Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irek. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

Rozdział 25: Nowy dzień

Rozdział 25, ostatni w tomie 5. No cóż, dotrwaliśmy do tej wiekopomnej chwili, która powinna nastąpić już dawno temu. Ale się doczekaliśmy także możecie poznać zakończenie tego tomu, a właściwie wstęp do wydarzenie z kolejnego, który oczywiście również powstanie w swoim czasie. Mam nadzieję, że macie jeszcze jakieś zaufanie do tej serii i mimo wszystko gdy nadejdzie ten moment, to ruszycie do czytania 6 tomu. Nie mam pojęcia, kiedy się go spodziewać, osobiście stawiałbym ten rok, ale nie chcę nic obiecywać. Także po raz ostatni w tym tomie zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Irek - Rozdział 25 - Dzień 8 - Przeprowadza nocne działania z Dziarą
Zuza - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku
Bobru - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku

----------------------------------------------------

Rozdział 25: Nowy dzień (IREK, ZUZA, BOBRU)

Irek
                Auto zatrzymało się na poboczu. Droga wyglądała na czystą, chociaż to wcale nie dawało mi poczucia bezpieczeństwa. Tylko ja wiedziałem jak wielkie zagrożenie na nas czyha. Nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę się tutaj działo, a ja miałem związane ręce i chociaż chciałem pomóc to musiałem słuchać Krawca. Trzymał mnie w szachu nie będąc nawet przy mnie. Co najgorsze, jego manipulacja była na tyle skuteczna, że zdołał przesunąć większość sił Torunia i Inowrocławia tylko przy mojej pomocy. Zabawiał się nami wysyłając nas w tą i z powrotem, a ja wiedziałem, że cierpliwość Dziary się kończy. Siedział teraz obok mnie, na tylnym siedzeniu auta i widać było, że intensywnie myśli nad rozwojem wydarzeń. Samochodem kierowała Ewelina, a obok niej siedział Michael. Czekaliśmy.
                Był środek nocy. Wszyscy byliśmy zmęczeni i marzyłem tylko o tym żeby się położyć spać, ale wiedziałem, że nikt teraz nie śpi. Wszędzie coś się działo, a ja byłem tylko w jednym z wielu miejsc, gdzie ważyły się losy okolicznych grup. Drugim takim na pewno był Płock, gdzie według słów Krawca, nowy obóz Bobra był otoczony przez stado. Pozostała jego część zmierzała na zachód, prosto w naszą stronę.  Jedyną nadzieją dla Toruńskiej Ostoi Ocalałych była solidarność żywych przeciwko martwym. Rozkazy zostały wydane i wszystkie jednostki formowały stanowiska do obrony. Wiedzieliśmy, że nie wybijemy tak ogromnego stada, ale chcieliśmy je jak najbardziej pomniejszyć i zatrzymać, żeby mury Ostoi wytrzymały oblężenie. Wszystkie okoliczne posterunki, wliczając w to największy – Drugi Posterunek, były zebrane w Toruniu. Całe zapasy, okoliczna broń i reszta zostały przetransportowane do największego obozu i czekały. Ostoja nigdy nie miała problemów z wyżywieniem czy uzbrojeniem jej mieszkańców, ale teraz, kiedy wisiała nad nami wizja dni, a może nawet tygodni obrony w miejscu, bez możliwości wyjścia to przestało to już wyglądać tak kolorowo.
                Na drodze przed nami zobaczyliśmy światła. Chociaż wszystko wydawało się być już ustalone to czułem pewien stres. Nie ufałem tym ludziom. Poruszali się jednym pojazdem tak jak my, nikt nie chciał, żeby doszło do rozlewu krwi. Ich samochód terenowy stanął parę metrów przed naszym. Obserwowałem, jak drzwi się otwierają i ze środka wychodzi piątka ludzi. Dziara dał znak i my również opuściliśmy nasze auto. Nocne powietrze pobudziło mnie nieco, ale nie zmieniło planów i marzeń, o tym, żeby się przespać. W okolicy panował mrok, a jedynym źródłem światła były światła wytwarzane przez samochody. Rozciągały się po całej ulicy, rzucając dosyć upiorne cienie na całość.
                Po stronie Złomiarzy pierwsza w oczy rzuciła się ich przywódczyni – Wanda. Miała rude włosy i była kobietą w moim wieku. Towarzyszyło jej czterech mężczyzn, którzy nie mieli broni w rękach, ale widać było karabiny przewieszone przez plecy. Wyglądali groźnie. Podejrzewałem jednak, że my również nie wyglądaliśmy zbyt przyjaźnie. Obie grupy stanęły naprzeciw siebie. Wanda, która najbardziej wyróżniała się ze swoich ludzi miała długi, czarny, skórzany płaszcz i zakryła większość swoich bujnych włosów kapturem. Kiwnęła głową na przywitanie.
- Słyszałam od swoich ludzi, że chcecie porozmawiać o pewnej, wyjątkowo zachodzącej za skórę, grupie – zaczęła dialog bez przywitania, przechodząc prosto do rzeczy.
- Dobrze słyszałaś – odpowiedział Dziara – Wiem, że stosunki między naszymi obozami, w najlepszym wypadku, bywały co najwyżej znośne, ale mamy większy problem niż walka o szlaki i wchodzenie na swoje terytorium.
- Co się stało z moim patrolem na wschód stąd? – zapytała.
- Zostali zabici przez Zszytych – odpowiedziałem, wcinając się w rozmowę. Jeden z mężczyzn otworzył szeroko usta. Na jego twarzy pojawił się grymas. Widziałem jak sięga po pistolet i wyciąga go, celując w nas. Wszystko stało się dosyć szybko i w ułamku sekundy staliśmy celując do siebie. My w nich, a oni w nas.
- Spokojnie – starał się uspokoić sytuacje Dziara – Wanda powstrzymaj go, zanim przegramy tą całą wojnę zanim na dobre się zacznie.
                Wanda spojrzała na swoich ludzi i powoli dała znak do uspokojenia się. My poszliśmy ich przykładem i puściliśmy incydent w niepamięć, chowając pistolety i karabiny na swoje miejsce.
- Tam był… - zaczął mężczyzna, który spowodował zamieszanie.
- Wiem. Idź do auta, uspokój się i daj nam porozmawiać – odpowiedziała krótko. Posłuchał się jej i po chwili zostaliśmy na drodze w równej ilości – Przepraszam za jego zachowanie. W patrolu był ktoś bliski jego osobie. Wracając jednak do tematu, ufam, że nie wybiliście moich ludzi i nie bylibyście tak bezczelni, żeby kłamać mi w żywe oczy przychodząc do mnie z wyciągniętą ręką.
- Wierz w co chcesz, nie to jest tematem rozmowy – odpowiedział ostro Dziara – Zszyci nadchodzą i Toruń będzie się bronił. Każda pomoc się przyda, dlatego wychodzę z propozycją żebyśmy połączyli siły.
                Na drodze przez chwilę było słychać tylko wiatr. Wanda myślała nad słowami przywódcy Czerwonych Flar i Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Trzymała nas jednak w niepewności przez dobre dwie minuty. W końcu zapytała:
- Jak to widzisz?
- Normalnie. Nie musimy nawet łączyć sił, stado jest na tyle szerokie, że nie ma mowy o trzymaniu jednej drogi. Ważne żeby Twoi ludzie jakkolwiek dołączyli do walki i pilnowali głównej drogi z nami, nawet na innym odcinku. Wiesz, że Krawiec nienawidzi was bardziej niż kogokolwiek w tym rejonie?
- Wiem. Ale co dalej? Jak wygląda cały plan?
- Nie ma konkretnego planu – znowu w głosie Dziary dało się usłyszeć zniecierpliwienie – Chodzi po prostu o wybicie tyle ile się da, zanim te potwory nas zasypią. Zorganizujemy schrony i będziemy musieli to przeczekać, ale jak damy się uderzyć tak ogromną falą to nie uratuje nas nic. Dlatego musimy zniszczyć tyle ile się da, a potem wycofać i schować się jak myszy pod miotłą i po prostu zaczekać aż to wszystko minie.
- Skąd mam mieć pewność, że w kluczowym momencie nie zaatakujesz moich ludzi z zaskoczenia?
- Nie masz takiej pewności, ale cholera jasna – tutaj gniew w głowie był już zdecydowanie słyszalny – czy ja ci wyglądam na człowieka, który poświęci swoich ludzi, dając im zginąć od fali żywych trupów, tylko dlatego żeby wyrównać jakieś śmieszne, osobiste porachunki?
- Nie – odpowiedziała, a w jej głosie można było usłyszeć, coś przypominającego zawstydzenie – Dobra. Rozumiem jak to ma wyglądać, gdzie mamy się stawić?
- To zgoda? – upewnił się Dziara.
- Zobaczymy.
                Podeszliśmy do maski naszego auta i przyświecając latarkami rozłożyliśmy mapę okolic, którą Ewelina wyciągnęła z schowka w samochodzie. Dziara przez chwilę przypatrywał się trasie, po czym wskazał palcem odcinek drogi pomiędzy Grudziądzem, a Toruniem i stuknął w wybrany punkt.
- Tutaj – przesunął się żeby dopuścić do mapy Wandę. Kobieta zerknęła i przejechała wzrokiem po całości.
- Na kiedy mam przygotować ludzi? – zapytała.
- Jak najszybciej. Stado najpierw uderzy w naszą część drogi, ale w waszej pojawi się maksymalnie parę godzin później. Przy pierwszym uderzeniu mamy szansę na zabicie największej ilości, podczas wycofywania się to już  nie to samo. Posiadacie materiały wybuchowe? – zapytał Dziara.
- Coś tam mamy, damy sobie radę. Nie myśl, że jak nie jesteśmy z Twojego obozu to nie mamy nic do powiedzenia – powiedziała kąśliwie Wanda.
- Nawet tak nie założyłem. Tak czy siak, po powrocie do obozów zacznie się długie i żmudne wyczekiwanie, aż to wszystko się skończy. Stado może zostać w okolicy nawet parę tygodni, a oczyszczanie resztek po nim to będzie prawdziwy koszmar. Dlatego chcę żeby zawieszanie broni trwało dłużej niż te cholerne parę godzin obrony drogi – tą informacją zaskoczył nas równie mocno jak Wandę, która odwróciła do niego głowę, a jej wyraz twarzy przedstawiał szczere zdumienie.
- Nie zgodziłam się jeszcze na pierwsze, a już mówisz o drugim i to znacznie dłuższym? – zapytała zaskoczona.
- Oczywiście, że zgodziłaś się na pierwsze. Wysłuchałaś wszystkiego i nadal tu jesteś, więc widzę jak poważnie podeszłaś do tematu. Co do drugiego, to tylko dla dobra moich ludzi. Jak stado zniknie, albo rozwiążemy raz na zawsze problem z Krawcem to będziemy mogli wrócić do wrogości lub neutralności, jak wolisz. Z biegiem czasu człowiek zaczyna rozumieć więcej i widzieć, co naprawdę może zaszkodzić, a co jest tylko utrudniaczem – Dziara mówił na tyle szybko, że wydawał się mieć to wszystko gotowe do powiedzenia od dawna. Przywódca Czerwonych Flar przebył naprawdę długą drogę do stania się tym, kim jest teraz. To było inspirujące – Dlatego przygotuj swoich ludzi, brońmy naszych ziemi i spotkajmy się po tym wszystkim, żeby ustalić warunki naszej relacji. Powodzenia.
                Skończył rozmowę nawet nie czekając specjalnie na odpowiedź Wandy. Bez wątpienia zrobił na niej wrażenie. Chociaż relacja między nami wyglądała tak, że on więził mnie kiedyś jak zwierzę w klatce bez większego powodu i chciał sprzedać, a teraz był kimś w rodzaju mojego tymczasowego szefa, to nabrałem do niego prawdziwego szacunku. Po człowieku, który kombinował jak mógł żeby osiągnąć swój cel nie było śladu. Teraz istniał tylko dowódca bez kciuków, który walczył o wspólną sprawę i wychodziło mu to.
                Wsiedliśmy do auta szykując się do odjazdu. Ewelina zdążyła jeszcze oddać mapę z zaznaczonym miejscem zbiórki ludziom Wandy. Teraz musieliśmy wrócić do rozkładanej barykady i przygotować się na coś niesamowitego. Oglądałem się ostrożnie w każdym momencie, bojąc się zobaczyć znajome kształty. Byłem zmęczony, ale wiedziałem jedno – tej nocy nikt sobie nie pośpi.
ZUZA
                Wybuch był potężny.  Pomimo tego, że został przysłonięty to odleciałam do tyłu i z impetem uderzyłam w ścianę sąsiedniego budynku. Zadzwoniło mi w uszach, miałam wrażenie, że świat zamienił się w jeden wielki wir, a ból pleców wydawał się zwiastować trwałe kalectwo. Słyszałam krzyki, szczególnie jeden dziewczęcy, jęki trupów, strzały oraz całą masę innych dźwięków, które wydawały mi się tak obce, jakby były grane przez nieznane mi instrumenty. Przebijał się przez to też męski głos. Głos, który poznałam pomimo chaosu i zamieszania, ten, który prowadził mnie przez mrok i ciemność, nieważne jak bardzo nierealny i zmyślony był. A może nie był?
- Musisz iść dalej – odezwał się.
- Nie mam dokąd. Tu jest moje miejsce. Ci ludzie ochronią mnie, a ja zadbam o nich w zamian – mówiłam powoli, ale podobnie jak mojej świadomości, nie śpieszyło mi się specjalnie. Chciałem po prostu odpocząć. Przecież uderzyłam tak mocno, że mogłam równie dobrze zginąć. Tak jak Pablord. Nie znałam go. Czy on poświęcił się dla mnie, a może zrobił to dla siostry Łapy? Zapewne to drugie, może jednak pomyślał i o mnie i o niej. Czy nie było innego wyjścia z tej sytuacji?
- Było – odpowiedział głos – Nie powinnaś była się zatrzymywać, skąd wiesz, że to Ci ludzie?
- Po prostu wiem, okej? – odpowiedziałam nieco zdenerwowana – Co ci w tym przeszkadza? Nie żyjesz, nie możesz mnie bronić, ja chcę żyć, nie chcę dołączać jeszcze do martwych. Jestem przydatna i mogę się przydać. Dlaczego przestałeś być moim wsparciem? Może ja Ciebie wcale nie potrzebuje. Potrzebowałam, ale teraz nie żyjesz i powinieneś odpocząć. Przestać siedzieć w mojej głowie. Zajmij się sobą…
Nie wiedziałam co mnie tak bardzo denerwuje w tym, co on mówił. Zawsze uznawałam to za plus, że mogę słyszeć swojego męża i chociaż widziałam jak ginie, to był przy mnie. Teraz mogłam sobie jednak zadać jedno pytanie, „Jak możesz być tak żałosna?”. Mój mąż istniał tylko w mojej głowie. Nie mógł mi pomóc, a ja nie byłam przez niego do końca obecna. Ciągle żyłam przeszłością. Nie chciałam, żeby to trwało. Chciałam coś zmienić i nie wiedziałam jak to zrobić. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to wzięcie się w garść.
- Kochanie…
- Nie męcz dłużej mnie i siebie. Odejdź i daj mi spokój. Kocham cię i to nigdy się nie zmieni, ale chcę żyć. Dla siebie i dla Ciebie. Nie bądź samolubny. Nie obciążaj mnie i daj mi wstać – moje słowa doprowadzały mnie do płaczu. Cieszyłam się, że mąż jest tylko wytworem mojej wyobraźni, bo nie chciałabym go tak skrzywdzić w prawdziwym świecie. Chociaż wiedziałam o tym, że on nie jest realny to wciąż coś mnie trzymało. Nie dawało spokoju…
                Świadomość wróciła po chwili. Nie słyszałam już głosów w głowie, a te wszystkie niezidentyfikowane stały się bardziej znajome. Spojrzałam na miejsce, gdzie wybuchł granat i z przerażeniem zobaczyłam, że leżą tam zwłoki Pablorda, z oderwaną dużą częścią korpusu i ręką. Nie było mowy żeby przeżył taki wybuch, nie miałam właściwie pojęcia jak jego ciało zachowała taką stałość pomimo tego jak blisko eksplozji było. Młoda leżała kawałek dalej, najwyraźniej nieprzytomna, ale cała. Trupy się wycofywały, najprawdopodobniej dlatego, że główna brama została zamknięta, a Zszyci przy tej tylnej nie chcieli marnować jednostek, tylko po to żeby wysłać je na pewną śmierć. Mnie jednak ciekawiło co innego. Kto wybiegł z kościoła?
                Odpowiedź nadeszła sama, kiedy ze środka wyszła grupa Medyka. Zatrzymali się przy zwłokach Pablorda, a sam Medyk podszedł do leżącej Młodej i przyłożył jej palce do szyi.
- Żyje – odpowiedział, a jego wzrok przeniósł się na mnie – Dasz radę wstać? – zapytał mnie.
- Potrzebuję chwili, już jest mi lepiej – odpowiedziałam zgodnie z prawdą i powoli starałam się ruszyć. Plecy zdawały się być mocno potłuczone, ale nie było najgorzej. Zachwiałam się delikatnie, ale wszystko się wyrównało i mogłam stanąć na własnych nogach. Zauważyłam, że Bobru z grupą powoli kończą oczyszczanie placu, gdy nagle przypomniałam sobie o prośbie Bobra.
- Zająłem się pacjentami. Musicie wziąć jeszcze tego – wskazał rozerwane ciało – i siostrę Łapy. Jemu nie pomogę, ale ją opatrzę i zobaczę co da się zrobić. Nie masz wstrząśnienia mózgu Zuza?
- Ciężko powiedzieć, czuję się oszołomiona, więc bardzo możliwe.
- Dobra, ale udało się, to jest najważniejsze. Teraz tylko pytanie, dlaczego mieliśmy zdrajczynię w obozie.
- Zdrajczynię? – zapytałam – Widziałeś kto wybiegł z kościoła?
- Pewnie. To ta twoja koleżanka. Sara? – gdy to usłyszałam to przeżyłam szok. Sara? Dlaczego niby pobiegła za nimi i uciekła, rzucając granat? Czy ona chciała wymierzyć karę tym, którzy zabili jej matkę Annę dosłownie dwa dni wcześniej? Ale dlaczego wypuściła granat? Może chciała rzucić w przeciwników, ale w emocjach jej wypadł? Nie miałem pojęcia jak sobie to ułożyć w głowie, ale wiedziałem jedno – wszyscy w obozie byli bezpieczni. Oprócz Sary. Miałam jeszcze szansę ją dogonić.
                Podbiegłam chwiejnym krokiem do jednego z ciał trupów, których nie brakowało w uliczce. Smród i ogólny widok sprawiał, że żołądek podjeżdżał mi do gardła. Walczyłam z tym chwilę, po czym upadłam na kolana i zwymiotowałam solidnie, zalewając sobie rękawy i spory odcinek uliczki. Aż mną trzęsło, gdy wypadały ze mnie resztki jedzenia. Złapałam gwałtowany oddech. Trup, który leżał przede mną wyglądał równie paskudnie jak ja teraz. Miał jednak idealną ranę, która odsłaniała jego wnętrzności i dawała mi możliwość wysmarowania się tym wszystkim.
- Co ty wyrabiasz? Dziewczyno, ledwo trzymasz się na nogach, gdzie idziesz? – zapytał Medyk – Choć opatrzę cię i tyle. Tamta pobiegła dobre parę minut temu i jest otoczona trupami. Życie ci do cholery nie miłe? – w jego głosie oprócz troski pojawiło się coś przypominające mieszankę rozczarowania i zdenerwowania.
- Dam sobie radę. Obiecałam ją chronić, jeżeli nie znajdę jej na zboczu to wrócę. Nic mi nie będzie, nie leźcie za mną – powiedziałam równie zmęczona co zła na całą sytuacje.
                Wiedziałam, że ryzykuje wiele. Chciałam jednak dowiedzieć się co się stało z Sarą. Nie zamierzałam specjalnie ryzykować, zejść jedynie o kawałek. Może akurat ją gdzieś znajdę. Włożyłam rękę do wnętrza jednego z trupów i zaczęłam wygrzebywać resztki flaków i brudną krew. Rozsmarowanie tego nie było łatwe, ale w końcu byłam pokryta od stóp do szyi, z niedużymi fragmentami na policzkach, czole oraz włosach. Cuchnęło potężnie. Wstałam, nieco pewniej niż dwie minuty temu i spojrzałam na Medyka, który przyglądał się całej sytuacji.
- Nie wiem po co tam idziesz dziecko – zastanowił się na głos – Dziewczyna jest stracona. Nieważne czy poszła się zemścić, czy była z nimi od początku. Obie opcje oznaczają śmierć dla niej, a prawdopodobnie też dla Ciebie. Odpuść sobie, raz w życiu…
- Zaraz wrócę – obiecałam, po czym ruszyłam w kierunku furtki. Droga na dół była stroma i małe schodki nie poprawiały mojej sytuacji. Starałam się jednak zbiegać najszybciej jak potrafiłam. Trupy były tuż obok mnie, ale kamuflaż zadziałał tak jak wtedy, gdy podróżowałam sama i wpadłam na Sarę oraz jej matkę na drodze. Zombie co prawda odwracały się w moją stronę, chociaż i to niektóre, ale na tym kończyła się ich aktywność. Nie reagowały też specjalnie na to, że się przez nie przepychałam. Chciałam tylko dotrzeć do zbocza i zobaczyć, czy po drodze znajdę gdzieś Sarę. Zniknęła z góry zaledwie pięć czy dziesięć minut temu, a stado sunęło powoli, więc była jeszcze nadzieja. Wiedziałam, że to co robię jest niebezpieczne i głupie, ale nie dawało mi to spokoju. Jeżeli to przeze mnie mieli tyle informacji o tym obozie, przez to, że pomogłam Sarze i trzymałam ją przy życiu, to było bardzo źle. Na razie jednak skupiłam się na tym, co przede mną.
                Trupy rozlewały się coraz bardziej, przez co, chociaż było dosyć ciasno, to dało się przejść. Starałam się ograniczać kontakt, ale martwe ciała uderzały we mnie co chwilę, szczególnie w większych zbiorowiskach. Szukałam pomiędzy morzem zombie tej jednej twarzy, a właściwie sylwetki, byłam pewna, że nie ma mowy o znalezieniu Sary, kiedy miała ubraną maskę Zszytych. Dlatego przepychając się, oprócz starań o niewykonanie zbyt gwałtownego ruchu, patrzyłam. Mój wzrok przebiegał po brudnych, wyniszczonych i zakrwawionych twarzach mężczyzn oraz kobiet w przeróżnym wieku, stanie rozkładu, ozdobionych krwią, resztkami flaków, sadzą, śladami po broniach białych i wieloma innymi, ciężkimi do zidentyfikowania pozostałościami.
                Zrezygnowana brnęłam w dół, schodząc powoli na zboczę wzgórza, gdzie górka spotykała się z ulicami miasta. Właśnie nimi szliśmy ostatnio po sprzęt medyczny dla Łapy. Trasa wydawała się być zupełnie inna, gdy było tu tak tłoczno. Powoli zaczęliśmy zagłębiać się w labirynt uliczek i domków oraz bloków, wychodząc na typowe przedmieścia. Nie sądziłam, żeby warto było zagłębiać się dalej. Nie mogłam jej znaleźć, było ciemno, trupów było jeszcze więcej. Najgorsze było jednak to, co stało się po chwili. W mój policzek uderzyło coś mokrego. Byłam przekonana, że mi się wydawało, do czasu, aż poczuła to znowu i jeszcze raz. Deszcz. Musiałam się gdzieś schować, bo wiedziałam, że jak zacznie porządnie padać to cały zapach, który maskował moją obecność przed trupami zniknie. Zdenerwowana, zaczęłam się przepychać, a na moich oczach rozpętała się prawdziwa ulewa. Czułam jak krew spływa mi po twarzy i cały potworny makijaż powoli rozmywa się, ukazując moją przerażoną twarz.
                Wpadłam w niemałą panikę i jedyne czego chciała to wpaść do pierwszego lepszego domu i przeczekać to wszystko. W końcu nie miałam teraz jak zawrócić. To co rzuciło mi się w oczy to jeden z bloków, do którego drzwi od klatki były otwarte. Nie widząc lepszej opcji i nie widząc w tym nic nadzwyczajnie dziwnego, przepchałam się przez zombie i dotarłam do wejścia. Gdy znalazłam się wewnątrz, cieszyłam się ciszą i spokojem, jakie mnie otoczyły. Na wszelki wypadek przymknęłam drzwi i powoli wspięłam się po schodkach. Dźwięk stada, chociaż słyszalny, wydawał się być mocno wytłumiony. Solidnie zagłuszał go też deszcz, który padał jak szalony. Nie było szans żebym się stąd ruszyła przez najbliższe godziny. Chciałam tylko znaleźć jakieś mieszkanie, może coś do jedzenia i przebrania się i przeczekać. Wiedziałam, że jak dobrze zabarykaduje się wewnątrz, to będę mogła nawet zasnąć, przecież nikt nie zakradnie się do mnie podczas snu, nie miałby jak przejść tego stada.
                Zaczęłam poszukiwania kryjówki. Na parterze wszystkie trzy mieszkania były niestety zamknięte. Nie mogłam nic z tym zrobić, a nie chciałam bawić się w wyłamywanie zamka, albo wyważanie drzwi, szczególnie, że plecy dalej mnie bolały po wybuchu, a nie czułam się też najlepiej przez delikatne zawroty głowy. Wspięłam się na pierwsze piętro i tutaj od razu los się do mnie uśmiechnął. Jedno z dwóch mieszkań było otwarte. Zadowolona powolutku otworzyłam drzwi i trzymając w ręce pistolet, który jakimś cudem nie wypadł mi podczas wybuchu w obozie, weszłam do środka. Mieszkanie na pierwszy rzut oka wydawało się być puste. Gdy weszłam do pomieszczenia odpowiedzialnego za salon, przechodząc przez korytarz, w którym unosiła się masa kurzu, wiedziałam, że coś jest nie tak. W środku, z dwóch różnych stron, zobaczyłam ruch. To tak bardzo wybiło mnie z rytmu, że nie wiedziałam, w który wycelować. Ostatecznie nie podniosłam nawet dobrze broni, kiedy ktoś uderzył mnie w rękę i wybił pistolet z dłoni. Próbowałam się zamachnąć i uderzyć napastnika w twarz, ale byłam zbyt wolna. Zostałam przyciśnięta do ściany. Poczułam ostrze noża drażniące skórę na mojej szyi.
                Nagle podbiegł ktoś z lampą. Światło początkowo mnie oślepiło, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że znalazłam to, czego szukałam. Byłam w salonie z piątką Zszytych, a osobą, która trzymała nóż przy mojej szyi była Sara.
BOBRU
                Mogłoby się wydawać, że dotarliśmy do obozu najszybciej jak się dało. Ale czy pośpiech był warty ceny? Uratowaliśmy Giganta i całą resztę, która była uwięziona przy bramie, ale czy to wszystko nie rozwinęło się okropnie źle? Łowca został ugryziony. Tak bardzo żałowałem, że ślady zębów nie pojawiły się na ręce lub na nodze. Wtedy byłaby jeszcze nadzieja. Teraz pozostawał tylko żal. Kolejna bliska mi osoba umierała. Obóz ledwo ocalał, ale gdy zaczął padać deszcz zauważyłem, że bezpieczeństwo również nie było darmowe. Zwłoki Pablorda, a właściwie ich pozostałości, prezentowały się dosyć nędznie na bruku przed tylnym wejściem do kościoła. Krystek i dwójka ludzie z Płońska wciąż byli uwięzieni na budynkach. Oni byli bohaterami tego wieczora, dali nam szansę na przetrwanie. Miałem nadzieję, że nic złego się im nie stało. Minie tyle czasu, zanim wszystko stanie tu na nogi.
                Olaf i jego ludzie zajęli się powolnym zbieraniem ciał na stos. Grupa z kościoła również przyłączyła się do pomocy, chcieliśmy oczyścić wszystko za jednym razem. Wszedłem do kościoła. Wiedziałem, że nikt nie będzie mi miał za złe, że nie pomagam. W końcu straciłem dzisiaj więcej niż ktokolwiek inny. To nie były żadne zawody, ale wiedziałem, że nikt nie odczuł tak tego ciosu, jak ja. Zobaczyłem na jednej z ławek siedzącego z zasłoniętą dłonią twarzą Mateusza. Nie podchodziłem jednak do niego. Teraz ktoś inny miał priorytet jeżeli chodziło o rozmowę. Ruszyłem powoli na zaplecze, mijając pokój, w którym leżała Łapa. Usłyszałem co się stało, ale zaskakująco nie przejąłem się aż tak bardzo. Może to dlatego, że jej stan był już stabilny, a działo się tak wiele, może dlatego, że w głębi czułem, że zasłużyła na karę? Nie chciałem żeby nic jej się stało, mimo tego nie potrafiłem aż tak wczuć się w to wszystko.
                Głównym powodem takiego, a nie innego zachowania było to, że byłem wewnątrz pusty. Potrzebowałem energii i chociaż odczuwałem jej brak wciąż parłem na przód. Teraz, po tym co stało się tego wieczora marzyłem tylko o jednym – dorwać Krawca i zabić go. Do czasu był niegroźny, a czasami nawet przydatny. Teraz jednak wypowiedział nam otwarcie wojnę. Nie mieliśmy pojęcia jak wielu ma ludzi, jak bardzo kontroluje okolicę i na jak wiele go stać. Czy Stado to był szczyt jego możliwości? Miał zakładnika i to bardzo cennego dla mnie, ale czy jakbym nie odkrył jego planów to nie miałbym na niego haka? Wiedziałem, że to najniebezpieczniejszy człowiek, jakiego spotkałem na swojej drodze i muszę być po prostu ostrożny. Czekałem tylko na moment, aż wszystko się ustabilizuje i będę mógł się zemścić. Musiałem być jednak cierpliwy i zbierać informacje. Na pewno ma swoje słabe strony, tak jak każdy inny.
                Wszedłem do jednego z mniejszych pomieszczeń, które zostało przemienione w coś w stylu niedużej lecznicy. Łowca leżał na plecach i oddychał ciężko. Jego oddech był równie ciężki jak to, jak czułem się widząc go w tym stanie. Podszedłem jednak i usiadłem obok. Siedzieli przy nim Dymitr  oraz Ruda. Brodaty mężczyzna strasznie zżył się z Łowcą, szczególnie ostatnimi czasy i wiedziałem, że on również przeżywa ogromną żałobę. Ruda trzymała go za rękę i dawała znak, że jest przy nim, chociaż sam Dymitr wydawał się być całkowicie nieobecny. Nie zauważył nawet jak wszedłem do pomieszczenia. Ruda przywitała mnie skinieniem głowy. Cieszyłem się, że przetrwali, Gigantowi też się udało, więc jedyną ofiarą wycieczki do Inowrocławia był Pablord. Jego ciało, a właściwie tyle ile udało się zebrać zostało już przeniesione do wnętrza kościoła.
                Usiadłem po drugiej stronie prowizorycznego łóżka. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Przejebane – skwitował krótko Łowca. Jak zwykle jego słowa wyrażały więcej niż tysiąc słów.
- Nie rozumiem kiedy to się stało…
- Było chaotycznie, czułem, że coś się do mnie przyczepiło, ale co miałem zrobić? Wierzgać i zabić was wszystkich. Stało się, trudno. Pogodziłem się ze śmiercią już w Supraślu, każdy kolejny dzień zawdzięczam tobie i twoim ludziom – słowa Łowcy bolały bardziej niż się mogłem tego spodziewać. To był filar. Osoba, z którą przeżyłem niesamowitą przygodę w drodze do Torunia, ktoś kto uratował mnie i Łapę podczas misji w Supraślu. Zawdzięczałem mu wiele, był moim przyjacielem i nie potrafiłem się pogodzić z tym, że jest już właściwie trupem – Musicie mnie dobić. Nie chce zamienić się w jednego z nich – dodał słabym głosem, zupełnie nie pasującym do jego osoby. Trudno było powstrzymać emocje, gdy taki człowiek jak on szedł na dno.
- Ja to zrobię – odezwał się nagle Dymitr – Udzielę ci łaski przyjacielu.
                Ruda rozpłakała się. Po jej twarzy pociekły łzy, które bombardowały pościel na posłaniu Łowcy. Dymitr przytulił ją, a Łowca tylko kiwnął głową. Obserwowałem tą sytuację z bólem. Wiedziałem, że po takim ugryzieniu każda minuta będzie coraz większą męką. Chciałem jednak żeby pozostali mieli okazję się z nim pożegnać, a szczególnie osoby, które jechały Potworem do Torunia i chociaż większość już nie żyła to wciąż była Łapa… Właściwie tylko ona. Z całe grupy, która uciekła ze mną wtedy z Supraśla została tylko ona i Łowca. Ludzie, którzy mnie otaczali nie żyli długo, tylko ja musiałem obserwować każdą kolejną śmierć i wypełniać swoje serce coraz to większym żalem.
- Będą ludzie, którzy chcą się jeszcze z tobą pożegnać. Poczekasz na nich? Sytuacja tutaj powoli się uspokaja – zaproponowałem. Propozycja brzmiała niesamowicie dziwnie i miałem problem z spojrzeniem Łowcy w oko, ale ostatecznie jego głos znowu stał się żywszy i odpowiedział donośnie:
- Daj mi coś do picia, a przeżyje jeszcze z tydzień.
                Już teraz wiedziałem jak bardzo mi tego będzie brakowało. Wyszedłem jednak z pokoju i udałem się do głównej części kościoła w poszukiwaniu zapasów. Nie byłem pewien czy ludzie, którzy się tu bronili cokolwiek zostawili, ale z racji, iż każdy był zajęty sobą to wolałem nie przeszkadzać. Było sporo do ogarnięcia i zanim będziemy wszyscy mogli zakończyć tą długą i męczącą noc, to pewne rzeczy należało dopiąć na ostatni guzik. Gdy nie mogłem znaleźć kompletnie żadnego alkoholu postanowiłem przejrzeć pobieżnie rzeczy prywatne, leżące w niektórych miejscach kościoła. Nie planowałem szperać szczegółowo, przecież butelkę mogłem zauważyć nawet z daleka. W oczy rzucił mi się plecak leżący przy jednym z zbiorowisk śpiworów i koców. Nie byłem pewien do kogo należy, ale otworzyłem go. W środku znajdowały się jedynie jakieś nieduże zapasy żywnościowe, latarka oraz podręczna apteczka. To musiało należeć do Zuzy. Już chciałem odłożyć go na miejsce, kiedy w oczy rzuciła mi się książka, a raczej notes. Zaciekawiony wziąłem go do rąk i otworzyłem. W środku był napis „Pamiętnik ocalałego”. Przekartkowałem go widząc rzędy równych i eleganckich literek, podział na daty i masę rysunków oraz schematów. Przedstawiały one przeważnie postaci ludzkie, rozrysowanie różnych części ciała oraz strzałki, adnotacje i informacje. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi, ale przypomniałem sobie, że Zuza chciała mi coś pokazać. Czy to mogło być to?
                Odłożyłem jednak pamiętnik na bok, licząc, że Zuza sama mi go da, jeżeli będzie chciała i kontynuowałem poszukiwania. Chodząc po kościele i patrząc na ludzi z Inowrocławia, którzy rozłożyli już swój obóz, podszedłem do dwóch połączonych ław, przy których stał teraz Gigant, Medyk oraz mężczyzna, którego nie znałem. Zacząłem od przedstawienia się temu ostatniemu.
- Marcin – odpowiedział podając mi dłoń – To ty jesteś tym słynnym Bobrem, o którym tyle tutaj mówią. Nie masz pojęcia jaki masz respekt wśród swoich ludzi – powiedział.
- Mogę wiedzieć jak się tu znalazłeś? – zapytałem.
- Przypadkiem. Uciekałem przed hordą i zobaczyłem światła na wzgórzu. Wcześniej wydawało się opustoszałe, więc teraz mnie zaciekawiło. No i trafiłem idealnie w moment, w który mogłem coś zmienić i zrobiłem to. Potem poszedłem do szpitala po rzeczy do wykonania operacji i jakoś postanowiłem, że chciałbym zostać, o ile jest taka możliwość – wypowiedział to wszystko z dużą pewnością. Mógł się nam przydać, chociaż chciałem go jeszcze obserwować.
- Zostań, każda para rąk się w tym momencie przyda – odpowiedziałem ciepło – Mamy jeszcze kogoś nowego? – zapytałem zaciekawiony Medyka.
- Jest jeszcze jedna dziewczyna. Nie wiem, gdzie, ale szła z całą grupą na zewnątrz, więc pewnie rzuciła ci się w oczy – odpowiedział mężczyzna.
- Okej, poszukam jej zaraz. Nie macie nic mocniejszego do picia? Z Łowcą coraz gorzej… - zapytałem.
- Za dużo ofiar jak na jedną noc – powiedział cicho Gigant. Przygasł i nie było w nim nic z energii, którą zazwyczaj tryskał.
- Tak czy siak, ja coś znajdę. Chodźcie panowie, odwiedzimy starego cyklopa i nieco pobudzimy zanim trafi do lepszego miejsca – zaproponował Medyk i ruszył powoli w stronę sali Łowcy.
- Zaraz do was dołączę – rzuciłem za nimi, patrząc jak w trójkę odchodzą. Spojrzałem na to, z czym zostałem sam na sam. Ciało. Zniszczone przez eksplozję, w sumie widać jak bardzo to co widzimy jest powłoką na mięso i flaki, które mamy w środku. Po Pablordzie nie zostało zbyt wiele. Poświęcił się. Łapa z pewnością doceniłaby to poświęcenie, bo uratowało to jej siostrę. Ale ona sama leżała teraz w ciężkim stanie. Musiałem z nią pogadać. Chciałem jednak jeszcze chwilę posiedzieć z Łowcą, a ją ściągnąć, gdy Łowca będzie chciał już ostatecznie opuścić ten świat. Spojrzałem ostatni raz na ciało i ruszyłem za resztą. Dziara będzie musiał się o tym dowiedzieć, w końcu stracił kolejną osobę z Czerwonych Flar.
                Gdy dotarłem do pomieszczenia było tam znacznie bardziej tłoczno niż ostatnio. Zdziwił mnie jednak fakt jak donośne śmiechy dobiegały ze środka. Zaciekawiony wszedłem i zobaczyłem Łowcę, który opowiada jakąś historię, a Medyk  dopowiada swoje części. Efekt końcowy był przezabawny i chociaż sytuacja była ciężka nawet na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Cieszę się, że to był moment, dzięki któremu mogłem zapamiętać Łowcę w tak pozytywnym aspekcie.
- Słuchajcie, nie ma co marnować dobrego kawałka mojej duszy. Chcę chociaż częściowo z wami zostać. Dlatego… - tutaj sięgnął do kieszeni w spodniach i wyciągnął coś – Oddaje ci go. Zaopiekuj się nim, jak mnie już nie będzie. Broń oddajcie komuś, kto będzie umiał z niej strzelać, przynajmniej tak jak ja jednym okiem.
Dymitr nie mógł uwierzyć, w to co leżało na jego dłoniach. Kluczyki do Potwora. Pojazd, którego nie dawał prowadzić nikomu, nigdy. Teraz przekazywał go w ręce Dymitra. Widziałem na twarzy brodatego, jak bardzo się stresuje i sam zapewne nie może uwierzyć. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że teraz może to wyglądać inaczej, ale rzeczywiście, szkoda było żeby taka jeżdżąca forteca odeszła po prostu w zapomnienie.
- Dz… dziękuje. Zaopiekuje się nim – powiedział Dymitr ochrypłym głosem.
- Pozostała jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym oddać. Tylko… - w tym momencie słowa Łowcy przerwało wejście do pomieszczenia kolejnej osoby. Od razu zauważyłem, że jej nie znam i to musi być dziewczyna, o której mówił Medyk. Wszyscy spojrzeli w jej stronę.
- Łapa prosiła, żebym zawołała Bobra – powiedziała krótko. Bez słowa ruszyłem w jej stronę, kiedy rozbrzmiał głos Łowcy.
- Hej, poczekaj – poprosił. Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Odruchowo się wzdrygnąłem jak zobaczyłem, że sięga po opaskę na oko. Zdjął ją odsłaniając zrośnięty oczodół. Widok, na który mimo wszystko przechodziły człowieka ciarki – Daj ją Łapie. Nie musi tego nosić, ale jej przyda się teraz bardziej niż mi.
                Milcząco podziękowałem, klepiąc go po dłoni i odbierając skórzaną opaskę, której również nigdy nie zdejmował.
- Tylko nie zapomnij tu wrócić. Impreza jest przednia, ale nie czuję się zbyt dobrze. Nie chcę zrobić tutaj afery – poprosił żartobliwie, chociaż wiedziałem dokładnie o co mu chodzi. Opuściłem pomieszczenie i ruszyłem w ciemność za dziewczyną.
- Jestem Bobru – pomyślałem, że warto się przedstawić.
- Neri – odpowiedziała krótko. Neri była ładna. Miała na sobie strój zarówno elegancki jak i dający dużą swobodę ruchów i ochronę przed zimnem. Nie byłem pewien, bo było ciemno, ale zdawało mi się, że ma pomalowane oczy. Zaciekawiła mnie.
- Łapa powiedziała czego chce? – zapytałem.
- Niezbyt. Jest też jednak coś, czego ja chcę – powiedziała tajemniczo. Spojrzałem na nią i ta chwila chyba wybiła mnie z równowagi, bo nie zauważyłem nawet, kiedy popchnęła mnie i przybiła dłonią do ściany. Byłem zaskoczony, ale nie sięgnąłem po broń – Zuza zniknęła. To dzięki niej tu trafiłam i chcę wiedzieć czy coś z tym zrobisz – bardziej stwierdziła niż zadała pytanie. Jej stanowczość i pewność była wręcz onieśmielająca. W środku budynku wypełnionego moimi ludźmi wyprowadziła mnie na ubocze i trzymała teraz w szachu. Chociaż nie byłem pewien jak radzi sobie z bronią to wiedziałem, że i tak sięgnę po swoją znacznie wolniej niż ona.
- Zniknęła? Przecież miała być tutaj. To nie ona dostała prawie granatem? – poczułem się niepewnie, ale coś nie pozwalało mi wykonać poważniejszego ruchu. Obserwowałem, na chwilę zapominając o całym świecie. Ta dziewczyna miała w sobie coś więcej.
- Ruszyła na dół. Chcę jej pomóc, ale teraz to samobójstwo. Pójdziesz tam ze mną, za chwilę? – zapytała.
- We dwoje? – zapytałem zdziwiony – Możemy ruszyć większym oddziałem, przecież to nasza przyjaciółka, słyszałem, że bardzo pomogła i uratowała życie mojej kobiety – na te słowa zobaczyłem grymas na twarzy, który był widoczny pomimo ciemności.
- Nie obchodzi mnie to – przerwała – Chcę jej po prostu pomóc i jestem pewien, że damy sobie rade, a przy odrobinie szczęścia nikt nie zauważy naszego zniknięcia.
- Nie sądzę, żeby… - próbowałem zacząć, gdy nagle położyła mi palec na ustach. Zamknąłem się. Jej twarz przybliżyła się do mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz, którego nie czułem od dawna. Poczułem jej oddech na policzku.
- Jeżeli mi pomożesz przedstawię ci trochę przydatnych informacji o Krawcu oraz grupie ze wschodu – powiedziała cichym, stanowczym i tajemniczym głosem. Przymknąłem oczy. Emanowała z niej dziwna aura. Aura, której byłem niesamowicie ciekaw. Zanim zdążyłem odpowiedzieć poczułem coś. Pociągnąłem delikatnie nosem. Zapach był ładny. Perfumy? – pojawiła się myśl w mojej głowie – Kto do cholery używa perfum w czasie apokalipsy?


KONIEC TOMU 5

niedziela, 24 września 2017

Rozdział 23: Piekło na ziemi

Rozdział 23, kolejny z perspektywy Irka. W tym rozdziale akcja będzie nieco chaotyczna, a sam rozdział jest bardziej przejściem do tego, co będzie działo się w zupełnie innym miejscu niż obóz na drodze. Zapraszam do czytania i komentowania.

POV:
Irek - Rozdział 20 - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebija się do obozu w Płocku
Zuza - Dzień 7-8 - Broni obozu w Płocku 

-----------------------------------------------------

Rozdział 23: Piekło na ziemi (IREK)


                Złomiarze zaatakowali całkowicie niespodziewanie. Nie byłem pewien po czym poznaliśmy, że to oni. Widać jednak było ich linie zbliżającą się do Naszego obozu na drodze. Rozcierałem obolałe uszy po tym jak zostaliśmy obrzuceni granatami błyskowo-hukowymi. Ktoś mną potrząsnął.
- Co? – zapytałem.
- Wszystko w porządku? – powtórzyła głośno Ewelina.
- Tak – odpowiedziałem podnosząc się – Co się dzieje?
- Atakują nas od północnego wschodu, z lasu. Musimy ich przepędzić, tylko ich nam brakuje teraz gdy idą trupy…
                Wspiąłem się na maskę jednej z ciężarówek i ostrożnie się wychyliłem. Strzały latały jak szalone. Pociski odbijały się od pojazdów, ale także trafiały w nas. W paru miejscach leżeli ludzie, których dobijano teraz, żeby nie przemienili się w środku.
- Jakim cudem nas zaskoczyli? – zapytał cicho Dziara, a przynajmniej ja to tak usłyszałem przez oszołomione uszy.
- Nie mam pojęcia, ja patrolowałam drogę – powiedziała spoglądając na Jonasza.
- Ja w lesie nic nie widziałem. Byliśmy tam i nikt nie strzelał, nie zauważyliśmy też żadnego ruchu, musieli się gdzieś chować – wytłumaczył się mężczyzna.
- Przejebane. No nic. Tutaj nam nic nie zrobią, ale jak ich nie przegonimy to nie będziemy mogli przygotować się na nadchodzące trupy – powiedział Dziara.
- Możemy ich wystrzelać. Mamy znacznie więcej ludzi i broni. To jakiś mały oddział – zaproponował Michael.
- Narazimy się na niepotrzebne straty, a przed nami coś znacznie bardziej ciężkiego niż grupka bandziorów – włączył się Konrad.
- Coś zrobić musimy. Jeżeli nie zajmiemy dobrych pozycji to stado nas tutaj otoczy i tyle będzie z zatrzymania – powiedziałem.
- Dajcie mi pomyśleć – powiedział Dziara opierając się plecami o drzwiczki od jednego z pojazdów tworzących mury naszego prowizorycznego obozu. Dowódca Ostoi był bardzo specyficznym człowiekiem jeżeli chodzi o planowanie. Z jednej strony często podejmował niesamowicie głupie decyzje, z drugiej potrafił zaplanować  coś tak dobrze, że mogło zaskoczyć to całkowicie przeciwnika. Według opowieści Łapy tak właśnie zdobył władzę w Toruniu. Podstępem i chytrym planem, w którego realizacji pomógł mu Bobru oraz jego grupa.
                Ludzie ustawili się bezpiecznie za barykadą. Do przybycia stada mieliśmy jeszcze trochę czasu, ale wiadome było, że ono się zbliża. Z każdą chwilą było coraz bliżej i bliżej. Nie mogliśmy zostać w tym kwadracie. Musieliśmy przygotować barykadę, którą będziemy musieli obronić, a czas uciekał. Był wciąż środek nocy. Potrzebowaliśmy odpoczynku, żeby być w pełni przygotowanymi na nadchodzącą walkę. Żywi kontra martwi, gdzieś na drodze pośrodku niczego.
- Masz rację – odezwał się w końcu Dziara. Uszy działały mi coraz lepiej, ale wciąż słyszałem delikatny pisk. Strzały prawie ucichły, Złomiarze puszczali jedynie pojedyncze serie co jakiś czas, żeby zatrzymać nas w miejscu.
- Kto? – zapytała Ewelina, która jak zwykle liczyła na to, że racja zostanie przyznana jej.
- Irek. Musimy z tym coś zrobić. Mam już nawet plan. Ryzykowny, ale powinien się udać – zaczął – Wanda na pewno nie atakuje nas bez powodu. Zapewne ten ogonek towarzyszy nam od Torunia, albo jego okolic. Osobiście stawiam, że ma do nas jakiś interes. Spróbujmy to załatwić pokojowo.
- Nie wiem czy z nimi się da – zmartwił się Jonasz. On lepiej od nas wszystkich znał Złomiarzy. Przez ponad miesiąc był ich więźniem.
- Jestem pewien, że będzie chciała rozmawiać. Po prostu wyślijmy jedną, nieuzbrojoną osobę z białą flagą. To skurwiele, ale posłańca nie zabiją – zapewnił nas. Przez chwilę zapadła cisza. Nikt nie kwapił się do wyjścia na pole, gdzie ostrzał prowadzili Złomiarze. Westchnąłem pod nosem, po czym podniosłem rękę – Doskonale. Zapytaj czego chcą i powiedz, że akurat to co tutaj robimy uratuje też ich dupska. Jak będą czegoś chcieli to zapal czerwoną flarę – w tym momencie dostałem do ręki nieduże zawiniątko – i daj nam znać. Podejdziemy.
                Nie do końca zadowolony z tego, co się dzieje przygotowałem się do drogi. Za pasek schowałem nieduży pistolet i nóż, żeby mieć się czym bronić w razie gdyby ludzie Wandy nie chcieli jednak współpracować. Wychyliłem się jeszcze przed wyjściem, żeby zobaczyć co się dzieje. Strzały ustały, ale widać było prowizoryczny obóz i palące się w nim ognisko.  Wyglądali jakby rzeczywiście chcieli czegoś konkretnego. To napełniło mnie nieco odwagą i przekonaniem, że wcale nie skończę z paroma otworami po kulach w ciele. Zgarnąłem białą koszulkę, która ktoś zostawił na jednej ze skrzynek i żegnając się z resztą przeskoczyłem przez jedną z ciężarówek.
                Szedłem pewnie, chociaż moje nogi zdawały się odmawiać posłuszeństwa. Koszulkę niosłem nad sobą, machając nią delikatnie. Zbliżałem się do obozu wroga. Teraz z bliska, mogłem przyjrzeć się im lepiej. Było chłodno, ale ciepło ogniska dodawało otuchy. Przy ogniu siedziało około dziesięciu osób. Nie zdziwiło mnie ani trochę, że gdy mnie zauważyli to podnieśli bronie i wycelowali w moją stronę.
- Na kolana – krzyknął jeden z nich.
 - Przyszedłem porozmawiać – zacząłem powoli uginając kolana, kiedy poczułem uderzenie kolbą w dolną cześć nogi. Zgiąłem się i upadłem, upuszczając przy okazji białą koszulkę, której wciąż kurczowo się trzymałem.
- Widzisz, mamy dosyć podobny cel – powiedział. Był brodaczem z tłustymi, długimi włosami, które prawie błyszczały w blasku ognia. Jego wzrok nie zwiastował niczego przyjaznego – My również przyszliśmy tutaj pogadać. Gdzie jest Dziara?
- W obozie. Wysłał mnie w swoim imieniu – odpowiedziałem. Byłem pełen pokory i chociaż celowano we mnie i widać było, że marzą tylko o wystrzeleniu, to nie chciałem im dać okazji do stracenia nerwów. W tym przypadku byłem idealny do tego zadania. Cierpliwość to zdecydowanie najlepsza z moich cech.
- A ty to? – zapytała kobieta, która stała na lewo ode mnie. Była starsza, znacznie starsza. Miała siwe pasemka włosów wystające poza wełnianą czapkę oraz głębokie zmarszczki w okolicach ust i oczu.
- Irek. Nie odgrywam żadnej konkretnej roli. Szczerze to nie mieszkam nawet w Toruniu, chociaż kiedyś tam przebywałem.
- Dobra. Pijasz marne piwsko Irku? – zapytał jakby nieco przyjaźniej brodacz.
- Pijam – powiedziałem zgodnie z prawdą. Brodaty dał znak swoim ludziom, aby ci opuścili broń, a sam wyciągnął rękę w moją stronę. Chwyciłem ją, zastanawiając się co się zmieniło przez tę parę sekund. Nie chciałem jednak zachowywać się dziwnie, więc wziąłem butelkę, którą mi podali i pociągnąłem łyka. Piwo zdecydowanie było marne. Zacząłem się powoli zastanawiać czy nie cierpiałem na syndrom sztokholmski. Zdecydowanie zbyt mocno bratałem się z tymi, którzy życzyli mi źle. To, w przeciwieństwie do cierpliwości, było moją negatywną cechą.
                Rozsiedliśmy się na pieńkach i skrzynkach wokół ciepłego i buzującego ognia. Złomiarze patrzyli na mnie podejrzliwie. Nie dziwiłem się im.
- Czego chce od nas Dziara? – zapytał brodacz.
- Właściwie to chciał dowiedzieć się czego chcecie wy. Założył, że nie wpadliście na nas przypadkiem – powiedziałem szczerze. Ta taktyka rzadko kiedy mnie zawodziła.
- Dobrze założył – powiedział po chwili wahania mężczyzna – Nasza szefowa jest bardzo ciekawa, co tu się dzieje.
- Nadchodzi stado – odpowiedziałem tonem, który przesiąkał ironią – Czy naprawdę wasi ludzie muszą wszystko odbierać jako atak? – Nie wiem skąd wzięła się u mnie ta śmiałość. Zaczynałem podejrzewać, że gdzieś w głębi mnie siedzi chęć śmierci. Nie do końca mi się to podobało.
- Chociaż nasze obozy się nienawidzą i walczą to rozumiemy, że zagrożenie dotyczy też nas. Chcielibyśmy uczestniczyć jakoś w tym co się dzieje. Szczególnie jak akcja przeniesie się w nasze tereny. Chyba nie wierzysz, że utrzymacie się tutaj dłużej niż dzień? – zapytał szczerząc zęby.
- Każdy dzień daje szanse na lepsze przygotowanie obozów. Obmyślenie planu. Grudziądz leży zresztą kawałek od Torunia, a stado idzie właśnie na nas. Wątpię, żeby skręciło – zdziwiłem się.
- Toś głupi. Stado szło na rzekę, ale zmieniło kierunek marszu. To te pojeby w skórach trupów nimi sterują, a uwzięli się na nas jak nigdy. Po ich ostatnim ataku na arenie ledwo się pozbieraliśmy – powiedział, a w jego głosie dało się słyszeć desperacje.
                Ta informacja mnie nieco zaskoczyła. Ludzie przy ognisku splunęli równo do środka na samo wspomnienie o ludziach Krawca. Nienawiść działała jednak w obie strony, a ludzie Wandy byli uświadomieni. Do tego stopnia, że rozumieli kto stał za atakiem na arenie. To była bardzo cenna informacja. Jeżeli Krawiec wypowiedziałby wojnę pozostałym grupom to sojusze mogłyby się nieco zmienić. Kto wie czy Złomiarze nie stanęliby wtedy po naszej stronie.
- Myślicie, że stado zostanie nakierowane na Grudziądz zamiast na Toruń? – zapytałem bezpośrednio – Nie wydaje mi się, bez obrazy, że wybiorą mniejszy obóz.
- To nie kwestia wielkości – odpowiedział – To po prostu złośliwość i zaciekłość. Nie wiadomo czym spowodowana.
Osobiście wiedziałem, mniej więcej, co jest powodem tej nienawiści Krawca do Złomiarzy. Powód był błahy, bo poszło o jeden atak, ale Zszyci nie odpuszczali od tego momentu i atakowali ludzi Wandy na każdym kroku.
- To co planujecie teraz? – zapytałem – Zakładając, że poinformujemy was jak stado będzie się zbliżało i spróbujemy zrobić coś razem?
- Odpuścimy. Przecież i tak nie mamy jak wykurzyć was z tej drogi. Zresztą jak rzeczywiście idzie stado to nic tu po nas – zauważył Brodacz.
- Tak po prostu? – zdziwiłem się, nie wiedząc o co tutaj konkretnie chodziło.
- Tak po prostu. Macie dużo lepszą pozycję. Przygotujcie się lepiej do obrony, a raczej ucieczki – odpowiedział.
                Spojrzałem na horyzont, skąd niedługo miało przyjść stado.  Było ciemno, ale wzrok płatał figle i wyglądało to jakby coś tam się poruszało. Wątpiłem żeby był to początek fali trupów, nie słychać było jęków, które powinny być słyszalne z naprawdę dużej odległości. Tak przynajmniej wyglądało to podczas stawiania ostatnich punktów strategicznych, gdy stado oddzieliło mnie od grupy z Potwora i wpadłem na Krawca. Było za wcześniej. Spojrzałem znowu na Złomiarzy, którzy nie wyglądali na zbyt zadowolonych i chciałem wstawać.
- Już się zbierasz? Posiedź z nami. Co chciałeś ustaliłeś, a przynajmniej będzie to wyglądało jakbyśmy obgadali wszystkie sprawy świata. Śpieszy ci się tam, jak nawet w Toruniu nie mieszkasz? – kusił Brodacz, a pozostali ludzie zawtórowali.
                Zbierałem się już do odpowiedzi, kiedy usłyszeliśmy jęk. Odwróciliśmy się w kierunku źródła hałasu.  Do ogniska człapał zombie. Wyciągał ręce i zbliżał się z każdym krokiem, jęcząc przeraźliwie. Jego powykręcane ciało było coraz lepiej widoczne w blasku ognia. Jeden z mężczyzn wstał i wymierzył do niego z karabinu.
- Daj spokój – powiedział inny członek grupy – Do jednego będziesz strzelał?
- Racja – odpowiedział zmieszanym głosem niedoszły strzelec. Wyciągnął nóż i poszedł w stronę trupa.  Nikt nie zwracał na niego uwagi, w końcu zombie był tylko jeden, a zabicie pojedynczego osobnika nie powinno być zbyt trudne.  Usiadłem jeszcze na chwilę. Rzeczywiście nigdzie mi się nie śpieszyło. Nie odpalałem czerwonej flary, więc Dziara nie miał powodu żeby się denerwować. Mógł spokojnie zająć się sobą, szczególnie, że Złomiarze nic mi nie robili.
                Zdążyłem tylko zerknąć w stronę upadającego ciała, będąc pewnym, że trup został bez problemu pokonany. Poderwałem się jednak gdy ujrzałem leżącego bez głowy Złomiarza. Nie musiałem nawet patrzeć w stronę napastnika, żeby wiedzieć, czyja to sprawka. Zszyci. Pozostali w obozie poderwali się, ale ja już wiedziałem, że element zaskoczenia jest po stronie ludzi Krawca. Wszystko wydawało się dziać bardzo szybko. Obóz otoczyli wojownicy ubrani w skóry trupów, ktoś rzucił czymś w ognisko, przez co całą polanę spowił gęsty, dławiący dym, a po chwili poczułem ręce zaciskające mi się na ramionach. Minęło maksymalnie pół minuty. Klęczałem z rękami wykręconymi do tyłu. Zdążyli przenieść mnie za linię drzew, chociaż polana wciąż była pokryta w gęstym dymie.
- Szybka piłka, bo nie mamy czasu – powiedział znajomy mi głos. Był to Krawiec. Chociaż wyraźnie się śpieszył mówił wciąż powoli i spokojnie – Ta barykada ma upaść. Sama z siebie nie wytrzyma długo, ale ma to zrobić jak najszybciej. Stado musi bezpiecznie przepłynąć na zachód, żeby połączyć się z drugą częścią, która w tym momencie przechodzi przez Płock. Wymyśl coś i zabierz ich stąd jak najszybciej.
- Przecież stado i tak ich przegoni. Dlaczego zaatakowałeś Płock? – zapytałem.
- Tak miało być. Bobru się nie ugiął, więc rozdzieliłem stado na dwa. Bardzo możliwe, że tak samo zrobię przed Toruniem, żeby dać też nauczkę tym bandytom z Grudziądza. Ty musisz mi w tym pomóc, tak jak się umawialiśmy. Nie musisz nawet nikogo zabijać, po prostu daj im do zrozumienia, że obrona tu nie ma sensu i trzeba się wycofać. Ja przygotuje stado tak, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej przerażająco. Ale Ty musisz wypowiedzieć odpowiednie słowa – wyjaśnił mi przywódca Zszytych – A teraz wracaj, bo zaczną coś podejrzewać, a dym opada. Pamiętaj, co jesteś nam winien.
                Wyleciałem z lasu w opadające opary dymu. Wszyscy Złomiarze nie żyli. Podczas całego zamieszania Zszyci zaskoczyli ich całkowicie. Nie miałem pojęcia, co powiem w obozie i jak wytłumaczę to, że przeżyłem, ale w głowie miałem tylko słowa Krawca. Potrafił podporządkować sobie człowieka. Mogłem wyśpiewać wszystko Dziarze i bronić się do upadłego, ale skoro Krawiec tutaj był to właściwie równie dobrze mógł zaraz zaatakować nas, nie wiadomo jak wielu jego ludzi stało w okolicznych lasach. Było też stado. Musiałem grać tak jak mi zagrał.
                Dotarłem do barykady z ciężarówek i przeskoczyłem na drugą stronę. Dziara i cała reszta już na mnie czekali.  Zauważyłem, że większość ludzi była gotowa do ataku, widocznie nie wiedzieli co się działo.
- Co tam się stało? – zapytał Dziara podniesionym głosem.
- Nie mam pojęcia. Ktoś ich zaatakował, zobaczyłem tylko nadchodzącego trupa, potem kłęby dymu, a następne co widziałem to leżący Złomiarze.
- Nie widziałeś kto Cię zaatakował? – zdziwił się Jonasz.
- Nie wiem ani tego, ani tego dlaczego mnie oszczędzili – odpowiedziałem od razu na pytanie, które miało paść po tym.
- A sami Złomiarze? Powiedzieli ci coś ciekawego? – zapytał Dziara.
- Chcieli współpracy… Szczególnie jak trupy dojdą w okolicę Torunia i Grudziądza – odpowiedziałem.
- Współpracy? To ciekawe…
- Wydaje mi się, że bardziej nienawidzą Zszytych niż nas – powiedziałem -  Po tej akcji na arenie są gotowi wypowiedzieć im wojnę.
                Dziara zamyślił się. Spojrzał w niebo, po czym odwrócił się do nas plecami.
- Każdy sojusz się przyda jeżeli Zszyci naprawdę będą chcieli zaatakować Ostoje. Chociaż Złomiarze… ech sam nie wiem.  Póki co to problem na przyszłość. Teraz musimy się skupić na obronie tego miejsca – rozkazał.
- Po głębszej analizie nieco się obawiam obrony tego miejsca – powiedziałem przez nieco ściśnięte gardło.
- To znaczy? – zdziwił się Jonasz.
- Złomiarze powiedzieli, że mają więcej oddziałów w okolicy. Nie wiem kto zabił ten, ale możemy znaleźć się pomiędzy młotem, kowadłem, a stadem. Zdałem sobie z tego sprawę jak z nimi pogadałem – skłamałem.
- Tak chciałeś obstawić to miejsce – zdenerwował się Dziara – a teraz mówisz nam żebyśmy cofali?
- Nie wiedziałem, że Złomiarze tutaj są. I to nie tylko. Możemy tutaj stacjonować, ale stado bez wątpienia uderzy w Toruń i Grudziądz. Wycofamy się, wyślemy poselstwo do Wandy i razem obronimy nasze ziemie – powiedziałem, tym razem zgodnie z prawdą. Zepchnięcie z drogi to jedno, ale nie mogłem pozwolić Krawcowi na zalanie Ostoi. Za dużo ludzi mogło zginąć. On też musiał liczyć się z tym, że sam nie złamię wszystkich zabezpieczeń od środka.  W tej sytuacji musiał pogodzić się z tym, że Ostoja będzie się bronić, a ja mogłem jej w tym pomóc.
- Co jak co, ale zgadzam się – dołączył do rozmowy Konrad, który dotychczas wsłuchiwał się bez słowa – Irek dobrze mówi. Przyjechanie tutaj było dobrym posunięciem, ale mamy beznadziejną pozycję. Jak obstawimy drogę z przodu to Złomiarze, lub to co ich zabiło zajdzie nas od flanki. Jeżeli wycofalibyśmy się pod Toruń to moglibyśmy zorganizować obronę z prawdziwego zdarzenia, być może przy pomocy Wandy, na terenie, który znamy i kontrolujemy. Płock musi wytrzymać bez naszej pomocy, ale wydaje mi się, że to wszystko jedna, wielka pułapka, której celem było wywabienie nas i kupienie czasu, żebyśmy nie byli aż tak gotowi na atak stada – powiedział.
- Cholera by to wszystko… - krzyknął Dziara i kopnął pobliską skrzynkę, która rozwaliła się z trzaskiem. Spojrzał na drogę przed nami, gdzie zaraz miało być pełno zombie. Pokiwał głową jakby sam nie wierząc w to co robi po czym zakręcił w powietrzu dłonią, dając znak, żebyśmy zbierali obóz. Wracaliśmy do domu.
                Zebranie wszystkiego nie zajęło nam wiele czasu. Na twarzach ludzi widać było zarówno ulgę jak i złość. Jednym podobało się to, że opuszczamy tak niebezpieczne tereny, a drudzy widzieli tylko to, że znowu trzeba pracować i jechać. Ja jednak się cieszyłem. Chociaż Dziara i reszta patrzyli na mnie w dziwny sposób to wizja tego, że uniknę rozlewu krwi, a przynajmniej go przesunę, napawała radością. Tak bardzo chciałem uniknąć skutków moich czynów.  Sprawić, żeby jak najmniej osób ucierpiało, bo tego, że ktoś zginie byłem pewien. To wszystko to była kwestia czasu, a ja go byłem w stanie nieco kupić.
- Wsiadasz? – zapytał Dziara.

- Tak. Jedźmy – poprosiłem.

wtorek, 18 lipca 2017

Rozdział 22: Za późno

Rozdział 22, kolejny z perspektywy Bobra. Akcja wszystkich perspektyw będzie się powoli zazębiała, bo stoimy przed najważniejszym wydarzeniem w tym tomie - ataku stada. Bobru musi dostać się z powrotem do obozu w Płocku i wrócić z Płońska, żeby zobaczyć, czy słowa Krawca były prawdziwe. Zapraszam do czytania oraz komentowania ;)

POV:
Bobru - Rozdział 22 - Dzień 7-8
Irek - Dzień 7-8 - Walczy na drodze na północ od Płocka
Zuza - Dzień 7-8 - Broni obozu w Płocku

-------------------------------------------------------

Rozdział 22: Za późno (BOBRU)


                Po powrocie ze spotkania z Krawcem wróciłem do obozu Feline, nie robiąc zbyt dużo zamieszania.  Poprosił mnie o przekazanie więźniów, ale wiedziałem, że tego nie zrobię. Pytanie było jak dużo było prawdy w tym, że potrafi kontrolować stado. Musiałem jak najszybciej wrócić do Płocka i przygotować obronę. Wiadomość o tym, że złapał Erniego też nie była najlepsza. Wychodziło na to, że Krawiec kontrolował sytuacje od jakiegoś czasu. Widziałem na własne oczy, co zrobił ze Złomiarzami i obawiałem się, czy nie będzie w stanie tak zniszczyć i mojego obozu z moimi ludźmi. Nie mogłem się jednak zgodzić na jego warunki. Nie mogliśmy być więźniami i nie zamierzałem oddawać jednego z moich przyjaciół jako karty przetargowej. Musiałem wymyślić tylko, co w takim wypadku zrobić. Wiedziałem, że muszę jak najszybciej wrócić do Płocka i stamtąd skołować pomoc od Bena i Dziary. Co najgorsze – stado było już pomiędzy Płockiem, a Płońskiem. Według wyliczeń nie szło na Płock, ale nawet jeśli to zmierzało do Torunia. W Ostoi będą mieli wielki problem, bo nie uda im się tak po prostu schować przed falą żywych trupów.
                Położyłem się spać rozmyślając. Nie zasnąłem szybko, ale gdy sen w końcu nadszedł to złożył mnie momentalnie. Obudziłem się, gdy słońce było całkiem wysoko na niebie. Nałożyłem buty i wyszedłem na zewnątrz w poszukiwaniu swoich ludzi. Znalazłem całą grupę siedzącą na stołówce. Postanowiłem nie dzielić się z nimi moim nocnym wypadem, przynajmniej na razie.
- Hej, jak sytuacja? – zapytałem.
- W końcu wstał!– przywitał mnie gromkim głosem Łowca.
- Jak z Potworem? – zapytałem.
- W etapie składania – włączył się do rozmowy Olaf. Był ubrany jak do wyjścia, miał przewieszony karabin przez plecy.
- Długo to zajmie?
- Jutro będziemy mogli jechać. Niestety wymiana opony to nie jest taka prosta sprawa w takim bydle. Myślę, że od biedy nawet dzisiaj wieczorem może się udać, jeżeli chcecie jechać na noc – odpowiedział Olaf.
- Im wcześniej tym lepiej – stwierdziłem.
- Rozumiem. Postaramy się ogarnąć to jeszcze dzisiaj. Niczego nie obiecuje, ale tak mi się wydaje – powiedział .
                Zjadłem spokojnie śniadanie i zająłem się zabijaniem czasu. Ika przygotowała się do wyjazdu przeglądając paczki z nasionami, których Feline użyczyła nam na rozbudowę ogrodów. Krystek zniknął gdzieś na prawie cały dzień, widziałem go raz, siedzącego na ławce przed budynkiem.  Łowca był zabiegany, pomagając ciągle przy naprawie swojego wozu. Ja sam starałem się planować i zastanawiać nad kolejnym krokiem. Wiedziałem, że pozostawienie zakładnika nie wchodziło w grę. Dzisiaj planowałem wyjechać z Płońska i nie miałem nawet jak stawić się na spotkaniu. Mogłem postawić wszystko na jedną kartę i spróbować zaatakować Krawca i jego ludzi na polanie, przedstawić sytuacje Feline i zastawić na niego pułapkę, ale wiedziałem, że to nic nie da, a prawdopodobnie również się nie uda. Nie wiedziałem jednak, co byłby w stanie zrobić jak nie spełnię jego żądań. Czy naprawdę stado podlegało jego kontroli? Tego nie mogłem być pewien. Miałem jednak przeczucie, że z tej współpracy nie wyjdzie nic dobrego i tego się trzymałem.
                Po południu wpadłem na Łowcę, który akurat robił przerwę od pracy.
- Jak idzie robota? – zapytałem.
- Jakoś leci. Zawsze jest od cholery do zrobienia w takich sytuacjach.
- Zanim na nas trafiłeś w Supraślu to nie miałeś takich problemów? – zainteresowałem się.
- Właściwie to nie – odpowiedział – Nie jeździłem też zbyt długo sam. Miałem swoją grupę, którą ludzie z Supraśla wycieli w pień. Wcześniej tamci pomagali mi w wielu sytuacjach.
- Tęsknisz trochę za czasami, gdy byliśmy cały czas na drodze?
- Sam nie wiem – zasępił się nieco mężczyzna – Z jednej strony czułem większą swobodę, ale nie można cholera całego życia na drodze spędzić… Masz jakieś obawy Bobru?
- Nie mam. Wiem, że to jest lepsze wyjście i możemy zbudować coś stabilnego. Po prostu pamiętam osoby, których już z nami nie ma i dlatego miło mi się to wspomina – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Nie ma co żyć przeszłością. Skupmy się na tym co jest. Mamy robotę do wykonania młody – Łowca był zdecydowanie jedyną osobą, która się tak do mnie zwracała. Miałem z nim już sporą historię i był ważnym elementem mojej grupy. Nie dość, że przewiózł nas przez pół Polski do Torunia to jeszcze pomagał mi i doradzał jak tylko mógł. Chociaż nie był wielkim taktykiem to jego rady zazwyczaj miały tą aurę chłopskiego rozumu, który sprawiał, że naprawdę wiele znaczyły. Po śmierci Sołtysa, z którym zazwyczaj rozmawiałem o takich rzeczach, była to relacja, która zdecydowanie wydawała się przydatna.
- Nie zatrzymuje cię już. Zajmij się naprawieniem Potwora, musimy jeszcze dzisiaj wrócić do Płocka – poprosiłem.
- Dam rade – odpowiedział uśmiechając się. Na jego zarośniętej twarzy pojawił się uśmiech. Kiwnął głową i wyszedł na zewnątrz, dalej zajmować się Potworem, którego sprowadzili tu razem z ludźmi Olafa. Dzień mijał dosyć powoli, ale gdy wieczorem jadłem kolację z Krystkiem oraz Iką to podeszli do nas Łowca z Olafem.
- Wszystko gotowe do drogi – zameldował Łowca poważnym głosem. Olaf kiwnął głową. Zauważyłem, że miał przez plecy przewieszony karabin, a jego strój wskazywał, że gdzieś się wybiera.
- Jadę z wami – odpowiedział zanim zadałem pytanie – Chcę zobaczyć jak to u was wygląda, a przy okazji powiem moim ludziom jak mają się zachowywać i kogo słuchać, żeby nie było niespodzianki na miejscu.
- Dużo? – zapytałem.
- Dziesięć osób. Jak na ten obóz uwierz, że Feline oddała praktycznie połowę, więc nie ma co narzekać.
- Dziękuje – odpowiedziałem.
                Zebraliśmy się przed bramą, gdzie stał Potwór. Nasiona zostały zapakowane,  a ludzie z Płońska siedzieli już wygodnie na tyłach pojazdu. Krystek oraz Ika usiedli z nimi, a ja po chwili dołączyłem. Olaf rozsiadł się na siedzeniu pasażera obok Łowcy. Ruszyliśmy. Wyjechaliśmy z Płońska, żeby po chwili sunąć już drogą, którą tutaj trafiliśmy. Serce zabiło mi szybciej, gdy spojrzałem na księżyc. Byłem bardzo ciekaw jak Krawiec zareaguje na to, że nie spełniłem jego oczekiwań. Groził nakierowaniem stada na obóz w Płocku i chociaż głęboko starałem się nie wierzyć w jego słowa, to serce biło mi nieco szybciej i martwiłem się.
                Droga z Płońska do Płocka nie była długa i wiedziałem, że za maksymalnie dwie godziny powinienem rozwiać swoje obawy i stawić czoła rzeczywistości. Jaka będzie – nie wiedziałem. Byłem jednak dobrej myśli. Zastanawiałem się czy grupa, którą wysłałem do Inowrocławia dotarła już do obozu. Na pewno byłaby to spora pomoc, szczególnie jeżeli rzeczywiście coś nam groziło. Ben miał znacznie więcej ludzi niż Feline, dlatego liczyłem, że wesprze Płock, zanim ten stanie się pełnoprawnym miejscem.
                Jechaliśmy już spory czas i wiedziałem, że jesteśmy blisko.
- Ja pierdole… - rozległo się nagle z przodu ciężarówki, które przebiło się przez rozmowy ludzi z Płońska. Zaciekawiony przepchałem się do przodu i wystawiłem głowę, będąc pomiędzy Olafem, a Łowcą. Spojrzałem do przodu. Zamarłem. Z oddali widać już było Płock. Nie dało się również nie  zauważyć tego, co wylewało się z niego, a znikało w odmętach miasta. Słowa Krawca sprawdziły się tak szybko. Musiał on z góry założyć, że się go nie posłucham, albo mieć na tyle rozwiniętą komunikację, żeby przekazać tak szybko wiadomość. Fala trupów zalewała miasto, w którym miał powstać mój obóz. Nie wiedziałem co powiedzieć. Byliśmy przy wschodnim wjeździe do Płocka. Łowca zatrzymał Potwora.
- Co teraz? – zapytał ktoś z tyłu, prawdopodobnie Krystek.
- Musimy dostać się do obozu – powiedziałem.
- Oszalałeś? Widzisz ile ich jest? – oburzył się Olaf.
- Widzę. Moi ludzie tam są i musimy im pomóc. Samo wzgórze na pewno jest bezpieczne. Przynajmniej wnętrze. Co do dojechania tam, to droga prowadząca na szczyt jest dosyć wąska, więc myślę, że bez problemu jak tam dojedziemy zepchniemy trupy. Wystarczy zrobić najpierw trochę hałasu żeby je odciągnąć, a przez resztę przebić się siłą ognia – powiedziałem.
- Brzmi to zajebiście ryzykownie. Ale znasz te tereny i pomożemy ci. Tylko bez przesady cholera jasna, nie będę narażał życia ludzi na samobójczą misje – odpowiedział mężczyzna.
- Mam plan, spokojnie – powiedziałem, bo rzeczywiście w mojej głowie kotłowała cała masa myśli, która układała się powoli w spójną całość. Wszyscy czekali na moje słowa. Ostateczna wersja uderzyła mnie nagle, całkowicie niespodziewanie – Więc tak. Przy rzece, gdzie nie powinno być aż tak dużej części stada są sklepy nastawione bardziej pod turystów – zacząłem – Tam znajdziemy fajerwerki. Podjedziemy tam Potworem i zapakujemy ich jak najwięcej. Następnie dwie lub trzy osoby wysiądą i zajmą pozycje, z których zaczną puszczać te petardy i zrobią nieco zamieszania. Duża część trupów powinna oddzielić się od głównego stada i otoczyć miejsca, z których będzie robione zamieszanie. Te osoby będą bezpieczne, ale przez jakiś czas otoczone.
- Nie brzmi to zbyt kusząco – zauważył Olaf.
- Ja się na to piszę – powiedział Krystek. Dwójka ludzi Olafa podążyła jego przykładem.
- Doskonale – stwierdziłem – Jak zrobi się nieco zamieszania to przejedziemy Potworem wzdłuż rzeki i okrążymy wzgórze. Na pewno tam jest najwięcej trupów, więc dojedziemy jak najdalej się będzie dało i resztę trasy przebijemy na dziko.
- Czemu na tyły wzgórza? – zaciekawił się Łowca.
- Jest tam podobno tajne przejście. Mateusz mi przynajmniej o nim mówił i był pewien, że w którymś z domków je znajdziemy. Podejrzewam nawet o który może chodzić.
- Podejrzewasz? – zapytał Olaf – Bobru nie obraź się, ale strasznie kiepsko to brzmi.
- Plan jest ryzykowny, nie przeczę. Ale innej opcji nie ma.
- Po prostu zróbmy to cholera jasna! – krzyknął Łowca podbudowują morale. Okrzyk ludzi z Płońska może nie przypominał tych filmowych, ale i tak sprawił, że ciarki przeszły mnie po plecach. Krawiec zaatakował, a my mieliśmy pokazać, że damy sobie i tak rade.
                Przez pół godziny przygotowywaliśmy się do akcji. Trupy wciąż wlewały się do miasta i widać było, że przechodzą przez nie niczym fala śmierci. Nie miałem pojęcia jak duża część jest zapchana przez zombie. Nie wiedziałem jak ciężko może być przejść przez jakieś ulice. Potwór odgrywał doskonałą rolę jako taran, ale na dłuższą metę, gdy straci prędkość to nie będzie mógł sobie poradzić z taką ilością przeszkód do zniszczenia. Dlatego w pewnym momencie mogliśmy po prostu utknąć na jednej z ulic i modlić się o to żeby stado jak najszybciej przeszło, a wiedziałem, że moi ludzie mogli mieć kłopoty.  Wybraliśmy na mapie budynki, na których planowaliśmy zostawić Krystka oraz pozostałą dwójkę, po tym jak zaopatrzymy ich w petardy. Trasa była na tyle wymyślna, żeby odciągnąć jak najwięcej trupów od wzgórza i spokojnie przejść na jego tyły do miejsca, gdzie według Mpd mogło być tylne wyjście z naszego obozu.
- Czy wszyscy wiedzą, co mają robić? – zapytałem.
- Tak – odpowiedziało paręnaście gardeł na raz. Ruszyliśmy.
                Łowca zakręcił i zaczął jechać w stronę brzegu. Zombie wlewały się do miasta od północnego wschodu, niczym strzała przebijająca tarczę. Nie były one skupione, im głębiej wchodziły pomiędzy budynki, tym bardziej rozdzielały się na kolejne ulice. Te, którymi jechaliśmy były jednak całkiem spokojne. Brzeg wydawał się całkiem czysty, przez co podróż mijała nam znośnie. Nie musieliśmy przebijać się przez nie, co znacznie ułatwiało plan. Pojedyncze osobniki z głuchym hukiem odbijały się od zbrojeń zamontowanych na przedzie i bokach pojazdu. Potwór był istną maszyną do niszczenia takich przypadków. Zauważyłem, że Olaf wraz z Łowcą wymienili nawet szybę, która została wyłamana, kiedy wyleciałem przez szybę w drodze do Płońska.
                Wjechaliśmy na ulicę, która była bardzo blisko Wisły. Widziałem stąd dokładnie trupy, które zajmowały całe wzgórze i krętą ścieżkę do niego prowadzącą.  Światła na górze się nie paliły i stąd nie miałem pojęcia, czy zombie sforsowały bramę, czy próbowały się przez nią przebić. Nie widziałem też żadnych świateł, więc liczyłem na to, że moi ludzie po prostu przeczekują sytuacje w zamknięciu i ciszy. To było najmądrzejsze rozwiązanie, ale upewnić się musiałem. Na ulicy, na której się znaleźliśmy, było sporo wraków aut, albo pojazdów opuszczonych przez właścicieli.  Mimo tego Łowca, jak zawsze, z wielką gracją poruszał się Potworem pomiędzy nimi, czasami delikatnie zahaczając i przesuwając pojedyncze przeszkody.  Kawałek przed nami, na drodze, widać było znacznie więcej trupów. Całe szczęście nie musieliśmy jechać aż tak daleko. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu.
                Sklep, który nas interesował wyglądał na dawno opuszczony. Jedna z witryn była wybita, a w środku panował jeszcze większy mrok niż na zewnątrz. Niebo było czyste. Księżyc oświetlał okolice najlepiej jak potrafił.  Wyskoczyliśmy z Potwora prawie wszyscy, został jedynie Łowca oraz Ika. Uzbrojeni i gotowi weszliśmy do środka. Latarki zatańczyły szalenie po wnętrzu i oświetliły jedynego gościa, który był w środku. Jeden z ludzi Olafa rozbił mu czaszkę.  Sklep wydawał się częściowo przeszukany, ale na zapleczu znaleźliśmy ogromne pudła wypełnione przeróżnymi fajerwerkami – od tych małych, do tych ogromnych, które strzelały wieloma seriami robiąc na niebie prawdziwy pokaz. Zapakowaliśmy je, tyle ile mogliśmy, do toreb, a następnie ruszyliśmy z powrotem na ulice. Wtedy przez morze jęków, które były słyszalne cały czas, przebił się charakterystyczny dźwięk niedużego wybuchu. Byłem pewien, że dochodził ze wzgórza.
- Co tam się dzieje do cholery jasnej? – zapytał Łowca, gdy dotarliśmy do Potwora.
- Coś w obozie… Nie brzmi to zbyt dobrze, musimy szybko rozstawić ludzi i zacząć im pomagać – powiedziałem.
- Jedźmy – dodał Olaf. Chociaż w Potworze szyby były zamknięte to dźwięk jęków narastał im głębiej wjeżdżaliśmy do miasta. Wszystkie trzy budynki, które wybraliśmy były równolegle do linii stada.  Dojeżdżaliśmy już do pierwszego zaznaczonego, gdy pomyślałem, że warto powiedzieć parę słów do osób, które mają zostać uwięzione na dachach danych budynków.
- Macie w plecakach cały zestaw fajerwerków, trochę prowiantu, amunicje i łomy, żeby wyłamać drzwi, jeżeli byłby zamknięte. Jak dostaniecie się na dach to możecie od razu przygotować się do odpalenia ładunków. Puszczajcie je ile wlezie i nie panikujcie. Zamkniemy was na dole, żeby trupy do was nie weszły, ale i tak możecie pozamykać za sobą drzwi na górze, gdyby jakimś cudem dostały się do budynku. Jak stado przejdzie stąd to postaramy się was od razu odebrać z tych dachów. Obiecuje, że zrobimy to jak najszybciej.
                Pierwszy został wypuszczony Krystek. Wyskoczyliśmy na ulicy, na której było już trochę trupów. Ze wzgórze było słychać kolejne wybuchy oraz strzały. Zastanawiałem się, co się tam dzieje. My również nie bawiliśmy się już w podchody. Nie chciałem ryzykować niczyim życiem. Przebiliśmy się przez ulicę wypruwając pociski we wszystko, co się ruszało. Zombie padały jeden za drugim, a my bez problemu odstawiliśmy Krystka z wypchanym plecakiem do budynku, po czym sprawnie założyliśmy łańcuch z potężną kłódką na drzwi. Teraz wszystko leżało w jego rękach. Po akcji wróciliśmy od razu do Potwora i ruszaliśmy w kierunku kolejnego punktu.
                Po odstawieniu trzeciej osoby na niebie było już kolorowo i głośno. Krystek, oraz drugi mężczyzna zaczynali już pokaz, sprawiając, że na ulice, na których byliśmy, schodziło się coraz więcej trupów. Łowca przyspieszył i zaczął okrążać trasę, wykręcając ponownie na brzeg, który wciąż był stosunkowo pusty. Zombie wpadały pod koła Potwora coraz częściej. Byłem dumny z ludzi Feline. Przeprowadzali akcje naprawdę profesjonalnie i wiedziałem, że z ich pomocą to naprawdę może się udać. Olaf wyszkolił ich doskonale.  Gdy dojeżdżaliśmy ponownie do sklepu, z którego braliśmy fajerwerki to zobaczyliśmy, że do całej kanonady dołączył trzeci dach. Wszystko szło po naszej myśli.
                Teraz zaczynał się ten ciężki moment. Musieliśmy dotrzeć do wzgórza i przebić się na jego tyły. Trupy wykonywały zdecydowany ruch. Na pewno odciągnęliśmy trochę ich uwagę i sprawiliśmy, że główne skupisko znajdowało się teraz na ulicy, na której były trzy, obstawione przez nas, budynki.  Jechaliśmy wzdłuż brzegu, a trupy składały się pod kołami Potwora, jeden po drugim.  Okrążaliśmy powoli miejsce, w którym był nasz obóz, ale trupów było coraz więcej. Ciężarówka traciła swoją prędkość z każdym kolejnym przejechanym szwendaczem.
- Co teraz? – zapytał Łowca.
- Zaraz będziemy musieli jakoś wysiąść – odpowiedziałem.
- W ten legion?! – zapytał zdziwiony Olaf.
- Wystarczy, że dostaniemy się na pustą ulicę i resztę drogi przebijemy się siłą – powiedziałem.
- Siłę ognia mamy sporą, ale czy tak dużą, to nie wiem… - zasępił się mężczyzna.
- A co jakby się przekraść? – zapytał ktoś z ciężarówki. Był to młody chłopak z rudą brodą.
- Jak się nazywasz? – zapytałem.
- To Rudy. Nie widać? – zakpił Olaf – On zawsze ma durne pomysły, więc nie ma co go słuchać.
- Poczekaj – uspokoiłem Olafa – Mów – rzuciłem do chłopaka.
- Jak z chłopakami szliśmy na zwiady w niebezpieczne tereny to mieliśmy pewien sposób – jego głos nie pokazywał nawet grama pewności siebie, ale i tak wypluwał kolejne słowa.
- Jaki sposób? – zapytałem.
- Truposze działają głównie na węch. Jak złapiemy parę i wysmarujemy się ich flakami to nie będą nas atakować. Tylko musimy iść cicho i spokojnie – powiedział poważnym głosem.
- Ciebie chyba coś boli – zaśmiał się Olaf.
- Szefie jak to prawda jest – oburzył się chłopak.
- W sumie to nie brzmi, aż tak nierealnie – zastanowiłem się.
- Naprawdę? – zapytali w tym samym czasie Łowca z Olafem.
- Spróbujmy wciągnąć tutaj trupa czy dwa. Przygotujemy ten kamuflaż i zobaczymy jak działa, póki jeszcze nie jesteśmy w samym centrum stada – zaproponowałem.
                Zjechaliśmy na pobocze i delikatnie otworzyliśmy drzwi do ładowni na tyłach Potwora. Trupy, które wypełniały większą część ulicy, natychmiast próbowały dostać się do środka. Ludzie Olafa sprawnie wyeliminowali dwa i wciągnęli do środka, a ja zamknąłem drzwi.  Jeżeli to mogło zadziałać to niesamowicie się cieszyłem. Byłem w kiepskiej formie od wypadku w drodze do Płońska, więc wizja biegania, chociaż nie niemożliwa, nie podobała mi się. Dwa przegniłe ciała położono na podłodze ładowni Potwora. Stanęliśmy w kręgu wokół nich. Olaf dołączył do nas, a Łowca dzielnie przebijał się przez kolejne uliczki, coraz bardziej zbliżając się do celu.
                Rudy sięgnął po nóż. Zasłonił sobie dłonią nos i wziął głęboki oddech. Przeciął koszulkę i bluzę pierwszego z trupów i odsłonił lekko napęczniały i fioletowy brzuch.  Przyłożył ostrze lekko pod klatką piersiową i wbił je. Odór, który się wydostał był zapierający dech w piersiach.  Wszyscy poszli w jego ślady próbując zatkać nosy i uniknąć przykrego zapachu. Rudy rozciął jamę brzuszną i naszym oczom ukazał się nieprzyjemny widok poczerniałych wnętrzności. Chłopak spojrzał na nas. Odłożył nóż na bok i delikatnie, jakby sam tego nie chciał, zamoczył rękę w środku. Starałem się oddychać głęboko ustami żeby nie zwymiotować. Nabrał trochę krwi na dłoń po czym rozsmarował ją sobie po twarzy. Widziałem jak jego blada cera zamienia kolor na ciemną czerwień.
                Następnie pokrył swoje ciało fragmentami większości oraz warstwami posoki, kończąc przygotowanie kamuflażu. Wygląda upiornie, ale patrząc tak na niego pomyślałem, że to naprawdę może się udać.  Po piętnastu minutach potwór został zaparkowany tak, żeby prawe wyjście pasażera wychodziło na jedną z bardziej pustych, bocznych uliczek. Cała załoga była wysmarowana w kamuflażu. Cuchnęliśmy potwornie, ale teraz nadszedł moment prawdy. Wyszedłem pierwszy, a zaraz za mną wyskoczył Rudy. Poruszaliśmy się powoli i podeszliśmy do przodu. Drzwi do Potwora póki co zostały zamknięte, chociaż trupy i tak zainteresowały się hałasem i światłem. Zaczęły iść w naszą stronę. Zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści noża.  Byłem gotowy odeprzeć atak. Trupy były coraz bliżej. Słyszałem ciche jęki, które zlewały się z tą kakofonią, którą było słychać z głównej ulicy. Zombie, który był obok mnie wyglądał przerażająco. Dolna część jego twarzy zwisała na przegniłej skórze. Był niesamowicie wychudzony i prawie nagi, nie licząc resztek spodni trzymających się na kościstych biodrach. Widziałem jego puste, rybie oczy. Spojrzał na mnie. Złapałem oddech i zgodnie z radą Rudego postanowiłem być cicho i nie ruszać się zbyt szybko.
                Zadziałało. Trup powęszył chwilę po czym ruszył dalej. Podobnie zachowali się pozostali, którzy mijali nas jakby nigdy nic. Dałem znak podnosząc rękę i po chwili wszyscy wyszli z Potwora. Ruszyliśmy całą grupą złożoną z dwunastu osób do przodu, starając się trzymać blisko siebie. Byliśmy już prawie przy samym wzgórzu. Widziałem już nawet budynek, w którym według mojej wiedzy mogło być tylne wejście do naszego obozu. Pomysł Rudego zadziałał. Trupy całkowicie nas olewały, albo zatrzymywały się na chwilę po czym szły do przodu nie zwracając na nas zbyt dużej uwagi. Czy tak właśnie działał kamuflaż Zszytych? Czy to był cały ich sekret? Nie mogłem w to uwierzyć.
                Ulica, na której byliśmy, była cała zapchana trupami. Było naprawdę niedużo miejsca na poruszanie się. Widziałem ścieżkę na wzgórze, która prowadziła do furtki, ale tam również było pełno trupów. Znacznie mniej niż przy wejściu przednim, ale wciąż dużo. To była też jakaś opcja, ale wolałem najpierw spróbować załatwić to bezpieczniej. Podeszliśmy do budynku i zaczęliśmy siłować się z drzwiami. Były niestety zamknięte.
- Co teraz? – wyszeptał Olaf.
- Musimy się przebić – odpowiedziałem szeptem. Trupy, pomimo ogólnego hałasu zdawały się interesować nami nawet teraz.
- Jak zaczniemy się przebijać to one się dowiedzą – powiedział cichutko Łowca.
- Musimy zadziałać szybko – odpowiedziałem również cicho.
                Stanąłem przy drzwiach i dałem znak, że odliczam. Pokazałem trzy palce, następnie dwa i jeden po czym uderzyłem w drzwi z całej siły wraz z Olafem. Trupy natychmiast się nami zainteresowały. Ludzie Olafa otworzyli ogień, a na ulicy rozpętał się chaos. Zombie zaczęły nas otaczać. Siłowaliśmy się z zamkiem, zacząłem nawet w niego strzelać. Fala śmierci przyciskała nas coraz bardziej do ściany budynku. Były już tak blisko, że zaczęto używać noży i innych broni białych zamiast karabinów. Drzwi jednak w końcu stanęły otworem. Wpadliśmy do środka i szybko zamknęliśmy drzwi. Trupy jednak nie dawały za wygraną.
- Ja pierdole – stwierdził krótko Olaf.
- Trzymajcie drzwi! – krzyknąłem – Zastawcie to tamtą półką!
Ludzie Olafa posłuchali mnie natychmiast. Krzyki trupów były okropnie głośne. Ledwo dało się to wytrzymać. Zastawiliśmy jednak wejście paroma półkami i prowizoryczna barykada póki co trzymała. Rozejrzałem się po miejscu, w którym się znaleźliśmy. Ika włączyła latarkę i oświetliła resztę pomieszczenia. Odetchnąłem z ulgą. Zobaczyłem dziurę w ścianie, która zdawała się wchodzić w głąb wzgórza. Były tam kolejne drzwi, które wyglądały już na znacznie bardziej prowizoryczne. To musiał być ten tunel.

                Przez chwilę zrobiło się względnie spokojnie. Rozejrzałem się i spojrzałem na każdego po kolei. Zmęczonych, ale z uśmiechami na twarzy ludzi Olafa, samego Olafa, który patrzył na wejście do tunelu z dziwną miną, Ikę, która też wyglądała na zadowoloną z tego, że się udało oraz Łowcę. Na nim zatrzymałem na chwilę wzrok i zamarłem. Przeszedł mnie dreszcz i całe dobre morale prysnęły nagle niczym mydlana bańka. Mój przyjaciel, który towarzyszył mi od tak dawna trzymał się za kark. Na jego dłoni widać było krew. Nie była to jednak ta użyta do kamuflażu. Świeża czerwień kontrastowała z brudną czernią. Pokiwałem tylko głową jak nasze spojrzenia się spotkały. Łowca został ugryziony.