Kochani!
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy śledzi mnie na Youtube i niektórzy myślą, że blog jest porzucony. Nic bardziej mylnego! Fabuła na cały szósty tom jest zaplanowana, po prostu przez drugi projekt pisarski (Peccatorum), nie mam czasu na pisanie Apo. Nie wiem kiedy się to zmieni, ale postaram się Wam dostarczyć kolejne rozdziały przygód Bobra i całej grupy. Macie 5 tomów, które możecie sobie czytać na boku i wracać do tych przygód. Jak pojawi się kolejny rozdział na pewno o tym się dowiecie, a także jak ruszy samo pisanie to będę o tym informował na wszystkich mediach społecznościowych.
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o starej, dobrej Apokalipsie i mimo wszystko będzie czekać!
Tutaj podrzucam różne przydatne linki, które warto śledzić, w oczekiwaniu na dalsze informacje (a także jak ktoś po prostu lubi mój styl pisania):
Youtube - http://youtube.com/mrbobru
Facebook - https://www.facebook.com/MrBobru
Peccatorum (Drugi blog) - https://projectpeccatorum.blogspot.com/
https://www.youtube.com/watch?v=7qN8-84xOs8 - TUTAJ INFORMACJE O 6 TOMIE!!!
Dziękuje za cierpliwość i liczę, że jak najszybciej spotkamy się ponownie w klimatach zombie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bombu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bombu. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 października 2018
niedziela, 4 grudnia 2016
Rozdział 2: Świadek
Czas na drugi rozdział piątego tomu, tym razem z powracającej perspektywy Erniego! Z racji iż jedna perspektywa będzie zajmowała się wschodem, to z pewnością jedna przyda się na bardziej znanych nam terenach. Erni jest członkiem zespołu zajmującego się renowacją dróg i musi wraz z niewielką grupą oczyścić je, żeby ułatwić przejazd pomiędzy obozami. Robota jednak nie jest taka łatwa, szczególnie gdy w grupie pojawiają się przeszkadzający ludzie. Jak sobie poradzi? Zapraszam do czytania!
POV:
Erni - Rozdział 2 - Dzień 1-2
Bobru - Dzień 1-2 - W dniu 1 wciąż jest w Inowrocławiu
??? - Dzień 1-2 - ???
-------------------------------------------------------------
Rozdział 2: Świadek (KICIUŚ)
Dojechaliśmy pod bramę. Nie byłem
przyzwyczajony do prowadzenia pojazdów innych niż autobus, ale wydawało mi się,
że radziłem sobie całkiem nieźle. Materiały konserwacyjne skończyły się nam
wczoraj wieczorem i po kolejnej ciężkiej nocy ruszyliśmy do Inowrocławia po
dostawę. Chociaż nie spełniałem ostatnio takiej roli jak kiedyś, jeżdżąc
Zbłąkanym Ocalałym to i tak czułem, że robię coś ważnego. Kierowałem grupą,
która naprawiała drogi. Miałem pod sobą około piętnastu ludzi oraz Rekina i
Karolinę, którzy pomagali mi z czystej dobroci serca. Zajmowaliśmy się wszystkim
co wpadało nam w ręce. Usuwaliśmy wraki pojazdów, przeganialiśmy trupy,
poprawialiśmy jakość drogi. Efekty były naprawdę odczuwalne. W drodze tutaj po
raz pierwszy nie musiałem obmyślać jak nie wjechać pojazdem w śmieci drogowe,
nie musiałem szukać leśnych dróg, nic. Po prostu jechaliśmy do celu.
Zatrzymałem auto i spojrzałem w
lusterko, żeby upewnić się, że ciężarówka oraz drugi wóz są na swoimi miejscu.
Były. Nie uniknąłem zobaczenia swojej twarzy. Porastała ją dosyć długa już
broda, oczy wydawały się należeć do starca, ale reszta była taka sama. Oprócz
pamiątki. Na policzku wciąż miałem starą bliznę po spotkaniu z przeciwnikami
pod Płońskiem. Wtedy uratowała mnie Feline. Trochę żałowałem, że nie zostałem
przydzielony do misji jej odbicia, ale słyszałem, że Łapa i Bobru się tym
zajęli i wszystko się im udało bez większych strat. Kiedyś lubiłem ten
dreszczyk emocji, ale teraz było inaczej. Wolałem się ustatkować niż wolno
krążyć po świecie licząc, że spotka mnie coś ciekawego. Możliwe, że tak wpłynęła
na mnie ostatnia poważna podróż Zbłąkanym Ocalałym. Wtedy kiedy Cinek został
zabity na moich oczach. Wydawało się to być tak dawno temu, a wcale tak nie
było. Wciąż czułem ten strach, chociaż teraz ani Dalion ani Smród nie żyli. To
samo toczyło się osoby, która ich zabiła – Miczi. Zginęła na arenie podczas
ucieczki. Złapała zbłąkaną kulę. Coraz więcej ludzi odchodziło. Dlatego
chciałem trzymać się mniejszej grupy, żeby strata nie bolała tak mocno.
Bramy otworzyły się po chwili, a
my wjechaliśmy na teren obozu. Na ulicy widać paręnaście martwych, które
zostały wręcz pocięte na kawałki. Od tego zacząłem rozmowę z Konradem, który
wyszedł mi na spotkanie. Cała reszta mojej grupy budowlanej zajęła się
ładunkiem, a Rekin i Karolina stali niedaleko mnie rozmawiając o czymś.
Uśmiechnąłem się do Karoliny. Odpowiedziała tym samym. To ona była teraz moim
szczęściem.
- Coś tu się działo? –
zapytałem.
Konrad podrapał się po brodzie. Był starszym mężczyzną, ale
mimo tego duszą wciąż przypominał młodzika. Jego rola w tym obozie była podobna
do mojej w Toruniu – chodził po okolicach i szukał nowych ludzi do pomocy.
Jedyną różnicą było, że nie robił tego sam tylko z Garbusem.
- Świetne
przedstawienie. Ten typek z mieczem z grupy Bobra. Ciął aż miło było popatrzeć
– powiedział rozmarzonym głosem, jakby część jego wciąż była podczas tego
pokazu – Jak na drodze?
- Dobrze. Nie miałem
jeszcze żadnych problemów – odpowiedziałem krótko.
- A jak nasi ludzie?
Wiem, że Dziara chciał ci przydzielić kogoś z Torunia, ale w sumie pomysł Bena
był dobry. Póki naprawiacie ten odcinek drogi nie ma co ganiać waszych ludzi.
Przed wami jeszcze i tak sporo roboty – niepotrzebnie wytłumaczył.
- Są posłuszni i
pracowici. Przynajmniej na razie.
- Cieszę się – spojrzał
w stronę ciężarówki, gdzie były pakowane akurat kolejne zapasy oraz worki z
żwirem – Wiesz swoją drogą to ostatni
dzień przed wyjazdem Bobra do Płocka. Z tego co widziałem w ich domku się
jeszcze świeci. Jak chcesz możesz się tam przejść, pewnie takiej okazji nie
będzie przez jakiś czas.
Przełknąłem
ślinę. Bałem się tego pytania, ale myślałem, że wpadnę podczas przeładunku na
kogoś z grupy. Ale zapytał mnie o to Konrad. Skoro nawet on uważał to za ważne,
może rzeczywiście tak było. Nie potrafiłem się jednak przełamać. Ostatni raz
Bobra widziałem podczas Wielkiego Spotkania Ocalałych, a nawet wtedy tylko
formalnie. Rozmawialiśmy jak za starych czasów jeszcze wcześniej podczas małego
buntu przed Kwaterą Główna w Toruniu, kiedy to zaatakowali go nożownicy i
uratowała go staruszka z psami oraz Rekin z Łowcą. Wiedziałem, że w głębi serca
jest zawiedziony tym, że wybrałem Toruń zamiast dołączenie do niego.
- Nie… Nie chcę im
przeszkadzać. Na pewno chcą się wyspać przed jutrem. Na pewno do nich wpadnę
jak już osiedlą się na miejscu. Kto wie może nawet pojadę tam moim autobusem – powiedziałem
nieco zakłopotany. Było to chyba widoczne, bo Konrad spojrzał na mnie. Nie
odpowiedział nic, tylko pokiwał głową - A jak wam idzie? Coś tu się działo ostatnio
ciekawego?
Konrad rozejrzał się jakby chciał sprawdzić czy nikogo nie
ma w pobliżu.
- Szczerze? Czuje się
ostatnio na celowniku. Cały obóz wydaje się być dziwny. Odkąd Dziara i Bobru
przyjechali tu i powstały te wszystkie duże plany, ludzie zaczęli zachowywać
się jakby przetrwali już nie wiadomo co. A tak naprawdę gdybyś postawił trupa
przed nimi, to zesrali by się w gacie i uciekli.
- Hmm… gadałeś o tym z
kimś? Może warto to wspomnieć Benowi. Gdy nadejdzie prawdziwy atak, może
wybuchnąć panika. Jakieś szkolenia mogą uratować to miejsce i zapewnić
dodatkową obronę – zaproponowałem wiedząc jak źle mogą potoczyć się sprawy,
gdy zombie wchodzą na teren obozu, albo jest on atakowany przez grupę
przeciwników. Pamiętałem jak dziś, gdy Gang Jana zniszczył północną barykadę
wpuszczając masę trupów do środka Toruńskiego obozu. Zginęło wtedy mnóstwo
ludzi, wybuchła panika i mało brakowało żeby skończyło się to naprawdę źle.
- Mamy nasz plan B.
Pamiętasz o schronie w kościele? Mamy tam zapasy, żeby przetrwać nawet dużą
grupą ludzi przez ponad tydzień. Mamy wyznaczonych ludzi, którzy w razie
niebezpieczeństwa pojadą do Torunia, na Drugi Posterunek lub do obozu Feline po
pomoc. Nic nam się nie stanie. Po prostu przygotowania mogłyby być lepsze – powiedział
gestykulując w stronę ogromnego kościoła.
- Rozumiem – uśmiechnąłem
się – Dzięki za rozmowę. Ładunek się
kończy, a my musimy wrócić do roboty.
- Może zostaniecie tu
na noc? Lepsze to niż spanie na drodze – zaproponował.
- Nie… Mamy naprawdę
dużo roboty – powiedziałem zgodnie z prawdą, chociaż bardzo chciałem
skorzystać z propozycji i wyspać się w końcu w wygodnym i bezpiecznym miejscu –
Do następnego.
Uścisnęliśmy
sobie dłonie i odszedłem w stronę Rekina i Karoliny. Podszedłem do nich i
złapałem ją za talię, przytulając od tyłu.
- Jak humory drużyno?
- Zmęczony, ale
zadowolony – stwierdził Rekin uśmiechając się.
- Tylko zmęczona – wyjęczała
Karolina.
- Wrócimy do tego
domku, który mijaliśmy jadąc tutaj. Jest blisko i powinniśmy tam na luzie
przekimać.
- Może jednak
zatrzymamy się tutaj? – zaproponowała Karolina.
- Nie. Przepraszam
słońce, ale musimy trzymać się planu – odpowiedziałem stanowczo.
- Jak chcesz… - odpowiedziała
wyrywając się z moich objęć – Pójdę już
do auta.
Rekin
obserwował całą sytuację z kamienną twarzą. Gdy spojrzałem na niego wzruszył
tylko ramionami.
- Kobiety – szepnąłem.
Ładunek był gotowy po dziesięciu minutach. Wróciliśmy do aut
i pożegnaliśmy Inowrocław, wyjeżdżając po chwili na drogę główną prowadzącą do
Torunia. Nie kierowałem, chciałem odpocząć i poprosiłem Rekina, żeby przejął
stery. Obserwowałem trasę. Widać było naszą robotę na pierwszy rzut oka. Miałem
w głowie plan, całe mnóstwo pomysłów, które mogliśmy wprowadzić w życie. To
było od zawsze moje królestwo – drogi. Tutaj czułem się najlepiej. Może
niektórzy nazywali mnie przez to dziwakiem, ale właśnie za murami mogłem odżyć
i poczuć się znowu sobą. Uśmiechnąłem się do swoich myśli i przymknąłem oczy.
Zasnąłem wkrótce po tym.
Obudziła
mnie Karolina. Wydawało mi się, że spałem zaledwie pięć minut, ale musieliśmy
przejechać kawałek drogi, bo przed nami widać było zjazd na prawo, gdzie
znajdował się dom. Była to całkiem spora posiadłość, otoczona średniej
wielkości murem, z dużą żelazną bramą. Co prawda ta była podniszczona i jedno z
skrzydeł było wyłamane, ale mimo to zapewniało to nam jakąś ochronę. Nasze auto
było na przedzie. Zerknąłem w lusterko i upewniłem się, że podczas snu nie
zgubiliśmy kogoś. Może to było głupie, ale takie natręctwo uspakajało mnie.
- Cholera – szepnął
Rekin.
- Co jest? – zapytałem
podnosząc się i przechylając przez fotel pasażera.
- Skończyło nam się
paliwo. Mamy jakiś zapas? – zapytał.
- Musimy. Kazałem
wyraźnie wziąć dodatkowe kanistry. Powinny być w ciężarówce.
Auto
powoli się zatrzymało. W nasze ślady poszła reszta grupy, zatrzymując również
swoje wozy. Wysiadłem i dałem znak reszcie, żeby zrobiła to samo. Nagle
usłyszałem przeciągły jęk. Odwróciłem się i zobaczyłem trupa idącego w naszą
stronę.
- Tylko nie to…
Ludzie z ciężarówki i drugiego pojazdu podeszli w naszą
stronę. Trupów było więcej. Wychodziły z posiadłości zwabione naszym zapachem
oraz hałasem.
- Wszyscy trzymać się
blisko. Jest ciemno i nie możemy ryzykować! – krzyknąłem. Latarki dawały
naprawdę mizerne światło i nie chciałem żeby wybuchła panika – Wy tankujcie – wskazałem na dwóch
chłopaków, którzy wyglądali na przerażonych i na pewno nie nadawali się do
walki – Reszta osłania. Trzymamy się
blisko. Już!
Byliśmy
jak okrągła aura ochronna. Trzymaliśmy się blisko, ale po dojściu do ciężarówki
i zabiciu kilku trupów, zobaczyłem jak jedna osoba odłącza się od zespołu
podbiegając do zarażonego kawałek dalej. Był to Paweł. Chłopak pochodził z
Inowrocławia i działał mi na nerwy od pierwszego dnia pracy. Chociaż walczył
dobrze to nigdy się nie słuchał i robił co chciał. Miałem wspomnieć o tym
Benowi, ale po rozmowie z Konradem wypadło mi to z głowy.
- Wracaj! – krzyknąłem,
ale moje słowa odbiły się jedynie echem od okolicy. Chłopak nie zareagował.
Powalił pewnym ciosem trupa, po czym skoczył natychmiast do kolejnego. Na jego
plecy szła mała grupa uderzeniowa złożona z czterech zombie. Zaczęliśmy do
niego krzyczeć. W końcu odwrócił się, ale zdążył powalić tylko jednego.
Pozostałe trzy powaliły go i zginąłby na pewno ,gdyby nie interwencja Rekina.
Wyciągnął on pistolet i zaczął strzelać. Przez chaos panujący przed domem zużył
cały magazynek na dwa trupy, trafiając parę razy ostatniego. Dało to czas mi,
żebym dobiegł i zaszarżował na trupa, przygwożdżając jego głowę nożem do ziemi.
Cała formacja się przełamała. Teraz nie było czasu na pół środki. Wyciągnąłem
pistolet, w drugiej ręce wciąż trzymając nóż. Trupów nie było wcale tak długo,
ale wystrzały mogły w każdej chwili ściągnąć ich więcej.
Przerwanie
formacji szybko dało się we znaki. Usłyszałem krzyk i zobaczyłem jak jeden z
mężczyzn tankujących pojazd łapie się za szyję. Zombie wgryzał się bezlitośnie,
uwalniając fontannę krwi. Panika była nieunikniona. Ludzie sami nie wiedzieli,
gdzie się ustawić. Starałem się zachować nerwy na wodzy, ale nie było to łatwe.
Nie mogłem wycelować w żadnego trupa, bo co chwilę ktoś przebiegał mi przed
celownikiem. Nie zostało mi nic innego jak walka z bliska. Dopadłem jednego z
nich od tyłu. Popchnąłem go i dobiłem z
łatwością, gdy leżał na ziemi. Kolejne
zombie upadały, aż w końcu Rekin pchnął ciosem w oczodół ostatniego i
momentalnie, z wściekłością na twarzy, odwrócił się w stronę Pawła.
- Popierdoliło cię? – rzadko
kiedy widywałem go aż tak wkurzonego.
- O co ci chodzi
człowieku? – zapytał zdziwiony.
Miałem teraz ochotę wycelować i zabić chłopaka. Za jego
wieczną niesubordynację. Nie mogłem jednak pokazać takiego zachowania. Miałem
już wobec niego własne plany. Teraz należało zapewnić grupie bezpieczeństwo.
- Hej! HEJ! – podbiegłem
do nich chowając broń, w porę żeby zatrzymać rozwścieczonego Rekina. Nie było
to łatwe bo był masywnym i silnym mężczyzną, ale nie odpychał mnie – Uspokoić się. Musimy szybko wejść do środka
zanim przyjdzie więcej trupów. Łapcie kanistry, wprowadzajcie ciężarówki. Nie
możemy tu zostać.
- Chcesz mu odpuścić?
– zapytał wręcz zszokowany.
- Daj spokój. Teraz
musimy się schować. Potem porozmawiamy – odpowiedziałem najspokojniej jak
umiałem.
Rekin
prychnął, ale odszedł w drugą stronę. Spojrzałem na Pawła, ale na jego twarzy
nie widziałem wyrzutów sumienia, lub jakiegokolwiek poczucia winy. Nie
prezentował sobą niczego.
- Do roboty ludzie.
Musimy być za bramą jak najszybciej – zagrzałem resztę do pracy,
przebudzając ich z zadumy wywołanej kłótnią. Wszyscy rozbiegli się do aut i
zaczęli tankować nasz pojazd, przy okazji wsiadając do reszty. Rekin ruszył sam
w stronę bramy, aby odsunąć drugie skrzydło.
Dogoniłem go.
- Nie wierzę, że znowu
to olałeś… - zaczął.
- Zajmę się tym – zapewniłem
go.
- Mam nadzieję, bo to
już gruba przesada – stwierdził.
- Pamiętasz naszą
rozmowę, jakiś czas temu na drodze? Tę o przeszkodach? – zapytałem.
Podchodziliśmy już do bramy i zerkając czy podjazd jest czysty otworzyliśmy
bramę i daliśmy znak reszcie, że mogą podjeżdżać.
- Tak – odpowiedział
krótko.
- Podczas tego zadania
było ich mnóstwo. Każdą pokonaliśmy. Wszystko się zmienia, przeszkód jest
wiele, ale nie poddajemy się. Obiecałem sobie, że spróbuje przejść przez każdą
przeszkodę i na pewno nie odpuszczę. Potrzebuje tylko zaufania.
Rekin
nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i pokiwał głową. Trzy pojazdy
przejechały obok nas, a my zamknęliśmy za nimi jedno ze skrzydeł bramy. Drugie
leżało obok, jakby dawno się poddało. Nie
jestem taki jak to, pokrzepiłem się w myślach. Kazałem zablokować wyrwę
jednym z aut. Nie zatrzymałoby to innych ocalałych, tak samo jak cały mur, ale
dawało nam dodatkową osłonę przed trupami. Sam dom zabezpieczyliśmy bez żadnych
problemów, bo był pusty. Wyglądał jak ruina i swego czasu na pewno miała tu
miejsce walka, ale drzwi działały, okna nie były wybite i mogliśmy zająć sobie
jedno z większych pomieszczeń. Znaleźliśmy na miejscu sporo nie do końca
zgniłych koców i kołder, z których zrobiliśmy sobie posłania. Na kanapie
położyła się Karolina, jako jedna z dwóch dziewczyn w całej grupie. Druga
ułożyła się ze swoim chłopakiem, bez narzekania na zajęte miejsce. Wszyscy
zasnęli dosyć szybko, po tym jak zapewniłem, że wezmę pierwszą wartę. Nie byłem
senny. Usiadłem na parapecie okna wychodzącego na front budynku. Miałem stąd
doskonały widok na potencjalny atak. Nic się jednak nie działo. Noc była
spokojna i w miarę ciepła. Chociaż wiedziałem, że muszę się przespać nie miałem
ochoty budzić kogoś na zmianę warty. Ostatnio miałem wiele bezsennych nocy i
byłem w stanie przeżyć kolejną.
Nad
ranem jednak urwał mi się film. Przebudziłem się nagle, jakby obudzony jakimś
dźwiękiem. Rozejrzałem się i wszyscy byli na swoich miejscach, oddychając
rytmicznie. Wyjrzałem za okno. Słońce i poranna mgła łączyły się w biały całun,
który wyglądał naprawdę pięknie.
Wstałem, cały obolały i rozprostowałem kości. W domu, chociaż teraz było
dosyć chłodno, panowała duchota. Cicho wstałem i przekradając się pomiędzy
ściśniętymi na ziemi ludźmi wydostałem się z pokoju i po chwili wyszedłem na
zewnątrz. Zimne powietrze uderzyło mnie w nozdrza, wypełniając moje płuca
niczym piasek foremkę. Było to dosyć pobudzające i odprężające. Daleko przy
drodze zauważyłem ruch, ale po sposobie poruszania zidentyfikowałem go jako
zombie. Albo zszytego, dodałem w
myślach. Była to przerażająco grupa. Nigdy nie wiadomo kiedy obserwowali
okolicę zakamuflowani z przyszytymi częściami skóry trupów.
W
głowie układałem też plan tego, co miało się wydarzyć w najbliższych godzinach.
Rekin zaczynał wątpić w moje umiejętności, a jeżeli nawet on nie do końca
wierzył, to co dopiero musieli pomyśleć ludzie. Nie mogłem jednak zabić
człowieka na ich oczach. Musiałem to zrobić delikatniej. Sytuacji było dużo, bo
podczas pracy na drodze często rozdzielaliśmy się na większy obszar, w
paro osobowe grupy, żeby szybciej ukończyć dany odcinek. Mogłem wykorzystać
moment, w którym ten oddzieli się jak to miał w zwyczaju i wtedy zaatakować.
Tylko czy na pewno chciałem go zabijać? Byłem skłonny dawać ludziom szansę,
nawet jak ci na nią nie zasługiwali. Ile złych ludzi trafiało na pokład
Zbłąkanego Ocalałego, nie potrafiłem tego zliczyć. Jedna z takich decyzji
kosztowała rękę Mpd, kiedy to pozwoliłem obłąkanemu ojcu wejść na pokład, nie
dopilnowując wcześniej tego jak wnosił umierającego syna do bagażnika. Chociaż
rozumiałem co nim kierowało, nie było miejsca na takie ustępstwa. Tak samo
musiało być tym razem.
Po
godzinie, zacząłem budzić resztę grupy. Niektórzy wstawali od razu, inni
ociągając się, ale następne trzydzieści minut później byliśmy gotowi do drogi
po skromnym śniadaniu. Amunicja po
wczorajszej walce była na drastycznie niskim poziomie. Nigdy nie braliśmy jej
zbyt dużo, bo na drodze spotykaliśmy raczej trupy niż ocalałych, ale jednak
byliśmy zawsze gotowi na atak, szczególnie na nadejście Złomiarzy, którzy
kiedyś w końcu musieli wykonać jakiś ruch. Każdy miał pistolet z magazynkiem i
mnożąc to przez piętnaście osób, dawało to sporą siłę ognia, chociaż zazwyczaj
kończyło się na tym, że nie przeszkolona osoba oddawała broń mi, Rekinowi lub
komuś kto sobie z nią radził. Po wczorajszej strzelaninie i ostatnich kłopotach
zostało jej jednak niebezpiecznie mało.
Rozmyślając
wciąż nad wieloma rzeczami wsiadłem do auta. Podróż na miejsce, w którym
pracowaliśmy nie trwała długo. Zajechaliśmy na bardzo pokręcony odcinek drogi.
Zakręcała ona na przestrzeni pięćdziesięciu metrów aż trzy razy, a poszczególne
jej fragmenty były oddzielone pasami drzew. Od kiedy pracowałem w ten, a nie
inny sposób, zacząłem dostrzegać coraz to dziwniejsze rozwiązania osób, które
zajmowały się budowaniem dróg przed apokalipsą. Teraz one najprawdopodobniej
nie żyły, a ja zostałem z tym co było. Rozdzieliłem naszą grupę na cztery
mniejsze zespoły – trzy po cztery osoby oraz jeden trzyosobowy. Paweł był w tej
ostatniej, najmniejszej grupie i żeby nie sprawiał kłopotów wysłałem go do
najnudniejszego i najtrudniejszego zarazem odcinka drogi, gdzie stały cztery
duże auta, które trzeba było sprawdzić i odholować. Pozostałe grupy zajęły się
taszczeniem worków ze żwirem i powolnym zasypywaniem dziur.
Wiedziałem
z doświadczenia, że robota zajmie nam cały dzień, więc nie śpieszyłem się z
wykonaniem mojego planu. Chłonąłem dobrą pogodę, zajmowałem się swoim i co
jakiś czas przechadzałem się po całej drodze, przecinając ją pasami drzew, żeby
zobaczyć jak radzą sobie inne ekipy. Zombie nie były dzisiaj żadnym problemem.
Pojedyncze trupy szybko eliminowaliśmy i spokojnie zajmowaliśmy się pracą. Gdy
słońce było wysoko na niebie zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie i picie.
Grupa od aut znalazła zapas słonych przekąsek i słodkich napojów, które swego
czasu miały być dostawą do jakiegoś sklepu, ale oczywiście do celu nie dotarły.
Na drodze było słychać tylko chrupanie i rozmowy. Rekin opowiadał nam historię
z lepszych czasów. Jak okazało się, był kiedyś nauczycielem. Nie pasował
wyglądem do uczonego, a jak okazało się wykładał historię na uniwersytecie we
Wrocławiu.
Po
zapchaniu się chrupkami, paluszkami i innymi podobnymi wróciliśmy do pracy.
Byłem w zespole z Karoliną, oraz dwoma innymi chłopakami z Torunia.
- Zaraz wrócę – rzuciłem
tylko do nich idąc w stronę drzew. Nie pytali nawet gdzie idę, myśląc, że muszę
opróżnić brzuch z niedawno zjedzonego jedzenia, ale gdy tylko stracili mnie z
oczu przyspieszyłem. Poruszałem się tak, żeby nie zobaczyły mnie inne grupy,
dlatego szybko wbiegłem głębiej w las, żeby ominąć odcinki drogi, na których
pracowali pozostali ludzie. Nie mogłem być zauważony. Serce biło mi szybko i
wcale nie było to spowodowane biegiem. Starałem się nie myśleć o tym co
planowałem tylko po prostu to zrobić. Myślenie było największym zabójca planów
jaki istniał. Człowiek przewidywał różne scenariusze, te lepsze oraz te gorsze,
co kończyło się prawie zawsze źle.
Nie
miałem dużo czasu. Wiedziałem, że jak zajmie mi to zbyt długo to Karolina
zacznie się martwić i wyśle kogoś do lasu, żeby sprawdzić, czy nic mi się nie
stało. Przedzierałem się przez krzaki i zarośla, rozglądając się co jakiś czas,
czy nikt przypadkiem mnie nie zauważył. Po chwili wybiegłem od południowej
strony, widząc z niedalekiej odległości, pracujących ludzi z Pawłem na czele.
Zbliżyłem się ostrożnie tak, że oprócz paru krzaków i drzew, dzieliło nas co
najwyżej piętnaście metrów. Tak jak podejrzewałem dwójka jego kompanów
pracowała, a on sam robił wszystko poza pracą. Teraz stał przy aucie, oddalony
nieco od reszty i palił papierosa. To była moja okazja.
Podszedłem
jak najbliżej to było możliwe po czym rozejrzałem się. Znajdowałem się na
obniżeniu terenu, które schodziło łagodnym zboczem głębiej w las. Teren był
zarośnięty, co idealnie pasowało do mojego planu. Nie czekając na lepszy moment
gwizdnąłem po czym zacząłem szurać krzakami. Z daleka musiało to wyglądać jakby
ktoś przedzierał się przez chaszcze. Paweł prawie od razu zauważył, że coś się
dzieje. Podniósł się i spojrzał przez chwilę na swoich towarzyszy. Coś do nich
powiedział, ale nie usłyszałem ani słowa, a następnie ruszył w moją stronę z
pistoletem w ręce. Gdy był już naprawdę blisko zacząłem się powoli wycofywać,
wciąż robiąc przy tym dużo hałasu.
- Kto tam jest? Pokaż
się! – powiedział, nie krzycząc za głośno. Bał się, że jego towarzysze to
usłyszą i przyjdą mu pomóc. Tacy ludzie jak Paweł nie nadawali się do pracy
drużynowej. Chociaż wciąż go dokładnie widziałem zacząłem się coraz szybciej
wycofywać, bo on również przyspieszył.
- Zatrzymaj się! – zastanawiałem
się co chciał osiągnąć takimi słowami. Oddaliliśmy się już spory kawałek od
drogi, na której pracowaliśmy. Ciągle się wycofując schowałem się za jednym z
drzew. Wyciągnąłem broń, która była już wcześniej odbezpieczona. Słyszałem jak
zbliżał się do mnie z każdym krokiem. Nie wiedział jednak gdzie jestem.
Wychyliłem się delikatnie i zobaczyłem jak jest odwrócony do mnie plecami.
Trzymał w prawej ręce pistolet i rozglądał się.
Gwizdnąłem
raz jeszcze. Odwrócił się w moją stronę. Następne wydarzenia działy się
wyjątkowo szybko. Jak takie sytuacje mogą
dziać się tak szybko, zastanowiłem, w chwili, kiedy on spojrzał na mnie, a
z krzaków obok wyszła kolejna osoba. Staliśmy w trójkącie, ale ja byłem pewien
swego. Paweł obrócił się w swoje prawo żeby spojrzeć szybko na to kto oprócz
mnie tu jest, a ja wykorzystałem ten moment. Wystrzeliłem. Trafiłem go prosto w
twarz. Pocisk przeleciał z trzaskiem przez czaszkę zostawiając dziurę tuż nad
ustami i pod nosem. Paweł upadł, a ja usłyszałem tylko głośne jęknięcie i
odgłos zgniatanych ciężarem ciała krzaków. Po chwili dołączył do tego dźwięk
wciąganego głośno powietrza. Obróciłem się w stronę, w którą patrzył Paweł
przed śmiercią i zobaczyłem, że przy drzewie stoi jeden z robotników. W jego
oczach widziałem przerażenie i niedowierzanie. Ja jednak nie opuściłem broni.
Podszedłem do niego i trzymając się twardo swego patrzyłem jak cały drży.
- Ja… ja nic nie
widziałem. Też go nie lubiłem… błagam – jego głos drżał. Był tak
przerażony, że nie odsunął się nawet, gdy przystawiłem pistolet do jego twarzy.
-
Wybacz – powiedziałem
twardo, po czym pociągnąłem za spust – Nie
mogę zostawiać świadków.
Etykiety:
Apokalipsa 5,
Blog,
bobru,
Bombu,
Część piąta,
historia,
horror,
Kiciuś,
klimat,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 2,
survival,
szwendacze,
świadek,
zombie
wtorek, 29 listopada 2016
Rozdział 1: Czystość
Zaczynamy kolejny tom przygód Bobra. Po dosyć długiej przerwie czas wrócić do tego świata i dowiedzieć się co dalej. Akcja tego rozdziału dzieje się tydzień po akcji rozdziału 4.25. Obozy przygotowują się do ekspansji na wschód. Będzie to początek całego łańcucha zdarzeń, wokół których będzie się kręcić akcja tego tomu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i zapraszam do czytania :)
POV:
Bobru - Rozdział 1 - Dzień 1
??? - Dzień 1 - ???
??? - Dzień 1 - ???
-------------------------------------------------------------
Rozdział 1: Czystość (BOBRU)
Bar w
Inowrocławiu tętnił życiem. Ludzie starali się całkowicie uciec od
rzeczywistości. Każdy kolejny łyk piwa, sprawiał, że świat za murami stawał się
coraz bardziej odległy, a problemy malały, aż całkowicie znikały za alkoholową
mgiełką. To nie działa tak jak myślicie, pomyślałem,
Nie da się uciec od rzeczywistości.
Zanurzyłem usta w kuflu piwa i wziąłem porządny łyk. Wciąż byłem obolały i nie
do końca doszedłem do siebie po walce w Grudziądzu, na arenie Złomiarzy. Był to
jednak przełomowy moment. Zebraliśmy tak
wiele informacji o tym i przez te sześć dni przygotowywaliśmy wszystko do
kluczowego momentu w naszych życiach – przejęcia Płocka. Ben uważał to miejsce,
za świetny punkt strategiczny, Dziara widział korzyści w budowaniu nowych
szlaków, a Feline cieszyła się, że kolejny sojuszniczy obóz pojawi się w
okolicach Płońska. Dla nas jednak był to nowy start. Moja grupa dojechała już
do Inowrocławia i wszyscy byli gotowi na przejazd do nowego domu.
Dotychczasowe
obozy, w których byliśmy, zawsze miały jakąś wadę. Królowy Most był za słabo
broniony i nie miał wystarczającej ilości ludzi, Toruń przeżywał kryzys, a
życie w Potworze na pewnie nie należało do najwygodniejszych. Perspektywa
zamieszkania w nowym miejscu sprawiała, że optymistycznie patrzyłem w przyszłość.
Jonasz zdążył już wrócić razem z Dziarą do Torunia, zabierając ze sobą Wiktorię
oraz Michaela, których pomoc była nie do opisania podczas odbijania Feline. Ta
wraz z Olafem oraz jego ludźmi również opuścili Inowrocław wracając do siebie. W czasie całego planowania zakładania nowego
obozu wróciła ekipa stawiająca punkty strategiczne. Z przykrością usłyszeliśmy
informacje o tym, że Stado jest coraz bliżej, a Irek przepadł próbując uratować
kobietę z obozu Bena. Cieszyłem się jednak z powrotu reszty moich ludzi. To
musiała być dla nich ciężka podróż, bo wydawali się być jeszcze bardziej
wyniszczeni niż my.
Dwanaście
osób było planowaną pierwszą drużyną do wyjazdu do nowego miejsca.Wszystko wydawało się iść po naszej myśli. Złomiarze po otrzymaniu
poważnego ciosu w walce z Zszytymi, nie dawali znaku życia. Byłem pewien, że
mnóstwo z nich przeżyło, ale wiedziałem, że gdyby taki cios spadł któregoś dnia
na Toruńską Ostoję, to prawdopodobnie upadła by ona na dobre. To świadczyło
tylko o ogromnej liczebność i ogólnym zagrożeniu jakie sprawiała ta grupa.
Wciąż pamiętałem torturowanie przez Wandę, przywódczynie Złomiarzy. Byłem ciekaw, czy po tym co stało się na
Arenie wzięła moje słowa o Stadzie i Zszytych na poważnie.
Dopijając
ostatniego łyka odstawiłem butelkę i wstałem. Miałem zamiar spędzić ostatnie
wolne i spokojne chwile w tym obozie z moimi ludźmi, ale przy wyjściu wpadłem
na Konrada, jednego z ludzi Bena.
- Szef chce cię
widzieć – zapowiedział.
- Coś się stało? – zapytałem
lekko zachrypniętym głosem.
- Nie mam pojęcia, ale
w obozie jest spokojnie, więc to raczej nie to – odpowiedział.
- Zaraz przyjdę – powiedziałem.
- Wiesz, gdzie go
znaleźć – rzucił na odchodne, wskazując tunel prowadzący do laboratorium, a
następnie ruszył w stronę kościoła.
Byłem
pewien, że Ben będzie chciał dopiąć wszystko na ostatni guzik i powtórzyć plan,
chociaż czasami był tak zaskakującym człowiekiem, że można było spodziewać się
wszystkiego. Ruszyłem w stronę tunelu i po chwili byłem już w Korytarzu
Krzyków. Trupy jak zwykle przywitały mnie jęczącą aprobatą, uderzając bezsilnie
w szyby. Zastanawiałem się do czego mają doprowadzić te badania, bo szans na
wynalezienie antidotum nie widziałem, a do czego innego mogłoby służyć
trzymanie tych trupów, jak nie do tego. Wszedłem do laboratorium i od razu
rzucił mi się w oczy, siedzący przy lampce i czytając książkę Ben. Wiedziałem,
że mnie zauważył, ale nie dał tego po sobie poznać, póki nie usiadłem
naprzeciwko niego.
- King – zauważyłem
z zaciekawieniem.
- Smutne prawda? Mam
horror tuż za oknem, a wolę czytać jakieś wymyślone opowiadania z elementami
grozy – odpowiedział, widocznie obserwując moją reakcję.
- Wezwałeś mnie tylko
po to? Jutro czeka nas podróż, wybacz, ale muszę odpocząć – specjalnie
skróciłem jego grę, wiedząc, że jak dam się w to wciągnąć, to rozmowa potrwa
znacznie dłużej niż powinna. Uśmiechnął się pod nosem.
- Jesteś ciekawym
człowiekiem. Zdajesz się mieć tyle na głowie, a jednak robisz znacznie więcej
niż ktokolwiek inny. Co jest twoją motywacją? – zapytał.
- Moi ludzie. Ben, o
co chodzi? – zapytałem nieco zniecierpliwiony.
- Widzisz, po tym co
dowiedzieliśmy się o Złomiarzach mamy ogromną przewagę. Jonasz okazał się
kluczem do tej furtki i stoi ona teraz szerokim otworem. Z drugiej strony mamy
Zszytych. Baliśmy się ich, a oni nam pomogli. Wydaje mi się, że to również
twoja zasługa.
- Sugerujesz, że nimi
dowodzę? – zapytałem nie do końca wiedząc, do czego zmierza.
- Stwierdzam, że
jesteś niesamowitą osobą i to na tyle, że nawet ja nie potrafię tego rozgryźć.
Od kiedy jestem na tym wózku to jest całe moje życie. Analizy. Badam każdego,
zbieram informacje, tworzę sieć, odbudowuje. Robiłem to małymi krokami, ale
wtedy pojawiłeś się ty i zamiast iść na piechotę do celu, lecę tam, niczym
ptak.
- Jestem prostym
człowiekiem, kierującym się prostymi zasadami i wartościami. Niczym więcej Ben.
Widać
było, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zaśmiał się tylko. Spoważniał po
chwili i spojrzał mi prosto w oczy.
- Nieważne. Sieć jest
tworzona. Słyszałeś, że twój przyjaciel robi solidną robotę przy oczyszczaniu
dróg? – zapytał.
Chodziło mu oczywiście o Ernesta, który wraz z Rekinem i
paroma ludźmi z Torunia i Inowrocławia oczyszczał drogi z trupów i wraków aut,
żeby ułatwić przejazd. Bolało mnie jednak wciąż, że nie zdecydował się pojechać
dalej z nami, odcinając się i trzymając Torunia. Był ostatnią żywą osobą z
Białegostoku. Jednym z ostatnich ocalałych z Królowego Mostu. Ważnym elementem
w moim życiu, który zdawał się zacierać.
- Słyszałem. Mam
nadzieję, że jak najszybciej uda mi się załatwić sprawę w Płocku. Nie planujesz
po tym niczego większego, prawda?
Ben
chwilę wahał się z odpowiedzią. W końcu odchrząknął:
- Planów mam dużo. Ale
skupmy się na tych najbliższych. Stabilizacja i rozbudowa – Przekręcił się
i podjechał do stołu obok, gdzie stało dziwne urządzenie przypominające trochę
duży kalkulator. Zaczął coś na nim wystukiwać, kiedy coś zaszumiało. Sięgnął
bez patrzenia do paska i przystawił krótkofalówkę do ucha.
- Co jest? – zapytał.
- Spora grupa trupów.
Za parę minut będą u nas.
- Musicie ich wybić.
Nie możemy sobie pozwolić na takie stopniowe oblężenie. Gdy przyjdzie stado nie
będzie już tak łatwo – odpowiedział.
- Mogę im pomóc – stwierdziłem.
- Bobru zaraz do was
podejdzie. Poczekajcie na niego z jakimikolwiek akcjami. Bez odbioru – odrzucił
urządzenie na bok – Dziękuje raz jeszcze
za rozmowę. Wbrew pozorom potrzebowałem właśnie odpowiedzi na te pytania – odpowiedział
tajemniczo. Chociaż sam chciałem go zapytać o parę rzeczy, rozmowa zaczynała
mnie męczyć, a nie miałem siły na zagadki. Opuściłem laboratorium i mijając Korytarz
Krzyków wyszedłem wkrótce na świeże powietrze. Przy wyjściu wpadłem na Giganta
oraz Dymitra.
Dołączyłem
do nich nie zatrzymując się.
- Idziecie do bramy
głównej? – zagadałem.
- A coś się dzieje? – odpowiedział
pytaniem Gigant.
- Trupy. Spora grupa,
Ben kazał się tym zająć.
- Spoko – odpowiedział
Gigant i wspólnie przyspieszyliśmy kroku. Przed główną bramą zebrało się sporo
ludzi. Wszyscy obserwowali ulicę, na której zaczęły już pojawiać się pierwsze
trupy. Wśród ludzi od razu zauważyłem Garbusa, który podbiegł do nas.
- Jak wygląda
sytuacja? – zapytałem.
- Około czterdziestu
trupów. Nie mamy pojęcia jak prześlizgnęły się taką grupą w tę część miasta – odpowiedział
– Jakieś plany?
- Musimy ich odciągnąć
poza mury obozu. Gigant będzie na pierwszej linii, a cała reszta będzie go
osłaniać – zdążyliśmy podejść do pozostałych obrońców obozu – Potrzebuje dwójki ludzi, która pójdzie z
nami na zewnątrz. Reszta będzie osłaniała nas z góry z pistoletami. Gdyby nas
zaczęły otaczać strzelajcie, ale nie wcześniej! My postaramy się osłonić
Karola, jeżeli coś pójdzie nie tak. Wszyscy rozumieją?
Przytaknęli. Dwójka mężczyzn, w charakterystycznych strojach
strażników z Inowrocławia, zgłosiła się natychmiast. Zadziałaliśmy natychmiastowo i zebraliśmy się
przy wyjściu, gotowi na to, aż reszta zajmie pozycje na wieżyczkach, oraz przy
bramie, żeby ją szybko otworzyć i zamknąć. Zerknąłem przez ramię i oprócz
Giganta, Dymitra oraz dwójki strażników, w oczy rzucili mi się mieszkańcy,
którzy obserwowali akcję z daleka. Nie umiałem wyczytać emocji na ich twarzach.
Nie byli ani przestraszeni, ani uradowani. Patrzyli ze zmęczeniem na kolejną,
normalną akcję.
- Gotowi? – zapytał
Garbus zaciskając ręce na prętach bramy.
Kiwnąłem głową.
Brama
zajęczała gdy mężczyzna pociągnął za nią aby nas wypuścić. Odepchnąłem
pierwszego trupa stojącego najbliżej i pewnym ruchem wbiłem mu nóż w gardło,
odpychając kolejnego na bok. Wybiegliśmy na środek ulicy ustawiając się według
planu. Poczułem ciarki na plecach, kiedy Gigant przesunął pochwę miecza, tak
żeby go dobyć, a po chwili z świstem uwolnił ostrze. Było ostre i błyszczące
srebrną poświatą księżyca. Gigant dbał o nie jak o przyjaciela. Po śmierci
Szpiega nawet jeszcze bardziej. Odsunęliśmy się na około metr, żeby nie
przeszkodzić mu podczas zamachu. Ostatnimi czasy widywałem jak Gigant trenuje
walkę, przygotowując coraz to bardziej wymyślne cięcia, gotowy na każdą
sytuacje. Tak zaczął swój taniec i teraz.
Przeniósł
ciężar ciała na prawą nogę, zamachnął mieczem z góry, po czym zrobił piruet,
prowadząc ostrze na wysokości głowy i czysto ścinając dwie głowy naraz. My
dotrzymywaliśmy mu kroku trzymając się zawsze na bezpieczną odległość, ale on
radził sobie doskonale. Odskakiwał, doskakiwał, wyprowadzał krótkie cięcia, a
następnie przymierzał się do tych długich. Po około dziesięciu trupach,
wszystkich zabitych w całkowicie bezbłędnym stylu, przestaliśmy za nim nadążać.
Zdołałem nawet spojrzeć na mury Inowrocławia, na których strażnicy też opuścili
bronie i z zainteresowaniem patrzyli na pokaz. Ludzie, którzy wcześniej żegnali
nas ponurymi spojrzeniami, teraz stali za kratami bramy i chłonęli, jakże
rzadką w tych czasach, rozrywkę.
Trupy
ginęły w zatrważającym tempie. Każdy kolejny świst miecza, uwalniał fontannę
krwi i wiązał się z dźwiękami głucho uderzających o ziemię zwłok. Miecz
początkowo błyszczący czystością, teraz wyróżniał się karmazynową barwą. W
walce z trupami, szczególnie na otwartych terenach, Gigant nie miał sobie
równych. Na pewno w ciaśniejszym pomieszczeniu miałby problem z manewrowaniem
ogromnym mieczem, ale tutaj czuł się jak ryba w wodzie. Gdy na ulicy został
ostatni trup, który był kierowany zaprogramowanym instynktem zabijania,
wyglądał jakby zawahał się na chwilę nie wiedząc czy warto to ciągnąć dalej.
Gigant oczywiście nie zatrzymywał się i zdając sobie sprawę z tego, że jest
oglądany zamachnął się potężnie i przepołowił ostatniego przeciwnika na pół, od
głowy do krocza. Następnie odwrócił się w naszą stronę i wycierając ociekające
posoką ostrze uśmiechnął się.
- Wow – skomentował
krótko jeden z strażników, który wciąż nie mogąc uwierzyć w to co zobaczył,
wpatrywał się w Giganta. Podszedłem do niego i poklepałem go po plecach, dając
znak, że wykonał kawał dobrej roboty. To był mój człowiek. Czułem dumę i
bezpieczeństwo będą otoczony takimi właśnie ludźmi.
Wróciliśmy
w końcu do obozu. Brama została zamknięta, a ludzie powoli rozeszli się do
swoich przyczep i domków. Ja także ruszyłem w stronę domku, który Ben przekazał
nam na czas pobytu. Był to dwupiętrowy budynek, bardzo wygodnie umeblowany i w
pełni zaopatrzony. Czuliśmy się dzięki temu wyjątkowo i bardzo mi to odpowiadało.
Wygodne łóżka, dostęp do wody oraz elektryczność. Były to luksusy pierwszej
klasy w aktualnych czasach. W salonie, który było położony tuż za drzwiami
wejściowymi, siedziała prawie cała grupa. Pierwsza w oczy rzuciła mi się Ruda.
Podbiegła ona do Dymitra, aby go przywitać. Rude włosy miała związane w
warkocz, a w oczach było widać wesoły blask. Minąłem ich wraz z Gigantem aby
znaleźć jakieś miejsce do siedzenia. Kanapa jednak była zajęta przez Łowcę,
Medyka oraz Pablorda. Grali w karty popijając piwo. Jedynym nie pijącym był
Medyk, który traktował swoją rolę w zespole wyjątkowo poważnie, przez co bał
się, że w złym stanie przyjmie ewentualnego pacjenta. Gigant klepnął mnie po plecach, po czym
dosiadł się na fotel do Iki. Chociaż nie miałem jej okazji dobrze poznać, to
nie miałem nic przeciwko jej obecności. Miała dużą wiedzę i na pewno była
potrzebna do zarządzania żywnością i produkowania jej. Pamiętałem jak niedawno
mieszkała przez jakiś czas na Drugim Posterunku, gdzie pomagała rozwinąć obóz
Kapitanowi.
Na
uboczu przy oknie stał Krystek wraz z Mpd. Ten pierwszy palił, a drugi coś mu
opowiadał. Widziałem znużenie na twarzy Krystka. Po śmierci Magdy nie widziałem
uśmiechu na jego twarzy, a wiedziałem jak męczący potrafił być Mateusz. Nie mi jednak było oceniać takie, a nie inne
podejście Krystka. Pomimo paru mniejszych sukcesów ostatnie wydarzenia
porządnie dały w kość. Nikt nie miał specjalnie dobrych humorów. Minąłem ich i
podszedłem do ostatnich dwóch osób będących w domu – Łapy i Młodej. Siostry
siedziały obok siebie i o czymś rozmawiały. Otworzyłem oczy ze zdumienia, kiedy
zobaczyłem, że Łapa nie ma swojego charakterystycznego warkocza, a same, czarne
włosy, sięgały jej zaledwie do ramion.
Musiała to zauważyć, bo uśmiechnęła się do mnie. Jej
siostra spojrzała na mnie i zachichotała. Młoda po akcji w Płońsku stała się
bardziej otwarta. Od Olafa słyszałem, że podobno pomogła im, zabijając jednego
z Złomiarzy. Może w końcu ostatecznie planowała zaufać reszcie, tak jak ufała
swojej siostrze.
- Skąd ta zmiana? – zapytałem.
- Wszyscy się
zmieniamy, więc i ja coś w sobie zmieniłam – powiedziała tajemniczo.
- Tylko to?
- Nie – jej twarz
spoważniała – Możemy porozmawiać?
- Jasne… tylko
chwilkę. Chciałbym najpierw porozmawiać ze wszystkimi – nie czekając na jej
odpowiedź odwróciłem się i wszedłem na stolik, na którym leżały karty. Nie
musiałem długo czekać, aż w pokoju zapanowała cisza, a wszystkie oczy były
zwrócone na mnie.
- Chciałbym wam zająć
chwilę. Musimy ostatecznie doszlifować szczegóły. Przed jutrzejszym wyjazdem – mówiłem
powoli, sam nie wiedząc w stu procentach, jak to rozegrać. Nie wiedziałem do
końca z czym miałem do czynienia, a nie chciałem ustalać czegoś, czego nie
byłem w stanie wykonać – Na początku chcę
wam podziękować. To już ponad pół roku i chociaż znam niektórych z was dłużej,
a niektórych krócej to jesteśmy teraz jedną grupą. I cholera, osiągnęliśmy
zajebiście dużo. Ale nie mamy jeszcze swojego miejsca na ziemi. Płock może być
tym miejscem. Jutro zacznie się nowy epizod w naszych życiach i to jak potoczą
się najbliższe dni, zadecyduje o tym jak będzie wyglądał świat. Nasz świat.
Wszyscy słuchali mnie z przeróżnymi emocjami wypisanymi na twarzach. Nie było widać jednak żadnych negatywnych aspektów w tej wystawie przeróżnych min. Uznałem to za dobry znak.
- Co prawda nie ma tutaj wszystkich, ale Rekin dołączy do nas za jakiś czas, a z Józefem porozmawiam w stosownym momencie. Przechodząc jednak do sedna – kiedyś, za czasów Królowego Mostu, kiedy mieszkałem tam i nie rozumiałem jeszcze do końca zasad panujących światem zaatakowała nas grupa. Rozbili nas kompletnie i cudem odnaleźliśmy się w Toruniu. Moi przyjaciele skojarzyli moje wcześniejsze słowa i poszli właśnie tam, dzięki czemu są tu dzisiaj u mojego boku. To było szczęście. Nie możemy jednak na nie zawsze liczyć, więc chciałbym ustalić oficjalny punkt zbiórki w razie problemów. Nie znam terenów, na które się udajemy, więc powiedzmy, że ci, którzy w jakikolwiek sposób się odłączą postarają się wrócić tutaj, lub do obozu Feline. To będzie najlepsze wyjście. Ktoś ma jakieś za lub przeciw? – zrobiłem pauzę, ale ponownie nie spotkałem się z żadnym sprzeciwem – Cieszę się. Chciałbym wam też powiedzieć, że przez ostatnie miesiące – tutaj odkaszlnąłem, bo głos zaczął się robić chrapliwy – miałem różne podejście do życia i innych ocalałych. Raz byłem do nich
przyjaźnie nastawiony i płaciłem za to wysoką cenę, a innym razem byłem zły i
ostrożny, co spowodowało, że straciłem wiele szans. Chociaż może się wam to
wydawać niedobre, wolałem być twardy. Nie dawać szans na podejście, póki nie
byłem pewien, że dana osoba jest dobra. Teraz jednak odbudowujemy cywilizacje.
To ciężka i niebezpieczna misja, ale nie wykonamy jej sami. Nawet z obozami Dziary
oraz Bena i Feline. Musimy zbierać ludzi. Zbudować społeczeństwo i to wszystko
odnowić. Dlatego ostrożnie podchodźcie do ocalałych i starajcie się ich
przekonywać, a nie zabijać. To właśnie tego aktualnie potrzebujemy – po
tych słowach zrobiłem krótką pauzę i zszedłem ze stołu. Cała grupa zaczęła bić
brawo, a ja poczułem dreszcz, który czułem często w takich sytuacjach. Dreszcz
podniecenia i dumy. Emocjonowałem się takimi sytuacjami, które zazwyczaj
człowiek przeżywał raz na rok, albo oglądając na ekranach telewizora. Teraz
było ich dużo. Przemieszanych z walką.
W tym
momencie drzwi do domu się otworzyły i wszedł Józef. Przywitałem go uściskiem
dłoni.
- Gotowy do
jutrzejszej podróży? – zapytałem.
- Jak nigdy – odpowiedział
pogodnie.
- Znakomicie. Odpoczywaj.
Kolejne dni będą ciężkie, potrzebuje was w jak najlepszej formie.
- Tak zrobię – zapewnił
mnie, po czym ruszył schodami na górę, gdzie były sypialnie. Ja dzieliłem swoją
z Łapą oraz Młodą. Dziewczynom oddałem łóżko, a sam spałem na materacu na
podłodze. Odkąd jednak byliśmy w Inowrocławiu często budziłem się z rana, a
Łapa leżała przy mnie, zostawiając siostrę na łóżku.
Chcąc
jak najbardziej odpocząć zamierzałem udać się na górę, kiedy przypomniałem
sobie, że Łapa coś ode mnie chciała. Podszedłem do niej. Jej dolna warga drgała
i pocierała nerwowo rękoma, wiedziałem, że temat rozmowy nie będzie przyjemny.
Złapała mnie za dłoń i poprowadziła w głąb domu, do kuchni, którą teraz
nazwałbym raczej spiżarnią, bo jedzenie było wszędzie. Ben nie był fanem przetrzymywania
żywności w jednym miejscu, bał się, że jeden pożar może zniszczyć całe zapasy,
wiec rozłożył ją pomiędzy domami. Był to całkiem mądry ruch. Łapa odsunęła
pudło pełne konserw i usiadła na blacie stołu kuchennego. Spojrzała mi w oczy.
- Ostatnio sporo
myślałam. O wszystkim, o tym jak ukształtował mnie ojciec i ten świat. Później
poznałam was i krótko mówiąc spierdoliliście mnie – powiedziała to łagodnym
głosem, wiedziałem, że próbuje rozładować własne napięcie takimi powiedzonkami
i losowo wrzuconymi przekleństwami – Wpłynęło
to na mnie i to nie byłe jak. Nigdy nie będę taka jak Ruda czy Ika, ale chcę
się zmienić. Być bardziej ludzka.
Przełknąłem
ślinę. Kto by się spodziewał, powiedziałem
w myślach. Łapa zachowywała się dziwnie. Rzeczywiście stała się bardziej
ludzka, szczególnie po powrocie z Płońska. Lubiłem jej dzikość i charakter, ale
czułem, że jakby była bardziej łagodna, szczególnie dla pozostałych ludzi to
mogłaby być jeszcze ciekawszą osobą. Nie byłem pewien, czy jest do tego zdolna,
ale już po tych słowach wiedziałem, że próbuje. Nie przychodziło to jej z
łatwością, ale realnie wpłynąłem na jej charakter. To znaczyło dla mnie więcej
niż przemówienie, które zostało nagrodzone oklaskami. Więcej niż wszystko.
- Dlatego muszę
naprawić swoje błędy. Dotychczas olewałam ten bagaż, który nosiłam ze sobą.
Zabijałam kolejnych ludzi, okaleczyłam nawet brata Erniego. Zrobiłam wiele złych
rzeczy. Szczególnie tobie. Zawsze byłam głupią suką – jej głos zaczął się
załamywać, ale patrzyła na mnie dzielnie.
- Właśnie taką cię
polubiłem. Byłaś i jesteś niesamowita Łapo – odpowiedziałem ciepłym głosem.
- Aleksandro – poprawiła
mnie. Otworzyłem szeroko usta ze zdziwienia. Nim myśl zdołała dotrzeć do głowy
i zagnieździć się tam do zanalizowania, odezwała się ponownie – To moje imię. Nie używałam go. Nie nazywała
mnie tak nawet moja siostra. Czas na cholerne zmiany. Nie chcę być zapamiętana
jako Łapa. Ostatnią osobą, która nazywała mnie po imieniu był mój ojciec. Czas
żeby inne osoby mnie poznały z tej strony.
Nie
wiedziałem co powiedzieć. W końcu zdołałem wykrztusić.
- To… ładne imię…
Westchnęła.
- Muszę ci powiedzieć
coś bardzo… ważnego – powiedziała po chwilowej pauzie.
- Co takiego? – zapytałem
znowu, nie rozumiejąc do czego dąży ta rozmowa. Obserwowałem jak Ola próbuje
coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mogła wykrztusić słowa. To musiało być dla
niej trudne. W końcu przytuliła mnie. Poczułem zapach jej włosów, poczułem
ciepło jej twarzy. Drżała. Chciałem ją pocieszyć, ale nie wiedziałem, co
powiedzieć. Chciałem jej przekazać nieco uczuć, ale bałem się jak na to
zareaguje. Zazwyczaj nie lubiła większych emocjonalnych więzi. Chociaż była ze
mną, nigdy nie traktowała naszej więzi emocjonalnie. Bardziej rzeczowo. Bałem
się pomyśleć, co by było gdyby powiedział jej teraz, że ją kocham. Ale może
właśnie teraz był odpowiedni moment. Otworzyłem usta i zacząłem:
- Koch…
- To ja zabiłam
Natalię – powiedziała słabym głosem, jakby umierała. Chociaż powiedziała to
niewiele głośniej od szeptu, jej słowa rozeszły się po moim ciele, jakby były
wykrzykiwane mi prosto do ucha. Znieruchomiałem.
Etykiety:
Apokalipsa 5,
Blog,
bobru,
Bombu,
Część piąta,
czystość,
historia,
horror,
klimat,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 1,
survival,
szwendacze,
zombie
niedziela, 27 grudnia 2015
Plany, Informacje
Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
sobota, 28 lutego 2015
Rozdział 21: Za wszelką cenę
Rozdział 21, kolejny z perspektywy Magdy. Chyba najdłuższy rozdział w tym tomie. Mnóstwo akcji i spory zarys tego co będzie się działo z paroma bohaterami w kolejnym tomie. Dosyć brutalny rozdział, pełen zawirowań. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)
----------------------------------------------
Rozdział 21 (Magda): Za wszelką cenę
Łapa
wydawała się być całkowicie nieobecna, kiedy tłumaczyłam Miczi i Krystianowi
jaką dokładnie rolę odegrałam w planach Dziary. Zdradziłam im wszystko i
poczułam się niesamowicie, gdy cały ciężar mogłam rozłożyć również na kogoś
innego. Gdy skończyłam opowiadać o zniszczeniu barykady, Łapa ocknęła się i
spojrzała na mnie. W jej oczach było widać determinację.
- Więc jaki jest plan?
– zapytała.
- Wszystko już sobie
ułożyłam – powiedziałam – I myślę, że
zapłacimy Dziarze, za to co nam zrobił. Plan polega na tym… - zaczęłam, po
czym podzieliłam się z całą czwórką tym co układało mi się w głowie od jakiegoś
czasu. Nie było to jeszcze doskonałe i podczas opowiadania Miczi i Krystek
przerywali mi parę razy, aż w końcu udało się nam ustalić wersję finalną. Plan
był prosty, ale wymagał sporych poświęceń moralnych. Gdy podsumowaliśmy to po
raz ostatni, Miczi zapytała.
- Kiedy to
zrealizujemy?
- Hmm… myślę, że przy
najbliższej okazji, gdy coś dużego będzie się działo na terenie Ostoi – zaproponował
Krystek.
- Za trzy dni podobno
ma być egzekucja Jakuba i jakaś duża msza. Myślę, że to może być to! – powiedziałam,
zgodnie z tym, co powiedział mi jakiś czas temu Dziara.
- W sumie, wtedy
mielibyśmy wolne pole do popisu. Bo na kogo ostatecznie możemy wpaść w Kwaterze
Głównej, poza Dziarą? – zapytała Miczi.
- Właściwie na każdego
z Czerwonych Flar… - powiedziałam – Chociaż
z kolei wątpię żebyśmy na kogoś tam wpadli, jeżeli wybierzemy odpowiedni
moment.
- A jak wpadniemy na
Bobra? – zapytała Łapa.
- Tego się najbardziej
obawiam – stwierdziłam - jeżeli wpadniemy na kogokolwiek nieszkodliwego
to go ogłuszmy. Ale jak ktoś będzie agresywny nie bójcie się zabić – te
słowa brzmiały tak dziwnie w moich ustach, że nie byłam pewna tego, czy to na
pewno ja je mówię. Stałam się potworem, jednym z wielu przemierzających teraz
świat.
Po
chwili ciszy postanowiłam się dopytać.
- Wszystko jasne? Czy
ktoś ma jakieś pytania?
- Chyba muszę
powiedzieć Bobrowi, że opuszczam Toruń – powiedziała Łapa nieco nieobecnym
głosem, jak gdyby w ogóle nie słyszała mojego pytania.
- Tylko nie zdradź mu
naszego planu. Nie może o tym wiedzieć – powiedziała Miczi.
- Nie martwcie się…
jakoś mi się uda.
- Co robimy po
zrealizowaniu głównego założenia planu? – zapytał Krystian.
- Ty i Marta
poczekacie przy którymś wyjeździe i załatwicie nam drogę ucieczki. Wtedy
przynajmniej nie będziemy aż tak widoczni, jak bylibyśmy w piątkę i to z
dzieckiem – zaproponowałam.
- Może przy
południowym? Przejechalibyśmy Wisłę i uciekli na drugi brzeg przez most.
- Dobry pomysł – skwitowałam.
- Czyli wszystko mamy
ustalone? – zapytała Miczi.
- Myślę, że tak. Teraz
wracajcie do siebie i postarajcie się nie kręcić po mieście za bardzo. Jak
zacznie się akcja musimy wszyscy szybko się ze sobą spotkać, inaczej z planu
nici – powiedziałam.
Wszyscy
zgodnie kiwnęli głowami po czym powoli rozeszli się do siebie. Ja z Krystianem
i Martą poszliśmy na dół. Tuż przed pożegnaniem się z Łapą, szepnęłam do niej
na ucho.
- Nie rób niczego
głupiego, błagam.
Oczywiście mi nie odpowiedziała, bo na korytarzu z nami byli
dwaj strażnicy, którzy nie odstępowali nas na krok. Podczas akcji na pewno uda
nam się ich pozbyć, ale teraz wciąż stanowili problem i byli w stanie
kompletnie zniszczyć nasze plany, jeżeli tylko usłyszeliby coś, co później
przekazaliby Szeryfowi. Wydawało mi się, że Łapa kiwnęła głową, ale tego nie
byłam pewna. Zmęczenie dawało się we znaki, a pora była już późna, więc po
pożegnaniu się z Łapą wróciłam do swojego mieszkania razem z Krystkiem oraz
Martą. Z koców i poduszek ułożyliśmy młodej prowizoryczne posłanie i gdy
upewniliśmy się, że niczego jej nie brakuje to położyliśmy się spać w sypialni.
Rankiem
zjedliśmy śniadanie, podczas którego dyskutowaliśmy. Marta miała całkiem
ciekawe poglądy i informacje dotyczące Torunia i gdyby wpadła w ręce jakiejś
wrogiej grupy, na pewno byłaby cennym zakładnikiem. Opowiedziała trochę o tym,
jak wyglądała praca jej ojca i poznaliśmy wtedy sporo faktów dotyczących
funkcjonowania organu władz. Po zjedzeniu postanowiliśmy się przejść. Do
południa przesiedzieliśmy w najbardziej żywej części Ostoi, czyli szklarni, a
chwilę po południu poszliśmy do baru. W środku nie było za dużo osób, wszyscy
siedzieli w domach, bo pogoda była naprawdę paskudna, ale paru bywalcom to
zupełnie nie przeszkadzało.
Około
piętnastu minut po naszym wejściu, ku mojemu zdziwieniu, do baru wszedł Bobru.
Wyglądał dosyć kiepsko. Nawet mnie nie zauważył i skierował swoje kroki prosto
do barmana. Po chwili usiadł gdzieś w kącie z kuflem piwa i patrzył nieobecnym
wzrokiem gdzieś przed siebie.
- Myślisz, że to przez
Łapę? – zapytał Krystek.
- Jeżeli tak to
całkiem ciekawe. Myślałem, że ich związek to coś luźnego i nie zobowiązującego,
a jednak on wygląda jakby cały jego świat się rozpadł – powiedziałam.
- Z tego co mi
opowiadali, to on przeszedł naprawdę dużo jako przywódca tego obozu w Królowym
Moście. Byłaś tam? – dopytał Krystek.
- Nie, spotkaliśmy się
w drodze. W sumie cieszę się, że wpadłam akurat na niego, bo gdybym miała sama
wdrażać w życie plan odbicia brata, to raczej by mi to nie wyszło.
- Szkoda, że odchodzimy
od niego. Co prawda spotkałem go niedawno, ale kiedyś byliśmy kumplami. Trochę
źle się z tym czuję…
- Ja też kochanie, ale
on nie odejdzie z nami, a ja nie mogę czekać tylko dla niego z uratowaniem
brata. On jest tam sam, w podziemiach Kwatery Głównej… - to mówiąc
ściszyłam nieco ton głosu. Nie chciałam, żeby mnie ktoś usłyszał. Człowiek
Szeryfa wciąż siedział niedaleko.
Nagle
do baru wszedł Karzeł. Był mocno zasapany i wyglądał jakby przed czymś uciekał.
Podszedł do Bobra i coś mu wyszeptał na ucho, po czym wyciągnął go przed bar.
Serce zabiło mi szybciej. Czyżby okazja trafiła się nam tak szybko? Wstałam i
podążyłam za nimi, a za mną pobiegł Krystek oraz Marta. Deszcz ciągle padał,
więc od razu po wyjściu zderzyłam się z falą zimnej wody. Nie przeszkadzało mi
to, bo w mojej głowie działy się cudowne rzeczy. Czułam przypływ słodkiej
adrenaliny.
Biegliśmy
za Karłem i Bobrem, trzymając się w niedużym odstępie. Im bliżej wschodniej
granicy Ostoi byliśmy, tym więcej osób dołączało do pochodu. Coś się działo to
było pewne, ale co? Czy sytuacja będzie na tyle poważna, że będziemy mogli
wdrożyć nasz plan w życie? Po chwili nie mogłam się już normalnie poruszać,
więc złapałam Krystka i Martę za ręce i zaczęłam się przepychać przez tłum
ludzi. Bobru, Karzeł oraz czwórka strażników obserwowała coś, co działo się za
ogrodzeniem. Ludzie szeptali pomiędzy sobą, ale przez deszcz nie mogłam
usłyszeć niczego konkretnego.
W końcu Karzeł kazał nam
wszystkim się odsunąć, a następnie otworzyć bramy. Byłam mocno skołowana.
Czekałam ciągle na potwierdzenie, że sprawa będzie poważna i że wszyscy będą
zajęci nią podczas gdy my stąd uciekniemy. Gdy zobaczyłam grubego mężczyznę
przechodzącego przez bramę wraz z paroma nieznajomymi i związanym Ernim
wiedziałam już, że to jest to. Zaczęłam się wycofywać z tłumu, żeby jak
najszybciej dobiec do Miczi oraz Łapy. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tą
pierwszą przepychającą się przez tłum do mnie.
- Działamy? – zapytała.
- Tak – odpowiedziałam
szybko zanim strażnik Szeryfa do nas dobiegł – Krystian, wiesz co masz robić – odwróciłam się do chłopaka i
pocałowałam go – Powodzenia.
Wraz z
Miczi biegłyśmy, żeby nie stracić nawet sekundy cennego czasu. Strażnik biegł
parę kroków za nami. Wykorzystałam to, żeby porozmawiać z ciemnowłosą.
- Nie pomyśleliśmy o
jednym – zaczęłam.
- O czym? – zapytała
zdziwiona.
- Nasze rzeczy.
Zdążymy je zabrać po całej akcji?
- Cholera! Mam
nadzieję… - odpowiedziała.
- Tak czy siak, z tego
co dowiedziałam się od małej, to samochody są przygotowane jeżeli chodzi o
zapasy. W każdym jest zestaw koców, parę puszek żarcia, pistolet, oraz apteczka
– powiedziałam.
I na tym urwałyśmy rozmowę, bo byłyśmy już przy budynku
mieszkalnym. Wspięłyśmy się szybko na piętro, na którym mieszkała Łapa.
Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam, że strażnik Łapy stoi na warcie przed jej
drzwiami, bo oznaczało to nie mniej nie więcej, że Łapa jest w środku.
Zapukałam gwałtownie parę razy i po chwili zobaczyłam Łapę w pełnej okazałości
– jak zwykle ubraną na czarno, z ciemnymi włosami związanymi w warkocz, który
niczym wąż opadał na jej plecy.
Weszłam
bez wyraźnego zaproszenia do środka razem z Miczi, a mój strażnik dołączył do
swojego przyjaciela na zewnątrz. Łapa spojrzała na mnie pytająco, ale już
domyślała się jaki jest powód naszej wizyty.
- Co się stało?
- Wschodnia barykada
dała nam szansę! – powiedziałam z entuzjazmem – Zbłąkany Ocalały wpadł w ręce jakichś bandziorów i chyba to trochę
potrwa. Teraz możemy działać!
- Widziałyście tam
Dziarę? – zapytała Łapa.
Teraz zdałam sobie sprawę z tego, że Dziary tam nie
widziałam. Ale byłam już kompletnie przekonana do tego co trzeba zrobić i kiedy
to trzeba zrobić.
- Chyba kręcił się
gdzieś po placu. Zresztą nawet jak będzie w Kwaterze Głównej to nie powinien
stanowić dla nas żadnego wyzwania.
Łapa zawahała się na chwilę, ale po chwili kiwnęła tylko
głową i podeszła do szafki, z której wyciągnęła broń – pistolet oraz nóż. Oba
przytroczyła do paska po czym ruszyła w stronę drzwi. Tuż przed wyjściem
zatrzymała nas jednak Miczi.
- Co zrobimy z waszymi
strażnikami? – zapytała.
Chciałam
coś odpowiedzieć, ale Łapa przerwała mi.
- Zabijemy ich.
To była właśnie cała Łapa. Uśpiona podczas związku z Bobrem,
bycia członkiem rady oraz całego pobytu w Ostoi teraz budziła się, dzika jak
podczas podróży do Torunia. To było ciekawe i przerażające zarazem. Podeszła do drzwi i obejrzała się w naszą
stronę po czym przyłożyła palec do ust i uśmiechnęła się szeroko. Następnie
otworzyła gwałtownie drzwi i wtedy się zaczęło. Pierwszy strażnik nie zdążył
się nawet odwrócić. Był absolutnie zaskoczony, ale nie zdążył zareagować bo
Łapa ukąsiła go nożem prosto w szyję i po chwili leżał w rosnącej kałuży krwi
osuwając się plecami po ścianie na podłogę.
Drugi z
nich starał się szybko zareagować wyciągając broń, ale dopisało nam szczęście
bo broń utknęła w kaburze, co dało czas Łapie na wyprowadzenie ataku. Pchnęła
nożem w brzuch strażnika, ale ten jakimś cudem uniknął ataku i wymierzył cios
prawą ręką. Nie trafił Łapy w głowę, ale odepchnął ją i sprawił, że straciła
równowagę. Chciałam już pomóc, ale Łapa szybko się opanowała i uderzyła
ponownie, tym razem trafiając prosto w brzuch. Poprawiła potężnym kopniakiem w
szczękę i gdy upewniła się, że udało jej się zabić obu, wytarła nóż o spodnie.
Spojrzała
na mnie i z pewnością zauważyła przerażenie w moich oczach bo odezwała się.
- Koniec gierek z
Dziarą i jego przydupasami. Takich pionków nie ma nawet sensu oszczędzać. Nie
chowajcie ciał, nie mamy na to czasu.
Posłuchałam się jej i razem z Miczi ruszyłyśmy za nią. Szła
pewnym krokiem, ale nie biegła, tak jakby cieszyła się każdym pojedynczym
momentem tego co miało się stać. Naszym celem było odbicie naszego rodzeństwa.
Miałam nadzieję, że Krystek będzie w stanie przygotować nam drogę ucieczki.
Po
drodze mijaliśmy ludzi, którzy kompletnie nie zwracali na nas uwagi. Jedyne
czego się bałam to, to że mogłyśmy wpaść na Szeryfa, a gdy ten zauważy, że nie
z nami strażników może nas zatrzymać. Jego tak łatwo na pewno byśmy nie zabiły,
a nawet jeśli to szybko byśmy zostały złapane. Dlatego poruszałyśmy się
bocznymi uliczkami. Nasza trójka była zdeterminowana i jak widać dopisywało nam
szczęście.
Niecałe
pięć minut później stałyśmy już przed drzwiami Kwatery Głównej. Byłam
zdenerwowana, ale adrenalina pozwalała mi się utrzymać na nogach. Ręce mi
drżały, kiedy wyciągnęłam je żeby otworzyć drzwi, kiedy nagle Łapa złapała mnie
za rękę.
- Wejdź tam i zobaczy,
czy ktoś tam jest. Zostaw uchylone drzwi, usłyszymy, że coś się dzieje i
wejdziemy. Postaraj się to mądrze rozegrać Magda… proszę cię.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam. Teraz nadszedł czas,
gdzie ja musiałam wypełnić swoją część planu. Łapa pozbyła się ochroniarzy,
Krystian poszedł załatwić pojazd do ucieczki, a ja musiałam wkraść się do
kryjówki potwora. Odetchnęłam głęboko i licząc, że nikogo tu nie spotkam
otworzyłam drzwi.
Zanim
zdążyłam postąpić krok na przód wiedziałam, że ktoś tu jest. Słyszałam muzykę
grającą w tle. Przykryłam pasek, przy którym miałam pistolet bluzą i weszłam
zostawiając lekko uchylone drzwi. Moja pewność siebie nieco osłabła, bo moje
zadanie okazało się być znacznie trudniejsze niż powinno. Ale teraz nie mogłam
się już wycofać, musiałam to rozegrać mądrze. Zobaczyłam Dziarę siedzącego przy
stole z szklanką jakiegoś drogiego alkoholu koloru spłowiałego bursztynu. Gdy
mnie zauważył otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Nie wstał jednak, dalej siedział.
- Co ty tutaj robisz?
– zapytał. Był pijany, to była moja przewaga.
- Nie słyszałeś o tym
co się dzieje? Zbłąkany Ocalały jest pod jedną z barykad, jacyś bandyci…
- Ta… słyszałem. To
nie moja działka, niech Karzeł się wykaże, póki może – to mówiąc uśmiechnął
się paskudnie.
- Co masz na myśli?
Póki może? – zapytałam, podchodząc coraz bliżej Dziary i grając na czas.
- Plan. Nie pamiętasz
już? Za parę dni będzie trupem, a ja obejmę władzę. Muszę przyznać, że ostatnio
całkiem nieźle sobie radził, ale to nie zmienia faktu, że jest chujowym
przywódcą. A sam nie odda mi tego stanowiska.
- Jeżeli jesteśmy przy
oddawaniu, kiedy wypuścisz swoich zakładników? – zapytałam bezczelnie.
- Mówisz o trójce z
moich podziemi? Od razu po śmierci Karła, chociaż musisz przyznać, że podoba ci
się ta współpraca, co? – zapytał równie bezczelnie.
Nie
wiem co mnie bardziej zszokowało – informacja o trzecim więźniu, o którym
wcześniej nie słyszałam, czy fakt, że Dziara nie widzi jak bardzo go
nienawidzę. Nie chciałam jednak dać po sobie poznać, że wyprowadził mnie z
równowagi. Byłam nerwową osobą, ale teraz musiałam się trzymać.
- Skoro już tu jestem,
a ty tryumfujesz, może pozwoliłbyś mi zobaczyć się z bratem? – zapytałam.
- Niestety, nie ma
takiej opcji – powiedział – Wybacz.
Nie
miałam kompletnie pomysłu jak to dalej rozwiązać, więc musiałam przejść do
ofensywy. Wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam prosto w głowę Dziary. Byłam pewna
siebie do momentu, kiedy Dziara kompletnie się nie zdziwił moim zachowaniem, a
wręcz się uśmiechnął. Stara rana na nodze, którą zdobyłam w więzieniu odezwała
się znowu, kiedy moim ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia. On wstał i
podszedł do mnie, a ja starałam się nie opuścić pistoletu, chociaż ręka drżała
mi z przerażenia.
- Ani kroku bliżej.
Zabiję cię, jeżeli się zbliżysz – ostrzegłam, nie mogąc się doczekać, aż
Łapa i Miczi przyjdą mi z pomocą. Jak na zawołanie drzwi otworzyły się, a ja
odeszłam parę kroków do tyłu, stykając się plecami ze ścianą. Zobaczyłam jak
Łapa biegnie w stronę Dziary, a Miczi spokojnie zamyka drzwi. Dziara tym razem
widocznie się przestraszył, ale nie cofnął się, przygotował się do odparcia
ataku. Coś w rękach Łapy błysnęło szybko, ale nie zdążyłam się przyjrzeć, bo
dostałam od niego z pięści w brzuch i zwinęłam się na podłodze.
Zdążyłam
tylko zobaczyć jak sięga po pistolet, ale Łapa była już zbyt blisko i
korzystając z siły rozpędu kopnęła go w dłoń i pozbawiła broni. Niestety
kosztowało ją to utratą równowagi, co Dziara pomimo swojego stanu natychmiast
wykorzystał kopiąc ją w udo. Ta krzyknęła, ale nie przewróciła się. Zamachnęła
się nożem, próbując go trafić, ale ten,
podobnie jak pistolet, wyleciał z jej rąk po tym jak Dziara jej go wybił. To
dało jej chwili do namysłu i wykorzystała ją do wymierzenia kopniaka w brzuch
dowódcy Czerwonych Flar. Brzuch bolał mnie fatalnie, więc wiedziałam jak on się
teraz czuje. Dziara jednak nie upadł. Zgiął się tylko na chwilę po czym
przyspieszył i całą siłą natarł na Łapę wywracając ją. Usiadł na niej i
wymierzył jeden mocny cios w jej głowę. Ta próbowała się wyrwać, ale Dziara po
prostu był cięższy i silniejszy. Ja ciągle zwijałam się z bólu i już chciałam
wstawać, kiedy do akcji weszła Miczi.
Dziara raczej jej nie zauważył,
dlatego tak pewnie natarł na Łapę, za co teraz miał zapłacić. Miczi podeszła od
tyłu i wbiła mu nóż w prawy bok. Dziara zajęczał przeciągle, a Łapa wykorzystała
to i uderzyła go z dużą siłą w kroczę. Ten złożył się na boku, podobnie jak ja,
a Łapa wstała i kopnęła go w twarz. Plama krwi zaczęła rosnąć na jego ciele, a
on sam wypluł ząb na podłogę wraz z krwistą śliną. Wygrałyśmy. Miczi już
szykowała się do zadania kolejnego ciosu nożem, a ja wstałam, żeby też się
przyczynić do śmierci Dziary, ale Łapa nas zatrzymała.
- Nie róbcie… tego – powiedziała
dosyć stanowczo, oddychając ciężko.
- Co? – zapytałyśmy
właściwie razem.
- Nasza mała zemsta
będzie miała sens jeżeli to miejsce będzie dalej istniało. Jeżeli drugi dowódca
zginie za parę dni, a ten zostanie zabity przez nas to, to miejsce upadnie,
albo przywódcą zostanie Bobru lub ktoś inny z Czerwonych Flar. Zostawmy to tak
jak jest. Zwiążcie go, oczywiście nie przepuszczę okazji, żeby pamiętał do mnie
do końca swojego skurwiałego życia.
Posłuchałyśmy
jej i po chwili Dziara siedział przywiązany do krzesła, wciąż z raną kłutą na
boku. Łapa oparła się o stół pośladkami, tak, że była twarzą w twarz przed nim.
- Słuchaj cwaniaczku,
daruje ci życie, ponieważ mam w tym interes, ale uwierz, że gdyby nie pewna
osoba, to zapewne umierałbyś długo i w piekielnych męczarniach. Ale tego nie
zrobię, to ci mogę obiecać… - zaczęła mówić, ale nie usłyszałam reszty bo
pokuśtykałam do podziemi, żeby uwolnić więźniów. Rana w nodze bolała i
dokuczała przy każdym kroku, ale udało nam się. Gdy tylko zeszłam do znajomej
mi już piwniczki, sięgnęłam po lampę i przywołałam światło, na mroczne ściany i
klatki. Teraz rzeczywiście zauważyłam trzecią klatkę, które poprzednim razem
jak odwiedzałam to miejsce musiała być zakryta. Siedział tam łysiejący
mężczyzna, mający na oko jakieś trzydzieści lat. Nie miałam pojęcia kim on był,
ale wzięłam klucze i otworzyłam wszystkie trzy klatki. Gdy brat wylądował w
moich objęciach popłakałam się ze szczęścia, ale wiedziałam, że nie ma teraz
czasu na zbyt długie rozczulanie się. Musieliśmy uciekać.
- Tak się cieszę, że
cię widzę siostra… - powiedział wspinając się niemrawo po schodach. Siostra
Łapy była w podobnym, skołowanym stanie, ale mężczyzna trzymał się całkiem
nieźle. Podziękował mi, ale nawet się nie przedstawił, nie było zresztą na to
czasu. Zanim wspięliśmy się do głównej Sali Kwatery Głównej, usłyszeliśmy dwa
przeciągłe krzyki. Męskie krzyki. Łapa zaczęła.
Gdy
weszliśmy do pomieszczenia, w którym siedział przywiązany Dziara, Łapa bez
słowa ominęła mnie i wleciała w objęcia siostry. Trwały w nim krótko, a gdy
skończyły Łapa ucałowała siostrę w czoło, po czym rzuciła tylko.
- Zmywajmy się stąd.
Gdy mijałam Dziarę zrobiło mi się słabo. Zdecydowanie
zemdlał, ale nie dziwiłam się. W jego ustach były dwa kciuki. Jego własne
kciuki. Wyszliśmy z budynku w szóstkę. Mężczyzna bez pytania za nami podążał,
więc było jasne, że już nam zaufał, w końcu go uratowałyśmy. Poruszaliśmy się
szybko i za każdym razem, kiedy ktoś szedł uliczką przystawaliśmy na chwilę i
chowaliśmy się. W końcu Młoda, Marek oraz mężczyzna byli ubrani w jakieś szmaty
i od razu by wzbudzili podejrzenia. Poza tym ja kulałam, co również budziło
podejrzenia.
Gdy
byliśmy już niedaleko południowej barykady, więzienia, szpitala i paru innych
ważnych budynków, schowaliśmy się raz jeszcze, bo ulicą spacerowali strażnicy.
Jak na złość zatrzymali się na pogawędkę i wysikanie się, tuż przy uliczce na
której się chowaliśmy. Deszcz padał już nieco słabiej, więc wszyscy dokładnie
usłyszeliśmy o czym rozmawiają.
- Wymiana jest chujowa
Krzysiu… Szef chyba oszalał… - powiedział ten sikający.
- Stary Erni jest
spoko, dowozi nam ciągle nowych ludzi, a jego przyjaciele to też solidna firma.
Po mojemu to się opłaca… - odpowiedział Krzysiek.
- Chuja tam. Grubas
coś kombinuje i myślę, że może oszukać i Szefa i Bobra. W końcu po wymianie
Gruby zostanie tutaj, żeby pilnować tego wyrostka, który leży u nas na sali
operacyjnej . jak mu tam było? – zapytał strzepując ptaszka.
- Daniol, czy jakieś
takie coś. Dziwne imię – odpowiedział drugi.
- Dalion! Tak to było!
To ksywka czy imię, jak stawiasz? – odpowiedzi już nie usłyszeliśmy bo obaj
strażnicy się oddalili. Już mieliśmy iść dalej, kiedy Miczi zatrzymała się.
Odwróciłam się do niej.
- Co się stało? – zapytałam.
- Mam coś do
załatwienia, idźcie beze mnie. Jak chcecie poczekajcie, jak nie to jedźcie.
- Co? Jak to? Co się
stało?
- Po prostu idźcie.
Jeżeli rano mnie nie będzie po drugiej stronie mostu to jedźcie stąd – powiedziała.
- Co się dzieje? – zapytała
Łapa.
- Idźcie, muszę coś
zrobić – odpowiedziała Miczi.
- Chodzi o Daliona
prawda? – zapytała Łapa.
Zdziwiło
mnie to. Nawet ona wiedziała?
- Tak. Idźcie już
błagam, poczekajcie na mnie przy moście jeżeli możecie, jak mnie nie będzie do
rana to po prostu uciekajcie stąd.
- Pójdę z tobą – zaproponowałam
po czym odwróciłam się nie czekając na zgodę – A wy poczekajcie po drugiej stronie mostu. Jak ktoś was będzie szukał,
albo nie przyjdziemy do rana to uciekajcie.
- Nie wiem czy to
dobry pomysł… ale poczekamy. Postarajcie się uwinąć szybko – poprosiła
Łapa. Pożegnałyśmy się z resztą i obserwowałyśmy cicho jak odchodzą w stronę
południowej barykady.
- O co chodzi z tym
Dalionem? – zapytałam.
- Skurwiel musi
zapłacić za to co mi kiedyś zrobił. Obiecałam to sobie. Jeżeli jest w szpitalu
i to ledwo żywy to mamy przewagę. Chodź.
I
poszłam. Miczi prowadziła mnie i gdy w końcu dotarłyśmy do szpitala
wślizgnęłyśmy się po cichu do środka. Było tu sporo ludzi, ale nikt nie zwracał
na nas specjalnej uwagi. Miczi podeszła do jednego z lekarzy i zapytała o coś.
Ten spojrzał na nią podejrzliwie, po czym wskazał coś ręką. Ta podziękowała mu
i wróciła do mnie.
- Leży w sali pod
koniec korytarza. Myślę, że powinnyśmy zaczaić się do późnego wieczora, aż
trochę się tu uspokoi i wtedy go odwiedzić – powiedziała.
- Skoro tak mówisz – odpowiedziałam.
Poszłam za nią do jednej z toalet i tam czekałyśmy. Co jakiś czas wchodzili
tutaj ludzie, ale kabin było dużo i nie zwracali uwagi, że jedna jest zajęta od
paru godzin. Miczi wyglądała na zdeterminowaną, ale smutną. Strach było
pomyśleć, co ten człowiek musiał jej zrobić, żeby wywierać aż takie emocje.
Wydawało
mi się, że minęły całe dni, ale tak naprawdę nie mogło minąć więcej niż pięć
godzin, gdy w końcu Miczi poderwała się gwałtowanie i kiwnęła głową na znak, że
czas działać. Po cichu opuściłyśmy toaletę i wychyliłyśmy się na korytarz. Było
całkowicie pusto i panowała martwa cisza. Ruszyłyśmy po cichu w stronę
wyznaczonego przez lekarza pomieszczenia. Zastanawiałam się co mnie podkusiło,
żeby tutaj przyjść. Teraz na pewno znaleźli już Dziarę i on najprawdopodobniej
też tu był i jeżeli powiedział komukolwiek o tym co mu zrobiłyśmy to zginiemy
marną śmiercią.
Miczi
jednak się nie przejmowała. Weszła do środka po cichu niczym mysz i przepuściła
mnie. W łóżku leżał chłopak, który był młodszy ode mnie, a nawet od niej.
Wyglądał na góra piętnaście lat. Widać jednak było, że sporo przeżył, bo jego
brzuch był owinięty bandażem i opatrunkiem i nie miał jednej ręki. Przy łóżku
drzemał jakiś człowiek, który zapewne go pilnował. Zanim zdążyłam zapytać
szeptem Miczi, o to, co z nim zrobimy, zobaczyłam jak ta podchodzi do niego po
cichu i pewnym ruchem skręca mu kark. Nie chciałam nawet wiedzieć, gdzie się
tego nauczyła. Przytrzymała ciało, żeby te nie narobiło hałasu, po czym
przesunęła je w kąt pomieszczenia.
- Pomożesz mi go
przywiązać do poręczy łóżka? Nogi i rękę. Kikut może zwisać.
Posłuchałam jej i po chwili Dalion był przywiązany ciasno do
poręczy łóżka, ale dalej spał.
- Teraz postawmy łóżku
do pionu – poprosiła. Nie było to łatwe, bo Dalion jednak trochę ważył, ale
po chwili łóżko stało niczym totem przesunięte pod ścianę. O dziwo Dalion wciąż
spał, widocznie podali mu jakieś środki na sen.
- Teraz weź tą
kroplówkę ze stojakiem i poczekaj przy ścianie. Pewnie zaraz będzie gorąco, jak
ktoś będzie wbiegał to po prostu go zatrzymaj.
Ponownie zastosowałam się do jej prośby i biorąc stojak z
foliowym woreczkiem przywiązanym na górze, niedawno połączonym z ręką Daliona,
podeszłam pod drzwi i obserwowałam. Miczi rozebrała Daliona, rozrywając
nożycami chirurgicznymi jego ubrania, po czym gdy ten wisiał tak nagi i
żałosny, wzięła do ręki skalpel.
Wyglądała
jakby chwilę się zastanawiała nad tym, co chcę zrobić, ale po chwili
przycisnęła ostrze skalpela do klatki piersiowej chłopaka i zaczęła wycinać.
Tym razem ten się zbudził nie do końca wiedząc o co chodzi. Było jednak za
późno na reakcję, bo Miczi skończyła robotę i sutek Daliona upadł z ohydnym
plaskiem na ziemię. Zbierało mi się na wymioty i z trudem się powstrzymywałam.
Dalion krzyknął coś jak oszalały, a potem gdy zobaczył, że stoi przed nim Miczi
to krzyknął jeszcze głośniej. Usłyszałam odległe kroki na korytarzu.
Przygotowałam stojak, a Miczi sięgnęła po nożyce.
Tak jak
się spodziewałam umieściła pomiędzy nimi członka Daliona i już miała działać,
kiedy drzwi zatrzeszczały, a po chwili wypadły z zawiasów. Do pokoju wbiegł
gruby mężczyzna, Karzeł, Bobru oraz Erni. Gdy zobaczyli Miczi nie wiedzieli co
zrobić, ale gruby mężczyzna rozpędził się i zaczął szarżować w jej stronę. To była moja chwila. Przycelowałam stojakiem,
żeby go zatrzymać, ale okazał się być tak ciężki, że gdy tylko stojak dotknął
jego ciała, a ten poleciał w bok to usłyszałam chrupnięcie łamanej kości. Ból
był niesamowity i kolejny raz tego dnia upadłam.
Osiągnęłam
jednak swój cel, bo grubas leżał teraz w resztkach stołu, na którym wylądował
po moim odepchnięciu. Kolejny krzyk przeszył cały ośrodek, kiedy Miczi
sprawiła, że oba ostrza nożyc się spotkały, przecinając to, co miały na swojej
drodze. Fontanna krwi prysnęła na białą podłogę i Dalion drgał jeszcze chwilę w
przedśmiertnych spazmach, po czym znieruchomiał. W tym czasie Bobru, Karzeł i
Erni weszli do środka, ale gdy zobaczyli mnie natychmiast do mnie podeszli ,za
wyjątkiem dowódcy Ostoi, który próbował ogarnąć co się stało, ale po chwili
stracił równowagę ślizgając się na kałuży krwi i uderzając ciężko o posadzkę.
- Co… co tu się
dzieje? – zapytał Bobru.
Nie
odpowiedziałam. Bolało mnie straszliwie, ale próbowałam wstać. Erni mi w tym
pomógł. W tym czasie Gruby się podniósł, ale Miczi była szybsza. Wyciągnęła
pistolet i strzeliła w kolano grubasa. Ten upadł ciężko w kałużę krwi. Miczi
podeszła do niego i pociągnęła go za tłuste włosy tak, żeby widział jej twarz.
- Pamiętasz mnie
skurwielu? – zapytała słodkim głosem.
Nie zdążył odpowiedzieć. Po tym jak na jego twarzy
zamalowało się przerażenie Miczi wystrzeliła. Bobru podbiegł do niej i ją
złapał, ale ona się wyrwała i wycelowała do niego.
- Daj mi odejść.
Zemściłam się na nich, za sam wiesz co i dobrze wiesz, że to stałoby się
prędzej czy później. Teraz opuszczam to piekło. Chodź Magda! – zawołała
Miczi. Bobru odwrócił się w moją stronę, po czym spojrzał na leżącego Karła, a
następnie znów skupił swoją uwagę na Miczi.
- Chwila, odchodzicie
z Torunia? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałam
cicho.
- Z Łapą prawda?
Straciłem prawie wszystkich, a teraz tracę również was, tak? – zapytał
rozgoryczony. Wyglądał teraz naprawdę staro. Broda pokrywała całą dolną część
jego twarzy i była już równie długa, jak włosy na jego głowie. Jego postawa
była znacznie mężniejsza, a na koszuli wyraźnie rysowały się mięśnie.
-
Jeszcze kiedyś się spotkamy, jak też postanowisz opuścić to piekło Bobru.
Jeżeli cię to interesuje to jedziemy na południe. Nie wiadomo jeszcze gdzie,
ale jeżeli będziesz szukać, to znajdziesz. Bywaj i dziękuje za wszystko – powiedziała Miczi, po czym przeszła obok niego i
podeszła do mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć, sytuacja była bardzo smutna.
Bobru i Erni nie gonili nas jednak. Tylko obserwowali jak odchodzimy. A my
załatwiłyśmy wszystko co miałyśmy załatwić. Ręka, noga i brzuch bolały mnie,
ale to była i tak niewielka cena za sukces. Wyszłyśmy ze szpitala i
skierowałyśmy nasze kroki na południe. Zaczynał się nowy epizod naszego życia.
Toruń był przeszłością.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 3,
Blog,
bobru,
Bombu,
część trzecia,
historia,
horror,
Kiciuś,
klimat,
Magda,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 21,
survival,
za wszelką cenę,
zombie
Subskrybuj:
Posty (Atom)