Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 marca 2016

Rozdział 1: Zły dzień

No i mamy wielki powrót. Co prawda nie jest to kontynuacja przygód Bobra, ale coś równie ważnego dla historii. Poznacie teraz dokładniej ojca Łapy, faceta po czterdziestce o imieniu Wiktor. Dowiecie się jak trafił do Supraśla, jak został dowódca tamtejszej ludności, co przeskrobał, że córki go nienawidzą i wiele więcej. W tym rozdziale zobaczycie sam początek Apokalipsy. W tym samym czasie Bobru odbija znajomych ze szkoły, a następnie szuka transportu do Królowego Mostu. Zapraszam do czytania :)

---------------------------------------------

Rozdział 1: Zły dzień


                Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu prawie natychmiast. Była siódma rano. Kolejny podły dzień właśnie się rozpoczynał. Chociaż słońce na niebie zapowiadało całkiem przyjemną pogodę, to nie widziałem w tym żadnych plusów. Byłem facetem po czterdziestce, któremu wiele rzeczy w życiu nie wyszło. Zaczynając od nędznej pracy przewodnika po mieście Białystok, kończąc na zmarłej parę lat temu żonie i dwójce córek, które nienawidziły mnie od jakiegoś czasu. Właściwie geneza tej nienawiści była mi bliżej nie znana. Wydawało mi się, że zapewniałem im wszystko, co mogłem, ale one wciąż z dnia na dzień wydawały się ode mnie oddalać.
                Wstałem i pierwsze co zrobiłem to podszedłem do pokoju córek, żeby je obudzić do szkoły. Starsza miała prawie dziewiętnaście lat, a młodsza skończyła parę tygodni temu piętnaście. Były zupełnie różnymi osobami. Starsza była zadziorna, chamska, wszędzie musiała być pierwsza i najlepsza i w żadnym wypadku nie bała się niczego. Swoją agresję, zarówno psychiczna jak i fizyczną często wyładowywała na mnie. Nigdy nie uderzyłem moich córek, ale zdarzało mi się tracić panowanie i wymierzać naprawdę surowe kary. Młodsza nie sprawiała za to żadnych kłopotów. Wydawało mi się, że była kompletnym przeciwieństwem swojej siostry – cicha, zamknięta w sobie, czasami miałem wrażenie jakby nie zdążyła jeszcze dojrzeć, bo nieraz widywałem jak oglądała bajki, na naszym starym telewizorze, albo bawiła się lalkami. Nie odzywała się praktycznie do nikogo z wyjątkiem Łapy. Przynajmniej to mi się udało, uśmiechnąłem się do siebie w myślach.
                Gdy zobaczyłem, że obie zaczęły ścielić łóżka, poszedłem do łazienki. Przetarłem brudne lustro i spojrzałem na swoją twarz,  nędznie oświetloną energooszczędną żarówką. Nie byłem żadnym przystojniakiem, ale nie uważałem się też za kogoś brzydkiego. Miałem raczej pospolitą twarz, krótkie włosy i niewielki zarost. Postanowiłem zająć się tym ostatnim i wyjąłem golarkę, która kupiłem na aukcji Internetowej parę miesięcy temu, po czym ogoliłem się dokładnie. Ludzie jakoś niespecjalnie lubili przewodników, których twarz przypominała owłosionego goryla.
                Spojrzałem na zegarek i zauważyłem, że jest już kwadrans po siódmej. Opuściłem łazienkę zwalniając ją Monice i zajrzałem do pokoju, żeby sprawdzić, co z drugą córką. Siedziała na łóżku, w krótkich spodenkach do spania i długiej koszulce z dziwnym nadrukiem. Oba elementy stroju były czarne.
- Co jest z tobą dziewczyno? Zaraz się spóźnisz na autobus – powiedziałem.
- Nie panikuj tak, wiem co robię – odgryzła się tonem, którego nienawidziłem, a do którego byłem już dobrze przyzwyczajony.
Podszedłem do niej bliżej.
- Nie zdałaś już raz w klasie maturalnej, nie możesz sobie zostawać teraz w domu – powiedziałem stanowczym tonem, co ona kompletnie zignorowała – Do ciebie mówię! – położyłem jej rękę na ramieniu, żeby nią potrząsnąć, a ta zerwała się niczym spłoszony kot i krzyknęła.
- Nie dotykaj mnie, bo połamię ci te paluchy – syknęła. Normalnego ojca, normalnej córki pewnie to by załamało, albo doprowadziło do białej gorączki, ale ja byłem już przyzwyczajony.
- Nie wygłupiaj się. Idź do tej cholernej szkoły – powiedziałem kończąc dyskusję i wychodząc z pokoju. Musiałem się pospieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy. Ubrałem się prędko w koszulę oraz wygodne spodnie, a na to nałożyłem sztruksową marynarkę. Zgarnąłem ze stołu klucze, portfel oraz dokumenty i wyszedłem rzucając nieśmiałe „cześć” do córek.
                Opuściłem blok, w którym mieszkaliśmy i skierowałem swoje kroki w stronę przystanku autobusowego. Ranki zawsze były spokojne w tej okolicy. Mieszkaliśmy na dosyć małym osiedlu, na obrzeżach miasta. Do pracy dojeżdżałem najczęściej komunikacją miejską, ale czasami wolałem się przespacerować. Dzisiaj wybrałem pierwszą opcję i gdy tylko dotarłem na miejsce spojrzałem na zegarek i na rozkład jazdy. Do najbliższego autobusu musiałem poczekać pięć minut. Usiadłem wygodnie na ławce i starając się nie myśląc o niczym rozejrzałem się po okolicy. Przystanek był jedynym zabudowaniem po tej stronie ulicy. Za moimi plecami był park, a przede mną cała masa sklepików, barów i innych, podobnych budynków.
                Miasto powoli budziło się do życia. Według e-maila, który dostałem wczorajszego wieczora, miałem stawić się o godzinie ósmej do biura, gdzie miała podjechać po mnie wycieczka turystów z Krakowa. Gdy zobaczyłem z daleka nadjeżdżający autobus w oczy rzuciła mi się karetka na sygnale, która bez problemu go wyprzedziła i zaczęła się powoli zatrzymywać po drugiej stronie ulicy, wjeżdżając w uliczkę boczną. Zdziwiony zacząłem się rozglądać, żeby dojrzeć czy gdzieś coś się stało i wtedy zauważyłem, że niedaleko sklepu mięsnego stała grupka przechodniów pochylona nad dwoma ludźmi. Jeden wydawał się być nieprzytomny, a drugi trzymał się za zakrwawioną rękę. Pewnie żule się pocięły o resztę gorzały, pomyślałem i wsiadłem bez zastanowienia do prawie pustego autobusu.
                Oprócz mnie oraz kierowcy, siedziały tylko trzy kobiety, nieco starsze ode mnie. Usiadłem kawałek za nimi i odetchnąłem. Autobus szybko ruszył przed siebie, nawet nie zdążyłem się obejrzeć i spojrzeć, co dzieje się pod tym sklepem. Nie szukałem raczej sensacji, bo w swoim życiu doświadczyłem już wystarczającej ilości tragedii, ale warto jednak było wiedzieć, co dzieje się w pobliżu.  Z rozmyślań wybił mnie głos kobiet rozmawiających o czymś z ekscytacją.
- Mówię cię prawdę! Ugryzł go po prostu! Jak zwierzę! – obruszyła się jedna z nich, z dużym, okrągłym kapeluszem na głowie.
- Ćśśś! – syknęła siedząca obok niej koleżanka z buraczkowymi włosami.
- Ja nadal nie wierzę w takie bajki. Za dużo telewizji się naoglądałaś – stwierdziła trzecia kobieta, z wyjątkowo skrzeczącym głosem.
- W przeciwieństwie o twoich historiach o mężu, który ratuje ludzi to jest prawda – odgryzła się kapelusznica. Widok twarzy Skrzeczącej był tak komiczny, że aż wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Kłótnia była na tyle komiczna, że z chęcią bym posłuchał jej dłużej, ale autobus właśnie dojechał do mojego przystanku i musiałem wysiadać.
                Zdziwiło mnie, że w centrum ruch był ogromny, pomimo tak wczesnej godziny. Rozumiałem ludzi, którzy szli do pracy, ale teraz było ich znacznie więcej. Zobaczyłem radiowozy policyjne stojące niedaleko skrzyżowania. Z jednej strony kontrolowali ruch, ale z drugiej rozglądali się niespokojnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy dzisiejsza data oznaczała coś szczególnego, ale nie mogłem sobie przypomnieć. Może wizyta jakiegoś ważnego gościa, zastanawiałem się idąc w stronę biura.
                Wszedłem do środka i udałem się natychmiastowo do gabinetu szefa. Ku mojemu zaskoczeniu nie było go w środku, za to stało tam dwóch moich znajomych – Rafał oraz Krzysiek. Przywitałem się z nimi i włączyłem do rozmowy.
- Gdzie jest szef? – zapytałem.
- Podobno dzisiaj go nie będzie, ale zostawił nam grupy turystów, które dzisiaj będziemy musieli oprowadzić – powiedział starszy ode mnie Rafał, machając kartkami.
- Wiadomo dlaczego?
- Przez tę zarazę, mówię wam – włączył się Krzysiek, który był zdecydowanie młodszy od nas i zawsze miał opinię łatwowiernego i wierzącego w dziwne rzeczy. Tym razem jednak zaciekawił mnie.
- Zarazę? – upewniłem się, że dobrze usłyszałem.
- Tak… Podobno zaczęła panować dziwna zaraz przez którą umarli wstają z grobów, wiesz jak w tych serialach z… - rozpędził się, ale przerwał mu stanowczo Rafał.
- Krzychu skończ pierdolić. Po prostu szef nie mógł przyjść i tyle. Dzień jest trochę szalony, ale nie ma mowy o żadnych szkieletach czy innych potworach. Naprawdę zastanów się co ględzisz młody – skarcił go.
- Mniejsza. Gdzie jest moja lista? – zapytałem.
- Tutaj. Autokary zaraz podjadą, więc lepiej się zbierajmy – zaproponował Rafał podając mi listę.
                Podziękowałem mu i już miałem opuszczać biuro, kiedy nagle usłyszeliśmy pukanie i przez drzwi przeszedł policjant. Nie był to byle jaki policjant, ponieważ był to mój dobry znajomy Patryk. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, co on tu robił, ale po chwili, gdy zobaczyłem dwie postacie wchodzące za nim zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- Gdzie były? – zapytałem, witając się z nim.
- Na garażach niedaleko. Podejrzewam, że powinny być w szkole – powiedział. Monika patrzyła w swoje stopy, ewidentnie zawstydzona i wystraszona, ale moja starsza córka spoglądała wprost w moje oczy.  Widziałem w nich pogardę i złość.
- Dziękuje. Zajmę się nimi – powiedziałem. Patryk odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy w głowie pojawiło mi się inne, ważne pytanie – Hej, wiesz może co się dzieje w mieście? Wszędzie pełno policji, jeżdżą karetki, trochę to wszystko niepokojące.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą – zapewnił mnie i uśmiechnął się szczerze – Trzym się.
                Po chwili zostałem w biurze sam z córkami.
- Rozumiem, że jeżeli nie odwiozę was sam do szkoły, to nie pójdziecie w ogóle? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że nie uzyskam odpowiedzi – Dobra, nie mam zresztą na to czasu. Chodźcie ze mną, ale zachowujcie się przy turystach – postanowiłem. W sumie sam nie wiedziałem, co mną kierowało, dlaczego po prostu nie wysłałem ich do szkoły. Był to jakiś instynkt. Czułem ogólnie panujący niepokój, nawet pomimo słów Patryka.
                Wyszliśmy z mojego biura i podeszliśmy na parking obok, gdzie już czekał na nas autokar. Wsiedliśmy do środka i przywitała nas grupka turystów z południa Polski, przede wszystkim Krakowa. Posadziłem córki przy moim siedzeniu, a sam dałem znak kierowcy żeby startował i wziąłem do ręki megafon. Przełączyłem przycisk i powiedziałem spokojnym głosem:
- Witamy w autokarze firmy Zabytkowe Miasta! Nazywam się Wiktor i pokaże państwu najpiękniejsze i najbardziej niesamowite zabytki i miejsca w naszym mieście i okolicach. Proszę się wygodnie rozsiąść ponieważ zaczniemy wycieczkę od pięknego monasteru w Supraślu!
Grupa niczym szczególnym się nie wyróżniała. Było sporo mężczyzn, ale też trochę kobiet. Naliczyłem zaledwie dwójkę dzieci i nikogo, kto wyglądał na wyraźnie starszego ode mnie. Autokar ruszył, a ja spojrzałem na zegarek. Wybiła godzina ósma dwadzieścia.
                W mieście był naprawdę duży ruch, przez co, zanim dojechaliśmy do obrzeży dochodziła już dziewiąta. Działy się naprawdę dziwne rzeczy, które sprawiały, że najchętniej wróciłbym do domu wraz z moimi córkami. Te siedziały najwyraźniej zaciekawione tym co się dzieje. W radiu podawano dziwne komunikaty, o chorobie, która rozprzestrzenia się po kraju. Nawet białostockie stacje nie odbierały dobrze sygnału, więc nie mogłem usłyszeć całego przekazu, ale coś było nie tak. Uspokajałem wycieczkę przez megafon, przy okazji opowiadając o historii powstania miasta. Znałem ją na pamięć. Co i rusz mijaliśmy wozy policyjne, a raz nawet wojskowy. Wszystkie jechały do centrum. Zastanawiałem się, co się mogło dziać. Poza tymi dziwnymi audycjami radiowymi oraz służbami porządku i zmożonym ruchem nie widać było żadnej różnicy. Za oknami chodzili ludzie, słońce świeciło, a niebo było czyste.
                Dopiero na wyjeździe z miasta poczułem strach. Stały tam trzy radiowozy, które zatrzymywały każdy wyjeżdżający samochód. Stworzył się korek, ale całe szczęście byliśmy już blisko „bramki kontrolnej”. Dojechaliśmy na miejsce i kierowca zatrzymał autobus. Wysiadłem i podszedłem do policjantów. Widziałem na ich twarzy prawdziwy strach, ukryty pod fałszywymi twarzami, udającymi, że wszystko jest pod kontrolą. Lubiłem w wolnych chwilach oglądać telewizję i nie raz widziałem takie fałszywe maski, które ludzie ubierali żeby zwyczajnie schować emocje. Znałem się na tym. Kolejny faktem, który sprawiał, że sytuacja wyglądała coraz gorzej była broń, którą policjanci mieli wyciągniętą. Mimo tego wszystkiego starałem się zachować spokój i podszedłem do jednego z wozów, gdzie stało trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy w mundurach.
- Proszę natychmiast wracać do centrum – powiedziała policjantka – Tylko tam będzie pan bezpieczny.
- Przepraszam, ale dalej nie wiem, co się dzieje. Mogłaby mi pani to wytłumaczyć? Coś się stało? Czy to atak terrorystyczny? – próbowałem zachować spokój, ale denerwowała mnie już ta niewiedza.
- Nie. Coś znacznie gorszego. W mieście są organizowane masowe ewakuacje, wszystko pod kontrolą policji oraz wojska. Nie radzilibyśmy panu jechać tym autobusem samemu. To zbyt niebezpieczne – wytłumaczył jeden z policjantów.
- Co się dzieje?! – zapytałem już naprawdę zdenerwowany. Krótkofalówki policjantów wariowały od różnych komunikatów, których nie dało się już rozróżnić, z powodu ich ilości. Do tego nagle powietrze przeszył przeciągły dźwięk. Dźwięk syreny alarmowej. Usłyszałem krzyki i ledwo zdążyłem się obrócić, a zobaczyłem prawdziwe piekło. Samochody zaczęły się przebijać przez inne, byle tylko uciec z korka i wyjechać czym prędzej z miasta. Inne z kolei stały. Pomiędzy samochodami chodzili ludzie, którzy chcieli podejść tutaj i dowiedzieć się, co się dzieje, ale po usłyszeniu syreny i ryku silników aut zaczęli uciekać w różne strony.
                Nie wiedziałem, co robić i chciałem zapytać o coś jeszcze policjantów, ale Ci już biegli w stronę tłumu z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z samochodów przebił się już prawie przez cały korek i pomimo tego, ze wyglądał jakby przeżył zderzenie czołowe, wyjechał i zaczął jechać prosto w naszą stronę. Instynktownie odskoczyłem na bok i twardo upadłem na prawą rękę. Policjanci przede mną nie mieli tego szczęścia. Czarny samochód terenowy przyspieszył i z całym impetem staranował czwórkę mundurowych. Odrzut był tak duży, że ciała wyleciały do góry i pospadały w różnych miejscach. Tuż obok mnie upadła policjantka, z którą rozmawiałem. Z jej ust wyciekała strużka krwi, a rękę miała wygiętą pod bardzo dziwnym kątem. Z początku sparaliżował mnie strach. Oddychałem szybko i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Samochody zaczęły jeździć i wtedy przypomniałem sobie o autobusie. Musiałem do niego wrócić, tam było bezpieczniej i były tam moje córki.     
                Podniosłem się ciężko i prawie natychmiast o coś potknąłem. Był to pistolet policjantki. Podniosłem go drżącą dłonią i wymijają resztki policjantów pobiegłem do autobusu. Twarz kierowcy wyrażała głęboką ulgę, gdy tylko mnie zobaczył.
- Już myślałem, że pan nie żyje. Mieliśmy właśnie odjeżdżać – powiedział.
- Dzię… dziękuje – wysapałem.
Wokół nas panował ogólny chaos. Samochody próbowały zarówno się cofać jak i jechać do przodu. Ludzie wybiegali i zaczęli uciekać, a inni wracali pospiesznie do aut próbując znaleźć chociaż jedno bezpieczne miejsce. Przed nami jednak było czysto, więc kiedy tylko wsiadłem kierowca dodał gazu i ruszył do przodu. Wyjechaliśmy na w miarę pustą szosę. Mijali nas inni kierowcy, którzy w znacznie szybszych samochodach gnali przed siebie.
                W autobusie sytuacja też była niespokojna. Ludzie wyglądali za okna, rozmawiali ze sobą, a także wyciągali telefony, którymi kontaktowali się z bliskimi. Wziąłem megafon w rękę.
- Uwaga pasażerowie! Wiem, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale musimy zachować teraz spokój. Jeżeli panika wybuchnie na pokładzie, możemy z tego nie wyjść cali. Jak odjedziemy kawałek od miasta zrobimy postój i na spokojnie dowiem się, co się dzieje w mieście. Teraz jednak proszę o ciszę – powiedziałem najspokojniej jak umiałem, chociaż gardło ścisnęło mi się niebezpiecznie i wiele słów brzmiało jak zwykłe charczenie. Sytuacja jednak została opanowana. Na tym pokładzie byli naprawdę wytrzymali psychicznie ludzie. Nawet dzieci siedziały cicho i starały się nie przeszkadzać wtulone w swoich rodziców.
                Podszedłem do kierowcy.
- Znasz jakieś ustronne miejsce, z dala od głównych dróg, gdzie będziemy mogli zrobić postój przed Supraślem? – zapytałem.
- Nie wiem, co z moją rodziną… gdzie oni teraz mogą być – wyszeptał jakby sam do siebie kierowca.
- Hej! Zostań z nami. Musisz nas bezpiecznie dowieść, stamtąd wszystkiego się dowiemy! – krzyknąłem.
Wiedziałem, że był przerażony. Zresztą nie on jeden. Wszyscy się bali. Coś złego działo się w mieście. Ludzie chcieli uciekać. O co mogło chodzić?
                Po dziesięciu minutach zjechaliśmy na piaskową drogę prowadzącą w las. Zatrzymaliśmy autobus i wysiedliśmy powoli. Jeden z pasażerów, pomagał mi uspokajać ludzi. Uderzyły w nas barwy jesieni. Pod nogami szeleściły czerwone, żółte oraz brązowe liście, a drzewa bez przerwy dorzucały kolejne. Słońce oświetlało całą scenerię, tworząc istną fontannę odbijających się barw. To wszystko kompletnie nie pasowało, do tego, co się działo. Pasażerowie rozeszli się po polanie, próbując złapać sygnał. Nagle podeszła do mnie starsza córka.
- Wracam do miasta. Pilnuj młodej – powiedziała, po czym odwróciła się.
- Nie ma mowy. Trzymamy się razem, przynajmniej, póki nie dowiemy się, co się dzieje – powiedziałem do niej stanowczo.
- Nic się nie dzieje. Pewnie jakieś wybuchy paniki, za parę godzin będzie spokojnie – zapewniła mnie, nie zatrzymując się. Podbiegłem za nią i pociągnąłem ją za bark.
- Zostaniesz z siostrą i ze mną. Nie chcę słyszeć nic innego – powiedziałem. Jej oczy zabłysły nienawiścią.
- Nie możesz mnie tu zatrzymać – syknęła.
- Ale twoja siostra może – postanowiłem podejść ją sposobem – Jeżeli odejdziesz, odjedziemy bez niej.
- Nie zrobisz tego! – krzyknęła.
- Tylko jeżeli nie odejdziesz – również podniosłem głos.
                Musiałem być naprawdę kiepskim ojcem, bo uwierzyła, że byłbym w stanie to zrobić. Fuknęła i poszła w kierunku siostry. Próbowałem dodzwonić się do służb porządkowych, albo przyjaciół, ale moja komórka nie miała zasięgu. Byliśmy w ponad trzydziestoosobowej grupie i nikt nie mógł wykonać telefonu. Po wielu nieudanych próbach, zebrałem ponownie wszystkich pasażerów i tym razem bez megafonu, przemówiłem.
- Słuchajcie moi drodzy. Jak zauważyliście nasze telefony nie mają zasięgu. Myślę jednak, że nie warto ryzykować powrotu do miasta, póki choć trochę nie przeczekamy tego, co tu się dzieje. Wiem, że martwicie się o swoje rodziny, ale podejrzewam, że to co się dzieje obejmuje tylko Białystok. Poczekajmy tutaj, w bezpiecznej grupie i próbujmy nadal nawiązać kontakt. Jak komuś się uda, wtedy postanowimy co dalej. A teraz prosiłbym was, żebyście się nie oddalali.
Tym razem spotkałem się z paroma pytaniami, ale niestety nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Ludzie zastanawiali się, co robić. Niektórzy dzwonili, inni siedzieli i rozmawiali z innymi pasażerami, a jeszcze inni chodzili w te i w tamtą, próbując coś wymyśleć.
                Ja należałem do tej drugiej grupy. Siedziałem wraz z kierowcą, oraz dwoma pasażerami, Karolem i Michałem, próbując coś wymyślić. Jako jedyni z całej grupy wydawali się być spokojni, a przynajmniej takich sprawiali wrażenie.
- To dziwne, sygnał niby jest, ale dodzwonić się nie da – zastanawiał się na głos Karol.
- Czyli po prostu go nie ma – podsumował Michał.
- Nie możemy zostać w tym lesie do końca. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje, gdzie są organizowane jakieś pomoce dla mieszkańców, gdzieś musi być policja lub wojsko – włączył się do rozmowy kierowca.
                Nagle, pomimo sporego hałasu jaki panował na drodze, usłyszeliśmy dźwięk silnika. Ludzie zrywali się z miejsc nie wiedząc czy uciekać, czy zostawać i zobaczyć kto jedzie. Nie mieli jednak zbyt dużo czasu na reakcje. Po drodze przemknął samochód. Minął nas jakby nigdy nic i po około dwudziestu metrach zjechał na pobocze prosto w krzaki.
- Proszę zostać tutaj, my to sprawdzimy – krzyknąłem do ludzi, którzy z ciekawością zaczęli iść w stronę auta. Ruszyłem w jego stronę, a Karol i Michał poszli za mną. Kierowca nie był do końca przekonany, więc został z tyłu oparty o autobus. Z samochodu nikt nie wysiadał, choć było słychać dziwne tłuczenie w środku. Czułem lekki niepokój zbliżając się do auta, ale przypomniałem sobie o pistolecie, który znalazłem wcześniej. Zatrzymałem się, a moi towarzysze spojrzeli na mnie zaciekawieni. Pistolet był ciężki, ale pewnie leżał mi w ręce. Poszukałem lekko zdrętwiałymi palcami blokady i zwolniłem ją. Broń była gotowa do użycia.
                Podeszliśmy jeszcze bliżej. Szyby były brudne i nie było widać tego, co się dzieje w środku auta, ale odgłosy były wielce niepokojące. Zapukałem w szybę i podniosłem głos.
- Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
Hałas ustał dosłownie na sekundę. Po chwili zakrwawiona dłoń uderzyła w szybę, a następnie zaczęła walić jak popadnie, tworząc dziwny, nienaturalny rytm.
- Cholera jest ranny! – syknąłem. Karol zareagował przede mną i podszedł do drzwi próbując je otworzyć. Usłyszeliśmy szumy i głosy. Kierowca auta wypadł z niego na ziemię, wywracając przy okazji Karola. Odsunąłem się razem z Michałem odruchowo, ale po chwili nie pożałowałem tej decyzji.
                Coś było nie tak z tym człowiekiem. Gdy Karol próbował go zepchnąć z siebie, ten ugryzł go. Nie było to jednak zwykłe ugryzienie. Kierowca wgryzł się do krwi i pociągnął, jakby próbował oderwać mu rękę. Karol krzyknął przeciągle.
- Pomocy, kurwa!
Michał wyraźnie chciał pomóc, ale nie wiedział, jak się za to zabrać. Ja zareagowałem prawie natychmiast. Zamachnąłem się i kopnąłem z całej siły dziwnego człowieka. Trafiłem butem prosto w usta. Musiałem mu połamać zęby. Gryzoń osunął się do tyłu. Po jego twarzy spływała krew, ale, ku mojemu zdziwieniu, był nadal przytomny. Było to dosyć imponujące jak na kogoś, kto właśnie dostał potężny kopniak prosto w głowę. Co jednak zdziwiło mnie bardziej to oczy mężczyzny. Były puste, wydawały się być wręcz nienaturalnie blade, jakby straciły cały blask i ciepło.
                Mutant poderwał się i próbował znowu zaatakować Karola, ale nie zdążył. Zraniony zdołał się już odczołgać, a ja poprawiłem kopniaka, będąc pewnym, że to wystarczy. Niestety, ponownie byłem w błędzie.  Ludzie z tyłu zaczęli się poważnie martwić całą sytuacją, ale ja dalej skupiałem się na zagrożeniu.
- Czemu… nie… giniesz… ty… pieprzony… potworze!? – każdy kolejny cios, który zadawałem wydawał się nie robić żadnego wrażenia na moim przeciwniku. Widać było połamany nos, krew wręcz zalewała mu twarz, ale ten wciąż się ruszał i dawał oznaki tego, że najwyraźniej dalej chce walczyć. Ręka bolała mnie od zadawanych ciosów. Karol leżał obok i próbował zatamować krwawienie zerwaną na szybką bluzą, a w tym samym czasie Michał patrzył na całą sytuację przerażony.
                Nagle do mojej głowy wpadł pomysł. Bałem się rezultatów tego, co zrobię, ale dzisiejszy dzień był na tyle dziwny, że nawet się nie zawahałem. Wyciągnąłem odbezpieczony pistolet z kieszeni i wymierzyłem w głowę człowieka, który wciąż patrzył na mnie nieobecnym spojrzeniem. Na jego zakrwawionej twarzy nie zauważyłem nawet drobnych oznak strachu, czy jakiejkolwiek innej reakcji na to co się działo. Wiedziałem, że nie mogę się teraz zawahać. Musiałem uchronić tych ludzi i samego siebie. Cokolwiek było nie tak z tym człowiekiem, który czołgał się teraz powoli w moją stronę, musiało być jakąś chorobą. Przez myśl przeszły mi słowa, które usłyszałem w biurze. Słowa o zarazie, która rozprzestrzenia się i sprawia, że ludzie umierają, ale pomimo tego nadal się poruszają. Głęboko w to wierząc pociągnąłem za spust.
                Odrzut z broni zachwiał mną, ale nie upadłem. Nie spodziewałem się tak mocnego pociągnięcia.  Pocisk trafił idealnie w miejsce tuż nad nosem. Usłyszałem dźwięk nie do opisania, gdy kula przechodziła przez czaszkę. To było naprawdę przerażające. Z tyłu za mną usłyszałem serię krzyków osób, które najwyraźniej nie pochwalały mojego pomysłu. Zrobiłem jednak to co musiałem. Strzał w głowę załatwił sprawę. Mutant upadł i zadrgał po raz ostatni. Nie ruszał się już. Przetarłem pot, który nie wiadomo kiedy pojawił się na moim czole, po czym podszedłem do Karola.
- Musisz to jak najszybciej opatrzeć – poradziłem – Może gdzieś w tym samochodzie będzie apteczka.
- Nie ma żadnej w autobusie? – zapytał ze zdziwieniem Michał.
- Wątpię – odpowiedziałem krótko i spojrzałem w stronę obserwującego akcję tłumu – Byłoby dobrze, gdybyś do nich poszedł i wytłumaczył co się stało. Jak zacznie się panika to jesteśmy zgubieni.
Michał przytaknął po chwili i odszedł w stronę reszty. Karol podniósł się z trudem i podszedł do bagażnika.
                Zajrzałem do środka auta w poszukiwaniu dźwigni zwalniającej zamek w bagażniku lub kluczyka. Wypatrzyłem te drugie w stacyjce i sięgnąłem, kiedy usłyszałem dziwny trzask. Już miałem się odwracać z przerażeniem, myśląc, że to mój przeciwnik, który jednak jakimś cudem przetrwał strzał, ale zdałem sobie sprawę, że dziwne dźwięki dochodzą z radia. Podniecony myślą, że w końcu czegoś się dowiem wskoczyłem do środka pojazdu i zręcznie przesunąłem suwak odpowiedzialny za głośność urządzenia.
                Chociaż było mnóstwo szumów i zakłóceń, wyraźnie było słychać audycję. Słowa powtarzały się na okrągło. Nie były w żadnym wypadku dobrą wiadomością. Karol patrzył na radio, jakby te miało go zabić, ale nie dziwiłem się. Informacja tam podawana była przerażająca: Wszyscy pobliscy cywile! Ta wiadomość została wygenerowana automatycznie w przypadku zagrożenia! Alarm czerwony, kod czternasty. Epidemia. Nakazuje się natychmiastowe opuszczenie terenów miejskich i jak najszybsze skontaktowanie się z pobliską placówką sił porządkowych. W razie gdy taka opcja jest niemożliwa prosimy o zostanie w domach, szczelne zamknięcie drzwi i zebranie jak największych zapasów. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności w przypadku kontaktu z zakażoną osobą. W razie jakiejkolwiek otwartej rany nakazujemy natychmiastową kwarantannę i odizolowanie zarażonej osoby. Pracujemy nad rozwiązaniem problemu… Wszyscy pobliscy cywile! – wiadomość zaczęła się zapętlać, więc przestałem słuchać. Jednak to co udało mi się usłyszeć było przerażające. Epidemia? Co to do cholery oznacza? – pytałem sam siebie w myślach.
                Nagle dotarł do mnie pełen sens tych słów. Odwróciłem się i zobaczyłem kompletnie przerażoną twarz Karola. Wydawał się być całkowicie zgaszony. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zrobiłem to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Wyciągniemy cię z tego! – powiedziałem, próbując podbudować jego morale. Wiedziałem jednak, że czego bym nie powiedział, za jakiś czas ten człowiek będzie w takim samym stanie, co postać, którą przed chwilą musiałem zabić. Już miałem coś dodawać, kiedy zobaczyłem nadbiegającego w moją stronę Michała. Sapał ciężko i widać było, że niesie jakąś wiadomość.
- Nie uwierzycie! Radio zadziałało! Mamy jakąś cholerną epidemię! – powiedział.
- Wiemy… - stwierdziłem wskazując na wciąż działające obok mnie radio.
- To jednak nie wszystko… - powiedział.
- Coś dzieje się z jakimś pasażerem? – zapytałem.
- Właściwie tak. Zniknęły cztery osoby. Podobno, gdy tylko podeszliśmy do auta, uciekły w kompletnie drugą stronę. Nie próbowano ich nawet zatrzymywać… - mówił to wolno, jakby bał się mojej reakcji. Mogło to być związane z tym, że w ręce wciąż miałem pistolet. Odłożyłem go na bok.
- Do czego dążysz? – zapytałem, chociaż w głębi wiedziałem co usłyszę.

- Twoje córki uciekły.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział 8: Obóz

Rozdział 8, kolejny z perspketywy Irka. W tym rozdziale dowiecie się kim jest tajemniczy mężczyzna, który zapukał do kryjówki Łapy i reszty w ostatnim rozdziale i czego od nich chce. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 8 - Irek - Dzień 4-5
Bobru - w tym czasie Bobru wraca z Drugiego Posterunku i jest świadkiem buntu.
Olaf - w tym czasie Olaf wraca z Torunia wraz z Feline

----------------------------------------

Rozdział 8 (Irek): Obóz


                Mężczyzna wszedł. Pierwsze co rzuciło się w oczy to lekko zgarbione plecy i czarna czupryna na głowie. Był on ubrany w koszulę i bluzę oraz ciemne dżinsy. Nie miał przy sobie żadnej widocznej broni, tylko plecak. Łapa i Miczi nie przestały jednak celować. Ja, dalej w ręczniku, obserwowałem sytuacje i kompletnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Człowiek, który przeszedł przez drzwi nie wydawał się wystraszony, chociaż był całkiem młody, musiał być w moim wieku.
- Cieszę się, że mnie wpu… - zaczął, ale nie dokończył. Łapa pociągnęła go kołnierz i przyskrzyniła do ściany. Ściągnęła z niego plecak siłą, cały czas przykładając lufę do potylicy. Rzuciła plecakiem w moją stronę żebym go przeszukał, a sama zaczęła sprawdzać, czy nie ma gdzieś ukrytej broni.
- Rozumiem, zachowanie bezpieczeństwa grupy jest bardzo… - znowu próbował coś powiedzieć, ale i tym razem Łapa mu przerwała.
- Zamknij się! Skąd jesteś? Czego tu szukasz? Jak nas znalazłeś? – zadawała pytania. Uśmiechnąłem się pod nosem. To była ta sama Łapa, którą poznałem w Toruniu. W tym samym czasie usiadłem, żeby zbadać zawartość wyposażenia naszego gościa. W środku nie było jednak nic ciekawego. Dwie butelki wody, mapa okolic, kompas, nóż oraz parę zbożowych batoników. Po chwili znalazłem jeszcze paczkę tabletek na uspokojenie.
- Nie ma tu nic specjalnego Łapa – powiedziałem.
- Oczywiście, że nie ma, mówiłem, że nie mam złych zamiarów – powiedział – Nazywam się Garbus i jestem z obozu w Inowrocławiu. Chciałbym was tam zaprosić. Zobaczyłem tu światło, więc postanowiłem sprawdzić – wytłumaczył dosyć spokojnie, chociaż widać było, że zaczął się denerwować.
- Obóz w Inowrocławiu? – zapytała Miczi.
- Tak. Mamy póki co około trzydziestu osób, ale zagospodarowaliśmy trochę miejsca i jest tam naprawdę bezpiecznie i mamy miejsca na nowe osoby – powiedział Garbus.
- Nie interesuje to nas – powiedziała Łapa.
- Co? – zapytała Miczi – Potrzebujemy tego. Jesteśmy na resztkach i dobrze o tym wiesz, potrzebujemy chociaż odrobiny odpoczynku w normalnym, bezpiecznym miejscu!
- Miczi proszę cię, ten człowiek kłamie. Jestem pewna, że śledził nas już jakiś czas, a zresztą od kiedy jesteś taka skora do zaufania obcym? Niedawno zostałaś zdradzona przez swojego pieprzonego przyjaciela! – krzyknęła Łapa.
                Miczi zrobiła się cała czerwona i nie odezwała się już. Wiedziałem, że muszę coś powiedzieć.
- Łapa przemyśl to, naprawdę. Wiesz jak rozbici jesteśmy. Mamy teraz zakładnika, możemy się chociaż tam przejść, najwyżej stamtąd uciekniemy – powiedziałem.
- A co jak wpadniemy w pułapkę? Nie mogę ryzykować życiem siostry i waszym, żeby sprawdzić obóz, z którego ludzie śledzą nas od jakiegoś czasu.
- Nikogo nie śledziłem. Naprawdę szukałem osób do naszego obozu i zobaczyłem światło. Nie lubię kłamać – stwierdził Garbus.
Łapa puściła go, ale wciąż nie schowała pistoletu.
- Spacerujesz sobie z nożem, bez żadnego pojazdu po takiej dziczy? Masz coś nie tak z głową? – zapytała.
- Mój partner jest w aucie niedaleko. Jeżeli dam mu znak, może tu przyjść, jak nie to wróci do Inowrocławia i przyjedzie ze wsparciem, żeby zobaczyć co się ze mną stało. To oczywiście nie jest groźba, ale jeżeli chcecie z nami wrócić dobrze by było po niego pójść – zaproponował.
                Łapa zastanawiała się chwilę. Miczi wróciła do pokoju, gdzie był Krystek, Młoda i Marta.
- Będziesz spał w zamkniętym, pilnowanym pokoju, razem ze swoim przyjacielem. Możesz go zawołać stąd? – zapytała.
- Tak – odpowiedział. Podszedł w stronę drzwi i otworzył je. Byłem pewien, że zagwiżdże, krzyknie, czy da jakiś znak, ale ten podniósł coś z ganku. Przez chwilę już bałem się, że to pistolet, ale całe szczęście to była tylko krótkofalówka. Właściwie urządzenie było dosyć ekskluzywne jak na te czasy, ale jednak wolałem to niż pistolet.
                Garbus nacisnął przycisk i usłyszeliśmy trzaski.
- Kondziu to kolejni ochotnicy, podjedź tu, odbiór – powiedział.
Urządzenie zatrzeszczało, a po chwili usłyszeliśmy przerywany męski głos:
- Zaraz tam będę, bez odbioru.
                Garbus odwrócił się do nas i uśmiechnął. Łapie zdecydowanie nie było do śmiechu, ale ja w tym momencie musiałem się przebrać, bo całą tę akcję byłem w ręczniku i zdecydowanie było mi już zimno. Wszedłem do salonu. Wszyscy akurat jedli i rozmawiali o czymś. Powiedziałem im, że łazienka jest wolna i powinni skorzystać. Młoda postanowiła zażyć kąpieli, a ja w tym czasie znalazłem pasujące na mnie, w miarę czyste ciuchy. Wziąłem swoją broń i wyszedłem z powrotem na korytarz, żeby pomóc Łapie.
                Siedziała na krześle i obserwowała Garbusa, który czekał na ganku.
- Co o tym myślisz? – zapytała mnie.
- Koleś wydaje się być spoko, a co do samego miejsca mam dobre przeczucie – starałem się brzmieć pocieszająco.
- Przeczucie – westchnęła – Miejmy nadzieje, że dobre.
Samochód podjechał pod dom po paru minutach. Wcześniej wspomniany Konrad okazał się być starszym, siwiejącym mężczyzną, mającym około pięćdziesiąt lat. Przywitał się z Garbusem i podszedł razem z nim do nas.
- Witajcie, cieszę się, że zaakceptowaliście naszą ofertę – powiedział.
- Jeszcze nic nie zaakceptowaliśmy. Na razie to przemyślamy. Przenocujcie w tamtym pokoju i niczego nie próbujcie, bo zapewniam was, że nie wyjdziecie stąd żywi – odpowiedziała Łapa.
                Konrad nie wydawał się zrażony tymi słowami. Nie zauważyłem też u niego broni i Łapa wydawała się nie chcieć nawet go sprawdzać, więc po prostu zaprowadziliśmy ich do pokoju. Ja usiadłem na krześle obok drzwi i miałem ich pilnować pierwszy. Zobaczyłem wychodzącą z łazienki Młodą i westchnąłem cicho. Chociaż była młodsza od Łapy o jakieś cztery lata, to była z niej bardzo ładna dziewczyna. Szła w ślady siostry. Teraz przemknęła obok mnie w ręczniku i po chwili zauważyłem Krystka, który szedł w stronę łazienki. Z racji iż szykowała się długa noc, oparłem się o krzesło i czekałem na zmianę mojej warty. Około dwie godziny później zmienił mnie Krystek, a ja poszedłem do salonu, gdzie wszyscy już spali i położyłem się. Zasnąłem dosyć szybko.
                Obudziłem się wyjątkowo późno, jak na mnie. Chociaż parę osób jeszcze spało, to Łapa, Młoda i Marta były już na nogach. Siostra Łapy rozmawiała o czymś z Martą, a Łapa siedziała i wpatrywała się w okno. Zdziwiłem się, że nikt nie pilnuje ludzi z Inowrocławia, ale podejrzewałem, że jeszcze śpią, albo Łapa ich po prostu zamknęła na klucz. Wstałem i rozprostowałem się ziewając. Podszedłem do Łapy i przywitałem się z dziewczynami.
- Jakie plany? – zapytałem.
- Musimy wyjechać jak najszybciej. Nienawidzę takiego oczekiwania – powiedziała.
- Mam ich budzić? – zapytałem.
- Tak – odpowiedziała krótko i wstała.
                Zacząłem wszystkich budzić i chociaż nie byli zadowoleni to powoli się podnieśli i zaczęli się ogarniać, ubierać i przygotowywać do wyjazdu. W tym czasie Garbus i Konrad już wstali i majstrowali coś przy swoim aucie. Podeszliśmy do nich z Łapą, która miała im coś do powiedzenia i przywitaliśmy.
- Jeden z was jedzie z nami. Nie ma dużo miejsca, ale tak będziemy wiedzieli, że nie jesteśmy zostawieni sobie, jeżeli prowadzicie nas w pułapkę – powiedziała prosto z mostu.
- Mówiłem już, że to nie pułapka, ale nie ma problemu. Zabiorę się z wami, a Kondziu będzie nas prowadził – powiedział z uśmiechem.
- Jesteście gotowi do drogi? – zapytałem.
- Tak. Możemy wyjeżdżać w każdej chwili – potwierdził starszy mężczyzna.
- Dobrze, to zbierajmy się, wołaj resztę i spakujcie wszystko – powiedziała Łapa.
                Zgodnie z jej prośbą poszedłem po resztę i razem z nimi przenieśliśmy nasze rzeczy do auta. Po chwili wszyscy siedzieli już w środku. Było bardzo ciasno, szczególnie przez zapas puszek, który mieliśmy w bagażniku, ale jechać się dało, a to było najważniejsze. Samochody ruszyły. Konrad, w swoim aucie, prowadził nas i po chwili wyjechaliśmy na główną drogę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy niedaleko Inowrocławia i dotarcie tam nie zajmie nam specjalnie dużo czasu.
                Krystian kierował, a obok niego siedziała Młoda. Ja siedziałem z tyłu wraz z Łapą, a przed nami siedzieli Garbus, Miczi oraz Marta. Pogoda nie była dzisiaj zła, więc można było się porozglądać, ale w sumie za szybami auta nie było nic nadzwyczajnego. Pola i lasy, które wyglądały zupełnie jakby nic się nie stało. Co prawda, co jakiś czas widać było pojedyncze zombie, które nie wiadomo jak znalazły się w tym miejscu. Raz wydawało mi się nawet, że widzieliśmy ocalałego, który uciekał przed większą grupką, ale było to tak daleko, że ciężko było stwierdzić.
                Przejeżdżaliśmy też przez opustoszałe wioski, które wyglądały całkiem dobrze, co oznaczało tylko jedno. Ktoś je oczyszczał dosyć regularnie, więc niedaleko musiał być obóz. Łapa szturchnęła mnie łokciem i spojrzała na Garbusa, który opowiadał coś Miczi i Marcie.
- Co o nim sądzisz? Nie pożałujemy tego? – zapytała mnie szeptem.
- Miejmy nadzieję. Najwyżej dojdzie do rzeźni i przynajmniej zginiemy inaczej niż od ugryzienia – powiedziałem.
- Ty i tak nie możesz zginąć od ugryzienia. A mi to wszystko jedno, kto mnie dorwie. Żywy czy martwy i tak mnie skurwiel popamięta – powiedziała.
- Właściwie, kto dowodzi tym obozem? – zapytała nagle Miczi.
- Mężczyzna o imieniu Ben. Bardzo  mądry i przyjazny człowiek. Ma dużą wiedzę o tym, co dzieje się na świecie – odpowiedział Garbus.
- Wiecie, co dzieje się w innych częściach świata? –zapytała.
- Tak. Ale to opowie już wam sam Ben. Podejdźcie do niego z szacunkiem, bo naprawdę na to zasługuje. W Inowrocławiu wszyscy go absolutnie szanują – powiedział takim tonem, że aż dreszcz przeszedł mnie po plecach.
                Zobaczyliśmy w końcu zabudowania większego miasta i to musiał być Inowrocław. Wjechaliśmy do miasta, mając na lewo od siebie duże, rozległe pola, a po prawej pierwsze zabudowania. Ruszyliśmy za Konradem labiryntem uliczek i pierwsze co rzuciło się nam w oczy to ogromny, czerwony kościół, ogrodzonym sporym, wyglądającym na solidny płot. To musiał być ich obóz. Nie wiedziałem co czuć, ale trzymałem rękę na pistolecie i liczyłem na szczęście i na to, że nikomu nic się nie stanie. Przynajmniej z naszej grupy.
Zajechaliśmy pod całkiem sporej wielkości bramę i czekaliśmy. Wiedziałem, że nie tylko ja czuje niepokój. W końcu dotarliśmy do obozu kompletnie nieznanych nam ludzi, a każdy  dobrze wiedział, że nie można ufać nikomu. Konrad wysiadł i zamachał do strażników, którzy wyszli przed bramę. Nie byli oni ubrani tak jak ci z Ostoi, ale nosili specjalne, odblaskowe opaski, oraz oczywiście bronie. Jeden z dwóch, którzy wyszli, spojrzał w naszą stronę ze zdziwieniem. Zastanawiałem się już od początku jak to możliwe, że takie miejsce szuka w taki sposób osób, ale podejrzewałem, że po prostu chcą jak najszybciej dogonić Ostoje i liczyć się w okolicy. Przez chwilę pomyślałem, że to miejsce może być kontrolowane przez ludzi z Torunia i to może być pułapka Dziary, ale nie byłem pewien i to byłoby bardzo dziwne.
                Po chwili bramy się otworzyły, a my zobaczyliśmy, to co ukrywały mury. Na placu wokół kościoła stało paręnaście wozów, w tym parę z nich było kempingowach, więc musiały służyć jako domy, dla wielu osób. Na tyłach z daleka widzieliśmy kolejne budyneczki, które musiały pełnić funkcje miejsca prac dla tych osób. Pomiędzy kościołem, a bramą krążyło paręnaście osób, które zajmowały się różnymi rzeczami – od siedzenia i rozmawiania, aż po sadzenia drzew. Gdy tylko przeszliśmy przez bramę ci patrzyli się na nas podejrzliwie. Niektórzy otwarcie trzymali broń i pilnowali porządku i widać było, że aż ich świerzbiło, żeby do nas w końcu wycelować.
- Witajcie w Inowrocławie! – powiedział teatralnie Garbus i machnął ręką obejmując okolicę – To jest właśnie nasz obóz, tutaj mamy kościół, który w połowie przerobiliśmy na bastion nie do zdobycia, a w połowie na sale, magazyny i tak dalej. Po bokach możecie zauważyć nasze pojazdy, oraz wozy kempingowe, w których śpią nowo przybyli ludzie, tacy jak wy. Jak już zdecydujecie się tu dołączyć, to z tyłu mamy paręnaście domków, gdzie mieszkają stali członkowie tej społeczności – gdy opowiadał dużo gestykulował i powoli prowadził nas w stronę kościoła – Na tyłach mamy również ogromny generator, który ostatnio niestety nieco szwankuje, ale już go naprawiają, oraz parę budynków urzędowych, takich jak biuro badawcze, oraz bar. Kawałek na wschód stąd, poza murami, jest laboratorium oraz korytarz krzyku.
- Korytarz krzyku? – zapytałem zaciekawiony.
- Tak. To niezwykłe miejsce dostarczające nam wielu informacji na temat zombie oraz całej zarazy. Pracę idą wolno, ale brakuje nam sprzętu oraz jeszcze bardziej wykwalifikowanych ludzi, bo chociaż mamy dwie tęgie głowy, to ciężko im przekazać wiedzę na bieżąco, chociaż są pojętni – wytłumaczył.
                Weszliśmy do kościoła. W środku rzeczywiście wyglądało zupełnie inaczej niż w normalnym kościele, a że cały budynek był całkiem spory, to potęgowało wrażenie. Normalna, wielka sala, była przedzielona różnymi prowizorycznymi ścianami i dzieliła się na pomieszczenia. Widać też było część obronną, która rzeczywiście robiła spore wrażenie. Wyglądała jak skarbiec, z ogromnymi drzwiami i ścianami wyłożonymi wzmocnieniem. Mogła się podobać. Konrad i Garbus poprowadzili nas do przodu i wyszła przed nami kobieta, która wygląda dosyć upiornie. Miała mocno zaznaczone kości policzkowe i rubinowo czerwone usta. Jej włosy były koloru przypominającego smołę i miała je spięte w kok. Już na pierwszy rzut oka wyglądała na kogoś surowego.
- Kto to jest? – zapytała bez przywitania.
- Doris, nie złość się. To nowi przybysze – wytłumaczył Garbus.
- Czemu wciąż mają bronie? – zapytała.
- Bo im ufam – powiedział garbaty mężczyzna. Jak mógł nam ufać jak nawet nas nie znał? Byłem pewien, że każdy z naszej doświadczonej grupy zadał sobie w tym momencie takie samo pytanie. Marta, która była zdecydowanie najmłodsza podeszła do mnie i przytuliła się. Widać było, że przerażało ją otoczenie. Ja sam czułem pewien dreszcz niepokoju.
                Kobieta, nazywana Doris, spojrzała na nas i zatrzymała na dłużej wzrok na mnie.
- A temu co się stało? Jest cały w bliznach – stwierdziła z niesmakiem.
- Dorota błagam cię. Po prostu powiedz gdzie jest Ben – poprosił Konrad.
- To ślady po ugryzieniach – wypaliłem i od razu tego pożałowałem.
Dorota zrobiła ogromne oczy, po czym cofnęła się o krok. Byliśmy teraz w centrum uwagi, bo większość tutejszych ludzi, którzy byli w kościele, przyglądała się sytuacji.
- O… oszaleliście? Wprowadziliście zarażonego do środka? – zapytała z niedowierzaniem.
I Konrad i Garbus zrobili miny jakby zobaczyli ducha i spojrzeli na mnie. Usłyszałem jak ktoś za moimi plecami odbezpiecza broń i sam natychmiastowo sięgnąłem po swoją. Łapa, Miczi i Krystek poszli w moje ślady. Sytuacja była mocno napięta, ale wtedy krzyknąłem:
- Spokojnie jestem całkowicie niewrażliwy na ugryzienia!
                Doris, o ile to było możliwe, jeszcze bardziej rozszerzyła oczy patrząc na mnie. Konrad pokazał ludziom za moim plecami, żeby opuścili broń, a nasza grupa również pochowała pistolety.
- Odpowiesz mi w końcu gdzie jest Ben? – zapytał ponownie Konrad.
- Jest w laboratorium… czy naprawdę jesteś odporny na… - zaczęła, ale Łapa jej przerwała. Widać, że od razu wykorzystała sytuacje, żeby ewentualną przeszkodę zrównać z ziemią.
- O tym porozmawiamy z waszym przywódcą, tyle dobrego o nim słyszeliśmy, że to musi być naprawdę potężny człowiek – powiedziała z niedużą ironią. Mógłbym przysiąc, ze oczy Doroty zapłonęły ogniem. Konrad i Garbus patrzyli na Łapę z podziwem. Dorota musiała być średnio lubianą osobą, ale my całe szczęście się z nią pożegnaliśmy i wyszliśmy na zewnątrz.
- Masz ogień dziewczyno – powiedział Konrad.
- Ona zawsze taka jest – wytłumaczyłem.
- Tacy ludzie się tu przydadzą – odpowiedział z uśmiechem.
- Szkoda, tylko, że wasi ludzie łypią na nas jakbyśmy uciekli z więzienia i mieli ich zaraz wymordować – odgryzła się Łapa.
- Po prostu są ostrożni, to chyba dosyć normalne? – włączył się Garbus.
- Mhm – odpowiedziała krótko Łapa.
                Z początku myślałem, że będziemy szli ponownie za mury, skoro laboratorium miało być ulicę dalej, ale tutaj mnie zaskoczyli, bo okazało się, że jest przejście podziemne prowadzące z jednego domów za kościołem, prosto do piwnicy owego budynku, gdzie był korytarz krzyku i Ben. Byłem bardzo ciekawy tego korytarza.
- Powinniśmy jeszcze coś wiedzieć o tym Benie, zanim go poznamy? – zapytała Miczi.
- Na pewno to, że jest osobą, która jest sprytna. Nie próbujcie go przechytrzyć bo mogę się założyć o wszystko, łącznie z moim życiem, że wam się nie uda. To jest piękny umysł – powiedział poetycko Garbus.
- No i wielki strateg. Widzieliście bunkier w kościele. Jestem pewien, że wasze obozy połączone z wszystkimi okolicznymi nie dałby rady tam wejść – przechwalał się Konrad.
- Dałabym radę – zapewniła Łapa.
- Wątpię – odpowiedział garbaty.
                Łapa już chciała coś powiedzieć, kiedy zobaczyliśmy drzwi prowadzące schodami do laboratorium. Słychać tutaj było dziwny, stłumiony hałas i nie do końca byłem pewien co on może oznaczać. Członkowie obozu nie zabrali nam jednak broni, więc byłem o tyle spokojniejszy. Weszliśmy po schodach w ósemkę i tutaj hałas był już większy. Marta rozglądała się niespokojnie, więc podszedłem bliżej niej. Cała reszta też nie wiedziała co o tym sądzić.
- Co to za hałas? – zapytała w końcu Miczi.
- Korytarz krzyku. Przygotujcie się, bo robi wrażenie – powiedział Garbus.
                Byliśmy teraz w niedużym korytarzu i przed nami były jedne, jedyne drzwi. Konrad podszedł do nich i pchnął je. Wtedy hałas się spotęgował, ale zobaczyliśmy coś naprawdę niezwykłego. Weszliśmy do środka i zaczęliśmy iść przed siebie. Towarzyszyło temu uderzanie o szyby i jęki. Znajdowaliśmy się w długim, dosyć wysokim pomieszczeniu, które z lewej i prawej strony było wypełnione czymś na styl akwarium. Zajmowały właściwie całe ściany i były podświetlone, ale to co znajdowało się w środku sprawiło, że dostałem dreszczy.
                Akwaria były wypełnione zombie w różnym stanie rozkładu. Uderzały one wściekle w szyby próbując je rozbić. Było tak głośno, że nie słyszałem swoich myśli. Szliśmy jednak do przodu, zdruzgotani tym co zobaczyliśmy. W końcu znaleźliśmy się przy drzwiach, które otworzył Garbus i nas wpuścił do środka. Weszliśmy i kiedy drzwi się zamknęły nastała cisza. To było tak gwałtowne, że zakręciło mi się w głowie.
- Co to kurwa mać było? – zapytała Łapa wyraźnie zszokowana.
- Korytarz krzyku. Oczywiście t utaj wszystko jest wyciszone, żeby naukowcy mieli jak pracować, ale to oprócz zabezpieczenia jest też świetnym miejscem do przetrzymywania zombie, które badamy. Nie musimy ich nawet karmić, bo z tego co zauważyliśmy… a z resztą o wszystkim dowiecie się od Bena. Powinien był w głównym laboratorium, tam zawsze przesiaduje – wytłumaczył Garbus.
                Chociaż pytań było jeszcze sporo ruszyliśmy w niezwykłej ciszy do przodu. Byliśmy teraz w korytarzu, który rozgałęział się w pięć stron, ale nasi przewodnicy dobrze wiedzieli gdzie pójść. Zapukali do drzwi na lewo, a ja wziąłem głęboki oddech przed spotkaniem z przywódcą tego obozu. Musiał być kimś naprawdę ciekawym, bo miejsca, które tutaj założył naprawdę robiły na mnie ogromne wrażenie.
                Drzwi otworzyły się i zobaczyliśmy średniej wielkości pomieszczenie, pełne stolików, dokumentów i otoczone krzesłami. Cztery z nich były zajęte przez mężczyzn, którzy widząc nas oderwali się od pracy. Konrad i Garbus zaczęli się witać i kiedy podeszliśmy do ostatniego mężczyzny zauważyłem coś, co mnie całkowicie zaskoczyło.
- Ben to jest grupa, na którą wpadliśmy niedaleko chatki na zachód stąd. Myślę, że to naprawdę ciekawi ludzie, którzy wzmocnią nasz obóz – powiedział Konrad i wskazał nas.
                Spojrzałem na Bena i przeżyłem, kolejny już dzisiaj, szok. Chociaż mężczyzna, który przed nami siedział nie wydawał się być specjalny, bo był nieco starszy ode mnie, czarne włosy mieszały się z siwymi, na poznaczonej pierwszymi głębszymi zmarszczkami twarzy, nosił okulary, a twarz miał tak gładką, ze nie znalazłoby się u niego nawet śladu włosa to zadziwiało mnie to na czym siedział.  Był to wózek inwalidzki.
- Witajcie, ja jestem Ben i witam was w moim obozie w Inowrocławiu. Wybaczcie, że nie wstanę, aby was przywitać, ale po prostu nie mam jak – powiedział i uśmiechnął się. W jego uśmiechu było coś przerażającego.