poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rozdział 1: 72 godziny później

Czas na rozpoczęcie drugiej części tej opowieści. Co mogę wam obiecać? Wyjaśnienie tego co zostało nie wyjaśnione w części pierwszej, czyli między innymi: losy Natalii, Miczi, Kiciusia, dalszy plan podróży oraz wiele innych. Staram się budować klimat jeszcze bardziej, żebyście czuli go aż za dużo podczas czytania. Oczywiście proszę was o komentarz po przeczytaniu oraz rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 1 (Bobru): 72 godziny później


                Zamachnąłem się potężnie ścinając zombie z nóg. Podszedłem go od tyłu, był zajęty jedzeniem innego człowieka, który miał mniej szczęścia przy spotkaniu z tak dużym zagrożeniem. Poprawiłem łom, żeby leżał mi lepiej w ręce i z całej siły dobiłem przeciwnika. Posadzka w pomieszczeniu zrobiła się czerwona od krwi i fragmentów kości pomieszanych z mózgiem. Rozejrzałem się po korytarzu. Było tu ciemno, przez pojedyncze okna wpadały pierwsze promienie słońca zwiastujące nadejście dnia.
                Ruszyliśmy trzy dni temu. Pamiętałem jak dzisiaj, gdy chciałem zrobić coś głupiego i Łowca ogłuszył mnie, żeby uratować mi życie. Sposób może nie był zbyt delikatny aczkolwiek skuteczny. Uniknąłem głupiej śmierci w morzu trupów, które zalało Supraśl. Teraz byliśmy już w okolicach Białegostoku. Z tego co się orientowałem wjechaliśmy w okolicę miasta od północnego wschodu. Musieliśmy to zrobić bo kończyły się nam zapasy, a takie nieduże budynki często były niedoceniane i opuszczane przez innych ocalałych. Przeszukiwali oni tylko sklepy i duże domy, bo właśnie tam liczyli na znalezienie jedzenia.
                Pomimo tego ile czasu minęło, wciąż byłem zły na Łowcę i resztę. No może oprócz Sołtysa i Cinka, którzy naprawdę byli niewinni. Straciliśmy Kiciusia. To był ogromny cios nie tylko dla mnie, ale także dla całej grupy. Ernest był świetnym strzelcem, nawigatorem oraz co najważniejsze taktykiem. Brakowało mi jego rad oraz wesołych docinek przypominających, że świat się jeszcze kompletnie nie zepsuł. Razem z nim straciłem Miczi, Natalię, Giganta, Szpiega oraz wielu innych. Nigdy jeszcze nie czułem się tak zagubiony i samotny. Z pozostałymi ludźmi wciąż nie mogłem się dogadać. Pracowałem z nimi, zdobywałem zapasy, polowałem, skradałem się i spałem, ale nie potrafiłem już tak rozmawiać jak kiedyś.
                Mijając trupa ruszyłem naprzód podchodząc do kolejnych drzwi. Otworzyłem je gwałtownie i wszedłem do niedużego biura, w którym stały zakurzone meble oraz ekran, komputer i drukarka. Przeleciałem wzrokiem po półkach i stwierdziłem, że nie ma sensu tu niczego szukać. Już miałem opuszczać to pomieszczenie, kiedy w oczy rzuciła mi się butelka wody. Stała na stoliku, a wokół niej nie było widać śladów kurzu, jakby ktoś niedawno tutaj był. Co najgorsze była ona napoczęta.
                Wyszedłem ponownie na korytarz i rozejrzałem się uważnie. Po plecach przeszedł mnie dreszcz adrenaliny. Do końca korytarza zostały tylko dwa pokoje, w którymś z nich mógł ktoś być. Ruszyłem spokojnym krokiem zatrzymując się na chwilę przy lustrze wiszącym na ścianie. Było ono brudne i nawet widać było na nim ślady krwi. Mimo tego można było zobaczyć odbicie mojej twarzy. Z początku nie byłem pewien kogo widzę. Moje ostre rysy twarzy znikły pod coraz to większym zarostem porastającym , niczym pnącze, wzdłuż mojej szczęki i na gardle. Włosy, kiedyś czyste i krótkie, teraz opadały do oczu i wyglądały jakby ktoś nimi zamiatał podłogę. Oczy zachowały starą bystrość, ale przepełnione były smutkiem i zmęczeniem. Dodatkowo zauważyłem, że moja postura uległa zmianie. Kiedyś z lekko zarysowanymi mięśniami teraz wyglądałem jak sportowiec. Co prawda, gdyby ktoś spojrzał na moją twarz mógłby mnie raczej wziąć za bezdomnego. Wiedziałem, że Łowca ma gdzieś brzytwę i miskę, więc po powrocie do reszty planowałem się ogolić.
                Zostawiając lustro za sobą podszedłem po cichu do pierwszych drzwi i otworzyłem je. Spojrzałem do środka i natychmiastowo zauważyłem, że coś jest nie tak. Jakby znikąd wyskoczyła na mnie dziewczyna z nożem w ręku. Atak rozprułby mnie jak zwierzę gdyby nie to, że nie wyczekała i zaatakowała od razu gdy mnie zobaczyła. Odskoczyłem w lewo i spojrzałem na nią. Była średniego wzrostu, brzydką dziewczyną. Ubrana była w obdarte szmaty, a jej włosy wyglądały jakby były posklejane rzygowinami. Odwróciła się próbując ponowić atak, ale ja zablokowałem go łomem i odepchnąłem ją. Skontrowałem zanim zdążyła odzyskać równowagę. Gdybym został postawiony w tej samej sytuacji parę tygodni temu, kiedy byłem w obozie, prawdopodobnie starałbym się rozmawiać z nią i spróbować przemówić jej do rozsądku. To jednak jest zachowanie starego Bobra, który stracił przyjaciół i dach nad głową. Ludzi, którzy mu ufali i słuchali go.
                Nowy ja byłem jednak inny. Zamachnąłem się wkładając sporą siłę w uderzenie i starając się wytrącić broń mojej napastniczce. Przez przypadek, a może i specjalnie trafiłem ją w głowę. Moc uderzenia przebiłaby z pewnością zgniłą czaszkę zombie, ale zdrowej kości czołowej nie zrobiło wiele. Dziewczyna jednak ogłuszona upadła na stół stojący za nią robiąc przy tym dużo hałasu. Miałem nadzieje, że była tu sama. Ostatecznie mógł się tu ukrywać tylko okropny tchórz, który wysyła kobietę do walki jako pierwszą.
                Podszedłem do niej i zacząłem macać po kieszeniach w poszukiwaniu przydatnych przedmiotów. W lewej kieszeni miała paczkę dropsów i dwa opakowania zapałek. Zabrałem jej również nóż, leżący obok. Pod koniec znalazłem plecak stojący za drzwiami i po sprawdzeniu zawartości zabrałem cały. Było w nim co najmniej pięć konserw i duża butelka wody. Całkiem nieźle, pomyślałem. Zostawiając nieprzytomną dziewczynę w pokoju, po cichu zamknąłem drzwi nie sprawdzając nawet ostatniego pomieszczenia. Znalazłem wystarczająco dużo. Zbiegłem po schodkach i już po chwili byłem w śnieżnym piekle.
                Śnieg padał praktycznie cały czas, robiąc sobie nieduże przerwy co jakiś czas. Gdyby nie fakt, że Potwór Łowcy ma z przodu zamontowane kolce i blachy, a opony są takie ogromne to prawdopodobnie utknęlibyśmy w pierwszej, większej zaspie. Dzisiejszy dzień był dosyć ciemny i ponury. Według moich obliczeń, musiał to być ostatni tydzień grudnia. Zostało jeszcze co najmniej dwa miesiące zimy. Chociaż polska zima nie jest aż tak potworna. Zawsze, kiedy już nadchodziła, to była gwałtowna przez około miesiąc, a potem się uspokajała. Miałem nadzieję, że i tym razem tak będzie. Wizja tego, że prawdopodobnie właśnie trwają święta też nie pomagała. Normalnie siedziałbym teraz z rodziną, a nie włóczył się z ukradzionymi zapasami gdzieś po obrzeżach miasta. Nie chciałem jednak wspominać o tym ludziom, z którymi teraz jadę. Nie chciałbym, żeby wrócili myślami do okresu, kiedy było bezpiecznie. Wiedziałem, że tej gry nie da się wygrać. Po prostu trzeba przeżyć jak najdłużej. Już dawno porzuciłem nadzieję, że ktoś oczyści świat z tej epidemii. Trwała ona już prawie dwa miesiące.
                Skręcając w las przy magazynie, który właśnie opuściłem, zobaczyłem dwa trupy. Zmierzały one powoli w moim kierunku, wyciągając pokryte lodem i śniegiem łapska. Zombie były teraz znacznie wolniejsze, ale  często ciężko je było zauważyć. Mogły ukrywać się w zaspach śniegu bądź też być tak nim pokryte, jak ten którego widziałem. Szedłem do niego powoli. Nie mogłem sobie pozwolić na zbyt szybkie ruchy, ponieważ nosiłem na sobie gruba kurtkę, dwie pary spodni oraz ciężkie buty. Miało to swoje plusy i minusy. Na pewno nie było mi zimno, a to było najważniejsze. Podchodząc coraz bliżej do trupa zamachnąłem się. Trzask rozcinanego ciała i kości dał mi siłę, żeby zaatakować raz jeszcze i dobić zombie.  Kiedy jego ciało upadło ruszyłem dalej w las.
                Po pięciu minutach poczułem ulgę, kiedy zobaczyłem ogromny tir stojący w zagłębieniu między drzewami. Miejsce było idealne do schowania tak dużego pojazdu – z trzech stron otoczone drzewami, a z jednej idealne do szybkiego powrotu na główną drogę. Skierowałem się od razu na tyły wozu i wlazłem do środka. Potwór był ogromnym wozem. Z tyłu mieściliśmy się bez problemu zostawiając przód dla Łowcy, który nie pozwalał nikomu kierować swoim „dzieckiem”. W przystani ładunkowej mieliśmy trzy łóżka, mnóstwo koców, wszystkie nasze zapasy oraz wiele więcej. W skrzyni, bliżej kierowcy, stała skrzynka z całą naszą amunicją. Niestety teraz była praktycznie pusta. Jedyne bronie zdatne do użytku posiadali Łowca oraz Łapa. Kierowca dbał o swoją snajperkę i czyścił ją codziennie na wypadek jakichś nieprzyjemności. Trzeba było przyznać, że uratowała ona nam życie podczas wymiany ognia w Supraślu. Z tego co się orientowałem miał do niej około dziesięć pocisków, które trzymał zawsze przy sobie. Drugi egzemplarz broni, ten w rękach Łapy był zwykłym pistoletem, w którym miała jeszcze jeden pełen magazynek. Reszta naszego wyposażenia leżała na stosie, cierpiąc na brak amunicji. Oczywiście mieliśmy pod uwagą to, że ta broń może się jeszcze przydać, więc czyściliśmy ją co jakiś czas, kiedy spędzaliśmy długie godziny na rozmowach.
                Dodatkowo w rogu stało około trzydziestu kanistrów z benzyną o pojemności dwudziestu litrów. Łowca powiedział, że każdy taki zbiornik się przyda, bo Potwór zjada całkiem sporo benzyny, a ciężko teraz o działającą stację paliw, w której nie wypompowano całej benzyny. Ostatnią przydatną częścią ładowni była mini kuchnia. Mieliśmy tam kuchenkę gazową na dwa gaźniki oraz spory zapas zapałek. W opakowaniu obok stały dwie butlę z gazem. Jak na ruchomą kryjówkę byliśmy wyposażeni naprawdę nieźle. Z tego co usłyszałem pojazd był nie do zdobycia. Łowca, kiedy jeszcze był w poprzedniej grupie zadbał o to, żeby wszystkie ściany przystani ładunkowej były obłożone dodatkowymi warstwami blachy i siatki. Szyby zostały obłożone folią kuloodporną, którą Łowca znalazł w posterunku wojskowym na granicy. Jednym słowem Potwór był teraz naszą jeżdżącą fortecą.
                Przywitałem się kiwnięciem głowy z leżącym na jednym z łóżek Cinkiem i usiadłem obok niego rzucając plecak pod siebie. Wszyscy spojrzeli na to jak wysypuje z środka zawartość, która miała nam starczyć przynajmniej na dwa, może trzy dni.
- Włączę kuchenkę, zjemy tą fasolę na ciepło – zaproponowała po cichu Nieznajoma wstając.
Nie odpowiedziałem nic. Pozostali też milczeli. Najsmutniej było patrzeć na Łapę, która zawsze była taka pełna energii i życia, a teraz wyglądała sama jak trup. Chociaż zawsze była szczupła teraz wyglądała na niedożywioną. Czarny warkocz, który zawsze ożywał przy jej chaotycznym sposobie poruszania się zamarł i zwisał nędznie, wyglądając jak martwy wąż.  Jej oczy, zawsze pełne blasku, teraz wyglądały jakby już były martwe.  Sołtys o dziwo wyglądał najlepiej z nas. Chyba jako jedyny starał się podnosić nas na duchu.
- Ciepła fasola nam pomoże, szczególnie, że mamy parę rzeczy do obgadania – zaczął starzec siadając na łóżku obok – Nie wiem od czego tak właściwie zacząć. Amunicja oraz zapasy kończą nam się w zastraszającym tempie. Musimy zacząć je racjonować bo inaczej poumieramy z głodu i pragnienia. Dodatkowo jedziemy już trzeci dzień, a przejechaliśmy dopiero dwadzieścia kilometrów. Rozumiem, że ciężko się jedzie po tej zaśnieżonej drodze, ale musimy przyspieszyć. No i co najważniejsze, gdzie my tak właściwie jedziemy? – zapytał.
                To pytanie było niesamowicie trudne. Właściwie jechaliśmy przed siebie. Odkąd grupa Michi została otoczona przez zombie, zresztą tak samo jak Kiciuś, nie było sensu tu niczego szukać. Moglibyśmy sprawdzić lasy nad Kołodnem, gdzie mogli ukrywać się nasi ludzie na czele z Natalią i Gigantem, ale wjechanie w to piekło pełne zombie było samobójstwem. Musieliśmy ruszać dalej. Prawdopodobnie jechaliśmy w stronę Torunia. To całkiem dobry pomysł biorąc pod uwagę to, że może tam być bezpieczna strefa, a w niej moi przyjaciele Dziara, Mpd i Pablord. Ryzykowałem jazdą  w głąb kraju, kiedy mogłem dalej trzymać się tych okolic. Może ktoś z nich jednak przeżył…
- Jedziemy do Torunia. Jeżeli mamy znaleźć kogoś przyjaźnie nastawionego to właśnie tam. Zresztą wydaje mi się, że wspominałem parę razy Miczi oraz Natalii, że tam się kiedyś wybiorę. Jeżeli żyją to możliwe, że też o tym pomyślą. Pozostanie w okolicach stada to samobójstwo. Cudem uciekliśmy z Supraśla… - rzekłem.
- Toruń. To ponad trzysta kilometrów drogi. W naszym tempie dojedziemy tam za miesiąc. Jak oczywiście nie zginiemy z głodu do tego czasu. Nie możemy jechać prosto do Torunia młodzieńcze. To samobójstwo – skwitował Sołtys.
- Po drodze jest mnóstwo miasteczek. Jeździłem tą trasa parę razy wioząc papierosy oraz polską wódkę na Rosję oraz Litwę. Powinniśmy po drodze minąć parę miejsc, w których przy odrobinie szczęścia znajdziemy trochę żarcia – włączył się do rozmowy Łowca. Przerwaliśmy na chwilę bo poczuliśmy, że śniadanie jest gotowe. Dwie duże puszki fasoli zostały w moment zjedzone, pozostawiając w żołądku nieprzyjemne uczucie. Czułem, że sam bym zjadł dwie takie, ale nie narzekałem.  Wróciliśmy do rozmowy.
- Więc tak wygląda nasz plan? To wszystko wydaje się proste, ale znając życie nawet jeżeli tam dojedziemy to nie znajdziemy tam nic dobrego – powiedział Sołtys – Nie chcę brzmieć jak pesymista, ale musimy naprawdę uważać. Zaryzykowaliśmy już za wiele. Za dużo śmierci otaczało nas ostatnimi czasy – powiedział robiąc zamyśloną minę – Swoją drogą musimy ustalić pewne zasady, które ochronią nas przed przyszłymi wpadkami. Ja bym zaczął od takiej, że każdy kto chciałby do nas dołączyć musi zostać przeszukany i zapytany o parę rzeczy.
- Na przykład? – zapytał Łowca.
- Co umie robić. Dlaczego jest sam. Czy zabił kiedyś człowieka i ile trupów powalił. Jeżeli człowiek będzie uczciwy to zaakceptuje zabranie broni i okaże swoją lojalność w jakiś sposób. Co wy na to? – zapytał starszy mężczyzna.
- Skurwysyny i tak pewnie nas okłamią. Ale ludzie są nam potrzebni, więc zgadzam się z nią – przez ładownię przeszły szmery, które oznaczały, że nikt nie ma nic do dodania.
- Ja z kolei chcę zaznaczyć, że nikt pod żadnym pozorem nie może się oddalać od grupy – stwierdziłem – nie możemy sobie pozwolić na kolejnego Eryka.
Do dzisiaj pamiętałem brata Kiciusia leżącego pod mostem z dwoma krwawiącymi kikutami. Sprawczynią tego była Łapa. Teraz siedziała tu z nami i obserwowała wszystko obojętnym wzrokiem.
- Ja bym jeszcze dodała, że nie powinniśmy się kłócić. Musimy sobie bezgranicznie ufać inaczej nie ma sensu wspólna podróż. Mogę wam powiedzieć, że trafiłam na was przez przypadek. Gdyby nie Bochen nigdy bym nie wpadła na Bobra i Kiciusia. Całe szczęście miałam ten zaszczyt i chociaż ty tego nie widzisz – te słowa skierowała bezpośrednio do mnie – to gdyby nie ty, już dawno byśmy nie żyli.
                 Te słowa przepełniły mnie swego rodzaju energią. Było miło usłyszeć, że ktoś docenia wszystko co włożyłem w życie tych ludzi. Chociaż nie zawsze mi się to udawało. Tym razem wszyscy głośno przytaknęli. Chyba każdy był już zmęczony tą kłótnią związaną z Kiciusiem. Oczywiście nie było idealnie, ale od teraz zaczęliśmy rozmawiać prawie tak, jak dawniej. Po tej rozmowie zapakowaliśmy się i odjechaliśmy dalej w stronę Białegostoku. Przejechanie przez środek miasta było idiotycznym pomysłem, więc jak mieliśmy wybór to zjeżdżaliśmy na obrzeża i w ten sposób ominęliśmy miasto, w którym się wychowałem. Obserwowałem ze smutkiem odległe kominy fabryk, które było widać z mojego okna. To już minęło. Musiałem to pamiętać.
                Całe miasteczko wyglądało na jeszcze większą ruinę niż ostatnio. Wydawało mi się, że splądrowane zostało wszystko co dało się splądrować. Domy miały powyrywane drzwi z zawiasów, a pojedyncze trupy szwendały się w różnych miejscach. Teraz było tutaj spokojniej bo największe skupisko zombie z tych okolic znajdowało się na wschodzie w okolicach Supraśla. Mimo tego wolałem omijać zagracane wrakami uliczki, ponieważ ogromny tir, którym się poruszaliśmy mógł w każdej chwili utknąć gdzieś pomiędzy budynkami i już nie wyjechać.
                Po przejechaniu miasta bez żadnych przygód południe zamieniło się w wieczór.  Czas leciał szybko, a z racji pory roku, zmrok zapadał o wiele szybciej niż w lato. Tak więc z tego powodu, gdy w ostatnich promieniach zobaczyliśmy stację paliw zatrzymaliśmy się przy niej. Była ona umiejscowiona na obrzeżach miasta przy sporym lesie i niedużym domku. Miejsce musiało wyglądać bajecznie w lato, kiedy było ciepło, a zamarznięty strumyk płynący obok, uderzał o kamienie na brzegu. Nie mieliśmy jednak wyobraźni na takie myśli. Niczym maszyny stworzone do survivalu wyskoczyliśmy w trójkę z auta – ja, Łapa oraz Łowca. Szybko przebiegliśmy przez zasypany dziedziniec domku i zobaczyliśmy, że są tu trupy. Naliczyłem na szybko pięć. Mogło ich być więcej. Próbując je ominąć ja z Łapą wskoczyliśmy na murek, a po nim na balkon posiadłości, gdy Łowca pobiegł do przodu sprawdzić, czy znajdzie trochę paliwa.
                Dom okazał się nie być sporych rozmiarów.  Miał trzy duże pokoje oraz kuchnię. Na całe szczęście nie było w nim szwendaczy. W sypialni zastałem jednak gorszy widok. Na łózkach leżały dwa trupy trzymające się za rękę. W całym pokoju unosił się okropny odór rozkładającego się ciała. Kobieta i mężczyzna, bo tak zidentyfikowałem ich po rysach twarzy, popełnili samobójstwo. Widać było, że kobieta wystrzeliła pierwsza, po czym skończyła ze sobą. W jej sztywnych rękach dalej był pistolet. Próbowałem je odchylić, ale po prostu się nie dało. Do tego przydał się łom. Podważając dwa palce wystraszyłem się, kiedy w ciszy usłyszałem dźwięk uderzającej o podłogę broni. Łapa przybiegła do mnie natychmiast mierząc ze swojej spluwy, ale kiedy zobaczyła tą scenę nie odwróciła wzroku. Spojrzała tylko na dwójkę zakochanych, którzy razem opuścili ten świat. Zamknąłem za sobą drzwi i wszedłem z Łapą do sporego salonu, który teraz był pokryty kurzem i brudem. Sprawdziłem stan pistoletu i zdałem sobie sprawę, że jest w nim jeszcze pięć naboi, a sama broń wydaje się być sprawna. Schowałem ją do kieszeni kurtki i zobaczyłem co znalazła Łapa. Pokazała mi całą siatkę makaronu oraz ryżu. Dodatkowo zauważyłem też butelkę wina, oraz suchary. Pomogłem jej to nieść i opuściliśmy posiadłość, tym razem frontowym wejściem.
                Czekał już tam na nas Łowca. Miał w rękach dwa kanistry paliwa. Uśmiechnąłem się na ten widok i razem ruszyliśmy w stronę Potwora. Wtedy usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Coś jakby wybuch. Odwróciłem się w stronę źródła hałasu i zaniemówiłem. Na niebie widać było helikopter w ogniu. Był oddalony od nas o jakieś dziesięć-piętnaście kilometrów na północ. Spadał on coraz niżej i niżej, aż straciliśmy go z oczu. Już myśleliśmy, że pilot zdołał się podnieść, kiedy usłyszeliśmy potężny huk i słup ognia rozjaśniający nadchodzące ciemno. Moi towarzysze najwyraźniej czekali na moją reakcję. Sołtys i Nieznajoma wyszli z tira i pytali się co to było. Gdy zobaczyli dym z oddali to rozwiało ich wątpliwości. Odwróciłem się do nich, tak żeby każdy mnie widział i powiedziałem:
- Jedziemy tam

poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział 25: Potwór

Coś się kończy, coś się zaczyna. Bardzo lubię ten cytat z prozy Sapkowskiego. 25 rozdział oznacza tylko jedno - dużo wydarzeń i przerwę. Po tym rozdziale blog zostaje zawieszony na około dwa tygodnie. Spytacie pewnie "dlaczego?". Odpowiedź jest prosta, potrzebuję czasu na napisanie około dziesięciu rozdziałów drugiej części Apokalipsy, żeby móc w miarę regularnie (co 5 dni) wrzucać wam kolejny rozdział. Tak więc przewiduję, że 1 rozdział drugiego tomu pojawi się dopiero 2 czerwca, a może nawet trochę później. Na pewno nie zaprzepaszczę tego czasu i dobrze go wykorzystam. Aktualnie mam napisane 6 rozdziałów, ale zauważyłem, że za bardzo przyspieszam przez co słabo mi to wychodzi. Dlatego też, chcę popracować nad tym spokojnie i zaskoczyć was trzymającym w napięciu opowiadaniem.
Co do samego rozdziału powiem tyle - nie jest to najlepszy rozdział jaki napisałem w tej części. Ciężko było mi przeskoczyć tą poprzeczkę jaką postawiły rozdziały np. 10 lub 19. Ten rozdział jest po prostu pewnym punktem kulminacyjnym, który jest ważny dla całej fabuły. Ucieczka z Supraśla i ostateczne opuszczenie terenów Królowego Mostu. Jeżeli wam się spodoba nie zapomnijcie o komentarzu i rozesłaniu bloga znajomym. Dodatkowo, jeżeli czytacie ten wstęp prosiłbym was o napisanie w komentarzach jaka postać została według was najlepiej wykreowana. Jestem ciekaw waszych opinii :P Teraz zapraszam do czytania.

------------------------------------------------------

Rozdział 25: Potwór


                Wszystko zaczęło się dziać tak szybko. Razem z Łowcą podnieśliśmy Cinka i zanieśliśmy go na zaplecze. Po drodze wziąłem jedną z lamp i kazałem wszystkim się wycofać. Tym razem posłuchali na czas. Cofnęliśmy się do poprzedniego pomieszczenia i zabarykadowaliśmy drzwi. Kazałem je trzymać Kiciusiowi oraz Sołtysowi. Musieliśmy stąd uciekać. Do budynku wchodziły zombie. Łapa i Nieznajoma pobiegły po nasze rzeczy, a ja w tym czasie musiałem szybko myśleć. Bałem się o życie Cinka. Nie mógł zginąć i był tylko jeden sposób, żeby go uratować.
Musimy mu odciąć rękę. W ten sposób go uratujemy – krzyknąłem sięgając po siekierę. Spojrzałem na Cinka i zauważyłem coś, czego w życiu bym się u niego nie spodziewał. Strach. Jeden z najtwardszych ludzi jakich znałem bał się. Nie mogliśmy jednak czekać dłużej. Już teraz wyglądał jakby trawiła go gorączka. Wirus rozprzestrzeniał się dosyć szybko. Wziąłem topór strażacki i położyłem rękę przyjaciela na blacie. Zombie dobijały się do drzwi chronionych przez Kiciusia i Sołtysa, a dziewczyny znosiły do wyjścia nasze rzeczy. Wycelowałem w rękę przyjaciela tuż poniżej łokcia. Już miałem uderzać, kiedy po prostu zamarłem. Ilość emocji sparaliżowała mnie.
                 Marcin chyba zemdlał bo osunął się pod blat. Nie dałem rady mu pomóc. Spojrzałem z nadzieją na Łowcę. Był on o wiele większy i silniejszy ode mnie i z pewnością nie miał takiego problemu. W końcu nie znał jeszcze Cinka i nie powinien mieć tak wielkiego problemu jak ja, w okaleczeniu go. Przytrzymałem Marcina od tyłu i położyłem jego rękę na blacie. Podałem topór Łowcy i zobaczyłem jak bez wahania zamachuje się i tnie. Ręka odpadła po pierwszym cięciu, któremu towarzyszył okropny dźwięk pękającej kości i rozcinanego ciała. Spoglądałem na ruszającą się rękę przyjaciela i krew cieknącą pod dużym ciśnieniem z rany. To jeszcze nie był koniec.
                 Cinek zemdlał, ale musieliśmy podpalić kikut. Czułem jak mój towarzysz drży i próbowałem go przytrzymać, ale ten dostał silnego ataku. To musiał być szok. Co gorsza czekało go więcej bólu, bo inaczej wykrwawi się na śmierć. Patrzyłem jak kałuża krwi powstała na blacie spływa powoli na podłogę i o mało nie zwymiotowałem. Nie należało to w żadnym wypadku do przyjemnych widoków. Wiedziałem, że do przypalania kikuta przyda się ktoś, kto odrobinę zna się na opatrunkach więc zmieniłem Sołtysa, który w raz z Łowcą rozbił szkło chroniące użytkownika lampy przed ogniem i wsadził kikut Cinka do ognia. Poczułem okropny zapach i zwymiotowałem, ale to co było straszniejsze to krzyk Marcina.
                 Wrzasnął on tak potwornie, że byłem pewien, iż tego nie przeżył. Jego krzyk wyrażał tyle bólu ile to tylko było możliwe. Zombie naciskały na drzwi, które z każdym uderzeniem fali otwierały się na większą szerokość. W pewnym momencie zombie wsadził rękę pomiędzy skrzydła drzwi, przez co zachował szparę pozwalającą umarlakom na próbę przejścia. Natychmiastowo odciąłem wystającą kończynę nożem i z impetem zamknąłem drzwi. Musieliśmy się jeszcze chwilę bronić. Łapa krzyknęła mi, że wszystkie nasze rzeczy są już gotowe i powinniśmy iść. Dałem jej znak, żeby poczekała jeszcze chwilę. Sołtys kończył bandażować spalony kikut kawałkiem bandaża. Wcześniej polał ranę wodą utlenioną, co wiązało się z kolejną falą krzyku.
                 Twarz Cinka była czerwona i przepocona. Wyglądał on fatalnie, bez problemu można go było pomylić z trupem. Nie wydawało mi się jednak żeby infekcja rozprzestrzeniła się dalej. Miałem przynajmniej taką nadzieję.
Musimy stąd spierdalać – krzyknął Łowca biorąc Cinka na plecy – Zaraz zrobi się tu zajebiście nieprzyjemnie.
Nie czekaliśmy na nic więcej. Wziąłem trzy torby jedzenia i zapakowałem do dużego plecaka, który ostatnio znalazłem. Był on teraz naprawdę ciężki i z pewnością spowolni mnie w dosyć dużym stopniu.
— Jeżeli ktoś z nas zostanie rozdzielony czekamy na niego, jasne?! – zapytałem resztę otwierają tylne drzwi. Łapa i Nieznajoma wzięły pozostałe torby, a Kiciuś wziął do ręki dwa pistolety i je przeładował. Snajperka Łowcy wisiała na jego plecach. Za drzwiami czekało na nas prawdziwe piekło.
                 Kościół był niecały kilometr od baru, ale widząc ilość trupów na ulicy, nie zwiastowało to bezpiecznego przejścia. Tylne drzwi otworzyły się gwałtownie i już po chwili w siódemkę wybiegliśmy na śnieg padający powoli z nieba. Właściwie wybiegło sześć osób, bo Cinek dalej omdlały znajdował się na plecach Łowcy. Tyły baru były tak zasypane, że śnieg sięgał do kolan. To jeszcze bardziej utrudniało sprawę. Szedłem pierwszy trzymając w ręce topór, którym Łowca dokonał cięcia. Widziałem na ostrzu świeże plamki czerwonej krwi. Nie wyglądała na zanieczyszczoną. Rozcinając zombie nie raz uwalnialiśmy falę czarnej, brudnej juchy i wiedzieliśmy jak ona wygląda.
                 Co chwilę zatapialiśmy się w góry śniegu i traciliśmy równowagę, ale nie widzieliśmy zombie na tej uliczce. Plecak ciążył mi straszliwe, niczym stwór przyczepiony do moich pleców, usiłujący mnie wywalić. Skręcając w lewo usłyszałem jęk i już po chwili zobaczyłem zombie stojące przed nami. Musieliśmy je zabić, to była najszybsza droga. Były tylko trzy, ugrzęzły one w śniegu i najwidoczniej przymarzły. Miałem nadzieję, że nie wyrwą się z lodowych klatek. Podszedłem do pierwszego i zamachnąłem się toporem. Nie przewidziałem jednak prawdziwej ciężkości plecaka i po chwili wylądowałem na plecach nie mogąc wstać. Musiało to wyglądać komicznie.
                 Mniej zabawne jednak było to co stało się chwilę później. Zombie do którego podszedłem wyciągnęło się w moją stronę. Usłyszałem trzask i zobaczyłem jak obie nogi trupa zostają w zaspie śniegu, a reszta ciała spada na mnie próbując mnie ugryźć. Łapa w tym czasie wbiła nóż w gardło zombie obok i uwolniła brudną krew, która zafarbowała śnieg na różowo, a potem czerwono. Próbowałem odepchnąć trupa i wstać, ale był zwyczajnie za duży i ciężki. Widziałem jego połamane zęby, kawałek od mojej twarzy i zalała mnie fala strachu. Nagle ciężar zelżał po tym jak Kiciuś pchnął nożem w ucho trupa i trafił w mózg tym samym uspokajając na wieki żądze mordu.
                 Wstałem z jego pomocą i obserwowałem jak ostatni zombie traci głowę po potężnym zamachu Łowcy, który trafił młotkiem prosto w czaszkę trupa. Ruszyliśmy bez słowa dalej. Przemierzyliśmy w spokoju dwie kolejne uliczki, które były wydeptane przez zombie i trafiliśmy do bardzo wąskiej alei. Z daleka widać już było kościół, który był naszym celem. Czerwona wieża ubrana w biały kapelusz śniegu obserwowała miasto. Widok stamtąd musiał być niesamowity. Nagle alejka rozwidliła się i mieliśmy dwie drogi. Nie mieliśmy pojęcia, którą wybrać. Obie wydawały się prowadzić w stronę kościoła, ale ciężko to było określić z tej pozycji. Kazałem Kiciusiowi, Łapie oraz Nieznajomej pójść kawałek w lewo, żeby zobaczyć dokąd prowadzi droga. Oddalili się nie dalej niż piętnaście metrów, kiedy usłyszałem trzask.
                 Z początku nie wiedziałem co się stało, gdy coś spadło tuż przede mną z okolicznego okna. Nagle zauważyłem, że w jednym z domów ziała dziura, z której wypadło parę zombie. Piętro domu nie było wysokie dlatego też, każdy zombie przeżywał upadek i wstawał ospale, żeby nas zjeść. To była zdecydowanie najdziwniejsza rzecz jaką w życiu widziałem. Nim minęły dwa uderzenia serca z domu wysypało się około dziesięciu trupów. Ze zgrozą stwierdziłem, że walka z nimi tutaj jest zbyt niebezpieczna.
Kiciuś zabierz dziewczyny i spotkamy się przy kościele! – wrzasnąłem cofając się – Pospieszcie się!
                Całe szczęście przewidzieliśmy możliwe rozdzielenie się, więc nie przeraziło mnie to, aż tak bardzo. Bałem się jednak, że coś może pójść nie tak. Twarze moich towarzyszy nie wyrażały nic poza zmęczeniem. Sołtys poruszał się wolno. Pomimo tego, że czasami utrzymywał nasze tempo to teraz trzymał się parę metrów za nami. Łowca szedł drugi od tyłu. Był co prawda silny, ale niesienie człowieka w takich warunkach i tak długi czas musiało być wyzwaniem. Wychodząc na główną ulicę, zobaczyłem zabudowania po lewej. Zakląłem po cichu. Kiciuś i dziewczyny będą musieli zrobić duże kółko, żeby dostać się do kościoła. Miałem nadzieję, że zdążą.
                 Przez kolejne dziesięć minut spotkaliśmy parę zombie, które wraz z Sołtysem zabiłem. Nagle dotarliśmy na ulicę zatkaną przez auta. Małe przestrzenie pomiędzy nimi pozwoliły nam przejść gęsiego, ale bałem się, że pod którymś z aut może kryć się przysypany trup. Stąpałem ostrożnie mając nadzieję, że nie stanie się nic złego. Gdy byliśmy w połowie drogi zauważyłem dwa trupy. Szły do nas w ślimaczym tempie, zbliżając się nieuchronnie. Całe szczęście mogliśmy je ominąć. Moje nogi były obolałe, a na twarzy i w niedużym zaroście znalazło sobie kryjówkę parę płatków śniegu.
                 Nagle nie wytrzymałem i potknąłem się. Plecak ciążył mi ogromnie i na nieszczęście upadłem na auto. Wtedy zaczęło się piekło. Wydawało mi się, że nigdy nie słyszałem głośniejszego dźwięku niż alarm samochodowy, który rozbrzmiał po potężnym uderzeniu plecaka i mojego ciała o drzwi. W życiu nie spodziewałbym się, że niektóre auta mogą mieć jeszcze działające alarmy. Przeklinając przyspieszyłem. Widziałem, że Łowca i Sołtys także zwiększają tempo. Nogi bolały mnie okrutnie i każdy kolejny krok był wyzwaniem. Tylko dwa wraki stojące obok oddzielały mnie od sunącego się naprzeciwko zombie. Wyciągnął on do mnie swoje martwe łapska, jednak był za wolny i dzielił nas zbyt duży dystans, żeby mógł coś mi zrobić.
                 Szedłem do przodu oglądając się raz po razie, żeby zobaczyć, czy moi towarzysze wciąż idą. Kościół z każdą minutą był coraz bliżej. Niestety wprost proporcjonalnie do tego wzrastała liczba zombie. Zaczęły one wypełzać od wschodu, prawdopodobnie było to stado zmierzające z któregoś z większych miast. Możliwe nawet, że były to te same zombie co w Kołodnie. Nogi miałem przemarznięte i odrętwiałe. Każdy kolejny krok był coraz cięższy. Łowca krzyknął do mnie, żebym skręcił w lewo na tyły kościoła.
                 Ta uliczka była zdecydowanie mniej zasypana i z ulga odetchnąłem wkraczając na ubity śnieg. Zombie wywracały się, ale dalej próbowały nas dosięgnąć.
— Daleko jeszcze? Naprawdę ciężko się niesie ten plecak. Waży dobre trzydzieści kilo! – zawołałem czekając, aż Sołtys i Łowca mnie dogonią.
— Twój kumpel waży z osiemdziesiąt, a nie narzekam – zripostował mężczyzna – Schowałem Potwora tuż za rogiem.
Przepełniony nadzieją, że zaraz stąd odjedziemy ruszyłem. Idąc tą ciemną, wąską uliczką myślałem. Grupa Miczi prawdopodobnie nie żyła. Natalia wraz z siostrą Łapy i Gigantem oraz paroma ludźmi Łapy była też prawdopodobnie martwa. Musiałem ustalić cel. Wyszedłem za róg i zobaczyłem coś niesamowitego.
                 Na uliczce jakby nigdy nic stał ogromny samochód ciężarowy. Był on koloru niebieskiego i prezentował się potężnie. Z każdej strony był pokryty blachą, prawdopodobnie umożliwiająca rozbijanie przeszkód drogowych. Z przodu do maski miał doczepione kolce. Były one pokryte zakrzepłą krwią. Poza tym Potwór był zadbany. Widać, że Łowca dbał o swój środek lokomocji. Z radością zrzuciłem plecak obok wozu, jednak nie widziałem ani dziewczyn ani Kiciusia. Nie podobało mi się to. Powinni tu być. Nie mieli za dużo do noszenia. Łowca delikatnie otworzył tyły auta i wrzucił tam nasze rzeczy, po czym pomógł wsiąść Sołtysowi. Następnie ułożył w przytulnym wnętrzu tira Cinka. Zaglądając ukradkiem do środka zobaczyłem, że jest tam całkiem nieźle urządzony. Mógłbym to nazwać domem na kółkach. Z tyłu były trzy łóżka, wcześniej wspomniane bronie oraz parę innych rzeczy.
                 Po zapakowaniu wszystkiego podszedł do mnie.
— Młody gdzie oni są? Musimy zaraz odjeżdżać. Uliczka, którą tu przyszliśmy jest już pełna trupów. Jeżeli nie zbierzemy się w jakieś dziesięć minut, to będzie po nas – powiedział drapiąc się po ranie.
Miał rację.
— Musimy poczekać. Na pewno omijali grupy trupów i zaraz tu będą – powiedziałem bez przekonania. Miałem nadzieję, ale nie potrafiłem odrzucić wizji, w której widzę, ze zginęli. Nagle usłyszałem strzał. Dochodził z uliczki na północ stąd. Ignorując przeklinającego moją głupotę Łowcę, ruszyłem w tamtą stronę. Przeskakiwałem zaspy śniegu i omijałem zagrzebane w śniegu trupy. Usłyszałem kolejny strzał i zobaczyłem dwie postacie otoczone przez parę zombie od mojej strony i całą hordę od drugiej. Poznałem w nich Łapę i Nieznajomą.
                 Nie czekając ruszyłem im na pomoc. Zombie były zajęte nimi, więc bez problemu podszedłem od tyłu i podchodząc do każdego z wolnych zombie, pozbawiałem je „życia” strzałem z pistoletu z bliska. Dwa z pozostałych odwróciły się w moją stronę. Jeden był niesamowicie szybki, biorąc pod uwagę to, że reszta z nich poruszała się od czasu przymrozku z dużym spowolnieniem. Rzucił się on na mnie. Przycisnął mnie do ściany i próbował się wgryźć. Całe szczęście miałem okazję i wolną rękę więc wymierzyłem mu w głowę i pociągnąłem za spust. Usłyszałem dziwne kliknięcie, ale pocisk nie wyleciał. Zdziwienie zmieszało się z przerażeniem. Wyciągając ostatkiem sił nóż zza pasa wbiłem go w gardło trupa. Pistolet wypadł mi z rąk, a cios był niecelny, więc nóż ugrzązł w środku zgniłego ciała.
                 Mogłem przypłacić to życiem gdyby nie strzał, który mnie uratował. Brzmiał on niczym grzmot przycinający niebo. To był Łowca. Trafił trupa perfekcyjnie w ucho. Siła strzału była tak duża, że poczułem wiatr wiejący przy lecącym pocisku. Uratował mnie on jednak i po chwili zobaczyłem jak Nieznajoma dobija drugiego z umarlaków i biegnie wraz z Łapą w moją stronę.
— Gdzie jest Ernest? – zapytałem przerażony.
— On się… poświęcił. Został uliczkę wcześniej, kiedy otoczyły nas zombie. Powiedział, żebyśmy uciekały i… i… — w tym momencie Nieznajoma przystanęła i rozpłakała się. Łowca pospieszał nas, ale ja stałem i nie chciałem słyszeć o niczym innym. Czyżbym właśnie stracił kolejnego przyjaciela. Nie wielu mogłem zaszczycić nazwaniem w ten sposób. Jednym z nich był Goku, który poległ podczas ataku na Obóz. Drugim jest Cinek, który walczy o życie z tyłu Potwora.  Trzecim jest Kiciuś. Nie mogłem go zostawić.
— Muszę po niego iść – stwierdziłem.
                Łapa minęła już mnie w drodze do wozu, żeby zapakować tam żywność więc nie słyszała tych słów. Co innego Łowca i Nieznajoma. Ta druga po prostu zaczęła płakać jeszcze mocniej. Łowca z kolei zaczął wrzeszczeć. Zombie na około było coraz więcej.
— Pojebało cię? Zginiesz jeżeli tam pójdziesz. Musimy spierdalać! Nie widzisz ile ich tu jest? Za chwilę zginiemy wszyscy – krzyczał patrząc na mnie. Co prawda poznałem go niedawno, ale zauważyłem na jego twarzy grymas gniewu. Był na mnie zły. Za dużo osób olałem, tym samym je tracąc – pomyślałem. Gokujin, Eryk, Miczi, Gigant… te wszystkie osoby i jeszcze więcej poświęciły się dla mnie. Teraz nadszedł czas na mój ruch.

— Wracajcie do Potwora – powiedziałem odwracając się do nich plecami – Jeżeli zrobi się gorąco jedźcie do Królowego Mostu. Znajdziemy was tam – zapewniłem ruszając powoli z toporem w dłoni. Nie miałem nawet broni palnej – I pod żadnym pozore… — w tym momencie poczułem silne uderzenie w tył głowy. Świat zawirował, a ja upadłem. Ostatnie co pamiętam to uczucie ciągnięcia i oświetlone lampą wnętrze tira. Następnie poczułem szarpnięcie oznaczające, że pojazd rusza i zemdlałem.

środa, 14 maja 2014

Rozdział 24: Nadzieja umiera ostatnia

No i zbliżamy się powoli do końca pewnej części tej opowieści. Ten rozdział rzuca trochę światła na historię ludzi z Supraśla i Łapy, co moim zdaniem jest interesującym motywem. No i oczywiście mocny koniec, który dla wielu osób może być sporym ciosem. Zapraszam do przeczytania, komentowania oraz rozsyłania znajomym!

------------------------------------------------------

Rozdział 24: Nadzieja umiera ostatnia


                Nie wiedziałem co myśleć o tym co właśnie usłyszałem. Pod starszym mężczyzną rosła plama krwi, a jego ciało leżało żałośnie. Stałem oszołomiony, zastanawiając się czy to rzeczywiście był ktoś bliski Łapie. Ona jednak nie miała żadnych wyrzutów. Natychmiastowo podniosła broń zabitego i podała ją mi. Uchwyciłem strzelbę chowając pistolet i ruszyliśmy. Pierwszy wspinałem się ja. Drabina była solidna i wątpiłem, żeby mogła się połamać. Znowu w mojej głowie pojawiały się myśli związane wyłącznie z moją towarzyszką. Zastanawiałem się czy branie jej do drużyny nie było błędem. Była to osoba młoda, a tak straszliwie bezwzględna, że aż zapierało mi to dech. Nigdy nie widziałem kogoś tak okrutnego, ale z większej perspektywy wolałem ją mieć po swojej stronie niż przeciwko. Musiałem jednak na nią uważać i to mocno. Przez chwilę nawet pomyślałem, czy nie będzie bezpieczniej jak się jej pozbędę. Polubiłem tą dziewczynę, ale nie mogłem być pewien tego, czy nie skończę jak Eryk. Do dziś pamiętałem jego beznogi korpus, po tym jak wpadł w zasadzkę Łapy pod mostem.
                 Popchnąłem delikatnie klapę i poczułem zimne powietrze. Nie wierzyłem we własne szczęście. Widziałem cztery osoby, w tym jedną martwą. Były odwrócone do nas plecami. Wszedłem najciszej jak potrafiłem i schowałem się za jednym z kominów czekając aż wyjdzie Łapa. Niestety jej nie udało się wejść równo cicho, za mocno popchnęła klapę i narobiła tym hałasu. Nawet śnieżyca tego do końca nie zagłuszyła i zobaczyłem jak jeden z ludzi się odwraca. Łapa szybko wskoczyła za drugi komin. Widziałem teraz dokładnie ją i ludzi którzy zaczęli strzelać. Byliśmy w lepszej sytuacji niż oni, ponieważ byli ulokowani między krawędzią dachu, a wejściem, które mieliśmy teraz obstawione. Przez tych ludzi i ich przyjaciół nie wiedziałem co dzieje się teraz z resztą drużyny.  Musieli za to zapłacić.
                 Wyciągnąłem lufę wiatrówki i wraz z Łapą zaczęliśmy strzelać. Nie osłonięci niczym wrogowie cudem unikali ciosów. W końcu jeden z moich pocisków trafił kobietę, która spadła z dachu. Dwaj pozostali mężczyźni trzymali się twardo i sami strzelali. Palce zaczęły mi odmarzać od zimna. Każdy kolejny strzał był coraz mniej celny i sprawiał mi więcej problemów. W końcu zobaczyłem, że Łapa wystrzeliła ostatni pocisk, ponieważ odrzuciła broń za siebie i dała mi znak, żebym zabił ostatniego z ocalałych na dachu. Wychyliłem się i przez chwilę przeżyłem chwilę zawahania. Miałem załadowane trzy naboje.  Wystarczyłoby żebym zabił Łapę i skończył jej szaleństwo. Nikt nie musiałby się dowiedzieć. Wycelowałem w nią, ale po chwili otrząsnąłem się z tego szału i pewnym strzałem postrzeliłem ostatniego ze strzelców. Nie chciałem go dobijać, mógł się jeszcze przydać.
                 Wstałem chwiejnie i rozejrzałem się po okolicy. Wszędzie, jak wzrokiem objąć, było biało. Śnieg przykrył całą okolicę białym płaszczem. Strzelcy mieli stąd świetną pozycję do osłaniania nas. Szybko zlokalizowałem wzrokiem samochód i wstałem dając znać, że nic już nam nie grozi. Moi przyjaciele powoli zaczęli iść w stronę baru, a ja szukałem wzrokiem jeszcze jednej rzeczy. Naszego wybawcy. Zauważyłem go po chwili. Leżał  na dachu obok, coraz bardziej przysypywany śniegiem. Nie wiedziałem czy przeżył, miałem taką nadzieję. Wraz z Łapą zszedłem z dachu aby poszukać naszych przyjaciół.
                 Następne pół godziny było dosyć ciężkie. Nieznajoma i Łapa chodziły od samochodu do głównego pomieszczenia w barze i nosiły nasze zapasy. Cinek i Kiciuś poszli znaleźć wejście na dach. Nadal wierzyłem, że tajemniczy snajper żyje. Jak nie to mieliśmy przynajmniej zapewnioną dobrą broń. Ja z Sołtysem sprawdzaliśmy wszystkie pomieszczenia, aby upewnić się, że lokal jest czysty i będzie tu można zostać przez jakiś czas. Kojarzyłem niektóre z pomieszczeń. Rozpoznałem przede wszystkim te, w którym stacjonował grubas, oraz te, w którym byłem więziony. Sprawdzając ostatnie pomieszczenie usłyszałem dziwny hałas. Wyciągnąłem nóż, a Sołtys wyposażył się w topór znaleziony na zapleczu. Dźwięk wydobywał się z ostatnich drzwi, których wcześniej nie widziałem. Wyglądało to na pomieszczenie personelu.  Dałem Sołtysowi znak, żeby uważał i otworzyłem drzwi.
                 Widok nie był zbyt ciekawy, kiedy jednak zdałem sobie sprawę z tego, co widzę poczułem smutek.  W pokoju znajdowało się tylko jedno krzesło. Było ono wywrócone. Do rury przy suficie był przywiązany sznur, na którym wisiała dziewczyna. Właściwie teraz to już nie była dziewczyna, tylko zombie, ale poznałem ją. Mimo sinej twarzy i szklistych oczu zobaczyłem, że to musiała być ta sama osoba, którą wziąłem jako zakładniczkę gdy stąd uciekałem. Dotarło do mnie, że te chore skurwysyny musiały ją powiesić za to, że pomogła nam w ucieczce, a to wszystko moja wina. Poprosiłem Sołtysa o broń i z drżącymi rękoma zamachnąłem się. Trzask był okropny, ale jedno celne uderzenie uwolniło dziewczynę, która w końcu mogła odpocząć. Ciało dalej zwisało bezwładnie, kiedy opuszczaliśmy pokój. Obchód zajął nam całkiem sporo czasu, więc gdy dotarliśmy do głównego pomieszczenia zobaczyłem, że na stole położono tajemniczą postać, która nam pomogła. Była właśnie bandażowana przez Kiciusia. Sołtys przejął opiekę nad nieznajomym, a ja z resztą usiadłem na podłodze. Człowiek, który nas uratował był o wiele starszy, miał krótką brodę i dłuższe włosy koloru brązowego. Dostał w okolicach barku, więc nie była to poważna rana. Leżał teraz jednak nieprzytomny i całkowicie bezbronny.  Jego ogromna snajperka stała oparta o bar. Była naprawdę ogromna, teraz byłem pewien, że nie widziałem tak ogromnej spluwy.
                 Znowu postawiłem grupę przed ciężkim wyborem. Nie wiedziałem czy dobić, czy oszczędzić  tego człowieka. Nie mieliśmy auta przez moją głupotę, a żeby tego było mało śnieg ciągle padał. Usiadłem przy Nieznajomej i zacząłem rozmowę:
— Mam do ciebie pytanie i naprawdę chciałbym poznać szczerą odpowiedź – zacząłem tajemniczo, chciałem, żeby rozbudziła się i zwróciła na mnie uwagę. Rzadko kiedy pytałem ją o coś. Czas to zmienić – Co myślisz o tym człowieku? Czy on powinien przeżyć?
Pytanie wyraźnie ją zaskoczyło. Nieznajoma była ciekawą osoba. Nie wiedziałem o niej praktycznie niczego, a mimo tego całkowicie jej ufałem.  Nigdy nie zawiodła naszego zaufania i zawsze pomagała na swój sposób naszej sprawie. Szanowałem jej prywatność:
-Emm… właściwie myślę, że tak. Wiem, że zabijanie weszło nam teraz w nawyk, ale czy nie powinniśmy czasami komuś zaufać? Ten człowiek pomógł nam chociaż nas nie znał. Mógł przeczekać, aż tamci nas wystrzelają, a dopiero potem włączyć się do walki. Po mojemu jest spoko – uśmiechnęła się. Miała ładny, delikatny uśmiech. Było mi jej trochę szkoda. Ja w pełni pasowałem do apokalipsy, zawsze gdzieś wewnątrz byłem na to gotów. Ona była zwykłą dziewczyną. Wiedziałem, że lubi się zabawić i jest dosyć odważna, ale wciąż była osobą nie pasującą do tego burdelu:
— Masz rację. Całkowitą rację.
                Podniosłem się ciężko i popatrzyłem jeszcze raz na rannego. Sołtys przykładał zimne okłady do jego rozpalonego czoła. Podszedłem powoli do Kiciusia i Cinka, którzy powoli zasypiali, ale wiedzieli, że przed snem mamy jeszcze jedną rzecz do ustalenia:
— Kto pierwszy bierze wartę? – zapytałem.
Wymienili spojrzenia. Nie byłem pewien co planują, ale podejrzewałem, że zaraz się dowiem:
­— Stary, wiem, że te miejsce źle ci się kojarzy, nam też, ale nie myślisz, że jesteśmy tu bezpieczni? W końcu drzwi zabezpieczone, śnieg przysypał wejścia i sprawdziliście z Sołtysem budynek. Wyśpijmy się wszyscy raz porządnie. Są tu pokoje z łóżkami ludzi, którzy tu urzędowali. Czemu by nie skorzystać i odpocząć? Zostaniemy tutaj parę dni, znajdziemy jakiś pojazd i będziemy myśleć co dalej. W końcu reszta… — zaczął Kiciuś. Wiem, że nie chciał mówić o reszcie ludzi, z którymi byliśmy w obozie. Nawet dla mnie było to bolesne. Teraz przypomniałem sobie o jednej sprawie:
— Gdzie jest ten, który ocalał strzelaninę? Zostawiłem jednego przy życiu bo chciałem go przesłuchać.
Och on. Nie przeżył. Trafiłeś go co prawda w nogę, ale przebiłeś jakąś tętnice i zanim go poskładaliśmy to się przemienił. Dobiliśmy go i zrzuciliśmy na stos z resztą przed barem – stwierdził Kiciuś.
— Szkoda. Nie uważasz, że to dziwne, że nie spotkaliśmy tutaj grupy Miczi? Przecież oni tu musieli być. Pojechali po nas… chyba, że nie dotarli do Supraśla. W sumie mogli zgubić trop, ale czy to oznacza, że są teraz gdzieś w Królowym Moście? – zapytałem. Ciężko było żyć w ciągłej niepewności. Co prawda sama apokalipsa to było coś niezwykle dziwnego, ale dało się do tego przyzwyczaić bo miałem u boku przyjaciół. Teraz połowa z nich była gdzieś tam, a ja marnowałem czas. Muszę znaleźć pojazd i wrócić do Królowego Mostu. Mógłbym znowu zagospodarować jakiś teren. Zbudować kolejny obóz i robić wyprawy po okolicznych terenach w poszukiwaniu reszty. To nie była głupia myśl:
— Można by było spróbować. Ale teraz idźmy już spać – powiedział Kiciuś po czym wszyscy rozeszli się po pokojach.  Każdy zajął oddzielne pomieszczenie.
                 Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Przewalałem się z boku na bok i dużo myślałem. Po głowie wciąż mi chodziła myśl związana z Łapą i tajemniczym mężczyzną, którego nazwała ojcem. Nie chciałem jej pytać o to bezpośrednio, ale byłem ciekaw czy ten mężczyzna rzeczywiście był jej tatą. Nagle usłyszałem trzask. Poderwałem się, a serce zaczęło mi bić szybciej. Wrócili… — pomyślałem. Wiedziałem, że nie wybiliśmy wszystkich ludzi z Supraśla, a oni teraz nas zaskoczyli. Podniosłem broń i celując w ciemność opuściłem moją sypialnię. Trzask. Szedłem dalej do źródła hałasu zastanawiając się dlaczego reszta nie wstaje. Może spali za twardo? A może już nie żyli? Trzask. Byłem przerażony. Jeżeli kolejne osoby zginęły przez moją nieodpowiedzialność to nie wybaczę tego sobie. Trzask. Teraz byłem pewien, że dźwięk wydobywa się z pomieszczenia, które było zajęte przez tajemniczego snajpera. Czyżby umarł i przemienił się? Kolejna ofiara naszych działań? Trzask. Otworzyłem z kopniaka drzwi mierząc bronią. Pomieszczenie było dobrze oświetlone i już po chwili zauważyłem, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. W pomieszczeniu na stole dalej leżał snajper, a obok niego stała Łapa. Grała w rzutki. Tarcza wisząca na ścianie była podziurawiona i tkwiły w niej cztery strzałki.
                Dziewczyna spojrzała na mnie nieco rozbawiona, ale widocznie zmęczona. Opuściłem broń i usiadłem na stole obok niej:
— Nie możesz spać? – zapytałem.
— Wybacz jeśli cię obudziłam. Nie dam rady zasnąć z myślą, że moja siostra jest gdzieś tam i możliwe, że marznie lub się boi. Gdybym tylko wiedziała gdzie jest pobiegłabym tam, chociażby to miało być na drugim końcu świata… Rozumiesz? – zapytała.
Rozumiałem.
— Mogę z tobą zagrać? – nie czekałem na odpowiedź tylko oczyściłem tarczę z rzutek i podałem jej trzy z nich. Trzask. Trafiła za osiem punktów:
— Martwisz się o swoich ludzi? – zapytała nieśmiało, dając mi miejsce do oddania rzutu.
— Teraz to są nasi ludzie. Mamy przymierze. – stwierdziłem, oddając rzut i zdobywając siedem punktów – Nie wiem Łapo. Oni gdzieś tam są, ale nie mam pojęcia gdzie. Po prostu to czuję.
Rzuciła ponownie trafiając w szóstkę:
— Co zrobimy teraz? Nie mam na myśli tego co zjemy jutro na śniadanie, tylko co będzie dalej? Zostaniemy tu czy będziemy szukać? – zapytała.
— Myślę, że powinniśmy przeczekać jeszcze parę dni, zebrać siły, znaleźć pojazd i pojeździć po okolicy. Nasi ludzi nie mogli od tak po prostu odejść stąd. Na pewno tez nas szukają. – Miałem przynajmniej taką nadzieję. W jednej z grup był Gigant, a w jednej Miczi. Oni zawsze myśleli racjonalnie. Rzuciłem ponownie trafiają w sam środek tarczy. Spojrzałem w oczy Łapy:
— Teraz ja muszę cię o coś zapytać. Chodzi o tego mężczyznę, którego zabiłaś. Czy on… — zacząłem.
— Tak. Nie chcę o tym mówić…
— Czy to dlatego ci ludzie nas złapali? Chcieli znaleźć ciebie? – wiedziałem, że odpowiedź na to pytanie mnie nie zadowoli albo zwyczajnie jej nie usłyszę, ale musiałem spytać.
— Tak. Bobru naprawdę, proszę cię skończmy temat.
                Zamilkłem. Nie chciałem wywierać na niej presji. Bolał mnie jednak fakt, że to przez nią dostaliśmy się do niewoli i przez nią to wszystko się rozpadło. Przez nią opuściłem obóz i przez nią wpadłem w zasadzkę. Oczywiście też moje agresywne zachowanie zmieniło stosunki z ludźmi z Supraśla, ale to był tylko jeden z powodów. Dokończyliśmy grę i stwierdzając, że Łapa wygrała ostatnim rzutem rozeszliśmy się. Ostatni raz spojrzałem na snajpera leżącego na stole i oddychającego ciężko. Teraz dopiero zauważyłem coś, co wprowadziło mnie w zdumienie. Ten człowiek nie miał jednego oka. W miejscu prawego oczodołu ział otwór. Zdziwiło mnie to, gdyż skuteczność jego strzałów była ogromna, a mógł celować używając tylko jednego oka. Opuściłem pomieszczenie i raz jeszcze sprawdziłem tylne drzwi. Były zamknięte. Ruszyłem korytarzem do pokoju, w którym spałem i rzuciłem się na łóżko. Tym razem zasnąłem bez problemów.
                 Rankiem zbudził mnie Sołtys. Przywitałem się z nim i poszedłem do głównego pomieszczenia baru. Nieznajomy podobno się obudził. Kiedy wszedłem do pomieszczenia siedział już na stole i rozmawiał o czymś z Kiciusiem. Gdy wszedłem w pomieszczeniu zrobiło się cicho. Nieznajomy spojrzał na mnie. Na jego prawym oku była teraz opaska, co nadawało mu wyraz pirata. Był dużym facetem, który najwidoczniej musiał jakoś aktywnie pracować lub lubił sport, bo jego postury pozazdrościł by nie jeden mężczyzna. Kolejną oznaką jego wieku były zakola i ślady siwizny na zaroście i włosach. Podszedłem do niego i przywitałem się:
— Jestem Bobru. Dziękujemy ci za pomoc. Gdyby nie ty nie dalibyśmy rady…
— Mnie możecie nazywać Łowcą. Moje imię jest nieważne, nie w tym pierdolonym świecie. Co do pomocy, nie ma sprawy. Polowałem na tych skurwysynów już od dawna. Rozbili moją grupę w okolicach Białegostoku. Zasłużyli na karę – odpowiedział. Jego głos był niski i pasował do wyglądu.
— Twoja broń stoi tam – wskazałem ją palcem – kiedy wydobrzejesz i będziesz chciał nas opuścić to droga jest wolna.
— Już mnie wyganiasz? W sumie jeśli jest taka możliwość to szukam ludzi. Bycie samotnym to samobójstwo. Zapamiętajcie te słowa. To najważniejsza zasada w tym posranym świecie.
                Miał rację. Nieznajoma robiła właśnie za barem śniadanie składające się z fasoli w puszkach i konserw rybnych. Ja w tym czasie wypytywałem nowego towarzysza o wszystko co ważne. Dowiedziałem się, że był członkiem pięcioosobowej grupy i parę tygodni temu stracił wszystkich w walce niedaleko Białegostoku. Z tego co opowiadał był doświadczonym strzelcem bo należał kiedyś do jakiejś formacji strzeleckiej:
— Szukacie pojazdu? Służę pomocą. Te skurwysyny zabrały mi towarzyszy oraz zapasy, ale mój Potwór został ze mną —  mówiąc to zaśmiał się serdecznie. Zaczęliśmy jeść.
— Potwora? Jakiego potwora? – zapytał z zainteresowaniem Kiciuś.
— Mój tir. Byłem dostawcą zanim zaczęło się to gówno i firma wyposażyła mnie w ogromną ciężarówkę towarową. Oczywiście zmodyfikowałem ją na potrzeby zabijanie skurwieli i teraz jest świetnym środkiem lokomocji. Schowałem ją w garażu na obrzeżach miasta. Tuż za kościołem – powiedział z dumą.
— To świetna wiadomość. Tylko czy pomieścilibyśmy się wszyscy? – zapytał Sołtys.
— Zmieściłoby się tam pięć takich grup jak nie więcej! Od biedy widziałem gdzieś na rynku sprawny autobus. Mi nie był potrzebny, ale jakby ktoś z was chciał moglibyśmy go przejąć – powiedział Łowca.
— Jak wyposażony jest twój Potwór? – zapytałem pochłaniając fasolkę.
— Jeżeli chodzi o zapasy to raczej krucho. Całe szczęście wy macie tu tego sporo. Co do amunicji i broni to mam na pace dwa pistolety i około dwudziestu pocisków oraz cały zapas łomów – odpowiedział bekając.
— Łomów? – spytał Cinek – Na chuj ci łomy?
— No nie pierdolcie, że używacie innej broni do walki wręcz? Łom jest najskuteczniejszy. Szczególnie tak zwana „łapka”. Cichy, skuteczny, a poza funkcją do walki przydaje się również do otwierania różnych rzeczy. Podrzucę wam parę sztuk jak będziecie chcieli.
                Nagle pomyślałem o czymś, o czym powinienem pomyśleć parę tygodni temu jeszcze w Królowym Moście:
— Słuchajcie jutro moglibyśmy wyjechać, wiem, że twoja rana wciąż jest poważna Łowco, ale nie możemy być pewni, że tych skurczybyków z Supraśla nie było więcej. Zebralibyśmy się o świcie i ruszyli do Potwora. Chcę jednak wam przekazać najważniejszy fakt. Ostatnio nie pomyślałem o tym, przez co teraz nie wiemy gdzie jest reszta. Gdyby cokolwiek poszło nie tak wszyscy spotykamy się przy Potworze. Jeśli cokolwiek nas rozdzieli musimy być właśnie tam.
Wszyscy skinęli głowami na znak, że zrozumieli i kontynuowali jedzenie. Dzień spędziliśmy na pakowaniu zapasów, odpoczynku i rozmowie. Mimo kolejnego sojusznika czułem niepokój. Raz prawie dostałem zawału, kiedy usłyszałem strzał. Okazało się jednak, że Łowca dał Kiciusiowi oddać jeden strzał ze snajperki. Wiedziałem, że Kiciuś o to poprosi. To były jego klimaty. Gdy nadszedł wieczór byłem pełen nadziei. Jutrzejszego ranka mieliśmy wyruszyć z powrotem do Królowego Mostu.
                 Byłem prawie pewien tego, że znajdziemy tam kogoś, aż do czasu wieczornej rozmowy z Łowcą. Siedziałem z Kiciusiem, Nieznajomą i Łowcą i obserwowaliśmy jak Łapa, Cinek oraz Sołtys grają w bilard:
— Mówisz, że widziałeś tutaj grupę osób parę dni temu? – spytałem. Serce waliło mi jak szalone i bałem się, że zaraz usłyszę coś niedobrego.
— To byli wasi przyjaciele? Przykro mi Młody… Widziałem jak wpadają na stado zombie i trupy ich otaczają. Jestem pewien, że widziałem jakąś czarnowłosą dziewczynę, młodziaka bez ręki i parę innych osób. Nie widziałem jak ginęli, ale byli w tak chujowej sytuacji… — rzekł Łowca.
Miczi i Dalion oraz reszta. Musiał ich tu widzieć. Czyli prawdopodobnie cała grupa zginęła. Poczułem smutek pomieszany z gniewem. Nie zasłużyli na coś takiego. Oni szli nas ratować. Nie miałem ochoty na dalszą rozmowę. Musiałem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.
                 Wspiąłem się po schodach na dach i wyszedłem w mroźną noc. Było całkowicie ciemno, księżyc był za chmurami, a gwiazd nie było widać. Nagle zobaczyłem jednak coś i usłyszałem jęki. Coś pełzało na dworze.  Zauważyłem trupa, ale nie był on sam. Po chwili dostrzegłem parę następnych i jeszcze kilka. Było ich dużo. Co gorsza szły do światła, które wydobywała lampa stojąca na stole w głównym pomieszczeniu baru. Zombie były wolne, ale musiałem ostrzec moich przyjaciół. Cofnąłem się z zamiarem zejścia drabiną, gdy nagle straciłem równowagę i o mało nie spadłem z dachu. Upadłem jednak i uderzyłem głową o jeden z kominów, za którym się ukrywałem gdy zdobywaliśmy to miejsce. W głowie mi się zakręciło i przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Czułem tylko przeszywające zimno.

                 Nie wiem ile tak leżałem, ale w końcu odzyskałem świadomość i wstałem. Ostrożnie zszedłem z dachu i puściłem się biegiem w stronę głównego pomieszczenia. Usłyszałem trzask pękającej szyby. Bojąc się o życie pozostałych jeszcze bardziej przyspieszyłem przeładowując pistolet. Gdy wkroczyłem do miejsca, gdzie byli moi towarzysze zamarłem. Cinek i Kiciuś czyścili szybkimi uderzeniami zombie próbując wejść tu przez okna.  Kazałem im się odsunąć i zacząć strzelać, ponieważ trupów było za dużo, ale powiedziałem to za późno. Widziałem jak jeden z trupów chwyta Cinka za rękę i wgryza się w nią uwalniając falę krwi. Cinek odskoczył do tyłu i z przerażeniem patrzył na krwawy ślad, w którym go ugryzł zombie. Był zarażony.

piątek, 9 maja 2014

Rozdział 23: Śnieżyca

Rozdział 23, coraz bliżej końca ;) Przeczytajcie, skomentujcie i wyślijcie znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 23: Śnieżyca


                Obserwowałem ją w ciszy. Za oknem było i ciemno i biało naraz. Ciemno przez otaczającą nas noc, a biało od śniegu, który sypał jak szalony. Bałem się, że będziemy mieli problemy z wyjściem stąd, gdy się obudzimy. Całe szczęście dom był szczelny i miał nawet piecyk z zapasem drewna, dzięki czemu wszystkim było ciepło. Obserwowałem moich przyjaciół patrząc głównie na Łapę. Nie mogłem jej obwiniać o to, że pojechaliśmy do Supraśla, ale to była poniekąd jej wina. Gdyby nie pojawiła się w moim życiu, prawdopodobnie nie uciekałbym z obozu, żeby się od niej uwolnić. Siedziałbym sobie teraz w domu Kiciusia i rozmawiał o czymś beztrosko z Natalią lub Miczi. Westchnąłem. Obie prawdopodobnie były daleko stąd, w najgorszym wypadku nie żyły. Nie miałem sił na płacz, chciałem się tylko wyspać i trochę odpocząć, jednak nie mogłem. Wszyscy byli zmęczeni zarówno psychicznie i fizycznie.
                 Zamykając oczy przenosiłem się do pomieszczenia w Supraślu i widziałem Grubego, który przychodził mnie bić. Potem przypominałem sobie, że on już nie żyje. Każdy z nas stracił kogoś podczas ataku osób z Supraśla na obóz. Łapa była cały wieczór smutna, z powodu utraty siostry, chociaż starała się to sprawnie ukrywać. Chciałem ją pocieszyć, chociaż wiedziałem, że nie mogę. Dalej czułem coś do Natalii i moim priorytetem było ją znaleźć. Bałem się o Sołtysa, który stracił oficjalnie ostatniego mieszkańca Królowego Mostu, nie licząc Kiciusia. Jest takim starym człowiekiem, a przeżył wszystkich młodszych i zdrowszych. To musiało być smutne.
                 Kiciuś dalej ubolewał wewnętrznie nad stratą Eryka i wiedziałem, że wciąż nie wybaczył Łapie. Chociaż ją zaakceptował. Spojrzałem znowu na śpiącą dziewczynę. Była piękna i groźna zarazem. Leżała przytulona do Nieznajomej żeby zachować więcej ciepła. Obie zaprzyjaźniły się, co było całkiem ciekawe. Musiałem dowiedzieć się więcej o obu paniach. Nie znałem imienia żadnej z nich. Były to dla mnie po prostu „Nieznajoma” i „Łapa”. Nagle zdałem sobie sprawę, że Łapa otworzyła oczy i patrzyła na mnie. Speszony odwróciłem wzrok, ale usłyszałem, że czarnowłosa wstaje i idzie w moją stronę. Nie mając innego wyjścia uśmiechnąłem się słabo i podsunąłem aby usiadła obok mnie. Nadal do końca jej nie ufałem, pamiętałem co zrobiła z Erykiem i o skutkach jej ataku na obóz. Mimo to apokalipsa zmusiła mnie do zaufania jej i miałem nadzieję, że jakoś na tym wyjdę. Gdy poczułem jej ciepło obok mnie, przez ciało przeszły mi dreszcze. Czułem dziwną mieszankę ekscytacji i zaciekawienia. Nie dałem jednak tego poznać po sobie. Spoglądałem do przodu, na śpiących Cinka, Ernesta oraz Nieznajomą. Spodziewałem się usłyszenia jak zwykle pewnego siebie głosu Łapy, lecz to co zrobiła zaskoczyło mnie.
                 Usłyszałem płacz. Zobaczyłem jak po jej pięknej twarzy spływają łzy, które skapywały po chwili na koc którym się okryła. To mnie całkowicie zdziwiło. Była chyba najtwardszą osobą jaką znałem, a teraz siedziała przy mnie i łkała jak dziecko. Nie wiedziałem co zrobić, więc zadziałałem impulsywnie i przytuliłem ją. Wtuliła się we mnie gwałtownie i łkała cicho. Mi też chciało się płakać, ale nie mogłem pokazywać po sobie słabości. Jeżeli ludzie zobaczyliby, że nawet ja się poddaje to oznaczałoby koniec. Wydawało mi się, że jestem ostatnim filarem tej drużyny. Nagle Łapa odezwała się:
— Przysięgałam ją chronić Bobru. Obiecywałam, że nic jej się nie stanie. Miała być bezpieczna, a mimo to jest teraz nie wiadomo gdzie, możliwe, że już nie żyje.
Było mi jej żal. Straszliwie żal. Nie chciałem jej pocieszać pustymi słowami, więc tylko mocniej ją przytuliłem. Siedziała przy mnie jeszcze parę minut, kiedy zauważyłem, że zasnęła. Delikatnie zdjąłem ją z siebie i położyłem pod ścianą. Przykryłem ją starannie po czym sam położyłem się obok i natychmiast zasnąłem.
                 Obudziłem się z rana, kiedy reszta zbierała się powoli do zjedzenia czegoś. Cinek grzebał w plecaku i podawał puszki z żywnością Kiciusiowi. Wyjrzałem za zasłonę i zobaczyłem, że śnieg ciągle pada. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Przeciągając się spojrzałem na Łapę, która ciągle leżała przy mnie. Podniosłem się i ubrałem aby dołączyć do moich przyjaciół. Nikt nie zadawał pytań związanych z tym, że Łapa spała przy mnie co mnie w sumie cieszyło. Na śniadanie była podgrzewana przy piecyku fasola. Zawsze lubiłem to warzywo i zjadłem z apetytem całą puszkę popijając wodą. Następnie sprawdziłem stan mojego uzbrojenia. Nóż, który zabrałem z domu w Białymstoku wydawał się brudny i odrobinę tępy, więc pożyczając nóż Nieznajomej przejechałem parę razy ostrzem po ostrzu, aby chociaż trochę zwiększyć ostrość broni. Do pistoletu miałem jeszcze dziesięć naboi. Niestety amunicja kończyła nam się i w sumie każdy z nas miał ostatnie magazynki. Wiedziałem, że teraz musimy oszczędzać każdy nabój.
                 Nieznajoma zaczęła budzić Łapę. Kiedy czarnowłosa wstała spojrzała na mnie ale szybko odwróciła wzrok. Rozumiałem, że była odrobinę zawstydzona chwilą słabości, ale nie miałem zamiaru jej tego wypominać. W końcu każdemu może się coś takiego zdarzyć.  Cinek wyszedł z toporem na ganek, aby zobaczyć, czy śnieg pozwoli nam swobodnie się poruszać. Miał zamiar sprawdzić również okolicę pod kątem obecności umarlaków. Usiadłem na jednym z krzeseł stojących w chatce i odezwałem się:
— Słuchajcie musimy ustalić co dalej. Moim zdaniem powinniśmy wyruszyć do Kołodna i Supraśla i poszukać śladów grupy Miczi. Nie zaszkodziłoby znaleźć samochodu, nie wiem czy wytrzymamy długo na tym cholernym mrozie.
Moglibyśmy też wrócić do obozu i sprawdzić czy nikt tam nie wrócił. Ostatecznie wydaję mi się, że wszyscy będą szukać się właśnie w tym miejscu – stwierdził Sołtys.
— Ja mimo wszystko wróciłbym do Supraśla. Jak pomyślę, że te gnojki zaatakowały ludzi, którzy po nas pojechali to krew się we mnie gotuje – powiedział Kiciuś.
— Mówisz o zemście na nich? Jest nas co prawda teraz sześcioro, ale to wciąż może być za mało. Nie wiem co prawda ile osób zginęło w ataku na nasz obóz, ale wydaję mi się, że ich wciąż będzie więcej. A nie zapominajmy, że amunicja nam się kończy. Nie możemy pozwolić sobie na strzelaninę, chyba, że przejęlibyśmy ich skład broni o ile takowy mają – odpowiedziałem.
— Sam grubas, który nas trzymał miał spory zapas amunicji i broni, można by spróbować. Wątpię, żeby spodziewali się naszego powrotu. W końcu zaledwie dwa dni temu stamtąd uciekliśmy – rzekł Kiciuś.
— Mają broń. Pojazdy też. Wiem, bo moi ludzie, zanim zlokalizowali wasz obóz w Królowym chcieli zaatakować ich. Niestety po obserwacji i nawet jednej próbie ataku odpuściliśmy sobie. Było ich po prostu za dużo – włączyła się do rozmowy Łapa
                 W tym momencie do chaty wrócił Cinek. Ostatecznie ustaliliśmy, że wyruszymy do Supraśla i tam poszukamy grupy Miczi. Zebraliśmy się i już piętnaście minut później byliśmy w drodze. Śnieg napadał do kolan, przez co poruszało się naprawdę ciężko. Było jednak cieplej niż wczoraj, co znacznie ułatwiło nam podróż. Szliśmy w kupie, trzymając się blisko siebie i mając bronie gotowe w każdej chwili do wystrzelenia. Z przodu szedłem ja i Kiciuś, w środku Łapa i Nieznajoma, a pochód zamykał Sołtys i Cinek. Czułem się zdenerwowany, te uczucie trzymało się mnie kurczowo od paru dni, od czasu wyruszenia po zapasy. Najpierw więzienie, potem rozpad obozu. Wszystko to stało się tak szybko, że mogłem to porównać z kolejnym wybuchem apokalipsy. Cały świat przewrócił się do góry nogami po raz drugi.
                 Dróżka doprowadziła nas do zakrętu za którym było Kołodno. W oddali było słychać wciąż charakterystyczny dźwięk przemarszu hordy. Nie wiedziałem gdzie teraz jest dokładnie, ale byłem pewien, że nie jest tak groźna jak przed opadem śniegu. Na własne oczy przekonałem się, że zombie są teraz wolniejsze niż zwykle, a te uszkodzone przymarzają do różnych słupów, albo całkowicie zatrzymują się przez to, że wnętrzności miały tak zamrożone, że uniemożliwiały one zginanie kolan czy też po prostu ruszanie nogami. Wolałem jednak ominąć Kołodno, żeby na nie wpaść. Przy samym Kołodnie skręciłem na północne pola i trzymając się linii lasu zacząłem przeprowadzać moich przyjaciół przez obsypane śnieżną pierzyną tereny.
                 Zadziwiało mnie to jak Sołtys utrzymywał tempo pięciu młodszych ludzi. Byłem pewien, że zdrowy tryb życia i odpowiednia dieta złożona z naturalnych i świeżych produktów przyczyniła się do kondycji starca. Spoglądając daleko na północ, wśród drzew widać było szczyt wieży obserwacyjnej. Pamiętam jak dziś jak byłem tam z Gigantem, Szpiegiem oraz Natalią. Teraz nie wiedziałem nawet czy żyją. Moje życie zamieniło się w jedną wielką niewiadomą. Byłem ponownie na drodze, tylko z jedną różnicą – tym razem nie byłem sam. Mijając Kołodno na około trafiliśmy na ambonę. Dwa lata temu na wakacjach wspinaliśmy się na nią z Kiciusiem i Cinkiem. Teraz stał przy niej trup. Był przysypany do pasa śniegiem i machał żałośnie łapskami. Zaczął wydawać charakterystyczny dźwięk, który sprawiał, że włos na głowie się jeżył, kiedy nas zauważył.
                 Cinek podszedł do niego i od niechcenia zamachnął się toporem farbując okoliczny śnieg na czerwono.  Cała nasza szóstka była już przyzwyczajona do zabijania zombie. Człowiek żyjący około miesiąca w tym świecie po prostu miał to już w nawyku. Zrobiliśmy przy nim mały postój, żeby się napić. Z początku planowałem wspiąć się na ambonę i rozejrzeć, ale kiedy zobaczyłem w jakim jest stanie uznałem to za zbyt niebezpieczne. Rozejrzałem się po polach otaczających Kołodno widząc odległe sylwetki hordy zombie będące przy wschodnim wyjeździe z miasta. Widać, że zmierzały w stronę Królowego Mostu. Posmutniałem na myśl o straconym obozie i przyjaciołach. Chociaż możliwa była opcja, że zginęli, wierzyłem w to coraz mniej. Starałem się jednak odrzucać tak negatywne wizje z mojej głowy i starać się być przykładem dla reszty. Ludzie mnie słuchali i szanowali, nie mogłem zniszczyć swojej reputacji, która utrzymywała grupę w jedności. Żałowałem teraz, że nie wziąłem ze sobą lornetki z Królowego Mostu. Byłem pewien, że widziałem jakieś w miarę sprawne auto, ale było ono za daleko, żeby stwierdzić czy to prawda czy fałsz. Pokazałem go Kicusiowi, ale ten stwierdził, że nie ma co ryzykować i znajdziemy coś na drodze za Kołodnem. Miałem taką nadzieję.
                 Wiatr zaczął wiać mocniej o przeradzając śnieżycę w drobną zamieć. Najgorsze jednak było to, że wiatr wywiewał nasz zapach w stronę odległych teraz o około półtora kilometra trupów. Jak znajdą nasz trop to będziemy mieli ogromne problemy. Zadrżałem na samą myśl. Przyspieszaliśmy tempa, a słońce wisiało wysoko nad nami. Dwadzieścia minut zajęło nam przebrnięcie przez zaspy do drogi głównej kawałek za Kołodnem. Widzieliśmy coś co wyglądało jak auto na końcu polnej drogi więc ostrożnie ruszyliśmy w tym kierunku. W miarę zbliżania się do celu nie mogłem uwierzyć w nasze szczęście, bo to rzeczywiście było auto. Przypominało trochę te, którym dostałem się do Królowego Mostu z tą różnicą, że było w dużo gorszym stanie. Maska była wgięta jakby auto wjechało na zombie i to z niemałą prędkością. Jedne drzwi wisiały dziwnie, a na drugich widać było plamy krwi. Z wyciągniętym pistoletem sprawdziłem okolice. Pomagał mi w tym Kiciuś i Cinek. Sprawdziliśmy dokładnie czy to nie pułapka i z radością wsiedliśmy do środka. Kluczki były na miejscu. Wyglądało to trochę strasznie, nie chciałem nawet myśleć co takiego stało się z poprzednim właścicielem.
                 Kiciuś usiadł jako kierowca. W tym czasie ja z Cinkiem pakowaliśmy nasze zapasy do bagażnika. Cieszyłem się z tego, że odzyskałem przyjaciela. Nie zapomniałem co prawda tego, że był po stronie Alexa, ale teraz kiedy on nie żył, Cinek stał się zaufanym człowiekiem. Zapakowałem się do auta na jedno z tylnych miejsc. Usiadła przy mnie Łapa. Z przodu przy Kiciusiu siedział Sołtys, a pomiędzy nim a mną, na środku, siedzieli Cinek z Nieznajomą. Nie czułem się zbyt komfortowo będąc tak blisko tej dziewczyny. Wiedziałem, że potrzebuje mnie teraz bardziej niż zawsze, ale nie podobały mi się myśli, jakie pokazywały mi się w głowie, kiedy przebywała blisko. Te przytulenie wczoraj wieczorem… to był błąd. Nie po to walczyłem tyle o Natalie, żeby teraz tracić głowę dla pierwszej lepszej ocalałej. Tej myśli się starałem trzymać. Nie było to jednak łatwe.
                 Droga do Supraśla zapowiadała się na co najmniej pół godziny jazdy, jak nie więcej. W końcu drogi były zasypane, a nie było odśnieżarek, żeby zepchnąć śnieg na pobocze. Jechaliśmy więc po nierównym terenie, wpadając co jakiś czas w góry śniegu i zatrzymując. Łapa oparła się o mnie i zamknęła oczy. Kolejna rzecz, która mnie dziwiła w jej zachowaniu to ufność. Jeszcze niedawno była to roztropna osoba, która widziała we mnie tylko dowódcę Królowego Mostu, ale wciąż wroga. Teraz ufała mi całkowicie, w końcu mogłem ją zabić w każdej chwili. Nie mogłem pojąć tego co się dzieje. Nie narzekałem jednak. Zamknąłem oczy i sam próbowałem się odprężyć przed powrotem do piekła, z którego parę dni temu uciekaliśmy.
                 Wydawało mi się, że myślałem ostatnimi czasy za dużo. Powinienem uspokoić myśli i starać się nie zagłębiać w tematy, które dla mnie samego były niewygodne.  Wyciszając się odpłynąłem po cichu. Obudziła mnie Łapa. Potrząsnęła mnie delikatnie i kazała wstawać. Poznałem okolicę, chociaż była teraz przysypana śniegiem. Staliśmy niedaleko miejsca, w którym straciliśmy samochód z zapasami. Przed nami rozciągała się rzeka, przy której leżał Supraśl. Słońce oświetlało swoimi promieniami śnieg sprawiając, że całe miasto wyglądało jakby było zaklęte w kryształ i zachowane w nim na wieki. Nie mieliśmy dużo czasu. Jeżeli grupa Miczi gdzieś tutaj była, to musiała zostać na noc, gdyż nie było widać żadnych ślad opon oprócz naszych. Nasi przyjaciele albo byli gdzieś blisko, albo odjechali w inną stronę. Byłem pełen obaw. Kiedy Kiciuś miał już zamykać auto zatrzymałem go. Wpadłem na pewien ryzykowny pomysł i wiedziałem, że już nic nie zmieni mojej decyzji. Zabawne było jak ciekawe pomysły nawiedzały człowieka w różnych momentach.
                 Ten był wyjątkowo ryzykowny biorąc pod uwagę, że w okolicznych budynkach chowało się sporo osób.  Poprosiłem Kiciusia i resztę, żeby wrócili do wozu. Pokazałem Kiciusiowi gdzie ma podjechać, wskazując budynki przy głównej ulicy, na której znajdował się bar. Towarzysze spojrzeli na mnie dziwnie, ale ja wyjątkowo nie czekałem na ich propozycje. Czas z defensywy przejść do ofensywy. Ta taktyka, choć ryzykowna, zadziałała jak odzyskiwałem Królowy Most z rąk Alexa. Teraz głowa tego śmiecia została gdzieś w Królowym Moście, a ja nadal żyłem. Można było wręcz powiedzieć, że oddałem mu „jego” obóz.
                  Ludzie nie ukrywali zdenerwowania. Nieznajoma wierciła się niespokojnie, a Cinek stukał palcami o lufę swojego pistoletu. Zastanawiałem się teraz nad tym gdzie w tym mieście może znajdować się sklep z bronią i czy został już znaleziony i splądrowany przez kogoś. Nawet jeżeli te osoby mogły zostawić coś, co według nich się nie przydało, a nam mogło pomóc.  Kiciuś podjeżdżał coraz bliżej i bliżej, aż w końcu znaleźliśmy się w miejscu skąd widać było główną ulicę. Ernest próbował zatrzymać auto, kiedy usłyszeliśmy wystrzał. Był to jeden z tych momentów, kiedy czas spowolnił aby przyspieszyć z potrójną mocą. W pół uderzenia serca zobaczyłem jak jedna z szyb pęka, a po chwili usłyszałem trzask przebitej opony. Widziałem jak auto nagle wpadło w poślizg i uderzyło w murek przy drodze. Zarzuciło mną do przodu i cudem uniknąłem uderzenia głową w szybę.
                Wygramoliłem się i z kopniaka otworzyłem tylne drzwi naszego auta. Widziałem, że reszta też próbuje się ukryć przed strzelcem, ale Kiciuś i Sołtys siedzący z przodu mieli większy problem. Zalała mnie fala strachu, starałem się wyjrzeć za auto i zlokalizować strzelca. Zauważyłem jak na jednym z dachów coś się rusza. Po chwili byłem już pewien, że ktoś tam leży, widziałem jak kuca, mierząc do nas z wiatrówki. Prawdopodobnie gdyby nie to, że pada śnieg już byśmy nie żyli. Nie mieliśmy szans stawić temu czoła. Wszyscy byliśmy znacznie niżej, a dodatkowo mieliśmy tylko pistolety. Pomogłem wydostać się z wraku Łapie, Cinkowi oraz Nieznajomej po czym wspólnie staraliśmy się otworzyć drzwi kierowcy, żeby uratować Ernesta i Adama. Przy każdym wystrzale bałem się, że usłyszę krzyk któregoś z moich znajomych. Nagle Cinek wskazał coś ręką i zobaczyłem, że nie ostrzeliwuje nas jedna osoba, ale co najmniej dwie. Pociski uderzały o auto tworząc upiorny rytm, który w każdym momencie mógł być przerwany krzykiem. Wydawało mi się, że z każdą minutą coraz więcej osób do nas strzela i rzeczywiście zauważyłem kolejne postacie siedzące na dachu i mierzące do nas.
                 Nie strzelali już tak często, widocznie nie mieli tyle amunicji, ale mimo to byliśmy w pułapce. Wycofanie się nie wchodziło w grę, a droga do przodu to było nawet większe samobójstwo. W końcu z trudem otworzyliśmy drzwi i uwolniliśmy Kiciusia i Sołtysa, którzy położyli się i z trudem łapali oddech. Wiedziałem, że są przerażeni, sam bałem się jak cholera. Spojrzałem na drogę, którą przybyliśmy i zobaczyłem nieduży murek dziesięć metrów od nas. Mogłem spróbować do niego pobiec i okrążyć wrogów, ale wątpiłem w to, że uda mi się to samotnie zrobić. Spodnie już całkowicie mi przemokły, chociaż nie czułem zimna. Nie wiedziałem dokładnie czy to ze strachu czy z napływu adrenaliny.
                Nagle usłyszałem krzyk. Spojrzałem szybko na moich przyjaciół, ale żaden z nich nie był ranny. Wyjrzałem delikatnie za maskę auta i zobaczyłem, że przy dachu, na ulicy, leży jeden z moich oprawców. Po chwili zauważyłem jak kolejny z nich spada.  Starałem się znaleźć wzrokiem osobę, która nam pomaga, ale było to ciężkie. Płatki śniegu wpadały mi w oczy, a wstanie równało się trafieniu. Kiciuś zawołał i pokazał nam jeden z dachów. Przez chwilę nie widziałem tam nic, ale w końcu dostrzegłem ruch. Na sąsiednim do naszych oprawców dachu stała jedna postać. Miała w ręce największą broń palną jaką w życiu widziałem. Nawet z daleka wydawała się mieć dobre półtora metra długości. Tajemniczy strzelec przy każdym strzale ze swojej ogromnej broni zabijał kolejnego z naszych oprawców.
                 Wstałem i bez wahania puściłem się biegiem w stronę budynku na którym stali wrogowie. Widziałem jak przyjaciele próbują mnie zatrzymać, a oprawcy wymieniają serie z broni z tajemniczym strzelcem. Nie słyszałem jednak nic. Wszystko zagłuszała wichura. Biegłem i zobaczyłem, że strzelec dostaje i upada. Całe szczęście nie spadł, czułbym się źle z tym, że osoba, która nas uratowała po prostu ginie. Nie liczyło się dla mnie teraz nic. Byłem wściekły i czułem, że adrenalina robi swoje. Albo tam wbiegnę i zabije, albo to mnie zabiją. Dotarłem do drzwi baru, tych samych, które otworzyliśmy parę dni temu z Cinkiem i Ernim. Otworzyłem je i uspokoiłem trochę. Wiedziałem, że może tutaj być mnóstwo ludzi z Supraśla
                . Przeładowałem pistolet i zwolniłem blokadę. Byłem gotowy do strzału. Korytarze były ciemne, gdzie nie gdzie wpadały pojedyncze promienie słońca. Ruszyłem korytarzami szukając wejścia na górę, gdy usłyszałem trzask tuż za mną. Serce prawie mi stanęło ze strachu. Obróciłem się i wymierzyłem bronią. Zza rogu wyszła Łapa. Podążała za mną. Bez słowa poczekałem na nią i wspólnie ruszyliśmy korytarzem. Gdy byłem tutaj poprzednio widziałem gdzieś schody prowadzące na dach, ale teraz nie miałem pojęcia gdzie one były. Dopiero po dwóch minutach wspięliśmy się wraz z Łapą klatką schodową i zobaczyliśmy drabinę prowadzącą na dach. Wciąż było słychać strzały. Zastanawiałem się czy reszta moich przyjaciół biegła aby mi pomóc tak jak Łapa i czy przez przypadek nie przypłacili tego życiem. Nie wiedziałem czy bardziej się boję czy mam ochotę dobić resztę.
                 Tuż pod klapą na dach usłyszeliśmy krzyki. Dwie postaci prowadziły ożywioną dyskusję gdzieś na tym poziomie baru. Skryliśmy się w ciemniejszym kącie i czekaliśmy. Po chwili zobaczyliśmy dwie biegnące postaci, które zmierzały w stronę drabiny. Złapałem Łapę za rękę i kiedy wrogowie byli blisko uścisnąłem na znak, że teraz atakujemy. Zaszarżowałem niczym Gigant próbując  zepchnąć pierwszego z mężczyzn za barierkę, ale udało mi się go tylko wywalić.  Drugi w tym czasie próbował ustawić się do strzału. Widziałem jak celuje do mnie wiatrówką. Wtem do akcji weszła Łapa, która zaszła go od tyłu i poderżnęła gardło. Ja starałem się przytrzymać starszego i silniejszego ode mnie mężczyznę, ale poczułem, że ten mi się wyrywa. Po chwili zepchnął mnie z siebie i próbował rzucić się po broń, która mu wypadła podczas upadku. Na jego nieszczęście była już tam moja towarzyszka. Z trzaskiem złamała palce wroga, który sięgał po pistolet po czym uniosła dłonią jego twarz, żeby spojrzeć mu w oczy. Mężczyzna krzyknął gdy łamano mu palce, ale gdy spojrzał w piękne oczy Łapy zobaczyłem na jego twarzy przerażenie. Łapa uśmiechnęła się paskudnie i kazała mi podać pistolet. Mężczyzna widocznie ją znał, bo siedział z otwartą szeroko gębą. Po jego oczach spływały łzy. Łapa przeładowała i wymierzyła w głowę starszego od niej człowieka po czym powiedziała:
— Żegnaj ojcze.

I strzeliła.