Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 23. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 23. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 września 2017

Rozdział 23: Piekło na ziemi

Rozdział 23, kolejny z perspektywy Irka. W tym rozdziale akcja będzie nieco chaotyczna, a sam rozdział jest bardziej przejściem do tego, co będzie działo się w zupełnie innym miejscu niż obóz na drodze. Zapraszam do czytania i komentowania.

POV:
Irek - Rozdział 20 - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebija się do obozu w Płocku
Zuza - Dzień 7-8 - Broni obozu w Płocku 

-----------------------------------------------------

Rozdział 23: Piekło na ziemi (IREK)


                Złomiarze zaatakowali całkowicie niespodziewanie. Nie byłem pewien po czym poznaliśmy, że to oni. Widać jednak było ich linie zbliżającą się do Naszego obozu na drodze. Rozcierałem obolałe uszy po tym jak zostaliśmy obrzuceni granatami błyskowo-hukowymi. Ktoś mną potrząsnął.
- Co? – zapytałem.
- Wszystko w porządku? – powtórzyła głośno Ewelina.
- Tak – odpowiedziałem podnosząc się – Co się dzieje?
- Atakują nas od północnego wschodu, z lasu. Musimy ich przepędzić, tylko ich nam brakuje teraz gdy idą trupy…
                Wspiąłem się na maskę jednej z ciężarówek i ostrożnie się wychyliłem. Strzały latały jak szalone. Pociski odbijały się od pojazdów, ale także trafiały w nas. W paru miejscach leżeli ludzie, których dobijano teraz, żeby nie przemienili się w środku.
- Jakim cudem nas zaskoczyli? – zapytał cicho Dziara, a przynajmniej ja to tak usłyszałem przez oszołomione uszy.
- Nie mam pojęcia, ja patrolowałam drogę – powiedziała spoglądając na Jonasza.
- Ja w lesie nic nie widziałem. Byliśmy tam i nikt nie strzelał, nie zauważyliśmy też żadnego ruchu, musieli się gdzieś chować – wytłumaczył się mężczyzna.
- Przejebane. No nic. Tutaj nam nic nie zrobią, ale jak ich nie przegonimy to nie będziemy mogli przygotować się na nadchodzące trupy – powiedział Dziara.
- Możemy ich wystrzelać. Mamy znacznie więcej ludzi i broni. To jakiś mały oddział – zaproponował Michael.
- Narazimy się na niepotrzebne straty, a przed nami coś znacznie bardziej ciężkiego niż grupka bandziorów – włączył się Konrad.
- Coś zrobić musimy. Jeżeli nie zajmiemy dobrych pozycji to stado nas tutaj otoczy i tyle będzie z zatrzymania – powiedziałem.
- Dajcie mi pomyśleć – powiedział Dziara opierając się plecami o drzwiczki od jednego z pojazdów tworzących mury naszego prowizorycznego obozu. Dowódca Ostoi był bardzo specyficznym człowiekiem jeżeli chodzi o planowanie. Z jednej strony często podejmował niesamowicie głupie decyzje, z drugiej potrafił zaplanować  coś tak dobrze, że mogło zaskoczyć to całkowicie przeciwnika. Według opowieści Łapy tak właśnie zdobył władzę w Toruniu. Podstępem i chytrym planem, w którego realizacji pomógł mu Bobru oraz jego grupa.
                Ludzie ustawili się bezpiecznie za barykadą. Do przybycia stada mieliśmy jeszcze trochę czasu, ale wiadome było, że ono się zbliża. Z każdą chwilą było coraz bliżej i bliżej. Nie mogliśmy zostać w tym kwadracie. Musieliśmy przygotować barykadę, którą będziemy musieli obronić, a czas uciekał. Był wciąż środek nocy. Potrzebowaliśmy odpoczynku, żeby być w pełni przygotowanymi na nadchodzącą walkę. Żywi kontra martwi, gdzieś na drodze pośrodku niczego.
- Masz rację – odezwał się w końcu Dziara. Uszy działały mi coraz lepiej, ale wciąż słyszałem delikatny pisk. Strzały prawie ucichły, Złomiarze puszczali jedynie pojedyncze serie co jakiś czas, żeby zatrzymać nas w miejscu.
- Kto? – zapytała Ewelina, która jak zwykle liczyła na to, że racja zostanie przyznana jej.
- Irek. Musimy z tym coś zrobić. Mam już nawet plan. Ryzykowny, ale powinien się udać – zaczął – Wanda na pewno nie atakuje nas bez powodu. Zapewne ten ogonek towarzyszy nam od Torunia, albo jego okolic. Osobiście stawiam, że ma do nas jakiś interes. Spróbujmy to załatwić pokojowo.
- Nie wiem czy z nimi się da – zmartwił się Jonasz. On lepiej od nas wszystkich znał Złomiarzy. Przez ponad miesiąc był ich więźniem.
- Jestem pewien, że będzie chciała rozmawiać. Po prostu wyślijmy jedną, nieuzbrojoną osobę z białą flagą. To skurwiele, ale posłańca nie zabiją – zapewnił nas. Przez chwilę zapadła cisza. Nikt nie kwapił się do wyjścia na pole, gdzie ostrzał prowadzili Złomiarze. Westchnąłem pod nosem, po czym podniosłem rękę – Doskonale. Zapytaj czego chcą i powiedz, że akurat to co tutaj robimy uratuje też ich dupska. Jak będą czegoś chcieli to zapal czerwoną flarę – w tym momencie dostałem do ręki nieduże zawiniątko – i daj nam znać. Podejdziemy.
                Nie do końca zadowolony z tego, co się dzieje przygotowałem się do drogi. Za pasek schowałem nieduży pistolet i nóż, żeby mieć się czym bronić w razie gdyby ludzie Wandy nie chcieli jednak współpracować. Wychyliłem się jeszcze przed wyjściem, żeby zobaczyć co się dzieje. Strzały ustały, ale widać było prowizoryczny obóz i palące się w nim ognisko.  Wyglądali jakby rzeczywiście chcieli czegoś konkretnego. To napełniło mnie nieco odwagą i przekonaniem, że wcale nie skończę z paroma otworami po kulach w ciele. Zgarnąłem białą koszulkę, która ktoś zostawił na jednej ze skrzynek i żegnając się z resztą przeskoczyłem przez jedną z ciężarówek.
                Szedłem pewnie, chociaż moje nogi zdawały się odmawiać posłuszeństwa. Koszulkę niosłem nad sobą, machając nią delikatnie. Zbliżałem się do obozu wroga. Teraz z bliska, mogłem przyjrzeć się im lepiej. Było chłodno, ale ciepło ogniska dodawało otuchy. Przy ogniu siedziało około dziesięciu osób. Nie zdziwiło mnie ani trochę, że gdy mnie zauważyli to podnieśli bronie i wycelowali w moją stronę.
- Na kolana – krzyknął jeden z nich.
 - Przyszedłem porozmawiać – zacząłem powoli uginając kolana, kiedy poczułem uderzenie kolbą w dolną cześć nogi. Zgiąłem się i upadłem, upuszczając przy okazji białą koszulkę, której wciąż kurczowo się trzymałem.
- Widzisz, mamy dosyć podobny cel – powiedział. Był brodaczem z tłustymi, długimi włosami, które prawie błyszczały w blasku ognia. Jego wzrok nie zwiastował niczego przyjaznego – My również przyszliśmy tutaj pogadać. Gdzie jest Dziara?
- W obozie. Wysłał mnie w swoim imieniu – odpowiedziałem. Byłem pełen pokory i chociaż celowano we mnie i widać było, że marzą tylko o wystrzeleniu, to nie chciałem im dać okazji do stracenia nerwów. W tym przypadku byłem idealny do tego zadania. Cierpliwość to zdecydowanie najlepsza z moich cech.
- A ty to? – zapytała kobieta, która stała na lewo ode mnie. Była starsza, znacznie starsza. Miała siwe pasemka włosów wystające poza wełnianą czapkę oraz głębokie zmarszczki w okolicach ust i oczu.
- Irek. Nie odgrywam żadnej konkretnej roli. Szczerze to nie mieszkam nawet w Toruniu, chociaż kiedyś tam przebywałem.
- Dobra. Pijasz marne piwsko Irku? – zapytał jakby nieco przyjaźniej brodacz.
- Pijam – powiedziałem zgodnie z prawdą. Brodaty dał znak swoim ludziom, aby ci opuścili broń, a sam wyciągnął rękę w moją stronę. Chwyciłem ją, zastanawiając się co się zmieniło przez tę parę sekund. Nie chciałem jednak zachowywać się dziwnie, więc wziąłem butelkę, którą mi podali i pociągnąłem łyka. Piwo zdecydowanie było marne. Zacząłem się powoli zastanawiać czy nie cierpiałem na syndrom sztokholmski. Zdecydowanie zbyt mocno bratałem się z tymi, którzy życzyli mi źle. To, w przeciwieństwie do cierpliwości, było moją negatywną cechą.
                Rozsiedliśmy się na pieńkach i skrzynkach wokół ciepłego i buzującego ognia. Złomiarze patrzyli na mnie podejrzliwie. Nie dziwiłem się im.
- Czego chce od nas Dziara? – zapytał brodacz.
- Właściwie to chciał dowiedzieć się czego chcecie wy. Założył, że nie wpadliście na nas przypadkiem – powiedziałem szczerze. Ta taktyka rzadko kiedy mnie zawodziła.
- Dobrze założył – powiedział po chwili wahania mężczyzna – Nasza szefowa jest bardzo ciekawa, co tu się dzieje.
- Nadchodzi stado – odpowiedziałem tonem, który przesiąkał ironią – Czy naprawdę wasi ludzie muszą wszystko odbierać jako atak? – Nie wiem skąd wzięła się u mnie ta śmiałość. Zaczynałem podejrzewać, że gdzieś w głębi mnie siedzi chęć śmierci. Nie do końca mi się to podobało.
- Chociaż nasze obozy się nienawidzą i walczą to rozumiemy, że zagrożenie dotyczy też nas. Chcielibyśmy uczestniczyć jakoś w tym co się dzieje. Szczególnie jak akcja przeniesie się w nasze tereny. Chyba nie wierzysz, że utrzymacie się tutaj dłużej niż dzień? – zapytał szczerząc zęby.
- Każdy dzień daje szanse na lepsze przygotowanie obozów. Obmyślenie planu. Grudziądz leży zresztą kawałek od Torunia, a stado idzie właśnie na nas. Wątpię, żeby skręciło – zdziwiłem się.
- Toś głupi. Stado szło na rzekę, ale zmieniło kierunek marszu. To te pojeby w skórach trupów nimi sterują, a uwzięli się na nas jak nigdy. Po ich ostatnim ataku na arenie ledwo się pozbieraliśmy – powiedział, a w jego głosie dało się słyszeć desperacje.
                Ta informacja mnie nieco zaskoczyła. Ludzie przy ognisku splunęli równo do środka na samo wspomnienie o ludziach Krawca. Nienawiść działała jednak w obie strony, a ludzie Wandy byli uświadomieni. Do tego stopnia, że rozumieli kto stał za atakiem na arenie. To była bardzo cenna informacja. Jeżeli Krawiec wypowiedziałby wojnę pozostałym grupom to sojusze mogłyby się nieco zmienić. Kto wie czy Złomiarze nie stanęliby wtedy po naszej stronie.
- Myślicie, że stado zostanie nakierowane na Grudziądz zamiast na Toruń? – zapytałem bezpośrednio – Nie wydaje mi się, bez obrazy, że wybiorą mniejszy obóz.
- To nie kwestia wielkości – odpowiedział – To po prostu złośliwość i zaciekłość. Nie wiadomo czym spowodowana.
Osobiście wiedziałem, mniej więcej, co jest powodem tej nienawiści Krawca do Złomiarzy. Powód był błahy, bo poszło o jeden atak, ale Zszyci nie odpuszczali od tego momentu i atakowali ludzi Wandy na każdym kroku.
- To co planujecie teraz? – zapytałem – Zakładając, że poinformujemy was jak stado będzie się zbliżało i spróbujemy zrobić coś razem?
- Odpuścimy. Przecież i tak nie mamy jak wykurzyć was z tej drogi. Zresztą jak rzeczywiście idzie stado to nic tu po nas – zauważył Brodacz.
- Tak po prostu? – zdziwiłem się, nie wiedząc o co tutaj konkretnie chodziło.
- Tak po prostu. Macie dużo lepszą pozycję. Przygotujcie się lepiej do obrony, a raczej ucieczki – odpowiedział.
                Spojrzałem na horyzont, skąd niedługo miało przyjść stado.  Było ciemno, ale wzrok płatał figle i wyglądało to jakby coś tam się poruszało. Wątpiłem żeby był to początek fali trupów, nie słychać było jęków, które powinny być słyszalne z naprawdę dużej odległości. Tak przynajmniej wyglądało to podczas stawiania ostatnich punktów strategicznych, gdy stado oddzieliło mnie od grupy z Potwora i wpadłem na Krawca. Było za wcześniej. Spojrzałem znowu na Złomiarzy, którzy nie wyglądali na zbyt zadowolonych i chciałem wstawać.
- Już się zbierasz? Posiedź z nami. Co chciałeś ustaliłeś, a przynajmniej będzie to wyglądało jakbyśmy obgadali wszystkie sprawy świata. Śpieszy ci się tam, jak nawet w Toruniu nie mieszkasz? – kusił Brodacz, a pozostali ludzie zawtórowali.
                Zbierałem się już do odpowiedzi, kiedy usłyszeliśmy jęk. Odwróciliśmy się w kierunku źródła hałasu.  Do ogniska człapał zombie. Wyciągał ręce i zbliżał się z każdym krokiem, jęcząc przeraźliwie. Jego powykręcane ciało było coraz lepiej widoczne w blasku ognia. Jeden z mężczyzn wstał i wymierzył do niego z karabinu.
- Daj spokój – powiedział inny członek grupy – Do jednego będziesz strzelał?
- Racja – odpowiedział zmieszanym głosem niedoszły strzelec. Wyciągnął nóż i poszedł w stronę trupa.  Nikt nie zwracał na niego uwagi, w końcu zombie był tylko jeden, a zabicie pojedynczego osobnika nie powinno być zbyt trudne.  Usiadłem jeszcze na chwilę. Rzeczywiście nigdzie mi się nie śpieszyło. Nie odpalałem czerwonej flary, więc Dziara nie miał powodu żeby się denerwować. Mógł spokojnie zająć się sobą, szczególnie, że Złomiarze nic mi nie robili.
                Zdążyłem tylko zerknąć w stronę upadającego ciała, będąc pewnym, że trup został bez problemu pokonany. Poderwałem się jednak gdy ujrzałem leżącego bez głowy Złomiarza. Nie musiałem nawet patrzeć w stronę napastnika, żeby wiedzieć, czyja to sprawka. Zszyci. Pozostali w obozie poderwali się, ale ja już wiedziałem, że element zaskoczenia jest po stronie ludzi Krawca. Wszystko wydawało się dziać bardzo szybko. Obóz otoczyli wojownicy ubrani w skóry trupów, ktoś rzucił czymś w ognisko, przez co całą polanę spowił gęsty, dławiący dym, a po chwili poczułem ręce zaciskające mi się na ramionach. Minęło maksymalnie pół minuty. Klęczałem z rękami wykręconymi do tyłu. Zdążyli przenieść mnie za linię drzew, chociaż polana wciąż była pokryta w gęstym dymie.
- Szybka piłka, bo nie mamy czasu – powiedział znajomy mi głos. Był to Krawiec. Chociaż wyraźnie się śpieszył mówił wciąż powoli i spokojnie – Ta barykada ma upaść. Sama z siebie nie wytrzyma długo, ale ma to zrobić jak najszybciej. Stado musi bezpiecznie przepłynąć na zachód, żeby połączyć się z drugą częścią, która w tym momencie przechodzi przez Płock. Wymyśl coś i zabierz ich stąd jak najszybciej.
- Przecież stado i tak ich przegoni. Dlaczego zaatakowałeś Płock? – zapytałem.
- Tak miało być. Bobru się nie ugiął, więc rozdzieliłem stado na dwa. Bardzo możliwe, że tak samo zrobię przed Toruniem, żeby dać też nauczkę tym bandytom z Grudziądza. Ty musisz mi w tym pomóc, tak jak się umawialiśmy. Nie musisz nawet nikogo zabijać, po prostu daj im do zrozumienia, że obrona tu nie ma sensu i trzeba się wycofać. Ja przygotuje stado tak, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej przerażająco. Ale Ty musisz wypowiedzieć odpowiednie słowa – wyjaśnił mi przywódca Zszytych – A teraz wracaj, bo zaczną coś podejrzewać, a dym opada. Pamiętaj, co jesteś nam winien.
                Wyleciałem z lasu w opadające opary dymu. Wszyscy Złomiarze nie żyli. Podczas całego zamieszania Zszyci zaskoczyli ich całkowicie. Nie miałem pojęcia, co powiem w obozie i jak wytłumaczę to, że przeżyłem, ale w głowie miałem tylko słowa Krawca. Potrafił podporządkować sobie człowieka. Mogłem wyśpiewać wszystko Dziarze i bronić się do upadłego, ale skoro Krawiec tutaj był to właściwie równie dobrze mógł zaraz zaatakować nas, nie wiadomo jak wielu jego ludzi stało w okolicznych lasach. Było też stado. Musiałem grać tak jak mi zagrał.
                Dotarłem do barykady z ciężarówek i przeskoczyłem na drugą stronę. Dziara i cała reszta już na mnie czekali.  Zauważyłem, że większość ludzi była gotowa do ataku, widocznie nie wiedzieli co się działo.
- Co tam się stało? – zapytał Dziara podniesionym głosem.
- Nie mam pojęcia. Ktoś ich zaatakował, zobaczyłem tylko nadchodzącego trupa, potem kłęby dymu, a następne co widziałem to leżący Złomiarze.
- Nie widziałeś kto Cię zaatakował? – zdziwił się Jonasz.
- Nie wiem ani tego, ani tego dlaczego mnie oszczędzili – odpowiedziałem od razu na pytanie, które miało paść po tym.
- A sami Złomiarze? Powiedzieli ci coś ciekawego? – zapytał Dziara.
- Chcieli współpracy… Szczególnie jak trupy dojdą w okolicę Torunia i Grudziądza – odpowiedziałem.
- Współpracy? To ciekawe…
- Wydaje mi się, że bardziej nienawidzą Zszytych niż nas – powiedziałem -  Po tej akcji na arenie są gotowi wypowiedzieć im wojnę.
                Dziara zamyślił się. Spojrzał w niebo, po czym odwrócił się do nas plecami.
- Każdy sojusz się przyda jeżeli Zszyci naprawdę będą chcieli zaatakować Ostoje. Chociaż Złomiarze… ech sam nie wiem.  Póki co to problem na przyszłość. Teraz musimy się skupić na obronie tego miejsca – rozkazał.
- Po głębszej analizie nieco się obawiam obrony tego miejsca – powiedziałem przez nieco ściśnięte gardło.
- To znaczy? – zdziwił się Jonasz.
- Złomiarze powiedzieli, że mają więcej oddziałów w okolicy. Nie wiem kto zabił ten, ale możemy znaleźć się pomiędzy młotem, kowadłem, a stadem. Zdałem sobie z tego sprawę jak z nimi pogadałem – skłamałem.
- Tak chciałeś obstawić to miejsce – zdenerwował się Dziara – a teraz mówisz nam żebyśmy cofali?
- Nie wiedziałem, że Złomiarze tutaj są. I to nie tylko. Możemy tutaj stacjonować, ale stado bez wątpienia uderzy w Toruń i Grudziądz. Wycofamy się, wyślemy poselstwo do Wandy i razem obronimy nasze ziemie – powiedziałem, tym razem zgodnie z prawdą. Zepchnięcie z drogi to jedno, ale nie mogłem pozwolić Krawcowi na zalanie Ostoi. Za dużo ludzi mogło zginąć. On też musiał liczyć się z tym, że sam nie złamię wszystkich zabezpieczeń od środka.  W tej sytuacji musiał pogodzić się z tym, że Ostoja będzie się bronić, a ja mogłem jej w tym pomóc.
- Co jak co, ale zgadzam się – dołączył do rozmowy Konrad, który dotychczas wsłuchiwał się bez słowa – Irek dobrze mówi. Przyjechanie tutaj było dobrym posunięciem, ale mamy beznadziejną pozycję. Jak obstawimy drogę z przodu to Złomiarze, lub to co ich zabiło zajdzie nas od flanki. Jeżeli wycofalibyśmy się pod Toruń to moglibyśmy zorganizować obronę z prawdziwego zdarzenia, być może przy pomocy Wandy, na terenie, który znamy i kontrolujemy. Płock musi wytrzymać bez naszej pomocy, ale wydaje mi się, że to wszystko jedna, wielka pułapka, której celem było wywabienie nas i kupienie czasu, żebyśmy nie byli aż tak gotowi na atak stada – powiedział.
- Cholera by to wszystko… - krzyknął Dziara i kopnął pobliską skrzynkę, która rozwaliła się z trzaskiem. Spojrzał na drogę przed nami, gdzie zaraz miało być pełno zombie. Pokiwał głową jakby sam nie wierząc w to co robi po czym zakręcił w powietrzu dłonią, dając znak, żebyśmy zbierali obóz. Wracaliśmy do domu.
                Zebranie wszystkiego nie zajęło nam wiele czasu. Na twarzach ludzi widać było zarówno ulgę jak i złość. Jednym podobało się to, że opuszczamy tak niebezpieczne tereny, a drudzy widzieli tylko to, że znowu trzeba pracować i jechać. Ja jednak się cieszyłem. Chociaż Dziara i reszta patrzyli na mnie w dziwny sposób to wizja tego, że uniknę rozlewu krwi, a przynajmniej go przesunę, napawała radością. Tak bardzo chciałem uniknąć skutków moich czynów.  Sprawić, żeby jak najmniej osób ucierpiało, bo tego, że ktoś zginie byłem pewien. To wszystko to była kwestia czasu, a ja go byłem w stanie nieco kupić.
- Wsiadasz? – zapytał Dziara.

- Tak. Jedźmy – poprosiłem.

sobota, 24 października 2015

Rozdział 23: Przemarsz

Rozdział 23, kolejny z perspektywy Irka. Wraz z resztą Irek stawia ostatnie punkty. Cała grupa coraz bardziej zagłębia się w nieznane terytoria. Są bardzo zmęczeni i chcą jak najszybciej wrócić do domu.

POV:
Rozdział 23 - Irek - Dzień 10 - 11
Bobru - Dzień 10-11 - Jest w Grudziądzu
Olaf  - Dzień 10-11 - Jest w okolicach Grudziądza

----------------------------------------

Rozdział 23 (Irek): Przemarsz


                Chociaż przysypiałem, to co jakiś czas się budziłem, żeby zobaczyć, gdzie aktualnie jesteśmy. Wyjeżdżaliśmy jeszcze bardziej na wschód. Były to tereny znajdujące się daleko od znanych mi obozów i wiedziałem, że będzie tu coraz ciężej. Zostało nam jeszcze pięć punktów i każdy był kawałek dalej od następnego. Nie wiedzieliśmy, czy nie ma tu innego obozu, gdzie ocalali starają się przetrwać, tak samo jak my w Toruniu czy Inowrocławiu. Chociaż Ben nie wspominał nam o niczym, to wciąż istniało takie ryzyko.
                Wszyscy byli zmęczeni.  Chciałem jednak, żebyśmy jak najszybciej wykonali tę misję i wrócili na nasze tereny. Byłem coraz bardziej ciekaw co dzieje się w tym czasie z pozostałymi grupami. Każdy miał swoje zadanie i chociaż nasze póki co nie sprawiało większych problemów, to byłem pewien, że grupy uderzające na Złomiarzy mogły mieć tarapaty. Każdy jednak miał swoje zadanie i od ich powodzenia zależało wiele rzeczy, ale przede wszystkim pokój i sojusz między okolicznymi obozami.
- Nie powinniśmy się gdzieś zatrzymać? Ledwo widzę na oczy – zapytał Krystek.
- Jak u ciebie Dymitr? – zapytał Gigant.
- Też bym się przekimał. Nie jest jeszcze najgorzej, ale jeszcze z godzina i usnę przed kółkiem.
- Ja mogę cię zmienić – zaproponowała kobieta z Inowrocławia.
- No nie wiem paniusiu. Póki co twój szef wysłał nas na te pustkowia bez żadnego szczególnego powodu. Dalej mam w głowie to, że może nas wyniszczać żeby zaatakować w odpowiednim momencie. Przecież teraz taki Toruń jest podatny na każdy atak… - wystrzelił nagle Dymitr.
                Słyszałem jak nasza towarzyszka wciągnęła głośno powietrze.
- Jak śmiesz… Ben próbuje pogodzić wszystkie okoliczne obozy. A ty oskarżasz go o coś takiego? – w jej głosie, pomimo zmęczenia, słychać było złość.
- Jeżeli w tym świecie przestrzega się jakichś zasad, to najważniejszą jest „nie ufaj nikomu”. Czy to takie dziwne, że nie ufam tajemniczemu człowiekowi na cholernym wózku inwalidzkim, który wydaje się wiedzieć wszystko?
- Ej spokój! – krzyknąłem – Ja usiądę za kółko. Po prostu jedźmy. Nie chcę przebywać na tych ziemiach dłużej niż trzeba. Załatwmy ostatnie pięć punktów i wracajmy do naszych.
Dymitr zatrzymał auto i piorunując spojrzeniem kobietę usiadł na boku przy Rudej. Ja, pomimo zmęczenia ruszyłem dalej. Kolejny punkt na mapie, był zaledwie kawałek od nas.
                Dojechaliśmy na polanę. Powoli zatrzymałem pojazd.
- Sprawdźmy wszystko ostrożnie – poprosiłem. Chociaż polana była otwarta i nigdzie w okolicy nie było widać budynków, to na jej środku szło parę trupów. Wyszliśmy na zewnątrz. Krystek oraz Ruda zaczęli rozpakowywać materiały, a ja z Gigantem podeszliśmy do przodu. Zombie szybko odwróciły się w naszą stronę i zaczęły powoli człapać, wyciągając powykręcane kończyny w naszą stronę. Zawsze zastanawiałem się co niektóre z nich musiały przeżyć żeby tak wyglądać. Powyłamywane z zawiasów szczęki, porozrywane policzki, wykręcone, połamane ręce, wygięte nogi, a to wszystko jedna nie zatrzymywało ich przed dalszą wędrówką i zabijaniem każdej żywej istoty.
                Gigant ze świstem wyciągnął swój miecz i przeciął głowę pierwszego trupa na pół. Ja rzuciłem się na drugiego, najpierw kopiąc go, a potem dobijając leżącego. Szło nam całkiem sprawnie. Po tylu miesiącach życia w tym świecie człowiek w końcu dostosował się do walki z nimi. Chociaż nie każdy. Byłem pewien, że połowa mieszkańców Torunia, przy bliższym spotkaniu z zombie panikowałaby i nie wiedziała co robić. To był błąd dowódców, że nie przeprowadzali pełnego szkolenia, żeby każdy mieszkaniec mógł się obronić. Czułem jednak, że gdy stado zbliży się nieco do naszych terenów to ludzie sami będą chcieli nauczyć się bronić.
                Było wiele podziałów ludzi, ale jednak najważniejszym był ten, który dzielił ich na ocalałych z drogi oraz tych, którzy od początku trzymali się bezpiecznych murów obozów. Na drodze trzeba było walczyć o swoje i nigdy nie było bezpiecznie. W obozie z kolei ludzie byli cały czas chronieni i nie do końca zdawali sobie sprawę, że to nie jest tak proste jak na filmach i jeden nieuważny ruch mógł kosztować życie, albo utratę kończyny. To była ciągła walka. Ja miałem łatwiej, ponieważ ugryzienie nie mogło mnie zabić, ale wciąż byłem podatny na wiele innych rzeczy.
                Gigant zamachnął się po raz ostatni i kiwnął głową na znak, że to już wszystko. Ja pomachałem w stronę wozu, dając im do zrozumienia, że jest bezpiecznie i ci chwilę później rozpakowywali potrzebne rzeczy na polanie. W pocie czoła i przy wschodzącym powoli słońcu, zajmowaliśmy się standardową procedurą. Było kopanie dołu, wygładzanie go, nasuwanie zabezpieczenia na słup, stawianie słupa, przymocowanie zabezpieczenia, zasypanie ziemią fundamentu, a następnie rozwieszenie flagi. Była to robota na góra godzinę, więc gdy skończyliśmy słońce już wychyliło się całe zza horyzontu i przywitało nas nowego dnia.
- Myślę, że warto się tu na chwilę zatrzymać i odpocząć. Zjedzmy coś, bo konam z głodu – zaproponował Gigant.
- W sumie nie zaszkodzi zatrzymać się na parę minut – powiedziałem.
- No to postanowione – ucieszyła się Ruda i wraz z kobietą z Inowrocławia zaczęły przynosić nasze zapasy. Mu usiedliśmy na pieńkach obok nowo powstałego punktu i czekaliśmy na nasze porcje.
- Nie podoba mi się ta baba. Ogólnie cały Inowrocław – zaczął nagle Krystek.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Wiesz ta cała iluzja obozu to bujda. Widziałeś co ze mną zrobili gdy ten buc mnie zaatakował. Udają, że mają zasady, wiedzą wszystko i kontrolują całą okolicę, ale tak naprawdę, gdyby Toruń chciał to by ich wymordował i przejął. Nawet nie chodzi tutaj o liczebność. Jakościowo na jednego człowieka z Ostoi przypada pięciu z Inowrocławia – w jego słowach było sporo prawdy, ale zaskoczył mnie ton jakim to powiedział. Mogło się wydawać jakby szczerze nienawidził tego miejsca.
- Może i masz racje, ale Ben wydaje się wiedzieć dużo. A my musimy wiedzieć jak najwięcej – powiedziałem.
- Mam nadzieję, że nie robimy teraz czegoś, co sprowadzi na nas kłopoty… - powiedział po cichu.
- Myślisz, że te punkty to znak do kogoś? Do innego obozu? Typu „chodźcie tędy i dojdziecie do Ostoi”? – zapytałem nieco przerażony taką opcją.
- Ja nic nie mówię stary. Ale nie zdziwię się jak obudzimy się pewnego dnia otoczeni, a Inowrocław będzie miał to w dupie. Ci ludzie… - przerwał, gdy zobaczył, że kobieta i Ruda wracają – Wrócimy później do tej rozmowy.
                Jego słowa dawały mi nieco do myślenia. Co prawda nie lubiłem myśleć negatywnie i zawsze starałem się pocieszać innych, ale gdy teraz usłyszałem tę teorię od Krystiana to zacząłem widzieć to wszystko z innej strony. Jak ciężko było zaufać w tych czasach. Właściwie mógł on mieć rację, mogliśmy być tak zmanipulowani, że nawet nie wiedzieliśmy o tym, że zakładamy pułapkę sami na siebie. Byłem ciekaw dalszego przebiegu rozmowy, ale teraz liczyło się tylko jedzenie i ruszenie dalej, aby jak najszybciej załatwić niezbędne sprawy i wrócić.
                Kolejne dwa punkty załatwiliśmy w podobny sposób, bo były umiejscowione na otwartym terenie, gdzie po przeczyszczeniu okolic z zombie praca był prosta i przyjemna. Słońce w końcu znalazło się wysoko na niebie, chociaż pogoda zapowiadała nadchodzący deszcz. Zmęczenie dawało się we znaki, ale byłem dosyć wytrzymałym człowiekiem i wiedziałem, że do mogę sobie pozwolić na poprawne funkcjonowanie do końca dzisiejszego dnia.
- Zostały dwa, każdy bardziej wysunięty na wschód od poprzedniego – stwierdził Dymitr siadając za kółkiem.
- Sam powrót do Inowrocławia zajmie nam parę godzin – powiedział ze smutkiem Gigant.
- Spokojnie panowie, to już ostatnie dwa. Jeszcze trochę wysiłku i z rana będziemy już w domu.
                Miałem nadzieję, że moje słowa jakkolwiek pomagają reszcie, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że są oni bardzo zmęczeni. Mogło to doprowadzić do głupich błędów, ale musiałem być pewnym siebie i swoich umiejętności, żeby zapobiec ewentualnej katastrofie. Kolejny z punktów znajdował się przy rzece niedaleko Nowego Dworu Mazowieckiego, czyli miejsca całkiem niedaleko Płocka, w którym Bobru planował się osiedlić według postanowień Wielkiego Spotkania Ocalałych. Być może miał być to też mój nowy dom, bo póki co czułem się dobrze w tej grupie i chociaż było tu parę cięższych charakterów to dogadywałem się z większością.
- Stacja paliw? Tu jest napisane, że będziemy mieli nawet fundament, wystarczy tylko przewiesić flagę – powiedział ze zdziwieniem Krystek.
- Czyli wychodzi na to, że ktoś kiedyś już to robił – powiedziałem.
- Tak, Ben wysyłał już parę razy osoby do tej roboty, ale nigdy na taką skalę – włączyła się do rozmowy kobieta – W Inowrocławiu dbamy o stały dostęp do informacji – powiedziała.
- Ech czemu dowiadujemy się takich rzeczy dopiero pod koniec drogi – powiedział Krystek. On i Dymitr byli negatywnie nastawieni i podziwiałem kobietę, za to, że nie wchodziła z nimi w większe kłótnię.
- A co by to zmieniło? Ja też nie wiem jakie macie schematy działania w Toruniu. Nasze obozy dopiero się poznają – powiedziała.
- Taa… nie wiecie – szepnął ironicznie i dosyć głośno Dymitr.
- Przestaniecie w końcu? – poprosiła Ruda – Mamy budować cywilizacje, a nie obrażać się na każdym kroku. Skupmy się na zadaniu i wracajmy do cholernego domu.
                To ostatecznie skończyło dyskusję. Atmosfera była napięta, a zmęczenie tylko prowokowało do głupich decyzji. Wkrótce dojechaliśmy do niedużego miasteczka sąsiadującego z Płockiem. Trzymało się ono całkiem nieźle jak na Apokalipsę. Byłem gotów powiedzieć, że ktoś je oczyszczał, ale poza tym, że ulicę nie były zawalone wrakami i nie widać było zbyt wiele trupów, to zdecydowanie nie widać też było oznak żadnego obozu, lub życia.
- Ktoś musiał to oczyścić, ale ostatecznie zrezygnował z życia tutaj – stwierdził Gigant, gdy Dymitr powoli skręcał w centrum miasta – Stacja paliw jest na obrzeżach. Załatwmy to szybko i spadajmy, bo mimo wszystko coś mi tu nie pasuje.
Też czułem jakby coś wisiało w powietrzu. Był środek dnia, a mimo to puste ulice wyglądały upiornie. Przejeżdżałem przez wiele zniszczonych wiosek, miast i miasteczek, ale nigdy nie widziałem takiego, które było oczyszczone, ale też opustoszałe. Coś tu było nie tak i w głowie układały mi  się nieciekawe wizje. Znajdowaliśmy się niebezpiecznie blisko Warszawy, z której, z tego co mówił Ben, grozić nam może spotkanie z sporym obozem Ocalałych oraz największym stadem zombie jakie mogliśmy sobie wyobrazić.
                Znaleźliśmy w końcu stację, o której mówiła mapa. Była ona położona na obrzeżu, niedaleko sporego sklepu meblowego oraz kilku dużych magazynów przemysłowych.  Zrobiło się wyjątkowo ponuro, kiedy zobaczyliśmy dwa wiszące na sznurach trupy, które machały bezsilnie rękoma w naszą stronę. Ponury los musiał spotkać tę dwójkę. Wysiedliśmy i ponownie rozdzieliliśmy. Ja z Gigantem poszliśmy sprawdzać teren stacji, a reszta zajęła się wypakowaniem materiałów. Flaga, o której mówiła kobieta z Inowrocławia rzeczywiście powiewała spokojnie na wietrze, ale w przeciwieństwie do naszej, była zniszczona i miała kolor niebieski.
                Na całej stacji nie było zbyt dużo trupów. Znaleźliśmy dwa przygniecione kontenerem na śmieci na tyłach, oraz jednego w środku. Zajęliśmy się nimi bez żadnych problemów, po czym wróciliśmy do naszych żeby im pomóc z ustawianiem punktu. Dymitr podszedł do słupa i zaczął kręcić korbą, żeby zdjąć aktualną flagę, a my spokojnie czekaliśmy, rozglądając się na około. Wydawało się jednak, że jest czysto. Nie mieliśmy żadnych problemów. To była miła odmiana w porównaniu z innymi punktami. Założyliśmy sprawnie naszą flagę po czym wciągnęliśmy ją na szczyt.
- Załatwione – powiedział Dymitr – Został ostatni punkt i możemy wracać.
                Nagle na horyzoncie zauważyliśmy dym. Odległy, ale dobrze widoczny.
- To jest wschód? – zapytał Krystek.
- Bardziej południe. Nie na naszej drodze. Ale cholera i tak nie wygląda to obiecująco – powiedziałem.
- Myślicie, że to z Warszawy?  - zapytał Dymitr.
- Raczej tak. Coś tam musi się dziać, a nasz ostatni punkt jest na jej obrzeżach. Dlatego uważajcie ludzie. Zróbmy to jak najszybciej i spieprzajmy jak najdalej stąd – stwierdziłem. Nie lubiłem takich sytuacji. Z jednej strony wiedziałem na co się piszę, ale nie dopuszczałem do myśli tego, że możemy kogoś spotkać. Teraz jednak byłem pewien, że ktoś tam jest i może wpaść akurat na nas. Stawianie punktu zazwyczaj zajmuje około godziny. To mnóstwo czasu na wpadnięcie w zasadzkę.
                Wsiedliśmy z powrotem do pojazdu i ruszyliśmy. Miasteczko szybko zniknęło za naszymi plecami, a my w coraz to bardziej niepewnych nastrojach ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy i jechaliśmy, mijając wioski, miasta, oraz most, aż w końcu znaleźliśmy się po drugiej stronie Wisły. Ostatni punkt zbliżał się do nas z każdą kolejną chwilą. Ja z kolei każdą chwilę przeznaczałem na odpoczynek. Wieczór nadchodził, a słońce powoli kierowało się ku horyzontowi. Siedziałem na tyłach przy ostatnim słupie i ostatnim zwoju materiału wraz z Gigantem, który czyścił swój miecz.
- Zastanawiam się, czy nie zawrócić. Moglibyśmy wrócić i powiedzieć, że ostatni punkt był zbyt niebezpieczny do obsadzenia. Mam bardzo złe przeczucia co do pojechania tam – wskazałem ręką kierunek, w którym się przemieszczaliśmy.
- To jest opcja. Też mam pewne obawy. Jeszcze ten dym. Nie wiadomo co się tam dzieje. Chociaż jesteśmy już bardzo blisko. Może spytajmy reszty? – zaproponował wielkolud.
- Hej ludzie – podniosłem głos – Może zawróćmy? To na co się teraz piszemy jest bardzo niebezpieczne. Nie uważacie, że bezpieczniej byłoby zawrócić? I tak zrobiliśmy prawie wszystkie punkty. Myślę, że bez tego jednego jakoś damy sobie radę.
                Przez dobrą chwilę wszyscy milczeli jakby zastanawiając się nad moją kusząco propozycją.
- Ja też bym wracał. Cholera nie ukrywam, że obawiam się tego co może się stać podczas stawiania ostatniego punktu – powiedział Dymitr.
- Chcecie naprawdę poddać się tuż przed końcem? Jesteśmy już prawie na miejscu. Za dziesięć minut zaczniemy pracę i jak się zepniemy, za godzinę będziemy już wracać do domu – wtrąciła kobieta z Inowrocławia.
- Nie zamierzam narażać życia przyjaciół i kobiety, którą kocham dla pieprzonego punktu – słowa kobiety zadziałały na Dymitra jak płachta na byka.
- Hej spokojnie, to była luźna propozycja – powiedział Gigant.
- Może zatrzymajmy się i to przegłosujmy? – zaproponowała Ruda.
                Dymitr zjechał powoli na pobocze drogi i zatrzymał pojazd.
- Dobra, wyjdźmy na zewnątrz i przedyskutujmy to na świeżym powietrzu.
Wysiedliśmy ostrożnie i zeszliśmy kawałek na pobocze. Dymitr poszedł dalej żeby się wysikać, a my czekaliśmy dyskutując.
- Nie wierzę, że Ben dał wam jedno proste zadanie, a wy wykruszacie się gdy jest ono praktycznie zakończone – kontynuowała kobieta.
- Co to za różnica? Ben na pewno nie chciałby, żebyśmy ryzykowali stawiając punkt,  narażając się na niebezpieczeństwo podczas tego – powiedział Krystek zdenerwowany całą sytuacją.
- Co ty możesz o tym wiedzieć. Ledwo przyjechałeś i złamałeś już jedną z zasad! – wykrzyknęła kobieta.
- Bo te zasady są chuja warte. I doprowadzą was jedynie do zguby. Gdyby nie pomoc Torunia to lada moment sami byście się pozabijali swoimi ideami i przekonaniami – zripostował.
- Dobra miało być głosowanie. Kto jest za tym, żeby zawrócić? – zapytała Ruda, widząc, że Dymitr wraca z lasu.
                Podniosłem rękę. To samo zrobił Gigant, Krystek oraz Dymitr.
- Kochanie chcesz zostać? – zapytał nasz kierowca.
- Czy to ma jakieś znaczenie? I tak zostałyśmy przegłosowane. Może i macie racje. Nie powinniśmy ryzykować. Zrobiliśmy dziewięć punktów, w tym ten, który był najważniejszy. Możemy nawet skłamać o zrobieniu tego – stwierdziła.
- Powiem Benowi. Więc lepiej zacznijcie od prawdy, bo on i tak się dowie – zagroziła mieszkanka Inowrocławia.
Zobaczyłem, że Krystek zagryza zęby, ale zaraz wybuchnie.
- Przestań w końcu tak ślepo służyć temu człowiekowi! Decyzja jest podjęta i jeżeli masz chociaż trochę oleju w głowie, to się do niej dostosujesz! – wykrzyczał.
- Nie. Jesteście bandą dzikusów. Wy z Torunia. Chcecie odbudować cywilizacje, a sami zachowujecie się jak potwory. Nie złamiecie mnie swoimi poglądami – odpowiedziała.
Zobaczyłem, że Krystek sięga do kabury z bronią, więc momentalnie podbiegłem do niego i złapałem go za rękę.
- Przestań – powiedziałem stanowczo.
- Irek, ona nas zabije! Zaraz zrobi coś głupiego, żeby tylko kazać nam dokończyć punkt, nie widzisz, że to jest fanatyczka? – zapytał
- Wszyscy się uspokójcie! – krzyknęła Ruda.
- Po prostu wsiadajmy do ciężarówki i zawracajmy. Jeżeli ktoś jest w okolicy to mamy przesrane – stwierdził Gigant, rozglądając się naokoło.
                Nagle z oddali usłyszeliśmy przeszywający, kobiecy krzyk wołający o pomoc. Poczułem jak przechodzi mnie dreszcz taki, że aż zadrżałem. Krzyk narastał, a ja szybko doszedłem do wniosku, że dochodzi on zaledwie kawałek od nas.
- Przygotowujcie wóz, ja szybko to sprawdzę – powiedziałem.
- Oszalałeś!? – zapytał Gigant, zatrzymując mnie ręką.
- O kurwa… - zaklął pod nosem Dymitr  wskazując na coś palcem. Wszyscy spojrzeliśmy w tę stronę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Na tle słońca, na drodze widać było postacie, chwiejnym krokiem idące w naszą stronę.  Z początku było ich paręnaście, ale gdy tylko te pierwsze podchodziły bliżej, to kolejne pojawiały się tuż za nimi. Trupy. Przypomniał mi się dzień, w którym odkryłem, że jestem odporny na działanie ich ugryzienia. Wtedy dorwały mnie i prawie rozszarpały. Przeżyłem jednak i teraz wizje tego koszmaru powracały.
- Uciekajmy! – krzyknął Dymitr biegnąc w stronę wozu razem z Rudą.
- Hej! – krzyknąłem, kiedy zobaczyłem, że kobieta z Inowrocławia ucieka w las.
- Zostaw ją! – wrzeszczał za mną Krystian, ale ja go nie słuchałem. Nie mogłem pozwolić na to, żeby ktoś po prostu zginął. Sama nie miała szans, a jakbym złapał ją odpowiednio szybko, to może dogonilibyśmy na zakręcie naszą ciężarówkę.
- Poczekajcie na zakręcie! – wrzasnąłem, nie odwracając się żeby nie zgubić jej z oczu. Po mojej lewej zaczęły pojawiać się trupy, ale ja biegłem, krzycząc co chwilę do kobiety, żeby się zatrzymała. Ta jednak była tak wystraszona, że nie słuchała mnie kompletnie. To był właśnie minus osób, które całą apokalipsę spędziły za bezpiecznymi murami, a ich jedyny kontakt z zombie ograniczał się do słuchania ich odległych jęków.
                Przede mną widziałem blask czegoś, co wyglądało jak ognisko. Było to wciąż dosyć odległe, ale już widoczne. Zombie przecinały nas z lewej i były już zaledwie parę kroków od nas. Kobieta zaczęła skręcać w prawo, ale nagle potknęła się i z hukiem poleciała przed siebie. Byłem coraz bliżej, ale zombie było pierwsze. Skoczyło na nią, a ta zaczęła wrzeszczeć i starała się je odepchnąć. Trup był jednak silniejszy i po chwili usłyszałem krzyk, rozdzierający krzyk, gdy umarlak zatopił w niej zęby. Dobiegłem w końcu, ale wiedziałem, że jest już za późno. Dobiłem trupa przy pomocy noża i po chwili zabiłem kolejnego.
- Trzymaj się, wszystko będzie dobrze – sam nie wiem dlaczego to powiedziałem. Może chciałem ją uspokoić przed tym jak zatopiłem nóż w jej czaszce, a może chciałem sam się uspokoić. Kobieta jęknęła cicho i zamknęła oczy. Przynajmniej miała już spokój. Poczułem jak coś łapie mnie za plecy i będąc pewny, że to zombie chciałem to odepchnąć. Poczułem jednak uderzenie i świat zawirował. Słyszałem jakieś głosy i poczułem, że jestem ciągnięty, ale nie miałem siły się przeciwstawić.
- Co z nim? – zapytała jakaś kobieta.
- Załóżcie mu maskę. Znam go – usłyszałem znajomy głos.

- Szefie… Cezary. Myślałem, że nie robisz wyjątków… - powiedziała, a ja zbyt zszokowany i ogłuszony żeby coś powiedzieć poczułem jak na mojej twarzy pojawia się coś lepkiego i śmierdzącego. Zombie przechodziły obok, a ja niedowierzając spojrzałem w twarz syna Włodka. Przywódcy Zszytych.

wtorek, 10 marca 2015

Rozdział 23: W proch się obrócisz

Rozdział 23, ostatni w tym tomie z perspektywy Erniego. Dzień po tym jak Łapa wraz z resztą uciekły wydarzenia zwolniły, ale czy na pewno. Dziara wciąż chce się pozbyć Karła i planuje wykorzystać do tego Bobra oraz coś, o czym jeszcze nie wiemy. Jak się ostatecznie zakończy Plan Dziary? Czy uda mu się wyjść korzystnie z tej sytuacji? Zobaczycie w tym rozdziale, zapraszam do czytania i komentowania :)

----------------------------------------------

Rozdział 23 (Erni): W proch się obrócisz


                Gdy tylko się obudziłem sięgnąłem po dzbanek z wodą i pociągnąłem parę solidnych łyków. Czułem się okropnie, chociaż wyspanie się w wygodnym łóżku znacznie poprawiło moją kondycję. Sama podróż i zasadzka były wykańczające, a wczorajsze pasmo zdarzeń po prostu mnie dobiło. Śmierć Daliona i Smroda, atak na Dziarę, ucieczka Łapy, Magdy i Miczi, to wszystko stało się w przeciągu paru godzin. Teraz nasza drużyna była osłabiona. Nie byłem do końca pewien, czy dalej mogłem się do niej zaliczyć, bo w końcu teraz moim miejscem na ziemi był Toruń, ale gdyby Bobru miał stąd odejść to prawdopodobnie poszedłbym z nim. Prawdopodobnie.
                Wstałem i ubrałem się wyglądając za okno. Pogoda była ładna, po chmurach nie było widać śladu, co mnie ucieszyło. Otworzyłem okno, żeby wpuścić trochę powietrza i wyjrzałem na Plac Główny. Krzątało się tam teraz sporo ludzi, którzy ustawiali drewniany podest. Bobru wspominał mi coś o jakiejś uroczystości więc nie zdziwiło mnie to specjalnie. Postanowiłem się przejść. Zszedłem po schodach na dół i ruszyłem do wyjścia raźnym krokiem. Moja twarz nie wyglądała aż tak źle, a poza tym mało mnie interesowała opinia innych ludzi. Mam prawo do wyglądania jak wyglądam szczególnie po tym, co przeżyłem w ostatnich dniach.
                Przed wejściem zauważyłem Dymitra, który palił papierosa. Podszedłem do niego. Jego broda była teraz dłuższa, a on wyglądał na jeszcze bardziej chudego, niż wtedy, kiedy go spotkałem na drodze do Torunia. Uśmiechnął się jednak na mój widok i wyciągnął rękę na przywitanie.
- Już na nogach? – zapytał ironicznie.
- Kiedyś trzeba odespać to całe gówno – odpowiedziałem żartobliwie.
- Słyszałem, że miałeś spore problemy na ostatniej trasie… - zaczął.
- Wiesz co, mam ochotę na piwo, zabierzesz się ze mną i tam pogadamy? – zaproponowałem.
- Jasne! – powiedział z entuzjazmem i gasząc papieros o budynek rzucił go do kosza.
                Szliśmy spokojnie, nigdzie nam się na razie nie spieszyło, a ja miałem ogromną chęć na wypicie piwa. Po prostu tego potrzebowałem. Po drodze spotkaliśmy Mpd, który tłumaczył coś jednemu ze strażników. Gdy nas zauważył skinął głową i zamachał. Odpowiedziałem mu skinięciem i wrócił do rozmowy. Do baru było niedaleko, więc niebawem byliśmy już w mrocznym środku. Teraz jednym źródłem światła były okna przy samym suficie, które wpuszczały do podziemnej knajpy nieco światła.
                Usiedliśmy przy stoliku w kącie i zamówiliśmy po piwie. W barze było dosyć pusto, ale to co zauważyłem nieco mnie zdziwiło. Za ladą, w strojach kelnerek pracowały Ola i Karolina, dziewczyny, które spotkałem na trasie Zbłąkanego Ocalałego. One tak samo jak ja były więzione przez Daliona i jego zgraję. Nie odbiło się jednak to na ich psychice, bo jak Karolina przyniosła nam zamówiony alkohol, to uśmiechnęła się wesoło.
- Więc opowiadaj – poprosił Dymitr biorąc łyk piwa.
                Opowiedziałem mu bez większych szczegółów jak przebiegły moje ostatnie dni . Po skończonej opowieści mój towarzysz gwizdnął tylko z uznaniem.
- No nieźle. Widać jak spotkałeś mnie to nie miałeś takich problemów, co? – zapytał wesoło.
- Oj nie. To był jakiś feralny wyjazd. Od samego początku. Straciłem kumpla i sporo nerwów… - powiedziałem, wspominając Cinka. Zostawało coraz mniej ocalałych, którzy przeżyli Królowy Most. Teraz gdy uciekła Miczi i Łapa to poza mną i Bobrem żył właściwie tylko Gigant.
- Właściwie to nigdy nie opowiadałeś o sobie, nie mieliśmy okazji pogadać – powiedziałem zgodnie z prawdą. Dymitra spotkałem już jakiś czas temu, a teraz coraz bardziej brakowało mi sytuacji, kiedy mogłem pogadać właściwie z każdym. Otaczało mnie coraz więcej obcych osób, więc chciałem nieco poszerzyć horyzonty.
- Och moja historia nie jest specjalnie ciekawa – zaczął – W sumie przed wybuchem tego gówna miałem kapelę rockową, trochę grałem z kumplami po mniejszych klubach. Zespół nazywał się „Witanutka”, kompletny spontan – opowiadał Dymitr zapijając piwem – Śpiewaliśmy po polsku i po rosyjsku, więc często dawaliśmy koncerty w Rosji i właśnie tam jechaliśmy, kiedy zaczęło się to… wszystko.
- Na czym grałeś? – zapytałem zaciekawiony.
- Na gitarze! – odpowiedział z zapałem.
- Wiesz, wydaję mi się, że jakaś gitara w Ostoi jest, jak będziesz chciał to popytam po znajomych –  zaproponowałem.
- Och! Byłoby zajebiście! – ucieszył się brodacz.
- A zawsze poruszałeś się w grupie? – zapytałem jeszcze.
- Bywało naprawdę różnie. Czasem łaziłem sam, ale miałem epizody, gdzie kręciłem się z grupką znajomych. Większość niestety straciłem – przyznał.
- Przykro mi.
- Nie, nie ma sprawy… Taki jest świat. Ty też sporo straciłeś i w sumie każdy z nas traci – ostatnią część powiedział nieco niewyraźnie, bo w ustach pojawił mu się papieros – Ważne, żeby trzymać się razem i mieć kogoś przy sobie. Samotność prowadzi do szaleństwa.
- Masz rację – odpowiedziałem krótko, po czym przeszliśmy na tematy bardziej przyziemne. W tym czasie do baru weszła naprawdę ładna dziewczyna, z długimi, rudymi włosami. Wyglądała groźnie i pięknie zarazem. Dymitr również ją zauważył i spłonął rumieńcem. Widać było, że mu się podobała.
- Idź do niej zagadać, może się do nas dosiądzie – zaproponowałem.
- No nie wiem… - powiedział niepewnie.
- Dajesz, nie bądź cienias – uderzałem na ambicje, chcąc w końcu zobaczyć coś przyjemnego na oczy, a nie tylko śmierć, walkę i trupy.
                Chłopak wstał w końcu i nieśmiało podszedł do baru, gdzie stała teraz ruda. Szturchnął ją nieśmiało, co wywołało uśmiech na mojej twarzy po czym wskazał na nasz stolik. Ta uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową. Po chwili Dymitr wrócił.
- I co? – zapytałem.
- Zaraz tu przyjdzie – powiedział i podrapał się po brodzie.
- To chyba dobrze, co? – zapytałem.
- Mam nadzieję…
                Po chwili dziewczyna dosiadła się do nas.  Miała w ręce kufel piwa, więc zaczynała dzień podobnie. Wyciągnęła do mnie rękę, którą uścisnąłem.
- Natalia, dla przyjaciół Ruda – powiedziała.
- Erni, dla przyjaciół Kiciuś – odpowiedziałem.
- Słodko – skomentowała.
                Dymitr wyraźnie nie wiedział od czego zacząć, więc gdy posłał mi spojrzenie drgnałem, dając mu znak, żeby się w końcu odezwał.
- Eee… a więc skąd się tu znalazłaś? Nie widziałem cię wcześniej – zaczął.
- Mieszkałam tu kiedyś z ojcem. Potem przeniosłam się z nim na Drugi Posterunek, gdzie on jest dowódcą i byłam tam. Teraz zachciało mi się wrócić i pomóc, wiecie kobiece humory – powiedziała chichocząc.
- W sumie też tu niedawno przybyłem, Erni mnie uratował na drodze – opowiedział Dymitr.
- To szlachetne – powiedziała nieco ironicznie – właściwie to wiecie co to za podesty na Głównym Placu? Szykuje się jakaś impreza? – zapytała.
- Z tego co wiem, odbędzie się coś na kształt apelu – odpowiedziałem.
Ruda wzięła łyk piwa i wytarła pianę z ust.
- Brzmi nudnie…
- Czasem trzeba – dodał Dymitr.
                Rozmowa szybko zeszła na luźniejsze tematy. Okazało się, że Rudą przywiózł to Bobru i kiedy dziewczyna dowiedziała się, że jesteśmy jego przyjaciółmi to ucieszyła się. Z tego co zdążyłem zauważyć, była jego fanką. W barze zaczęło się robić tłoczno i głośno, więc przybliżyliśmy się do siebie twarzami, żeby się lepiej słyszeć. W tłumie jedzących śniadanie, pijących poranną kawę bądź też herbatę, a także takich, którzy zaczynali dzień alkoholem jak my, dojrzałem Giganta. Brakowało mi obecności Karola, kiedy byłem na wyjeździe, a także gdy wróciłem i dowiedziałem się, że jest w więzieniu i gdy widziałem go teraz swobodnie poruszającego się po mieście to ucieszyłem się. Pomachałem do niego i gdy ten podszedł przywitaliśmy się.
- Tak z rana? – zapytał rozbawiony, patrząc na szklanki piwa, przekrzykując się przez gwar panujący w lokalu.
- Miałem ostatnio ciężkie dni – odpowiedziałem.
- W sumie ja też… zaraz się do was dosiądę.
                Po chwili Gigant dosiadł się do nas z kuflem piwa i szybko przedstawił się Natalii. Ta była jeszcze bardziej zachwycona.
- Przepraszam, za ekscytację, ale muszę przyznać, że ten wasz Bobru to bardzo ciekawy człowiek. Nazwalibyście go dobrym dowódcą? – zapytała.
- Raczej tak. Bez niego byśmy tu nie byli – odpowiedziałem.
- Ja też mu zawdzięczam bardzo dużo – stwierdził Gigant.
- Ja w sumie nie zdążyłem go dobrze poznać. W końcu spotkałem najpierw Erniego, ale wydaje mi się, że jest dobrym człowiekiem, w końcu uwolnił mnie z więzienia – dodał Dymitr.
                Nagle z zewnątrz dało się słyszeć próby megafonu. Apel miał się zacząć już niedługo. W barze zrobiło się aż ciszej, jakby wszyscy nasłuchiwali ledwo słyszalnego w podziemiach „raz raz, próba”.
- Chyba będziemy musieli się tam przejść. To może być ciekawe, jeżeli do apelu dołączą egzekucję – stwierdziłem.
- Egzekucję? – zapytała zaciekawiona Ruda.
- Tak. Jeden z towarzyszy Bobra, którego poznał on w drodze… - zacząłem.
- Był pieprzonym kanibalem i chciał mi zjeść nogę – dokończył dobitnie Gigant.
- Tak mniej więcej – ciągnąłem opowieść widząc, że Rudej się podoba. Wziąłem łyk piwa – W sensie był kanibalem, ale z tego co słyszałem poza tym, że zabił paru ludzi Łapy i okaleczył ciebie Karol, to uratował tez parę razy życie ekipy z Potwora. Tak Łowca nazwał swojego tira – wytłumaczyłem Natalii, gdy ta spojrzała nieco zdezorientowana.
- A potem zabił Natalię – dodał Gigant i szybko wytłumaczył, że była kiedyś inna Natalia, którą Bobru kochał, a która została zabita na ulicach Torunia.
- To było na samym początku i właściwie dlatego Bobru nigdy nie polubił tego miejsca. Nawet jeżeli mówi inaczej, to ja go znam i wiem, że zawsze gdy zostaje sam na sam z myślami to wraca do tej sytuacji. Podejrzenia wskazują Jakuba, ale niektórzy też mówili, że to… Łapa – powiedziałem.
- Sam nie wiem – stwierdził nieco niepewnie Gigant.
- Teraz już się nie dowiemy. Nie wiem czy słyszałeś, ale Łapa, Magda oraz Miczi, a możliwe, że ktoś jeszcze, uciekli wczoraj z Ostoi – powiedziałem, bekając po wypitym piwie.
- Uciekły? Jak Bobru to przyjął? – zapytał.
- Pewnie będzie przybity, w końcu nawet ja widziałem, że polubił tą dziką dziewczynę – wtrącił się Dymitr.
- Mówicie, o takiej czarnowłosej, ubranej na czarno dziewczynie? Chyba widziałam ją, jak tu przyjechałam. Witała się z Bobrem – odpowiedziała nieco nieprzytomnie Ruda, jakby próbowała sobie przypomnieć, co tak właściwie się wtedy stało.
- Tak, to na pewno ona – stwierdził Gigant.
- Ja tam jej nie lubiłem, więc tęsknić nie będę – dodałem. Wciąż pamiętałem ciało swojego brata pod mostem w Królowym Moście. To była jej sprawka i chociaż później Bobru zgodził się z nią na sojusz to nigdy nie mogłem jej do końca wybaczyć.
                Nagle usłyszeliśmy głos Szeryfa, dobywający się z zewnątrz, wzmocniony przez megafon.
- Chyba czas na nas – powiedział Dymitr i podniósł się. Ruda, Gigant i ja również wstaliśmy i skierowaliśmy się do wyjścia.
                Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie było teraz mnóstwo ludzi. Na podwyższeniu stał Bobru, Szeryf, Karzeł, ksiądz Jan oraz postać z workiem na głowie, która była związana. Karol oraz Dymitr wymienili jakieś słowa pokazując sobie księdza, ale nie skomentowali tego na głos, więc nie pytałem nawet o co chodzi. Prawdopodobnie zastanawiali się dlaczego nie ma Józefa, ale nie chciało mi się teraz o tym opowiadać. Ten apel zapowiadał się ciekawie, jeżeli miał być połączony z egzekucją Jakuba.
                Dołączyliśmy do tłumu i stanęliśmy po prawej stronie, żeby być całkiem blisko sceny, a zarazem nie być w centrum uwagi. Ceremonia rozpoczęła się, kiedy usłyszeliśmy w głośnikach głos Jana.
- Myślisz, że to może być on? – zapytał niedowierzając Dymitr.
- Na to wygląda… - odpowiedział Gigant.
- Możecie powiedzieć, o czym tak zażarcie dyskutujecie? – zapytałem.
- Chyba jest ze mną coś nie tak, ale ten ksiądz wygląda dokładnie tak samo jak dowódca Gangu, którego spotkaliśmy na moście między Czwartym Posterunkiem a Toruniem – wytłumaczył Gigant. Właściwie to nie zdziwiłoby mnie to, gdyby Dziara współpracował z Gangiem, ale podobno ich dowódca nie żył już, co wytłumaczyłem szybko reszcie.
- Sam już nie wiem – stwierdził Gigant patrząc na scenę, gdzie Jan przekazał głos Bobrowi.
- Ja również was witam, dzisiaj zastąpię Dziarę jako kapitan Czerwonych Flar i będę się starał pomóc wam w ubezpieczaniu tego apelu – powiedział dosyć pogodnym głosem. Przez tłum przeszła fala szeptów. Z bliska dało się usłyszeć, że ludzie pytają co z Dziarą i dlaczego Bobru go zastąpił na tak ważnym wydarzeniu.
- Nie wiem czy słyszeliście – podjął Bobru – ale Dziara został zaatakowany wczorajszego wieczora. Jego stan jest stabilny, ale poleży trochę w szpitalu i w tym czasie ja przejmę jego obowiązki. Jeżeli kogoś interesuje posada Czerwonej Flary to przeprowadzam nabór i chętnych zapraszam do Kwatery Głównej. Przypominam, że aktualny skład Czerwonych Flar to ja, Dziara, Pablord, Mateusz, Maciek, Agnieszka, Wiktoria oraz Filip. Szukamy dwóch nowych osób, które zasilą nasze szeregi, żeby Ostoja pozostała miejscem takim jak jest teraz, a nawet lepszym – wyrecytował Bobru. Myślałem, że poradzi sobie nieco gorzej z wystąpieniem przed tak dużą publiką oczekującą od niego wielu rzeczy, ale radził sobie całkiem nieźle i mówił swobodnie i z przekonaniem.
                Gigant uśmiechnął się.
- Myślicie, że jest szansa, żebym się dostał? – zapytał jakby sam siebie, chociaż pytanie było skierowane do nas.
- Jak Bobru jest tak wysoko, myślę, że nie będziesz miał z tym najmniejszych problemów – powiedziałem.
- Ja chcę dodać od siebie, że dalej pracujemy nad sprawami ostatnich incydentów  w Ostoi – włączył się do rozmowy Szeryf – i postaramy się złapać sprawców. Niestety podejrzewamy, że osoby odpowiedzialne za zdarzenia z ostatnich tygodni w Ostoi zbiegły i ze złapaniem ich będzie pewien problem, ale postaramy się ich złapać nawet poza granicami Ostoi – zapewnił i oddał megafon Janowi, który zaczął czytać przypowieść z Pisma Świętego.
                Cały plac milczał, chociaż gdzie nie gdzie dało się słyszeć szepty. Ludzie dyskutowali, a propos ostatnich zdarzeń i nie dało się ukryć, że każdy miał swoje zdanie. Jakaś para stojąca obok naszej grupy przeklinała Karła i jego ostatnie działania, a z kolei dwóch starszych mężczyzn stojących na lewo od nas domagało się stracenia Dziary zaraz obok Jakuba.
                W końcu po paru historiach opowiedzianych przez Jana, ten przekazał głos Karłowi. Wojciech stanął na przedzie i zaczął mówić.
- Przejdę teraz do mniej przyjemnej części całego tego apelu, chociaż dla wielu może ważniejszej i bardziej ciekawej – zapowiedział po czym podszedł do więźnia – Za chwilę ten oto człowiek za wszystko co zrobił zostanie powieszony publicznie, ku przestrodze innych przestępców, którzy chcą zniszczyć naszą społeczność. Moim zadaniem jako waszego dowódcy jest pilnowanie porządku i postaram się dopełnić swojej roli. Ten człowiek jest oskarżony o liczne morderstwa przed pojawieniem się w Ostoi oraz w samym kompleksie. Dodatkowo jest podejrzany o kanibalizm oraz ucieczkę z więzienia. Czas z tym skończyć – to mówiąc sięgnął ręką, żeby rozwiązać worek na jego głowie i go uwolnić, ale w tym momencie przerwał mu Jan. Ksiądz podszedł i szepnął coś do niego. Ten spojrzał nieco zdziwiony najpierw na niego, a potem na Bobra.
                Obserwowaliśmy całą sytuację wraz z innymi z lekkim niepokojem, a po chwili zauważyliśmy, że Karzeł rozcina więzy krępujące ręce Jakuba i uwalnia go. Następnie poprowadził go na podest, gdzie ustawiono prowizoryczną szubienicę, ale coś nie pasowało. Jakub szedł bardzo nienaturalnie, jakby nie miał sił i widząc to sięgnąłem odruchowo po pistolet. Coś było nie tak. Nie zareagowałem jednak głośniej, a mogłem. Po prostu obserwowałem jednak, jak pozostali ludzie, a teraz była tu praktycznie cała Ostoja nie licząc ludzi pilnujących barykad, chorych oraz tych, których to kompletnie nie obchodziło. Zapadła cisza, kiedy Jakub był ustawiany na podeście i Wojciech sięgnął do worka przykrywającego jego głowę i go odsłonił.
                Wtedy, nawet z daleka, dało się zauważyć coś strasznego. Twarz Jakuba wyglądała jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Pomarszczone oblicze zamiast normalnego koloru było sine i po chwili dało się wywnioskować, że Jakbu już nie żył. Był zombie. Nikt nie zdążył jednak zareagować i po chwili wszyscy wydali z siebie głośne „oooch…”, kiedy zombie kanibala wgryzło się w szyję zaskoczonego dowódcy Ostoi i uwolniło falę czerwonej jak wino krwi. Pierwszą osobą, która zareagowało był Bobru, ale było już oczywiście za późno. Karzeł upadł tarzając się w kałuży własnej krwi, a zombie nie zaprzestało uczty.
                Bobru wyciągnął pistolet i wymierzył w głowę trupa oddając jeden, celny strzał. Wszyscy na około zaczęli panikować, a ja nie wiedziałem co się dzieje. Niektórzy zaczęli odbiegać w panice do tyłu popychając całą naszą grupę, ale nie łatwo było się przebić przez Giganta. Szeryf stał z szeroko otwartą buzią nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ale wtedy stało się coś jeszcze bardziej zaskakującego. Bobru wskazał palcem księdza. Z racji iż miał w rękach megafon krzyknął.
- To twoja sprawka. Ty uwolniłeś zakładnika i dałeś mu zginąć! – ryknął tak przerażająco, że niektórzy dołączyli się do uciekających. Szeryf podbiegł do Karła próbując go uratować, ale wiedział, że nic już nie zdziała. Zombie ugryzł Wojciecha prosto w szyję. Nie było ratunku. Bobru nie czekał. Wymierzył w Jana i strzelił parę razy. Wszyscy zamilkli i było słychać dokładnie, gdy ciało księdza upadało na drewnianą posadzkę. Rozpętał się prawdziwy chaos.

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 23: Względne bezpieczeństwo

Rozdział 23, kolejny z perspektywy Natalii. Zobaczycie w nim drogę z Czwartego Posterunku do Torunia i związane z nią komplikacje. Poznacie też postać, która z pewnością trafi na listę waszych najbardziej znienawidzonych postaci. Zapraszam do czytania!

--------------------------------------------

Rozdział 23 (Natalia): Względne bezpieczeństwo


                Gdy wyruszyliśmy, słońce dopiero wspinało się po nieboskłonie. Szybko opuściliśmy Czwarty Posterunek i ruszyliśmy na północny zachód.  Wszyscy wypoczęci i zregenerowani, byliśmy pełni sił do ostatniego odcinka podróży. Nie wiedziałam co sądzić o ludziach z Czwartego Posterunku, pomimo, że przyjęli nas dobrze, to zdawało mi się, że traktują nas odrobinę jak więźniów.  Jeszcze prośba o przewiezienie tajemniczego mężczyzny do Ostoi, była czymś zdecydowanie dziwnym.
                Mężczyzna był skuty kajdankami z rękoma za plecami, oraz zakneblowany. Szymon prosił nas, żebyśmy nie wyjmowali mu knebla, bo informacje, które ma są ważne dla Toruńskiej Ostoi. Kusiło mnie jednak, żeby to zrobić. Tajemniczy mężczyzna obserwował mnie uważnie jednym okiem i spoglądał również na Giganta, który siedział obok  Młodej i Egzorcysty.
                Droga, która nam pozostała nie była długa. Zastanawialiśmy się, którą stroną pojechać, żeby dojechać tam bez żadnych problemów. Szymon polecił nam, żebyśmy zabrali się przejazdem nadziemnym, które prowadziło drogą prosto do Torunia. Zdradził nam również dokładne położenie obozu – znajdował się on na obszarze Toruńskiego Starego Miasta. Radził nam żebyśmy wjechali tam od wschodu i powołali się na niego przy bramach, gdy strażnicy zapytają nas co tu robimy.
                Jechaliśmy dosyć szybko, po zjedzeniu śniadania na Czwartym Posterunku nie musieliśmy się na razie martwić o jedzenie. Gigant siedział i ostrzył swój miecz. Pamiętałam przerażenie na jego twarzy jak ostrze utknęło w czterech trupach naraz pod ogrodzeniem Czwartego Posterunku i jak bardzo martwił się o to, że straci ukochaną broń. Całe szczęście ją odzyskał i dostał nawet strój policyjny, który kiedyś nosił, a stracił po wizycie w domu kanibala. Siedział teraz zadowolony i uśmiechnięty od ucha do ucha. Najstarszy, Medyk oraz Łysy nie podzielali jego radości. Byli na pewno smutni po stracie Yetiego, ale wydawało mi się, że Najstarszemu leży co innego na duszy.
                Ranna Kobieta, która przedstawiła nam się jako Ika, siedziała teraz i czytała książkę, którą pożyczyła od jednego z ludzi na Czwartym Posterunku. Odpoczywała. Ja spoglądałam na otaczającą nas drogę. Co mnie dziwiło, na odcinku, na którym jechaliśmy, było teraz sporo zombie. Co prawda nie blokowały drogi, ale gdy nas zauważały to od razu kierowały wzrok w naszą stronę.  Odsłoniliśmy już plandekę, ponieważ było znacznie cieplej i nie musieliśmy już chować się za nią, żeby nie czuć kąsającego, zimnego wiatru.
                Gdy siedziałam na tyłach i obserwowałam tyły naszego pojazdu podeszła do mnie Młoda. Usiadła przy mnie i dołączyła się do obserwacji.
- Wszystko w porządku? – zapytałam.
- Tak. Po prostu czuję się dziwnie, jedziemy do tego Torunia już tak długi czas, a teraz mamy w końcu tam dotrzeć i po prostu… - zaczęła niespokojnie.
- Nie martw się będzie dobrze – pocieszyłam ją, głaszcząc po długich czarnych włosach – Gigancie prawda, że damy radę? – zapytałam, aby jeszcze bardziej upewnić dziewczynkę w tym, że nic nam nie grozi.
- No pewnie! Jesteś z nami mała, ochronimy cię jeśli będzie trzeba – powiedział wesoło Karol, odkładając miecz na bok.
- Ja też jestem tu, żeby ci pomagać – dołączył się do rozmowy Najstarszy.
                Wtedy zobaczyliśmy, że nasz więzień zaczyna się miotać i próbuje wstać. Gigant odruchowo sięgnął po miecz, a ja przytrzymałam Młodą, która przerażona wtuliła się w moje plecy.
- Uspokój się kowboju, bo będę musiał cię uspokoić siłą – krzyknął z przodu wozu Łysy.
Mężczyzna jednak nie dawał za wygraną. Próbował zdjąć knebel barkiem, ale Gigant przytrzymał go i posadził z powrotem na krzesło.  Nasz więzień tupnął ze złością i zaczął coś krzyczeć przez knebel.
- Może pozwolimy mu mówić? – zaproponował Egzorcysta.
- Wątpię, żeby to było bezpieczne – powiedział Najstarszy.
- Możecie się w końcu zamknąć? Droga jest cholernie ciężka. Zostawcie więźnia tak jak jest, szef Czwartego Posterunku tak chciał więc uszanujcie to – krzyknął Łysy.
Wszyscy ucichli. Nie podobała mi się coraz bardziej napięta sytuacja. Niestety nie wiedziałam co zrobić, żeby ją rozluźnić. Spojrzałam na więźnia, a on wciąż patrzył na mnie. Na jego twarzy pojawił się grymas. Czy był na mnie zły? A może po prostu chciał się uwolnić, tego nie mogłam być pewna.
                Wszyscy ucichli i więzień również się uspokoił. Jechaliśmy w spokoju przez pół godziny, gdy przed naszymi oczami pojawiła się większa grupa trupów. Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy się zatrzymać, jeżeli nie chcieliśmy narazić wozu na kolejną awarię. Wysiedliśmy niecałe dziesięć metrów od pierwszego trupa. Było ich na drodze około piętnastu, więc nie spodziewałam się większych problemów.  Kręciły się w okolicach wraku kampera stojącego przy drodze. Gdy nas zobaczyły od razu zaczęły pełzać w naszą stronę.
                Nie chcąc ryzykować stanęłam przy Łysym, który pociągnął na start walki serią z karabinu, zabijając dwa zombie.  Sama przeładowałam pistolet i wycelowałam w jednego z zombie. Dopiero za trzecim razem trafiłam w głowę, ale w końcu padł, w bezpiecznej odległości od nas. Gigant oraz Najstarszy ruszyli do przodu, tnąc mieczem i toporkiem w każdego trupa, który się do nich zbliżył.  Egzorcysta trzymał się blisko nas i starał się podcinać trupy i  wystawiać je mi, do czystego strzału.
                Po chwili zostały ostatnie dwa trupy, które były przy Gigancie i Najstarszym. Jeden z nich rzucił się na Najstarszego i powalił go na ziemię. Gdyby nie szybka interwencja Giganta to prawdopodobnie Najstarszy zostałby ugryziony. Udało mu się jednak w miarę szybko strącić trupa i przeciąć mu głowę na pół. Drugiego dobił wywracając go i uderzając nim o beton, aż zgniła czaszka rozprysła się z jej zawartością na zewnątrz.
                Uradowani z sukcesu nie przeszukiwaliśmy nawet wnętrza vana. Po prostu odjechaliśmy dalej. Wróciłam na swoje miejsce na pace i czekałam cierpliwie, aż ruszymy. W końcu pojazd wystartował i po chwili byliśmy już znowu w drodze. Zaczęło się robić zimno, gdyż słońce powoli chowało się na horyzoncie. Nie mogłam się doczekać dłuższych i cieplejszych dni. Zakryliśmy plandeką tyły pojazdu i usiedliśmy. Podróż pomimo naszego wypoczęcia była bardzo męcząca. Wszyscy nie wiedzieli co ze sobą zrobić w jakże denerwującym oczekiwaniu na dotarcie do celu.
                Usiadłam w końcu przy Gigancie i zaczęłam dialog.
- Co myślisz o tym wszystkim? – zapytałam.
- O czym wszystkim? O Toruniu? Sam już nie wiem… Staram się być dobrej myśli – powiedział drapiąc się po brodzie.
- Wydaję mi się, że tam będziemy mogli zacząć od nowa, ale jest tyle niewiadomych… - wyżaliłam się patrząc na towarzysza.
- Na przykład? ­– zapytał.
- Ludzie, którzy tam będą. Czy nam pomogą czy zrobią z nami to co z tym mężczyzną?  Czy jest tam ktoś z Królowego Mostu? – zaczęłam wyliczanie długiej listy kwestii, które pozostawały dla mnie zagadką i odwiedzały mnie w myślach już parokrotnie.
- Daj spokój, jakby chcieli mogliby nas zabić już wiele razy. O ile ci z Posterunku rzeczywiście byli z Torunia, to jestem pewien, że zostaniemy tam mile przyjęci – zapewnił mnie Gigant – Zauważyłaś jak zareagowali jak usłyszeli, że jesteśmy z Królowego Mostu? Coś musi być na rzeczy. Nie zdziwiłbym się, naprawdę, jeżeli byśmy spotkali tam kogoś z naszych – powiedział uśmiechając się szeroko.
                Jego słowa jak zwykle mnie odrobinę podniosły na duchu i siedziałam już cicho. Po prostu czekałam. Więzień, siedzący naprzeciwko nas, ciągle się rzucał, ale ostatecznie spotykał się tylko z przekleństwem rzucany przez Łysego i uspokajał się.  Gdy dojechaliśmy jednak nad przejście nadziemne to zupełnie oszalał. Zaczął się rzucać i tupać, oraz starał się krzyczeć i zdzierać knebel. Nie wiedziałam o co mu chodziło, ale teraz nawet ja czułam niepokój.
- Ten pojeb jest szalony – skwitował Łysy zatrzymując pojazd – Zróbmy sobie tutaj małą przerwę, chyba trzeba będzie jednak z nim porozmawiać.
- Mogę pójść i spojrzeć na ulicę pod nami? – zapytała Młoda.
- Sama na pewno nie – odpowiedziałam szybko.
- Ja mogę się z nią przejść – włączył się Najstarszy.
- W takim razie się zgadzam. Tylko uważajcie, nie wiadomo czy nie ma tu zombie – powiedziałam obserwując jak dziewczynka i chłopak zeskakują z paki.
                Cały most był w całkiem niezłym stanie, chociaż leżało tutaj parę ciał zombie oraz trzy czy cztery ciała ludzi, którzy już nie żyli.  Nie ruszały się jednak, więc musiały być martwe. Nie widziałam jeszcze nigdy śpiącego zombie. Po opuszczeniu wozu przez Młodą i Najstarszego spojrzeliśmy wszyscy na więźnia. Widać, że obietnica zdjęcia knebla zadziałała, bo uspokoił się, chociaż dalej stukał nerwowo nogą. Gigant podszedł do niego z Łysym i wspólnie przykucnęli przed jego twarzą. Egzorcysta, Ika i Medyk obserwowali sytuację w ciszy.
- Jeden głupi ruch i pożałujesz, że czegokolwiek spróbowałeś, rozumiesz? – zapytał Łysy.
Więzień pokiwał głową.
                Gigant podszedł i zerwał knebel z jego ust po czym odsunął się ostrożnie, jakby uwolnił jego ręce, a nie usta. Mężczyzna odcharknął i splunął gęsto na zewnątrz.
- W końcu poszliście po rozum do głowy – przemówił, wciąż zachrypniętym od nieużywania głosem.
- Co masz na myśli? – zapytałam ze zdziwieniem, patrząc jak pozostali obserwują postać.
- Jestem Łowca. Tak mnie nazywają. Tak mnie nazywał Bobru i cały jego zespół, który jest w okolicy. Oni także jadą do Torunia i was szukają! A teraz dajcie mi się wysikać bo przysięgam, że ten wóz zostanie podtopiony przez mój przepełniony pęcherz! – krzyknął Łowca na jednym wydechu po czym wstał.
                Nie wiedziałam co powiedzieć. Gigant też opuścił wymierzony w Łowcę miecz i otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Bobru tu jest? Ten człowiek z nim podróżował? O co w tym wszystkim chodziło? Czy to był żart, którym mężczyzna próbował uśpić naszą czujność? Informacje, które właśnie pozyskałam były tak szokujące, że przez chwilę nie wiedziałam czy się roześmiać czy to przemilczeć. W końcu zdecydowałam się na to drugie. Wtedy odezwał się Gigant.
- Kto jeszcze z tobą był? – zapytał.
- Nie odpowiem na nic, jeżeli się nie wysikam – stwierdził Łowca.
- Czy te wiadomości są ważne? – zapytał Łysy, najwyraźniej zbity nieco z tropu.
- Bardzo ważne – odpowiedziałam – Niech ktoś z nim pójdzie. Muszę jak najszybciej usłyszeć więcej.
- Ja to zrobię – zgłosił się Łysy – No dalej kolego, wybacz mi za te krzyki i choć w krzaki. Rozepnę twoje kajdanki na chwilę, ale jeżeli będziesz agresywny to zapłacisz za to życiem. Jeden gwałtowny ruch… - ostrzegł Łysy, podchodząc i rozpinając kajdanki z rąk Łowcy. Łowca wyciągnął się i rozmasował obolałe nadgarstki po czym spojrzał na mnie.
- Bobru miał co do ciebie rację – powiedział z uśmiechem opuszczając wóz razem z Łysym. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam, że Najstarszy trzyma za rękę Młodą i pokazuje jej coś z uśmiechem na dole.  Gdy tylko Łowca i Łysy zniknęli w krzakach nie wytrzymałam.
- Dlaczego ludzie z Czwartego Posterunku nie chcieli nam o tym powiedzieć?
- Myślę, że wiedzieli, iż dowiesz się o ostatniej lokacji, gdzie widziano twojego przyjaciela i tam od razu pojedziesz – zgadywał Medyk – I mam nadzieję, że tego nie zrobisz…
- Spokojnie, jeżeli to co on mówi jest prawdą to Bobru jest w drodze do Torunia – powiedziałam uśmiechając się na samą myśl o tym fakcie.
- Myślicie, że kłamie? – zapytała Ika.
- Wątpię. W jego obecności nie mówiliśmy ani razu o Bobrze. Zaraz jak powie kogo jeszcze miał w grupie, prawdopodobnie potwierdzi to, że nie kłamię. W sumie teraz jak zdjęliśmy mu knebel to zacząłem go postrzegać jako innego człowieka – powiedział Gigant podpierając się o miecz.
- Jakiego dokładnie? – zapytał Egzorcysta.
- Lepszego. Nie skoczył na nas od razu z wyzwiskami chociaż poniżaliśmy go przez całą drogę. Nie skupił się na niczym innym niż informacje, które są dla nas ważne – powiedział Gigant.
                Miał rację. Łowca miał to coś co sprawiło, że był interesującym człowiekiem. Wydawało mi się nawet, że mówił prawdę, ale mimo wszystko nie ufałam mu w pełni. Musiał zrobić coś przez co ludzie z Torunia go pojmali, więc nie ufałam mu do końca.
                Nagle usłyszałam krzyk Młodej. Serce prawie mi stanęło ze strachu. Wybiegłam jak poparzona z wozu razem z resztą, aby zobaczyć straszną scenę. Młoda trzymał jakiś mężczyzna w długim płaszczu i z bandaną zasłaniającą większość twarzy. Przez chwilę myślałam, że to ktoś z Torunia, ale nie widziałam nigdzie charakterystycznej naszywki ze skrótem „T.O.O”.  Dodatkowo mężczyzna przykładał jej pistolet do głowy i spoglądał na nas oczami, w których z daleka było widać dziwny błysk. Oprócz niego na moście stało dwóch innych, którzy trzymali Najstarszego. Po chwili zauważyłam jeszcze jednego, który prowadził zombie na smyczy, jakby był jego zwierzątkiem.
- Świetnie trafiliśmy. Dobrze wyposażone auto przyda się naszej społeczności – powiedział ten, który trzymał Młodą. Właściwie wszyscy wyglądali tak samo, ale ten gestykulował jedną ręką, więc po tym poznałam, że to właśnie z pod jego bandany wydobywa się głos.
                Staliśmy jak wryci. Skąd ci ludzie się tutaj wzięli?
- Zostaw dziewczynkę i naszego człowieka. Podróżujemy do Torunia. Szukamy tam schronienia i nie chcemy walki – krzyknął Gigant, lekko zdenerwowanym głosem.
- Zostawić was? Jedziecie do Torunia? Och to takie smutne – mężczyzna wybuchł śmiechem – Nawet nie próbujcie podnosić broni bo dziewczynka od razu umrze, a chłopak chwilę po niej. Widzę, że wam na niej zależy! – już po samym głosie wydawał się być szalonym człowiekiem.
- Jak się nazywasz? – zapytałam drżącym głosem.
- O kolejna odważna! Ta mała to twoja siostra? Ładna jest, mogłaby być maskotką Gangu! – powiedział śmiejąc się obleśnie.
- Spytałam cię o coś! – powiedziałam czując, że puszczają mi nerwy.
- Spokojnie dziewczynko. Jestem Jan i przewodzę grupie zwanej w okolicy Gangiem. Jeżeli nie oddacie nam wozu zabieramy tą dziewczynkę – powiedział z pewnością w głosie.
- Niczego wam nie oddamy. Nie docenianie nas! Zginiecie wszyscy jeżeli za chwilę nie odejdziecie stąd jak najdalej od nas! – krzyknęłam. Wiedziałam, że na tyłach jest Łowca oraz Łysy i o ile Łowca nie był jednym z nich to mieliśmy dużą przewagę.
- Spróbuj podnieść broń o milimetr, a mózg dziewczynki będzie się ciągnął stąd do Torunia – powiedział szarpiąc Młodą, która ze łzami w oczach zapłakała głośno.
                My nie podnosiliśmy broni, ale miałam nadzieję, że zaraz pojawią się strzały Łysego. Niestety nie słyszałam nic. Czas mijał, a na moście zapadła nieprzyjemna cisza. Nagle przerwał ją krzyk. Jeden z mężczyzn trzymających Nieznajomego został ugryziony w rękę po czym potraktowany „z byka”. Najstarszy podniósł się i zaczął szarżować na drugiego, ale nagle został sprowadzony do poziomu przez drugiego oprawcę. Gdy leżał kopnęli go jeszcze parę razy. Jan w tym czasie ciągle pokazywał, że w mgnieniu oka może zabić Młodą, więc nikt z nas nie odważył się zacząć strzelać.
- Widzę, że ktoś tutaj jest zbyt odważny. Co chcesz się popisać przed dziewczyną chłopcze? Ruchałbyś ją co? Widzę to w twoich oczach – Jan zarechotał patrząc na leżącego Najstarszego – Zaraz dam ci okazję do popisania się. Wypuść na niego sztywniaka! – rozkazał mężczyźnie trzymającego zombie i sam wycofał się odrobinę do tyłu, do lewego zejścia z mostu na dół.
                Zombie puszczony od razu rzucił się na leżącego Nieznajomego i spróbował go od razu zabić. Na szczęście Najstarszy zareagował i wymierzył zombiakowi kopniaka obunóż, który na chwile wytrącił go z równowagi. Zobaczyłam jednak, że nim zdążył wstać i zamachnąć się pięścią, zombie ponowił atak i po chwili obserwowałam jak Najstarszy upada razem z zombie i odpycha go od swojego brzucha. Chciałam, naprawdę chciałam zacząć strzelać lub jakkolwiek inaczej mu pomóc, ale nie mogłam. Ten człowiek trzymał Młodą. Była dla mnie teraz jak siostra i nie mogłam skazać ją na śmierć.
                Obserwowaliśmy więc bezsilnie jak zombie zatapia zęby w okolicach brzucha Najstarszego i cichej złości spoglądaliśmy na Jana, któremu najwyraźniej się to podobało. Najstarszy jednak nie stracił ducha walki. Podniósł się i zaczął atakować trupa pięściami, szybko i ze złością, co doprowadziło do tego, że trup wywrócił się i zbierał kolejne uderzenia. Wtedy usłyszałam strzały, byłam pewna, że to Łysy, ale był to Jan.
- Wasz kolega niszczy mojego pupila – powiedział strzelając do niego trzeci raz z rzędu – Nie podoba mi się to.
                Najstarszy upadł powoli umierając. Złość gotowała się we mnie razem z nienawiścią. Marzyłam tylko o śmierci tych ludzi, ale nic nie było takie proste. Słyszałam jak Medyk z tyłu puszcza wiązankę przekleństw, ale dalej nie podnosi broni.
- Chyba zabiłem wam przyjaciela… Smutno wam? Teraz widzicie, że ze mną się nie zadziera! – wykrzyknął jakby z dumą.
- Ty pierdolony psychopato! – krzyknęłam celując w jego stronę.
- Uhuhu! Ktoś tu się zdenerwował. Masz okres czy jak? Opuść broń, albo dziewczynka zginie – powiedział Jan patrząc na mnie bezczelnie.
Opuściłam broń, dalej nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Powtórzę jeszcze raz tępa dziewczyno, albo dajesz nam wóz i daję wam odejść, albo zabijam dziewczynę, a potem was. Właściwie dziewczyna mi się podoba więc zostanie ze mną bez względu na twoją decyzję – powiedział Jan.
                Wtedy padły strzały. To był Łysy. Wybiegł z lasu kawałek za mostem i wycelował zabijając  jednego z oprawców Najstarszego. Następnie wycelował w Jana, ale dostał w rękę, a następnie w bark. Zatoczył się do tyłu i upadł na trawę. To była nasza szansa. Wymierzyłam w Jana i oddałam strzał. Nie trafiłam jednak, celowałam za wysoko bo bałam się trafić Młodą. Medyk i Egzorcysta strzelali w stronę mężczyzny trzymającego zombie oraz drugiego oprawcy Najstarszego. Ten pierwszy zginął od strzału w głowę, ale drugi zaczął strzelać. Osłaniał Jana, który ciągnąc Młodą schodził pod most, na ulicę pod nami. Widziałam, że Łowca dorwał się do karabinu Łysego i mierząc zabił ostatniego na moście.
                Przerażona rzuciłam się biegiem za Janem, który zbiegł pod most i wciąż słyszałam krzyk Młodej. Wychyliłam się za barierkę, ale nie zobaczyłam go. Czy naprawdę uważał, że ukryje się przed nami pod mostem? Egzorcysta i Gigant biegli za mną, Medyk pobiegł w stronę Łysego i Łowcy, a Ika podbiegła do Najstarszego. Biegliśmy ile sił w nogach do odpowiedniej krawędzi mostu. Gdy dobiegliśmy do zejścia usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika. Jan musiał mieć tutaj jakiś pojazd!
Rozejrzałam się i kazałam komukolwiek stanąć na moście, aby zobaczyć gdzie pojedzie. Wyjechał motocyklem tuż przed naszymi nosami, kierując się na południe, w stronę biegnącej kawałek stąd rzeki. Bałam się strzelać, bo mogłam trafić Młodą, lub spowodować wypadek, w którym by zginęła. Krzyknęłam z bezsilności. Wrzeszczałam jak oszalała. Gigant ze złością wbił miecz w ziemię i zaklął. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
                Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Nie mieliśmy jak go gonić. Zjazd na ulicę pod nami zająłby zbyt długo i w życiu nie trafilibyśmy ponownie na jego ślad. Ze smutkiem spojrzałam na oddalającą się na południe sylwetkę i wbiegłam szybko na most, żeby zobaczyć co z Łysym i czy Najstarszy jeszcze żyje. Tyle strat przez jeden głupi postój. Nie wiedziałam, czy kogoś za to winić, w końcu każdy z nas chciał się zatrzymać z jakiegoś powodu.
                Łysy był w kiepskim stanie, ale żył. Medyk starał się przenieść go na pakę wraz z Łowcą, a ja podeszłam do Najstarszego. Po chwili pojawił się przy mnie Egzorcysta, oraz była tutaj Ika. Spojrzałam na jego twarz i zrozumiałam, że to jego ostatnie chwilę i cierpi. Spojrzałam na Egzorcystę, a ten kiwnął głową. Wyszeptał coś pod nosem i zdejmując różaniec z szyi wcisnął go w ręce umierającego. Wiedziałam, że powinien zrobić to ktoś inny, ale czułam powinność. Wyjęłam pistolet i celując w jego głowę wyszeptałam.
- Wybacz.
                Strzał było słychać w całej okolicy. Było przed chwilą cicho, a on spadł niczym grom. Ocalił tez Najstarszego przed długimi męczarniami. Było mi źle z tym co się stało i z tym co straciliśmy. Bez słowa wróciłam do wozu chcąc pocieszyć Młoda, ale zapomniałam, że to właśnie ją zabrali. Łza skapnęła mi na policzek, po czym rozbiła się o kolano. Straciłam znowu osoby, które naprawdę zdążyłam polubić. Nie miałam nawet siły pytać o kolejne rzeczy Łowcy. Po prostu wsiedliśmy i odjechaliśmy. Teraz Egzorcysta kierował autem, Medyk nie mógł tego robić bo opiekował się Łysym.
                Żołnierz spał i oddychał ciężko. Nie byliśmy pewni co dokładnie się mu stało. Resztę podróży spędziliśmy w ciszy. Gdy wjechaliśmy do Torunia wiedzieliśmy dokładnie gdzie jechać. Nikt nie miał ochoty wyglądać za plandekę i przypominać sobie o świecie zewnętrznym. Tutaj wszyscy siedzieli w smutku i ciszy przerywanej jękami bólu Łysego. Kierowaliśmy się w stronę Starego Miasta, gdzie była Toruńska Ostoja Ocalałych. Zauważyliśmy jej światła z daleka. Były mocno widoczne. Teraz nawet nie miałam w myślach tego co zamartwiało mnie od jakiegoś czasu – tego jacy będą ludzie tam. Jeżeli będą chociaż o troszkę lepsi od Jana to będę ich mogła nazwać dobrymi ludźmi.
                Podjechaliśmy od wschodu patrząc na mury. Widać było na nich ludzi noszących bandany oraz lampy stojący przy nich. Z daleka jednak widać było także opaski z nadrukiem „T.O.O”, które utwierdzały w tym, że nie są to bandyci Jana. Gdy podjechaliśmy pod bramę zauważyliśmy światła ulicy oraz budynków i zakręt w prawo. Tam prawdopodobnie była główna brama, ale woleliśmy wjechać mniej widoczną. Wyszłam z Gigantem z wozu i spojrzałam w górę. Człowiek będący tam zawołał.
- Kim jesteście i czego tu szukacie?

- Jestem Natalia, a to jest Karol. Jesteśmy z Królowego Mostu i przysłał nas tu Szymon z Czwartego Posterunku. Szukamy schronienia i zemsty… - powiedziałam po czym bramy stanęły otworem.