Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 25. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 25. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

Rozdział 25: Nowy dzień

Rozdział 25, ostatni w tomie 5. No cóż, dotrwaliśmy do tej wiekopomnej chwili, która powinna nastąpić już dawno temu. Ale się doczekaliśmy także możecie poznać zakończenie tego tomu, a właściwie wstęp do wydarzenie z kolejnego, który oczywiście również powstanie w swoim czasie. Mam nadzieję, że macie jeszcze jakieś zaufanie do tej serii i mimo wszystko gdy nadejdzie ten moment, to ruszycie do czytania 6 tomu. Nie mam pojęcia, kiedy się go spodziewać, osobiście stawiałbym ten rok, ale nie chcę nic obiecywać. Także po raz ostatni w tym tomie zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Irek - Rozdział 25 - Dzień 8 - Przeprowadza nocne działania z Dziarą
Zuza - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku
Bobru - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku

----------------------------------------------------

Rozdział 25: Nowy dzień (IREK, ZUZA, BOBRU)

Irek
                Auto zatrzymało się na poboczu. Droga wyglądała na czystą, chociaż to wcale nie dawało mi poczucia bezpieczeństwa. Tylko ja wiedziałem jak wielkie zagrożenie na nas czyha. Nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę się tutaj działo, a ja miałem związane ręce i chociaż chciałem pomóc to musiałem słuchać Krawca. Trzymał mnie w szachu nie będąc nawet przy mnie. Co najgorsze, jego manipulacja była na tyle skuteczna, że zdołał przesunąć większość sił Torunia i Inowrocławia tylko przy mojej pomocy. Zabawiał się nami wysyłając nas w tą i z powrotem, a ja wiedziałem, że cierpliwość Dziary się kończy. Siedział teraz obok mnie, na tylnym siedzeniu auta i widać było, że intensywnie myśli nad rozwojem wydarzeń. Samochodem kierowała Ewelina, a obok niej siedział Michael. Czekaliśmy.
                Był środek nocy. Wszyscy byliśmy zmęczeni i marzyłem tylko o tym żeby się położyć spać, ale wiedziałem, że nikt teraz nie śpi. Wszędzie coś się działo, a ja byłem tylko w jednym z wielu miejsc, gdzie ważyły się losy okolicznych grup. Drugim takim na pewno był Płock, gdzie według słów Krawca, nowy obóz Bobra był otoczony przez stado. Pozostała jego część zmierzała na zachód, prosto w naszą stronę.  Jedyną nadzieją dla Toruńskiej Ostoi Ocalałych była solidarność żywych przeciwko martwym. Rozkazy zostały wydane i wszystkie jednostki formowały stanowiska do obrony. Wiedzieliśmy, że nie wybijemy tak ogromnego stada, ale chcieliśmy je jak najbardziej pomniejszyć i zatrzymać, żeby mury Ostoi wytrzymały oblężenie. Wszystkie okoliczne posterunki, wliczając w to największy – Drugi Posterunek, były zebrane w Toruniu. Całe zapasy, okoliczna broń i reszta zostały przetransportowane do największego obozu i czekały. Ostoja nigdy nie miała problemów z wyżywieniem czy uzbrojeniem jej mieszkańców, ale teraz, kiedy wisiała nad nami wizja dni, a może nawet tygodni obrony w miejscu, bez możliwości wyjścia to przestało to już wyglądać tak kolorowo.
                Na drodze przed nami zobaczyliśmy światła. Chociaż wszystko wydawało się być już ustalone to czułem pewien stres. Nie ufałem tym ludziom. Poruszali się jednym pojazdem tak jak my, nikt nie chciał, żeby doszło do rozlewu krwi. Ich samochód terenowy stanął parę metrów przed naszym. Obserwowałem, jak drzwi się otwierają i ze środka wychodzi piątka ludzi. Dziara dał znak i my również opuściliśmy nasze auto. Nocne powietrze pobudziło mnie nieco, ale nie zmieniło planów i marzeń, o tym, żeby się przespać. W okolicy panował mrok, a jedynym źródłem światła były światła wytwarzane przez samochody. Rozciągały się po całej ulicy, rzucając dosyć upiorne cienie na całość.
                Po stronie Złomiarzy pierwsza w oczy rzuciła się ich przywódczyni – Wanda. Miała rude włosy i była kobietą w moim wieku. Towarzyszyło jej czterech mężczyzn, którzy nie mieli broni w rękach, ale widać było karabiny przewieszone przez plecy. Wyglądali groźnie. Podejrzewałem jednak, że my również nie wyglądaliśmy zbyt przyjaźnie. Obie grupy stanęły naprzeciw siebie. Wanda, która najbardziej wyróżniała się ze swoich ludzi miała długi, czarny, skórzany płaszcz i zakryła większość swoich bujnych włosów kapturem. Kiwnęła głową na przywitanie.
- Słyszałam od swoich ludzi, że chcecie porozmawiać o pewnej, wyjątkowo zachodzącej za skórę, grupie – zaczęła dialog bez przywitania, przechodząc prosto do rzeczy.
- Dobrze słyszałaś – odpowiedział Dziara – Wiem, że stosunki między naszymi obozami, w najlepszym wypadku, bywały co najwyżej znośne, ale mamy większy problem niż walka o szlaki i wchodzenie na swoje terytorium.
- Co się stało z moim patrolem na wschód stąd? – zapytała.
- Zostali zabici przez Zszytych – odpowiedziałem, wcinając się w rozmowę. Jeden z mężczyzn otworzył szeroko usta. Na jego twarzy pojawił się grymas. Widziałem jak sięga po pistolet i wyciąga go, celując w nas. Wszystko stało się dosyć szybko i w ułamku sekundy staliśmy celując do siebie. My w nich, a oni w nas.
- Spokojnie – starał się uspokoić sytuacje Dziara – Wanda powstrzymaj go, zanim przegramy tą całą wojnę zanim na dobre się zacznie.
                Wanda spojrzała na swoich ludzi i powoli dała znak do uspokojenia się. My poszliśmy ich przykładem i puściliśmy incydent w niepamięć, chowając pistolety i karabiny na swoje miejsce.
- Tam był… - zaczął mężczyzna, który spowodował zamieszanie.
- Wiem. Idź do auta, uspokój się i daj nam porozmawiać – odpowiedziała krótko. Posłuchał się jej i po chwili zostaliśmy na drodze w równej ilości – Przepraszam za jego zachowanie. W patrolu był ktoś bliski jego osobie. Wracając jednak do tematu, ufam, że nie wybiliście moich ludzi i nie bylibyście tak bezczelni, żeby kłamać mi w żywe oczy przychodząc do mnie z wyciągniętą ręką.
- Wierz w co chcesz, nie to jest tematem rozmowy – odpowiedział ostro Dziara – Zszyci nadchodzą i Toruń będzie się bronił. Każda pomoc się przyda, dlatego wychodzę z propozycją żebyśmy połączyli siły.
                Na drodze przez chwilę było słychać tylko wiatr. Wanda myślała nad słowami przywódcy Czerwonych Flar i Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Trzymała nas jednak w niepewności przez dobre dwie minuty. W końcu zapytała:
- Jak to widzisz?
- Normalnie. Nie musimy nawet łączyć sił, stado jest na tyle szerokie, że nie ma mowy o trzymaniu jednej drogi. Ważne żeby Twoi ludzie jakkolwiek dołączyli do walki i pilnowali głównej drogi z nami, nawet na innym odcinku. Wiesz, że Krawiec nienawidzi was bardziej niż kogokolwiek w tym rejonie?
- Wiem. Ale co dalej? Jak wygląda cały plan?
- Nie ma konkretnego planu – znowu w głosie Dziary dało się usłyszeć zniecierpliwienie – Chodzi po prostu o wybicie tyle ile się da, zanim te potwory nas zasypią. Zorganizujemy schrony i będziemy musieli to przeczekać, ale jak damy się uderzyć tak ogromną falą to nie uratuje nas nic. Dlatego musimy zniszczyć tyle ile się da, a potem wycofać i schować się jak myszy pod miotłą i po prostu zaczekać aż to wszystko minie.
- Skąd mam mieć pewność, że w kluczowym momencie nie zaatakujesz moich ludzi z zaskoczenia?
- Nie masz takiej pewności, ale cholera jasna – tutaj gniew w głowie był już zdecydowanie słyszalny – czy ja ci wyglądam na człowieka, który poświęci swoich ludzi, dając im zginąć od fali żywych trupów, tylko dlatego żeby wyrównać jakieś śmieszne, osobiste porachunki?
- Nie – odpowiedziała, a w jej głosie można było usłyszeć, coś przypominającego zawstydzenie – Dobra. Rozumiem jak to ma wyglądać, gdzie mamy się stawić?
- To zgoda? – upewnił się Dziara.
- Zobaczymy.
                Podeszliśmy do maski naszego auta i przyświecając latarkami rozłożyliśmy mapę okolic, którą Ewelina wyciągnęła z schowka w samochodzie. Dziara przez chwilę przypatrywał się trasie, po czym wskazał palcem odcinek drogi pomiędzy Grudziądzem, a Toruniem i stuknął w wybrany punkt.
- Tutaj – przesunął się żeby dopuścić do mapy Wandę. Kobieta zerknęła i przejechała wzrokiem po całości.
- Na kiedy mam przygotować ludzi? – zapytała.
- Jak najszybciej. Stado najpierw uderzy w naszą część drogi, ale w waszej pojawi się maksymalnie parę godzin później. Przy pierwszym uderzeniu mamy szansę na zabicie największej ilości, podczas wycofywania się to już  nie to samo. Posiadacie materiały wybuchowe? – zapytał Dziara.
- Coś tam mamy, damy sobie radę. Nie myśl, że jak nie jesteśmy z Twojego obozu to nie mamy nic do powiedzenia – powiedziała kąśliwie Wanda.
- Nawet tak nie założyłem. Tak czy siak, po powrocie do obozów zacznie się długie i żmudne wyczekiwanie, aż to wszystko się skończy. Stado może zostać w okolicy nawet parę tygodni, a oczyszczanie resztek po nim to będzie prawdziwy koszmar. Dlatego chcę żeby zawieszanie broni trwało dłużej niż te cholerne parę godzin obrony drogi – tą informacją zaskoczył nas równie mocno jak Wandę, która odwróciła do niego głowę, a jej wyraz twarzy przedstawiał szczere zdumienie.
- Nie zgodziłam się jeszcze na pierwsze, a już mówisz o drugim i to znacznie dłuższym? – zapytała zaskoczona.
- Oczywiście, że zgodziłaś się na pierwsze. Wysłuchałaś wszystkiego i nadal tu jesteś, więc widzę jak poważnie podeszłaś do tematu. Co do drugiego, to tylko dla dobra moich ludzi. Jak stado zniknie, albo rozwiążemy raz na zawsze problem z Krawcem to będziemy mogli wrócić do wrogości lub neutralności, jak wolisz. Z biegiem czasu człowiek zaczyna rozumieć więcej i widzieć, co naprawdę może zaszkodzić, a co jest tylko utrudniaczem – Dziara mówił na tyle szybko, że wydawał się mieć to wszystko gotowe do powiedzenia od dawna. Przywódca Czerwonych Flar przebył naprawdę długą drogę do stania się tym, kim jest teraz. To było inspirujące – Dlatego przygotuj swoich ludzi, brońmy naszych ziemi i spotkajmy się po tym wszystkim, żeby ustalić warunki naszej relacji. Powodzenia.
                Skończył rozmowę nawet nie czekając specjalnie na odpowiedź Wandy. Bez wątpienia zrobił na niej wrażenie. Chociaż relacja między nami wyglądała tak, że on więził mnie kiedyś jak zwierzę w klatce bez większego powodu i chciał sprzedać, a teraz był kimś w rodzaju mojego tymczasowego szefa, to nabrałem do niego prawdziwego szacunku. Po człowieku, który kombinował jak mógł żeby osiągnąć swój cel nie było śladu. Teraz istniał tylko dowódca bez kciuków, który walczył o wspólną sprawę i wychodziło mu to.
                Wsiedliśmy do auta szykując się do odjazdu. Ewelina zdążyła jeszcze oddać mapę z zaznaczonym miejscem zbiórki ludziom Wandy. Teraz musieliśmy wrócić do rozkładanej barykady i przygotować się na coś niesamowitego. Oglądałem się ostrożnie w każdym momencie, bojąc się zobaczyć znajome kształty. Byłem zmęczony, ale wiedziałem jedno – tej nocy nikt sobie nie pośpi.
ZUZA
                Wybuch był potężny.  Pomimo tego, że został przysłonięty to odleciałam do tyłu i z impetem uderzyłam w ścianę sąsiedniego budynku. Zadzwoniło mi w uszach, miałam wrażenie, że świat zamienił się w jeden wielki wir, a ból pleców wydawał się zwiastować trwałe kalectwo. Słyszałam krzyki, szczególnie jeden dziewczęcy, jęki trupów, strzały oraz całą masę innych dźwięków, które wydawały mi się tak obce, jakby były grane przez nieznane mi instrumenty. Przebijał się przez to też męski głos. Głos, który poznałam pomimo chaosu i zamieszania, ten, który prowadził mnie przez mrok i ciemność, nieważne jak bardzo nierealny i zmyślony był. A może nie był?
- Musisz iść dalej – odezwał się.
- Nie mam dokąd. Tu jest moje miejsce. Ci ludzie ochronią mnie, a ja zadbam o nich w zamian – mówiłam powoli, ale podobnie jak mojej świadomości, nie śpieszyło mi się specjalnie. Chciałem po prostu odpocząć. Przecież uderzyłam tak mocno, że mogłam równie dobrze zginąć. Tak jak Pablord. Nie znałam go. Czy on poświęcił się dla mnie, a może zrobił to dla siostry Łapy? Zapewne to drugie, może jednak pomyślał i o mnie i o niej. Czy nie było innego wyjścia z tej sytuacji?
- Było – odpowiedział głos – Nie powinnaś była się zatrzymywać, skąd wiesz, że to Ci ludzie?
- Po prostu wiem, okej? – odpowiedziałam nieco zdenerwowana – Co ci w tym przeszkadza? Nie żyjesz, nie możesz mnie bronić, ja chcę żyć, nie chcę dołączać jeszcze do martwych. Jestem przydatna i mogę się przydać. Dlaczego przestałeś być moim wsparciem? Może ja Ciebie wcale nie potrzebuje. Potrzebowałam, ale teraz nie żyjesz i powinieneś odpocząć. Przestać siedzieć w mojej głowie. Zajmij się sobą…
Nie wiedziałam co mnie tak bardzo denerwuje w tym, co on mówił. Zawsze uznawałam to za plus, że mogę słyszeć swojego męża i chociaż widziałam jak ginie, to był przy mnie. Teraz mogłam sobie jednak zadać jedno pytanie, „Jak możesz być tak żałosna?”. Mój mąż istniał tylko w mojej głowie. Nie mógł mi pomóc, a ja nie byłam przez niego do końca obecna. Ciągle żyłam przeszłością. Nie chciałam, żeby to trwało. Chciałam coś zmienić i nie wiedziałam jak to zrobić. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to wzięcie się w garść.
- Kochanie…
- Nie męcz dłużej mnie i siebie. Odejdź i daj mi spokój. Kocham cię i to nigdy się nie zmieni, ale chcę żyć. Dla siebie i dla Ciebie. Nie bądź samolubny. Nie obciążaj mnie i daj mi wstać – moje słowa doprowadzały mnie do płaczu. Cieszyłam się, że mąż jest tylko wytworem mojej wyobraźni, bo nie chciałabym go tak skrzywdzić w prawdziwym świecie. Chociaż wiedziałam o tym, że on nie jest realny to wciąż coś mnie trzymało. Nie dawało spokoju…
                Świadomość wróciła po chwili. Nie słyszałam już głosów w głowie, a te wszystkie niezidentyfikowane stały się bardziej znajome. Spojrzałam na miejsce, gdzie wybuchł granat i z przerażeniem zobaczyłam, że leżą tam zwłoki Pablorda, z oderwaną dużą częścią korpusu i ręką. Nie było mowy żeby przeżył taki wybuch, nie miałam właściwie pojęcia jak jego ciało zachowała taką stałość pomimo tego jak blisko eksplozji było. Młoda leżała kawałek dalej, najwyraźniej nieprzytomna, ale cała. Trupy się wycofywały, najprawdopodobniej dlatego, że główna brama została zamknięta, a Zszyci przy tej tylnej nie chcieli marnować jednostek, tylko po to żeby wysłać je na pewną śmierć. Mnie jednak ciekawiło co innego. Kto wybiegł z kościoła?
                Odpowiedź nadeszła sama, kiedy ze środka wyszła grupa Medyka. Zatrzymali się przy zwłokach Pablorda, a sam Medyk podszedł do leżącej Młodej i przyłożył jej palce do szyi.
- Żyje – odpowiedział, a jego wzrok przeniósł się na mnie – Dasz radę wstać? – zapytał mnie.
- Potrzebuję chwili, już jest mi lepiej – odpowiedziałam zgodnie z prawdą i powoli starałam się ruszyć. Plecy zdawały się być mocno potłuczone, ale nie było najgorzej. Zachwiałam się delikatnie, ale wszystko się wyrównało i mogłam stanąć na własnych nogach. Zauważyłam, że Bobru z grupą powoli kończą oczyszczanie placu, gdy nagle przypomniałam sobie o prośbie Bobra.
- Zająłem się pacjentami. Musicie wziąć jeszcze tego – wskazał rozerwane ciało – i siostrę Łapy. Jemu nie pomogę, ale ją opatrzę i zobaczę co da się zrobić. Nie masz wstrząśnienia mózgu Zuza?
- Ciężko powiedzieć, czuję się oszołomiona, więc bardzo możliwe.
- Dobra, ale udało się, to jest najważniejsze. Teraz tylko pytanie, dlaczego mieliśmy zdrajczynię w obozie.
- Zdrajczynię? – zapytałam – Widziałeś kto wybiegł z kościoła?
- Pewnie. To ta twoja koleżanka. Sara? – gdy to usłyszałam to przeżyłam szok. Sara? Dlaczego niby pobiegła za nimi i uciekła, rzucając granat? Czy ona chciała wymierzyć karę tym, którzy zabili jej matkę Annę dosłownie dwa dni wcześniej? Ale dlaczego wypuściła granat? Może chciała rzucić w przeciwników, ale w emocjach jej wypadł? Nie miałem pojęcia jak sobie to ułożyć w głowie, ale wiedziałem jedno – wszyscy w obozie byli bezpieczni. Oprócz Sary. Miałam jeszcze szansę ją dogonić.
                Podbiegłam chwiejnym krokiem do jednego z ciał trupów, których nie brakowało w uliczce. Smród i ogólny widok sprawiał, że żołądek podjeżdżał mi do gardła. Walczyłam z tym chwilę, po czym upadłam na kolana i zwymiotowałam solidnie, zalewając sobie rękawy i spory odcinek uliczki. Aż mną trzęsło, gdy wypadały ze mnie resztki jedzenia. Złapałam gwałtowany oddech. Trup, który leżał przede mną wyglądał równie paskudnie jak ja teraz. Miał jednak idealną ranę, która odsłaniała jego wnętrzności i dawała mi możliwość wysmarowania się tym wszystkim.
- Co ty wyrabiasz? Dziewczyno, ledwo trzymasz się na nogach, gdzie idziesz? – zapytał Medyk – Choć opatrzę cię i tyle. Tamta pobiegła dobre parę minut temu i jest otoczona trupami. Życie ci do cholery nie miłe? – w jego głosie oprócz troski pojawiło się coś przypominające mieszankę rozczarowania i zdenerwowania.
- Dam sobie radę. Obiecałam ją chronić, jeżeli nie znajdę jej na zboczu to wrócę. Nic mi nie będzie, nie leźcie za mną – powiedziałam równie zmęczona co zła na całą sytuacje.
                Wiedziałam, że ryzykuje wiele. Chciałam jednak dowiedzieć się co się stało z Sarą. Nie zamierzałam specjalnie ryzykować, zejść jedynie o kawałek. Może akurat ją gdzieś znajdę. Włożyłam rękę do wnętrza jednego z trupów i zaczęłam wygrzebywać resztki flaków i brudną krew. Rozsmarowanie tego nie było łatwe, ale w końcu byłam pokryta od stóp do szyi, z niedużymi fragmentami na policzkach, czole oraz włosach. Cuchnęło potężnie. Wstałam, nieco pewniej niż dwie minuty temu i spojrzałam na Medyka, który przyglądał się całej sytuacji.
- Nie wiem po co tam idziesz dziecko – zastanowił się na głos – Dziewczyna jest stracona. Nieważne czy poszła się zemścić, czy była z nimi od początku. Obie opcje oznaczają śmierć dla niej, a prawdopodobnie też dla Ciebie. Odpuść sobie, raz w życiu…
- Zaraz wrócę – obiecałam, po czym ruszyłam w kierunku furtki. Droga na dół była stroma i małe schodki nie poprawiały mojej sytuacji. Starałam się jednak zbiegać najszybciej jak potrafiłam. Trupy były tuż obok mnie, ale kamuflaż zadziałał tak jak wtedy, gdy podróżowałam sama i wpadłam na Sarę oraz jej matkę na drodze. Zombie co prawda odwracały się w moją stronę, chociaż i to niektóre, ale na tym kończyła się ich aktywność. Nie reagowały też specjalnie na to, że się przez nie przepychałam. Chciałam tylko dotrzeć do zbocza i zobaczyć, czy po drodze znajdę gdzieś Sarę. Zniknęła z góry zaledwie pięć czy dziesięć minut temu, a stado sunęło powoli, więc była jeszcze nadzieja. Wiedziałam, że to co robię jest niebezpieczne i głupie, ale nie dawało mi to spokoju. Jeżeli to przeze mnie mieli tyle informacji o tym obozie, przez to, że pomogłam Sarze i trzymałam ją przy życiu, to było bardzo źle. Na razie jednak skupiłam się na tym, co przede mną.
                Trupy rozlewały się coraz bardziej, przez co, chociaż było dosyć ciasno, to dało się przejść. Starałam się ograniczać kontakt, ale martwe ciała uderzały we mnie co chwilę, szczególnie w większych zbiorowiskach. Szukałam pomiędzy morzem zombie tej jednej twarzy, a właściwie sylwetki, byłam pewna, że nie ma mowy o znalezieniu Sary, kiedy miała ubraną maskę Zszytych. Dlatego przepychając się, oprócz starań o niewykonanie zbyt gwałtownego ruchu, patrzyłam. Mój wzrok przebiegał po brudnych, wyniszczonych i zakrwawionych twarzach mężczyzn oraz kobiet w przeróżnym wieku, stanie rozkładu, ozdobionych krwią, resztkami flaków, sadzą, śladami po broniach białych i wieloma innymi, ciężkimi do zidentyfikowania pozostałościami.
                Zrezygnowana brnęłam w dół, schodząc powoli na zboczę wzgórza, gdzie górka spotykała się z ulicami miasta. Właśnie nimi szliśmy ostatnio po sprzęt medyczny dla Łapy. Trasa wydawała się być zupełnie inna, gdy było tu tak tłoczno. Powoli zaczęliśmy zagłębiać się w labirynt uliczek i domków oraz bloków, wychodząc na typowe przedmieścia. Nie sądziłam, żeby warto było zagłębiać się dalej. Nie mogłam jej znaleźć, było ciemno, trupów było jeszcze więcej. Najgorsze było jednak to, co stało się po chwili. W mój policzek uderzyło coś mokrego. Byłam przekonana, że mi się wydawało, do czasu, aż poczuła to znowu i jeszcze raz. Deszcz. Musiałam się gdzieś schować, bo wiedziałam, że jak zacznie porządnie padać to cały zapach, który maskował moją obecność przed trupami zniknie. Zdenerwowana, zaczęłam się przepychać, a na moich oczach rozpętała się prawdziwa ulewa. Czułam jak krew spływa mi po twarzy i cały potworny makijaż powoli rozmywa się, ukazując moją przerażoną twarz.
                Wpadłam w niemałą panikę i jedyne czego chciała to wpaść do pierwszego lepszego domu i przeczekać to wszystko. W końcu nie miałam teraz jak zawrócić. To co rzuciło mi się w oczy to jeden z bloków, do którego drzwi od klatki były otwarte. Nie widząc lepszej opcji i nie widząc w tym nic nadzwyczajnie dziwnego, przepchałam się przez zombie i dotarłam do wejścia. Gdy znalazłam się wewnątrz, cieszyłam się ciszą i spokojem, jakie mnie otoczyły. Na wszelki wypadek przymknęłam drzwi i powoli wspięłam się po schodkach. Dźwięk stada, chociaż słyszalny, wydawał się być mocno wytłumiony. Solidnie zagłuszał go też deszcz, który padał jak szalony. Nie było szans żebym się stąd ruszyła przez najbliższe godziny. Chciałam tylko znaleźć jakieś mieszkanie, może coś do jedzenia i przebrania się i przeczekać. Wiedziałam, że jak dobrze zabarykaduje się wewnątrz, to będę mogła nawet zasnąć, przecież nikt nie zakradnie się do mnie podczas snu, nie miałby jak przejść tego stada.
                Zaczęłam poszukiwania kryjówki. Na parterze wszystkie trzy mieszkania były niestety zamknięte. Nie mogłam nic z tym zrobić, a nie chciałam bawić się w wyłamywanie zamka, albo wyważanie drzwi, szczególnie, że plecy dalej mnie bolały po wybuchu, a nie czułam się też najlepiej przez delikatne zawroty głowy. Wspięłam się na pierwsze piętro i tutaj od razu los się do mnie uśmiechnął. Jedno z dwóch mieszkań było otwarte. Zadowolona powolutku otworzyłam drzwi i trzymając w ręce pistolet, który jakimś cudem nie wypadł mi podczas wybuchu w obozie, weszłam do środka. Mieszkanie na pierwszy rzut oka wydawało się być puste. Gdy weszłam do pomieszczenia odpowiedzialnego za salon, przechodząc przez korytarz, w którym unosiła się masa kurzu, wiedziałam, że coś jest nie tak. W środku, z dwóch różnych stron, zobaczyłam ruch. To tak bardzo wybiło mnie z rytmu, że nie wiedziałam, w który wycelować. Ostatecznie nie podniosłam nawet dobrze broni, kiedy ktoś uderzył mnie w rękę i wybił pistolet z dłoni. Próbowałam się zamachnąć i uderzyć napastnika w twarz, ale byłam zbyt wolna. Zostałam przyciśnięta do ściany. Poczułam ostrze noża drażniące skórę na mojej szyi.
                Nagle podbiegł ktoś z lampą. Światło początkowo mnie oślepiło, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że znalazłam to, czego szukałam. Byłam w salonie z piątką Zszytych, a osobą, która trzymała nóż przy mojej szyi była Sara.
BOBRU
                Mogłoby się wydawać, że dotarliśmy do obozu najszybciej jak się dało. Ale czy pośpiech był warty ceny? Uratowaliśmy Giganta i całą resztę, która była uwięziona przy bramie, ale czy to wszystko nie rozwinęło się okropnie źle? Łowca został ugryziony. Tak bardzo żałowałem, że ślady zębów nie pojawiły się na ręce lub na nodze. Wtedy byłaby jeszcze nadzieja. Teraz pozostawał tylko żal. Kolejna bliska mi osoba umierała. Obóz ledwo ocalał, ale gdy zaczął padać deszcz zauważyłem, że bezpieczeństwo również nie było darmowe. Zwłoki Pablorda, a właściwie ich pozostałości, prezentowały się dosyć nędznie na bruku przed tylnym wejściem do kościoła. Krystek i dwójka ludzie z Płońska wciąż byli uwięzieni na budynkach. Oni byli bohaterami tego wieczora, dali nam szansę na przetrwanie. Miałem nadzieję, że nic złego się im nie stało. Minie tyle czasu, zanim wszystko stanie tu na nogi.
                Olaf i jego ludzie zajęli się powolnym zbieraniem ciał na stos. Grupa z kościoła również przyłączyła się do pomocy, chcieliśmy oczyścić wszystko za jednym razem. Wszedłem do kościoła. Wiedziałem, że nikt nie będzie mi miał za złe, że nie pomagam. W końcu straciłem dzisiaj więcej niż ktokolwiek inny. To nie były żadne zawody, ale wiedziałem, że nikt nie odczuł tak tego ciosu, jak ja. Zobaczyłem na jednej z ławek siedzącego z zasłoniętą dłonią twarzą Mateusza. Nie podchodziłem jednak do niego. Teraz ktoś inny miał priorytet jeżeli chodziło o rozmowę. Ruszyłem powoli na zaplecze, mijając pokój, w którym leżała Łapa. Usłyszałem co się stało, ale zaskakująco nie przejąłem się aż tak bardzo. Może to dlatego, że jej stan był już stabilny, a działo się tak wiele, może dlatego, że w głębi czułem, że zasłużyła na karę? Nie chciałem żeby nic jej się stało, mimo tego nie potrafiłem aż tak wczuć się w to wszystko.
                Głównym powodem takiego, a nie innego zachowania było to, że byłem wewnątrz pusty. Potrzebowałem energii i chociaż odczuwałem jej brak wciąż parłem na przód. Teraz, po tym co stało się tego wieczora marzyłem tylko o jednym – dorwać Krawca i zabić go. Do czasu był niegroźny, a czasami nawet przydatny. Teraz jednak wypowiedział nam otwarcie wojnę. Nie mieliśmy pojęcia jak wielu ma ludzi, jak bardzo kontroluje okolicę i na jak wiele go stać. Czy Stado to był szczyt jego możliwości? Miał zakładnika i to bardzo cennego dla mnie, ale czy jakbym nie odkrył jego planów to nie miałbym na niego haka? Wiedziałem, że to najniebezpieczniejszy człowiek, jakiego spotkałem na swojej drodze i muszę być po prostu ostrożny. Czekałem tylko na moment, aż wszystko się ustabilizuje i będę mógł się zemścić. Musiałem być jednak cierpliwy i zbierać informacje. Na pewno ma swoje słabe strony, tak jak każdy inny.
                Wszedłem do jednego z mniejszych pomieszczeń, które zostało przemienione w coś w stylu niedużej lecznicy. Łowca leżał na plecach i oddychał ciężko. Jego oddech był równie ciężki jak to, jak czułem się widząc go w tym stanie. Podszedłem jednak i usiadłem obok. Siedzieli przy nim Dymitr  oraz Ruda. Brodaty mężczyzna strasznie zżył się z Łowcą, szczególnie ostatnimi czasy i wiedziałem, że on również przeżywa ogromną żałobę. Ruda trzymała go za rękę i dawała znak, że jest przy nim, chociaż sam Dymitr wydawał się być całkowicie nieobecny. Nie zauważył nawet jak wszedłem do pomieszczenia. Ruda przywitała mnie skinieniem głowy. Cieszyłem się, że przetrwali, Gigantowi też się udało, więc jedyną ofiarą wycieczki do Inowrocławia był Pablord. Jego ciało, a właściwie tyle ile udało się zebrać zostało już przeniesione do wnętrza kościoła.
                Usiadłem po drugiej stronie prowizorycznego łóżka. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Przejebane – skwitował krótko Łowca. Jak zwykle jego słowa wyrażały więcej niż tysiąc słów.
- Nie rozumiem kiedy to się stało…
- Było chaotycznie, czułem, że coś się do mnie przyczepiło, ale co miałem zrobić? Wierzgać i zabić was wszystkich. Stało się, trudno. Pogodziłem się ze śmiercią już w Supraślu, każdy kolejny dzień zawdzięczam tobie i twoim ludziom – słowa Łowcy bolały bardziej niż się mogłem tego spodziewać. To był filar. Osoba, z którą przeżyłem niesamowitą przygodę w drodze do Torunia, ktoś kto uratował mnie i Łapę podczas misji w Supraślu. Zawdzięczałem mu wiele, był moim przyjacielem i nie potrafiłem się pogodzić z tym, że jest już właściwie trupem – Musicie mnie dobić. Nie chce zamienić się w jednego z nich – dodał słabym głosem, zupełnie nie pasującym do jego osoby. Trudno było powstrzymać emocje, gdy taki człowiek jak on szedł na dno.
- Ja to zrobię – odezwał się nagle Dymitr – Udzielę ci łaski przyjacielu.
                Ruda rozpłakała się. Po jej twarzy pociekły łzy, które bombardowały pościel na posłaniu Łowcy. Dymitr przytulił ją, a Łowca tylko kiwnął głową. Obserwowałem tą sytuację z bólem. Wiedziałem, że po takim ugryzieniu każda minuta będzie coraz większą męką. Chciałem jednak żeby pozostali mieli okazję się z nim pożegnać, a szczególnie osoby, które jechały Potworem do Torunia i chociaż większość już nie żyła to wciąż była Łapa… Właściwie tylko ona. Z całe grupy, która uciekła ze mną wtedy z Supraśla została tylko ona i Łowca. Ludzie, którzy mnie otaczali nie żyli długo, tylko ja musiałem obserwować każdą kolejną śmierć i wypełniać swoje serce coraz to większym żalem.
- Będą ludzie, którzy chcą się jeszcze z tobą pożegnać. Poczekasz na nich? Sytuacja tutaj powoli się uspokaja – zaproponowałem. Propozycja brzmiała niesamowicie dziwnie i miałem problem z spojrzeniem Łowcy w oko, ale ostatecznie jego głos znowu stał się żywszy i odpowiedział donośnie:
- Daj mi coś do picia, a przeżyje jeszcze z tydzień.
                Już teraz wiedziałem jak bardzo mi tego będzie brakowało. Wyszedłem jednak z pokoju i udałem się do głównej części kościoła w poszukiwaniu zapasów. Nie byłem pewien czy ludzie, którzy się tu bronili cokolwiek zostawili, ale z racji, iż każdy był zajęty sobą to wolałem nie przeszkadzać. Było sporo do ogarnięcia i zanim będziemy wszyscy mogli zakończyć tą długą i męczącą noc, to pewne rzeczy należało dopiąć na ostatni guzik. Gdy nie mogłem znaleźć kompletnie żadnego alkoholu postanowiłem przejrzeć pobieżnie rzeczy prywatne, leżące w niektórych miejscach kościoła. Nie planowałem szperać szczegółowo, przecież butelkę mogłem zauważyć nawet z daleka. W oczy rzucił mi się plecak leżący przy jednym z zbiorowisk śpiworów i koców. Nie byłem pewien do kogo należy, ale otworzyłem go. W środku znajdowały się jedynie jakieś nieduże zapasy żywnościowe, latarka oraz podręczna apteczka. To musiało należeć do Zuzy. Już chciałem odłożyć go na miejsce, kiedy w oczy rzuciła mi się książka, a raczej notes. Zaciekawiony wziąłem go do rąk i otworzyłem. W środku był napis „Pamiętnik ocalałego”. Przekartkowałem go widząc rzędy równych i eleganckich literek, podział na daty i masę rysunków oraz schematów. Przedstawiały one przeważnie postaci ludzkie, rozrysowanie różnych części ciała oraz strzałki, adnotacje i informacje. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi, ale przypomniałem sobie, że Zuza chciała mi coś pokazać. Czy to mogło być to?
                Odłożyłem jednak pamiętnik na bok, licząc, że Zuza sama mi go da, jeżeli będzie chciała i kontynuowałem poszukiwania. Chodząc po kościele i patrząc na ludzi z Inowrocławia, którzy rozłożyli już swój obóz, podszedłem do dwóch połączonych ław, przy których stał teraz Gigant, Medyk oraz mężczyzna, którego nie znałem. Zacząłem od przedstawienia się temu ostatniemu.
- Marcin – odpowiedział podając mi dłoń – To ty jesteś tym słynnym Bobrem, o którym tyle tutaj mówią. Nie masz pojęcia jaki masz respekt wśród swoich ludzi – powiedział.
- Mogę wiedzieć jak się tu znalazłeś? – zapytałem.
- Przypadkiem. Uciekałem przed hordą i zobaczyłem światła na wzgórzu. Wcześniej wydawało się opustoszałe, więc teraz mnie zaciekawiło. No i trafiłem idealnie w moment, w który mogłem coś zmienić i zrobiłem to. Potem poszedłem do szpitala po rzeczy do wykonania operacji i jakoś postanowiłem, że chciałbym zostać, o ile jest taka możliwość – wypowiedział to wszystko z dużą pewnością. Mógł się nam przydać, chociaż chciałem go jeszcze obserwować.
- Zostań, każda para rąk się w tym momencie przyda – odpowiedziałem ciepło – Mamy jeszcze kogoś nowego? – zapytałem zaciekawiony Medyka.
- Jest jeszcze jedna dziewczyna. Nie wiem, gdzie, ale szła z całą grupą na zewnątrz, więc pewnie rzuciła ci się w oczy – odpowiedział mężczyzna.
- Okej, poszukam jej zaraz. Nie macie nic mocniejszego do picia? Z Łowcą coraz gorzej… - zapytałem.
- Za dużo ofiar jak na jedną noc – powiedział cicho Gigant. Przygasł i nie było w nim nic z energii, którą zazwyczaj tryskał.
- Tak czy siak, ja coś znajdę. Chodźcie panowie, odwiedzimy starego cyklopa i nieco pobudzimy zanim trafi do lepszego miejsca – zaproponował Medyk i ruszył powoli w stronę sali Łowcy.
- Zaraz do was dołączę – rzuciłem za nimi, patrząc jak w trójkę odchodzą. Spojrzałem na to, z czym zostałem sam na sam. Ciało. Zniszczone przez eksplozję, w sumie widać jak bardzo to co widzimy jest powłoką na mięso i flaki, które mamy w środku. Po Pablordzie nie zostało zbyt wiele. Poświęcił się. Łapa z pewnością doceniłaby to poświęcenie, bo uratowało to jej siostrę. Ale ona sama leżała teraz w ciężkim stanie. Musiałem z nią pogadać. Chciałem jednak jeszcze chwilę posiedzieć z Łowcą, a ją ściągnąć, gdy Łowca będzie chciał już ostatecznie opuścić ten świat. Spojrzałem ostatni raz na ciało i ruszyłem za resztą. Dziara będzie musiał się o tym dowiedzieć, w końcu stracił kolejną osobę z Czerwonych Flar.
                Gdy dotarłem do pomieszczenia było tam znacznie bardziej tłoczno niż ostatnio. Zdziwił mnie jednak fakt jak donośne śmiechy dobiegały ze środka. Zaciekawiony wszedłem i zobaczyłem Łowcę, który opowiada jakąś historię, a Medyk  dopowiada swoje części. Efekt końcowy był przezabawny i chociaż sytuacja była ciężka nawet na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Cieszę się, że to był moment, dzięki któremu mogłem zapamiętać Łowcę w tak pozytywnym aspekcie.
- Słuchajcie, nie ma co marnować dobrego kawałka mojej duszy. Chcę chociaż częściowo z wami zostać. Dlatego… - tutaj sięgnął do kieszeni w spodniach i wyciągnął coś – Oddaje ci go. Zaopiekuj się nim, jak mnie już nie będzie. Broń oddajcie komuś, kto będzie umiał z niej strzelać, przynajmniej tak jak ja jednym okiem.
Dymitr nie mógł uwierzyć, w to co leżało na jego dłoniach. Kluczyki do Potwora. Pojazd, którego nie dawał prowadzić nikomu, nigdy. Teraz przekazywał go w ręce Dymitra. Widziałem na twarzy brodatego, jak bardzo się stresuje i sam zapewne nie może uwierzyć. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że teraz może to wyglądać inaczej, ale rzeczywiście, szkoda było żeby taka jeżdżąca forteca odeszła po prostu w zapomnienie.
- Dz… dziękuje. Zaopiekuje się nim – powiedział Dymitr ochrypłym głosem.
- Pozostała jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym oddać. Tylko… - w tym momencie słowa Łowcy przerwało wejście do pomieszczenia kolejnej osoby. Od razu zauważyłem, że jej nie znam i to musi być dziewczyna, o której mówił Medyk. Wszyscy spojrzeli w jej stronę.
- Łapa prosiła, żebym zawołała Bobra – powiedziała krótko. Bez słowa ruszyłem w jej stronę, kiedy rozbrzmiał głos Łowcy.
- Hej, poczekaj – poprosił. Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Odruchowo się wzdrygnąłem jak zobaczyłem, że sięga po opaskę na oko. Zdjął ją odsłaniając zrośnięty oczodół. Widok, na który mimo wszystko przechodziły człowieka ciarki – Daj ją Łapie. Nie musi tego nosić, ale jej przyda się teraz bardziej niż mi.
                Milcząco podziękowałem, klepiąc go po dłoni i odbierając skórzaną opaskę, której również nigdy nie zdejmował.
- Tylko nie zapomnij tu wrócić. Impreza jest przednia, ale nie czuję się zbyt dobrze. Nie chcę zrobić tutaj afery – poprosił żartobliwie, chociaż wiedziałem dokładnie o co mu chodzi. Opuściłem pomieszczenie i ruszyłem w ciemność za dziewczyną.
- Jestem Bobru – pomyślałem, że warto się przedstawić.
- Neri – odpowiedziała krótko. Neri była ładna. Miała na sobie strój zarówno elegancki jak i dający dużą swobodę ruchów i ochronę przed zimnem. Nie byłem pewien, bo było ciemno, ale zdawało mi się, że ma pomalowane oczy. Zaciekawiła mnie.
- Łapa powiedziała czego chce? – zapytałem.
- Niezbyt. Jest też jednak coś, czego ja chcę – powiedziała tajemniczo. Spojrzałem na nią i ta chwila chyba wybiła mnie z równowagi, bo nie zauważyłem nawet, kiedy popchnęła mnie i przybiła dłonią do ściany. Byłem zaskoczony, ale nie sięgnąłem po broń – Zuza zniknęła. To dzięki niej tu trafiłam i chcę wiedzieć czy coś z tym zrobisz – bardziej stwierdziła niż zadała pytanie. Jej stanowczość i pewność była wręcz onieśmielająca. W środku budynku wypełnionego moimi ludźmi wyprowadziła mnie na ubocze i trzymała teraz w szachu. Chociaż nie byłem pewien jak radzi sobie z bronią to wiedziałem, że i tak sięgnę po swoją znacznie wolniej niż ona.
- Zniknęła? Przecież miała być tutaj. To nie ona dostała prawie granatem? – poczułem się niepewnie, ale coś nie pozwalało mi wykonać poważniejszego ruchu. Obserwowałem, na chwilę zapominając o całym świecie. Ta dziewczyna miała w sobie coś więcej.
- Ruszyła na dół. Chcę jej pomóc, ale teraz to samobójstwo. Pójdziesz tam ze mną, za chwilę? – zapytała.
- We dwoje? – zapytałem zdziwiony – Możemy ruszyć większym oddziałem, przecież to nasza przyjaciółka, słyszałem, że bardzo pomogła i uratowała życie mojej kobiety – na te słowa zobaczyłem grymas na twarzy, który był widoczny pomimo ciemności.
- Nie obchodzi mnie to – przerwała – Chcę jej po prostu pomóc i jestem pewien, że damy sobie rade, a przy odrobinie szczęścia nikt nie zauważy naszego zniknięcia.
- Nie sądzę, żeby… - próbowałem zacząć, gdy nagle położyła mi palec na ustach. Zamknąłem się. Jej twarz przybliżyła się do mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz, którego nie czułem od dawna. Poczułem jej oddech na policzku.
- Jeżeli mi pomożesz przedstawię ci trochę przydatnych informacji o Krawcu oraz grupie ze wschodu – powiedziała cichym, stanowczym i tajemniczym głosem. Przymknąłem oczy. Emanowała z niej dziwna aura. Aura, której byłem niesamowicie ciekaw. Zanim zdążyłem odpowiedzieć poczułem coś. Pociągnąłem delikatnie nosem. Zapach był ładny. Perfumy? – pojawiła się myśl w mojej głowie – Kto do cholery używa perfum w czasie apokalipsy?


KONIEC TOMU 5

środa, 4 listopada 2015

Rozdział 25: Następny krok

Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Składa się z dwóch perspektyw, zamiast standardowych trzech (brakuje perspektywy Irka), ale od razu mówię, że zabieg ten jest celowy. Motyw Irka będzie rozwijany później, tutaj jednak potrzebowałem mocy perspektyw Bobra i Olafa żeby wyjaśnić jak przebiegała ucieczka z Grudziądza i komu się udało, a komu nie. Rozdziały finałowe u mnie, zazwyczaj są dobre, ale jednak oficjalnymi szokującymi zawsze są te przedostatnie (21-23), dlatego zrozumcie taki, a nie inne rozwinięcie akcji. Zapraszam do czytania. Na Youtube na dniach powinien się pojawić materiał mówiący, co i jak z dalszymi przygodami i jakie mam plany.

POV:
Bobru - Rozdział 25 - Dzień 11 - 12
Irek - Dzień 11 - 12 - ???
Olaf - Dzień 11 - 12 - Okolice Grudziądza

--------------------------------------------

Rozdział 25 (Bobru, Olaf):  Następny krok

BOBRU
                Dotarliśmy do wnętrza budynku. Panował ogólny chaos. Zombie i Zszyci omijali nas jednak nie zatrzymując się nawet na chwilę. Słychać było strzały. Złomiarze, chociaż zostali zaskoczeni, teraz odpierali atak. Straty były ogromne i była to największa masakra jaką widziałem, ale wiedziałem, że góra za godzinę Złomiarze przegrupują się, a Zszyci uciekną. Pomogli nam. Chociaż uważaliśmy ich za przeciwników, ci jednak nam pomogli. Nie rozumiałem tego, ale kompletnie nie mogłem się teraz na  tym skupić. Szliśmy razem. Zobaczyłem odwróconego do nas plecami człowieka ze strzelbą. Strzelał do przodu, nie widząc nas kompletnie.
                Podbiegłem i wbiłem mu nóż w plecy. Pociągnąłem z trudem w górę i wyjąłem ostrze. Mężczyzna jęknął. Gdy leżał, a kałuża krwi wokół niego zaczęła rosnąć szybko wbiłem mu nóż w gardło i chwyciłem za strzelbę, którą rzuciłem Pablordowi. Okazało się, że zrobiłem to w idealnym momencie, bo po chwili z przodu pojawiło się dwóch kolejnych Złomiarzy. Byli tak zaskoczeni i wystraszeni, ze nie zdążyli zareagować. Dwa celne strzały Pablorda dały nam dwie kolejne sztuki broni, oraz dwie kolejne osoby na sumieniu. Kto jednak się teraz przejmował sumieniem? Tylko ci, którzy już nie żyli.
- Może powinniśmy poczekać? – zaproponował Pablord korzystając z chwili spokoju w tym korytarzu.
- Nie. Złomiarze już się przegrupowują. Jeżeli nie uciekniemy teraz, to zostaniemy tutaj na zawsze – stwierdziłem.
- A co jeżeli wyjścia są już obstawione? – zapytała Wiktoria.
- Musimy zaryzykować – powiedziałem.
                Znajdowaliśmy się na poziomie szatni piłkarskich. Ruszyliśmy dalej. Maski nieprzyjemnie przylepiały się do spoconej skóry. Miałem ochotę położyć się i zwymiotować, ale wiedziałem, że musimy stąd wyjść jak najszybciej. Strzały przed nami ucichły i usłyszeliśmy krzyki. Minęliśmy grupę dźgających Zszytych i ruszyliśmy dalej. Jedno z wyjść musiał być gdzieś tutaj. Jednak myśl o tym, że mogą tam już na nas czekać wrogowie nie była zbyt obiecująca.
                Zza zakrętu wybiegł nagle mężczyzna z pistoletem w dłoni. Szybko rozprawił się z dwoma Zszytymi, po czym zaczął celować w nas. Pablord, Wiktoria oraz Michael zareagowali odruchowo. Trzy strzały powaliły i zabiły przeciwnika. Byliśmy już tak blisko. Zszyci biegali po korytarzu raz w jedną, raz w drugą stronę, szukając kolejnych ofiar. Byli bezwzględni. Ich długie, ostre noże przecinały skórę i kości bez większych problemów niczym miecze. Przebiegliśmy obok kobiety, która uciekała przed Zszytymi i dostała jednym z noży w plecy. Ostrze wbiło się do połowy, a kobieta krzycząc upadła. Dorwali ją szybko. Poślizgnąłem się i prawie upadłem na kałuży jej krwi. Każdy korytarz śmierdział metalicznym zapachem posoki.
                Zobaczyliśmy w końcu drzwi. Były szeroko otwarte. Wybiegali tędy Złomiarze oraz Zszyci. Walka trwała tez przy samym wejściu, gdzie do całego chaosu dołączyły trupy.  Spojrzałem na moich ludzi oraz Feline, która szła za nami, ale wyraźnie nie wiedziała, co do końca się dzieje.
- Przechodzimy i biegniemy. Jeżeli coś nas rozdzieli spotkajmy się w Inowrocławie. Trzymajcie się – ostrzegłem. Ruszyliśmy do przodu. Jeden ze Złomiarzy stał tuż przed nami i chciał nam najwyraźniej zatarasować drogę, ale usłyszałem strzał i zobaczyłem jak leci na plecy do tyłu. Przebiegłem po nim bez skrupułów słysząc chrupnięcie tak głośne, że aż przebiło się przez harmider walki. Byliśmy na zewnątrz. Ulica była oświetlona. Szybko zorientowałem się, w którą stronę muszę biec i pobiegłem. Zerknąłem przez ramię, co z resztą i z ulgą zauważyłem, że cała piątka biegnie kawałek za mną.
                Skręciliśmy w boczną uliczkę, gdzie w przeciwieństwie do wejścia na stadion, było po prostu cicho. Odetchnąłem szybko.
- Udało się. Musimy biec – podsumowałem.
Oczywiście to nie był koniec problemów. Ledwo skręciliśmy w kolejną uliczkę usłyszeliśmy parę aut jadących w naszą stronę. Wskoczyłem szybko za murek otaczający zjazd towarowy do sklepu i pomogłem przeskoczyć pozostałym. Ręka bolała mnie w miejscu, w którym zdarłem cały kawał skóry. Zacisnąłem jednak zęby i wychyliłem się, biorąc pistolet zdobyty wcześniej na stadionie.
                Od razu rzuciły mi się w oczy trzy wozy wypełnione ludźmi, którzy podjeżdżali na tyły stadionu.  Wszystkie pojazdy zatrzymały się z piskiem i ze środka zaczęli wyskakiwać ludzie. Byli uzbrojeni po zęby i byłem pewien, że stanowią tutejszy odpowiednik Czerwonych Flar lub straży w Toruniu. Schowałem się licząc, że będą zbyt zajęci przeganianiem stąd Zszytych, żeby sprawdzić ten murek i nie myliłem się. Grupa około dwudziestu osób pognała szybkim krokiem w stronę, z której przybiegliśmy. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Trzy wozy stały tutaj gotowe do odjazdu. Sprawnie przeskoczyłem murek i pomogłem przejść go reszcie.
- Przygotujcie jeden z wozów, a ja stanę na czatach – zaproponowałem. Pablord ruszył jako pierwszy do sporego, terenowego samochodu i zaczął siłować się z drzwiami. Feline oparła się o murek i była właśnie uspokajana przez Wiktorię oraz Józefa, a Michael zajął się broniami, które trzeba było przeładować.
                Co chwilę słychać było strzały z głównej ulicy, więc byłem pewien, że oddział zaczął już działać. Jedna osoba nawet zaczęła biec w naszą stronę, ale była jeszcze daleko, kiedy pocisk przeszył jej głowę. Wzdrygnąłem się. Kucnąłem przyczajony przy jednym z ulicznych pojemników na śmieci. Słyszałem jak Pablord przeklina mocując się teraz z silnikiem, bo kluczyków oczywiście nie było. Nie wiem jak dokładnie udało mi się uniknąć nagłego ataku od tyłu, ale instynktownie odwróciłem się i odskoczyłem na lewo, akurat na moment przed atakiem. Łysy mężczyzna z nożem poleciał z impetem do przodu, ale nie stracił równowagi. Przez chwilę poczułem strach, ale ten szybko został zalany przez adrenalinę w najczystszej postaci.
                Poczekałem aż mężczyzna machnie nożem i gdy tylko to się stało odskoczyłem na bok i uderzyłem łokciem w jego rękę. Trafiłem prawie tak jak chciałem, bo usłyszałem dźwięk uderzającego o drogę metalu. Mężczyzna zamachnął się i uderzył mnie pięścią w twarz.  Zachwiałem się po czym poczułem kopnięcie, które zwaliło mnie z nóg. Gdyby było jaśniej prawdopodobnie mężczyzna by mnie dobił kopniakami, albo podniósłby nóż. Uliczka była jednak ciemna i nie zauważył cienkiego, czarnego słupa, która stał tuż obok mnie. Chciał mnie kopnąć w klatkę piersiową, ale trafił w słup i krzyknął głośno. Przebudziło mnie to nieco . Podniosłem się i zamachnąłem na krótko wyprowadzając cios. Furia narastała we mnie, kiedy uderzyłem go jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu łysy się przewrócił, a ja wyciągnąłem swój nóż. Usłyszałem kroki i odwróciłem się na chwilę. To Wiktoria biegła do mnie, najwyraźniej dopiero po okrzyku zauważając, że mam problem. Była jednak spóźniona, bo ledwo do mnie dotarła, a dobiłem napastnika i wytarłem o jego bluzę ostrze broni.
- Cholera jasna! Co z tobą!? Czemu nie krzyknąłeś, że masz problem? – zapytała ciągnąc mnie w stronę wozu. Otarłem krew cieknącą mi z pękniętej wargi i rozmasowałem obolały brzuch.
- Jedźmy już – poprosiłem.
                Auto całe szczęście było już gotowe. Wsiedliśmy do środka i zapaliliśmy światła. Usiadłem na prawo od Pablorda, który kierował. Przejrzałem się w lusterku. Miałem krew rozmazaną na całym, prawym policzku, a moje dłonie wyglądały, jakby ktoś z nich pozdzierał skórę w paru miejscach. Były całe we krwi. Osunąłem się na siedzenie i odetchnąłem.
- Wszystko w porządku kumpel? – zapytał Pablord.
- Tak – odpowiedziałem.
OLAF
                Nie do końca ufałem człowiekowi, który został nam przedstawiony, ale Łowca był częścią drużyny Bobra, a to nieco podbudowywało na duchu. Jednak decyzja o wróceniu podłamała mnie zdenerwowała.
- Jak to? Nie minęła jeszcze godzina. Oni wciąż mogą wybiec – podniosłem głos, bardziej niż chciałem.
Łowca przystawił palec do swoich ust uciszając mnie:
- Nie hałasuj. Tam dzieje się źle. Jeżeli zaraz stąd nie znikniemy, to możemy zostać tu na zawsze. Wiem jakie to jest ciężkie, ale możliwe, że Bobru i reszta wybiegli już drugim wejściem i uciekają stąd z Łapą. Nic tu po nas…
Nie przekonywał mnie. Czułem się nieco zdradzony, chociaż tak naprawdę nie miałem ku temu większych powodów.  Przytaknąłem w końcu i we czwórkę wyszliśmy z kiosku. Po drugiej stronie ulicy wciąż trwała walka, ale szybko zostawiliśmy ją za nami.
- Gdzie właściwie idziemy? – zapytał Jonasz, próbując dorównać  nam szybkością.
- Do chatek na wzgórzu. Tam poczekamy do rana i stąd odjedziemy. Chyba, że druga grupa wróci szybciej – wytłumaczył  Łowca – Co z twoją nogą?
- Bobru nie opowiadał? Jak złapali nas na Złomowisku? – zdziwił się Jonasz.
- Wiesz w sumie nie mieliśmy okazji żeby spokojnie pogadać. Sporo się działo pod twoją nieobecność. Ale porozmawiamy na miejscu – zdecydował jednooki.
                Przez parę pierwszych uliczek przeszliśmy bez problemu. Byliśmy blisko miejsca, gdzie zobaczyliśmy Zszytych i się rozdzieliliśmy z Łapą.
- A kto tu właściwie jeszcze jest? – zapytał nagle Jonasz.
- Łapa z siostrą i parę osób z Płońska. Olaf i Kuba też są stamtąd. Przyszli tutaj po Feline, ich dowódczynie – wytłumaczył pokrótce Łowca.
- To ta kobieta była dowódczynią waszego obozu? – zdziwił się Jonasz patrząc na mnie. Nie polubiłem go specjalnie, ale każda wieść o Feline była dla mnie ważna, więc zmusiłem się do łagodnego tonu.
- Tak. Co jej zrobiły te skurwysyny? – zabrzmiałem nieco groźnie, ale starałem się.
- W sumie nic strasznego. Była traktowana całkiem nieźle jak na warunki tych ludzi. Spędziłem z nimi trochę czasu i wiem, że potrafią być okrutni. Nie torturowali jej nawet. Bardziej męczyli ją psychicznie, mówiąc, że Płońsk upadł, cały obóz został wybity i inne pierdoły – wytłumaczył grubszy mężczyna.
- Ja im kurwa dam – szepnąłem pod nosem.
                Nagle, praktycznie znikąd usłyszeliśmy dźwięk silnika. Chociaż byliśmy przy wraku, nie była to dobra kryjówka i nim zdążyliśmy zareagować zobaczyliśmy auto wyjeżdżające z duża prędkością na zachód. Jego załoga musiała jednak być tak zajęta uciekaniem, że nawet nie zatrzymali się aby nas zabić. Odetchnęliśmy z ulgą, ale usłyszeliśmy nagle kroki. Wszyscy ukucnęliśmy przy wraku i zobaczyliśmy, że za samochodem starało się biec trzech ludzi. Szybko wypatrzyłem bronie w ich rękach. Sam wziąłem pistolet. Znajdowaliśmy się teraz przy wraku, który sąsiadował z wylotem niedużej uliczki. To była nasza droga ewakuacyjna w razie gdyby zaczęło się robić gorąco.
                Wrogowie zauważyli nas dopiero jak wystrzeliłem. Byli dosyć blisko, zaledwie dziesięć metrów, ale mimo to nie trafiłem tak jak chciałem i pierwszy z nich dostał kulą w ramię. Chciałem się poprawić, ale jego koledzy natychmiastowo przeskoczyli na bok za murek i przyjęli pozycję do ataku. Wychylanie się i strzelanie trwało w najlepsze, kule latały niczym szalone, ale wciąż po obu stronach nie było żadnych ofiar. Nagle jednak poczułem coś twardego na plecach. Nie odwracałem się nawet. Zostałem pociągnięty do tyłu siłą, a moi towarzysze nie zdążyli zareagować.
- Rzućcie broń! – usłyszałem głos za moimi plecami. Poczułem ciepły oddech na karku.
Kuba, Jonasz i Łowca, nie wiedzieli, co zrobić. Opuścili w końcu bronie i położyli je pod nogami. Trójka, z którą się strzelaliśmy obserwowała całą akcję i dopiero gdy bronie znalazły się pod stopami ich towarzysza wyłonili się zza osłony.
- Te kutasy chciały nas zabić – powiedział jeden z mężczyzn. Byli jeszcze kawałek od nas, ale kompletnie nie miałem pomysłu co mogę zrobić. Jak mogliśmy się dać tak zajść.
- Wanda chciała każdego żywcem. Bierzemy ich do obozu – powiedział mężczyzna za moimi plecami, wciąż przykładając mi lufę do pleców – Skujcie ich, a ja zaraz zajmę się tym tutaj. Gdzie ja schowałem kajdanki? – myślał na głos, chowając pistolet. Mogłem spróbować się wyrwać, ale wiedziałem, że mają nas już w garści. Jego towarzysze skuwali właśnie Łowcę, Kubę i Jonasza, a ja miałem zaraz do nich dołączyć.
                Właśnie wtedy padł strzał. Przeleciał tak blisko mojej głowy, że myślałem, że ktoś strzela do mnie, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że mężczyzna za mną trzyma się za szyję i ląduje na plecach w rosnącej kałuży krwi. Jego kompani byli zdziwieni. Wykorzystaliśmy to od razu. Łowca się podniósł i przysunął głową w twarz jednego z przeciwników. Mężczyzna upadł na ziemię trzymając się za usta i wypluwając zęby. Jonasz w tym czasie rzucił się na drugiego całą masą swojego ciała i wywrócił go. To dało mi czas na szybkie podniesienie broni i zastrzelenie najpierw ostatniego stojącego wroga, następnie tego przygniecionego przez Jonasza, potem tego obitego przez Łowcę, a na koniec człowieka, który mnie zaskoczył.
                Wtedy z tej samej uliczki, z której przyszedł czwarty Złomiarz wyszła dziewczyna. W pierwszym momencie byłem pewien, że jest to Łapa, ale po chwili przeżyłem szok, gdy zobaczyłem jej młodszą siostrę. Wygląda teraz dokładnie jak Łapa, z  tym, że była nieco niższa i miała bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Wyglądała jednak równie groźnie.
- Pomogę ci – powiedziała. Teraz zdałem sobie sprawę, ze odkąd wyjechaliśmy z Inowrocławia nie słyszałem jej głosu. Był nieco wyższy niż u Łapy.
- W kieszeniach powinni mieć klucze – powiedział Jonasz. Łowca też wydawał się być zaskoczony tym co się stało. Kuba tylko szeptał coś sam do siebie.
- Co tutaj robisz? Gdzie twoja siostra i reszta? – zapytałem przeszukując tego z wybitymi zębami w poszukiwaniu klucza.
- Siostra kazała mi wracać. Wtedy zobaczyłam was… - mówiła krótko i treściwie. Widać, że czuła się nieco nieswojo bez siostry w pobliżu.
- Nie znaleźliście Bobra i reszty? – zapytałem z nadzieją.
- Gdy odchodziłam to ludzie wciąż wybiegali i do całej akcji dołączyli jacyś inni Złomiarze, ale nie widzieliśmy nikogo z naszych – powiedziała ze smutkiem.
                Chciałem coś dodać, ale nie wiedziałem co powiedzieć, więc ostatecznie się zamknąłem. Szybko znalazłem klucze i uwolniłem resztę. Pobiegliśmy całą piątką i bez problemu opuściliśmy miasto. W krótce byliśmy już w chacie.
- Mam nadzieję, że twoja siostra nie zrobi nic głupiego – powiedziałem.
- Ja też mam taką nadzieję – stwierdziła.
Łowca wraz z Kubą pomogli Jonaszowi, który dzisiejszego wieczora został nieco poobijany. Ja siedziałem na fotelu patrząc w księżyc przykryty w większości chmurami i czekałem. Godzina już minęła, reszta powinna wrócić. Dlaczego ich jeszcze nie było. I tak mieliśmy czekać do rana z wyjazdem, więc czasu jeszcze trochę było. Złomiarze nawet nie myśleli o sprawdzeniu tych chatek, mieli tyle własnych problemów w okolicach areny, że nie powinni nawet o tym myśleć.
                Księżyc był już wysoko na niebie i mijały kolejne godziny, ale Łapa wciąż nie wracała. Siedzieliśmy w kółku na drewnianej podłodze, dojadając swoje porcje jedzenia i rozmawiając.
- Muszę po nią iść – postanowiła nagle Młoda. Zadziwiał mnie fakt, jak bardzo rozgadana się zrobiła gdy siostry nie było w pobliżu.
- Oszalałaś dziewczyno? Tam na dole dzieje się źle. Widziałaś co chcieli nam zrobić tamci Złomiarze.  Łapią każdego. Jeżeli twoja siostra nie wróci do rana musimy wrócić po posiłki. W piątkę nie zdziałamy nic – starałem się jej przemówić do rozumu.
Młoda chciała już coś powiedzieć, kiedy nagle drzwi do chaty się otworzyły, a do domu weszła Łapa oraz kumple Kuby. Łapa trzymała się za ramię i nawet w ledwo oświetlonym lampą pomieszczeniu, widać było plamę krwi na jej ramieniu. Monika zerwała się i podbiegła do siostry przytulając ją.
- Feline? – zapytałem wstając.
- Chwila – warknęła, podchodząc do plecaka, który leżał w kącie i wyciągając z niego bandaże oraz butelkę wody.
- Co się stało? – zapytał Łowca.
- Powiedziałam chwila! – odburknęła od niego, bandażując sobie ranę. Robiła to nieudolnie, bo ciężko było zabandażować swoje własne ramię, więc pomogła jej siostra – Jak widzicie nie ma ich z nami. Nie widziałam, żeby opuszczali arenę. U was też nic? – zapytała dopiero teraz zauważając Jonasza – Jonasz?
- Łapa… kopę lat – skomentował zachrypniętym głosem.
- Jakim cudem przeżyłeś? Bobru opowiadał mi, że dorwali cię ponad miesiąc temu na Złomowisku – zdziwiła się.
- Dołączyłem do nich… - zaczął. Słowa , chociaż wypowiedziane szeptem, uderzyły w nas niczym młot – Ale spokojnie. Zbierałem informacje. Pytali mnie o różne rzeczy, ale nie dowiedzieli się niczego konkretnego. Za to uwierzyli, że jestem po ich stronie. W ostatnim tygodniu dowiedziałem się tyle rzeczy, że jeżeli dojadę do Dziary to Złomiarze będą przeszłością.
- Mam nadzieję, że Dziara ma się dobrze i wróci u niego stare zamiłowanie do bycia chorym skurwielem. Bo taki człowiek jak ty nie zasługuje na nic – powiedziała z pogardą.
- Hej spokojnie! Idźmy spać, jesteśmy zmęczeni, emocje nas rozsadzają, połowa z nas jest ranna, musimy odpocząć i wracać. Dziara i Ben zadecydują co dalej – uspokoił sytuację Łowca. Nie wiedziałem czy Łapa się po prostu posłuchała, czy była zmęczona tym wszystkim, ale prychnęła tylko i usiadła na boku biorąc jeden z koców, które przynieśliśmy. Nikt nie miał siły gadać i nawet pomimo tego, że w mojej głowie działo się teraz piekło gorsze od tego na ulicach Grudziądza, zasnąłem momentalnie.
                Gdy obudziliśmy się rano nawet nie jedliśmy śniadania. Byłem zmęczony pomimo paru godzin snu, a głowa bolała tak mocno, że miałem ochotę roztrzaskać ją sobie o pobliski kamień. Łapa i Młoda miały paskudny humor. Nie odzywały się właściwie do nikogo. Łowca próbował poprawić morale, ale jego wypowiedzi zamiast pocieszać były jedynie ponurymi monologami. Jonasz nie prowokował Łapy, a Kuba i jego kumple wyglądali najsmutniej z całej grupy – zmęczeni, obici, a dodatkowo smutni. Ja też byłem smutny. Liczyłem, że misja się powiedzie, ale jak patrzyłem na to teraz, to sam nie wiedziałem, czego się spodziewałem. Parę ludzi kontra ogromny, uzbrojony po zęby obóz? Czego ja się spodziewałem. To było skazane na porażkę.
                Ruszyliśmy, gdy słońce wychyliło się już całą kulą zza horyzontu. Łowca kierował, a reszta siedziała cicho rozmyślając, albo przysypiając. Ja też zamknąłem oczy, chcąc po prostu obudzić się w lepszym miejscu. Gdy otworzyłem oczy słońce było wysoko na niebie, a my byliśmy pod bramami Inowrocławia. Zobaczyłem charakterystyczny kościół. Przespałem całą drogę. Rozejrzałem się szybko po samochodzie i z ulgą zobaczyłem, że wszyscy byli na miejscach. Bałem się, że przespałem jakąś masakrę, gdy Łapa nie wytrzymała już dłużej obecności Jonasza, albo po prostu oszalała. Miałem nawet sen, w którym stała tuż obok Feline. Ta opowiadała Łapie o czymś związanym z Inowrocławiem, na co Łapa dźgnęła ją nożem. Wzdrygnąłem się na samą myśl o takiej sytuacji. Chociaż ostatecznie wolałem widzieć śmierć Feline, być przy niej i postarać się ją uratować. A ta została zabita na arenie, albo podczas ucieczki z niej.
                Wysiedliśmy za bramą, strażnicy przywitali nas z ulgami na twarzy. Następne wydarzenia działy się tak szybko. Przywitali nas, wyszedł po nas garbaty mężczyzna, spytał jak się trzymamy nie dostając żadnej odpowiedzi, po czym poprowadził nas do biura. Tam za stołem czekał już Ben oraz…
- Bobru? – zapytała z niedowierzaniem Łapa. Sam nie mogłem uwierzyć. Wyglądał fatalnie, ale to zdecydowanie był on. Na stole leżała maska, taka sama jaką nosili Zszyci. Po chwili do pomieszczenia dołączył Dziara, która przywitał nas skinieniem głowy.
- Ty żyjesz? – zapytał Łowca.
                Bobru podszedł do nas i przywitał się po kolei. Nawet z nami, osobami z Płońska. Przy Jonaszu zatrzymał się na chwilę.
- Pożyczone, ale oddaje – powiedział uśmiechając się i podając Jonaszowi nóż.
- Wiedziałeś, że to ja? – zapytał.
- Podejrzewałem.
- Feline? – zapytałem zachrypłym z emocji głosem.
- Czeka na ciebie w lecznicy. Właściwie na was – wskazał moich przyjaciół. Nie wiedziałem, co mnie podkusiło, ale podszedłem do Bobra i uścisnąłem go. Nie odepchnął mnie, tylko poklepał po plecach. Czułem łzy napływające do moich oczu.
- Dziękuje – wyszeptałem.
- Nie ma sprawy – odpowiedział. Nie czekając na nic więcej, wybiegłem wraz z Kubą i jego kumplami i udałem się do lecznicy.
BOBRU
                Doceniłem gest Olafa. Wiedziałem, że dba o swoich ludzi, tak samo jak ja starałem dbać się o swoich. Podszedłem do Łapy. Rozłożyłem ręce, a  ta powoli, jakby nieufnie, przysunęła się do mnie i mnie uścisnęła.
- Byłam pewna, że nie żyjesz – powiedziała po cichu.
- Trafiłaś akurat na część, w której opowiadam jak uciekliśmy – powiedziałem z uśmiechem. Pocałowała mnie delikatnie w usta. Uśmiechnąłem się i wróciłem do stołu. Ben i Dziara wiedzieli już mniej więcej co się stało. Jak trafiliśmy do domu rodziny Złomiarzy, która nas kiedyś uratowała, jak trafiliśmy do niewoli i w końcu jak zostaliśmy wystawieni na arenę. Łapa dosiadła się obok wraz z siostrą, Jonaszem i Łowcą. Ben zrobił wyjątek i kazała przynieść obiad do jego biura, żeby Łapa i reszta mogli zjeść po podróży.
- Przy wejściu dostałem nóż od jednego z strażników, okazało się, że to Jonasz. Cieszę się, że przeżyłeś – powiedziałem szczerze. Jonasz był naprawdę solidnym człowiekiem.
- Szkoda, ze nas zdradził i dołączył do Złomiarzy – powiedziała Łapa.
- Nie miał wyboru i jestem gotów to zrozumieć, o ile wróci do Czerwonych Flar – włączył się do rozmowy Dziara.
- Wiadoma sprawa – zapewnił Jonasz z uśmiechem.
- Co z pozostałymi grupami? Jakieś wieści? – zapytał Łowca.
- Grupa stawiająca punkty jeszcze nie wróciła. Trochę mnie to martwi, ale wydaje mi się, że powinni być góra za dwa dni – wytłumaczyłem – A Erni pracuje z dużą grupą osób, na odcinku drogi Toruń – Inowrocław. Świetnie sobie radzą z Rekinem.
- Wybaczcie, ale naprawdę chcę usłyszeć, co się stało na arenie – wtrącił Ben. Póki co powiedziałem o wszystkim, oprócz szczegółów sceny torturowania mnie przez Wandę. Tego się po prostu wstydziłem.
- Wpuścili na arenę szwendacze. Miałem nóż, więc chociaż było ich sporo miałem nadzieję, ze jakoś dam sobie radę, ale wtedy okazało się, że większość z nich to Zszyci – opowiedziałem.
- Co? – spytali niemal jednocześnie Dziara i Ben.
- Dokładnie. Zaczęła się masakra. Wbiegli na trybuny, Złomiarze byli bezbronni, dopiero po jakimś czasie dołączyli strażnicy z karabinami. Myślę, że spokojnie ponad setka Złomiarzy została zabita zeszłej nocy. Zszyci nam pomogli. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że my tam będziemy, ale szli tu po nas. Rzucili nam te maski – wskazałem leżące na stole ochłapy – i pomogli nam uciec.
- Ja od siebie tylko dodam, że Złomiarze nie mieli pojęcia o tym, że złapali tylu Zszytych. Zbierali trupy na to cały dzień i widocznie nie załapali, że duża większość to byli ludzie – dodał Jonasz.
- Ja z kolei słyszałam na ulicy dialog pomiędzy nimi. Ich przywódca kazał to zrobić. Nie powiedzieli jak się nazywa, tylko posłużyli się terminem Krawiec – przypomniała sobie Łapa.
- Jak myślisz, co to oznacza dla naszej społeczności? Jak traktować Zszytych? Zawrzeć z nimi pokój czy wypowiadać wojnę? – zapytałem Bena.
                Ben przez chwilę milczał. Myślał nad czymś. Czekaliśmy cierpliwie obserwując go.
- Myślę, że na razie musimy odpuścić sobie podejmowanie jakichkolwiek akcji. Naszym priorytetem jest teraz zdobycie Płocka i kontrolowanie rzeki. Jeżeli by dobrze poszło można by nawet założyć wodne połączenie pomiędzy Płockiem, a Toruniem.  Bobru, wiem, że wróciłeś dopiero z podróży, ale muszę to wiedzieć zanim będziemy ustalać dalej – kiedy będziesz gotowy do wyjazdu do Płocka? – zapytał patrząc mi w oczy. Przeszedł mnie dziwny dreszcz.
- Potrzebuję tygodnia. Na zebranie sił, ludzi i ustalenie wszystkiego – powiedziałem.
- A więc postanowione – stwierdził Ben i uśmiechnął się. Wiedziałem, że ma już plan.

KONIEC TOMU 4

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 25: Dobry człowiek

Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Jak zwykle zdecydowałem się na zmieszanie trzech perspektyw. Rozdział nie ma w sobie dużo akcji, można wręcz powiedziec, że jest przegadany, ale zabieg jest celowy. Nie zawsze wszystko musi się kończyć fajerwerkami. Poznacie tutaj dalsze plany grupy Łapy, dowiecie się jaką decyzję podejmie Erni oraz co dalej planuje Bobru. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, a moich czytelników zapraszam na dniach na film pogadankowy na temat 4 tomu, oczywiście na kanale YT: youtube.com/user/Mrbobru

---------------------------------------

Rozdział 25: Dobry człowiek [FINAŁ 3 TOMU]


Magda
                Wbiegliśmy do pomieszczenia tuż za Irkiem. Nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że został ugryziony, a stał tutaj i trzymał się naprawdę nieźle. Może miał jakiś ochraniacz? Cała nasza ósemka oddychała ciężko, wiedząc, że tak naprawdę dopiero teraz będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Krystek i Marek zablokowali drzwi, Młoda i Marta usiadły w kącie, a ja rozejrzałam się po pokoju. Był to nieco zapuszczony, ale całkiem gustownie umeblowany salon.
 Na lewo od drzwi stała długa kanapa, która spokojnie mogła zmieścić pięć osób obok siebie. Tuż obok, na środku, stały cztery skórzane fotele, a przy każdym znajdował się nieduży stolik z butelką. Na ścianie wisiały ładne obrazy, przedstawiające sceny łowieckie, a po środku nich, niczym trofeum, ogromny ekran telewizora. Oczywiście był rozbity, ale i tak prezentował się nieźle. Tęskniłam trochę za telewizją, ale w sumie moje życie było teraz na tyle ciekawe i zaskakujące, że nie mogłam narzekać. Chociaż tutaj nie mogłam zastopować akcji, żeby pójść po coś do jedzenia, albo odpocząć. Tutaj koszmar się nie kończył.
                Gdy zasłoniliśmy okna i tymczasowo zablokowaliśmy drzwi usiedliśmy odpalając jedną z lamp stojących na stolikach. Były to lampy gazowe i o dziwo były naładowane, ale jeżeli myśliwi przesiadywali w tym domu to nie było aż takie dziwne. Miczi usiadła przy Irku i rwąc kawałek bandaża, który miała przy sobie zabandażowała ranę. Ugryzienie z daleka wyglądało paskudnie.  Skóra na jego karku przybrała nieco ciemnawy kolor, ale poza tym mężczyzna w pełni kontaktował i nie zachowywał się jak ktoś, kto lada chwila miał się zamienić w zombie.
- Jakim cudem ty jeszcze żyjesz? – zapytała Łapa siadając naprzeciwko niego, na jednym z foteli. Wyglądała teraz niesamowicie dziko, cała ubrana na czarno, w skórzanej kamizelce, która napinała się nieco w okolicach biustu i wysokich butach terenowych, z twardymi, pokrytymi warstwą błota podeszwami.
- Mówiłem, że jestem niesamowity – powiedział uśmiechając się – Mogę wam pokazać znacznie więcej.
- Chwila. Chcesz mi wmówić, że jesteś niepodatny na zarażenie? – zapytała.
                Wszyscy słuchali rozmowy z dużą uwagą. Czekaliśmy chwilę na to aż Irek odpowie. W końcu odchrząknął i wstał. Powoli zaczął rozpinać swój strój aby odsłonić klatkę piersiową. Westchnęłam cicho. Młoda i Marta pisnęły, a Łapa przełknęła głośno ślinę. Całe ciało Irka było pokryte całym szeregiem blizn po ugryzieniach. Nie byłam w stanie tego zliczyć, bo rany nachodziły na siebie i się zlewały. Wyglądało to koszmarnie, ale utwierdziło mnie w jednym. Był niesamowity.
- Kiedyś jak podróżowałem jeszcze z grupą ocalałych, o której wam wcześniej opowiadałem – zaczął przykrywając ciało ubraniem – trafiliśmy na stado zombie. Wtedy odcięły nas totalnie i byłem pewien, że zginę. Widziałem już nie raz umierających od ugryzień czy też zadrapań, więc kiedy jeden z trupów mnie dorwał od tyłu, byłem pewien, że umrę. Nic się jednak nie stało. Poczułem ból i upadłem, ale poza zwykłym, ludzkim bólem nie czułem żadnych zmian zachodzących we mnie. Zacząłem walczyć. Napadło mnie wtedy ich mnóstwo i zostałem ugryziony parę razy, ale udało mi się to przetrwać. Resztę właściwie znacie. No może oprócz tego, że jak pojawiłem się w Toruniu i Dziara zobaczył moje blizny to mnie zamknął. Chciał mnie mieć do jakichś specjalnych zadań, ale zanim jakieś się zdarzyło to właściwie zostałem uwolniony, za co jeszcze raz wam dziękuje – skończył opowieść i spojrzał na nas. Widocznie ulżyło mu po skończeniu opowieści. Każdy potrzebuje czasem się wygadać.
                Łapa nie odezwała się. Kiwała delikatnie głową, jakby przytakiwała, aż w końcu podniosła się ciężko.
- Zostańmy tu na noc. A może nawet na dwa dni. Musimy odpocząć przed dalszą drogą, a to miejsce może być idealne na tymczasową bazę. Sprawdźmy teren – powiedziała, po czym podeszła do drzwi i się odwróciła w naszą stronę – Krystek pójdź z moją siostrą na zewnątrz i zamknijcie bramę oraz przenieście tu nasze rzeczy do spania i trochę jedzenia. Magda i Miczi pójdźcie sprawdzić piętro, Irek ty zostań tu z Martą, a ty Marek chodź ze mną. Zrobimy rajd po pokojach na parterze. Jeżeli znajdziecie jakiekolwiek jedzenie, amunicję, broń lub medykamenty, przynieście to tutaj – rozkazała, dosyć stanowczym tonem.
                Wszyscy rozeszli się w niecałą minutę. Ja i Miczi poszłyśmy na górę, żeby spróbować rozeznać się w terenie. Miałam złamaną rękę, więc trzymałam w pogotowiu pistolet, a Miczi szła ze swoją maczetą przodem. Starałam się również świecić latarką, którą trzymałam w połamanej ręce, ale nie wychodziło to specjalnie dobrze, bo nie mogłam odpowiednio manewrować wiązką światła. Wspięłyśmy się po schodach i rozejrzałyśmy. Korytarz biegł prosto i rozchodził się w trzy strony, do trzech, połączonych ze sobą, pomieszczeń. Miczi stuknęła parę razy w ścianę, żeby zwabić ewentualne trupy do nas. Nie usłyszałyśmy nic.
                Weszłyśmy ostrożnie do pierwszego pomieszczenia, w którym na samym środku stała duża, oszklona gablota wypełniona pucharami i medalami. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic ciekawego. Przyjrzałam się uważnie lśniącym zdobyczom i szybko zauważyłam, że wszystkie trofea pochodziły z przeróżnych zawodów związanych z tematyką łowów: tropienie, strzelanie do celu, ilość upolowanych zwierząt. Mieszkający tu myśliwi musieli być dumni ze swoich osiągnięć przed apokalipsą, ale teraz były one nic nie warte.
                Przeszłyśmy do drugiego pokoju i tutaj znalazłyśmy to co nas zdecydowanie interesowało. Stały tutaj gabloty z przeróżną bronią – od zaostrzonych noży, po strzelby. To co jednak ucieszyło mnie najmocniej to dwa łuki wiszące na ścianie. Jeden z nich zaparł mi dech w piersiach. Był dużo większy od tego, którego używałam jeszcze w Toruniu, a w gablocie znajdował się dodatkowo kołczan pełen strzał. Podniosłam ostrożnie gablotę i wydobyłam zdobycz, zawieszając sobie na plecach. Miczi pomogła mi przypiąć kołczan, a ja zadowolona jak małe dziecko pomogłam jej zapakować tyle broni ile się dało do torby, którą miała ze sobą. Zapakowałyśmy w sumie około ośmiu opakowań różnorakiej amunicji, oraz trzy strzelby, pięć noży, a także dwa podręczne rewolwery. Te były szczególną gratką, bo broń była zdecydowanie rzadko spotykana, a prezentowała się niesamowicie – smukłe lufy, bębenki zapełnione pociskami i ładna, przyozdobiona wzorami kolba.
                Miczi targała torbę  i razem ostrożnie zajrzałyśmy do ostatniego pomieszczenia. To co tutaj zobaczyłyśmy nie było już takie miłe. Pokój był sypialnią, gdzie stały cztery, piętrowe prycze. Nad jedną z nich, przyczepiony do kryształowego żyrandola wisiał mężczyzna. Nie żył, ale nie był też zombie, bo widać było sporą dziurę po wystrzale na środku jego czaszki. Ktoś mu pomógł po czym stąd uciekł. Trup makabrycznie bezwładnie zwisał, kręcąc się delikatnie, jakby jakaś niewidzialna siła kołysała go delikatnie.  Nie chciałyśmy tu przebywać ani chwili dłużej, więc wyszłyśmy z pomieszczenia i skierowałyśmy nasze kroki na dół.
- Nie mów Łapie o tych łóżkach, błagam – poprosiłam.
- Dlaczego? – spytała zaciekawiona Miczi.
- Jej ten wisielec nie będzie przeszkadzał , a ja nie chcę spać tam spać, nawet jak go zdejmiemy. Wystarczy już trupów. Prześpijmy się na kanapach w salonie – wytłumaczyłam.
- Jak chcesz – powiedziała Miczi.
                Zeszłyśmy razem i dotarłyśmy po chwili do salonu. Byli tam już wszyscy oprócz Krystka i rozkładali koce, oraz łączyli sprytnie fotele z kanapą, przez co powstało pięć potencjalnych miejsc do spania. Pozostałe trzy znajdowały się na ziemi i chociaż mogłyby się wydawać niewygodne, to wyglądała całkiem przytulnie. Dwie warstwy koców, oraz poduszki leżące na kanapie stworzyły dogodne miejsce do spania.
                Miczi rzuciła torbę z bronią i odetchnęła z ulga. Łapa widząc co przyniosłyśmy uśmiechnęła się szeroko.
- Myśliwi uzupełnili nasze zapasy, które w tej chwili powinny starczyć na przynajmniej dwa tygodnie. Krystek znalazł spore auto terenowe na zewnątrz, a w jednym z pokoi było sporo bandaży i innych medykamentów – pochwaliła się Łapa.
- No i jest cała spiżarnia żarcia. Ciągle się zastanawiam czy nie powinniśmy tutaj zostać… - dodał Marek.
- Wiem jak to wygląda, ale nie możemy zostawać w okolicy, szczególnie tak niedaleko Pierwszego Posterunku. Dlatego odjedziemy stąd, góra pojutrze – powiedziała Łapa, tonem kończącym dyskusję.
                Wszyscy dosyć szybko ułożyli się w posłaniach, tylko Krystek jeszcze nie wracał z kuchni. Po jakimś czasie przyniósł tacę pełną misek parującego gulaszu. Zadziwiało mnie skąd miał jeszcze siłę gotować, ale gdy tylko zaczęłam jeść nie pożałowałam. Było pyszne, krzepiące i zapychające. Krystek usiadł obok mnie i pocałowałam go namiętnie. Paradoksalnie ostoją nie musiało być miejsce. On był moją ostoją. Sto razy lepszą od tej Toruńskiej.
                Marek nie wiedział jeszcze o naszym związku, ale kiedy zobaczył nasz pocałunek kiwnął tylko głową. Zawsze starał się mną opiekować, ale wiedział, że Krystek jest dobrym człowiekiem i na pewno będę przy nim bezpieczna. Po zjedzeniu wszyscy położyli się. Łapa zaryglowała drzwi i usiadła jeszcze na chwilę w ciemności, przyciągając naszą uwagę.
- Wybaczcie, ale jeszcze chwilę pogadam, wiem, że wszyscy są wyczerpani, ale musimy coś ustalić – zaczęła – Dzisiaj wyjątkowo nie stawiamy nikogo na warcie, bo wątpię, żeby ktokolwiek wysiedział dłużej niż pięć minut, ale od jutra pracujemy już pełną gęba. Czeka nas bardzo długa podróż, a teraz kiedy mamy przy sobie osoby, na których nas zależy musimy ich pilnować i dawać z siebie wszystko. Nie ma tu Bobra, ale zachowujmy się jak kiedyś, a damy radę. A teraz życzę wam dobrej nocy, bo padam na pysk – przyznała, po czym ułożyła się na swoim posłaniu. Nie dałam rady już z nikim rozmawiać, więc tylko przytuliłam się do Krystka i złapałam go za rękę. Zasnęłam momentalnie.
Erni
                Tuż po tym jak ciało księdza upadło ciężko na drewniany podest zaczęło się piekło. Niektórzy zaczęli uciekać do tyłu, inni przepychali się bliżej sceny, a ci, którzy nie chcieli się ruszać z miejsca blokowali i jednych i drugich. Gigant z wielkim trudem utrzymywał nas w jednym miejscu, nawet ktoś tak wysoki i silny jak on, miał problemy z wściekłym tłumem.
                Nagle usłyszeliśmy jednak ogłuszający dźwięk megafonu i wszyscy odruchowo złapali się za uszy, ale ten ustąpił i odezwał się Bobru.
- Nie panikujcie ludzie. Wiem, że mogło to wyglądać drastycznie, ale ten ksiądz jest odpowiedzialny za śmierć naszego przywódcy Wojtka i musiał za to zapłacić. Dodatkowo jeżeli podszedłby tu ktoś, kto widział kiedykolwiek twarzy przywódcy Gangu to by wiedział, że ten człowiek to właśnie on. Nie zginął na ulicach naszego obozu parę dni temu. Przetrwał i wtopił się w otoczenie, jako sługa boży – mówił stanowczo i starał się uspokoić tłum. Póki co udało mu się chociaż zdobyć uwagę wszystkich ludzi, co już było sporym osiągnięciem – Gdyby nie Dziara, który po ostatnim zamachu jest teraz w szpitalu, w życiu bym się nie dowiedział o tym, że wróg cały czas jest w naszych murach. Teraz jednak sprawa jest rozwiązana, szkoda, że musiał za to zapłacić Wojciech. Proszę was teraz o spokojny powrót do domu i zostawienie Placu Głównego do posprzątania dla strażników.
                Ludzie rzeczywiście się uspokoili i tym razem bez przepychania się zaczęli się rozchodzić. My poczekaliśmy, aż plac praktycznie całkowicie się opróżni. W końcu obserwując jeszcze chwilę ludzi zgarniających trzy ciała odwróciliśmy się, żeby wrócić do swoich obowiązków i przede wszystkim odpoczywania. Wtedy jednak usłyszałem kroki i zobaczyłem, że Bobru idzie w naszą stronę.
- Poczekajcie chwilę – poprosił. Dogonił nas po chwili.
- Mam do was prośbę. Teraz sytuacja w Ostoi powinna powoli się uspokajać, więc chciałbym, żebyśmy dzisiaj solidnie odpoczęli i to wspólnie. Co powiecie na spotkanie się w barze? Porozmawianie, upodlenie się i tyle? – zaproponował. Wszyscy kiwnęli zgodnie głowami. Co jak co, ale było nas teraz mało. Nie tyle ile przy przyjeździe do Ostoi.  Musieliśmy trzymać się razem. Chociaż ja miałem coraz więcej wątpliwości. Nie wiedziałem, czy będę chciał kiedykolwiek opuszczać to miejsce. Było tutaj źle, ale wydawało mi się, że najgorsze czasy już minęły. Teraz władze zapewne obejmie Dziara, a on potrafił dowodzić, chociaż czasami zachowywał się jak szaleniec.
- Dobra to ogarnę się, załatwię parę formalności i za jakąś godzinkę będę w barze – obiecał i wrócił w stronę sceny.
                My rozdzieliliśmy się nieco, bo każdy chciał wrócić do swoich mieszkań i przebrać się oraz odpocząć chwilę w ciszy. Ja postanowiłem, że zaproszę jeszcze na spotkanie Rekina oraz Łowcę, którzy pomogli mi podczas ostatniego wypadu Zbłąkanym Ocalałym. Jeżeli nawet nie odejdę z tego miejsca z Bobrem, tak jak on to planował od wieczora, w którym wróciłem do Ostoi z Dalionem i rozmawialiśmy, to pomogę mu, żeby nie ruszał sam. Wiedziałem jak musiała go boleć strata paru osób, które uciekły z Ostoi razem z Łapą. Jak musiała go boleć strata samej Łapy.
                Wróciłem na chwilę do mieszkania, wciąż rozerwany pomiędzy dwoma rzeczami – spokojnym życiem w Ostoi i dalszą podróżą z przyjaciółmi, kiedy przed drzwiami zauważyłem Karolinę. Widocznie na mnie czekała. Podszedłem i się przywitałem.
- Hej, co jest? – zapytałem.
- Hej… Chciałam się z tobą spotkać na osobności i jeszcze raz podziękować. Za wszystko co zrobiłeś – powiedziała. Otworzyłem drzwi do mieszkania i wszedłem tam, wpuszczając ją do środka.
- Wiesz nie ma sprawy. Niby uratowałem ciebie i twoich przyjaciół, ale w potrzebie zostawiłem was w Królowym Moście i uciekłem. To nie jest coś czym bym chciał się szczycić – kontynuowałem zdejmując brudną koszulę i rzucając ją na bok. Podszedłem do szafy i otworzyłem ją, żeby znaleźć coś innego.
- Zamierzasz stąd odejść? Ze swoimi przyjaciółmi? – zapytała.
- Skąd pomysł, że ktokolwiek chce stąd odejść? – zapytałem wciąż szukając odpowiedniego, czystego ubrania, co wcale nie było takie łatwe.
- Słyszałam rozmowę tego całego Bobra. Mówił komuś, że planuje stąd wyjechać, a słyszałam, że jesteście przyjaciółmi, więc wydawało mi się, że ty też będziesz chciał stąd uciec – powiedziała.
- Wiesz Bobru to mój kumpel. To właśnie z nim przeżyłem pierwsze, trudne dni po wybuchu tej zarazy… - zacząłem, ale nagle aż podskoczyłem, kiedy poczułem ręce na plecach. Odwróciłem się i zobaczyłem, że dziewczyna podeszła do mnie i nagle pocałowała.  Nie odepchnąłem jej, a nawet odwzajemniłem pocałunek. Potrzebowałem tego.
                Trwaliśmy tak jeszcze parę minut, aż w końcu odeszła dwa kroki do tyłu i spojrzała na mnie. Jej policzki były czerwone.
- Nie chcę, żebyś odjeżdżał.
Co ja biedny, mogłem począć. Nie dość, że się wahałem, to teraz do miejsca na wadze z tabliczką „Ostoja” dołączyła kolejna, ogromna szalka. Czy naprawdę za parę dni lub tygodni mogłem na zawsze opuścić grupę Bobra i już do końca moich dni jeździć Zbłąkanym Ocalałym po dobrze mi znanej trasie? Wydawało mi się, że nie wiedziałem, ale tak naprawdę w głębi ducha byłem już w stu procentach pewien. Przez chwilę patrzyłem na Karolinę w milczeniu, aż w końcu podszedłem do niej i prosząc żeby usiadła, złapałem za rękę.
                Oddychała ciężko. Nie wiem dlaczego, ale ja też nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Kto by pomyślał. Zapuściłem brodę i umiałem wyzbyć się emocji, żeby wyglądać jak prawdziwy twardziel, kiedy ruszałem w trasę moim autobusem. Wtedy na drodze każdy się mnie bał, a ja teraz byłem prawdziwie przerażony zwyczajną dziewczyną siedzącą przede mną.
- Naprawdę mi na tym zależy… - dodała – Wybacz, jeżeli cię przestraszyłam. Po prostu czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. To naprawdę nie jest łatwe… - tłumaczyła dalej, ale wiedziałem, że mówi z sensem. Czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Zrezygnować z czegoś w życiu, aby zacząć nowy rozdział. Każdy człowiek zrezygnował z czegoś, gdy zaczęła się apokalipsa. Z normalnego życia. Wtedy nie czuliśmy tak tego wyboru, ale teraz to rozumiałem.
                Uśmiechnąłem się.
- Zostanę tutaj. Nigdzie nie pojadę. Obiecuję – powiedziałem. Karolina przytuliła się do mnie.
Bobru
                Czekałem w barze spokojnie, aż reszta zaproszonych ludzi się pojawi. Poprosiłem nawet Czarka, właściciela baru, aby udostępnił nam kawałek lokalu i pozwolił połączyć stoły, bo spodziewałem się przynajmniej sześciu osób. Zamówiłem dwie metalowe beczułki z piwem, chociaż nie wiedziałem jak mogę się odwdzięczyć barmanowi za to, że po prostu mi je dał. Obiecałem sobie, że jak znajdę coś dobrego to od razu spłacę u niego dług.
                Pierwszy pojawił się Gigant i Ruda. Dopiero teraz po chwili od ostatnich wydarzeń, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w mojej grupie została tylko Ika, jeżeli chodziło o dziewczyny. Praktycznie cała damska część moich towarzyszy uciekła z Łapą, co było dosyć straszne. Przywitałem się z przyjacielem i córką Kapitana, po czym usiedli obok mnie.
- Wow, szykuje się niezła impreza – skomentował Karol.
- Masz rację przyjacielu – odpowiedziałem biorąc łyk z kufla.
- Jakaś specjalna okazja? – zapytał.
- W sumie chcę z wami porozmawiać. W takiej grupie.
- Czuję się wyróżniona – odpowiedziała Ruda.
                Po chwili dołączył do nas Dymitr. Usiadł obok Rudej i nalał sobie od razu piwa.
- Co za dzień… - westchnął, pijąc i stawiając z impetem naczynie na stół.
- Bobru… sorry, ale muszę zapytać. Skąd wiedziałeś? – zapytał.
- Skąd wiedziałem co? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, chociaż dobrze wiedziałem o co mu chodzi.
- Jan. Rozpoznaliśmy go z Dymitrem. Nie byliśmy pewni, ale kiedy go zastrzeliłeś to wiedzieliśmy, że zrobiłeś dobrze – wyraził uznanie Gigant.
- Dziara mi powiedział. On chyba wiedział, że ten skurczybyk się tu zaszył, ale chciał żeby poczuł się pewnie. Niestety Karzeł zapłacił za to życiem – odpowiedziałem, nieco kłamiąc. Dziara dokładnie wiedział, że Jan będzie chciał zabić Karła. Wykorzystał go do tego – Mnie bardzo ciekawi fakt skąd ty znałeś tego Jana? – pytanie skierowałem do Dymitra.
- Nie opowiedziałem ci nigdy? W sumie pewnie nie, nie zdążyliśmy się jeszcze poznać. Opowiem wam, jeśli nie macie nic przeciwko – zaproponował.
                Nikt nie miał nic przeciwko.
- A więc tak, jak Erni spotkał mnie na drodze do Torunia, tuż przed twoim przyjazdem to uciekałem wtedy właśnie od Gangu. Od początku apokalipsy kręciłem się tu i tam i jeździłem na swoim motorze. Wciągnąłem się w narkotyki i w sumie zażywałem je nawet gdy to gówno się już zaczęło. Z niedużą paczką ocalałych trafiliśmy raz na oddział Gangu –zrobił przerwę na wzięcie łyka piwa -  Był tam Jan. Rozpieprzył nas konkretnie i zabrał mi motor. Udało mi się uratować tylko towar, ale przyjaciół już nie. Byłem na siebie za to zły i wtedy będąc na drodze prawie przejechał mnie Erni. Całe szczęście zatrzymał się i pozwolił mi wejść. Resztę już znacie – zakończył opowieść odgarniając włosy z czoła i zaczesując je do tyłu ręką.
                Wtedy do baru wszedł Erni, Łowca oraz Rekin. O ile dwóch pierwszych znałem bardzo dobrze, to tego ostatniego jeszcze nie zdążyłem poznać. Był mężczyzną na oko w wieku Łowcy, albo podobnym. Na czarnej brodzie widać było nawet już pierwsze oznaki siwizny.  Brązowe włosy Łowcy wciąż połyskiwały, więc prezentował się żywiej. Wstałem i przywitałem się z nim. Uścisk miał mocny, a spojrzenie szczere i łagodne. Gdy wszyscy zajęli miejsca, jedno wciąż było puste. Zauważył to Erni, który wskazując je zapytał.
- Spodziewamy się jeszcze kogoś?
- Tak – odpowiedziałem krótko. Zaprosiłem jeszcze jedną osobę, która mogła być zainteresowana moją ofertą. Oczywiście nie liczyłem biednego Pablorda, który wciąż leżał w szpitalu.
                Rozmowa trwała i było dosyć przyjemnie. Wszyscy rozluźnili się i opowiadali innym różne historie. Ludzie kochali historie, szczególnie te z lepszych czasów, kiedy niektóre osoby jeszcze żyły.
- Pamiętam jak wbiegłem do tego młyna i zobaczyłem ciebie, Miczi i tamtych chłopaczków. Myślałem, że trafiłem z deszczu pod rynnę – mówił Gigant wspominając nasze pierwsze spotkanie.
- Ja się zastanawiałem, czy nie śnię, w końcu nie na co dzień i to jeszcze podczas apokalipsy widzi się mężczyznę z mieczem na plecach i drugiego w płaszczu z kapturem jak u jakiegoś rzezimieszka – odpowiedziałem uśmiechając się szeroko.
- A pamiętasz jak odbijaliśmy brata Erniego na moście? Byliśmy w przesranej sytuacji – skomentował.
- Sytuacja była naprawdę przejebana – skwitował Erni.
                Siedzieliśmy tu już około godziny, więc niecierpliwiłem się, bo miałem do przekazania ważne informacje, a ostatniego gościa wciąż nie było. Wtedy pojawił się, a wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Był to Mpd. Od kiedy stracił posadę Czerwonej Flary to zachowywał się inaczej. Stracił całkowicie dawną wolę życia. Teraz podszedł i przywitał się z wszystkimi po czym usiadł na wolnym miejscu.
- To jest Mateusz, mój przyjaciel i do niedawna Czerwona Flara. Teraz możemy przejść do meritum sprawy – zapowiedziałem i przedstawiłem go osobom, które jeszcze go nie znały.
- Czyli jednak nie sprowadziłeś nas tu w celach towarzyskich? – zapytała Ruda.
- Nie do końca – powiedziałem.
                Rozejrzałem się po wnętrzu. Teraz oprócz naszej grupki było tu tylko pięć osób, które kompletnie nie zawracały sobie nami głowy. Wziąłem potężnego łyka, odetchnąłem głęboko i zacząłem mówić.
- Nie wiem czy wiecie, ale planuje niedługo opuścić to miejsce – zacząłem i od razu zauważyłem, że na niektórych twarzach pojawiło się zaskoczenie, a na innych smutek – To miejsce wiele mnie nauczyło, ale za ogromną cenę. Teraz sam już nie wiem czy bezpieczniej jest siedzieć tutaj w Ostoi z ludźmi, którzy zabierają mi garściami osoby, które kocham, czy krążyć wraz z trupami po drogach szukając nowego miejsca. Lepszego miejsca – zrobiłem efektowną pauzę, żeby wszyscy przeanalizowali moje słowa – Dlatego zaprosiłem was tutaj dziś. Ludzi, których lubię i z którymi jestem gotów wyruszyć dalej. Co prawda nie wszystkich jeszcze znam dobrze – tutaj spojrzałem na Rekina i Rudą – ale jestem gotów zaufać. Chciałbym was zapytać, kto byłby w stanie już niedługo opuścić to miejsce razem ze mną.
                Tego momentu obawiałem się najbardziej. Nie miałem pojęcia jak zareaguje reszta. Mogłem być praktycznie pewny tylko reakcji Giganta, który, jak miałem nadzieję, pójdzie za mną wszędzie, ale reszta pozostawała pod sporym znakiem zapytania. Nie każdy mógł chcieć uciec z miejsca otoczonego murami i pełnego ludzi. Ale to właśnie ci ludzie sprawili, że sporo straciłem. To oni doprowadzili mnie do takiego stanu.
- Ja za tobą pójdę Bobru – odpowiedział Gigant jako pierwszy – Jesteśmy w tym gównie od dawna i nie wyobrażam sobie dalszego mieszkania tutaj ze świadomością, że walczysz gdzieś w drodze z bandą trupów.
- Ja też chcę iść z tobą – odpowiedziała Ruda. Zaskoczyła mnie tym.
- Twój ojciec na to pozwoli? – zapytałem ostrożnie.
- Jestem już dużą dziewczynką i umiem o siebie zadbać. Zresztą jak usłyszy, ze pojechałam z tobą to na pewno będzie wiedział, że jestem w dobrych rękach – stwierdziła uśmiechając się. Miała piękny uśmiech.
- Ja też się z tobą zabiorę młody. Dobrze wspominam podróż do Torunia. Jeżeli ruszymy Potworem to będę wniebowzięty – powiedział Łowca, a ja uśmiechnąłem się szeroko. Miło wspominałem podróż Potworem, czyli ogromnym tirem towarowym Łowcy. Jakie szczęście mnie spotkało, że akurat on wtedy był na dachu w Supraślu i mi pomógł.
- Ja też chcę jechać – wysapał nieco podpity już Dymitr – Przygoda… przygoda…
- Co prawda nie znamy się jeszcze dobrze, ale skoro zostałem uratowany przez was, to mogę z wami ruszyć dalej. Musze spłacić ten dług – powiedział Rekin.
                Póki co wszystko szło idealnie. Jedna z kelnerek podeszła do nas, żeby zabrać jedną z opuszczonych beczek. Wydawało mi się przez chwilę, że spojrzała na Erniego, ale nie byłem tego pewien.
- Kurde parda, Bobru… W sumie sam nie wiem, czy ja się przydam? Nie mam ręki i ogólnie jest jakoś beznadziejnie, co z Pablordem? Zostawimy go tu tak? Bo jak tak to chyba nie jadę, ale jakbyśmy go wzięli jakoś ze sobą to… - rozpędził się jak zwykle Mpd.
- Spokojnie Mateusz. Poczekamy aż się wybudzi, nawet jak to potrwa jeszcze długi czas.
Mpd uśmiechnął się słysząc tą informację.
- Ja nie jadę – wyrzucił z siebie Erni.
                Chociaż rozmawialiśmy już na ten temat w szpitalu, podczas wymiany z Dalionem, to zabolało mnie to. Nie licząc Giganta, nie będę miał przy sobie już nikogo, kto był ze mną w Królowym Moście, a nawet wcześniej.
- Dlaczego? – spytałem machinalnie, chociaż nie chciałem. Po prostu samo ze mnie to wyleciało.
- Jest mi tu dobrze. Ustatkowałem się. Kiedy tylko wyruszam Zbłąkanym za mury Ostoi czuję się wiecznie niepewnie i marze tylko o powrocie za mury. Wybacz… - powiedział, chociaż w jego głosie nie słychać było, żeby żałował.
- Nie będę naciskał. Rozumiem – skłamałem.
                Sytuacja się nieco zagęściła, ale uśmiechnąłem się szeroko, żeby pokazać, że nie mam nikomu za złe.
- Skoro większość z was się zgadza, muszę was poprosić o jedną bardzo ważną rzecz. Nie narażajcie się. Starajcie się trzymać z dala od kłopotów, a jak wszystko się ułoży to wyruszymy. Oprócz Pablorda czekamy jeszcze na trójkę ludzi, która pojechała na Drugi Posterunek. Powinni wrócić na dniach, a nie mogę ich zostawić w taki sposób. A teraz wróćmy do picia! – ostatnie słowa wręcz wykrzyczałem.
Bolał mnie fakt, że Erni postanowił zostać. To on był pierwszą osobą, o której pomyślałem gdy wybuchła apokalipsa. Mieliśmy trzymać się razem do końca. Co mogło go przekonać do pozostania tutaj? Wątpiłem, żeby chciał tu zostać tylko ze względu na Dziarę.
                Impreza trwała. Po kolejnych dwóch godzinach Rekin i Dymitr poszli, bo Dymitr już nie dawał rady, a Rekin obiecał go odprowadzić do domu i położyć. Wtedy do baru wbiegł Maciek, jeden z Czerwonych Flar. Podbiegł do mnie. Nie do końca wiedziałem czego może ode mnie chcieć, poza tym byłem już po paru piwach, ale gdy poprosił mnie na bok to chwiejnie wstałem i poszedłem za nim.
- Dziara cię wzywa – powiedział.
- Dalej jest w szpitalu? – spytałem.
- Tak.
- Zaraz tam pójdę – obiecałem.
                Wróciłem na chwilę do stołu i powiedziałem reszcie, że znikam na chwilkę, żeby odwiedzić Dziarę po czym powoli ruszyłem. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się pod drzwiami szpitala. Zamyśliłem się kompletnie i instynktownie dotarłem na miejsce. Przeszedłem przez próg i po schodach trafiłem na piętro, na którym leżał Dziara i Pablord. Przechodząc obok sali Pablorda zerknąłem i uśmiechnąłem się widząc mojego towarzysza. Dalej spał, ale miałem nadzieję, że jego stan w końcu się ustabilizuje i się wybudzi.
                Gdy dotarłem do miejsca gdzie leżał Dziara odetchnąłem głęboko i wszedłem. Dziara siedział wsparty poduszkami i czytał. Oderwał wzrok natychmiast po tym jak mnie zauważył i przywitał mnie.
- Bobru! Słyszałem, że ci się udało! – powiedział radośnie.
- To prawda. Nie jest to coś, czym się specjalnie szczycę, ale tak. Udało mi się.
- Dzisiaj jest dzień, kiedy zaczyna się nowy epizod w naszym życiu. Ty i ja. Władcy Ostoi, najlepszego miejsca na Ziemi!
- Przykro mi Krzysiu – zwróciłem się do niego po raz pierwszy po imieniu – Ale mam inne plany.
                Uśmiech zniknął z jego twarzy, ale nie pojawił się na jego miejscu gniew.
- Jak to?
- Wybacz. Tym razem ja mam plan i musisz się zgodzić na jego warunki. Proszę cię jak przyjaciel przyjaciela – powiedziałem poważnie.
- Bobru co ty gadasz? Teraz wszystko będzie dobrze. Ostoja stanie się dobrym miejscem.
- Wierzę w to Dziara. Ale musze odejść. To miejsce nauczyło mnie wielu rzeczy, ale najważniejszą jest ta, że ludzie są znacznie gorsi od zombie – wytłumaczyłem.
- Łamiesz mi serce kolego – powiedział rozżalonym głosem.
- Dziara, po prostu proszę cię o pozwolenie o odejście. Ja plus osoby, które będą miały ochotę. Nie martw się nie zabiorę wszystkich, ale proszę cię o zwolnienie z służby Pablorda i pozwolenie na odejście Mateusza. Weźmiemy tir Łowcy i znikniemy. Możliwe, że jeszcze kiedyś tu wrócimy, ale to nie jest nic pewnego. To miejsce zabrało mi mnóstwo osób, które kochałem. Nie pozwolę zginąć nikomu więcej.
                Przez chwilę w pomieszczeniu panowała taka cisza, że słyszeliśmy pracujące maszyny parę pomieszczeń dalej. W końcu Dziara westchnął i zapytał.
- Kiedy chcesz odejść?
- Jak tylko moi ludzie wrócą z Drugiego Posterunku i Pablord się obudzi – powiedziałem.
- Nie wiem czy poradzę sobie z dowodzeniem bez ciebie. Jesteś świetnym ocalałym. Powinieneś kierować ludzkością, tyle ci powiem – wyznał Dziara. Poczułem dumę, ale wiedziałem, że nie mogę tu zostać.
- Nie nadaje się do tego. Jestem… nie jestem dobrym człowiekiem – wytłumaczyłem.
- Jesteś dobrym człowiekiem Bobru. Zawsze nim będziesz. Ludzie to w tobie widzą i dlatego za tobą podążają.
- Mam nadzieję, że Ostoja się utrzyma długo Dziara, bo możliwe, że pewnego dnia tu wrócę. Póki co mogę ci powiedzieć, że Erni zostanie. Tak zadecydował.
- Cieszy mnie to. Współpraca z wami to była czysta przyjemność – powiedział.
                Milczałem. Nie wiedziałem jak odpowiedzieć.
- Czy to wszystko? – spytałem w końcu.
- Tak – odpowiedział.
- Bywaj – rzuciłem krótko.
Nie odpowiedział. Wyszedłem z budynku i spojrzałem w niebo. Było już ciemno. Gdzieś na niebie coś mignęło. Dobry człowiek… pomyślałem, nie zasługuje na to miano. Ruszyłem przed siebie, a w głowie rysował mi się plan. Plan na dalszą podróż.

Koniec tomu 3