sobota, 5 kwietnia 2014

Rozdział 16: Egzekucja

Dosyć mocny rozdział i całkiem długi. Mam nadzieję, że będzie wam się dobrze czytało. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 16: Egzekucja


                Egzekucja Daliona miała odbyć się następnego dnia wieczorem. Do tego czasu wszyscy rozeszli się, żeby przeżywać to na swój sposób. Zastanawiałem się czy podjęta decyzja jest dobra. Było ciężko. Najbardziej dotknęło to Miczi, bałem się, że dziewczyna nigdy mi tego nie wybaczy. W końcu, jak się odwdzięczyłem za to, jak mi pomogła.
                 Wróciłem do domu i praktycznie cały dzień spędziłem na przemyśleniach. Czasami dosiadała się do mnie Natalia lub przychodził Kiciuś. Nie miałem humoru ani sił na rozmowę z nimi. Bałem się. To co budowałem przez ostatnie tygodnie, mogło rozsypać się tak szybko. Musiałem coś zrobić, bo inaczej myśli zjedzą mnie. Wiedziałem, że wychodzenie poza granicę obozu było głupotą, ale musiałem coś z sobą zrobić i przy okazji spróbować porozmawiać z Miczi.
                 Pod wieczór postanowiłem zejść do piwnicy i porozmawiać z Dalionem. Siedział on w ciemnościach, przy jednej świeczce. Był przywiązany łańcuchem w okolicach nogi i wyglądał naprawdę żałośnie. Usiadłem na podłodze naprzeciwko więźnia i zacząłem dialog :
— Dalionie co się z tobą stało? Dlaczego to zrobiłeś? – Wiedziałem, że poinformowali go już o egzekucji, więc nie było sensu przypominać mu o tym. Byłem ciekaw czy powie mi coś o tym co zrobił. Czekałem bardzo długo w ciszy, kiedy usłyszałem, zachrypnięty od nieużywania, głos młodego:
— Ludzie z Grabówki. Pamiętasz tych, których spotkaliśmy? Teraz pamiętam, jak spotkałem jednego z nich w uliczce. Odciął mi dłoń, a ja go zabiłem. Potem krwawiłem i błąkałem się, aż w końcu oni mnie uratowali…
                Zdziwiło mnie to wyznanie. Przez cały czas Dalion mówił, że nic nie pamięta, a teraz albo zebrało mu się na wyznania przed śmiercią albo rzeczywiście nic nie pamiętał i mu się przypomniało. Zaciekawiony spytałem :
— Jacy oni? O kim mówisz?
— Biegłem przez las w waszym kierunku. Widziałem jak odjeżdżaliście, ale nie miałem siły krzyczeć. Zostawiliście mnie, a wtedy oni mnie znaleźli. To wszystko zostało zaplanowane – wymamrotał.
— Co zostało zaplanowane? Możesz odpowiedzieć?
— Znalezienie mnie. To oni kazali mi na was czekać pod wieżą. To oni byli na moście i okaleczyli Eryka.
Zamarłem. Spytałem ostrożnie :
— Chodzi ci o Łapę?
— O tak piękna Łapa. Pomogła mi, więc ja pomogłem jej.
— Więc to jednak ty zabiłeś Eryka. Wszystko w ramach  pieprzonej gry jakiegoś chorego śmiecia? –    Byłem coraz bardziej wkurzony. Po tym jak go uratowaliśmy od śmierci w lesie, odpłacał nam się takim czymś. Gdzieś głęboko miałem nadzieję, że okaże się, iż to nie on jest zabójcą, a jakiś niestworzony szpieg, który zakradł się na ten teren.
— Łapa jest kobietą. Odbije ten obóz. Jest tu więcej niż jeden zdrajca, Bobru.
Powstrzymywałem się od uderzenia go. Nagle dotarł do mnie sens słów, które do mnie powiedział:
— Zdrajca? Ty jesteś jedynym zdrajcą Dalionie i jutrzejszego wieczora będziesz martwy.
                To mówiąc opuściłem piwnicę. Byłem tak zdenerwowany, że poszedłem do lodówki po jeden z browarów Alexa i usiadłem przy stole. Co miałem teraz zrobić? Ktoś jest zdrajcą, ale kto? Czy jego słowa były prawdziwe? Musiałem obserwować każdego uważnie, jak najuważniej umiałem. Szykował się ciężki dzień. Zastanawiałem się czy Łapa mogła być kimś kto pomaga Alexowi. Nie wiedziałem gdzie on się znajduje aktualnie. Pogrążony w obawach poszedłem spać, uwcześnię sprawdzając czy wszystkie bramy mają strażników.
                 Przystanąłem też przy Kiciusiu, który, pod jednym z drzew na podwórzu, kopał grób Eryka. Poczułem smutek i żal. Mój przyjaciel stracił bliskiego, tylko przez moją głupotę. Powinienem pozwolić zabić Daliona już pod wieżą. Nikt z osób, które tam ze mną były go nie znał i przy odpowiednim zagraniu, Miczi nie dowiedziałaby się o tym. Sam zdziwiłem się z tego, jakie myśli pojawiają się w mojej głowie.  Próbując nie myśleć o niczym zasnąłem.
                Następnego dnia obudziłem się sam. Musiało dochodzić południe bo słońce na niebie było już wysoko. Dzień był piękny, kompletnie nie pasujący do wydarzeń, które miały się dzisiaj zdarzyć. Gdybym mógł, leżałbym pod kołdrą cały dzień. Wstałem jednak i ubrałem się. Poddasze było puste, nikt już nie spał. Wszyscy byli na nogach. Zszedłem na dół i spotkałem przy stole Natalie. Przywitałem ją pocałunkiem i spędziliśmy kolejne trzydzieści minut na rozmowie i jedzeniu. Jeżeli bała się dzisiejszego dnia, to zręcznie to ukrywała.
                 Po spożyciu posiłku wyszedłem z domu. Na ganku siedział Erni z Nieznajomą. Rozmawiali o czymś, więc tylko skinąłem głową, na znak przywitania. Dzisiejszy dzień był dosyć ciepły. Mimo to chodziłem ubrany w grubą bluzę i porządne spodnie. Na placu pomiędzy domami, stał Sołtys, który rozmawiał o czymś z Jolą. Przy bramach siedzieli Gigant, Szpieg, Goku, Robert oraz Piotr. Czy naprawdę, któryś z nich mógł być zdrajcą? Miczi i Damiana nigdzie nie widziałem, prawdopodobnie siedzieli w domach. Kiedy Gigant mnie zobaczył zawołał mnie. Podszedłem do niego i  przywitałem się. Widziałem,  że ma do mnie jakaś sprawę więc poczekałem grzecznie na to, aż zacznie mówić :
— Słuchaj, wiem, że sytuacja w obozie jest napięta i w sumie nawet siedząc tu, przy ogrodzeniu, ryzykujemy nasze  życia, ale musisz o czymś wiedzieć. Kiedy spałeś, słyszeliśmy strzały dochodzące z głównej ulicy. Nawet z tak daleka mogliśmy rozpoznać samochód, którym uciekł Alex. Był tam jakieś dwie godziny temu. Nie uważasz, że oprócz Daliona, moglibyśmy też pozbyć się drugiego zagrożenia za jednym razem? Wyruszylibyśmy tam zaraz, wzięli parę pistoletów, wiatrówek i zobaczyli czy kogoś znajdziemy. Może nawet byśmy znaleźli jakieś zapasy.
                Alex, Łapa, Dalion i jeszcze inny zdrajca z obozu. Czy mógł to być Gigant? Pomógł nam w wielu przypadkach, czy naprawdę próbowałby zaprowadzić mnie w środek pułapki? Niemożliwe. „Nie ufaj nikomu”, przypomniałem sobie, własne słowa, którymi dodawałem sobie otuchy, biegnąc po Kiciusia. Komuś jednak musiałem zaufać, nie wierzyłem, że w całym Obozie nie ma osoby, której mógłbym ufać. Gigant na pewno był moim przyjacielem, więc wtajemniczyłem go szybko w to o czym rozmawiałem z Dalionem, wczoraj wieczorem. Wysłuchał mnie uważnie po czym dodał, że będzie obserwował wszystkich i jeżeli zauważy coś niepokojącego, zawiadomi mnie. Podziękowałem mu i powiedziałem :
— Co do Alexa, warto sprawdzić czy jest w pobliżu tej drogi. Kiedy mnie nie będzie, chcę żebyś przypilnował wszystkiego i w razie przedłużenia się sprawy na drodze, wykonał egzekucję Daliona. Wezmę ze sobą Cinka, Kiciusia i Natalie. Wrócimy jak najszybciej to będzie możliwe.
                Następnie pożegnałem się z nim i zawołałem moich przyjaciół. Zorganizowaliśmy się szybko, w końcu dni były coraz krótsze, a musieliśmy być na wieczór w obozie. Wychodząc przez jedną z bram zobaczyłem Miczi. Opuszczała akurat swój dom. Widać było, że dużo ostatnio płakała. Spojrzała na mnie ze złością. Wiedziałem, że jest na mnie zła z powodu mojej decyzji. Musiałem się pogodzić z tym, że prawdopodobnie, długo mi nie wybaczy. Opuściłem obóz, rozglądając się. Ulica wydawała się czysta. Słońce wisiało jeszcze dosyć wysoko na niebie, więc byłem pewien, że mamy dobre trzy godziny do zmroku. Obserwowałem jak Robert zamyka za nami bramę i miałem to dziwne wrażenie, że coś złego się stanie. Otrząsnąłem się z tego szybko i ruszyłem szybkim krokiem z resztą w stronę drogi krajowej, którą całkiem niedawno szedłem wraz z Goku oraz Cinkiem. Cała nasza czwórka była uzbrojona. Kiciuś jako jedyny niósł karabin, nie było ich dużo, lecz warto było mieć pod ręką coś takiego. Ja z Cinkiem mieliśmy po pistolecie, a Natalia przewieszoną przez plecy wiatrówkę. Zdałem sobie sprawę, że nie mam swojego noża. Musiałem go zostawić przed wejściem do piwnicy w której wczoraj, przesłuchiwałem Daliona. Całe szczęście, moi towarzysze pomyśleli o tym i byli wyposażeni w bronie białe.
                 Po około dziesięciu minutach doszliśmy do zakrętu na drogę. Już stąd widziałem dym oraz słyszałem jęki zombie. Ruszyliśmy w rządku wzdłuż ulicy i zobaczyliśmy coś strasznego. Leżał tu wrak auta, z którego unosiła się strużka dymu. Widziałem też grupkę szwendaczy, która jadła dwa trupy. Z bijącym sercem, dałem znak reszcie, żeby je powoli i skutecznie wykluczyć. Zaczął Cinek, który biorąc w rękę nóż skoczył do jednego ciała i dźgał posilające się trupy. Celował całkiem nieźle, a zajęte konsumowaniem ciała zombie nie zdawały sobie sprawy, że jesteśmy tuż za nimi. Drugą grupką zajął się Kiciuś wraz z Natalią. Mój przyjaciel i druga bliska mi osoba, cięły równo, ramię w ramię, oczyszczając powoli ulicę z zagrożenia. Widziałem, że z strony wylotowej na Białystok czołgają się kolejne. Zobaczyłem też plamy krwi ciągnące się od wraka samochodu, aż do lasu. Nie mogły należeć do zombie. Krew była znacznie jaśniejsza i mniej zanieczyszczona. Kiedy Cinek zatłukł dziesięciu martwiaków, ruszył w moją stronę podchodząc do kolejnych. Wiedziałem, że dobrze mieć takiego sojusznika jak on. Był dobrze zbudowany, silny i szybki. Jego jedyną wadą był rozum. Wiedziałem, że często robił głupie rzeczy, ale umie wyciągnąć dobre wnioski. Popędził w stronę pierwszego zimnego i pewnym cięciem, wbił mu nóż w oko. Kolejny poleciał do tyłu, gdy został kopnięty. Marcin doskoczył do niego i zadał mu śmierć, poprzez trzy szybkie pchnięcia w twarz. Następnego wykończył potężnym zamachem, który zakończył się tym, że ostrze przecięło gardło i utknęło w środku. Wyjął je i powalił kolejną ofiarę na ulicę. Ja z wyciągniętą bronią obserwowałem linię lasu i pilnowałem pleców moich przyjaciół. Musiałem się liczyć z tym, że jeden z nich w końcu nie trafi. Trafili jednak.
                 Ulica po parunastu minutach walki i dobijania, była czysta. Podszedłem do pierwszego z ciał i rozpoznałem natychmiast jednego z przydupasów Alexa. Auto również należało do niego, był to jeden z furgonów, które ukradł, uciekając z polany. Drugiego człowieka nie poznałem. Był to jakiś starszy mężczyzna. Miał rozszarpany brzuch i wyjedzone połowę wnętrzności. Śniadanie podeszło mi do gardła. Wyglądało to naprawdę nieciekawie. Pomimo tak wielu widoków podczas tej całej apokalipsy, nigdy nie widziałem niczego brutalniejszego. Kolejną godzinę spędziliśmy na przeszukiwaniu miejsca. W wraku auta, znaleźliśmy trochę zapasów, całe szczęście Cinek miał ze sobą plecak więc zapakowaliśmy je do środka. Zbadaliśmy również ślad krwi, który musiał należeć do Alexa. Krwawił dosyć obficie, więc nie mógł być daleko. Ruszyliśmy w las.
                 Krew było ciężko zauważyć, szczególnie, że powoli robiło się ciemno. Byliśmy tak blisko wykończenia go, a zarazem nie mogliśmy go znaleźć. Byłem ciekaw co spowodowało wypadek i czy tak naprawdę Alex nie padł ofiarą innych ocalałych. Może Łapa go dorwała? Nie było dane mi tego wiedzieć. Musieliśmy wrócić do drogi i zostawić trop Alexa. Prawdopodobnie konał on teraz gdzieś pod jakimś drzewem w środku lasu. Wołając resztę wróciliśmy do drogi głównej, której się trzymaliśmy, żeby nie zgubić się. Robiło się ciemno a oddaliliśmy się od obozu.
                 Przez chwilę poczułem ponownie niepokój. Wiedziałem, że teraz jesteśmy mocno wystawieni na ataki. Jeżeli Łapa by nas teraz otoczyła wraz ze swoimi ludźmi to bylibyśmy martwi. Jak na zawołanie usłyszałem dźwięk pędzącego samochodu. Przerażenie odebrało mi na chwilę władzę w nogach i umiejętność racjonalnego myślenia. Cinek krzyknął, żebyśmy chowali się do krzaków bo nie wiadomo czy jadąca osoba jest pokojowo nastawiona. Ukryliśmy się szybko przy drzewach, z racji iż krzaki były już w większości łyse i pozbawione liści. Obserwowaliśmy.
                 Nagle zobaczyliśmy daleko na drodze samochód. Natychmiast zauważyłem, że osoby, które w nim są nie mają dobrych zamiarów. Auto pędziło z zawrotną prędkością, lecz mimo tego dostrzegłem, że osoby siedzące z tyłu, na czymś w rodzaju otwartego bagażnika, mają w rękach broń. Kiedy nas minęli wstałem i natychmiastowo zerwałem się do biegu. Wiedziałem dokąd jadą. Moi przyjaciele też to wiedzieli, ponieważ również zerwali się do sprintu. Chyba w życiu nie biegłem tak szybko. Z każdym kolejnym metrem czułem narastające obawy. W końcu po paru minutach sprintu, nie dawaliśmy rady dalej biec, więc zwolniliśmy trochę. Byliśmy jednak już w okolicach mostu. Widzieliśmy z daleka światła Obozu. Ostatnie chwile wysiłku i będziemy na miejscu. Wszyscy byliśmy wykończeni biegiem, ale nikt nie próbował nawet się zatrzymywać. Wiedzieli, że auto pojechało w stronę obozu.  Już stąd słyszałem odległe strzały. Zaczęło się, pomyślałem, skręcając w ostatnią uliczkę, prowadzącą prosto do domu.
                 Widziałem już z daleka samochód i coraz głośniejsze dźwięki strzałów. Kiedy dobiegliśmy na miejsce zamarłem. Północna brama była rozbita, a w niej stało auto. My dostaliśmy się na nasz teren od południa,  widzieliśmy, że przy każdym z domów stoją nasi przyjaciele. Strzelali, broniąc pozycji. Wrogowie byli po drugiej stronie, przy domku Kiciusia, Miczi oraz tym zajmowanym przez Damiana. Już na samym wejściu zauważyłem pierwsze ciało. Należało ono do Piotra. Musiał zauważyć wrogów pierwszy i dostać kulkę, stojąc przy ogrodzeniu. Strzał dosięgnął go prosto w głowę. Widziałem dziurę w miejscu gdzie kiedyś było jedno z jego oczu. Ogarnął mnie gniew. Widziałem jak Kiciuś staje na środku, pomiędzy domami i pakuje serią w tamtych. Przy jeden z ścian stał Sołtys wraz z Nieznajomą. Ucieszyłem się na ich widok. Zamarłem, gdy zobaczyłem ilość osób, które do nas strzelały. Przy jednym z domów stała dziewczyna, bardzo ładna, niewiele starsza ode mnie. Miała na sobie czarny strój i sporą spluwę w rękach. To musiała być Łapa. Próbowałem ją trafić, ale ostrzał był zbyt gwałtowany, żebym mógł się wychylić i przycelować. Musiałem bronić moich ludzi. Widziałem Giganta, który stał przy zachodniej bramie i tłukł pięściami jednego z wrogów. Korzystając z zamieszania ruszyłem na prawo, żeby spróbować okrążyć ludzi Łapy.
                 Gdy tylko przekroczyłem róg zobaczyłem jednego z wrogów. Był to mężczyzna, dosyć wysoki, przypominający z wyglądu Giganta, tylko bez zbroi i miecza, a z karabinem. Kiedy mnie zobaczył od razu zaczął strzelać. Jak najszybciej wróciłem za róg, ale poczułem, jak jeden z strzałów trafia mnie w okolicach piszczela. Ból był potworny, a ja leżałem unieruchomiony czekając na to aż wróg po mnie przybiegnie. Czemu to musiało się kończyć w ten sposób? Moi przyjaciele ginęli, a ja jak zwykle chciałem zostać bohaterem i za chwilę miałem przypłacić to życiem.

                Kroki nadal się zbliżały i usłyszałem wystrzał. Zamknąłem oczy, lecz nie poczułem bólu.  Zza rogu wypadł nagle mężczyzna, który mnie postrzelił i upadł ciężko na ziemię. Widziałem jak próbuje coś mówić, ale rana postrzałowa, która przebiła mu płuco, uniemożliwiała mu to. Próbował jeszcze coś zrobić i mnie dosięgnąć, kiedy nie czekając na lepszą okazję wystrzeliłem mu prosto w twarz. Nagle usłyszałem dźwięk odpalanego silnika. Odjeżdżali. Łapa nas zostawiła. Rzeczywiście, chwilę później zobaczyłem auto, jadące w tą stronę, z której niedawno przyszliśmy z Kiciusiem, Natalią oraz Cinkiem. Nie wiedziałem dlaczego odjeżdżają, nie rozumiałem również tego, kto mnie uratował. Wiedziałem, że pewnie połowa moich przyjaciół nie żyje. Nagle usłyszałem szelest i zobaczyłem czołgający się w moim kierunku zwłoki. Widać było, że człowiek, którym kiedyś był sunący się trup, został ugryziony w bark. Celując w zombie obolałą ręką, wstrzymałem się. Nastała cisza, a ja obserwowałem jak szwendacz zbliża się do mnie. Spojrzałem w dobrze mi znaną twarz i zacząłem krzyczeć. Wrzeszczałem jak opętany i wystrzeliłem po czym zacząłem płakać jak dziecko. Tak właśnie skończyłem cierpienia Gokujina, który opadł na trawę obok mnie i już się nie ruszał.

poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 15: Głosowanie

Nadszedł czas ciężkiej decyzji. Czas dużego poróżnienia i moment, w którym nikt nie kładzie się spać bez broni pod ręką. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba. Po przeczytaniu standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 15: Głosowanie


                Zima nadchodziła wielkimi krokami. Ciepłe listopadowe poranki minęły i nadszedł grudzień. W tym miesiącu postanowiłem, że zacznę pilnować obozu na równi z innymi. Po tym co stało się z Erykiem, zająłem bramę, której pilnował i od tego czasu, spędzałem tam długiego godziny na obserwacji terenu. Czasami podchodził do mnie ktoś, aby zamienić parę słów, ale większość czasu ludzie spędzali w domach. Stan Eryka nie poprawił się od dwóch dni. Wciąż leżał, śpiąc bądź też majacząc w gorączce. Przy ogrodzeniu nie miałem większych problemów, raz podpełzał pod nie zombie, ale poza tym było spokojnie.
                W głowie wciąż widziałem kartkę papieru z wiadomością od tajemniczego Łapy. Co miał na myśli pisząc o tym, że będzie okaleczał moich przyjaciół, jeżeli się stąd nie wyniesiemy? Sprawę przedstawiłem na razie tylko Sołtysowi, nie skomentował jednak jej, uważając, że to zwykłe odgrażanie się. W sumie miał w tym sporo racji. Przez zimno, nikt nie opuszczał granic obozu a gdyby nas zaatakowano przez ogrodzenie, na pewno byśmy się obronili, mieliśmy znacznie lepsze pozycje.               
                Zastanawiałem się jak trupy zareagują na zimno. Teoretycznie powinny być na tyle spowolnione lub zmrożone, że nie będą stanowiły żadnego zagrożenia. Nie wiedziałem jednak, czy mogą żyć bez jedzenia. Co prawda cała ich marna egzystencja opierała się na pożeraniu ludzi, ale czy tak naprawdę muszą to robić? Czy przeżyją trzy miesiące zimna, czy może po prostu wszystkie zginą? Tego nie wiedziałem i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem. Teraz zdałem sobie sprawę, z tego ilu jeszcze rzeczy nie wiemy. Gdzie i jak to się zaczęło? Pogrążony w takich myślach, siedziałem godzinami broniąc obozu.
                 Trzeciego dnia po wypadku Eryka obudziły mnie krzyki. Zerwałem się jak oparzony, myśląc o tym czy słowa Łapy jednak się sprawdziły. Hałas było słychać z zewnątrz. Przez chwilę nie mogłem ogarnąć wzrokiem tego co zobaczyłem przed lecznicą. Kiciuś był trzymany przez Giganta, a Cinek przez Goku oraz Szpiega. Scenie przyglądało się jeszcze parę osób. Tuż przed nimi stała Miczi, zasłaniająca całą sobą Daliona, który leżał zakrwawiony na ziemi. Poza tym ostatnim faktem wyglądało to całkiem zabawnie, szczególnie Marcin próbujący usilnie kopnąć Daliona lub stojącą przed nim dziewczynę. Podbiegłem do nich i zapytałem :
— Co wy wyprawiacie?
                Pierwszy odpowiedział Cinek, który  powoli tracił siły na wyrywanie się z rąk przyjaciół :
— Ten skurwiel zabił Eryczka! Poderżnął mu gardło jak jakiemuś pierdolonemu świniakowi! – wywrzeszczał pokazując nogą w kierunku Daliona.
— Co takiego?! – zapytałem.
— Dzisiaj rano Jolka znalazła ciało Eryczka. Miał otwarte gardło jakby ktoś próbował do niego wejść i się tam schować! – wrzeszczał dalej – Puśćcie mnie do cholery, już jestem spokojny.
                Kazałem im puścić zarówno Cinka jak i Kiciusia. Stali tak przede mną a na ich twarzach malowała się nienawiść i żądza mordu.  Spojrzałem na Daliona. Nic nie mówił, a z jego nosa ciekła krew.  Nie wiedziałem co zrobić, spojrzałem na Miczi. Z jej twarzy można było odczytać niepewność. Widać było, że sama nie wie co robi :
— Musicie wszyscy się uspokoić. Skąd wiadomo, że to Dalion? – spytałem, pomagając wstać dla oskarżonego.
Stąd, że widzieliśmy jak wychodzi z lecznicy a chwilę po nim słychać było krzyk Jolki – wytłumaczył Cinek.
— To nie ja! Nie ja zabiłem tego debila, który nie umie nawet na tyle ocenić sytuacji, żeby zawołać kogoś do pomocy, zamiast chodzić samemu na most! – wykrzyknął Dalion.
                Kiciuś podszedł do niego i uderzył z taką siłą, że przez chwilę bałem się, czy go nie zabił. Chłopak upadł na ziemię, a Gigant natychmiast złapał Ernesta, ponownie go unieruchamiając :
— Zaprowadź go do domu Sołtysa i zwołaj tam wszystkich oprócz tych pilnujących ogrodzenia – powiedziałem do Karola – Ty Goku zajmij tymczasowo jedno z pustych miejsc przy bramie i poproś Nieznajomą, żeby zajęła drugie.
                Przyjaciel posłuchał mnie i odszedł wraz z Nieznajomą na zachód, gdzie obie bramy nie były pilnowane. Pozostałych pilnowali aktualnie Robert, Damian oraz Piotr :
— Tymczasem jego zwiążcie i wpakujcie do piwnicy pod domem Kiciusia – powiedziałem, kierując słowa w stronę Daliona.
                Spojrzałem z politowaniem na związywanego i prowadzonego brutalnie Daliona. Znikł on po chwili w drzwiach do domu Kiciusia. Ja powoli ruszyłem w stronę domostwa Sołtysa.  Wystrój wnętrza różnił się odrobinę od pozostałych domów. Było tu stare radio, ładnie wykonane, drewniane meble oraz wielka półka z książkami. Na stole stała butelka ginu. Ludzie schodzili się powoli. W niecałe piętnaście minut w salonie Adama pojawiło się osiem osób. Wszyscy usiedli i czekali. W końcu, zebrawszy myśli, przemówiłem :
— Jak wiecie spotykamy się tutaj z powodu tego co zaszło dzisiejszego ranka – rozpocząłem, patrząc uważnie na resztę – Zanim przejdziemy do głównego celu naszego zebrania chciałbym przedstawić wam wiadomość, którą znalazłem w rękach Eryka, kiedy został okaleczony pod mostem – Co prawda wcale nie znalazłem jej w jego rękach, ale ten fakt pominął. Przeczytałem im całą wiadomość. Jedni wyglądali na przerażonych, inni wymienili tylko spojrzenia. Zastanawiałem się jak przyjmą tą wiadomość – Wracając jednak do sedna sprawy, Dalion został oskarżony o zamordowanie Eryka. Jako, że nie jesteśmy zwierzętami, chciałbym, żeby każdy z was powiedział co myśli o tej sprawie, wtedy zadecydujemy co dalej.
                Pierwszy zaczął Sołtys :
— Powiem szczerze, nie spodziewałem się tego typu zachowania po którymkolwiek z was. Odkąd przybyliście do tego obozu, wszyscy wydawaliście się ludźmi, którym mogę zaufać bezgranicznie. Ludźmi mądrymi, roztropnymi i silnymi. Widać myliłem się, przynajmniej, co do niektórych z was. Po tym jak zapoznałeś nas z treścią wiadomości, nie czuję się już bezpiecznie w granicach tego obozu. Skąd możemy wiedzieć, że nie ma tu kolejnych osób, gotowych zabić nas podczas snu lub choroby? Jeżeli miałbym decydować o losie tego chłopaka to zostawiłbym go w tej piwnicy. Nie ma prawa poruszać się między nami, a może mieć jakieś informacje, które mogą być nam przydatne.
                Wiedziałem, że starzec mówi mądrze. Byłem jednak ciekaw pozycji innych osób w tej sprawie. Kolejny odezwał się Cinek :
Sorry, ale nie kupuję historii w której ten mały debil nam cokolwiek mówi. Już od samego początku zachowywał się dziwnie, w końcu znaleźliście go w lesie prawda? Kto wie, czy nie współpracuje  z Alexem albo, tym całym, Łapą. Ja bym go wypuścił na ulicę bez nóg. Niech czołga się do swoich przyjaciół. Zabić skurwiela. – ostatnie słowa widocznie przelały czarę goryczy, gdyż Miczi natychmiastowo wystartowała w stronę Marcina, próbując go obalić. Całe szczęście w pokoju siedział Gigant, który natychmiast ich rozdzielił. Miczi, z grymasem na twarzy, usiadła ciężko na krześle i czekała na swoją kolej. Wykorzystując to, odezwał się Karol :
— Jestem w waszej grupie od niedawna i przyznam, że nie poznałem Daliona, przed jego, nazwijmy to, przemianą. Nie wiem jakim typem człowieka był, ale widząc z jakim poświęceniem po tym wszystkim go bronisz, jestem pewien, że był dobrą osobą – mówiąc to zwrócił się głównie do Miczi –Decydujemy tu nad jego życiem, jakby był jakimś psem, którego właściciele decydując, czy go uśpić, czy nie. Nie podoba mi się to. Przyszło nam żyć w ciężkich czasach. Świat upadł, ludzie którzy przeżyli są cenni. Nie ma już kogoś, kto nas osądzi i posadzi za kratki. Teraz jesteśmy tylko my i każda para rąk i oczu może zwiększyć naszą szansę na przetrwanie. Od prawie miesiąca nad Polską wisi plaga. Śmierć i spustoszenie. Spójrzcie na nasz obóz. Jest idealny do obrony przed niewielkimi atakami, ale co się stanie jeżeli horda będąca w takim Białymstoku czy chociażby Supraślu przyjdzie tutaj? Setki chodzących trupów? Wtedy każdy przyda się do obrony! Jeżeli chcecie znać moje zdanie, to proszę bardzo. Ja bym go oszczędził. Moglibyśmy go angażować w obronę obozu bez broni palnej, jeżeli jesteśmy podejrzliwi. Noce spędzałby w piwnicy. Wszyscy powinni wtedy czuć się bezpiecznie.
                Po przemowie Giganta poczułem dreszcz. Mówił bardzo mądrze i dalej nie mogłem uwierzyć w to, ile by się zmieniło gdybym nie wpuścił go wtedy do młyna, bądź też zabił. Następny w kolejce do werdyktu był Szpieg :
— Jestem konkretnym człowiekiem, więc przejdę do sedna sprawy szybko. Mimo tego, że szanuję Giganta i jego zdanie, nie mogę żyć w jednym obozie z tak realnym zagrożeniem. Jestem za tym, żeby go zabić.
                Obserwowałem ciągle reakcje Miczi i pomimo powagi sytuacji, zabawne były jej zmiany w mimice twarzy. Raz uśmiechała się smutno, a już chwilę później była zła. Po dwóch głosach skazujących i dwóch uniewinniających, przyszła pora na słowa Natalii :
— Nie chcę mówić tego z jakąś złością, bo wiem, że gdyby nie poświęcenie Daliona ten obóz dalej byłby w rękach Alexa, ale ja również nie potrafię już mu zaufać. Co jeśli kolejnym jego celem stanie się ktoś z nas? Co jeżeli pewnego ranka, obudzimy się i znajdziemy kogoś z poderżniętym gardłem? Boję się. Naprawdę się boję. Chciałabym, żeby on zginął. Eryk był moim dobrym przyjacielem, żądam zemsty i sprawiedliwości. – powiedziała. Nim zdążyłem znowu zaobserwować zmiany na twarzy Miczi, drzwi do domu się otworzyły. Parę osób odruchowo sięgnęło po broń. Była to jednak tylko Jola. Dopiero teraz zauważyłem, że nie było jej od początku. Teraz do mnie dotarło, że musiała się zająć ciałem Eryka. Kobieta usiadła na jednym z wolnych krzeseł. Wytłumaczyłem jej pokrótce, na czym polega głosowanie i o co się rozchodzi. Od razu doszła do głosu :
— Powiem wam szczerze to, o czym wie tylko jedna osoba w tym pokoju, Ernest. Eryk nie przeżyłby paru dni. W nogi prawie natychmiast wdało się silne zakażenie. Musiałabym chyba wyciąć mu wszystko poniżej brzucha, żeby nie rozprzestrzeniało się dalej a w tym stanie nie przeżyłby tego. Chciałam oczywiście, żeby miał czas na ostatnie słowa ze swoimi przyjaciółmi oraz bratem, ale z rana zobaczyłem, że ktoś wyświadczył mu tą przysługę i go zabił. Wiem, że może brzmieć to dosyć brutalnie, ale taka jest prawda. Nie było już żadnej nadziei. Nie zmienia to jednak faktu, że to co zrobił jest straszne. Nie skazywałabym go jednak na śmierć. Może żyć przy nas, tylko odizolowany w piwnicy.
                Kiedy skończyła wiedziałem, że zostały tylko trzy głosy. Zacząłem zdawać sobie powoli sprawę z tego, że zaraz mogę być poddany naprawdę ciężkiemu wyborowi. Na razie jednak słuchałem słów Miczi :
— Jesteście potworni! Sami słyszeliście co powiedziała pielęgniarka! On by i tak zginął. Dalion wyświadczył nam przysługę. Pomyślcie jak Eryk musiał cierpieć. To jego wina, że poszedł tam sam. Gdyby tylko zgłosił to w odpowiednim momencie, prawdopodobnie wciąż by żył – Do czego dążysz Miczi, pomyślałem – Nie uważacie, że jesteśmy w większości dorosłymi ludźmi i nie powinniśmy wybijać się pomiędzy sobą? Zostawcie go przy życiu. Będę osobiście pilnowała tego, żeby nie zrobił nic głupiego. Może nawet siedzieć w tej piwnicy, byle nie dopuścić do aktu tego bestialstwa. Jestem za oszczędzeniem go.
                Było mi żal. Straszliwe żal sytuacji, w której znalazła się moja przyjaciółka. Musiałem jednak myśleć trzeźwo. Niektórzy uważali mnie za dowódcę obozu i nawet jeżeli się nim nie czułem, musiałem wybrać dobrze. Tak, żeby cała drużyna była bezpieczna, w jak największym stopniu. Głos zabrał Kiciuś :
— Wiecie dobrze jaki będzie mój głos. Kiedy wczoraj dowiedziałem się o stanie mojego brata, wiedziałem, że ktoś będzie musiał to zrobić, żeby chłopak się nie męczył. Lecz nie w taki sposób, do cholery! Dalion zachował się jak cholerne zwierzę! Nie zasługuje na miejsce tutaj. Pozbawił mnie ostatnich chwil z rodziną. Nie wiem co się dzieję z resztą moich krewnych, prawdopodobnie są daleko stąd albo po prostu nie żyją. Odebrał mi coś co uważałem za cenne. Chcę jego śmierci.
                Cztery na cztery głosy. Pięknie kurwa, pięknie, pomyślałem. Teraz w zależności od tego co odpowiem będą zależały moje stosunki z niektórymi osobami. Słuchając tych wszystkich ludzi, z którymi przeżyłem już tyle, postawiłem sobie sprawę jasno. Wiedziałem, że jestem im coś winny. Wszyscy patrzyli na mnie. Niektórzy z zaciekawieniem, inni z trwogą. W końcu przemówiłem :

— Gigant świetnie określił całą sytuację. Nie jesteśmy zwierzętami a każda para rąk może się przydać. Ostatnie tygodnie były takie dziwne. Cały świat posypał się mi na głowę, a zarazem osiągnąłem praktycznie wszystko to czego chciałem. Muszę jednak przyznać, że moja droga jest usłana trupami. Kamil, wasz przyjaciel, który chronił Natalię, ludzie Alexa w tym Goliat oraz Eryk. Wszyscy, których wymieniłem byli zabici, w mniejszym lub większym stopniu, przy moim udziale lub z mojej winy. Jestem za was odpowiedzialny i powinienem nie dopuszczać do tego typu sytuacji. Jesteśmy tu sami. Mamy tylko siebie i potrzebujemy każdego z nas. Niestety jednak, nie mogę dopuszczać do tego, żebyśmy mieli w obozie osoby, które zagrażają tym którym kocham.. – zobaczyłem grymas na twarzy Miczi – Jestem za zabiciem Daliona.

środa, 26 marca 2014

Rozdział 14: Wiadomość

Wyjątkowo krótki rozdział, nawet jak na moje standardy. Jest odrobinę szokujący, ale myślę, że trafi do Was :> Po przeczytaniu proszę o KOMENTARZ oraz podesłanie bloga znajomym. Zapraszam do lektury.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 14: Wiadomość


                Byłem przerażony, a zarazem zły z powodu nieposłuszności i głupoty Eryka. Jak mógł pobiec tam sam? Był o dwa lata młodszy ode mnie i widocznie życie nie nauczyło go niczego. Zbiegając po schodkach domku kazałem zawołać Szpiega i Nieznajomą oraz Kiciusia. Biorąc pistolet oraz nóż czekałem na nich i już po dwóch minutach byli gotowi. Zauważyłem ostatnio, że Kiciuś spędza sporo czasu z Nieznajomą i byłem ciekaw czy coś pomiędzy nimi zaiskrzyło. Nie było jednak na to teraz czasu. Wypuściłem przez bramę całą trójkę, która ze mną szła i zamknąłem ją za sobą, zostawiając przy niej Damiana. Nawet stąd widziałem światło ogniska, które znajdowało się niedaleko mostu.
                Jeszcze parę miesięcy temu pomyślałbym, że turyści robią ognisko, teraz jednak byłem pełen obaw. Całe szczęście byli przy mnie moi przyjaciele, więc kroki wydawały się lekkie i prowadziły mnie coraz bliżej. Co ten Eryk sobie myślał idąc tu sam? Co ja sobie myślę prowadząc moich przyjaciół prosto w tą oczywistą pułapkę? Całe szczęście wszyscy byli dobrze uzbrojeni. Ilość amunicji i broni zebranej przez Alexa była zadowalająca. Nie zmarnowaliśmy nawet jednej czwartej zapasów.  Jedzenia i picia również mieliśmy sporo.
                 Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej mostu. Zaledwie parę tygodni temu siedziałem tutaj z Miczi i Kamilem, planując odbicie Królowego Mostu. Jaki ten los jest dziwny. Kiedy zbliżyliśmy się wystarczająco blisko, zauważyłem, co było widoczne z tak daleka i rzeczywiście, było to ognisko. Ułożone na szybko, dosyć niedbale, dopalało się już, kiedy do niego podeszliśmy. Szedłem z pistoletem w rękach celując w ciemność. Teraz żałowałem, że nie wziąłem latarki. Na twarzach moich kompanów, widać było niepokój. Kiciuś podszedł powoli do ogniska i zaczął je gasić butem. Nieznajoma wyjrzała za barierkę i spojrzała na ciemną wodę płynącą pod nami. Szpieg z kolei zszedł pod most, gdzie był, swego rodzaju brzeg.
                 Kiedyś na wakacjach schodziliśmy z niego do wody i kąpaliśmy się beztrosko. Teraz jednak, gdy Szpieg zniknął w ciemnościach usłyszałem tylko dźwięk wymiotowania. Spojrzeliśmy na siebie z Kiciusiem i natychmiast doskoczyłem do niego, kategorycznie zabraniając mu zejścia tam. Sam przeskoczyłem barierkę i ruszyłem po kamienistym zboczu w dół. Nie było one strome, ani wysokie, jednak było ciemno i ostatnie czego teraz chciałem to skręcona kostka. Na dole zobaczyłem coś tak ohydnego, że sam przez chwilę czułem, że zaraz zwymiotuje. Na dole leżał Eryk.  Widać było, że oddycha, co mnie odrobinę uspokoiło. To co jednak było takie szokujące to jego stan. Nie miał obu stóp. Krew z kikutów sączyła się powoli do strumienia a w jego rękach była jakaś kartka papieru. Było tak ciemno, że nawet nie próbowałem jej czytać, więc podszedłem do niego i schowałem ją pospiesznie do kieszeni.
                 Zawołałem resztę. Gdy zobaczyli w jakim jest stanie zareagowali kompletnie inaczej. Nieznajoma natychmiast wróciła na górę, dysząc ciężko a Kiciuś stał i milczał. Gestem wskazałem mu, że pomógł mi z niesieniem go do obozu. Kiedy zobaczyłem, że nie reaguje odezwałem się:
— Stary on się zaraz wykrwawi. Co z tobą do cholery?
                Nie czekając na Kiciusia poprosiłem Szpiega, żeby mi pomógł. Ostrożnie wynieśliśmy poszkodowanego spod mostu i zaczęliśmy iść w stronę Obozu. Usłyszałem nagle dziwny dźwięk, coś jakby alarm, zza naszych pleców. Odwróciłem się i zobaczyłem, że ktoś biegnie w naszą stronę. Wskazałem go szybko  Nieznajomej i Erniemu i przyspieszyłem kroku. Ten człowiek robił tyle hałasu, że lada chwila zbiegną się tutaj okoliczne niedobitki zombie. Nagle usłyszałem jak dźwięk zbliża się z zawrotną prędkością i zatrzymałem jak wryty, gdy nieduża skrzynka przyleciała pod nasz nogi. Było tak głośno, że przez chwilę myślałem, że upadnę. Próbowałem ją odtrącić nogą w krzaki.
                 Wtedy na drodze przed nami pojawiły się trupy. Człapały powoli, zwabione dźwiękiem. Przeklinając osobę, która na nas to sprowadziła, położyłem delikatnie Eryka na trawie i wraz z Szpiegiem wyciągnęliśmy bronie. Nieznajoma skakała już w stronę pierwszego z trupów z wyciągniętą bronią do walki wręcz. Ja ,trzymając się blisko Kiciusia i jego konającego brata, zadawałem pewną śmierć trupom. Szło ich jeszcze całkiem sporo i z każdym kolejnym było coraz ciężej. Było ciemno i gdyby nie to, że nabraliśmy już sporo doświadczenia i nie mieliśmy problemów w walce na otwartym terenie to moglibyśmy tam zginąć. Było parę niebezpiecznych momentów, szczególnie, kiedy jeden z umarlaków rzucił się na mnie i musiałem się z trudem bronić przed jego zębami czekając na ratunek, który nadszedł dopiero dzięki Szpiegowi. Wstałem chwiejnie.
                 Wtedy usłyszałem strzały. Przez chwilę myślałem, że to Szpieg, ale kiedy któryś z nich drasnął mnie w nogę byłem pewien, że coś jest nie tak. Korzystając z sytuacji, że kolejne zombie były jeszcze paręnaście metrów od nas odwróciłem się w stronę mostu. Zobaczyłem trójkę ludzi, którzy pakowali do nas z jakichś pistoletów. Była to sytuacja beznadziejna. Od przodu zombie, od tyłu ocalali, po bokach pola a na trawie leżący kaleka. My staliśmy na środku drogi i nie było zbytnio szans, żeby się schować. Co prawda kawałek od nas stały stoły turystyczne, gdzie można było usiąść i porozmawiać, ale była to kiepska ochrona. Musiałem zadecydować szybko. Kiciuś wyciągnął broń palną i odpowiedział osobom na moście serią. Ci pochowali się przy barierkach mostu, wciąż celując do nas. Pudło dalej robiło dużo hałasu, ale ku mojemu zadowoleniu zombie było coraz mniej. Nieznajoma próbowała dalej przebijać się przez hordę wraz ze Szpiegiem a Kiciuś leżał na drodze i celował. Ja wykorzystując sytuację zaciągnąłem Eryka za ręce do stołów i położyłem go za jeden z nich.
                Prawdopodobnie gdyby był dzień, już byśmy nie żyli, bo ciemność oprócz chowania twarzy naszych wrogów, przeszkadzała im także w celowaniu. Przeładowałem pistolet i wychylając się zza stołu również zacząłem strzelać. Nagle zobaczyłem kolejną postać biegnącą do nas w ciemności. Tym razem nadchodziła z drugiej strony. Przerażony zdałem sobie sprawę, że nas otaczają. Wtedy jednak rozpoznałem ją i omal nie krzyknąłem z ulgi.
                Z Obozu nadbiegał Gigant. Biegł drogą z zawrotną prędkością dobywając swojego miecza. W nikłym świetle księżyca zobaczyłem jak wbiega w pozostałe przy funkcjonowaniu zombie i chlasta mieczem. Nieznajoma odsunęła się, żeby nie wejść w pole rażenia a Karol w tym czasie wykonał potężny zamach. Słyszałem świst powietrza i dźwięki rozcinania ciał. Co prawda strzały dalej były kierowane w naszą stronę, ale żaden z nich nie trafiał. Gigant podszedł do mnie, po tym jak go zawołałem i wziął na plecy Eryka. Widziałem na jego twarzy  troskę. Wstając i nie przestając wysyłać pojedynczych pocisków szedłem w stronę Obozu. Kiciuś z resztą także wycofywali się plecami do kierunku ruchu, żeby nie stracić trzech postaci z mostu, z oczu. Po chwili byliśmy już na ulicy, więc kazałem reszcie biec. Sam kuśtykałem najszybciej jak umiałem, rana nie była poważna, lecz boleśnie dawała o sobie znać przy każdej próbie podjęcia biegu. Spojrzałem jeszcze ostatni raz w stronę mostu zauważając, że nikogo już tam nie widzę.
                 Kiedy przekroczyliśmy bramę obozu upadłem ciężko na trawę. Natychmiast podbiegł do mnie Damian i Goku i zaprowadzili mnie do lecznicy. Tam również skierował się Gigant z okaleczonym Erykiem na plecach. Po chwili leżałem na łóżku, a Sołtys pomagał oczyścić moją ranę i ją zabandażować. Okazało się, że starzec również potrafi pomóc, chociaż byłem pewien, że zna się na tym znacznie słabiej od Joli. Kobieta krzątała się przy Eryku. Widziałem na jej twarzy strach, za każdym razem, gdy musiała dotknąć miejsca odcięcia stóp, chłopak krzyczał.
                 W końcu wsadziła mu pomiędzy zęby patyk i zawołała jego brata. Kiedy wszedł Kiciuś widziałem na jego twarzy przerażenie. Jola powiedziała mu coś, a ten tylko pokiwał delikatnie głową. Do domku po chwili weszli również Goku, Cinek oraz Dalion z Miczi. Gigant odszedł, żeby pilnować wejścia. W końcu jeżeli zaatakowali nas na moście to możliwe, że powtórzą atak, tym razem na obóz.  Sam czułem się już lepiej i zdecydowanie bezpieczniej. Teraz wszyscy czekali na to, aż Jola powie nam co z Erykiem. Kto mógł to zrobić? Poszedł tam maksymalnie dziesięć minut przed nami a już został tak poważnie okaleczony. Czy to byli ludzie z mostu, którzy do nas strzelali? Zastanawiałem się nad tym coraz poważniej.
                 Kiedy po dwudziestu minutach milczenia do pokoju weszła Jola wszyscy wstali. Kiciuś wyglądał na zmęczonego, ale kiedy zobaczył pielęgniarkę spytał z nadzieją w głosie :
— Wyjdzie z tego?
— Rany są bardzo poważne. Stracił obie stopy. Przypaliłam je, wtedy bidulka zemdlał. Jeżeli przeżyje tą noc to jego stan powinien się ustabilizować – powiedziała szczerze.
                Kiciuś wszedł do pokoju w którym leżał jego brat. Nie chcieliśmy mu teraz przeszkadzać więc poczekaliśmy na niego. To było smutne, chociaż obaj bracia zawsze się sprzeczali to jednak byli rodziną. Bałem się tego jak Ernest zmieni się po tym jakby Eryk zmarł. W końcu po paru minutach mój przyjaciel opuścił pokój i razem z nami wyszedł z domu. Rozeszliśmy się z Dalionem i Miczi do swoich chatek i po chwili siedzieliśmy w kuchni jedząc skromną kolacje. Było dosyć cicho, nikt nie miał humoru ani siły aby podjąć dyskusję. Po chwili z kuchni kolejno wychodziły osoby, aby udać się spać. Najpierw opuścił nas Cinek, następnie Nieznajoma a potem Goku. Kiedy wychodziła Natalia pocałowałem ją na dobranoc. W końcu zostałem w kuchni sam z Kiciusiem. Miałem do niego kilka pytań :
— Stary, wiem, że nie masz humoru rozmawiać teraz o takich sprawach, ale musimy zaplanować co dalej – zacząłem.
— Co masz na myśli? – zapytał.
— W tym obozie są teraz praktycznie wszyscy, którzy mieli się tu znaleźć. Tak to wszystko planowałem. Oczywiście doszły również osoby, które znalazły się tu przypadkiem, ale od razu nawiązaliśmy z nimi przyjaźnie. Nie wiem czy pamiętasz, ale za czasów, kiedy to wszystko było normalne, a jedyna apokalipsa jaka była, miała miejsce w DayZ mieliśmy pewien plan. Pamiętasz? – zapytałem.
— Chodzi ci o Pablorda, Dziarę i Mpd? O to, że planowaliśmy się spotkać w Toruniu? Myślisz, że oni teraz tam są?
— Dokładnie. Co myślisz, żeby kiedyś pojechać tam i to sprawdzić? Wiem, że brzmię jak szaleniec, ale pomyśl tylko. Góra dwa dni drogi w tą i z powrotem. Gdybyśmy mieli szczęście, możliwe, że nawet byśmy nie wpadli na innych ocalałych. Wyruszylibyśmy tam, sprawdzili czy oni tam są i wrócili. W ten czas obóz bronił by się bez tych dwóch, trzech osób. A jakby się nam udało, możliwe, że mielibyśmy kolejnych, potężnych sojuszników – powiedziałem, wyobrażając to sobie.
                 Pablord, Dziara i Mpd. Nasi znajomi z Internetu. Jeszcze niedawno, jak rozmawialiśmy z nimi, ustalaliśmy, że gdyby wybuchła apokalipsa zombie, spotkamy się wszyscy w Toruniu. Z Królowego Mostu do Torunia musiało być coś ponad trzysta kilometrów. Kto wie, może któregoś dnia wyruszymy tam i spotkamy naszych znajomych. Kończąc nieprzyjemne tematy, rozmawiałem jeszcze z moim przyjacielem i wspominałem stare czasy. Kiedy nawet on poszedł spać usiadłem i zacząłem myśleć o ostatnich zdarzeniach. Nagle przypomniałem sobie o kartce papieru, która wciąż była w moich spodniach. Wyciągnąłem ją z ust Eryka. Wziąłem ją i wyprostowałem na stole. Za te słowa, które zaraz przeczytam, Eryk zapłacił dwoma stopami. Spojrzałem na rzędy koślawych liter i zacząłem czytać :
Widzisz jacy twoi ludzie są nieuważni? Jak łatwo wywabić ich z obozu? Wiedz, że od dzisiaj co każde trzy dni będziemy okaleczać lub zabijać kolejnego z twoich ludzi. Przestaniemy dopiero, kiedy opuścicie to miejsce. Wynoście się stąd. To co się stanie temu młodemu, to dopiero pierwsze ostrzeżenie. Następne będzie już mniej przyjemne, zapamiętaj te słowa. Ze mną się nie zadziera.”
Pod listem był podpis – „Łapa”.

piątek, 21 marca 2014

Rozdział 13: Dalion

Czas na rozdział mieszający trochę w głowach i skupiony na relacjach pomiędzy osobami w obozie. Oczywiście i tutaj postarałem się o trzymające w  napięciu zakończenie :) Kiedy to czytacie z pewnością jestem na Pyrkonie ^^ Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym!

----------------------------------------------------------------

Rozdział 13: Dalion


                Szok jaki przeżyłem widząc Daliona był wielki. Nie zadając pytań kazałem Gigantowi wziąć go pod pachę i natychmiast rozpoczęliśmy drogę powrotną. Po drodze nie spotkaliśmy nic. Deszcz wciąż uderzał rytmicznie o ziemię, tworząc kałuże w których zatapialiśmy się z plaskiem. W okolicach polanki zobaczyłem trupa. Widząc, że Gigant jest zajęty pierwszy skoczyłem do niego i zdzieliłem  kolbą pistoletu tak mocno, że wgniotłem czaszkę. Następnie poprawiłem bronią do walki wręcz, dobijając wroga.
 Przez znalezienie chłopca mój umysł zaczął pracować na dziwnych obrotach. Było mi duszno i byłem zmęczony. Nagle ni stąd ni zowąd zadałem sobie w głowie pytanie, kompletnie nie związane z sytuacją. Kiedy Alex mnie ogłuszył w parku, miałem ze sobą plecak. Gdzie on teraz się znajdywał? Teraz przypomniałem sobie, że miałem w nim nóż wojskowy, który był znacznie ostrzejszy i lepiej leżał w ręce. Ta myśl pojawiła się tak nagle, że ciężko mi było powiedzieć co ją wywołało. Kolejną myślą, jaka pojawiła się w mojej głowie był chłopak niesiony przez Karola. Przecież on nie żył. Nie mógł przeżyć tylu dni sam w puszczy, bez ręki. Nagle doszło do mnie, że próbował nas zabić ściągając hordę. Czy wiedział, że to my? Może Alex go znalazł i przestrzegł przed grupą, która jest teraz w Królowym Moście. A może po prostu oszalał. Kiedy zajrzeliśmy do baraku śmiał się tylko jak szalony. W domu będziemy musieli go zbadać, możliwe, że dręczyła go gorączka, albo został ugryziony. Na myśl o tym natychmiast kazałem Gigantowi postawić Daliona i prowadzić go normalnie.
 Mijając polankę dotarliśmy do Obozu. Chyba nigdy nie czułem takiej ulgi widząc gębę Cinka wyglądająco zza furtki. Od kiedy z taką łatwością przejęliśmy Kiciusia, nie pozwalałem strażnikom wychodzić za ogrodzenie i siedzieć poza bezpiecznym płotem. Teraz mieli podwyższenie sięgające ponad dwumetrowy płot, skąd można było bez problemu mieć podobny zasięg wzroku, a zarazem o wiele więcej bezpieczeństwa. Kiedy Cinek zobaczył prowadzoną osobę nie pytał o nic, ale poprosił Szpiega o zmienienie go na warcie. Ja wraz z Gigantem zawlokłem go do domu Kiciusia i posłałem po Miczi. Gdy usłyszała kogo znaleźliśmy w lesie przy wieży, nie mogła uwierzyć. Weszła przez drzwi i rzuciła się na niego i przytuliła. Szybko jednak jej wyraz twarzy zmienił się i kiedy dotknęła go w czoło krzyknęła z grozą :
— Boże on musi mieć z czterdzieści stopni gorączki!
Musiałem przyznać, że teraz w świetle wyglądał naprawdę żałośnie. Jego kikut miał dziwny kolor i widać było na nim ślady nieudolnego przypalenia rany. Cały był obdarty i brudny. Wyglądało też na to, że średnio kontaktował bo poza falami śmiechu nie reagował specjalnie na nasze słowa. Kazałem zawołać Jolę, która po chwili zaczęła zajmować się rannym. Miczi siedziała przy nim, wpatrując się z przerażeniem. Cinek nie wytrzymał i odciągnął mnie na bok :
— Stary, kto to do chuja jest? – zapytał, nie ukrywając gniewu.
— Wiesz w sumie ciężko to wytłumaczyć. On razem z Miczi i jeszcze jednym kolesiem, który zginął na polanie, pomogli mi się tutaj dostać. Kiedy byliśmy w Grabówce wpadliśmy na tych samych ludzi, których spotkaliście wy. Zaczęła się strzelanina i on dostał w nogę. Widocznie, ktoś go już opatrzył bo nie widzę, żeby kuśtykał. Potem wysłałem go do samochodu, a sam poszedłem na zwiad. Znalazłem tylko jego odciętą rękę i byliśmy pewni, że on już nie żyje. Możliwe, że będzie można go jeszcze uratować…
— Uratować?! Widzisz jakiego pierdolca dostał? On musi mieć z piętnaście lat! Nie ma ręki, został postrzelony i przeżył trzy dni w puszczy, po mojemu jedyne co mu może pomóc to kulka w łeb.
— Nawet o tym nie myśl. Spróbujemy go uratować, póki co ma gorączkę, jak wyzdrowieje to będziemy myśleć dalej.
Dopiero teraz zauważyłem, że Dalion został położony tymczasowo w łóżku na którym parę dni konał Kiciuś. Zastanawiałem się gdzie on teraz jest, ale po chwili znalazłem go siedzącego na warcie przy północnej bramie. Zrelacjonowałem mu szybko co się stało i opowiedziałem to samo o Dalionie, co Cinkowi. Zareagował o wiele delikatniej niż Marcin :
— Stary mam nadzieję, że młody się z tego wykaraska. Ja chyba bym padł. Samo postrzelenie jest już straszne, a ten dzieciak do tego stracił rękę, miał ją przypalaną i spędził tyle dni w lesie!
Nim zdążyłem coś powiedzieć z domu wyszedł Gigant i podszedł do nas :
— Młody zasnął —  powiedział spokojnie.
— Wiecie co mnie zastanawia? Kto do cholery mu pomógł? Wątpię, żeby ktoś bez ręki, kulejąc, sam sobie zabandażował nogę i podsmażył kikut. Myślicie, że to Alex? A może w Kołodnie jest podobny obóz? Sprawdzaliście to z Alexem? – ostatnie pytanie skierowałem do Kiciusia.
— Nic nie sprawdzaliśmy. Ale jeżeli byliście na wieży, myślę, że zauważylibyście gdyby w Kołodnie paliły się światła. A nie widzieliście tego prawda? – zapytał Ernest.
— Nie… Ale widzieliśmy coś jeszcze gorszego. Pamiętasz te białe miasto, które zawsze pozostawało dla nas tajemnicą, gdy rozglądaliśmy się po okolicy z wieży? Płonęło. Widzieliśmy ogromne jęzory ognia tańczące po budynkach oraz helikopter lecący nad nimi. Myślisz, że wynaleźli antidotum i powoli pomagają ludziom? A może to był po prostu jeden z helikopterów ewakuacyjnych? – spytałem.
— Wątpię, żeby taki helikopter mógł pomagać ludziom. Nie wyglądał jak te ogromne helki przewożące ludzi. Moim zdaniem, ktoś go przejął i wykorzystuje go do przemieszczania się. – wtrącił się Gigant.
— Szkoda, że my takiego nie mamy. Z tego co wiem Sołtys potrafi pilotować. To wspaniały człowiek, mógłby nas wysłać daleko stąd. – powiedział Kiciuś.
W tym momencie jakiś hałas przerwał nam dyskusję. Zza płotu można było usłyszeć jakieś jęki. Deszcz przestał padać a wiatru praktycznie nie było więc musiały to być zombie. Gigant miał pod ręką miecz, a ja z Kiciusiem bronie palne więc spojrzeliśmy za bramę i to co zobaczyliśmy nie należało do przyjemnych widoków. Za ogrodzeniem, na ulicy, ciągnęło się około piętnastu trupów. Musiały podążać tutaj w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy zobaczyły światła Obozu i nas, natychmiast zaczęły człapać w stronę ogrodzenia. Kiciuś chciał strzelić, ale dałem mu znak, żeby zaczekał i rzuciłem toporek, który leżał przy nim. Następnie sam wyciągnąłem nóż i zobaczyłem jak Gigant obnaża ostrze swojego ogromnego miecza. Wyeliminowanie trupów nie było trudne, byliśmy za ogrodzeniem a one zamiast się wspinać wyciągały pokraczne łapska w naszą stronę z nadzieją, że nas dosięgną. My tylko podchodziliśmy pojedynczo i wycinaliśmy jednego za drugim. Raz zrobiło się dosyć niebezpiecznie, bo Kiciuś do walki używał lewej ręki, w której nie miał tak wielkiej wprawy i siły. Topór wbił się w ogrodzenie, a zombie złapał go za rękę próbując ugryźć. Gigant zareagował natychmiast pchając z całej siły w twarz szwendacza i powalając go. Po chwili oczyściliśmy falę i powiedziałem, że pozbieramy trupy z rana po czym odszedłem do domu zostawiając Kiciusia na straży.
 W domu akurat jedli kolacje. Przy stole siedziała Natalia, Cinek oraz Nieznajoma. Goku najwyraźniej dalej pełnił straż. Rzuciłem tylko od niechcenia, że nie jestem głodny i wspiąłem się po schodach na górę. Gdy zdjąłem buty podszedłem do okna i wyjrzałem za nie. Widziałem stąd młyn. Podszedłem do swojego plecaka i wyciągnąłem zdjęcie rodziny. Popatrzyłem na nie ze smutkiem. Następnie schowałem je i patrzyłem zamyślony na gwiazdy. Nie usłyszałem nawet, kiedy Natalia weszła na piętro i podeszła od tyłu do mnie. Przytuliła mnie i wyszeptała po cichu :
— Dziękuje za wszystko.
                Odwróciłem się do niej i nie czekając na lepszy moment pocałowałem. Nie odepchnęła mnie. Staliśmy tak całując się przez dobre paręnaście sekund. Dotykałem jej ciała i odgarniałem włosy. W końcu odsunąłem ją lekko, lecz widziałem, że za chwilę znowu zatoniemy w długim namiętnym pocałunku. Zbyt długo czekałem na ten moment, żeby go teraz nie wykorzystać. Przysunęliśmy się bliżej siebie i chwyciłem ją delikatnie za pośladki. Oddałbym wiele, żeby te chwile trwały dłużej, ale w końcu usłyszeliśmy wchodzących na górę ludzi, więc oderwaliśmy się i wróciliśmy na swoje miejsca, tajemniczo się uśmiechając.  Kiedy zasnąłem, moje sny były kolorowe i piękne.
Następne dni były tak podobne do siebie, że z perspektywy czasu ciężko by było je rozróżnić. Ranki spędzaliśmy na wspólnych śniadaniach. Później wychodziliśmy na zwiad, umacnialiśmy ogrodzenie, lub robiliśmy wypady po zapasy. Wieczory spędzaliśmy na pilnowaniu obozu i robieniu ognisk a ja umacniałem naszą więź z Natalią. Przez chwile czułem się tak beztrosko, że zacząłem zapominać o tym, że wybuchła apokalipsa. Zombie pojawiały się bardzo rzadko, cała okolica była raczej czysta.
 Jednak dwie rzeczy wciąż trzymały mnie twardo na ziemi. Alex i Dalion. Ten pierwszy czaił się gdzieś, czekał na odpowiedni moment do ataku, a drugi zaczął już zdrowieć, ale daje zachowywał się dziwnie. Można z nim było porozmawiać, lecz nie pamiętał zdarzeń z Grabówki i ciągle zachowywał się jak wariat. Przeniósł się do domku w którym spała Miczi, Gigant i Szpieg.  W końcu pewnego wieczora, po około dwóch tygodniach spokoju, kiedy leżałem na piętrze wraz z Natalią i rozmawialiśmy, przybiegł do nas zasapany Goku. Przez dłuższą chwilę nie rozumiałem co mówi, w końcu uspokoił się i powiedział :
— Ziomek jeden ze strażników zauważył przy moście światło ogniska!
— Kto taki? – spytałem zaciekawiony – I czemu sam nie przyniósł mi tej wieści?
— Eryk. Pobiegł od razu za ogniem. Dowiedziałem się o tym od Roberta, który stacjonował bramę obok.
Zakląłem szpetnie i zacząłem się ubierać.