Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 1. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 1: Czystość

Zaczynamy kolejny tom przygód Bobra. Po dosyć długiej przerwie czas wrócić do tego świata i dowiedzieć się co dalej. Akcja tego rozdziału dzieje się tydzień po akcji rozdziału 4.25. Obozy przygotowują się do ekspansji na wschód. Będzie to początek całego łańcucha zdarzeń, wokół których będzie się kręcić akcja tego tomu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i zapraszam do czytania :)
POV:
Bobru - Rozdział 1 - Dzień 1
??? - Dzień 1 - ???
??? - Dzień 1 - ???

-------------------------------------------------------------

Rozdział 1: Czystość (BOBRU)


                Bar w Inowrocławiu tętnił życiem. Ludzie starali się całkowicie uciec od rzeczywistości. Każdy kolejny łyk piwa, sprawiał, że świat za murami stawał się coraz bardziej odległy, a problemy malały, aż całkowicie znikały za alkoholową mgiełką. To nie działa tak jak myślicie, pomyślałem, Nie da się uciec od rzeczywistości. Zanurzyłem usta w kuflu piwa i wziąłem porządny łyk. Wciąż byłem obolały i nie do końca doszedłem do siebie po walce w Grudziądzu, na arenie Złomiarzy. Był to jednak przełomowy moment.  Zebraliśmy tak wiele informacji o tym i przez te sześć dni przygotowywaliśmy wszystko do kluczowego momentu w naszych życiach – przejęcia Płocka. Ben uważał to miejsce, za świetny punkt strategiczny, Dziara widział korzyści w budowaniu nowych szlaków, a Feline cieszyła się, że kolejny sojuszniczy obóz pojawi się w okolicach Płońska. Dla nas jednak był to nowy start. Moja grupa dojechała już do Inowrocławia i wszyscy byli gotowi na przejazd do nowego domu.
                Dotychczasowe obozy, w których byliśmy, zawsze miały jakąś wadę. Królowy Most był za słabo broniony i nie miał wystarczającej ilości ludzi, Toruń przeżywał kryzys, a życie w Potworze na pewnie nie należało do najwygodniejszych. Perspektywa zamieszkania w nowym miejscu sprawiała, że optymistycznie patrzyłem w przyszłość. Jonasz zdążył już wrócić razem z Dziarą do Torunia, zabierając ze sobą Wiktorię oraz Michaela, których pomoc była nie do opisania podczas odbijania Feline. Ta wraz z Olafem oraz jego ludźmi również opuścili Inowrocław wracając do siebie.  W czasie całego planowania zakładania nowego obozu wróciła ekipa stawiająca punkty strategiczne. Z przykrością usłyszeliśmy informacje o tym, że Stado jest coraz bliżej, a Irek przepadł próbując uratować kobietę z obozu Bena. Cieszyłem się jednak z powrotu reszty moich ludzi. To musiała być dla nich ciężka podróż, bo wydawali się być jeszcze bardziej wyniszczeni niż my.
                Dwanaście osób było planowaną pierwszą drużyną do wyjazdu do nowego miejsca.Wszystko wydawało się iść po naszej myśli. Złomiarze po otrzymaniu poważnego ciosu w walce z Zszytymi, nie dawali znaku życia. Byłem pewien, że mnóstwo z nich przeżyło, ale wiedziałem, że gdyby taki cios spadł któregoś dnia na Toruńską Ostoję, to prawdopodobnie upadła by ona na dobre. To świadczyło tylko o ogromnej liczebność i ogólnym zagrożeniu jakie sprawiała ta grupa. Wciąż pamiętałem torturowanie przez Wandę, przywódczynie Złomiarzy.  Byłem ciekaw, czy po tym co stało się na Arenie wzięła moje słowa o Stadzie i Zszytych na poważnie.
                Dopijając ostatniego łyka odstawiłem butelkę i wstałem. Miałem zamiar spędzić ostatnie wolne i spokojne chwile w tym obozie z moimi ludźmi, ale przy wyjściu wpadłem na Konrada, jednego z ludzi Bena.
- Szef chce cię widzieć – zapowiedział.
- Coś się stało? – zapytałem lekko zachrypniętym głosem.
- Nie mam pojęcia, ale w obozie jest spokojnie, więc to raczej nie to – odpowiedział.
- Zaraz przyjdę – powiedziałem.
- Wiesz, gdzie go znaleźć – rzucił na odchodne, wskazując tunel prowadzący do laboratorium, a następnie ruszył w stronę kościoła.
                Byłem pewien, że Ben będzie chciał dopiąć wszystko na ostatni guzik i powtórzyć plan, chociaż czasami był tak zaskakującym człowiekiem, że można było spodziewać się wszystkiego. Ruszyłem w stronę tunelu i po chwili byłem już w Korytarzu Krzyków. Trupy jak zwykle przywitały mnie jęczącą aprobatą, uderzając bezsilnie w szyby. Zastanawiałem się do czego mają doprowadzić te badania, bo szans na wynalezienie antidotum nie widziałem, a do czego innego mogłoby służyć trzymanie tych trupów, jak nie do tego. Wszedłem do laboratorium i od razu rzucił mi się w oczy, siedzący przy lampce i czytając książkę Ben. Wiedziałem, że mnie zauważył, ale nie dał tego po sobie poznać, póki nie usiadłem naprzeciwko niego.
- King – zauważyłem z zaciekawieniem.
- Smutne prawda? Mam horror tuż za oknem, a wolę czytać jakieś wymyślone opowiadania z elementami grozy – odpowiedział, widocznie obserwując moją reakcję.
- Wezwałeś mnie tylko po to? Jutro czeka nas podróż, wybacz, ale muszę odpocząć – specjalnie skróciłem jego grę, wiedząc, że jak dam się w to wciągnąć, to rozmowa potrwa znacznie dłużej niż powinna. Uśmiechnął się pod nosem.
- Jesteś ciekawym człowiekiem. Zdajesz się mieć tyle na głowie, a jednak robisz znacznie więcej niż ktokolwiek inny. Co jest twoją motywacją? – zapytał.
- Moi ludzie. Ben, o co chodzi? – zapytałem nieco zniecierpliwiony.
- Widzisz, po tym co dowiedzieliśmy się o Złomiarzach mamy ogromną przewagę. Jonasz okazał się kluczem do tej furtki i stoi ona teraz szerokim otworem. Z drugiej strony mamy Zszytych. Baliśmy się ich, a oni nam pomogli. Wydaje mi się, że to również twoja zasługa.
- Sugerujesz, że nimi dowodzę? – zapytałem nie do końca wiedząc, do czego zmierza.
- Stwierdzam, że jesteś niesamowitą osobą i to na tyle, że nawet ja nie potrafię tego rozgryźć. Od kiedy jestem na tym wózku to jest całe moje życie. Analizy. Badam każdego, zbieram informacje, tworzę sieć, odbudowuje. Robiłem to małymi krokami, ale wtedy pojawiłeś się ty i zamiast iść na piechotę do celu, lecę tam, niczym ptak.
- Jestem prostym człowiekiem, kierującym się prostymi zasadami i wartościami. Niczym więcej Ben.
                Widać było, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zaśmiał się tylko. Spoważniał po chwili i spojrzał mi prosto w oczy.
- Nieważne. Sieć jest tworzona. Słyszałeś, że twój przyjaciel robi solidną robotę przy oczyszczaniu dróg? – zapytał.
Chodziło mu oczywiście o Ernesta, który wraz z Rekinem i paroma ludźmi z Torunia i Inowrocławia oczyszczał drogi z trupów i wraków aut, żeby ułatwić przejazd. Bolało mnie jednak wciąż, że nie zdecydował się pojechać dalej z nami, odcinając się i trzymając Torunia. Był ostatnią żywą osobą z Białegostoku. Jednym z ostatnich ocalałych z Królowego Mostu. Ważnym elementem w moim życiu, który zdawał się zacierać.
- Słyszałem. Mam nadzieję, że jak najszybciej uda mi się załatwić sprawę w Płocku. Nie planujesz po tym niczego większego, prawda?
                Ben chwilę wahał się z odpowiedzią. W końcu odchrząknął:
- Planów mam dużo. Ale skupmy się na tych najbliższych. Stabilizacja i rozbudowa – Przekręcił się i podjechał do stołu obok, gdzie stało dziwne urządzenie przypominające trochę duży kalkulator. Zaczął coś na nim wystukiwać, kiedy coś zaszumiało. Sięgnął bez patrzenia do paska i przystawił krótkofalówkę do ucha.
- Co jest? – zapytał.
- Spora grupa trupów. Za parę minut będą u nas.
- Musicie ich wybić. Nie możemy sobie pozwolić na takie stopniowe oblężenie. Gdy przyjdzie stado nie będzie już tak łatwo – odpowiedział.
- Mogę im pomóc – stwierdziłem.
- Bobru zaraz do was podejdzie. Poczekajcie na niego z jakimikolwiek akcjami. Bez odbioru – odrzucił urządzenie na bok – Dziękuje raz jeszcze za rozmowę. Wbrew pozorom potrzebowałem właśnie odpowiedzi na te pytania – odpowiedział tajemniczo. Chociaż sam chciałem go zapytać o parę rzeczy, rozmowa zaczynała mnie męczyć, a nie miałem siły na zagadki. Opuściłem laboratorium i mijając Korytarz Krzyków wyszedłem wkrótce na świeże powietrze. Przy wyjściu wpadłem na Giganta oraz Dymitra.
                Dołączyłem do nich nie zatrzymując się.
- Idziecie do bramy głównej? – zagadałem.
- A coś się dzieje? – odpowiedział pytaniem Gigant.
- Trupy. Spora grupa, Ben kazał się tym zająć.
- Spoko – odpowiedział Gigant i wspólnie przyspieszyliśmy kroku. Przed główną bramą zebrało się sporo ludzi. Wszyscy obserwowali ulicę, na której zaczęły już pojawiać się pierwsze trupy. Wśród ludzi od razu zauważyłem Garbusa, który podbiegł do nas.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytałem.
- Około czterdziestu trupów. Nie mamy pojęcia jak prześlizgnęły się taką grupą w tę część miasta – odpowiedział – Jakieś plany?
- Musimy ich odciągnąć poza mury obozu. Gigant będzie na pierwszej linii, a cała reszta będzie go osłaniać – zdążyliśmy podejść do pozostałych obrońców obozu – Potrzebuje dwójki ludzi, która pójdzie z nami na zewnątrz. Reszta będzie osłaniała nas z góry z pistoletami. Gdyby nas zaczęły otaczać strzelajcie, ale nie wcześniej! My postaramy się osłonić Karola, jeżeli coś pójdzie nie tak. Wszyscy rozumieją?
Przytaknęli. Dwójka mężczyzn, w charakterystycznych strojach strażników z Inowrocławia, zgłosiła się natychmiast.  Zadziałaliśmy natychmiastowo i zebraliśmy się przy wyjściu, gotowi na to, aż reszta zajmie pozycje na wieżyczkach, oraz przy bramie, żeby ją szybko otworzyć i zamknąć. Zerknąłem przez ramię i oprócz Giganta, Dymitra oraz dwójki strażników, w oczy rzucili mi się mieszkańcy, którzy obserwowali akcję z daleka. Nie umiałem wyczytać emocji na ich twarzach. Nie byli ani przestraszeni, ani uradowani. Patrzyli ze zmęczeniem na kolejną, normalną akcję.
- Gotowi? – zapytał Garbus zaciskając ręce na prętach bramy.
Kiwnąłem głową.
                Brama zajęczała gdy mężczyzna pociągnął za nią aby nas wypuścić. Odepchnąłem pierwszego trupa stojącego najbliżej i pewnym ruchem wbiłem mu nóż w gardło, odpychając kolejnego na bok. Wybiegliśmy na środek ulicy ustawiając się według planu. Poczułem ciarki na plecach, kiedy Gigant przesunął pochwę miecza, tak żeby go dobyć, a po chwili z świstem uwolnił ostrze. Było ostre i błyszczące srebrną poświatą księżyca. Gigant dbał o nie jak o przyjaciela. Po śmierci Szpiega nawet jeszcze bardziej. Odsunęliśmy się na około metr, żeby nie przeszkodzić mu podczas zamachu. Ostatnimi czasy widywałem jak Gigant trenuje walkę, przygotowując coraz to bardziej wymyślne cięcia, gotowy na każdą sytuacje. Tak zaczął swój taniec i teraz.
                Przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, zamachnął mieczem z góry, po czym zrobił piruet, prowadząc ostrze na wysokości głowy i czysto ścinając dwie głowy naraz. My dotrzymywaliśmy mu kroku trzymając się zawsze na bezpieczną odległość, ale on radził sobie doskonale. Odskakiwał, doskakiwał, wyprowadzał krótkie cięcia, a następnie przymierzał się do tych długich. Po około dziesięciu trupach, wszystkich zabitych w całkowicie bezbłędnym stylu, przestaliśmy za nim nadążać. Zdołałem nawet spojrzeć na mury Inowrocławia, na których strażnicy też opuścili bronie i z zainteresowaniem patrzyli na pokaz. Ludzie, którzy wcześniej żegnali nas ponurymi spojrzeniami, teraz stali za kratami bramy i chłonęli, jakże rzadką w tych czasach, rozrywkę.
                Trupy ginęły w zatrważającym tempie. Każdy kolejny świst miecza, uwalniał fontannę krwi i wiązał się z dźwiękami głucho uderzających o ziemię zwłok. Miecz początkowo błyszczący czystością, teraz wyróżniał się karmazynową barwą. W walce z trupami, szczególnie na otwartych terenach, Gigant nie miał sobie równych. Na pewno w ciaśniejszym pomieszczeniu miałby problem z manewrowaniem ogromnym mieczem, ale tutaj czuł się jak ryba w wodzie. Gdy na ulicy został ostatni trup, który był kierowany zaprogramowanym instynktem zabijania, wyglądał jakby zawahał się na chwilę nie wiedząc czy warto to ciągnąć dalej. Gigant oczywiście nie zatrzymywał się i zdając sobie sprawę z tego, że jest oglądany zamachnął się potężnie i przepołowił ostatniego przeciwnika na pół, od głowy do krocza. Następnie odwrócił się w naszą stronę i wycierając ociekające posoką ostrze uśmiechnął się.
- Wow – skomentował krótko jeden z strażników, który wciąż nie mogąc uwierzyć w to co zobaczył, wpatrywał się w Giganta. Podszedłem do niego i poklepałem go po plecach, dając znak, że wykonał kawał dobrej roboty. To był mój człowiek. Czułem dumę i bezpieczeństwo będą otoczony takimi właśnie ludźmi.
                Wróciliśmy w końcu do obozu. Brama została zamknięta, a ludzie powoli rozeszli się do swoich przyczep i domków. Ja także ruszyłem w stronę domku, który Ben przekazał nam na czas pobytu. Był to dwupiętrowy budynek, bardzo wygodnie umeblowany i w pełni zaopatrzony. Czuliśmy się dzięki temu wyjątkowo i bardzo mi to odpowiadało. Wygodne łóżka, dostęp do wody oraz elektryczność. Były to luksusy pierwszej klasy w aktualnych czasach. W salonie, który było położony tuż za drzwiami wejściowymi, siedziała prawie cała grupa. Pierwsza w oczy rzuciła mi się Ruda. Podbiegła ona do Dymitra, aby go przywitać. Rude włosy miała związane w warkocz, a w oczach było widać wesoły blask. Minąłem ich wraz z Gigantem aby znaleźć jakieś miejsce do siedzenia. Kanapa jednak była zajęta przez Łowcę, Medyka oraz Pablorda. Grali w karty popijając piwo. Jedynym nie pijącym był Medyk, który traktował swoją rolę w zespole wyjątkowo poważnie, przez co bał się, że w złym stanie przyjmie ewentualnego pacjenta.  Gigant klepnął mnie po plecach, po czym dosiadł się na fotel do Iki. Chociaż nie miałem jej okazji dobrze poznać, to nie miałem nic przeciwko jej obecności. Miała dużą wiedzę i na pewno była potrzebna do zarządzania żywnością i produkowania jej. Pamiętałem jak niedawno mieszkała przez jakiś czas na Drugim Posterunku, gdzie pomagała rozwinąć obóz Kapitanowi.
                Na uboczu przy oknie stał Krystek wraz z Mpd. Ten pierwszy palił, a drugi coś mu opowiadał. Widziałem znużenie na twarzy Krystka. Po śmierci Magdy nie widziałem uśmiechu na jego twarzy, a wiedziałem jak męczący potrafił być Mateusz.  Nie mi jednak było oceniać takie, a nie inne podejście Krystka. Pomimo paru mniejszych sukcesów ostatnie wydarzenia porządnie dały w kość. Nikt nie miał specjalnie dobrych humorów. Minąłem ich i podszedłem do ostatnich dwóch osób będących w domu – Łapy i Młodej. Siostry siedziały obok siebie i o czymś rozmawiały. Otworzyłem oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłem, że Łapa nie ma swojego charakterystycznego warkocza, a same, czarne włosy, sięgały jej zaledwie do ramion.
                Musiała  to zauważyć, bo uśmiechnęła się do mnie. Jej siostra spojrzała na mnie i zachichotała. Młoda po akcji w Płońsku stała się bardziej otwarta. Od Olafa słyszałem, że podobno pomogła im, zabijając jednego z Złomiarzy. Może w końcu ostatecznie planowała zaufać reszcie, tak jak ufała swojej siostrze.
- Skąd ta zmiana? – zapytałem.
- Wszyscy się zmieniamy, więc i ja coś w sobie zmieniłam – powiedziała tajemniczo.
- Tylko to?
- Nie – jej twarz spoważniała – Możemy porozmawiać?
- Jasne… tylko chwilkę. Chciałbym najpierw porozmawiać ze wszystkimi – nie czekając na jej odpowiedź odwróciłem się i wszedłem na stolik, na którym leżały karty. Nie musiałem długo czekać, aż w pokoju zapanowała cisza, a wszystkie oczy były zwrócone na mnie.
- Chciałbym wam zająć chwilę. Musimy ostatecznie doszlifować szczegóły. Przed jutrzejszym wyjazdem – mówiłem powoli, sam nie wiedząc w stu procentach, jak to rozegrać. Nie wiedziałem do końca z czym miałem do czynienia, a nie chciałem ustalać czegoś, czego nie byłem w stanie wykonać – Na początku chcę wam podziękować. To już ponad pół roku i chociaż znam niektórych z was dłużej, a niektórych krócej to jesteśmy teraz jedną grupą. I cholera, osiągnęliśmy zajebiście dużo. Ale nie mamy jeszcze swojego miejsca na ziemi. Płock może być tym miejscem. Jutro zacznie się nowy epizod w naszych życiach i to jak potoczą się najbliższe dni, zadecyduje o tym jak będzie wyglądał świat. Nasz świat.
                Wszyscy słuchali mnie z przeróżnymi emocjami wypisanymi na twarzach. Nie było widać jednak żadnych negatywnych aspektów w tej wystawie przeróżnych min. Uznałem to za dobry znak.
- Co prawda nie ma tutaj wszystkich, ale Rekin dołączy do nas za jakiś czas, a z Józefem porozmawiam w stosownym momencie. Przechodząc jednak do sedna – kiedyś, za czasów Królowego Mostu, kiedy mieszkałem tam i nie rozumiałem jeszcze do końca zasad panujących światem zaatakowała nas grupa. Rozbili nas kompletnie i cudem odnaleźliśmy się w Toruniu. Moi przyjaciele skojarzyli moje wcześniejsze słowa i poszli właśnie tam, dzięki czemu są tu dzisiaj u mojego boku. To było szczęście. Nie możemy jednak na nie zawsze liczyć, więc chciałbym ustalić oficjalny punkt zbiórki w razie problemów. Nie znam terenów, na które się udajemy, więc powiedzmy, że ci, którzy w jakikolwiek sposób się odłączą postarają się wrócić tutaj, lub do obozu Feline. To będzie najlepsze wyjście. Ktoś ma jakieś za lub przeciw? – zrobiłem pauzę, ale ponownie nie spotkałem się z żadnym sprzeciwem – Cieszę się. Chciałbym wam też powiedzieć, że przez ostatnie miesiące – tutaj odkaszlnąłem, bo głos zaczął się robić chrapliwy – miałem różne podejście do życia i innych ocalałych. Raz byłem do nich przyjaźnie nastawiony i płaciłem za to wysoką cenę, a innym razem byłem zły i ostrożny, co spowodowało, że straciłem wiele szans. Chociaż może się wam to wydawać niedobre, wolałem być twardy. Nie dawać szans na podejście, póki nie byłem pewien, że dana osoba jest dobra. Teraz jednak odbudowujemy cywilizacje. To ciężka i niebezpieczna misja, ale nie wykonamy jej sami. Nawet z obozami Dziary oraz Bena i Feline. Musimy zbierać ludzi. Zbudować społeczeństwo i to wszystko odnowić. Dlatego ostrożnie podchodźcie do ocalałych i starajcie się ich przekonywać, a nie zabijać. To właśnie tego aktualnie potrzebujemy – po tych słowach zrobiłem krótką pauzę i zszedłem ze stołu. Cała grupa zaczęła bić brawo, a ja poczułem dreszcz, który czułem często w takich sytuacjach. Dreszcz podniecenia i dumy. Emocjonowałem się takimi sytuacjami, które zazwyczaj człowiek przeżywał raz na rok, albo oglądając na ekranach telewizora. Teraz było ich dużo. Przemieszanych z walką.
                W tym momencie drzwi do domu się otworzyły i wszedł Józef. Przywitałem go uściskiem dłoni.
- Gotowy do jutrzejszej podróży? – zapytałem.
- Jak nigdy – odpowiedział pogodnie.
- Znakomicie. Odpoczywaj. Kolejne dni będą ciężkie, potrzebuje was w jak najlepszej formie.
- Tak zrobię – zapewnił mnie, po czym ruszył schodami na górę, gdzie były sypialnie. Ja dzieliłem swoją z Łapą oraz Młodą. Dziewczynom oddałem łóżko, a sam spałem na materacu na podłodze. Odkąd jednak byliśmy w Inowrocławiu często budziłem się z rana, a Łapa leżała przy mnie, zostawiając siostrę na łóżku.
                Chcąc jak najbardziej odpocząć zamierzałem udać się na górę, kiedy przypomniałem sobie, że Łapa coś ode mnie chciała. Podszedłem do niej. Jej dolna warga drgała i pocierała nerwowo rękoma, wiedziałem, że temat rozmowy nie będzie przyjemny. Złapała mnie za dłoń i poprowadziła w głąb domu, do kuchni, którą teraz nazwałbym raczej spiżarnią, bo jedzenie było wszędzie. Ben nie był fanem przetrzymywania żywności w jednym miejscu, bał się, że jeden pożar może zniszczyć całe zapasy, wiec rozłożył ją pomiędzy domami. Był to całkiem mądry ruch. Łapa odsunęła pudło pełne konserw i usiadła na blacie stołu kuchennego. Spojrzała mi w oczy.
- Ostatnio sporo myślałam. O wszystkim, o tym jak ukształtował mnie ojciec i ten świat. Później poznałam was i krótko mówiąc spierdoliliście mnie – powiedziała to łagodnym głosem, wiedziałem, że próbuje rozładować własne napięcie takimi powiedzonkami i losowo wrzuconymi przekleństwami – Wpłynęło to na mnie i to nie byłe jak. Nigdy nie będę taka jak Ruda czy Ika, ale chcę się zmienić. Być bardziej ludzka.
                Przełknąłem ślinę. Kto by się spodziewał, powiedziałem w myślach. Łapa zachowywała się dziwnie. Rzeczywiście stała się bardziej ludzka, szczególnie po powrocie z Płońska. Lubiłem jej dzikość i charakter, ale czułem, że jakby była bardziej łagodna, szczególnie dla pozostałych ludzi to mogłaby być jeszcze ciekawszą osobą. Nie byłem pewien, czy jest do tego zdolna, ale już po tych słowach wiedziałem, że próbuje. Nie przychodziło to jej z łatwością, ale realnie wpłynąłem na jej charakter. To znaczyło dla mnie więcej niż przemówienie, które zostało nagrodzone oklaskami. Więcej niż wszystko.
- Dlatego muszę naprawić swoje błędy. Dotychczas olewałam ten bagaż, który nosiłam ze sobą. Zabijałam kolejnych ludzi, okaleczyłam nawet brata Erniego. Zrobiłam wiele złych rzeczy. Szczególnie tobie. Zawsze byłam głupią suką – jej głos zaczął się załamywać, ale patrzyła na mnie dzielnie.
- Właśnie taką cię polubiłem. Byłaś i jesteś niesamowita Łapo – odpowiedziałem ciepłym głosem.
- Aleksandro – poprawiła mnie. Otworzyłem szeroko usta ze zdziwienia. Nim myśl zdołała dotrzeć do głowy i zagnieździć się tam do zanalizowania, odezwała się ponownie – To moje imię. Nie używałam go. Nie nazywała mnie tak nawet moja siostra. Czas na cholerne zmiany. Nie chcę być zapamiętana jako Łapa. Ostatnią osobą, która nazywała mnie po imieniu był mój ojciec. Czas żeby inne osoby mnie poznały z tej strony.
                Nie wiedziałem co powiedzieć. W końcu zdołałem wykrztusić.
- To… ładne imię…
Westchnęła.
- Muszę ci powiedzieć coś bardzo… ważnego – powiedziała po chwilowej pauzie.
- Co takiego? – zapytałem znowu, nie rozumiejąc do czego dąży ta rozmowa. Obserwowałem jak Ola próbuje coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mogła wykrztusić słowa. To musiało być dla niej trudne. W końcu przytuliła mnie. Poczułem zapach jej włosów, poczułem ciepło jej twarzy. Drżała. Chciałem ją pocieszyć, ale nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem jej przekazać nieco uczuć, ale bałem się jak na to zareaguje. Zazwyczaj nie lubiła większych emocjonalnych więzi. Chociaż była ze mną, nigdy nie traktowała naszej więzi emocjonalnie. Bardziej rzeczowo. Bałem się pomyśleć, co by było gdyby powiedział jej teraz, że ją kocham. Ale może właśnie teraz był odpowiedni moment. Otworzyłem usta i zacząłem:
- Koch…
- To ja zabiłam Natalię – powiedziała słabym głosem, jakby umierała. Chociaż powiedziała to niewiele głośniej od szeptu, jej słowa rozeszły się po moim ciele, jakby były wykrzykiwane mi prosto do ucha. Znieruchomiałem.

piątek, 11 marca 2016

Rozdział 1: Zły dzień

No i mamy wielki powrót. Co prawda nie jest to kontynuacja przygód Bobra, ale coś równie ważnego dla historii. Poznacie teraz dokładniej ojca Łapy, faceta po czterdziestce o imieniu Wiktor. Dowiecie się jak trafił do Supraśla, jak został dowódca tamtejszej ludności, co przeskrobał, że córki go nienawidzą i wiele więcej. W tym rozdziale zobaczycie sam początek Apokalipsy. W tym samym czasie Bobru odbija znajomych ze szkoły, a następnie szuka transportu do Królowego Mostu. Zapraszam do czytania :)

---------------------------------------------

Rozdział 1: Zły dzień


                Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu prawie natychmiast. Była siódma rano. Kolejny podły dzień właśnie się rozpoczynał. Chociaż słońce na niebie zapowiadało całkiem przyjemną pogodę, to nie widziałem w tym żadnych plusów. Byłem facetem po czterdziestce, któremu wiele rzeczy w życiu nie wyszło. Zaczynając od nędznej pracy przewodnika po mieście Białystok, kończąc na zmarłej parę lat temu żonie i dwójce córek, które nienawidziły mnie od jakiegoś czasu. Właściwie geneza tej nienawiści była mi bliżej nie znana. Wydawało mi się, że zapewniałem im wszystko, co mogłem, ale one wciąż z dnia na dzień wydawały się ode mnie oddalać.
                Wstałem i pierwsze co zrobiłem to podszedłem do pokoju córek, żeby je obudzić do szkoły. Starsza miała prawie dziewiętnaście lat, a młodsza skończyła parę tygodni temu piętnaście. Były zupełnie różnymi osobami. Starsza była zadziorna, chamska, wszędzie musiała być pierwsza i najlepsza i w żadnym wypadku nie bała się niczego. Swoją agresję, zarówno psychiczna jak i fizyczną często wyładowywała na mnie. Nigdy nie uderzyłem moich córek, ale zdarzało mi się tracić panowanie i wymierzać naprawdę surowe kary. Młodsza nie sprawiała za to żadnych kłopotów. Wydawało mi się, że była kompletnym przeciwieństwem swojej siostry – cicha, zamknięta w sobie, czasami miałem wrażenie jakby nie zdążyła jeszcze dojrzeć, bo nieraz widywałem jak oglądała bajki, na naszym starym telewizorze, albo bawiła się lalkami. Nie odzywała się praktycznie do nikogo z wyjątkiem Łapy. Przynajmniej to mi się udało, uśmiechnąłem się do siebie w myślach.
                Gdy zobaczyłem, że obie zaczęły ścielić łóżka, poszedłem do łazienki. Przetarłem brudne lustro i spojrzałem na swoją twarz,  nędznie oświetloną energooszczędną żarówką. Nie byłem żadnym przystojniakiem, ale nie uważałem się też za kogoś brzydkiego. Miałem raczej pospolitą twarz, krótkie włosy i niewielki zarost. Postanowiłem zająć się tym ostatnim i wyjąłem golarkę, która kupiłem na aukcji Internetowej parę miesięcy temu, po czym ogoliłem się dokładnie. Ludzie jakoś niespecjalnie lubili przewodników, których twarz przypominała owłosionego goryla.
                Spojrzałem na zegarek i zauważyłem, że jest już kwadrans po siódmej. Opuściłem łazienkę zwalniając ją Monice i zajrzałem do pokoju, żeby sprawdzić, co z drugą córką. Siedziała na łóżku, w krótkich spodenkach do spania i długiej koszulce z dziwnym nadrukiem. Oba elementy stroju były czarne.
- Co jest z tobą dziewczyno? Zaraz się spóźnisz na autobus – powiedziałem.
- Nie panikuj tak, wiem co robię – odgryzła się tonem, którego nienawidziłem, a do którego byłem już dobrze przyzwyczajony.
Podszedłem do niej bliżej.
- Nie zdałaś już raz w klasie maturalnej, nie możesz sobie zostawać teraz w domu – powiedziałem stanowczym tonem, co ona kompletnie zignorowała – Do ciebie mówię! – położyłem jej rękę na ramieniu, żeby nią potrząsnąć, a ta zerwała się niczym spłoszony kot i krzyknęła.
- Nie dotykaj mnie, bo połamię ci te paluchy – syknęła. Normalnego ojca, normalnej córki pewnie to by załamało, albo doprowadziło do białej gorączki, ale ja byłem już przyzwyczajony.
- Nie wygłupiaj się. Idź do tej cholernej szkoły – powiedziałem kończąc dyskusję i wychodząc z pokoju. Musiałem się pospieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy. Ubrałem się prędko w koszulę oraz wygodne spodnie, a na to nałożyłem sztruksową marynarkę. Zgarnąłem ze stołu klucze, portfel oraz dokumenty i wyszedłem rzucając nieśmiałe „cześć” do córek.
                Opuściłem blok, w którym mieszkaliśmy i skierowałem swoje kroki w stronę przystanku autobusowego. Ranki zawsze były spokojne w tej okolicy. Mieszkaliśmy na dosyć małym osiedlu, na obrzeżach miasta. Do pracy dojeżdżałem najczęściej komunikacją miejską, ale czasami wolałem się przespacerować. Dzisiaj wybrałem pierwszą opcję i gdy tylko dotarłem na miejsce spojrzałem na zegarek i na rozkład jazdy. Do najbliższego autobusu musiałem poczekać pięć minut. Usiadłem wygodnie na ławce i starając się nie myśląc o niczym rozejrzałem się po okolicy. Przystanek był jedynym zabudowaniem po tej stronie ulicy. Za moimi plecami był park, a przede mną cała masa sklepików, barów i innych, podobnych budynków.
                Miasto powoli budziło się do życia. Według e-maila, który dostałem wczorajszego wieczora, miałem stawić się o godzinie ósmej do biura, gdzie miała podjechać po mnie wycieczka turystów z Krakowa. Gdy zobaczyłem z daleka nadjeżdżający autobus w oczy rzuciła mi się karetka na sygnale, która bez problemu go wyprzedziła i zaczęła się powoli zatrzymywać po drugiej stronie ulicy, wjeżdżając w uliczkę boczną. Zdziwiony zacząłem się rozglądać, żeby dojrzeć czy gdzieś coś się stało i wtedy zauważyłem, że niedaleko sklepu mięsnego stała grupka przechodniów pochylona nad dwoma ludźmi. Jeden wydawał się być nieprzytomny, a drugi trzymał się za zakrwawioną rękę. Pewnie żule się pocięły o resztę gorzały, pomyślałem i wsiadłem bez zastanowienia do prawie pustego autobusu.
                Oprócz mnie oraz kierowcy, siedziały tylko trzy kobiety, nieco starsze ode mnie. Usiadłem kawałek za nimi i odetchnąłem. Autobus szybko ruszył przed siebie, nawet nie zdążyłem się obejrzeć i spojrzeć, co dzieje się pod tym sklepem. Nie szukałem raczej sensacji, bo w swoim życiu doświadczyłem już wystarczającej ilości tragedii, ale warto jednak było wiedzieć, co dzieje się w pobliżu.  Z rozmyślań wybił mnie głos kobiet rozmawiających o czymś z ekscytacją.
- Mówię cię prawdę! Ugryzł go po prostu! Jak zwierzę! – obruszyła się jedna z nich, z dużym, okrągłym kapeluszem na głowie.
- Ćśśś! – syknęła siedząca obok niej koleżanka z buraczkowymi włosami.
- Ja nadal nie wierzę w takie bajki. Za dużo telewizji się naoglądałaś – stwierdziła trzecia kobieta, z wyjątkowo skrzeczącym głosem.
- W przeciwieństwie o twoich historiach o mężu, który ratuje ludzi to jest prawda – odgryzła się kapelusznica. Widok twarzy Skrzeczącej był tak komiczny, że aż wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Kłótnia była na tyle komiczna, że z chęcią bym posłuchał jej dłużej, ale autobus właśnie dojechał do mojego przystanku i musiałem wysiadać.
                Zdziwiło mnie, że w centrum ruch był ogromny, pomimo tak wczesnej godziny. Rozumiałem ludzi, którzy szli do pracy, ale teraz było ich znacznie więcej. Zobaczyłem radiowozy policyjne stojące niedaleko skrzyżowania. Z jednej strony kontrolowali ruch, ale z drugiej rozglądali się niespokojnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy dzisiejsza data oznaczała coś szczególnego, ale nie mogłem sobie przypomnieć. Może wizyta jakiegoś ważnego gościa, zastanawiałem się idąc w stronę biura.
                Wszedłem do środka i udałem się natychmiastowo do gabinetu szefa. Ku mojemu zaskoczeniu nie było go w środku, za to stało tam dwóch moich znajomych – Rafał oraz Krzysiek. Przywitałem się z nimi i włączyłem do rozmowy.
- Gdzie jest szef? – zapytałem.
- Podobno dzisiaj go nie będzie, ale zostawił nam grupy turystów, które dzisiaj będziemy musieli oprowadzić – powiedział starszy ode mnie Rafał, machając kartkami.
- Wiadomo dlaczego?
- Przez tę zarazę, mówię wam – włączył się Krzysiek, który był zdecydowanie młodszy od nas i zawsze miał opinię łatwowiernego i wierzącego w dziwne rzeczy. Tym razem jednak zaciekawił mnie.
- Zarazę? – upewniłem się, że dobrze usłyszałem.
- Tak… Podobno zaczęła panować dziwna zaraz przez którą umarli wstają z grobów, wiesz jak w tych serialach z… - rozpędził się, ale przerwał mu stanowczo Rafał.
- Krzychu skończ pierdolić. Po prostu szef nie mógł przyjść i tyle. Dzień jest trochę szalony, ale nie ma mowy o żadnych szkieletach czy innych potworach. Naprawdę zastanów się co ględzisz młody – skarcił go.
- Mniejsza. Gdzie jest moja lista? – zapytałem.
- Tutaj. Autokary zaraz podjadą, więc lepiej się zbierajmy – zaproponował Rafał podając mi listę.
                Podziękowałem mu i już miałem opuszczać biuro, kiedy nagle usłyszeliśmy pukanie i przez drzwi przeszedł policjant. Nie był to byle jaki policjant, ponieważ był to mój dobry znajomy Patryk. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, co on tu robił, ale po chwili, gdy zobaczyłem dwie postacie wchodzące za nim zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- Gdzie były? – zapytałem, witając się z nim.
- Na garażach niedaleko. Podejrzewam, że powinny być w szkole – powiedział. Monika patrzyła w swoje stopy, ewidentnie zawstydzona i wystraszona, ale moja starsza córka spoglądała wprost w moje oczy.  Widziałem w nich pogardę i złość.
- Dziękuje. Zajmę się nimi – powiedziałem. Patryk odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy w głowie pojawiło mi się inne, ważne pytanie – Hej, wiesz może co się dzieje w mieście? Wszędzie pełno policji, jeżdżą karetki, trochę to wszystko niepokojące.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą – zapewnił mnie i uśmiechnął się szczerze – Trzym się.
                Po chwili zostałem w biurze sam z córkami.
- Rozumiem, że jeżeli nie odwiozę was sam do szkoły, to nie pójdziecie w ogóle? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że nie uzyskam odpowiedzi – Dobra, nie mam zresztą na to czasu. Chodźcie ze mną, ale zachowujcie się przy turystach – postanowiłem. W sumie sam nie wiedziałem, co mną kierowało, dlaczego po prostu nie wysłałem ich do szkoły. Był to jakiś instynkt. Czułem ogólnie panujący niepokój, nawet pomimo słów Patryka.
                Wyszliśmy z mojego biura i podeszliśmy na parking obok, gdzie już czekał na nas autokar. Wsiedliśmy do środka i przywitała nas grupka turystów z południa Polski, przede wszystkim Krakowa. Posadziłem córki przy moim siedzeniu, a sam dałem znak kierowcy żeby startował i wziąłem do ręki megafon. Przełączyłem przycisk i powiedziałem spokojnym głosem:
- Witamy w autokarze firmy Zabytkowe Miasta! Nazywam się Wiktor i pokaże państwu najpiękniejsze i najbardziej niesamowite zabytki i miejsca w naszym mieście i okolicach. Proszę się wygodnie rozsiąść ponieważ zaczniemy wycieczkę od pięknego monasteru w Supraślu!
Grupa niczym szczególnym się nie wyróżniała. Było sporo mężczyzn, ale też trochę kobiet. Naliczyłem zaledwie dwójkę dzieci i nikogo, kto wyglądał na wyraźnie starszego ode mnie. Autokar ruszył, a ja spojrzałem na zegarek. Wybiła godzina ósma dwadzieścia.
                W mieście był naprawdę duży ruch, przez co, zanim dojechaliśmy do obrzeży dochodziła już dziewiąta. Działy się naprawdę dziwne rzeczy, które sprawiały, że najchętniej wróciłbym do domu wraz z moimi córkami. Te siedziały najwyraźniej zaciekawione tym co się dzieje. W radiu podawano dziwne komunikaty, o chorobie, która rozprzestrzenia się po kraju. Nawet białostockie stacje nie odbierały dobrze sygnału, więc nie mogłem usłyszeć całego przekazu, ale coś było nie tak. Uspokajałem wycieczkę przez megafon, przy okazji opowiadając o historii powstania miasta. Znałem ją na pamięć. Co i rusz mijaliśmy wozy policyjne, a raz nawet wojskowy. Wszystkie jechały do centrum. Zastanawiałem się, co się mogło dziać. Poza tymi dziwnymi audycjami radiowymi oraz służbami porządku i zmożonym ruchem nie widać było żadnej różnicy. Za oknami chodzili ludzie, słońce świeciło, a niebo było czyste.
                Dopiero na wyjeździe z miasta poczułem strach. Stały tam trzy radiowozy, które zatrzymywały każdy wyjeżdżający samochód. Stworzył się korek, ale całe szczęście byliśmy już blisko „bramki kontrolnej”. Dojechaliśmy na miejsce i kierowca zatrzymał autobus. Wysiadłem i podszedłem do policjantów. Widziałem na ich twarzy prawdziwy strach, ukryty pod fałszywymi twarzami, udającymi, że wszystko jest pod kontrolą. Lubiłem w wolnych chwilach oglądać telewizję i nie raz widziałem takie fałszywe maski, które ludzie ubierali żeby zwyczajnie schować emocje. Znałem się na tym. Kolejny faktem, który sprawiał, że sytuacja wyglądała coraz gorzej była broń, którą policjanci mieli wyciągniętą. Mimo tego wszystkiego starałem się zachować spokój i podszedłem do jednego z wozów, gdzie stało trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy w mundurach.
- Proszę natychmiast wracać do centrum – powiedziała policjantka – Tylko tam będzie pan bezpieczny.
- Przepraszam, ale dalej nie wiem, co się dzieje. Mogłaby mi pani to wytłumaczyć? Coś się stało? Czy to atak terrorystyczny? – próbowałem zachować spokój, ale denerwowała mnie już ta niewiedza.
- Nie. Coś znacznie gorszego. W mieście są organizowane masowe ewakuacje, wszystko pod kontrolą policji oraz wojska. Nie radzilibyśmy panu jechać tym autobusem samemu. To zbyt niebezpieczne – wytłumaczył jeden z policjantów.
- Co się dzieje?! – zapytałem już naprawdę zdenerwowany. Krótkofalówki policjantów wariowały od różnych komunikatów, których nie dało się już rozróżnić, z powodu ich ilości. Do tego nagle powietrze przeszył przeciągły dźwięk. Dźwięk syreny alarmowej. Usłyszałem krzyki i ledwo zdążyłem się obrócić, a zobaczyłem prawdziwe piekło. Samochody zaczęły się przebijać przez inne, byle tylko uciec z korka i wyjechać czym prędzej z miasta. Inne z kolei stały. Pomiędzy samochodami chodzili ludzie, którzy chcieli podejść tutaj i dowiedzieć się, co się dzieje, ale po usłyszeniu syreny i ryku silników aut zaczęli uciekać w różne strony.
                Nie wiedziałem, co robić i chciałem zapytać o coś jeszcze policjantów, ale Ci już biegli w stronę tłumu z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z samochodów przebił się już prawie przez cały korek i pomimo tego, ze wyglądał jakby przeżył zderzenie czołowe, wyjechał i zaczął jechać prosto w naszą stronę. Instynktownie odskoczyłem na bok i twardo upadłem na prawą rękę. Policjanci przede mną nie mieli tego szczęścia. Czarny samochód terenowy przyspieszył i z całym impetem staranował czwórkę mundurowych. Odrzut był tak duży, że ciała wyleciały do góry i pospadały w różnych miejscach. Tuż obok mnie upadła policjantka, z którą rozmawiałem. Z jej ust wyciekała strużka krwi, a rękę miała wygiętą pod bardzo dziwnym kątem. Z początku sparaliżował mnie strach. Oddychałem szybko i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Samochody zaczęły jeździć i wtedy przypomniałem sobie o autobusie. Musiałem do niego wrócić, tam było bezpieczniej i były tam moje córki.     
                Podniosłem się ciężko i prawie natychmiast o coś potknąłem. Był to pistolet policjantki. Podniosłem go drżącą dłonią i wymijają resztki policjantów pobiegłem do autobusu. Twarz kierowcy wyrażała głęboką ulgę, gdy tylko mnie zobaczył.
- Już myślałem, że pan nie żyje. Mieliśmy właśnie odjeżdżać – powiedział.
- Dzię… dziękuje – wysapałem.
Wokół nas panował ogólny chaos. Samochody próbowały zarówno się cofać jak i jechać do przodu. Ludzie wybiegali i zaczęli uciekać, a inni wracali pospiesznie do aut próbując znaleźć chociaż jedno bezpieczne miejsce. Przed nami jednak było czysto, więc kiedy tylko wsiadłem kierowca dodał gazu i ruszył do przodu. Wyjechaliśmy na w miarę pustą szosę. Mijali nas inni kierowcy, którzy w znacznie szybszych samochodach gnali przed siebie.
                W autobusie sytuacja też była niespokojna. Ludzie wyglądali za okna, rozmawiali ze sobą, a także wyciągali telefony, którymi kontaktowali się z bliskimi. Wziąłem megafon w rękę.
- Uwaga pasażerowie! Wiem, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale musimy zachować teraz spokój. Jeżeli panika wybuchnie na pokładzie, możemy z tego nie wyjść cali. Jak odjedziemy kawałek od miasta zrobimy postój i na spokojnie dowiem się, co się dzieje w mieście. Teraz jednak proszę o ciszę – powiedziałem najspokojniej jak umiałem, chociaż gardło ścisnęło mi się niebezpiecznie i wiele słów brzmiało jak zwykłe charczenie. Sytuacja jednak została opanowana. Na tym pokładzie byli naprawdę wytrzymali psychicznie ludzie. Nawet dzieci siedziały cicho i starały się nie przeszkadzać wtulone w swoich rodziców.
                Podszedłem do kierowcy.
- Znasz jakieś ustronne miejsce, z dala od głównych dróg, gdzie będziemy mogli zrobić postój przed Supraślem? – zapytałem.
- Nie wiem, co z moją rodziną… gdzie oni teraz mogą być – wyszeptał jakby sam do siebie kierowca.
- Hej! Zostań z nami. Musisz nas bezpiecznie dowieść, stamtąd wszystkiego się dowiemy! – krzyknąłem.
Wiedziałem, że był przerażony. Zresztą nie on jeden. Wszyscy się bali. Coś złego działo się w mieście. Ludzie chcieli uciekać. O co mogło chodzić?
                Po dziesięciu minutach zjechaliśmy na piaskową drogę prowadzącą w las. Zatrzymaliśmy autobus i wysiedliśmy powoli. Jeden z pasażerów, pomagał mi uspokajać ludzi. Uderzyły w nas barwy jesieni. Pod nogami szeleściły czerwone, żółte oraz brązowe liście, a drzewa bez przerwy dorzucały kolejne. Słońce oświetlało całą scenerię, tworząc istną fontannę odbijających się barw. To wszystko kompletnie nie pasowało, do tego, co się działo. Pasażerowie rozeszli się po polanie, próbując złapać sygnał. Nagle podeszła do mnie starsza córka.
- Wracam do miasta. Pilnuj młodej – powiedziała, po czym odwróciła się.
- Nie ma mowy. Trzymamy się razem, przynajmniej, póki nie dowiemy się, co się dzieje – powiedziałem do niej stanowczo.
- Nic się nie dzieje. Pewnie jakieś wybuchy paniki, za parę godzin będzie spokojnie – zapewniła mnie, nie zatrzymując się. Podbiegłem za nią i pociągnąłem ją za bark.
- Zostaniesz z siostrą i ze mną. Nie chcę słyszeć nic innego – powiedziałem. Jej oczy zabłysły nienawiścią.
- Nie możesz mnie tu zatrzymać – syknęła.
- Ale twoja siostra może – postanowiłem podejść ją sposobem – Jeżeli odejdziesz, odjedziemy bez niej.
- Nie zrobisz tego! – krzyknęła.
- Tylko jeżeli nie odejdziesz – również podniosłem głos.
                Musiałem być naprawdę kiepskim ojcem, bo uwierzyła, że byłbym w stanie to zrobić. Fuknęła i poszła w kierunku siostry. Próbowałem dodzwonić się do służb porządkowych, albo przyjaciół, ale moja komórka nie miała zasięgu. Byliśmy w ponad trzydziestoosobowej grupie i nikt nie mógł wykonać telefonu. Po wielu nieudanych próbach, zebrałem ponownie wszystkich pasażerów i tym razem bez megafonu, przemówiłem.
- Słuchajcie moi drodzy. Jak zauważyliście nasze telefony nie mają zasięgu. Myślę jednak, że nie warto ryzykować powrotu do miasta, póki choć trochę nie przeczekamy tego, co tu się dzieje. Wiem, że martwicie się o swoje rodziny, ale podejrzewam, że to co się dzieje obejmuje tylko Białystok. Poczekajmy tutaj, w bezpiecznej grupie i próbujmy nadal nawiązać kontakt. Jak komuś się uda, wtedy postanowimy co dalej. A teraz prosiłbym was, żebyście się nie oddalali.
Tym razem spotkałem się z paroma pytaniami, ale niestety nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Ludzie zastanawiali się, co robić. Niektórzy dzwonili, inni siedzieli i rozmawiali z innymi pasażerami, a jeszcze inni chodzili w te i w tamtą, próbując coś wymyśleć.
                Ja należałem do tej drugiej grupy. Siedziałem wraz z kierowcą, oraz dwoma pasażerami, Karolem i Michałem, próbując coś wymyślić. Jako jedyni z całej grupy wydawali się być spokojni, a przynajmniej takich sprawiali wrażenie.
- To dziwne, sygnał niby jest, ale dodzwonić się nie da – zastanawiał się na głos Karol.
- Czyli po prostu go nie ma – podsumował Michał.
- Nie możemy zostać w tym lesie do końca. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje, gdzie są organizowane jakieś pomoce dla mieszkańców, gdzieś musi być policja lub wojsko – włączył się do rozmowy kierowca.
                Nagle, pomimo sporego hałasu jaki panował na drodze, usłyszeliśmy dźwięk silnika. Ludzie zrywali się z miejsc nie wiedząc czy uciekać, czy zostawać i zobaczyć kto jedzie. Nie mieli jednak zbyt dużo czasu na reakcje. Po drodze przemknął samochód. Minął nas jakby nigdy nic i po około dwudziestu metrach zjechał na pobocze prosto w krzaki.
- Proszę zostać tutaj, my to sprawdzimy – krzyknąłem do ludzi, którzy z ciekawością zaczęli iść w stronę auta. Ruszyłem w jego stronę, a Karol i Michał poszli za mną. Kierowca nie był do końca przekonany, więc został z tyłu oparty o autobus. Z samochodu nikt nie wysiadał, choć było słychać dziwne tłuczenie w środku. Czułem lekki niepokój zbliżając się do auta, ale przypomniałem sobie o pistolecie, który znalazłem wcześniej. Zatrzymałem się, a moi towarzysze spojrzeli na mnie zaciekawieni. Pistolet był ciężki, ale pewnie leżał mi w ręce. Poszukałem lekko zdrętwiałymi palcami blokady i zwolniłem ją. Broń była gotowa do użycia.
                Podeszliśmy jeszcze bliżej. Szyby były brudne i nie było widać tego, co się dzieje w środku auta, ale odgłosy były wielce niepokojące. Zapukałem w szybę i podniosłem głos.
- Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
Hałas ustał dosłownie na sekundę. Po chwili zakrwawiona dłoń uderzyła w szybę, a następnie zaczęła walić jak popadnie, tworząc dziwny, nienaturalny rytm.
- Cholera jest ranny! – syknąłem. Karol zareagował przede mną i podszedł do drzwi próbując je otworzyć. Usłyszeliśmy szumy i głosy. Kierowca auta wypadł z niego na ziemię, wywracając przy okazji Karola. Odsunąłem się razem z Michałem odruchowo, ale po chwili nie pożałowałem tej decyzji.
                Coś było nie tak z tym człowiekiem. Gdy Karol próbował go zepchnąć z siebie, ten ugryzł go. Nie było to jednak zwykłe ugryzienie. Kierowca wgryzł się do krwi i pociągnął, jakby próbował oderwać mu rękę. Karol krzyknął przeciągle.
- Pomocy, kurwa!
Michał wyraźnie chciał pomóc, ale nie wiedział, jak się za to zabrać. Ja zareagowałem prawie natychmiast. Zamachnąłem się i kopnąłem z całej siły dziwnego człowieka. Trafiłem butem prosto w usta. Musiałem mu połamać zęby. Gryzoń osunął się do tyłu. Po jego twarzy spływała krew, ale, ku mojemu zdziwieniu, był nadal przytomny. Było to dosyć imponujące jak na kogoś, kto właśnie dostał potężny kopniak prosto w głowę. Co jednak zdziwiło mnie bardziej to oczy mężczyzny. Były puste, wydawały się być wręcz nienaturalnie blade, jakby straciły cały blask i ciepło.
                Mutant poderwał się i próbował znowu zaatakować Karola, ale nie zdążył. Zraniony zdołał się już odczołgać, a ja poprawiłem kopniaka, będąc pewnym, że to wystarczy. Niestety, ponownie byłem w błędzie.  Ludzie z tyłu zaczęli się poważnie martwić całą sytuacją, ale ja dalej skupiałem się na zagrożeniu.
- Czemu… nie… giniesz… ty… pieprzony… potworze!? – każdy kolejny cios, który zadawałem wydawał się nie robić żadnego wrażenia na moim przeciwniku. Widać było połamany nos, krew wręcz zalewała mu twarz, ale ten wciąż się ruszał i dawał oznaki tego, że najwyraźniej dalej chce walczyć. Ręka bolała mnie od zadawanych ciosów. Karol leżał obok i próbował zatamować krwawienie zerwaną na szybką bluzą, a w tym samym czasie Michał patrzył na całą sytuację przerażony.
                Nagle do mojej głowy wpadł pomysł. Bałem się rezultatów tego, co zrobię, ale dzisiejszy dzień był na tyle dziwny, że nawet się nie zawahałem. Wyciągnąłem odbezpieczony pistolet z kieszeni i wymierzyłem w głowę człowieka, który wciąż patrzył na mnie nieobecnym spojrzeniem. Na jego zakrwawionej twarzy nie zauważyłem nawet drobnych oznak strachu, czy jakiejkolwiek innej reakcji na to co się działo. Wiedziałem, że nie mogę się teraz zawahać. Musiałem uchronić tych ludzi i samego siebie. Cokolwiek było nie tak z tym człowiekiem, który czołgał się teraz powoli w moją stronę, musiało być jakąś chorobą. Przez myśl przeszły mi słowa, które usłyszałem w biurze. Słowa o zarazie, która rozprzestrzenia się i sprawia, że ludzie umierają, ale pomimo tego nadal się poruszają. Głęboko w to wierząc pociągnąłem za spust.
                Odrzut z broni zachwiał mną, ale nie upadłem. Nie spodziewałem się tak mocnego pociągnięcia.  Pocisk trafił idealnie w miejsce tuż nad nosem. Usłyszałem dźwięk nie do opisania, gdy kula przechodziła przez czaszkę. To było naprawdę przerażające. Z tyłu za mną usłyszałem serię krzyków osób, które najwyraźniej nie pochwalały mojego pomysłu. Zrobiłem jednak to co musiałem. Strzał w głowę załatwił sprawę. Mutant upadł i zadrgał po raz ostatni. Nie ruszał się już. Przetarłem pot, który nie wiadomo kiedy pojawił się na moim czole, po czym podszedłem do Karola.
- Musisz to jak najszybciej opatrzeć – poradziłem – Może gdzieś w tym samochodzie będzie apteczka.
- Nie ma żadnej w autobusie? – zapytał ze zdziwieniem Michał.
- Wątpię – odpowiedziałem krótko i spojrzałem w stronę obserwującego akcję tłumu – Byłoby dobrze, gdybyś do nich poszedł i wytłumaczył co się stało. Jak zacznie się panika to jesteśmy zgubieni.
Michał przytaknął po chwili i odszedł w stronę reszty. Karol podniósł się z trudem i podszedł do bagażnika.
                Zajrzałem do środka auta w poszukiwaniu dźwigni zwalniającej zamek w bagażniku lub kluczyka. Wypatrzyłem te drugie w stacyjce i sięgnąłem, kiedy usłyszałem dziwny trzask. Już miałem się odwracać z przerażeniem, myśląc, że to mój przeciwnik, który jednak jakimś cudem przetrwał strzał, ale zdałem sobie sprawę, że dziwne dźwięki dochodzą z radia. Podniecony myślą, że w końcu czegoś się dowiem wskoczyłem do środka pojazdu i zręcznie przesunąłem suwak odpowiedzialny za głośność urządzenia.
                Chociaż było mnóstwo szumów i zakłóceń, wyraźnie było słychać audycję. Słowa powtarzały się na okrągło. Nie były w żadnym wypadku dobrą wiadomością. Karol patrzył na radio, jakby te miało go zabić, ale nie dziwiłem się. Informacja tam podawana była przerażająca: Wszyscy pobliscy cywile! Ta wiadomość została wygenerowana automatycznie w przypadku zagrożenia! Alarm czerwony, kod czternasty. Epidemia. Nakazuje się natychmiastowe opuszczenie terenów miejskich i jak najszybsze skontaktowanie się z pobliską placówką sił porządkowych. W razie gdy taka opcja jest niemożliwa prosimy o zostanie w domach, szczelne zamknięcie drzwi i zebranie jak największych zapasów. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności w przypadku kontaktu z zakażoną osobą. W razie jakiejkolwiek otwartej rany nakazujemy natychmiastową kwarantannę i odizolowanie zarażonej osoby. Pracujemy nad rozwiązaniem problemu… Wszyscy pobliscy cywile! – wiadomość zaczęła się zapętlać, więc przestałem słuchać. Jednak to co udało mi się usłyszeć było przerażające. Epidemia? Co to do cholery oznacza? – pytałem sam siebie w myślach.
                Nagle dotarł do mnie pełen sens tych słów. Odwróciłem się i zobaczyłem kompletnie przerażoną twarz Karola. Wydawał się być całkowicie zgaszony. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zrobiłem to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Wyciągniemy cię z tego! – powiedziałem, próbując podbudować jego morale. Wiedziałem jednak, że czego bym nie powiedział, za jakiś czas ten człowiek będzie w takim samym stanie, co postać, którą przed chwilą musiałem zabić. Już miałem coś dodawać, kiedy zobaczyłem nadbiegającego w moją stronę Michała. Sapał ciężko i widać było, że niesie jakąś wiadomość.
- Nie uwierzycie! Radio zadziałało! Mamy jakąś cholerną epidemię! – powiedział.
- Wiemy… - stwierdziłem wskazując na wciąż działające obok mnie radio.
- To jednak nie wszystko… - powiedział.
- Coś dzieje się z jakimś pasażerem? – zapytałem.
- Właściwie tak. Zniknęły cztery osoby. Podobno, gdy tylko podeszliśmy do auta, uciekły w kompletnie drugą stronę. Nie próbowano ich nawet zatrzymywać… - mówił to wolno, jakby bał się mojej reakcji. Mogło to być związane z tym, że w ręce wciąż miałem pistolet. Odłożyłem go na bok.
- Do czego dążysz? – zapytałem, chociaż w głębi wiedziałem co usłyszę.

- Twoje córki uciekły.

piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 1: Korzenie

Witajcie po całkiem długiej przerwie! W końcu wracamy do Apokalipsy. Sporo zmieniło się w tym świecie i czas pokazać wam co dokładnie! Pierwszy rozdział zaczyna się od perspektywy Bobra i jest poświęcony głównie zmianom, które działy się w przeciągu miesiąca od zakończenia poprzedniego tomu. Podczas apokalipsy to całkiem spory okres, więc na pewno warto dokładnie przeczytać. Zapraszam was do komentowania po przeczytaniu i proszę o rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------

Rozdział 1 (Bobru): Korzenie


                Zamachnąłem się potężnie i powaliłem trupa, który na mnie szarżował. Drugi upadł chwilę później, po tym jak ostrze mojego, starego noża przeszyło jego oczodół i dotarło do mózgu. Kolejny zaatakował mnie od tyłu, ale nie przeszkadzało mi to. Równie pewnie jak ostatnio powaliłem go i dobiłem. Rozejrzałem się na około. Trzej pozostali członkowie Czerwonych Flar walczyli kawałek dalej, oczyszczając jedną z bocznych uliczek Torunia. Od miesiąca, kiedy to Łapa wraz z sporą grupą moich ludzi uciekła z Ostoi nie opuściłem jeszcze tego miejsca.
                Powodów było kilka. To miejsce odradzało się i potrzebowało kogoś do pomocy. Dziara stał się naprawdę dobrym przywódcą i nie było już śladu po starym, zepsutym człowieku jakim był, kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy. Teraz stał się poważny i nie dochodził już do swoich celów na skróty. Co prawda teraz nie miał żadnych poważnych celów, bo odkąd Karzeł spoczywał w ziemi, na cmentarzu w Toruniu, to nie było już żadnego kandydata, który był w stanie mu zagrozić. Teraz on rządził i sam musiałem przyznać, że robi to dobrze. Pomagałem mu, chociaż oficjalnie nie należałem już do Czerownych Flar. Przy mojej pomocy przeprowadziliśmy selekcje i wytypowaliśmy parę osób, które zastąpią miejsca moje, Jonasza czy też Pablorda i Mpd.
                Pablord był wciąż pogrążony w śpiączce i dalej nie mogłem opuścić tego miejsca bez niego więc czekałem.  Myślałem, że czekanie będzie cięższe, ale jednak było całkiem dobrze. Teraz zajmowałem się w sumie tym samym, co robiłem za czasów gdy byłem Czerwoną Flarą – wykonywałem zadania. Tym razem wraz z Michaelem, Ryśkiem i Zerem oczyszczaliśmy ulicę Torunia, żeby nie miała miejsce sytuacja, gdzie Ostoja zostaje odcięta od świata. Zastanawiałem się co teraz dzieje się w innych częściach Polski jak i w kompletnie innych zakątkach świata.
                Z osób, które teraz ze mną były, dłużej znałem jedynie Ryśka. Był on osobą, która przywitała moją grupę w Toruniu, kiedy tu się pojawiłem. Był szefem barykady wschodniej, lecz teraz dostał awans na rangę Czerwonej Flary i radził sobie. Pozostała dwójka dotarła tutaj niedawno. Dziwiło mnie nieco jak osoby, które dopiero co dwa tygodnie temu dołączyły do Ostoi obsadziły już tak prestiżowe pozycje, ale w końcu taki sam zaszczyt spotkał mnie. Michael był obcokrajowcem, który świetnie posługiwał się językiem polskim, chociaż pochodził ze Stanów Zjednoczonych. Z tego co zdążyłem się już dowiedzieć jak wybuchła Apokalipsa przyjechał do Polski do rodziny, ale już nie wrócił do USA. Został tutaj i tutaj starał się przeżyć.
                Był dobrze zbudowanym, czarnoskórym mężczyzną, nieco starszym ode mnie. Do walki używał kija baseballowego, którym potrafił zdziałać cuda. W przeciwieństwie do mnie nie miał na swojej twarzy nawet odrobiny zarostu, ale mimo to swoim wyglądem budził respekt. Polubiłem go, chociaż był specyficznym człowiekiem, który z zachowania przypominał mi nieco Karola Giganta – niby miły i roztropny, ale gdy przychodziło do walki to stawał się bezlitosny i niesamowicie skuteczny. Dotarł do Ostoi niedawno razem z paroma osobami. Stanowili zgraną grupę, mógłbym wręcz powiedzieć, że byli zgrani lepiej od ludzi, którzy podróżowali ze mną. Oprócz niego w grupie znajdowało się osiem osób.
                Ich przywódczyni Ewelina, była osobą w moim wieku, niesamowicie sprytną i przebiegłą. Zajęła szybko dobrą posadę i można było powiedzieć, że pociągała za sznurki, ale nie wydawała się mieć złych zamiarów. Polubiłem ją od razu, gdy odkryłem, że jest świetną towarzyszką do rozmowy oraz do picia.
                Kolejnym członkiem grupy był starszy gość o imieniu Adam. Nie przypominał jednak Adama, którego lubiłem, czyli Sołtysa. Był strasznie ciężkim do życia człowiekiem, jednak był silny i potrafił sobie poradzić w świecie, w jakim przyszło nam żyć. Dodatkowo był ojcem Eweliny. Zero, który był na tym wypadzie ze mną i również załapał posadę Czerwonej Flary był także członkiem grupy Eweliny. Nigdy nie spotkałem tak specyficznego człowieka. Nie odzywał się prawie w ogóle i nie preferował walki niczym innym oprócz sporych rozmiarów młotka kowalskiego. Zdarzało się, że znikał na całe godziny, po czym wracał z zakrwawionymi rękoma i jakby nigdy nic szedł spać. Szanowaliśmy jednak jego dziwactwa i nie komentowaliśmy tego, szczególnie, że nikomu tym nie przeszkadzał.
                Jedną z charakterystycznych osób, które zdążyłem jeszcze poznać była Dorota. Kobieta była naprawdę miła, chociaż jak każda pani w podeszłym wieku była owiana aurą tajemniczości. Nie potrafiła walczyć, bo nie poruszała się zbyt szybko, ale zawsze była otoczona swoimi dwoma psami, które nazwała Kość i Krew. Zwierzęta w stosunku do ludzi były miłe, ale kiedy ich pani prosiła je o pozbycie się kogoś to zamieniały się w krwiożercze bestie.
                Pozostałej czwórki nie zdążyłem jeszcze zbyt dobrze poznać, ale składała się z trzech chłopaków i dziewczyny. Nie znałem nawet ich imion ani ksywek, ale nie wychylali się, ani nie odznaczali niczym specjalnym więc nie dociekałem.  Nie mogłem teraz dociekać i w sumie mimo tego, że w Ostoi zrobiło się naprawdę bezpiecznie to ja nie byłem tam mile widziany. Wiele ludzi nie rozumiało, że osoba, którą zabiłem na ich oczach nie była zwykłym księdzem, a zdrajcą, przez którego zginął Karzeł i dowódcą Gangu. Chociaż nie zaczepiali mnie na ulicy, bo zwyczajnie się bali, to wciąż pokazywali mnie palcami i szeptali za moimi plecami.
                Przyzwyczaiłem się do tego. Nie byli mi potrzebni do szczęścia, liczyła się tylko grupa, która chciała ze mną opuścić Toruń oraz pojedyncze osoby, które postanowiły zostać. Nie chciałem zapuścić tutaj korzeni, więc nie rozumiałem tego do końca, ale akceptowałem tą myśl.
                Gwizdnąłem i cała trójka podeszła do mnie.
- Chyba na dzisiaj wystarczy – powiedziałem patrząc na chowające się za horyzontem słońce. Zaczęła się wiosna i było już znacznie cieplej. Byłem teraz ubrany w bluzę z kapturem oraz dżinsowe spodnie i wygodne buty. Wszystkie futra i kurtki pochowałem w swoim mieszkaniu w głębinach szafy. Nie były już mi potrzebne.
- Myślałem, że mamy oczyścić cały sektor – zdziwił się Michael.
- Michał, przestań. Nie będziemy ryzykować dupska, nigdzie nam się nie spieszy. Jutro z rana dokończymy robotę, a teraz czas się zmywać – wytłumaczyłem tonem nie uwzględniającym dalszej dyskusji.
                Cała trójka poszła tuż za mną w stronę auta zaparkowanego ulicę dalej. Co prawda oczyściliśmy ten teren, ale dalej miałem w ręce pistolet, w razie gdyby ktoś inny nas zaatakował. Od czasu gdy zabiliśmy Daliona, Smorda oraz dowódcę Gangu, Jana, to robiło się niebezpiecznie. Do tego dochodzili Złomiarze.  Niby nie atakowali nas bezpośrednio, ale nawet teraz idąc ulicą widziałem, że musieli tu być. Na środku ulicy była duża litera „Z” uformowana z rąk i nóg poćwiartowanych zombie. Nawet jak na takich ludzi to była drobna przesada. Wyglądało to jak oznaczenie terenu. Byłem ciekaw co starsza kobieta, która nimi dowodziła planuje, ale nie miałem najmniejszej ochoty jej znowu spotkać. Ostatni podróż na teren Złomiarzy zakończyła się tym, że Jonasz zaginął, a my ledwo uszliśmy z życiem z terenu nazywanego potocznie Złomowiskiem. Całe szczęście udało się nam stamtąd uciec, ale od razu po przyjeździe do Ostoi postrzelony został Pablord i od tamtego czasu leżał w śpiączce. Minęło już prawie półtora miesiąca i zaczynałem się martwić, że nigdy się nie obudzi. Co prawda Dziara nawet nie chciał słuchać o odłączeniu go od aparatury utrzymującej go przy życiu, chociaż kosztował nas sporą ilość zapasów.
                Dotarliśmy do uliczki, na której schowaliśmy samochód i pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaniepokoiło mnie. Przy drzwiach kierowcy stał mężczyzna, który nie zauważył nas jeszcze, ale zdecydowanie starał się włamać do środka i ukraść nam auto. Kiedyś może zawołałbym go i zaczął rozmowę, tak jak to miało miejsce z Magdą, gdy ta starała się nam zabrać Potwora, ale teraz było inaczej. Zmieniłem się i czułem to. Nie wiedziałem, czy zmiany były na lepsze czy na gorsze, ale starałem się jeszcze trzymać człowieczeństwa, jak słabe w moim przypadku by nie było.
                Kazałem stanąć  moim towarzyszom i podszedłem do niczego nie spodziewającego się Ocalałego po czym uderzyłem go kolbą w udo z dużą siłą. Mężczyzna był starszy ode mnie, przypominał trochę Rekina, ale to zdecydowanie nie był on. Noga pod nim się załamała, a ten krzycząc przeraźliwie spojrzał na mnie. W jego oczach widziałem tylko strach.
 - Litości! – krzyknął.
Stary Bobru prawdopodobnie by podszedł i z nim spokojnie porozmawiał. Ale starego Bobra już nie było. Podbiegłem do niego i przycisnąłem mu lufę do gardła.
- Parszywy złodziejaszku – wysyczałem przez zęby.
- Nie wiedziałem, że ktoś tu jest, naprawdę – krzyknął mężczyzna płaczliwym tonem. Życie w tym świecie nauczyło mnie, że gdybym to ja był w sytuacji tego mężczyzny to prawdopodobnie już bym dostał kulkę w łeb. Nie ufaj nikomu taką wyznawałem zasadę.
- Jesteś tu sam? – zapytałem ignorując jego prośby.
- Sam… Szukam transportu i jakiejś ochrony – powiedział nieco spokojniej.
- To bardzo dziwne. Szukasz ochrony będąc przy jednym z największych obozów w okolicy? Kłamiesz – stwierdziłem przyciskając go jeszcze mocniej do samochodu. Mężczyzna zacharczał chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mógł, dlatego zabrałem dłoń, żeby pozwolić mu się wytłumaczyć.
- Nie wiedziałem… - zaczął.
- O obozie? Widać go z daleka – powiedziałem.
- Czy są w nim dobrzy ludzie… - dokończył.
                Z pewnością moje zachowanie nie wskazywało na to, że są tu dobrzy ludzie, ale nie przejąłem się tym. Minęły czasy, kiedy przejmowałem się zdaniem losowo spotkanych ocalałych. Opuściłem jednak broń i schowałem ją do kabury.
- Możesz iść z nami, ale niczego nie obiecuje. Jeżeli zobaczę chociaż jedną osobę, która za nami podąża od razu cię zabiję. Rozumiesz? – spytałem.
- Rozumiem – odpowiedział.
- Jak masz na imię? – zapytałem nieco milszym tonem.
- Andrzej - powiedział wstając ciężko. Uderzenie z pewnością musiało go zaboleć, ale lepsze to niż po prostu zastrzelenie go znienacka. Aż sam się zdziwiłem, że dałem mu szansę.
- Przeszukajcie go panowie – poprosiłem Michaela oraz Zera. Obaj zabrali się do tego ze sporym zapałem i po chwili podali mi dwa naładowane pistolety oraz nóż. Na plecach Andrzeja zauważyłem plecak, ale wątpiłem, żeby miał tam jakąś dodatkową broń.
- Dobra ja jestem Bobru, to jest Michael, Zero oraz Rysiek. Witaj w Toruniu – powiedziałem pokazując moich przyjaciół Andrzejowi – Pakuj się do auta, zawieziemy cię do obozu.
                Po chwili wszyscy byliśmy w jednym aucie. Rysiek kierował, ponieważ znał się na tym zdecydowanie najlepiej. Zmierzaliśmy prosto do Ostoi. Droga nie była długa, bo ulice były w miarę oczyszczone, a sektor, którym się zajmowaliśmy był dosłownie trzy ulicę od północnego wjazdu. Ten sam wjazd jeszcze miesiąc z kawałkiem temu był całkowicie zniszczony po ataku Gangu, ale teraz trzymał się dobrze i właściwie stał się najlepiej chronionym punktem. Został nieco zmodernizowany, bo oprócz worków z piaskiem i siatek oraz desek, wzmocniliśmy mur o dodatkową osłonę z blach oraz ustawiliśmy drewniane pale, które służyły za kolce. Zombie nabijały się na nie i co prawda nie zabijało to ich, ale skutecznie je zatrzymywało i pozwalało wyeliminować w bardziej spokojny sposób.
                Ludzie z barykady poznali nas od razu i nie musieliśmy nawet wysiadać z auta, żeby bramy stanęły przed nami otworem. Gdy tylko przejechaliśmy linię wejścia, bramy zamknęły się, a my spokojnie wysiedliśmy z auta parkując na ulicy. Pokazałem strażnikom, że Andrzej jest z nami i żeby się nie martwili, po czym żegnając się z resztą poszedłem z nowym ocalałym w stronę Kwatery Głównej, żeby opowiedzieć o nim Dziarze.
- Gdzie idziemy? – zapytał zaciekawiony.
- Musisz poznać przywódcę, to standardowa procedura – wytłumaczyłem. Weszliśmy na ulicę i zobaczyłem z daleka budynek, w którym urzędowały Czerwone Flary. Ulica w końcu była oświetlona, jeszcze niedawno było to problemem, ale teraz Edek, miejscowy elektryk, zajął się tą sprawą i cała Ostoja miała działającą linię światłonośną.
                Wszedłem do środka używając swojego klucza. Przepuściłem Andrzej po czym zamknąłem drzwi. Wnętrze nie zmieniło się praktycznie wcale. Ogromny stół oświetlony sporą lampą, otoczony krzesłami oraz fotelem na którym siedział Dziara. Od kiedy został okaleczony i ucięto mu oba kciuki nosił rękawiczki, które zasłaniały dwa kikuty utraconych palców. Uśmiechnąłem się widząc go. On wstał, żeby mnie przywitać.
- Witaj przyjacielu, kogo prowadzisz? – zapytał.
- Hej. To jest Andrzej, próbował… - tu zatrzymałem się stwierdzając, że nie ma sensu mu mówić o okolicznościach naszego spotkania – Spotkaliśmy go podczas oczyszczania ulic.
                Dziara podał rękę Andrzejowi i potrząsnął nią.
- Witaj w Ostoi Andrzeju. Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj to czego szukałeś.
Podrapałem się po zagojonym już jakiś czas temu uchu, które w połowie straciłem podczas jednej ze strzelanin. Dziara zmienił się i wciąż nie mogłem uwierzyć w to jak bardzo. Myślałem, że jak przejmie władzę to nie zmieni nic, ale miał jednak rację – Karzeł był słabym przywódcą i nawet jeżeli metoda Dziary na zdobycie władzy uwzględniała ofiary to było to warte ryzyka.
- Szukałem miejsca, gdzie mógłbym przetrwać – zaczął Andrzej.
- Znalazłeś je. Zaraz poproszę kogoś żeby przydzielił ci mieszkanie w naszej strefie mieszkalnej, a jutro zgłosisz się tutaj i dostaniesz pracę. Mam nadzieję, że rozumiesz? Każdy musi zapracować na swoje miejsce tutaj – dodał pogodnym głosem Dziara.
- Dziękuje – wydukał nieco oszołomiony Andrzej.
                Po schodach akurat schodziła Wiktoria. Czerwone Flary mogły mieszkać w Kwaterze Głównej, lub w strefie mieszkalnej, ale odkąd Dziara stał się innym człowiekiem, większość wybierała mieszkanie tutaj. Dlatego kręciło się tu teraz mnóstwo ludzi. Wiktoria była osobą, którą lubiłem. W końcu łączyła nas więź po tym jak wspólnie walczyliśmy na Złomowisku o życie. Skinąłem do niej głową na znak powitania.
- Wiktoria! – krzyknął uradowany Dziara -  Świetnie się składa. Zaprowadź Andrzeja do strefy mieszkalnej i załatw mu mieszkanie, oczywiście jeżeli nie masz czegoś innego na głowie – poprosił.
- Jasne, spoko Szefie – odpowiedziała po czym podeszła do Andrzeja – Jestem Wiktoria, chodź oprowadzę cię szybko.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami prowadzącymi na zewnątrz Dziara podszedł do szafki z alkoholami i nalał sobie i mi whisky.
- Siadaj Bobru. Opowiadaj jak poszło czyszczenie strefy – powiedział podając mi szklankę i siadając wygodnie w fotelu.
- W sumie bez problemowo – powiedziałem biorąc łyka. Alkohol był wytrwany, dlatego nie chciałem pić za dużo na raz -  Zostało nam parę uliczek, które oczyścimy z rana. Poza tym wszystko gra. Powiedz mi, czy są jakieś wieści? – zapytałem. Dziara chociaż miał uraz do Łapy za to, że go okaleczyła z chęcią pomagał mi organizować poszukiwania.
- Niestety nie. Wydaje mi się, że Łapa wraz z resztą twoich przyjaciół powędrowała daleko na południe. Będą jednak dalej jej szukać. Mam dla ciebie jednak ciekawszą informację – powiedział tajemniczo.
- Zamieniam się w słuch.
- Mam doniesienia o nowym obozie na południe stąd. Nie wiem czy są tam twoi przyjaciele, ale to jest dosyć poważna sprawa. Leży w Inowrocławiu, w sumie całkiem niedaleko Pierwszego Posterunku. Nie wiemy jeszcze jacy ludzie tam są, ale będziemy musieli się dowiedzieć. Jeżeli to kolejni Złomiarze, to będziemy w jakiś sposób otoczeni – powiedział poważnym tonem.
- Mam nadzieję, że to przyjaźni ludzie – odpowiedziałem biorąc kolejnego łyka i powoli wstając – Wybacz przyjacielu, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Porozmawiamy dłużej przy innej okazji – obiecałem.
- Bobru? – zatrzymał mnie gdy wychodziłem.
- Tak? – zapytałem.
- Dziękuje, że dalej mi pomagasz. Wiem, że czekasz aż Pablord się obudzi, ale to i tak wiele dla mnie znaczy.
- Nie ma sprawy stary – odpowiedziałem i wyszedłem. Było dosyć ciepło, chociaż zrobiło się już ciemno. Ruszyłem powolnym, spokojnym krokiem w stronę baru.  Właśnie tam miałem się spotkać z paroma znajomymi osobami. Przechodząc przez Plac Główny, zauważyłem sporą grupkę ludzi, którzy gdy tylko obok nich przeszedłem wymienili się spojrzeniami i zaczęli szeptać. Zignorowałem to totalnie i podszedłem pod drzwi lokalu, po czym wszedłem do środka.
                Było tutaj stosunkowo sporo osób, ale nikt specjalnie nie przejął się tym, że przyszedłem. Całe szczęście byli jeszcze ludzie, którzy nie widzieli we mnie wroga, albo nie przejmowali się kompletnie tym co zrobiłem. Szybko zlokalizowałem stolik, przy którym siedział Józef, Gigant oraz Medyk. Zaprosili mnie na spokojną rozmowę i po prostu towarzyskie spotkanie i czułem, że właśnie tego potrzebowałem. Przywitałem się z nimi po czym usiadłem i sięgnąłem po jeden z pełnych kufli. Znacznie bardziej smakowało mi to od whisky, które piłem z Dziarą.
- I jak misja? – zapytał Gigant.
- W sumie bez większych problemów. Spotkaliśmy ocalałego, który próbował nas okraść, ale dałem mu szansę – opowiedziałem.
- Jest czysty? Żaden szpieg Złomiarzy? – włączył się do rozmowy Józef. Obecność księdza, Medyka oraz Iki ucieszyła mnie. Co prawda dziewczyna teraz siedziała w szklarni gdzie pracowała, ale sam fakt, że była już w Ostoi mnie cieszył. Porozmawiałem z całą trójką od razu jak wrócili, około trzech tygodni temu i wszyscy zgodzili się ruszyć razem ze mną.
- Czysty, a przynajmniej taki się wydaję. Nikt nas nie śledził – zapewniłem.
- Ciekawe – zamyślił się Józef.
                Rozmowa szybko zeszła z tematów misji, na dosyć luźne tematy, tego kto jak spędził dzień, oraz na gdybaniach typu co by było gdyby.
- Strasznie dziwnie zachowują się tutejsi. Zabiłeś pieprzonego szefa Gangu, a oni traktują cię jak mordercę – wyżalił się Medyk.
- Myślisz, że mogliby cię zaatakować? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Wątpię – odpowiedziałem bekając potężnie – Ale jakby tylko nadarzyła się okazja żeby mnie się pozbyć to myślę, że wielu mogłoby z niej skorzystać.
- Musisz jakoś odbudować ich zaufanie – stwierdził Józef.
- Tylko jak? Zabiłem szefa organizacji, która chciała zniszczyć to miejsce, ale widocznie ludzie tego nie rozumieją i dalej myślą, że ten zginął wcześniej gdy Gang zaatakował północną barykadę… - powiedziałem.
- Bez sensu – skwitował krótko Gigant.
                Nie rozumiałem dlaczego ludzie mieli tak straszliwy problem z zaakceptowaniem faktu, że byli oszukiwaniu przez tego niby-księdza. Co prawda mogłem tamtego dnia go po prostu ogłuszyć, a potem postarać się o proces dla niego, ale dlaczego miałbym trzymać zagrożenie jak mogłem się go po prostu pozbyć? Prosił mnie o to Dziara, ale to na mnie spłynęła cała wina.
- Nie martw się Bobru i tak mamy zamiar opuścić w końcu to miejsce i nawet jeżeli założymy obóz w obrębie terenów Ostoi to i tak problem zniknie – powiedział Józef poważnym tonem.
- Wiem to… - odpowiedziałem po cichu.
Nagle do naszego stołu podeszła pewna osoba. Szybko rozpoznałem kasztanowe, krótko przycięte włosy sięgające do ramion oraz parę piegów na prostym nosie. To była Ewelina, przywódczyni grupy, która tu niedawno się pojawiła. Podeszła i oparła się dłońmi o blat stołu przy którym siedzieliśmy. Była ubrana w obcisły sweter oraz dżinsy.
- Hej panowie – przywitała się, ale nawet nie czekała na odpowiedź bo spojrzała od razu na mnie i powiedziała – Bobru. Musisz ze mną iść. To zajebiście ważne, szczególnie dla ciebie.
                Zdziwił mnie trochę jej ton, ale tylko uśmiechnąłem się.
- Spoko. Panowie, dzięki za rozmowę, musimy to powtórzyć – powiedziałem do nich i wstałem. Ewelina pociągnęła mnie za rękę i wyprowadziła z baru. Wyraźnie się spieszyła.
- Możesz mi wytłumaczyć gdzie ci się tak spieszy? Gdzie mnie prowadzisz? – pytałem idąc, a wręcz biegnąc obok niej.
- Bobru idziemy do… zresztą nieważne, zaraz zobaczysz, oj ucieszy cię to – zapowiedziała podniecona.
Nie miałem pojęcia, o co jej może chodzić, ale zdobyła u mnie jako takie zaufanie, więc wierzyłem, że nie prowadzi mnie w pułapkę.
                Chwilę później byliśmy w dzielnicy, gdzie były trzy ważne rzeczy – więzienie połączone z kwaterą straży, strzelnica oraz szpital. W mojej głowie myśli zaczynały kotłować jakby chciały się wydostać na zewnątrz w każdy możliwy sposób.  Pierwsze moje podejrzenia padło na Szeryfa, który mógł powiedzieć mi coś ciekawego o miejscu, w którym przebywa część mojej grupy, która poszła z Łapą. Ale gdy skręciliśmy w uliczkę prowadzącą do szpitala moja cała wizja legła w gruzach, a w sercu poczułem podniecający niepokój. Takie uczucie pojawiało się zawsze, kiedy zaraz miało nadejść coś niesamowitego, na co czekało się od jakiegoś czasu, ale gdy już nadeszło to człowiek zaczął mieć pewne obawy.

                Ewelina z uśmiechem na twarzy przeprowadziła mnie przez wejście i szybko zaciągnęła na piętro. Dokładnie tam gdzie była pewna sala, na której od jakiegoś czasu leżał pewien człowiek. Wszedłem do pomieszczenia i szybko zauważyłem, że jest tu Mpd, Dziara oraz Erni. Ekipa, która była w moich planach od samego początku. Nogi ugięły się pode mną, a w pokoju zapanowała cisza. Pablord patrzył na mnie otwartymi oczami. Obudził się.