężczyzna była ogromna, bo pocisk przeleciał na wylot zostawiając sporą dziurę. Tuż obok leżał drugi z naszej grupy, która miał mniej szczęścia bo dostał prosto w głowę. Wyglądało to jakby ktoś odłamał kawałek okrągłego ciasteczka, zostawiając nierówną jedną czwartą.
- Kurwa… - skomentował krótko Jacek.
- Musimy się stąd zbierać – powiedziałem.
- Poczekaj – poprosił po czym uklęknął przy Kierowcy i pewnym ruchem przebił ostrzem przez dolną część twarzy do mózgu. Widziałem jak drżały mu ręce – To nie było opłacalne.
- To było konieczne – odpowiedziałem odwracając się i sprawdzając, czy ktoś z grupy z tira przeżył. Już mieliśmy odchodzić, kiedy zauważyłem, że jedna z osób wciąż oddycha. Podszedłem do niej i zdałem sobie sprawę, że to ten chłopak, który dostał w nogę i odczołgał się do tyłu. Był młody, wyglądał jakby miał tyle lat co moja starsza córka. Nie miałem jednak skrupułów. Wycelowałem karabinem i już miałem strzelać, kiedy on wydał z siebie dźwięk. Przez chwilę myślałem, że próbuje coś powiedzieć, ale to był tylko śmiech. Dławiący, charczący rechot.
                Zdenerwowany zachowaniem chłopaka przyłożyłem mu lufę do głowy. Chciałem żeby się bał. On jednak wycharczał tylko:
- Strzeż… się… Łowcy.
Strzeliłem. Jego słowa była zastanawiające, ale nie miałem teraz czasu na analizę. Zebraliśmy bronie i ruszyliśmy w stronę auta. Droga powrotna była znacznie szybsza. Jacek nie odzywał się ani słowem, a ja byłem mu za to wdzięczny. Wystarczająco biłem się teraz z myślami. Nie miałem żadnego problemu z ocenieniem tego ataku na bardzo korzystny, jednak zginęła kolejna dwójka ludzi i te słowa umierającego chłopaka. „Strzeż się Łowcy”, co one mogły oznaczać? Czy Łowca to był ktoś z ich grupy? Może to właśnie jego trafiliśmy w twarz? A może był nowy odłam tej całej grupy, o której nie wiedzieliśmy? Pytań było mnóstwo, odpowiedzi niewiele. Jeden problem jednak miałem już z głowy i chociaż zapłaciłem za niego dużą cenę, zapewniłem spokój.
                Dojechaliśmy do Supraśla gdy było już ciemno. Z uśmiechem na twarzy przywitałem światła oświetlające główną ulicę przed barem i sam bar. Kosztowało nas to sporo wysiłku, ale oświetlenie okolicy było na dłuższą metę dobrym pomysłem. Jak ktoś miał nas znaleźć  to i tak by to zrobił, a w ten sposób my mogliśmy widzieć wszystko.
                Wjechaliśmy na podwórze baru, po tym jak Michał otworzył nam bramę. Wysiadłem z samochodu, wciąż trzymając się za zranioną rękę. Bolała mnie, ale już dawno przestała krwawić. Mimo to chciałem dać ją do obejrzenia lekarzowi, który szczęśliwie był jednym z uczestników wycieczki. Poskładał już nie jedną osobę i pomógł tym samym utrzymać nasz obóz w aktualnym stanie. Spojrzenie Michała do środka, gdzie byłem tylko ja i Jacek musiało być wyraźne, bo nawet nie pytał o Kierowcę i drugiego pasażera.
- Udało wam się ich wybić? – zapytał.
- Załatwiliśmy piątkę i okaleczyliśmy ich szefa. Raczej się z tego nie poskładają – powiedziałem.
- Dobre i to – ucieszył się – Lepiej pokaż tę ranę doktorkowi. To raczej nic poważnego, ale lepiej dmuchać na zimne.
- Tak zrobię – zapewniłem po czym ruszyłem do wnętrza. Drzwi były otwarte, bo przed samym barem, a także na dachu mieliśmy ludzi, którzy ciągle pełnili wartę. W głównej sali siedziało teraz parę osób, które szyły ubrania, oraz grały w rzutki. Przywitałem ich skinięciem głowy i szybko ruszyłem na zaplecze. Ledwo przeszedłem przez drzwi, a spotkałem Grubego. Spojrzał na mnie ponuro.
- Już wróciliście? Co ci się stało?
- Trafili mnie. Spokojna głowa to nic poważnego. Jakieś wieści? – zapytałem.
- Niejaka Łapa  była widziana przez naszych w Grabówce. Podobno sporo tam namieszała i starła się z inną, przejeżdżającą grupą – zaraportował.
- To wszystko? – zapytałem. Wiedziałem, że moje córki są w pobliżu i wiedziałem, że póki nie usłyszę, że udało się im ją złapać to nic nie zmieni. Nie wiedzieliśmy gdzie i czy w ogóle ma obóz.
- Ta. Bez zmian – powiedział.
- Dzięki – klepnąłem go po ramieniu zdrową ręką – Pilnuj się chłopie.
- Jasna sprawa – obiecał, po czym poczłapał wolnym krokiem w stronę swojego pokoju.
                Doktor oczyścił i zabandażował mi ranę. Dał mi też jakąś maść po czym kazał odpoczywać przez parę dni. Wyjątkowo miałem taki zamiar. Po wizycie poszedłem prosto do swojego pokoju. Udało mi się zarezerwować całkiem przytulny pokój, z oknem wychodzącym na stronę, z której przyszliśmy, czyli most. Sięgnąłem po przemyconą butelkę whisky i nalewając sobie solidną ilość do szklanki, usiadłem ciężko na starym, rozpadającym się fotelu. Wystarczyło parę łyków żebym zasnął.
                Obudziły mnie krzyki. Z początku przerażony poderwałem się szukając broni z obawą, że ktoś na nas napadł, ale zdałem sobie sprawę, że krzyki były raczej odległe i dochodziły z zewnątrz. Mimo tego szybko się ubrałem, wziąłem jeszcze jednego łyka whisky i ruszyłem schodami na dół. Na jednym z korytarzy  wpadłem na Grubego, który właśnie szedł do mnie.
- Co się dzieje? – zapytałem.
- Jakaś dziewczyna lub kobieta krzyczy parę ulic dalej. Co mamy z tym zrobić?
- Musimy to sprawdzić – odpowiedziałem prawie natychmiast, przyspieszając. Chociaż nie byłem człowiekiem wierzącym w cuda, to mogła być któraś z moich córek, a nie mogłem przegapić takiej okazji. W głównym pomieszczeniu panowało poruszenie, ludzie wyglądali przez okna i szukali źródła hałasu.
- Jeżeli zaraz tam nie pójdziemy te wrzaski ściągną wszystkie trupy z okolicy – zauważył Jacek.
                Wyszliśmy na dwór. Było całkiem zimno, a księżyc wisiał wysoko na niebie. Musiał być późny wieczór. Michał, Gruby i Jacek poszli za mną. Otworzyłem furtkę i wypuściłem ich, zamykając za nami, na wypadek gdyby to była pułapka. Krzyki było słychać znacznie wyraźniej niż w budynku i dochodziły z ulicy naprzeciwko nas. Ledwo wyszliśmy na ulicę, gdy zauważyliśmy po naszej lewej parę trupów idących mostem. Wszystkie pracę oczyszczające okolicę zostały zniweczone.  Zimne powietrze nieprzyjemnie drażniło moją ranę i sprawiało, że gdy tylko prostowałem lub zginałem rękę, odczuwałem falę tępego bólu.
                Skręciliśmy w uliczkę obok, która prowadziła do sklepu, który zdążyliśmy już całkiem dokładnie przeszukać, oraz paru piętrowych budynków, które kiedyś mieściły nieduże sklepy lub biura. Dźwięk dochodził gdzieś stąd, widzieliśmy parę trupów dobijających się do niedużego kiosku stojącego obok sklepu.
- Tam – wskazał Jacek.
W środku widać było światło, a na około znajdowało się parę trupów, które usilnie starały się dostać do środka. Ruszyliśmy ostrożnie do przodu. Kiosk trzymał się jeszcze nieźle, więc nie musieliśmy się aż tak śpieszyć, żeby uratować nieznajomą kobietę. Teraz z bliska było dokładnie słychać, że prosiła o pomoc, ale była tak wystraszona, że z jej ust dobywał się bardziej bełkot niż słowa.
                Powoli ruszyliśmy od flanki, tam gdzie było nieco mniej trupów. Kolejne podchodził z pobliskich uliczek i powoli zamykały nam drogi ucieczki. Zamachnąłem się do najbliższego i wbiłem mu nóż w oko, wyjmując go w miarę gładko i nie tracąc przy tym równowagi.  Jacek tuż obok mnie powalił kolejnego trupa toporem.  Gruby podbiegł nieco bliżej i odpychając trupy rękoma, dobijał je metalową pałką. Michał trzyma się nieco bardziej z tyłu i czekał z wyciągniętą bronią, żeby w razie większych problemów osłaniać nas. Dosyć sprawnie przebiliśmy się pod sam kiosk. Trupy były coraz bliżej, ale Jacek wraz z Grubym osłaniali mnie, a Michał zaczął strzelać.
                Pociągnąłem za klamkę, ale drzwi były zamknięte od środka. Podszedłem do szyby i zapukałem. W środku rzeczywiście była jakaś dziewczyna. Przez szybę nie byłem pewien, czy to mogła być któraś z moich córek, ale gdy mnie zauważyła odsunęła się pod ścianę.
- Otwieraj do cholery! Za chwilę będzie tu ich więcej! – krzyknąłem pokazując na drzwi.  Jacek odskoczył w moją stronę, gdy próbował go złapać jeden z trupów i z całym impetem nadepnął na jego czaszkę wgniatając ją delikatnie.
Dziewczyna z kiosku była przerażona, ale zareagowała szybko. Drzwi otworzyły się, a ja pociągnąłem ja za rękę, co wywołało kolejną falę bólu w moim ramieniu, ale ciągnąc ją, zacząłem przebijać się z powrotem. Michał właśnie przeładowywał karabin, kiedy nasza czwórka zaczęła się do niego przebijać.
                Dziewczyna już nie krzyczała, ale teraz byłem pewien, że jej nie znałem. To była przypadkowa ocalała. Nie mogłem jej jednak teraz tak zostawić, kiedy zaryzykowaliśmy tak dużo. Gruby wyjął pistolet, to samo zrobił Jacek. Zombie było po prostu za dużo, żeby ryzykować walką na blisko. Przejście do uliczki, z której przyszliśmy, nie było łatwe, ale na całe szczęście ona była czysta. Udało nam się uciec. Ruszyliśmy pędem wzdłuż ulicy prosto do naszego obozu. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę furtki i ją zamknęliśmy, odetchnęliśmy z ulgą.  Oddychaliśmy ciężko, płuca wydawały się być suche, a serce waliło jak oszalałe. Gruby, który przebiegł najwięcej sapał jak parowóz, ale nikt z nas nie został ugryziony, a dziewczyna, którą uratowaliśmy też była dobrym stanie. Patrzyła na nas wystraszona.

- Dziękuje – powiedziała po cichu.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 3: Poseł

Rozdział 3, pierwszy z perspektywy Olafa - prawej ręki Feline. Chociaż Olafa nie widzieliśmy, gdy Erni odwiedzał obóz w Płońsku, to jednak tam był. Zaufany człowiek Feline, ironicznie podchodzący do życia. Myślę, że postać się wam spodoba, bo jest zdecydowanie pasująca do świata.

Inne POV:
Olaf - Dzień 3 od rozpoczęcia akcji tomu
Bobru - ???
Irek - ???
??? - oznacza, że w dany dzień nie pojawiła się jeszcze informacja, co w tym czasie robią inni bohaterowie

----------------------------------------------

Rozdział 3 (Olaf) : Poseł


                Nienawidziłem życia w czasie apokalipsy zombie. Denerwowała mnie ciągła walka o przetrwanie i udawanie, że kiedyś to się skończy. Tego akurat byłem pewien, nikt nigdy nie wynajdzie żadnego antidotum. Czas każdego z nas był policzony i już się z tym zdążyłem pogodzić.  Obóz Feline był jednak miejscem do którego byłem przywiązany i chociaż nie lubiłem tu prawie nikogo to szanowałem Feline. Była tajemniczą, ale bardzo dobrą osobą i musiałem przyznać, że byłem gotów oddać za nią życie.
                Cały obóz znajdował się w starym budynku szpitalnym, który połączyliśmy z niedużym magazynem kawałek dalej. Wszystko było otoczone ogrodzeniem i w sumie chociaż nie mieliśmy za dużo miejsca to wciąż byliśmy w stanie bronić się tutaj długi czas. Znajdowałem się teraz w moim pokoju, który był niedaleko gabinetu Feline. Chociaż miałem ciężki charakter to ona ceniła sobie moje rady i często z nich korzystała, więc chciała mnie mieć zawsze pod ręką.  Podniosłem się ciężko z łóżka.  Swoje w życiu już przeżyłem i ciągle dokuczał mi ból kolan i pleców.
                Wstałem i podszedłem do lustra i miski z wodą. Spojrzałem na swoją twarz i westchnąłem cicho. Paskudna morda, pomyślałem. Miałem niebieskie oczy, krótko przystrzyżone włosy z wyraźnie zaznaczonymi zakolami, oraz pokaźne wąsy, które zakręcały w górę, przez co przypominałem jakiegoś włoskiego hydraulika. Wziąłem w ręce brzytwę i nakładając piankę do golenia, która znalazłem w szpitalu już jakiś czas temu, nałożyłem ją na brodę i gardło. Zacząłem powoli golić się i nucić pod nosem piosenkę, którą lubiłem słuchać, zanim to wszystko się zaczęło.
                Nagle drzwi do mojego pokoju otworzyły się, a ja zaskoczony zaciąłem się w okolicach policzka.
- Kurwa mać – mruknąłem odwracając się.
- Wybacz Olafie, nie chciałem cię wystraszyć – powiedział Grzesiek. Grzesiek był lekarzem, chirurgiem, który był w tym obozie od początku. To jego znaleźliśmy tutaj gdy zajmowaliśmy to miejsce i czyściliśmy je z zombie.
- Czego chcesz? – spytałem tamując krwawienie koszulką leżąca na łóżku.
- Muszę cię przebadać, szczególnie po tym co stało się ostatnio – powiedział siadając na stołku przy wejściu.  Niecały miesiąc temu, około tydzień po tym, jak Feline wysłała dwóch naszych ludzi, żeby eskortowali Ernesta i Marcina do Ostoi, na naszych ziemiach pojawili się bandyci. Zostałem wtedy postrzelony w okolicach brzucha. Kula cudem ominęła moje narządy i jakimś cudem przeżyłem, ale od tamtego czasu Grzesiek męczył mnie co tydzień żeby robić rutynowe kontrole tego jak rana się goi.
- Dobra, chodźmy – powiedziałem przemywając twarz i ubierając się do końca. Za pas schowałem nóż i pistolet. Bez tego zestawu nigdzie się nie ruszałem.
                Ruszyliśmy korytarzem mijając po drodze dwóch, patrolujących ludzi. Po minucie staliśmy już w gabinecie Darka. Było tu całkiem czysto jak na panujące standardy i w porównaniu z moim pokojem to był zupełnie inny świat. Usiadłem na kozetce i zdjąłem spodnie oraz podkoszulek i bluzę. Grzesiek poszperał chwilę w szafce, po czym wyjął stetoskop oraz parę bandaży i butelkę dziwnego płynu, który służył do przemywania ran. Podszedł do mnie i spojrzał na moje podbrzusze. Rana wyglądała już całkiem nieźle, ale dalej cały obszar ciała miałem siny, a przy mocniejszym dotknięciu czułem parszywy ból.
- Dalej nie wiem jakim cudem udało ci się przeżyć. Świat cię jeszcze potrzebuje przyjacielu – powiedział podchodząc i przykładając zimny stetoskop do mojej klatki piersiowej.
- Pieprzyć ten świat –skomentowałem krótko.
                Lekarz chwycił mnie bez pardonowo za bokserki i spróbował odsunąć je kawałek w dół. Odepchnąłem go. Ten roześmiał się.
- Stary jak brzoza, a głupi jak koza. Jak mam ci opatrzeć tę ranę i ją przemyć jak nie mam do niej dostępu? Wstydzisz się? – zapytał, ciągle się uśmiechając.
- Po prostu wkurza mnie, że podchodzisz do takiego z takim uśmiechem. Lubisz widok męskich genitaliów? – zapytałem zgryźliwie.
- Nie bądź babą do cholery – odpowiedział wyraźnie poddenerwowany.
Pomimo moich sprzeciwów zbadał w końcu ranę i przeczyścił ją, a następnie pozwolił mi się ubrać.
- Mogę już iść? – zapytałem.
- Czekaj, ogarnę ci jeszcze ten syf na policzku – czasami nie rozumiałem do końca jego języka, bo był młody i używał słów, których używały dzieciaki w jego wieku.
                Podszedł do mnie i przeczyścił mi cięcie, po czym nakleił plaster.
- Wsio. Możesz iść – rzucił na odchodne i wrócił do swojego biurka.
- Wiesz, gdzie znajdę Feline? – zapytałem. Było południe, a ona lubiła spacerować po całym budynku i nie zawsze siedziała w swoim gabinecie.
- Nie mam pojęcia, sprawdź na dachu – zaproponował.
- Dobra, dzięki – odpowiedziałem i wyszedłem.
                Ruszyłem w stronę schodów, a po nich wspiąłem się na dach. Było tam parę pustych pomieszczeń, oraz jedno dosyć wyjątkowe – strych z balkonem, z którego widać było całą okolicę. Feline lubiła tam przychodzić, szczególnie w cieplejsze dni jak ten, aby obserwować okolicę z bezpiecznego miejsca. Zombie nie miały szans się tam wspiąć, a balkon był na tyle wsunięty, że ktoś musiałby strzelać z odległości paruset metrów, żeby ją w ogóle zauważyć, a nawet wtedy mógłby mieć problem z wycelowaniem. Co prawda słyszałem, że w Ostoi jest snajper, który ma jedno oko i profesjonalny karabin snajperski, ale nie wiedziałem, czy to nie były zwykłe plotki rozpowiadane przez Dziarę lub kogoś innego z Ostoi.
                Nie lubiłem ludzi z Ostoi, wywyższali się i cały czas starali się osiągnąć dziwną kontrolę nad terenem, w tym nad tym obozem. Całe szczęście Feline twardą ręką nie zgadzała się na to. Mi to pasowało i miałem nadzieję, że tak zostanie. Gdy dotarłem na balkon zobaczyłem ją od razu. Siedziała w bluzie z kapturem, kieliszkiem wina, słuchając cicho grającej z gramofonu muzyki na dużym skórzanym fotelu. Pamiętam jak dzisiaj jak wnosiłem go dla niej wraz z dwoma innymi ludźmi. Wszyscy w obozie kochali Feline. Czasami podejrzewali mnie o to, że próbuje przejąć jej pozycje, ale było to okrutne kłamstwo. Nie zależało mi na władzy. Nie lubiłem podejmować decyzji, wolałem się trzymać z tyłu.
                Feline jakby wyczuła moją obecność.
- To ty Olaf? – zapytała biorąc łyk wina i nawet nie odwracając się w moją stronę. Podszedłem bliżej niej, tak żeby mnie zobaczyła. Wyciągnąłem papierosa z paczki, która podobnie jak nóż i pistolet, nie opuszczała mnie nawet na chwilę i odpaliłem, biorąc potężnego bucha.
- Jaka dzisiaj czeka nas robota? – zapytałem.
- Na pewno jakaś, prawda? – zapytała retorycznie – Codziennie jest coś do zrobienia. Jeden dzień wolnego i to miejsce mogłoby upaść. Nie możemy się upić, zabawić, bo cały czas trzeba mieć rękę na pulsie – powiedziała.
- Taki parszywy świat nam się trafił – odpowiedziałem.
- Co do roboty, to w sumie dzisiaj nie mamy nic konkretnego do zrobienia. Chłopaki z ogrodzenia oczyszczają teraz podstawę budynku, grupa zwiadowcza wyruszyła na północny zachód w stronę Ostoi, żeby zobaczyć, czy ci coś nie planują, a reszta jest spokojna. Jeżeli nic nam nie przeszkodzi to prawdopodobnie dzisiaj pozostanie ci tylko sortowanie broni w zbrojowni, ale to później – powiedziała.
- Tak jest – odpowiedziałem zaciągając się papierosem.
- Zanim jednak pójdziesz możesz mi potowarzyszyć. Nie jestem świetną towarzyszką do rozmowy, ale wydaje mi się, że ty również nie lubisz za dużo gadać – stwierdziła. Spojrzałem w jej niezwykle niebieskie oczy i uśmiechnąłem się.
- Coś w tym jest – powiedziałem siadając.
                Przez najbliższe dwie godziny siedzieliśmy na górze w prawie całkowitym spokoju przerywanym co jakiś czas ludźmi, którzy raportowali szefowej to co udało im się osiągnąć. Pasowało mi to jak Feline lubiła spędzić wolny czas. Gadaliśmy tylko odrobinę o sprawach urzędowych. Nigdy nie traktowałem naszej relacji jako czegoś więcej niż przyjaźń, chociaż Feline była ładną dziewczyną. Była jednak młodsza ode mnie o jakieś piętnaście lat. Nie chciałem, żeby to miejsce upadło, bo zawracam głowę dziewczynie, która ma znacznie ważniejsze obowiązki.
                Gdy już miałem schodzić do stołówki, żeby zjeść w końcu coś, a nie ciągnąć na samych papierosach na dach przybiegł Piotrek. Był to młody chłopak, który właściwie cały czas biegał. Rzadko kiedy widywałem go siedzącego. Był zwiadowcą.
- Pani Feline znaleźliśmy kogoś, kto chcę z tobą porozmawiać – zameldował. Feline wstała.
- Gdzie go znaleźliście? – zapytała.
- Niedaleko naszego obozu. Obserwował miejsce z krzaków.
- Zabijmy cholernego szpiega! – krzyknąłem.
- Uspokój się Olaf – poprosiła – Zaprowadź go do mojego gabinetu. Zaraz tam przyjdziemy – stwierdziła. Piotrek zniknął równie szybko jak się pojawił, a ja spojrzałem na Feline.
- Masz zbyt dużą tolerancję wobec takich ludzi. Ogólnie wobec ludzi… - powiedziałem.
- Jak mi się nie spodoba to go zabijemy. Chodź, nie marudź – powiedziała, po czym zeszliśmy w dół.
                Gabinet Feline był mrocznym miejscem. Była tu nieduża biblioteczka, duże drewniane biurko oraz fotel i krzesła dla ewentualnych gości. Na jednym z nich siedział teraz mężczyzna w wieku Feline, związany i zakneblowany. Na drugim usiadłem ja, a Feline zasiadła na swoim miejscu. Odwołała szybko zwiadowców, którzy przyprowadzili złapanego, a następnie poczekała chwilę obserwując więźnia. Jej oczy miały tą przerażającą moc, przenikania ludzkiej duszy i wiedziałem, że jeżeli złapany ma jakieś złe zamiary to na pewno poczuł strach.
- Jak masz na imię i co cię tu sprowadza? – zapytała w końcu.
                Zdjąłem mu knebel i rzuciłem go na biurko.
- Jestem Kamil. Reprezentuje Inowrocław i tamtejszą grupę ocalałych i chcę zaprosić niejaką Feline, która dowodzi tym obozem na Wielkie Spotkanie Ocalałych, które odbędzie się dokładnie za sześć dni w naszym obozie – wyrecytował, jakby uczył się tej kwestii przez przynajmniej parę godzin. Kamil miał parodniowy zarost, ale był zadbany. Nie miał przy sobie żadnych rzeczy poza malutkim plecakiem, w którym miał rzeczy pozwalające przetrwać parę dni w dziczy.
- Wielkie Spotkanie Ocalałych? – zapytała Feline.
- Co ty pieprzysz… - skwitowałem patrząc na niego.
- Mówię prawdę. Dowódca naszego obozu, Ben, chce w końcu zbudować prawdziwą cywilizację. Zaproszenie dostarczyć miałem w pierwszej kolejności tutaj i jednocześnie poprosić o przekazanie tej informacji dowódcy Ostoi oraz dowódcy Drugiego Posterunku. Za sześć dni… - chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Feline mu przerwała.
- Dlaczego mielibyśmy przyjść? Do nieznanego obozu człowieka, który zakradał się tutaj jak wróg… - powiedziała zimnym tonem.
- Nie byłem pewien czy jesteście dobrymi ludźmi, a zanim zdążyłem się przekonać złapali mnie – skontrował. Pomimo ciężkiej sytuacji zachowywał spokój. To się ceniło.
- I co teraz myślisz chłopcze? – zapytałem.
- Myślę, że nadajecie się – odpowiedział patrząc mi w oczy. Następnie odwrócił się w stronę Feline – Ty jesteś na pewno Feline. Zgadzasz się na nasze warunki, czy nie? – zapytał.
- Nie mogę ci teraz odpowiedzieć, bo… - zaczęła, ale wtedy Kamil jej przerwał.
- Muszę znać odpowiedź teraz i przeka… - nie zdążył dokończyć, bo uderzyłem go w twarz. Zakołysał się na krześle, ale nie upadł. Feline skarciła mnie spojrzeniem, ale zignorowałem to.
- Gdy ona mówi, masz słuchać – powiedziałem zimno – I nie przerywać.
- Widzę, że masz oddanych ludzi – stwierdził Kamil ocierając twarz o bark – To nie zmienia jednak tego, że muszę dowiedzieć się teraz. Jeżeli nie zgodzicie się to…
- To co? – zapytała Feline.
- Będę musiał zgłosić się do mojego szefa i zapytać co dalej. Bo spotkanie musi się odbyć prędzej czy później – odpowiedział.
- Czemu ma się odbyć właśnie w Inowrocławiu? – dopytywała dalej Feline.
- Bo tam jest człowiek, który naprawdę chcę odbudować ten świat – odpowiedział dumnie mężczyzna.
                Feline oparła się o swój fotel i założyła nogę na nogę. Zastanawiała się. W pomieszczeniu przez około minutę panowała cisza. Kamil zaskoczył mnie swoją śmiałością – przez cały czas nie opuścił wzroku i wciąż utrzymywał kontakt wzrokowy z przywódczynią obozu. Ta w końcu ocknęła się jakoby z transu i spojrzała na mnie.
- Olafie zostaw nas samych. Zawołam po ciebie jak będziesz potrzebny – rozkazała.
- Ta jest – odpowiedziałem. Wychodząc rzuciłem młodemu spojrzenie w stylu „jak ją dotkniesz to będziesz cierpiał” po czym opuściłem pomieszczenie.
                Nie mając za dużo do roboty ruszyłem w stronę stołówki, aby w końcu coś zjeść. Pomieszczenie było praktycznie puste, w kącie siedziało dwóch mężczyzn, których widywałem co jakiś czas, ale nie znałem osobiście. Podszedłem do dobrze znanego mi, grubszego kucharza, którego nazywali w obozie Siekierka i poprosiłem o coś do jedzenia.
- Za dużo ze śniadania nie zostało, a na obiad to ty musisz poczekać – powiedział swoim specyficznym, niskim głosem.
- Siekiera nie gadaj, że kumplowi nie zostawiłeś nawet porcji – powiedziałem słodko.
Grubas zaśmiał się, a jego policzki zafalowały.
- Nie rozśmieszaj mnie, trzy dni temu nazwałeś mnie chodzącą beczką tłustego mięsa – odpowiedział.
- To było po przyjacielsku – zapewniłem. Siekiera spojrzał na mnie z wyrzutem, po czym zniknął na chwilę z okienka, a po chwili pojawił się z talerzem, na którym była kupka fasoli, dwie sardynki oraz dwie duże kromki chleba.
- Tyle ci mogę dać, a teraz zjeżdżaj stąd – powiedział wciskając mi talerz w ręce i zamykając okienko.
                Zjadłem spokojnie rozmyślając nieco o tym, co usłyszałem w gabinecie Feline. Wielkie Spotkanie Ocalałych. Wydawało mi się, że to jest pułapka, ale byłem pewien, że Feline nie przepuści takiej okazji. Nasz obóz został zaliczony na równi z obozem Dziary oraz Kapitana, a w centrum wydarzeń zawsze działy się rzeczy, które interesowały moją szefową. Byłem pewien, że pewnego dnia to ją zgubi, ale od tego byłem ja – od pilnowania jej.
                Odniosłem talerz i poszedłem do zbrojowni, aby zająć się jakże nudnym zajęciem, jakim było czyszczenie i przeliczanie broni oraz amunicji. Mieliśmy ostatnio coraz to większe szczęście w znajdowaniu różnej broni i po wstępnych obliczeniach byłem już pewien, że liczba broni przerasta przynajmniej dwukrotnie liczbę osób będących w obozie. W sumie było tu nas około pięćdziesięciu, co nie było dużą liczbą, ale mieliśmy mnóstwo broni, więc byliśmy groźni i ludzie musieli się z nami liczyć.
                Następne półtorej godziny spędziłem w zbrojowni i gdy w końcu wyszedłem byłem już dosyć zmęczony. Dzień był krótki, ale intensywny. Postanowiłem wyjść przewietrzyć się, a następnie pójść do swojego pokoju i położyć się spać. Słońce powoli kierowało się ku horyzontowi, ale nie mogła być godzina późniejsza niż siedemnasta. Ogrodzenia jak zwykle pilnowało parę osób, ale ja nawet nie chciałem im przeszkadzać. Usiadłem na ławce przed wejściem i wziąłem głęboki oddech.  Kolejne dni będą ciężkie, tego byłem pewien.
                Słońce świeciło, oślepiając mnie kompletnie, więc przymknąłem oczy i cieszyłem się chwilą. Usłyszałem nagle podniesione głosy i leniwie otworzyłem jedną powiekę, żeby zobaczyć co się dzieje. Ekipa broniąca ogrodzenia stała teraz przed główną bramą z prętami i zaczęła oczyszczać przez szpary w siatce zebrane pod ogrodzeniem zombie. Pomyślałem, że zabicie paru trupów będzie świetnym zwieńczeniem dnia, więc wstałem i podszedłem do nich. Wziąłem jeden z prętów stojących na uboczu i podszedłem do siatki. Jeden z trupów, który miał głowę przechyloną o parędziesiąt stopni zaszarżował na siatkę. Oczyszczanie tego rejonu było ważne, bo jak zebrałoby się tutaj za dużo zombie, to w końcu by zniszczyły ogrodzenie, a postawienie czegoś takiego zajmowało sporo czasu. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić.
                Niczym kijem bilardowym machnąłem przez dziurę w siatce przebijając głowę zombie, a następnie przyciągając pręt z powrotem, aby zadać kolejny cios, następnemu trupowi. Machaliśmy tak, a kolejne ciała upadały głucho na asfalt przed wejściem, farbując go na czerwono. I tak od dawna był cały pokryty zaschniętą krwią, ale teraz ciemna, brudna krew świeciła wręcz w promieniach słońca.
                Po załatwieniu ostatniego trupa strażnicy mi podziękowali i otworzyli bramę, żeby wynieść trupy kawałek dalej. Ja sam wróciłem do budynku i idąc na jedno z wyższych pięter po schodach, skierowałem się do swojego pokoju. Gdy już miałem wchodzić do środka spotkałem Feline, która akurat wychodziła ze swojego gabinetu.
- Olaf. Świetnie się składa, właśnie ciebie szukałam – powiedziała, wciągając mnie do środka.
Po złapanym nie było już śladu, więc dobrze wiedziałem, że albo nie żył, albo doszli do ugody.
- Jak przebiegła rozmowa? – zapytałem ostrożnie.
- Dobrze. Znasz mnie przecież, wiesz, że nie zmarnuje takiej okazji – powiedziała.
- Więc jedziesz do Ostoi? Żeby przekazać im wiadomość? – zapytałem.
- Tak. Właściwie to jedziemy do Ostoi, przecież nie pojadę tam sama – stwierdziła.
                Westchnąłem cicho. Właśnie wkopałeś się w niezłe bagno Olafie, powiedziałem sam do siebie w myślach.

- Mianuje cię posłem naszego Obozu. To ważne zadanie i będziesz miał na dniach naprawdę sporo do zrobienia – powiedziała uśmiechając się. W jej błękitnych oczach zobaczyłem błysk czegoś niebezpiecznego. Już w krótce miałem się przekonać czego.

piątek, 28 listopada 2014

Rozdział 3: Pełna sekretów

Rozdział 3, pierwszy z perspektywy... Magdy! Postać dołączyła do Apokalipsy niedawno, ale w tym tomie odegra pewną rolę i będzie świadkiem zdarzeń z Torunia (gdy Zbłąkany Ocalały i Czerwone Flary wyruszą w podróż). Mam nadzieję, że rozdział jak i perspektywa wam się spodobają. Po przeczytaniu proszę o komentarz, oraz rozesłanie bloga znajomym.

---------------------------------------------------

Rozdział 3 (Magda): Pełna sekretów


                Dzisiejszy dzień zaczął się tak samo jak pozostałe, ale był odrobinę inny. Gdy zdałam sobie sprawę z tego, że dziewczyna, którą widziałam jakiś tydzień temu nocą, to ta sama, o której mówił tyle Bobru to pogrążyłam się w myślach. Widziałam ją tamtego wieczora, gdy obserwowałam posiadłość osób rządzących tym miejscem. Była zdziwiona gdy zobaczyła tą osobę wysiadającą z ciężarówki. A parę minut później zginęła. Próbowała mnie wtedy dogonić, ale uciekłam, bo myślałam, że jest jedną stąd i że będę miała przez to problemy. Gdybym tylko wiedziała, że to osoba tak ważna dla Bobra, to na pewno bym została i pomogła. Czy to była moja wina? Nie sądzę, ale bolało mnie to, że mogłam coś z tym zrobić, a nie zrobiłam.
                Dzisiaj dużo miało się zmienić. Zbłąkany Ocalały przeprowadzał ostatnie przygotowania do wyjazdu na wschód, a Czerwone Flary dostawały rozkazy i były przygotowywane do swoich zadań.  Starałam się być na bieżąco z informacjami, bo nigdy nie wiadomo, kiedy to się przyda. Zdążyłam się przyzwyczaić do tego życia i miałam nadzieję, że wiedza, którą zbierałam nigdy mi się na nic nie przyda. Nie dostałam jeszcze tutaj żadnej pracy i właściwie całymi dniami poświęcałam się chodzeniu po uliczkach miasta i rozmawianiu z ludźmi.
                Z danych, które udało mi się póki co zebrać, podczas moich wędrówek, ustaliłam, że w Ostoi jest około trzystu ludzi. Około pięćdziesięciu z nich należało do Toruńskiej Straży, czyli byli to ludzie z Barykad, oraz patrole, które poruszały się ulicami miasta. Drugą grupę stanowiły osoby dowodzące oraz Czerwone Flary. Samych Flar, wraz z nowym członkiem, Bobrem, było dziewięć. Oprócz tego doliczyłam Szeryfa oraz Karła, ale na upartego dało się dodać do tej listy jeszcze parę osób, między innymi osoby zasiadające w Radzie. Resztę stanowili cywile. W sumie wychodziło na to, że ponad dwieście osób to byli zwykli pracownicy, dzieci oraz osoby przebywające na terenie tego miejsca.
                Ciężko mi było wytrzymać w tym miejscu, gdyż wszyscy wydawali się być już częścią mechanizmu, a ja wciąż nigdzie nie pasowałam. Dołączyłam do grupy Bobra dosyć późno, ale jeszcze z ludźmi z jego grupy udawało mi się dogadywać. Niestety byli oni ciągle zajęci. Bobru całymi dniami przesiadywał w Kwaterze Głównej lub w mieszkaniu Łapy, Sołtys i Łapa przesiadywali w budynku rady, Cinek przygotowywał z Ernestem autobus do wyjazdu, a Jakub został uwięziony. Był jeszcze Łowca, który całe dni spędzał ciężko pracując przy wzmacnianiu barykad.
                Całe szczęście była jedna osoba, z którą się dogadywałam – Krystian. Znał się on z Bobrem i pewnego wieczora spędziliśmy sporo czasu razem. Był przemiłym człowiekiem, który potrafił rozweselić i sprawić, że czas leciał o wiele szybciej. Dzisiaj też miałam się z nim spotkać, ale teraz miałam inne sprawy na głowie.
                Wyszłam na zewnątrz, żeby pooddychać świeżym powietrzem. Pomimo wczesnej pory na ulicach Ostoi było już tłoczno. Ludzie szli bez zawahania w pożądanych kierunkach, a ja stałam i obserwowałam to zastanawiając się czy, kiedyś w pełni dołączę do tej społeczności.  Kiedyś, kiedy jeszcze nie było zombie, a ja studiowałam, nie było takich problemów. Umiałam się znaleźć w towarzystwie. Tęskniłam za tymi czasami. Tęskniłam za moimi rodzicami i kimś, dzięki komu przetrwałam. Mój brat Marek. Rozdzieliliśmy się około tydzień przed spotkaniem Bobra, kiedy szwendacze odcięły nas od siebie w jednym z budynków w niedużym miasteczku na północny wschód stąd. Mieliśmy się spotkać właśnie w Ostoi, ale nikt tutaj o nim nie słyszał, chociaż pytałam. Nikomu z grupy Bobra nie mówiłam o tym, że podążam do Ostoi w tym celu, bo w czym by to pomogło? Obserwowaliby by tylko moje rozczarowanie i próbowali mnie pocieszyć.
                Postanowiłam wrócić się do mieszkania i wziąć ze sobą łuk, a następnie potrenować gdzieś strzelanie. Nie mogłam sobie pozwolić na przerwę w treningach. Gdy tylko wzięłam co trzeba ruszyłam na południe. W tamtej części Ostoi znajdowała się strzelnica, więc było to idealne miejsce do potrenowania. Gdy dotarłam na miejsce poprosiłam o wpuszczenie przez jednego ze strażników. Strzelnica znajdowała się naprzeciw ich budynku i była właściwie na otwartym powietrzu. Osłonięta jedynie dachem i jakimiś blachami, żeby choć trochę wytłumić dźwięk. Akurat mi się poszczęściło bo byłam tutaj sama.
                Naprężyłam cięciwę i wypuściłam pierwszą strzałę, które niestety nie trafiła w środek. Zaklęłam cicho i szybko wypuściłam drugą, która również ominęła środek tarczy o milimetry. Wypuściłam cicho powietrze z płuc i wypuściłam trzecią strzałę. Ta tym razem trafiła prosto w środek.  Mój trening trwał jeszcze około trzydziestu minut. Zobaczyłam kątem oka, że z budynku więzienia wychodzi Bobru, a po chwili zauważyłam tam również Szeryfa i Erniego. Widziałam, że cała trójka była w kiepskim nastroju, więc nawet nie wychyliłam się, żeby się z nimi przywitać. Nagle za moimi plecami usłyszałam głos.
- Nieźle ci idzie – powiedziała Łapa.
- Och nie zauważyłam cię. Długo tu jesteś? – zapytałam.
- Dopiero co przyszłam. Pomyślałam, że się wtrącę odkąd patrzyłaś na mojego faceta z takim pożądaniem – powiedziała nieco gniewnie.
- To nie tak jak… - zaczęłam nieco wybita.
- Spokojnie – powiedziała uśmiechając się i podchodząc bliżej – tylko żartowałam. Nie przeszkodzę ci specjalnie jeżeli dołączę i postrzelam w tarczę obok? – zapytała.
- Jasne – odpowiedziałam.
                Łapa stanęła obok mnie i wyciągnęła pistolet. Włożyła do niego magazynek i przeładowała. Trzy pociski zostały wystrzelone w sekundowych odstępach od siebie. Wszystkie trzy trafiły w tarczę, ale tylko dwa uderzyły w sam środek.
- Byłaś na pogrzebie? – zapytała Łapa.
- Tak… Myślisz, że to naprawdę Jakub za tym stoi? – spytałam.
- Został znaleziony przy ciele, zresztą to kanibal. Wszystko na to wskazuje – powiedział z pewnością w głosie.
- Ale to wszystko jest jakieś dziwne. Przecież ten staruszek dołączył do nas, ale nie miał kompletnie żadnego motywu… - stwierdziłam.
- Morderców nie da się oduczyć mordowania. Póki mógł to robić pomagając nam było dobrze, ale teraz gdy dotarliśmy na miejsce musiał kontynuować swoje żniwo. To chory człowiek – mówiła oddając kolejne, celne strzały.
- Wszyscy jesteśmy mordercami – powiedziałam – A przynajmniej duża część z nas.
                Łapa uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że ja nie zabiłam jeszcze nikogo, nigdy. W sumie nie chciałam tego zmieniać, nie wiem czy dałabym radę. Ludzie jednak różnili się od zombie. Przynajmniej dla mnie. Łapa dalej trenowała, a ja zrobiłam sobie małą przerwę i na przemian obserwowałam ją i ulicę. Nagle zauważyłam wychodzącego z więzienia Dziarę. W przeciwieństwie do wcześniej wychodzących mężczyzn, ten spojrzał w naszą stronę. Nasze oczy spotkały się na chwilę. Przeszedł mnie dreszcz przerażenia. Te oczy miały w sobie coś strasznego.
- Dostałaś już jakąś pracę? – zapytała Łapa.
- Jeszcze nie. Nie wiem dlaczego – powiedziałam lekko zamyślona.
- Z chęcią bym się z tobą zamieniła. Masz wolną rękę, możesz robić całymi dniami co chcesz w obrębie Ostoi, a ja praktycznie całe dni spędzam w budynku Rady – powiedziała po czym odetchnęła głęboko i odwróciła się w moją stronę – A wiesz co jest najgorsze z tego wszystkiego? Tam gdzieś – zrobiła gest ręką – jest moja siostra. Ja wiem, że ona jeszcze żyje, po prostu to czuje. A te patałachy nie potrafią jej znaleźć. Walczą z Gangiem, a wciąż nie umieją go pokonać chociaż jest dużo mniejszy. To jest dziwnie, nie uważasz?
- Tak… wybacz muszę iść. Do później – powiedziałem i zebrałem swoje strzały po czym wyszłam.  Dziara ukrywał coś i zdecydowanie wiedział coś o mnie. To spojrzenie, oraz ciągłe trzymanie mnie z dala od pracy były bardzo dziwne. Wybiegłam ze strzelnicy odprowadzona przez zdziwione spojrzenie Łapy. Nie miałem jednak czasu. Musiałam stawić temu czoła. Rozejrzałam się szybko i wypatrzyłem oddalającą się sylwetkę Dziary, który skręcał w stronę Placu Głównego. Pobiegłam szybko za nim. Łuk podskakiwał ciężko na moich plecach, gdy rozpędzałam się coraz szybciej, tylko aby dogonić przywódcę Czerwonych Flar.
                Gdy byłam parę kroków za nim on nawet się nie odwrócił. Dalej szedł przed siebie. Wtedy wyprzedziłam go i zatrzymałam.
- Przepraszam, czy możemy porozmawiać? – zapytałam.
- Jestem odrobinę zajęty… Jesteś Magda prawda? – zapytał zatrzymując się.
- Tak. Chciałam spytać dlaczego wciąż nie została mi przydzielona żadna praca, czuję się z tym trochę dziwnie – wyrzuciłam z siebie.
- Tak się składa, że mam dla ciebie zadanie. Bardzo ważne zadanie. Przyjdź do mnie dzisiaj wieczorem, do Kwatery Głównej, a zapewniam, że wszystko się zmieni – powiedział uśmiechając się tajemniczo.
Zmieszało mnie to trochę, ale mimo to odwzajemniłam uśmiech i pożegnałam go. Co takiego dla mnie szykował? Może chcę mnie też włączyć do Rady? Byłoby ciekawie, lubiłam decydować i pomagać podejmować decyzje.
                Po rozmowie z Dziarą wróciłam do domu wziąć prysznic i zostawić łuk oraz strzały. Dostęp do ciepłej wody był po prostu cudem. Cieszyłam się z tego jak dziecko. Możliwość zmycia całego tego brudu z siebie była czymś wyjątkowym.  Po przebraniu się wyruszyłam na barykadę, na której był żołnierz, Gigant oraz Dymitr. Lubiłam tam czasami przychodzić, szczególnie jak kolejne zombie podchodziły pod worki z piaskiem i siatki, żeby spróbować się tu dostać.  Wtedy łysy żołnierz, który z tego co wiem nazywał się Kamil, wraz z Dymitrem zaczęli strzelać, a Gigant zeskakiwał do bramy, otwierał ją i rozpoczynał taniec ze swoim mieczem. Dalej zaskakiwała mnie ta osoba. Chociaż sama wolałam łuki od broni palnej to zobaczenie kogoś z mieczem i to takich kalibrów, było dosyć niecodzienne.
                Gdy dotarłam na miejsce udało mi się trafić idealnie na atak zombie. Wspięłam się drabinką na deski, gdzie było stanowisko obronne. Przywitałam się z chłopakami i zobaczyłam jak działają. Kamil radził sobie zdecydowanie najlepiej z bronią palną. Doświadczenie robiło swoje. Po ostatniej ranie postrzałowej miał jednak kłopoty z używaniem ręki, więc zamiast trzymać karabin oburącz, opierał lufę o kawałek barykady i w ten sposób strzelał. Nie osłabiło to jego skuteczności. Był ogólnie ciekawą osobą, zarówno z wyglądu jak i z charakteru. Te jego różnokolorowe oczy.
                Dymitr radził sobie trochę słabiej. Widać, że na co dzień wolał szwendać się z kumplami niż uprawiać sport, czy cokolwiek w tym stylu. Mimo tego był sympatyczny.  Gigant z kolei nawet nie czekał na specjalne pozwolenie czy znak. Zeskoczył z drabinki na ziemię ciężko, a następnie otworzył bramę i uwalniając ostrze zaszarżował. Patrzyłam na to z podziwem. Był takim rycerzem naszych czasów. Miał nawet zbroję, która była pancerzem policyjnym.
                Gigant ciął pewnie i wydawało się, że każde kolejne uderzenie jest jeszcze bardziej precyzyjne i zabójcze o ile to w ogóle było możliwe.  Gdy rozprawili się z zombie posiedziałam tam chwilę rozmawiając z Dymitrem i Gigantem. Ta dwójka była całkiem przyjaźnie nastawiona i mogłam ich zaliczyć do osób, które lubiłam. Pomimo przeróżnych tematów, ciągle myślałam tylko o tym, że wieczorem mam się stawić w Kwaterze Głównej na rozmowę z Dziarą. Nie mówiłam o tym nikomu, przynajmniej na razie.
                Niecałą godzinę później ,gdy zaczęło się powoli ściemniać zauważyłam ruch na drodze za barykadą. Gigant, Łysy oraz Dymitr naciągnęli na głowy bandany i wymierzyli broniami. Szybko jednak opuścili je, gdy zobaczyli, że nadjeżdża furgon z Czwartego Posterunku. Brama została otwarta, a Kamil z Karolem zeskoczyli na dół, żeby przywitać gości. Okazało się, że w furgonie były cztery osoby. Dwie z nich to byli cywile, którzy podobno jechali tutaj Zbłąkanym Ocalałym ,ale zdecydowali się wysiąść na Czwartym Posterunku, w obawie przed ostatnim odcinkiem drogi. Stary mężczyzna oraz młoda kobieta. Rozglądali się zdecydowanie podekscytowani tym co widzą.
                Kolejna dwójka to dwie osoby z Czerwonych Flar – Filip oraz Mateusz. O tym drugim słyszałam już trochę. Podobno w drodze tutaj został ugryziony i miał amputację ręki. Rzeczywiście zamiast jednej ręki miał kikut. Zrobiło mi się go szkoda, bo prawdopodobnie szybko wyleci z Czerwonych Flar przez to, że jest nie do końca sprawny. Filip przywitał się z Gigantem i Łysym po czym zapytał.
- Dostaliście pracę na barykadzie?
- Owszem – odpowiedział Łysy.
- Niesamowite – powiedział z przekąsem Filip – No ale nic. Wiecie gdzie aktualnie znajduje się Dziara lub Karzeł?
-Jestem tutaj –usłyszałam głos Dziary. Pojawił się na ulicy tak nagle, że dopiero teraz go zauważyłam. Towarzyszył mu Pablord oraz Bobru.  Obaj od razu podeszli do Mateusza aby się z nim przywitać. Pablord po prostu go przytulił i poklepał po plecach. Bobru podał mu dłoń po czym zaczął krótki dialog. Nie wsłuchiwałam się w niego, bo obserwowałam Dziarę i Filipa.
                Po chwili rozmów Bobru, Pablord oraz Mpd ruszyli wraz z dwoma cywilami w głąb Ostoi, a Dziara i Filip wciąż rozmawiali i po chwili też odeszli. Gigant i Łysy wrócili na swoje stanowisko, a ja z nimi się pożegnałam i zeskoczyłam. Do wieczora nie zostało dużo czasu, ale jednak musiałam jeszcze czymś się zająć póki ciemność nadejdzie. Zajęcie znalazło się samo. Gdy podchodziłam na Plac Główny usłyszałam podniesione głosy i krzyki. Przez chwilę myślałam, że ktoś nas atakuje, ale po chwili zauważyłam krąg ludzi. Podbiegłam tam, żeby zobaczyć co się dzieje.
                Ludzie ustawili się w kręgu i obserwowali dwóch młodych bijących się mężczyzn. Jeden z nich, wyższy i masywniejszy zaszarżował na drugiego, o wiele mniejszego, ale nie trafił i stracił równowagę. Mały wykorzystał to i wskoczył mu na plecy uderzając wściekle po tyle głowy. Duży wyciągnął rękę i złapał oprawcę za szyję po czym przerzucił go i zamachnął się, żeby uderzyć w twarz. Mały zasłonił się przed trzema silnymi ciosami, po czym wyprowadził kontrę, trafiając prosto w zęby przeciwnika. Sytuacja prawdopodobnie by trwała dłużej gdyby nie strzał, który sprawił, że wszyscy podskoczyli.
                Nagle usłyszałam głos z megafonu.
- Proszę się rozejść! Obaj sprawcy zostaną za chwilę pojmani! – krzyknął Szeryf, a jego głos odbił się echem z paru głośników naraz.
Odsunęłam się obserwując jak dwójka mężczyzn nie przerywa walki. Nagle z uliczki wybiegło czterech strażników. Natychmiastowo rozdzielili walczących i obezwładnili ich. Szeryf z megafonem wszedł pomiędzy jeszcze niedawno walczących i spojrzał na obu.
- Zostajecie aresztowani. Przetransportować ich do więzienia, tam sobie porozmawiamy.
Zastanawiające było to jak Szeryf starał się trzymać starych przepisów. Zawsze mnie to zadziwiało.
                Na Placu wszystko szybko wróciło do normy. Ludzie rozeszli się po domach dosyć szybko, a ja sama podążyłam do swojego mieszkanka, żeby przeczekać jeszcze trochę czasu przed spotkaniem z Dziarą. Byłam naprawdę ciekawa o co może chodzić. W domu zrobiłam sobie herbatę i obserwowałam przez okno Główny Plac. Przez chwilę widziałam tam Sołtysa i Łapę, którzy szli gdzieś powoli. Jakiś czas później widziałam też Krystiana. Z chęcią spędziłabym z nim trochę czasu, ale nie było teraz na to czasu. Przeczesałam włosy, które zaczęły mi powoli rosnąć i dosięgały już barków po czym wyszłam.
                Szłam powoli, bo słońce chowało się jeszcze na horyzoncie, a nie chciałam dotrzeć tam zbyt szybko. Niestety czas jak zwykle nie grał na moją korzyść, bo wyjątkowo szybko dotarłam do budynku. Kwatera Główna górowała nade mną. Lekko zdenerwowana zapukałam. Usłyszałam tylko stłumione „wejść” i weszłam. Dom był oświetlony jedynie lampką stojącą na dużym, drewnianym stole. Siedział za nim Dziara. Wskazał mi ręką krzesło po czym poczekał aż usiądę. Wnętrze było bardzo ładnie wystrojone. Mnóstwo drewnianych mebli, dywanów oraz obrazów. Widać było, że mieszkali tu ważni ludzie.
- Dobry wieczór Magdo – odezwał się pierwszy.
- Dobry wieczór – powiedziałam nieco zdenerwowana. Dziara patrzył na mnie tak przenikliwie, że bałam się tego co może zobaczyć. Przez chwilę patrzyliśmy tylko na siebie, po czym coś na piętrze wydało dźwięk. Podskoczyłam ze strachu, sama nie wiedząc tak właściwie, dlaczego aż tak bardzo się boję.
                Dziara uśmiechnął się i zastukał palcami o blat stołu.
- Wybacz musimy poczekać, Bobru zbiera parę rzeczy z Kwatery, bo oczywiście nie spędzi ostatniej nocy przed wyjazdem ze starym, dobrym przyjacielem, tylko z dziewczyną. Ale w sumie może to i dobrze?
Odwzajemniłam delikatnie uśmiech i czekałam. Cisza była jednak tak nieznośna, że musiałam ją przerwać.
- Czy Mateusz będzie dalej Czerwoną Flarą? – zapytałam. Nie wiem dlaczego akurat to pytanie przyszło mi na myśl, ale po prostu słowa same wyleciały z moich ust.
- Hah, ciekawe, że pytasz akurat o to. Zastanowię się jeszcze, otaczają mnie naprawdę potężni ocalali, a po stracie ręki nie wiem czy mogę do tej grupy zaliczyć Mateusza. Sama rozumiesz, wypadek przy pracy – odpowiedział. Nagle wstał i podszedł do komody, gdzie stała butelka. Wyciągnął jeden kieliszek, po czym nagle odwrócił się w moją stronę.
- Masz ochotę na coś mocniejszego?
Po dzisiejszym dniu? Oczywiście, że miałam ochotę.
- Czemu nie – powiedziałam.
                Obserwowałam jak Dziara nalewa do dwóch szklanek po czym jedną podaje mi, a drugą bierze sam i bierze łyka. Po chwili usłyszałam skrzypnięcie schodów i zobaczyłam Bobra.  Gdy zobaczył mnie otworzył szeroko oczy, widocznie nie spodziewał się mnie w tym miejscu.
- O hej Magdo. Co ty tu robisz? – zapytał schodząc.
- Widzisz Bobru, ty idziesz do swojej dziewczyny, a ja swoją zapraszam do siebie – powiedział Dziara. Oboje spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem – Spokojnie tylko żartowałem, ale widok waszych min był bezcenny – powiedział wybuchając śmiechem – Tylko sobie gadamy, w końcu Magda wciąż nie została nigdzie przydzielona.
- Rozumiem. Więc powodzenia – powiedział Bobru po czym wyszedł. Zostałam sam na sam z Dziarą. Moja noga zaczęła sama nerwowo chodzić pod stołem, ale wciąż starałam się uspokoić. Gdy usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi Dziara wziął łyka, odetchnął głęboko po czym spojrzał mi w oczy.
- Właściwie mam już od dawna zaplanowane co z tobą zrobić, ale czekałem na właściwy moment – powiedział.
                Przeszły mnie dreszcze. O co mu mogło chodzić?
- Mam nadzieję, że Bobru ci jeszcze nic o tym nie mówił, bo jak tak to znaczy, że nie jest kimś, komu mogę zaufać. Mam pewien plan, który pomożesz mi zrealizować – powiedział z pewnością w głosie.
- Skąd ta pewność? Nie nadaję się do ciężkich prac, ja nigdy nikogo nie zabiłam – zaczęłam będąc pewna, że chodzi o wyprawy takie jak te, w których uczestniczą Czerwone Flary.
- Mam pewność, bo mam coś co należy do ciebie. Przechodząc do rzeczy, pomożesz mi zabić Karła. Nie powiesz nikomu o tym, że masz taką pracę, wszyscy będą myśleli, że jesteś moją asystentką, dlatego będziesz tu przychodzić na każde moje zawołanie, rozumiesz? – jego głos nie był ostry, ale pozostawiał coś takiego wyjątkowego. Nutkę grozy i ton, który nie przyjmował sprzeciwu.
- Zabić Karła? – zapytałam.
- Dokładnie. Wszystko już mam rozplanowane, a ty jesteś najważniejszym elementem układanki. Bobru i reszta Czerwonych Flar to tylko pionki. Są dla mnie zbyt ważni, żeby wykonywać tą najbrudniejszą robotę. Tą, która czeka ciebie.
                Do moich oczu napłynęły łzy. Chciałam uciekać, ale nie wiedziałam co bym tym osiągnęła. Nie mogłam sobie pozwolić na takie traktowanie. Wstałam odsuwając nogami krzesło, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Nie zgadzam się.
Udało mi się zmazać uśmiech z twarzy Dziary tylko na chwilę. Moment później wrócił na jego twarz, jeszcze wyraźniejszy. Dziara odwrócił się i zawołał.
- Wprowadź go.
Nie byliśmy jednak sami? Czy to był tylko test? Gdy tylko zobaczyłam dwie postacie wiedziałam, że to nie jest test. To była rzeczywistość. Pierwszą postacią, która weszła był mężczyzna, ten sam, którego widziałam około tydzień temu, wysiadającego z tyłów ciężarówki. A drugim był…
- Poznaj Jana. To przywódca Gangu. Tego słynnego Gangu. A drugą postać myślę, że znasz aż za dobrze, co?
Drugą osobą był ktoś, kto jakimś cudem przeżył. Myślałam, że nie żyje, bo nie znalazłam go w Ostoi, a on tu dotarł. To był mój brat Marek.
- Widzę, że cię przekonałem. Teraz przedstawię ci mój plan, moja droga wspólniczko!