Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MrBobru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MrBobru. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

Informacje V2 - TOM 6 APOKALIPSY (2020)

Serduszko podskoczyło, co? :D

Witam wszystkich w kolejnej nitce informacyjnej dotyczącej projektu Apokalipsa. Dawno się nie widzieliśmy i na pewno wielu z Was straciło już wszelką nadzieję. Mimo to, przychodzę i daję znać, że projekt jest aktualnie w fazie czytania starych tomów w przygotowaniu na nowe. Od ostatnich "krótkich informacji" z 2018 roku sporo się zmieniło i na pewno coś tu się w końcu, niedługo urodzi! Wszystkie informacje znajdziecie w filmiku informacyjnym, który macie TUTAJ (KLIK). Obejrzyjcie go i wysłuchajcie, a powinniście znaleźć to, co Was interesuje, a nadchodzi sporo zmian!

Dla tych, którzy nie mają ochoty odsłuchać, daję tylko znać, że skończyłem drugi projekt i siadam teraz do Apokalipsy. Zaczynam od przeczytania wszystkiego od nowa, zebrania notatek i stworzenia dwóch spisów (treści oraz postaci, które pojawią się na blogu w odpowiednim czasie). W międzyczasie zmieniłem Tom 4.5 (opowiadający o ludziach z Supraśla) na tom 1.5 (w planach tomy 2.5, 3.5, 4.5 i 5.5), więcej niż 8 tomów fabuły głównej, poboczna seria (KLIKNIJCIE TUTAJ) oraz wiele innych! Czytanie na pewno trochę mi zajmie, ale możecie być pewni, że nie wezmę się za nic innego w tak zwanym międzyczasie :)

Podaję oficjalne media związane z projektem:
- FANPAGE
- KANAŁ YOUTUBE (tutaj będą filmiki z zapowiedziami i informacyjne trafiać)

Nie chcę niczego nikomu udowadniać, ale zapraszam do śledzenia i mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli przeżywać kolejne emocje.

Miłego dnia i w razie pytań, śmiało piszcie w komentarzu!

czwartek, 25 października 2018

Krótkie informacje - Tom 6

Kochani!

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy śledzi mnie na Youtube i niektórzy myślą, że blog jest porzucony. Nic bardziej mylnego! Fabuła na cały szósty tom jest zaplanowana, po prostu przez drugi projekt pisarski (Peccatorum), nie mam czasu na pisanie Apo. Nie wiem kiedy się to zmieni, ale postaram się Wam dostarczyć kolejne rozdziały przygód Bobra i całej grupy. Macie 5 tomów, które możecie sobie czytać na boku i wracać do tych przygód. Jak pojawi się kolejny rozdział na pewno o tym się dowiecie, a także jak ruszy samo pisanie to będę o tym informował na wszystkich mediach społecznościowych.

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o starej, dobrej Apokalipsie i mimo wszystko będzie czekać!

Tutaj podrzucam różne przydatne linki, które warto śledzić, w oczekiwaniu na dalsze informacje (a także jak ktoś po prostu lubi mój styl pisania):
Youtube - http://youtube.com/mrbobru
Facebook - https://www.facebook.com/MrBobru
Peccatorum (Drugi blog) - https://projectpeccatorum.blogspot.com/

https://www.youtube.com/watch?v=7qN8-84xOs8 - TUTAJ INFORMACJE O 6 TOMIE!!!

Dziękuje za cierpliwość i liczę, że jak najszybciej spotkamy się ponownie w klimatach zombie

piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 1: Korzenie

Witajcie po całkiem długiej przerwie! W końcu wracamy do Apokalipsy. Sporo zmieniło się w tym świecie i czas pokazać wam co dokładnie! Pierwszy rozdział zaczyna się od perspektywy Bobra i jest poświęcony głównie zmianom, które działy się w przeciągu miesiąca od zakończenia poprzedniego tomu. Podczas apokalipsy to całkiem spory okres, więc na pewno warto dokładnie przeczytać. Zapraszam was do komentowania po przeczytaniu i proszę o rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------

Rozdział 1 (Bobru): Korzenie


                Zamachnąłem się potężnie i powaliłem trupa, który na mnie szarżował. Drugi upadł chwilę później, po tym jak ostrze mojego, starego noża przeszyło jego oczodół i dotarło do mózgu. Kolejny zaatakował mnie od tyłu, ale nie przeszkadzało mi to. Równie pewnie jak ostatnio powaliłem go i dobiłem. Rozejrzałem się na około. Trzej pozostali członkowie Czerwonych Flar walczyli kawałek dalej, oczyszczając jedną z bocznych uliczek Torunia. Od miesiąca, kiedy to Łapa wraz z sporą grupą moich ludzi uciekła z Ostoi nie opuściłem jeszcze tego miejsca.
                Powodów było kilka. To miejsce odradzało się i potrzebowało kogoś do pomocy. Dziara stał się naprawdę dobrym przywódcą i nie było już śladu po starym, zepsutym człowieku jakim był, kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy. Teraz stał się poważny i nie dochodził już do swoich celów na skróty. Co prawda teraz nie miał żadnych poważnych celów, bo odkąd Karzeł spoczywał w ziemi, na cmentarzu w Toruniu, to nie było już żadnego kandydata, który był w stanie mu zagrozić. Teraz on rządził i sam musiałem przyznać, że robi to dobrze. Pomagałem mu, chociaż oficjalnie nie należałem już do Czerownych Flar. Przy mojej pomocy przeprowadziliśmy selekcje i wytypowaliśmy parę osób, które zastąpią miejsca moje, Jonasza czy też Pablorda i Mpd.
                Pablord był wciąż pogrążony w śpiączce i dalej nie mogłem opuścić tego miejsca bez niego więc czekałem.  Myślałem, że czekanie będzie cięższe, ale jednak było całkiem dobrze. Teraz zajmowałem się w sumie tym samym, co robiłem za czasów gdy byłem Czerwoną Flarą – wykonywałem zadania. Tym razem wraz z Michaelem, Ryśkiem i Zerem oczyszczaliśmy ulicę Torunia, żeby nie miała miejsce sytuacja, gdzie Ostoja zostaje odcięta od świata. Zastanawiałem się co teraz dzieje się w innych częściach Polski jak i w kompletnie innych zakątkach świata.
                Z osób, które teraz ze mną były, dłużej znałem jedynie Ryśka. Był on osobą, która przywitała moją grupę w Toruniu, kiedy tu się pojawiłem. Był szefem barykady wschodniej, lecz teraz dostał awans na rangę Czerwonej Flary i radził sobie. Pozostała dwójka dotarła tutaj niedawno. Dziwiło mnie nieco jak osoby, które dopiero co dwa tygodnie temu dołączyły do Ostoi obsadziły już tak prestiżowe pozycje, ale w końcu taki sam zaszczyt spotkał mnie. Michael był obcokrajowcem, który świetnie posługiwał się językiem polskim, chociaż pochodził ze Stanów Zjednoczonych. Z tego co zdążyłem się już dowiedzieć jak wybuchła Apokalipsa przyjechał do Polski do rodziny, ale już nie wrócił do USA. Został tutaj i tutaj starał się przeżyć.
                Był dobrze zbudowanym, czarnoskórym mężczyzną, nieco starszym ode mnie. Do walki używał kija baseballowego, którym potrafił zdziałać cuda. W przeciwieństwie do mnie nie miał na swojej twarzy nawet odrobiny zarostu, ale mimo to swoim wyglądem budził respekt. Polubiłem go, chociaż był specyficznym człowiekiem, który z zachowania przypominał mi nieco Karola Giganta – niby miły i roztropny, ale gdy przychodziło do walki to stawał się bezlitosny i niesamowicie skuteczny. Dotarł do Ostoi niedawno razem z paroma osobami. Stanowili zgraną grupę, mógłbym wręcz powiedzieć, że byli zgrani lepiej od ludzi, którzy podróżowali ze mną. Oprócz niego w grupie znajdowało się osiem osób.
                Ich przywódczyni Ewelina, była osobą w moim wieku, niesamowicie sprytną i przebiegłą. Zajęła szybko dobrą posadę i można było powiedzieć, że pociągała za sznurki, ale nie wydawała się mieć złych zamiarów. Polubiłem ją od razu, gdy odkryłem, że jest świetną towarzyszką do rozmowy oraz do picia.
                Kolejnym członkiem grupy był starszy gość o imieniu Adam. Nie przypominał jednak Adama, którego lubiłem, czyli Sołtysa. Był strasznie ciężkim do życia człowiekiem, jednak był silny i potrafił sobie poradzić w świecie, w jakim przyszło nam żyć. Dodatkowo był ojcem Eweliny. Zero, który był na tym wypadzie ze mną i również załapał posadę Czerwonej Flary był także członkiem grupy Eweliny. Nigdy nie spotkałem tak specyficznego człowieka. Nie odzywał się prawie w ogóle i nie preferował walki niczym innym oprócz sporych rozmiarów młotka kowalskiego. Zdarzało się, że znikał na całe godziny, po czym wracał z zakrwawionymi rękoma i jakby nigdy nic szedł spać. Szanowaliśmy jednak jego dziwactwa i nie komentowaliśmy tego, szczególnie, że nikomu tym nie przeszkadzał.
                Jedną z charakterystycznych osób, które zdążyłem jeszcze poznać była Dorota. Kobieta była naprawdę miła, chociaż jak każda pani w podeszłym wieku była owiana aurą tajemniczości. Nie potrafiła walczyć, bo nie poruszała się zbyt szybko, ale zawsze była otoczona swoimi dwoma psami, które nazwała Kość i Krew. Zwierzęta w stosunku do ludzi były miłe, ale kiedy ich pani prosiła je o pozbycie się kogoś to zamieniały się w krwiożercze bestie.
                Pozostałej czwórki nie zdążyłem jeszcze zbyt dobrze poznać, ale składała się z trzech chłopaków i dziewczyny. Nie znałem nawet ich imion ani ksywek, ale nie wychylali się, ani nie odznaczali niczym specjalnym więc nie dociekałem.  Nie mogłem teraz dociekać i w sumie mimo tego, że w Ostoi zrobiło się naprawdę bezpiecznie to ja nie byłem tam mile widziany. Wiele ludzi nie rozumiało, że osoba, którą zabiłem na ich oczach nie była zwykłym księdzem, a zdrajcą, przez którego zginął Karzeł i dowódcą Gangu. Chociaż nie zaczepiali mnie na ulicy, bo zwyczajnie się bali, to wciąż pokazywali mnie palcami i szeptali za moimi plecami.
                Przyzwyczaiłem się do tego. Nie byli mi potrzebni do szczęścia, liczyła się tylko grupa, która chciała ze mną opuścić Toruń oraz pojedyncze osoby, które postanowiły zostać. Nie chciałem zapuścić tutaj korzeni, więc nie rozumiałem tego do końca, ale akceptowałem tą myśl.
                Gwizdnąłem i cała trójka podeszła do mnie.
- Chyba na dzisiaj wystarczy – powiedziałem patrząc na chowające się za horyzontem słońce. Zaczęła się wiosna i było już znacznie cieplej. Byłem teraz ubrany w bluzę z kapturem oraz dżinsowe spodnie i wygodne buty. Wszystkie futra i kurtki pochowałem w swoim mieszkaniu w głębinach szafy. Nie były już mi potrzebne.
- Myślałem, że mamy oczyścić cały sektor – zdziwił się Michael.
- Michał, przestań. Nie będziemy ryzykować dupska, nigdzie nam się nie spieszy. Jutro z rana dokończymy robotę, a teraz czas się zmywać – wytłumaczyłem tonem nie uwzględniającym dalszej dyskusji.
                Cała trójka poszła tuż za mną w stronę auta zaparkowanego ulicę dalej. Co prawda oczyściliśmy ten teren, ale dalej miałem w ręce pistolet, w razie gdyby ktoś inny nas zaatakował. Od czasu gdy zabiliśmy Daliona, Smorda oraz dowódcę Gangu, Jana, to robiło się niebezpiecznie. Do tego dochodzili Złomiarze.  Niby nie atakowali nas bezpośrednio, ale nawet teraz idąc ulicą widziałem, że musieli tu być. Na środku ulicy była duża litera „Z” uformowana z rąk i nóg poćwiartowanych zombie. Nawet jak na takich ludzi to była drobna przesada. Wyglądało to jak oznaczenie terenu. Byłem ciekaw co starsza kobieta, która nimi dowodziła planuje, ale nie miałem najmniejszej ochoty jej znowu spotkać. Ostatni podróż na teren Złomiarzy zakończyła się tym, że Jonasz zaginął, a my ledwo uszliśmy z życiem z terenu nazywanego potocznie Złomowiskiem. Całe szczęście udało się nam stamtąd uciec, ale od razu po przyjeździe do Ostoi postrzelony został Pablord i od tamtego czasu leżał w śpiączce. Minęło już prawie półtora miesiąca i zaczynałem się martwić, że nigdy się nie obudzi. Co prawda Dziara nawet nie chciał słuchać o odłączeniu go od aparatury utrzymującej go przy życiu, chociaż kosztował nas sporą ilość zapasów.
                Dotarliśmy do uliczki, na której schowaliśmy samochód i pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaniepokoiło mnie. Przy drzwiach kierowcy stał mężczyzna, który nie zauważył nas jeszcze, ale zdecydowanie starał się włamać do środka i ukraść nam auto. Kiedyś może zawołałbym go i zaczął rozmowę, tak jak to miało miejsce z Magdą, gdy ta starała się nam zabrać Potwora, ale teraz było inaczej. Zmieniłem się i czułem to. Nie wiedziałem, czy zmiany były na lepsze czy na gorsze, ale starałem się jeszcze trzymać człowieczeństwa, jak słabe w moim przypadku by nie było.
                Kazałem stanąć  moim towarzyszom i podszedłem do niczego nie spodziewającego się Ocalałego po czym uderzyłem go kolbą w udo z dużą siłą. Mężczyzna był starszy ode mnie, przypominał trochę Rekina, ale to zdecydowanie nie był on. Noga pod nim się załamała, a ten krzycząc przeraźliwie spojrzał na mnie. W jego oczach widziałem tylko strach.
 - Litości! – krzyknął.
Stary Bobru prawdopodobnie by podszedł i z nim spokojnie porozmawiał. Ale starego Bobra już nie było. Podbiegłem do niego i przycisnąłem mu lufę do gardła.
- Parszywy złodziejaszku – wysyczałem przez zęby.
- Nie wiedziałem, że ktoś tu jest, naprawdę – krzyknął mężczyzna płaczliwym tonem. Życie w tym świecie nauczyło mnie, że gdybym to ja był w sytuacji tego mężczyzny to prawdopodobnie już bym dostał kulkę w łeb. Nie ufaj nikomu taką wyznawałem zasadę.
- Jesteś tu sam? – zapytałem ignorując jego prośby.
- Sam… Szukam transportu i jakiejś ochrony – powiedział nieco spokojniej.
- To bardzo dziwne. Szukasz ochrony będąc przy jednym z największych obozów w okolicy? Kłamiesz – stwierdziłem przyciskając go jeszcze mocniej do samochodu. Mężczyzna zacharczał chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mógł, dlatego zabrałem dłoń, żeby pozwolić mu się wytłumaczyć.
- Nie wiedziałem… - zaczął.
- O obozie? Widać go z daleka – powiedziałem.
- Czy są w nim dobrzy ludzie… - dokończył.
                Z pewnością moje zachowanie nie wskazywało na to, że są tu dobrzy ludzie, ale nie przejąłem się tym. Minęły czasy, kiedy przejmowałem się zdaniem losowo spotkanych ocalałych. Opuściłem jednak broń i schowałem ją do kabury.
- Możesz iść z nami, ale niczego nie obiecuje. Jeżeli zobaczę chociaż jedną osobę, która za nami podąża od razu cię zabiję. Rozumiesz? – spytałem.
- Rozumiem – odpowiedział.
- Jak masz na imię? – zapytałem nieco milszym tonem.
- Andrzej - powiedział wstając ciężko. Uderzenie z pewnością musiało go zaboleć, ale lepsze to niż po prostu zastrzelenie go znienacka. Aż sam się zdziwiłem, że dałem mu szansę.
- Przeszukajcie go panowie – poprosiłem Michaela oraz Zera. Obaj zabrali się do tego ze sporym zapałem i po chwili podali mi dwa naładowane pistolety oraz nóż. Na plecach Andrzeja zauważyłem plecak, ale wątpiłem, żeby miał tam jakąś dodatkową broń.
- Dobra ja jestem Bobru, to jest Michael, Zero oraz Rysiek. Witaj w Toruniu – powiedziałem pokazując moich przyjaciół Andrzejowi – Pakuj się do auta, zawieziemy cię do obozu.
                Po chwili wszyscy byliśmy w jednym aucie. Rysiek kierował, ponieważ znał się na tym zdecydowanie najlepiej. Zmierzaliśmy prosto do Ostoi. Droga nie była długa, bo ulice były w miarę oczyszczone, a sektor, którym się zajmowaliśmy był dosłownie trzy ulicę od północnego wjazdu. Ten sam wjazd jeszcze miesiąc z kawałkiem temu był całkowicie zniszczony po ataku Gangu, ale teraz trzymał się dobrze i właściwie stał się najlepiej chronionym punktem. Został nieco zmodernizowany, bo oprócz worków z piaskiem i siatek oraz desek, wzmocniliśmy mur o dodatkową osłonę z blach oraz ustawiliśmy drewniane pale, które służyły za kolce. Zombie nabijały się na nie i co prawda nie zabijało to ich, ale skutecznie je zatrzymywało i pozwalało wyeliminować w bardziej spokojny sposób.
                Ludzie z barykady poznali nas od razu i nie musieliśmy nawet wysiadać z auta, żeby bramy stanęły przed nami otworem. Gdy tylko przejechaliśmy linię wejścia, bramy zamknęły się, a my spokojnie wysiedliśmy z auta parkując na ulicy. Pokazałem strażnikom, że Andrzej jest z nami i żeby się nie martwili, po czym żegnając się z resztą poszedłem z nowym ocalałym w stronę Kwatery Głównej, żeby opowiedzieć o nim Dziarze.
- Gdzie idziemy? – zapytał zaciekawiony.
- Musisz poznać przywódcę, to standardowa procedura – wytłumaczyłem. Weszliśmy na ulicę i zobaczyłem z daleka budynek, w którym urzędowały Czerwone Flary. Ulica w końcu była oświetlona, jeszcze niedawno było to problemem, ale teraz Edek, miejscowy elektryk, zajął się tą sprawą i cała Ostoja miała działającą linię światłonośną.
                Wszedłem do środka używając swojego klucza. Przepuściłem Andrzej po czym zamknąłem drzwi. Wnętrze nie zmieniło się praktycznie wcale. Ogromny stół oświetlony sporą lampą, otoczony krzesłami oraz fotelem na którym siedział Dziara. Od kiedy został okaleczony i ucięto mu oba kciuki nosił rękawiczki, które zasłaniały dwa kikuty utraconych palców. Uśmiechnąłem się widząc go. On wstał, żeby mnie przywitać.
- Witaj przyjacielu, kogo prowadzisz? – zapytał.
- Hej. To jest Andrzej, próbował… - tu zatrzymałem się stwierdzając, że nie ma sensu mu mówić o okolicznościach naszego spotkania – Spotkaliśmy go podczas oczyszczania ulic.
                Dziara podał rękę Andrzejowi i potrząsnął nią.
- Witaj w Ostoi Andrzeju. Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj to czego szukałeś.
Podrapałem się po zagojonym już jakiś czas temu uchu, które w połowie straciłem podczas jednej ze strzelanin. Dziara zmienił się i wciąż nie mogłem uwierzyć w to jak bardzo. Myślałem, że jak przejmie władzę to nie zmieni nic, ale miał jednak rację – Karzeł był słabym przywódcą i nawet jeżeli metoda Dziary na zdobycie władzy uwzględniała ofiary to było to warte ryzyka.
- Szukałem miejsca, gdzie mógłbym przetrwać – zaczął Andrzej.
- Znalazłeś je. Zaraz poproszę kogoś żeby przydzielił ci mieszkanie w naszej strefie mieszkalnej, a jutro zgłosisz się tutaj i dostaniesz pracę. Mam nadzieję, że rozumiesz? Każdy musi zapracować na swoje miejsce tutaj – dodał pogodnym głosem Dziara.
- Dziękuje – wydukał nieco oszołomiony Andrzej.
                Po schodach akurat schodziła Wiktoria. Czerwone Flary mogły mieszkać w Kwaterze Głównej, lub w strefie mieszkalnej, ale odkąd Dziara stał się innym człowiekiem, większość wybierała mieszkanie tutaj. Dlatego kręciło się tu teraz mnóstwo ludzi. Wiktoria była osobą, którą lubiłem. W końcu łączyła nas więź po tym jak wspólnie walczyliśmy na Złomowisku o życie. Skinąłem do niej głową na znak powitania.
- Wiktoria! – krzyknął uradowany Dziara -  Świetnie się składa. Zaprowadź Andrzeja do strefy mieszkalnej i załatw mu mieszkanie, oczywiście jeżeli nie masz czegoś innego na głowie – poprosił.
- Jasne, spoko Szefie – odpowiedziała po czym podeszła do Andrzeja – Jestem Wiktoria, chodź oprowadzę cię szybko.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami prowadzącymi na zewnątrz Dziara podszedł do szafki z alkoholami i nalał sobie i mi whisky.
- Siadaj Bobru. Opowiadaj jak poszło czyszczenie strefy – powiedział podając mi szklankę i siadając wygodnie w fotelu.
- W sumie bez problemowo – powiedziałem biorąc łyka. Alkohol był wytrwany, dlatego nie chciałem pić za dużo na raz -  Zostało nam parę uliczek, które oczyścimy z rana. Poza tym wszystko gra. Powiedz mi, czy są jakieś wieści? – zapytałem. Dziara chociaż miał uraz do Łapy za to, że go okaleczyła z chęcią pomagał mi organizować poszukiwania.
- Niestety nie. Wydaje mi się, że Łapa wraz z resztą twoich przyjaciół powędrowała daleko na południe. Będą jednak dalej jej szukać. Mam dla ciebie jednak ciekawszą informację – powiedział tajemniczo.
- Zamieniam się w słuch.
- Mam doniesienia o nowym obozie na południe stąd. Nie wiem czy są tam twoi przyjaciele, ale to jest dosyć poważna sprawa. Leży w Inowrocławiu, w sumie całkiem niedaleko Pierwszego Posterunku. Nie wiemy jeszcze jacy ludzie tam są, ale będziemy musieli się dowiedzieć. Jeżeli to kolejni Złomiarze, to będziemy w jakiś sposób otoczeni – powiedział poważnym tonem.
- Mam nadzieję, że to przyjaźni ludzie – odpowiedziałem biorąc kolejnego łyka i powoli wstając – Wybacz przyjacielu, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Porozmawiamy dłużej przy innej okazji – obiecałem.
- Bobru? – zatrzymał mnie gdy wychodziłem.
- Tak? – zapytałem.
- Dziękuje, że dalej mi pomagasz. Wiem, że czekasz aż Pablord się obudzi, ale to i tak wiele dla mnie znaczy.
- Nie ma sprawy stary – odpowiedziałem i wyszedłem. Było dosyć ciepło, chociaż zrobiło się już ciemno. Ruszyłem powolnym, spokojnym krokiem w stronę baru.  Właśnie tam miałem się spotkać z paroma znajomymi osobami. Przechodząc przez Plac Główny, zauważyłem sporą grupkę ludzi, którzy gdy tylko obok nich przeszedłem wymienili się spojrzeniami i zaczęli szeptać. Zignorowałem to totalnie i podszedłem pod drzwi lokalu, po czym wszedłem do środka.
                Było tutaj stosunkowo sporo osób, ale nikt specjalnie nie przejął się tym, że przyszedłem. Całe szczęście byli jeszcze ludzie, którzy nie widzieli we mnie wroga, albo nie przejmowali się kompletnie tym co zrobiłem. Szybko zlokalizowałem stolik, przy którym siedział Józef, Gigant oraz Medyk. Zaprosili mnie na spokojną rozmowę i po prostu towarzyskie spotkanie i czułem, że właśnie tego potrzebowałem. Przywitałem się z nimi po czym usiadłem i sięgnąłem po jeden z pełnych kufli. Znacznie bardziej smakowało mi to od whisky, które piłem z Dziarą.
- I jak misja? – zapytał Gigant.
- W sumie bez większych problemów. Spotkaliśmy ocalałego, który próbował nas okraść, ale dałem mu szansę – opowiedziałem.
- Jest czysty? Żaden szpieg Złomiarzy? – włączył się do rozmowy Józef. Obecność księdza, Medyka oraz Iki ucieszyła mnie. Co prawda dziewczyna teraz siedziała w szklarni gdzie pracowała, ale sam fakt, że była już w Ostoi mnie cieszył. Porozmawiałem z całą trójką od razu jak wrócili, około trzech tygodni temu i wszyscy zgodzili się ruszyć razem ze mną.
- Czysty, a przynajmniej taki się wydaję. Nikt nas nie śledził – zapewniłem.
- Ciekawe – zamyślił się Józef.
                Rozmowa szybko zeszła z tematów misji, na dosyć luźne tematy, tego kto jak spędził dzień, oraz na gdybaniach typu co by było gdyby.
- Strasznie dziwnie zachowują się tutejsi. Zabiłeś pieprzonego szefa Gangu, a oni traktują cię jak mordercę – wyżalił się Medyk.
- Myślisz, że mogliby cię zaatakować? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Wątpię – odpowiedziałem bekając potężnie – Ale jakby tylko nadarzyła się okazja żeby mnie się pozbyć to myślę, że wielu mogłoby z niej skorzystać.
- Musisz jakoś odbudować ich zaufanie – stwierdził Józef.
- Tylko jak? Zabiłem szefa organizacji, która chciała zniszczyć to miejsce, ale widocznie ludzie tego nie rozumieją i dalej myślą, że ten zginął wcześniej gdy Gang zaatakował północną barykadę… - powiedziałem.
- Bez sensu – skwitował krótko Gigant.
                Nie rozumiałem dlaczego ludzie mieli tak straszliwy problem z zaakceptowaniem faktu, że byli oszukiwaniu przez tego niby-księdza. Co prawda mogłem tamtego dnia go po prostu ogłuszyć, a potem postarać się o proces dla niego, ale dlaczego miałbym trzymać zagrożenie jak mogłem się go po prostu pozbyć? Prosił mnie o to Dziara, ale to na mnie spłynęła cała wina.
- Nie martw się Bobru i tak mamy zamiar opuścić w końcu to miejsce i nawet jeżeli założymy obóz w obrębie terenów Ostoi to i tak problem zniknie – powiedział Józef poważnym tonem.
- Wiem to… - odpowiedziałem po cichu.
Nagle do naszego stołu podeszła pewna osoba. Szybko rozpoznałem kasztanowe, krótko przycięte włosy sięgające do ramion oraz parę piegów na prostym nosie. To była Ewelina, przywódczyni grupy, która tu niedawno się pojawiła. Podeszła i oparła się dłońmi o blat stołu przy którym siedzieliśmy. Była ubrana w obcisły sweter oraz dżinsy.
- Hej panowie – przywitała się, ale nawet nie czekała na odpowiedź bo spojrzała od razu na mnie i powiedziała – Bobru. Musisz ze mną iść. To zajebiście ważne, szczególnie dla ciebie.
                Zdziwił mnie trochę jej ton, ale tylko uśmiechnąłem się.
- Spoko. Panowie, dzięki za rozmowę, musimy to powtórzyć – powiedziałem do nich i wstałem. Ewelina pociągnęła mnie za rękę i wyprowadziła z baru. Wyraźnie się spieszyła.
- Możesz mi wytłumaczyć gdzie ci się tak spieszy? Gdzie mnie prowadzisz? – pytałem idąc, a wręcz biegnąc obok niej.
- Bobru idziemy do… zresztą nieważne, zaraz zobaczysz, oj ucieszy cię to – zapowiedziała podniecona.
Nie miałem pojęcia, o co jej może chodzić, ale zdobyła u mnie jako takie zaufanie, więc wierzyłem, że nie prowadzi mnie w pułapkę.
                Chwilę później byliśmy w dzielnicy, gdzie były trzy ważne rzeczy – więzienie połączone z kwaterą straży, strzelnica oraz szpital. W mojej głowie myśli zaczynały kotłować jakby chciały się wydostać na zewnątrz w każdy możliwy sposób.  Pierwsze moje podejrzenia padło na Szeryfa, który mógł powiedzieć mi coś ciekawego o miejscu, w którym przebywa część mojej grupy, która poszła z Łapą. Ale gdy skręciliśmy w uliczkę prowadzącą do szpitala moja cała wizja legła w gruzach, a w sercu poczułem podniecający niepokój. Takie uczucie pojawiało się zawsze, kiedy zaraz miało nadejść coś niesamowitego, na co czekało się od jakiegoś czasu, ale gdy już nadeszło to człowiek zaczął mieć pewne obawy.

                Ewelina z uśmiechem na twarzy przeprowadziła mnie przez wejście i szybko zaciągnęła na piętro. Dokładnie tam gdzie była pewna sala, na której od jakiegoś czasu leżał pewien człowiek. Wszedłem do pomieszczenia i szybko zauważyłem, że jest tu Mpd, Dziara oraz Erni. Ekipa, która była w moich planach od samego początku. Nogi ugięły się pode mną, a w pokoju zapanowała cisza. Pablord patrzył na mnie otwartymi oczami. Obudził się.

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 17: Bliżej

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Erniego. Bardzo intensywny rozdział. Czy ekipa Daliona dogoni Erniego, Cinka i tajemniczego staruszka? Czy Staruszek okaże się sojusznikiem czy wręcz przeciwnie? Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym!

-----------------------------------------------

Rozdział 17 (Erni): Bliżej


                Staruszek spadł nam z nieba. Wsiedliśmy do jego auta jak najszybciej się dało. Był to stary polonez, a jego środek wskazywał, że staruszek często w nim spał. Usiedliśmy obaj z tyłu, bo z przodu przy siedzeniu kierowcy leżał stary karabin, najwyraźniej jednak wciąż sprawny. Gdy tylko ruszyliśmy na zachód opuszczając Białystok starzec odwrócił się jakby chciał się upewnić, że nie wyskoczyliśmy z auta.
- Jestem Tomasz – zaczął.
- Ja jestem Ernest – odpowiedziałem.
- A ja Marcin.
- Mogę zapytać przed czym tak uciekaliście? W środku nocy, przez obrzeża takiego miasta? Ktoś was goni? – zapytał.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Bałem się, że jeżeli powiem prawdę to starzec każe nam wysiadać, a wtedy musielibyśmy go obezwładnić i okraść. Z drugiej strony jak go okłamiemy, a za parę godzin dogoni nas Dalion to będzie jeszcze gorzej.
- Uciekamy do Torunia. Z rana zaczną nas gonić bandyci z Królowego Mostu, mają naszych przyjaciół, a my staramy się zdobyć wsparcie i ich odbić – wytłumaczyłem, najprościej jak umiałem.
Tomasz zakaszlał.
- Czyli jedziecie do Torunia?
- Tak – odpowiedzieliśmy wspólnie z Cinkiem.
- Mogę wam pomóc, ale najpierw opowiedzcie mi trochę o tym miejscu – poprosił.
                Zaczęliśmy opowieść. Usłyszał trochę o barykadach, o ludziach tam mieszkających, o grupie Czerwonych Flar i ogólnej, ogromnej sile tego miejsca. Gwizdnął z podziwem.
- Brzmi solidnie. Szukam w sumie dobrego miejsca na osiedlenie się. Podróże są bezpieczne, ale męczą, a w tym wieku to czuć i to mocno – stwierdził, skręcając za rozstaju dróg w lewo w stronę Zambrowa.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Moim zdaniem ciągłe bycie w ruchu jest dużo lepsze. Przyzwyczajanie się do jednego miejsca, osób w nim, strach przed utraceniem go… to za dużo jak na człowieka.
- Racja – stwierdziłem. Przecież sam próbowałem ciągle uciekać z Torunia. Może to wyjdzie mi na dobre w dniu, kiedy będę chciał na zawsze opuścić to miejsce? Kto wie?
                Jechaliśmy przez pół godziny. Od zrobienia się jasno dzieliło nas teraz jeszcze parę godzin. Byłem tak zmęczony, że oczy mi się same zamykały. Cinek nawet nie próbował udawać. Po prostu oparł głowę o siedzenie i przykrywając się jednym z futer, które leżały przy nas, zasnął. Tomasz musiał zauważyć, że ledwo się trzymam na nogach.
- Jeżeli chcesz to się prześpij chłopcze. Ja niedawno wstałem, więc jestem wypoczęty, ale ty wyglądasz jak jeden z trupów – zażartował.
Nie odpowiedziałem nawet. Zgarnąłem sobie jedno z futer i położyłem się, opierając się o siedzenie. Zasnąłem momentalnie. Śniły mi się straszne rzeczy. Pierwsza część snu rozgrywała się w Królowym Moście. Widziałem grubego i Daliona stojących w piwnicy i szukających nas. Wtedy do piwnicy zaczęli po kolei wpadać ludzie z autobusu, a na koniec Rekin oraz Łowca. Gruby wyciągnął gruby kij i zaczął ich okładać, wrzeszcząc, że zapłacą za naszą ucieczkę. Dalion siedział na krześle i śmiał się oglądając to. Popijał alkohol i co jakiś czas dawał grubemu kolejne pomysły na to jak można skatować bardziej więźniów. Widziałem całą masę tortur, gwałt na dziewczynach z autobusu, aż w końcu gdy doszli do wydłubywania oka Łowcy to wszystko się rozmazało.
                Sceneria się zmieniła. Szedłem przez pustą ulicę, a na około leżało mnóstwo ciał. Było niby ciemno, ale wciąż widziałem wszystko dobrze, niczym nocne stworzenie, które wyszło na polowanie. Obserwowałem wszystko na około i szedłem ciągle do przodu. Nagle zdałem sobie sprawę, co to za miejsce. To był Toruń. Ale nie taki jakim go widziałem pięć dni temu jak odjeżdżałem. Ten był całkiem zniszczony. Wszędzie leżały ciała i ruiny. Nagle ktoś mnie zawołał. Odwróciłem się i zobaczyłem Dziarę. Siedział przy stole na wygodnym fotelu z lampką wina i trzymał coś w ręce. Podszedłem do niego, a ten uśmiechnął się i wypuścił to co trzymał. Były to kości do gry. Trzy czarne kości z zielonymi oczkami. Suma oczek wynosiła siedemnaście. Chciałem zapytać Dziarę co to oznacza, ale nagle zauważyłem, że na jego miejscu siedzi Dalion i krzyczy „BLISKO! BLISKO! BLISKO!”.
                Obudziłem się. Było jasno, a my jechaliśmy. Oddychałem ciężko. Tomasz bacznie obserwował drogę, a Cinek dalej spał. Już chciałem się odezwać i zapytać o drogę, kiedy zobaczyłem, że minęliśmy tabliczkę z napisem „Maków Mazowiecka”. Samochód brnął naprzód. Nie było żadnych szans, żeby Dalion nas dogonił. Byliśmy zwyczajnie za daleko, a zarazem coraz bliżej celu. Jak utrzymamy takie tempo to może jutro z rana będziemy już w Ostoi. Na ta myśl uśmiechnąłem się do samego siebie. Ciekawiło mnie co się tam działo pod moją nieobecność. Czy Bobru już wrócił, czy dalej jest na Trzecim Posterunku. Mogłem się dowiedzieć już niedługo.
                Auto nagle zaczął się zatrzymywać. Zaskoczony tym spojrzałem na drogę. Zobaczyłem na niej spory samochód poł-ciężarowy. Blokował przejazd i o ile nie chcieliśmy jechać na około to musieliśmy go teraz jakoś przesunąć. Szturchnąłem Cinka, żeby nam pomógł po czym wysiedliśmy we trójkę. Zdziwiło mnie jak niektóre przeszkody pojawiają się na drodze kompletnie losowo. Oznaczało to nie mniej nie więcej to, że po drogach wciąż wędrują ludzie i jest ich jeszcze całkiem sporo. Kto wie, może tą osobę, która zostawiła tu ten van też kiedyś spotkam, a nawet nie będę o tym wiedział. Mam nadzieję, że dożyje takiej szansy, bo jeżeli dzisiaj dogoni nas Dalion to nie zobaczymy już nikogo.
                Staruszek z swoją pepeszą podszedł ostrożnie, a my byliśmy tuż obok niego. Cinek nosił pistolet, więc ja trzymałem się stosunkowo na dystans, nie miałem za bardzo czym się bronić.  Podeszliśmy najpierw na tyły i ostrożnie otworzyliśmy tylne drzwi. To był błąd. Z środka wypadły dwa trupy.  Odsunęliśmy się w ostatniej chwili o mało nie wpadając na siebie, ale dzięki temu zombie upadły ciężko na drogę i mieliśmy czas żeby się nimi zająć. Cinek podszedł do jednego i uderzył go kolbą w tył głowy, dwa razy. Wystarczyło. Tomasz też nie strzelał. Przycisnął trupa do podłoża po czym wkładając w to całą siłę uderzył kolbą. Mózg i kawałki przegniłych kości rozprysły się na wszystkie strony.
- Rozejrzyjcie się czy nie ma tu nic do jedzenia. Inne przydatne rzeczy też możecie wziąć – powiedział Tomasz.
                Cinek i starzec wspięli się i zaczęli przeszukiwać, a ja poszedłem do przodu, żeby zobaczyć, czy auto w ogóle odpali. Przypominało trochę mniejsza wersję Potwora, czyli auta, którym Łowca przywiózł do Torunia ludzi z Królowego Mostu. Poszukałem najpierw kluczyków, ale po chwili doszedłem do wniosku, że przecież takie pojazdy najczęściej włączało się przyciskiem. Było tak też i tym razem. Silnik zaryczał, a ja obejrzałem się do tyłu, gdzie zobaczyłem Tomasza i Cinka.
- Trzymajcie się! – powiedziałem, po czym przycisnąłem delikatnie pedał gazu i ruszyłem. Było bardzo mało paliwo, ale całe szczęście wystarczająco, żeby zjechać na pobocze i bezpiecznie zaparkować. W samym środku nie było nic co mogło pomóc w przetrwaniu. Znajdowała się tu dostawa dziwnych części, prawdopodobnie potrzebnych do produkcji telewizorów. Zgadywałem, że poprzednia osoba, która trafiła na ten pojazd, nawet nie sprawdziła ładowani, używała go tylko jako zwykłego środka transportu. Wysiadłem i poczekałem, aż moi towarzysze się wygramolą ze środka. W tym czasie rozejrzałem się. Okolica wydawała się dosyć spokojna, chociaż na polu, około siedemdziesięciu metrów od nas znajdowało się parę zombie, ale zdecydowanie nie były nami zainteresowane, człapały w przeciwnym kierunku i z każdą sekundą były dalej. Co najważniejsze nie było oznak, żeby ktoś żywy był w okolicy, a tego bałem się najbardziej.
                Nie mogłem pojąć jak gra Daliona mogła zniszczyć człowieka. Chociaż przeżyłem wiele ciężkich i strasznych chwil to w porównaniu z tym uczuciem, ciągłej ucieczki, było to nic. Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej. Tomasz rozmawiał z nami i pytał o mniej ważne rzeczy dotyczące Torunia. Naprawdę chciał się tam dostać, co cieszyło mnie bo oznaczało, że dojedziemy tam jeszcze szybciej.
- Czy możemy sobie pozwolić na postój i zjedzenie czegoś? – zapytał około pół godziny później, gdy przejeżdżaliśmy przez małą wioskę, której nazwy nie mogliśmy odszyfrować, bo tabliczka była w połowie złamana, a samo „ka”, które zostało dużo nam nie mówiło.
- Powinniśmy coś zjeść – powiedziałem – ale nie zatrzymujmy się na długo. Jest już jasno, więc prawdopodobnie możemy wpaść na kogoś, na kogo nie chcielibyśmy. Musimy koniecznie dostać się do Torunia. Tam nie będzie już takich problemów.
Starzec zatrzymał wóz od razu, gdy znalazł dogodne do tego miejsce. Wypakowaliśmy szybko po jednej puszce i zaczęliśmy jeść drewnianymi łyżkami fasolę. Była zimna, ale zapełniała żołądek. Przypominało to pierwsze chwile po wybuchu, kiedy jadło się tylko takie specjały. Potem w Królowym Moście i teraz w Toruniu dało się zjeść nawet coś na ciepło, co było naprawdę ogromnym luksusem.  Jadłem szybko i łapczywie, bo chciałem jak najszybciej ruszyć w drogę, a poza tym byłem naprawdę głodny. Po skończonej uczcie ruszyliśmy dalej.
- Słyszeliście o akcjach przeprowadzanych w okolicach Poznania? – zapytał nagle Tomasz.
                Nie miałem pojęcia o czym mówił.
- Nie. Jakich akcjach? – zapytałem.
- Podobno podczas zimy gdy trupy nie były aż tak szybkie w Poznaniu parę grup ocalałych oczyściło dwa miasteczka. Może nie jest to duży wyczyn, ale co najważniejsze uruchomili działającą sieć pomiędzy nimi i mogą poruszać się pomiędzy punktem a i b bardzo szybko.
- To aż takie duże osiągnięcie? – zapytał skołowany Cinek.
- Mają pociąg. Działające oczyszczone tory i pociąg! Sto kilometrów różnicy pomiędzy miastami przebywają w godzinę i to niecałą, bo teraz nikt nie będzie patrzył na to czy pociąg przestrzega norm prędkościowych – wytłumaczył Starzec.
- Och – westchnąłem. To rzeczywiście było spore osiągnięcie.
- Dlatego zanim was spotkałem to myślałem nad podróżą pod Poznań. Podobno naprawdę nieźle sobie radzą, mają dużo zapasów i brakuje im tylko ludzi – dodał Tomek.
- W Toruniu w sumie też działa to dobrze – zacząłem – Jeden duży punkt, gdzie mieszka większość ludzi, mamy wszystkie zapasy i tak dalej, oraz cztery okoliczne posterunki, nie oddalone o dalej niż sto kilometrów i nadzorujące okolicę. W sumie między nimi dobrze by było odnowić linie kolejowe, ale chyba obędzie się też bez tego.
- A władza? – zapytał nagle starzec – Czy osoba rządząca to dobry człowiek?
                To było trudne pytanie. Nie wiedziałem jak szczerze odpowiedzieć, żeby nie skłamać, a zarazem nie wystraszyć Tomasza.
- Rządzi zwykły człowiek – odpowiedziałem – Popełnia błędy jak każdy, ale trzyma to wszystko w jednej, składnej postaci.
- To spora odpowiedzialność. W końcu mówicie, że macie tam parę setek ludzi.
- Tak to dosyć spore brzemię, ale myślę, że sobie radzi. W końcu Ostoja istnieje praktycznie od początku tego całego syfu – odpowiedziałem.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o Ostoi i innych społecznościach aż temat się urwał. Przejechaliśmy przez Ciechanów, a ja znów zagłębiłem się w myślach. Robiło się powoli ciemno, a my przebyliśmy trochę ponad połowę drogi. To nie było dobre, ale była pewna opcja, o której pomyślałem dopiero teraz. Mogliśmy przeczekać jedną noc u Feline w jej obozie w Płońsku i ruszyć stamtąd z rana, aby pokonać ostatni odcinek drogi. Tylko czy nie spowodujemy tego, że grupa Daliona zaatakuje Feline. Co prawda Płońsk wyglądał solidnie i myślałem, że nie będzie problemu w odbiciu ataków bandytów, ale wciąż to było spore zagrożenie. Do płońska stąd mieliśmy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. Czy warto było zaryzykować?
- Tomaszu? – zapytałem nagle.
­- Tak?
- Możesz odbić na południe do Płońska? – zapytałem.
- Do Płońska? Nie jedziemy do Torunia?
- Nie dojedziemy tam dzisiaj, a możliwe, że pościg jest coraz bliżej. Oni wiedzą, że my jedziemy do Torunia najszybszą drogą i na pewno nas dogonią, a to może sprawić, że ich ominiemy. W Płońsku jest obóz, a tamtejsza przywódczyni nas zna i być może wyśle z nami ludzi, którzy pomogą nam dojechać do Torunia. To jest spora szansa – wytłumaczyłem.
- Hmm… skoro tak mówisz to możemy tam pojechać. Nie wiem dlaczego, ale polubiłem was, więc pozwolę sobie na zaufanie wam – odpowiedział.
                Zaufanie dwóm obcym ludziom to najgłupsze, co można zrobić, ale nie chciałem mu o tym mówić i tak wystarczająco zdenerwowany całą sytuacją musiał być ten starzec, jeżeli wciąż trzymał na tylnych siedzeniach dwóch uzbrojonych i silnych ludzi. Skręciliśmy na najbliższym zjeździe na południe i gdy tylko zniknęliśmy z głównej drogi do Torunia zrobiło mi się lepiej. Teraz szansa na to, że jeszcze dzisiaj spotkamy Daliona spadła. Oczywiście zawsze mógł pomyśleć o pojechaniu do Płońska, w końcu tam po raz pierwszy nas zaatakował, przy pomocy swoich ludzi, ale wątpiłem, żeby wpadł na to teraz. Wydawało mi się, że dojedziemy bez problemy do Płońska, a  tam, przy odrobinie szczęścia, uda nam się poprosić Feline o pomoc i eskortę pod Toruń.
                Dwie godziny później byliśmy w Płońsku. Gdy podjechaliśmy pod znajomy budynek to odetchnąłem z ulgą. Wysiedliśmy i opuszczając broń zamachałem w stronę ciemnego ogrodzenia, na którym z pewnością byli ukryci strażnicy obozu. Nagle zapłonął reflektor i oślepił nas blaskiem.
- Tu Erni z Zbłąkanego Ocalałego i jego dwóch przyjaciół! Chcę widzieć się z Feline! – zawołałem.
Usłyszałem szamotanie się i po chwili ktoś otworzył nam bramę. Był to uzbrojony mężczyzna, który wymierzył do nas.
- Czego tu szukasz? – zapytałem.
- Mówiłem, chcę porozmawiać z Feline.
- Gdzie twój autobus? – zapytał strażnik.
- Straciłem go… możesz mnie do niej zaprowadzić? – zapytałem.
- Sami musicie trafić. Właźcie bo ciemno już, a reflektory przyciągną martwych.
                Weszliśmy za ogrodzenie, zostawiając auto starego na drodze. Gdy tylko weszliśmy do budynku odetchnęliśmy z ulgą. Od razu zrobiło się cieplej. Na dworze nie było tak zimno jak parę tygodni temu, ale wciąż wieczorne wiatry kąsały zimnem. Przeszliśmy przez labirynt korytarzy i dotarliśmy do gabinetu dowódczyni. Zapukałem i poprosiłem, żeby Cinek i Tomasz zostali na zewnątrz. Gdy usłyszałem „wejść” wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Niebieskooka siedziała na fotelu, opierając nogi o biurko i paląc tytoniowego skręta. Gdy mnie zobaczyła otworzyła szeroko usta.
- Kierowca autobusu… co ty tu robisz?
- Potrzebuje twojej pomocy… - zacząłem.
- Czy wszyscy w Toruniu nagle potrzebują mojej pomocy? – zapytała złośliwie.
- To naprawdę ważna sprawa – powiedziałem.
- Dobra, mów.
- Wpadliśmy w zasadzkę w Królowym Moście. Jakieś dwa dni po odjeździe stąd. Zabrali mi autobus i piątkę osób i nas gonią. Potrzebuje noclegu dla trzech osób dzisiaj i eskorty z rana do Torunia. Będziesz w stanie to dla mnie zrobić?
                Feline przez chwilę nie odpowiadała. Zaciągnęła się i wypuściła ogromną chmurę dymu, która zasłoniła na chwilę jej twarz.
- Prosisz o dużo, chyba wykorzystujesz fakt, że cię polubiłam kierowco, a do mojego obozu dołączyć nie chciałeś – powiedziała.
- Naprawdę potrzebuję pomocy. Dzisiaj nocleg, a jutro dwójka twoich ludzi i szybki pojazd, błagam.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że oddasz mi kiedyś tą przysługę. Idź teraz spać, widać, że ledwo trzymasz się na nogach, na lewo od mojego gabinetu znajdziesz kogoś ze straży, powiedz, że prosiłam o nocleg dla ciebie i twoich kolegów. Rano spotkamy się przy wyjściu.
- Dziękuje, ratujesz mnie – powiedziałem – I proszę cię, uważaj. Ktoś z ścigających nas może tu być lada chwila.
- Jestem gotowa nawet na tak ludzi z Torunia, grupka bandytów nie stanowi dla mnie problemu – odgryzła się – A teraz idź już spać kierowco.
                Wyszedłem z gabinetu Fel i razem z Cinkiem i Tomaszem ruszyliśmy na lewo, dosyć ciemnym korytarzem. Wszędzie były pomieszczenia, porozrzucane równomiernie na lewo i na prawo, ale szybko znaleźliśmy jednego ze strażników. Po drodze wytłumaczyłem moim towarzyszom, co ustaliłem z Fel. Starzec nie do końca rozumiał powagę sytuacji, ale Cinek naprawdę się ucieszył.
Bez przedłużania i tak ciężkiego i długiego dnia, poszliśmy spać. Przydzielono nam nieduży pokój, ale były tam trzy wygodne łóżka. Ledwo dotknąłem głową poduszki, a zasnąłem.
                Gdy wstaliśmy rano szybko zjedliśmy po misce ciepłego gulaszu w obozowej stołówce po czym ruszyliśmy do bramy gdzie czekała na nas Feline oraz dwóch młodych chłopaków, wydawało mi się, że byli nawet młodsi ode mnie, ale mogłem się mylić.
- To moich dwóch zaufanych ludzi, Mikołaj oraz Dominik. Są młodzi, ale uwierz mi, że przeżyli nie dlatego, że szybko znaleźli silniejszych od siebie, którzy będą ich chronić. Jak dojedziesz do Torunia to oni z moim pojazdem wrócą do mnie. Powodzenia – powiedziała.
- Dziękuje ci za wszystko Feline – odpowiedziałem i uścisnąłem jej rękę.
W piątkę ruszyliśmy do sporej toyoty terenowej, która wygląda naprawdę solidnie. To było auto, które bez problemu powinno prześcignąć wszystko. Ruszyliśmy. Tym razem kierowałem ja, po mojej lewej siedział Mikołaj, a z tyłu cała reszta.
                Auto było w świetnym stanie. Trzymało się drogi, reagowało na każdy ruch kierownicy i przyciśnięcie pedała gazu. Wyjechaliśmy z Płońska i pojechaliśmy do przodu, na zachód. Znaleźliśmy się szybko na drodze. Ostatnim sporym i niebezpiecznym przystankiem był Drobin. Od niego blisko już było do Czwartego Posterunku w Sierpcu, a tam mogliśmy poprosić o pomoc kogoś z Czerwonych Flar lub samego Szymona, który na pewno dałby nam spory oddział. Kto wie, może wyznaczyłby nawet na tyle dużą grupę, że moglibyśmy przeprowadzić kontrę stąd.
                Dojechaliśmy do Drobina po godzinie i zrobiliśmy małą przerwę na siku oraz na rozprostowanie kości. Samochód pomimo tego, że był bardzo szybki to był stosunkowo niewygodny. Jeden z ludzi Feline oraz Tomasz poszli w krzaki, a reszta pilnowała auta. Stanąłem przy Cinku opierającym się o auto i zacząłem rozmowę.
- Stary jak myślisz, powinniśmy pojechać do Torunia czy spróbujemy zebrać ludzi z Czwartego Posterunku? – zapytałem.
- Hmm… myślę, że powinniśmy wrócić do Ostoi. Tam zbierzemy lepszą pakę, żeby spuścić temu skurwielowi wpierdol – odpowiedział jak zwykle prosto z mostu.
- Za taką szczerość cię lubię stary – powiedziałem uśmiechając się.
- Myślisz, że Dalion goni nas z naszymi pasażerami i Łowcą, czy zostawił ich w Królowym? – zapytał Cinek.
- Myślę, że bałby się zostawiać z tą bandą pijaków osoby pokroju Łowcy. To byłoby zbyt ryzykowne. Mam tylko nadzieję, że ich nie zabił.
- Myślę, że ten mały wypierdek nie ma jaj, żeby to zrobić i narazić się Bobrowi i Toruniowi. Przecież chce wymiany – powiedział Marcin.
- Cholera wie co siedzi w jego chorej głowie – odpowiedziałem.
                Nagle Dominik, ten który został z nami podniósł broń.
- Patrzcie! – krzyknął.
Drogą przed nami nadjeżdżał koszmar. Trzy auta i autobus. O ile auta mogły dać mi jeszcze nadzieję, że to po prostu ktoś losowy, to autobus nie pozostawiał żadnych nadziei. To był Zbłąkany Ocalały. Strach sparaliżował mnie całkowicie, sprawiając, że nie wiedziałem czy nawet oddycham. Nie zdążyłem krzyknąć do Dominika, żeby nie strzelał bo zginie. Młody przeładował i pociągnął serią po szybie jednego z aut sprawiając, że to straciło równowagę i zjechało na prawo. Pozostałe jednak były już przy nas. Nie zdążyłem nawet prosić o łaskę, gdy jeden z bandytów z auta wysiadł i strzelił młodemu w klatkę parę razy. Jego ciało drgnęło, a potem kompletnie zamarło w kałuży krwi, pod moimi stopami.
                Wtedy z krzaków wyszedł Mikołaj oraz Tomasz.
- Nie róbcie nic głupiego! – tym razem wykrztusiłem z siebie. Z podniesionymi rękoma podeszli do mnie i Cinka, a bandyci z wozów zaczęli coraz gęściej nas otaczać. Było ich co najmniej trzydziestu. Zobaczyłem na ich czele Daliona oraz jego przyjaciela. Bezręki podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. Starałem się nie zrywać kontaktu wzrokowego, ale bałem się. Usłyszałem jak Tomasz, na lewo ode mnie, oddycha ciężko. W co my wplątaliśmy tego biednego człowieka.
- BLISKO! – krzyknął Dalion po czym uderzył mnie z dużą siła w twarz. Poleciałem do tyłu i uderzyłem jeszcze mocniej w lusterko od samochodu, po czym lekko zamroczony osunąłem się i usiadłem.
                To co stało się później było jednak dużo straszniejsze, a stało się w przeciągu kilku sekund. Cinek skoczył na Daliona i wyjmując jego własny nóż dźgnął go w brzuch. Zobaczyłem tylko przerażenie na jego twarzy, ale po chwili usłyszałem wystrzał. Zalała mnie fala krwi i fragmentów mózgu i czaszki. Gruby, którego nazywano Smrodem trafił Cinka prosto w głowę. Nie miał prawa tego przeżyć, a jednak kiedy upadł na mnie, to jego oko jeszcze przez chwilę się ruszało. Potem zamarło całkowicie.
                Krzyczałem głośno i płakałem, ale to się stało. Cinek nie żył.

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 6: Granica

Rozdział 6, drugi z perspektywy Magdy. Zagłębimy się nieco w intrygę rozsiewaną przez Dziarę i zobaczymy jak to się rozwinie, gdy Magda dostanie pierwsze zadanie do wykonania. Czy złamie się i ucieknie? A może spodoba jej się rola, którą odegra w planach Dziary? Zapraszam do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

Rozdział 6 (Magda): Granica


                Moja sytuacja była kompletnie beznadziejna. Moje samopoczucie przed i po wyjściu z Kwatery Głównej, tego feralnego wieczora, było kompletnie inne. Przed wejściem byłam podekscytowana tym, co może na mnie czekać w środku. Miałam w końcu dostać pracę i to po rozmowie z samym szefem Czerwonych Flar – Dziarą. Po wyjściu byłam pewna tylko jednego – tego, że jestem w bardzo nieciekawej sytuacji. Powiedziałabym wręcz, że w beznadziejnej.
                Tego wieczora zostałam wtajemniczona w coś, czego nie wiedział, póki co, nikt inny. Dowiedziałam się, że cała Ostoja chyli się ku upadkowi. W końcu grupa, uważana za największych wrogów Torunia, okazała się być pod kontrolą jednego z rządzących. Po co były te zagrywki? Czemu Dziara chciał się pozbyć Karła? Chciałam, naprawdę chciałam o tym z kimś pogadać. Ale nie miałam z kim. Nawet następnego dnia od razu po wstaniu miałam przed oczyma obraz Jana, trzymającego nóż przy gardle mojego brata. Nie mogłam ryzykować życiem ostatniej osoby, która znaczyła dla mnie naprawdę wiele.
                Musiałam robić wszystko, co mi rozkaże Dziara. Byłam jego człowiekiem do brudnej roboty. Ale czemu wybrał akurat mnie? Nie zabiłam jeszcze żadnego człowieka, a biorąc pod uwagę to, o co mnie poprosił, wiedziałam, że to może się w krótce zmienić. Z tego co wiedziałam, moje pierwsze zadanie było dosyć proste. Musiałam odwrócić uwagę ludzi, z którejś z barykad na tyle, żeby oddział Gangu mógł wejść na teren Torunia i doprowadzić do zamieszek. Miałam szczerą nadzieję, że ci bandyci nie zabiją nikogo z moich towarzyszy, bo wtedy nie wybaczyłabym sobie tego.
                Oczywiście mogłam zawsze zaryzykować i powiedzieć o tym wszystkim co usłyszałam komuś ważnemu, ale aktualnie nie było tu osoby, która by mnie wysłuchała i rozplanowała wszystko tak, żeby nie pozwolić Dziarze zabić zakładników. Mogłam też uciec, ale wtedy zostawiłabym mojego brata na pastwę tego potwora. Musiałam rozplanować wszystko jak najlepiej do powrotu Bobra. To musiała też być część planu. Wysłanie Bobra daleko na północ, żeby nie mógł monitorować sytuacji na miejscu. To samo zresztą z Ernim, który został wysłany na wschód. Pozostawała mi zawsze opcja rozmowy z Sołtysem, Łapą lub kimś takim, ale oni nie mogli mi pomóc. Postąpili by głupio lub impulsywnie, a ja musiałam być pewna swoich działań.
                Zastanawiałam się jeszcze nad rozmową z Karłem, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. On był z pewnością ostatnią osobą, która uwierzyłaby w to, że jego przyjaciel, ktoś kto zbudował z nim całą tą społeczność, byłby w stanie zrobić coś takiego. Musiałam radzić sobie sama.
                Po obudzeniu się szybko ruszyłam na plac treningowy. Podczas strzelania zawsze przychodziły mi do głowy dobre pomysły, więc liczyłam, że i tym razem tak będzie. Oczywiście jedyna barykada jaką rozpatrywałam to ta, na której siedzieli Karol, Kamil oraz Dymitr. Musiałam ich oszukać w jakiś sposób, albo odwrócić ich uwagę, ale jak mogłam to zrobić bez wzbudzenia zbyt dużych podejrzeń? Dziara oczywiście nie chciał mi pomóc, powiedział, że to na tyle łatwe zadanie, że powinnam sama sobie z tym dać radę.
                Dotarłam na strzelnicę dosyć szybko. Tym razem nie byłam tam sama, wpadli tam również dwaj strażnicy, którzy strzelali z pistoletów do podziurawionych mankiet, mających na celu udawanie ludzi. Nie przeszkadzając im stanęłam obok i zaczęłam celować do tarczy. Pierwsza strzała trafiła w sam środek. Ucieszyło mnie to, oznaczało to nic innego jak powrót do formy. Powolny, ale skuteczny. Wypuszczałam kolejne strzały i rozpatrywałam kolejne opcje.
                Mogłam ich po prostu oszukać. Powiedzieć, że cała trójka jest wezwana przez kogoś do jakiegoś konkretnego miejsca i wtedy obiecać, że zaopiekuje się barykadą na czas ich nieobecności, a w ten czas wpuścić ludzi z Gangu. Mieli oni dostać się na teren dzisiaj, gdy zaczną bić kościelne dzwony, czyli o godzinie osiemnastej. Teraz nie było jeszcze dwunastej. Dzwony w Ostoi biły zawsze o tych dwóch godzinach. Wtedy organizowane były msze dla osób wierzących. Ja nie należałam do takich, szczególnie po tym co przeżyłam, więc po prostu nie odwiedzałam kościoła zbyt często.
                Drugim sposobem było wywołanie zamieszania gdzieś niedaleko barykady i tym samym sprowokowanie przybycia kogoś z okolic w określone miejsce. Ta opcja jednak również nie była zbyt dobra, bo na pewno cała trójka nie ruszy w to miejsce, tylko zostawią kogoś z tyłu na straży. Ewentualnie wyruszą we trójkę, ale gdy zobaczą, że nic poważnego się nie dzieje, to wrócą na swoje miejsca. Mi było potrzebne około pięciu minut.
                Podeszłam do tarczy, żeby wyjąć strzały i ponownie wycofałam się za linię, żeby oddać kolejne strzały. Pomimo strzelania przez najbliższą godzinę i naprawdę dobrego cela dzisiejszego dnia, to wciąż nie byłam pewna moich planów. Byłam jednak umówiona z Krystianem na spotkanie w barze i miałam nadzieję, że on będzie potrafił mi coś doradzić. Składając łuk i strzały podsłuchałam kawałek rozmowy dwóch strażników. Nie mówili cicho, ale też nie na tyle, żeby każdy mógł usłyszeć.
- To już czwarty miesiąc, a wciąż żyjemy! – powiedział jeden.
- Szef podobno szykuje coś z tej okazji. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni miesiąc. To miejsce jest niesamowite, a Szef to równy gość – odpowiedział drugi.
- Mi tam nie podoba się to co on robi. Myślę, że gdyby nie  Dziara to ludzie z Gangu by nas dawno stąd przegonili – stwierdził pierwszy.
                Gdybym tylko mogła to krzyknęłabym, że się mylą. Dziara stał za tym wszystkim. Ale nie mogłam. Odeszłam w milczeniu w stronę domu, żeby zostawić strzały i łuk, po czym ruszyć w stronę baru. Idąc obserwowałam ulice, które były teraz wyjątkowo puste. W sumie pora wskazywała na to, że większość teraz pracuje, dlatego też na ulicy mijałam pojedynczych ludzi. Nagle jednak dojrzałam ciekawą postać, której losy mnie interesowały, a mianowicie Mpd. Z tego co słyszałam już przed stratą ręki nie mógł być pewny swojej pozycji. Teraz jednak byłam wręcz pewna, że ją straci, a jego miejsce zastąpi ktoś inny. Ktoś gotowy wyruszyć w pełni sił do ataku i do wszystkich zadań przydzielonych przez Dziarę.
                Podeszłam i zagadałam do niego.
- Hej Mateusz. Jak się trzymasz? – zapytałam patrząc na niego. Wyglądał nieco mizernie, ale gdy tylko mnie zauważył starał się rozchmurzyć nieco.
- Dobrze, bardzo dobrze, wyśmienicie – zaczął po czym spojrzał ze smutkiem na swój kikut – Właściwie to fatalnie.
- Jestem Magda, zapewne mnie nie znasz, ale dotarłam tutaj z Bobrem, a go na stówę kojarzysz – wytłumaczyłam, żeby nie wyglądać na pierwszą lepszą dziwaczkę.
- Kojarzę cię, byłaś na barykadzie dwa dni temu, jak tu wjeżdżałem. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał.
- Właściwie to nie – powiedziałam mając w głowie to co powiedział mi Dziara – chciałam tylko zapytać jak sobie radzisz w obecnej… sytuacji.
Mateusz zastanawiał się przez chwilę po czym odpowiedział.
- Nie jest fajnie. Życie w tym świecie jest okropne, naprawdę fatalne – słowa zdawały się wylatywać z jego ust szybciej niż to było możliwe – ale radzę sobie. Bez ręki pewnie nie zachowam statusu Czerwonej Flary na długo, ale kto wie? Mam nadzieję, że mi się uda.
- Życzę ci tego. Miłego dnia! – powiedziałam odchodząc w stronę domów.
                Wspięłam się szybko po schodach i już po chwili byłam w swoim mieszkaniu. Odłożyłam łuk i strzały na to samo miejsce co zawsze. Lubiłam porządek, ale też nie przepadałam za osobami, które robią wielką aferę o parę rzeczy walających się po podłodze. Następnie podeszłam do zlewu i przemyłam ręce oraz twarz, żeby odświeżyć się nieco przed spotkaniem z Krystkiem. W końcu lubiłam go i był całkiem atrakcyjnym mężczyzną, więc nie mogłam pójść do niego wyglądając jak upiór. Po szybkim odświeżeniu się wybiegłam w stronę baru.
                Gdy doszłam do zawsze zadymionego, przez co nieco dusznego pomieszczenia, to od razu zauważyłam ciemnego blondyna, z którym miałam się tutaj spotkać. Podeszłam jeszcze do barmana prosząc o kubek ciepłej herbaty po czym podeszłam do Krystka. Przytuliliśmy się na przywitanie po czym usiedliśmy naprzeciwko siebie.
- Hej, jak się trzymasz? – zapytał mnie.
- Bywało lepiej, ale nie jest najgorzej… - stwierdziłam.
- Udało ci się dostać jakąś robotę?
Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią. Marzyłam o tym, żeby mu powiedzieć, że potrzebuje pomocy bo wpadłam w niezłe bagno, ale nie mogłam. To były granice wyznaczone przez Dziarę. Postarałam się o jak najlepszy uśmiech po czym odpowiedziałam mu.
- Jasne. W sumie całkiem fajna posada, jestem taką dziewczyną na posyłki, roznoszę wiadomości od jednej osoby do drugiej w Toruniu i ogólnie spełniam zachcianki ważniejszych osób. Ale jest naprawdę dobrze.
                Zenek przyniósł mi herbatę. Wzięłam łyka i z lubością poczułam rozchodzące się po ciele ciepło.
- Brzmi spoko, ale wydajesz się być… no nie wiem jakaś smutna – powiedział.
Jakimś sposobem czuł to, a ja nie mogłam pozwolić na to, żeby nabrał podejrzeń. Spojrzałam mu w oczy po czym złapałam go za ręce. Już chciałam mu tłumaczyć, że wszystko ze mną było w porządku, gdy nagle wpadłam na pewien plan. Plan, który mógł mi pomóc dzisiaj, kiedy usłyszę dzwony.
- Właściwie to mam pewien problem. Gdybyś mógł mi pomóc byłabym wdzięczna.
Krystek uśmiechnął się szeroko.
- Co to za problem?
- Potrzebuję, żebyś zgłosił dzisiaj tuż przed tym jak zaczną bić wieczorne dzwony całą trójkę z północnej barykady. Chodzi mi o Giganta, Kamila oraz Dymitra. Pokłóciłam się trochę z nimi ostatnimi czasy, a z tego co mi powiedział Dziara to chce ich widzieć.  Gdybyś mógł im to przekazać wieczorem byłabym bardzo wdzięczna – skłamałam.
- Nie widzę problemu – powiedział śmiejąc się – zazdroszczę ci takich problemów.
                Z pewnością nie zazdrościłbyś mi niczego, gdybyś tylko wiedział, pomyślałam.
- Dziękuje – odpowiedziałam.
Następnie spędziliśmy sporo czasu razem. Problem był rozwiązany i miałam nadzieję, że wszystko wieczorem wypali. Rozmawialiśmy dalej o różnych rzeczach i stwierdziłam, że Krystian był idealną osobą do pomocy mi w takich sytuacjach. Nie dość, że mi się podobał to jeszcze był niesamowicie pomocny. Mógł być jednym z najpotężniejszych sojuszników jakimi teraz dysponowałam. W trakcie rozmowy wpadłam na pewien pomysł. Pytanie, którego odpowiedź mogłaby mi pomóc w późniejszym czasie.
- Krystek mam do ciebie bardzo ważne pytanie – zapowiedziałam – mogę oczekiwać szczerej odpowiedzi?
- Jasne. Tak mi się przynajmniej wydaje – odpowiedział.
- Gdybym zdecydowała się opuścić to miejsce, poszedłbyś ze mną? – zapytałam.
                Tym razem Krystek nie odpowiedział od razu, ani nie uśmiechnął się. Po prostu milczał dłuższą chwilę. W końcu odetchnął głęboko i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Z tobą? Zawsze.
Poczułam dreszcze przechodzące przez całe moje ciało. Uśmiechnęłam się ładnie i ścisnęłam go mocniej za rękę. Dzwony wybiły południe, a my opuściliśmy bar i poszliśmy na spacer. Co prawda w Toruniu nie było bardziej urokliwych miejsc, ale parę z nich nadawało się idealnie na przechadzkę. Ruszyliśmy na północ gdzie znajdowała się spora szklarnia. Była ona wielkości niedużego parku i uprawiano tam warzywa oraz owoce. Oprócz tego znajdowało się tam parę drzew, które ścinano w razie srogiej zimy i kompletnego odcięcia od innych lasów. Była to taka rezerwa. W szklarni pracowało parę osób, ale teraz były tam tylko dwie.
                Jedną z nich był starszy mężczyzna, który wyglądał jak typowy ogrodnik. Miał siwy wąs, był w podeszłym wieku, a na dużym brzuchu miał fartuch ubrudzony ziemią. Drugą osobą była Ika, która przyjechała do Torunia wraz z grupą Natalii i Giganta. Co prawda nie znaliśmy się za dobrze, ale z racji iż mieszkaliśmy na jednym piętrze to kojarzyłam ją i potrafiłam z nią zamienić parę słów. Teraz jednak skinęłam w jej stronę głową na znak przywitania po czym ruszyłam do jednej z niewielu ławeczek w szklarni i usiadłam tam z Krystianem. Było tutaj naprawdę spokojnie i myślę, że mogłabym tam spędzać godziny. Miejsce było po prostu klimatyczne.
                Chcąc, żeby Krystian uważał je za jeszcze lepsze, od razu po tym jak usiedliśmy pocałowałam go. Odwzajemnił pocałunek i uśmiechnął się do mnie po tym jak nasze usta się od siebie oddaliły. Następną godzinę spędziliśmy ciesząc się sobą i tym, że w końcu któreś z nas zrobiło pierwszy krok. Teraz byliśmy parą. Był kolejną osoba w moim życiu, która była dla mnie naprawdę ważna. Ale wciąż nie mogłam zostawić swojego brata. Robił się coraz ciemniej. Pogoda też nie była najlepsza, niebo zostało przysłonięte chmurami.
                Gdy opuściliśmy szklarnię poszliśmy w kierunku Placu Głównego. Po drodze spotkaliśmy Filipa, jednego z Czerwonych Flar, który spieszył się w tym samym kierunku co my. Zobaczyliśmy sporo ludzi na placu i podest, na którym stał Karzeł. Z zaciekawieniem podeszliśmy bliżej. Ludzie z wyraźną niecierpliwością, ale też zainteresowaniem obserwowali swojego dowódcę. Karzeł chociaż nie należał do wysokich, teraz znajdował się najwyżej. Filip przepchał się do niego, a my zostaliśmy na obrzeżach tłumu czekając na to co się stanie. Czy to było zwykłe ogłoszenie, czy jakiś alarm? Może Karzeł jakimś cudem dowiedział się o planach Dziary? Zaraz miałam się dowiedzieć.
                Przez tłum przepchał się na podest jeszcze Szeryf ze swoim megafonem. Podał go Karłowi po czym usłyszeliśmy głos dowódcy.
- Witam wszystkich bardzo serdecznie, w te niezbyt ładne popołudnie! – zaczął – Chcę zająć waszą uwagę tylko na chwilę, jednym, szybkim ogłoszeniem!
Wszyscy oczekiwali w napięciu na to, jakie to będzie ogłoszenie.
- Niedługo zaczyna się czwarty miesiąc tego piekła, który potocznie nazywamy apokalipsą. Czas żeby jakoś uczcić to, że wszyscy, którzy tu są przetrwali tak długo. Dlatego też organizuje święto. Święto Ocalałych. Zacznie się ono za parę dni, planujemy po prostu mile spędzić czas, bez żadnych problemów. Jak wam się podoba ten pomysł? – krzyczał przez megafon.
                Ludzie przyjęli pomysł zdecydowanym aplauzem. Widocznie się im podobał. Ja też się ucieszyłam, chociaż jeden dzień zapowiadał mi się dobrze w najbliższym czasie. Oczywiście najlepszym co mogłoby mi się przytrafić byłoby uwolnienie brata i uwolnienie się od Dziary, ale póki co nie było to możliwe. Tłum szybko się rozszedł, aby zajmować się swoimi zajęciami oraz odpoczynkiem, a my z Krystianem przygotowywaliśmy się powoli do realizacji naszego planu.
                Ja ruszyłam pierwsza w stronę północnej strony Ostoi. Z racji iż robiło się coraz ciemniej, a północna część była słabiej oświetlona, bez problemu poruszałam się zaułkami i omijałam mieszkańców oraz patrole straży. Planowałam przeczekać na poddaszu jednego ze straganów, na których oporządzano warzywa z okolicznej szklarni. Podskoczyłam lekko i przy wybiciu się z murku wsunęłam się na dach i zamarłam w bezruchu. Miałam stąd dobry punkt obserwacyjny na dwie uliczki – tą z której przyszłam, całą ciemną i prowadzącą na Plac Główny oraz do Kwatery Głównej, oraz tą, która biegła aż do barykady. Barykada znajdowała się jakieś dziesięć metrów na prawo ode mnie, widziałam stąd bez problemu całą trójkę jej broniącą.
                Teraz pozostało poczekać. Do osiemnastej zostało trochę mniej niż pół godziny. Ogólnie panowała taka cisza, że udało mi się usłyszeć niektóre słowa wypowiadane przez Kamila. Łysy widocznie był czymś zdenerwowany.
- To wszystko śmierdzi na kilometr! – krzyknął na tyle głośno, ze usłyszałam każde słowo wyraźnie.
Gigant rozejrzał się niepewnie po ulicy, ale nie zauważył mnie, po czym przyłożył palec do ust, żeby uciszyć trochę żołnierza.
- Ten Gang jest podejrzany tak samo jak Dziara. Wydaje mi się, że mogą współpracować. Widziałem ich dowódcę na terenie Ostoi. Jestem kurewsko pewien tego, że oni kręcą coś wspólnie – krzyczał dalej.
- Skąd wiesz jak wygląda dowódca Gangu? – zapytał Dymitr, nieco ciszej i nie byłam pewna czy to były dokładnie jego słowa.
- Widziałem go w drodze tutaj. Co prawda niedokładnie, bo stał do mnie plecami, a chwilę potem dostałem, ale jestem prawie pewien, że ten skurwysyn jest już na terenie Torunia – powiedział.
- Może on tu się wkradł? A nikt… - reszty nie usłyszałam, bo akurat przechodził tędy patrol straży. Ci na barykadzie widząc ich również umilkli, ale po chwili wrócili do rozmowy. Tym razem ciszej, znacznie ciszej. Zdołałam jeszcze usłyszeć  jak Gigant radzi Łysemu, żeby nie podejmował pochopnych decyzji, ale później ściszyli ton na tyle, że nie wyłapywałam nawet pojedynczych słów.
                Czas mijał, a godzina osiemnasta nadchodziła nieubłagalnie niczym jeden z trupów, wyciągając ręce w moją stronę. Gdy zaczęłam planować coś na własną rękę, myśląc, że Krystkowi albo coś się stało, albo mnie wystawił, zobaczyłam jak skręca z ciemnej uliczki i idzie w stronę barykady. Sama zmieniłam odrobinę pozycję, bo poszczególne części ciała zaczęły mi powoli drętwieć. Obserwowałam z góry jak Krystian podchodzi pod barykadę i macha ręką w stronę trójki, znajomych mi, strażników.
- Czego chcesz? – krzyknął z zapytaniem Łysy.
- Dziara was woła! Podobno sprawa jest ważna, przynajmniej tak mi powiedział Filip, ten koleś z Czerwonych Flar – odkrzyknął Krystek.
- Przyjdziemy za jakiś czas! Nie możemy zostawić teraz barykady, jakieś pół godziny temu widzieliśmy coś na ulicy. Możesz mu to przekazać? – zapytał Gigant.
Krystek widocznie się zmieszał, ale po chwili znowu podniósł głowę.
- Wiecie przekazać mogę, ale wątpię ,żeby on był z tego zadowolony. Chciał was teraz. Czeka na was w Kwaterze Głównej. Ewentualnie mogę was zastąpić na parę minut i o ile sprawa nie będzie poważna to wrócicie tu za chwilę. Co wy na to? – kontynuował Krystek.
                Cała trójka spojrzała na siebie po czym niechętnie zeszli po drabince.
- Jeżeli nas oszukujesz to będziesz odpowiadał przed Karłem. Idziesz z nami – powiedział Łysy. Następnie cała czwórka przeszła pod straganem, na którym leżałam, a chwilę po tym zniknęli w mroku uliczki prowadzącej do Kwatery Głównej. To była moja chwila. Miałam pod ręką latarkę, którą miałam dać znak. Zsunęłam się z dachu na murek, a z murka na ziemię po czym pobiegłam najszybciej jak umiałam w stronę barykady.
                Wspięłam się z niemałym trudem po drabince. Ręce mi drżały z nerwów i podniecenia. Miałam nadzieję, że jak ktoś, kiedyś się dowie o tym co robiłam, to mnie zrozumie. Wspięłam się na stanowisko obronne po czym wyciągnęłam latarkę. Puściłam specjalny szyfr, złożony z paru mignięć po czym czekałam. Przykucnęłam, żeby ewentualny patrol straży mnie nie zauważył, ale miałam szczęście bo żaden akurat tędy nie szedł.
                Nagle zobaczyłam kogoś w ciemności za barykadą. Szedł zza Ostoi, ale był sam. Myślałem, że więcej osób z Gangu będzie chciało się tutaj dostać. A może każda barykada w tym momencie była okupowana przez kogoś, kto pomagał Dziarze w tym planie? Może nie byłam sama? Gdy mężczyzna podszedł bliżej, dalej nie do końca widziałam kto to jest. Miał na twarz nasunięty kaptur.
                Zeszłam po drabinie i stanęłam na ziemi. Podbiegłam do dźwigni i pociągnęłam ją otwierając bramę. Tajemniczy wędrowiec zszedł i w świetle zobaczyłam na jego twarzy uśmiech. Znajomy uśmiech. Wędrowiec zdjął kaptur i zobaczyłam jego twarz. To był Dziara. Uśmiechnął się do mnie szeroko, a ja otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. O co w tym wszystkim chodziło?
- Zdziwiona prawda? – zapytał.
- Gdzie… gdzie są ludzie z Gangu? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Dziara roześmiał się wesoło.
- Oni już są na terenie Ostoi. To miało tylko sprawdzić jak bardzo mogę ci zaufać. Zdałaś ten test. Teraz wiem, że z twoją pomocą mogę zrealizować swój plan! – wykrzyknął po czym zamknął bramę i odszedł w stronę Kwatery Głównej. Stałam tam jeszcze przez parę minut wciąż nie mogąc zrozumieć tego, co się właśnie stało.