Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 24. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 24. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 listopada 2017

Rozdział 24: Światełko w tunelu

Rozdział 24, kolejny z perspektywy Zuzy. Wiem, że dawno mnie tu nie było i projekt nieco podupadł, ale mam nadzieję, że ucieszycie się, że pojawił się kolejny rozdział i to taki, w którym naprawdę sporo się dzieje. Czy Płock utrzyma się pod napływem zombie? Zapraszam do czytania i komentowania, a już niedługo mam nadzieję, że widzimy się w finale ;)

POV:
Zuza - Rozdział 24 - Dzień 8
Bobru - Dzień 8 - Pomaga w obozie w Płocku
Irek - Dzień 8 - Wraca z grupą Dziary bronić okolic Torunia

---------------------------------------------------

Rozdział 24: Światełko w tunelu


                Grupa z Inowrocławia pojawiła się w tak idealnym momencie, że wydawało się to wręcz niewiarygodnie wygodne. Jednak to byli oni. Na czele z ogromnym Gigantem stali po drugiej stornie drzwi, obwieszeni broniami i gotowi do walki. Wydawali się wręcz błyszczeć, niczym światełko w tunelu. Pierwsze, co zauważyłam to to z jakim niepokojem patrzyli na Neri.
- Spokojnie, ona jest ze mną. Bardzo pomogła ogarnąć to wszystko na górze – wskazałam ręką na sufit.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytał Gigant, w czasie gdy dwóch ludzi, których nie znałam zamykali drzwi prowadzące na zewnątrz. Nie miałam pojęcia skąd, ale mieli nawet klucze.
- To wszystko sprawka Zszytych. Wpuścili tutaj całe Stado, a przez ten cały chaos jeden z naszych strzelił próbując ich powstrzymać i sprawił, że na górze jesteśmy zamknięci. Całkowicie – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- No to kiepsko. Z tej strony też nie zdążylibyśmy uciec, Stado zaczyna otaczać wzgórze, właściwie gdybyśmy tutaj nie weszli to prawdopodobnie bylibyśmy martwi – odpowiedział mężczyzna.
- Chodźmy na górę, tam pomyślimy co i jak – zaproponował Gigant.
                Tak też zrobiliśmy. Wróciliśmy na górę tą samą drogą, którą zeszliśmy na dół. Pójście taką grupą było znacznie cięższe, szczególnie z Gigantem, który miał spore problemy przeciskając się przez węższe punkty tunelu. Udało się nam jednak przejść przez te najgorsze odcinki i w końcu zobaczyliśmy schody prowadzące do kościoła. Podróż ponownie zajęła nam ponad pół godziny, ale na górze nie było słychać nic poza trupami. Ludzie wewnątrz obozu starali się zachować ciszę. Byłam ciekaw jak zareagują jak zobaczą nas z powrotem po tak krótkim czasie.
- Jak poszło w Inowrocławiu? – zagadałam do Giganta, czując nagłą potrzebę otwarcia ust.
- W sumie bez większych problemów – odpowiedział – Ben z chęcią odstąpił ludzi. Nie tylko tych dwudziestu. Jak jechaliśmy w tą stronę to podróżowaliśmy karawaną.
- Karawaną? – zapytała zaciekawiona Neri.
- Tak – odpowiedział powoli Gigant – Z ludźmi z Torunia i Inowrocławia.
- I gdzie oni są? – zapytałam.
- Na drodze. Stado nie tylko uderzyło tutaj. Jest naprawdę ogromne i z tego co wiem jego druga odnoga, jeszcze większa niż ta idzie w stronę Ostoi. Dziara z paroma ciężarówkami wypełnionymi ludźmi ma zatrzymać je jak najdłużej.
                Nie miałam pojęcia jaki tak naprawdę był plan. Co się działo i dlaczego Zszyci atakowali wszystkie pozostałe obozy. Z tego co zrozumiałam do tej pory wydawało mi się, że pomiędzy okolicznymi ludźmi, a tymi, którzy ukrywali się pod trupimi maskami panował pokój. Skąd nagłe działanie? Czego oczekiwał przywódca Stada, który nakierował tysiące trupów w stronę cywilizacji. Zastanawiało mnie też co stało się z dziewczyną, którą spotkałam na drodze. Mówiła, że szuka drogi do Warszawy i podróżuje na wschód. Stamtąd jednak przyszła fala zmarłych. Czy ona mogła przeżyć? Czy może dołączyła do tego orszaku i jest teraz na górze, uderzając w bramy kościoła?
                Wspięliśmy się w końcu po długich kamiennych schodach i zobaczyliśmy drzwi. Tak jak myślałam były zamknięte. Zapukałam cicho, patrząc na grupę ludzi, która obwieszona broniami stała gęsiego pode mną. To była teraz nasza nadzieja. Moja nadzieja na to, że będę mogła kolejnego dnia otworzyć oczy i walczyć dalej. Pukałam cicho, bo wiedziałam, że każdy hałas może być dla osób w kościele zabójczy. Gdy jednak nikt nie otworzył drzwi za pierwszym razem, uderzyłam w drzwi nieco donośniej. Chociaż słychać było jęki trupów, to metaliczne uderzenie wydawało się przebijać wszystko i wchodzić niczym nóż w masło w kakofonię dźwięków, która z pewnością była słyszalna w całej okolicy.
                Po czwartym razie, kiedy uderzenia były już naprawdę mocne usłyszeliśmy dźwięk przekręcanego zamka. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Marcin.
- Zuza? Neri? Już wróciłyście? Wchodźcie! – powiedział z jednej strony głośno, a z drugiej ledwo słyszalnie. Wlaliśmy się do środka, zupełnie jak wcześniej trupy na dziedziniec przez bramę. Marcin zamknął za nami drzwi, a po chwili w korytarzu pojawiła się też reszta. Po krótkim przywitaniu się przeszliśmy do głównej sali kościoła. Wszyscy poza Łapą i Sarą byli na nogach. Chociaż od naszego wyjścia minęły dwie godziny to sytuacja na górze nie zmieniła się prawie w ogóle. Być może było nawet trochę gorzej niż wcześniej, bo trupy zdawały się nacierać z taką siłą, że nawet solidne, wzmacniane drzwi wyglądały jakby miały lada chwila runąć pod natłokiem uderzających.
- Jak to się stało? – zapytał Gigant – Gdzie jest Łapa.
- Została ciężko raniona przez tutejszych i dochodzi do siebie. No i jakby nie patrzeć ich winą jest też to w jakiej sytuacji się znajdujemy – powiedział Medyk.
- Nie przesadzajmy już tak z tą winą tutejszych. Emil zadziałał impulsywnie, ale to nie jego wina, że Zszyci nasłali na nas stado. Nikt nie wie czyja to wina. Może to tylko kaprys – powiedział Józef.
- Tak czy siak jesteśmy odcięci. Rozumiem, że dół jest już otoczony? – zapytał Marcin.
- Mhm – potwierdził kiwnięciem głowy Dymitr.
- Katastrofa – rzucił Medyk odpalając papierosa.
- Nie możemy się załamywać – zauważył Gigant – Sytuacja jest ciężka, ale w tym kościele jesteśmy bezpieczni. Zszyci nie atakują, prawda? Poza otwarciem bramy nie było ich widać? – upewnił się.
- Tak. Otworzyli bramę. Było ich dwóch i we dwójkę sprowadzili na nas większa zagładę niż ktokolwiek, z kim walczyliśmy wcześniej. To jest w tym wszystkim najbardziej przerażające… - powiedział Józef.
- Tyle dobrze, że jesteśmy tutaj, a nie na zewnątrz. Mamy masę broni i amunicji. Jeżeli przeczekamy tutaj w ciszy najbliższe godziny to trupy siłą rzeczy ruszą dalej. Jak stoimy z zapasami? – zapytał się najwyższy z całego towarzystwa.
- Starczą na dwa, góra trzy dni. Reszta jest w magazynie, który jest setki zombie dalej od tego budynku – stwierdził Marcin.
- To daje nam sporo czasu do namysłu. Teraz chyba nie pozostaje nam nic poza siedzeniem tutaj i czekaniem w ciszy. Jak jechaliśmy tutaj to sporo trupów było na wylotowej na zachód. Stado idzie dalej, więc w końcu będzie musiało dać sobie spokój – stwierdził Karol siadając na jednej z ławek i zrzucając plecak oraz ogromny miecz na bok.
                Sytuacja nieco się uspokoiła. Gigant miał racje, nie mogliśmy zrobić z tego miejsca właściwie nic. Trupy napierały, momentami słabiej, ale nie przestawały, jakby były pewne, że nie mam dokąd uciec. Uparły się, żeby stać i próbować nas dorwać. Wdrapałam się na wieżę obserwacyjną, gdzie miałam doskonały widok na całą okolicę. Chociaż było ciemno to bez problemu udało mi się zauważyć linie, gdzie trupy się nieco rozrzedzały. Sięgały one jednak granic miasta, zarówno na wschód jak i zachód. Widać było, że przemieszczają się i spora część przeszła już przez centrum, ale wciąż trwało to niesamowicie powoli. Potrzebowaliśmy spokoju i ciszy. Łapa i Sara wciąż były w fatalnym stanie. Póki co zapasy nie były problemem pierwszej potrzeby, ale to mogło zmienić lada dzień, szczególnie jak stan jednookiej kobiety by się pogorszył.
                Delikatne odchrząknięcie wyrwało mnie z przemyśleń. Usłyszałam je najpierw w środku głowy i byłam pewna, że to głos mojego ukochanego, którego nie słyszałam już od paru dni. To jednak był Gigant. Schylił się pokonując framugę drzwi, po czym stanął po mojej prawicy. Widziałam jak dłonie zacisnęły mu się na poręczy. Początkowo stawiałam, że to kwestia zmęczenia, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że to zdenerwowanie.
- Odkąd tu przyjechaliśmy nie mieliśmy nawet chwili na odpoczynek. Wojna z trupami, wojna z ludźmi, a teraz jeszcze wojna z ludźmi, którzy wyglądają jak trupy – zaczął mówić, bardziej do siebie niż do mnie. Milczałam – Mogę cię o coś zapytać?
- Jasne – odpowiedziałam.
- Czy uważasz, że warto było? Iść tutaj zamiast pójść na zachód, do Ostoi, Inowrocławia czy jeszcze innego miejsca?
                To nie było najprostsze pytanie. Z jednej strony czułam się między tymi ludźmi dobrze. Wydawali się być dobrzy, o ile można było kogokolwiek określić w takich czasach tym mianem. Chcieli, żeby ten region był bezpieczny, myśleli o odbudowie cywilizacji i szukaniu sposobu na pokonanie wszystkich przeciwności losu. Odkąd jednak tutaj przybyłam miałam za sobą operację, sytuację, w której musiałam przełamywać się do zrobienia drugiej osoby krzywdy, otaczało mnie stado trupów, a końca przygód nie było widać.
- Było warto. Cieszę się, że mogę pomóc – odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
- Wiesz, co jest głównym problemem tego świata? – zadał pytanie, jakby całkowicie zignorował moją poprzednią odpowiedź – Moralność. Szczególnie w takich grupach jak ta. Musimy ciągle decydować o tym co jest dobre, a co nie jest. Naszym problemem powinny być trupy, a celem przetrwanie. Jakimś cholernym cudem, utrudniamy sobie jednak robotę…
- Tak działają ludzie, dlatego zazwyczaj jak mam wybór, to wybieram mniejsze grupy – powiedziałam, a Karol spojrzał na mnie – To był wyjątek, ale jak powiedziałam, nie żałuje.
- Czuję, że najbliższe tygodnie zdefiniują wszystko. Boję się trochę tego co nadchodzi. Wojna nigdy nie niesie ze sobą nic dobrego – powiedział Gigant. Zawsze był pozytywny i spokojny, jeżeli panikował to coś musiało być na rzeczy.
- Nie możemy na zapas się martwić. Też czuję się niepewnie, ale wiem, że musimy sobie dać rade. Żeby przetrwać – ostatnie zdanie wypowiedziałam z pokładami entuzjazmu, które pojawiły się zupełnie znikąd. Takie sytuacje zazwyczaj zwiastowały coś dobrego.
                Nagle na dole usłyszeliśmy mały wybuch. Ktoś z kościoła wyrzucił granat i ten poleciał w środek trupów. Fontanna kończyn wyleciała w górę spadając pomiędzy pozostałe trupy, które prawie od razu uzupełniły lukę w szeregach. Gigant złapał się za głowę i pobiegł na dół. Nie było go pięć minut, a jak wrócił, był czerwony na twarzy.
- Wpadli na pomysł, żeby dźwiękiem wywabić ich z okolic kościoła, a przy okazji ich trochę wybić. Pomysł mógłby zadziałać gdybyśmy mieli setki granatów, a nie dziesięć. Odstawiłem skrzynie z nimi i kazałem im nic nie robić – powiedział oddychając głęboko. Widać, że go to zdenerwowało.
- Dobrze. Lepiej nie ryzykować – odpowiedziałam krótko.
                Staliśmy tak przez około piętnaście kolejnych minut. Rozmowa zboczyła na nieco luźniejsze tematy. Gigant opowiedział jak bez większych problemów dotarli do Inowrocławia i jak spotkali tam dawno nie widzianego i uznanego za zmarłego przyjaciela, którego nie miałam jeszcze okazji poznać. Podobno był bardzo ciekawą postacią. Dodatkowo dowiedziałam się nieco więcej o ofensywie, która była wyprowadzana na północy.  Byłam bardzo ciekawa całej społeczności, w którą dopiero zaczynałam wchodzić i miałam szczerą nadzieję, że uda mi się przeżyć do tego momentu. Trupy wciąż oblegały cały plac na wzgórzu. Nie było widać ich końca i choć ludzi i amunicji mieliśmy sporo to nie widziałam żadnych szans na zwyciężenie tego boju, nawet jakby trupy wchodziły jeden po drugim. Zwyczajnie przewaga liczebna była zdecydowanie po ich stronie.
                Nagle rozmowy przerwał nam blask. Serce mi podskoczyło do gardła. Niebo rozbłysło na niebiesko, a potem na zielono, a huk, który przeszedł okolice przywołał na moje plecy dreszcze. Z jednego z dachów ktoś puszczał fajerwerki. Pokaz wyglądał niesamowicie, szczególnie, że ostatni raz petardy puszczano na sylwestra rok temu, bo w tym roku oczywiście już nikt o tym nie myślał, w końcu trwała apokalipsa zombie. Świat się kończył. Ktoś jednak wyraźnie próbował narobić hałasu w innych częściach miasta. Żałowałam jak cholera, że brama upadła. Byłam pewna, że gdybyśmy ją odpowiednio wzmocnili i zamknęli to trupy nie byłby w stanie przez nią przejść, bo podjazd pod nią był zbyt wąski, żeby naparło na nią całe stado.
                Gigant chwycił mnie za rękę. Zbiegliśmy razem po schodkach do środka kościoła. W środku wrzało, wszyscy stali przy oknach i patrzyli, starając się dojrzeć źródła i obserwując trupy. Hałas jaki wytwarzały fajerwerki był na tyle głośny, że nie musieliśmy się przynajmniej martwić o to, że ściągniemy na siebie dodatkową uwagę.  Podbiegliśmy do grupki zebranej przy rozbitym oknie.
- …ktoś zdecydowanie chcę nam pomóc – zdołałam usłyszeć tyle zanim podeszliśmy wystarczająco blisko. Medyk pykał nerwowo papierosem, puszczając kłęby śmierdzącego dymu.
- Co robimy? – zapytał Pablord.
- Powinniśmy wykorzystać ten moment – zdecydował Marcin – Trupy się przesuwają. Jeżeli na dziedzińcu zrobi się trochę miejsca to dobrze byłoby powalczyć na dziedzińcu i zabezpieczyć bramę oraz tyły.
- Nie wiem czy to najlepszy pomysł – wtrącił Emil.
- Gorszy niż rozbicie szyby? – zapytał ironicznie Medyk.
- Przestańcie już to ciągle przywoływać do cholery jasnej – Marcin aż odwrócił się do tyłu. Pierwszy raz zobaczyłam go zdenerwowanego. Zaskoczyło mnie nieco to, że poczuł się tak pewnie, chociaż pojawił się w grupie tak niedawno.
- Dobra, masz rację. Przepraszam – powiedział starszy mężczyzna – Tak czy siak według mnie powinniśmy zaryzykować. Jak ktoś nam próbuje pomóc to albo to Toruń, albo Bobru. Obie opcje wręcz krzyczą żebyśmy walczyli i nie dali za wygraną.
- Musimy ustalić plan działania – głos Giganta standardowo przebił się przez hałas – Przygotujcie wszystkie bronie jakie mamy, każdy kto jest w stanie niech chwyta za karabin i zaraz pomyślimy co i jak.
                Na niebie po chwili pojawiły się kolejne smugi z zupełnie innego budynku. Drugie miejsce, które również odwracało uwagę zombie od wzgórza. Zszyci potrafili kontrolować przepływ trupów znacznie lepiej, ale nasza taktyka też działała. Nagle jednak uderzyła mnie myśl.
- Co jeśli to ktoś inny? Ktoś, kto chcę po prostu przejąć to miejsce – zapytałam na głos, gdy wszyscy zebraliśmy się w kółku. Było nas ponad dwudziestu.
- Wątpię – odezwał się Józef – To miejsce to chodząca fala trupów. Nawet jak ktoś chciałby je przejąć to na pewno nie teraz. Jestem pewien, że nadchodzi ratunek.
- Dobra pozostawiając domysły musimy przemyśleć dobrze jak to zrobić. Mamy dosyć ograniczoną liczbę osób i nie możemy zostawić też kościoła bez ochrony. Chociaż nic na to nie wskazuje, to w okolicy mogą kręcić się dalej Zszyci. Jeżeli wszyscy stąd wybiegniemy to przejmą to miejsce bez walki. Dodatkowo mamy tutaj dwie ranne kobiety – włączył się do rozmowy najwyższy z nas.
Wszyscy dosyć zgodnie przytaknęli. Gigant miał absolutną rację, szczególnie, że wysyłanie całej grupy na tak niebezpieczną misję było po prostu bez sensu.
- Dlatego proponowałbym rozbicie się na dwie grupy. Mamy tutaj dziesięć okien wychodzących na tą stronę placu. Gdyby każdy obstawił inne to mielibyśmy stąd świetne wsparcie – Karol wskazał dłonią rząd okien, z jednym wybitym wcześniej przez Emila – Dalej dwie osoby pilnowałby tylnych drzwi, którymi byśmy wyszli. Tak dla pewności, żeby nic nie zakradło się do środka. No i ostatecznie osiem osób wyszłoby na zewnątrz i wyczyściło jak najwięcej się da, tak żeby dostać się do bramy i ją zamknąć. Poczekamy na dobry moment i wtedy przy pomocy salwy z okien i siły przebicia powinniśmy tam dotrzeć. Wtedy wystarczy będzie oczyścić resztę i zablokować dodatkowo bramę samochodami lub czymkolwiek innym.
- Ja mogę dowodzić drużyną przy oknie – zaproponował Medyk – Wolałbym zostać jednak w środku, nie te lata żeby przebijać mi się przez tłumy trupów.
                W krótce do jego drużyny dołączył mężczyzna z kozią bródką o imieniu Dymitr oraz jego dziewczyna – rudowłosa Natalia, a także siedmiu ludzi z Inowrocławia. Do obrony drzwi został wyznaczony chłopak o imieniu Pablord oraz siostra Łapy. Cała reszta, ze mną i Marcinem na czele miała wyjść do tego piekła. Zdecydowałam się pójść z tą grupą nie dlatego, że czułam się pewnie w terenie. Bałam się, że ktoś zakradnie się do kościoła i zaatakuje wnętrze, a byłam pewna, że gdy znowu przed moim celownikiem pojawi się człowiek to znowu może mnie sparaliżować, a tutaj nie było miejsca na błędy.
                Niedługo po tym jak się przygotowaliśmy i czekaliśmy na odpowiedni moment, na niebie pojawiły się kolejne fajerwerki. Chociaż cała sytuacja trwała już dobre piętnaście czy dwadzieścia minut, to z dachów wciąż wylatywały smugi, które wzlatując w niebo wyzwalały dźwięk i rozbłysk. Trzy budynki, z których ktoś próbował odwrócić uwagę trupów i nawet im się to udawało. Byłam ciekaw, czy tajemniczy wybawiciele będą w stanie dotrzeć na wzgórze i wspomóc nas w jego oczyszczaniu.  Przeładowałam karabin i wcisnęłam dwa magazynki za pasek. Na około kościoła zrobiło się względnie luźniej, chociaż wciąż wyglądało to koszmarnie. Gigant, jako jedyny z grupy uderzeniowej, nie miał w rękach broni palnej. Ostrzył swój miecz. Wiedziałam, że tak naprawdę dzięki temu jak sprawnie nim operuje, zrobi zdecydowanie najwięcej z nas wszystkich. Oczywiście musieliśmy mu dać nieco miejsca, żeby przypadkiem nie trafił kogoś z naszych, ale mając wsparcie w postaci siedmiu strzelających ludzi, oraz kolejnych dziesięciu z okien, powinien być siłą nie do zatrzymania.
                Wszystko jednak musiało wyjść w praktyce. Stanęliśmy przed wyjściem. Była tu skrzynia z granatami, którą wcześniej zarekwirował Gigant. Podeszliśmy do niej.
- Niech każdy weźmie po granacie. Gdy zamkniemy bramę może to być przydatne – zaproponował Marcin. Także każdy z nas po kolei wziął po jednej sztuce. Emil wyglądał na nieco przerażonego niedużym, zielonym, okrągłym przedmiotem, ale reszta trzymała się nieźle. Józef wydawał się być gotowy do działania, na twarzy Marcina też nie było widać niczego poza determinacją.  Dwójka ludzi z Inowrocławia, która dołączyła do Naszej grupy trzymała się najgorzej, ale ostatecznie poza delikatnie drżącymi rękoma wyglądali całkiem groźnie. Najspokojniej wyglądała jednak Neri. Zimny wyraz twarzy nie zdradzający kompletnie nic - Jeden zostanie w skrzyni, więc jak byście mieli gdzie go użyć to użyjcie.
Pablord i Młoda, którzy mieli bronić drzwi kiwnęli głowami. Stanęliśmy pod drzwiami gotowi do akcji. Dasz sobie radę, odezwał się nagle głos mojego zmarłego męża. Tym razem to był na pewno on, bo poza dźwiękami trupów i petard w kościele panowała absolutna cisza. Miałam szczerą nadzieję, że mówił prawdę, bo im bliżej było wyjścia w falę trupów, tym bardziej się bałam.
                Spojrzałam jeszcze w stronę głównej sali kościoła. Sara podniosła się i zaniepokojona rozglądała po wnętrzu. Po utracie matki stała się cieniem samej siebie. Nasze spojrzenia się spotkały. Chociaż w kościele było raczej ciemno, nie licząc pojedynczych świec zapalonych, żebyśmy mogli pozbierać bronie, to zauważyłam jak na mnie patrzy. Pomachałam do niej, a ona delikatnie odmachała. Miałam nadzieję, że wrócę żeby dalej się nią zająć i wytłumaczyć, co tu się właściwie dzieje. Zdziwiło mnie jednak to, że obudziła się dopiero teraz. Jej rana była już w naprawdę dobrym stanie przez co powinna być już tylko osłabiona, a ona jednak spała prawie całymi dniami, nie licząc krótkich pobudek, przy których jadła, chwilę ze mną rozmawiała i znowu zasypiała.
                Marcin dał nam znak żebyśmy się przygotowali i  stanął przy drzwiach. Grupa Medyka stała już gotowa przy oknach. Na razie wybite było tylko jedno, ale wiedziałem, że lada chwila do ogólnej kakofonii dźwięków dojdzie pękające szkło. Uspokoiłam roztańczone dłonie i spojrzałam na Marcina. Uśmiechnął się do mnie.  Musiałam trzymać się reszty i osłaniać Giganta. Zauważyłam, że Marcin również zmienił karabin na swoją włócznię. Z pewnością umiał nią dobrze operować, chociaż wiedziałam, że daleko mu do tego, co Gigant wyczyniał ze swoim mieczem.
                Drzwi zostały otwarte nagle. Chociaż spodziewałam się tego, że klamka zostanie w końcu pociągnięta, to kiedy uderzyła we mnie fala chłodnego, wieczornego powietrza, a także narósł hałas trupów to moje ciało zesztywniało. Czułam się jakbym została sparaliżowana lub zamrożona. Cała grupa wypadła jednak na zewnątrz, a ja zostałam pociągnięta wraz z nimi. Gigant szybko odskoczył od nas i ściął pierwszą trójkę trupów, która znajdowała się metr od drzwi. Z okna sytuacja wyglądała znacznie gorzej, ale tutaj było widać, że zdecydowanie zrobiło się luźniej. Ruszyliśmy. Nasz ostatni bastion właśnie nabierał prędkości. Chociaż widziałam Giganta w akcji to patrzenie na niego ponownie było czymś niezwykle satysfakcjonującym. To z jaką gracją się poruszał, jak pewnie i potężnie ciął – wydawał się być maszyną w ciele człowieka.
                Gdy oczyściliśmy najbliższy kwadrat wokół drzwi to z zewnątrz wypadli za nami Pablord oraz Młoda. Dzielnie trzymali karabiny.
- Strzelajcie do wszystkiego, co uniknie naszych ataków. Nie marnujcie jednak amunicji za dużo amunicji, bo najciężej będzie przy bramie – ryknął Gigant, przebijając się przez kolejną grupę.
 Marcin wydawał się być idealnym partnerem do jego ataków. Kiedy Karol zamachiwał się i ścinał kolejne głowy, to Marcin doskakiwał i dobijał je, a także starał się odpychać trupy, które przez różne deformacje unikały ostrza. Ja nie oddałam jeszcze strzału, chociaż Józef oraz ludzie z Inowrocławia osłaniali ich puszczając krótkie, parostrzałowe serie. Ja, Neri oraz Emil wstrzymywaliśmy się póki co od strzałów, nie chcąc nikogo zranić w tym chaosie, szczególnie, że póki co wszystko układało się po naszej myśli.
                Kiedy przebyliśmy kawałek drogi, zostawiając za sobą ciało na ciele, dotarliśmy do zakrętu, skąd droga prowadziła na plac główny, którym mogliśmy dostać się do bramy. Po lewej była odnoga skręcająca do magazynu, a za naszymi plecami tylna furtka, którą teraz osłaniali Pablord z Młodą. Wysuwaliśmy się powoli do przodu, wciąż powtarzając identyczny schemat. Jedyny moment, kiedy zrobiło się gorąco był wtedy, kiedy stanęła przed nami wyjątkowo duża grupa. Gigant nie chcąc ryzykować wycofał się i pozwolił nam ich załatwić. Szybka seria z paru karabinów bez problemu przebiła zbiorowisko złożone z około dziesięciu trupów, dzięki czemu mogliśmy wrócić do poprzedniego schematu.
                Gdy wyszliśmy na plac to zaczęły się schody. Trupy były teraz wszędzie i nacierały z każdej strony. Chwilę po pojawieniu się w tym punkcie zaczęła się istna kanonada. Dźwięk tłuczonego szkła tworzył idealną parę z strzałami i upadającymi ciałami. Tutaj zachowywaliśmy dystans, bo nie chcieliśmy utrudniać zadania tym, którzy byli w kościele.  Sami strzelaliśmy, a jedynie Gigant machał mieczem, kiedy tylko miał okazję.  Za każdym razem, kiedy słyszeliśmy głośne „przeładować” Medyka to wchodziliśmy do akcji ,żeby wykorzystać moment i nie dać trupom możliwości ponownego zajęcia zdobytego terytorium. Z każdą sekundą byliśmy coraz bliżej otwartej bramy i to właśnie tam miało zacząć się piekło.
- Rzucajcie granaty – powiedział Marcin i chwycił do paska. Wyciągnął zawleczkę i cisnął w grupę trupów przy otwartej bramie.  Huk jaki poszedł zdawał się zatrząsnąć fundamentem wzgórza, ale gdy dorzuciliśmy nasze sztuki to poza ponurą mozaiką flaków zrobiło się znacznie czyściej.  Wszystko szło aż za dobrze.
                Momentem załamania była chwila, gdy Gigant zamachnął się w jednego z większych trupów jakie widziałam. Uderzenie zdawało się być tak silne, że mogłoby przeciąć samochód na pół jednak coś poszło nie tak. Trup ugiął się pod uderzeniem, ale ostrze nie chciało wyjść z jego ciała. Musiało zaklinować się w kamizelce, którą trup nosił na sobie. Gigant starał się przez chwilę siłować, ale w końcu wypuścił ostrze, a wszystkie okoliczne trupy na nas ruszyły. Byliśmy jednak już pod bramą i efektownie kładliśmy kolejne zagrożenia i zaczęliśmy powoli zamykać oba skrzydła. Szło to topornie, a Gigant, który osłaniał nas przed zombie na placu musiał się teraz schować, bo jego ostrze utonęło wśród leżących ciał. Wszyscy wyglądaliśmy jak żywe trupy – cali we krwi oraz resztkach wnętrzności.
                Skrzydła bramy jednak w końcu się spotkały. Józef sprawnie założył wcześniej przygotowaną kłódkę i zaczął obwiązywać dwa przylegające pręty łańcuchem ze stali, który znaleźliśmy w kościele. Zadania nie ułatwiały mu trupy, które desperacko próbowały wrócić na zajęty teren. Udało się nam. Plac był odcięty od drogi, a zombie nie miały szans przebić się przez solidną bramę.  Teraz pozostało oczyszczenie całego terenu obozu.
- Nie mam amunicji! – wrzasnął Emil, który wyjątkowo wczuł się w sytuacje.
- U mnie też pusto – zauważył po chwili Marcin, sięgając znowu po włócznię.
Wiedziałam, że ja też mam już ostatni magazynek. Trupy szły teraz zdecydowanie w naszą stronę, a byliśmy za daleko żeby ludzie z kościoła nas mogli osłonić. Chociaż zadanie zostało wykonane byliśmy straceni. Czułam metalowe pręty odciskające się na moich plecach i ogromny ryk za nami. To był znak, że nie możemy się już bardziej wycofać, a Marcin nie  był w stanie odpędzić wszystkich trupów. Zaczęliśmy uderzać kolbami i przepychać się żeby jak najbardziej opóźnić nadejście nieuniknionego.
                Nadeszło jednak coś znacznie bardziej nieprzewidywalnego. Z kościoła wybiegła grupa ludzi. Serce zabiło mi szybciej, bo zaczęli biec w naszą stronę. Zauważyłem na ich czele Bobra oraz starszego mężczyznę, a także około ośmiu innych ludzi, których kompletnie nie znałam, ale podejrzewałam, że muszą być to ludzie z Płońska. Podbiegli do nas i zaczęli wybijać trupy. Dali nam miejsce na oddech. Wybili całą lewą stronę i po chwili staliśmy na środku placu, a jedyne co odbijało się po okolicy to echa strzałów oraz ryki trupów za bramą. Bobru wyglądał fatalnie. Jego twarz była czerwona, a w oczach widziałam pustkę. Kiwnęłam jednak głową na przywitanie i zajęliśmy się wybijaniem reszty.
- Jesteś potrzebna w środku – powiedział nagle łapiąc mnie za ramię.
- Coś się stało? – zapytałam.
- Tak. Proszę idź tam, my zajmiemy się resztą – głos Bobra brzmiał bardzo smutno. Wiedziałam, że coś go męczy, więc nie pytając już o nic ruszyłam w stronę kościoła zostawiając wszystkich za sobą. Zdążyłam tylko zauważyć jak Gigant sięga po swój miecz i wraca do szalonego tańca, którym przebił nam drogę do bramy.
                W drodze do kościoła było już właściwie czysto. Jedyne trupy jakie mnie spotkały, niedobitki całej walki, odpychałam, biegnąc najszybciej jak umiałam. Czułam zmęczenie, ale przypomniałam sobie o tym, że mam jeszcze pistolet. Wiem, że i tak nie pomógłby nam szczególnie przy bramie, ale zrobiło mi się głupio, że wyleciało mi to z pamięci. Dobiegłam do uliczki, w której było wejście do kościoła i zobaczyłam, że Pablord i Młoda wciąż odpychają trupy, które napływały tylną furtką. Podeszłam do nich i już miałam wchodzić do środka, gdy nagle usłyszałam głośny, męski krzyk:
- Teraz! – nie należał on ani do Pablorda, ani do nikogo z naszego obozu. Wydawał się dobiegać z fali. Mogłam przewidywać co to oznacza, ale nie połączyłam faktów. Gdy zdałam sobie sprawę było już za późno. Z tłumu padł nagle strzał. Pablord dostał w ramię i upadł ciężko na plecy, trzymając się mocno za miejsce, gdzie przebił go pocisk. Nie to jednak było najgorsze. Gdyby to zakończyło się w tym momencie to prawdopodobnie wszystko byłoby w porządku. Nagle z kościoła wypadła osoba. Miała coś na twarzy i jej postura oraz strój wydawały się dziwnie znajome. Przeskoczyła nad Pablordem i pobiegła w tłum zombie, ale gdy nas mijała coś wypuściła.
                To był granat. Odbezpieczony. Chciałam odskoczyć, odkopać go, zasłonić i wykonać parę innych czynności naraz, ale jedyne co robiłam to patrzyłam jak mały obiekt turla się po ziemi. Wydawało mi się, że zobaczyłam nawet jak rozszerza się i wybucha, ale to była tylko moja wyobraźnia. Nie mogłam tego zobaczyć, ponieważ całość została zasłonięta przez Pablorda, który położył się na niego. Zdążył jedynie jęknąć:

- Uciekajcie – po czym nastąpił wybuch.

czwartek, 29 października 2015

Rozdział 24: Świadkowie

Rozdział 24, przedostatni w tym tomie, kolejny z perspektywy Olafa. Gdy Bobru walczy o życie na arenie w Grudziądzu, Olaf wraz z resztą próbują im pomóc. Czy im się to uda? Czy wszyscy wrócą do Inowrocławia? Zapraszam do czytania!

POV:
Rozdział 24 - Olaf - Dzień 11
Bobru - Dzień 11 - Znajduje się na arenie w Grudziądzu
Irek - Dzień 11 - Znajduje się daleko na wschodzie

----------------------------------------------

Rozdział 24 (Olaf): Świadkowie


                Noc była niespokojna. Świadomość tego jak blisko byliśmy celu, nie dawała spać. Człowiek zawsze chciał najpierw zrobić to, co ma do zrobienia, a następnie dopiero odpocząć, wiedząc, że wszystkie sprawy są już załatwione. Dlatego gdy wszyscy spali, ja drzemałem niespokojnie, budząc się co chwilę. W końcu, nad randem, usiadłem zdenerwowany i zacząłem się przygotowywać. Chciałem naostrzyć nóż, przeczyścić broń i przygotować się na najgorsze, korzystając z uroków chłodnego, ale przyjemnego poranka.
                Opuściłem chatkę, zabierając potrzebne rzeczy i odetchnąłem świeżym powietrzem, wpuszczając je w głąb siebie. Chciałem znaleźć jakiś sposób, żeby uchronić Łapę, jej siostrę oraz Łowcę przed niepotrzebnym ryzykiem, ale wiedziałem, że oni i tak zrobią co będą chcieli. To byli dzicy ludzie. Gdyby każdy ocalały w tych czasach, był tak samo bezwzględny i pewny jak grupa z Torunia, na czele z Bobrem, to prawdopodobnie osoby takie jak w obozie w Płońsku już dawno by nie żyły.
                Usiadłem spokojnie na ganku i zacząłem metodycznie pocierać nożem o osełkę. Wystarczyło paręnaście machnięć, żeby ostrze było wystarczająco silne, do przecięcia skóry i kości, przy odpowiednim nacisku. Zadowolony wziąłem szmatkę i zacząłem czyścić pistolet. To również nie zajęło mi dużo czas, więc gdy skończyłem, postanowiłem się przejść kawałek, poobserwować miasto w promieniach wschodzącego słońca i pomyśleć.
                Chatki, w których byliśmy, znajdowały się na wzgórzu i były odsunięte od miasta. Zastanawiałem się, kto tu mógł mieszkać wcześniej, ale rozumiałem, że musiał to być podobny odludek do mnie. Zszedłem powoli trawiastym zboczem, uważając żeby się nie poślizgnąć na mokrej od rosy trawie i ruszyłem rozjeżdżonym przez auta traktem w dół. Usłyszałem jęki kawałek dalej, za zakrętem i zwolniłem nieco, obawiając się ataku trupów. Dzisiaj musiałem dać z siebie wszystko, przynajmniej do momentu, aż Feline będzie bezpieczna. Postanowiłem to już wyjeżdżając z Inowrocławia. Jeżeli za życie Feline będę musiał zapłacić swoim własnym, nie zawaham się.
                Wyłoniłem się powoli za zakręt i zobaczyłem trójkę zombie posilającą się ciałem. Było ono już na tyle wyjedzone, że nie dało się stwierdzić czy była to kobieta czy mężczyzna. Wyciągając nóż, postanowiłem nieco się rozgrzać. Przez chwilę zastanawiałem się czy warto podejmować ryzyko walki, szczególnie przy mojej ranie na brzuchu, ale po chwili pojawiła się w mojej głowie myśl „Nie dasz rady pokonać trójki zdechlaków, a chcesz uratować przyjaciółkę? Ale z ciebie pizda Olaf”. Otrząsnąłem się i pewnym krokiem ruszyłem przed siebie.
                Trupy były całkowicie poświęcone jedzeniu. Dopiero jak podszedłem bardzo blisko i pociągnąłem jednego z zombie, pozostałe dwa zauważyły, że podeszła do nich świeża porcja mięsa. Zamachnąłem się i z chrzęstem przebiłem się przez zgniłą skroń trupa. Krew trysnęła jak z pękającej bańki, zalewając moje ręce oraz nogawki. Jeden z moich przeciwników sięgnął łapami, próbując złapać mnie za rękę, ale potraktowałem go butem i potężnym kopnięciem sprowadziłem do poziomu. Drugi, który jeszcze nie wiedział czy bardziej opłaca się atakować mnie, czy dokończyć martwy już posiłek, podniósł się teraz chwiejnie i zaszarżował pokrętnym krokiem do przodu. Wykorzystałem siłę nacisku i nabiłem trupa na ostrze noża, zwalając go szybko na bok.
                Ostatni, kopnięty przeze mnie, zajęczał przeciągle czołgając się w moją stronę. Odetchnąłem głęboko i przyciskając mu rękę, podeszwą buta, do ziemi, wbiłem nóż w tył czaszki. Wytarłem ostrze o ubrania jednego z trupów, po czym schowałem go z powrotem oddychając coraz spokojniej. Musiałem pomyśleć o jakimś mieczu lub czymś w ten deseń, bo zabijanie trupów na bliski dystans zdecydowanie mi nie odpowiadało. Zostawiając pobojowisko za sobą ruszyłem dalej. Miasteczko nie wyglądało teraz wyjątkowo.  Chociaż pasma porannej mgły nadawały mu pewnego klimatu, to jednak nic nie wskazywało na to, żeby na jego terenie znajdowała się kryjówka Złomiarzy. Wiedziałem jednak, że do końca dnia, aż za dobrze poznamy okolice.
                Próbowałem z tej pozycji dopatrzeć się rozkładu miasta, ale teren nie był płaski, a budynki na obrzeżach miasta zasłaniały resztę. Widziałem jednak szachownicowy rozkład ulic, co oznaczało, że nie będzie problemów z ewentualną ucieczką i bezpiecznym zbliżeniem się do celu. Starałem się zapamiętać jak najwięcej, skupiłem się na najbardziej charakterystycznych budynkach i po parunastu minutach zacząłem wracać. Nie chciałem, żeby pod moją nieobecność wybuchła panika, niektórzy mogli sobie pomyśleć, że chciałem być bohaterem i ruszyłem samotnie żeby odbić Feline. Jednak to było zachowanie idiotów, a ja za takiego się nie uważałem.
                Kiedy dotarłem na szczyt, do dwóch chatek, zobaczyłem, że wszyscy jeszcze śpią. Zdjąłem bluzę i usiadłem na uboczu, popijając zimną już herbatę z butelki. Smak się rozmył i czułem jakbym pił po prostu starą wodę, ale nie narzekałem. Wraz z podnoszeniem się słońca na horyzoncie kolejne osoby zaczęły wstawać i szykować się do akcji. Około dwóch godzin po moim spacerze wszyscy byli już na nogach, a ja rozdawałem paczki sucharów i szynki w puszce. Wszyscy byli głodni i nie narzekali na jedzenie.
- To jaki mamy ostatecznie plan? – zapytał Kuba, mlaskając głośno.
- Musimy dowiedzieć się gdzie dokładnie na tej arenie trzymają naszych ludzi. Myślę, że nie będzie ona tak mocno chroniona, bo jest w centrum miasta. Musimy raczej uważać na obrzeża i na… - zaczęła Łapa.
- Zszytych – dokończyłem za nią.
- Dokładnie. Kiedy dostaniemy się pod arenę zobaczymy co tam się dzieje i spróbujemy po prostu odbić naszych. Jak będą w jakichś celach to powinno  nie być z tym większego problemu. W razie czego po prostu zaatakujemy.
- Pójdziemy już zaraz, czy dopiero wieczorem? – zapytał Łowca.
- Według mnie powinniśmy uderzyć jak się zacznie robić ciemno. Oczywiście wyjdziemy zrobić zwiad już wcześniej, ale jednak solidny atak przeprowadzimy wieczorem. Miejmy nadzieję, że do tego czasu nasi przeżyją – zastanowiła się.
- A jakbyśmy zajęli pozycje na tej arenie już wcześniej? Pochowali się gdzieś i gdy nadarzy się okazja zaatakowali? – zapytałem.
- Teraz to nie ma sensu. Lada chwila Złomiarze wyślą patrole. Co prawda Zszyci coś tutaj planują zrobić, ale wciąż wyjście teraz na ulice to samobójstwo. Naszym celem jest dotarcie do zmroku na teren stadionu. Dalej musimy improwizować, chyba, że ktoś z was kiedyś tu był i wie jak wygląda ten budynek od wewnątrz.
                Odpowiedziało jej ponure milczenie.
- Więc postanowione. Popołudniu schodzimy na dół – tymi słowami Łapa ucięła rozmowę, wstała i wyszła na zewnątrz. Poszedłem za nią. Nosiła teraz czarny podkoszulek, czarne, porwane w paru miejscach spodnie, wysokie buty na płaskim obcasie oraz zawiązała włosy w dwa warkocze, które sięgały jej lekko za ramiona. Podszedłem do niej powoli i w milczeniu oprałem się o ścianę.
- Nie masz czasem dość tego gówna? – zapytałem.
- Szczerze? Nie. Czuję, że żyję. Możesz nazwać mnie szaloną, ale pomimo głębokiej nienawiści do zombie oraz ludzi, kocham ten klimat. Wieczny pogoń za schronieniem, przetrwanie, walka na drodze. Chociaż w Toruniu czułam się dobrze, tutaj czuję się wolna – zaskoczyło mnie jej szczere wyznanie.
- Ja nienawidzę tego świata. Trzymają mnie tu tylko obowiązki – stwierdziłem bez emocji.
- Czyli jak Feline… - spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
- Zginie to nie będę miał sensu życia? Prawdopodobnie. Nie chodzi nawet o to, że zrobię wtedy coś głupiego i to mnie zabije. Nie jestem po prostu dostosowany. Umiem zabić, ale nie mam doświadczenia mordercy. Odkąd to się zaczęło nie spędziłem na drodze zbyt dużo czasu. Tak jak mówiłem, znalazłem Płońsk, nawiązałem pewną więź z tą dziewczyną i postawiłem sobie cel. Jeżeli ona nie żyje, prawdopodobnie ruszę przed siebie – powiedziałem.
- Dołącz do nas. Do naszej społeczności w Płocku. Chociaż sama się zastanawiałam, czy tego właśnie chcę, myślę, że to będzie coś nowego. To będzie obóz, ludzi, którzy przeżyli na drodze więcej niż można sobie wyobrazić – zachęciła mnie.
- Jeżeli Feline żyje, moje miejsce jest przy niej, a ona nie zostawi Płońska. Jeżeli nie żyje… to mam to wszystko w dupie. Może trafię do was, a może ruszę przed siebie. Rozumiesz? – zapytałem.
                Kiwnęła głową w niemej akceptacji. Przygotowania były spokojne i ciche. Nikt nie miał ochoty rozmawiać i wszyscy skupiali się na dopięciu każdego aspektu na ostatni guzik. Dwa razy szedłem na tyły domków, żeby stamtąd wraz z Łowcą sprawdzić okolicę. Punkt był idealny, a karabin snajperski jednookiego był znacznie lepszy od lornetki, którą mieliśmy. Z daleka widać było przejeżdżające patrole Złomiarzy, centrum ich obozu, gdzie ruch był widoczny cały czas oraz arenę. Zauważyliśmy, że jedno z wejść jest chronione przez przynajmniej dwóch strażników, ale ciężko było dostrzec, czy nie było ich przypadkiem więcej.
                Jedna sytuacja sprawiła, że wszyscy zaczęli wariować, gdy jedno z aut wypełnione Złomiarzami ruszyło w naszą stronę, ale okazało się, że to była ekipa budowlana, lub coś w tym stylu, bo zatrzymali się u podstawy wzgórza i zaczęli ścinać drzewa. Całe szczęście gdy badaliśmy okolicę po raz drugi już ich tam nie było. Gdy słońce zaczęło wędrować coraz bliżej linii horyzontu Łapa kazała nam się zbierać.
- Nie bierzemy auta – postanowiła – Tamci jeszcze o nas nie wiedzą i podejrzewam, że są zbyt zajęci przepytywaniem Bobra i reszty. Nie ma co psuć elementu zaskoczenia. Po wykonaniu zadania po prostu spotkajmy się tutaj. To samo  gdy coś pójdzie nie tak. Bobru zawsze powtarzał, żeby ustalić punkt zbiórki na wypadek kaszany. Niech to będą te domki. Gdybyśmy się rozdzielili to wszyscy wracajcie tutaj i czekajcie do rana. Jeżeli będziecie ścigani to nawet nie czekajcie, ale postarajcie się poczekać chociaż do świtu i dopiero odjeżdżajcie. Zrozumiano? – zapytała, a w powietrzu rozbrzmiały przytakiwania.
                Ruszyliśmy tą samą trasą, którą spacerowałem nad ranem. Przy zboczu znalazłem nawet trójkę trupów oraz ich ofiarę. Minęliśmy je bez słowa. Wszyscy wyglądali na skupionych i gotowych do akcji. Łowca zostawił swój karabin snajperski , bo w tej misji mógł być tylko obciążeniem. Rozstał się z nim z czułością, większą niż ktokolwiek obdarzył mnie podczas całej apokalipsy, co dobiło moje morale. Wieczór nastawał i już z daleka widać było oświetlone fragmenty miasta. Nie słychać było żadnych dźwięków, ale byliśmy jeszcze około kilometra od najbliższych zabudowań, więc to było całkiem zrozumiałe.
                Podążaliśmy dróżką, która z piaskowej zamieniła się w końcu na betonową. Minęliśmy miejsce wycinki drzew i gęsiego szliśmy. Słychać było tylko szuranie podeszw naszych butów oraz pojedyncze oddechy, które układały się w upiorny rytm. Nie widzieliśmy żadnych trupów, co ucieszyło mnie ogromnie. Chociaż nie było jeszcze aż tak ciemno, wiedziałem, że leżące gdzieś zwłoki mogły zaskoczyć i ugryźć, co dla większości ludzi oznaczało powolną i bolesną śmierć oraz przemianę.
- Dobra, teraz postarajcie się być jak najciszej. Każdy dźwięk nas może zdradzić, a patrole wroga nie mogą nas zauważyć przynajmniej do połowy drogi, a najlepiej do końca – szepnęła głośniej Łapa.
- Powodzenia – wyszeptałem cicho, wiedząc, że prawdopodobnie pocieszyłem jedynie siebie, bo reszta nie mogła tego usłyszeć.
                Weszliśmy w mrok budynków i prawie natychmiast usłyszeliśmy dźwięki odległej rozmowy. Stąd, pomimo panującej wokół ciszy, nie słyszeliśmy o czym dokładnie rozmawiali, ale można było wyczuć niepokój w ich głosie. Schowaliśmy się przy wraku auta na poboczu i czekaliśmy. Chwilę później rozmowa była już całkowicie słyszalna, a dwóch mężczyzn wyszło zza zakrętu i rozejrzało się.
- Czysto – powiedział jeden z nich niepewnym głosem.
- Ci z Torunia poczyścili nasze patrole. Wracajmy lepiej na arenę, bo zaraz zacznie się widowisko – zaproponował nieco młodszy, równie niepewnym głosem.
- Trupy! – krzyknął nagle ten pierwszy i przymierzył gdzieś w lewo.
Rzeczywiście z lewej strony, z jednego z budynków wysypała się nagle mała grupa, składająca się z pięciu trupów.
- Nie róbmy hałasu, wyeliminujmy je po cichu – powiedział młodszy, przytrzymując broń swojego towarzysza. Pierwszy najwyraźniej się zgodził, bo przewiesił karabin przez plecy i wyjął nóż.
- Tylko ostrożnie – poprosił.
                To był dobry moment do zaatakowania ich wraz z trupami. Widziałem, że moi towarzysze też chcieli ruszać do ataku, ale nagle coś zaczęło się dziać i zostaliśmy za wrakiem. Gdy tylko Złomiarze podeszli bliżej trupów, te przyspieszyły i w ich rękach coś zabłysło. Nim się obejrzeliśmy jeden ze strażników leżał z poderżniętym gardłem, a drugi zaczął krzyczeć i szybko podzielił los kompana. Serce zaczęło mi bić szybciej. To byli Zszyci. Zatrzymali się przy swoich ofiarach.
- Dwie przecznice dalej dołączymy do głównej grupy. Musimy odciąć stadion na równi z grupą z północy. Jeżeli się spóźnimy szef się wkurzy – powiedział niewyraźnie jeden z nich.
- Dalej nie rozumiem dlaczego nie zabijemy wszystkich. Ci ludzie  i tak zginą jak stado tutaj dotrze. Oszczędzimy im cierpienia – odezwała się kobieta obok niego.
- Krawiec powiedział wyraźnie. Ludzie z Torunia mają przeżyć. Nie wiem jaki jest jego plan, ale ja mu ufam. A to jest ich klucz do przetrwania – to mówiąc pokazał worek, który dopiero teraz zauważyłem.
- Dobra. Spokojnie, rozumiem. Po prostu dziwi mnie to wszystko… - odpowiedziała kobieta.
- Ruszajmy – uciął temat mężczyzna i po chwili zniknęli w miejscu, skąd przed chwilą wyszli strażnicy, a my zostaliśmy zdziwieni i zszokowani tym co usłyszeliśmy.
- Czy mi się przesłyszało? – zaczął powoli Łowca.
- Te chore skurwiele chyba mają jakiś cel w uratowaniu naszych – stwierdziła Łapa.
- Tylko jaki? Może zobaczyli nas wcześniej i chcieli nas po prostu zatrzymać tymi słowami? – zapytałem.
- Wątpię. Zmiana planów. Dojdźmy pod stadion i rozdzielmy się. Z tego co mówili są dwa wejścia – północne i południowo zachodnie. Rozdzielimy się na dwie grupy i przy którymś wejściu poczekamy na Bobra i resztę. Niech każdy z nas czeka około godziny. Jeżeli Bobru nie wybiegnie, to po prostu wracajmy do bazy przy dwóch chatkach. Tak będzie najlepiej – przedstawiła swój pomysł.
- Nie uważasz, że zaufanie grupce chorych przebierańców to zły pomysł? – zdziwiłem się.
- Oni mają plan. Znają to miejsce i widziałeś jak mogą zaskoczyć. Jeżeli oni tam nie wejdą i nie pomogą naszym, to nam też na pewno się to nie uda. A czekając przy jedynych wyjściach będziemy musieli spotkać naszych. Wtedy rozwalimy przebierańców i stąd uciekniemy. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Jeżeli mamy walczyć i z tymi skurwielami i ze Złomiarzami to myślę, że nie mamy najmniejszych szans na sukces. I nie patrz tak na mnie. Wiesz, że zależy mi na odbiciu moich przyjaciół równie mocno, co tobie na odbiciu Feline – zezłościła się. Westchnąłem tylko.
- Jak się rozdzielimy? – zapytałem nie kłócąc się już o jej plan.
- Pójdź z Łowcą i swoim kumplem – wskazała Kubę – do wyjścia południowego. Reszta pójdzie ze mną do północnego. Pamiętajcie, godzina, a potem wracamy do siebie. Bez względu na wszystko. Wszystkim to pasuje.
                Nikt nie zaprzeczył. Kuba przekazał coś swoim kumplom, po czym obserwowaliśmy jak cała czwórka idzie na wprost, po drodze dobijając dwóch Złomiarzy, którzy mieli tylko przecięte gardło, więc lada chwili mieli zmienić się w zombie. My po chwili, we trzech, skręciliśmy w prawo i ostrożnie ruszyliśmy dalej. Chociaż przeszli tędy Zszyci i nie spodziewaliśmy się spotkać żywych Złomiarzy, ale zombie owszem. Stadion był coraz bliżej, a my po drodze zabiliśmy około sześć trupów, uważając, czy przypadkiem nie są to zakamuflowani Zszyci, którzy mogli nas zaskoczyć tak samo jak Złomiarzy. Całe szczęście nie spotkaliśmy ich.
                Dotarliśmy do ulicy i zobaczyliśmy wejście na stadion. Była to po prostu sporej wielkości brama, teraz otwarta. Dokładnie ta sama, którą widzieliśmy z Łowcą, gdy obserwowaliśmy okolicę. Spojrzałem  na miejsce, które widzieliśmy, chronione przez dwie osoby, ale teraz leżały tam tylko podźgane ciała.
- Oni już weszli – zauważyłem.
- Znajdźmy sobie jakieś wygodne i bezpieczne miejsce… może w tamtym budynku? Nie widzi mi się spędzenie całej godziny w okolicznych krzakach, albo za jakimś wrakiem – stwierdził Łowca. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, naprzeciw wejścia na stadion i szybko przejęliśmy budynek, który wcześniej musiał być kioskiem. Nie był duży, ale stał w ciemniejszym zakątku oświetlonej ulicy i nie rzucał się w oczy, a także był czysty. Weszliśmy do środka i zamknęliśmy za sobą dokładnie drzwi. Wystawa była pełna zakurzonych gazet sprzed paru miesięcy. Zaciekawiony podszedłem do jednej z nich i spojrzałem na datę. „15 listopada 2014”. Kolejnych już nie było. Byliśmy świadkami końca cywilizacji i teraz pozostawały nam tylko wspomnienia. Czy była jakaś realna szansa, żeby to wszystko się skończyło?
                Przesunęliśmy odrobinę ladę i usiedliśmy na niej, mając przez brudne okno całkiem niezły wgląd na to co działo się na ulicy.
- No to czekamy – powiedziałem – Poznasz swoich? – zapytałem Łowcy.
- Powinienem. Bobru brał same osoby z Torunia, a znam tam większość osób.
- To świetnie – podsumowałem i zapadła cisza. Nikt z nas nie miał ochoty na rozmowę. Byliśmy ciekawi co dzieje się teraz w środku budynku. Martwiłem się też o Łapę i jej siostrę, ale miałem nadzieję, że nie zrobi nic głupiego.
                Czekaliśmy około pół godziny, przez które kompletnie nic się nie działo. Zastanawialiśmy się już nawet, czy akcja nie przeniosła się do drugiego wyjścia i czy nie powinniśmy tam pobiec, żeby pomóc. Wtedy jednak usłyszeliśmy strzały i krzyki. Przeszedł mnie dreszcz przerażenia. Brzmiało to strasznie, jakby na samej arenie działo się coś naprawdę złego. Wstaliśmy i wyciągnęliśmy bronie, gotowi na wszystko, co mogło wybiec z bramy po drugiej stronie ulicy. Nie musieliśmy czekać długo. Po niecałych pięciu minutach z bramy wybiegła grupka ludzi. Byli poobijani, zakrwawieni, a jedna osoba była nieprzytomna, ciągnięta przed dwie inne.
                Spojrzałem na Łowcę.
- To nikt z naszych. Zresztą znając Bobra, nie wybiegnie stamtąd bez Feline. Jak coś robi to robi to dobrze i do końca – pocieszył mnie.
Miałem taką nadzieję. Ludzie zaczęli wybiegać w coraz większej ilości. Starałem się wypatrzeć wśród nich Feline, ale nie widziałem jej i z każdą kolejną minutą zaczynałem bardziej wątpić. Oczywiście była opcja, że jest już bezpieczna z Łapą i wracają do naszej bazy, ale miałem nadzieję, że zobaczę ją pierwszy i będę w stanie odeskortować w bezpieczne miejsce. Była też opcja, której nie dopuszczałem do siebie. Nawet nie chciałem myśleć o tym, że mogła zginąć.
                Coraz mniej osób wybiegało ze stadionu. Zaczęli go opuszczać Zszyci, którzy biegli za swoimi ofiarami. To była istna masakra. Widziałem jak jeden z nich dorwał grubszego mężczyznę i rozpruł jak zwierzę. Po chwili jednak serce zaczęło mi bić jak szalone, gdy zobaczyłem, że jeden z uciekających Złomiarzy kieruje się w naszą stronę. Starałem się uspokoić i stanąłem przy drzwiach. Łowca ukrył się za ladą i wycelował w stronę drzwi, a Kuba stanął po drugiej stronie.
- Łapiemy go i pytamy co się stało – rzuciłem do nich szybko.
                Słyszeliśmy już wyraźnie kroki i sapanie mężczyzny. Kulał nieco, ale nie przeszkadzało mu to specjalnie w ucieczce. Podszedł do drzwi sklepu i pociągnął rozpaczliwie za klamkę. Zamknął je za sobą szybko i już miał podbiec dalej, gdy weszliśmy do akcji. Podkosiłem go, a Kuba przepchnął go jeszcze dalej.  Mężczyzna z gruchotem uderzył o ziemię i krzyknął. Doskoczyłem do niego i przycisnąłem pistolet do szyi, a drugą dłonią zasłoniłem mu usta.
- Zamknij ryj! – powiedziałem – Zaświeć Kubuś – poprosiłem kolegę.
                Światło oświetliło zarośniętą twarz z podwójnym podbródkiem i małymi, zielonymi oczkami. Człowiek ten miał tłuste włosy o kolorze słomy związane w kucyk. Łowca patrzył uważnie na naszą zdobycz.
- Co tam się dzieje? – zapytałem mężczyznę wskazując na arenę.
- Zaatakowały nas trupy… Chcę… - majaczył. Widać, że był nieco ogłuszony po naszym ataku.
- Co się stało z więźniami? Ludźmi z Torunia? Gadaj, bo zabije! – potrząsnąłem nim.
- Nie wiem. Zgubiłem ich w tłumie. Chciałem im pomóc, ale nagle wszystko się posypało. Zombie je otoczyły, a potem zniknęli. Obawiam się, że nie żyją… - wytłumaczył, a pięści same mi się zacisnęły. Oddychałem ciężko starając się nie zabić tego człowieka i go po prostu zostawić, ale byłem tak zawiedziony i zły, że nie potrafiłem się powstrzymać. Powstrzymało mnie jednak coś innego.
- Jonasz?! – zapytał nagle Łowca.
Mężczyzna z podłogi się zerwał i obejrzał. Dopiero teraz zauważył Łowcę.
- Łowca? – zapytał drżącym głosem.
- Olaf daj mu spokój. To nasz człowiek – poprosił. Zaskoczony odsunąłem się, a Łowca podbiegł i pomógł wstać mężczyźnie. Uścisnęli się.
- Jakoś go nie poznałeś jak opuszczał budynek – zauważyłem.
- Bo od ponad miesiąca był uważany za zmarłego, ale panowie to jest były członek Czerwonych Flar. Skoro próbował pomóc Bobrowi jestem pewien, że zrobił wszystko co w jego mocy. A teraz stąd uciekajmy. Nic tu po nas – powiedział Łowca. 

niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 24: Nowa droga

Rozdział 24, ostatni z perspektywy Magdy. W tym rozdziale zobaczycie jak wygląda sytuacja grupki, która uciekła z Torunia, oraz poznacie nieco lepiej tajemniczego więźnia, który mam nadzieję, okaże się bardzo ciekawą postacią. Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

-------------------------------------------

Rozdział 24 (Magda): Nowa droga


                Otworzyłam oczy. Było mi nieco zimno, ale okryłam się kocem i to mi nieco pomogło. Popatrzyłam się po chacie i uśmiechnęłam smutno. Mój brat był cały i zdrowy. Drzemał teraz oparty głową o stertę szmat, w które był ubrany jako więzień Dziary. Sama nie mogłam uwierzyć, w to, że akcja przebiegła pomyślnie. Byliśmy paręnaście kilometrów na południe od Torunia. Znaleźliśmy niedużą chatkę w lesie,  w której nie było trupów. Wszyscy spali jeszcze, ale wczorajszy dzień był tak intensywny, że nie mogłam zapaść w głęboki sen.
                Ręka bolała mnie, ale dzięki pomocy Krystiana udało nam się zrobić prowizoryczną szynę z patyków i sznurka i usztywnić rękę. Nie było to zbyt wygodne, ale jeżeli chciałam, żeby kości się dobrze zrosły to był jedyny wybór. Podniosłam się lekko, ale po chwili zdecydowałam, że poleżę jeszcze chwilkę i pomyślę. Nie wiedziałam dokładnie, co teraz moglibyśmy robić. Co prawda chciałam uciec, ale chwilę po opuszczeniu Torunia poczułam się zagubiona. Brakowało tutaj Bobra, który zazwyczaj wraz z Łowcą bądź Sołtysem wytyczał trasę. Czy damy sobie bez niego rade?
                Nasza ekipa składała się teraz ze mnie, Łapy, Magdy, Marka, Krystiana, Marty, Miczi oraz tajemniczego więźnia, którego imienia jeszcze nie poznałam. Cały wieczór był cichy, chociaż podziękował nam, ale powiedział, że nie ma teraz sił na odpowiadanie na pytania, dlatego prosił, żebyśmy porozmawiali dzisiaj.  Zaufaliśmy mu na tyle, że nie zostawiliśmy kogoś na warcie, ani go nie związaliśmy, co mogło się skończyć tym, że poderżnąłbym nam gardła i byśmy już nie wstali, ale w sumie wszyscy byli tak wyczerpani, że nie mieli po prostu siły na to, żeby siedzieć całą noc i pilnować reszty.
                Byłam teraz inną osoba. Obiecywałam sobie, że nie dam się ponieść temu światu, ale wiedziałam dobrze, że Ci którzy się nie dostosowali, krążyli teraz jako zombie. Taka była prawda. Wstałam i wyjrzałam przez zakurzoną firankę na zewnątrz. Nasze auto wciąż tu stało. Ledwo się tam mieściliśmy w osiem osób, więc musieliśmy rozglądać się powoli za drugim.
                Około godziny później siedzieliśmy wszyscy na nogach. Nikt nie miał specjalnie dobrego humoru. Akcja była udana, ale to nie zmieniało faktu, że byliśmy znowu w drodze.
- Co teraz? – zapytałam nagle na głos, a wszyscy zwrócili twarze w moją stronę. Wiedziałam, że to pytanie nurtuje teraz wszystkich, bardziej lub mniej.
- Znajdziemy sobie inne miejsce na ziemi – powiedziała Łapa.
- Nie wiem czy chcę teraz szukać jakiegoś innego miejsca, gdzie będą ludzie… - wtrącił się Krystian.
- Niekoniecznie muszą tam być ludzie – wytłumaczyła Łapa – możemy poszukać opuszczonego budynku, w którym zrobimy sobie tymczasową bazę. Oczywiście nie chodzi mi o tak marną chatkę, jak ta, w której teraz jesteśmy. Raczej rozglądałabym się za czymś w stylu Czwartego Posterunku.
- Ja mam pewien pomysł – odrzekł nagle więzień. Teraz mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Na głowie miał już raczej niewiele włosów, ale był zarośnięty na brodzie i policzkach. Tam jego włosy miały odcień kasztanowy. Nie był specjalnie przystojny, a jego twarz była pełna nieduży zmarszczek, które uwydatniały się za każdym razem jak mówił.
                Łapa prychnęła.
- Nawet nie wiemy jak się nazywasz, może zacząłbyś od tego gościu? –zapytała nieco rozdrażniona.
- Przepraszam. Nazywam się Irek, ale od kiedy to się zaczęło ludzie mówią na mnie Gryzak… - zaczął. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Cóż to za ksywka? – zapytałam.
- Wytłumaczę wam to w bardziej spektakularny sposób jak stąd wyjdziemy, dobrze? – zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował – Pierwsze tygodnie apokalipsy spędziłem z grupą ocalałych, która w końcu zginęła zaatakowana przez stado. Mi udało się przeżyć i przez jakiś czas byłem sam. W końcu dotarłem do Torunia, a tam zostałem zamknięty przez tego szaleńca. Bał się moich mocy i chciał mnie wykorzystać do jakichś dziwnych celów…
- Jakich mocy? – zapytał Marek.
- Jak mówiłem, pokaże wam później.
- Dobra, do rzeczy jaki jest twój plan? – wtrąciła Łapa.
- Niedaleko Poznania nasza grupa miała bazę. Nie było to coś dużego, po prostu kamienica dwupiętrowa z płotem i fosą. Gdyby nie to, że zapomnieliśmy zamknąć bramy na noc to te zombie nic by nam nie zrobiły. Było to jednak już jakiś czas temu i powinno tam teraz być czysto. Zapewniam was, że to świetne miejsce na tymczasową bazę i dojedziemy tam góra za dwa-trzy dni. Może to nie zadziałać, ale czy nie warto spróbować? – zapytał.
- Skąd mamy wiedzieć, że nie prowadzisz nas w pułapkę? – zapytała Miczi.
- Uratowaliście mnie, chociaż mogliście mnie zostawić w tych lochach. Nie jestem typem człowieka, który prowadzi wybawców w pułapkę. Poza tym byłem uwięziony u Dziary przez parę miesięcy. Jak niby mogłem zastawić pułapkę w Poznaniu w tym czasie?
- Ja nie jestem z kolei typem człowieka, który ufa dopiero co spotkanej osobie – odpowiedziała Łapa – Ale masz rację. Warto byłoby to sprawdzić.
                Miczi wyciągnęła z plecaka mapę, a Młoda, Krystek i Marek zaczęli powoli pakować nasze rzeczy do auta.
- Możesz nam pokazać, gdzie to dokładnie jest? – zapytała Miczi podając Gryzakowi mapę.
- Tutaj  - wskazał palcem na niedużą mieścinę nad Poznaniem – Tam była nasza baza.
- Miejmy nadzieję, że dalej tam jest – powiedziała Łapa zwijając mapę i podając ją Miczi.
Spakowaliśmy wszystko co było nasze i wyszliśmy z domku. Wszyscy zapakowali się ciasno do wozu i powoli ruszyli. Siedziałam teraz w bagażniku razem z Markiem, a przed nami na siedzeniach był Irek, Miczi oraz Krystian.
                Ku naszej uciesze radio w aucie działało i w schowku znaleźliśmy parę płyt. Po chwili jechaliśmy w rytm starych ballad rockowych. Zapomniałam już jak cudownie brzmi muzyka, nawet jeżeli nie był to mój ulubiony gatunek to sama myśl o tym, że była nagrywana w normalnych czasach dawała do myślenia. Czy kiedyś jeszcze mogło być normalnie?
                Przejechaliśmy parędziesiąt kilometrów na południowy zachód i obserwowaliśmy bacznie drogi. Nie chcieliśmy na nikogo wpaść, a przy okazji wciąż szukaliśmy działającego auta. Szczęście ponownie się do nas uśmiechnęło, bo w końcu trafiliśmy na parking pośrodku lasu, przy którym stała nieduża, drewniana jadłodajnia o wdzięcznej nazwie „Pod Szopem”. Na parkingu stało zaparkowanych kilka aut, ale też szwendały się tu trupy. Wyskoczyliśmy wszyscy poza Irkiem, który zasnął podczas jazdy i wzięliśmy się za przeszukiwanie obszaru.
                Ja ruszyłam wraz z Krystianem i bratem do środka lokalu, żeby zobaczyć, czy możemy znaleźć tu coś ciekawego. Otworzyłam ze skrzypnięciem drzwi i z nożem w ręku wkroczyłam do środka. Nie czułam się zbyt pewnie przeszukując takie miejsca, więc zaraz obok mnie był Krystian z młotkiem w ręku. Marek ubezpieczał tyły, wciąż był wyczerpany po niewoli i nie chciałam, żeby głupio się narażał, ale miał w ręku pistolet, żeby w razie czego pomóc nam w nieciekawej sytuacji. Był dobrym strzelcem. Za czasów, kiedy jeszcze nie rozdzieliliśmy się, a ja nie wpadłam na Potwora, pojazd Łowcy, to właśnie on posługiwał się bronią palną. Mi osobiście brakowało łuku, którego niestety nie wzięłam z Ostoi. Miałam nadzieję, że znajdę jakiś po drodze.
                Wnętrze baru było ciemne, więc nie mogliśmy zauważyć wszystkiego. Moje oczy zarejestrowały jednak ruch i szybko usłyszeliśmy charakterystyczne jęki wydawane przez zombie. Zauważyliśmy na razie trzy – jeden był przygnieciony powalonym stołem, a dwa pozostałe krzątały się za barem. Krystian pokazał mi ręką, żebym zajęła się tym przygniecionym, a sam ruszył do pozostałych dwóch. Podeszłam dosyć pewnie, ale straciłam równowagę na czymś, co chrupnęło obrzydliwie. Prawdopodobnie była to czaszka innego trupa.  Straciłam równowagę, ale nie upadłam. Wpadłam za to w łapy zombiaka przygniecionego stołem. Złapał mnie dosyć mocno za kostkę, swoją zakrwawioną ręką i próbował ugryźć. Chwyciłam nóż jedną, zdrową ręką i całym ciężarem ciała zamachnęłam w stronę jego czaszki.  Nóż napotkał pewne przeszkody, ale ostatecznie wszedł w środek i dotarł do mózgu. Zombie znieruchomiał, a ja podniosłam się szybko i rozejrzałam, czy nie ma tu jeszcze jakiegoś wroga. Krystian właśnie dobijał jednego z zombie o blat baru i również rozglądał w poszukiwaniu kolejnych przeciwników. Nie powinnam była tak ryzykować z złamaną ręką, ale musiałam pomagać innym, inaczej mogliśmy wpaść w poważne tarapaty.
                Główne pomieszczenie baru było jednak już puste, więc ja zaczęłam przeszukiwać pomieszczenie w poszukiwaniu zapasów, a mój brat i mój chłopak poszli na zaplecze. Za ladą znalazłam parę butelek alkoholu. Zapakowałam je do plecaka, który przyniósł tu Marek. Następnie przeszukałam jeszcze szafkę wiszącą na ścianie i znalazłam tam parę listków tabletek przeciwbólowych oraz syrop na kaszel. Je również wzięłam i dołączyłam na zaplecze. Krystian pokazał mi z dumą stertę puszkowanego jedzenia, ładnie zapakowanego, jakby specjalnie tu na nas czekało. Zapasów w wozie nie było zbyt dużo, dlatego znalezienie czegoś takiego umożliwiło nam przeżyciu kilku dni więcej. Co prawda apokalipsa była jeszcze w takim stadium, że jedzenia było sporo, szczególnie puszkowanego, ale jednak takie miejsca najczęściej były już przeszukane. Dlatego tak się cieszyłam.
                Opuściliśmy budynek w dobrych humorach, które poprawiły się jeszcze bardziej, gdy tylko wyszliśmy na parking i usłyszeliśmy ryk silnika. Jedno z aut działało i co najlepsze miało spory zapas benzyny. Zapakowaliśmy wszystkie znaleziska właśnie tam i rozdzieliliśmy na dwie grupy. Jedzenia i picia mieliśmy sporo, ale wciąż pozostawał problem benzyny. Jeżeli chcieliśmy zajechać gdzieś dalej, koniecznie musieliśmy pomyśleć o znalezieniu jakichś kanistrów i uzupełniniu ich benzyną.
                Nowym autem ruszyła Łapa, Miczi, Młoda oraz Irek. Ja, mój brat, Krystian oraz Marta zapakowaliśmy się do starego. Jechaliśmy obok siebie, bo jeżeli teraz byśmy się rozdzielili to byłoby naprawdę nieciekawie. Wystarczyło już to, że Bobru i reszta został w Ostoi. Właściwie czułam się trochę głupio, że dołączyłam do jego grupy, a następnie zabierając parę jego ludzi uciekłam, ale miałam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy.
                Z racji iż uciekliśmy w nocy to spaliśmy do popołudnia i teraz po przeszukaniu parkingu i przejechaniu parudziesięciu kilometrów zaczynało się robić ciemno. Musieliśmy szukać powoli miejsca na nocleg. Łapa chyba też o tym wiedziała, bo gdy tylko zauważyła tabliczkę niedużego miasteczka skręciła w jego stronę i wyraźnie zwolniła, żeby się rozejrzeć. Trzymaliśmy się parę metrów za nimi i również się rozglądaliśmy. Wioska, do której zajechaliśmy miała szeregi domków po lewo i po prawo od nas. Były to typowe gospodarstwa i było ciężko wybrać, któryś konkretny dom bo wszystkie były takie same. Łapa jednak szukała czegoś konkretnego, bo nie zatrzymywała się jeszcze.
                Po paru minutach zajechaliśmy autami przed sporym, piętrowym domkiem rodzinnym. Był ogrodzony płotem, a na podwórzu stały dwie stodoły oraz garaż. Szwendało się tu też sporo zombie, ale miejsce wydawało się być dobre do spędzenia tu nocy. Wysiedliśmy z samochodów i stanęliśmy obok siebie, żeby szybko zaplanować jak ma przebiec ta akcja.
- Musimy oczyścić cały teren, żeby nie było niespodzianek, gdy położymy się spać – zaczęła Łapa.
- Czemu wybrałaś akurat ten dom? – zapytałam zaciekawiona.
- Magda… Potrzebujemy odpoczynku, czeka nas długa droga, a ja chociaż nie lubię wygód to ich teraz zdecydowanie potrzebuje. Zresztą, z tego co się orientuje to jest łowiecki domek letniskowy, więc przy odrobinie szczęścia znajdziesz tutaj łuk – powiedziała, po czym uśmiechnęła się. Było miło, że o tym pomyślała.
- Wracając jednak do ciebie – i w tym momencie odwróciła się do Irka – chciałeś nam pokazać tą swoją „super moc” – ostatnie słowa zaakcentowała z lekką pogardą.
- Nie wierzysz, że jestem wyjątkowy? – odpowiedział pytaniem mężczyzna, uśmiechając się pod nosem.
- Ależ oczywiście, że wierzę – odpowiedziała – Ale jestem osobą, która lubi zobaczyć na własne oczy, te niezwykłe rzeczy.
                Wtedy usłyszeliśmy strzał. Krystian krzyknął, żebyśmy wszyscy położyli się na ziemię i schowali, ale nie było to potrzebne, bo wszyscy machinalnie znaleźli się na ziemi. Strzał był dosyć odległy, ale i tak nie ruszaliśmy się chwile, żeby zlokalizować kto i skąd strzelał. Całe szczęście nie strzelano do nas, więc wciąż mieliśmy element zaskoczenia. Było już dosyć ciemno, więc jeżeli ktoś nie podszedłby wyjątkowo blisko nas, to nie zauważyłby nas.  Młoda oddychała ciężko, widocznie wystraszona sytuacją, ale Łapa pogłaskała ją po włosach i szepnęła coś na ucho.
                Sama zastanawiałam się, kto mógł oddać strzał. Czyżby ludzie z Torunia nas gonili? A może to po prostu przypadkowy ocalały, który walczył gdzieś w wiosce. Z tamtej strony słychać było strzał, a po chwili kolejny. Jeżeli był tam, to oznaczało prawie na pewno, że zauważył lub usłyszał jak jechaliśmy. Wyciągnęłam pistolet i przeturlałam się pod auto.  Zombie jęczały teraz coraz głośniej i wiedzieliśmy, że jeżeli zaraz czegoś nie zrobimy to będziemy odcięci i zagryzieni i to w prawie całkowitej ciemności.
                Łapa w końcu przejęła inicjatywę, kiedy tylko usłyszeliśmy kroki na ulicy, którą tu przyjechaliśmy, tuż za bramą. Podbiegła do auta i włączyła światła, po czym oddała strzał w tamtą stronę. Młodą zapakowała na tylne siedzenie i zamknęła drzwi. Kiedy światło oświetliło drogę, zobaczyliśmy na niej trzech mężczyzn, wszyscy ze strzelbami myśliwskimi i ubrani jakby na polowanie. Łapa trafiła jednego z nich w ramię, a ten zatoczył się i upadł trzymając w miejscu, w którym dostał.
                Dwóch pozostałych nie było dłużnych i wystrzeliło w naszą stronę. Schowaliśmy się za autem i usłyszeliśmy tylko dźwięki pocisków przebijające blachy samochodu. Krystian i Marek odwrócili się i zaczęli walczyć z zombie, które były tuż za nami. W tym czasie cała reszta oddawała strzały. Jedna z kul myśliwych drasnęła Miczi w ramię, więc ta schowała się bardziej i zaczęła przeładowywać broń. Trójka mężczyzn zajęła pozycję przy płocie i stamtąd oddawała co chwilę strzały. Sytuacja była nieciekawa, zombie z tyłu, ocalali z przodu, a huk strzałów mógł zwabić w tą okolicę jeszcze więcej trupów.
                Co najgorsze z przodu również zaczęły nadchodzić zombie, które wychodziły z stodoły i człapały powoli w naszą stronę. Strzelałam tuż przy Łapie, ale mężczyźni mieli lepsze pozycje i po prostu trzymali nas blisko aut. Jeżeli ktoś próbował odchodzić w lewo i prawo to ci machinalnie oddawali tam parę strzałów i trzymali nas w jednym miejscu. Mieli nas w pułapce, bo zombie nadchodziły z każdej strony i w końcu oprócz strzelania w oprawców, musieliśmy też używać broni białej do zabijania zombie.
                Irek kucnął przy nas i wychylając się oddał parę strzałów.  Nagle odezwał się do Łapy.
- Słuchaj mam plan, musisz mi tylko pomóc, a załatwię ich – krzyczał, próbując być głośniejszy od chaosu panującego wokoło.
- Jaki masz niby plan?
- Pobiegnę do przodu i zaatakuje zombie. Wtedy dam się ugryźć i jak zombie mnie powali to zastrzelisz go. Zostawicie mnie i pobiegniecie w stronę domu. Jak myśliwi zaczną was gonić i podejdą do mnie to ich zabije – wytłumaczył, jakby to była najzwyklejsza czynność na świecie i jakby robił ją codziennie.
- Dasz się ugryźć? Pojebało cię? Nie po to cię ratowaliśmy, żebyś się teraz poświęcał! – krzyknęła, a kolejne strzały uderzyły blisko nas.
- Po prostu to zrób, kurwa! – wrzasnął, po czym nie czekając na reakcję pobiegł do jednego z zombie z przodu i złapał go. Nie trzeba było czekać długo. Zombie odwrócił się i ugryzł go prosto w kark. Irek upadł, a Łapa nie wiedząc, co powiedzieć po prostu strzeliła w głowę trupa i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na to jak Irek upada, a zombie spada na niego. Nasz nowy towarzysz znieruchomiał i zamknął oczy.
- Co za idiota… - powiedziała Łapa – Tak czy siak musimy się wycofać. Wszyscy! Do tyłu! Przebijcie się do domku!
                Wszyscy posłuchali. Gdy tylko strzały ustały na chwilę, prawdopodobnie w momencie, kiedy myśli postanowili przeładować, całą siódemką ruszyliśmy w stronę domu po drodze zabijając trupy strzałami w głowę. Nie mieliśmy teraz czasu na walkę bronią białą, ale strzelanie też nie było zbyt mądre, bo amunicji nie mieliśmy zbyt dużo. Jeszcze trochę i będziemy musieli uciekać naprawdę daleko. Co prawda myśliwi też wystrzelali dużo nabojów, a nieograniczonych rezerw mieć nie mogli.
                Byliśmy już przy drzwiach, kiedy zobaczyliśmy jak myśliwi przechodzą przez bramę. Tym razem oni zajęli pozycję przy naszych autach, a my uciekaliśmy już do środka i zamykaliśmy za sobą drzwi. Ktoś szybko zapalił latarkę, ale wnętrze wydawało się czyste, przynajmniej w korytarzu wejściowym. To rzeczywiście musiał być domek łowiecki, bo wisiały tutaj głowy różnych zwierząt, niczym trofea. Kolejna salwa strzałów przebijała się przed drzwi i wybiła jedno z okien, ale my byliśmy już w całkiem bezpiecznej pozycji.
                Słyszeliśmy kolejne strzały, ale tym razem z innej broni. Widocznie skończyła się im amunicja do strzelb. W końcu po pięciu minutach wszystko ucichło. Nie wiedzieliśmy jednak, czy dom nie ma innych wejść, więc dalej czekaliśmy w holu, bojąc się podejść do okna. Serce biło mi jak szalone i czułam, że zaraz nie wytrzymam. Teraz słychać było tylko odgłosy naszych, mieszających się oddechów.
                Nagle jednak do serenady naszych oddechów dołączył nowy dźwięk. Kroki na werandzie domu. Wszyscy wymierzyli w stronę drzwi, ale zamiast prób wyważania, lub czegoś podobnego, usłyszeliśmy pukanie. Młoda i Marty przycisnęły się bliżej ściany przestraszone, a reszta wciąż celowała. W końcu drzwi się otworzyły ze skrzypnięciem, a stanął w nich nie kto inny jak Irek. Gdy nas zobaczył podskoczył lekko.
- Jezu Chryste, ależ mnie wystraszyliście – powiedział zamykając za sobą drzwi. W ręku trzymał strzelby myśliwych.
                Nie wiem kto zdziwił się bardziej na jego widok. Wszyscy chyba równie mocno otworzyli usta i oczy ze zdziwienia.
- Ty żyjesz? – zapytała cicho Łapa.

- Jasne, że żyje. Mówiłem, że jestem wyjątkowy prawda? – powiedział szczerząc się – Ale przyznam, że przyda mi się pomoc. Chodźcie do któregoś pokoju i pomóżcie mi zatamować krwawienie. No co tak stoicie? Proszę was, głupio by było zginąć od wykrwawienia się – Gdy to powiedział minął nas i otworzył pierwsze z drzwi. W milczeniu poszliśmy za nim.