Pokazywanie postów oznaczonych etykietą część druga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą część druga. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 września 2014

Rozdział 24: Przystań

Rozdział 24, przedostatni w tym tomie. Rozdział jest dosyć krótki i przedstawia ostatnią prostą w drodze Zbłąkanego Ocalałego do Torunia. O ile ten jest dosyć spokojny, chociaż też ma swoje momenty, to finał, moim skromnym zdaniem, będzie o wiele, wiele lepszy :) Tak czy siak zapraszam do czytania i proszę o KOMENTARZ oraz rozesłanie bloga znajomym

---------------------------------------------------------

Rozdział 24 (Miczi): Przystań


                Szymon przyjął Mpd i zapewnił mu opiekę medyczną. Z tego co się dowiedzieliśmy po chwili rozmowy okazało się, że chłopak jest w ciężkim stanie, co nie było dobrą wiadomością. Nawet ja nie przyjęłam jej dobrze, a co dopiero Pablord. Byli z Mateuszem papużkami nierozłączkami. Teraz życie jednego z nich było zagrożone i to mocno. Starałam się go jakoś pocieszać, ale jego urok całkowicie zgasł i został zastąpiony chmurami posępnego nastroju, który zresztą zawisł nad każdym z nas.
                Wciąż nie mogłam uwierzyć do końca w to co się stało. Okazało się, że Henryk był zwykłym oszustem. Kiciuś powinien go wywalić, kiedy był na to czas, ale nie mogłam go obwiniać. Sama niczego się nie domyśliłam, chociaż słyszałam te stukanie oraz widziałam dziwne zachowanie mężczyzny. Jego notoryczna chęć do przynoszenia nam rzeczy z bagażnika oraz ciągłe zdenerwowanie musiało być dosyć widoczne, ale kto by się spodziewał tego, że będzie przetrzymywał ledwo żywego, zarażonego syna w bagażniku?
                Obserwowałam przez brudną szybę, jak Pablord żegna Szymona i wchodzi do autobusu. Gdy wrócił Kiciuś wyszedł ze swojej kanciapy i opierając się ciężko o dwa siedzenia spojrzał na nas.
- Słuchajcie przepraszam was. Za tą całą podróż. Zbłąkany Ocalały miały być bezpiecznym miejscem, a podczas tej podróży taki z pewnością nie był – zaczął Kiciuś.
Wiedziałam, że słowa głównie są kierowane do Klaudii, która straciła siostrę. Spojrzałam na nią ukradkiem, ale gdy zobaczyłam, że obserwuje pozostałych pasażerów to odwróciłam wzrok.
- Tak czy siak dzisiaj wieczorem dojedziemy do Torunia o ile nie spotkamy dalszych problemów. Tutaj pojawia się moja propozycja – czy ktoś z was chcę zostać i poczekać na poważny transport z Czwartego Posterunku? – pytanie było zadane poważnym głosem, nie było mowy o żaratach.
                Słyszałam jak staruszek zamemłał coś pod nosem, ale nie usłyszałam dokładnie co, więc ciężko mi było odgadnąć jego intencję.
- Podnieście ręce, jeżeli macie na to ochotę, nie trzymam was tu na siłę. Z tego co wiem Czwarty Posterunek wysyła co parę dni ludzi do Torunia i z powrotem, żeby zdali raport, więc czas waszego przybycia na miejsce nie będzie mocno opóźniony, ale na pewno o wiele bezpieczniejszy – powiedział drgając niepokojąco ręką.
Ku mojemu zdziwieniu podniosły się dwie ręce. Zarówno staruszek jak i Klaudia bali się jechać dalej. Kiciuś nie ukrywał rozczarowania i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, ale ostatecznie przełknął ślinę i powiedział nieco zmieszany.
- Dobrze więc. Pablord was odprowadzi do środka. Przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że spotkamy się wszyscy bezpiecznie w Toruniu za parę dni – stwierdził odwracając się i wracając na swoje miejsce.
                Czekaliśmy jeszcze dobrą chwilę, aż Pablord załatwi wszystkie formalności i wytłumaczy ludziom z Czwartego Posterunku, dlaczego zostawiają ludzi tutaj. Gdy wrócił poczułam smutek. Nie z powodu jego powrotu, z tego raczej się cieszyłam, ale sam fakt jak w zaledwie dwadzieścia cztery godziny załoga zmalała z ośmiu osób do trzech był nieco przerażający. Zbłąkany Ocalały w końcu ruszył. Siedziałam z tyłu obserwując w ciszy Pablorda oraz widoki za oknem.  Zastanawiał się co by się teraz ze mną działo gdybym nie wpadła na dwójkę Czerwonych Flar i po prostu podróżowała dalej na własną rękę. Czy dotarłabym chociaż do połowy drogi?
                Autobus ruszył w końcu i szybko ciasne uliczki otoczone budynkami zamieniły się w pola i lasy. Co prawda nie robiło się jeszcze zielono, ale widać już było, że zima nie wróci, a przynajmniej nie w takiej sile jak dotychczas. Jadąc i rozglądając się po martwych polach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od dawna. Po błotnistej łące przebiegał teraz dzik. Nie widziałam żadnego zwierzęcia od tak dawna, że przez chwilę zastanawiałam się co to właściwie jest. Gdy w końcu to do mnie dotarło uśmiechnęłam się. Może to był dobry znak?
                Jechaliśmy około godzinę. Postanowiliśmy się zatrzymać na chwilę i zjeść coś. W końcu zapasów wciąż mieliśmy mnóstwo, a było nas tylko troje. Za oknami zaczął znowu kropić deszcz, więc czekając na Pablorda, który poszedł do bagażnika obserwowałam krople spływające po szybie. Kiciuś usiadł przy mnie i nie odzywając się ani słowem czekał na jedzenie. Zjedliśmy coś na szybko, nie chcieliśmy marnować czasu, zwłaszcza jeśli zapowiadało się na to, że dzisiaj dojedziemy do Torunia, a tam już wszystko powinno być w porządku.
                Gdy wrócił Pablord, otrzepał się z wody niczym pies, po czym podał każdemu z nas po puszce fasoli. Nie było to najlepsze jedzenie jakie jadałam, ale z racji iż potrzebowaliśmy sił na resztę podróży to zjadłam bez gadania. Miałam nadzieję, że w Toruniu wygląda to znacznie lepiej i zgromadzone tam zapasy będą o wiele smaczniejsze. Postój trwał w sumie około dwudziestu minut, rozmawialiśmy po cichu i chłopacy wprowadzali mnie w to, co możemy spotkać po drodze do Torunia, na ostatniej prostej do celu. Obawiałam się Gangu, o którym tyle mi opowiedziano i miałam nadzieję, że nie spotkam żadnych złych ludzi na mojej drodze.
                Wyruszyliśmy od razu po zjedzeniu, ponownie zatapiając się w ponurej ciszy. Przed naszymi oczami ukazał się rozjazd w dwie strony – lewą oraz prawą. Nie wiedziałam czy obie prowadzą do celu, ale Kiciuś z przekonaniem skręcił w prawo, więc miałam nadzieję, że podejmie dobrą decyzję. Przełamując się w końcu podeszłam do Pablorda.
 - Czemu pojechaliśmy w prawo? – zapytałam.
Chłopak odwrócił na mnie wzrok i wzdychając ciężko odpowiedział.
- Obie drogi prowadzą do Torunia, ta na lewo była szybsza, ale z tego co wiemy tam właśnie jest szansa na to, że spotkamy kogoś z Gangu – wytłumaczył mi szybko – Ta jest nieco dłuższa, ale maksymalnie jutro rano powinniśmy być na miejscu, o ile nie wpadniemy w tarapaty.
- Rozumiem – powiedziałam ruszając się niespokojnie na siedzeniu i nerwowo poprawiając pasek, do którego była przyczepiona maczeta znaleziona jakiś czas temu, jak jeszcze podróżowałam z resztą zespołu z Królowego Mostu – Właściwie chciałam też zapytać czy wszystko w porządku? Martwisz się o Mpd?
Kolejna chwila martwej ciszy nawiedziła nas, aż w końcu Pablord przemówił swoim niskim głosem.
- Martwię się cholera… On jeszcze nigdy nie był w takim niebezpieczeństwie, chociaż przeżyliśmy już całkiem sporo.
- Nie martw się – powiedziałam patrząc mu w oczy i uśmiechając się – Infekcja nie powinna tak szybko się rozejść po ciele. Myślę, że zdążyliśmy na czas z amputacją.
                Pablord odwzajemnił uśmiech. Polubiłam go i zaufałam mu, chociaż nie czułam do niego czegoś poważniejszego.  Był po prostu moim przyjacielem, takim jak za czasów Królowego Mostu był Bobru. Czasami się kłóciliśmy, ale ostatecznie trzymaliśmy się razem. Gdy wjechaliśmy do lasu zrobiło się jeszcze bardziej ciemno. Korony drzew, co prawda wciąż łysych przysłaniały pojedyncze promienie słońca, którym udawało się przebić przez przykrywające niebo chmury.
                Kiciuś starał się troszkę poprawić atmosferę cichym nuceniem piosenki, która jakiś czas temu była popularna. Teraz nie słuchało się już muzyki, a przynajmniej ja nie miałam takiej okazji, chociaż kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić dnia bez spędzenia paru godzin w słuchawkach.  Teraz jednak priorytety były inne i wiedziałam, że nie mogę liczyć na zbyt wiele, ważne, że miałam schronienie i stały zapas amunicji oraz jedzenia. Zaczęła mnie boleć głowa, więc oparłam ją o siedzenie i starałam się przysnąć.
                Wydawałoby się, że dopiero co przymknęłam oczy, kiedy autobus szybko zahamował i po chwili wylądowałam na podłodze, uderzając ciężko kolanami o twardą posadzkę. Pablord, który z kolei przeleciał dwa siedzenia do przodu zaklął pod nosem i spojrzał na drogę. Kiciuś zaklął o wiele głośniej wyrażając swoje niezadowolenie.
- Nosz kurwa. Apokalipsa zombie zniszczyła świat, ale barany dalej wychodzą na jezdnie, wtedy kiedy nie trzeba!
Z początku nie wiedzieliśmy o co mu chodzi, więc wstając ciężko podeszliśmy do przodu i wyjrzeliśmy przez przednią szybę. Zobaczyliśmy, w strugach deszczu, mężczyznę, który stał przed autobusem i machał rękoma, jakby nie zauważył, że już się zatrzymaliśmy. Kiciuś przeklinając go i sięgając po strzelbę, zwolnił blokadę drzwi. Zimne powietrze uderzyło do środka wywiewając stamtąd ciszę i specyficzny zapach.  Po chwili na pokład wszedł mężczyzna. Był na oko przed trzydziestką. Miał kozią bródkę, haczykowaty nos, oraz zamglone spojrzenie, które sprawiało, że wydawał się być myślami daleko stąd. Jego włosy sięgały mu do ramion, ale były spięte w prosty kuc. Miał na sobie płaszczyk przeciwdeszczowy, mały plecak, który wydawał się być wypchany po brzegi oraz normalne jeansowe spodnie. Pod ręką miał długi kij baseballowy oraz pistolet.
- Przepraszam, że tak wybiegłem, ale potrzebuje transportu, a słyszałem już co nie co o tym autobusie – powiedział. Jego głos brzmiał jakby miał chrypkę, ale poza tym nie wyróżniał się brzmieniem z tłumu.
- Mogłem cię przejechać idioto! – zaczął jak zwykle stanowczo Ernest – Nie widzisz, że pada? Wiesz jak ciężko jest zahamować?
- Przepraszam raz jeszcze, nie każ mi tego powtarzać. Chcę się zabrać do Torunia, czy jest taka możliwość?  - zapytał ruszając nerwowo kijem po posadzce.
- Najpierw odłóż broń i się przedstaw – zaproponował Kiciuś, głosem zimniejszym od wiatru, który nawiedzał nas jeszcze parę tygodni temu.
- Jestem Dymitr. Tak ruskie imię, ale jestem Polakiem. Pochodzę z Warszawy i próbuje się dostać do Ostoi od jakiegoś miesiąca. Pogoda jednak jest zjebana, jak nie deszcz to śnieg, więc jak już was spotkałem pomyślałem, że mógłbym się z wami zabrać! – powiedział praktycznie na jednym wdechu odkładając bronie na pierwsze siedzenie. Oddychał ciężko jakby biegł, więc zapytałam go z ciekawości.
- Uciekasz przed kimś?
- Jest apokalipsa dziewczyno! Wpadłem na grupkę tych sztywnych gówien i ledwo uciekłem. Są na drodze kawałek przed nami, prawdopodobnie będziemy musieli je załatwić, bo innego wyjścia nie widzę, chyba, że pojedziemy inną drogą – powiedział robiąc krok na przód.
- Ej, ej, ej! – zawołał Kiciuś przystawiając mu lufę do klatki piersiowej – Nie tak szybko kolego, jeszcze nie powiedziałem czy możesz wejść!
- No stary chyba nie zostawisz człowieka w potrzebie… - powiedział lekko przerażony tym faktem – Mam dobry towar mogę się podzielić.
                Kiciuś spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Chyba nie chcesz wchodzić z dragami do mojego autobusu?! – zapytał ze złością.
- Ej no stary, nie biorę tego od jakiegoś czasu. Po prostu podróżowałem z takim dilerem i on mi oddał jak go ugryzły zombie. Nie chcesz to nie – powiedział przywołując na twarzy uśmiech, który sprawił, że wyglądem przypominał jakiegoś demona.
- Dobra pakuj się bo przeciąg robisz – powiedział Kiciuś opuszczając strzelbę – Ale jeden numer i wracasz do repertuaru podróży pieszej! A broń dostaniesz po dojechaniu na miejsce, chociaż tam nie będzie ci potrzebna – dokończył siadając na jednym z tylnych siedzeń, niedaleko mnie i Pablorda. Drzwi zamknęły się i ruszyliśmy.
                Cisza zniknęła wraz z pojawieniem się Dymitra. Był to wesoły człowiek z luźnym podejściem do życia. Myślałam, że tacy już dawno zostali wybici lub dołączyli do armii żywych trupów, która pustoszyła świat.
- Królowy Most mówisz? Nie słyszałem o tym miejscu, ale skoro mówisz, że jest jeszcze dalej od Torunia niż Warszawa to szacun. Podróż tutaj była koszmarem – zwierzył się mężczyzna rozmasowując nadgarstki.
- Dużo osób podróżowało z tobą? – zapytałam.
- W sumie nikt na stałe. Uciekłem sam i trzymałem się sam, ale to ktoś powędrował ze mną kawałek drogi, to ktoś inny wędrował ze mną, aż do śmierci. Ogólnie nie miałem szczęścia do towarzyszy, albo to oni nie mieli go do mnie – powiedział uśmiechając się.
- Mam nadzieję, że na nas nie sprowadzisz żadnego… Mamy go już pod dostatkiem – skontrowałam. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Pablord włączał się co jakiś czas do rozmowy dodając swoje pięć groszy.  Nie chcieliśmy mówić nieznajomemu zbyt dużo, bo wciąż nie wiedzieliśmy jakim człowiekiem tak naprawdę jest.
                Po chwili dotarliśmy do miejsca, o którym mówił Dymitr. Na środku drogi stał rozbity wóz, do którego legło parę trupów. Tarasowały one skutecznie ciasną, leśną drogę, więc nie mieliśmy specjalnego wyboru. Wychodząc powoli na zewnątrz wzięliśmy nasze bronie i ruszyliśmy do ataku. Deszcz przestał padać, ale wciąż było mokro i wszędzie było pełno kałuż i błota. Wyciągnęłam ze świstem maczetę i z zapałem ruszyłam na trupy. Pierwszy z nich upadł po ciosie maczety, który dostał się do mózgu. Drugi, zastrzelony przez Kiciusia upadł za moje plecy. Pablord zabił kolejne dwa strzałami ze swojej broni po czym ruszył na trzeciego wymierzając prosto w jego głowę. Dymitr dołączył do walki. Kiciuś nie pozwalał mu brać broni palnej, bo wciąż nie do końca mu ufał, więc rusek wywijał jedynie swoim kijem. Szło mu to jednak dosyć sprawnie. Opracował taktykę, która polegała na powaleniu przeciwnika, a następnie zadaniu mu kilku celnych ciosów w czaszkę.  Zombie nie były, aż takim problemem, kiedy były w nielicznej ilości, dlatego szybko uporaliśmy się z problemem i ruszyliśmy dalej.
                Po paru godzinach jazdy Kiciuś postanowił się zatrzymać. Zbliżaliśmy się już do autostrady, a to jeszcze odcinek około dwudziestu-trzydziestu kilometrów od Torunia. Było jednak już ciemno i nie chcieliśmy ryzykować. Kiciuś pomimo sceptycznego nastawienia do nowego pasażera polubił go.  Siedzieliśmy teraz na tylnych siedzeniach autobusu, który został zaparkowany na uboczu, żeby nie przykuwał spojrzenia. Słuchaliśmy jeszcze historii Dymitra umilając sobie czas przed pójściem spać.
- Pierdolisz – skwitował to dosadnie Kiciuś.
- Mówię serio! Rzuciłem tym kijem i zabiłem typka, który próbował zaatakować mnie i mojego kumpla! – wykrzykiwał Dymitr.
- Nie da się tak rzucić – powtórzył Kiciuś pociągając z butelki wino, które piliśmy już jakiś czas temu.
- Pewnie, że się da! Na pewno, któreś z was już miało takie sytuacje! – powiedział Dymitr patrząc na mnie i Pablorda.
- W sumie ja kiedyś, jeszcze za czasów Królowego Mostu strzeliłam kolesiowi w szyję. Strzał był o tyle finezyjny, że nie przymierzałam spokojnie, po prostu przeładowałam, strzeliłam i zabiłam – opowiedziałam.
- Ha! – krzyknął radośnie Dymitr słysząc moją opowieść.
- To zupełnie dwie inne sytuacje. Strzał, a rzut kijem. Nie da się tak rzucić, żeby zabić, a już na pewno nie z odległości o jakiej mówisz – upierał się Ernest.
- Jestem mistrzem rzucania kijem! – zapewniał Dymitr biorąc kolejnego łyka.
                Wybuchliśmy z Pablordem śmiechem wyobrażając sobie jak rusek zamachuje się i powala jednym rzutem Kiciusia.
- Oj nie dam rady słuchać tych głupot, idę spać, wam też to polecam, jutro ciężki dzień – powiedział Kiciuś przechodząc dwa siedzenia dalej i opierając się wygodnie.
Ja, Dymitr i Paweł porozmawialiśmy jeszcze chwilę po czym też udaliśmy się do spania. Przy pierwszych promieniach słońca wyruszyliśmy. Jechaliśmy przez autostradę bez większych problemów i po zaledwie godzinie jazdy wjechaliśmy na tereny Torunia. Wszyscy byli w lepszych nastrojach niż wczoraj, nie wiadomo czy przez to, że od wypadku Mpd minęło trochę czasu, czy dzięki obecności Dymitra. Kiciuś i Pablord wiedzieli gdzie jechać, więc gdy tylko wjechaliśmy na przedmieścia Kiciuś czuł się coraz pewniej jadąc w znanym przez siebie kierunku. Gdy zobaczyłam z oddali skąpane w słońcu tereny starego miasta, czyli Toruńskiej Ostoi Ocalałych w moim sercu pojawiła się radość.
                Całe miasto było w całkiem niezłym stanie, wyglądało podobnie do Sierpca, gdzie znajdował się Czwarty Posterunek. Nie widać tu było za dużo zombie, żywych czy martwych, więc bez problemu dostaliśmy się na wschodnią część Starego Miasta, gdzie według Kiciusia był najdogodniejszy wjazd. Gdy tylko autobus został zauważony z daleka bramy od razu się otworzyły. Ciekawiło mnie po czym poznawali, że w środku jest Kiciuś, bo przecież nawet ktoś z Gangu mógłby przejąć ten pojazd i wjechać tu. Może byli pewni swoich ludzi i zabezpieczeń? Albo dostali w jakiś sposób informacje z Czwartego Posterunku. Tego nie wiedziałam i szczerze nie interesowało mnie to teraz.
                Ważne było tylko to, że dotarłam do celu podróży, gdzie miałam szansę spotkać się z kolejnymi ludźmi z Królowego Mostu. Nie mogłam się tego doczekać. Wjechaliśmy do środka przez bramę oraz otaczającą ją barykadę, na której siedzieli zamaskowani ludzie z broniami. Przed nami rozciągała się długa uliczka, znikająca mi z oczu gdzieś przy dużej katedrze, którą było widać już z całkiem daleka. Byłam zszokowana tym, że ludzie chodzili tu swobodnie po ulicach jakby nic się nie stało. Było ich mnóstwo, co zgadzało się z tym co mówił Kiciuś i Pablord.
                Wysiedliśmy z autobusu we czwórkę, parkując go w jednym z garaży przy wjeździe. Właściwie budynek, w którym zaparkowaliśmy, kiedyś musiał być kawiarnią, ale teraz został ewidentnie przemieniony na prowizoryczny garaż. Wróciliśmy na ulicę, gdzie czekało na nas dwóch mężczyzn. Obaj byli wzrostu Kiciusia, więc całkiem wysocy. Jeden z nich był z pewnością osobą z barykady, bo nosił charakterystyczną kamizelkę oraz bandankę. Drugi jednak był ubrany zupełnie inaczej. Prezentował się tajemniczo – nosił koszulę i kamizelkę, tylko jego była zupełnie inna, wykonana ze skóry i nosząca klimatyczne ślady użytkowania – na prawym boku była obdarta, a cały krój nie przypominał tej zwykłej noszonej przez Pablorda, czy mężczyznę obok.
                Dodatkowo chłopak, bo nie był dużo starszy ode mnie, sprawiał wrażenie niesamowicie pewnego siebie i silnego. Emanowała od niego taka aura. Miał średniej długości czarne włosy, niebieskie oczy oraz śladowy zarost porastający jego twarz. Miał odrobinę ciemniejszą karnację skóry, w tym skojarzył mi się z Alexem. Spodnie miał spięte pasem z potężną, metalową klamrą, a na nogach miał buty, które przypominały mi coś na podobieństwo glanów, chociaż nimi nie były. Poza tym był dobrze zbudowany i przywitał nas tajemniczym uśmiechem. Nie wiedziałam co mam zrobić, więc czekałam, patrząc jak mężczyzna podchodzi do Pablorda i Kiciusia i wita się z nimi serdecznie. Wyszeptał im coś do ucha po czym roześmiał się serdecznie.
- A kogo to moje oczy widzą? Kim jesteście? – zapytał podając dłoń Dymitrowi, a następnie muskając ustami moją.
- Jestem Dymitr i w sumie wszedłem na pokład autobusu wczoraj. Ale Toruń był moim celem od jakiegoś czasu – powiedział rusek uśmiechając się od ucha do ucha.
- A ja jestem Miczi. Przybyłam tu z Królowego Mostu i szukam moich przyjaciół oraz miejsca, gdzie będę mogła przetrwać – powiedziałam, spoglądając nieco speszonym wzrokiem na nieznajomego.

- Trafiłaś w dobre miejsce Miczi. Witam cię w Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Nie wiem czy już o mnie słyszałaś, ale sprawię, że na pewno usłyszysz – powiedział uśmiechając się tajemniczo pod nosem – Tak w ogóle, nazywam się Krzysztof, ale miejscowi mówią na mnie Dziara. Ale za dużo o mnie, pewnie jesteście zmęczeni, chodźcie za mną – powiedział ruszając w głąb Toruńskiej Ostoi Ocalałych.

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 23: Względne bezpieczeństwo

Rozdział 23, kolejny z perspektywy Natalii. Zobaczycie w nim drogę z Czwartego Posterunku do Torunia i związane z nią komplikacje. Poznacie też postać, która z pewnością trafi na listę waszych najbardziej znienawidzonych postaci. Zapraszam do czytania!

--------------------------------------------

Rozdział 23 (Natalia): Względne bezpieczeństwo


                Gdy wyruszyliśmy, słońce dopiero wspinało się po nieboskłonie. Szybko opuściliśmy Czwarty Posterunek i ruszyliśmy na północny zachód.  Wszyscy wypoczęci i zregenerowani, byliśmy pełni sił do ostatniego odcinka podróży. Nie wiedziałam co sądzić o ludziach z Czwartego Posterunku, pomimo, że przyjęli nas dobrze, to zdawało mi się, że traktują nas odrobinę jak więźniów.  Jeszcze prośba o przewiezienie tajemniczego mężczyzny do Ostoi, była czymś zdecydowanie dziwnym.
                Mężczyzna był skuty kajdankami z rękoma za plecami, oraz zakneblowany. Szymon prosił nas, żebyśmy nie wyjmowali mu knebla, bo informacje, które ma są ważne dla Toruńskiej Ostoi. Kusiło mnie jednak, żeby to zrobić. Tajemniczy mężczyzna obserwował mnie uważnie jednym okiem i spoglądał również na Giganta, który siedział obok  Młodej i Egzorcysty.
                Droga, która nam pozostała nie była długa. Zastanawialiśmy się, którą stroną pojechać, żeby dojechać tam bez żadnych problemów. Szymon polecił nam, żebyśmy zabrali się przejazdem nadziemnym, które prowadziło drogą prosto do Torunia. Zdradził nam również dokładne położenie obozu – znajdował się on na obszarze Toruńskiego Starego Miasta. Radził nam żebyśmy wjechali tam od wschodu i powołali się na niego przy bramach, gdy strażnicy zapytają nas co tu robimy.
                Jechaliśmy dosyć szybko, po zjedzeniu śniadania na Czwartym Posterunku nie musieliśmy się na razie martwić o jedzenie. Gigant siedział i ostrzył swój miecz. Pamiętałam przerażenie na jego twarzy jak ostrze utknęło w czterech trupach naraz pod ogrodzeniem Czwartego Posterunku i jak bardzo martwił się o to, że straci ukochaną broń. Całe szczęście ją odzyskał i dostał nawet strój policyjny, który kiedyś nosił, a stracił po wizycie w domu kanibala. Siedział teraz zadowolony i uśmiechnięty od ucha do ucha. Najstarszy, Medyk oraz Łysy nie podzielali jego radości. Byli na pewno smutni po stracie Yetiego, ale wydawało mi się, że Najstarszemu leży co innego na duszy.
                Ranna Kobieta, która przedstawiła nam się jako Ika, siedziała teraz i czytała książkę, którą pożyczyła od jednego z ludzi na Czwartym Posterunku. Odpoczywała. Ja spoglądałam na otaczającą nas drogę. Co mnie dziwiło, na odcinku, na którym jechaliśmy, było teraz sporo zombie. Co prawda nie blokowały drogi, ale gdy nas zauważały to od razu kierowały wzrok w naszą stronę.  Odsłoniliśmy już plandekę, ponieważ było znacznie cieplej i nie musieliśmy już chować się za nią, żeby nie czuć kąsającego, zimnego wiatru.
                Gdy siedziałam na tyłach i obserwowałam tyły naszego pojazdu podeszła do mnie Młoda. Usiadła przy mnie i dołączyła się do obserwacji.
- Wszystko w porządku? – zapytałam.
- Tak. Po prostu czuję się dziwnie, jedziemy do tego Torunia już tak długi czas, a teraz mamy w końcu tam dotrzeć i po prostu… - zaczęła niespokojnie.
- Nie martw się będzie dobrze – pocieszyłam ją, głaszcząc po długich czarnych włosach – Gigancie prawda, że damy radę? – zapytałam, aby jeszcze bardziej upewnić dziewczynkę w tym, że nic nam nie grozi.
- No pewnie! Jesteś z nami mała, ochronimy cię jeśli będzie trzeba – powiedział wesoło Karol, odkładając miecz na bok.
- Ja też jestem tu, żeby ci pomagać – dołączył się do rozmowy Najstarszy.
                Wtedy zobaczyliśmy, że nasz więzień zaczyna się miotać i próbuje wstać. Gigant odruchowo sięgnął po miecz, a ja przytrzymałam Młodą, która przerażona wtuliła się w moje plecy.
- Uspokój się kowboju, bo będę musiał cię uspokoić siłą – krzyknął z przodu wozu Łysy.
Mężczyzna jednak nie dawał za wygraną. Próbował zdjąć knebel barkiem, ale Gigant przytrzymał go i posadził z powrotem na krzesło.  Nasz więzień tupnął ze złością i zaczął coś krzyczeć przez knebel.
- Może pozwolimy mu mówić? – zaproponował Egzorcysta.
- Wątpię, żeby to było bezpieczne – powiedział Najstarszy.
- Możecie się w końcu zamknąć? Droga jest cholernie ciężka. Zostawcie więźnia tak jak jest, szef Czwartego Posterunku tak chciał więc uszanujcie to – krzyknął Łysy.
Wszyscy ucichli. Nie podobała mi się coraz bardziej napięta sytuacja. Niestety nie wiedziałam co zrobić, żeby ją rozluźnić. Spojrzałam na więźnia, a on wciąż patrzył na mnie. Na jego twarzy pojawił się grymas. Czy był na mnie zły? A może po prostu chciał się uwolnić, tego nie mogłam być pewna.
                Wszyscy ucichli i więzień również się uspokoił. Jechaliśmy w spokoju przez pół godziny, gdy przed naszymi oczami pojawiła się większa grupa trupów. Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy się zatrzymać, jeżeli nie chcieliśmy narazić wozu na kolejną awarię. Wysiedliśmy niecałe dziesięć metrów od pierwszego trupa. Było ich na drodze około piętnastu, więc nie spodziewałam się większych problemów.  Kręciły się w okolicach wraku kampera stojącego przy drodze. Gdy nas zobaczyły od razu zaczęły pełzać w naszą stronę.
                Nie chcąc ryzykować stanęłam przy Łysym, który pociągnął na start walki serią z karabinu, zabijając dwa zombie.  Sama przeładowałam pistolet i wycelowałam w jednego z zombie. Dopiero za trzecim razem trafiłam w głowę, ale w końcu padł, w bezpiecznej odległości od nas. Gigant oraz Najstarszy ruszyli do przodu, tnąc mieczem i toporkiem w każdego trupa, który się do nich zbliżył.  Egzorcysta trzymał się blisko nas i starał się podcinać trupy i  wystawiać je mi, do czystego strzału.
                Po chwili zostały ostatnie dwa trupy, które były przy Gigancie i Najstarszym. Jeden z nich rzucił się na Najstarszego i powalił go na ziemię. Gdyby nie szybka interwencja Giganta to prawdopodobnie Najstarszy zostałby ugryziony. Udało mu się jednak w miarę szybko strącić trupa i przeciąć mu głowę na pół. Drugiego dobił wywracając go i uderzając nim o beton, aż zgniła czaszka rozprysła się z jej zawartością na zewnątrz.
                Uradowani z sukcesu nie przeszukiwaliśmy nawet wnętrza vana. Po prostu odjechaliśmy dalej. Wróciłam na swoje miejsce na pace i czekałam cierpliwie, aż ruszymy. W końcu pojazd wystartował i po chwili byliśmy już znowu w drodze. Zaczęło się robić zimno, gdyż słońce powoli chowało się na horyzoncie. Nie mogłam się doczekać dłuższych i cieplejszych dni. Zakryliśmy plandeką tyły pojazdu i usiedliśmy. Podróż pomimo naszego wypoczęcia była bardzo męcząca. Wszyscy nie wiedzieli co ze sobą zrobić w jakże denerwującym oczekiwaniu na dotarcie do celu.
                Usiadłam w końcu przy Gigancie i zaczęłam dialog.
- Co myślisz o tym wszystkim? – zapytałam.
- O czym wszystkim? O Toruniu? Sam już nie wiem… Staram się być dobrej myśli – powiedział drapiąc się po brodzie.
- Wydaję mi się, że tam będziemy mogli zacząć od nowa, ale jest tyle niewiadomych… - wyżaliłam się patrząc na towarzysza.
- Na przykład? ­– zapytał.
- Ludzie, którzy tam będą. Czy nam pomogą czy zrobią z nami to co z tym mężczyzną?  Czy jest tam ktoś z Królowego Mostu? – zaczęłam wyliczanie długiej listy kwestii, które pozostawały dla mnie zagadką i odwiedzały mnie w myślach już parokrotnie.
- Daj spokój, jakby chcieli mogliby nas zabić już wiele razy. O ile ci z Posterunku rzeczywiście byli z Torunia, to jestem pewien, że zostaniemy tam mile przyjęci – zapewnił mnie Gigant – Zauważyłaś jak zareagowali jak usłyszeli, że jesteśmy z Królowego Mostu? Coś musi być na rzeczy. Nie zdziwiłbym się, naprawdę, jeżeli byśmy spotkali tam kogoś z naszych – powiedział uśmiechając się szeroko.
                Jego słowa jak zwykle mnie odrobinę podniosły na duchu i siedziałam już cicho. Po prostu czekałam. Więzień, siedzący naprzeciwko nas, ciągle się rzucał, ale ostatecznie spotykał się tylko z przekleństwem rzucany przez Łysego i uspokajał się.  Gdy dojechaliśmy jednak nad przejście nadziemne to zupełnie oszalał. Zaczął się rzucać i tupać, oraz starał się krzyczeć i zdzierać knebel. Nie wiedziałam o co mu chodziło, ale teraz nawet ja czułam niepokój.
- Ten pojeb jest szalony – skwitował Łysy zatrzymując pojazd – Zróbmy sobie tutaj małą przerwę, chyba trzeba będzie jednak z nim porozmawiać.
- Mogę pójść i spojrzeć na ulicę pod nami? – zapytała Młoda.
- Sama na pewno nie – odpowiedziałam szybko.
- Ja mogę się z nią przejść – włączył się Najstarszy.
- W takim razie się zgadzam. Tylko uważajcie, nie wiadomo czy nie ma tu zombie – powiedziałam obserwując jak dziewczynka i chłopak zeskakują z paki.
                Cały most był w całkiem niezłym stanie, chociaż leżało tutaj parę ciał zombie oraz trzy czy cztery ciała ludzi, którzy już nie żyli.  Nie ruszały się jednak, więc musiały być martwe. Nie widziałam jeszcze nigdy śpiącego zombie. Po opuszczeniu wozu przez Młodą i Najstarszego spojrzeliśmy wszyscy na więźnia. Widać, że obietnica zdjęcia knebla zadziałała, bo uspokoił się, chociaż dalej stukał nerwowo nogą. Gigant podszedł do niego z Łysym i wspólnie przykucnęli przed jego twarzą. Egzorcysta, Ika i Medyk obserwowali sytuację w ciszy.
- Jeden głupi ruch i pożałujesz, że czegokolwiek spróbowałeś, rozumiesz? – zapytał Łysy.
Więzień pokiwał głową.
                Gigant podszedł i zerwał knebel z jego ust po czym odsunął się ostrożnie, jakby uwolnił jego ręce, a nie usta. Mężczyzna odcharknął i splunął gęsto na zewnątrz.
- W końcu poszliście po rozum do głowy – przemówił, wciąż zachrypniętym od nieużywania głosem.
- Co masz na myśli? – zapytałam ze zdziwieniem, patrząc jak pozostali obserwują postać.
- Jestem Łowca. Tak mnie nazywają. Tak mnie nazywał Bobru i cały jego zespół, który jest w okolicy. Oni także jadą do Torunia i was szukają! A teraz dajcie mi się wysikać bo przysięgam, że ten wóz zostanie podtopiony przez mój przepełniony pęcherz! – krzyknął Łowca na jednym wydechu po czym wstał.
                Nie wiedziałam co powiedzieć. Gigant też opuścił wymierzony w Łowcę miecz i otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Bobru tu jest? Ten człowiek z nim podróżował? O co w tym wszystkim chodziło? Czy to był żart, którym mężczyzna próbował uśpić naszą czujność? Informacje, które właśnie pozyskałam były tak szokujące, że przez chwilę nie wiedziałam czy się roześmiać czy to przemilczeć. W końcu zdecydowałam się na to drugie. Wtedy odezwał się Gigant.
- Kto jeszcze z tobą był? – zapytał.
- Nie odpowiem na nic, jeżeli się nie wysikam – stwierdził Łowca.
- Czy te wiadomości są ważne? – zapytał Łysy, najwyraźniej zbity nieco z tropu.
- Bardzo ważne – odpowiedziałam – Niech ktoś z nim pójdzie. Muszę jak najszybciej usłyszeć więcej.
- Ja to zrobię – zgłosił się Łysy – No dalej kolego, wybacz mi za te krzyki i choć w krzaki. Rozepnę twoje kajdanki na chwilę, ale jeżeli będziesz agresywny to zapłacisz za to życiem. Jeden gwałtowny ruch… - ostrzegł Łysy, podchodząc i rozpinając kajdanki z rąk Łowcy. Łowca wyciągnął się i rozmasował obolałe nadgarstki po czym spojrzał na mnie.
- Bobru miał co do ciebie rację – powiedział z uśmiechem opuszczając wóz razem z Łysym. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam, że Najstarszy trzyma za rękę Młodą i pokazuje jej coś z uśmiechem na dole.  Gdy tylko Łowca i Łysy zniknęli w krzakach nie wytrzymałam.
- Dlaczego ludzie z Czwartego Posterunku nie chcieli nam o tym powiedzieć?
- Myślę, że wiedzieli, iż dowiesz się o ostatniej lokacji, gdzie widziano twojego przyjaciela i tam od razu pojedziesz – zgadywał Medyk – I mam nadzieję, że tego nie zrobisz…
- Spokojnie, jeżeli to co on mówi jest prawdą to Bobru jest w drodze do Torunia – powiedziałam uśmiechając się na samą myśl o tym fakcie.
- Myślicie, że kłamie? – zapytała Ika.
- Wątpię. W jego obecności nie mówiliśmy ani razu o Bobrze. Zaraz jak powie kogo jeszcze miał w grupie, prawdopodobnie potwierdzi to, że nie kłamię. W sumie teraz jak zdjęliśmy mu knebel to zacząłem go postrzegać jako innego człowieka – powiedział Gigant podpierając się o miecz.
- Jakiego dokładnie? – zapytał Egzorcysta.
- Lepszego. Nie skoczył na nas od razu z wyzwiskami chociaż poniżaliśmy go przez całą drogę. Nie skupił się na niczym innym niż informacje, które są dla nas ważne – powiedział Gigant.
                Miał rację. Łowca miał to coś co sprawiło, że był interesującym człowiekiem. Wydawało mi się nawet, że mówił prawdę, ale mimo wszystko nie ufałam mu w pełni. Musiał zrobić coś przez co ludzie z Torunia go pojmali, więc nie ufałam mu do końca.
                Nagle usłyszałam krzyk Młodej. Serce prawie mi stanęło ze strachu. Wybiegłam jak poparzona z wozu razem z resztą, aby zobaczyć straszną scenę. Młoda trzymał jakiś mężczyzna w długim płaszczu i z bandaną zasłaniającą większość twarzy. Przez chwilę myślałam, że to ktoś z Torunia, ale nie widziałam nigdzie charakterystycznej naszywki ze skrótem „T.O.O”.  Dodatkowo mężczyzna przykładał jej pistolet do głowy i spoglądał na nas oczami, w których z daleka było widać dziwny błysk. Oprócz niego na moście stało dwóch innych, którzy trzymali Najstarszego. Po chwili zauważyłam jeszcze jednego, który prowadził zombie na smyczy, jakby był jego zwierzątkiem.
- Świetnie trafiliśmy. Dobrze wyposażone auto przyda się naszej społeczności – powiedział ten, który trzymał Młodą. Właściwie wszyscy wyglądali tak samo, ale ten gestykulował jedną ręką, więc po tym poznałam, że to właśnie z pod jego bandany wydobywa się głos.
                Staliśmy jak wryci. Skąd ci ludzie się tutaj wzięli?
- Zostaw dziewczynkę i naszego człowieka. Podróżujemy do Torunia. Szukamy tam schronienia i nie chcemy walki – krzyknął Gigant, lekko zdenerwowanym głosem.
- Zostawić was? Jedziecie do Torunia? Och to takie smutne – mężczyzna wybuchł śmiechem – Nawet nie próbujcie podnosić broni bo dziewczynka od razu umrze, a chłopak chwilę po niej. Widzę, że wam na niej zależy! – już po samym głosie wydawał się być szalonym człowiekiem.
- Jak się nazywasz? – zapytałam drżącym głosem.
- O kolejna odważna! Ta mała to twoja siostra? Ładna jest, mogłaby być maskotką Gangu! – powiedział śmiejąc się obleśnie.
- Spytałam cię o coś! – powiedziałam czując, że puszczają mi nerwy.
- Spokojnie dziewczynko. Jestem Jan i przewodzę grupie zwanej w okolicy Gangiem. Jeżeli nie oddacie nam wozu zabieramy tą dziewczynkę – powiedział z pewnością w głosie.
- Niczego wam nie oddamy. Nie docenianie nas! Zginiecie wszyscy jeżeli za chwilę nie odejdziecie stąd jak najdalej od nas! – krzyknęłam. Wiedziałam, że na tyłach jest Łowca oraz Łysy i o ile Łowca nie był jednym z nich to mieliśmy dużą przewagę.
- Spróbuj podnieść broń o milimetr, a mózg dziewczynki będzie się ciągnął stąd do Torunia – powiedział szarpiąc Młodą, która ze łzami w oczach zapłakała głośno.
                My nie podnosiliśmy broni, ale miałam nadzieję, że zaraz pojawią się strzały Łysego. Niestety nie słyszałam nic. Czas mijał, a na moście zapadła nieprzyjemna cisza. Nagle przerwał ją krzyk. Jeden z mężczyzn trzymających Nieznajomego został ugryziony w rękę po czym potraktowany „z byka”. Najstarszy podniósł się i zaczął szarżować na drugiego, ale nagle został sprowadzony do poziomu przez drugiego oprawcę. Gdy leżał kopnęli go jeszcze parę razy. Jan w tym czasie ciągle pokazywał, że w mgnieniu oka może zabić Młodą, więc nikt z nas nie odważył się zacząć strzelać.
- Widzę, że ktoś tutaj jest zbyt odważny. Co chcesz się popisać przed dziewczyną chłopcze? Ruchałbyś ją co? Widzę to w twoich oczach – Jan zarechotał patrząc na leżącego Najstarszego – Zaraz dam ci okazję do popisania się. Wypuść na niego sztywniaka! – rozkazał mężczyźnie trzymającego zombie i sam wycofał się odrobinę do tyłu, do lewego zejścia z mostu na dół.
                Zombie puszczony od razu rzucił się na leżącego Nieznajomego i spróbował go od razu zabić. Na szczęście Najstarszy zareagował i wymierzył zombiakowi kopniaka obunóż, który na chwile wytrącił go z równowagi. Zobaczyłam jednak, że nim zdążył wstać i zamachnąć się pięścią, zombie ponowił atak i po chwili obserwowałam jak Najstarszy upada razem z zombie i odpycha go od swojego brzucha. Chciałam, naprawdę chciałam zacząć strzelać lub jakkolwiek inaczej mu pomóc, ale nie mogłam. Ten człowiek trzymał Młodą. Była dla mnie teraz jak siostra i nie mogłam skazać ją na śmierć.
                Obserwowaliśmy więc bezsilnie jak zombie zatapia zęby w okolicach brzucha Najstarszego i cichej złości spoglądaliśmy na Jana, któremu najwyraźniej się to podobało. Najstarszy jednak nie stracił ducha walki. Podniósł się i zaczął atakować trupa pięściami, szybko i ze złością, co doprowadziło do tego, że trup wywrócił się i zbierał kolejne uderzenia. Wtedy usłyszałam strzały, byłam pewna, że to Łysy, ale był to Jan.
- Wasz kolega niszczy mojego pupila – powiedział strzelając do niego trzeci raz z rzędu – Nie podoba mi się to.
                Najstarszy upadł powoli umierając. Złość gotowała się we mnie razem z nienawiścią. Marzyłam tylko o śmierci tych ludzi, ale nic nie było takie proste. Słyszałam jak Medyk z tyłu puszcza wiązankę przekleństw, ale dalej nie podnosi broni.
- Chyba zabiłem wam przyjaciela… Smutno wam? Teraz widzicie, że ze mną się nie zadziera! – wykrzyknął jakby z dumą.
- Ty pierdolony psychopato! – krzyknęłam celując w jego stronę.
- Uhuhu! Ktoś tu się zdenerwował. Masz okres czy jak? Opuść broń, albo dziewczynka zginie – powiedział Jan patrząc na mnie bezczelnie.
Opuściłam broń, dalej nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Powtórzę jeszcze raz tępa dziewczyno, albo dajesz nam wóz i daję wam odejść, albo zabijam dziewczynę, a potem was. Właściwie dziewczyna mi się podoba więc zostanie ze mną bez względu na twoją decyzję – powiedział Jan.
                Wtedy padły strzały. To był Łysy. Wybiegł z lasu kawałek za mostem i wycelował zabijając  jednego z oprawców Najstarszego. Następnie wycelował w Jana, ale dostał w rękę, a następnie w bark. Zatoczył się do tyłu i upadł na trawę. To była nasza szansa. Wymierzyłam w Jana i oddałam strzał. Nie trafiłam jednak, celowałam za wysoko bo bałam się trafić Młodą. Medyk i Egzorcysta strzelali w stronę mężczyzny trzymającego zombie oraz drugiego oprawcy Najstarszego. Ten pierwszy zginął od strzału w głowę, ale drugi zaczął strzelać. Osłaniał Jana, który ciągnąc Młodą schodził pod most, na ulicę pod nami. Widziałam, że Łowca dorwał się do karabinu Łysego i mierząc zabił ostatniego na moście.
                Przerażona rzuciłam się biegiem za Janem, który zbiegł pod most i wciąż słyszałam krzyk Młodej. Wychyliłam się za barierkę, ale nie zobaczyłam go. Czy naprawdę uważał, że ukryje się przed nami pod mostem? Egzorcysta i Gigant biegli za mną, Medyk pobiegł w stronę Łysego i Łowcy, a Ika podbiegła do Najstarszego. Biegliśmy ile sił w nogach do odpowiedniej krawędzi mostu. Gdy dobiegliśmy do zejścia usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika. Jan musiał mieć tutaj jakiś pojazd!
Rozejrzałam się i kazałam komukolwiek stanąć na moście, aby zobaczyć gdzie pojedzie. Wyjechał motocyklem tuż przed naszymi nosami, kierując się na południe, w stronę biegnącej kawałek stąd rzeki. Bałam się strzelać, bo mogłam trafić Młodą, lub spowodować wypadek, w którym by zginęła. Krzyknęłam z bezsilności. Wrzeszczałam jak oszalała. Gigant ze złością wbił miecz w ziemię i zaklął. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
                Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Nie mieliśmy jak go gonić. Zjazd na ulicę pod nami zająłby zbyt długo i w życiu nie trafilibyśmy ponownie na jego ślad. Ze smutkiem spojrzałam na oddalającą się na południe sylwetkę i wbiegłam szybko na most, żeby zobaczyć co z Łysym i czy Najstarszy jeszcze żyje. Tyle strat przez jeden głupi postój. Nie wiedziałam, czy kogoś za to winić, w końcu każdy z nas chciał się zatrzymać z jakiegoś powodu.
                Łysy był w kiepskim stanie, ale żył. Medyk starał się przenieść go na pakę wraz z Łowcą, a ja podeszłam do Najstarszego. Po chwili pojawił się przy mnie Egzorcysta, oraz była tutaj Ika. Spojrzałam na jego twarz i zrozumiałam, że to jego ostatnie chwilę i cierpi. Spojrzałam na Egzorcystę, a ten kiwnął głową. Wyszeptał coś pod nosem i zdejmując różaniec z szyi wcisnął go w ręce umierającego. Wiedziałam, że powinien zrobić to ktoś inny, ale czułam powinność. Wyjęłam pistolet i celując w jego głowę wyszeptałam.
- Wybacz.
                Strzał było słychać w całej okolicy. Było przed chwilą cicho, a on spadł niczym grom. Ocalił tez Najstarszego przed długimi męczarniami. Było mi źle z tym co się stało i z tym co straciliśmy. Bez słowa wróciłam do wozu chcąc pocieszyć Młoda, ale zapomniałam, że to właśnie ją zabrali. Łza skapnęła mi na policzek, po czym rozbiła się o kolano. Straciłam znowu osoby, które naprawdę zdążyłam polubić. Nie miałam nawet siły pytać o kolejne rzeczy Łowcy. Po prostu wsiedliśmy i odjechaliśmy. Teraz Egzorcysta kierował autem, Medyk nie mógł tego robić bo opiekował się Łysym.
                Żołnierz spał i oddychał ciężko. Nie byliśmy pewni co dokładnie się mu stało. Resztę podróży spędziliśmy w ciszy. Gdy wjechaliśmy do Torunia wiedzieliśmy dokładnie gdzie jechać. Nikt nie miał ochoty wyglądać za plandekę i przypominać sobie o świecie zewnętrznym. Tutaj wszyscy siedzieli w smutku i ciszy przerywanej jękami bólu Łysego. Kierowaliśmy się w stronę Starego Miasta, gdzie była Toruńska Ostoja Ocalałych. Zauważyliśmy jej światła z daleka. Były mocno widoczne. Teraz nawet nie miałam w myślach tego co zamartwiało mnie od jakiegoś czasu – tego jacy będą ludzie tam. Jeżeli będą chociaż o troszkę lepsi od Jana to będę ich mogła nazwać dobrymi ludźmi.
                Podjechaliśmy od wschodu patrząc na mury. Widać było na nich ludzi noszących bandany oraz lampy stojący przy nich. Z daleka jednak widać było także opaski z nadrukiem „T.O.O”, które utwierdzały w tym, że nie są to bandyci Jana. Gdy podjechaliśmy pod bramę zauważyliśmy światła ulicy oraz budynków i zakręt w prawo. Tam prawdopodobnie była główna brama, ale woleliśmy wjechać mniej widoczną. Wyszłam z Gigantem z wozu i spojrzałam w górę. Człowiek będący tam zawołał.
- Kim jesteście i czego tu szukacie?

- Jestem Natalia, a to jest Karol. Jesteśmy z Królowego Mostu i przysłał nas tu Szymon z Czwartego Posterunku. Szukamy schronienia i zemsty… - powiedziałam po czym bramy stanęły otworem. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 18: Przysięga

Rozdział 18, szósty z perspektywy Miczi. W końcu po takim czasie poznacie historie tego, jak Kiciuś uciekł z Supraśla i dostał się do Torunia. Dodatkowo zobaczycie jak wygląda typowy dzień jazdy i przyjmowanie na pokład nowych osób. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------------

Rozdział 18 (Miczi): Przysięga


                Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. To był naprawdę on. Wyglądał na odrobinę zaniedbanego – jego ubrania były wytarte i w wielu miejscach nosiły plamy zaschniętej krwi, a zarost obrósł całą jego twarz, chowając ją za brązową pierzyną. Widać było, że był równie zaskoczony jak ja, ponieważ próbował złożyć jakieś zdanie, aż w końcu zatrzymał pojazd i jeszcze raz przecierając oczy przytulił się do mnie.
– Przeżyłaś? Boże… straciłem całą nadzieję… – wyszeptał. Wiedziałam, że cały autobus patrzy na tą scenę. Nie wiadomo dokładnie czy zaskoczeni byli faktem, że dopiero wskoczyłam dachem, a już obściskuje kierowcę, czy też tym, że goniło nas całe stado.
                Pomimo tego, że Kiciuś nie był moim najbliższym przyjacielem to jego widok napawał mnie radością. Łzy szczęścia popłynęły z kącików oczu, skapując na podłogę.
– Nie wierzę. Zniknęliście wtedy z Bobrem… Czy on też gdzieś tu jest? Czy znalazłeś kogoś innego? – pytania zdawały się same wylatywać z moich ust, wiedziałam, że pytam o wszystko naraz nie dając nawet chwili na odpowiedź, ale chciałam wiedzieć jak najwięcej. Kiciuś spoważniał i odsuwając się ode mnie odpowiedział.
– Niestety nie. Jesteś pierwsza – to mówiąc odwrócił się i usiadł z powrotem za kółkiem, pykając palcem w mapę zawieszoną obok, która pokazywała dokładnie drogi prowadzące z okolic Białegostoku do Torunia – Będziesz musiała koniecznie mi o wszystkim opowiedzieć, ale teraz musimy stąd spadać. Widziałaś ile tam jest trupów – zażartował odpalając silnik i ruszając.
                Zmęczenie dopadło mnie tak nagle, że zastanawiałam się czy ktoś nie rzucił na mnie klątwy. Nogi ugięły się pode mną i gdyby nie pomocna dłoń Pablorda to prawdopodobnie wylądowałabym na podłodze. Usiadłam na jednym z siedzeń obok Pawła i przyłożyłam głowę do szyby. Było ciemno, a odgłosy hordy zanikały powoli wraz z kolejnymi kilometrami, które przebyliśmy. Co chwilę zasypiałam i się budziłam, próbując chociaż trochę zregenerować siły. Z zamkniętymi oczyma przysłuchiwałam się rozmowie Pablorda i Mpd o zaistniałej sytuacji, gdy nagle autobus się zatrzymał.
– Co jest Erni? – zapytał Pablord wstając.
– Wystarczy na dzisiaj. Powinniśmy spokojnie dojechać jutro do Torunia, a teraz wszyscy potrzebujemy odpoczynku – stwierdził wstając i otwierając drzwi, które skrzypnęły jękliwie. Do autobusu wpadło chłodne powietrze, które kusiło, żeby wyjść na zewnątrz.
                Podniosłam się i razem z dwójką moich towarzyszy ruszyłam na zewnątrz. Znajdowaliśmy się w lesie na niedużej polanie. Było zbyt ciemno, żeby ocenić czy jesteśmy blisko Makowa Mazowieckiego, czy nie. Kiciuś wyciągnął z bagażnika skrzyneczki i rozdał po jednej każdemu z nas. Postawiłam swój prowizoryczny stołek na resztkach śniegu i poczekałam, aż moi towarzysze zajmą miejsca. Erni wyciągnął też sporych rozmiarów, srebrną piersiówkę i po pociągnięciu łyka podał ją Pablordowi. Gdy kolejka doszła do mnie i pociągnęłam łyk, poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Alkohol był delikatny, ale rozgrzewający.
Co to? – zapytałam.
Grzaniec – odpowiedział Erni biorąc z lubością kolejny łyk – Lepiej opowiadaj co się działo w obozie, kiedy odjechaliśmy z Bobrem i Cinkiem.
                Streściłam mu najdokładniej jak umiałam wszystkie wydarzenia po tym jak Bobru opuścił obóz. Zaczęłam od ataku ludzi z Supraśla i ciągnąc przez sytuacje z Dalionem, aż do spotkania Pablorda i Mpd opowiedziałam wszystko co leżało mi na sercu. Kiciuś słuchał z ponurą miną i kiedy skończyłam, czułam się lepiej. Wyrzucić wszystko co leży na sercu komuś kogo się zna było zdecydowanie dobrym uczuciem.
– Może teraz ty powiesz jakim cudem z wycieczki po zapasy stałeś się kierowcą autobusu w Toruniu? – zapytałam, biorąc trzeci już łyk coraz to bardziej pustej piersiówki.
– Oj to długa historia, ale w sumie musisz wiedzieć na czym stoimy – zaczął, wyciągając drugą piersiówkę, a tamtą rzucając do otwartego bagażnika. W autobusie zrobiło się całkowicie cicho, najwidoczniej trójka ludzi, którzy tam byli, poszła już spać – Tak czy siak postaram się opowiedzieć ją jak najdokładniej i jak najszybciej, bo jutro czeka nas ciężki dzień – kontynuował biorąc głęboki oddech – Jak pamiętasz wyruszyłem z Bobrem oraz Cinkiem po zapasy. Wszystko szło jak po maśle, zebraliśmy z okolicznych wiosek całkiem sporo rzeczy i chcąc już wracać uznaliśmy, że możemy jeszcze na szybko sprawdzić Supraśl – tutaj zrobił pauzę, żeby wziąć kolejny łyk z drugiej piersiówki. Więc pojechali do Supraśla, pomyślałam żałując, że wszystko wyszło tak, a nie inaczej.
– Gdy tylko tam dojechaliśmy wpadliśmy na ludzi. Uciekliśmy przed nimi i schowaliśmy w barze, który okazał się być ich kryjówką – widziałam, że Kiciusiowi nie łatwo o tym mówić, widocznie to co tam przeżyli było równie piętnujące człowieka, jak moja znajomość z Dalionem – Trzymali nas tam przez dwa dni, aż w końcu po wielu torturach, w których wypytywali nas o lokalizacje obozu zdołaliśmy się uwolnić. Bobru zabił grubasa, który nas torturował, a następnie uciekliśmy – tutaj zrobił kolejną pauzę, jakby zastanawiał się co dalej powiedzieć – Gdy wróciliśmy do obozu znaleźliśmy tylko ciała… Chcieliśmy stamtąd jak najszybciej uciec, kiedy usłyszeliśmy kogoś w cerkwi. To był Sołtys…
– Sołtys przeżył? – wtrąciłam.
– Wtedy tak, ale nie przerywaj mi proszę, ciężko to opowiadać – powiedział.
– Przepraszam, mów dalej.
                Pablord i Mpd przysłuchiwali się opowieści w ciszy.
– Spędziliśmy we czwórkę noc w tej cerkwi po czym ruszyliśmy. Sołtys mówił, że widział Łapę i Nieznajomą, które uciekały w kierunku starego obozu Łapy, wiec tam właśnie poszliśmy. Znaleźliśmy tam obie dziewczyny i  zaczęliśmy planować co dalej. Postanowiliśmy zemścić się na ludziach z Supraśla – to mówiąc ziewnął po czym wziął kolejnego łyka ciepłego wina – Ruszyliśmy na nich, ale tam wpadliśmy w naprawdę nieciekawą sytuację. Strzelali do nas na moście i gdyby nie pomoc takiego jednego typa, to z pewnością byśmy tam zginęli.
– Kto to był? – zapytałam pomimo próśb Erniego.
Łowca. Starszy koleś, miał tylko jednego oko, ale paradoksalnie strzelał z prawdziwego karabinu snajperskiego! Chyba posiada jedyny egzemplarz w Polsce, nawet w Toruniu nie mają ani jednego – rzekł ożywionym tonem Kiciuś.
                Karabin snajperski, pomyślałam. Jeden z nich zabił Pawła i okaleczył poważnie Szpiega. Przez głowę przebiegła mi szybko myśl, że to właśnie ten Łowca mógł to zrobić, ale przecież jakie było prawdopodobieństwo tego, że właśnie on znalazł się w tym samym czasie co ja na tej samej polanie. Nie chciałam dać po sobie tego poznać. Jednak ciekawość wzięła górę.
– Jaki był ten Łowca? – zapytałam.
– Równy gość. Od razu go polubiłem, chociaż przebywałem z nim niedługo. Wracając do opowieści – splunął i mówił dalej – Wybiliśmy każdego kogo spotkaliśmy w Supraślu i pomogliśmy Łowcy, który został postrzelony. Cinek stracił rękę i musieliśmy uciekać. Biegliśmy do tira Łowcy, którym mieliśmy odjechać. Niestety rozdzieliliśmy się – zrobił przerwę na kolejnego łyka – ja pobiegłem z Łapą i Nieznajomą i wtedy otoczyły nas zombie. Pomogłem im uciec, ale sam zostałem odcięty i musiałem uciekać w drugą stronę. Chciałem jak najszybciej dobiec do tira, ale im szybciej biegłem tym bardziej nierealne mi się to wydawało – odwrócił się nerwowo jak gdzieś za jego plecami coś trzasnęło – W końcu ze strachem, że zmęczę się i wpadnę w większą grupę zombie schowałem się do jednego z budynków i wspiąłem się na najwyższe piętro. Widziałem stamtąd jak odjeżdżają beze mnie. Nie mam im tego za złe. Było tam wtedy całe stado, nie mieli innego wyjścia.
– Więc cała szóstka odjechała bez ciebie? – wtrąciłam.
– Tak dokładnie – pociągnął duży łyk wina, które sprawiało, że czasami zaplątał się w tym o czym mówił – O czym to ja? Ach, no tak. Wtedy przeczekałem noc. Zapasy i broń miałem w plecaku, który targałem, gorzej było z planem. W końcu przypomniałem sobie, że Łowca wspominał o jakimś autobusie stojącym w centrum. Rzeczywiście stał tam i dzięki niemu uciekłem. Zbłąkany Ocalały ocalił mi życie – powiedział z dumą w głosie – Nim pojechałem do Torunia. Podróż zajęła mi cztery dni. Spotkałem tam Dziarę, Pabiego oraz Mpd i w sumie dołączyłem do społeczności Torunia nie zapominając o jednym – powiedział.
– O czym? – zapytałam.
– O szukaniu was. Dlatego zdecydowałem się na jeżdżenie od Białegostoku do Torunia. Miałem nadzieję, że Bobru też tam pojedzie, bo kiedyś tak planowaliśmy i spotkam go po drodze.  Niestety nie widziałem go nigdzie, a zrobiłem tą trasę już dwa razy. To jest trzeci.
– Ja też ich szukam. Myślisz, że wszyscy jadą do Torunia? – zapytałam.
– Tak mi się wydaje. Nie wiem jak z resztą, ale z jeżeli Szpieg i Damian nie żyją, to ciekaw jestem co z Natalią i Gigantem? Skoro uciekali razem to znaczy, że też mogą być gdzieś na tej trasie. Nie wiem czy Bobru wtajemniczał ich w plan ruszenia w przyszłości do Torunia, ale Natalia mogła o tym wiedzieć. W końcu byli ze sobą blisko… – stwierdził uśmiechając się sam do siebie.
– W sumie moglibyśmy zajechać po drodze do Torunia na Czwarty Posterunek. Jest po tej stronie, parę Czerwonych Flar tam stacjonuje, możliwe, że oni coś znaleźli – zaproponował Pabi.
– Kim właściwie są te Czerwone Flary? – zapytałam czując coraz większe zmęczenie.
– To oddział Dziary, którego zadaniem jest praca w terenie i to taka ekstremalna. Należy do niej oprócz nas pięć osób, więc licząc Dziarę jest osiem osób. Jesteśmy taką grupą uderzeniową – powiedział z dumą Pablord.
– Tak więc już jutro będziemy na tym posterunku? – zapytałam.
– Tak – odpowiedział z pewnością w głosie Erni – Teraz chodźmy spać. Robi się późno, a jutro z rana wyjeżdżamy.
                Wstaliśmy i schowaliśmy skrzynki do bagażnika. W głowie miałam mnóstwo myśli związanych z opowieścią Kiciusia i byłam ciekawa jak to się rozwinie. Wciąż dużym szokiem dla mnie było to, że przeżył, ale miałam nadzieję, że dzięki niemu znajdę resztę. Gdy układałam się na jednym z siedzeń podszedł do mnie.
– Miczi, śpisz? – zapytał.
– Jeszcze nie. O co chodzi? – była już tak zaspana, że marzyłam tylko o przyłożeniu głowy do miękkiego oparcia.
– Chciałbym ci coś obiecać. Złożyć pewną przysięgę. Znajdę resztę i będzie tak jak dawniej. Obiecuję – powiedział. Wiedziałam, że jest już trochę pijany, ale ucieszyły mnie jego słowa. Co dwie głowy to nie jedna, razem będzie nam na pewno łatwiej znaleźć resztę.
– Dzięki – wyszeptałam i przekręciłam się na drugi bok, żeby zasnąć. Śniły mi się różne rzeczy i gdy obudziłam się to przez chwilę nie wiedziałam gdzie jestem. Po chwili przypomniałam sobie wydarzenia z poprzedniego wieczora i podniosłam się. Autobus jechał. Kiciuś siedział i w pełnym skupieniu kierował. Pablord rozmawiał z dwoma dziewczynami, które były tu przede mną, a Mpd drzemał parę siedzeń obok mnie.  Staruszek, który również był pasażerem przede mną, siedział i patrzył za szybę na szybko znikające domki i lasy. Przejeżdżaliśmy akurat przez małą wioskę, zdecydowanie za Makowem Mazowieckim. Byliśmy teraz w drodze na Ciechanów.
                Wstałam i podeszłam do Pablorda.
– Dzień dobry – powiedziałam.
– Dzień dobry. Głodna? – zapytał.
– Z chęcią bym coś zjadła. Są tu jakieś zapasy?
– No pewnie. W końcu Erni musi coś jeść, a wykarmić pasażerów też nie jest łatwo. Wszystko jest w bagażniku, na kolejnym przystanku pójdziemy i sobie coś wybierzemy. Kiciuś ma całkiem spory zapas puszkowanego żarcia i owoców. Wiesz mamy własny ogród w Toruniu.
– Własny ogród? Brzmi ciekawie – powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
                Tak więc poczekaliśmy i niecałą godzinę później byliśmy przy kolejnym przystanku. O dziwo czekało tu na nas dwóch mężczyzn, młodszy i starszy. Gdy ja i Pablord wyszliśmy do bagażnika minęliśmy ich przy wejściu. Młodszy wydawał się być zmarnowany. Miał podkrążone oczy i przetłuszczone włosy, sięgające ramion. Z kieszeni wystawał mu pistolet, a plecak, który nosił wydawał się być pusty. Miał delikatny zarost, a jego piwne oczy wydawały się być przygaśnięte. Dyszał ciężko, chociaż jego wysportowana sylwetka nie wskazywała na to, że mógłby się szybko męczyć.
                Jego towarzysz był od niego wyższy, ale tez grubszy. Miał gęstego wąsa i wyglądał równie mizernie jak młody. Ubrany był w kurtkę, grube spodnie i buty sięgające kolan. Przez plecy miał przewieszoną strzelbę. Był co najmniej dwadzieścia lat starszy od niego. Na jego twarzy było widać mieszankę strachu i zdenerwowania. Gdy podeszliśmy do bagażnika usłyszeliśmy rozmowę z wnętrza Zbłąkanego Ocalałego.
– Mpd wstawaj do cholery i mi pomóż – krzyknął Kiciuś po czym można było usłyszeć dźwięk kopnięcia. Trochę mnie to zszokowało, aż spojrzałam na Pablorda.
– Spokojnie – wytłumaczył – Erni zawsze gra takiego twardziela, żeby sprawdzić nowych pasażerów, jakby był sobą, mógłby zostać uznany za słabego, a wtedy mogłoby się zrobić niebezpiecznie.
– Czy możemy się zabrać? – zapytał któryś z mężczyzn – Potrzebujemy z synem transportu, jak najdalej na zachód.
– Spokojnie kowboju! – krzyknął nieco zmienionym głosem Erni – Przyjmujemy większość osób pod dwoma warunkami – po pierwsze pokazujecie mi wszystkie bronie i w miarę możliwości oddajecie mi je do schowka. Po drugie nie wpuszczam na pokład zarażonych – zaakcentował ostatnie słowa tak dobitnie, że byłam prawie pewna tego, że się domyślił. Ten chłopak na pierwszy rzut oka wyglądał na zarażonego.
– Nikt z nas nie jest zarażony – odpowiedział mężczyzna drżącym głosem.
– Taak? Młody wygląda jakby go dziabnęło dobre parę godzin temu. Ci ludzie są pod moją opieką. Nie pozwolę zginąć wszystkim jak on upadnie i wstanie jako szwendacz. Nie ma mowy – odpowiedział stanowczo Kiciuś – Chociaż, jak zostawisz go to samego ciebie mogę wziąć. Nie wyglądasz na zarażonego.
                Wzięłam głęboki oddech. Kiciuś wystrzelił z grubego działa. Byłam ciekaw co odpowie mężczyzna. Wybraliśmy z Pabim parę puszek jedzenia i wróciliśmy do autobusu. Młody wyglądał przez nerwy jeszcze gorzej, a starszy mężczyzna zwiesił głowę.
– Tato? Chyba mnie nie zostawisz… – zaczął młody.
– Umierasz… Jeśli jest jakaś szansa na to, że przeżyje… Zrozum mnie Kuba… – wszystkie słowa przechodziły mu z trudem przez gardło.
Nie chciałam się wtrącać, więc usiadłam na siedzeniu i razem z resztą przyglądałam się rozmowie.
– Błagam przewieź nas chociaż kawałek na zachód, słyszałem o Toruniu, mógłbym go tam normalnie pochować i zapewnić mu bezpieczeństwo chociaż w ostatnich chwilach życia – prosił ojciec.
                Kiciuś stał przez chwilę z grobową miną i nic nie mówił. W końcu cofnął się do kabiny kierowcy i zaczął czegoś szukać. Wszyscy przyglądali mu się ze zdziwieniem. W końcu odwrócił się, ze strzelbą w rękach.
– Powtórzę jeszcze raz powoli – albo wsiadasz sam, albo wypad – powiedział z anielskim spokojem.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się ze strachu, a Młody cofnął się i zaczął powoli wędrować ręką w stronę pistoletu. Kiciuś doskoczył do niego i przykładając oburącz strzelbę do szyi  uderzył w niego z dużą siłą w ścianę pojazdu.
– Słuchaj no mały cwaniaku, jesteś trupem. Otaczają nas trupy i ty jesteś jednym z nich, czy tego chcesz czy nie. Ludzie na pokładzie to moi przyjaciele i nie będę ryzykował ich życia, dla kogoś, kto nie rozumie, że już jest martwy – brzmiał dosyć przerażająco, widać podróżowanie autobusem nauczyło go wiele i stał się teraz naprawdę solidnym ocalałym. Odwrócił się w stronę zrozpaczonego ojca i zapytał – Męska decyzja, jedziesz z nami czy idziesz dalej z synem?
                Obserwowałam zmiany zachodzące na twarzy Kuby z przerażeniem. Zdawał się gasnąć z każdą minutą. Wirus zombie, był okrutny i bez natychmiastowej amputacji zabijał.
– Wybacz Kuba… Jadę z wami – odpowiedział ojciec. Zszokowało mnie to równie mocno co syna.
– Dobra decyzja. W Toruniu przyda się każda para rąk – powiedział Kiciuś uśmiechając się. Odwrócił się w stronę zarażonego i spojrzał mu w oczy – Zginiesz do końca tego dnia. Chcesz żebyśmy zakończyli twoje cierpienia? – zapytał Erni.
                Młody miał łzy w oczach. Kiciuś puścił go, a ten upuścił pistolet i osunął się na podłogę siadając. W końcu potrząsnął twierdząco głową i spojrzał na ojca.
– Zrobię to – powiedział mężczyzna i pomagając wstać synowi, wyszedł z nim przed autobus.
– Byle szybko, nie mam zbyt dużo czasu, a długie pożegnania nigdy nie działają – powiedział Erni.
– Daj spokój stary. Nie bądź dupkiem – powiedział Pablord. Kiciuś wrócił do siebie, a my czekaliśmy w napięciu na wystrzał. Decyzja bez wątpienia była ciężka, ale w końcu usłyszeliśmy głuchy strzał i po chwili do autobusu wszedł ojciec. Bez słowa usiadł na jednym z wolnych siedzeń i w milczeniu czekał na odjazd. Pistolet i plecak syna rzucił na górę, na miejsce do bagażu.
                Dalsza podróż była owiana całunem ciszy. Praktycznie nikt się nie odzywał i wszyscy byli w posępnych nastrojach. Godzinę później minęliśmy Ciechanów, gdzie całe szczęście na przystanku nie czekał nikt. Było popołudnie, gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby coś zjeść i się napić. Wszystko podał nam Henryk, który najwidoczniej chciał na coś przydać, po tym niezbyt przyjemnym starcie. Wtedy usłyszałam rozmowę starca z ojcem.
– Przysięgałem go chronić, a teraz wyszedłem na takiego samolubnego potwora – powiedział Henryk, bo z tego co usłyszałam tak właśnie się nazywał.
– Dzieciak był i tak martwy. Nie obwiniaj się – wymemłał starzec. Miał dziwną wadę wymowy przez co trochę seplenił, ale dało się go zrozumieć i był całkiem sympatyczny.
                Tak spędziliśmy jeszcze pół godziny po czym ruszyliśmy dalej. Wieczorem znaleźliśmy się w Raciążu. Miasteczko nieduże, więc nie spodziewaliśmy się tam kłopotów. Jednak je znaleźliśmy. Na jednej z dróg wyjazdowych na północny–zachód trafiliśmy na całkowicie zablokowaną drogę. Co gorsza szwendało się tutaj sporo trupów. Kiedy zobaczyły światła Zbłąkanego Ocalałego zatrzymały się i zaczęły iść w naszym kierunku. Nie wiadomo skąd pojawiły się też na naszych tyłach powoli odcinając nas od jedynej drogi ucieczki. Nie mieliśmy jak ominąć barykady, bo po obu stronach drogi był gęsty, nieprzejezdny las. Erni próbował wycofać wrzucając odpowiedni bieg i przyciskając mocno pedał gazu, ale po przejechaniu dwóch czy trzech zombie koła utknęły w ciałach i nie mogliśmy jechać nigdzie indziej niż do przodu.
– Musimy je wybić i oczyścić drogę! – krzyknął Mpd, podnosząc się i idąc w stronę drzwi.
– I to szybko. Jest ich coraz więcej. Przyda się każda para rąk! – dodał Pablord.
                Wszyscy opuścili autobus zbierając swoje bronie ze schowka i ruszając na zewnątrz. W tym miejscu nie było już śniegu, wiec nawet nie brałam kurtki. Wyskoczyłam z maczetą i pistoletem syna Henryka i rzucając się w stronę dwóch, blokujących drogę, samochodów osobowych zaczęłam ciąć jak szalona, uważając żeby nie zranić nikogo z sojuszników. Gdzieś przy mnie przedzierał się Kiciuś, który machał młotkiem i starał się jak najszybciej utorować drogę do przodu.
                Dobiegłam do jednego z samochodów pierwsza, strzelając do dwóch stojących przy nich trupów i poczekałam na resztę. Wtedy usłyszałam krzyk. Jedna z dziewczyn była właśnie gryziona w szyję przez zombie. Henryk, który był w pobliżu kopnął trupa i dobił go butem. Niestety na pechową pasażerkę po chwili rzucił się kolejny trup i druga dziewczyna odciągnęła Henryka i kazała mu biec do przodu. W tym czasie przy mnie stał już Kiciuś, Pablord i Mpd, którzy wspólnymi siłami razem ze mną starali zaczęli spychać pierwsze auto do rowu melioracyjnego obok.
                O ile z pierwszym autem poszło łatwo, to drugie było o wiele cięższe i nie miało jednej opony. Henryk, starzec i druga dziewczyna starali się odpychać zombie, które w coraz to większej grupie starał się do nas dostać. Gdy jeden z zombie obalił staruszka na ziemię Pablord natychmiast ruszył, żeby mu pomóc. My w tym czasie staraliśmy się jak najbardziej odsunąć auto. Kiedy przesunęliśmy je o dobre pół metra Kiciuś krzyknął.
– Powinno wystarczyć! Wracamy!
                Nikomu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wszyscy pobiegli  i przepychali się w stronę stojącego autobusu. W pewnym momencie się potknęłam, ale szybko odzyskałam równowagę. Adrenalina standardowo mieszała się ze strachem. Całe szczęście po chwili wszystkim udało się zapakować do wnętrza autobusu. Kiciuś siadając za kierownicą gwałtownie przyspieszył i przepychając trupy ruszył dalej. Udało nam się. Jechaliśmy dalej. Co prawda te przeszkoda zabrała nam trzydzieści minut i straciliśmy jedną osobę, ale to musiało się stać. Inaczej musielibyśmy jechać paręnaście kilometrów w inną stronę, co mogłoby jeszcze bardziej przedłużyć podróż.
                Dziewczyna, która zginęła była siostrą tej, która przeżyła. Widać było, że Klaudia, bo tak się nazywała, przeżywała to ciężko, podobnie jak Henryk, który wciąż był w kiepskim humorze po utracie syna. Podziwiałam Erniego za to, że dał tym ludziom nadzieję. Mi też dawał nadzieje na to, że, o ile jeszcze żyją, znajdziemy resztę ludzi z Królowego Mostu. Erni zarządził żebyśmy się zatrzymali.  Podróż do Torunia będzie odrobinę przedłużona, ale nie chciał on podejmować ryzyka jazdy po takim wysiłku. Zatrzymaliśmy przy jakimś pojedynczym budynku mechanicznym i czekając, aż wszyscy się ułożą też się położyłam. Sprawdziliśmy okolicę i nie było tu ludzie, a pojedyncze trupy, które tutaj się szwendały zabiliśmy.

                Gdy przyłożyłam twarz do oparcia, żeby znaleźć jak najwygodniejszą pozycje do snu usłyszałam stuknięcie. Przekonana, że tylko mi się wydawało usłyszałam jeszcze parę uderzeń i się podniosłam rozglądając po pojeździe. Wszyscy leżeli nieruchomo i spali. Co to mogło być? Wyjrzałam za okno, ale nie zauważyłam żadnego zombie. To musi być zmęczenie, wytłumaczyłam sobie i zmieniając pozycję zasnęłam.