Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa 4. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 grudnia 2015
czwartek, 29 października 2015
Rozdział 24: Świadkowie
Rozdział 24, przedostatni w tym tomie, kolejny z perspektywy Olafa. Gdy Bobru walczy o życie na arenie w Grudziądzu, Olaf wraz z resztą próbują im pomóc. Czy im się to uda? Czy wszyscy wrócą do Inowrocławia? Zapraszam do czytania!
POV:
Rozdział 24 - Olaf - Dzień 11
Bobru - Dzień 11 - Znajduje się na arenie w Grudziądzu
Irek - Dzień 11 - Znajduje się daleko na wschodzie
----------------------------------------------
Rozdział 24 (Olaf): Świadkowie
Noc
była niespokojna. Świadomość tego jak blisko byliśmy celu, nie dawała spać.
Człowiek zawsze chciał najpierw zrobić to, co ma do zrobienia, a następnie
dopiero odpocząć, wiedząc, że wszystkie sprawy są już załatwione. Dlatego gdy
wszyscy spali, ja drzemałem niespokojnie, budząc się co chwilę. W końcu, nad
randem, usiadłem zdenerwowany i zacząłem się przygotowywać. Chciałem naostrzyć
nóż, przeczyścić broń i przygotować się na najgorsze, korzystając z uroków
chłodnego, ale przyjemnego poranka.
Opuściłem
chatkę, zabierając potrzebne rzeczy i odetchnąłem świeżym powietrzem,
wpuszczając je w głąb siebie. Chciałem znaleźć jakiś sposób, żeby uchronić
Łapę, jej siostrę oraz Łowcę przed niepotrzebnym ryzykiem, ale wiedziałem, że
oni i tak zrobią co będą chcieli. To byli dzicy ludzie. Gdyby każdy ocalały w
tych czasach, był tak samo bezwzględny i pewny jak grupa z Torunia, na czele z
Bobrem, to prawdopodobnie osoby takie jak w obozie w Płońsku już dawno by nie
żyły.
Usiadłem
spokojnie na ganku i zacząłem metodycznie pocierać nożem o osełkę. Wystarczyło
paręnaście machnięć, żeby ostrze było wystarczająco silne, do przecięcia skóry
i kości, przy odpowiednim nacisku. Zadowolony wziąłem szmatkę i zacząłem
czyścić pistolet. To również nie zajęło mi dużo czas, więc gdy skończyłem,
postanowiłem się przejść kawałek, poobserwować miasto w promieniach
wschodzącego słońca i pomyśleć.
Chatki,
w których byliśmy, znajdowały się na wzgórzu i były odsunięte od miasta.
Zastanawiałem się, kto tu mógł mieszkać wcześniej, ale rozumiałem, że musiał to
być podobny odludek do mnie. Zszedłem powoli trawiastym zboczem, uważając żeby
się nie poślizgnąć na mokrej od rosy trawie i ruszyłem rozjeżdżonym przez auta
traktem w dół. Usłyszałem jęki kawałek dalej, za zakrętem i zwolniłem nieco,
obawiając się ataku trupów. Dzisiaj musiałem dać z siebie wszystko,
przynajmniej do momentu, aż Feline będzie bezpieczna. Postanowiłem to już
wyjeżdżając z Inowrocławia. Jeżeli za życie Feline będę musiał zapłacić swoim
własnym, nie zawaham się.
Wyłoniłem
się powoli za zakręt i zobaczyłem trójkę zombie posilającą się ciałem. Było ono
już na tyle wyjedzone, że nie dało się stwierdzić czy była to kobieta czy
mężczyzna. Wyciągając nóż, postanowiłem nieco się rozgrzać. Przez chwilę
zastanawiałem się czy warto podejmować ryzyko walki, szczególnie przy mojej
ranie na brzuchu, ale po chwili pojawiła się w mojej głowie myśl „Nie dasz rady pokonać trójki zdechlaków, a
chcesz uratować przyjaciółkę? Ale z ciebie pizda Olaf”. Otrząsnąłem się i
pewnym krokiem ruszyłem przed siebie.
Trupy
były całkowicie poświęcone jedzeniu. Dopiero jak podszedłem bardzo blisko i
pociągnąłem jednego z zombie, pozostałe dwa zauważyły, że podeszła do nich
świeża porcja mięsa. Zamachnąłem się i z chrzęstem przebiłem się przez zgniłą
skroń trupa. Krew trysnęła jak z pękającej bańki, zalewając moje ręce oraz
nogawki. Jeden z moich przeciwników sięgnął łapami, próbując złapać mnie za
rękę, ale potraktowałem go butem i potężnym kopnięciem sprowadziłem do poziomu.
Drugi, który jeszcze nie wiedział czy bardziej opłaca się atakować mnie, czy
dokończyć martwy już posiłek, podniósł się teraz chwiejnie i zaszarżował
pokrętnym krokiem do przodu. Wykorzystałem siłę nacisku i nabiłem trupa na
ostrze noża, zwalając go szybko na bok.
Ostatni,
kopnięty przeze mnie, zajęczał przeciągle czołgając się w moją stronę.
Odetchnąłem głęboko i przyciskając mu rękę, podeszwą buta, do ziemi, wbiłem nóż
w tył czaszki. Wytarłem ostrze o ubrania jednego z trupów, po czym schowałem go
z powrotem oddychając coraz spokojniej. Musiałem pomyśleć o jakimś mieczu lub
czymś w ten deseń, bo zabijanie trupów na bliski dystans zdecydowanie mi nie
odpowiadało. Zostawiając pobojowisko za sobą ruszyłem dalej. Miasteczko nie
wyglądało teraz wyjątkowo. Chociaż pasma
porannej mgły nadawały mu pewnego klimatu, to jednak nic nie wskazywało na to,
żeby na jego terenie znajdowała się kryjówka Złomiarzy. Wiedziałem jednak, że
do końca dnia, aż za dobrze poznamy okolice.
Próbowałem
z tej pozycji dopatrzeć się rozkładu miasta, ale teren nie był płaski, a
budynki na obrzeżach miasta zasłaniały resztę. Widziałem jednak szachownicowy
rozkład ulic, co oznaczało, że nie będzie problemów z ewentualną ucieczką i
bezpiecznym zbliżeniem się do celu. Starałem się zapamiętać jak najwięcej,
skupiłem się na najbardziej charakterystycznych budynkach i po parunastu
minutach zacząłem wracać. Nie chciałem, żeby pod moją nieobecność wybuchła
panika, niektórzy mogli sobie pomyśleć, że chciałem być bohaterem i ruszyłem
samotnie żeby odbić Feline. Jednak to było zachowanie idiotów, a ja za takiego
się nie uważałem.
Kiedy
dotarłem na szczyt, do dwóch chatek, zobaczyłem, że wszyscy jeszcze śpią.
Zdjąłem bluzę i usiadłem na uboczu, popijając zimną już herbatę z butelki. Smak
się rozmył i czułem jakbym pił po prostu starą wodę, ale nie narzekałem. Wraz z
podnoszeniem się słońca na horyzoncie kolejne osoby zaczęły wstawać i szykować
się do akcji. Około dwóch godzin po moim spacerze wszyscy byli już na nogach, a
ja rozdawałem paczki sucharów i szynki w puszce. Wszyscy byli głodni i nie
narzekali na jedzenie.
- To jaki mamy
ostatecznie plan? – zapytał Kuba, mlaskając głośno.
- Musimy dowiedzieć
się gdzie dokładnie na tej arenie trzymają naszych ludzi. Myślę, że nie będzie
ona tak mocno chroniona, bo jest w centrum miasta. Musimy raczej uważać na
obrzeża i na… - zaczęła Łapa.
- Zszytych – dokończyłem
za nią.
- Dokładnie. Kiedy dostaniemy
się pod arenę zobaczymy co tam się dzieje i spróbujemy po prostu odbić naszych.
Jak będą w jakichś celach to powinno nie
być z tym większego problemu. W razie czego po prostu zaatakujemy.
- Pójdziemy już zaraz,
czy dopiero wieczorem? – zapytał Łowca.
- Według mnie
powinniśmy uderzyć jak się zacznie robić ciemno. Oczywiście wyjdziemy zrobić
zwiad już wcześniej, ale jednak solidny atak przeprowadzimy wieczorem. Miejmy
nadzieję, że do tego czasu nasi przeżyją – zastanowiła się.
- A jakbyśmy zajęli
pozycje na tej arenie już wcześniej? Pochowali się gdzieś i gdy nadarzy się
okazja zaatakowali? – zapytałem.
- Teraz to nie ma
sensu. Lada chwila Złomiarze wyślą patrole. Co prawda Zszyci coś tutaj planują
zrobić, ale wciąż wyjście teraz na ulice to samobójstwo. Naszym celem jest
dotarcie do zmroku na teren stadionu. Dalej musimy improwizować, chyba, że ktoś
z was kiedyś tu był i wie jak wygląda ten budynek od wewnątrz.
Odpowiedziało
jej ponure milczenie.
- Więc postanowione.
Popołudniu schodzimy na dół – tymi słowami Łapa ucięła rozmowę, wstała i
wyszła na zewnątrz. Poszedłem za nią. Nosiła teraz czarny podkoszulek, czarne,
porwane w paru miejscach spodnie, wysokie buty na płaskim obcasie oraz
zawiązała włosy w dwa warkocze, które sięgały jej lekko za ramiona. Podszedłem
do niej powoli i w milczeniu oprałem się o ścianę.
- Nie masz czasem dość
tego gówna? – zapytałem.
- Szczerze? Nie.
Czuję, że żyję. Możesz nazwać mnie szaloną, ale pomimo głębokiej nienawiści do
zombie oraz ludzi, kocham ten klimat. Wieczny pogoń za schronieniem,
przetrwanie, walka na drodze. Chociaż w Toruniu czułam się dobrze, tutaj czuję
się wolna – zaskoczyło mnie jej szczere wyznanie.
- Ja nienawidzę tego
świata. Trzymają mnie tu tylko obowiązki – stwierdziłem bez emocji.
- Czyli jak Feline… - spojrzała
na mnie z zaciekawieniem.
- Zginie to nie będę
miał sensu życia? Prawdopodobnie. Nie chodzi nawet o to, że zrobię wtedy coś
głupiego i to mnie zabije. Nie jestem po prostu dostosowany. Umiem zabić, ale
nie mam doświadczenia mordercy. Odkąd to się zaczęło nie spędziłem na drodze
zbyt dużo czasu. Tak jak mówiłem, znalazłem Płońsk, nawiązałem pewną więź z tą
dziewczyną i postawiłem sobie cel. Jeżeli ona nie żyje, prawdopodobnie ruszę
przed siebie – powiedziałem.
- Dołącz do nas. Do
naszej społeczności w Płocku. Chociaż sama się zastanawiałam, czy tego właśnie
chcę, myślę, że to będzie coś nowego. To będzie obóz, ludzi, którzy przeżyli na
drodze więcej niż można sobie wyobrazić – zachęciła mnie.
- Jeżeli Feline żyje,
moje miejsce jest przy niej, a ona nie zostawi Płońska. Jeżeli nie żyje… to mam
to wszystko w dupie. Może trafię do was, a może ruszę przed siebie. Rozumiesz?
– zapytałem.
Kiwnęła
głową w niemej akceptacji. Przygotowania były spokojne i ciche. Nikt nie miał
ochoty rozmawiać i wszyscy skupiali się na dopięciu każdego aspektu na ostatni
guzik. Dwa razy szedłem na tyły domków, żeby stamtąd wraz z Łowcą sprawdzić
okolicę. Punkt był idealny, a karabin snajperski jednookiego był znacznie
lepszy od lornetki, którą mieliśmy. Z daleka widać było przejeżdżające patrole
Złomiarzy, centrum ich obozu, gdzie ruch był widoczny cały czas oraz arenę.
Zauważyliśmy, że jedno z wejść jest chronione przez przynajmniej dwóch
strażników, ale ciężko było dostrzec, czy nie było ich przypadkiem więcej.
Jedna
sytuacja sprawiła, że wszyscy zaczęli wariować, gdy jedno z aut wypełnione
Złomiarzami ruszyło w naszą stronę, ale okazało się, że to była ekipa
budowlana, lub coś w tym stylu, bo zatrzymali się u podstawy wzgórza i zaczęli
ścinać drzewa. Całe szczęście gdy badaliśmy okolicę po raz drugi już ich tam
nie było. Gdy słońce zaczęło wędrować coraz bliżej linii horyzontu Łapa kazała
nam się zbierać.
- Nie bierzemy auta – postanowiła
– Tamci jeszcze o nas nie wiedzą i
podejrzewam, że są zbyt zajęci przepytywaniem Bobra i reszty. Nie ma co psuć
elementu zaskoczenia. Po wykonaniu zadania po prostu spotkajmy się tutaj. To
samo gdy coś pójdzie nie tak. Bobru
zawsze powtarzał, żeby ustalić punkt zbiórki na wypadek kaszany. Niech to będą
te domki. Gdybyśmy się rozdzielili to wszyscy wracajcie tutaj i czekajcie do
rana. Jeżeli będziecie ścigani to nawet nie czekajcie, ale postarajcie się
poczekać chociaż do świtu i dopiero odjeżdżajcie. Zrozumiano? – zapytała, a
w powietrzu rozbrzmiały przytakiwania.
Ruszyliśmy
tą samą trasą, którą spacerowałem nad ranem. Przy zboczu znalazłem nawet trójkę
trupów oraz ich ofiarę. Minęliśmy je bez słowa. Wszyscy wyglądali na skupionych
i gotowych do akcji. Łowca zostawił swój karabin snajperski , bo w tej misji
mógł być tylko obciążeniem. Rozstał się z nim z czułością, większą niż
ktokolwiek obdarzył mnie podczas całej apokalipsy, co dobiło moje morale.
Wieczór nastawał i już z daleka widać było oświetlone fragmenty miasta. Nie
słychać było żadnych dźwięków, ale byliśmy jeszcze około kilometra od
najbliższych zabudowań, więc to było całkiem zrozumiałe.
Podążaliśmy
dróżką, która z piaskowej zamieniła się w końcu na betonową. Minęliśmy miejsce
wycinki drzew i gęsiego szliśmy. Słychać było tylko szuranie podeszw naszych
butów oraz pojedyncze oddechy, które układały się w upiorny rytm. Nie
widzieliśmy żadnych trupów, co ucieszyło mnie ogromnie. Chociaż nie było
jeszcze aż tak ciemno, wiedziałem, że leżące gdzieś zwłoki mogły zaskoczyć i
ugryźć, co dla większości ludzi oznaczało powolną i bolesną śmierć oraz
przemianę.
- Dobra, teraz
postarajcie się być jak najciszej. Każdy dźwięk nas może zdradzić, a patrole
wroga nie mogą nas zauważyć przynajmniej do połowy drogi, a najlepiej do końca
– szepnęła głośniej Łapa.
- Powodzenia – wyszeptałem
cicho, wiedząc, że prawdopodobnie pocieszyłem jedynie siebie, bo reszta nie
mogła tego usłyszeć.
Weszliśmy
w mrok budynków i prawie natychmiast usłyszeliśmy dźwięki odległej rozmowy.
Stąd, pomimo panującej wokół ciszy, nie słyszeliśmy o czym dokładnie
rozmawiali, ale można było wyczuć niepokój w ich głosie. Schowaliśmy się przy
wraku auta na poboczu i czekaliśmy. Chwilę później rozmowa była już całkowicie
słyszalna, a dwóch mężczyzn wyszło zza zakrętu i rozejrzało się.
- Czysto – powiedział
jeden z nich niepewnym głosem.
- Ci z Torunia
poczyścili nasze patrole. Wracajmy lepiej na arenę, bo zaraz zacznie się
widowisko – zaproponował nieco młodszy, równie niepewnym głosem.
- Trupy! – krzyknął
nagle ten pierwszy i przymierzył gdzieś w lewo.
Rzeczywiście z lewej strony, z jednego z budynków wysypała
się nagle mała grupa, składająca się z pięciu trupów.
- Nie róbmy hałasu,
wyeliminujmy je po cichu – powiedział młodszy, przytrzymując broń swojego
towarzysza. Pierwszy najwyraźniej się zgodził, bo przewiesił karabin przez plecy
i wyjął nóż.
- Tylko ostrożnie – poprosił.
To był
dobry moment do zaatakowania ich wraz z trupami. Widziałem, że moi towarzysze
też chcieli ruszać do ataku, ale nagle coś zaczęło się dziać i zostaliśmy za
wrakiem. Gdy tylko Złomiarze podeszli bliżej trupów, te przyspieszyły i w ich
rękach coś zabłysło. Nim się obejrzeliśmy jeden ze strażników leżał z
poderżniętym gardłem, a drugi zaczął krzyczeć i szybko podzielił los kompana.
Serce zaczęło mi bić szybciej. To byli Zszyci. Zatrzymali się przy swoich ofiarach.
- Dwie przecznice
dalej dołączymy do głównej grupy. Musimy odciąć stadion na równi z grupą z
północy. Jeżeli się spóźnimy szef się wkurzy – powiedział niewyraźnie jeden
z nich.
- Dalej nie rozumiem
dlaczego nie zabijemy wszystkich. Ci ludzie
i tak zginą jak stado tutaj dotrze. Oszczędzimy im cierpienia – odezwała
się kobieta obok niego.
- Krawiec powiedział
wyraźnie. Ludzie z Torunia mają przeżyć. Nie wiem jaki jest jego plan, ale ja
mu ufam. A to jest ich klucz do przetrwania – to mówiąc pokazał worek,
który dopiero teraz zauważyłem.
- Dobra. Spokojnie,
rozumiem. Po prostu dziwi mnie to wszystko… - odpowiedziała kobieta.
- Ruszajmy – uciął
temat mężczyzna i po chwili zniknęli w miejscu, skąd przed chwilą wyszli
strażnicy, a my zostaliśmy zdziwieni i zszokowani tym co usłyszeliśmy.
- Czy mi się
przesłyszało? – zaczął powoli Łowca.
- Te chore skurwiele
chyba mają jakiś cel w uratowaniu naszych – stwierdziła Łapa.
- Tylko jaki? Może
zobaczyli nas wcześniej i chcieli nas po prostu zatrzymać tymi słowami? – zapytałem.
- Wątpię. Zmiana
planów. Dojdźmy pod stadion i rozdzielmy się. Z tego co mówili są dwa wejścia –
północne i południowo zachodnie. Rozdzielimy się na dwie grupy i przy którymś
wejściu poczekamy na Bobra i resztę. Niech każdy z nas czeka około godziny.
Jeżeli Bobru nie wybiegnie, to po prostu wracajmy do bazy przy dwóch chatkach.
Tak będzie najlepiej – przedstawiła swój pomysł.
- Nie uważasz, że
zaufanie grupce chorych przebierańców to zły pomysł? – zdziwiłem się.
- Oni mają plan. Znają
to miejsce i widziałeś jak mogą zaskoczyć. Jeżeli oni tam nie wejdą i nie
pomogą naszym, to nam też na pewno się to nie uda. A czekając przy jedynych
wyjściach będziemy musieli spotkać naszych. Wtedy rozwalimy przebierańców i
stąd uciekniemy. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Jeżeli mamy walczyć i z
tymi skurwielami i ze Złomiarzami to myślę, że nie mamy najmniejszych szans na
sukces. I nie patrz tak na mnie. Wiesz, że zależy mi na odbiciu moich
przyjaciół równie mocno, co tobie na odbiciu Feline – zezłościła się.
Westchnąłem tylko.
- Jak się rozdzielimy?
– zapytałem nie kłócąc się już o jej plan.
- Pójdź z Łowcą i
swoim kumplem – wskazała Kubę – do
wyjścia południowego. Reszta pójdzie ze mną do północnego. Pamiętajcie,
godzina, a potem wracamy do siebie. Bez względu na wszystko. Wszystkim to
pasuje.
Nikt
nie zaprzeczył. Kuba przekazał coś swoim kumplom, po czym obserwowaliśmy jak
cała czwórka idzie na wprost, po drodze dobijając dwóch Złomiarzy, którzy mieli
tylko przecięte gardło, więc lada chwili mieli zmienić się w zombie. My po
chwili, we trzech, skręciliśmy w prawo i ostrożnie ruszyliśmy dalej. Chociaż
przeszli tędy Zszyci i nie spodziewaliśmy się spotkać żywych Złomiarzy, ale
zombie owszem. Stadion był coraz bliżej, a my po drodze zabiliśmy około sześć trupów,
uważając, czy przypadkiem nie są to zakamuflowani Zszyci, którzy mogli nas
zaskoczyć tak samo jak Złomiarzy. Całe szczęście nie spotkaliśmy ich.
Dotarliśmy
do ulicy i zobaczyliśmy wejście na stadion. Była to po prostu sporej wielkości
brama, teraz otwarta. Dokładnie ta sama, którą widzieliśmy z Łowcą, gdy
obserwowaliśmy okolicę. Spojrzałem na
miejsce, które widzieliśmy, chronione przez dwie osoby, ale teraz leżały tam
tylko podźgane ciała.
- Oni już weszli – zauważyłem.
- Znajdźmy sobie
jakieś wygodne i bezpieczne miejsce… może w tamtym budynku? Nie widzi mi się
spędzenie całej godziny w okolicznych krzakach, albo za jakimś wrakiem – stwierdził
Łowca. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, naprzeciw wejścia na stadion i szybko
przejęliśmy budynek, który wcześniej musiał być kioskiem. Nie był duży, ale
stał w ciemniejszym zakątku oświetlonej ulicy i nie rzucał się w oczy, a także
był czysty. Weszliśmy do środka i zamknęliśmy za sobą dokładnie drzwi. Wystawa
była pełna zakurzonych gazet sprzed paru miesięcy. Zaciekawiony podszedłem do
jednej z nich i spojrzałem na datę. „15 listopada 2014”. Kolejnych już nie
było. Byliśmy świadkami końca cywilizacji i teraz pozostawały nam tylko
wspomnienia. Czy była jakaś realna szansa, żeby to wszystko się skończyło?
Przesunęliśmy
odrobinę ladę i usiedliśmy na niej, mając przez brudne okno całkiem niezły
wgląd na to co działo się na ulicy.
- No to czekamy – powiedziałem
– Poznasz swoich? – zapytałem Łowcy.
- Powinienem. Bobru
brał same osoby z Torunia, a znam tam większość osób.
- To świetnie – podsumowałem
i zapadła cisza. Nikt z nas nie miał ochoty na rozmowę. Byliśmy ciekawi co
dzieje się teraz w środku budynku. Martwiłem się też o Łapę i jej siostrę, ale
miałem nadzieję, że nie zrobi nic głupiego.
Czekaliśmy
około pół godziny, przez które kompletnie nic się nie działo. Zastanawialiśmy
się już nawet, czy akcja nie przeniosła się do drugiego wyjścia i czy nie
powinniśmy tam pobiec, żeby pomóc. Wtedy jednak usłyszeliśmy strzały i krzyki.
Przeszedł mnie dreszcz przerażenia. Brzmiało to strasznie, jakby na samej
arenie działo się coś naprawdę złego. Wstaliśmy i wyciągnęliśmy bronie, gotowi
na wszystko, co mogło wybiec z bramy po drugiej stronie ulicy. Nie musieliśmy
czekać długo. Po niecałych pięciu minutach z bramy wybiegła grupka ludzi. Byli
poobijani, zakrwawieni, a jedna osoba była nieprzytomna, ciągnięta przed dwie
inne.
Spojrzałem
na Łowcę.
- To nikt z naszych.
Zresztą znając Bobra, nie wybiegnie stamtąd bez Feline. Jak coś robi to robi to
dobrze i do końca – pocieszył mnie.
Miałem taką nadzieję. Ludzie zaczęli wybiegać w coraz
większej ilości. Starałem się wypatrzeć wśród nich Feline, ale nie widziałem
jej i z każdą kolejną minutą zaczynałem bardziej wątpić. Oczywiście była opcja,
że jest już bezpieczna z Łapą i wracają do naszej bazy, ale miałem nadzieję, że
zobaczę ją pierwszy i będę w stanie odeskortować w bezpieczne miejsce. Była też
opcja, której nie dopuszczałem do siebie. Nawet nie chciałem myśleć o tym, że mogła
zginąć.
Coraz
mniej osób wybiegało ze stadionu. Zaczęli go opuszczać Zszyci, którzy biegli za
swoimi ofiarami. To była istna masakra. Widziałem jak jeden z nich dorwał
grubszego mężczyznę i rozpruł jak zwierzę. Po chwili jednak serce zaczęło mi
bić jak szalone, gdy zobaczyłem, że jeden z uciekających Złomiarzy kieruje się
w naszą stronę. Starałem się uspokoić i stanąłem przy drzwiach. Łowca ukrył się
za ladą i wycelował w stronę drzwi, a Kuba stanął po drugiej stronie.
- Łapiemy go i pytamy
co się stało – rzuciłem do nich szybko.
Słyszeliśmy
już wyraźnie kroki i sapanie mężczyzny. Kulał nieco, ale nie przeszkadzało mu
to specjalnie w ucieczce. Podszedł do drzwi sklepu i pociągnął rozpaczliwie za
klamkę. Zamknął je za sobą szybko i już miał podbiec dalej, gdy weszliśmy do
akcji. Podkosiłem go, a Kuba przepchnął go jeszcze dalej. Mężczyzna z gruchotem uderzył o ziemię i
krzyknął. Doskoczyłem do niego i przycisnąłem pistolet do szyi, a drugą dłonią
zasłoniłem mu usta.
- Zamknij ryj! – powiedziałem
– Zaświeć Kubuś – poprosiłem kolegę.
Światło
oświetliło zarośniętą twarz z podwójnym podbródkiem i małymi, zielonymi
oczkami. Człowiek ten miał tłuste włosy o kolorze słomy związane w kucyk. Łowca
patrzył uważnie na naszą zdobycz.
- Co tam się dzieje? –
zapytałem mężczyznę wskazując na arenę.
- Zaatakowały nas
trupy… Chcę… - majaczył. Widać, że był nieco ogłuszony po naszym ataku.
- Co się stało z
więźniami? Ludźmi z Torunia? Gadaj, bo zabije! – potrząsnąłem nim.
- Nie wiem. Zgubiłem
ich w tłumie. Chciałem im pomóc, ale nagle wszystko się posypało. Zombie je
otoczyły, a potem zniknęli. Obawiam się, że nie żyją… - wytłumaczył, a
pięści same mi się zacisnęły. Oddychałem ciężko starając się nie zabić tego
człowieka i go po prostu zostawić, ale byłem tak zawiedziony i zły, że nie
potrafiłem się powstrzymać. Powstrzymało mnie jednak coś innego.
- Jonasz?! – zapytał
nagle Łowca.
Mężczyzna z podłogi się zerwał i obejrzał. Dopiero teraz
zauważył Łowcę.
- Łowca? – zapytał
drżącym głosem.
- Olaf daj mu spokój.
To nasz człowiek – poprosił. Zaskoczony odsunąłem się, a Łowca podbiegł i
pomógł wstać mężczyźnie. Uścisnęli się.
- Jakoś go nie
poznałeś jak opuszczał budynek – zauważyłem.
- Bo
od ponad miesiąca był uważany za zmarłego, ale panowie to jest były członek
Czerwonych Flar. Skoro próbował pomóc Bobrowi jestem pewien, że zrobił wszystko
co w jego mocy. A teraz stąd uciekajmy. Nic tu po nas – powiedział Łowca.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 4,
Blog,
bobru,
część czwarta,
historia,
horror,
Irek,
klimat,
ocalali,
Olaf,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 24,
survival,
szwendacze,
świadkowie,
zombie
sobota, 24 października 2015
Rozdział 23: Przemarsz
Rozdział 23, kolejny z perspektywy Irka. Wraz z resztą Irek stawia ostatnie punkty. Cała grupa coraz bardziej zagłębia się w nieznane terytoria. Są bardzo zmęczeni i chcą jak najszybciej wrócić do domu.
POV:
Rozdział 23 - Irek - Dzień 10 - 11
Bobru - Dzień 10-11 - Jest w Grudziądzu
Olaf - Dzień 10-11 - Jest w okolicach Grudziądza
----------------------------------------
Rozdział 23 (Irek): Przemarsz
Chociaż
przysypiałem, to co jakiś czas się budziłem, żeby zobaczyć, gdzie aktualnie
jesteśmy. Wyjeżdżaliśmy jeszcze bardziej na wschód. Były to tereny znajdujące
się daleko od znanych mi obozów i wiedziałem, że będzie tu coraz ciężej.
Zostało nam jeszcze pięć punktów i każdy był kawałek dalej od następnego. Nie
wiedzieliśmy, czy nie ma tu innego obozu, gdzie ocalali starają się przetrwać,
tak samo jak my w Toruniu czy Inowrocławiu. Chociaż Ben nie wspominał nam o
niczym, to wciąż istniało takie ryzyko.
Wszyscy
byli zmęczeni. Chciałem jednak, żebyśmy
jak najszybciej wykonali tę misję i wrócili na nasze tereny. Byłem coraz
bardziej ciekaw co dzieje się w tym czasie z pozostałymi grupami. Każdy miał
swoje zadanie i chociaż nasze póki co nie sprawiało większych problemów, to
byłem pewien, że grupy uderzające na Złomiarzy mogły mieć tarapaty. Każdy
jednak miał swoje zadanie i od ich powodzenia zależało wiele rzeczy, ale przede
wszystkim pokój i sojusz między okolicznymi obozami.
- Nie powinniśmy się
gdzieś zatrzymać? Ledwo widzę na oczy – zapytał Krystek.
- Jak u ciebie Dymitr?
– zapytał Gigant.
- Też bym się
przekimał. Nie jest jeszcze najgorzej, ale jeszcze z godzina i usnę przed
kółkiem.
- Ja mogę cię zmienić
– zaproponowała kobieta z Inowrocławia.
- No nie wiem
paniusiu. Póki co twój szef wysłał nas na te pustkowia bez żadnego szczególnego
powodu. Dalej mam w głowie to, że może nas wyniszczać żeby zaatakować w
odpowiednim momencie. Przecież teraz taki Toruń jest podatny na każdy atak… - wystrzelił
nagle Dymitr.
Słyszałem
jak nasza towarzyszka wciągnęła głośno powietrze.
- Jak śmiesz… Ben próbuje
pogodzić wszystkie okoliczne obozy. A ty oskarżasz go o coś takiego? – w
jej głosie, pomimo zmęczenia, słychać było złość.
- Jeżeli w tym świecie
przestrzega się jakichś zasad, to najważniejszą jest „nie ufaj nikomu”. Czy to
takie dziwne, że nie ufam tajemniczemu człowiekowi na cholernym wózku
inwalidzkim, który wydaje się wiedzieć wszystko?
- Ej spokój! – krzyknąłem
– Ja usiądę za kółko. Po prostu jedźmy.
Nie chcę przebywać na tych ziemiach dłużej niż trzeba. Załatwmy ostatnie pięć
punktów i wracajmy do naszych.
Dymitr zatrzymał auto i piorunując spojrzeniem kobietę
usiadł na boku przy Rudej. Ja, pomimo zmęczenia ruszyłem dalej. Kolejny punkt
na mapie, był zaledwie kawałek od nas.
Dojechaliśmy
na polanę. Powoli zatrzymałem pojazd.
- Sprawdźmy wszystko
ostrożnie – poprosiłem. Chociaż polana była otwarta i nigdzie w okolicy nie
było widać budynków, to na jej środku szło parę trupów. Wyszliśmy na zewnątrz.
Krystek oraz Ruda zaczęli rozpakowywać materiały, a ja z Gigantem podeszliśmy
do przodu. Zombie szybko odwróciły się w naszą stronę i zaczęły powoli człapać,
wyciągając powykręcane kończyny w naszą stronę. Zawsze zastanawiałem się co
niektóre z nich musiały przeżyć żeby tak wyglądać. Powyłamywane z zawiasów
szczęki, porozrywane policzki, wykręcone, połamane ręce, wygięte nogi, a to
wszystko jedna nie zatrzymywało ich przed dalszą wędrówką i zabijaniem każdej
żywej istoty.
Gigant
ze świstem wyciągnął swój miecz i przeciął głowę pierwszego trupa na pół. Ja
rzuciłem się na drugiego, najpierw kopiąc go, a potem dobijając leżącego. Szło
nam całkiem sprawnie. Po tylu miesiącach życia w tym świecie człowiek w końcu
dostosował się do walki z nimi. Chociaż nie każdy. Byłem pewien, że połowa
mieszkańców Torunia, przy bliższym spotkaniu z zombie panikowałaby i nie
wiedziała co robić. To był błąd dowódców, że nie przeprowadzali pełnego
szkolenia, żeby każdy mieszkaniec mógł się obronić. Czułem jednak, że gdy stado
zbliży się nieco do naszych terenów to ludzie sami będą chcieli nauczyć się
bronić.
Było
wiele podziałów ludzi, ale jednak najważniejszym był ten, który dzielił ich na
ocalałych z drogi oraz tych, którzy od początku trzymali się bezpiecznych murów
obozów. Na drodze trzeba było walczyć o swoje i nigdy nie było bezpiecznie. W
obozie z kolei ludzie byli cały czas chronieni i nie do końca zdawali sobie
sprawę, że to nie jest tak proste jak na filmach i jeden nieuważny ruch mógł
kosztować życie, albo utratę kończyny. To była ciągła walka. Ja miałem łatwiej,
ponieważ ugryzienie nie mogło mnie zabić, ale wciąż byłem podatny na wiele
innych rzeczy.
Gigant
zamachnął się po raz ostatni i kiwnął głową na znak, że to już wszystko. Ja
pomachałem w stronę wozu, dając im do zrozumienia, że jest bezpiecznie i ci
chwilę później rozpakowywali potrzebne rzeczy na polanie. W pocie czoła i przy
wschodzącym powoli słońcu, zajmowaliśmy się standardową procedurą. Było kopanie
dołu, wygładzanie go, nasuwanie zabezpieczenia na słup, stawianie słupa,
przymocowanie zabezpieczenia, zasypanie ziemią fundamentu, a następnie
rozwieszenie flagi. Była to robota na góra godzinę, więc gdy skończyliśmy
słońce już wychyliło się całe zza horyzontu i przywitało nas nowego dnia.
- Myślę, że warto się
tu na chwilę zatrzymać i odpocząć. Zjedzmy coś, bo konam z głodu – zaproponował
Gigant.
- W sumie nie
zaszkodzi zatrzymać się na parę minut – powiedziałem.
- No to postanowione –
ucieszyła się Ruda i wraz z kobietą z Inowrocławia zaczęły przynosić nasze
zapasy. Mu usiedliśmy na pieńkach obok nowo powstałego punktu i czekaliśmy na
nasze porcje.
- Nie podoba mi się ta
baba. Ogólnie cały Inowrocław – zaczął nagle Krystek.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Wiesz ta cała iluzja
obozu to bujda. Widziałeś co ze mną zrobili gdy ten buc mnie zaatakował. Udają,
że mają zasady, wiedzą wszystko i kontrolują całą okolicę, ale tak naprawdę,
gdyby Toruń chciał to by ich wymordował i przejął. Nawet nie chodzi tutaj o
liczebność. Jakościowo na jednego człowieka z Ostoi przypada pięciu z
Inowrocławia – w jego słowach było sporo prawdy, ale zaskoczył mnie ton
jakim to powiedział. Mogło się wydawać jakby szczerze nienawidził tego miejsca.
- Może i masz racje,
ale Ben wydaje się wiedzieć dużo. A my musimy wiedzieć jak najwięcej – powiedziałem.
- Mam nadzieję, że nie
robimy teraz czegoś, co sprowadzi na nas kłopoty… - powiedział po cichu.
- Myślisz, że te
punkty to znak do kogoś? Do innego obozu? Typu „chodźcie tędy i dojdziecie do
Ostoi”? – zapytałem nieco przerażony taką opcją.
- Ja nic nie mówię
stary. Ale nie zdziwię się jak obudzimy się pewnego dnia otoczeni, a Inowrocław
będzie miał to w dupie. Ci ludzie… - przerwał, gdy zobaczył, że kobieta i
Ruda wracają – Wrócimy później do tej
rozmowy.
Jego słowa dawały mi nieco
do myślenia. Co prawda nie lubiłem myśleć negatywnie i zawsze starałem się
pocieszać innych, ale gdy teraz usłyszałem tę teorię od Krystiana to zacząłem
widzieć to wszystko z innej strony. Jak ciężko było zaufać w tych czasach.
Właściwie mógł on mieć rację, mogliśmy być tak zmanipulowani, że nawet nie
wiedzieliśmy o tym, że zakładamy pułapkę sami na siebie. Byłem ciekaw dalszego
przebiegu rozmowy, ale teraz liczyło się tylko jedzenie i ruszenie dalej, aby
jak najszybciej załatwić niezbędne sprawy i wrócić.
Kolejne
dwa punkty załatwiliśmy w podobny sposób, bo były umiejscowione na otwartym
terenie, gdzie po przeczyszczeniu okolic z zombie praca był prosta i przyjemna.
Słońce w końcu znalazło się wysoko na niebie, chociaż pogoda zapowiadała
nadchodzący deszcz. Zmęczenie dawało się we znaki, ale byłem dosyć wytrzymałym
człowiekiem i wiedziałem, że do mogę sobie pozwolić na poprawne funkcjonowanie
do końca dzisiejszego dnia.
- Zostały dwa, każdy
bardziej wysunięty na wschód od poprzedniego – stwierdził Dymitr siadając
za kółkiem.
- Sam powrót do
Inowrocławia zajmie nam parę godzin – powiedział ze smutkiem Gigant.
- Spokojnie panowie,
to już ostatnie dwa. Jeszcze trochę wysiłku i z rana będziemy już w domu.
Miałem
nadzieję, że moje słowa jakkolwiek pomagają reszcie, chociaż zdawałem sobie
sprawę z tego, że są oni bardzo zmęczeni. Mogło to doprowadzić do głupich
błędów, ale musiałem być pewnym siebie i swoich umiejętności, żeby zapobiec
ewentualnej katastrofie. Kolejny z punktów znajdował się przy rzece niedaleko Nowego
Dworu Mazowieckiego, czyli miejsca całkiem niedaleko Płocka, w którym Bobru
planował się osiedlić według postanowień Wielkiego Spotkania Ocalałych. Być
może miał być to też mój nowy dom, bo póki co czułem się dobrze w tej grupie i
chociaż było tu parę cięższych charakterów to dogadywałem się z większością.
- Stacja paliw? Tu
jest napisane, że będziemy mieli nawet fundament, wystarczy tylko przewiesić
flagę – powiedział ze zdziwieniem Krystek.
- Czyli wychodzi na
to, że ktoś kiedyś już to robił – powiedziałem.
- Tak, Ben wysyłał już
parę razy osoby do tej roboty, ale nigdy na taką skalę – włączyła się do
rozmowy kobieta – W Inowrocławiu dbamy o
stały dostęp do informacji – powiedziała.
- Ech czemu
dowiadujemy się takich rzeczy dopiero pod koniec drogi – powiedział
Krystek. On i Dymitr byli negatywnie nastawieni i podziwiałem kobietę, za to,
że nie wchodziła z nimi w większe kłótnię.
- A co by to zmieniło?
Ja też nie wiem jakie macie schematy działania w Toruniu. Nasze obozy dopiero
się poznają – powiedziała.
- Taa… nie wiecie – szepnął
ironicznie i dosyć głośno Dymitr.
- Przestaniecie w
końcu? – poprosiła Ruda – Mamy
budować cywilizacje, a nie obrażać się na każdym kroku. Skupmy się na zadaniu i
wracajmy do cholernego domu.
To
ostatecznie skończyło dyskusję. Atmosfera była napięta, a zmęczenie tylko
prowokowało do głupich decyzji. Wkrótce dojechaliśmy do niedużego miasteczka
sąsiadującego z Płockiem. Trzymało się ono całkiem nieźle jak na Apokalipsę.
Byłem gotów powiedzieć, że ktoś je oczyszczał, ale poza tym, że ulicę nie były zawalone
wrakami i nie widać było zbyt wiele trupów, to zdecydowanie nie widać też było
oznak żadnego obozu, lub życia.
- Ktoś musiał to
oczyścić, ale ostatecznie zrezygnował z życia tutaj – stwierdził Gigant,
gdy Dymitr powoli skręcał w centrum miasta – Stacja paliw jest na obrzeżach. Załatwmy to szybko i spadajmy, bo mimo
wszystko coś mi tu nie pasuje.
Też czułem jakby coś wisiało w powietrzu. Był środek dnia, a
mimo to puste ulice wyglądały upiornie. Przejeżdżałem przez wiele zniszczonych
wiosek, miast i miasteczek, ale nigdy nie widziałem takiego, które było
oczyszczone, ale też opustoszałe. Coś tu było nie tak i w głowie układały
mi się nieciekawe wizje. Znajdowaliśmy
się niebezpiecznie blisko Warszawy, z której, z tego co mówił Ben, grozić nam
może spotkanie z sporym obozem Ocalałych oraz największym stadem zombie jakie
mogliśmy sobie wyobrazić.
Znaleźliśmy
w końcu stację, o której mówiła mapa. Była ona położona na obrzeżu, niedaleko
sporego sklepu meblowego oraz kilku dużych magazynów przemysłowych. Zrobiło się wyjątkowo ponuro, kiedy
zobaczyliśmy dwa wiszące na sznurach trupy, które machały bezsilnie rękoma w
naszą stronę. Ponury los musiał spotkać tę dwójkę. Wysiedliśmy i ponownie
rozdzieliliśmy. Ja z Gigantem poszliśmy sprawdzać teren stacji, a reszta zajęła
się wypakowaniem materiałów. Flaga, o której mówiła kobieta z Inowrocławia
rzeczywiście powiewała spokojnie na wietrze, ale w przeciwieństwie do naszej,
była zniszczona i miała kolor niebieski.
Na
całej stacji nie było zbyt dużo trupów. Znaleźliśmy dwa przygniecione
kontenerem na śmieci na tyłach, oraz jednego w środku. Zajęliśmy się nimi bez
żadnych problemów, po czym wróciliśmy do naszych żeby im pomóc z ustawianiem
punktu. Dymitr podszedł do słupa i zaczął kręcić korbą, żeby zdjąć aktualną flagę,
a my spokojnie czekaliśmy, rozglądając się na około. Wydawało się jednak, że
jest czysto. Nie mieliśmy żadnych problemów. To była miła odmiana w porównaniu
z innymi punktami. Założyliśmy sprawnie naszą flagę po czym wciągnęliśmy ją na
szczyt.
- Załatwione – powiedział
Dymitr – Został ostatni punkt i możemy
wracać.
Nagle na horyzoncie
zauważyliśmy dym. Odległy, ale dobrze widoczny.
- To jest wschód? – zapytał
Krystek.
- Bardziej południe.
Nie na naszej drodze. Ale cholera i tak nie wygląda to obiecująco – powiedziałem.
- Myślicie, że to z
Warszawy? - zapytał Dymitr.
- Raczej tak. Coś tam
musi się dziać, a nasz ostatni punkt jest na jej obrzeżach. Dlatego uważajcie
ludzie. Zróbmy to jak najszybciej i spieprzajmy jak najdalej stąd –
stwierdziłem. Nie lubiłem takich sytuacji. Z jednej strony wiedziałem na co się
piszę, ale nie dopuszczałem do myśli tego, że możemy kogoś spotkać. Teraz
jednak byłem pewien, że ktoś tam jest i może wpaść akurat na nas. Stawianie
punktu zazwyczaj zajmuje około godziny. To mnóstwo czasu na wpadnięcie w
zasadzkę.
Wsiedliśmy
z powrotem do pojazdu i ruszyliśmy. Miasteczko szybko zniknęło za naszymi
plecami, a my w coraz to bardziej niepewnych nastrojach ruszyliśmy dalej.
Jechaliśmy i jechaliśmy, mijając wioski, miasta, oraz most, aż w końcu
znaleźliśmy się po drugiej stronie Wisły. Ostatni punkt zbliżał się do nas z
każdą kolejną chwilą. Ja z kolei każdą chwilę przeznaczałem na odpoczynek.
Wieczór nadchodził, a słońce powoli kierowało się ku horyzontowi. Siedziałem na
tyłach przy ostatnim słupie i ostatnim zwoju materiału wraz z Gigantem, który
czyścił swój miecz.
- Zastanawiam się, czy
nie zawrócić. Moglibyśmy wrócić i powiedzieć, że ostatni punkt był zbyt
niebezpieczny do obsadzenia. Mam bardzo złe przeczucia co do pojechania tam – wskazałem
ręką kierunek, w którym się przemieszczaliśmy.
- To jest opcja. Też
mam pewne obawy. Jeszcze ten dym. Nie wiadomo co się tam dzieje. Chociaż
jesteśmy już bardzo blisko. Może spytajmy reszty? – zaproponował wielkolud.
- Hej ludzie – podniosłem
głos – Może zawróćmy? To na co się teraz
piszemy jest bardzo niebezpieczne. Nie uważacie, że bezpieczniej byłoby
zawrócić? I tak zrobiliśmy prawie wszystkie punkty. Myślę, że bez tego jednego
jakoś damy sobie radę.
Przez
dobrą chwilę wszyscy milczeli jakby zastanawiając się nad moją kusząco
propozycją.
- Ja też bym wracał.
Cholera nie ukrywam, że obawiam się tego co może się stać podczas stawiania
ostatniego punktu – powiedział Dymitr.
- Chcecie naprawdę
poddać się tuż przed końcem? Jesteśmy już prawie na miejscu. Za dziesięć minut
zaczniemy pracę i jak się zepniemy, za godzinę będziemy już wracać do domu – wtrąciła
kobieta z Inowrocławia.
- Nie zamierzam
narażać życia przyjaciół i kobiety, którą kocham dla pieprzonego punktu – słowa
kobiety zadziałały na Dymitra jak płachta na byka.
- Hej spokojnie, to
była luźna propozycja – powiedział Gigant.
- Może zatrzymajmy się
i to przegłosujmy? – zaproponowała Ruda.
Dymitr
zjechał powoli na pobocze drogi i zatrzymał pojazd.
- Dobra, wyjdźmy na
zewnątrz i przedyskutujmy to na świeżym powietrzu.
Wysiedliśmy ostrożnie i zeszliśmy kawałek na pobocze. Dymitr
poszedł dalej żeby się wysikać, a my czekaliśmy dyskutując.
- Nie wierzę, że Ben
dał wam jedno proste zadanie, a wy wykruszacie się gdy jest ono praktycznie
zakończone – kontynuowała kobieta.
- Co to za różnica?
Ben na pewno nie chciałby, żebyśmy ryzykowali stawiając punkt, narażając się na niebezpieczeństwo podczas
tego – powiedział Krystek zdenerwowany całą sytuacją.
- Co ty możesz o tym
wiedzieć. Ledwo przyjechałeś i złamałeś już jedną z zasad! – wykrzyknęła
kobieta.
- Bo te zasady są
chuja warte. I doprowadzą was jedynie do zguby. Gdyby nie pomoc Torunia to lada
moment sami byście się pozabijali swoimi ideami i przekonaniami – zripostował.
- Dobra miało być
głosowanie. Kto jest za tym, żeby zawrócić? – zapytała Ruda, widząc, że
Dymitr wraca z lasu.
Podniosłem
rękę. To samo zrobił Gigant, Krystek oraz Dymitr.
- Kochanie chcesz
zostać? – zapytał nasz kierowca.
- Czy to ma jakieś
znaczenie? I tak zostałyśmy przegłosowane. Może i macie racje. Nie powinniśmy
ryzykować. Zrobiliśmy dziewięć punktów, w tym ten, który był najważniejszy.
Możemy nawet skłamać o zrobieniu tego – stwierdziła.
- Powiem Benowi. Więc
lepiej zacznijcie od prawdy, bo on i tak się dowie – zagroziła mieszkanka
Inowrocławia.
Zobaczyłem, że Krystek zagryza zęby, ale zaraz wybuchnie.
- Przestań w końcu tak
ślepo służyć temu człowiekowi! Decyzja jest podjęta i jeżeli masz chociaż
trochę oleju w głowie, to się do niej dostosujesz! – wykrzyczał.
- Nie. Jesteście bandą
dzikusów. Wy z Torunia. Chcecie odbudować cywilizacje, a sami zachowujecie się
jak potwory. Nie złamiecie mnie swoimi poglądami – odpowiedziała.
Zobaczyłem, że Krystek sięga do kabury z bronią, więc
momentalnie podbiegłem do niego i złapałem go za rękę.
- Przestań – powiedziałem
stanowczo.
- Irek, ona nas
zabije! Zaraz zrobi coś głupiego, żeby tylko kazać nam dokończyć punkt, nie
widzisz, że to jest fanatyczka? – zapytał
- Wszyscy się
uspokójcie! – krzyknęła Ruda.
- Po prostu wsiadajmy
do ciężarówki i zawracajmy. Jeżeli ktoś jest w okolicy to mamy przesrane – stwierdził
Gigant, rozglądając się naokoło.
Nagle z
oddali usłyszeliśmy przeszywający, kobiecy krzyk wołający o pomoc. Poczułem jak
przechodzi mnie dreszcz taki, że aż zadrżałem. Krzyk narastał, a ja szybko
doszedłem do wniosku, że dochodzi on zaledwie kawałek od nas.
- Przygotowujcie wóz,
ja szybko to sprawdzę – powiedziałem.
- Oszalałeś!? – zapytał
Gigant, zatrzymując mnie ręką.
- O kurwa… - zaklął
pod nosem Dymitr wskazując na coś
palcem. Wszyscy spojrzeliśmy w tę stronę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Na tle słońca, na drodze widać było postacie, chwiejnym krokiem idące w naszą
stronę. Z początku było ich paręnaście,
ale gdy tylko te pierwsze podchodziły bliżej, to kolejne pojawiały się tuż za
nimi. Trupy. Przypomniał mi się dzień, w którym odkryłem, że jestem odporny na
działanie ich ugryzienia. Wtedy dorwały mnie i prawie rozszarpały. Przeżyłem
jednak i teraz wizje tego koszmaru powracały.
- Uciekajmy! – krzyknął
Dymitr biegnąc w stronę wozu razem z Rudą.
- Hej! – krzyknąłem,
kiedy zobaczyłem, że kobieta z Inowrocławia ucieka w las.
- Zostaw ją! – wrzeszczał
za mną Krystian, ale ja go nie słuchałem. Nie mogłem pozwolić na to, żeby ktoś
po prostu zginął. Sama nie miała szans, a jakbym złapał ją odpowiednio szybko,
to może dogonilibyśmy na zakręcie naszą ciężarówkę.
- Poczekajcie na
zakręcie! – wrzasnąłem, nie odwracając się żeby nie zgubić jej z oczu. Po
mojej lewej zaczęły pojawiać się trupy, ale ja biegłem, krzycząc co chwilę do
kobiety, żeby się zatrzymała. Ta jednak była tak wystraszona, że nie słuchała
mnie kompletnie. To był właśnie minus osób, które całą apokalipsę spędziły za
bezpiecznymi murami, a ich jedyny kontakt z zombie ograniczał się do słuchania
ich odległych jęków.
Przede
mną widziałem blask czegoś, co wyglądało jak ognisko. Było to wciąż dosyć
odległe, ale już widoczne. Zombie przecinały nas z lewej i były już zaledwie
parę kroków od nas. Kobieta zaczęła skręcać w prawo, ale nagle potknęła się i z
hukiem poleciała przed siebie. Byłem coraz bliżej, ale zombie było pierwsze.
Skoczyło na nią, a ta zaczęła wrzeszczeć i starała się je odepchnąć. Trup był
jednak silniejszy i po chwili usłyszałem krzyk, rozdzierający krzyk, gdy
umarlak zatopił w niej zęby. Dobiegłem w końcu, ale wiedziałem, że jest już za
późno. Dobiłem trupa przy pomocy noża i po chwili zabiłem kolejnego.
- Trzymaj się,
wszystko będzie dobrze – sam nie wiem dlaczego to powiedziałem. Może
chciałem ją uspokoić przed tym jak zatopiłem nóż w jej czaszce, a może chciałem
sam się uspokoić. Kobieta jęknęła cicho i zamknęła oczy. Przynajmniej miała już
spokój. Poczułem jak coś łapie mnie za plecy i będąc pewny, że to zombie
chciałem to odepchnąć. Poczułem jednak uderzenie i świat zawirował. Słyszałem
jakieś głosy i poczułem, że jestem ciągnięty, ale nie miałem siły się
przeciwstawić.
- Co z nim? – zapytała
jakaś kobieta.
- Załóżcie mu maskę.
Znam go – usłyszałem znajomy głos.
- Szefie… Cezary.
Myślałem, że nie robisz wyjątków… - powiedziała, a ja zbyt zszokowany i
ogłuszony żeby coś powiedzieć poczułem jak na mojej twarzy pojawia się coś
lepkiego i śmierdzącego. Zombie przechodziły obok, a ja
niedowierzając spojrzałem w twarz syna Włodka. Przywódcy Zszytych.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 4,
Blog,
bobru,
część czwarta,
historia,
horror,
Irek,
klimat,
ocalali,
Olaf,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przemarsz,
przetrwanie,
rozdział 23,
survival,
szwendacze,
zombie
poniedziałek, 19 października 2015
Rozdział 22: Szanse
Rozdział 22, przedostatni z perspektywy Bobra. Rozdział pełen akcji i zwrotów, które powinny was zaskoczyć. Oczywiście w 25 rozdziale ponownie spotkamy kawałek perspektywy Bobra połączony z perspektywami Olafa oraz Irka. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba, bo jest dosyć długi i naprawdę sporo się namyślałem, żeby go napisać. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.
POV:
Rozdział 22 - Bobru - Dzień 10-11
Irek - Dzień 10-11 - Przebywa daleko na wschodzie stawiając punkty strategiczne
Olaf - Dzień 10-11 - Przebywa w okolicach Grudziądza.
--------------------------------------------
Rozdział 22 (Bobru): Szanse
Po tym
jak moje oczy zasłonił worek, mogłem jedynie zgadywać na podstawie tego co
czułem i słyszałem, gdzie nas zabierano. Była to istna paleta dźwięków. Na
początku wyprowadzanie z domu, wsadzanie do auta, w międzyczasie zdzielenie
kogoś pięścią w brzuch, a następnie podskakiwanie wozu na wybojach. W końcu po
paru minutach jazdy pojazd się zatrzymał. Drzwi od auta otworzyły się, ktoś
wyciągnął nas brutalnie i zaczął prowadzić. Usłyszeliśmy otwieranie się bramy,
a po chwili liczne głosy. Byłem tak oszołomiony całą sytuacją, ze nie usłyszałem
niczego konkretnego. Oderwałem się na tyle od rzeczywistości, że nawet nie
wiedziałem kiedy, zdjęto mi worek z głowy i wraz z moimi przyjaciółmi wsadzono
do celi.
Było tu
brudno, ciemno, a trzy łóżka, wydawały się być skupiskiem przegniłych desek oraz
starej, zapleśniałej pościeli. W kącie zlokalizowałem wiadro. Jedynym wyjściem
stąd, poza malutkim, zakratowanym okienkiem, przez które nie przecisnęłoby się
dziecko, były stalowe, solidne drzwi z judaszem, które aktualnie były
zamknięte. Za oknem nie widać było też nic konkretnego, tylko piętro jakiegoś
budynku obok. Poza tym robiło się ciemno i nawet tego nie było widać do końca.
- Skąd wiedzieli? – zapytał
w końcu na głos Pablord. Byłem pewien, że podobnie jak ja i on, te same pytanie
zadawała sobie reszta.
- Może skojarzyli
fakty? Patrol, który nie wrócił, a następnie został znaleziony martwy, a potem
miejsce, w którym ostatnio nam się udało. Innego wyjścia nie widzę, chyba, że
jedno z nas jest Złomiarzem i nie chce się przyznać – rzuciła Wiktoria bez
emocji.
- Dobrze, że wsadzili
nas chociaż do jednej celi… - zauważył Józef.
- Zajebiście – podsumowała
krótko Miczi.
Chciałem
coś powiedzieć, ale nie mogłem zebrać w sobie słów. Podejmowałem dobre decyzje
oraz złe decyzje, ale ta była fatalna. Zamiast skupić się na celu, chciałem
pójść na łatwiznę i zaryzykować. Teraz nie wiedziałem co robić. Michael,
podobnie jak ja, siedział w ciszy, wpatrując się przed siebie i słuchając.
- Mamy jakieś realne
szanse ucieczki? – próbowała dalej Wiktoria.
Pablord
podszedł do drzwi próbując je otworzyć, ale jedyne co mu odpowiedziało to
szczęk metalu, a następnie wiązka przekleństw strażnika pod drzwiami.
- Nie zapowiada się.
- Więc mamy czekać, aż
nas pozabijają? Albo aż zgnijemy tu z głodu? – brnęła dalej.
- Jeżeli masz jakiś
plan, to podziel się z nami – powiedziała Miczi.
- Niestety nie mam.
Ale na pewno uda się nam coś wymyślić. Uciekaliśmy z gorszych miejsc – powiedziała.
Westchnąłem
cicho. Zastanawiałem się, co właściwie poszło nie tak. Zasadzka była z góry
przygotowana. Czyżby, gdy dzisiaj rano zaatakowała nas grupa Złomiarzy, to
jeden z nich czekał w krzakach i pobiegł przekazać wieści, ze przyszliśmy? W
wersje zakładającą, ze ktoś z moich ludzi jest zdrajcą nie wierzyłem. Po prostu
nie trzymała się kupy.
- Pozostaje nam czekać
– przemówiłem cicho – Ta kobieta na
pewno nie zostawi nas w spokoju. Ona chce wiedzieć wszystko, a dokładniej
wszystko co wiemy.
- Może zaatakujemy
strażników, którzy wejdą tu, aby nas wyprowadzić, czy coś? Przecież na pewno,
ktoś tu w końcu wejdzie – planowała dalej Wiktoria.
- Wyśpijcie się teraz.
Musimy być gotowi na wszystko – postanowiłem na głos, układając się przy
jednej z ścian. Wszyscy byli równie zmęczeni jak ja, dlatego rozmowy szybko
ucichły i chociaż nie było jeszcze późno, to chwilę później dało się usłyszeć
miarowe oddychanie i pochrapywanie. Ja leżałem jeszcze przez dłuższy moment i
zastanawiałem się poważnie nad tym co mogę teraz zrobić. Musiałem grać, tak jak
zagra mi Wanda. Nie mogłem pozwolić na to, żeby męczyła moich ludzi, albo ich
zabijała. Ona potrzebowała informacji, ale z drugiej strony nie mogłem ich jej wyjawić.
Mieliśmy wielkie plany, a ona była naszym wrogiem. Czy była szansa, że uwierzy
w zmyślone na poczekaniu historie? Owszem. Byłem jednak pewny, że będzie
chciała dowodów i wciąż nie miałem pewności, pomimo tego, że mogła nam obiecać,
że nic nam nie zrobi.
Ledwo
przysnąłem, gdy drzwi celi się otworzyły. Obudzony nagle zerwałem się do
pozycji siedzącej. Do środka weszło trzech, sporych mężczyzn.
- Który z was to
Michael? – zapytał jeden z nich.
Chociaż już chciałem protestować nie zdążyłem. Michael zgłosił się sam i po
chwili bez dodatkowych wytłumaczeń zniknął za drzwiami razem z bandytami.
- Gdzie go zabrali? – zapytała
Miczi, zdezorientowanym głosem.
- Pewnie na jakieś
przesłuchanie – zauważył Pablord.
- Czyli będzie brała
każdego z nas – zauważyłem.
- Jak to? – zapytała
Wiktoria.
- Jakby chciał się
czegoś dowiedzieć od razu, to wzięłaby mnie, albo was – wskazałem na nią i
Pablorda – Zna nas i wie, że nie jesteśmy
tylko mieszkańcami Ostoi, ale także jej ważnymi członkami. Ona po prostu jest
kolejną chorą szmatą, która stoi na naszej drodze i będzie się nami bawiła – w
moim głosie można było usłyszeć rozgoryczenie, ale nie zamierzałem go ukrywać –
Idźcie spać. Martwieniem się nic nie
zmienimy, a będziemy potrzebować siły.
- Nie powinniśmy
ustalić jakiejś wspólnej wersji? – zaproponował Pablord.
- Wspólnej wersji tego, dlaczego tu jesteśmy? – zapytałem.
Potwierdził
skinieniem głowy.
- Możemy, chociaż
myślę, że w tym przypadku to nic nie zmieni. Żeby było jasne, nie chcę żeby wam
się coś działo. Jeżeli ceną za to jest zniszczenie Ostoi, Inowrocławia i planów
związanymi z tymi miejscami, jestem gotów zapłacić – powiedziałem, a
wszyscy spojrzeli na mnie. Słowa na pewno wywarły na nich wrażenie, zarówno
pozytywne jak i negatywne, ale chciałem żeby wiedzieli, że zależy mi na nich
bardziej niż na bezpiecznym miejscu. Bo taka była prawda. Moje przemówienie
nieco zagęściło atmosferę i nikt się już nie odzywał.
Pół
godziny potem, gdy na dworze zrobiło się jeszcze ciemniej, drzwi od celi znów
się otworzyły i strażnicy wrzucili do środka Michaela. Zerwaliśmy się wszyscy,
żeby zobaczyć w jakim jest stanie, gdy strażnicy podeszli i pociągnęli
Wiktorię. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji z Michaelem, Miczi próbowała
zareagować, ale jedyne co osiągnęła to mało delikatne odepchnięcie w stronę
ściany. Chociaż jedynym solidnym źródłem światła teraz, była szpara pomiędzy
drzwiami, a podłogą, słyszeliśmy, że z Michaelem nie jest najlepiej. Oddychał
ciężko, po dotknięciu jego twarzy można było wywnioskować, że ma złamany nos, a
fakt, że tak długo się podnosił, nie poprawiał atmosfery.
- Stary… hej, hej!
Połóż się. Słyszysz nas? – zapytałem, pomagając z Pablordem mu wstać.
- Cholera… - zastękał.
Położyliśmy go najdelikatniej jak potrafiliśmy na jednym z
łóżek i podaliśmy jedyną butelkę wody, jaką dostaliśmy dzisiaj na całą grupę.
- O co cię pytali? – zapytałem.
- O wszystko… Nie
powiedziałem im nic, to mi dali spokój. Ale wezmą każdego. Ta czerwona suka… - zaczął i stęknął.
- Dobra nic już nie
mów. Wiemy na co się szykować. Odpoczywaj – przerwałem mu i usiadłem pod
ścianą. Chociaż wiedzieliśmy, co nas czeka to oczekiwanie na to było najgorsze.
Nie wiedzieliśmy, kiedy wróci Wiktoria, w jakim stanie i kto będzie następny.
Czemu Wanda nie chciała zaprosić najpierw mnie? Czy to był jej plan. Musiała
zauważyć jak bardzo zależy mi na moich ludziach. Chciała żebym widział, jak
każde z nich wraca skatowane z przesłuchań, żeby na koniec wziąć wrak mnie
samego i bez problemu zdobyć potrzebne informacje. Co było najgorsze – to miało
jej się udać.
Gdy
tylko wróciła Wiktoria i zobaczyłem, że została obcięta na łyso i mocno pobita,
krew we mnie zagotowała z bezsilności. Chciałem wepchnąć się do strażników,
kazać im zaprowadzić mnie do niej, ale oni ignorowali mnie całkowicie. Nie
działały obelgi i moje zachowanie. Co gorsza wiedziałem, że gdy oni zobaczyli
mnie w tym stanie, to ich przywódczyni będzie zachwycona, że tak szybko udało
jej się wyprowadzić mnie z równowagi.
Tak
mijały kolejne minuty. Do naszej celi, co około trzydzieści minut wracali
strażnicy, żeby wrzucić wymęczone osoby i wziąć kolejne. Po Wiktorii przyszła
kolej na Miczi, a następnie na Józefa. Gdy w końcu wzięli Pablroda, siedziałem
tylko oddychając ciężko. Miałem ochotę zdobyć jakąkolwiek broń i po prostu
zabić każdego, kto stanie na mojej drodze. Co prawda Wanda nie torturowała
nikogo tak, żeby ten nie mógł funkcjonować. Po prostu sprawiała krótkotrwały
ból, żeby zniszczyć psychicznie mnie i moich ludzi. Musiałem dobrze rozegrać to
wszystko, gdy przyjdzie moja kolej.
Strażnicy
w końcu przynieśli też Pablorda. Chciałem pomóc mu wstać, ale nim się
obejrzałem złapali mnie za ręce i wyprowadzili. Szliśmy tak korytarzem, a potem
następnym. W końcu stanęli przed jednymi z drzwi i zapukali. Usłyszałem kobiece
„wejść” po czym weszli ze mną do
środka. Ciarki przeszły mnie po ciele, gdy zobaczyłem, że pomieszczenie składa
się jedynie z krzesła i stołu, na którym leżały różne narzędzia do zadawania
bólu. Były tam noże, obcęgi, młotki, oraz mnóstwo takich, które widziałem
jedynie w filmach.
- Zostawcie nas
samych. Tym zajmę się osobiście – powiedziała Wanda. Była ubrana w skórzaną
kamizelkę, oraz dżinsy. Rude włosy miała spięte w kok. Strażnicy przywiązali
mnie do krzesła i opuścili pokój.
- Nie martw się.
Zrobimy to szybko – powiedziała klękając przede mną i uśmiechając się.
Teraz mogłem się jej przyjrzeć w końcu z bliska, w pełnym świetle. Chociaż była
starsza ode mnie, to wyglądała całkiem nieźle. Była zadbana, miała ładne rysy
twarzy z wysuniętym delikatnie podbródkiem i wyraźnymi kościami policzkowymi. W
brązowych oczach dostrzegałem coś dziwnego.
- Czego ode mnie
chcesz? – zapytałem.
Wanda
wstała i podeszła do stołu. Chwyciła jeden z długich noży i wróciła do pozycji
klęczącej.
- Zdenerwowałeś mnie.
Denerwowałeś mnie od momentu, w którym się spotkaliśmy po raz pierwszy, w
lesie, ponad miesiąc temu. Teraz pomimo ostrzeżeń przychodzisz tutaj
praktycznie sam – mówiąc to przejechała mi ręką po udzie. Poczułem fale
gorąca – Jaki był twój pomysł? Myślałeś,
że wejdziesz tutaj i w szóstkę odbijesz tę kobietę z Płońska?
- Nie rozumiem do
czego… - zacząłem, ale ona przerwała mi przykładając palec do ust . Dalej
jeździła z uczuciem ręką po moim udzie.
- Wytłumacz mi po co
tu przyjechałeś. Jeżeli chciałbyś walczyć, to wziąłbyś więcej osób. Nie wiem
ile dokładnie macie ludzi, ale jestem pewna, że więcej od nas. Dlaczego
przyjechałeś tu, w takim składzie. Na co liczyłeś?
- Chciałem porozmawiać
– odpowiedziałem.
- Rozmawiamy – stwierdziła,
przejeżdżając ręką nieco wyżej.
- Chcę pokojowo rozwiązać
ten konflikt. Chciałem uniknąć rozlewu krwi, zbliża się do nas coś znacznie
większego… - kontynuowałem.
Zastanawiałem
się czy ona w ogóle mnie słuchała. Wydawała się bawić mną, jak jakąś zabawką.
Teraz przybliżyła się do jednej z moich związanych rąk i odpięła jeden z
guzików w kamizelce. Złapała mnie za rękę i przejechała po swojej klatce
piersiowej. Poczułem wyraźny kształt, który przebijał się nawet przez skórzaną
kamizelkę.
- Widzę, że tobie też
się podoba ta rozmowa – powiedziała przyciskając wypuklenie w okolicach
mojego krocza – Jestem ciekawa co sobie
by pomyślała ta twoja suczka, jakby zobaczyła jak bardzo ci się podoba rozmowa
ze mną – zaśmiała się.
- Wydaj nam Feline i
wypuść nas. Odjedziemy, a ty będziesz mogła przygotować swoich ludzi, na to, co
nadchodzi.
W jej oczach pojawiło się przez chwilę zastanowienie. Wstała
i usiadła mi na kolanach, tak, że jej dekolt znajdował się tuż przed moją
twarzą.
- O jakim niebezpieczeństwie
mówisz? – zapytała.
- O takim, znacznie
gorszym, od tej naszej śmiesznej wojny. Pamiętasz, jak pytałaś mnie dzisiaj,
gdy się spotkaliśmy o używanie fragmentów skóry zombie jak kamuflażu? To
dopiero początek – tłumaczyłem jej, mając nadzieję, że zwrócę jej uwagę.
- Dobrze wiem, że to
wasi ludzie. Nie oszukasz mnie cwaniaczku – powiedziała z nutką niepewności
w głosie.
- To nie są ludzie z
Torunia. Jest ich dużo, ale nie wiem o nich prawie nic. Obserwują nas i tylko
czekają żeby zaatakować. Nie oni jednak są najgorsi. O nie. Z wschodu nadchodzi
największe stado zombie jakie widziałem. Podobno liczy parę tysięcy sztuk – powiedziałem
jej szczerze, licząc, że doceni moje zaufanie.
Wstała,
poprawiając ubrania i odpalając papierosa, wyjętego z kieszeni. Wiedziałem, że
zaciekawiłem ją.
- Kłamiesz – spróbowała,
chociaż powiedziała to tak niepewnie i cicho, że sama nie mogła w to uwierzyć.
- Nie. I ty dobrze o
tym wiesz. Wypuść nas i przygotuj swoich ludzi. Nie chcemy z wami walczyć.
Powinniśmy teraz być jednością. Mało kto widzi, że w tym świecie… że ten świat
jest jaki jest przez zombie. Zakopmy topór wojenny. Zrób to dla swoich ludzi! –
mówiłem powoli, ale wyraźnie, żeby mogła w pełni zrozumieć, o co mi chodzi.
- Powiedziałeś mi to.
Mogłabym cię teraz zabić, a następnie zabić twoich przyjaciół – zastanawiała
się na głos.
- Jeżeli to zrobisz
Dziara nie zostawi cię w spokoju. On nie jest takim człowiekiem jak ja. Gdyby
to on tu siedział, to by pluł ci w twarz i wyzywał. Ja przychodzę z propozycją.
Z szansą – powiedziałem.
- Nie wypuszczę was – powiedziała
jakby sama do siebie – Nie wypuszczę. Na
pewno nie na wolność. Dostaniecie swoją szansę jutro na arenie. Co z nią
zrobicie, to zależy tylko od was – mówiąc to podeszła do drzwi i zapukała –
Mimo to doceniam gest. Dlatego ja również
daje ci szansę. Przygotuj swoich ludzi na jutro. Zawalczycie o swoją wolność. A
teraz znikaj.
Strażnicy
odwiązali mnie, a ja poczułem się naprawdę dziwnie, gdy tylko opuściłem pokój.
Chociaż miałem ochotę zabić tę kobietę, to udało mi się rozwiązać kłopot w inny
sposób. Tak jak prosił mnie o to Józef. Co prawda nie byliśmy wolni, ale
dostaliśmy szansę. Nie miałem pojęcia co się jutro stanie na arenie, ale
wiedziałem, że jeżeli choć odrobinę mi się poszczęści to będę mógł uciec razem
z moimi ludźmi. Gdy wróciłem do celi opowiedziałem pozostałym co udało mi się
ustalić. Chociaż nie byli zadowoleni, to słyszałem w ich głosach siłę.
Wiedzieli, że mamy okazję, której nie możemy zmarnować. Gdy tylko skończyłem
opowiadać, wszyscy położyli się spać.
Gdy
obudziłem się następnego dnia, byłem cały obolały od spania na ziemi. Mimo tego
przeciągnąłem się i zauważyłem, że za oknem widać było słońce. Był środek dnia.
Właściwie nikt już nie spał. Wszyscy zajadali przyniesione śniadanie. Nie było
to nic specjalnego, bo tylko po puszce fasoli i jednym baniaku wody na spółę,
ale wystarczyło, żeby zebrać nieco sił. Nikt nie był na tyle pobity, żeby mieć
problemy z chodzeniem.
- Czyli będziemy
walczyć na arenie? – zaczął dyskusję Pablord.
- Prawdopodobnie – odpowiedziałem.
- Z kim? Z nimi?
Dostaniemy jakąś broń, czy coś?
- Stary, nie wiem.
Będziemy musieli sobie jakoś poradzić.
- A co z Feline? Też
tam będzie – zapytała Wiktoria. Bez włosów wyglądała naprawdę dziwnie, ale
dałem radę się przyzwyczaić.
- Podobno tak. Wydaję
mi się, że ta cała Wanda boi się fali trupów. Przynajmniej da nam spokój na
jakiś czas, jeżeli tylko uda nam się uciec – powiedziałem.
Dyskusje
trwały jeszcze trochę. Jakiś czas później do naszej celi przyszli strażnicy,
którzy przynieśli nam zastępcze ubrania, bo nasze były już w naprawdę opłakanym
stanie. Przebraliśmy się, a strażnik rzucił tylko na odchodne:
- Przygotujcie się, bo
jak nastanie wieczór to wychodzicie – zapowiedział i wyszedł.
Mogliśmy się domyślać, co nas spotka na arenie. Właściwie
jedyne co teraz mogło nas uratować to prawdomówność Wandy, bo wiedziała już czego się spodziewać
i właściwie mogła nas po prostu zabić. Miałem nadzieję, że moja wizja, którą
przedstawiłem jej przy naszym ostatnim spotkaniu, skutecznie ją odstraszyła,
ale nigdy nie mogłem mieć pewności.
Wieczór
nastał bardzo szybko. Do naszej celi weszło czterech strażników, którzy kazali
nam powoli wstać, po czym zaczęli nas związywać, za plecami. O ile dwóch ludzi
Wandy kojarzyłem z wczoraj, to dwaj nowi wydawali się być nieco inni. Jeden
związując mnie, nawet nie szarpał, tylko spokojnie przełożył mi ręce i zawiązał
je sznurem. Był nieco grubszy od swoich przyjaciół i gdyby nie fakt, że byłem
wrogiem Złomiarzy, to pomyślałbym, że robi to z troską. Gdy cała nasza szóstka
została związana, zostaliśmy poprowadzeni korytarzami, na których mijaliśmy
przeróżne osoby, wykrzykujące do nas różne rzeczy. Szedłem jednak pewny siebie.
Wiedziałem, że cokolwiek stanie mi na drodze, postaram się pokonać to jak
najlepiej.
Zeszliśmy
w końcu po raz ostatnie ze schodów i zobaczyliśmy, że znajdujemy się w
szatniach stadionu, czyli areny, o której mówiła nam Wanda. Strażnicy
zatrzymali się tuż przed dużym wejściem na murawę i zaczęli nas rozcinać.
Odetchnąłem z ulgą, że chociaż pozwolą nam używać w pełni naszych rąk.
- Wyjdziecie tam.
Wasza przyjaciółka jest na środku areny – usłyszeliśmy nagle głos za
plecami. To była Wanda. Ubrana tak samo jak wczoraj podeszła i rzuciła nam
pogardliwe spojrzenia – Mam nadzieję, że
zapewnicie nam rozrywkę. Większość moich ludzi będzie to oglądać – powiedziała
z uśmiechem – powodzenia.
Po chwili zniknęła na schodach prowadzących na trybuny.
Przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Dlaczego zwołała tutaj większość swoich
ludzi? Czy planowała coś aż tak wielkiego? Strażnicy sprawdzili ostatni raz,
czy nie mamy żadnych broni, po czym otworzyli szeroko drzwi. Usłyszeliśmy
krzyki i jęki, ale jeszcze nic nie widzieliśmy. Nagle poczułem, ze ktoś wpycha
mi w rękę jakiś przedmiot. Bez problemu zidentyfikowałem, że to był nóż.
Schowałem go szybko do rękawa mojego ubrania, po czym chciałem się odwrócić
żeby spojrzeć w twarz osobie, która chciała mi pomóc, ale ta już zaczęła się
wycofywać. Był to gruby strażnik z góry. Nie miałem pojęcia czym sobie na to
zasłużyłem, ale poczułem się pewniej.
Weszliśmy
na murawę i przywitały nas okrzyki oraz pusta, ale zadbana murawa z klatką
stojącą w centrum boiska, tam gdzie zaczyna się mecz piłkarski. Z daleka
zauważyłem, ze w środku jest jakaś kobieta, która rozglądała się jakby nie
wiedziała co się wokół niej dzieje. Drzwi za nami się zamknęły. Czy to był
żart? Z początku nie ruszałem się, ale gdy zobaczyłem, że nic nie stoi na
przeszkodzie, żeby uratować Feline
ruszyłem do przodu. Trybuny były przeznaczone na tłumy, a Złomiarzy nie było aż
tyle, więc zajęli najniższe rzędy, które były odgrodzone od nas jedynie
szybami. Namierzyłem Wandę, nieco wyżej, z grupką ludzi, obserwujących wszystko
z góry. Zastanawiałem się, co będzie teraz się działo? Czy ci ludzie zza szyb
na nas wybiegną i zaczną nas atakować?
Cała
reszta, pobiegła za mną, również nie rozumiejąc tego, co się tu dzieje. Pablord
biegł ramię w ramię ze mną.
- Wiesz… o co… tu
chodzi? – zapytał, łapiąc oddech podczas biegu.
- Może jednak
zrozumiała, że nie ma sensu… prowadzić wojny z Dziarą i po prostu… chciała
żebyśmy… narobili w gacie – wytłumaczyłem Pablordowi. Z każdym krokiem
byliśmy bliżej klatki, aż w końcu dobiegliśmy. Teraz dobrze widziałem
dziewczynę, która była w środku. Chociaż nieco poobijana i zmarnowana wydawała
się być ładna. Miała naprawdę niesamowite oczy, o których słyszałem już od
Olafa. Musiałem jednak się upewnić.
- Ty jesteś Feline? – zapytałem.
- Kim jesteście?
Dlaczego przyszliście do tej pułapki? – mówiła cicho, jakby nie widziała
sensu w tym co robi.
- Jesteśmy tutaj, żeby
cię uratować. Płońsk cię potrzebuje – wytłumaczyłem.
- Nie wyjdziemy z tego
żywi – zaczęła powtarzać, ale już jej nie słuchałem. Zacząłem mocować się z
zamkiem od klatki, który nie wyglądał na specjalnie wytrzymały. Wyjąłem nóż z
rękawa i wsadziłem ostrze w dziurę. Ci najbliżsi Złomiarzy, gdy zauważyli, że
mam broń, zaczęli buczeć. W naszą stronę zaczęły nawet lecieć kamienie, ale
byliśmy w samym środku i nikt nie dorzucał nawet blisko nas. W końcu zamek
puścił, a ja otworzyłem drzwi. Feline opuściła szybko klatkę i przeszła się
kawałek drętwo przed siebie.
- Możesz iść? – zapytał
Pablord.
- Jasne… - odpowiedziała,
gdy usłyszeliśmy trąbę. Dźwięk przeszył cały stadion, a wydobywał się znad
naszych głów. Arena musiała być specjalnie przygotowana do takich atrakcji,
skoro oprócz oświetlenia działały również syreny i głośniki. Gdy tylko dźwięk
zaczął grać, wiedziałem, że zaraz stanie się coś złego. Nie myliłem się. Dwa
boczne wejścia otworzyły się nagle i widziałem, że coś przez nie wchodzi na
arenę. Nie potrzebowałem żadnego urządzenia, żeby zobaczyć, że to zombie.
Złomiarze zaczęli klaskać i wiwatować, a ja poczułem, ze nogi się pode mną
uginają.
Po
chwili w naszą stronę zaczęły iść trupy. Było ich parędziesiąt, a naszą jedyną
bronią był nóż, który miałem. Zacząłem się szybko zastanawiać, co możemy
zrobić. Pomiędzy wyjściem, a nami, z obu stron, znajdowało się teraz całe
mnóstwo zombie. Przedzieranie się przez nie mogło się skończyć tylko jednym –
śmiercią.
- Chodźcie za mną! – krzyknąłem
i zacząłem biec w stronę, gdzie na normalnych boiskach były bramki – Spróbujemy je wykiwać, albo wejdziemy na
trybuny!
- Złomiarze nas nie
wpuszczą! – odpowiedziała krzykiem Wiktoria.
Wspomniani przez nią ludzie wiwatowali i skandowali głośno
„Zombie! Zombie! Zombie!” na całe gardła, tworząc dziwny podkład muzyczny do
całej sytuacji. Co jakiś czas słychać też było hasła typu „Jebać Toruń!”,
„Dziara to kurwiarz” lub coś podobnego, ale kompletnie je teraz ignorowaliśmy.
Dobiegliśmy do szklanej ściany i już chcieliśmy się przez nią przebijać, kiedy
zobaczyliśmy, że za nią pojawiają się Złomiarze z brońmi.
- Nawet o tym nie
myślcie! – krzyknął jeden z nich. Zatrzymaliśmy się. Zombie, które
wychodziły naszą drogą ucieczki zaczęły skupiać się na środku i powoli pełzać w
naszą stronę. Co mnie jednak zdziwiło to to, że niektóre zignorowały łatwą
zdobycz jaką byliśmy i zaczęły pełzać w stronę widowni.
Serce
biło mi jak szalone. Wydawało mi się, że z każdym kolejnym uderzeniem, były one
coraz bliżej. Otaczały nas w taki sposób, że ten narożnik, zaczynał być ślepą
uliczką. Wiwatowanie było coraz głośniejsze, ale nagle usłyszałem też coś,
czego się nie spodziewałem. Krzyki przerażenia dochodzące z trybun. Rozejrzałem
się i zobaczyłem coś, co przeraziło również i mnie.
Parę
zombie zaczęło wspinać się z niemałą wprawą i przeskakiwać przez szklane ściany
prosto w grupy prawie bezbronnych Złomiarzy. Wtedy zaczęło docierać do mnie to,
co się dzieje. Obejrzałem się do tyłu, żeby zobaczyć, czy dwójka, która nie
pozwoliła nam przeskoczyć dalej tu jest, ale zobaczyłem tylko jak jeden z
trupów sprawnie przecina tętnice szyjną jednego z Złomiarzy, a dwa kolejne
zaczynają dźgać drugiego z nich. Szyba wkrótce była cała czerwona. To byli
Zszyci. Nie miałem pojęcia jak się tu dostali, ale byłem świadkiem tego jak
mordują Złomiarzy po kolei. Chociaż prawdziwe zombie były coraz bliżej, to spojrzałem
w górę żeby zobaczyć jak radzi sobie Wanda. Z radością w sercu zauważyłem jak
ucieka trybunami w stronę wyjścia. Nie takiej masakry się dzisiaj spodziewała.
Pomimo tego, że cieszyłem się z pogromu Złomiarzy, to wciąż miałem spory
problem na głowie, a były nimi zombie, które były już naprawdę blisko.
Wyciągnąłem nóż i zebrałem swoich ludzi za moimi plecami gotów ich bronić. Po
tym jak Zszyci wyszli z tłumu zombie, nie zostało ich aż tak dużo. Przy odrobinie szczęścia sobie poradzę – mówiłem
do siebie w myślach.
Pierwsze
z nich były już paręnaście metrów ode mnie, kiedy zobaczyłem jednego z Zszytych
podbiegającego w moją stronę. Gotowy do walki chwyciłem mocniej nóż. On jednak
nie miał w ręce noża, a jakieś zawiniątko. Zastanawiałem się czy nie biegnie po
prostu do któregoś ze swoich, ale ten zatrzymał się przede mną.
- Odsuń się – warknąłem.
Ten zatrzymał się i zamachnął workiem, który niósł. Rzucił
mi go pod stopy.
- Jeżeli chcesz
przeżyć ze swoimi znajomymi to lepiej to załóż – poradził Zszyty, po czym
odbiegł. Nie wiedziałem jak zareagować, jednak chwyciłem worek i wycofałem się
z resztą jeszcze kawałek do tyłu, tak, że dotykałem plecami ściany. Nagle
usłyszałem strzały. Na boisko wbiegło paru uzbrojonych ludzi i zaczęli
strzelać. Chaos narastał i narastał.
- CO ROBIMY? – krzyknęła
Wiktoria.
Uklęknąłem i rozsznurowałem worek. Sam fakt, że Zszyci nas
nie atakowali był dziwny, ale to co zobaczyłem w środku było gorsze.
Wyjąłem
jego zawartość i poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. To były maski
wykonane z przegniłej skóry. Gdy moi towarzysze zauważyli, co im podaje nie
komentowali. To była nasza jedyna szansa na ucieczkę. Włożyłem śmierdzący
kamuflaż i dla testu podszedłem do jednego z trupów z nożem w ręce. Ten jednak
się mną nie interesował i zaczął pełzać w stronę strzelających Złomiarzy.
- Wszyscy za mną! – huknąłem
i zacząłem biec wzdłuż stadionu w stronę szatni. Wszystko szło idealnie. Zombie
nami się nie interesowały, Złomiarze byli zbyt zajęci, a Zszyci znajdowali
zajęcie dla naszych wrogów. Nie rozumiałem dlaczego i wiedziałem, że będę
musiał się dowiedzieć. Byliśmy jednak coraz bliżej wyjścia, kiedy jeden ze
strzałów z karabinu świsnął niebezpiecznie blisko mojej głowy. Dziękując siłom,
które mnie uchroniły przed dostaniem uśmiechnąłem się pod nosem, ale mój
uśmiech szybko zamienił się w proch w moich ustach.
Wszystko
działo się tak szybko. Moja grupa oraz Feline biegli dalej, ale ja zatrzymałem
się. Gdy Pablord odwrócił się żeby mi pomóc machnąłem ręką żeby nie przestawał
biec. Posłuchał mnie. Ja zatrzymałem się tylko na chwilę, bo wiedziałem, że nic
już z tym nie zrobię. Wizja tego jak Miczi upadła z małą dziurą w głowie i bez
ducha nie dawała mi jednak spokoju. Nie pamiętałem jak udało mi się wstać i
dogonić resztę, ale jedno wiedziałem. Nie udało mi się wszystkich uchronić
przed śmiercią, chociaż miałem na to szansę.
Etykiety:
apokalipsa,
apokalipsa 4,
Blog,
bobru,
część czwarta,
historia,
horror,
Irek,
klimat,
ocalali,
Olaf,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 22,
survival,
szanse,
szwendacze,
zombie
Subskrybuj:
Posty (Atom)