Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpoczynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpoczynek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 marca 2016

Rozdział 1: Zły dzień

No i mamy wielki powrót. Co prawda nie jest to kontynuacja przygód Bobra, ale coś równie ważnego dla historii. Poznacie teraz dokładniej ojca Łapy, faceta po czterdziestce o imieniu Wiktor. Dowiecie się jak trafił do Supraśla, jak został dowódca tamtejszej ludności, co przeskrobał, że córki go nienawidzą i wiele więcej. W tym rozdziale zobaczycie sam początek Apokalipsy. W tym samym czasie Bobru odbija znajomych ze szkoły, a następnie szuka transportu do Królowego Mostu. Zapraszam do czytania :)

---------------------------------------------

Rozdział 1: Zły dzień


                Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu prawie natychmiast. Była siódma rano. Kolejny podły dzień właśnie się rozpoczynał. Chociaż słońce na niebie zapowiadało całkiem przyjemną pogodę, to nie widziałem w tym żadnych plusów. Byłem facetem po czterdziestce, któremu wiele rzeczy w życiu nie wyszło. Zaczynając od nędznej pracy przewodnika po mieście Białystok, kończąc na zmarłej parę lat temu żonie i dwójce córek, które nienawidziły mnie od jakiegoś czasu. Właściwie geneza tej nienawiści była mi bliżej nie znana. Wydawało mi się, że zapewniałem im wszystko, co mogłem, ale one wciąż z dnia na dzień wydawały się ode mnie oddalać.
                Wstałem i pierwsze co zrobiłem to podszedłem do pokoju córek, żeby je obudzić do szkoły. Starsza miała prawie dziewiętnaście lat, a młodsza skończyła parę tygodni temu piętnaście. Były zupełnie różnymi osobami. Starsza była zadziorna, chamska, wszędzie musiała być pierwsza i najlepsza i w żadnym wypadku nie bała się niczego. Swoją agresję, zarówno psychiczna jak i fizyczną często wyładowywała na mnie. Nigdy nie uderzyłem moich córek, ale zdarzało mi się tracić panowanie i wymierzać naprawdę surowe kary. Młodsza nie sprawiała za to żadnych kłopotów. Wydawało mi się, że była kompletnym przeciwieństwem swojej siostry – cicha, zamknięta w sobie, czasami miałem wrażenie jakby nie zdążyła jeszcze dojrzeć, bo nieraz widywałem jak oglądała bajki, na naszym starym telewizorze, albo bawiła się lalkami. Nie odzywała się praktycznie do nikogo z wyjątkiem Łapy. Przynajmniej to mi się udało, uśmiechnąłem się do siebie w myślach.
                Gdy zobaczyłem, że obie zaczęły ścielić łóżka, poszedłem do łazienki. Przetarłem brudne lustro i spojrzałem na swoją twarz,  nędznie oświetloną energooszczędną żarówką. Nie byłem żadnym przystojniakiem, ale nie uważałem się też za kogoś brzydkiego. Miałem raczej pospolitą twarz, krótkie włosy i niewielki zarost. Postanowiłem zająć się tym ostatnim i wyjąłem golarkę, która kupiłem na aukcji Internetowej parę miesięcy temu, po czym ogoliłem się dokładnie. Ludzie jakoś niespecjalnie lubili przewodników, których twarz przypominała owłosionego goryla.
                Spojrzałem na zegarek i zauważyłem, że jest już kwadrans po siódmej. Opuściłem łazienkę zwalniając ją Monice i zajrzałem do pokoju, żeby sprawdzić, co z drugą córką. Siedziała na łóżku, w krótkich spodenkach do spania i długiej koszulce z dziwnym nadrukiem. Oba elementy stroju były czarne.
- Co jest z tobą dziewczyno? Zaraz się spóźnisz na autobus – powiedziałem.
- Nie panikuj tak, wiem co robię – odgryzła się tonem, którego nienawidziłem, a do którego byłem już dobrze przyzwyczajony.
Podszedłem do niej bliżej.
- Nie zdałaś już raz w klasie maturalnej, nie możesz sobie zostawać teraz w domu – powiedziałem stanowczym tonem, co ona kompletnie zignorowała – Do ciebie mówię! – położyłem jej rękę na ramieniu, żeby nią potrząsnąć, a ta zerwała się niczym spłoszony kot i krzyknęła.
- Nie dotykaj mnie, bo połamię ci te paluchy – syknęła. Normalnego ojca, normalnej córki pewnie to by załamało, albo doprowadziło do białej gorączki, ale ja byłem już przyzwyczajony.
- Nie wygłupiaj się. Idź do tej cholernej szkoły – powiedziałem kończąc dyskusję i wychodząc z pokoju. Musiałem się pospieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy. Ubrałem się prędko w koszulę oraz wygodne spodnie, a na to nałożyłem sztruksową marynarkę. Zgarnąłem ze stołu klucze, portfel oraz dokumenty i wyszedłem rzucając nieśmiałe „cześć” do córek.
                Opuściłem blok, w którym mieszkaliśmy i skierowałem swoje kroki w stronę przystanku autobusowego. Ranki zawsze były spokojne w tej okolicy. Mieszkaliśmy na dosyć małym osiedlu, na obrzeżach miasta. Do pracy dojeżdżałem najczęściej komunikacją miejską, ale czasami wolałem się przespacerować. Dzisiaj wybrałem pierwszą opcję i gdy tylko dotarłem na miejsce spojrzałem na zegarek i na rozkład jazdy. Do najbliższego autobusu musiałem poczekać pięć minut. Usiadłem wygodnie na ławce i starając się nie myśląc o niczym rozejrzałem się po okolicy. Przystanek był jedynym zabudowaniem po tej stronie ulicy. Za moimi plecami był park, a przede mną cała masa sklepików, barów i innych, podobnych budynków.
                Miasto powoli budziło się do życia. Według e-maila, który dostałem wczorajszego wieczora, miałem stawić się o godzinie ósmej do biura, gdzie miała podjechać po mnie wycieczka turystów z Krakowa. Gdy zobaczyłem z daleka nadjeżdżający autobus w oczy rzuciła mi się karetka na sygnale, która bez problemu go wyprzedziła i zaczęła się powoli zatrzymywać po drugiej stronie ulicy, wjeżdżając w uliczkę boczną. Zdziwiony zacząłem się rozglądać, żeby dojrzeć czy gdzieś coś się stało i wtedy zauważyłem, że niedaleko sklepu mięsnego stała grupka przechodniów pochylona nad dwoma ludźmi. Jeden wydawał się być nieprzytomny, a drugi trzymał się za zakrwawioną rękę. Pewnie żule się pocięły o resztę gorzały, pomyślałem i wsiadłem bez zastanowienia do prawie pustego autobusu.
                Oprócz mnie oraz kierowcy, siedziały tylko trzy kobiety, nieco starsze ode mnie. Usiadłem kawałek za nimi i odetchnąłem. Autobus szybko ruszył przed siebie, nawet nie zdążyłem się obejrzeć i spojrzeć, co dzieje się pod tym sklepem. Nie szukałem raczej sensacji, bo w swoim życiu doświadczyłem już wystarczającej ilości tragedii, ale warto jednak było wiedzieć, co dzieje się w pobliżu.  Z rozmyślań wybił mnie głos kobiet rozmawiających o czymś z ekscytacją.
- Mówię cię prawdę! Ugryzł go po prostu! Jak zwierzę! – obruszyła się jedna z nich, z dużym, okrągłym kapeluszem na głowie.
- Ćśśś! – syknęła siedząca obok niej koleżanka z buraczkowymi włosami.
- Ja nadal nie wierzę w takie bajki. Za dużo telewizji się naoglądałaś – stwierdziła trzecia kobieta, z wyjątkowo skrzeczącym głosem.
- W przeciwieństwie o twoich historiach o mężu, który ratuje ludzi to jest prawda – odgryzła się kapelusznica. Widok twarzy Skrzeczącej był tak komiczny, że aż wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Kłótnia była na tyle komiczna, że z chęcią bym posłuchał jej dłużej, ale autobus właśnie dojechał do mojego przystanku i musiałem wysiadać.
                Zdziwiło mnie, że w centrum ruch był ogromny, pomimo tak wczesnej godziny. Rozumiałem ludzi, którzy szli do pracy, ale teraz było ich znacznie więcej. Zobaczyłem radiowozy policyjne stojące niedaleko skrzyżowania. Z jednej strony kontrolowali ruch, ale z drugiej rozglądali się niespokojnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy dzisiejsza data oznaczała coś szczególnego, ale nie mogłem sobie przypomnieć. Może wizyta jakiegoś ważnego gościa, zastanawiałem się idąc w stronę biura.
                Wszedłem do środka i udałem się natychmiastowo do gabinetu szefa. Ku mojemu zaskoczeniu nie było go w środku, za to stało tam dwóch moich znajomych – Rafał oraz Krzysiek. Przywitałem się z nimi i włączyłem do rozmowy.
- Gdzie jest szef? – zapytałem.
- Podobno dzisiaj go nie będzie, ale zostawił nam grupy turystów, które dzisiaj będziemy musieli oprowadzić – powiedział starszy ode mnie Rafał, machając kartkami.
- Wiadomo dlaczego?
- Przez tę zarazę, mówię wam – włączył się Krzysiek, który był zdecydowanie młodszy od nas i zawsze miał opinię łatwowiernego i wierzącego w dziwne rzeczy. Tym razem jednak zaciekawił mnie.
- Zarazę? – upewniłem się, że dobrze usłyszałem.
- Tak… Podobno zaczęła panować dziwna zaraz przez którą umarli wstają z grobów, wiesz jak w tych serialach z… - rozpędził się, ale przerwał mu stanowczo Rafał.
- Krzychu skończ pierdolić. Po prostu szef nie mógł przyjść i tyle. Dzień jest trochę szalony, ale nie ma mowy o żadnych szkieletach czy innych potworach. Naprawdę zastanów się co ględzisz młody – skarcił go.
- Mniejsza. Gdzie jest moja lista? – zapytałem.
- Tutaj. Autokary zaraz podjadą, więc lepiej się zbierajmy – zaproponował Rafał podając mi listę.
                Podziękowałem mu i już miałem opuszczać biuro, kiedy nagle usłyszeliśmy pukanie i przez drzwi przeszedł policjant. Nie był to byle jaki policjant, ponieważ był to mój dobry znajomy Patryk. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, co on tu robił, ale po chwili, gdy zobaczyłem dwie postacie wchodzące za nim zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- Gdzie były? – zapytałem, witając się z nim.
- Na garażach niedaleko. Podejrzewam, że powinny być w szkole – powiedział. Monika patrzyła w swoje stopy, ewidentnie zawstydzona i wystraszona, ale moja starsza córka spoglądała wprost w moje oczy.  Widziałem w nich pogardę i złość.
- Dziękuje. Zajmę się nimi – powiedziałem. Patryk odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy w głowie pojawiło mi się inne, ważne pytanie – Hej, wiesz może co się dzieje w mieście? Wszędzie pełno policji, jeżdżą karetki, trochę to wszystko niepokojące.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą – zapewnił mnie i uśmiechnął się szczerze – Trzym się.
                Po chwili zostałem w biurze sam z córkami.
- Rozumiem, że jeżeli nie odwiozę was sam do szkoły, to nie pójdziecie w ogóle? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że nie uzyskam odpowiedzi – Dobra, nie mam zresztą na to czasu. Chodźcie ze mną, ale zachowujcie się przy turystach – postanowiłem. W sumie sam nie wiedziałem, co mną kierowało, dlaczego po prostu nie wysłałem ich do szkoły. Był to jakiś instynkt. Czułem ogólnie panujący niepokój, nawet pomimo słów Patryka.
                Wyszliśmy z mojego biura i podeszliśmy na parking obok, gdzie już czekał na nas autokar. Wsiedliśmy do środka i przywitała nas grupka turystów z południa Polski, przede wszystkim Krakowa. Posadziłem córki przy moim siedzeniu, a sam dałem znak kierowcy żeby startował i wziąłem do ręki megafon. Przełączyłem przycisk i powiedziałem spokojnym głosem:
- Witamy w autokarze firmy Zabytkowe Miasta! Nazywam się Wiktor i pokaże państwu najpiękniejsze i najbardziej niesamowite zabytki i miejsca w naszym mieście i okolicach. Proszę się wygodnie rozsiąść ponieważ zaczniemy wycieczkę od pięknego monasteru w Supraślu!
Grupa niczym szczególnym się nie wyróżniała. Było sporo mężczyzn, ale też trochę kobiet. Naliczyłem zaledwie dwójkę dzieci i nikogo, kto wyglądał na wyraźnie starszego ode mnie. Autokar ruszył, a ja spojrzałem na zegarek. Wybiła godzina ósma dwadzieścia.
                W mieście był naprawdę duży ruch, przez co, zanim dojechaliśmy do obrzeży dochodziła już dziewiąta. Działy się naprawdę dziwne rzeczy, które sprawiały, że najchętniej wróciłbym do domu wraz z moimi córkami. Te siedziały najwyraźniej zaciekawione tym co się dzieje. W radiu podawano dziwne komunikaty, o chorobie, która rozprzestrzenia się po kraju. Nawet białostockie stacje nie odbierały dobrze sygnału, więc nie mogłem usłyszeć całego przekazu, ale coś było nie tak. Uspokajałem wycieczkę przez megafon, przy okazji opowiadając o historii powstania miasta. Znałem ją na pamięć. Co i rusz mijaliśmy wozy policyjne, a raz nawet wojskowy. Wszystkie jechały do centrum. Zastanawiałem się, co się mogło dziać. Poza tymi dziwnymi audycjami radiowymi oraz służbami porządku i zmożonym ruchem nie widać było żadnej różnicy. Za oknami chodzili ludzie, słońce świeciło, a niebo było czyste.
                Dopiero na wyjeździe z miasta poczułem strach. Stały tam trzy radiowozy, które zatrzymywały każdy wyjeżdżający samochód. Stworzył się korek, ale całe szczęście byliśmy już blisko „bramki kontrolnej”. Dojechaliśmy na miejsce i kierowca zatrzymał autobus. Wysiadłem i podszedłem do policjantów. Widziałem na ich twarzy prawdziwy strach, ukryty pod fałszywymi twarzami, udającymi, że wszystko jest pod kontrolą. Lubiłem w wolnych chwilach oglądać telewizję i nie raz widziałem takie fałszywe maski, które ludzie ubierali żeby zwyczajnie schować emocje. Znałem się na tym. Kolejny faktem, który sprawiał, że sytuacja wyglądała coraz gorzej była broń, którą policjanci mieli wyciągniętą. Mimo tego wszystkiego starałem się zachować spokój i podszedłem do jednego z wozów, gdzie stało trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy w mundurach.
- Proszę natychmiast wracać do centrum – powiedziała policjantka – Tylko tam będzie pan bezpieczny.
- Przepraszam, ale dalej nie wiem, co się dzieje. Mogłaby mi pani to wytłumaczyć? Coś się stało? Czy to atak terrorystyczny? – próbowałem zachować spokój, ale denerwowała mnie już ta niewiedza.
- Nie. Coś znacznie gorszego. W mieście są organizowane masowe ewakuacje, wszystko pod kontrolą policji oraz wojska. Nie radzilibyśmy panu jechać tym autobusem samemu. To zbyt niebezpieczne – wytłumaczył jeden z policjantów.
- Co się dzieje?! – zapytałem już naprawdę zdenerwowany. Krótkofalówki policjantów wariowały od różnych komunikatów, których nie dało się już rozróżnić, z powodu ich ilości. Do tego nagle powietrze przeszył przeciągły dźwięk. Dźwięk syreny alarmowej. Usłyszałem krzyki i ledwo zdążyłem się obrócić, a zobaczyłem prawdziwe piekło. Samochody zaczęły się przebijać przez inne, byle tylko uciec z korka i wyjechać czym prędzej z miasta. Inne z kolei stały. Pomiędzy samochodami chodzili ludzie, którzy chcieli podejść tutaj i dowiedzieć się, co się dzieje, ale po usłyszeniu syreny i ryku silników aut zaczęli uciekać w różne strony.
                Nie wiedziałem, co robić i chciałem zapytać o coś jeszcze policjantów, ale Ci już biegli w stronę tłumu z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z samochodów przebił się już prawie przez cały korek i pomimo tego, ze wyglądał jakby przeżył zderzenie czołowe, wyjechał i zaczął jechać prosto w naszą stronę. Instynktownie odskoczyłem na bok i twardo upadłem na prawą rękę. Policjanci przede mną nie mieli tego szczęścia. Czarny samochód terenowy przyspieszył i z całym impetem staranował czwórkę mundurowych. Odrzut był tak duży, że ciała wyleciały do góry i pospadały w różnych miejscach. Tuż obok mnie upadła policjantka, z którą rozmawiałem. Z jej ust wyciekała strużka krwi, a rękę miała wygiętą pod bardzo dziwnym kątem. Z początku sparaliżował mnie strach. Oddychałem szybko i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Samochody zaczęły jeździć i wtedy przypomniałem sobie o autobusie. Musiałem do niego wrócić, tam było bezpieczniej i były tam moje córki.     
                Podniosłem się ciężko i prawie natychmiast o coś potknąłem. Był to pistolet policjantki. Podniosłem go drżącą dłonią i wymijają resztki policjantów pobiegłem do autobusu. Twarz kierowcy wyrażała głęboką ulgę, gdy tylko mnie zobaczył.
- Już myślałem, że pan nie żyje. Mieliśmy właśnie odjeżdżać – powiedział.
- Dzię… dziękuje – wysapałem.
Wokół nas panował ogólny chaos. Samochody próbowały zarówno się cofać jak i jechać do przodu. Ludzie wybiegali i zaczęli uciekać, a inni wracali pospiesznie do aut próbując znaleźć chociaż jedno bezpieczne miejsce. Przed nami jednak było czysto, więc kiedy tylko wsiadłem kierowca dodał gazu i ruszył do przodu. Wyjechaliśmy na w miarę pustą szosę. Mijali nas inni kierowcy, którzy w znacznie szybszych samochodach gnali przed siebie.
                W autobusie sytuacja też była niespokojna. Ludzie wyglądali za okna, rozmawiali ze sobą, a także wyciągali telefony, którymi kontaktowali się z bliskimi. Wziąłem megafon w rękę.
- Uwaga pasażerowie! Wiem, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale musimy zachować teraz spokój. Jeżeli panika wybuchnie na pokładzie, możemy z tego nie wyjść cali. Jak odjedziemy kawałek od miasta zrobimy postój i na spokojnie dowiem się, co się dzieje w mieście. Teraz jednak proszę o ciszę – powiedziałem najspokojniej jak umiałem, chociaż gardło ścisnęło mi się niebezpiecznie i wiele słów brzmiało jak zwykłe charczenie. Sytuacja jednak została opanowana. Na tym pokładzie byli naprawdę wytrzymali psychicznie ludzie. Nawet dzieci siedziały cicho i starały się nie przeszkadzać wtulone w swoich rodziców.
                Podszedłem do kierowcy.
- Znasz jakieś ustronne miejsce, z dala od głównych dróg, gdzie będziemy mogli zrobić postój przed Supraślem? – zapytałem.
- Nie wiem, co z moją rodziną… gdzie oni teraz mogą być – wyszeptał jakby sam do siebie kierowca.
- Hej! Zostań z nami. Musisz nas bezpiecznie dowieść, stamtąd wszystkiego się dowiemy! – krzyknąłem.
Wiedziałem, że był przerażony. Zresztą nie on jeden. Wszyscy się bali. Coś złego działo się w mieście. Ludzie chcieli uciekać. O co mogło chodzić?
                Po dziesięciu minutach zjechaliśmy na piaskową drogę prowadzącą w las. Zatrzymaliśmy autobus i wysiedliśmy powoli. Jeden z pasażerów, pomagał mi uspokajać ludzi. Uderzyły w nas barwy jesieni. Pod nogami szeleściły czerwone, żółte oraz brązowe liście, a drzewa bez przerwy dorzucały kolejne. Słońce oświetlało całą scenerię, tworząc istną fontannę odbijających się barw. To wszystko kompletnie nie pasowało, do tego, co się działo. Pasażerowie rozeszli się po polanie, próbując złapać sygnał. Nagle podeszła do mnie starsza córka.
- Wracam do miasta. Pilnuj młodej – powiedziała, po czym odwróciła się.
- Nie ma mowy. Trzymamy się razem, przynajmniej, póki nie dowiemy się, co się dzieje – powiedziałem do niej stanowczo.
- Nic się nie dzieje. Pewnie jakieś wybuchy paniki, za parę godzin będzie spokojnie – zapewniła mnie, nie zatrzymując się. Podbiegłem za nią i pociągnąłem ją za bark.
- Zostaniesz z siostrą i ze mną. Nie chcę słyszeć nic innego – powiedziałem. Jej oczy zabłysły nienawiścią.
- Nie możesz mnie tu zatrzymać – syknęła.
- Ale twoja siostra może – postanowiłem podejść ją sposobem – Jeżeli odejdziesz, odjedziemy bez niej.
- Nie zrobisz tego! – krzyknęła.
- Tylko jeżeli nie odejdziesz – również podniosłem głos.
                Musiałem być naprawdę kiepskim ojcem, bo uwierzyła, że byłbym w stanie to zrobić. Fuknęła i poszła w kierunku siostry. Próbowałem dodzwonić się do służb porządkowych, albo przyjaciół, ale moja komórka nie miała zasięgu. Byliśmy w ponad trzydziestoosobowej grupie i nikt nie mógł wykonać telefonu. Po wielu nieudanych próbach, zebrałem ponownie wszystkich pasażerów i tym razem bez megafonu, przemówiłem.
- Słuchajcie moi drodzy. Jak zauważyliście nasze telefony nie mają zasięgu. Myślę jednak, że nie warto ryzykować powrotu do miasta, póki choć trochę nie przeczekamy tego, co tu się dzieje. Wiem, że martwicie się o swoje rodziny, ale podejrzewam, że to co się dzieje obejmuje tylko Białystok. Poczekajmy tutaj, w bezpiecznej grupie i próbujmy nadal nawiązać kontakt. Jak komuś się uda, wtedy postanowimy co dalej. A teraz prosiłbym was, żebyście się nie oddalali.
Tym razem spotkałem się z paroma pytaniami, ale niestety nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Ludzie zastanawiali się, co robić. Niektórzy dzwonili, inni siedzieli i rozmawiali z innymi pasażerami, a jeszcze inni chodzili w te i w tamtą, próbując coś wymyśleć.
                Ja należałem do tej drugiej grupy. Siedziałem wraz z kierowcą, oraz dwoma pasażerami, Karolem i Michałem, próbując coś wymyślić. Jako jedyni z całej grupy wydawali się być spokojni, a przynajmniej takich sprawiali wrażenie.
- To dziwne, sygnał niby jest, ale dodzwonić się nie da – zastanawiał się na głos Karol.
- Czyli po prostu go nie ma – podsumował Michał.
- Nie możemy zostać w tym lesie do końca. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje, gdzie są organizowane jakieś pomoce dla mieszkańców, gdzieś musi być policja lub wojsko – włączył się do rozmowy kierowca.
                Nagle, pomimo sporego hałasu jaki panował na drodze, usłyszeliśmy dźwięk silnika. Ludzie zrywali się z miejsc nie wiedząc czy uciekać, czy zostawać i zobaczyć kto jedzie. Nie mieli jednak zbyt dużo czasu na reakcje. Po drodze przemknął samochód. Minął nas jakby nigdy nic i po około dwudziestu metrach zjechał na pobocze prosto w krzaki.
- Proszę zostać tutaj, my to sprawdzimy – krzyknąłem do ludzi, którzy z ciekawością zaczęli iść w stronę auta. Ruszyłem w jego stronę, a Karol i Michał poszli za mną. Kierowca nie był do końca przekonany, więc został z tyłu oparty o autobus. Z samochodu nikt nie wysiadał, choć było słychać dziwne tłuczenie w środku. Czułem lekki niepokój zbliżając się do auta, ale przypomniałem sobie o pistolecie, który znalazłem wcześniej. Zatrzymałem się, a moi towarzysze spojrzeli na mnie zaciekawieni. Pistolet był ciężki, ale pewnie leżał mi w ręce. Poszukałem lekko zdrętwiałymi palcami blokady i zwolniłem ją. Broń była gotowa do użycia.
                Podeszliśmy jeszcze bliżej. Szyby były brudne i nie było widać tego, co się dzieje w środku auta, ale odgłosy były wielce niepokojące. Zapukałem w szybę i podniosłem głos.
- Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
Hałas ustał dosłownie na sekundę. Po chwili zakrwawiona dłoń uderzyła w szybę, a następnie zaczęła walić jak popadnie, tworząc dziwny, nienaturalny rytm.
- Cholera jest ranny! – syknąłem. Karol zareagował przede mną i podszedł do drzwi próbując je otworzyć. Usłyszeliśmy szumy i głosy. Kierowca auta wypadł z niego na ziemię, wywracając przy okazji Karola. Odsunąłem się razem z Michałem odruchowo, ale po chwili nie pożałowałem tej decyzji.
                Coś było nie tak z tym człowiekiem. Gdy Karol próbował go zepchnąć z siebie, ten ugryzł go. Nie było to jednak zwykłe ugryzienie. Kierowca wgryzł się do krwi i pociągnął, jakby próbował oderwać mu rękę. Karol krzyknął przeciągle.
- Pomocy, kurwa!
Michał wyraźnie chciał pomóc, ale nie wiedział, jak się za to zabrać. Ja zareagowałem prawie natychmiast. Zamachnąłem się i kopnąłem z całej siły dziwnego człowieka. Trafiłem butem prosto w usta. Musiałem mu połamać zęby. Gryzoń osunął się do tyłu. Po jego twarzy spływała krew, ale, ku mojemu zdziwieniu, był nadal przytomny. Było to dosyć imponujące jak na kogoś, kto właśnie dostał potężny kopniak prosto w głowę. Co jednak zdziwiło mnie bardziej to oczy mężczyzny. Były puste, wydawały się być wręcz nienaturalnie blade, jakby straciły cały blask i ciepło.
                Mutant poderwał się i próbował znowu zaatakować Karola, ale nie zdążył. Zraniony zdołał się już odczołgać, a ja poprawiłem kopniaka, będąc pewnym, że to wystarczy. Niestety, ponownie byłem w błędzie.  Ludzie z tyłu zaczęli się poważnie martwić całą sytuacją, ale ja dalej skupiałem się na zagrożeniu.
- Czemu… nie… giniesz… ty… pieprzony… potworze!? – każdy kolejny cios, który zadawałem wydawał się nie robić żadnego wrażenia na moim przeciwniku. Widać było połamany nos, krew wręcz zalewała mu twarz, ale ten wciąż się ruszał i dawał oznaki tego, że najwyraźniej dalej chce walczyć. Ręka bolała mnie od zadawanych ciosów. Karol leżał obok i próbował zatamować krwawienie zerwaną na szybką bluzą, a w tym samym czasie Michał patrzył na całą sytuację przerażony.
                Nagle do mojej głowy wpadł pomysł. Bałem się rezultatów tego, co zrobię, ale dzisiejszy dzień był na tyle dziwny, że nawet się nie zawahałem. Wyciągnąłem odbezpieczony pistolet z kieszeni i wymierzyłem w głowę człowieka, który wciąż patrzył na mnie nieobecnym spojrzeniem. Na jego zakrwawionej twarzy nie zauważyłem nawet drobnych oznak strachu, czy jakiejkolwiek innej reakcji na to co się działo. Wiedziałem, że nie mogę się teraz zawahać. Musiałem uchronić tych ludzi i samego siebie. Cokolwiek było nie tak z tym człowiekiem, który czołgał się teraz powoli w moją stronę, musiało być jakąś chorobą. Przez myśl przeszły mi słowa, które usłyszałem w biurze. Słowa o zarazie, która rozprzestrzenia się i sprawia, że ludzie umierają, ale pomimo tego nadal się poruszają. Głęboko w to wierząc pociągnąłem za spust.
                Odrzut z broni zachwiał mną, ale nie upadłem. Nie spodziewałem się tak mocnego pociągnięcia.  Pocisk trafił idealnie w miejsce tuż nad nosem. Usłyszałem dźwięk nie do opisania, gdy kula przechodziła przez czaszkę. To było naprawdę przerażające. Z tyłu za mną usłyszałem serię krzyków osób, które najwyraźniej nie pochwalały mojego pomysłu. Zrobiłem jednak to co musiałem. Strzał w głowę załatwił sprawę. Mutant upadł i zadrgał po raz ostatni. Nie ruszał się już. Przetarłem pot, który nie wiadomo kiedy pojawił się na moim czole, po czym podszedłem do Karola.
- Musisz to jak najszybciej opatrzeć – poradziłem – Może gdzieś w tym samochodzie będzie apteczka.
- Nie ma żadnej w autobusie? – zapytał ze zdziwieniem Michał.
- Wątpię – odpowiedziałem krótko i spojrzałem w stronę obserwującego akcję tłumu – Byłoby dobrze, gdybyś do nich poszedł i wytłumaczył co się stało. Jak zacznie się panika to jesteśmy zgubieni.
Michał przytaknął po chwili i odszedł w stronę reszty. Karol podniósł się z trudem i podszedł do bagażnika.
                Zajrzałem do środka auta w poszukiwaniu dźwigni zwalniającej zamek w bagażniku lub kluczyka. Wypatrzyłem te drugie w stacyjce i sięgnąłem, kiedy usłyszałem dziwny trzask. Już miałem się odwracać z przerażeniem, myśląc, że to mój przeciwnik, który jednak jakimś cudem przetrwał strzał, ale zdałem sobie sprawę, że dziwne dźwięki dochodzą z radia. Podniecony myślą, że w końcu czegoś się dowiem wskoczyłem do środka pojazdu i zręcznie przesunąłem suwak odpowiedzialny za głośność urządzenia.
                Chociaż było mnóstwo szumów i zakłóceń, wyraźnie było słychać audycję. Słowa powtarzały się na okrągło. Nie były w żadnym wypadku dobrą wiadomością. Karol patrzył na radio, jakby te miało go zabić, ale nie dziwiłem się. Informacja tam podawana była przerażająca: Wszyscy pobliscy cywile! Ta wiadomość została wygenerowana automatycznie w przypadku zagrożenia! Alarm czerwony, kod czternasty. Epidemia. Nakazuje się natychmiastowe opuszczenie terenów miejskich i jak najszybsze skontaktowanie się z pobliską placówką sił porządkowych. W razie gdy taka opcja jest niemożliwa prosimy o zostanie w domach, szczelne zamknięcie drzwi i zebranie jak największych zapasów. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności w przypadku kontaktu z zakażoną osobą. W razie jakiejkolwiek otwartej rany nakazujemy natychmiastową kwarantannę i odizolowanie zarażonej osoby. Pracujemy nad rozwiązaniem problemu… Wszyscy pobliscy cywile! – wiadomość zaczęła się zapętlać, więc przestałem słuchać. Jednak to co udało mi się usłyszeć było przerażające. Epidemia? Co to do cholery oznacza? – pytałem sam siebie w myślach.
                Nagle dotarł do mnie pełen sens tych słów. Odwróciłem się i zobaczyłem kompletnie przerażoną twarz Karola. Wydawał się być całkowicie zgaszony. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zrobiłem to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Wyciągniemy cię z tego! – powiedziałem, próbując podbudować jego morale. Wiedziałem jednak, że czego bym nie powiedział, za jakiś czas ten człowiek będzie w takim samym stanie, co postać, którą przed chwilą musiałem zabić. Już miałem coś dodawać, kiedy zobaczyłem nadbiegającego w moją stronę Michała. Sapał ciężko i widać było, że niesie jakąś wiadomość.
- Nie uwierzycie! Radio zadziałało! Mamy jakąś cholerną epidemię! – powiedział.
- Wiemy… - stwierdziłem wskazując na wciąż działające obok mnie radio.
- To jednak nie wszystko… - powiedział.
- Coś dzieje się z jakimś pasażerem? – zapytałem.
- Właściwie tak. Zniknęły cztery osoby. Podobno, gdy tylko podeszliśmy do auta, uciekły w kompletnie drugą stronę. Nie próbowano ich nawet zatrzymywać… - mówił to wolno, jakby bał się mojej reakcji. Mogło to być związane z tym, że w ręce wciąż miałem pistolet. Odłożyłem go na bok.
- Do czego dążysz? – zapytałem, chociaż w głębi wiedziałem co usłyszę.

- Twoje córki uciekły.

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 12: Deszcz

No i 12 rozdział przed nami :D Jest on stosunkowo krótki, ale zakończenie ma całkiem tęgie, jak na moje. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Zbudujcie sobie dobry klimat i bierzcie się za czytanie! Nie zapomnijcie o komentarzu oraz rozsyłaniu bloga znajomym :> Zapraszam do czytania!

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 12: Deszcz


                Cinek podszedł i z obrzydliwym chlupnięciem wyjął topór z głowy wroga. Podziękowałem mu skinieniem głowy i razem ruszyliśmy w stronę światła. Przeraziło mnie trochę to, jak łatwo dałem się podejść. Serce biło mi jak szalone. Po chwili zobaczyłem Goku, który siedział na masce samochodu z zatroskaną miną. Zapytał nas czy wszystko w porządku więc szybko uspokoiliśmy go, wsiedliśmy i pojechaliśmy.
Bez problemu dotarliśmy do Obozu i już po chwili siedzieliśmy w domku Kiciusia. Mieszkaliśmy tam w szóstkę, ja, Erni, Cinek, Natalia, Nieznajoma oraz Goku. Wszyscy spaliśmy na oddzielnych łózkach na górze, oprócz Kiciusia, który całymi dniami leżał, czasami tylko wstawał zjeść coś i porozmawiać z nami. Teraz jednak spał smacznie, a my powoli rozchodziliśmy się do łóżek. W końcu w kuchni zostałem tylko ja i Natalia. Zacząłem rozmowę :
— Natalio powiedz mi szczerze, czy masz mi za złe to, że przegoniłem Alexa?
— Nie… to nie to. Chodzi o to, że ostatnie dni były dla mnie straszne. Wszystko runęło praktycznie w chwilę. Jednego dnia idę spokojnie do szkoły spotkać się z przyjaciółmi a drugiego Ci przyjaciele prowadzą mnie i chronią przed tymi potworami. Jestem zmęczona i smutna… — powiedziała drżącym głosem. Wyglądała słodko. Była ubrana w dresowe spodnie i kobiecy sweter. Zależało mi na jej przyjaźni, jej zdaniu a może nawet czymś więcej.
— Teraz możesz odpocząć. Zadbam o bezpieczeństwo tego obozu, chociażbym miał zginąć.
— Dobrze wiesz, że nie chodzi o to! Ja po prostu. Nie wiem co myśleć. Kiedyś ufałam Alexowi jak bratu, tobie zresztą też, a teraz wszystko się zmienia. Ludzie się zmieniają. Nocami nie śpię dręczona koszmarami, a całe dni spędzam w domu. Muszę jakoś wyrwać się z tego transu.
Wiedziałem, że to co zaraz powiem mogło być złym pomysłem, jednak zaryzykowałem :
— Co powiesz na to, że jutro przejdziesz się z nami na wieżę obserwacyjną? Jak byliśmy ostatnim razem w Królowym Moście to jeszcze jej nie było, później nie przyjechałaś na wakacje i w sumie odwiedzaliśmy ją z Cinkiem i Ernim. Jest tam naprawdę bajecznie… — w tym momencie przerwałem, bo zobaczyłem, na jej pięknej twarzy łzy. Wstałem i przytuliłem ją. Wiedziałem, że dla takiej osoby jak ona było to wielkie przeżycie. Cieszyłem się też z każdej chwili w jej objęciach, żywiłem do niej uczucie, które ciągle było gdzieś tam, żarzące się niczym ostatni węgielek na palenisku. Wiedziałem, że ja też potrzebuje ciepła i drugiej osoby. Gasząc światło złapałem ją za rękę i zaprowadziłem do łóżka. Gdy położyła się wygodnie powiedziałem jej dobranoc i wróciłem na dół.
 Ernest dalej drzemał w swoim łóżku. Obóz był pilnowany przez resztę, cieszyłem się, że tak dobrowolnie zgadzają się na pomoc w ochronie, chociaż wiedziałem, że nadejdzie wieczór, kiedy to ja będę musiał siedzieć tam w zimnie i obserwować czy nic się nie zbliża do obozu. Teraz zacząłem się zastanawiać gdzie stoi generator o którym myślałem, kiedy byłem jeszcze za granicą obozu. Pomyślałem, że będę musiał o to zapytać Adama jutro z rana. Usiadłem na krześle i spojrzałem przez okno na gwieździste niebo. Teraz przypomniałem sobie, że wysłałem Miczi oraz Giganta na zwiad do młyna, całkowicie o tym zapomniałem i o tym również musiałem się dowiedzieć. Zajrzałem do lodówki i znalazłem tam parę butelek piwa. Zaskoczony znaleziskiem od razu pomyślałem, że musiał je tu przywieźć Alex. Ucieszony tym faktem wyciągnąłem jedno i zacząłem pić. Było kojąco zimne. Uśmiechnąłem się do siebie w myślach: Siedzę w domu z twoim człowiekiem, z twoją miłością, twoimi autami oraz twoim piwem w ręce Alexie, a ty prawdopodobnie błądzisz po lesie i żresz resztki jagód oraz korzonki. Przepełniony tego typu myślami opróżniłem całą butelkę i wspiąłem się na piętro. Błogo opadłem na łóżko i zasnąłem.
Obudziłem się dopiero rano, wyspany i wypoczęty. Widziałem, że Nieznajoma i Cinek jeszcze śpią więc po cichu nałożyłem buty na nogi i zszedłem na dół. Kuchnia była pusta, widocznie Goku i Natalia chodzili już gdzieś po terenie Obozu. Czekał na mnie jednak talerz kanapek. Gdy zacząłem je jeść z apetytem usłyszałem jak Kiciuś wstaje i chwiejnym krokiem rusza w stronę kuchni. Ucieszony jego widokiem przywitałem go i podałem mu talerz :
— W końcu się widzimy Drwalu!
Taa… Wiesz, kiedyś zastanawiałem się jak to jest zostać postrzelonym. Teraz już wiem. To chujowe uczucie – w tej chwili na jego twarzy pojawił się serdeczny uśmiech i zachichotaliśmy razem – Mów lepiej co tam słychać w obozie, przez tą ciągłe spanie nie jestem na bieżąco z informacjami.
Zrelacjonowałem mu pokrótce nasze ostatnie przygody. Szczególnie ucieszył się, kiedy usłyszał, że Cinek ostatecznie poparł naszą stronę, ratując mnie w lesie. Porozmawiałem z nim jeszcze o mniej ważnych rzeczach, kiedy dołączyli do nas Nieznajoma i Cinek. Zostawiłem ich jednak i poszedłem przejść się po obozie. Widziałem, że aktualnie straż pełnili Goku, Eryk, Robert, Szpieg oraz Sołtys. Poszedłem do domu obok i zapukałem. Mieszkał w nim Karol z swoim towarzyszem. Drzwi otworzył mi Gigant. Miał jak zwykle wesoły wyraz twarzy i zaprosił mnie do środka. Zajął sobie całkiem przytulną chatkę, nie miała ona piętra, ale parter był o dwa pomieszczenia większy od domu Kiciusia. Usiadłem przy stole, przy którym jadł śniadanie i spytałem o powodzenie wczorajszej misji, wcześniej opowiadając mu o tym co stało się w lesie. Zauważyłem, że w domu nie jest ubrany w swój „zombiako-odporny” strój, tylko w zwykłą bluzę, oczywiście dopasowaną do jego ogromnego ciała :
— Młyn był czysty. Nie spotkaliśmy nikogo, kto bym nam zagrażał, poza jednym zombiakiem, który wyglądał jakby przypałętał się tu z polany na której walczyliśmy – powiedział. Teraz zdałem sobie sprawę, że parę osób, które tam zginęło nie zostało kompletnie zabitych. Żeby człowiek nie wstał należało zniszczyć mózg. Inaczej przechodził przemianę i wstawał gotów do dalszej, parszywej wędrówki – Tutaj mam twój plecak. Wzięliśmy oprócz tego zapas mąki, może któraś z dziewczyn potrafi piec chleb. Świeży chlebek prosto z pieca, pomyśl tylko.
— Zdecydowanie apetycznie to brzmi – odpowiedziałem, uśmiechając się. Wytłumaczyłem Gigantowi jakie są plany na dzisiejszy dzień i jak zwykle nie usłyszałem nawet słowa sprzeciwu. Wydawał się solidnym sojusznikiem. Przekazałem mu też informację, żeby miał oko na Roberta, który mierzył do nas z broni jak tu przybyliśmy. Następnie wyszedłem i spojrzałem w niebo. Było dzisiaj wyjątkowo pochmurnie. O ile przez noc nie padało, dzisiaj zapowiadało się na deszcz. Podrapałem się po zaroście, który zaczął mi powoli pokrywać twarz. Musiałem jeszcze pogadać ze Szpiegiem, go również planowałem zabrać na wyprawę. Znalazłem go przy południowej bramie, gdzie pełnił wartę. Przywitałem go i szybko wtajemniczyłem w szczegóły wyprawy, zapewniając, że załatwię kogoś na jego miejsce do pilnowania ogrodzenia.
Gdy nastało późniejsze popołudnie, około godziny 15:00, zebrałem całą trójkę, która miała z nami wyruszyć. Gigant ubrany już po swojemu, czekał przy furtce wychodzącej do lasu, ostrząc swój ogromny miecz. Szpieg poprawiał noże przy pasie i ładował broń. Natalia ubrana i gotowa, również trzymała w ręce pistolet. Szybko wytłumaczyłem jej jak zwolnić blokadę i przeładować. Zaledwie dziesięć minut później byliśmy już w drodze. Pierwszym miejscem, na którym się zatrzymaliśmy, była polanka. Dalej leżały tam trupy, ale widziałem, że paru z nich brakuje. M.in. Goliata oraz paru towarzyszy Alexa. Nie patrząc dłużej, niż trzeba było minęliśmy to miejsce i skręciliśmy na północny zachód. Czekało nas parę kilometrów drogi, ale taki spacer mógł pomóc, oczyścić myśli i rozprostować kości. Szliśmy ostrożnie i rozmawialiśmy o sobie. Robiło się powoli ciemno, ale pomyśleliśmy i o tym, zabierając z obozu latarki. Podczas rozmowy przyszło mi do głowy pytanie, którego odpowiedzi byłem ciekaw już od jakiegoś czasu:
— Gigancie, jestem bardzo ciekaw twojej historii, w sumie poznaliśmy się zaledwie parę dni temu, ale dalej tego nie wiem – skąd się wziął twój miecz i strój?— zapytałem.
— Hahaha – zaśmiał się wesoło – to nie jest najciekawsza historia, ale skoro sobie tego życzysz, opowiem ci ją. Przed tym całym syfem, byłem zwykłym ochroniarzem w muzeum broni. Strój, który mam na sobie należał do mnie i w sumie sprawdzał się. Ja zawsze byłem fanem fantastyki i klimatów średniowiecza, więc kiedy zostawałem na noc, aby bronić eksponatów, przestawiałem kamery i wyjmowałem to cudeńko z gabloty i ćwiczyłem pchnięcia i zamachy. Miecz wydawał się stworzony dla mnie. Leży idealnie w dłoni a można nim rozrąbać drzewo na pół, taki jest ostry! Pewnego wieczoru, podczas moich ćwiczeń przyszedł drugi stróż, o którym nie wiedziałem. Wystraszyłem się tak bardzo, że niechcący pchnąłem go na odlew i zraniłem poważnie. Straciłem po tym pracę i miałem zostać osądzony. Pewnie zapłaciłbym jakieś wysokie odszkodowanie i miał problemy ze znalezieniem kolejnej roboty. W dzień, kiedy miała być rozprawa, zaczęło się to wszystko. Nim moje miasto ogarnął chaos wkradłem się do muzeum i ukradłem miecz, wiem, że może wam to się wydać trochę nie poprawne, ale wiecie… koniec świata i koniec zasad – tu odczekał na naszą reakcje. Zacząłem śmiać się głośno razem z pozostałymi, pierwszy raz szczerze od wielu dni.           
Kontynuowaliśmy nasz spacer po piaszczystych dróżkach w lesie, aż w końcu zaczął padać deszcz. Tego nie przewidzieliśmy, chociaż cały dzień nad nami wisiały chmury. Zgasiliśmy latarki i przyspieszyliśmy kroku, a deszcz siekał mocniej i mocniej z każdą sekundą. Usłyszeliśmy odległy grzmot. Całe szczęście wieża obserwacyjna była niedaleko i już po chwili mogliśmy się w niej skryć. Obiekt był nowy, miał jeszcze na sobie tabliczki, które informowały turystów ile pieniędzy poszło na jego budowę. Składał się z trzech pięter i w sumie liczył sobie dobre pięćdziesiąt metrów wysokości. Zbudowany był w całości z drewna. W okolicy stały jeszcze dwa małe baraki, w których przetrzymywane były materiały budowlane. Wspięliśmy się po schodach na szczyt i tam patrzyliśmy na nocny krajobraz.
 Widok na pewno byłby bardziej imponujący w dzień, ale teraz też czułem klimat. Spoglądałem z Natalią w stronę Królowego Mostu i leżącej niedaleko wioski Kołodno.  Nagle przez głośny dźwięk deszczu odbijający się echem po całej okolicy, oraz piorunami, które tańczyły po niebie niczym wyborni tancerze, usłyszałem dwa krzyki. Jeden Szpiega, który wskazywał na drugą stronę wieży obserwacyjnej, a drugi należący do Giganta, który wskazywał ogromnym palcem na podstawę budowli. Spojrzałem najpierw w miejsce na które pokazywał zakapturzony i zobaczyłem coś niesamowicie przerażającego. Łuna płonącego miasta. Nie wiedziałem dokładnie co to za miasto, nie mógł to być Białystok bo był zwyczajnie za daleko, ale teraz zdziwiłem się, że nie zauważyłem tego blasku wcześniej. Na północy, daleko stąd, widać było wysokie budynki w ogniu. Co ciekawe krążył nad nimi śmigłowiec. Musiały być oddalone o co najmniej dziesięć kilometrów od nas. 
Następnie spojrzałem na to co wskazywał Gigant. Miejscem oświetlanym przez niego latarką był jeden z barków. Stał teraz otworem i wychodziły z niego zombie. Co najmniej dwadzieścia. Zaczęły wspinać się chwiejnym krokiem po konstrukcji, a mnie, niczym miecz, przeszył strach. Krzyknąłem coś, ale sam nie usłyszałem swojego głosu przez burzę i gwałtowną ulewę, która zalewała okoliczne tereny. Podbiegłem do Giganta i przekazałem mu gestem, żeby obstawił schody. Wróciłem biegiem do Natalii o mało nie wypadając za barierkę, kiedy poślizgnąłem się na śliskim drewnie. Krzyknąłem jej do ucha :
— Musimy wracać!
Wyciągnąłem nóż i zacząłem ją ciągnąć za rękę w kierunku schodów. Pierwsze zombie docierały już na górę. Zobaczyłem jak Gigant zamachuje się ogromnym mieczem i przepoławia pierwszego trupa. Stracił jednak przy tym równowagę i  zobaczyłem z grozą jak kolejne dwa szwendacze powalają go i próbują gryźć. Próbował je odpychać ogromnymi łapami, te jednak nie dawały za wygraną i zaczynały drapać go po ochraniaczach na ręce. Szpieg widząc to natychmiast skoczył na nie, wyciągając dwa noże i wbił je idealnie w oba trupy, odpychając je do tyłu i tym samym blokując na chwilę drogę. Gigant wstał przerażony i podniósł swój miecz. Korzystając z momentu wszedłem na schody i zacząłem ciąć i strzelać. Schodząc powoli wyeliminowałem kolejne trzy trupy.
Karol podążył za mną i zza moich pleców dźgał mieczem, odrywając głowy zombie. Byłem cały we krwi, ale nie pozwoliłem żadnemu na podejście do mnie bliżej. Razem ze Szpiegiem udało nam się na tyle utorować drogę, żeby zejść na drugie piętro wieży. Tam przeżyłem kolejną chwilę grozy widząc, jak Natalia odcięta od nas walczy z martwym przeciwnikiem. Zanim jednak zdążyłem skoczyć zobaczyłem jak z satysfakcją przeszywa trupa paroma cięciami i wyrzuca go za barierkę. Walka była zażarta, cięliśmy, odpychaliśmy i odsuwaliśmy się. Wydawało mi się, że trwało to nieskończoność, kiedy w końcu zobaczyłem jak Gigant rozcina głowę ostatniego wroga. Deszcz powoli przestawał padać a noc była już w pełnym stadium . Byłem przerażony, ale zarazem wściekły. Zawołałem :
— Skąd one się wzięły?
Gigant nie odpowiedział. Wskazał tylko nadal uchylone drzwi baraku i kazał zachować ciszę. Opuściliśmy wieże i skradając się gęsiego podeszliśmy do małego budynku. Byliśmy zmęczeni, zmoknięci a nasze ubrania były przesiąknięte krwią. Kiedy stanęliśmy po obu stronach baraku zawołałem :
— Kto tam jest?
Usłyszałem trzask dochodzący ze środka. Trzymając w obu dłoniach spluwę patrzyłem na postać, która w cieniu wyłania się z baraku. Z początku wydawało mi się, że znowu śnię, przetarłem oczy i kazałem reszcie zostawić człowieka, który sprowadził na nas hordę. Osoba ta miała tylko jedną rękę a wzrostem sięgała mi zaledwie do szyi. Wciąż nie mogąc uwierzyć spojrzałem na twarz, którą ostatnio widziałem w Grabówce. Z ust postaci wydarł się szaleńczy śmiech, który rozbrzmiewał mi w głowie niczym świder. Przed nami stał Dalion.

wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 11: Odpoczynek

Ten rozdział pomimo spokojnej nazwy, będzie rozwijał kilka ciekawych motywów. Czy ekipa Bobra w końcu zazna spokoju po przejęciu KM? Czy Alex pojawi się znowu w ich życiach? Tego dowiecie się już w krótce, zapraszam do komentowania i rozsyłania bloga znajomym. Miłego czytania!

Pablekta: Korektlord
------------------------------------------------------

Rozdział 11: Odpoczynek


                Usłyszałem hałasy. Siedziałem dalej w tym samym miejscu, na którym zasnąłem. Za oknem było ciemno. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po pokoju. O dziwo nie widziałem tutaj Kiciusia. Pomyślałem od razu, że Gigant przeniósł go na piętro, gdzie było cieplej i przytulniej. Wstałem i rozprostowałem obolałe nogi. Zdziwiłem się faktem, że byłem w pomieszczeniu sam. W końcu w obozie przebywało teraz piętnaście osób. Szukając mojej broni przeżyłem kolejne zaskoczenie – zniknął mój pistolet oraz podręczny nóż. Wyjrzałem za okno i ujrzałem Sołtysa rozmawiającego z Goku. Uspokoiło to trochę moje obawy. Chciałem zobaczyć, co dzieje się z Kiciusiem, więc udałem się w stronę schodów.
 Nagle usłyszałem dźwięk dochodzący od drzwi, z drugiej strony domu. Powoli ruszyłem do kuchni, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ujrzałem postać, która właśnie otworzyła drzwi. Przez pierwszą chwilę wydawało mi się, że to Cinek, ale po chwili zamarłem. To był Alex. Sparaliżowany strachem nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Jego twarz była pokryta ranami, które zadaliśmy mu w czasie walki na polanie. Natychmiastowo otrząsnąłem się i puściłem biegiem w stronę salonu. Słyszałem jak mnie goni. Zacząłem wołać o pomoc, ale nie widziałem nadchodzącego Giganta, ani nikogo innego z moich przyjaciół. Pech chciał, że potknąłem się o próg i straciłem równowagę. Mój przeciwnik wykorzystał to i doskoczył do mnie. Powalił mnie, zobaczyłem nóż w jego rękach. Byłem tak przerażony, że nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Broń zabłysnęła w jego dłoni i zadał mi cios w brzuch. Poczułem ogromny ból, kiedy stal przeszywała mnie na wylot:
— Za zniszczenie spokoju – dźgnął ponownie – za zabicie moich przyjaciół – następna fala bólu przeszyła mnie – za Natalię – zacząłem odpływać atakowany przez mojego największego wroga. Dorwał mnie. Umierałem. Widziałem jego twarz przepełnioną nienawiścią. Czy to naprawdę był ostatni widok jaki miałem zobaczyć w życiu? Wtedy odleciałem. Zamknąłem oczy i nie czułem już niczego.
 Wtedy się obudziłem. Zlany potem podniosłem się. Było na oko południe. Leżałem na piętrze domu Kiciusia. Widziałem, że w kącie na drugim łóżku siedział Goku. Kiedy zobaczył, że wstałem podszedł do mnie i przywitał się :
— W końcu wstałeś, pało – powiedział żartobliwie, jak to miał w zwyczaju. Teraz w końcu miałem szansę z nim normalnie porozmawiać. Nie robiłem tego od czasu naszej rozmowy w parku.
— Miałem straszny sen dotyczący Alexa. W Obozie wszystko w porządku? – zapytałem na wszelki wypadek.
— Jasne, że tak. Ten twój ogromny kumpel chodzi od bramy do bramy i pilnuje porządku. Reszta szykuje śniadanie, a Kiciuś kima na dole.
— Dzięki. Zaraz będę musiał posłuchać waszej relacji co do zdarzeń w drodze do Królowego Mostu. Ale najpierw muszę coś zjeść bo nie wytrzymam – odpowiedziałem i wstałem. Bartek zszedł na dół, a ja ubrałem się i poszedłem w jego ślady. Na dole drzemał Kiciuś. Jego ręka była zabandażowana. W kuchni, w której rozgrywała się akcja mojego koszmaru siedziało teraz parę osób – Natalia, Goku, Nieznajoma, Gigant, Szpieg oraz Cinek.
Usiadłem przy stole i łapczywie rzuciłem się na swoją porcję jedzenia.  Zjadając szybko, rozpocząłem dyskusję :
— Dziękuje za posiłek. Opowiadajcie teraz jak wyglądała wasza droga tutaj. Może mi się to przydać, w końcu Alex dalej gdzieś tam jest.
— Może ja opowiem? Mam całkiem dobrą pamięć i kojarzę każdy szczegół – zaczął Goku i nie czekając na pozwolenie kontynuował — W momencie, kiedy poszedłeś wraz z tym debilem na zwiad w parku, wyczekiwaliśmy znaku od Kiciusia do ataku. Chcieliśmy jak najszybciej odbić Natalię i resztę po czym poczekać na ciebie i realizować twój plan. Wtedy jednak wszystko zaczęło się komplikować. Alex długo nie wracał i Bochen poszedł sprawdzić, co się stało. Po chwili wrócił sam Alex i powiedział nam o tym, że Bochen cię zabił i on wymierzył sprawiedliwość we własnym zakresie. Przytargał ciało naszego przyjaciela i kazał je powiesić na latarni. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu, ale nim zdążyliśmy zadziałać, Cinek wrócił ze swoją ekipą —  tu zerknął na niego i prychnął z pogardą – musieliśmy się poddać i podążać za nimi, licząc na to, że nas nie zabiją, wciąż opłakując twoją śmierć. Ruszyliśmy w stronę centrum i wybijając masę trupów znaleźliśmy przy pewnym warsztacie dwie działające furgonetki. Natychmiast je przejęliśmy i do rana jeździliśmy po sklepach i szpitalach zbierając jakieś gówniane zapasy. Grupa Alexa była na tyle silna, że dziesiątkowali trupy spotkane na drodze bez problemu i nie ponieśli żadnych strat. Potem pojechaliśmy na Lwowską. Tam uderzyliśmy na sklep militarny i zapakowaliśmy tyle broni ile się dało. Wszyscy dalej byliśmy uwięzieni, więc… — w tej chwili przerwała mu Nieznajoma – Nieprawda. Natalia i jej przyjaciele byli wolni. Ale wątpię, żeby mogli jakoś zmienić bieg wydarzeń. Mów dalej Bartku – powiedziała.
— Tak. To prawda. Nie wszyscy byli uwięzieni, ale nasza sytuacja była beznadziejna. Wtedy zaatakował nas jakiś psychopata, który ciągnął za sobą tabun martwiaków. Drugie tyle zaczęło wypełzać nie wiadomo jakim sposobem z tyłów sklepu. Musieli tam się cisnąć jak w puszce! – opowiadał dalej.
Słuchałem go z wielką uwagą, tak samo jak Szpieg i Gigant, którzy nie wiedzieli nic o ludziach, którzy przy nich siedzieli.
— Ale to już chyba z tego co słyszałeś od Erniego. Mniejsza. Potem odjechaliśmy. Droga była prosta, aż do Grabówki. Dosłownie przed wjazdem zobaczyliśmy grupę ludzi, która zjeżdżała samochodem na podjazd jakiegoś mniejszego sklepiku. Jak nas zobaczyli, od razu wsiedli i dali gazu. Alex oczywiście nie mógł zostawić ich w spokoju i kazał ostrzelać oddalający się pojazd. Jeden z pocisków trafił i widziałem jak auto zjeżdża na pobocze i zatrzymuje się. Wtedy pojechaliśmy dalej. Kiedy zobaczyliśmy światła w Królowym Moście, uwolnili Erniego i kazali mu sprawdzić kto tam jest. Tutejsi od razu wpuścili Kiciusia i jego przyjaciół i w sumie pożyliśmy tutaj niecałe dwa dni, bo wczoraj wieczorem przyszedł Erni zaczął nam tłumaczyć twój plan i porozmawiał z Sołtysem oraz resztą. Wtedy zaczął wołać Alexa i jego kompanów mówiąc, że zobaczył w lesie obóz. Ten idiota słysząc to od razu napalił się na myśl o zabijaniu i zebrał ekipę. Pojechał i resztę znasz. Cieszę się, że go już nie ma. Byłem pewien, że pewnego dnia będziemy tak samo niepotrzebni jak Bochen i się nas pozbędzie – tu wyraźnie zakończył mówić, bo sięgnął po szklankę wody i napił się.
Żaden z aspektów nie wstrząsnął mną szczególnie, ale cieszyłem się, iż mogłem poznać całą historię z ich perspektywy. Dziękując raz jeszcze za jedzenie wyszedłem z kuchni i udałem się do salonu, gdzie leżał Erni. Stała przy nim Jola, zmieniając mu akurat opatrunek. Spojrzałem na nią i zapytałem :
— Jak się czuje?
— Rana goi się, to jest pewne, ale nie wiem jak szybko odzyska sprawność w ręce. Będzie miał problemy z strzelaniem i walką. Pocisk naderwał mu mięśnie i osłabił kość – powiedziała nie przerywając swojej pracy. Spojrzałem na towarzysza z troską. Żałowałem, że musiał zapłacić taką cenę za wolność. Nie miałem jednak czasu na dalsze sterczenie w domu, czas zobaczyć Obóz za dnia.
Wyszedłem na zewnątrz czując na twarzy chłodne powietrze. Dzisiejszy dzień był zimny. Nade mną kłębiły się chmury, które zwiastowały deszcz. Obóz teraz wydawał mi się większy niż poprzednio. Co prawda nigdy nie podchodziłem zbyt blisko, ale z obserwacji z młyna wydawał się o wiele mniejszy. Ogrodzenie otaczające go było zbudowane z drewna i siatki, wzmocnione z wielu stron, czyniąc je świetną osłoną przed zombie. Zastanawiałem się, czy ogrodzenie zatrzymałoby samochód, który chciałby je powalić. Ciężko to było określić, więc porzuciłem tę myśl.
W całym kompleksie było sześć domków, w tym każdy odpowiednio zagospodarowany. W pięciu mieszkali ocalali, a jeden służył jako gabinet lekarski i skład broni zarazem. Interesowała mnie jednak inna rzecz, więc zrobiłem szybką rundkę po bramach, które były zarazem wyjściami. Ta od wschodu, którą wszedłem, rzeczywiście wydawała się najgroźniejszym punktem. Siedziała tam teraz Miczi z jakąś nową dalekosiężną bronią. Pozdrowiłem ją skinieniem głowy i ruszyłem dalej. Od południa wychodziła tylko jedna brama, którą dało się dostać na teren. Była ona jednak zagrodzona dwoma autami miejscowych. Na jednym z nich siedział spokojnie Piotr, mężczyzna, który w lesie ocalił Natalię. Widziałem, że jest zamyślony, więc nie przeszkadzałem mu. Dalej od strony zachodniej były dwie bramy, obie wyglądały solidnie i wiedziałem, że tych z pewnością nie sforsuje żadne auto. Jednej pilnował Szpieg a drugiej Eryk. Ostatnia część obozu miała również jedną bramę, chronioną przez Damiana i Roberta.
Ten drugi wczoraj wyciągnął w naszą stronę broń, więc nie ufałem mu. Muszę pamiętać, aby wspomnieć Gigantowi, żeby miał na niego oko, pomyślałem. Zadowolony z obchodu ruszyłem na środek kompleksu, gdzie znajdowała się studnia. Leżała ona dokładnie w miejscu przecięcia się sześciu domów i tworzyła swego rodzaju wzór, który byłby łatwy do zauważenia z lotu ptaka. Przysiadłem na jej murku i zatopiłem się w myślach. Mieliśmy jeszcze tyle do zrobienia, ale udało się osiągnąć najważniejszy cel. Zebrałem moich przyjaciół w jednym miejscu. Teraz musiałem dać z siebie wszystko, żeby ich obronić.
 Kiedy tak dumałem, usłyszałem, że drzwi z domu za moimi plecami się otwierają i zobaczyłem wychodzącego Sołtysa. Miał na sobie koszulę oraz typowe farmerskie spodnie. Na nogach nosił proste buty. Widząc mnie podszedł i przywitał się. Jakie to było dziwne. Dwie osoby, które starały się o bezpieczeństwo swoich ludzi, a tak bardzo różniące się wiekiem. Ja, osiemnastolatek oraz on, poczciwy starzec, który nie mógł mieć mniej niż sześćdziesiąt lat. Siadając obok mnie zaczął :
— Jak się czuje Ernest?
— Coraz lepiej. Chociaż z tego, co powiedziała Jola, będzie długo odzyskiwał pełną sprawność ręki – odpowiedziałem.
— Nic dziwnego, rana była dosyć poważna – tutaj zamilkł na chwilę po czym zaczął niepewnym głosem – Dręczy mnie pewna sprawa, młodzieńcze, może zabrzmi to odrobinę chamsko, ale muszę to wiedzieć. Jesteś obrońcą tych ludzi i z pewnością tak samo jak ja zrobisz wszystko, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Co planujesz w sprawie Alexa?
Musiałem się chwilę zastanowić, bo pytanie rzeczywiście było trudne:
— Szczerze Adamie, o ile mogę się tak do ciebie zwracać, mam pewien plan. Kiedy walczyliśmy na polanie i zaskoczyliśmy go kompletnie, on zdołał zbiec, jadąc w stronę wieży obserwacyjnej, tej na północ od Kołodna. Wiem, że ludzie z tego obozu nie są bezpieczni dopóty, dopóki on żyje. Tak więc dzisiaj po załatwieniu paru spraw zbiorę ludzi i pójdziemy tam. To miejsce leży zaledwie trzy kilometry stąd, więc wydaje mi się, że nie ma powodu żebyśmy brali auto i ugrzęźli gdzieś niefortunnie w bagnie.
— To wiąże się z pewnym ryzykiem, zdajesz sobie sprawę? – zapytał.
— Oczywiście. Wiem, że to może zabrzmieć samolubnie, ale mam z nim tyle osobistych porachunków, że uznam to jako mój główny cel na teraz. Wiedz, że nie zrobię niczego, żeby narazić te grupe.
Widziałem, że moja odpowiedź mu się spodobała, bo poklepał mnie po plecach z uśmiechem na brodatej twarzy i wrócił do swojego domu. Teraz nadszedł czas, żeby działać. Nie czułem się tak dobrze od wielu dni, które były bardzo ciężkie. Wróciłem do domu Kiciusia i znajdując tam moich przyjaciół, poprosiłem o zawołanie Giganta i zmienienie Miczi na straży. Po chwili w kuchni siedzieli: Karol, Cinek, Miczi oraz Goku.  Kiedy uciszyłem ich gestem zacząłem mówić :
— Plan wygląda następująco. Miczi oraz Gigant wyruszą za chwilę do młyna, w którym się ukrywaliśmy po przyjeździe do Królowego. Zostawiłem tam swój plecak oraz parę innych rzeczy, dodatkowo będziecie mogli przynieść do obozu inne potrzebne przedmioty, które tam znajdziecie. Zachowajcie pełną ostrożność, nie wiadomo czy ktoś nie pomyślał o tym miejscu tak samo jak my wcześniej. Alex dalej jest na wolności, więc na to również musicie uważać. Kiedy zbierzecie tyle rzeczy, ile się da, wrócicie i powiem wam co dalej – skończyłem mówić, a oni skinęli głowami na znak, że rozumieją i zabrali się do wyjścia. Ja spojrzałem na Marcina i Bartka i zacząłem im tłumaczyć jakie jest nasze zadanie – My z kolei we trójkę wrócimy do lasu, w którym zostawiłem samochód, którym się tu dostałem. Jest to przy drodze wylotowej z Królowego Mostu. Jakieś pytania? – zapytałem.
— Czemu mnie tam ciągniesz? – zapytał Cinek.
— Wszyscy inni są zajęci. A po drodze możemy wpaść na zombie, z tobą będę się czuł bezpieczniej – skłamałem. Nie wyglądał na przekonanego, ale moja zdolność retoryki jakoś go ugłaskała. W końcu jeszcze parę dni temu byłem osobą nagrywającą komentarz do gier w Internecie. Poszedłem na górę się przebrać w jakieś ciuchy leżące w szafie. Żałowałem teraz, że nie zabrałem czegoś ze swojego domu. Ciekawiło mnie, gdzie teraz jest moja rodzina i czy jeszcze kiedyś ją zobaczę. Naciągnąłem na siebie inne spodnie, znacznie wygodniejsze do biegania niż jeansy, oraz bluzę z kapturem. Na szyi zawiązałem bandankę z trupią czachą. Kiedy upewniłem się, że pistolet, który wziąłem ze składu broni jest naładowany, a mój nóż spoczywa na swoim miejscu - zszedłem po schodach. Na dole czekali już Cinek i Goku. Byli ubrani podobnie do mnie, przez plecy mieli przewieszone karabiny i wiatrówki a przy pasach przytwierdzone siekiery. Uśmiechnąłem się w duchu, gdy pomyślałem, że obaj wiedzieli jak posługiwać się bronią tylko na podstawie gier komputerowych.
Wyszliśmy we trójkę z domu i ruszyliśmy do jednej z zachodnich bram, tej przy której stał Eryk. Pożegnaliśmy się z nim, mówiąc dokąd idziemy i opuściliśmy bezpieczne „mury” Obozu. Do auta mieliśmy w planach dojść trochę inaczej niż wcześniej. Teraz mieliśmy pokonać odcinek wiejskiej asfaltówki wiodący przez opuszczoną część wioski, który wchodzi bezpośrednio na główną drogę prowadzącą do Białegostoku. Ruszyliśmy. Słońce chowało się co chwilę między chmurami a wiatr nie wiał. Powietrze było rześkie i chłodne. Mijaliśmy kolejne domy oraz starą cerkiew. Mieliśmy nadzieję, że były opustoszałe. Wszyscy milczeliśmy aż do głównej ulicy. Wtedy odezwałem się:
— Nie wiemy jak to wygląda z drugiej strony prowadzącej na wschód. Jeżeli ktoś tam jest, musimy to wiedzieć, żeby nie odciął nas, gdy będziemy ruszać w stronę Białegostoku. Goku przejdziesz się za zakręt i sprawdzisz, czy możemy bezpiecznie iść drogą? – spytałem.
— Jasne. Poczekajcie tu na mnie chwilkę – odpowiedział.
Widziałem, że w stronę, którą poszedł Goku poruszało się parę trupów, więc wątpiłem, żeby ktoś tam obozował, ale warto było to sprawdzić. Miałem zresztą pewien plan, który wykluczał obecność Bartka. Kiedy ten odszedł z zasięgu słuchu i wzroku, zwróciłem się do Cinka:
— Mogę ci zaufać?
— Co? – zapytał wytrącony z równowagi tego typu pytaniem.
— Czy mogę ci ponownie zaufać po tym jak wspierałeś Alexa? Czy pewnego pięknego dnia nie dostanę nożem w plecy, kiedy będę celował do twojego przyjaciela? Czy mogę liczyć na to, że wesprzesz mnie? –widziałem, że chce on coś powiedzieć, ale sam natychmiast się odezwałem – Jeżeli odpowiesz nie, nie zaatakuje cię. Nie zrobię nic. Tylko poproszę, żebyś odszedł. Może znajdziesz swojego przyjaciela, a może nie. Możliwe, że zginiesz albo zabijesz mnie, kiedy spotkamy się za jakiś czas. Ale odpowiedź muszę poznać dzisiaj. Przemyśl to i po prostu w pewnym momencie, nawet przy reszcie powiedz tak albo nie.
Tutaj urwałem dyskusję. Widziałem, że Goku wraca aby przekazać nam, że nic nie znalazł. W milczeniu ruszyliśmy środkiem drogi, mijając przystanek autobusowy. Wydawało mi się to zabawne, że wisiał na nim dalej rozkład jazdy. Przecież nikt już nim nie jeździł. Dosyć szybko dotarliśmy do wjazdu do Królowego Mostu i ruszyliśmy w las, gdzie schowane było auto Kamila. Robiło się powoli ciemno, a my rozdzieliliśmy się. W lesie napotkaliśmy kilka zombie, które efektownie wybiliśmy.
Kiedy zasięg mojego wzroku nie pozwalał mi zobaczyć niczego w odległości dalszej niż dziesięć metrów, zacząłem się martwić o moich przyjaciół. Zawołałem ich po cichu, kiedy nagle usłyszałem trzask gałązki za moimi plecami. Nim zdążyłem się odwrócić czyjaś dłoń zakryła mi usta a druga unieruchomiła. Przez chwilę myślałem, że to głupi żart któregoś z moich towarzyszy, jednak kiedy usłyszałem głos jakiegoś mężczyzny, poczułem strach:
— Spróbuj jeszcze raz zawołać, a zabiję cię – głos był dosyć wysoki jak na mężczyznę, ale mimo to napawał mnie strachem – zaraz zabiorę dłoń z twoich ust, wtedy zawołasz tu jeszcze raz swoich przyjaciół, najpierw jednak… — tu urwał i zaczął przeszukiwać moje kieszenie. Teraz zauważyłem, że w dłoni, którą mnie unieruchomił trzymał nóż. Po rewizji zabrał mi pistolet oraz nóż i kazał krzyknąć:
­— Gdzie jesteście? Goku! Cinek! Jeżeli jesteście przy samochodzie zapalcie światło! – wrzasnąłem. Głos drżał mi straszliwie, ale zabrzmiałem dosyć przekonująco. Nagle zobaczyłem błysk świateł, oddalony ode mnie o jakieś pięćdziesiąt metrów. Dosłownie po tym jak rozbłysnął coś z tyłu ohydnie huknęło i poczułem, że uścisk słabnie, a bandyta opiera się o mnie ciężko i upada. Zszokowany odwróciłem się. Byłem bezbronny, ale to co zobaczyłem uspokoiło mnie. Za trupem z wbitym w głowę toporem stał Cinek. Uśmiechnął się do mnie przyjacielsko i powiedział:
— Tak.