środa, 16 marca 2016

Rozdział 2: Decyzje

Rozdział 2 tomu 4.5. W tym rozdziale dowiecie się jak cała grupa z autobusu, na czele której stoi ojciec Łapy - Wiktor znalazła się w Supraślu i jakie przygody i wątpliwości spotkały ich po drodze. Rozdział nieco krótki, ale kolejne zdecydowanie to nadrobią.

Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------

Rozdział 2: Decyzje

               
                Na zielonej tabliczce był biały napis. Spojrzałem się do tyłu i zauważyłem, że Michał zdecydowanie kiwa głową. Autobus stał kawałek za nim. Póki co w nie zmienionym stanie. Poza moimi córkami oraz dwoma pasażerami nikt od wczoraj nie odłączył się od naszej grupy. Nie byłem pewny, czy ludzie po prostu bali się ruszyć w swoją stronę, czy czekali na dogodną do tego sytuację.
- Supraśl? – zapytał mężczyzna wychodząc z autobusu. Już od początku wydawał się być sceptycznie nastawiony do moich pomysłów. Wczoraj gdy tylko dowiedziałem się o zniknięciu córek kazałem przeszukać okolicę i to właśnie on zanegował mój pomysł mówiąc, że nie ma sensu tracić czasu na poszukiwania teraz, gdy one są już na pewno daleko stąd. W sumie miał trochę racji, ale nie mówiło się tak do rodziców, którzy martwili się o swoje dzieci. To było po prostu niezdrowe.
- Musimy się gdzieś zatrzymać. Widziałeś, co stało się z ugryzioną osobą – wspomniałem Karola. Po ugryzieniu próbowaliśmy mu pomóc, ale nic nie dało się zrobić. Po godzinie gorączka była bardzo wysoka, a on sam nie kontaktował już ze światem. Musieliśmy go dobić.
- Wątpię, żeby ludzie się teraz poddali i chcieli tutaj przeczekać tą epidemię – powiedział podchodząc bliżej.
- Według ciebie powinniśmy szukać wojska? – zapytałem.
- To jedna z opcji. Prawdopodobnie najlepsza – stwierdził.
- Poproś tutaj resztę ludzi. Stoimy na widoku, więc będziemy się streszczać – zadecydowałem.
- Jasne – odpowiedział wracając do autobusu.
- A i jeszcze jedno. Jak się nazywasz? – zapytałem.
- Jacek – odpowiedział krótko, po czym wszedł do środka.
                Po chwili stała przede mną cała grupa ludzi. Przy okazji rozglądałem się po okolicy, ale nie widziałem nikogo. Miasto wydawało się być opustoszałe. Supraśl wcale nie był dużym miastem, więc pewnie gdy dotarły do nich wieści z Białegostoku, to ludzie pouciekali, chcąc ratować swoje życie. Teraz ja miałem grupkę, którą musiałem przekonać do zostanie tutaj. Wiedziałem, że jak ktokolwiek z nich się oddzieli będę odpowiedzialny za jego śmierć.
- Jak widzicie dojechaliśmy do Supraśla. Na świecie panuje teraz nieciekawa sytuacja, więc uważam, że to najlepsze miejsce, w którym możemy się zaszyć. Pozbieramy zapasy z okolicznych sklepów, jeżeli właściciele wrócą najwyżej oddamy im pieniądze. Zajmiemy jeden czy dwa budynki i zabezpieczymy je, tak, żebyśmy mogli tutaj na trochę zostać. Jeżeli gdzieś ma być bezpiecznie to właśnie w tak małym miasteczku sporą, współpracującą grupą – przemówiłem. Musiało to wyglądać majestatycznie. Stałem niedaleko mostu, który prowadził do głównej części miasta, a wokół latały liście, rzucane przez wiatr. Wszystkie wydawały się zgniłe, zupełnie jak to, co działo się z ludźmi.
                Grupa zareagowała różnie. Jedni zaczęli kiwać głowami, na znak, że podoba się im ten pomysł, inni spoglądali na swoich bliskich, albo osoby, z którymi zdążyli się już zaprzyjaźnić, a Jacek i parę innych osób, wygłaszało głośny sprzeciw:
- To fatalny pomysł. Jeżeli tu zostaniemy wojsko w życiu nas nie znajdzie. Poza tym pewnie wiele osób będzie uciekało z miasta i może na nas wpaść. A ludzie gdy się boją robią głupie rzeczy. Chcesz ryzykować naszym życiem? – zapytał.
- Chcę was uratować – krzyknąłem – Wojsko może być już daleko stąd. Na pewno nie przysłali dużo jednostek do takiego miasta jak Białystok. Jeżeli sami sobie nie poradzimy, to zginiemy. Tutaj będziemy bezpieczni. Oddzielenie się od grupy jest zbyt niebezpieczne. Zaufajcie mi. Przynajmniej dajcie temu szansę – próbowałem ich przekonać.
- Z każdą chwilą szansa na spotkanie wojska maleje. Słyszałem, że… - zaczął Jacek.
- Ja z kolei słyszałem w audycji, że ci którzy się nie załapali powinni zabunkrować się gdzieś z zapasami i czekać na zakończenie tego całego piekła – odgryzłem się zanim zdążył coś powiedzieć – Przecież możemy tutaj znaleźć radio i przy odrobinie majsterkowania sprawić, żeby wyłapało transmisję, gdyby rząd taką puścił. Nie mamy szans pozostawać w ciągłym ruchu. Jedna chwila nieuwagi i ktoś może zostać ugryziony, a to równa się z końcem. Tutaj możemy zabezpieczyć ulicę, Na pewno znajdzie się ktoś, kto umie walczyć. Ja na pewno będę bronił reszty – obiecałem.
- Kto właściwie przekazał dowództwo tobie? – zapytał ktoś w tłumie.
- To dobre pytanie! – pojawiały się kolejne głosy.
                Westchnąłem cicho.
- Wcale nie jestem dowódcą. Chcę po prostu zapewnić sobie i wam bezpieczeństwo. Wiem, że niektórzy mogą mieć inne spojrzenie na świat i nie mogą pojąć, że coś się właśnie skończyło, ale trzeba teraz przetrwać. A będzie to o wiele trudniejsze w pojedynkę – wytłumaczyłem spokojnie, chociaż w głębi zaczęły mi puszczać nerwy.
- Co nie zmienia faktu, że nikt nie powinien się rządzić – wtrącił Jacek.
- Ja się nie rządzę! Do cholery jasnej, nie każę wam tu być! Nie zatrzymam was jak sobie pójdziecie. Po prostu liczę na to, że nie zostanę tut sam, bo w grupie siła. Oddzieliliśmy się wczoraj na dwadzieścia metrów, a już straciliśmy jednego człowieka. Są wśród nas dzieci i kobiety. Musimy trzymać się razem, a jeżeli wasza wizja świata się sprawdzi, to za parę dni znajdzie nas wojsko! – to mówiłem już nieco bardziej zdenerwowany. Zadziałało jednak nieco lepiej. Zanim Jacek zdążył się znowu odezwać, chciałem dobić rywala – Nie mamy zapasów, chociaż spędźmy tutaj jedną noc, naładujmy się  i jak się nam nie spodoba to najwyżej jutro wyjedziemy stąd.
                Te słowa przekonały nawet Jacka. Już wczoraj mieliśmy problemy z jedzeniem, bo nikt nie przewidywał, że na wycieczkę może być potrzebne coś więcej niż parę kanapek. Zadowolony ruszyłem za resztą w stronę autobusu i zająłem swoje miejsce, na prawo od Kierowcy.
- Dobra gadka – pogratulował mi.
- Chcę przeżyć, tak samo jak ci ludzie. Oni po prostu jeszcze tego nie wiedzą – odpowiedziałem.
Autobus ruszył i przejechaliśmy przez most. Znaleźliśmy się na długiej ulicy, która rozgałęziała się w paru miejscach, ale miała właściwie wszystko czego potrzebowaliśmy. Już z daleka zauważyłem ładnie ogrodzony płotem budynek baru, sklep z bronią naprzeciwko, oraz sklep spożywczy tuż obok. Na ulicy jednak był ruch. Szybko zdałem sobie sprawę, że to muszą być kolejni zarażeni. Co prawda oprócz Karola i mężczyzny z auta nie widziałem jeszcze żadnego, ale to musiały być trupy.
                Gdy tylko wjechaliśmy na ulicę zostaliśmy praktycznie otoczeni. Chociaż nie chodziło ich zbyt dużo, to jednak nie mogliśmy się zatrzymywać, póki nie dojedziemy gdzieś. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie moglibyśmy zatrzymać auto i po chwili wstałem, żeby wszyscy pasażerowie, którzy już teraz byli wystraszeni, wiedzieli co się dzieje.
- Nie martwcie się. Podjedziemy do tamtego ogrodzenia, zaparkujemy i szybko zamkniemy za sobą bramę. Następnie ruszymy do budynku i go oczyścimy. Gdy sytuacja się uspokoi pomyślimy co dalej. Potrzebuje jednak teraz przynajmniej czterech ludzi do pomocy. Na front – wiedziałem, że moje słowa nie brzmiały zachęcająco, ale cztery dłonie dosyć szybko i pewnie wystrzeliły w powietrze. Michał, Jacek, oraz dwóch chłopaków w wieku mojej starszej córki. Z racji iż sam miałem pistolet im rozdałem to co mogłem. Jeden dostał mój nóż, drugi młotek do rozbijania szyb w autobusie, a pozostali dwaj metalowe rury, które służyły do otwierania dachów pojazdu.
                Autobus powoli podjeżdżał do celu. Zobaczyłem drzwi, które dzieliły nas od bezpieczeństwa. Miałem szczerą nadzieję, że były otwarte. Kierowca prowadził teraz bardzo powoli i ostrożnie. Trupy wręcz przytulały się do ścian pojazdu, próbując dostać się do środka. Jeden, który był przy moim oknie musiał paść niedawno. Nie był jeszcze brudny, ani specjalnie obdrapany. Zdradzały go jednak zimne, zgaszone oczy. Przeszły mnie ciarki. Wjechaliśmy powoli w podwórze baru. Było tutaj czysto. Umarlaki nadchodziły jednak z ulicy. Wraz z pozostałą czwórką stałem przy drzwiach i czekałem. Za chwilę musieliśmy szybko  wybiec i odciąć niebezpieczeństwo za nami.
                Kierowca ledwo zdążył otworzyć drzwi, kiedy ruszyliśmy jak z bicza. Najszybciej do bramy dotarł Jacek. Chociaż znalazł się tam dosłownie po paru sekundach, pierwszy przeciwnik już tam był. Widziałem  moment zawahania podczas zamachiwania się młotkiem. Gdyby zwlekał sekundę dłużej prawdopodobnie trup by się na niego rzucił. On jednak ocknął się w idealnym momencie. Młot powędrował od góry i z trzaskiem słyszalnym z paru metrów wbił się w czaszkę. Jacek musiał mieć sporą siłę, bo młotki z autobusów nie były tak solidne jak te normalne, poza tym składały się tylko z jednego, okrągłego kawałka metalu. Trup znieruchomiał, ale to zatrzymało na chwilę Jacka, który siłował się teraz z wyjęciem broni z głowy przeciwnika. Jeden z chłopaków podbiegł i wziął jedno z skrzydeł bramy, kiedy drugi złapał drugie. Kolejny umarlak podszedł blisko, ale tym razem zareagował Michał. Jego ruchy były zdecydowanie mniej pewne, ale odepchnął trupa. Brama zadzwoniła gdy oba skrzydła uderzyły o siebie, a zasuwa wydała z siebie metaliczny dźwięk podczas zasuwania. To kupiło nam sporo czasu.
                Ludzie z autobusu zaczęli wychodzić. Upewniłem się, że brama jest w porządku i pobiegłem do drzwi razem z resztą. Pociągnąłem za klamkę. Drzwi postawiły opór i już chciałem je przeklinać, kiedy je popchnąłem. Otworzyły się. Odetchnąłem z ulgą i wpuściłem najpierw uzbrojonych ludzi. Zaraz za nimi weszła reszta. Ja zostałem jako ostatni, patrząc ostatni raz na trupy na ulicy. Przy bramie było ich teraz około dziesięciu, ale konstrukcja wytrzymywała taki napór bez problemu. Spojrzałem w górę. Słońce świeciło przyjemnie. Zauważyłem, że tuż nad wejściem wisi duży szyld w kształcie kufla. Uśmiechnąłem się po czym zamknąłem drzwi.
                W środku było dosyć ciemno, więc pierwsze co zrobiliśmy to odsłoniliśmy zasłony. W głównym pomieszczeniu było czysto. Pokój był średniej wielkości, ale już w głowie rysował mi się plan poodsuwania niepotrzebnych stołów i krzeseł pod ściany, żeby zrobić więcej miejsca na środku. Za barem stąd widziałem rzędy butelek. Alkohol na pewno był przydatny, szczególnie w takich czasach.
- Słuchajcie – powiedziałem pół-szeptem w obawie, że w budynku może ktoś jeszcze być – Zostańcie tutaj, a my pójdzie zbadać wnętrze budynku. Zapewne na tyłach jest wyjście ewakuacyjne, które musimy zabezpieczyć. Czy dacie radę zastawić drzwi? Przynajmniej, póki nie upewnimy się, że w środku jest bezpiecznie? Zajmie się tym ktoś? – zapytałem patrząc po ludziach.
- Ja mogę – zaproponowała kobieta, nieco młodsza ode mnie.
- Dziękuje. Chodźmy – odezwałem się do pozostałej czwórki.
                Podeszliśmy ostrożnie do drzwi, które wyglądały na takie, prowadzące na zaplecze lub do kuchni. W tym wypadku było to, to pierwsze. W korytarzu panował prawie całkowity mrok. Jedyne światło dochodziło z niedużego okienka, umiejscowionego tuż pod sufitem. Nasłuchiwaliśmy przez chwilę w całkowitej ciszy, próbując zlokalizować ewentualny hałas.
- Po przeciwnej stronie ulicy mamy sklep z bronią. Powinniśmy tam coś znaleźć. Tutaj mamy alkohol, a tuż obok spożywczak. Przetrwamy to – planowałem na głos.
- Mamy za dużo szczęścia – stwierdził Jacek.
- Nie mogę się doczekać, aż usiądę z piwkiem i czymś ciepłym do żarcia – dodał, rozmarzonym głosem, Michał.
                Zaplecze składało się z serii pomieszczeń i schodów prowadzących na górę. Pomieszczenia były przeważnie składowiskami butelek lub typowych barowych przekąsek. Znaleźliśmy też nieco zapuszczoną kuchnię oraz parę pomieszczeń biurowych. Budynek podobał mi się coraz bardziej, było w nim dużo miejsca i sporo zapasów.  Znaleźliśmy też tylne wyjście, które na całe szczęście było już zamknięte, na solidną metalową sztachetę. Dolny poziom był czysty, więc ruszyliśmy zwiedzić piętro i zobaczyć, co tam możemy znaleźć. W głównej części baru zaczęło się już przemeblowanie, słychać było dźwięki przesuwanych stołów i krzeseł. Góra była znacznie mniejsza i składa się z jednego długiego korytarza, z jednym zakrętem oraz odnogami do paru pokojów. Zastanawiałem się co to był za bar, skoro miał tak rozbudowane tyły, ale w końcu przyszło mi do głowy, że prawdopodobnie na piętrze mogłyby być po prostu jakieś inne biura, niezwiązane z działalnością lokalu.
                Tutaj już od wejścia zrobiło się groźnie, ponieważ usłyszeliśmy jakiś dźwięk, dochodzący z jednego z pokojów, a na drewnianej podłodze zauważyliśmy plamę zaschniętej krwi. Po prawej od schodów znajdowała się drabina prowadząca na dach. Całe szczęście było tutaj nieco większe okno, które wpuszczało do ciasnawego korytarza trochę światła.  Próbowaliśmy poruszać się jak najbardziej cicho, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli był tu jakiś człowiek to na pewno już wiedział, że ktoś jest w budynku. Trup nie zmieniał naszej sytuacji i dalej sprawiał, że penetrowanie tego piętra nie było zbyt bezpieczne.
                Dosyć szybko zdaliśmy sobie sprawę, że dźwięk musi dochodzić z jednego z pokojów po lewej. Stąd brzmiało niczym konający, ciężko ranny słoń, ale podejrzewałem, że jest raczej mała szansa, żeby znaleźć takie zwierzę na piętrze budynku w małym miasteczku przy Białymstoku. Oparłem się plecami do ściany, niczym w policyjnych filmach i wyszeptałem do reszty:
- Otwórzcie drzwi na mój znak, wejdę tam pierwszy i jeżeli coś nas zaatakuje to od razu strzelę, ok?
- Uważaj na siebie – poprosił jeden z chłopców, których wzięliśmy ze sobą.
Odetchnąłem cicho. Odbezpieczyłem pistolet i parę razy pokręciłem dłonią, żeby rozluźnić nieco spięte mięsnie.
                Dałem znak. Drzwi otworzyły się z impetem, po solidnym kopnięciu Jacka, a ja wparowałem ułamek sekundy później do niedużego pomieszczenia. Było tutaj dosyć ciemno, bo okno było zasłonięte firanką karmazynowego koloru, ale natychmiastowo zdałem sobie sprawę, że stoi przede mną duże drewniane biurko, a za nim siedzi jakaś postać. Gdy mnie zobaczyła natychmiast się poderwała, jakby chciała zaatakować, ale zatrzymała się dosłownie krok przede mną. Wymierzyłem w nią pistoletem i krzyknąłem.
- Odsuń się! Podnieś ręce i podejdź do ściany! JUŻ! – ostatnie słowa wypowiedziałem takim tonem, że przypominały huk wystrzału armaty. Człowiek, który przede mną stał cofnął się, ale podniósł tylko jedną rękę – Chłopcy wpuśćcie tu nieco światła – poprosiłem, a jeden z nich ostrożnie, idąc jak najdalej od spotkanego człowieka  ile mógł, pociągnął nerwowo za zasłonę i oświetlił pomieszczenie. To co zobaczyłem wyglądało potwornie.
                Do kaloryfera był przykuty człowiek. Nie wyglądał na zarażonego, ale zdecydowanie rzucał się w oczy. Musiał ważyć znacznie więcej niż sto kilogramów, był w miarę wysoki, całkowicie łysy, a jego oczy miał tak dziwny, kolor, że sam nie mogłem go dokładnie określić. Było to coś pomiędzy różem a fioletem.  Jego twarz była dodatkowo zapuchnięta, a pod oczami jego twarz przybierała kolor zgniłego fioletu. Spoglądał po nas, gdy w końcu zatrzymał wzrok na mnie.
- Kim jesteś? – zapytałem, nie opuszczając broni.
- Nie ważne. Gdzie jest ten wąsaty cwaniak? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Miał wyjątkowo wysoki głos jak na kogoś tej postury.
- O kogo ci chodzi? Wiesz jak długo tu jesteś? – zaciekawił mnie. Zresztą podejrzewałem, że to samo wrażenie mieli moi towarzysze.
- Przynajmniej parę godzin. Ten dupek przykuł mnie kajdankami do kaloryfera jak zwierzę. Jeszcze go dorwę – wyszeptał złowieszczo – Uwolnicie mnie?
- To zależy od tego, czy będziesz współpracował – powiedziałem.
- Kim wy do cholery jesteście. Nie jesteście ani jego pomocnikami, ani mieszkańcami tego miasta. W życiu was nie widziałem i… i te bronie. Jesteście jakimiś bandziorami? – jego małe oczka świdrowały pomieszczenie, jakby chciał wyskoczyć z jego twarzy i uciec.
- To ty jesteś w kajdankach – zauważył Michał. Grubas spojrzał na niego i po chwili wybuchł śmiechem.
- On coś brał – stwierdził Jacek przekazując mi tą wiadomość szeptem.
- Nie wiesz, co dzieje się na zewnątrz, prawda? – zapytałem.
- A co jakaś parada? – zapytał zaciekawiony.
- Świat się skończył. Wybuchła epidemia i po ulicach chodzą trupy – stwierdziłem jak najbardziej poważnym głosem, jaki tylko mogłem z siebie wydać. Gruby spojrzał na mnie, ale nie widziałem na jego twarzy radości, albo nadchodzącego wybuchu śmiechu. Było to raczej przerażenie.
- Tak jak w tych filmach o zombie? – zapytał.
- Dokładnie tak. Zajęliśmy ten budynek. Razem z grupą parunastu osób. Jesteśmy z Białegostoku. Znasz to miasto? – wiedziałem, że ktoś, kto znał dokładną lokalizację wszystkich budynków mógł być przydatny.
- Mój boże. Nie mogę w to uwierzyć – mówił dalej, jakby kompletnie nie usłyszał moich słów.
- Czy znasz to miejsce? Przecież cię nie zabijemy, jeżeli odpowiesz nie. Po prostu pójdziesz w swoją stronę, nie mogę narażać moich ludzi na obecność człowieka, który nawet się nie przyda. Ale jeżeli znasz się okolicach to możesz zostać i się przydać – próbowałem mu to wytłumaczyć. Mówiłem dosyć głośno, bo wiedziałem, że ma problemy z zdecydowaniem czy to jego sen, czy rzeczywistość.
                Spojrzał na mnie. Pociągnął nosem i przetarł go wolną ręką.
- Znam to miejsce. Jak to będzie możliwe to chcę zostać – stwierdził twardo. Uśmiechnąłem się.
- Byłeś sam w tym budynku? – zapytałem podchodząc do jego kajdanek i pożyczając młotek od Jacka, aby je rozbić. Wciąż byłem czujny, ale pomimo postury i groźnego wyglądu nie wydawało mi się żeby Grubas sprawiał mi większe problemy. Był wystraszony i osłabiony. Jeżeli nawet zdążyłby mnie uderzyć to szybko zostałby zabity, a pokazanie, że ufam mu na tyle, żeby podejść do niego na blisko, musiało go tylko upewnić w tym, że nie mam złych zamiarów.
- Było tu dużo osób. Ale to jedyny biuro, gdzie można przetrzymać kogoś wbrew jego woli – powiedział.
- Co masz na myśli? – wtrącił Michał.
- Chcieli mnie zamknąć za posiadanie prochów. Lubię sobie strzelić w nos w ciężki dzień – odpowiedział -  Wiem, ćpuni są niebezpieczni. Ale z tego co mówicie nie mam teraz nawet skąd brać, więc spokojnie – zapewnił.
- Cieszę się, że jesteś szczery – powiedziałem. Zamachnąłem się młotem i zacząłem uderzać w zamek tuż przy grubej ręce. Kajdanki nie były najwyższej jakości i po paru uderzeniach coś strzyknęło i uwolniłem więźnia. Odsunąłem się o krok, ale on nawet nie próbował mnie zaatakować. Rozmasował obtarty nadgarstek i podziękował kiwnięciem głowy.
- Chodźmy na dół, przedstawimy cię reszcie – zaproponował Michał.
                Wciąż ostrożnie, zeszliśmy na dół i powróciliśmy do głównego pomieszczenia. Ludzie od razu skupili swój wzrok na Grubym. Musiałem jak najszybciej uspokoić sytuację.
- To jest nasz przewodnik po mieście. Jeżeli postanowimy tutaj zostać ten człowiek pomoże nam znaleźć potrzebne zapasy, a w zamian dołączy do nas. Dzięki jego pomocy powinniśmy szybko zebrać potrzebne rzeczy i w razie potrzeby wyruszyć dalej. A teraz zabezpieczmy budynek. Spędzimy tu najbliższe dni! – powiedziałem, po czym ruszyłem do grupy ustawiającej stoły i krzesła.

piątek, 11 marca 2016

Rozdział 1: Zły dzień

No i mamy wielki powrót. Co prawda nie jest to kontynuacja przygód Bobra, ale coś równie ważnego dla historii. Poznacie teraz dokładniej ojca Łapy, faceta po czterdziestce o imieniu Wiktor. Dowiecie się jak trafił do Supraśla, jak został dowódca tamtejszej ludności, co przeskrobał, że córki go nienawidzą i wiele więcej. W tym rozdziale zobaczycie sam początek Apokalipsy. W tym samym czasie Bobru odbija znajomych ze szkoły, a następnie szuka transportu do Królowego Mostu. Zapraszam do czytania :)

---------------------------------------------

Rozdział 1: Zły dzień


                Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu prawie natychmiast. Była siódma rano. Kolejny podły dzień właśnie się rozpoczynał. Chociaż słońce na niebie zapowiadało całkiem przyjemną pogodę, to nie widziałem w tym żadnych plusów. Byłem facetem po czterdziestce, któremu wiele rzeczy w życiu nie wyszło. Zaczynając od nędznej pracy przewodnika po mieście Białystok, kończąc na zmarłej parę lat temu żonie i dwójce córek, które nienawidziły mnie od jakiegoś czasu. Właściwie geneza tej nienawiści była mi bliżej nie znana. Wydawało mi się, że zapewniałem im wszystko, co mogłem, ale one wciąż z dnia na dzień wydawały się ode mnie oddalać.
                Wstałem i pierwsze co zrobiłem to podszedłem do pokoju córek, żeby je obudzić do szkoły. Starsza miała prawie dziewiętnaście lat, a młodsza skończyła parę tygodni temu piętnaście. Były zupełnie różnymi osobami. Starsza była zadziorna, chamska, wszędzie musiała być pierwsza i najlepsza i w żadnym wypadku nie bała się niczego. Swoją agresję, zarówno psychiczna jak i fizyczną często wyładowywała na mnie. Nigdy nie uderzyłem moich córek, ale zdarzało mi się tracić panowanie i wymierzać naprawdę surowe kary. Młodsza nie sprawiała za to żadnych kłopotów. Wydawało mi się, że była kompletnym przeciwieństwem swojej siostry – cicha, zamknięta w sobie, czasami miałem wrażenie jakby nie zdążyła jeszcze dojrzeć, bo nieraz widywałem jak oglądała bajki, na naszym starym telewizorze, albo bawiła się lalkami. Nie odzywała się praktycznie do nikogo z wyjątkiem Łapy. Przynajmniej to mi się udało, uśmiechnąłem się do siebie w myślach.
                Gdy zobaczyłem, że obie zaczęły ścielić łóżka, poszedłem do łazienki. Przetarłem brudne lustro i spojrzałem na swoją twarz,  nędznie oświetloną energooszczędną żarówką. Nie byłem żadnym przystojniakiem, ale nie uważałem się też za kogoś brzydkiego. Miałem raczej pospolitą twarz, krótkie włosy i niewielki zarost. Postanowiłem zająć się tym ostatnim i wyjąłem golarkę, która kupiłem na aukcji Internetowej parę miesięcy temu, po czym ogoliłem się dokładnie. Ludzie jakoś niespecjalnie lubili przewodników, których twarz przypominała owłosionego goryla.
                Spojrzałem na zegarek i zauważyłem, że jest już kwadrans po siódmej. Opuściłem łazienkę zwalniając ją Monice i zajrzałem do pokoju, żeby sprawdzić, co z drugą córką. Siedziała na łóżku, w krótkich spodenkach do spania i długiej koszulce z dziwnym nadrukiem. Oba elementy stroju były czarne.
- Co jest z tobą dziewczyno? Zaraz się spóźnisz na autobus – powiedziałem.
- Nie panikuj tak, wiem co robię – odgryzła się tonem, którego nienawidziłem, a do którego byłem już dobrze przyzwyczajony.
Podszedłem do niej bliżej.
- Nie zdałaś już raz w klasie maturalnej, nie możesz sobie zostawać teraz w domu – powiedziałem stanowczym tonem, co ona kompletnie zignorowała – Do ciebie mówię! – położyłem jej rękę na ramieniu, żeby nią potrząsnąć, a ta zerwała się niczym spłoszony kot i krzyknęła.
- Nie dotykaj mnie, bo połamię ci te paluchy – syknęła. Normalnego ojca, normalnej córki pewnie to by załamało, albo doprowadziło do białej gorączki, ale ja byłem już przyzwyczajony.
- Nie wygłupiaj się. Idź do tej cholernej szkoły – powiedziałem kończąc dyskusję i wychodząc z pokoju. Musiałem się pospieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy. Ubrałem się prędko w koszulę oraz wygodne spodnie, a na to nałożyłem sztruksową marynarkę. Zgarnąłem ze stołu klucze, portfel oraz dokumenty i wyszedłem rzucając nieśmiałe „cześć” do córek.
                Opuściłem blok, w którym mieszkaliśmy i skierowałem swoje kroki w stronę przystanku autobusowego. Ranki zawsze były spokojne w tej okolicy. Mieszkaliśmy na dosyć małym osiedlu, na obrzeżach miasta. Do pracy dojeżdżałem najczęściej komunikacją miejską, ale czasami wolałem się przespacerować. Dzisiaj wybrałem pierwszą opcję i gdy tylko dotarłem na miejsce spojrzałem na zegarek i na rozkład jazdy. Do najbliższego autobusu musiałem poczekać pięć minut. Usiadłem wygodnie na ławce i starając się nie myśląc o niczym rozejrzałem się po okolicy. Przystanek był jedynym zabudowaniem po tej stronie ulicy. Za moimi plecami był park, a przede mną cała masa sklepików, barów i innych, podobnych budynków.
                Miasto powoli budziło się do życia. Według e-maila, który dostałem wczorajszego wieczora, miałem stawić się o godzinie ósmej do biura, gdzie miała podjechać po mnie wycieczka turystów z Krakowa. Gdy zobaczyłem z daleka nadjeżdżający autobus w oczy rzuciła mi się karetka na sygnale, która bez problemu go wyprzedziła i zaczęła się powoli zatrzymywać po drugiej stronie ulicy, wjeżdżając w uliczkę boczną. Zdziwiony zacząłem się rozglądać, żeby dojrzeć czy gdzieś coś się stało i wtedy zauważyłem, że niedaleko sklepu mięsnego stała grupka przechodniów pochylona nad dwoma ludźmi. Jeden wydawał się być nieprzytomny, a drugi trzymał się za zakrwawioną rękę. Pewnie żule się pocięły o resztę gorzały, pomyślałem i wsiadłem bez zastanowienia do prawie pustego autobusu.
                Oprócz mnie oraz kierowcy, siedziały tylko trzy kobiety, nieco starsze ode mnie. Usiadłem kawałek za nimi i odetchnąłem. Autobus szybko ruszył przed siebie, nawet nie zdążyłem się obejrzeć i spojrzeć, co dzieje się pod tym sklepem. Nie szukałem raczej sensacji, bo w swoim życiu doświadczyłem już wystarczającej ilości tragedii, ale warto jednak było wiedzieć, co dzieje się w pobliżu.  Z rozmyślań wybił mnie głos kobiet rozmawiających o czymś z ekscytacją.
- Mówię cię prawdę! Ugryzł go po prostu! Jak zwierzę! – obruszyła się jedna z nich, z dużym, okrągłym kapeluszem na głowie.
- Ćśśś! – syknęła siedząca obok niej koleżanka z buraczkowymi włosami.
- Ja nadal nie wierzę w takie bajki. Za dużo telewizji się naoglądałaś – stwierdziła trzecia kobieta, z wyjątkowo skrzeczącym głosem.
- W przeciwieństwie o twoich historiach o mężu, który ratuje ludzi to jest prawda – odgryzła się kapelusznica. Widok twarzy Skrzeczącej był tak komiczny, że aż wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Kłótnia była na tyle komiczna, że z chęcią bym posłuchał jej dłużej, ale autobus właśnie dojechał do mojego przystanku i musiałem wysiadać.
                Zdziwiło mnie, że w centrum ruch był ogromny, pomimo tak wczesnej godziny. Rozumiałem ludzi, którzy szli do pracy, ale teraz było ich znacznie więcej. Zobaczyłem radiowozy policyjne stojące niedaleko skrzyżowania. Z jednej strony kontrolowali ruch, ale z drugiej rozglądali się niespokojnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy dzisiejsza data oznaczała coś szczególnego, ale nie mogłem sobie przypomnieć. Może wizyta jakiegoś ważnego gościa, zastanawiałem się idąc w stronę biura.
                Wszedłem do środka i udałem się natychmiastowo do gabinetu szefa. Ku mojemu zaskoczeniu nie było go w środku, za to stało tam dwóch moich znajomych – Rafał oraz Krzysiek. Przywitałem się z nimi i włączyłem do rozmowy.
- Gdzie jest szef? – zapytałem.
- Podobno dzisiaj go nie będzie, ale zostawił nam grupy turystów, które dzisiaj będziemy musieli oprowadzić – powiedział starszy ode mnie Rafał, machając kartkami.
- Wiadomo dlaczego?
- Przez tę zarazę, mówię wam – włączył się Krzysiek, który był zdecydowanie młodszy od nas i zawsze miał opinię łatwowiernego i wierzącego w dziwne rzeczy. Tym razem jednak zaciekawił mnie.
- Zarazę? – upewniłem się, że dobrze usłyszałem.
- Tak… Podobno zaczęła panować dziwna zaraz przez którą umarli wstają z grobów, wiesz jak w tych serialach z… - rozpędził się, ale przerwał mu stanowczo Rafał.
- Krzychu skończ pierdolić. Po prostu szef nie mógł przyjść i tyle. Dzień jest trochę szalony, ale nie ma mowy o żadnych szkieletach czy innych potworach. Naprawdę zastanów się co ględzisz młody – skarcił go.
- Mniejsza. Gdzie jest moja lista? – zapytałem.
- Tutaj. Autokary zaraz podjadą, więc lepiej się zbierajmy – zaproponował Rafał podając mi listę.
                Podziękowałem mu i już miałem opuszczać biuro, kiedy nagle usłyszeliśmy pukanie i przez drzwi przeszedł policjant. Nie był to byle jaki policjant, ponieważ był to mój dobry znajomy Patryk. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, co on tu robił, ale po chwili, gdy zobaczyłem dwie postacie wchodzące za nim zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- Gdzie były? – zapytałem, witając się z nim.
- Na garażach niedaleko. Podejrzewam, że powinny być w szkole – powiedział. Monika patrzyła w swoje stopy, ewidentnie zawstydzona i wystraszona, ale moja starsza córka spoglądała wprost w moje oczy.  Widziałem w nich pogardę i złość.
- Dziękuje. Zajmę się nimi – powiedziałem. Patryk odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy w głowie pojawiło mi się inne, ważne pytanie – Hej, wiesz może co się dzieje w mieście? Wszędzie pełno policji, jeżdżą karetki, trochę to wszystko niepokojące.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą – zapewnił mnie i uśmiechnął się szczerze – Trzym się.
                Po chwili zostałem w biurze sam z córkami.
- Rozumiem, że jeżeli nie odwiozę was sam do szkoły, to nie pójdziecie w ogóle? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że nie uzyskam odpowiedzi – Dobra, nie mam zresztą na to czasu. Chodźcie ze mną, ale zachowujcie się przy turystach – postanowiłem. W sumie sam nie wiedziałem, co mną kierowało, dlaczego po prostu nie wysłałem ich do szkoły. Był to jakiś instynkt. Czułem ogólnie panujący niepokój, nawet pomimo słów Patryka.
                Wyszliśmy z mojego biura i podeszliśmy na parking obok, gdzie już czekał na nas autokar. Wsiedliśmy do środka i przywitała nas grupka turystów z południa Polski, przede wszystkim Krakowa. Posadziłem córki przy moim siedzeniu, a sam dałem znak kierowcy żeby startował i wziąłem do ręki megafon. Przełączyłem przycisk i powiedziałem spokojnym głosem:
- Witamy w autokarze firmy Zabytkowe Miasta! Nazywam się Wiktor i pokaże państwu najpiękniejsze i najbardziej niesamowite zabytki i miejsca w naszym mieście i okolicach. Proszę się wygodnie rozsiąść ponieważ zaczniemy wycieczkę od pięknego monasteru w Supraślu!
Grupa niczym szczególnym się nie wyróżniała. Było sporo mężczyzn, ale też trochę kobiet. Naliczyłem zaledwie dwójkę dzieci i nikogo, kto wyglądał na wyraźnie starszego ode mnie. Autokar ruszył, a ja spojrzałem na zegarek. Wybiła godzina ósma dwadzieścia.
                W mieście był naprawdę duży ruch, przez co, zanim dojechaliśmy do obrzeży dochodziła już dziewiąta. Działy się naprawdę dziwne rzeczy, które sprawiały, że najchętniej wróciłbym do domu wraz z moimi córkami. Te siedziały najwyraźniej zaciekawione tym co się dzieje. W radiu podawano dziwne komunikaty, o chorobie, która rozprzestrzenia się po kraju. Nawet białostockie stacje nie odbierały dobrze sygnału, więc nie mogłem usłyszeć całego przekazu, ale coś było nie tak. Uspokajałem wycieczkę przez megafon, przy okazji opowiadając o historii powstania miasta. Znałem ją na pamięć. Co i rusz mijaliśmy wozy policyjne, a raz nawet wojskowy. Wszystkie jechały do centrum. Zastanawiałem się, co się mogło dziać. Poza tymi dziwnymi audycjami radiowymi oraz służbami porządku i zmożonym ruchem nie widać było żadnej różnicy. Za oknami chodzili ludzie, słońce świeciło, a niebo było czyste.
                Dopiero na wyjeździe z miasta poczułem strach. Stały tam trzy radiowozy, które zatrzymywały każdy wyjeżdżający samochód. Stworzył się korek, ale całe szczęście byliśmy już blisko „bramki kontrolnej”. Dojechaliśmy na miejsce i kierowca zatrzymał autobus. Wysiadłem i podszedłem do policjantów. Widziałem na ich twarzy prawdziwy strach, ukryty pod fałszywymi twarzami, udającymi, że wszystko jest pod kontrolą. Lubiłem w wolnych chwilach oglądać telewizję i nie raz widziałem takie fałszywe maski, które ludzie ubierali żeby zwyczajnie schować emocje. Znałem się na tym. Kolejny faktem, który sprawiał, że sytuacja wyglądała coraz gorzej była broń, którą policjanci mieli wyciągniętą. Mimo tego wszystkiego starałem się zachować spokój i podszedłem do jednego z wozów, gdzie stało trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy w mundurach.
- Proszę natychmiast wracać do centrum – powiedziała policjantka – Tylko tam będzie pan bezpieczny.
- Przepraszam, ale dalej nie wiem, co się dzieje. Mogłaby mi pani to wytłumaczyć? Coś się stało? Czy to atak terrorystyczny? – próbowałem zachować spokój, ale denerwowała mnie już ta niewiedza.
- Nie. Coś znacznie gorszego. W mieście są organizowane masowe ewakuacje, wszystko pod kontrolą policji oraz wojska. Nie radzilibyśmy panu jechać tym autobusem samemu. To zbyt niebezpieczne – wytłumaczył jeden z policjantów.
- Co się dzieje?! – zapytałem już naprawdę zdenerwowany. Krótkofalówki policjantów wariowały od różnych komunikatów, których nie dało się już rozróżnić, z powodu ich ilości. Do tego nagle powietrze przeszył przeciągły dźwięk. Dźwięk syreny alarmowej. Usłyszałem krzyki i ledwo zdążyłem się obrócić, a zobaczyłem prawdziwe piekło. Samochody zaczęły się przebijać przez inne, byle tylko uciec z korka i wyjechać czym prędzej z miasta. Inne z kolei stały. Pomiędzy samochodami chodzili ludzie, którzy chcieli podejść tutaj i dowiedzieć się, co się dzieje, ale po usłyszeniu syreny i ryku silników aut zaczęli uciekać w różne strony.
                Nie wiedziałem, co robić i chciałem zapytać o coś jeszcze policjantów, ale Ci już biegli w stronę tłumu z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z samochodów przebił się już prawie przez cały korek i pomimo tego, ze wyglądał jakby przeżył zderzenie czołowe, wyjechał i zaczął jechać prosto w naszą stronę. Instynktownie odskoczyłem na bok i twardo upadłem na prawą rękę. Policjanci przede mną nie mieli tego szczęścia. Czarny samochód terenowy przyspieszył i z całym impetem staranował czwórkę mundurowych. Odrzut był tak duży, że ciała wyleciały do góry i pospadały w różnych miejscach. Tuż obok mnie upadła policjantka, z którą rozmawiałem. Z jej ust wyciekała strużka krwi, a rękę miała wygiętą pod bardzo dziwnym kątem. Z początku sparaliżował mnie strach. Oddychałem szybko i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Samochody zaczęły jeździć i wtedy przypomniałem sobie o autobusie. Musiałem do niego wrócić, tam było bezpieczniej i były tam moje córki.     
                Podniosłem się ciężko i prawie natychmiast o coś potknąłem. Był to pistolet policjantki. Podniosłem go drżącą dłonią i wymijają resztki policjantów pobiegłem do autobusu. Twarz kierowcy wyrażała głęboką ulgę, gdy tylko mnie zobaczył.
- Już myślałem, że pan nie żyje. Mieliśmy właśnie odjeżdżać – powiedział.
- Dzię… dziękuje – wysapałem.
Wokół nas panował ogólny chaos. Samochody próbowały zarówno się cofać jak i jechać do przodu. Ludzie wybiegali i zaczęli uciekać, a inni wracali pospiesznie do aut próbując znaleźć chociaż jedno bezpieczne miejsce. Przed nami jednak było czysto, więc kiedy tylko wsiadłem kierowca dodał gazu i ruszył do przodu. Wyjechaliśmy na w miarę pustą szosę. Mijali nas inni kierowcy, którzy w znacznie szybszych samochodach gnali przed siebie.
                W autobusie sytuacja też była niespokojna. Ludzie wyglądali za okna, rozmawiali ze sobą, a także wyciągali telefony, którymi kontaktowali się z bliskimi. Wziąłem megafon w rękę.
- Uwaga pasażerowie! Wiem, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale musimy zachować teraz spokój. Jeżeli panika wybuchnie na pokładzie, możemy z tego nie wyjść cali. Jak odjedziemy kawałek od miasta zrobimy postój i na spokojnie dowiem się, co się dzieje w mieście. Teraz jednak proszę o ciszę – powiedziałem najspokojniej jak umiałem, chociaż gardło ścisnęło mi się niebezpiecznie i wiele słów brzmiało jak zwykłe charczenie. Sytuacja jednak została opanowana. Na tym pokładzie byli naprawdę wytrzymali psychicznie ludzie. Nawet dzieci siedziały cicho i starały się nie przeszkadzać wtulone w swoich rodziców.
                Podszedłem do kierowcy.
- Znasz jakieś ustronne miejsce, z dala od głównych dróg, gdzie będziemy mogli zrobić postój przed Supraślem? – zapytałem.
- Nie wiem, co z moją rodziną… gdzie oni teraz mogą być – wyszeptał jakby sam do siebie kierowca.
- Hej! Zostań z nami. Musisz nas bezpiecznie dowieść, stamtąd wszystkiego się dowiemy! – krzyknąłem.
Wiedziałem, że był przerażony. Zresztą nie on jeden. Wszyscy się bali. Coś złego działo się w mieście. Ludzie chcieli uciekać. O co mogło chodzić?
                Po dziesięciu minutach zjechaliśmy na piaskową drogę prowadzącą w las. Zatrzymaliśmy autobus i wysiedliśmy powoli. Jeden z pasażerów, pomagał mi uspokajać ludzi. Uderzyły w nas barwy jesieni. Pod nogami szeleściły czerwone, żółte oraz brązowe liście, a drzewa bez przerwy dorzucały kolejne. Słońce oświetlało całą scenerię, tworząc istną fontannę odbijających się barw. To wszystko kompletnie nie pasowało, do tego, co się działo. Pasażerowie rozeszli się po polanie, próbując złapać sygnał. Nagle podeszła do mnie starsza córka.
- Wracam do miasta. Pilnuj młodej – powiedziała, po czym odwróciła się.
- Nie ma mowy. Trzymamy się razem, przynajmniej, póki nie dowiemy się, co się dzieje – powiedziałem do niej stanowczo.
- Nic się nie dzieje. Pewnie jakieś wybuchy paniki, za parę godzin będzie spokojnie – zapewniła mnie, nie zatrzymując się. Podbiegłem za nią i pociągnąłem ją za bark.
- Zostaniesz z siostrą i ze mną. Nie chcę słyszeć nic innego – powiedziałem. Jej oczy zabłysły nienawiścią.
- Nie możesz mnie tu zatrzymać – syknęła.
- Ale twoja siostra może – postanowiłem podejść ją sposobem – Jeżeli odejdziesz, odjedziemy bez niej.
- Nie zrobisz tego! – krzyknęła.
- Tylko jeżeli nie odejdziesz – również podniosłem głos.
                Musiałem być naprawdę kiepskim ojcem, bo uwierzyła, że byłbym w stanie to zrobić. Fuknęła i poszła w kierunku siostry. Próbowałem dodzwonić się do służb porządkowych, albo przyjaciół, ale moja komórka nie miała zasięgu. Byliśmy w ponad trzydziestoosobowej grupie i nikt nie mógł wykonać telefonu. Po wielu nieudanych próbach, zebrałem ponownie wszystkich pasażerów i tym razem bez megafonu, przemówiłem.
- Słuchajcie moi drodzy. Jak zauważyliście nasze telefony nie mają zasięgu. Myślę jednak, że nie warto ryzykować powrotu do miasta, póki choć trochę nie przeczekamy tego, co tu się dzieje. Wiem, że martwicie się o swoje rodziny, ale podejrzewam, że to co się dzieje obejmuje tylko Białystok. Poczekajmy tutaj, w bezpiecznej grupie i próbujmy nadal nawiązać kontakt. Jak komuś się uda, wtedy postanowimy co dalej. A teraz prosiłbym was, żebyście się nie oddalali.
Tym razem spotkałem się z paroma pytaniami, ale niestety nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Ludzie zastanawiali się, co robić. Niektórzy dzwonili, inni siedzieli i rozmawiali z innymi pasażerami, a jeszcze inni chodzili w te i w tamtą, próbując coś wymyśleć.
                Ja należałem do tej drugiej grupy. Siedziałem wraz z kierowcą, oraz dwoma pasażerami, Karolem i Michałem, próbując coś wymyślić. Jako jedyni z całej grupy wydawali się być spokojni, a przynajmniej takich sprawiali wrażenie.
- To dziwne, sygnał niby jest, ale dodzwonić się nie da – zastanawiał się na głos Karol.
- Czyli po prostu go nie ma – podsumował Michał.
- Nie możemy zostać w tym lesie do końca. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje, gdzie są organizowane jakieś pomoce dla mieszkańców, gdzieś musi być policja lub wojsko – włączył się do rozmowy kierowca.
                Nagle, pomimo sporego hałasu jaki panował na drodze, usłyszeliśmy dźwięk silnika. Ludzie zrywali się z miejsc nie wiedząc czy uciekać, czy zostawać i zobaczyć kto jedzie. Nie mieli jednak zbyt dużo czasu na reakcje. Po drodze przemknął samochód. Minął nas jakby nigdy nic i po około dwudziestu metrach zjechał na pobocze prosto w krzaki.
- Proszę zostać tutaj, my to sprawdzimy – krzyknąłem do ludzi, którzy z ciekawością zaczęli iść w stronę auta. Ruszyłem w jego stronę, a Karol i Michał poszli za mną. Kierowca nie był do końca przekonany, więc został z tyłu oparty o autobus. Z samochodu nikt nie wysiadał, choć było słychać dziwne tłuczenie w środku. Czułem lekki niepokój zbliżając się do auta, ale przypomniałem sobie o pistolecie, który znalazłem wcześniej. Zatrzymałem się, a moi towarzysze spojrzeli na mnie zaciekawieni. Pistolet był ciężki, ale pewnie leżał mi w ręce. Poszukałem lekko zdrętwiałymi palcami blokady i zwolniłem ją. Broń była gotowa do użycia.
                Podeszliśmy jeszcze bliżej. Szyby były brudne i nie było widać tego, co się dzieje w środku auta, ale odgłosy były wielce niepokojące. Zapukałem w szybę i podniosłem głos.
- Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
Hałas ustał dosłownie na sekundę. Po chwili zakrwawiona dłoń uderzyła w szybę, a następnie zaczęła walić jak popadnie, tworząc dziwny, nienaturalny rytm.
- Cholera jest ranny! – syknąłem. Karol zareagował przede mną i podszedł do drzwi próbując je otworzyć. Usłyszeliśmy szumy i głosy. Kierowca auta wypadł z niego na ziemię, wywracając przy okazji Karola. Odsunąłem się razem z Michałem odruchowo, ale po chwili nie pożałowałem tej decyzji.
                Coś było nie tak z tym człowiekiem. Gdy Karol próbował go zepchnąć z siebie, ten ugryzł go. Nie było to jednak zwykłe ugryzienie. Kierowca wgryzł się do krwi i pociągnął, jakby próbował oderwać mu rękę. Karol krzyknął przeciągle.
- Pomocy, kurwa!
Michał wyraźnie chciał pomóc, ale nie wiedział, jak się za to zabrać. Ja zareagowałem prawie natychmiast. Zamachnąłem się i kopnąłem z całej siły dziwnego człowieka. Trafiłem butem prosto w usta. Musiałem mu połamać zęby. Gryzoń osunął się do tyłu. Po jego twarzy spływała krew, ale, ku mojemu zdziwieniu, był nadal przytomny. Było to dosyć imponujące jak na kogoś, kto właśnie dostał potężny kopniak prosto w głowę. Co jednak zdziwiło mnie bardziej to oczy mężczyzny. Były puste, wydawały się być wręcz nienaturalnie blade, jakby straciły cały blask i ciepło.
                Mutant poderwał się i próbował znowu zaatakować Karola, ale nie zdążył. Zraniony zdołał się już odczołgać, a ja poprawiłem kopniaka, będąc pewnym, że to wystarczy. Niestety, ponownie byłem w błędzie.  Ludzie z tyłu zaczęli się poważnie martwić całą sytuacją, ale ja dalej skupiałem się na zagrożeniu.
- Czemu… nie… giniesz… ty… pieprzony… potworze!? – każdy kolejny cios, który zadawałem wydawał się nie robić żadnego wrażenia na moim przeciwniku. Widać było połamany nos, krew wręcz zalewała mu twarz, ale ten wciąż się ruszał i dawał oznaki tego, że najwyraźniej dalej chce walczyć. Ręka bolała mnie od zadawanych ciosów. Karol leżał obok i próbował zatamować krwawienie zerwaną na szybką bluzą, a w tym samym czasie Michał patrzył na całą sytuację przerażony.
                Nagle do mojej głowy wpadł pomysł. Bałem się rezultatów tego, co zrobię, ale dzisiejszy dzień był na tyle dziwny, że nawet się nie zawahałem. Wyciągnąłem odbezpieczony pistolet z kieszeni i wymierzyłem w głowę człowieka, który wciąż patrzył na mnie nieobecnym spojrzeniem. Na jego zakrwawionej twarzy nie zauważyłem nawet drobnych oznak strachu, czy jakiejkolwiek innej reakcji na to co się działo. Wiedziałem, że nie mogę się teraz zawahać. Musiałem uchronić tych ludzi i samego siebie. Cokolwiek było nie tak z tym człowiekiem, który czołgał się teraz powoli w moją stronę, musiało być jakąś chorobą. Przez myśl przeszły mi słowa, które usłyszałem w biurze. Słowa o zarazie, która rozprzestrzenia się i sprawia, że ludzie umierają, ale pomimo tego nadal się poruszają. Głęboko w to wierząc pociągnąłem za spust.
                Odrzut z broni zachwiał mną, ale nie upadłem. Nie spodziewałem się tak mocnego pociągnięcia.  Pocisk trafił idealnie w miejsce tuż nad nosem. Usłyszałem dźwięk nie do opisania, gdy kula przechodziła przez czaszkę. To było naprawdę przerażające. Z tyłu za mną usłyszałem serię krzyków osób, które najwyraźniej nie pochwalały mojego pomysłu. Zrobiłem jednak to co musiałem. Strzał w głowę załatwił sprawę. Mutant upadł i zadrgał po raz ostatni. Nie ruszał się już. Przetarłem pot, który nie wiadomo kiedy pojawił się na moim czole, po czym podszedłem do Karola.
- Musisz to jak najszybciej opatrzeć – poradziłem – Może gdzieś w tym samochodzie będzie apteczka.
- Nie ma żadnej w autobusie? – zapytał ze zdziwieniem Michał.
- Wątpię – odpowiedziałem krótko i spojrzałem w stronę obserwującego akcję tłumu – Byłoby dobrze, gdybyś do nich poszedł i wytłumaczył co się stało. Jak zacznie się panika to jesteśmy zgubieni.
Michał przytaknął po chwili i odszedł w stronę reszty. Karol podniósł się z trudem i podszedł do bagażnika.
                Zajrzałem do środka auta w poszukiwaniu dźwigni zwalniającej zamek w bagażniku lub kluczyka. Wypatrzyłem te drugie w stacyjce i sięgnąłem, kiedy usłyszałem dziwny trzask. Już miałem się odwracać z przerażeniem, myśląc, że to mój przeciwnik, który jednak jakimś cudem przetrwał strzał, ale zdałem sobie sprawę, że dziwne dźwięki dochodzą z radia. Podniecony myślą, że w końcu czegoś się dowiem wskoczyłem do środka pojazdu i zręcznie przesunąłem suwak odpowiedzialny za głośność urządzenia.
                Chociaż było mnóstwo szumów i zakłóceń, wyraźnie było słychać audycję. Słowa powtarzały się na okrągło. Nie były w żadnym wypadku dobrą wiadomością. Karol patrzył na radio, jakby te miało go zabić, ale nie dziwiłem się. Informacja tam podawana była przerażająca: Wszyscy pobliscy cywile! Ta wiadomość została wygenerowana automatycznie w przypadku zagrożenia! Alarm czerwony, kod czternasty. Epidemia. Nakazuje się natychmiastowe opuszczenie terenów miejskich i jak najszybsze skontaktowanie się z pobliską placówką sił porządkowych. W razie gdy taka opcja jest niemożliwa prosimy o zostanie w domach, szczelne zamknięcie drzwi i zebranie jak największych zapasów. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności w przypadku kontaktu z zakażoną osobą. W razie jakiejkolwiek otwartej rany nakazujemy natychmiastową kwarantannę i odizolowanie zarażonej osoby. Pracujemy nad rozwiązaniem problemu… Wszyscy pobliscy cywile! – wiadomość zaczęła się zapętlać, więc przestałem słuchać. Jednak to co udało mi się usłyszeć było przerażające. Epidemia? Co to do cholery oznacza? – pytałem sam siebie w myślach.
                Nagle dotarł do mnie pełen sens tych słów. Odwróciłem się i zobaczyłem kompletnie przerażoną twarz Karola. Wydawał się być całkowicie zgaszony. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zrobiłem to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Wyciągniemy cię z tego! – powiedziałem, próbując podbudować jego morale. Wiedziałem jednak, że czego bym nie powiedział, za jakiś czas ten człowiek będzie w takim samym stanie, co postać, którą przed chwilą musiałem zabić. Już miałem coś dodawać, kiedy zobaczyłem nadbiegającego w moją stronę Michała. Sapał ciężko i widać było, że niesie jakąś wiadomość.
- Nie uwierzycie! Radio zadziałało! Mamy jakąś cholerną epidemię! – powiedział.
- Wiemy… - stwierdziłem wskazując na wciąż działające obok mnie radio.
- To jednak nie wszystko… - powiedział.
- Coś dzieje się z jakimś pasażerem? – zapytałem.
- Właściwie tak. Zniknęły cztery osoby. Podobno, gdy tylko podeszliśmy do auta, uciekły w kompletnie drugą stronę. Nie próbowano ich nawet zatrzymywać… - mówił to wolno, jakby bał się mojej reakcji. Mogło to być związane z tym, że w ręce wciąż miałem pistolet. Odłożyłem go na bok.
- Do czego dążysz? – zapytałem, chociaż w głębi wiedziałem co usłyszę.

- Twoje córki uciekły.

niedziela, 27 grudnia 2015

Plany, Informacje

Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)

środa, 4 listopada 2015

Rozdział 25: Następny krok

Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Składa się z dwóch perspektyw, zamiast standardowych trzech (brakuje perspektywy Irka), ale od razu mówię, że zabieg ten jest celowy. Motyw Irka będzie rozwijany później, tutaj jednak potrzebowałem mocy perspektyw Bobra i Olafa żeby wyjaśnić jak przebiegała ucieczka z Grudziądza i komu się udało, a komu nie. Rozdziały finałowe u mnie, zazwyczaj są dobre, ale jednak oficjalnymi szokującymi zawsze są te przedostatnie (21-23), dlatego zrozumcie taki, a nie inne rozwinięcie akcji. Zapraszam do czytania. Na Youtube na dniach powinien się pojawić materiał mówiący, co i jak z dalszymi przygodami i jakie mam plany.

POV:
Bobru - Rozdział 25 - Dzień 11 - 12
Irek - Dzień 11 - 12 - ???
Olaf - Dzień 11 - 12 - Okolice Grudziądza

--------------------------------------------

Rozdział 25 (Bobru, Olaf):  Następny krok

BOBRU
                Dotarliśmy do wnętrza budynku. Panował ogólny chaos. Zombie i Zszyci omijali nas jednak nie zatrzymując się nawet na chwilę. Słychać było strzały. Złomiarze, chociaż zostali zaskoczeni, teraz odpierali atak. Straty były ogromne i była to największa masakra jaką widziałem, ale wiedziałem, że góra za godzinę Złomiarze przegrupują się, a Zszyci uciekną. Pomogli nam. Chociaż uważaliśmy ich za przeciwników, ci jednak nam pomogli. Nie rozumiałem tego, ale kompletnie nie mogłem się teraz na  tym skupić. Szliśmy razem. Zobaczyłem odwróconego do nas plecami człowieka ze strzelbą. Strzelał do przodu, nie widząc nas kompletnie.
                Podbiegłem i wbiłem mu nóż w plecy. Pociągnąłem z trudem w górę i wyjąłem ostrze. Mężczyzna jęknął. Gdy leżał, a kałuża krwi wokół niego zaczęła rosnąć szybko wbiłem mu nóż w gardło i chwyciłem za strzelbę, którą rzuciłem Pablordowi. Okazało się, że zrobiłem to w idealnym momencie, bo po chwili z przodu pojawiło się dwóch kolejnych Złomiarzy. Byli tak zaskoczeni i wystraszeni, ze nie zdążyli zareagować. Dwa celne strzały Pablorda dały nam dwie kolejne sztuki broni, oraz dwie kolejne osoby na sumieniu. Kto jednak się teraz przejmował sumieniem? Tylko ci, którzy już nie żyli.
- Może powinniśmy poczekać? – zaproponował Pablord korzystając z chwili spokoju w tym korytarzu.
- Nie. Złomiarze już się przegrupowują. Jeżeli nie uciekniemy teraz, to zostaniemy tutaj na zawsze – stwierdziłem.
- A co jeżeli wyjścia są już obstawione? – zapytała Wiktoria.
- Musimy zaryzykować – powiedziałem.
                Znajdowaliśmy się na poziomie szatni piłkarskich. Ruszyliśmy dalej. Maski nieprzyjemnie przylepiały się do spoconej skóry. Miałem ochotę położyć się i zwymiotować, ale wiedziałem, że musimy stąd wyjść jak najszybciej. Strzały przed nami ucichły i usłyszeliśmy krzyki. Minęliśmy grupę dźgających Zszytych i ruszyliśmy dalej. Jedno z wyjść musiał być gdzieś tutaj. Jednak myśl o tym, że mogą tam już na nas czekać wrogowie nie była zbyt obiecująca.
                Zza zakrętu wybiegł nagle mężczyzna z pistoletem w dłoni. Szybko rozprawił się z dwoma Zszytymi, po czym zaczął celować w nas. Pablord, Wiktoria oraz Michael zareagowali odruchowo. Trzy strzały powaliły i zabiły przeciwnika. Byliśmy już tak blisko. Zszyci biegali po korytarzu raz w jedną, raz w drugą stronę, szukając kolejnych ofiar. Byli bezwzględni. Ich długie, ostre noże przecinały skórę i kości bez większych problemów niczym miecze. Przebiegliśmy obok kobiety, która uciekała przed Zszytymi i dostała jednym z noży w plecy. Ostrze wbiło się do połowy, a kobieta krzycząc upadła. Dorwali ją szybko. Poślizgnąłem się i prawie upadłem na kałuży jej krwi. Każdy korytarz śmierdział metalicznym zapachem posoki.
                Zobaczyliśmy w końcu drzwi. Były szeroko otwarte. Wybiegali tędy Złomiarze oraz Zszyci. Walka trwała tez przy samym wejściu, gdzie do całego chaosu dołączyły trupy.  Spojrzałem na moich ludzi oraz Feline, która szła za nami, ale wyraźnie nie wiedziała, co do końca się dzieje.
- Przechodzimy i biegniemy. Jeżeli coś nas rozdzieli spotkajmy się w Inowrocławie. Trzymajcie się – ostrzegłem. Ruszyliśmy do przodu. Jeden ze Złomiarzy stał tuż przed nami i chciał nam najwyraźniej zatarasować drogę, ale usłyszałem strzał i zobaczyłem jak leci na plecy do tyłu. Przebiegłem po nim bez skrupułów słysząc chrupnięcie tak głośne, że aż przebiło się przez harmider walki. Byliśmy na zewnątrz. Ulica była oświetlona. Szybko zorientowałem się, w którą stronę muszę biec i pobiegłem. Zerknąłem przez ramię, co z resztą i z ulgą zauważyłem, że cała piątka biegnie kawałek za mną.
                Skręciliśmy w boczną uliczkę, gdzie w przeciwieństwie do wejścia na stadion, było po prostu cicho. Odetchnąłem szybko.
- Udało się. Musimy biec – podsumowałem.
Oczywiście to nie był koniec problemów. Ledwo skręciliśmy w kolejną uliczkę usłyszeliśmy parę aut jadących w naszą stronę. Wskoczyłem szybko za murek otaczający zjazd towarowy do sklepu i pomogłem przeskoczyć pozostałym. Ręka bolała mnie w miejscu, w którym zdarłem cały kawał skóry. Zacisnąłem jednak zęby i wychyliłem się, biorąc pistolet zdobyty wcześniej na stadionie.
                Od razu rzuciły mi się w oczy trzy wozy wypełnione ludźmi, którzy podjeżdżali na tyły stadionu.  Wszystkie pojazdy zatrzymały się z piskiem i ze środka zaczęli wyskakiwać ludzie. Byli uzbrojeni po zęby i byłem pewien, że stanowią tutejszy odpowiednik Czerwonych Flar lub straży w Toruniu. Schowałem się licząc, że będą zbyt zajęci przeganianiem stąd Zszytych, żeby sprawdzić ten murek i nie myliłem się. Grupa około dwudziestu osób pognała szybkim krokiem w stronę, z której przybiegliśmy. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Trzy wozy stały tutaj gotowe do odjazdu. Sprawnie przeskoczyłem murek i pomogłem przejść go reszcie.
- Przygotujcie jeden z wozów, a ja stanę na czatach – zaproponowałem. Pablord ruszył jako pierwszy do sporego, terenowego samochodu i zaczął siłować się z drzwiami. Feline oparła się o murek i była właśnie uspokajana przez Wiktorię oraz Józefa, a Michael zajął się broniami, które trzeba było przeładować.
                Co chwilę słychać było strzały z głównej ulicy, więc byłem pewien, że oddział zaczął już działać. Jedna osoba nawet zaczęła biec w naszą stronę, ale była jeszcze daleko, kiedy pocisk przeszył jej głowę. Wzdrygnąłem się. Kucnąłem przyczajony przy jednym z ulicznych pojemników na śmieci. Słyszałem jak Pablord przeklina mocując się teraz z silnikiem, bo kluczyków oczywiście nie było. Nie wiem jak dokładnie udało mi się uniknąć nagłego ataku od tyłu, ale instynktownie odwróciłem się i odskoczyłem na lewo, akurat na moment przed atakiem. Łysy mężczyzna z nożem poleciał z impetem do przodu, ale nie stracił równowagi. Przez chwilę poczułem strach, ale ten szybko został zalany przez adrenalinę w najczystszej postaci.
                Poczekałem aż mężczyzna machnie nożem i gdy tylko to się stało odskoczyłem na bok i uderzyłem łokciem w jego rękę. Trafiłem prawie tak jak chciałem, bo usłyszałem dźwięk uderzającego o drogę metalu. Mężczyzna zamachnął się i uderzył mnie pięścią w twarz.  Zachwiałem się po czym poczułem kopnięcie, które zwaliło mnie z nóg. Gdyby było jaśniej prawdopodobnie mężczyzna by mnie dobił kopniakami, albo podniósłby nóż. Uliczka była jednak ciemna i nie zauważył cienkiego, czarnego słupa, która stał tuż obok mnie. Chciał mnie kopnąć w klatkę piersiową, ale trafił w słup i krzyknął głośno. Przebudziło mnie to nieco . Podniosłem się i zamachnąłem na krótko wyprowadzając cios. Furia narastała we mnie, kiedy uderzyłem go jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu łysy się przewrócił, a ja wyciągnąłem swój nóż. Usłyszałem kroki i odwróciłem się na chwilę. To Wiktoria biegła do mnie, najwyraźniej dopiero po okrzyku zauważając, że mam problem. Była jednak spóźniona, bo ledwo do mnie dotarła, a dobiłem napastnika i wytarłem o jego bluzę ostrze broni.
- Cholera jasna! Co z tobą!? Czemu nie krzyknąłeś, że masz problem? – zapytała ciągnąc mnie w stronę wozu. Otarłem krew cieknącą mi z pękniętej wargi i rozmasowałem obolały brzuch.
- Jedźmy już – poprosiłem.
                Auto całe szczęście było już gotowe. Wsiedliśmy do środka i zapaliliśmy światła. Usiadłem na prawo od Pablorda, który kierował. Przejrzałem się w lusterku. Miałem krew rozmazaną na całym, prawym policzku, a moje dłonie wyglądały, jakby ktoś z nich pozdzierał skórę w paru miejscach. Były całe we krwi. Osunąłem się na siedzenie i odetchnąłem.
- Wszystko w porządku kumpel? – zapytał Pablord.
- Tak – odpowiedziałem.
OLAF
                Nie do końca ufałem człowiekowi, który został nam przedstawiony, ale Łowca był częścią drużyny Bobra, a to nieco podbudowywało na duchu. Jednak decyzja o wróceniu podłamała mnie zdenerwowała.
- Jak to? Nie minęła jeszcze godzina. Oni wciąż mogą wybiec – podniosłem głos, bardziej niż chciałem.
Łowca przystawił palec do swoich ust uciszając mnie:
- Nie hałasuj. Tam dzieje się źle. Jeżeli zaraz stąd nie znikniemy, to możemy zostać tu na zawsze. Wiem jakie to jest ciężkie, ale możliwe, że Bobru i reszta wybiegli już drugim wejściem i uciekają stąd z Łapą. Nic tu po nas…
Nie przekonywał mnie. Czułem się nieco zdradzony, chociaż tak naprawdę nie miałem ku temu większych powodów.  Przytaknąłem w końcu i we czwórkę wyszliśmy z kiosku. Po drugiej stronie ulicy wciąż trwała walka, ale szybko zostawiliśmy ją za nami.
- Gdzie właściwie idziemy? – zapytał Jonasz, próbując dorównać  nam szybkością.
- Do chatek na wzgórzu. Tam poczekamy do rana i stąd odjedziemy. Chyba, że druga grupa wróci szybciej – wytłumaczył  Łowca – Co z twoją nogą?
- Bobru nie opowiadał? Jak złapali nas na Złomowisku? – zdziwił się Jonasz.
- Wiesz w sumie nie mieliśmy okazji żeby spokojnie pogadać. Sporo się działo pod twoją nieobecność. Ale porozmawiamy na miejscu – zdecydował jednooki.
                Przez parę pierwszych uliczek przeszliśmy bez problemu. Byliśmy blisko miejsca, gdzie zobaczyliśmy Zszytych i się rozdzieliliśmy z Łapą.
- A kto tu właściwie jeszcze jest? – zapytał nagle Jonasz.
- Łapa z siostrą i parę osób z Płońska. Olaf i Kuba też są stamtąd. Przyszli tutaj po Feline, ich dowódczynie – wytłumaczył pokrótce Łowca.
- To ta kobieta była dowódczynią waszego obozu? – zdziwił się Jonasz patrząc na mnie. Nie polubiłem go specjalnie, ale każda wieść o Feline była dla mnie ważna, więc zmusiłem się do łagodnego tonu.
- Tak. Co jej zrobiły te skurwysyny? – zabrzmiałem nieco groźnie, ale starałem się.
- W sumie nic strasznego. Była traktowana całkiem nieźle jak na warunki tych ludzi. Spędziłem z nimi trochę czasu i wiem, że potrafią być okrutni. Nie torturowali jej nawet. Bardziej męczyli ją psychicznie, mówiąc, że Płońsk upadł, cały obóz został wybity i inne pierdoły – wytłumaczył grubszy mężczyna.
- Ja im kurwa dam – szepnąłem pod nosem.
                Nagle, praktycznie znikąd usłyszeliśmy dźwięk silnika. Chociaż byliśmy przy wraku, nie była to dobra kryjówka i nim zdążyliśmy zareagować zobaczyliśmy auto wyjeżdżające z duża prędkością na zachód. Jego załoga musiała jednak być tak zajęta uciekaniem, że nawet nie zatrzymali się aby nas zabić. Odetchnęliśmy z ulgą, ale usłyszeliśmy nagle kroki. Wszyscy ukucnęliśmy przy wraku i zobaczyliśmy, że za samochodem starało się biec trzech ludzi. Szybko wypatrzyłem bronie w ich rękach. Sam wziąłem pistolet. Znajdowaliśmy się teraz przy wraku, który sąsiadował z wylotem niedużej uliczki. To była nasza droga ewakuacyjna w razie gdyby zaczęło się robić gorąco.
                Wrogowie zauważyli nas dopiero jak wystrzeliłem. Byli dosyć blisko, zaledwie dziesięć metrów, ale mimo to nie trafiłem tak jak chciałem i pierwszy z nich dostał kulą w ramię. Chciałem się poprawić, ale jego koledzy natychmiastowo przeskoczyli na bok za murek i przyjęli pozycję do ataku. Wychylanie się i strzelanie trwało w najlepsze, kule latały niczym szalone, ale wciąż po obu stronach nie było żadnych ofiar. Nagle jednak poczułem coś twardego na plecach. Nie odwracałem się nawet. Zostałem pociągnięty do tyłu siłą, a moi towarzysze nie zdążyli zareagować.
- Rzućcie broń! – usłyszałem głos za moimi plecami. Poczułem ciepły oddech na karku.
Kuba, Jonasz i Łowca, nie wiedzieli, co zrobić. Opuścili w końcu bronie i położyli je pod nogami. Trójka, z którą się strzelaliśmy obserwowała całą akcję i dopiero gdy bronie znalazły się pod stopami ich towarzysza wyłonili się zza osłony.
- Te kutasy chciały nas zabić – powiedział jeden z mężczyzn. Byli jeszcze kawałek od nas, ale kompletnie nie miałem pomysłu co mogę zrobić. Jak mogliśmy się dać tak zajść.
- Wanda chciała każdego żywcem. Bierzemy ich do obozu – powiedział mężczyzna za moimi plecami, wciąż przykładając mi lufę do pleców – Skujcie ich, a ja zaraz zajmę się tym tutaj. Gdzie ja schowałem kajdanki? – myślał na głos, chowając pistolet. Mogłem spróbować się wyrwać, ale wiedziałem, że mają nas już w garści. Jego towarzysze skuwali właśnie Łowcę, Kubę i Jonasza, a ja miałem zaraz do nich dołączyć.
                Właśnie wtedy padł strzał. Przeleciał tak blisko mojej głowy, że myślałem, że ktoś strzela do mnie, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że mężczyzna za mną trzyma się za szyję i ląduje na plecach w rosnącej kałuży krwi. Jego kompani byli zdziwieni. Wykorzystaliśmy to od razu. Łowca się podniósł i przysunął głową w twarz jednego z przeciwników. Mężczyzna upadł na ziemię trzymając się za usta i wypluwając zęby. Jonasz w tym czasie rzucił się na drugiego całą masą swojego ciała i wywrócił go. To dało mi czas na szybkie podniesienie broni i zastrzelenie najpierw ostatniego stojącego wroga, następnie tego przygniecionego przez Jonasza, potem tego obitego przez Łowcę, a na koniec człowieka, który mnie zaskoczył.
                Wtedy z tej samej uliczki, z której przyszedł czwarty Złomiarz wyszła dziewczyna. W pierwszym momencie byłem pewien, że jest to Łapa, ale po chwili przeżyłem szok, gdy zobaczyłem jej młodszą siostrę. Wygląda teraz dokładnie jak Łapa, z  tym, że była nieco niższa i miała bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Wyglądała jednak równie groźnie.
- Pomogę ci – powiedziała. Teraz zdałem sobie sprawę, ze odkąd wyjechaliśmy z Inowrocławia nie słyszałem jej głosu. Był nieco wyższy niż u Łapy.
- W kieszeniach powinni mieć klucze – powiedział Jonasz. Łowca też wydawał się być zaskoczony tym co się stało. Kuba tylko szeptał coś sam do siebie.
- Co tutaj robisz? Gdzie twoja siostra i reszta? – zapytałem przeszukując tego z wybitymi zębami w poszukiwaniu klucza.
- Siostra kazała mi wracać. Wtedy zobaczyłam was… - mówiła krótko i treściwie. Widać, że czuła się nieco nieswojo bez siostry w pobliżu.
- Nie znaleźliście Bobra i reszty? – zapytałem z nadzieją.
- Gdy odchodziłam to ludzie wciąż wybiegali i do całej akcji dołączyli jacyś inni Złomiarze, ale nie widzieliśmy nikogo z naszych – powiedziała ze smutkiem.
                Chciałem coś dodać, ale nie wiedziałem co powiedzieć, więc ostatecznie się zamknąłem. Szybko znalazłem klucze i uwolniłem resztę. Pobiegliśmy całą piątką i bez problemu opuściliśmy miasto. W krótce byliśmy już w chacie.
- Mam nadzieję, że twoja siostra nie zrobi nic głupiego – powiedziałem.
- Ja też mam taką nadzieję – stwierdziła.
Łowca wraz z Kubą pomogli Jonaszowi, który dzisiejszego wieczora został nieco poobijany. Ja siedziałem na fotelu patrząc w księżyc przykryty w większości chmurami i czekałem. Godzina już minęła, reszta powinna wrócić. Dlaczego ich jeszcze nie było. I tak mieliśmy czekać do rana z wyjazdem, więc czasu jeszcze trochę było. Złomiarze nawet nie myśleli o sprawdzeniu tych chatek, mieli tyle własnych problemów w okolicach areny, że nie powinni nawet o tym myśleć.
                Księżyc był już wysoko na niebie i mijały kolejne godziny, ale Łapa wciąż nie wracała. Siedzieliśmy w kółku na drewnianej podłodze, dojadając swoje porcje jedzenia i rozmawiając.
- Muszę po nią iść – postanowiła nagle Młoda. Zadziwiał mnie fakt, jak bardzo rozgadana się zrobiła gdy siostry nie było w pobliżu.
- Oszalałaś dziewczyno? Tam na dole dzieje się źle. Widziałaś co chcieli nam zrobić tamci Złomiarze.  Łapią każdego. Jeżeli twoja siostra nie wróci do rana musimy wrócić po posiłki. W piątkę nie zdziałamy nic – starałem się jej przemówić do rozumu.
Młoda chciała już coś powiedzieć, kiedy nagle drzwi do chaty się otworzyły, a do domu weszła Łapa oraz kumple Kuby. Łapa trzymała się za ramię i nawet w ledwo oświetlonym lampą pomieszczeniu, widać było plamę krwi na jej ramieniu. Monika zerwała się i podbiegła do siostry przytulając ją.
- Feline? – zapytałem wstając.
- Chwila – warknęła, podchodząc do plecaka, który leżał w kącie i wyciągając z niego bandaże oraz butelkę wody.
- Co się stało? – zapytał Łowca.
- Powiedziałam chwila! – odburknęła od niego, bandażując sobie ranę. Robiła to nieudolnie, bo ciężko było zabandażować swoje własne ramię, więc pomogła jej siostra – Jak widzicie nie ma ich z nami. Nie widziałam, żeby opuszczali arenę. U was też nic? – zapytała dopiero teraz zauważając Jonasza – Jonasz?
- Łapa… kopę lat – skomentował zachrypniętym głosem.
- Jakim cudem przeżyłeś? Bobru opowiadał mi, że dorwali cię ponad miesiąc temu na Złomowisku – zdziwiła się.
- Dołączyłem do nich… - zaczął. Słowa , chociaż wypowiedziane szeptem, uderzyły w nas niczym młot – Ale spokojnie. Zbierałem informacje. Pytali mnie o różne rzeczy, ale nie dowiedzieli się niczego konkretnego. Za to uwierzyli, że jestem po ich stronie. W ostatnim tygodniu dowiedziałem się tyle rzeczy, że jeżeli dojadę do Dziary to Złomiarze będą przeszłością.
- Mam nadzieję, że Dziara ma się dobrze i wróci u niego stare zamiłowanie do bycia chorym skurwielem. Bo taki człowiek jak ty nie zasługuje na nic – powiedziała z pogardą.
- Hej spokojnie! Idźmy spać, jesteśmy zmęczeni, emocje nas rozsadzają, połowa z nas jest ranna, musimy odpocząć i wracać. Dziara i Ben zadecydują co dalej – uspokoił sytuację Łowca. Nie wiedziałem czy Łapa się po prostu posłuchała, czy była zmęczona tym wszystkim, ale prychnęła tylko i usiadła na boku biorąc jeden z koców, które przynieśliśmy. Nikt nie miał siły gadać i nawet pomimo tego, że w mojej głowie działo się teraz piekło gorsze od tego na ulicach Grudziądza, zasnąłem momentalnie.
                Gdy obudziliśmy się rano nawet nie jedliśmy śniadania. Byłem zmęczony pomimo paru godzin snu, a głowa bolała tak mocno, że miałem ochotę roztrzaskać ją sobie o pobliski kamień. Łapa i Młoda miały paskudny humor. Nie odzywały się właściwie do nikogo. Łowca próbował poprawić morale, ale jego wypowiedzi zamiast pocieszać były jedynie ponurymi monologami. Jonasz nie prowokował Łapy, a Kuba i jego kumple wyglądali najsmutniej z całej grupy – zmęczeni, obici, a dodatkowo smutni. Ja też byłem smutny. Liczyłem, że misja się powiedzie, ale jak patrzyłem na to teraz, to sam nie wiedziałem, czego się spodziewałem. Parę ludzi kontra ogromny, uzbrojony po zęby obóz? Czego ja się spodziewałem. To było skazane na porażkę.
                Ruszyliśmy, gdy słońce wychyliło się już całą kulą zza horyzontu. Łowca kierował, a reszta siedziała cicho rozmyślając, albo przysypiając. Ja też zamknąłem oczy, chcąc po prostu obudzić się w lepszym miejscu. Gdy otworzyłem oczy słońce było wysoko na niebie, a my byliśmy pod bramami Inowrocławia. Zobaczyłem charakterystyczny kościół. Przespałem całą drogę. Rozejrzałem się szybko po samochodzie i z ulgą zobaczyłem, że wszyscy byli na miejscach. Bałem się, że przespałem jakąś masakrę, gdy Łapa nie wytrzymała już dłużej obecności Jonasza, albo po prostu oszalała. Miałem nawet sen, w którym stała tuż obok Feline. Ta opowiadała Łapie o czymś związanym z Inowrocławiem, na co Łapa dźgnęła ją nożem. Wzdrygnąłem się na samą myśl o takiej sytuacji. Chociaż ostatecznie wolałem widzieć śmierć Feline, być przy niej i postarać się ją uratować. A ta została zabita na arenie, albo podczas ucieczki z niej.
                Wysiedliśmy za bramą, strażnicy przywitali nas z ulgami na twarzy. Następne wydarzenia działy się tak szybko. Przywitali nas, wyszedł po nas garbaty mężczyzna, spytał jak się trzymamy nie dostając żadnej odpowiedzi, po czym poprowadził nas do biura. Tam za stołem czekał już Ben oraz…
- Bobru? – zapytała z niedowierzaniem Łapa. Sam nie mogłem uwierzyć. Wyglądał fatalnie, ale to zdecydowanie był on. Na stole leżała maska, taka sama jaką nosili Zszyci. Po chwili do pomieszczenia dołączył Dziara, która przywitał nas skinieniem głowy.
- Ty żyjesz? – zapytał Łowca.
                Bobru podszedł do nas i przywitał się po kolei. Nawet z nami, osobami z Płońska. Przy Jonaszu zatrzymał się na chwilę.
- Pożyczone, ale oddaje – powiedział uśmiechając się i podając Jonaszowi nóż.
- Wiedziałeś, że to ja? – zapytał.
- Podejrzewałem.
- Feline? – zapytałem zachrypłym z emocji głosem.
- Czeka na ciebie w lecznicy. Właściwie na was – wskazał moich przyjaciół. Nie wiedziałem, co mnie podkusiło, ale podszedłem do Bobra i uścisnąłem go. Nie odepchnął mnie, tylko poklepał po plecach. Czułem łzy napływające do moich oczu.
- Dziękuje – wyszeptałem.
- Nie ma sprawy – odpowiedział. Nie czekając na nic więcej, wybiegłem wraz z Kubą i jego kumplami i udałem się do lecznicy.
BOBRU
                Doceniłem gest Olafa. Wiedziałem, że dba o swoich ludzi, tak samo jak ja starałem dbać się o swoich. Podszedłem do Łapy. Rozłożyłem ręce, a  ta powoli, jakby nieufnie, przysunęła się do mnie i mnie uścisnęła.
- Byłam pewna, że nie żyjesz – powiedziała po cichu.
- Trafiłaś akurat na część, w której opowiadam jak uciekliśmy – powiedziałem z uśmiechem. Pocałowała mnie delikatnie w usta. Uśmiechnąłem się i wróciłem do stołu. Ben i Dziara wiedzieli już mniej więcej co się stało. Jak trafiliśmy do domu rodziny Złomiarzy, która nas kiedyś uratowała, jak trafiliśmy do niewoli i w końcu jak zostaliśmy wystawieni na arenę. Łapa dosiadła się obok wraz z siostrą, Jonaszem i Łowcą. Ben zrobił wyjątek i kazała przynieść obiad do jego biura, żeby Łapa i reszta mogli zjeść po podróży.
- Przy wejściu dostałem nóż od jednego z strażników, okazało się, że to Jonasz. Cieszę się, że przeżyłeś – powiedziałem szczerze. Jonasz był naprawdę solidnym człowiekiem.
- Szkoda, ze nas zdradził i dołączył do Złomiarzy – powiedziała Łapa.
- Nie miał wyboru i jestem gotów to zrozumieć, o ile wróci do Czerwonych Flar – włączył się do rozmowy Dziara.
- Wiadoma sprawa – zapewnił Jonasz z uśmiechem.
- Co z pozostałymi grupami? Jakieś wieści? – zapytał Łowca.
- Grupa stawiająca punkty jeszcze nie wróciła. Trochę mnie to martwi, ale wydaje mi się, że powinni być góra za dwa dni – wytłumaczyłem – A Erni pracuje z dużą grupą osób, na odcinku drogi Toruń – Inowrocław. Świetnie sobie radzą z Rekinem.
- Wybaczcie, ale naprawdę chcę usłyszeć, co się stało na arenie – wtrącił Ben. Póki co powiedziałem o wszystkim, oprócz szczegółów sceny torturowania mnie przez Wandę. Tego się po prostu wstydziłem.
- Wpuścili na arenę szwendacze. Miałem nóż, więc chociaż było ich sporo miałem nadzieję, ze jakoś dam sobie radę, ale wtedy okazało się, że większość z nich to Zszyci – opowiedziałem.
- Co? – spytali niemal jednocześnie Dziara i Ben.
- Dokładnie. Zaczęła się masakra. Wbiegli na trybuny, Złomiarze byli bezbronni, dopiero po jakimś czasie dołączyli strażnicy z karabinami. Myślę, że spokojnie ponad setka Złomiarzy została zabita zeszłej nocy. Zszyci nam pomogli. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że my tam będziemy, ale szli tu po nas. Rzucili nam te maski – wskazałem leżące na stole ochłapy – i pomogli nam uciec.
- Ja od siebie tylko dodam, że Złomiarze nie mieli pojęcia o tym, że złapali tylu Zszytych. Zbierali trupy na to cały dzień i widocznie nie załapali, że duża większość to byli ludzie – dodał Jonasz.
- Ja z kolei słyszałam na ulicy dialog pomiędzy nimi. Ich przywódca kazał to zrobić. Nie powiedzieli jak się nazywa, tylko posłużyli się terminem Krawiec – przypomniała sobie Łapa.
- Jak myślisz, co to oznacza dla naszej społeczności? Jak traktować Zszytych? Zawrzeć z nimi pokój czy wypowiadać wojnę? – zapytałem Bena.
                Ben przez chwilę milczał. Myślał nad czymś. Czekaliśmy cierpliwie obserwując go.
- Myślę, że na razie musimy odpuścić sobie podejmowanie jakichkolwiek akcji. Naszym priorytetem jest teraz zdobycie Płocka i kontrolowanie rzeki. Jeżeli by dobrze poszło można by nawet założyć wodne połączenie pomiędzy Płockiem, a Toruniem.  Bobru, wiem, że wróciłeś dopiero z podróży, ale muszę to wiedzieć zanim będziemy ustalać dalej – kiedy będziesz gotowy do wyjazdu do Płocka? – zapytał patrząc mi w oczy. Przeszedł mnie dziwny dreszcz.
- Potrzebuję tygodnia. Na zebranie sił, ludzi i ustalenie wszystkiego – powiedziałem.
- A więc postanowione – stwierdził Ben i uśmiechnął się. Wiedziałem, że ma już plan.

KONIEC TOMU 4