Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 2. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 2: Świadek

Czas na drugi rozdział piątego tomu, tym razem z powracającej perspektywy Erniego! Z racji iż jedna perspektywa będzie zajmowała się wschodem, to z pewnością jedna przyda się na bardziej znanych nam terenach. Erni jest członkiem zespołu zajmującego się renowacją dróg i musi wraz z niewielką grupą oczyścić je, żeby ułatwić przejazd pomiędzy obozami. Robota jednak nie jest taka łatwa, szczególnie gdy w grupie pojawiają się przeszkadzający ludzie. Jak sobie poradzi? Zapraszam do czytania!

POV:
Erni - Rozdział 2 - Dzień 1-2
Bobru - Dzień 1-2 - W dniu 1 wciąż jest w Inowrocławiu
??? - Dzień 1-2 - ???
-------------------------------------------------------------

Rozdział 2: Świadek (KICIUŚ)


Dojechaliśmy pod bramę. Nie byłem przyzwyczajony do prowadzenia pojazdów innych niż autobus, ale wydawało mi się, że radziłem sobie całkiem nieźle. Materiały konserwacyjne skończyły się nam wczoraj wieczorem i po kolejnej ciężkiej nocy ruszyliśmy do Inowrocławia po dostawę. Chociaż nie spełniałem ostatnio takiej roli jak kiedyś, jeżdżąc Zbłąkanym Ocalałym to i tak czułem, że robię coś ważnego. Kierowałem grupą, która naprawiała drogi. Miałem pod sobą około piętnastu ludzi oraz Rekina i Karolinę, którzy pomagali mi z czystej dobroci serca. Zajmowaliśmy się wszystkim co wpadało nam w ręce. Usuwaliśmy wraki pojazdów, przeganialiśmy trupy, poprawialiśmy jakość drogi. Efekty były naprawdę odczuwalne. W drodze tutaj po raz pierwszy nie musiałem obmyślać jak nie wjechać pojazdem w śmieci drogowe, nie musiałem szukać leśnych dróg, nic. Po prostu jechaliśmy do celu.
Zatrzymałem auto i spojrzałem w lusterko, żeby upewnić się, że ciężarówka oraz drugi wóz są na swoimi miejscu. Były. Nie uniknąłem zobaczenia swojej twarzy. Porastała ją dosyć długa już broda, oczy wydawały się należeć do starca, ale reszta była taka sama. Oprócz pamiątki. Na policzku wciąż miałem starą bliznę po spotkaniu z przeciwnikami pod Płońskiem. Wtedy uratowała mnie Feline. Trochę żałowałem, że nie zostałem przydzielony do misji jej odbicia, ale słyszałem, że Łapa i Bobru się tym zajęli i wszystko się im udało bez większych strat. Kiedyś lubiłem ten dreszczyk emocji, ale teraz było inaczej. Wolałem się ustatkować niż wolno krążyć po świecie licząc, że spotka mnie coś ciekawego. Możliwe, że tak wpłynęła na mnie ostatnia poważna podróż Zbłąkanym Ocalałym. Wtedy kiedy Cinek został zabity na moich oczach. Wydawało się to być tak dawno temu, a wcale tak nie było. Wciąż czułem ten strach, chociaż teraz ani Dalion ani Smród nie żyli. To samo toczyło się osoby, która ich zabiła – Miczi. Zginęła na arenie podczas ucieczki. Złapała zbłąkaną kulę. Coraz więcej ludzi odchodziło. Dlatego chciałem trzymać się mniejszej grupy, żeby strata nie bolała tak mocno.
Bramy otworzyły się po chwili, a my wjechaliśmy na teren obozu. Na ulicy widać paręnaście martwych, które zostały wręcz pocięte na kawałki. Od tego zacząłem rozmowę z Konradem, który wyszedł mi na spotkanie. Cała reszta mojej grupy budowlanej zajęła się ładunkiem, a Rekin i Karolina stali niedaleko mnie rozmawiając o czymś. Uśmiechnąłem się do Karoliny. Odpowiedziała tym samym. To ona była teraz moim szczęściem.
- Coś tu się działo? – zapytałem.
Konrad podrapał się po brodzie. Był starszym mężczyzną, ale mimo tego duszą wciąż przypominał młodzika. Jego rola w tym obozie była podobna do mojej w Toruniu – chodził po okolicach i szukał nowych ludzi do pomocy. Jedyną różnicą było, że nie robił tego sam tylko z Garbusem.
- Świetne przedstawienie. Ten typek z mieczem z grupy Bobra. Ciął aż miło było popatrzeć – powiedział rozmarzonym głosem, jakby część jego wciąż była podczas tego pokazu – Jak na drodze?
- Dobrze. Nie miałem jeszcze żadnych problemów – odpowiedziałem krótko.
- A jak nasi ludzie? Wiem, że Dziara chciał ci przydzielić kogoś z Torunia, ale w sumie pomysł Bena był dobry. Póki naprawiacie ten odcinek drogi nie ma co ganiać waszych ludzi. Przed wami jeszcze i tak sporo roboty – niepotrzebnie wytłumaczył.
- Są posłuszni i pracowici. Przynajmniej na razie.
- Cieszę się – spojrzał w stronę ciężarówki, gdzie były pakowane akurat kolejne zapasy oraz worki z żwirem – Wiesz swoją drogą to ostatni dzień przed wyjazdem Bobra do Płocka. Z tego co widziałem w ich domku się jeszcze świeci. Jak chcesz możesz się tam przejść, pewnie takiej okazji nie będzie przez jakiś czas.
                Przełknąłem ślinę. Bałem się tego pytania, ale myślałem, że wpadnę podczas przeładunku na kogoś z grupy. Ale zapytał mnie o to Konrad. Skoro nawet on uważał to za ważne, może rzeczywiście tak było. Nie potrafiłem się jednak przełamać. Ostatni raz Bobra widziałem podczas Wielkiego Spotkania Ocalałych, a nawet wtedy tylko formalnie. Rozmawialiśmy jak za starych czasów jeszcze wcześniej podczas małego buntu przed Kwaterą Główna w Toruniu, kiedy to zaatakowali go nożownicy i uratowała go staruszka z psami oraz Rekin z Łowcą. Wiedziałem, że w głębi serca jest zawiedziony tym, że wybrałem Toruń zamiast dołączenie do niego.
- Nie… Nie chcę im przeszkadzać. Na pewno chcą się wyspać przed jutrem. Na pewno do nich wpadnę jak już osiedlą się na miejscu. Kto wie może nawet pojadę tam moim autobusem – powiedziałem nieco zakłopotany. Było to chyba widoczne, bo Konrad spojrzał na mnie. Nie odpowiedział nic, tylko pokiwał głową -  A jak wam idzie? Coś tu się działo ostatnio ciekawego?
Konrad rozejrzał się jakby chciał sprawdzić czy nikogo nie ma w pobliżu.
- Szczerze? Czuje się ostatnio na celowniku. Cały obóz wydaje się być dziwny. Odkąd Dziara i Bobru przyjechali tu i powstały te wszystkie duże plany, ludzie zaczęli zachowywać się jakby przetrwali już nie wiadomo co. A tak naprawdę gdybyś postawił trupa przed nimi, to zesrali by się w gacie i uciekli.
- Hmm… gadałeś o tym z kimś? Może warto to wspomnieć Benowi. Gdy nadejdzie prawdziwy atak, może wybuchnąć panika. Jakieś szkolenia mogą uratować to miejsce i zapewnić dodatkową obronę – zaproponowałem wiedząc jak źle mogą potoczyć się sprawy, gdy zombie wchodzą na teren obozu, albo jest on atakowany przez grupę przeciwników. Pamiętałem jak dziś, gdy Gang Jana zniszczył północną barykadę wpuszczając masę trupów do środka Toruńskiego obozu. Zginęło wtedy mnóstwo ludzi, wybuchła panika i mało brakowało żeby skończyło się to naprawdę źle.
- Mamy nasz plan B. Pamiętasz o schronie w kościele? Mamy tam zapasy, żeby przetrwać nawet dużą grupą ludzi przez ponad tydzień. Mamy wyznaczonych ludzi, którzy w razie niebezpieczeństwa pojadą do Torunia, na Drugi Posterunek lub do obozu Feline po pomoc. Nic nam się nie stanie. Po prostu przygotowania mogłyby być lepsze – powiedział gestykulując w stronę ogromnego kościoła.
- Rozumiem – uśmiechnąłem się – Dzięki za rozmowę. Ładunek się kończy, a my musimy wrócić do roboty.
- Może zostaniecie tu na noc? Lepsze to niż spanie na drodze – zaproponował.
- Nie… Mamy naprawdę dużo roboty – powiedziałem zgodnie z prawdą, chociaż bardzo chciałem skorzystać z propozycji i wyspać się w końcu w wygodnym i bezpiecznym miejscu – Do następnego.
                Uścisnęliśmy sobie dłonie i odszedłem w stronę Rekina i Karoliny. Podszedłem do nich i złapałem ją za talię, przytulając od tyłu.
- Jak humory drużyno?
- Zmęczony, ale zadowolony – stwierdził Rekin uśmiechając się.
- Tylko zmęczona – wyjęczała Karolina.
- Wrócimy do tego domku, który mijaliśmy jadąc tutaj. Jest blisko i powinniśmy tam na luzie przekimać.
- Może jednak zatrzymamy się tutaj? – zaproponowała Karolina.
- Nie. Przepraszam słońce, ale musimy trzymać się planu – odpowiedziałem stanowczo.
- Jak chcesz… - odpowiedziała wyrywając się z moich objęć – Pójdę już do auta.
                Rekin obserwował całą sytuację z kamienną twarzą. Gdy spojrzałem na niego wzruszył tylko ramionami.
- Kobiety – szepnąłem.
Ładunek był gotowy po dziesięciu minutach. Wróciliśmy do aut i pożegnaliśmy Inowrocław, wyjeżdżając po chwili na drogę główną prowadzącą do Torunia. Nie kierowałem, chciałem odpocząć i poprosiłem Rekina, żeby przejął stery. Obserwowałem trasę. Widać było naszą robotę na pierwszy rzut oka. Miałem w głowie plan, całe mnóstwo pomysłów, które mogliśmy wprowadzić w życie. To było od zawsze moje królestwo – drogi. Tutaj czułem się najlepiej. Może niektórzy nazywali mnie przez to dziwakiem, ale właśnie za murami mogłem odżyć i poczuć się znowu sobą. Uśmiechnąłem się do swoich myśli i przymknąłem oczy. Zasnąłem wkrótce po tym.
                Obudziła mnie Karolina. Wydawało mi się, że spałem zaledwie pięć minut, ale musieliśmy przejechać kawałek drogi, bo przed nami widać było zjazd na prawo, gdzie znajdował się dom. Była to całkiem spora posiadłość, otoczona średniej wielkości murem, z dużą żelazną bramą. Co prawda ta była podniszczona i jedno z skrzydeł było wyłamane, ale mimo to zapewniało to nam jakąś ochronę. Nasze auto było na przedzie. Zerknąłem w lusterko i upewniłem się, że podczas snu nie zgubiliśmy kogoś. Może to było głupie, ale takie natręctwo uspakajało mnie.
- Cholera – szepnął Rekin.
- Co jest? – zapytałem podnosząc się i przechylając przez fotel pasażera.
- Skończyło nam się paliwo. Mamy jakiś zapas? – zapytał.
- Musimy. Kazałem wyraźnie wziąć dodatkowe kanistry. Powinny być w ciężarówce.
                Auto powoli się zatrzymało. W nasze ślady poszła reszta grupy, zatrzymując również swoje wozy. Wysiadłem i dałem znak reszcie, żeby zrobiła to samo. Nagle usłyszałem przeciągły jęk. Odwróciłem się i zobaczyłem trupa idącego w naszą stronę.
- Tylko nie to…
Ludzie z ciężarówki i drugiego pojazdu podeszli w naszą stronę. Trupów było więcej. Wychodziły z posiadłości zwabione naszym zapachem oraz hałasem.
- Wszyscy trzymać się blisko. Jest ciemno i nie możemy ryzykować! – krzyknąłem. Latarki dawały naprawdę mizerne światło i nie chciałem żeby wybuchła panika – Wy tankujcie – wskazałem na dwóch chłopaków, którzy wyglądali na przerażonych i na pewno nie nadawali się do walki – Reszta osłania. Trzymamy się blisko. Już!
                Byliśmy jak okrągła aura ochronna. Trzymaliśmy się blisko, ale po dojściu do ciężarówki i zabiciu kilku trupów, zobaczyłem jak jedna osoba odłącza się od zespołu podbiegając do zarażonego kawałek dalej. Był to Paweł. Chłopak pochodził z Inowrocławia i działał mi na nerwy od pierwszego dnia pracy. Chociaż walczył dobrze to nigdy się nie słuchał i robił co chciał. Miałem wspomnieć o tym Benowi, ale po rozmowie z Konradem wypadło mi to z głowy.
- Wracaj! – krzyknąłem, ale moje słowa odbiły się jedynie echem od okolicy. Chłopak nie zareagował. Powalił pewnym ciosem trupa, po czym skoczył natychmiast do kolejnego. Na jego plecy szła mała grupa uderzeniowa złożona z czterech zombie. Zaczęliśmy do niego krzyczeć. W końcu odwrócił się, ale zdążył powalić tylko jednego. Pozostałe trzy powaliły go i zginąłby na pewno ,gdyby nie interwencja Rekina. Wyciągnął on pistolet i zaczął strzelać. Przez chaos panujący przed domem zużył cały magazynek na dwa trupy, trafiając parę razy ostatniego. Dało to czas mi, żebym dobiegł i zaszarżował na trupa, przygwożdżając jego głowę nożem do ziemi. Cała formacja się przełamała. Teraz nie było czasu na pół środki. Wyciągnąłem pistolet, w drugiej ręce wciąż trzymając nóż. Trupów nie było wcale tak długo, ale wystrzały mogły w każdej chwili ściągnąć ich więcej.
                Przerwanie formacji szybko dało się we znaki. Usłyszałem krzyk i zobaczyłem jak jeden z mężczyzn tankujących pojazd łapie się za szyję. Zombie wgryzał się bezlitośnie, uwalniając fontannę krwi. Panika była nieunikniona. Ludzie sami nie wiedzieli, gdzie się ustawić. Starałem się zachować nerwy na wodzy, ale nie było to łatwe. Nie mogłem wycelować w żadnego trupa, bo co chwilę ktoś przebiegał mi przed celownikiem. Nie zostało mi nic innego jak walka z bliska. Dopadłem jednego z nich od tyłu.  Popchnąłem go i dobiłem z łatwością, gdy leżał na ziemi.  Kolejne zombie upadały, aż w końcu Rekin pchnął ciosem w oczodół ostatniego i momentalnie, z wściekłością na twarzy, odwrócił się w stronę Pawła.
- Popierdoliło cię? – rzadko kiedy widywałem go aż tak wkurzonego.
- O co ci chodzi człowieku? – zapytał zdziwiony.
Miałem teraz ochotę wycelować i zabić chłopaka. Za jego wieczną niesubordynację. Nie mogłem jednak pokazać takiego zachowania. Miałem już wobec niego własne plany. Teraz należało zapewnić grupie bezpieczeństwo.
- Hej! HEJ! – podbiegłem do nich chowając broń, w porę żeby zatrzymać rozwścieczonego Rekina. Nie było to łatwe bo był masywnym i silnym mężczyzną, ale nie odpychał mnie – Uspokoić się. Musimy szybko wejść do środka zanim przyjdzie więcej trupów. Łapcie kanistry, wprowadzajcie ciężarówki. Nie możemy tu zostać.
- Chcesz mu odpuścić? – zapytał wręcz zszokowany.
- Daj spokój. Teraz musimy się schować. Potem porozmawiamy – odpowiedziałem najspokojniej jak umiałem.
                Rekin prychnął, ale odszedł w drugą stronę. Spojrzałem na Pawła, ale na jego twarzy nie widziałem wyrzutów sumienia, lub jakiegokolwiek poczucia winy. Nie prezentował sobą niczego.
- Do roboty ludzie. Musimy być za bramą jak najszybciej – zagrzałem resztę do pracy, przebudzając ich z zadumy wywołanej kłótnią. Wszyscy rozbiegli się do aut i zaczęli tankować nasz pojazd, przy okazji wsiadając do reszty. Rekin ruszył sam w stronę bramy, aby odsunąć drugie skrzydło.  Dogoniłem go.
- Nie wierzę, że znowu to olałeś… - zaczął.
- Zajmę się tym – zapewniłem go.
- Mam nadzieję, bo to już gruba przesada – stwierdził.
- Pamiętasz naszą rozmowę, jakiś czas temu na drodze? Tę o przeszkodach? – zapytałem. Podchodziliśmy już do bramy i zerkając czy podjazd jest czysty otworzyliśmy bramę i daliśmy znak reszcie, że mogą podjeżdżać.
- Tak – odpowiedział krótko.
- Podczas tego zadania było ich mnóstwo. Każdą pokonaliśmy. Wszystko się zmienia, przeszkód jest wiele, ale nie poddajemy się. Obiecałem sobie, że spróbuje przejść przez każdą przeszkodę i na pewno nie odpuszczę. Potrzebuje tylko zaufania.
                Rekin nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i pokiwał głową. Trzy pojazdy przejechały obok nas, a my zamknęliśmy za nimi jedno ze skrzydeł bramy. Drugie leżało obok, jakby dawno się poddało. Nie jestem taki jak to, pokrzepiłem się w myślach. Kazałem zablokować wyrwę jednym z aut. Nie zatrzymałoby to innych ocalałych, tak samo jak cały mur, ale dawało nam dodatkową osłonę przed trupami. Sam dom zabezpieczyliśmy bez żadnych problemów, bo był pusty. Wyglądał jak ruina i swego czasu na pewno miała tu miejsce walka, ale drzwi działały, okna nie były wybite i mogliśmy zająć sobie jedno z większych pomieszczeń. Znaleźliśmy na miejscu sporo nie do końca zgniłych koców i kołder, z których zrobiliśmy sobie posłania. Na kanapie położyła się Karolina, jako jedna z dwóch dziewczyn w całej grupie. Druga ułożyła się ze swoim chłopakiem, bez narzekania na zajęte miejsce. Wszyscy zasnęli dosyć szybko, po tym jak zapewniłem, że wezmę pierwszą wartę. Nie byłem senny. Usiadłem na parapecie okna wychodzącego na front budynku. Miałem stąd doskonały widok na potencjalny atak. Nic się jednak nie działo. Noc była spokojna i w miarę ciepła. Chociaż wiedziałem, że muszę się przespać nie miałem ochoty budzić kogoś na zmianę warty. Ostatnio miałem wiele bezsennych nocy i byłem w stanie przeżyć kolejną.
                Nad ranem jednak urwał mi się film. Przebudziłem się nagle, jakby obudzony jakimś dźwiękiem. Rozejrzałem się i wszyscy byli na swoich miejscach, oddychając rytmicznie. Wyjrzałem za okno. Słońce i poranna mgła łączyły się w biały całun, który wyglądał naprawdę pięknie.  Wstałem, cały obolały i rozprostowałem kości. W domu, chociaż teraz było dosyć chłodno, panowała duchota. Cicho wstałem i przekradając się pomiędzy ściśniętymi na ziemi ludźmi wydostałem się z pokoju i po chwili wyszedłem na zewnątrz. Zimne powietrze uderzyło mnie w nozdrza, wypełniając moje płuca niczym piasek foremkę. Było to dosyć pobudzające i odprężające. Daleko przy drodze zauważyłem ruch, ale po sposobie poruszania zidentyfikowałem go jako zombie. Albo zszytego, dodałem w myślach. Była to przerażająco grupa. Nigdy nie wiadomo kiedy obserwowali okolicę zakamuflowani z przyszytymi częściami skóry trupów.
                W głowie układałem też plan tego, co miało się wydarzyć w najbliższych godzinach. Rekin zaczynał wątpić w moje umiejętności, a jeżeli nawet on nie do końca wierzył, to co dopiero musieli pomyśleć ludzie. Nie mogłem jednak zabić człowieka na ich oczach. Musiałem to zrobić delikatniej. Sytuacji było dużo, bo podczas pracy na drodze często rozdzielaliśmy się na większy obszar, w paro osobowe grupy, żeby szybciej ukończyć dany odcinek. Mogłem wykorzystać moment, w którym ten oddzieli się jak to miał w zwyczaju i wtedy zaatakować. Tylko czy na pewno chciałem go zabijać? Byłem skłonny dawać ludziom szansę, nawet jak ci na nią nie zasługiwali. Ile złych ludzi trafiało na pokład Zbłąkanego Ocalałego, nie potrafiłem tego zliczyć. Jedna z takich decyzji kosztowała rękę Mpd, kiedy to pozwoliłem obłąkanemu ojcu wejść na pokład, nie dopilnowując wcześniej tego jak wnosił umierającego syna do bagażnika. Chociaż rozumiałem co nim kierowało, nie było miejsca na takie ustępstwa. Tak samo musiało być tym razem.
                Po godzinie, zacząłem budzić resztę grupy. Niektórzy wstawali od razu, inni ociągając się, ale następne trzydzieści minut później byliśmy gotowi do drogi po skromnym śniadaniu.  Amunicja po wczorajszej walce była na drastycznie niskim poziomie. Nigdy nie braliśmy jej zbyt dużo, bo na drodze spotykaliśmy raczej trupy niż ocalałych, ale jednak byliśmy zawsze gotowi na atak, szczególnie na nadejście Złomiarzy, którzy kiedyś w końcu musieli wykonać jakiś ruch. Każdy miał pistolet z magazynkiem i mnożąc to przez piętnaście osób, dawało to sporą siłę ognia, chociaż zazwyczaj kończyło się na tym, że nie przeszkolona osoba oddawała broń mi, Rekinowi lub komuś kto sobie z nią radził. Po wczorajszej strzelaninie i ostatnich kłopotach zostało jej jednak niebezpiecznie mało.
                Rozmyślając wciąż nad wieloma rzeczami wsiadłem do auta. Podróż na miejsce, w którym pracowaliśmy nie trwała długo. Zajechaliśmy na bardzo pokręcony odcinek drogi. Zakręcała ona na przestrzeni pięćdziesięciu metrów aż trzy razy, a poszczególne jej fragmenty były oddzielone pasami drzew. Od kiedy pracowałem w ten, a nie inny sposób, zacząłem dostrzegać coraz to dziwniejsze rozwiązania osób, które zajmowały się budowaniem dróg przed apokalipsą. Teraz one najprawdopodobniej nie żyły, a ja zostałem z tym co było. Rozdzieliłem naszą grupę na cztery mniejsze zespoły – trzy po cztery osoby oraz jeden trzyosobowy. Paweł był w tej ostatniej, najmniejszej grupie i żeby nie sprawiał kłopotów wysłałem go do najnudniejszego i najtrudniejszego zarazem odcinka drogi, gdzie stały cztery duże auta, które trzeba było sprawdzić i odholować. Pozostałe grupy zajęły się taszczeniem worków ze żwirem i powolnym zasypywaniem dziur.
                Wiedziałem z doświadczenia, że robota zajmie nam cały dzień, więc nie śpieszyłem się z wykonaniem mojego planu. Chłonąłem dobrą pogodę, zajmowałem się swoim i co jakiś czas przechadzałem się po całej drodze, przecinając ją pasami drzew, żeby zobaczyć jak radzą sobie inne ekipy. Zombie nie były dzisiaj żadnym problemem. Pojedyncze trupy szybko eliminowaliśmy i spokojnie zajmowaliśmy się pracą. Gdy słońce było wysoko na niebie zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie i picie. Grupa od aut znalazła zapas słonych przekąsek i słodkich napojów, które swego czasu miały być dostawą do jakiegoś sklepu, ale oczywiście do celu nie dotarły. Na drodze było słychać tylko chrupanie i rozmowy. Rekin opowiadał nam historię z lepszych czasów. Jak okazało się, był kiedyś nauczycielem. Nie pasował wyglądem do uczonego, a jak okazało się wykładał historię na uniwersytecie we Wrocławiu.
                Po zapchaniu się chrupkami, paluszkami i innymi podobnymi wróciliśmy do pracy. Byłem w zespole z Karoliną, oraz dwoma innymi chłopakami z Torunia.
- Zaraz wrócę – rzuciłem tylko do nich idąc w stronę drzew. Nie pytali nawet gdzie idę, myśląc, że muszę opróżnić brzuch z niedawno zjedzonego jedzenia, ale gdy tylko stracili mnie z oczu przyspieszyłem. Poruszałem się tak, żeby nie zobaczyły mnie inne grupy, dlatego szybko wbiegłem głębiej w las, żeby ominąć odcinki drogi, na których pracowali pozostali ludzie. Nie mogłem być zauważony. Serce biło mi szybko i wcale nie było to spowodowane biegiem. Starałem się nie myśleć o tym co planowałem tylko po prostu to zrobić. Myślenie było największym zabójca planów jaki istniał. Człowiek przewidywał różne scenariusze, te lepsze oraz te gorsze, co kończyło się prawie zawsze źle.
                Nie miałem dużo czasu. Wiedziałem, że jak zajmie mi to zbyt długo to Karolina zacznie się martwić i wyśle kogoś do lasu, żeby sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Przedzierałem się przez krzaki i zarośla, rozglądając się co jakiś czas, czy nikt przypadkiem mnie nie zauważył. Po chwili wybiegłem od południowej strony, widząc z niedalekiej odległości, pracujących ludzi z Pawłem na czele. Zbliżyłem się ostrożnie tak, że oprócz paru krzaków i drzew, dzieliło nas co najwyżej piętnaście metrów. Tak jak podejrzewałem dwójka jego kompanów pracowała, a on sam robił wszystko poza pracą. Teraz stał przy aucie, oddalony nieco od reszty i palił papierosa. To była moja okazja.
                Podszedłem jak najbliżej to było możliwe po czym rozejrzałem się. Znajdowałem się na obniżeniu terenu, które schodziło łagodnym zboczem głębiej w las. Teren był zarośnięty, co idealnie pasowało do mojego planu. Nie czekając na lepszy moment gwizdnąłem po czym zacząłem szurać krzakami. Z daleka musiało to wyglądać jakby ktoś przedzierał się przez chaszcze. Paweł prawie od razu zauważył, że coś się dzieje. Podniósł się i spojrzał przez chwilę na swoich towarzyszy. Coś do nich powiedział, ale nie usłyszałem ani słowa, a następnie ruszył w moją stronę z pistoletem w ręce. Gdy był już naprawdę blisko zacząłem się powoli wycofywać, wciąż robiąc przy tym dużo hałasu.
- Kto tam jest? Pokaż się! – powiedział, nie krzycząc za głośno. Bał się, że jego towarzysze to usłyszą i przyjdą mu pomóc. Tacy ludzie jak Paweł nie nadawali się do pracy drużynowej. Chociaż wciąż go dokładnie widziałem zacząłem się coraz szybciej wycofywać, bo on również przyspieszył.
- Zatrzymaj się! – zastanawiałem się co chciał osiągnąć takimi słowami. Oddaliliśmy się już spory kawałek od drogi, na której pracowaliśmy. Ciągle się wycofując schowałem się za jednym z drzew. Wyciągnąłem broń, która była już wcześniej odbezpieczona. Słyszałem jak zbliżał się do mnie z każdym krokiem. Nie wiedział jednak gdzie jestem. Wychyliłem się delikatnie i zobaczyłem jak jest odwrócony do mnie plecami. Trzymał w prawej ręce pistolet i rozglądał się.
                Gwizdnąłem raz jeszcze. Odwrócił się w moją stronę. Następne wydarzenia działy się wyjątkowo szybko. Jak takie sytuacje mogą dziać się tak szybko, zastanowiłem, w chwili, kiedy on spojrzał na mnie, a z krzaków obok wyszła kolejna osoba. Staliśmy w trójkącie, ale ja byłem pewien swego. Paweł obrócił się w swoje prawo żeby spojrzeć szybko na to kto oprócz mnie tu jest, a ja wykorzystałem ten moment. Wystrzeliłem. Trafiłem go prosto w twarz. Pocisk przeleciał z trzaskiem przez czaszkę zostawiając dziurę tuż nad ustami i pod nosem. Paweł upadł, a ja usłyszałem tylko głośne jęknięcie i odgłos zgniatanych ciężarem ciała krzaków. Po chwili dołączył do tego dźwięk wciąganego głośno powietrza. Obróciłem się w stronę, w którą patrzył Paweł przed śmiercią i zobaczyłem, że przy drzewie stoi jeden z robotników. W jego oczach widziałem przerażenie i niedowierzanie. Ja jednak nie opuściłem broni. Podszedłem do niego i trzymając się twardo swego patrzyłem jak cały drży.
- Ja… ja nic nie widziałem. Też go nie lubiłem… błagam – jego głos drżał. Był tak przerażony, że nie odsunął się nawet, gdy przystawiłem pistolet do jego twarzy.
- Wybacz – powiedziałem twardo, po czym pociągnąłem za spust – Nie mogę zostawiać świadków.

środa, 16 marca 2016

Rozdział 2: Decyzje

Rozdział 2 tomu 4.5. W tym rozdziale dowiecie się jak cała grupa z autobusu, na czele której stoi ojciec Łapy - Wiktor znalazła się w Supraślu i jakie przygody i wątpliwości spotkały ich po drodze. Rozdział nieco krótki, ale kolejne zdecydowanie to nadrobią.

Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------

Rozdział 2: Decyzje

               
                Na zielonej tabliczce był biały napis. Spojrzałem się do tyłu i zauważyłem, że Michał zdecydowanie kiwa głową. Autobus stał kawałek za nim. Póki co w nie zmienionym stanie. Poza moimi córkami oraz dwoma pasażerami nikt od wczoraj nie odłączył się od naszej grupy. Nie byłem pewny, czy ludzie po prostu bali się ruszyć w swoją stronę, czy czekali na dogodną do tego sytuację.
- Supraśl? – zapytał mężczyzna wychodząc z autobusu. Już od początku wydawał się być sceptycznie nastawiony do moich pomysłów. Wczoraj gdy tylko dowiedziałem się o zniknięciu córek kazałem przeszukać okolicę i to właśnie on zanegował mój pomysł mówiąc, że nie ma sensu tracić czasu na poszukiwania teraz, gdy one są już na pewno daleko stąd. W sumie miał trochę racji, ale nie mówiło się tak do rodziców, którzy martwili się o swoje dzieci. To było po prostu niezdrowe.
- Musimy się gdzieś zatrzymać. Widziałeś, co stało się z ugryzioną osobą – wspomniałem Karola. Po ugryzieniu próbowaliśmy mu pomóc, ale nic nie dało się zrobić. Po godzinie gorączka była bardzo wysoka, a on sam nie kontaktował już ze światem. Musieliśmy go dobić.
- Wątpię, żeby ludzie się teraz poddali i chcieli tutaj przeczekać tą epidemię – powiedział podchodząc bliżej.
- Według ciebie powinniśmy szukać wojska? – zapytałem.
- To jedna z opcji. Prawdopodobnie najlepsza – stwierdził.
- Poproś tutaj resztę ludzi. Stoimy na widoku, więc będziemy się streszczać – zadecydowałem.
- Jasne – odpowiedział wracając do autobusu.
- A i jeszcze jedno. Jak się nazywasz? – zapytałem.
- Jacek – odpowiedział krótko, po czym wszedł do środka.
                Po chwili stała przede mną cała grupa ludzi. Przy okazji rozglądałem się po okolicy, ale nie widziałem nikogo. Miasto wydawało się być opustoszałe. Supraśl wcale nie był dużym miastem, więc pewnie gdy dotarły do nich wieści z Białegostoku, to ludzie pouciekali, chcąc ratować swoje życie. Teraz ja miałem grupkę, którą musiałem przekonać do zostanie tutaj. Wiedziałem, że jak ktokolwiek z nich się oddzieli będę odpowiedzialny za jego śmierć.
- Jak widzicie dojechaliśmy do Supraśla. Na świecie panuje teraz nieciekawa sytuacja, więc uważam, że to najlepsze miejsce, w którym możemy się zaszyć. Pozbieramy zapasy z okolicznych sklepów, jeżeli właściciele wrócą najwyżej oddamy im pieniądze. Zajmiemy jeden czy dwa budynki i zabezpieczymy je, tak, żebyśmy mogli tutaj na trochę zostać. Jeżeli gdzieś ma być bezpiecznie to właśnie w tak małym miasteczku sporą, współpracującą grupą – przemówiłem. Musiało to wyglądać majestatycznie. Stałem niedaleko mostu, który prowadził do głównej części miasta, a wokół latały liście, rzucane przez wiatr. Wszystkie wydawały się zgniłe, zupełnie jak to, co działo się z ludźmi.
                Grupa zareagowała różnie. Jedni zaczęli kiwać głowami, na znak, że podoba się im ten pomysł, inni spoglądali na swoich bliskich, albo osoby, z którymi zdążyli się już zaprzyjaźnić, a Jacek i parę innych osób, wygłaszało głośny sprzeciw:
- To fatalny pomysł. Jeżeli tu zostaniemy wojsko w życiu nas nie znajdzie. Poza tym pewnie wiele osób będzie uciekało z miasta i może na nas wpaść. A ludzie gdy się boją robią głupie rzeczy. Chcesz ryzykować naszym życiem? – zapytał.
- Chcę was uratować – krzyknąłem – Wojsko może być już daleko stąd. Na pewno nie przysłali dużo jednostek do takiego miasta jak Białystok. Jeżeli sami sobie nie poradzimy, to zginiemy. Tutaj będziemy bezpieczni. Oddzielenie się od grupy jest zbyt niebezpieczne. Zaufajcie mi. Przynajmniej dajcie temu szansę – próbowałem ich przekonać.
- Z każdą chwilą szansa na spotkanie wojska maleje. Słyszałem, że… - zaczął Jacek.
- Ja z kolei słyszałem w audycji, że ci którzy się nie załapali powinni zabunkrować się gdzieś z zapasami i czekać na zakończenie tego całego piekła – odgryzłem się zanim zdążył coś powiedzieć – Przecież możemy tutaj znaleźć radio i przy odrobinie majsterkowania sprawić, żeby wyłapało transmisję, gdyby rząd taką puścił. Nie mamy szans pozostawać w ciągłym ruchu. Jedna chwila nieuwagi i ktoś może zostać ugryziony, a to równa się z końcem. Tutaj możemy zabezpieczyć ulicę, Na pewno znajdzie się ktoś, kto umie walczyć. Ja na pewno będę bronił reszty – obiecałem.
- Kto właściwie przekazał dowództwo tobie? – zapytał ktoś w tłumie.
- To dobre pytanie! – pojawiały się kolejne głosy.
                Westchnąłem cicho.
- Wcale nie jestem dowódcą. Chcę po prostu zapewnić sobie i wam bezpieczeństwo. Wiem, że niektórzy mogą mieć inne spojrzenie na świat i nie mogą pojąć, że coś się właśnie skończyło, ale trzeba teraz przetrwać. A będzie to o wiele trudniejsze w pojedynkę – wytłumaczyłem spokojnie, chociaż w głębi zaczęły mi puszczać nerwy.
- Co nie zmienia faktu, że nikt nie powinien się rządzić – wtrącił Jacek.
- Ja się nie rządzę! Do cholery jasnej, nie każę wam tu być! Nie zatrzymam was jak sobie pójdziecie. Po prostu liczę na to, że nie zostanę tut sam, bo w grupie siła. Oddzieliliśmy się wczoraj na dwadzieścia metrów, a już straciliśmy jednego człowieka. Są wśród nas dzieci i kobiety. Musimy trzymać się razem, a jeżeli wasza wizja świata się sprawdzi, to za parę dni znajdzie nas wojsko! – to mówiłem już nieco bardziej zdenerwowany. Zadziałało jednak nieco lepiej. Zanim Jacek zdążył się znowu odezwać, chciałem dobić rywala – Nie mamy zapasów, chociaż spędźmy tutaj jedną noc, naładujmy się  i jak się nam nie spodoba to najwyżej jutro wyjedziemy stąd.
                Te słowa przekonały nawet Jacka. Już wczoraj mieliśmy problemy z jedzeniem, bo nikt nie przewidywał, że na wycieczkę może być potrzebne coś więcej niż parę kanapek. Zadowolony ruszyłem za resztą w stronę autobusu i zająłem swoje miejsce, na prawo od Kierowcy.
- Dobra gadka – pogratulował mi.
- Chcę przeżyć, tak samo jak ci ludzie. Oni po prostu jeszcze tego nie wiedzą – odpowiedziałem.
Autobus ruszył i przejechaliśmy przez most. Znaleźliśmy się na długiej ulicy, która rozgałęziała się w paru miejscach, ale miała właściwie wszystko czego potrzebowaliśmy. Już z daleka zauważyłem ładnie ogrodzony płotem budynek baru, sklep z bronią naprzeciwko, oraz sklep spożywczy tuż obok. Na ulicy jednak był ruch. Szybko zdałem sobie sprawę, że to muszą być kolejni zarażeni. Co prawda oprócz Karola i mężczyzny z auta nie widziałem jeszcze żadnego, ale to musiały być trupy.
                Gdy tylko wjechaliśmy na ulicę zostaliśmy praktycznie otoczeni. Chociaż nie chodziło ich zbyt dużo, to jednak nie mogliśmy się zatrzymywać, póki nie dojedziemy gdzieś. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie moglibyśmy zatrzymać auto i po chwili wstałem, żeby wszyscy pasażerowie, którzy już teraz byli wystraszeni, wiedzieli co się dzieje.
- Nie martwcie się. Podjedziemy do tamtego ogrodzenia, zaparkujemy i szybko zamkniemy za sobą bramę. Następnie ruszymy do budynku i go oczyścimy. Gdy sytuacja się uspokoi pomyślimy co dalej. Potrzebuje jednak teraz przynajmniej czterech ludzi do pomocy. Na front – wiedziałem, że moje słowa nie brzmiały zachęcająco, ale cztery dłonie dosyć szybko i pewnie wystrzeliły w powietrze. Michał, Jacek, oraz dwóch chłopaków w wieku mojej starszej córki. Z racji iż sam miałem pistolet im rozdałem to co mogłem. Jeden dostał mój nóż, drugi młotek do rozbijania szyb w autobusie, a pozostali dwaj metalowe rury, które służyły do otwierania dachów pojazdu.
                Autobus powoli podjeżdżał do celu. Zobaczyłem drzwi, które dzieliły nas od bezpieczeństwa. Miałem szczerą nadzieję, że były otwarte. Kierowca prowadził teraz bardzo powoli i ostrożnie. Trupy wręcz przytulały się do ścian pojazdu, próbując dostać się do środka. Jeden, który był przy moim oknie musiał paść niedawno. Nie był jeszcze brudny, ani specjalnie obdrapany. Zdradzały go jednak zimne, zgaszone oczy. Przeszły mnie ciarki. Wjechaliśmy powoli w podwórze baru. Było tutaj czysto. Umarlaki nadchodziły jednak z ulicy. Wraz z pozostałą czwórką stałem przy drzwiach i czekałem. Za chwilę musieliśmy szybko  wybiec i odciąć niebezpieczeństwo za nami.
                Kierowca ledwo zdążył otworzyć drzwi, kiedy ruszyliśmy jak z bicza. Najszybciej do bramy dotarł Jacek. Chociaż znalazł się tam dosłownie po paru sekundach, pierwszy przeciwnik już tam był. Widziałem  moment zawahania podczas zamachiwania się młotkiem. Gdyby zwlekał sekundę dłużej prawdopodobnie trup by się na niego rzucił. On jednak ocknął się w idealnym momencie. Młot powędrował od góry i z trzaskiem słyszalnym z paru metrów wbił się w czaszkę. Jacek musiał mieć sporą siłę, bo młotki z autobusów nie były tak solidne jak te normalne, poza tym składały się tylko z jednego, okrągłego kawałka metalu. Trup znieruchomiał, ale to zatrzymało na chwilę Jacka, który siłował się teraz z wyjęciem broni z głowy przeciwnika. Jeden z chłopaków podbiegł i wziął jedno z skrzydeł bramy, kiedy drugi złapał drugie. Kolejny umarlak podszedł blisko, ale tym razem zareagował Michał. Jego ruchy były zdecydowanie mniej pewne, ale odepchnął trupa. Brama zadzwoniła gdy oba skrzydła uderzyły o siebie, a zasuwa wydała z siebie metaliczny dźwięk podczas zasuwania. To kupiło nam sporo czasu.
                Ludzie z autobusu zaczęli wychodzić. Upewniłem się, że brama jest w porządku i pobiegłem do drzwi razem z resztą. Pociągnąłem za klamkę. Drzwi postawiły opór i już chciałem je przeklinać, kiedy je popchnąłem. Otworzyły się. Odetchnąłem z ulgą i wpuściłem najpierw uzbrojonych ludzi. Zaraz za nimi weszła reszta. Ja zostałem jako ostatni, patrząc ostatni raz na trupy na ulicy. Przy bramie było ich teraz około dziesięciu, ale konstrukcja wytrzymywała taki napór bez problemu. Spojrzałem w górę. Słońce świeciło przyjemnie. Zauważyłem, że tuż nad wejściem wisi duży szyld w kształcie kufla. Uśmiechnąłem się po czym zamknąłem drzwi.
                W środku było dosyć ciemno, więc pierwsze co zrobiliśmy to odsłoniliśmy zasłony. W głównym pomieszczeniu było czysto. Pokój był średniej wielkości, ale już w głowie rysował mi się plan poodsuwania niepotrzebnych stołów i krzeseł pod ściany, żeby zrobić więcej miejsca na środku. Za barem stąd widziałem rzędy butelek. Alkohol na pewno był przydatny, szczególnie w takich czasach.
- Słuchajcie – powiedziałem pół-szeptem w obawie, że w budynku może ktoś jeszcze być – Zostańcie tutaj, a my pójdzie zbadać wnętrze budynku. Zapewne na tyłach jest wyjście ewakuacyjne, które musimy zabezpieczyć. Czy dacie radę zastawić drzwi? Przynajmniej, póki nie upewnimy się, że w środku jest bezpiecznie? Zajmie się tym ktoś? – zapytałem patrząc po ludziach.
- Ja mogę – zaproponowała kobieta, nieco młodsza ode mnie.
- Dziękuje. Chodźmy – odezwałem się do pozostałej czwórki.
                Podeszliśmy ostrożnie do drzwi, które wyglądały na takie, prowadzące na zaplecze lub do kuchni. W tym wypadku było to, to pierwsze. W korytarzu panował prawie całkowity mrok. Jedyne światło dochodziło z niedużego okienka, umiejscowionego tuż pod sufitem. Nasłuchiwaliśmy przez chwilę w całkowitej ciszy, próbując zlokalizować ewentualny hałas.
- Po przeciwnej stronie ulicy mamy sklep z bronią. Powinniśmy tam coś znaleźć. Tutaj mamy alkohol, a tuż obok spożywczak. Przetrwamy to – planowałem na głos.
- Mamy za dużo szczęścia – stwierdził Jacek.
- Nie mogę się doczekać, aż usiądę z piwkiem i czymś ciepłym do żarcia – dodał, rozmarzonym głosem, Michał.
                Zaplecze składało się z serii pomieszczeń i schodów prowadzących na górę. Pomieszczenia były przeważnie składowiskami butelek lub typowych barowych przekąsek. Znaleźliśmy też nieco zapuszczoną kuchnię oraz parę pomieszczeń biurowych. Budynek podobał mi się coraz bardziej, było w nim dużo miejsca i sporo zapasów.  Znaleźliśmy też tylne wyjście, które na całe szczęście było już zamknięte, na solidną metalową sztachetę. Dolny poziom był czysty, więc ruszyliśmy zwiedzić piętro i zobaczyć, co tam możemy znaleźć. W głównej części baru zaczęło się już przemeblowanie, słychać było dźwięki przesuwanych stołów i krzeseł. Góra była znacznie mniejsza i składa się z jednego długiego korytarza, z jednym zakrętem oraz odnogami do paru pokojów. Zastanawiałem się co to był za bar, skoro miał tak rozbudowane tyły, ale w końcu przyszło mi do głowy, że prawdopodobnie na piętrze mogłyby być po prostu jakieś inne biura, niezwiązane z działalnością lokalu.
                Tutaj już od wejścia zrobiło się groźnie, ponieważ usłyszeliśmy jakiś dźwięk, dochodzący z jednego z pokojów, a na drewnianej podłodze zauważyliśmy plamę zaschniętej krwi. Po prawej od schodów znajdowała się drabina prowadząca na dach. Całe szczęście było tutaj nieco większe okno, które wpuszczało do ciasnawego korytarza trochę światła.  Próbowaliśmy poruszać się jak najbardziej cicho, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli był tu jakiś człowiek to na pewno już wiedział, że ktoś jest w budynku. Trup nie zmieniał naszej sytuacji i dalej sprawiał, że penetrowanie tego piętra nie było zbyt bezpieczne.
                Dosyć szybko zdaliśmy sobie sprawę, że dźwięk musi dochodzić z jednego z pokojów po lewej. Stąd brzmiało niczym konający, ciężko ranny słoń, ale podejrzewałem, że jest raczej mała szansa, żeby znaleźć takie zwierzę na piętrze budynku w małym miasteczku przy Białymstoku. Oparłem się plecami do ściany, niczym w policyjnych filmach i wyszeptałem do reszty:
- Otwórzcie drzwi na mój znak, wejdę tam pierwszy i jeżeli coś nas zaatakuje to od razu strzelę, ok?
- Uważaj na siebie – poprosił jeden z chłopców, których wzięliśmy ze sobą.
Odetchnąłem cicho. Odbezpieczyłem pistolet i parę razy pokręciłem dłonią, żeby rozluźnić nieco spięte mięsnie.
                Dałem znak. Drzwi otworzyły się z impetem, po solidnym kopnięciu Jacka, a ja wparowałem ułamek sekundy później do niedużego pomieszczenia. Było tutaj dosyć ciemno, bo okno było zasłonięte firanką karmazynowego koloru, ale natychmiastowo zdałem sobie sprawę, że stoi przede mną duże drewniane biurko, a za nim siedzi jakaś postać. Gdy mnie zobaczyła natychmiast się poderwała, jakby chciała zaatakować, ale zatrzymała się dosłownie krok przede mną. Wymierzyłem w nią pistoletem i krzyknąłem.
- Odsuń się! Podnieś ręce i podejdź do ściany! JUŻ! – ostatnie słowa wypowiedziałem takim tonem, że przypominały huk wystrzału armaty. Człowiek, który przede mną stał cofnął się, ale podniósł tylko jedną rękę – Chłopcy wpuśćcie tu nieco światła – poprosiłem, a jeden z nich ostrożnie, idąc jak najdalej od spotkanego człowieka  ile mógł, pociągnął nerwowo za zasłonę i oświetlił pomieszczenie. To co zobaczyłem wyglądało potwornie.
                Do kaloryfera był przykuty człowiek. Nie wyglądał na zarażonego, ale zdecydowanie rzucał się w oczy. Musiał ważyć znacznie więcej niż sto kilogramów, był w miarę wysoki, całkowicie łysy, a jego oczy miał tak dziwny, kolor, że sam nie mogłem go dokładnie określić. Było to coś pomiędzy różem a fioletem.  Jego twarz była dodatkowo zapuchnięta, a pod oczami jego twarz przybierała kolor zgniłego fioletu. Spoglądał po nas, gdy w końcu zatrzymał wzrok na mnie.
- Kim jesteś? – zapytałem, nie opuszczając broni.
- Nie ważne. Gdzie jest ten wąsaty cwaniak? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Miał wyjątkowo wysoki głos jak na kogoś tej postury.
- O kogo ci chodzi? Wiesz jak długo tu jesteś? – zaciekawił mnie. Zresztą podejrzewałem, że to samo wrażenie mieli moi towarzysze.
- Przynajmniej parę godzin. Ten dupek przykuł mnie kajdankami do kaloryfera jak zwierzę. Jeszcze go dorwę – wyszeptał złowieszczo – Uwolnicie mnie?
- To zależy od tego, czy będziesz współpracował – powiedziałem.
- Kim wy do cholery jesteście. Nie jesteście ani jego pomocnikami, ani mieszkańcami tego miasta. W życiu was nie widziałem i… i te bronie. Jesteście jakimiś bandziorami? – jego małe oczka świdrowały pomieszczenie, jakby chciał wyskoczyć z jego twarzy i uciec.
- To ty jesteś w kajdankach – zauważył Michał. Grubas spojrzał na niego i po chwili wybuchł śmiechem.
- On coś brał – stwierdził Jacek przekazując mi tą wiadomość szeptem.
- Nie wiesz, co dzieje się na zewnątrz, prawda? – zapytałem.
- A co jakaś parada? – zapytał zaciekawiony.
- Świat się skończył. Wybuchła epidemia i po ulicach chodzą trupy – stwierdziłem jak najbardziej poważnym głosem, jaki tylko mogłem z siebie wydać. Gruby spojrzał na mnie, ale nie widziałem na jego twarzy radości, albo nadchodzącego wybuchu śmiechu. Było to raczej przerażenie.
- Tak jak w tych filmach o zombie? – zapytał.
- Dokładnie tak. Zajęliśmy ten budynek. Razem z grupą parunastu osób. Jesteśmy z Białegostoku. Znasz to miasto? – wiedziałem, że ktoś, kto znał dokładną lokalizację wszystkich budynków mógł być przydatny.
- Mój boże. Nie mogę w to uwierzyć – mówił dalej, jakby kompletnie nie usłyszał moich słów.
- Czy znasz to miejsce? Przecież cię nie zabijemy, jeżeli odpowiesz nie. Po prostu pójdziesz w swoją stronę, nie mogę narażać moich ludzi na obecność człowieka, który nawet się nie przyda. Ale jeżeli znasz się okolicach to możesz zostać i się przydać – próbowałem mu to wytłumaczyć. Mówiłem dosyć głośno, bo wiedziałem, że ma problemy z zdecydowaniem czy to jego sen, czy rzeczywistość.
                Spojrzał na mnie. Pociągnął nosem i przetarł go wolną ręką.
- Znam to miejsce. Jak to będzie możliwe to chcę zostać – stwierdził twardo. Uśmiechnąłem się.
- Byłeś sam w tym budynku? – zapytałem podchodząc do jego kajdanek i pożyczając młotek od Jacka, aby je rozbić. Wciąż byłem czujny, ale pomimo postury i groźnego wyglądu nie wydawało mi się żeby Grubas sprawiał mi większe problemy. Był wystraszony i osłabiony. Jeżeli nawet zdążyłby mnie uderzyć to szybko zostałby zabity, a pokazanie, że ufam mu na tyle, żeby podejść do niego na blisko, musiało go tylko upewnić w tym, że nie mam złych zamiarów.
- Było tu dużo osób. Ale to jedyny biuro, gdzie można przetrzymać kogoś wbrew jego woli – powiedział.
- Co masz na myśli? – wtrącił Michał.
- Chcieli mnie zamknąć za posiadanie prochów. Lubię sobie strzelić w nos w ciężki dzień – odpowiedział -  Wiem, ćpuni są niebezpieczni. Ale z tego co mówicie nie mam teraz nawet skąd brać, więc spokojnie – zapewnił.
- Cieszę się, że jesteś szczery – powiedziałem. Zamachnąłem się młotem i zacząłem uderzać w zamek tuż przy grubej ręce. Kajdanki nie były najwyższej jakości i po paru uderzeniach coś strzyknęło i uwolniłem więźnia. Odsunąłem się o krok, ale on nawet nie próbował mnie zaatakować. Rozmasował obtarty nadgarstek i podziękował kiwnięciem głowy.
- Chodźmy na dół, przedstawimy cię reszcie – zaproponował Michał.
                Wciąż ostrożnie, zeszliśmy na dół i powróciliśmy do głównego pomieszczenia. Ludzie od razu skupili swój wzrok na Grubym. Musiałem jak najszybciej uspokoić sytuację.
- To jest nasz przewodnik po mieście. Jeżeli postanowimy tutaj zostać ten człowiek pomoże nam znaleźć potrzebne zapasy, a w zamian dołączy do nas. Dzięki jego pomocy powinniśmy szybko zebrać potrzebne rzeczy i w razie potrzeby wyruszyć dalej. A teraz zabezpieczmy budynek. Spędzimy tu najbliższe dni! – powiedziałem, po czym ruszyłem do grupy ustawiającej stoły i krzesła.

środa, 8 lipca 2015

Rozdział 2: Wyrzutkowie

Rozdział 2, pierwszy z perspektywy Irka. Dla osób niekojarzących, albo czytających (mam nadzieję) ten wstęp przed rozdziałem - jest to więzień uratowany z podziemi domu Dziary (Kwatery Głównej w Toruniu). Postanowiłem zrobić jego POVa, ponieważ koniecznie chcę pokazać akcję z perspektywy kogoś z "Drużyny Łapy", a póki co Magda i Miczi miały swoje perspektywy, Krystek/Marta i Młoda średnio mi pasują do prowadzenia, a Łapa jest zbyt dobrą i tajemniczą postacią, żeby robić rozdziały z jej oczu widziane. Dlatego padło na niego ;)

Dodatkowo chcę zapowiedzieć wam NOWĄ funkcję, którą będę teraz wstawiał w wstępniakach - co się dzieje w innych POVach, w czasie kiedy dzieje się akcja obecnego. Oczywiście jeżeli będzie to wybiegało poza granice czasowe (np. w POV Bobra będzie dzień dajmy na to 205, a u Irka 203) to będę pozostawiał znaki zapytania. System będzie działał co 3 rozdziały (czyli np. niżej zamieszczę co działo się w tym czasie w POV Bobra [Rozdział 1 - Korzenie], oraz w POV trzecim [Rozdział 3 -???])
Bobru [Rozdział 1 - Korzenie] - W czasie trwania tego rozdziału Bobru oczyszcza okolicę Torunia i jest świadkiem wybudzenia Pablorda
??? [ Rozdział 3 - ???] - ???

--------------------------------------

Rozdział 2 (Irek): Wyrzutki


                Ogień musiał być widoczny z dosyć daleka, ale zrobiło się ciemno, a my nie mogliśmy znaleźć miejsca do spania, dlatego spędzaliśmy noc w niedużym zagłębieniu w lesie, gdzie przy odrobinie szczęścia pozostaniemy w miarę niewidoczni. Niedaleko był nieduży strumyczek, więc nie mieliśmy żadnego problemu jeżeli chodziło o wodę. W aucie wciąż mieliśmy trochę mięsa w puszce oraz fasoli. Ułożyliśmy wszystko do garnka, zalaliśmy odrobiną wody i podgrzaliśmy.
                Byliśmy raczej w kiepskich nastrojach, wszyscy byli zmęczeni, a co najgorsze pośród nas panowało coś podobnego do grypy i niektórzy mieli spore problemy z poruszaniem się, znacznie bardziej woleli poleżeć i odpocząć. Teraz przy ognisku brakowało jednej z chorych – Młodej. Oprócz tego chorowała Magda. Od razu jak jej ręka złożyła się do kupy, po tym jak została połamana to pojawił się nowy problem. Minął dokładnie miesiąc i dzień odkąd uciekliśmy z Torunia. Sam byłem zaskoczony tym jak długo już udało się nam przetrwać i to w kompletnej dziczy.
                Dlatego, zamiast siedzieć całą grupą przy ognisku, siedział tu teraz tylko Marek, ja, Marta oraz Miczi. Stare rany po ugryzieniach zaswędziały mnie. Czasami tak się działo, a wtedy zastanawiałem się, czy to nie jest koniec i czy przypadkiem ugryzienia w końcu na mnie nie zadziałają tak jak powinny. Cały czas nie mogłem uwierzyć w szczęście jakie mnie spotkało. Byłem niepodatny na to, co dziesiątkowało całą ludzkość. Ja zwykły, szary człowiek, byłem teraz kimś niesamowitym. Od kiedy odkryłem w sobie tę moc obiecałem sobie jedno – będę pomagać innym. Szczególnie osobom otoczonym przez zombie, lub przez nie gonionym.
                Gdy wracałem wspomnieniami do naszej podróży do Poznania przechodziły mnie ciarki. To była niesamowita wyprawa. Po opuszczeniu domku myśliwskiego wyjechaliśmy autem w stronę wskazaną przeze mnie.  Ci ludzie, z którymi teraz siedziałem zaufali mnie po tym jak ich uratowałem i dobrze, bo wcale nie zamierzałem ich zdradzać. Sama droga przychodziła jak z płatka, okazało się, że chociaż w naszym towarzystwie przewodziły liczebnie kobiety, to i tak były silne i w pewnych momentach bezlitosne. Największa przemianę widziałem u chorującej teraz Młodej. Jak się poznaliśmy, w podziemiach Kwatery Głównej w Toruniu to była cichą myszką, która dzielnie znosiła niewolę. Teraz poszła w ślady swojej siostry. Nie dorównywała jej jeszcze jeżeli chodziło o bezlitosność i dzikość, ale była na dobrej drodze ku temu.
                Gdy dotarliśmy dwa tygodnie temu do mojego, starego obozu szybko zauważyliśmy, że nic z tego nie będzie. Wcześniej zapewniane przeze mnie fortyfikacje były zniszczone doszczętnie, a sama kryjówka była wypełniona trupami. Było mi trochę głupi, bo ciągnąłem resztę przez naprawdę długi czas, ale wydawało mi się, że spodziewali się tego, że w tym miejscu nie będzie zbyt wielu nadziei na przetrwanie. W końcu stało opuszczone przez całkiem spory czas, dlatego nie nastawiałem ich na pewniaka. Od tamtego czasu kręciliśmy się w okolicy, pomiędzy Poznaniem, a Toruniem.  Musieliśmy teraz podjąć dosyć ciężką decyzję, co robić dalej. Zapasy nam się powoli kończyły, a choroba mogła w każdej chwili złożyć kogoś jeszcze. Musieliśmy znaleźć ciepłe miejsce, gdzie moglibyśmy odpocząć, bez strachu o to, że ktoś nas zaskoczy i zabije. O ile dni były ciepłe, to noce były raczej chłodne i ciężkie do przetrwania. Dlatego byłem zmuszony zacząć niewygodny dla wszystkich temat, od razu po tym jak Łapa i Krystian dołączyli do nas zostawiając śpiącą Młodą i Magdę w aucie.
                - Uważam, że powinniśmy dołączyć od jakiejś społeczności. Jeżeli nie do Torunia to gdzie indziej – zacząłem. Dobrze wiedzieliśmy o tym, że Ostoja dalej istniała, bo tydzień temu byliśmy bardzo niedaleko jej murów.
- Naprawdę chcesz wracać do miejsca, w którym rządzi człowiek, który cię więził? Więził moją siostrę? Okaleczyłam go, dla mnie nie ma tam już miejsca – powiedziała Łapa.
- Jak nie tam, to gdzie indziej – stwierdziłem.
- Moglibyśmy spróbować zostać, na którymś posterunku. Zanim kazaliby nam ruszyć do Ostoi, żeby zameldować Dziarze nasze przybycie zdążylibyśmy chociaż dzień czy dwa pokorzystać z wygód – włączył się do rozmowy Krystian.
- Myślicie, że Bobru wciąż jest w Ostoi? – zapytała Miczi.
- Dajcie spokój do cholery – podniosła głos Łapa – Nie po to uciekaliśmy, żeby tam teraz wracać z podkulonym ogonem!
- Czasem trzeba schować cholerną dumę do kieszeni, kiedy chodzi o zdrowie, a może i życie – powiedziałem – Młoda i Magda są w kiepskim stanie, kto wie czy jutro nie dołączy do nich ktoś jeszcze, kogo złapie ta cholerna gorączka. Musimy się zabezpieczyć, bo w końcu zginiemy w najgłupszy możliwy sposób.
                Łapa milczała, wpatrując się nieobecnym wzrokiem gdzieś w las za moimi plecami. Myślała. Przez chwilę było słychać tylko trzask palącego się drewna, aż w końcu Łapa wstała i przemówiła stanowczym głosem.
- Słuchajcie, trzymamy się już miesiąc bez pomocy ludzi z Torunia czy czyjejkolwiek innej. Zabijaliśmy ocalałych i niezliczoną ilość pierdolonych trupów. Przetrwamy i to. Poszukamy jakiejś grupy ocalałych, którą będzie można łatwo zdominować i wykorzystamy ich gościnność. Jeżeli nasze zdrowie mocno się pogorszy to zrobimy tymczasową bazę w pierwszym, lepszym mieście – zaczęła przemowę – Nie możemy wrócić do Torunia. Nie chodzi nawet o pieprzoną dumę. Chodzi o to, że jak tam pojedziemy to połowa z nas zostanie aresztowana, a może nawet skazana na śmierć. Miałyśmy strasznie intensywne wyjście i nie możemy tam wrócić. Takie jest moje zdanie – dokończyła. W sumie miała trochę racji i to było przerażające.
                Nagle usłyszeliśmy krzyk, gdzieś daleko od nas. Ciarki przeszły mnie po plecach. Wszyscy odruchowo sięgnęli po bronie. Nasłuchiwaliśmy w ciszy, ale nie usłyszeliśmy już nic. Marta, najmłodsza z naszej grupy, wtuliła się w Miczi.
- Musimy coś znaleźć – stwierdził Krystian – ale teraz idźmy już spać.
Byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się nawet dyskutować. Połowa z nas miała spać na dworze, a druga połowa w aucie. Sam nie wiedziałem co jest lepsze – spanie w ciepłym wnętrzu auta z chorymi osobami, czy marznięcie na dworze, gdzie tez łatwo było zachorować.  Zanim jednak zmęczenie całkowicie mnie złożyło wziąłem kawałek sznurka, która miałem w kieszeni i pozbierałem puszki, w których była nasza kolacja. Przebiłem je sprawnie nożem i przełożyłem przez dziurki sznurek. Zadowolony z efektu swojej pracy rozwiesiłem puszki po okolicznych krzakach, żeby te narobiły hałasu, gdyby ktoś próbował się do nas zakraść.
                Po wykonaniu tej czynności położyłem się spać. Chociaż byłem dorosłym człowiekiem, który nie jedno już przeżył to czasami czułem się jak zwykły dzieciak. Podczas snów przeżywałem tak niesamowite wizje z bajkowych światów, że czasami się zastanawiałem czy życie tutaj nie jest snem, a tak naprawdę prawdziwy ja jest rycerzem w magicznym świecie pełnym czarów i smoków. Dużo bym dał żeby tak było, ale niestety twarda ziemia i chłód paraliżujący mnie całkowicie pomimo dwóch koców i śpiwora trzymał mnie twardo tutaj. Widocznie tak musiało być.
                W nocy obudził mnie dźwięk puszek. Miałem lekki sen, więc od razu zerwałem się chwytając za broń. Wszyscy spali, ale ja nasłuchiwałem starając się zlokalizować, z których konkretnie krzaków dochodziły hałasy i czy był to wiatr czy coś innego. Nagle usłyszałem przedzieranie się przez krzaki i jęk. Ognisko żarzyło się jeszcze więc byłem w stanie zauważyć w lekkiej poświacie nadchodzącego trupa. Podszedłem do niego i wyciągając nóż zabiłem szybkim ruchem. Otarłem krew z ostrza o jego koszule i wróciłem na swoje miejsce. Dalej było ciemno, ale na horyzoncie widać było poświatę słońca. Za godzinę powinno być już jasno. Nie wiedziałem czy jest sens się znowu kłaść, a że zachciało mi się siku poszedłem w krzaki, sprawnie omijając zastawione przez siebie pułapki.
                Strumień sików uderzał w ziemię miarowym taktem, a ja spokojnie nasłuchiwałem, czy nic nie czai się w krzakach. Słyszałem kroki, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to nieduża wiewiórka skakała niedaleko mnie próbując wspiąć się na drzewo. Widok był całkiem uroczy, na tyle, że aż zatrzymałem się na chwilę żeby się uspokoić i poprzyglądać. Po około dziesięciu minutach spaceru wróciłem do obozu i na nowo rozpaliłem ogień, żeby się nieco ogrzać. Wszyscy spali smacznie – Magda, Młoda i Krystian w aucie, a reszta na ziemi przy ognisku. Nie chciałem ich budzić, ale gdy rozpaliłem ognisko zauważyłem, że Marek już nie śpi. Przywitałem go skinieniem głowy, a ten odpowiedział tym samym.
- Dawno wstałeś? – zapytał zachrypniętym głosem.
- Jakiś czas temu. Zombie skradał się do obozu, ale go zdjąłem – powiedziałem pokazując mu ciało leżące parę metrów dalej.
- Dobrze, że czuwasz… - odpowiedział nieco zdziwiony – Szczególnie, że sam jesteś niewrażliwy na to gówno. Mogłoby cię to nie obchodzić. No wiesz, fakt, że ktoś zostanie ugryziony, przecież i tak tobie nic się nie może stać – jego słowa były trochę nieskładne, ale zrozumiałem ich sens.
 - Jesteśmy drużyną gościu – odpowiedziałem nieco rozbawiony – Twoja siostra nas uratowała i nie zamierzam teraz tego zaprzepaścić. Myślałem, że po miesiącu znajomości nie będzie już mowy o braku zaufania – uśmiechnąłem się. Wcale nie chciałem brzmieć specjalnie chamsko, lub podejrzliwie.
- Nie można ufać nikomu. Przynajmniej w pełni – stwierdził Marek, dosiadając się bliżej mnie –Ależ pizga. Jak nie znajdziemy schronienia to wszyscy zachorujemy… - powiedział, trzęsąc się.
- Myślę, że jak nie uda nam się znaleźć niczego na własną rękę to powinniśmy wrócić do Torunia. Jeżeli nie do samej Ostoi to chociaż na jeden z posterunków – powiedziałem.
- Naprawdę chcesz tam wracać? Po tym jak byłeś więziony bez żadnego powodu? – zapytał zdziwiony.
- Wiesz, ja mogę być więziony jeszcze długo, lepsze to niż patrzenie jak powoli umieramy i to nie z powodu zombie, a z powodu jakiejś gównianej grypy – wytłumaczyłem.
- W sumie też prawda – odpowiedział.
                Siedzieliśmy jeszcze pół godziny, rozmawiając o różnych rzeczach, aż w końcu kolejne osoby zaczęły się budzić. Gdy Krystian i Miczi zaczęli przygotowywać śniadanie ja podszedłem do Łapy.
- Gdzie jedziemy po śniadaniu? – zapytałem.
- Przed siebie przyjacielu – odpowiedziała. Była w dobrym humorze. Widoczne stan Młodej musiał się poprawić.
- Co z twoją siostrą? – zapytałem z grzeczności.
- Jest lepiej. Ale stan Magdy się pogorszył. Mam nadzieję, że przetrwa tę chorobę.
                Zjedliśmy śniadanie, które składało się właściwie z resztek naszych zapasów i wsiedliśmy do auta. Młoda rzeczywiście zrobiła się bardziej rozmowna, ale Magda wciąż ledwo kontaktowała i ciepło wręcz biło z niej jak z pieca. Wyjechaliśmy z lasu i ruszyliśmy na północny wschód licząc na to, że znajdziemy jakiekolwiek dobre miejsce. Sam osobiście stawiałbym na Pierwszy Posterunek, w którym mieli dobra opiekę medyczną. Nie obchodziło mnie jak zareaguje na nasz powrót Dziara. Jeżeli nie planowaliśmy zrobić czegoś szybko, to prawdopodobnie nie przetrwamy.
                Trafiliśmy na główną drogę, która była całkowicie opustoszała. Co prawda mijaliśmy co jakiś czas zombie, ale ostatecznie nie zatrzymywaliśmy się, żeby je zabijać bo nie było takiej potrzeby. Minęliśmy dwie nieduże wioski, nawet nie patrząc na budynki, które tam były, bo te kompletnie nie nadawały się do zamieszkania. W samochodzie panowała dosyć cicha, ponura atmosfera. Nikt nie był specjalnie chętny do rozmów.
                Około południa dojechaliśmy do nieco większego miasteczka. Od razu wystrzeliłem z pomysłem.
- Powinniśmy przeszukać jakieś sklepy czy inne lokale. Kończy nam się żarcie, amunicja i zapasy medyczne – powiedziałem.
- Zatrzymamy się tu na parę godzin – stwierdziła Łapa.
Zaparkowaliśmy na centralnym placu miasteczka.  Wysiedliśmy w czwórkę – ja, Łapa, Krystian oraz Miczi. Reszta została w samochodzie.  Na początku uderzyliśmy na sklep, który był tuż przy zaparkowanym samochodzie. Był to nieduży delikates, który wydawał się na pierwszy rzut oka nie splądrowany. Poznaliśmy to po ciężko otwierających się drzwiach oraz dużej ilości zombie w środku. Przystąpiliśmy do oczyszczania tego miejsca. Nie chcieliśmy marnować amunicji, wiec wszyscy walczyliśmy nożami oraz młotkami. Cały sklep składał się z jednego, sporego pomieszczenia, w którym było około trzydziestu zombie. Całe szczęście do głównej sali sklepu prowadziły bramki, które umożliwiły nam swobodne wybijanie trupów – jednego po drugim.
                Łapa i Miczi ustawiły się przy jednej bramce, a ja i Krystian stanęliśmy przy drugiej. Wziąłem nóż w rękę i zastukałem zdecydowanie w barierkę. Dźwięk rozszedł się echem, a ja krzyknąłem.
- Przygotujcie się!
Nie musieliśmy długo czekać. Zombie zwabione hałasem natychmiastowo zwróciły się w naszą stronę. Zabijanie ich było banalnie proste, ponieważ bramka blokowała im możliwość przechodzenia dwójkami, a pojedyncze zombie, blokowane przez metalowy mechanizm, nie były w stanie się przez niego przedostać i wyciągały bezradnie ręce starając się dosięgnąć nas. My jednak byliśmy sprytniejsi i bez problemu dźgaliśmy ostrzami i uderzaliśmy obuchami, żeby dotrzeć do mózgu i tym samym niszczyliśmy część odpowiedzialną za dzikość i rządzę mordu zombie.
                Po tym jak pod bramkami usypał się pokaźny stos ciał przeskoczyliśmy je i poszliśmy do konkretnej części sklepu. Tutaj tez było parę zombie. Jeden zdołał mnie nawet ugryźć, ale jak zwykle nic sobie z tego nie zrobiłem. Ugryzienia zombie były dla mnie jak ugryzienia człowieka – bolały, ale nic poza tym. Czułem się przez to poniekąd wyjątkowy, ale wiedziałem, że ten „dar” może w każdej chwili zniknąć, albo mogę przesadzić i w końcu dopnę swego.
                Udało się nam jednak oczyścić sklep i przeszliśmy do fazy przeszukiwania go w celu zdobycia zapasów. Niestety, ku naszemu zaskoczeniu wiele tego nie zostało. Znaleźliśmy zaledwie parę puszek, jedną apteczkę oraz całkiem sporo wody i alkoholu. Spodziewałem się większych zapasów jedzenia, a te pomagały nam na zaledwie dwa lub trzy dni. Całe szczęście widziałem jeszcze jeden sklep w okolicy, który wyglądał podobnie do tego, więc liczyłem na to, że znajdziemy tutaj coś ciekawego. Opuściliśmy sklep i zanieśliśmy zapasy do samochodu. Gdy tylko podeszliśmy, to zauważyliśmy, ze coś musiało być nie tak, bo drzwi były pootwierane, a Marek, Marta oraz Młoda stali na zewnątrz.
                Łapa podbiegła pierwsza.
- Co się dzieje?
- Z Magdą jest źle. Ja… ona… - zaczął Marek, ale nie był w stanie wykrztusić ani słowa więcej. Chociaż wiatr wiał, nawet stąd słyszałem jak ciężko oddychała.
- Może pójdziemy do apteki? Na pewno znajdziemy jakieś leki – zapewniła Miczi.
- Ja tu zostanę – stwierdził Krystian.
- Rozumiem – odpowiedziała Łapa – Irek, Miczi, chodźcie za mną – poprosiła.
Poczułem poważną falę niepokoju spływającą po mnie, niczym zimny prysznic. Znałem tych ludzi już miesiąc i nie mogłem się pogodzić z faktem, że jedno z nich było w naprawdę ciężkim stanie. Podszedłem do Marty. Dziewczynka była naprawdę świetnym dzieckiem i dogadywałem się z nią chyba najlepiej z całej drużyny. Sam kiedyś byłem ojcem, ale zaraza odebrała mi całą rodzinę. Teraz ci ludzie nią byli.
- Mała trzymaj się Moniki – powiedziałem wskazując siostrę Łapy – Jeżeli coś się stanie Magdzie nie podchodź do niej skarbie – dodałem.
- Rozumiem – odpowiedziała. Była mądrym dzieckiem i wierzyłem, że się mnie posłucha.
                Ruszyliśmy we trójkę wzdłuż ulicy szukając najbliższej apteki. Całe szczęście jedna była tuż za rogiem. Pierwszym problemem jaki napotkaliśmy były drzwi. Ktoś zabił je deskami i musiałem się siłować z nimi dobre pięć minut, zanim w końcu drewno puściło i oddało nam dostęp do wejścia. Nie mogliśmy zmarnować ani sekundy dłużej.
- Rozdzielmy się, kto znajdzie jakiekolwiek leki przeciwbólowe i anty gorączkowe niech krzyczy – powiedziała. Apteka była malutka, składała się z korytarza i oddzielonego szybą sektora aptekarskiego. Nie czekając za długo przeszliśmy drzwiami do części z lekami i zaczęliśmy przeszukiwać setki bezsensownych opakowań witamin, syropów na kaszel, podpasek i innych mało potrzebnych rzeczy. Każdy przeszukiwał inny regał. Nagle pośród dźwięków rozkładanych pudełek i przewracanych butelek usłyszałem jękniecie. Gdy się odwróciłem zamarłem. Pod jednym z regałów zombie sięgał właśnie łapskami w stronę Łapy. Ona nie widziała go kompletnie, albo nie zdawała sobie sprawy, że zagrożenie jest tak blisko bo tylko obróciła się w prawo szukając źródła hałasu.
                Trup grubszej aptekarki pochwycił z dużą siła nogę Łapy i starał się wgryźć w łydkę. Zareagowałem machinalnie. Rzuciłem się w tamtą stronę nie patrząc na obrażenia. Łapa krzyknęła, ale ja byłem szybszy. Zasłoniłem ręką miejsce w które próbował się wgryźć zombie i ten ugryzł mnie w przedramię. Dało to czas Łapie, która wyrwała się z objęć trupa i z całej siły uderzyła butem w czaszkę zombie. Usłyszałem okrutny gruchot i po chwili po ręce pociekła mi krew z roztrzaskanej głowy zombie. Złapałem się za ranę, ale wiedziałem, że nic mi się nie stanie. Łapa pomogła mi wstać i podała paczkę bandaży, które znalazła.
- Dziękuje… - powiedziała niecko zakłopotana.
- Nie ma sprawy – wysapałem zaciskając opatrunek na mojej ręce. Miczi przyglądała się sytuacji z wyrazem zaskoczenia na twarzy i podeszła do nas.
- Znalazłam jakieś leki. Powinny być ok – stwierdziła.
                Zabierając je do plecaków pobiegliśmy w stronę auta. Dobiegliśmy tam dwie minuty później i jak najszybciej podeszliśmy do Magdy. Wyglądała fatalnie. Była blada jak ściana, a zarazem rozpalona jak piec. Majaczyła coś pod nosem, a Krystian głaskał jej spocone czoło.  Łapa próbowała się przepchnąć, żeby podać jej leki, ale Krystian odsunął ją.
- Oszalałeś?! – zapytała zdecydowanie zdenerwowana.
- Już za późno – odpowiedział ze smutkiem w głosie. Zrobiło się naprawdę cicho. Co najgorsze nie było słychać jednego – oddychania Magdy. Łapa opadła na kolana przy samochodzie i patrzyła na tę sytuacje z grozą w oczach. Marta, Magda, Młoda oraz Marek stali kawałek z tyłu obserwując w ciszy Krystiana, który płacząc przytula ukochaną. Wszyscy wydawali się być zahipnotyzowani, ale ja wiedziałem co robić. Zachowałem trzeźwość umysłu.
                Pociągnąłem Krystka próbując go wyciągnąć z auta, zanim będzie za późno. Ten się stawiał i nie chciał wyjść.
- Odejdź ode mnie, zostaw mnie – krzyczał.
- Zaraz będzie za późno uciekaj – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo.
- Odwal się Irek – krzyknął ponownie Krystek płacząc jak małe dziecko.
Marek tez zaczął pchać się do środka. Musiałem ich powstrzymać.
                Pociągnąłem Krystka z duża siłą, tak, że wysunął się z auta. W tym czasie jego miejsce zajął Marek, który przytulił siostrę. Nie przewidziałem jednak tego, co zrobił Krystek. Wstał i uderzył mnie z taką siłą w brzuch, że zwymiotowałem na drogę obok. Zobaczyłem jak podchodzi do Magdy, ale wtedy było już za późno. Usłyszałem krzyk Marka. Magda zmieniła się. Ugryzła go w szyję, a po jego ciele spłynęła fala krwi z tętnicy szyjnej. Tym razem nie bawiłem się w podchody. Pociągnąłem Krystka i wykręcając mu rękę podkosiłem mu nogę, po czym przyłożyłem kolano do głowy.
 - Siedź spokojnie kurwa! – wrzasnąłem – Łapa do chuja pana zastrzel ich!
Mój głos musiał zadziałać, bo po chwili usłyszałem dwa szybkie strzały. Minęła minuta, zanim ktokolwiek się ruszył.  Krystek szlochał cicho i żałośnie, ale było już za późno.

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 2: Cela numer 3

Rozdział 2 tomu 3, nowa perspektywa! Ta perspektywa jest niezbędna do paru ważnych motywów, które chcę wdrożyć do Apokalipsy w tym tomie. Zbłąkany Ocalały jest świetnym środkiem do przedstawienia zdarzeń z dala od Ostoi, bo jednak trzeba coś pokazywać, prawda? Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------

Rozdział 2 (Erni): Cela numer 3


                Spotkanie z Dziarą było jak zwykle dziwne. Nigdy nie byłem zdania, że jest złym człowiekiem, wręcz przeciwnie, był kimś, kto pomógł mi znaleźć Bobra i resztę, ale jego zachowanie często było strasznie impulsywne, a czasami nawet niebezpieczne. Odkąd usłyszałem o tym całym planie zabicia Karła, wciąż żyłem pełen nerwów i niekoniecznie zadowolony z tego jak się rzeczy mają. Po dzisiejszym zebraniu postanowiłem z początku zająć się Zbłąkanym Ocalałym. W końcu miałem znowu ruszyć w trasę. Całe szczęście tym razem nie będę sam. Cinek, który jakimś cudem dotrwał aż tutaj, będzie ze mną. Cieszyło mnie to niemiłosiernie i sprawiało, że nie patrzyłem na kolejną wyprawę z rezerwą. Wręcz przeciwnie, cieszyłem się, że będę mógł się wyrwać z nieprzyjemnej sytuacji panującej w Ostoi.
                Gdy Pablord spytał mnie ostatnio, co myślę o całej sytuacji nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Dziara był moim przyjacielem, a dodatkowo szefem, dlatego ciężko mi było wskazywać jakie błędy popełnił, lub chciał popełnić. Karzeł z kolei był łatwiejszym celem mojej krytyki, ponieważ niektóre jego decyzje rzeczywiście były dziwne. Mieszkałem w Ostoi od około dwóch tygodni, może więcej i zdołałem już poznać tego człowieka. Nie sprawiał złego wrażenia jeżeli chodzi o zachowanie – zawsze wesoły, skory do pomocy i wyjaśnienia konfliktów. Jednak miał te chwilę, w których widziałem w nim ogromny kontrast. Poznałem podczas apokalipsy mnóstwo ludzi, którzy umieli dowodzić innymi i z pewnością Karła nie zaliczyłbym do tych najlepszych z najlepszych. Bobru, Łapa, Dziara, to byli ludzie, którzy potrafili podejmować dobre decyzje, chociaż zazwyczaj nie były one łatwe.
                Pamiętałem jakby to było dziś, gdy Bobru stanął przed wyborem co zrobić z Dalionem i pomimo sentymentu nie patrzył na to, co kto chcę, a na to jak powinno być. Łapa z kolei stworzyła sieć osób w okolicach Królowego Mostu. Potężną sieć. Coraz to kolejne osoby okazywały się być jej częścią i myślę, że gdyby nie kolejna świetna decyzja Bobra, ta z połączeniem sił, to dzisiaj wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
                Jednak tym, co zaskakiwało mnie najbardziej byłem ja sam. Przemiana, która zaszła w moim zachowaniu i wyglądzie była na tyle ogromna, że nawet mi udało się ją zauważyć. Dalej starałem się być obiektywny i sprawiedliwy, ale coraz częściej musiałem dostosowywać się do świata. To podróże Zbłąkanym Ocalałym nauczyły mnie tego wszystkiego. Nie obdarowywać nikogo zbyt dużym zaufaniem, grać twardego dupka, który będzie budził strach i respekt i groźny wygląd. Te trzy rzeczy sprawiły, że osoby, które spotykałem na drodze nie były na tyle odważne, żeby coś ze mną zrobić. Chociaż po tym co stało się z Mateuszem, przez moją własną głupotę i nieuwagę, dałem się podejść Henrykowi i jego synowi.
                Miałem nadzieję nie powtórzyć tego błędu już nigdy. Idąc przez uliczkę i mijając ludzi, którzy spędzali wolny wieczór kręcąc się po mieście, skierowałem swoje kroki do garażów. Znajdowały się one przy wschodnich wjazdach do Ostoi. Jednak ten, który interesował mnie, był przy środkowym wjeździe i właśnie tam się udałem. Klucze do garażu miałem tylko ja, ale miałem zamiar dać jeden komplet Cinkowi. Przywitałem skinieniem głowy ludzi pilnujących barykady i schyliłem się, żeby zlokalizować wzrokiem zamek, umieszczony gdzieś przy samej ziemi. Gdy udało mi się go namierzyć włożyłem kluczyk i przekręciłem, po czym z zapałem podniosłem blachę i spojrzałem na mój autobus.
                Mój wybawca i moje hobby. Bez niego nie wydostałbym się z Supraśla, nie dotarł tutaj oraz z pewnością nudził o wiele bardziej, dostając jakąś nudną pracę. Ale całe szczęście byłem kierowcą autobusu. Kimś absolutnie niesamowitym. Opuszczałem bezpieczne mury nawet częściej od Czerwonych Flar, chociaż nigdy nie zostałem uhonorowany tym statusem.
                Pewnym krokiem wszedłem do wnętrza garażu i rozejrzałem się. Praktycznie wszystko było gotowe do renowacji autobusu, ale po zrobieniu szybkiego przeglądu uznałem, że mogę zająć się tym jutro. Potrzebowałem teraz towarzystwa i odpoczynku. Zwykłego relaksu. Sprawdzając wszystko ostatni raz opuściłem garaż i zamknąłem go, chowając kluczyk do kieszonki w kamizelce.  Miałem parę opcji do wyboru, ale po krótkim namyśle, postanowiłem ruszyć do baru. Przy odrobinie szczęścia zastanę tam kogoś znajomego i wraz z nim spędzę ten wieczór.
                Przemierzając ulicę Ostoi zastanawiałem się nad wieloma rzeczami, ale nie chciałem pogłębiać swoich myśli. Co prawda byłem osobą, która bardzo dużo myślała i lubiła to, ale czasami człowiek potrzebował po prostu spokoju i wyciszenia. Paradoksalnie nie oznaczało to odcięcia od muzyki, ludzi i wszystkich wydawanych przez nich hałasów. Wręcz przeciwnie. Czasami kochałem usiąść gdzieś w barze, zamówić piwo i obserwować wszystko co dzieje się wokół, słuchając przy tym dobrej muzyki. Teraz ciągle leciało to samo, bo oczywiście nie istniały już stacje radiowe, dlatego byliśmy raczeni tym co Czarek miał na składzie. Bo tak nazywał się właściciel jedynego baru w okolicy wielu kilometrów. Przynajmniej jeżeli chodzi o liczenie tych otwartych barów.
                Gdy dotarłem na miejsce już z daleka słyszałem muzykę i głośną mieszankę głosów i krzyków. Typowa atmosfera. Wszedłem jakby lokal należał do mnie, pewność siebie to podstawa. W środku było jak zwykle wesoło i tłoczno. Za barem stało dużo przeróżnych trunków, oraz znajomy już mi barman Czarek. Po drodze między ladą, a wejściem było około dziesięciu stolików, oraz oczywiście sam bar. Gdy tylko wszedłem, osoby stojące najbliżej mnie podchodziły i witały się. Rozpoznałem Giganta, który siedział i gadał z kimś z barykady południowej. Kawałek dalej zobaczyłem Bobra, Pablorda i Krystka, którzy zauważając mnie machnęli zachęcająco na znak żebym podszedł.
                Przy samym barze siedziała Miczi, przywitałem się z nią, bo bądź co bądź ostatnimi czasy spędziliśmy sporo czasu razem i to zżyło nas jakoś. Zostaliśmy dobrymi kumplami. Przybiłem żółwika z barmanem i rzuciłem tylko „to co zwykle”, po czym wyciągnąłem z kieszeni paczkę gum do żucia i rzuciłem mu. Czarek wyszczerzył się, ukazując lekko niekompletny garnitur zębów po czym pogłaskał swojego kota, który zawsze, całymi dniami, towarzyszył mu niczym nierozłączny kompan. Było to coś pięknego, sam zawsze marzyłem o zwierzaku, ale niestety apokalipsa zniweczyła moje plany.
                Odbierając duży kufel piwa przecisnąłem się pomiędzy ludźmi i usiadłem przy Pablordzie, Bobrze i Krystianie. Tego ostatniego znałem najsłabiej, ale nie był moim wrogiem. Był po prostu znajomym. Zawsze dzieliłem ludzi na dobrych i złych, przyjaciół i wrogów i nie uznawałem czegoś takiego jak neutralność. Zawsze starałem się opowiedzieć po którejś ze stron.
                Usiadłem ciężko na krześle i przywitałem się z całą ekipą. Możliwe, że nie zobaczę ich przez parę następnych dni, od razu po tym jak wyjadę, więc wolałem się nacieszyć ich towarzystwem. Bobru palił z Krystianem papierosy, które uderzały w nozdrza tanim tytoniem. Zauważyłem, że w tych czasach ludzie chwytali się wielu używek, próbując uciec dzięki temu od rzeczywistości. Ja osobiście nie paliłem, ale za to zdarzało mi się wypić. Najczęściej nie dużo, tyle żeby się rozgrzać w zimniejsze wieczory, lub odrobinę poprawić sobie humor.
- Jednak przyszedłeś stary! – ucieszył się Bobru zaciągając się papierosem i puszczając duże kółko z dymu.
- Taa… Nie mam siły dzisiaj czyścić autobusu. Trza się trochę wyluzować, w końcu niedługo ruszam – powiedział.
- W ogóle świetna sprawa z tym barem. To miejsce jest po prostu cudowne, czas leci jak szalony, a ty całkowicie zatracasz się w tym wszystkim – powiedział mądrze Bobru biorąc łyk swojego piwa.
- Wracając do mojej opowieści – wtrącił Krystian – Tak straciłem dwójkę towarzyszy i jak wiele osób stąd zostałem sam, ale dotarłem tutaj. Póki nie spotkałem Pablorda czułem się zagubiony, ale wraz ze spotkaniem kogoś choć trochę znajomego udało mi się zaaklimatyzować w tym miejscu – powiedział wesoło zaciągając się papierosem.
- To całkiem magiczne. Tyle osób pomyślało właśnie o Toruniu – wykrzyczał Bobru, widocznie odrobinę podpity, ale wciąż twardo trzymający się świata – W ogóle zaplanowałeś już kogo weźmiesz ze sobą oprócz Cinka?
- Jeszcze nie… Chociaż zastanawiam się poważnie nad wzięciem Łowcy. Wiem, że teraz załapał się na fuchę konstruktora, ale myślę, że reszta poradzi sobie bez niego, a dobrze wspominam jego pomoc i złote rady – powiedziałem wspominając towarzysza.
- To nie głupi pomysł – powiedział Pablord.
- Oj nie głupi! – dołączył do niego Bobru – Łowca na pewno się ucieszy z faktu wyruszenia znowu w świat. Z tego co zdążyłem zauważyć nie lubi za bardzo być w jednym miejscu zbyt długi czas.
- Zapytam go jeżeli tak jutro – obiecałem sam sobie.
                Czas leciał szybko, a my gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Kolejne osoby wchodziły i wychodziły z baru, a Czarek donosił nam co jakiś czas piwa. Gdy w końcu Krystian powiedział, że musi iść, żeby wstać z rana do roboty pomyślałem, że mogę poruszyć pewien temat.
- Skoro zostaliśmy tutaj sami – ściszyłem nieco głos i nachyliłem się do stołu – To możecie mi powiedzieć co myślicie o planie Dziary i aktualnej sytuacji?
Pablord i Bobru wymienili się spojrzeniami.
- Właściwie to… - zaczął Pablord.
- Obaj jesteśmy niepewni jego działań – dokończył Bobru.
- Ja w sumie trochę się obawiam tego wszystkiego. W sumie poza nami i resztą Czerwonych Flar nie zostanie tu nikt, kto może jakoś pilnować sytuacji. Wiecie co mam na myśli… - zdradziłem swoje obawy reszcie.
- Nie do końca – wtrącił Pablord – W końcu zawsze zostają tu takie osoby jak Szeryf, czy osoby, które dotarły tu z wami i objęły jakieś ważniejsze stanowiska. Na przykład Sołtys. Według mnie wydaję się być człowiekiem bardzo mądrym i zdecydowanie dużo osób się z nim będzie liczyło.
- Sołtys nie będzie się raczej mieszał w konflikty, będzie stał w cieniu i starał załagodzić to co się dzieje – powiedział Bobru – A co powiecie mi o Szeryfie? Bo poznałem go, ale wciąż nie wiem jaki to naprawdę jest człowiek.
- Hmm właściwie to jest całkiem w porządku – powiedział Pablord – Jest trochę dziwny, ale poza tym myślę, że ma tu na tyle silne względy i jego słowa liczą się na tyle, że będzie umiał utrzymać tu porządek. Zresztą nie wszystkie Czerwone Flary opuszczają bazę. Wręcz będzie ich tu więcej niż zazwyczaj – pociągnął łyk piwa z kufla – Mateusz przecież będzie tutaj niedługo, a wszyscy pozostali też mają się tu zebrać. Filip i Maciek. Poza tym Agnieszka też ma wrócić na dniach.
                Te słowa pocieszały i sprawiały, że była jeszcze nadzieja na spokojny wyjazd i nie myślenie o tym co dzieje się w domu.
- Właściwie to co takiego nie pasuje Dziarze z Karłem? Bo jednak budowali tą społeczność razem, a taka nagła zmiana zachowania jest dziwna… - powiedział Bobru.
- Myślę, że Dziara troszkę przesadza, ale mogę cię zapewnić – zacząłem – że Dziara zrobi wszystko dla ludzi z tego obozu. Nawet jeżeli będzie się to wiązało z kiepskimi decyzjami. Ostatecznie wszystko powinno wyjść na lepsze.
- Mam nadzieję Erni… - odpowiedział.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę, ale w końcu zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać i pożegnałem się z Bobrem i Pablordem po czym opuściłem bar. Lekko chwiejnym krokiem zmierzałem do domów, a konkretnie tego, gdzie mieszkali właściwie wszyscy, których znałem. Przy wejściu spotkałem Miczi, która popijała ciepłą herbatę patrząc na niebo. Burknąłem do niej, na tyle na ile pozwalał mi aparat mowy, dobranoc, na co ona odpowiedziała mi kiwnięciem głowy.
                Gdy zacząłem się wspinać po schodach, okazało się, że nie jest to takie łatwe. Alkohol w połączeniu ze zmęczeniem był mieszanką wybuchową. Mało nie spadłem ze schodów, a gdy w końcu zacząłem się pijacko na nie wtaczać to o mało nie potknąłem się o jeden i nie poleciałem do przodu. Całe szczęście pierwsza para schodów była za mną ,kiedy nagle usłyszałem, że ktoś mnie woła. Po pijaku często różne rzeczy potrafiły ze mną rozmawiać, więc nie zwróciłem na to żadnej uwagi, ale gdy w końcu wołanie było za głośne i zlokalizowałem je zza moich pleców to odwróciłem się i zobaczyłem Maćka. Zaświecił swoimi nienaturalnie białymi zębami i zawołał wesoło.
- Ernest trzymasz się?
                Zasapałem z gniewem.
- Po to przerywasz mi tą czynność? – zapytałem.
- Spokojnie kowboju – powiedział wybuchając śmiechem – Mam dla ciebie wiadomość.
- Od kogo? – spytałem.
- Zgaduj – powiedział szybko i wyszczerzył zęby.
- Przysięgam, że zaraz Czerwone Flary stracą jednego członka… - zaczałem.
- Jezusicku, spokojnie – zaćwierkał jak zwykle pełen energii do życia Maciek – Od Dziary.
- Jaka jest jej treść? I przysięgam jeżeli odpowiesz „zgaduj” to cię zabiję – wysapałem.
- Jejku po alkoholu robisz się naprawdę nieprzyjemnym człowiekiem. Kto by pomyślał, będzie kierował autobusem, a upijasz się jak szalony. Dodatkowo… - zaczął Maciek.
- DO RZECZY! – krzyknąłem.
- Jutro w południe na barykadzie. Nie wiem po co, nie wiem jakie plany ma Dziara. Po prostu masz tam być – powiedział trochę poddenerwowanym tonem, chociaż z jego twarzy wciąż nie zniknął uśmiech.
- Suppper. Świetnie. Dobranoc – powiedziałem ucinając rozmowę i kontynuując wspinaczkę. Maciek nie odpowiedział, a przynajmniej ja tego nie słyszałem.
                Gdy w końcu wspiąłem się na trzecie piętro, czułem, że zaraz opadnę i zasnę. Wszystko rozmazywało mi się, a kolana same uginały się pod moim ciężarem. Potem miałem dziurę w pamięci i w sumie nie pamiętam jak znalazłem się w łóżku. O dziwo nie było to łóżko w moim pokoju. Jedyne co pamiętałem to burza czerwonych włosów, a potem obudzenie się rano.
                Zdecydowanie nie był to mój pokój, a dodatkowo męczył mnie okropny kac. Głowa bolała mnie tak, jakby rozgrywała się tam osobna apokalipsa zombie.  Wstałem i zauważyłem, że na łóżku siedziała dziewczyna, nie widziałem jej tu wcześniej. Miała długie, rude włosy i piegi na twarzy. Spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczami i zacisnęła drobne usta. Najwyraźniej nie była jednak na mnie zła. Śmiała się.
- Jak ja się tu znalazłem? – zapytałem zachrypniętym głosem.
- Przyszedłeś nawalony jak cholera i chyba pomyliłeś drzwi oraz piętro. Z tego co wiem mieszkasz na piętrze trzecim, a to jest drugie – powiedziała z rozbawieniem.
- Cholera – skwitowałem krótko – Która godzina?
- Dochodzi dwunasta. Nie usłyszę żadnego… - zaczęła.
- Cholera jasna! Muszę lecieć. Wielkie dzięki za opiekę i przepraszam – powiedziałem z trudem wstając.
- Aleś ty w gorącej wodzie kąpany – powiedziała, widząc jak szybko nakładam buty i zmierzam do wyjścia.
- Przepraszam… W ogóle to jak masz na imię? – zapytałem z grzeczności. Wiedziałem, że zaraz muszę stawić się na barykadzie, żeby spotkać się z Dziarą.
- Zuzia. Wisisz mi kawę za tą przysługę, więc pamiętaj, że nie zostawię tego od tak – powiedziała uśmiechając się.
- Masz to jak w banku. A teraz lecę wybacz – to mówiąc wybiegłem z mieszkania. Schodziłem szybko, żeby jak najszybciej dotrzeć  do barykady. Zabawna sytuacja, jak mogłem wylądować u tej dziewczyny? Chociaż była ładna. Gdy wybiegłem na dwór zauważyłem, że pada deszcz. Nie była to ulewa, ale zimne krople  natychmiast uderzyły we mnie rozbudzając mnie do końca. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że Maciek nie powiedział mi wczoraj, na którą barykadę mam się stawić. Postanowiłem zaryzykować i pobiegłem w stronę tej, przy której był zaparkowany Zbłąkany Ocalały.
                Całe szczęście okazało się, że strzeliłem prawidłowo. Już z daleka zobaczyłem stojące na barykadzie postaci. Wyglądało to niesamowicie, sześć osób stojących w łunie słońca, które znajdowało się kawałek nad nimi. Strzelali, podejrzewałem, że do zombiaków, ale i tak z ciekawością podszedłem bliżej. Idąc w ich kierunku wypatrywałem tęczy, w końcu deszcz w połączeniu ze słońcem zawsze tworzył tą niesamowitą paletę barw przecinającą niebo.
                Na barykadzie stało trzech strażników, w jednym rozpoznałem Ryszarda. Był dobrym człowiekiem i świetnie się sprawdzał w swoim zadaniu. Kolejnymi trzema osobami były Bobru, Szeryf i Dziara. Przywitałem się z każdym po kolei i spojrzałem zaspanym, zmęczonym po wieczornych wojażach wzrokiem. Obserwowałem chwilę trupy tłoczące się w niedużej grupie przy barykadzie i kolejne kule, które je ostatecznie zabijały.  Gdy padł ostatni trup odwróciłem się do towarzyszy.
- Jakie plany? – zapytałem.
- O stary, wyglądasz jakbyś miał ciężki wieczór – zaczął Dziara głosem, który świdrował mi w głowie.
- Nawet mnie tak nie wzięło po wczorajszej „imprezie” – powiedział Bobru akcentując ostatnie słowo dosyć wyraźnie.
- Zabieram was do celi numer trzy – powiedział Szeryf. Jak zwykle pełen energii, ze swoim kapeluszem i okularami.
- A kto jest w celi numer trzy? – zapytałem.
- Podejrzany o morderstwo jego dziewczyny – powiedział wskazując palcem Bobra.
- I do czego jestem potrzebny? – kontynuowałem wodospad pytań z nadzieją, że zaraz będę mógł przejść się do baru, zjeść coś i napić się herbaty z cytryną.
- Ja poprosiłem o to, żebyś tu był, wybacz stary, ale po prostu potrzebuję kogoś w pełni zaufanego – powiedział Bobru.
- Spoko – odpowiedziałem krótko.
- Więc ruszajmy! – zawołał wesoło Szeryf.
                Więzienie znajdowało się na południu Ostoi. W części, w której większość budynków nie była w stanie używalności, a te zajęte, były najczęściej nieciekawymi miejscami. Mieliśmy tu więzienie, biuro Szeryfa, parę schronów oraz zbrojownię, gdzie trzymaliśmy ogromne zapasy amunicji i broni. Co ciekawe od kiedy przyjechali tutaj żołnierze, wraz z Gigantem i Natalią to zwiększyli znacznie ilość naszej amunicji, co ucieszyło zarówno Dziarę jak i Karła.
                Więzienie było obskurnym budynkiem, który miał jedno duże pomieszczenie, w którym czas wolny spędzali strażnicy oraz podziemia, gdzie znajdowały się cele. O ile pokój strażników sprawiał całkiem miłe wrażenie to po wejściu do podziemia człowieka łapał dół. Nie było tam prawie żadnego światła, oprócz jednej lampy ze słabą żarówką, oświetlającej długi korytarz z obu stron otoczony celami. Było tutaj raczej pusto, w końcu przestępcy albo ginęli na miejscu, albo popełnili na tyle małe wykroczenia, że byli puszczani wolno. W pierwszej celi siedziała kobieta, która obserwowała nas przez kraty ze smutkiem na twarzy. W sumie tylko Szeryf i jej ofiary, wiedziały co ona właściwie zrobiła. Druga cela była zajmowana przez dwójkę ludzi wyglądających identycznie. Ci zachowywali się nieco bardziej agresywnie, bo krzyczeli coś do nas uderzając w kraty, ale Szeryf szybko ich uspokoił przejeżdżając pałką po palcach.
                W trzeciej celi był Jakub. Gdy usłyszałem o śmierci Natalii to zrobiło mi się naprawdę przykro. Zarówno ona jak i Bobru chcieli się w końcu spotkać i walczyli o to przez całą trasę, która ja już pokonałem nie jeden raz i wiedziałem jaka ciężka jest. Gdy w końcu mieli się spotkać Natalia została zabita dwie ulicę dalej od miejsca, w którym był Bobru. Co prawda nie było pewności, że zrobił to ten staruszek, który z tego co wiem był kanibalem, ale został znaleziony na miejscu zdarzenia jako jedyny. Z tego co słyszałem to chciał coś powiedzieć gdy go aresztowali, ale dostał do Giganta tak mocno, że stracił połowę zębów. Teraz widać było na jego twarzy złość i bezradność, a braki w zębach nadawały mu groźnego wyglądu.
                Stanęliśmy we czwórkę przed celą i patrzyliśmy. On również nas obserwował.
- Z tego co słyszałem to starzec nie chciał nic mówić, myślisz, że ktoś z nas coś z niego wyciągnie? – zapytałem.
- Obiecał, że jeżeli przyjdzie tu Bobru i pojawię się ja to przemówi – powiedział Dziara.
- To prawda? – zapytał Bobru.
- Ta – odpowiedział krótko i nieco sepleniąc Jakub.
- A więc? Zabiłeś Natalię? – zapytał Szeryf.
- Próbowałem ją uratować w przeklęte skurwysyny – zaseplenił Starzec.
- Więc kto ją zabił? – zapytał z gniewem w głosie Bobru.
- A jak myślisz? – zapytał Jakub uśmiechając się.
- Nie wiem, dlatego cię o to pytam! – odpowiedział.
- Znasz tą osobę, bo podczas podróży tutaj umilała ci wolny czas. Potem przyczepiła się mnie i przez to ja tu teraz siedzę, a nie ona – wyszeptał ze złością kanibal.
                Widziałem, że Bobru zamyślił się. Wiedziałem co mu chodzi po głowie. Wiedziałem co każdemu, kto zna Łapę chodzi po głowie. Czy to mogła być ona? Nie wiadomo.
- To ciebie znaleziono przy ciele pieprzony kłamco! – wybuchnął Bobru.
- Wiesz co, żal mi cię. Naprawdę żal. Jesteś tak zaślepiony jej piękną buźką, że nie widzisz, że za twoimi plecami niszczy każdego, kto się jej nie spodoba! – odburknął Jakub.
- Zamknij się przeklęty morderco. Jesteś tylko kanibalem i gdybym tylko wiedział to wcześniej to w życiu bym się nie zgodził na to, żebyś jechał z nami. I Natalia by żyła. Mam nadzieję, że zgnijesz tu – powiedział Bobru po czym zaczął się cofać do wyjścia. Nikt go nie zatrzymywał, każdy wiedział, że to dla niego ciężkie.
- Jesteś wciąż głównym podejrzanym i nie wypuszczę cię stąd Jakubie – powiedział Szeryf.
- W dupie mam ciebie i całe to miejsce. Widzę co tu się dzieje, wszystko się rozpada. I chociaż nie jestem tym pierdolonym mordercą to możecie być pewni, że jeżeli uda mi się stąd wyjść w jakiś sposób, to zabije każdego ślepego idiotę. Zapłacicie mi za wszystko! – wykrzyknął Jakub.
                Dziara spojrzał na niego z zaciekawieniem.  Następnie zerknął na mnie i Szeryfa i po cichu do nas wyszeptał.
- Dajcie mi z nim porozmawiać, mam świetny pomysł. Spotkamy się później.
Spojrzeliśmy na siebie z Szeryfem po czym bez pytań opuściliśmy podziemia. Szeryf został na górze, ale ja wyszedłem. Miałem tego dość. Miałem nadzieję, że Dziara wymyśli coś dobrego. Może to miało związek z jego planem. Nie miałem z kolei pojęcia po co była ta cała szopka. Bobru się tylko zdenerwował, ale może to miało jakiś głębszy sens?
                Nie miałem czasu na dalsze myślenie, czas było działać. Ruszyłem poszukać Cinka i przygotować pojazd do odjazdu na wschód. Spojrzałem na niebo i zauważyłem tęczę. Miałem nadzieję, że to zwiastun czegoś dobrego. Z tą myślą ruszyłem przed siebie.