Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finał. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 marca 2016

Rozdział 5: Mogiła [FINAŁ TOMU]

Rozdział 5, tomu 4.5. Ostatni z tego niedużego spin-offa. Koniec grupy z Supraśla, z perspektywy obrońców, a także atak na obóz w Królowym Moście z perspektywy atakujących. Myślę, że ciekawe przeżycie i ostateczne odsłonienie paru kolejnych faktów dotyczących Łapy. Zapraszam do czytania i komentowania i do zobaczenia w tomie 5 :)

Rozdział 5: Mogiła [FINAŁ TOMU]


                Było ciemno. Jedynym świecącym punktem w okolicy był papieros trzymany przez Jacka. Znajdowaliśmy się w okolicach Królowego Mostu, czekając spokojnie i przygotowując ostatnie rzeczy do ataku. Ich obóz był tuż za zakrętem i gdyby zrobić krok, czy dwa do przodu na pewno byśmy  zobaczyli odległe światła. Staliśmy jednak schowani, czekając. Uciekinierzy nie mieli szans dotrzeć tu przed nami i ostrzec pozostałych, tego byłem pewien. Nawet jakby znaleźli działające auto to na pewno wracaliby tą drogą. Główna droga wyjazdowa na Białystok była teraz pełna zombie. Wszystkie zmierzały w tą stronę. To też był czynnik, na który czekaliśmy. Jak zombie zaczną odciągać uwagę ludzi z obozu z jednej strony, my planowaliśmy zaatakować z drugiej. To by zamknęło ich w pułapce.
                W krzakach obok usłyszeliśmy szmer. Nie musiałem nawet nic mówić, bo natychmiastowo parę luf powędrowało w tym kierunku i czekało. Odetchnęliśmy jak zobaczyliśmy w słabym świetle księżyca twarz Michała.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytałem.
- Trupy są już w okolicach mostu. Zgaduje, że za godzinę zajmą pola. Idą bardziej po południowo zachodniej części, więc ominą sam obóz. Las powinien być czysty.
- Kiepsko – stwierdził Jacek, puszczając chmurę dymu.
- Ty – wskazałem na kobietę, która miała tak wielką ochotę się przydać – Jak zacznie się atak i ktokolwiek ucieknie w stronę lasu, to pojedziesz za nimi. Kogo złapiesz żywego to przywieziesz do Supraśla.
- Dobra – potwierdziła.
Zawiało chłodnym powietrzem. Czuć w nim było nadchodzący śnieg. Specyficzny mroźny powiew, który wręcz pachniał zimnem.  Wypełniał on moje płuca niczym płynny lód, rozlewając się po całym ciele.
                Akcja rozpoczęła się godzinę później. Gdy na ulicy widać było nadchodzące trupy, a w obozie zapanowało poruszenie wyruszyliśmy. Wiedziałem, że za chwilę mogę stanąć do walki przeciwko moim córkom, ale starałem się o tym nie myśleć. Jechaliśmy obok siebie. Jacek za kółkiem wyglądał na skupionego. Starałem się uspokoić lekko drżącą rękę. Sprawdziłem stan magazynka w karabinie. Był pełny, naboje wydawały się połyskiwać złowieszczo, wiedząc, że niedługo wystrzelone zmienią barwę. Miałem nadzieję, że uda nam się przeprowadzić atak na czysto, pomimo przewagi przeciwników, ale wiedziałem, że podobnie jak w walce z Łowcą, szanse na to były marne.
                Podjechaliśmy praktycznie pod samo ogrodzenie i jak na zawołanie wyskoczyliśmy z auta mierząc w otaczający obóz płot. Pierwszym przeciwnikiem, którego zobaczyliśmy była kobieta. Miała w ręce strzelbę, ale nie zdążyła jej nawet podnieść. Michał trafił ją w głowę, a ona upadła równie szybko, co się pojawiła. Trzymaliśmy się blisko auta, zastanawiając się jak dostać się do jednej z bram. Zombie były jednak coraz bliżej. Obijały się o płot obozu, próbując wedrzeć się do środka. Większość wpadała do fosy, ale to nie mogło zatrzymać aż takiej grupy. Widok był przerażający, bo było ich naprawdę sporo. Już mieliśmy odchodzić od samochodu, kiedy nagle parę postaci wychyliło się zza ogrodzenia i prawie natychmiast zaczęło ostrzał.
                Chociaż chwila ich zawahania nie mogła trwać dłużej niż parę sekund, to wystarczyło mi żeby zobaczyć to czego tak się obawiałem. Wśród czterech postaci, które wychyliły się na murach, rozpoznałem twarz mojej starszej córki. Ona nie mogła mnie widzieć, bo przy ogrodzeniu było znacznie ciemniej, ale gardło mi się ścisnęło i przez chwilę poczułem się jak sparaliżowany. Gdyby nie to, że pociągnął mnie Jacek, prawdopodobnie byłoby po mnie. Salwa spadła na nas niczym deszcz. Pociski zadzwoniły odbijając się lub przechodząc przez auto. Pierwsza ofiara pojawiła się wyjątkowo szybko. Był to chłopak, który z nami siedział w aucie. Dostał dosyć poważnie, a w jego szyi widniały dwie dziury po pociskach. Nie mogliśmy mu już pomóc.
                Drugie auto, prowadzone przez kobietę z naszego obozu stało parę metrów na lewo od nas. Mieli oni lepszą pozycję, ponieważ do nas zaczęły podchodzić już trupy, dlatego musieliśmy mocno na siebie uważać. Kobieta, wraz ze swoim zespołem ostrzeliwała przeciwników, dając nam chwilę na odcięcie od nas trupów. Wykorzystaliśmy tą sytuację natychmiastowo. Wyciągnąłem nóż i zostawiając broń przy kołach auta, ruszyłem do najbliższych trupów. Zamachnąłem się na pierwszego i bez większych problemów go powaliłem. Moje ręce były mokre od krwi, ale brnąłem dalej, powalając kolejne trupy. Było ich jednak coraz więcej i gdy tylko jeden z nich złapał mnie za rękę i prawie ugryzł, postanowiłem się wycofać i używać pistoletu. Jacek i Michał dzielnie się przy mnie trzymali, ciągle chowając się przed ostrzałem z ogrodzenia.
- Te skurwiele nas zabiją – przekrzyczał ogólny hałas Jacek.
- Musimy się przebić – krzyknąłem.
- Jak? – zapytał Jacek.
- Wjedź tam autem!
- Ale fosa! – krzyknął zdejmując strzałem trupa, który zachodził nas od lewej.
- Nie mamy innej opcji!
                Taka była prawda. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Chociaż udało się nam zabić dwóch broniących, to robiło się ich coraz więcej, a my byliśmy uwięzieni za autem, otaczanym przez zombie. Jeżeli nie dalibyśmy rady przebić ogrodzenia i wprowadzić trochę chaosu to było już po nas.
- Osłaniajcie mnie! – krzyknął Michał.
Podniosłem karabin i krzyknąłem do drugiej grupy, żeby też skupiła się teraz na osłonie Michała. Ten biegiem doskoczył do drzwi kierowcy i otworzył je przepychając trupa, który przy nich stał. Wskoczył do środka i odpalił silnik. Widziałem, że wrogowie starali się wychylić i go zestrzelić, ale osłanialiśmy go pełną siłą ognia. Gdy samochód ruszył oni zniknęli z ogrodzenia w idealnym momencie, żeby pozwolić nam przeładować.
                Gdy samochód z trzaskiem przebił się przez ogrodzenie zaczęła się prawdziwa walka. Pobiegliśmy szybko za nim. Samo auto utknęło w połowie w wybudowanej wokół obozu w Królowym Moście fosie, ale dziura była spora i zombie, które zaczęły się wyczołgiwać z fosy po swoich ciałach, wchodziły już na teren obozu. Chciałem jak najszybciej pomóc Michałowi, ale z przerażeniem zauważyłem, że przednia szyba auta jest rozbita, a on w tej chwili jest zjadany żywcem, uwięziony w środku auta. Byłem zły, że akcja przebiegała tak jak przebiegała, ale byliśmy w środku. Szybko zauważyliśmy przeciwników, którzy skupili się przy jednym z domków. Zobaczyłem moje córki. Obie stały na tyłach i starsza zdecydowanie kazała się teraz młodszej schować.  Wokół było parę innych osób. Bardzo wysoki mężczyzna, używający równie długiego miecza, walczył na pierwszej linii, przecinając trupy jakby były zrobione z papieru. Paru mężczyzn ostrzeliwało co jakiś czas to zombie, to nas, ale teraz to oni byli w nieciekawej sytuacji, bo zombie robiło się coraz więcej. My staliśmy kawałek od auta, w którym konał teraz Michał i strzelaliśmy co chwilę w tych bardziej wychylonych, ale nie szło nam to dobrze. Pomimo wtargnięcia na teren obozu, nie było nam łatwo przebić się do zbitej w jednym miejscu grupy.
                Nagle okolicą wstrząsnął wybuch. Pochodził on z auta, w którym był Michał. Nie wiem co dokładnie zrobił, ale auto zsunęło się jeszcze bardziej do rowu, a kawałki ciał szwendaczy odleciały w różnych kierunkach, tworząc chorą mozaikę.
- Musimy zaatakować! – krzyknąłem i kazałem reszcie iść za mną. Póki nasi przeciwnicy byli zajęci trupami i Jackiem, który został tam gdzie staliśmy, żeby robić za wabik, przekradliśmy się na drugą stronę domku, za którym się chowaliśmy. Ta część obozu wydawała się być pusta, wszystko działo się na jego południowym krańcu. Tak jak usłyszałem z raportu, obóz nie był duży, stanowił połączenie paru okolicznych działek, ale wydawał się całkiem dobrym miejscem do obrony. Pokazałem ręką domek po przeciwnej stronie obozu.
- Jak odetniemy ich stamtąd to wygramy tą walkę – powiedziałem.
- Musimy uważać na tego mutanta z mieczem – stwierdził ktoś za moimi plecami.
- Ruchy! – krzyknąłem i zaczęliśmy biec. Pojedyncze trupy po drodze były zdejmowane natychmiastowo i bezproblemowo. Gdy jednak dobiegaliśmy do celu przed nami wybiegły kolejne osoby. Od razu w oczy rzuciła się młodsza z moich córek – Monika. Pomimo zarostu musiała mnie poznać bo pisnęła. Stała tuż obok trójki młodych mężczyzn, których wcześniej nie widziałem, mężczyzny z mieczem oraz dziewczyny. Nie była to jednak moja starsza córka, tylko jakaś inna dziewczyna.
Chciałem wystrzelić, ale tamci byli szybsi. Kolejny chłopak, który przyjechał tu z nami, upadł po paru strzałach, ale my zdołaliśmy się schować. Byliśmy teraz po dwóch stronach tego samego, drewnianego domku. Zobaczyłem, że moja starsza córka wciąż walczy przy ogrodzeniu, ale zdecydowanie zauważyła, że coś się dzieje, bo spojrzała w naszą stronę i zaczęła do nas iść. Nagle usłyszałem fragment rozmowy z tyłów. Właściwie nie można było tego nazwać rozmową, a raczej krzykiem.
- Puszczaj mnie, co ty wyprawiasz!? – usłyszałem kobiecy krzyk.
- Bobru kazał cię chronić, a tu nie jesteś bezpieczna! – krzyknął ktoś inny, niskim głosem.
- Zabierzcie ją stąd – usłyszałem kogoś jeszcze. Chciałem się wyjrzeć, żeby tam spojrzeć, ale ledwo wychyliłem głowę, a usłyszałem strzały, które trafiły w ścianę, tuż przy mojej głowie. Udało mi się jednak zauważyć jak cała grupa, złożona z sześciu osób biegnie w stronę lasu.
- Leć po auto i goń ich! – krzyknąłem do kobiety dowodzącej drugim autem. Nie musiałem powtarzać. Czteroosobowa grupa ruszyła z powrotem do auta, a ja zostałem sam przy domku. Miałem nadzieję, że moi ludzie zdołają złapać uciekającą grupę z moją młodszą córką. Ja musiałem zająć się starszą.
                Zacząłem iść w stronę ogrodzenia, przy którym ją ostatnio widziałem. Szybkimi dwoma strzałami pozbyłem się trupów na mojej drodze. Usłyszałem jak ktoś do mnie biegnie od tyłu i już miałem odruchowo strzelać, kiedy zauważyłem, że to Jacek.
- Obóz jest pusty, uciekajmy stąd – powiedział.
- Wszyscy uciekli? – zapytałem.
- Ostatnia trójka właśnie wybiegła na drogę – stwierdził strzelając do trupa, który podchodził niebezpiecznie blisko – Trupów jest coraz więcej. Musimy stąd spieprzać.
- Biegniemy za nimi – powiedziałem.
- Daj spokój! Zniszczyliśmy ich obóz i sprawiliśmy, że rozdzielili się. I tak dłużej nie pociągną. Gdzie jest Beata i reszta? – zapytał.
- Kazałem im ścigać grupę, która uciekła do lasu. Jest wśród nich moja młodsza córka – powiedziałem.
Zaczęliśmy szybkim krokiem iść w stronę jednej z bram, która stała teraz otworem.
- Była tu twoja córka? – zapytał zaskoczony.
- Córki. Druga właśnie ucieka drogą.
- Chodźmy! – krzyknął, przepychając się przez trupy zagradzające przejście. Wybiegliśmy na drogę i zobaczyliśmy oddalone o jakieś pięćdziesiąt metrów postacie. Trójka biegła ulicą, a za nimi szło parę trupów. Obejrzałem się szybko na obóz za nami. Wyglądał jak ruina. Przynajmniej to z całego ataku się udało. Jeżeli Beata dogoni grupę z lasu, a Jacek wraz ze mną tą uciekającą drogą, to atak można będzie uznać za udany. Pomimo ofiar.
                Chociaż staraliśmy się zachowywać szybkie tempo, to pojedyncze trupy, które odrywały się od głównej grupy były problemem. Zatrzymywały nas, a moja córka ominąwszy największe niebezpieczeństwo oddalała się coraz bardziej. Musiałem ją dogonić. Zaczynając przepychać się przez trupy, wyrywałem się im i biegłem najszybciej jak potrafiłem. Nagle spora grupa oderwała się od drogi i skręciła w lewo w stronę umieszczonego na poboczu kościoła. Ktoś musiał tam je odciągnąć. Moja córka jednak wciąż biegła spory kawałek przede mną, a tuż obok niej była jakaś inna dziewczyna, więc szybko domyśliłem się, że poświęcił się starszy mężczyzna. Jacek znajdował się kawałek za mną, ale wyraźnie zwalniał. Nie chciał ryzykować tak jak ja.
                Uliczka wlewała się teraz niczym odnoga rzeki, do głównego nurtu, w drogę, która prowadziła do Białegostoku. Dziewczyny skręciły w prawo i mi jakimś cudem udało się naprawdę porządnie skrócić cały dystans. Byłem teraz naprawdę blisko.
- Stój! – krzyknąłem.
Nie spodziewałem się, że moja starsza córka w ogóle się zatrzyma, a to co zrobiła, zaskoczyło mnie całkowicie. Odwróciła się jakby dobrze wiedziała, że ją gonię i strzeliła z pistoletu.  Tylko cud uratował mnie przed prostym trafieniem w głowę. Pocisk przeleciał tuż przy mojej twarzy. W filmach często mówiono po strzelaninach, że bohater poczuł ciepło przelatującego pocisku. Nigdy w to nie wierzyłem, ale teraz to było dokładnie to, co poczułem.
- Wiedziałem, że to twoja sprawka – krzyknęła starając się dalej strzelać. Zdążyłem się jednak schować za barierką, która całkiem nieźle działała jako ochrona.
- Nie powinnaś uciekać. Jak zwykle byłaś nieposłuszna – powiedziałem nieco ciszej, ale z racji iż byliśmy na prawie czystej drodze sprawił, że na pewno mnie usłyszała.
- Odpierdol się w końcu od mojego życia – krzyknęła. Wychyliłem się delikatnie. Wraz z drugą dziewczyną stały teraz przy przystanku. Gdy tylko zobaczyłem blask pistoletu w świetle księżyca, natychmiast się schowałem – Dam ci jednak szansę. Uciekaj starcze, bo jak spotkam cię jeszcze raz to zabije.
- Aleksandro! – krzyknąłem – Jeżeli teraz uciekniesz, zaprzepaścisz swoją szansę.
- Nazywam się Łapa.
                To były ostatnie słowa jakie usłyszałem. Następne co zobaczyłem to jak odbiega na zachód. Mogłem ją gonić, ale gdy tylko  zacząłem się podnosić poczułem rękę na moim kołnierzu. Natychmiastowo się wyrwałem i machnąłem kolbą żeby ogłuszyć przeciwnika. Zombie odrzucony potknął się i upadł. Czułem w sobie taką złość, że nawet nie strzelałem. Wziąłem karabin i zaciskając na nim dłonie tak mocno, że aż zbielały mi kostki zacząłem uderzać. Musiałem wyładować emocje. Zapanować nad nimi. Gdy podszedł do mnie Jacek, z głowy trupa nie zostało już nic – tylko plama. Jacek położył mi dłoń na ramieniu.
- To koniec – wyszeptał – Wracajmy.
I wtedy straciłem przytomność.
                Nie mam pojęcia co przyczyniło się do tego, że zemdlałem. Może były to emocje, a może po prostu zmęczenie i ogromny stres. Obudziłem się jednak w jakimś pomieszczeniu. Chciałem się szybko podnieść, ale poczułem rękę na ramieniu. To był Jacek, a ja leżałem na swoim łóżku.
- Aleś mnie wystraszył – powiedział.
- Jak?- zapytałem zdezorientowany. Nie czułem się źle, chociaż nieco bolała mnie głowa.
- Wyciąłem parę zombie i zaciągnąłem cię do jednego z pobliskich domów. Upewniłem się, że nic ni nie grozi i przeszukałem okolicę. Na jednym z gospodarstw stało auto, działało więc zapakowałem cię i okrężną drogą przywiozłem. Bałem się, że na głównej wpadniemy na tych dupków z Królowego – opowiedział szybko.
- Co z Beatą? Wróciła? – zapytałem po chwili.
- Jeszcze nie.
                Zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem, ile tak leżałem nieprzytomny. Podniosłem się i wyjrzałem za okno, gdy zostałem wręcz oślepiony blaskiem… bieli. Cała okolica była pokryta warstwą śniegu.
- Ja pierdole – sapnąłem osuwając się z powrotem na łóżko.
- Musisz wstawać. Nie wiadomo kiedy mogą nas zaatakować ci z Królowego. Musimy coś przygotować. Poza tym naszym udało się przejąć parę dodatkowych broni. Przejeżdżał tędy taki koleś, który musiał je gdzieś wieźć. Capneliśmy go i…
- Ile spałem? – przerwałem.
- Przywiozłem cię wczoraj, więc od samego ataku, minęły prawie dwa dni.
- A teraz jest…?
- Rano. Dokładnej godziny ci nie podam.
                Zerwałem się z łóżka na tą wiadomość.
- Dwa dni… Jeżeli jeszcze nas nie zaatakowali to zrobią to dzisiaj. Musimy się zbierać, ustawić ludzi, przygotować się do obrony.
- Mało zostało osób, które umieją walczyć. Poza tym mamy problem z żarciem. Kończy się nam.
- Jak pokonamy tych z Królowego, będziemy mogli wrócić do ich obozu i poszukać. Na pewno mieli tego sporo – powiedziałem, nakładając bluzę – Ile zostało osób, które umieją się bronić?
- Nie licząc naszej dwójki, może znalazłoby się z sześciu, góra ośmiu. Możemy też rozdać bronie tym, które nie umieją. Żeby mogli się bronić – podsunął pomysł Jacek.
- Zrób to. A tych którzy coś już strzelali przyślij na górę. Najlepiej już uzbrojonych. Jak skończysz z resztą ludzi, to też tu przyjdź.
                Nim minęło dziesięć minut, wspomniani przez Jacka ludzie zameldowali się w moim pokoju. Ze smutkiem zauważyłem, że tak właściwie to same wyrostki, nie licząc jednego nieco starszego faceta i młodej kobiety. Dzielnie jednak trzymali bronie i nie widać było w ich oczu strachu. Nie miałem zamiaru ich straszyć.
- Słuchajcie wasze zadanie jest proste. Na dworze jest zimno, dlatego będziecie obserwować okolicę z budynku. Jak zobaczycie cokolwiek, człowieka, grupę ludzi, jadące auto, wychodźcie na dach i zabijajcie. Prawdopodobnie zaatakują nas jeszcze dzisiaj. Pamiętajcie jednak, że nie mamy zbyt dużo amunicji, więc póki nie będą dosyć blisko nas, nie strzelajcie… Jakieś pytania? – starałem się wyrazić jasno i tak też zrobiłem, bo nikt nie miał pytań. Wyszli z mojego pokoju i stanęli przy oknach wychodzących w stronę Kołodna. Byłem pewien, że właśnie stamtąd nas zaatakują. Byłem ciekaw, czy trójka, która uciekła z Supraśla dotarła już na miejsce, do Królowego Mostu. Rozbiłem ich obóz całkiem porządnie, sprawiając, że duża grupa ludzi rozdzieliła się w różnych kierunkach. Jedni uciekli do lasu, starszy mężczyzna prawdopodobnie konał w kościele, a Aleksandra wraz z drugą dziewczyną uciekły w stronę Białegostoku. Jeżeli żadna z tych grup się nie spotkała, nie mieli szans nas pokonać.
                Po chwili dołączył do mnie Jacek.
- Starczyło broni? – zapytałem.
- Powiedzmy. Na każdą dwójkę ludzi, dałem jedną broń. W sumie wyszło na styk, bo oddałem ostatnie sześć spluw. Powiedziałem im też, żeby chowali się i starali unikać konfliktu. My ich obronimy.
- Oby tak było.
                Oczekiwanie było najgorsze. Liczyłem na to, że Beata zdąży wrócić z moją młodszą córką, co dałoby nam dużą przewagę podczas ataku. Nie dość, że kolejne osoby, które umieją się bronić, to jeszcze cenny zakładnik, który by sprawił, że prawie automatycznie byśmy wygrali. Niestety jednak atak nadszedł pierwszy. Siedziałem akurat z Jackiem w biurze, kiedy nagle do pokoju wpadł jeden z wyznaczonych obrońców.
- Jedzie samochód! Nie nasz. Jest teraz jeszcze daleko, chyba się zatrzymali – zameldował chłopak, mający może szesnaście lat.
Podbiegłem szybko do okna i po chwili obserwacji, rzeczywiście zauważyłem auto.  Natychmiast zdałem sobie sprawę, że nie jest to jedno z naszych.
- Idźcie na dach – rzuciłem tylko i sam chwyciłem broń – A ty chodź ze mną – powiedziałem do Jacka.
                Opuściliśmy pokój i obserwowaliśmy jak cała grupa wchodzi na dach. Sami zbiegliśmy na dół i zaczęliśmy pomagać ludziom chować się do pokoi. Na dworze rozpoczęła się strzelanina.
- Atakują nas, schowajcie się i nie wychylajcie – krzyczałem.
- Przyjdziemy do was jak wszystko ucichnie – dopowiadał Jacek.
Nagle usłyszeliśmy strzał. Nie był to jednak strzał naszych ludzi, tego byliśmy pewni.
- On wrócił – wyszeptał z przerażeniem Jacek.
Chodziło mu o Łowcę. Ten dźwięk mógł oznaczać tylko to, że też nas atakuje. Być może nawet pomagał ludziom z Królowego Mostu. To nie oznaczało dla nas nic dobrego.
- Musimy wracać na górę i dowiedzieć się, gdzie on jest – powiedziałem i równie szybko jak zbiegliśmy, pobiegliśmy na górę. Chciałem wejść na dach, ale jak zauważyłem, jak jeden z obrońców spada, prawdopodobnie po strzale z karabinu snajperskiego, pociągnąłem Jacka ze sobą i doskoczyliśmy do jednego z okien.
- Ten skurwiel musi strzelać, z tamtego dachu – zauważyłem.
- Widzę go! – krzyknął Jacek pokazując palcem. Chociaż słońce było jeszcze całkiem wysoko na niebie i musiałem sobie zrobić daszek z ręki, żeby cokolwiek zobaczyć, to zauważyłem go. Mężczyzna kucał na dachu obok, celując gdzieś ponad nami. Ci na dachu mogli mieć problemy z trafieniem go, ale my mieliśmy czysty strzał. Szalejący na dworze śnieg nie przeszkadzał z tej pozycji, aż tak mocno, ponieważ padał pod takim kątem, że po tej stronie budynku, prawie całkowicie go ominęliśmy.
                Jacek zdjął z pleców wiatrówkę i przymierzył. Ja w tym czasie przygotowałem okno, otwierając je do wewnątrz z trudem, bo mechanizm się mocno zacinał. Snajper jednak był zbyt zajęty celowaniem, żeby nas zauważyć. Strzał był znacznie cichszy od tych, oddawanych przez Łowcę. Ale dosięgnął celu. Mężczyzna z dachu złapał się za bark i upadł, znikając nam z oczu.
- Szkoda, że skurwiel nie spadł z dachu – podsumował krótko.
- Może spróbujesz stąd strzelić tych z dołu? Chyba nasi na dachu nie dają sobie rady z tamtej pozycji – zaproponowałem.
- Powinniśmy iść na dach w tej chwili. Nie wiadomo, kiedy tamci przeprowadzą szturm.
- Spróbuj chociaż, to może ich zaskoczyć tak samo jak Łowcę.
- Wiktor. Nie trafię z takiego kąta nikogo.
- To podejdźmy do tamtego okna – zaproponowałem.
                Skręciliśmy korytarzem na lewo. Okno stąd wychodziło idealnie na ulicę. Sam byłem ciekaw jak wygląda sytuacja, po tylu strzałach. Nie zauważyłem żadnych trupów, ale samochód grupy z Królowego Mostu był rozbity o jeden z murów, a oni najprawdopodobniej chowali się za nim.
- Cholera rzeczywiście nic nie zrobimy. Ale te skurwiele są w pułapce.
- Chodźmy już – poprosił Jacek.
- O co ci chodzi stary? Mamy przewagę. Oni nawet nie strzelają, albo nie mają broni, albo jakieś strzelby i pistolety. Będą musieli w końcu wyjść zza tego auta, a jak nie to ich stamtąd wykurzymy.
- Sam nie wiem – odpowiedział – Przyspieszmy. Musimy pomóc reszcie.
                Ostatnią prostą korytarza podbiegliśmy. Byliśmy już prawie przy klapie, wciąż rozważając co dalej, kiedy nagle, jakby znikąd, wyskoczył na mnie przeciwnik. Wbiegł na mnie, jakby chciał mnie staranować i chociaż był znacznie chudszy i drobniejszy ode mnie, to straciłem równowagę i wraz z nim runąłem ciężko na ziemię. Broń wyleciała mi z ręki i upadła kawałek dalej. Coś się we mnie zagotowało, kiedy zobaczyłem, że siedzący na mnie chłopak, to jeden z więźniów, którzy uciekli wcześniej. Jak mógł się tutaj przedostać? Nie był jednak wystarczająco silny. Po tym jak uderzył mnie raz pięścią w twarz zacząłem się majtać i po chwili zrzuciłem go z siebie. Oddychając ciężko wyciągnąłem rękę po broń, kiedy nagle, poczułem piekielny ból w dłoni. Ktoś z impetem nadepnął na nią, łamiąc mi palce. Uczucie było tak straszne, że wszystko na chwilę zrobiło się ciemniejsze z bólu. Poczułem czyjąś dłoń na moim podbródku. Zdążyłem tylko zobaczyć leżącego obok Jacka, z poderżniętym gardłem, kiedy cały pierwszy plan zajęła twarz Aleksandry. Łapy.
                Chociaż spodziewałem się emocji, to nigdy nie myślałem, że z tak wielu możliwych, mnie dotknie akurat strach. Otworzyłem usta, próbując coś powiedzieć, ale nie mogłem wydusić słowa. To koniec, pomyślałem. Łapa sięgnęła po pistolet, podany przez jej towarzysza. Zalała mnie fala smutku i przerażenia. Nogi drżały, a do oczu napłynęły pojedyncze łzy. Przyłożyła mi broń do głowy i spojrzała mi w oczy po raz ostatni.

- Żegnaj ojcze.

środa, 4 listopada 2015

Rozdział 25: Następny krok

Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Składa się z dwóch perspektyw, zamiast standardowych trzech (brakuje perspektywy Irka), ale od razu mówię, że zabieg ten jest celowy. Motyw Irka będzie rozwijany później, tutaj jednak potrzebowałem mocy perspektyw Bobra i Olafa żeby wyjaśnić jak przebiegała ucieczka z Grudziądza i komu się udało, a komu nie. Rozdziały finałowe u mnie, zazwyczaj są dobre, ale jednak oficjalnymi szokującymi zawsze są te przedostatnie (21-23), dlatego zrozumcie taki, a nie inne rozwinięcie akcji. Zapraszam do czytania. Na Youtube na dniach powinien się pojawić materiał mówiący, co i jak z dalszymi przygodami i jakie mam plany.

POV:
Bobru - Rozdział 25 - Dzień 11 - 12
Irek - Dzień 11 - 12 - ???
Olaf - Dzień 11 - 12 - Okolice Grudziądza

--------------------------------------------

Rozdział 25 (Bobru, Olaf):  Następny krok

BOBRU
                Dotarliśmy do wnętrza budynku. Panował ogólny chaos. Zombie i Zszyci omijali nas jednak nie zatrzymując się nawet na chwilę. Słychać było strzały. Złomiarze, chociaż zostali zaskoczeni, teraz odpierali atak. Straty były ogromne i była to największa masakra jaką widziałem, ale wiedziałem, że góra za godzinę Złomiarze przegrupują się, a Zszyci uciekną. Pomogli nam. Chociaż uważaliśmy ich za przeciwników, ci jednak nam pomogli. Nie rozumiałem tego, ale kompletnie nie mogłem się teraz na  tym skupić. Szliśmy razem. Zobaczyłem odwróconego do nas plecami człowieka ze strzelbą. Strzelał do przodu, nie widząc nas kompletnie.
                Podbiegłem i wbiłem mu nóż w plecy. Pociągnąłem z trudem w górę i wyjąłem ostrze. Mężczyzna jęknął. Gdy leżał, a kałuża krwi wokół niego zaczęła rosnąć szybko wbiłem mu nóż w gardło i chwyciłem za strzelbę, którą rzuciłem Pablordowi. Okazało się, że zrobiłem to w idealnym momencie, bo po chwili z przodu pojawiło się dwóch kolejnych Złomiarzy. Byli tak zaskoczeni i wystraszeni, ze nie zdążyli zareagować. Dwa celne strzały Pablorda dały nam dwie kolejne sztuki broni, oraz dwie kolejne osoby na sumieniu. Kto jednak się teraz przejmował sumieniem? Tylko ci, którzy już nie żyli.
- Może powinniśmy poczekać? – zaproponował Pablord korzystając z chwili spokoju w tym korytarzu.
- Nie. Złomiarze już się przegrupowują. Jeżeli nie uciekniemy teraz, to zostaniemy tutaj na zawsze – stwierdziłem.
- A co jeżeli wyjścia są już obstawione? – zapytała Wiktoria.
- Musimy zaryzykować – powiedziałem.
                Znajdowaliśmy się na poziomie szatni piłkarskich. Ruszyliśmy dalej. Maski nieprzyjemnie przylepiały się do spoconej skóry. Miałem ochotę położyć się i zwymiotować, ale wiedziałem, że musimy stąd wyjść jak najszybciej. Strzały przed nami ucichły i usłyszeliśmy krzyki. Minęliśmy grupę dźgających Zszytych i ruszyliśmy dalej. Jedno z wyjść musiał być gdzieś tutaj. Jednak myśl o tym, że mogą tam już na nas czekać wrogowie nie była zbyt obiecująca.
                Zza zakrętu wybiegł nagle mężczyzna z pistoletem w dłoni. Szybko rozprawił się z dwoma Zszytymi, po czym zaczął celować w nas. Pablord, Wiktoria oraz Michael zareagowali odruchowo. Trzy strzały powaliły i zabiły przeciwnika. Byliśmy już tak blisko. Zszyci biegali po korytarzu raz w jedną, raz w drugą stronę, szukając kolejnych ofiar. Byli bezwzględni. Ich długie, ostre noże przecinały skórę i kości bez większych problemów niczym miecze. Przebiegliśmy obok kobiety, która uciekała przed Zszytymi i dostała jednym z noży w plecy. Ostrze wbiło się do połowy, a kobieta krzycząc upadła. Dorwali ją szybko. Poślizgnąłem się i prawie upadłem na kałuży jej krwi. Każdy korytarz śmierdział metalicznym zapachem posoki.
                Zobaczyliśmy w końcu drzwi. Były szeroko otwarte. Wybiegali tędy Złomiarze oraz Zszyci. Walka trwała tez przy samym wejściu, gdzie do całego chaosu dołączyły trupy.  Spojrzałem na moich ludzi oraz Feline, która szła za nami, ale wyraźnie nie wiedziała, co do końca się dzieje.
- Przechodzimy i biegniemy. Jeżeli coś nas rozdzieli spotkajmy się w Inowrocławie. Trzymajcie się – ostrzegłem. Ruszyliśmy do przodu. Jeden ze Złomiarzy stał tuż przed nami i chciał nam najwyraźniej zatarasować drogę, ale usłyszałem strzał i zobaczyłem jak leci na plecy do tyłu. Przebiegłem po nim bez skrupułów słysząc chrupnięcie tak głośne, że aż przebiło się przez harmider walki. Byliśmy na zewnątrz. Ulica była oświetlona. Szybko zorientowałem się, w którą stronę muszę biec i pobiegłem. Zerknąłem przez ramię, co z resztą i z ulgą zauważyłem, że cała piątka biegnie kawałek za mną.
                Skręciliśmy w boczną uliczkę, gdzie w przeciwieństwie do wejścia na stadion, było po prostu cicho. Odetchnąłem szybko.
- Udało się. Musimy biec – podsumowałem.
Oczywiście to nie był koniec problemów. Ledwo skręciliśmy w kolejną uliczkę usłyszeliśmy parę aut jadących w naszą stronę. Wskoczyłem szybko za murek otaczający zjazd towarowy do sklepu i pomogłem przeskoczyć pozostałym. Ręka bolała mnie w miejscu, w którym zdarłem cały kawał skóry. Zacisnąłem jednak zęby i wychyliłem się, biorąc pistolet zdobyty wcześniej na stadionie.
                Od razu rzuciły mi się w oczy trzy wozy wypełnione ludźmi, którzy podjeżdżali na tyły stadionu.  Wszystkie pojazdy zatrzymały się z piskiem i ze środka zaczęli wyskakiwać ludzie. Byli uzbrojeni po zęby i byłem pewien, że stanowią tutejszy odpowiednik Czerwonych Flar lub straży w Toruniu. Schowałem się licząc, że będą zbyt zajęci przeganianiem stąd Zszytych, żeby sprawdzić ten murek i nie myliłem się. Grupa około dwudziestu osób pognała szybkim krokiem w stronę, z której przybiegliśmy. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Trzy wozy stały tutaj gotowe do odjazdu. Sprawnie przeskoczyłem murek i pomogłem przejść go reszcie.
- Przygotujcie jeden z wozów, a ja stanę na czatach – zaproponowałem. Pablord ruszył jako pierwszy do sporego, terenowego samochodu i zaczął siłować się z drzwiami. Feline oparła się o murek i była właśnie uspokajana przez Wiktorię oraz Józefa, a Michael zajął się broniami, które trzeba było przeładować.
                Co chwilę słychać było strzały z głównej ulicy, więc byłem pewien, że oddział zaczął już działać. Jedna osoba nawet zaczęła biec w naszą stronę, ale była jeszcze daleko, kiedy pocisk przeszył jej głowę. Wzdrygnąłem się. Kucnąłem przyczajony przy jednym z ulicznych pojemników na śmieci. Słyszałem jak Pablord przeklina mocując się teraz z silnikiem, bo kluczyków oczywiście nie było. Nie wiem jak dokładnie udało mi się uniknąć nagłego ataku od tyłu, ale instynktownie odwróciłem się i odskoczyłem na lewo, akurat na moment przed atakiem. Łysy mężczyzna z nożem poleciał z impetem do przodu, ale nie stracił równowagi. Przez chwilę poczułem strach, ale ten szybko został zalany przez adrenalinę w najczystszej postaci.
                Poczekałem aż mężczyzna machnie nożem i gdy tylko to się stało odskoczyłem na bok i uderzyłem łokciem w jego rękę. Trafiłem prawie tak jak chciałem, bo usłyszałem dźwięk uderzającego o drogę metalu. Mężczyzna zamachnął się i uderzył mnie pięścią w twarz.  Zachwiałem się po czym poczułem kopnięcie, które zwaliło mnie z nóg. Gdyby było jaśniej prawdopodobnie mężczyzna by mnie dobił kopniakami, albo podniósłby nóż. Uliczka była jednak ciemna i nie zauważył cienkiego, czarnego słupa, która stał tuż obok mnie. Chciał mnie kopnąć w klatkę piersiową, ale trafił w słup i krzyknął głośno. Przebudziło mnie to nieco . Podniosłem się i zamachnąłem na krótko wyprowadzając cios. Furia narastała we mnie, kiedy uderzyłem go jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu łysy się przewrócił, a ja wyciągnąłem swój nóż. Usłyszałem kroki i odwróciłem się na chwilę. To Wiktoria biegła do mnie, najwyraźniej dopiero po okrzyku zauważając, że mam problem. Była jednak spóźniona, bo ledwo do mnie dotarła, a dobiłem napastnika i wytarłem o jego bluzę ostrze broni.
- Cholera jasna! Co z tobą!? Czemu nie krzyknąłeś, że masz problem? – zapytała ciągnąc mnie w stronę wozu. Otarłem krew cieknącą mi z pękniętej wargi i rozmasowałem obolały brzuch.
- Jedźmy już – poprosiłem.
                Auto całe szczęście było już gotowe. Wsiedliśmy do środka i zapaliliśmy światła. Usiadłem na prawo od Pablorda, który kierował. Przejrzałem się w lusterku. Miałem krew rozmazaną na całym, prawym policzku, a moje dłonie wyglądały, jakby ktoś z nich pozdzierał skórę w paru miejscach. Były całe we krwi. Osunąłem się na siedzenie i odetchnąłem.
- Wszystko w porządku kumpel? – zapytał Pablord.
- Tak – odpowiedziałem.
OLAF
                Nie do końca ufałem człowiekowi, który został nam przedstawiony, ale Łowca był częścią drużyny Bobra, a to nieco podbudowywało na duchu. Jednak decyzja o wróceniu podłamała mnie zdenerwowała.
- Jak to? Nie minęła jeszcze godzina. Oni wciąż mogą wybiec – podniosłem głos, bardziej niż chciałem.
Łowca przystawił palec do swoich ust uciszając mnie:
- Nie hałasuj. Tam dzieje się źle. Jeżeli zaraz stąd nie znikniemy, to możemy zostać tu na zawsze. Wiem jakie to jest ciężkie, ale możliwe, że Bobru i reszta wybiegli już drugim wejściem i uciekają stąd z Łapą. Nic tu po nas…
Nie przekonywał mnie. Czułem się nieco zdradzony, chociaż tak naprawdę nie miałem ku temu większych powodów.  Przytaknąłem w końcu i we czwórkę wyszliśmy z kiosku. Po drugiej stronie ulicy wciąż trwała walka, ale szybko zostawiliśmy ją za nami.
- Gdzie właściwie idziemy? – zapytał Jonasz, próbując dorównać  nam szybkością.
- Do chatek na wzgórzu. Tam poczekamy do rana i stąd odjedziemy. Chyba, że druga grupa wróci szybciej – wytłumaczył  Łowca – Co z twoją nogą?
- Bobru nie opowiadał? Jak złapali nas na Złomowisku? – zdziwił się Jonasz.
- Wiesz w sumie nie mieliśmy okazji żeby spokojnie pogadać. Sporo się działo pod twoją nieobecność. Ale porozmawiamy na miejscu – zdecydował jednooki.
                Przez parę pierwszych uliczek przeszliśmy bez problemu. Byliśmy blisko miejsca, gdzie zobaczyliśmy Zszytych i się rozdzieliliśmy z Łapą.
- A kto tu właściwie jeszcze jest? – zapytał nagle Jonasz.
- Łapa z siostrą i parę osób z Płońska. Olaf i Kuba też są stamtąd. Przyszli tutaj po Feline, ich dowódczynie – wytłumaczył pokrótce Łowca.
- To ta kobieta była dowódczynią waszego obozu? – zdziwił się Jonasz patrząc na mnie. Nie polubiłem go specjalnie, ale każda wieść o Feline była dla mnie ważna, więc zmusiłem się do łagodnego tonu.
- Tak. Co jej zrobiły te skurwysyny? – zabrzmiałem nieco groźnie, ale starałem się.
- W sumie nic strasznego. Była traktowana całkiem nieźle jak na warunki tych ludzi. Spędziłem z nimi trochę czasu i wiem, że potrafią być okrutni. Nie torturowali jej nawet. Bardziej męczyli ją psychicznie, mówiąc, że Płońsk upadł, cały obóz został wybity i inne pierdoły – wytłumaczył grubszy mężczyna.
- Ja im kurwa dam – szepnąłem pod nosem.
                Nagle, praktycznie znikąd usłyszeliśmy dźwięk silnika. Chociaż byliśmy przy wraku, nie była to dobra kryjówka i nim zdążyliśmy zareagować zobaczyliśmy auto wyjeżdżające z duża prędkością na zachód. Jego załoga musiała jednak być tak zajęta uciekaniem, że nawet nie zatrzymali się aby nas zabić. Odetchnęliśmy z ulgą, ale usłyszeliśmy nagle kroki. Wszyscy ukucnęliśmy przy wraku i zobaczyliśmy, że za samochodem starało się biec trzech ludzi. Szybko wypatrzyłem bronie w ich rękach. Sam wziąłem pistolet. Znajdowaliśmy się teraz przy wraku, który sąsiadował z wylotem niedużej uliczki. To była nasza droga ewakuacyjna w razie gdyby zaczęło się robić gorąco.
                Wrogowie zauważyli nas dopiero jak wystrzeliłem. Byli dosyć blisko, zaledwie dziesięć metrów, ale mimo to nie trafiłem tak jak chciałem i pierwszy z nich dostał kulą w ramię. Chciałem się poprawić, ale jego koledzy natychmiastowo przeskoczyli na bok za murek i przyjęli pozycję do ataku. Wychylanie się i strzelanie trwało w najlepsze, kule latały niczym szalone, ale wciąż po obu stronach nie było żadnych ofiar. Nagle jednak poczułem coś twardego na plecach. Nie odwracałem się nawet. Zostałem pociągnięty do tyłu siłą, a moi towarzysze nie zdążyli zareagować.
- Rzućcie broń! – usłyszałem głos za moimi plecami. Poczułem ciepły oddech na karku.
Kuba, Jonasz i Łowca, nie wiedzieli, co zrobić. Opuścili w końcu bronie i położyli je pod nogami. Trójka, z którą się strzelaliśmy obserwowała całą akcję i dopiero gdy bronie znalazły się pod stopami ich towarzysza wyłonili się zza osłony.
- Te kutasy chciały nas zabić – powiedział jeden z mężczyzn. Byli jeszcze kawałek od nas, ale kompletnie nie miałem pomysłu co mogę zrobić. Jak mogliśmy się dać tak zajść.
- Wanda chciała każdego żywcem. Bierzemy ich do obozu – powiedział mężczyzna za moimi plecami, wciąż przykładając mi lufę do pleców – Skujcie ich, a ja zaraz zajmę się tym tutaj. Gdzie ja schowałem kajdanki? – myślał na głos, chowając pistolet. Mogłem spróbować się wyrwać, ale wiedziałem, że mają nas już w garści. Jego towarzysze skuwali właśnie Łowcę, Kubę i Jonasza, a ja miałem zaraz do nich dołączyć.
                Właśnie wtedy padł strzał. Przeleciał tak blisko mojej głowy, że myślałem, że ktoś strzela do mnie, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że mężczyzna za mną trzyma się za szyję i ląduje na plecach w rosnącej kałuży krwi. Jego kompani byli zdziwieni. Wykorzystaliśmy to od razu. Łowca się podniósł i przysunął głową w twarz jednego z przeciwników. Mężczyzna upadł na ziemię trzymając się za usta i wypluwając zęby. Jonasz w tym czasie rzucił się na drugiego całą masą swojego ciała i wywrócił go. To dało mi czas na szybkie podniesienie broni i zastrzelenie najpierw ostatniego stojącego wroga, następnie tego przygniecionego przez Jonasza, potem tego obitego przez Łowcę, a na koniec człowieka, który mnie zaskoczył.
                Wtedy z tej samej uliczki, z której przyszedł czwarty Złomiarz wyszła dziewczyna. W pierwszym momencie byłem pewien, że jest to Łapa, ale po chwili przeżyłem szok, gdy zobaczyłem jej młodszą siostrę. Wygląda teraz dokładnie jak Łapa, z  tym, że była nieco niższa i miała bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Wyglądała jednak równie groźnie.
- Pomogę ci – powiedziała. Teraz zdałem sobie sprawę, ze odkąd wyjechaliśmy z Inowrocławia nie słyszałem jej głosu. Był nieco wyższy niż u Łapy.
- W kieszeniach powinni mieć klucze – powiedział Jonasz. Łowca też wydawał się być zaskoczony tym co się stało. Kuba tylko szeptał coś sam do siebie.
- Co tutaj robisz? Gdzie twoja siostra i reszta? – zapytałem przeszukując tego z wybitymi zębami w poszukiwaniu klucza.
- Siostra kazała mi wracać. Wtedy zobaczyłam was… - mówiła krótko i treściwie. Widać, że czuła się nieco nieswojo bez siostry w pobliżu.
- Nie znaleźliście Bobra i reszty? – zapytałem z nadzieją.
- Gdy odchodziłam to ludzie wciąż wybiegali i do całej akcji dołączyli jacyś inni Złomiarze, ale nie widzieliśmy nikogo z naszych – powiedziała ze smutkiem.
                Chciałem coś dodać, ale nie wiedziałem co powiedzieć, więc ostatecznie się zamknąłem. Szybko znalazłem klucze i uwolniłem resztę. Pobiegliśmy całą piątką i bez problemu opuściliśmy miasto. W krótce byliśmy już w chacie.
- Mam nadzieję, że twoja siostra nie zrobi nic głupiego – powiedziałem.
- Ja też mam taką nadzieję – stwierdziła.
Łowca wraz z Kubą pomogli Jonaszowi, który dzisiejszego wieczora został nieco poobijany. Ja siedziałem na fotelu patrząc w księżyc przykryty w większości chmurami i czekałem. Godzina już minęła, reszta powinna wrócić. Dlaczego ich jeszcze nie było. I tak mieliśmy czekać do rana z wyjazdem, więc czasu jeszcze trochę było. Złomiarze nawet nie myśleli o sprawdzeniu tych chatek, mieli tyle własnych problemów w okolicach areny, że nie powinni nawet o tym myśleć.
                Księżyc był już wysoko na niebie i mijały kolejne godziny, ale Łapa wciąż nie wracała. Siedzieliśmy w kółku na drewnianej podłodze, dojadając swoje porcje jedzenia i rozmawiając.
- Muszę po nią iść – postanowiła nagle Młoda. Zadziwiał mnie fakt, jak bardzo rozgadana się zrobiła gdy siostry nie było w pobliżu.
- Oszalałaś dziewczyno? Tam na dole dzieje się źle. Widziałaś co chcieli nam zrobić tamci Złomiarze.  Łapią każdego. Jeżeli twoja siostra nie wróci do rana musimy wrócić po posiłki. W piątkę nie zdziałamy nic – starałem się jej przemówić do rozumu.
Młoda chciała już coś powiedzieć, kiedy nagle drzwi do chaty się otworzyły, a do domu weszła Łapa oraz kumple Kuby. Łapa trzymała się za ramię i nawet w ledwo oświetlonym lampą pomieszczeniu, widać było plamę krwi na jej ramieniu. Monika zerwała się i podbiegła do siostry przytulając ją.
- Feline? – zapytałem wstając.
- Chwila – warknęła, podchodząc do plecaka, który leżał w kącie i wyciągając z niego bandaże oraz butelkę wody.
- Co się stało? – zapytał Łowca.
- Powiedziałam chwila! – odburknęła od niego, bandażując sobie ranę. Robiła to nieudolnie, bo ciężko było zabandażować swoje własne ramię, więc pomogła jej siostra – Jak widzicie nie ma ich z nami. Nie widziałam, żeby opuszczali arenę. U was też nic? – zapytała dopiero teraz zauważając Jonasza – Jonasz?
- Łapa… kopę lat – skomentował zachrypniętym głosem.
- Jakim cudem przeżyłeś? Bobru opowiadał mi, że dorwali cię ponad miesiąc temu na Złomowisku – zdziwiła się.
- Dołączyłem do nich… - zaczął. Słowa , chociaż wypowiedziane szeptem, uderzyły w nas niczym młot – Ale spokojnie. Zbierałem informacje. Pytali mnie o różne rzeczy, ale nie dowiedzieli się niczego konkretnego. Za to uwierzyli, że jestem po ich stronie. W ostatnim tygodniu dowiedziałem się tyle rzeczy, że jeżeli dojadę do Dziary to Złomiarze będą przeszłością.
- Mam nadzieję, że Dziara ma się dobrze i wróci u niego stare zamiłowanie do bycia chorym skurwielem. Bo taki człowiek jak ty nie zasługuje na nic – powiedziała z pogardą.
- Hej spokojnie! Idźmy spać, jesteśmy zmęczeni, emocje nas rozsadzają, połowa z nas jest ranna, musimy odpocząć i wracać. Dziara i Ben zadecydują co dalej – uspokoił sytuację Łowca. Nie wiedziałem czy Łapa się po prostu posłuchała, czy była zmęczona tym wszystkim, ale prychnęła tylko i usiadła na boku biorąc jeden z koców, które przynieśliśmy. Nikt nie miał siły gadać i nawet pomimo tego, że w mojej głowie działo się teraz piekło gorsze od tego na ulicach Grudziądza, zasnąłem momentalnie.
                Gdy obudziliśmy się rano nawet nie jedliśmy śniadania. Byłem zmęczony pomimo paru godzin snu, a głowa bolała tak mocno, że miałem ochotę roztrzaskać ją sobie o pobliski kamień. Łapa i Młoda miały paskudny humor. Nie odzywały się właściwie do nikogo. Łowca próbował poprawić morale, ale jego wypowiedzi zamiast pocieszać były jedynie ponurymi monologami. Jonasz nie prowokował Łapy, a Kuba i jego kumple wyglądali najsmutniej z całej grupy – zmęczeni, obici, a dodatkowo smutni. Ja też byłem smutny. Liczyłem, że misja się powiedzie, ale jak patrzyłem na to teraz, to sam nie wiedziałem, czego się spodziewałem. Parę ludzi kontra ogromny, uzbrojony po zęby obóz? Czego ja się spodziewałem. To było skazane na porażkę.
                Ruszyliśmy, gdy słońce wychyliło się już całą kulą zza horyzontu. Łowca kierował, a reszta siedziała cicho rozmyślając, albo przysypiając. Ja też zamknąłem oczy, chcąc po prostu obudzić się w lepszym miejscu. Gdy otworzyłem oczy słońce było wysoko na niebie, a my byliśmy pod bramami Inowrocławia. Zobaczyłem charakterystyczny kościół. Przespałem całą drogę. Rozejrzałem się szybko po samochodzie i z ulgą zobaczyłem, że wszyscy byli na miejscach. Bałem się, że przespałem jakąś masakrę, gdy Łapa nie wytrzymała już dłużej obecności Jonasza, albo po prostu oszalała. Miałem nawet sen, w którym stała tuż obok Feline. Ta opowiadała Łapie o czymś związanym z Inowrocławiem, na co Łapa dźgnęła ją nożem. Wzdrygnąłem się na samą myśl o takiej sytuacji. Chociaż ostatecznie wolałem widzieć śmierć Feline, być przy niej i postarać się ją uratować. A ta została zabita na arenie, albo podczas ucieczki z niej.
                Wysiedliśmy za bramą, strażnicy przywitali nas z ulgami na twarzy. Następne wydarzenia działy się tak szybko. Przywitali nas, wyszedł po nas garbaty mężczyzna, spytał jak się trzymamy nie dostając żadnej odpowiedzi, po czym poprowadził nas do biura. Tam za stołem czekał już Ben oraz…
- Bobru? – zapytała z niedowierzaniem Łapa. Sam nie mogłem uwierzyć. Wyglądał fatalnie, ale to zdecydowanie był on. Na stole leżała maska, taka sama jaką nosili Zszyci. Po chwili do pomieszczenia dołączył Dziara, która przywitał nas skinieniem głowy.
- Ty żyjesz? – zapytał Łowca.
                Bobru podszedł do nas i przywitał się po kolei. Nawet z nami, osobami z Płońska. Przy Jonaszu zatrzymał się na chwilę.
- Pożyczone, ale oddaje – powiedział uśmiechając się i podając Jonaszowi nóż.
- Wiedziałeś, że to ja? – zapytał.
- Podejrzewałem.
- Feline? – zapytałem zachrypłym z emocji głosem.
- Czeka na ciebie w lecznicy. Właściwie na was – wskazał moich przyjaciół. Nie wiedziałem, co mnie podkusiło, ale podszedłem do Bobra i uścisnąłem go. Nie odepchnął mnie, tylko poklepał po plecach. Czułem łzy napływające do moich oczu.
- Dziękuje – wyszeptałem.
- Nie ma sprawy – odpowiedział. Nie czekając na nic więcej, wybiegłem wraz z Kubą i jego kumplami i udałem się do lecznicy.
BOBRU
                Doceniłem gest Olafa. Wiedziałem, że dba o swoich ludzi, tak samo jak ja starałem dbać się o swoich. Podszedłem do Łapy. Rozłożyłem ręce, a  ta powoli, jakby nieufnie, przysunęła się do mnie i mnie uścisnęła.
- Byłam pewna, że nie żyjesz – powiedziała po cichu.
- Trafiłaś akurat na część, w której opowiadam jak uciekliśmy – powiedziałem z uśmiechem. Pocałowała mnie delikatnie w usta. Uśmiechnąłem się i wróciłem do stołu. Ben i Dziara wiedzieli już mniej więcej co się stało. Jak trafiliśmy do domu rodziny Złomiarzy, która nas kiedyś uratowała, jak trafiliśmy do niewoli i w końcu jak zostaliśmy wystawieni na arenę. Łapa dosiadła się obok wraz z siostrą, Jonaszem i Łowcą. Ben zrobił wyjątek i kazała przynieść obiad do jego biura, żeby Łapa i reszta mogli zjeść po podróży.
- Przy wejściu dostałem nóż od jednego z strażników, okazało się, że to Jonasz. Cieszę się, że przeżyłeś – powiedziałem szczerze. Jonasz był naprawdę solidnym człowiekiem.
- Szkoda, ze nas zdradził i dołączył do Złomiarzy – powiedziała Łapa.
- Nie miał wyboru i jestem gotów to zrozumieć, o ile wróci do Czerwonych Flar – włączył się do rozmowy Dziara.
- Wiadoma sprawa – zapewnił Jonasz z uśmiechem.
- Co z pozostałymi grupami? Jakieś wieści? – zapytał Łowca.
- Grupa stawiająca punkty jeszcze nie wróciła. Trochę mnie to martwi, ale wydaje mi się, że powinni być góra za dwa dni – wytłumaczyłem – A Erni pracuje z dużą grupą osób, na odcinku drogi Toruń – Inowrocław. Świetnie sobie radzą z Rekinem.
- Wybaczcie, ale naprawdę chcę usłyszeć, co się stało na arenie – wtrącił Ben. Póki co powiedziałem o wszystkim, oprócz szczegółów sceny torturowania mnie przez Wandę. Tego się po prostu wstydziłem.
- Wpuścili na arenę szwendacze. Miałem nóż, więc chociaż było ich sporo miałem nadzieję, ze jakoś dam sobie radę, ale wtedy okazało się, że większość z nich to Zszyci – opowiedziałem.
- Co? – spytali niemal jednocześnie Dziara i Ben.
- Dokładnie. Zaczęła się masakra. Wbiegli na trybuny, Złomiarze byli bezbronni, dopiero po jakimś czasie dołączyli strażnicy z karabinami. Myślę, że spokojnie ponad setka Złomiarzy została zabita zeszłej nocy. Zszyci nam pomogli. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że my tam będziemy, ale szli tu po nas. Rzucili nam te maski – wskazałem leżące na stole ochłapy – i pomogli nam uciec.
- Ja od siebie tylko dodam, że Złomiarze nie mieli pojęcia o tym, że złapali tylu Zszytych. Zbierali trupy na to cały dzień i widocznie nie załapali, że duża większość to byli ludzie – dodał Jonasz.
- Ja z kolei słyszałam na ulicy dialog pomiędzy nimi. Ich przywódca kazał to zrobić. Nie powiedzieli jak się nazywa, tylko posłużyli się terminem Krawiec – przypomniała sobie Łapa.
- Jak myślisz, co to oznacza dla naszej społeczności? Jak traktować Zszytych? Zawrzeć z nimi pokój czy wypowiadać wojnę? – zapytałem Bena.
                Ben przez chwilę milczał. Myślał nad czymś. Czekaliśmy cierpliwie obserwując go.
- Myślę, że na razie musimy odpuścić sobie podejmowanie jakichkolwiek akcji. Naszym priorytetem jest teraz zdobycie Płocka i kontrolowanie rzeki. Jeżeli by dobrze poszło można by nawet założyć wodne połączenie pomiędzy Płockiem, a Toruniem.  Bobru, wiem, że wróciłeś dopiero z podróży, ale muszę to wiedzieć zanim będziemy ustalać dalej – kiedy będziesz gotowy do wyjazdu do Płocka? – zapytał patrząc mi w oczy. Przeszedł mnie dziwny dreszcz.
- Potrzebuję tygodnia. Na zebranie sił, ludzi i ustalenie wszystkiego – powiedziałem.
- A więc postanowione – stwierdził Ben i uśmiechnął się. Wiedziałem, że ma już plan.

KONIEC TOMU 4

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 25: Dobry człowiek

Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Jak zwykle zdecydowałem się na zmieszanie trzech perspektyw. Rozdział nie ma w sobie dużo akcji, można wręcz powiedziec, że jest przegadany, ale zabieg jest celowy. Nie zawsze wszystko musi się kończyć fajerwerkami. Poznacie tutaj dalsze plany grupy Łapy, dowiecie się jaką decyzję podejmie Erni oraz co dalej planuje Bobru. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, a moich czytelników zapraszam na dniach na film pogadankowy na temat 4 tomu, oczywiście na kanale YT: youtube.com/user/Mrbobru

---------------------------------------

Rozdział 25: Dobry człowiek [FINAŁ 3 TOMU]


Magda
                Wbiegliśmy do pomieszczenia tuż za Irkiem. Nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że został ugryziony, a stał tutaj i trzymał się naprawdę nieźle. Może miał jakiś ochraniacz? Cała nasza ósemka oddychała ciężko, wiedząc, że tak naprawdę dopiero teraz będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Krystek i Marek zablokowali drzwi, Młoda i Marta usiadły w kącie, a ja rozejrzałam się po pokoju. Był to nieco zapuszczony, ale całkiem gustownie umeblowany salon.
 Na lewo od drzwi stała długa kanapa, która spokojnie mogła zmieścić pięć osób obok siebie. Tuż obok, na środku, stały cztery skórzane fotele, a przy każdym znajdował się nieduży stolik z butelką. Na ścianie wisiały ładne obrazy, przedstawiające sceny łowieckie, a po środku nich, niczym trofeum, ogromny ekran telewizora. Oczywiście był rozbity, ale i tak prezentował się nieźle. Tęskniłam trochę za telewizją, ale w sumie moje życie było teraz na tyle ciekawe i zaskakujące, że nie mogłam narzekać. Chociaż tutaj nie mogłam zastopować akcji, żeby pójść po coś do jedzenia, albo odpocząć. Tutaj koszmar się nie kończył.
                Gdy zasłoniliśmy okna i tymczasowo zablokowaliśmy drzwi usiedliśmy odpalając jedną z lamp stojących na stolikach. Były to lampy gazowe i o dziwo były naładowane, ale jeżeli myśliwi przesiadywali w tym domu to nie było aż takie dziwne. Miczi usiadła przy Irku i rwąc kawałek bandaża, który miała przy sobie zabandażowała ranę. Ugryzienie z daleka wyglądało paskudnie.  Skóra na jego karku przybrała nieco ciemnawy kolor, ale poza tym mężczyzna w pełni kontaktował i nie zachowywał się jak ktoś, kto lada chwila miał się zamienić w zombie.
- Jakim cudem ty jeszcze żyjesz? – zapytała Łapa siadając naprzeciwko niego, na jednym z foteli. Wyglądała teraz niesamowicie dziko, cała ubrana na czarno, w skórzanej kamizelce, która napinała się nieco w okolicach biustu i wysokich butach terenowych, z twardymi, pokrytymi warstwą błota podeszwami.
- Mówiłem, że jestem niesamowity – powiedział uśmiechając się – Mogę wam pokazać znacznie więcej.
- Chwila. Chcesz mi wmówić, że jesteś niepodatny na zarażenie? – zapytała.
                Wszyscy słuchali rozmowy z dużą uwagą. Czekaliśmy chwilę na to aż Irek odpowie. W końcu odchrząknął i wstał. Powoli zaczął rozpinać swój strój aby odsłonić klatkę piersiową. Westchnęłam cicho. Młoda i Marta pisnęły, a Łapa przełknęła głośno ślinę. Całe ciało Irka było pokryte całym szeregiem blizn po ugryzieniach. Nie byłam w stanie tego zliczyć, bo rany nachodziły na siebie i się zlewały. Wyglądało to koszmarnie, ale utwierdziło mnie w jednym. Był niesamowity.
- Kiedyś jak podróżowałem jeszcze z grupą ocalałych, o której wam wcześniej opowiadałem – zaczął przykrywając ciało ubraniem – trafiliśmy na stado zombie. Wtedy odcięły nas totalnie i byłem pewien, że zginę. Widziałem już nie raz umierających od ugryzień czy też zadrapań, więc kiedy jeden z trupów mnie dorwał od tyłu, byłem pewien, że umrę. Nic się jednak nie stało. Poczułem ból i upadłem, ale poza zwykłym, ludzkim bólem nie czułem żadnych zmian zachodzących we mnie. Zacząłem walczyć. Napadło mnie wtedy ich mnóstwo i zostałem ugryziony parę razy, ale udało mi się to przetrwać. Resztę właściwie znacie. No może oprócz tego, że jak pojawiłem się w Toruniu i Dziara zobaczył moje blizny to mnie zamknął. Chciał mnie mieć do jakichś specjalnych zadań, ale zanim jakieś się zdarzyło to właściwie zostałem uwolniony, za co jeszcze raz wam dziękuje – skończył opowieść i spojrzał na nas. Widocznie ulżyło mu po skończeniu opowieści. Każdy potrzebuje czasem się wygadać.
                Łapa nie odezwała się. Kiwała delikatnie głową, jakby przytakiwała, aż w końcu podniosła się ciężko.
- Zostańmy tu na noc. A może nawet na dwa dni. Musimy odpocząć przed dalszą drogą, a to miejsce może być idealne na tymczasową bazę. Sprawdźmy teren – powiedziała, po czym podeszła do drzwi i się odwróciła w naszą stronę – Krystek pójdź z moją siostrą na zewnątrz i zamknijcie bramę oraz przenieście tu nasze rzeczy do spania i trochę jedzenia. Magda i Miczi pójdźcie sprawdzić piętro, Irek ty zostań tu z Martą, a ty Marek chodź ze mną. Zrobimy rajd po pokojach na parterze. Jeżeli znajdziecie jakiekolwiek jedzenie, amunicję, broń lub medykamenty, przynieście to tutaj – rozkazała, dosyć stanowczym tonem.
                Wszyscy rozeszli się w niecałą minutę. Ja i Miczi poszłyśmy na górę, żeby spróbować rozeznać się w terenie. Miałam złamaną rękę, więc trzymałam w pogotowiu pistolet, a Miczi szła ze swoją maczetą przodem. Starałam się również świecić latarką, którą trzymałam w połamanej ręce, ale nie wychodziło to specjalnie dobrze, bo nie mogłam odpowiednio manewrować wiązką światła. Wspięłyśmy się po schodach i rozejrzałyśmy. Korytarz biegł prosto i rozchodził się w trzy strony, do trzech, połączonych ze sobą, pomieszczeń. Miczi stuknęła parę razy w ścianę, żeby zwabić ewentualne trupy do nas. Nie usłyszałyśmy nic.
                Weszłyśmy ostrożnie do pierwszego pomieszczenia, w którym na samym środku stała duża, oszklona gablota wypełniona pucharami i medalami. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic ciekawego. Przyjrzałam się uważnie lśniącym zdobyczom i szybko zauważyłam, że wszystkie trofea pochodziły z przeróżnych zawodów związanych z tematyką łowów: tropienie, strzelanie do celu, ilość upolowanych zwierząt. Mieszkający tu myśliwi musieli być dumni ze swoich osiągnięć przed apokalipsą, ale teraz były one nic nie warte.
                Przeszłyśmy do drugiego pokoju i tutaj znalazłyśmy to co nas zdecydowanie interesowało. Stały tutaj gabloty z przeróżną bronią – od zaostrzonych noży, po strzelby. To co jednak ucieszyło mnie najmocniej to dwa łuki wiszące na ścianie. Jeden z nich zaparł mi dech w piersiach. Był dużo większy od tego, którego używałam jeszcze w Toruniu, a w gablocie znajdował się dodatkowo kołczan pełen strzał. Podniosłam ostrożnie gablotę i wydobyłam zdobycz, zawieszając sobie na plecach. Miczi pomogła mi przypiąć kołczan, a ja zadowolona jak małe dziecko pomogłam jej zapakować tyle broni ile się dało do torby, którą miała ze sobą. Zapakowałyśmy w sumie około ośmiu opakowań różnorakiej amunicji, oraz trzy strzelby, pięć noży, a także dwa podręczne rewolwery. Te były szczególną gratką, bo broń była zdecydowanie rzadko spotykana, a prezentowała się niesamowicie – smukłe lufy, bębenki zapełnione pociskami i ładna, przyozdobiona wzorami kolba.
                Miczi targała torbę  i razem ostrożnie zajrzałyśmy do ostatniego pomieszczenia. To co tutaj zobaczyłyśmy nie było już takie miłe. Pokój był sypialnią, gdzie stały cztery, piętrowe prycze. Nad jedną z nich, przyczepiony do kryształowego żyrandola wisiał mężczyzna. Nie żył, ale nie był też zombie, bo widać było sporą dziurę po wystrzale na środku jego czaszki. Ktoś mu pomógł po czym stąd uciekł. Trup makabrycznie bezwładnie zwisał, kręcąc się delikatnie, jakby jakaś niewidzialna siła kołysała go delikatnie.  Nie chciałyśmy tu przebywać ani chwili dłużej, więc wyszłyśmy z pomieszczenia i skierowałyśmy nasze kroki na dół.
- Nie mów Łapie o tych łóżkach, błagam – poprosiłam.
- Dlaczego? – spytała zaciekawiona Miczi.
- Jej ten wisielec nie będzie przeszkadzał , a ja nie chcę spać tam spać, nawet jak go zdejmiemy. Wystarczy już trupów. Prześpijmy się na kanapach w salonie – wytłumaczyłam.
- Jak chcesz – powiedziała Miczi.
                Zeszłyśmy razem i dotarłyśmy po chwili do salonu. Byli tam już wszyscy oprócz Krystka i rozkładali koce, oraz łączyli sprytnie fotele z kanapą, przez co powstało pięć potencjalnych miejsc do spania. Pozostałe trzy znajdowały się na ziemi i chociaż mogłyby się wydawać niewygodne, to wyglądała całkiem przytulnie. Dwie warstwy koców, oraz poduszki leżące na kanapie stworzyły dogodne miejsce do spania.
                Miczi rzuciła torbę z bronią i odetchnęła z ulga. Łapa widząc co przyniosłyśmy uśmiechnęła się szeroko.
- Myśliwi uzupełnili nasze zapasy, które w tej chwili powinny starczyć na przynajmniej dwa tygodnie. Krystek znalazł spore auto terenowe na zewnątrz, a w jednym z pokoi było sporo bandaży i innych medykamentów – pochwaliła się Łapa.
- No i jest cała spiżarnia żarcia. Ciągle się zastanawiam czy nie powinniśmy tutaj zostać… - dodał Marek.
- Wiem jak to wygląda, ale nie możemy zostawać w okolicy, szczególnie tak niedaleko Pierwszego Posterunku. Dlatego odjedziemy stąd, góra pojutrze – powiedziała Łapa, tonem kończącym dyskusję.
                Wszyscy dosyć szybko ułożyli się w posłaniach, tylko Krystek jeszcze nie wracał z kuchni. Po jakimś czasie przyniósł tacę pełną misek parującego gulaszu. Zadziwiało mnie skąd miał jeszcze siłę gotować, ale gdy tylko zaczęłam jeść nie pożałowałam. Było pyszne, krzepiące i zapychające. Krystek usiadł obok mnie i pocałowałam go namiętnie. Paradoksalnie ostoją nie musiało być miejsce. On był moją ostoją. Sto razy lepszą od tej Toruńskiej.
                Marek nie wiedział jeszcze o naszym związku, ale kiedy zobaczył nasz pocałunek kiwnął tylko głową. Zawsze starał się mną opiekować, ale wiedział, że Krystek jest dobrym człowiekiem i na pewno będę przy nim bezpieczna. Po zjedzeniu wszyscy położyli się. Łapa zaryglowała drzwi i usiadła jeszcze na chwilę w ciemności, przyciągając naszą uwagę.
- Wybaczcie, ale jeszcze chwilę pogadam, wiem, że wszyscy są wyczerpani, ale musimy coś ustalić – zaczęła – Dzisiaj wyjątkowo nie stawiamy nikogo na warcie, bo wątpię, żeby ktokolwiek wysiedział dłużej niż pięć minut, ale od jutra pracujemy już pełną gęba. Czeka nas bardzo długa podróż, a teraz kiedy mamy przy sobie osoby, na których nas zależy musimy ich pilnować i dawać z siebie wszystko. Nie ma tu Bobra, ale zachowujmy się jak kiedyś, a damy radę. A teraz życzę wam dobrej nocy, bo padam na pysk – przyznała, po czym ułożyła się na swoim posłaniu. Nie dałam rady już z nikim rozmawiać, więc tylko przytuliłam się do Krystka i złapałam go za rękę. Zasnęłam momentalnie.
Erni
                Tuż po tym jak ciało księdza upadło ciężko na drewniany podest zaczęło się piekło. Niektórzy zaczęli uciekać do tyłu, inni przepychali się bliżej sceny, a ci, którzy nie chcieli się ruszać z miejsca blokowali i jednych i drugich. Gigant z wielkim trudem utrzymywał nas w jednym miejscu, nawet ktoś tak wysoki i silny jak on, miał problemy z wściekłym tłumem.
                Nagle usłyszeliśmy jednak ogłuszający dźwięk megafonu i wszyscy odruchowo złapali się za uszy, ale ten ustąpił i odezwał się Bobru.
- Nie panikujcie ludzie. Wiem, że mogło to wyglądać drastycznie, ale ten ksiądz jest odpowiedzialny za śmierć naszego przywódcy Wojtka i musiał za to zapłacić. Dodatkowo jeżeli podszedłby tu ktoś, kto widział kiedykolwiek twarzy przywódcy Gangu to by wiedział, że ten człowiek to właśnie on. Nie zginął na ulicach naszego obozu parę dni temu. Przetrwał i wtopił się w otoczenie, jako sługa boży – mówił stanowczo i starał się uspokoić tłum. Póki co udało mu się chociaż zdobyć uwagę wszystkich ludzi, co już było sporym osiągnięciem – Gdyby nie Dziara, który po ostatnim zamachu jest teraz w szpitalu, w życiu bym się nie dowiedział o tym, że wróg cały czas jest w naszych murach. Teraz jednak sprawa jest rozwiązana, szkoda, że musiał za to zapłacić Wojciech. Proszę was teraz o spokojny powrót do domu i zostawienie Placu Głównego do posprzątania dla strażników.
                Ludzie rzeczywiście się uspokoili i tym razem bez przepychania się zaczęli się rozchodzić. My poczekaliśmy, aż plac praktycznie całkowicie się opróżni. W końcu obserwując jeszcze chwilę ludzi zgarniających trzy ciała odwróciliśmy się, żeby wrócić do swoich obowiązków i przede wszystkim odpoczywania. Wtedy jednak usłyszałem kroki i zobaczyłem, że Bobru idzie w naszą stronę.
- Poczekajcie chwilę – poprosił. Dogonił nas po chwili.
- Mam do was prośbę. Teraz sytuacja w Ostoi powinna powoli się uspokajać, więc chciałbym, żebyśmy dzisiaj solidnie odpoczęli i to wspólnie. Co powiecie na spotkanie się w barze? Porozmawianie, upodlenie się i tyle? – zaproponował. Wszyscy kiwnęli zgodnie głowami. Co jak co, ale było nas teraz mało. Nie tyle ile przy przyjeździe do Ostoi.  Musieliśmy trzymać się razem. Chociaż ja miałem coraz więcej wątpliwości. Nie wiedziałem, czy będę chciał kiedykolwiek opuszczać to miejsce. Było tutaj źle, ale wydawało mi się, że najgorsze czasy już minęły. Teraz władze zapewne obejmie Dziara, a on potrafił dowodzić, chociaż czasami zachowywał się jak szaleniec.
- Dobra to ogarnę się, załatwię parę formalności i za jakąś godzinkę będę w barze – obiecał i wrócił w stronę sceny.
                My rozdzieliliśmy się nieco, bo każdy chciał wrócić do swoich mieszkań i przebrać się oraz odpocząć chwilę w ciszy. Ja postanowiłem, że zaproszę jeszcze na spotkanie Rekina oraz Łowcę, którzy pomogli mi podczas ostatniego wypadu Zbłąkanym Ocalałym. Jeżeli nawet nie odejdę z tego miejsca z Bobrem, tak jak on to planował od wieczora, w którym wróciłem do Ostoi z Dalionem i rozmawialiśmy, to pomogę mu, żeby nie ruszał sam. Wiedziałem jak musiała go boleć strata paru osób, które uciekły z Ostoi razem z Łapą. Jak musiała go boleć strata samej Łapy.
                Wróciłem na chwilę do mieszkania, wciąż rozerwany pomiędzy dwoma rzeczami – spokojnym życiem w Ostoi i dalszą podróżą z przyjaciółmi, kiedy przed drzwiami zauważyłem Karolinę. Widocznie na mnie czekała. Podszedłem i się przywitałem.
- Hej, co jest? – zapytałem.
- Hej… Chciałam się z tobą spotkać na osobności i jeszcze raz podziękować. Za wszystko co zrobiłeś – powiedziała. Otworzyłem drzwi do mieszkania i wszedłem tam, wpuszczając ją do środka.
- Wiesz nie ma sprawy. Niby uratowałem ciebie i twoich przyjaciół, ale w potrzebie zostawiłem was w Królowym Moście i uciekłem. To nie jest coś czym bym chciał się szczycić – kontynuowałem zdejmując brudną koszulę i rzucając ją na bok. Podszedłem do szafy i otworzyłem ją, żeby znaleźć coś innego.
- Zamierzasz stąd odejść? Ze swoimi przyjaciółmi? – zapytała.
- Skąd pomysł, że ktokolwiek chce stąd odejść? – zapytałem wciąż szukając odpowiedniego, czystego ubrania, co wcale nie było takie łatwe.
- Słyszałam rozmowę tego całego Bobra. Mówił komuś, że planuje stąd wyjechać, a słyszałam, że jesteście przyjaciółmi, więc wydawało mi się, że ty też będziesz chciał stąd uciec – powiedziała.
- Wiesz Bobru to mój kumpel. To właśnie z nim przeżyłem pierwsze, trudne dni po wybuchu tej zarazy… - zacząłem, ale nagle aż podskoczyłem, kiedy poczułem ręce na plecach. Odwróciłem się i zobaczyłem, że dziewczyna podeszła do mnie i nagle pocałowała.  Nie odepchnąłem jej, a nawet odwzajemniłem pocałunek. Potrzebowałem tego.
                Trwaliśmy tak jeszcze parę minut, aż w końcu odeszła dwa kroki do tyłu i spojrzała na mnie. Jej policzki były czerwone.
- Nie chcę, żebyś odjeżdżał.
Co ja biedny, mogłem począć. Nie dość, że się wahałem, to teraz do miejsca na wadze z tabliczką „Ostoja” dołączyła kolejna, ogromna szalka. Czy naprawdę za parę dni lub tygodni mogłem na zawsze opuścić grupę Bobra i już do końca moich dni jeździć Zbłąkanym Ocalałym po dobrze mi znanej trasie? Wydawało mi się, że nie wiedziałem, ale tak naprawdę w głębi ducha byłem już w stu procentach pewien. Przez chwilę patrzyłem na Karolinę w milczeniu, aż w końcu podszedłem do niej i prosząc żeby usiadła, złapałem za rękę.
                Oddychała ciężko. Nie wiem dlaczego, ale ja też nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Kto by pomyślał. Zapuściłem brodę i umiałem wyzbyć się emocji, żeby wyglądać jak prawdziwy twardziel, kiedy ruszałem w trasę moim autobusem. Wtedy na drodze każdy się mnie bał, a ja teraz byłem prawdziwie przerażony zwyczajną dziewczyną siedzącą przede mną.
- Naprawdę mi na tym zależy… - dodała – Wybacz, jeżeli cię przestraszyłam. Po prostu czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. To naprawdę nie jest łatwe… - tłumaczyła dalej, ale wiedziałem, że mówi z sensem. Czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Zrezygnować z czegoś w życiu, aby zacząć nowy rozdział. Każdy człowiek zrezygnował z czegoś, gdy zaczęła się apokalipsa. Z normalnego życia. Wtedy nie czuliśmy tak tego wyboru, ale teraz to rozumiałem.
                Uśmiechnąłem się.
- Zostanę tutaj. Nigdzie nie pojadę. Obiecuję – powiedziałem. Karolina przytuliła się do mnie.
Bobru
                Czekałem w barze spokojnie, aż reszta zaproszonych ludzi się pojawi. Poprosiłem nawet Czarka, właściciela baru, aby udostępnił nam kawałek lokalu i pozwolił połączyć stoły, bo spodziewałem się przynajmniej sześciu osób. Zamówiłem dwie metalowe beczułki z piwem, chociaż nie wiedziałem jak mogę się odwdzięczyć barmanowi za to, że po prostu mi je dał. Obiecałem sobie, że jak znajdę coś dobrego to od razu spłacę u niego dług.
                Pierwszy pojawił się Gigant i Ruda. Dopiero teraz po chwili od ostatnich wydarzeń, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w mojej grupie została tylko Ika, jeżeli chodziło o dziewczyny. Praktycznie cała damska część moich towarzyszy uciekła z Łapą, co było dosyć straszne. Przywitałem się z przyjacielem i córką Kapitana, po czym usiedli obok mnie.
- Wow, szykuje się niezła impreza – skomentował Karol.
- Masz rację przyjacielu – odpowiedziałem biorąc łyk z kufla.
- Jakaś specjalna okazja? – zapytał.
- W sumie chcę z wami porozmawiać. W takiej grupie.
- Czuję się wyróżniona – odpowiedziała Ruda.
                Po chwili dołączył do nas Dymitr. Usiadł obok Rudej i nalał sobie od razu piwa.
- Co za dzień… - westchnął, pijąc i stawiając z impetem naczynie na stół.
- Bobru… sorry, ale muszę zapytać. Skąd wiedziałeś? – zapytał.
- Skąd wiedziałem co? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, chociaż dobrze wiedziałem o co mu chodzi.
- Jan. Rozpoznaliśmy go z Dymitrem. Nie byliśmy pewni, ale kiedy go zastrzeliłeś to wiedzieliśmy, że zrobiłeś dobrze – wyraził uznanie Gigant.
- Dziara mi powiedział. On chyba wiedział, że ten skurczybyk się tu zaszył, ale chciał żeby poczuł się pewnie. Niestety Karzeł zapłacił za to życiem – odpowiedziałem, nieco kłamiąc. Dziara dokładnie wiedział, że Jan będzie chciał zabić Karła. Wykorzystał go do tego – Mnie bardzo ciekawi fakt skąd ty znałeś tego Jana? – pytanie skierowałem do Dymitra.
- Nie opowiedziałem ci nigdy? W sumie pewnie nie, nie zdążyliśmy się jeszcze poznać. Opowiem wam, jeśli nie macie nic przeciwko – zaproponował.
                Nikt nie miał nic przeciwko.
- A więc tak, jak Erni spotkał mnie na drodze do Torunia, tuż przed twoim przyjazdem to uciekałem wtedy właśnie od Gangu. Od początku apokalipsy kręciłem się tu i tam i jeździłem na swoim motorze. Wciągnąłem się w narkotyki i w sumie zażywałem je nawet gdy to gówno się już zaczęło. Z niedużą paczką ocalałych trafiliśmy raz na oddział Gangu –zrobił przerwę na wzięcie łyka piwa -  Był tam Jan. Rozpieprzył nas konkretnie i zabrał mi motor. Udało mi się uratować tylko towar, ale przyjaciół już nie. Byłem na siebie za to zły i wtedy będąc na drodze prawie przejechał mnie Erni. Całe szczęście zatrzymał się i pozwolił mi wejść. Resztę już znacie – zakończył opowieść odgarniając włosy z czoła i zaczesując je do tyłu ręką.
                Wtedy do baru wszedł Erni, Łowca oraz Rekin. O ile dwóch pierwszych znałem bardzo dobrze, to tego ostatniego jeszcze nie zdążyłem poznać. Był mężczyzną na oko w wieku Łowcy, albo podobnym. Na czarnej brodzie widać było nawet już pierwsze oznaki siwizny.  Brązowe włosy Łowcy wciąż połyskiwały, więc prezentował się żywiej. Wstałem i przywitałem się z nim. Uścisk miał mocny, a spojrzenie szczere i łagodne. Gdy wszyscy zajęli miejsca, jedno wciąż było puste. Zauważył to Erni, który wskazując je zapytał.
- Spodziewamy się jeszcze kogoś?
- Tak – odpowiedziałem krótko. Zaprosiłem jeszcze jedną osobę, która mogła być zainteresowana moją ofertą. Oczywiście nie liczyłem biednego Pablorda, który wciąż leżał w szpitalu.
                Rozmowa trwała i było dosyć przyjemnie. Wszyscy rozluźnili się i opowiadali innym różne historie. Ludzie kochali historie, szczególnie te z lepszych czasów, kiedy niektóre osoby jeszcze żyły.
- Pamiętam jak wbiegłem do tego młyna i zobaczyłem ciebie, Miczi i tamtych chłopaczków. Myślałem, że trafiłem z deszczu pod rynnę – mówił Gigant wspominając nasze pierwsze spotkanie.
- Ja się zastanawiałem, czy nie śnię, w końcu nie na co dzień i to jeszcze podczas apokalipsy widzi się mężczyznę z mieczem na plecach i drugiego w płaszczu z kapturem jak u jakiegoś rzezimieszka – odpowiedziałem uśmiechając się szeroko.
- A pamiętasz jak odbijaliśmy brata Erniego na moście? Byliśmy w przesranej sytuacji – skomentował.
- Sytuacja była naprawdę przejebana – skwitował Erni.
                Siedzieliśmy tu już około godziny, więc niecierpliwiłem się, bo miałem do przekazania ważne informacje, a ostatniego gościa wciąż nie było. Wtedy pojawił się, a wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Był to Mpd. Od kiedy stracił posadę Czerwonej Flary to zachowywał się inaczej. Stracił całkowicie dawną wolę życia. Teraz podszedł i przywitał się z wszystkimi po czym usiadł na wolnym miejscu.
- To jest Mateusz, mój przyjaciel i do niedawna Czerwona Flara. Teraz możemy przejść do meritum sprawy – zapowiedziałem i przedstawiłem go osobom, które jeszcze go nie znały.
- Czyli jednak nie sprowadziłeś nas tu w celach towarzyskich? – zapytała Ruda.
- Nie do końca – powiedziałem.
                Rozejrzałem się po wnętrzu. Teraz oprócz naszej grupki było tu tylko pięć osób, które kompletnie nie zawracały sobie nami głowy. Wziąłem potężnego łyka, odetchnąłem głęboko i zacząłem mówić.
- Nie wiem czy wiecie, ale planuje niedługo opuścić to miejsce – zacząłem i od razu zauważyłem, że na niektórych twarzach pojawiło się zaskoczenie, a na innych smutek – To miejsce wiele mnie nauczyło, ale za ogromną cenę. Teraz sam już nie wiem czy bezpieczniej jest siedzieć tutaj w Ostoi z ludźmi, którzy zabierają mi garściami osoby, które kocham, czy krążyć wraz z trupami po drogach szukając nowego miejsca. Lepszego miejsca – zrobiłem efektowną pauzę, żeby wszyscy przeanalizowali moje słowa – Dlatego zaprosiłem was tutaj dziś. Ludzi, których lubię i z którymi jestem gotów wyruszyć dalej. Co prawda nie wszystkich jeszcze znam dobrze – tutaj spojrzałem na Rekina i Rudą – ale jestem gotów zaufać. Chciałbym was zapytać, kto byłby w stanie już niedługo opuścić to miejsce razem ze mną.
                Tego momentu obawiałem się najbardziej. Nie miałem pojęcia jak zareaguje reszta. Mogłem być praktycznie pewny tylko reakcji Giganta, który, jak miałem nadzieję, pójdzie za mną wszędzie, ale reszta pozostawała pod sporym znakiem zapytania. Nie każdy mógł chcieć uciec z miejsca otoczonego murami i pełnego ludzi. Ale to właśnie ci ludzie sprawili, że sporo straciłem. To oni doprowadzili mnie do takiego stanu.
- Ja za tobą pójdę Bobru – odpowiedział Gigant jako pierwszy – Jesteśmy w tym gównie od dawna i nie wyobrażam sobie dalszego mieszkania tutaj ze świadomością, że walczysz gdzieś w drodze z bandą trupów.
- Ja też chcę iść z tobą – odpowiedziała Ruda. Zaskoczyła mnie tym.
- Twój ojciec na to pozwoli? – zapytałem ostrożnie.
- Jestem już dużą dziewczynką i umiem o siebie zadbać. Zresztą jak usłyszy, ze pojechałam z tobą to na pewno będzie wiedział, że jestem w dobrych rękach – stwierdziła uśmiechając się. Miała piękny uśmiech.
- Ja też się z tobą zabiorę młody. Dobrze wspominam podróż do Torunia. Jeżeli ruszymy Potworem to będę wniebowzięty – powiedział Łowca, a ja uśmiechnąłem się szeroko. Miło wspominałem podróż Potworem, czyli ogromnym tirem towarowym Łowcy. Jakie szczęście mnie spotkało, że akurat on wtedy był na dachu w Supraślu i mi pomógł.
- Ja też chcę jechać – wysapał nieco podpity już Dymitr – Przygoda… przygoda…
- Co prawda nie znamy się jeszcze dobrze, ale skoro zostałem uratowany przez was, to mogę z wami ruszyć dalej. Musze spłacić ten dług – powiedział Rekin.
                Póki co wszystko szło idealnie. Jedna z kelnerek podeszła do nas, żeby zabrać jedną z opuszczonych beczek. Wydawało mi się przez chwilę, że spojrzała na Erniego, ale nie byłem tego pewien.
- Kurde parda, Bobru… W sumie sam nie wiem, czy ja się przydam? Nie mam ręki i ogólnie jest jakoś beznadziejnie, co z Pablordem? Zostawimy go tu tak? Bo jak tak to chyba nie jadę, ale jakbyśmy go wzięli jakoś ze sobą to… - rozpędził się jak zwykle Mpd.
- Spokojnie Mateusz. Poczekamy aż się wybudzi, nawet jak to potrwa jeszcze długi czas.
Mpd uśmiechnął się słysząc tą informację.
- Ja nie jadę – wyrzucił z siebie Erni.
                Chociaż rozmawialiśmy już na ten temat w szpitalu, podczas wymiany z Dalionem, to zabolało mnie to. Nie licząc Giganta, nie będę miał przy sobie już nikogo, kto był ze mną w Królowym Moście, a nawet wcześniej.
- Dlaczego? – spytałem machinalnie, chociaż nie chciałem. Po prostu samo ze mnie to wyleciało.
- Jest mi tu dobrze. Ustatkowałem się. Kiedy tylko wyruszam Zbłąkanym za mury Ostoi czuję się wiecznie niepewnie i marze tylko o powrocie za mury. Wybacz… - powiedział, chociaż w jego głosie nie słychać było, żeby żałował.
- Nie będę naciskał. Rozumiem – skłamałem.
                Sytuacja się nieco zagęściła, ale uśmiechnąłem się szeroko, żeby pokazać, że nie mam nikomu za złe.
- Skoro większość z was się zgadza, muszę was poprosić o jedną bardzo ważną rzecz. Nie narażajcie się. Starajcie się trzymać z dala od kłopotów, a jak wszystko się ułoży to wyruszymy. Oprócz Pablorda czekamy jeszcze na trójkę ludzi, która pojechała na Drugi Posterunek. Powinni wrócić na dniach, a nie mogę ich zostawić w taki sposób. A teraz wróćmy do picia! – ostatnie słowa wręcz wykrzyczałem.
Bolał mnie fakt, że Erni postanowił zostać. To on był pierwszą osobą, o której pomyślałem gdy wybuchła apokalipsa. Mieliśmy trzymać się razem do końca. Co mogło go przekonać do pozostania tutaj? Wątpiłem, żeby chciał tu zostać tylko ze względu na Dziarę.
                Impreza trwała. Po kolejnych dwóch godzinach Rekin i Dymitr poszli, bo Dymitr już nie dawał rady, a Rekin obiecał go odprowadzić do domu i położyć. Wtedy do baru wbiegł Maciek, jeden z Czerwonych Flar. Podbiegł do mnie. Nie do końca wiedziałem czego może ode mnie chcieć, poza tym byłem już po paru piwach, ale gdy poprosił mnie na bok to chwiejnie wstałem i poszedłem za nim.
- Dziara cię wzywa – powiedział.
- Dalej jest w szpitalu? – spytałem.
- Tak.
- Zaraz tam pójdę – obiecałem.
                Wróciłem na chwilę do stołu i powiedziałem reszcie, że znikam na chwilkę, żeby odwiedzić Dziarę po czym powoli ruszyłem. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się pod drzwiami szpitala. Zamyśliłem się kompletnie i instynktownie dotarłem na miejsce. Przeszedłem przez próg i po schodach trafiłem na piętro, na którym leżał Dziara i Pablord. Przechodząc obok sali Pablorda zerknąłem i uśmiechnąłem się widząc mojego towarzysza. Dalej spał, ale miałem nadzieję, że jego stan w końcu się ustabilizuje i się wybudzi.
                Gdy dotarłem do miejsca gdzie leżał Dziara odetchnąłem głęboko i wszedłem. Dziara siedział wsparty poduszkami i czytał. Oderwał wzrok natychmiast po tym jak mnie zauważył i przywitał mnie.
- Bobru! Słyszałem, że ci się udało! – powiedział radośnie.
- To prawda. Nie jest to coś, czym się specjalnie szczycę, ale tak. Udało mi się.
- Dzisiaj jest dzień, kiedy zaczyna się nowy epizod w naszym życiu. Ty i ja. Władcy Ostoi, najlepszego miejsca na Ziemi!
- Przykro mi Krzysiu – zwróciłem się do niego po raz pierwszy po imieniu – Ale mam inne plany.
                Uśmiech zniknął z jego twarzy, ale nie pojawił się na jego miejscu gniew.
- Jak to?
- Wybacz. Tym razem ja mam plan i musisz się zgodzić na jego warunki. Proszę cię jak przyjaciel przyjaciela – powiedziałem poważnie.
- Bobru co ty gadasz? Teraz wszystko będzie dobrze. Ostoja stanie się dobrym miejscem.
- Wierzę w to Dziara. Ale musze odejść. To miejsce nauczyło mnie wielu rzeczy, ale najważniejszą jest ta, że ludzie są znacznie gorsi od zombie – wytłumaczyłem.
- Łamiesz mi serce kolego – powiedział rozżalonym głosem.
- Dziara, po prostu proszę cię o pozwolenie o odejście. Ja plus osoby, które będą miały ochotę. Nie martw się nie zabiorę wszystkich, ale proszę cię o zwolnienie z służby Pablorda i pozwolenie na odejście Mateusza. Weźmiemy tir Łowcy i znikniemy. Możliwe, że jeszcze kiedyś tu wrócimy, ale to nie jest nic pewnego. To miejsce zabrało mi mnóstwo osób, które kochałem. Nie pozwolę zginąć nikomu więcej.
                Przez chwilę w pomieszczeniu panowała taka cisza, że słyszeliśmy pracujące maszyny parę pomieszczeń dalej. W końcu Dziara westchnął i zapytał.
- Kiedy chcesz odejść?
- Jak tylko moi ludzie wrócą z Drugiego Posterunku i Pablord się obudzi – powiedziałem.
- Nie wiem czy poradzę sobie z dowodzeniem bez ciebie. Jesteś świetnym ocalałym. Powinieneś kierować ludzkością, tyle ci powiem – wyznał Dziara. Poczułem dumę, ale wiedziałem, że nie mogę tu zostać.
- Nie nadaje się do tego. Jestem… nie jestem dobrym człowiekiem – wytłumaczyłem.
- Jesteś dobrym człowiekiem Bobru. Zawsze nim będziesz. Ludzie to w tobie widzą i dlatego za tobą podążają.
- Mam nadzieję, że Ostoja się utrzyma długo Dziara, bo możliwe, że pewnego dnia tu wrócę. Póki co mogę ci powiedzieć, że Erni zostanie. Tak zadecydował.
- Cieszy mnie to. Współpraca z wami to była czysta przyjemność – powiedział.
                Milczałem. Nie wiedziałem jak odpowiedzieć.
- Czy to wszystko? – spytałem w końcu.
- Tak – odpowiedział.
- Bywaj – rzuciłem krótko.
Nie odpowiedział. Wyszedłem z budynku i spojrzałem w niebo. Było już ciemno. Gdzieś na niebie coś mignęło. Dobry człowiek… pomyślałem, nie zasługuje na to miano. Ruszyłem przed siebie, a w głowie rysował mi się plan. Plan na dalszą podróż.

Koniec tomu 3