Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 13. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 13. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział 13: Fala

Rozdział 13, kolejny z perspektywy Bobra. Po dotarciu do Płocka i zajęciu wzgórza, Bobru rozdzielił pomiędzy swoich przyjaciół zadania, które uznał za ważne przed ostatecznym zasiedleniem miasta. On sam, wraz z paroma osobami, pojechał w stronę Płońska, żeby powiedzieć Feline i jej ludziom o istniejącym już obozie oraz zobaczyć jak trzyma się jej obóz. Zapraszam do czytania oraz komentowania.

POV:
Bobru - Rozdział 13 - Dzień 5
Erni - Dzień 5 - Spotkał Irka w drodze do Inowrocławia
Zuza - Dzień 5 - Została w Płocku

--------------------------------------------------

Rozdział 13: Fala (BOBRU)


                Bramy do naszego nowego domu się zamknęły, a my zaczęliśmy zjeżdżać ostrożnie po zboczu wzgórza, krętą, niedużą ścieżką turystyczną. Łowca dzielnie kierował Potworem, a ja siedziałem na tyłach wraz z Iką oraz Krystkiem. Najlepsi, którzy byli ze mną właściwie od początku jechali teraz tuż przed nami, gotowi odbić na zachód do Inowrocławia, a kilkoro z nich zostało na górze, aby pilnować miejsca, w którym planowaliśmy się osadzić. Nie byłem do końca przekonany co do tej grupy, z którą jechałem, ale nie mogłem pozwolić na dodatkowe osłabienie Płocka, kiedy w obozie było sporo nieznajomych. O ile dziewczyny, na celę z Zuzą, wydawały się nie sprawiać kłopotów, to grupka tubylców, którzy byli tu przed nami, zdecydowanie coś kombinowała. Dlatego na posterunku zostawiłem Łapę, oraz całą resztę, która będzie miała na nich oko.
                Pozostałą siłę swojej grupy wysłałem na zachód, potrzebowaliśmy pomocy Bena jak najszybciej było to możliwe. Sam obóz był dobrym miejscem, ale wymagał wielu prac, żeby miejsce mogło stać się istną fortecą. Byłem pewien, że Erni z chęcią opuści na parę dni drogi, żeby zabudować to miejsce i pomóc w jego obronie. Chociaż nie zaakceptował mojej oferty to jego aktualne zadania, jako Czerwonej Flary, polegały przeważnie na umacnianiu punktów i pomocy pozostałym obozów. Dodatkowo liczyłem na to, że nikt nie zauważy, jeżeli podczas pobytu w Płońsku zniknę na chwilę, żeby spotkać się z człowiekiem, który był dla mnie ogromną tajemnicą. Tajemniczy przywódca Zszytych zostawił mi wiadomość na moście przy Włocławku i chociaż wyglądało to na pułapkę chciałem zaryzykować. Nie mówiłem o treści listu nikomu i załatwiając sprawę w Płońsku, chciałem przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej.
                Zszyci byli dziwną grupą, z jednej strony uratowali nas przed śmiercią w Grudziądzu, domu Złomiarzy, ale z drugiej zabijali osoby z naszych obozów i nie chcieli rozmawiać, ani się pokazywać. Mogłem oczywiście zebrać swoich ludzi i w takim stanie pójść na spotkanie, ale uważałem, że tą sprawę należało załatwić w cztery oczy. Dowiedzieć się z czym mamy do czynienia i przygotować odpowiednie kroki, żeby zażegnać niebezpieczeństwo. Dzień pełni, w który mieliśmy się spotkać, wypadał dokładnie za dwa dni i o ile nie czekało nas żadne zagrożenie na samej drodze, to byłem pewien, że zdążę dotrzeć tam na czas. Olafa i Feline nie widziałem od czasu odbicia tej drugiej na arenie w Grudziądzu, a od tego wydarzenia minęły już prawie dwa tygodnie. Miałem nadzieję, że ich obóz się trzyma i nie dotarła do nich jeszcze fala zombie nadchodząca od strony Warszawy.
                Zjechaliśmy ze wzgórza i po chwili drugi samochód, z Pablordem i resztą na pokładzie, zniknął nam z oczu. My ruszyliśmy spokojnymi ulicami Płocka na wschód. Chociaż trupy były zdecydowanie widoczne, to nie było ich na tyle dużo, żeby sprawiały większe zagrożenie. Wiedziałem, że jak obóz zacznie działać to trzeba będzie czyścić okoliczne ulicę, tak jak miało to miejsce w wypadku Torunia. Wiedziałem także, że jakbym nie chciał, obóz ten nie będzie tak duży jak ten w Toruniu, zdecydowanie bliżej było mu wielkością do Inowrocławia, czy chociażby Płońska.
                Gdy wyjechaliśmy z miasta ułożyłem się wygodnie na tyłach Potwora, ciesząc się z wolnego miejsca, którego ostatnio brakowało w tym pojeździe. Podskakując na nierównych drogach szybko popadłem w senną atmosferę. Był wczesny ranek, a ostatnie dni były naprawdę ciężkie. Dzisiejsza noc nie należała też do tych, w których można odpocząć, więc teraz korzystając z okazji, dosyć brzydkiej pogody oraz ciszy położyłem się na jednym z posłań i przymknąłem oczy. Krystek wpadł na podobny pomysł, bo spał już na posłaniu obok. Ika z kolei siedziała przy Łowcy i pomagała mu w nawigacji.
                Jadąc w ten sposób, w tak niedużym składzie, przypomniałem sobie czasy, kiedy obóz w Królowym Moście upadł. Wtedy, podobnie jak teraz, jechaliśmy niedużą grupą ludzi do przodu, nie wiedząc dokładnie, co nas czeka na miejscu. Nie wiedziałem też, co z resztą moich ludzi, chociaż teraz przynajmniej znałem ich plany i mogłem jedynie liczyć na to, że wszystkie się udadzą. Przypominając sobie stare czasy nie mogłem uwierzyć jak bardzo zmieniłem się od podróży z Królowego Mostu do Torunia, chociaż było to zaledwie dwa miesiące temu.
                Nie do końca podobała mi się forma  człowieka, jaką przybrałem w ostatnich tygodniach. Chociaż wydarzenia mnie do tego zmusiły, to wciąż w głębi duszy nie do końca akceptowałem to co mnie otacza. Cieszyłem się jednak, że zdołałem wyjść z bagna w jakie wpadłem po tym jak Łapa uciekła z Torunia. Wtedy byłem prawdziwym wrakiem człowieka, a teraz nowy cel i nowe miejsce napawały mnie pozytywną energią i nowymi pokładami siły. Przed nami stało jednak wciąż wiele niewiadomych, a dwie największe z nich mogły już całkiem niedługo nie być takie tajemnicze jak teraz. Stado mogło nas spotkać w każdej chwili, a tożsamość dowódcy Zszytych też była w zasięgu mojego wzroku.
                Myśląc o tym, a także o innych rzeczach powoli zasnąłem. Sen, który miałem był bardzo dziwny. Znajdowałem się w chatce w lesie, w której panowała ciemność. Wiedziałem jednak, że w pomieszczeniu, oprócz krzesła na którym siedziałem, było jeszcze drugie, na którym siedziała dziwna postać. Siedziała w cieniu i szeptała coś do siebie. Próbowałem wstać, odezwać się, lub zrobić cokolwiek innego, ale niestety to nie działało. Byłem jakby sparaliżowany, a szept, który słyszałem sprawiał, że bałem się jak nigdy dotąd. Nagle do pomieszczenia wpadło nieco światła, które oświetliło przedmiot, który ta postać trzymała w ręce. Był to pistolet. Próbowałem sięgnąć po swoją broń, ale wciąż nie mogłem się ruszyć. Broń wycelowano we mnie i chociaż nie widziałem kto ją trzymał, byłem pewien, że jest wycelowana we mnie. Postać wstała i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić poczułem, że odzyskuje władzę nad swoim ciałem. Poderwałem się i odskoczyłem w bok gotów na przyjęcie ciosu.
                Jednak broń wciąż była wcelowana w krzesło. Zaskoczony obrotem spraw spojrzałem na miejsce, w którym przed sekundą siedziałem i zobaczyłem mężczyznę. Nie byłem to jednak ja. Na tym samym miejscu, gdzie byłem siedział ktoś, kogo nie widziałem już od jakiegoś czasu. Był to Irek. Poznałem go po bliznach widocznych na szyi i twarzy. Siedział przywiązany do krzesła i wierzgał się, gdy postać podchodziła coraz bliżej. Wstałem i chciałem mu pomóc, ale cały obszar pomiędzy napastnikiem, a Irkiem wydawał się być odgrodzony jakąś niewidzialną barierą, która nie pozwalała mi przejść. Obserwowałem bezsilnie jak postać podchodzi do bezbronnego Irka i atakuje go. Na początku dostał nożem po twarzy. Byłem pewien, że ten cios go zabije, ale okazało się, że napastnik jedynie go drasnął w okolicach policzka. Następnie chwycił ponownie po rewolwer. Chociaż nie chciałem na to patrzeć widziałem jak napastnik strzela mu prosto w oko. Krzyknąłem bezsilnie i po chwili cały pokój zniknął. Ostatnie co widziałem to moment, w którym napastnik zamachiwał się nożem ,tym razem, żeby wbić go w udo Irka.
                Świat zawirował kiedy podniosłem się zapocony na tyłach Potwora. Koszmarny sen, pomyślałem uspokajając się nieco. Rozejrzałem się po ładowni. Krystek wciąż leżał na swoim posłaniu, ale Ika siedziała niedaleko i obserwowała mnie w ciszy. Podniosłem się przecierając pot z czoła i spojrzałem na nią.
- Zły sen? – zapytała.
- Coś w tym stylu – odpowiedziałem krótko.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, a jedyne co było słychać to masywne części Potwora podskakujące na drogowych wybojach.
- Gdzie jesteśmy? – zapytałem, żeby przełamać ciszę.
- Spory kawałek od Płocka. Jedziemy już parę godzin, ale Łowca robił sporą przerwę bo coś tam się zepsuło. W sumie jedziemy teraz jakieś pół godzinki.
                Pokiwałem głową. Spojrzałem do przodu, gdzie Łowca pogwizdywał sobie wesoło prowadząc.
- Mogę mieć pytanie? – zapytała niepewnie.
- Jasne.
- Dlaczego wziąłeś mnie ze sobą? – jej twarz spłynęła delikatnym rumieńcem. Widać było, że rozmowa ze mną przychodziła jej z niemałym trudem.
- Chciałaś zostać? – zapytałem.
Jej twarz, o ile to było możliwe, stała się jeszcze bardziej czerwona. Nerwowo przełknęła ślinę zanim odpowiedziała:
- Nie, to nie… Po prostu nie jestem taka jak wy. Będę się tylko plątać pod nogami – powiedziała.
- Poznałaś Dziarę, Bena i Kapitana, prawda? – zapytałem.
- Bena tylko widziałam. Nie słyszałam nawet jego głosu – odpowiedziała, nie do końca wiedząc do czego zmierzam.
- No tak, nie byłaś na spotkaniu. Mniejsza, chodzi o to, że każdy z nich ma różne podejście do swoich ludzi. Ben traktuje swoich jak współpracowników, Dziara ostatnio przeszedł do spokojnego zarządzania, a Kapitan traktuje ich jak towarzyszy. Ja zaliczam się do jeszcze innej kategorii i traktuje was jak rodzinę – powiedziałem.
- Nawet mnie? Przecież ledwo co się znamy…
- Znalazła cię grupa N… Natalii prawda? – głos nieco mi zadrżał wspominając imię dziewczyny, której nie udało mi się uchronić i to przed samą Łapą.
- Tak. Uratowali mnie – uśmiechnęła się delikatnie.
- Opowiesz mi coś o tym? W sumie nigdy nie słyszałem twojej historii – poprosiłem.
- Nie ma za dużo do opowiadania. Nie miałam szczęście do ludzi przed apokalipsą, ani po. Traktowali mnie… bardzo źle. Prawdopodobnie gdyby nie twoi ludzie to bym już nie żyła – powiedziała cichym i słabym głosem.
 - Widzisz, jednak nie masz aż takiego pecha. Pomogłaś nam i przydasz się nam też teraz. Każdy ma swoją rolę w grupie i moją jest zapewnienie wam bezpieczeństwa. Przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe – wyjaśniłem.
- Dlaczego to robisz? W sensie, nie znałeś żadnego z tych ludzi wcześniej, prawda?
- Ci których znałem w większości już nie żyją. Ale jest jeszcze parę osób, które wcześniej się ze mną przyjaźniły. A z każdym pozostałym przeżyłem już kawał historii – odpowiedziałem szczerze.
- Chcę wam pomóc. Jak tylko będę mogła – powiedziała.
- I na to właśnie liczę.
                Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę o bardziej i mniej ważnych rzeczach, kiedy wstał Krystek. Postanowiliśmy zrobić mały postój, żeby spokojnie zjeść i odpocząć od jazdy. Łowca zatrzymał pojazd na poboczu. Wysiedliśmy i usiedliśmy na niedużym murku stojącym przy drodze. Oczyściliśmy dwa trupy, które przypełzły gdy tylko nas zobaczyły. Pogoda była fatalna, a ogólny szum wiatru zapowiadał nadchodzącą burzę. Krystek rozmawiał o czymś z Iką, a ja usiadłem przy Łowcy. Ten nalał mi trochę kawy, którą miał w termosie i podał. Wzięliśmy też po paczce starych batoników zbożowych i zaczęliśmy jeść.
- Hej młody pamiętasz jak jechaliśmy do Torunia po raz pierwszy? Jak robiliśmy sobie spacery? – zagadał jednooki. Uśmiechnąłem się.
- Jak mogłem zapomnieć. Pomogłeś mi wtedy – powiedziałem – Wtedy gdy nikt inny nie mógł.
- Ej ej, to nie jest tak, że działa to w jedną stronę. Doprowadziłeś nas tu i uratowałeś nasze dupska więcej razy niż ktokolwiek inny – powiedział.
- Co myślisz o tym wszystkim? O Płocku i całej reszcie? – zapytałem.
- W końcu będziemy mieli coś swojego. Chociaż przyznam, że wjeżdżanie Potworem pod to wzgórze to cholerna mordęga. Musimy wykombinować jakiś bezpieczny garażyk na dole  -  powiedział.
- Jak wrócimy to zajmiemy się tym miejscem – przytaknąłem.
- Oby.
- Swoją drogą, daleko jeszcze? Płońsk chyba nie jest daleko od Płocka, co?
- Młody, zostało nam parę kilometrów. Powinniśmy tam być za góra godzinę.
- Świetnie – ucieszyłem się.
                Jedliśmy spokojnie i po skończeniu posiłku zaczęliśmy powoli się zbierać. Łowca pokazał mi jeszcze raz mapę i rzeczywiście byliśmy już bardzo blisko. Dawno nie słyszałem żadnych wieści od Feline, ale byłem prawie pewien, że jej obóz trzyma się bezpiecznie. Zresztą mieliśmy się o tym zaraz przekonać. Wsiedliśmy na pokład Potwora, rozsiadłem się wygodnie na fotelu pasażera i ruszyliśmy. Nie przejechaliśmy nawet kilometra, gdy na drodze zobaczyliśmy coś.
- Cholera jasna… Co jest? – wymamrotał pod nosem Łowca.
- Co to? – zapytał Krystek, który od razu do nas podszedł.
Widziałem co to było. Chociaż liczyłem, że nie zobaczę tego, to teraz było to tuż przed nami.
- Stado… - wyszeptałem.
                Chociaż byliśmy oddaleni o paręset metrów to widać było jak cały horyzont się ruszał. Byłem pewien, że to musiało być to stado, na które się przygotowywaliśmy. Już teraz wyglądało przerażająco. Zombie można było liczyć setkami, a byłem pewien, że to dopiero początek grupy. Było znacznie większe od tego, które parę miesięcy temu widziałem przy Królowym Moście.
- Ja pierdole… - zaklął Łowca.
- Co robimy? – zapytał Krystek. Staliśmy teraz na środku drogi, a stado z każdą chwilą było o krok bliżej od nas. Łowca zatrzymał Potwora. Przez chwilę czas wyglądał jakby się zatrzymał. Obserwowaliśmy tylko nadchodzącą falę zmarłych.
- Tą drogą nie dojedziemy do Płońska, to jest pewne – zaburczał Łowca.
- Pojedźmy naokoło – powiedział Krystek.
- To nam mocno przedłuży drogę. Jak pojedziemy na północ mamy średnio zbadane tereny, tam stawiali parę punktów strategicznych, ale nic poza tym. A na południe drogę znamy dobrze. Gorzej, że musielibyśmy zawracać prawie do Płocka, a dopiero stamtąd spróbować przejechać wzdłuż brzegu – wyjaśnił nam sytuacje.
                Wiedziałem, że czekają na moją decyzję. Sam jednak nie byłem pewien co będzie lepsze. Stado szło na zachód i było tak blisko Płocka. Przez Płońsk musiało już przejść, co oznaczało, że mogła mieć tam miejsce tragedia.
- Pojedźmy na północ – powiedziałem.
- Jesteś pewien stary? Cholera wie co tam może być… - zdziwił się nieco Krystian.
- Stado miało trzymać się rzeki. Tak mówił Ben, a jeżeli jest tutaj, to znaczy, że albo rozdzieliło się, albo jest tak rozciągnięte. Jeżeli chcemy je ominąć, to musimy przejechać na nieznane tereny, jak najdalej od rzeki – powiedziałem.
- Dobra – powiedział Łowca zaczynając jechać do przodu. Wyciągnąłem karabin i schowałem prawą szybę. Wychyliłem się delikatnie.
- Będę je zabijał jeżeli będzie ich za dużo. Jeżeli chcemy jechać tamtą dróżką – wskazałem polną drogę skręcającą prosto na północ – to nie możemy się zatrzymywać. Jeden postój i nas otoczą. Jedź powoli i ostrożnie – powiedziałem głównie do Łowcy.
- Jasne – potwierdził i podjechał szybciej do przodu. Byliśmy znacznie bliżej polnej dróżki niż nadchodzące stado, ale parę trupów było z przodu i chociaż Potwór miał sporą siłę przebycia, to za dużo trupów pod kołami mogło nas uwięzić i w końcu zabić. Zbliżaliśmy się z każdą chwilą. Przez otwartą szybę słychać teraz było wyraźnie to, co wcześniej brzmiało jak po prostu mocny wiatr. Odgłosy umarłych, którzy z każdą chwilą rośli w naszych oczach.
                Gdy byliśmy oddaleni od głównej części o jakieś sto metrów, a od najbliższych zaledwie parę kroków Łowca wjechał na piaskową dróżkę. Wozem zatrząsnęło. Łowca znacznie spowolnił, a ja zacząłem strzelać. Strzelanie w takich warunkach, w ruchu, z takiej pozycji nie należało do najłatwiejszych. Próbowałem zabijać te, które właśnie wychodził na drogę. Czekało nas paręset metrów jazdy w takich warunkach, granice stada widać było wyraźnie. To był zdecydowanie najcięższy moment naszej podróży.
- Czemu… tak trzęsie? – krzyknął Krystek.
- Coś jest nie tak – odpowiedział Łowca cicho, ale tak, że dotarło to do nas wszystkich.
                Na drodze tuż przed nami była większa grupa trupów. Wychyliłem się jeszcze bardziej i zacząłem strzelać. Trafiałem wyjątkowo dobrze i jeden za drugim padał z kulką w głowie. Łowca przyspieszając nieco staranował trzy kolejne. Krew prysnęła aż na szybę, przez chwilę zasłaniając mu większą część widoku. Uruchomił wycieraczki, które z trudem przecierały fragmenty ciała i fontanny krwi, które zostawiały za sobą wielkie smugi. Schowałem się na chwilę, żeby przeładować. Lekko drżącymi – ze strachu i przez ciężkie warunki – przeładowałem magazynek i wychyliłem się podobnie jak wcześniej.
                Trupy wrzeszczały coraz głośniej. Spora ich część, która szła prosto drogą odbijała na pola, którymi jechaliśmy. Przy jednym z wybojów Potworem zarzuciło tak mocno, że aż uderzyłem się głowa w ścianę pojazdu. Mało co nie wyrzuciłem broni poza pojazd, ale udało mi się jednak utrzymać na pozycji. Zakląłem pod nosem i wychyliłem się ponownie pociągając za spust i ułatwiając Łowcy dalszą drogę. Chociaż byliśmy już prawie na końcu drogi, a duża cześć stada zostawała coraz bardziej w tyle, to problemom nie było końca.

                Wyjeżdżając na nieco bardziej ubitą ziemie wjechaliśmy w coś. Nie byłem pewien co to było, ale Potworem zarzuciło potężnie. Łowca poleciał na prawo, Ika wpadła na Krystka, a siła odrzutu wyrzuciła mnie poza Potwora. Byłem tym tak zaskoczony, że przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Wydawało mi się, że leciałem przez całą wieczność. Kiedy w końcu wylądowałem na ziemi zdążyłem jedynie zobaczyć zatrzymującego się Potwora, który wręcz zarył w ziemi oraz nadchodzące trupy. Następnie powoli odpłynąłem, tracąc przytomność...

piątek, 4 września 2015

Rozdział 13: Zwykły człowiek

Rozdział 13, kolejny z perspektywy Bobra. W poprzednim rozdziale dowiedzieliście się jak do Inowrocławia trafiają ludzie z Płońska, a w tym dotrzeć tam spróbują ludzie z Torunia. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 14 - Bobru - Dzień 7
Irek - Dzień 7 - W tym czasie jest już w Inowrocławie i spotyka Bobra i resztę w sali z Benem
Olaf - Dzień 7 - Prawdopodobnie znajduje się już na terenie obozu w Inowrocławie.

---------------------------------------

Rozdział 13 (Bobru): Zwykły człowiek


                Wstałem i przeciągnąłem się. Średnio pamiętałem co działo się wczoraj wieczorem. Alkohol pomieszany z rozbiciem psychicznym tworzyły kombinację, której udało się bez większych problemów zachwiać moim życiem. Zastanawiałem się, co zrobić aby wyjść na prostą, ale nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu wczoraj było ze mną naprawdę źle. Ten człowiek, którego zabiłem nie zasłużył na to, żeby być moją ofiarą. Chociaż zabijanie było czymś normalnym w świecie apokalipsy zombie, to nie zmieniało faktu, że czasami trzeba się powstrzymać, a ja straciłem panowanie nad sobą. Co jeżeli takie coś zdarzy się gdy będę z kimś z mojej grupy i przez przypadek zranię kogoś mi bliskiego.
                Te myśli nawiedzały mnie i sprawiały, że traciłem jakikolwiek pozytywny wgląd na świat. Wszystko zrobiło się całkowicie szare jakby nadchodziła zima, a nie lato. Wstałem i ubrałem się, odsłaniając zasłony i wyglądając za okno. Dzisiaj był dzień wyjazdu i musiałem ostatecznie przygotować się na wszystko, bo bez względu na to czy to była pułapka czy nie, to wyprawa nie zapowiadała się na przyjemną wycieczkę, a raczej coś, co zaważy o losach okolicznej ludności.
                Zebrałem wszystkie potrzebne rzeczy, wypiłem kubek wody i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zjeść porządne śniadanie bo czułem, że to jakkolwiek może postawić mnie na nogi. Zszedłem, szybkim krokiem, po schodach i wyszedłem na zewnątrz obserwując piękne słońce na bezchmurnym niebie.  Czy to dobry omen, zapytałem sam siebie mając szczerą nadzieję, że tak. Było tak ciepło, że musiałem rozpiąć bluzę, bo zaledwie po chwili moje czoło przepłynęły krople potu.
                W barze przywitał mnie Czarek oraz jeden z bywalców, którego imienia nie znałem. Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że dzisiaj jest szansa zjedzenia jajecznicy oraz wypicia herbaty, więc od razu zamówiłem dużą porcję. Usiadłem przy jednym ze stolików i zacząłem jeść. Zastanawiałem się jak ostatecznie przebiegło moje spotkanie z Rudą, bo z samych rozmów pamiętałem niewiele. Postanowiłem, że spytam ją gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.
                Po zjedzeniu posiedziałem jeszcze chwilę, czując się nieco lepiej, żeby dopić herbatę. Wtedy do baru wszedł Dziara wraz z Ernim. Kiwnąłem głową żeby się z nimi przywitać.
- Hej stary – powiedział Erni.
- Bobru dzisiaj jest ten dzień – zaczął Dziara.
- Wiadomo, o której wyjazd? – zapytałem.
- Planujemy wyjechać popołudniu i pod wieczór być już na miejscu – zapowiedział przywódca Ostoi.
- Wiadomo ile osób jedzie? – zadałem kolejne pytanie.
- Właściwie to nie do końca, ale zaraz to ustalimy. Póki co przekazałem władze tymczasową Szeryfowi – zaczął. Cóż za straszne czasy nadeszły, pomyślałem wyobrażając sobie mieszkańców Ostoi, którzy będą musieli mocno naginać się do dziwnych zasad Szeryfa – Chciałbym zabrać oprócz ciebie i Erniego paru twoich ludzi – powiedział.
                To akurat zdziwiło mnie nieco.
 - Moich ludzi? Dlaczego? – zapytałem.
- Ponieważ jesteście dosyć szanowani w okolicy, nawet jak o tym nie wiecie. Tutejsi ludzie widzą tylko świat zza murów swoich obozów. Wy byliście w drodze przez taki czas, a to się zdecydowanie ceni. Zresztą myślałem, że ucieszysz się, że będziesz mógł mieć oko na swoich – zdziwił się Dziara.
- Nie wiemy jeszcze czy to pułapka czy nie – stwierdziłem sucho.
- Będziemy ostrożni obiecuje – zapewnił Dziara.
- To ilu ludzi mam zwołać?
Dziara podrapał się po głowie.
- Coś koło siedmiu. Dziesięcioosobowy oddział powinien godnie reprezentować Ostoję.
- Pomieścimy się w wozach? – kolejne pytanie wyleciało z moich ust.
- Pojedziemy Zbłąkanym. Jeżeli nie ruszam w trasę to chociaż weźmiemy mój pojazd, może akurat ktoś go rozpozna i się do nas dołączy. Ewentualnie nakierujemy go na Toruń – wytłumaczył Ernest.
- Brzmi solidnie. Niech i tak będzie, lecę ogarniać jakichś ochotników – zapowiedziałem wstając.
- Cieszę się, że nie masz nic przeciwko – odpowiedział twardo Dziara i również wstał – W takim razie przygotuj siebie i resztę, a my z Ernim zapakujemy autobus w potrzebne zapasy i przygotujemy go do drogi. Spotkamy się za trzy godziny pod południowym wyjazdem.
- Ok – odpowiedziałem krótko i dopiłem herbatę odstawiając kubek z cichym trzaskiem na stół.
                Rozdzieliliśmy się przy drzwiach baru. Przed wyjściem podziękowałem Czarkowi za posiłek i odniosłem naczynia na bar. Musiałem się teraz zastanowić kogo wziąć do Inowrocławia. Chociaż nic mi się aktualnie nie chciało robić przez wyjątkowo gorący dzień to starałem spiąć się i dobrze pomyśleć, kto może mi się przydać.
                Na początku ruszyłem w stronę strzelnicy, gdzie często można było spotkać kogoś z mojej grupy. Zauważyłem ogólną tendencje do spotykania tam większości znajomych mi osób. Po drodze na południową część obozu mijałem mnóstwo mieszkańców i chociaż byłem pewny, że mi się to wydaje to zdawało mi się, że wszyscy obserwują mnie bacznie, szczególnie ci, którzy przechodzili obok mnie. Dotarłem na miejsce i rozejrzałem się. Strzelnica była aktualnie okupowana przez grupę strażników, ale zauważyłem też, że trenuje tam teraz Pablord wraz z siedzącym obok Józefem.
                Podszedłem do nich i przywitałem się.
- Co ksiądz robi na strzelnicy? – zapytałem żartobliwie.
- W tych czasach trzeba być gotowym na wszystko – odpowiedział z uśmiechem – Co cię tu sprowadza?
- Chciałem wam zaproponować wyjazd – powiedziałem tajemniczo – Mam nadzieję, że jesteście zainteresowani.
- Gdzie tym razem? – zapytał Pablord.
- Do Inowrocławia. Wraz z Dziarą i paroma innymi osobami. Potrzebuje solidnych osób, które mnie tam nie zawiodą. A więc? – zapytałem po chwili.
Obaj milczeli przez chwilę, a po chwili kiwnęli głowami. Pomimo tego, że Pablorda byłem pewien, to nie byłem przekonany co do brania Józefa, chociaż liczyłem na to, że da sobie radę. Nie mieliśmy jeszcze okazji dobrze się poznać, ale ten wyjazd wydawał się być wręcz idealny.
- Wiecie może gdzie znajdę Dymitra lub Giganta? – zapytałem.
- Widziałem ich z rana przy północnej barykadzie. Tam możesz ich poszukać – zaproponował Józef.
- Dzięki wielkie panowie. To wiele dla mnie znaczy. Bądźcie za trzy godziny gotowi do jazdy przy południowej bramie. Spakujcie tylko potrzebne rzeczy, bo reszta będzie już gotowa – powiedziałem na odchodne i ruszyłem w stronę północnej barykady. Byłem tak zatopiony w myślach i wspomnieniach ostatnich dni, że nie wiedziałem do końca, co ze sobą zrobić.
                Po paru minutach dotarłem do barykady przy, której aktualnie trwały prace umacniające. Pamiętałem jak dzisiaj zniszczenia spowodowane przez atak Złomiarzy i nie zdziwiło mnie specjalnie, że to miejsce wymaga zwiększonej uwagi. Parę strażników w pocie czoła dokładało dodatkowe wzmocnienia, a wszyscy byli dyrygowani przez Ewelinę, która siedziała na plastikowym krzesełku i wykrzykiwała różne hasła, typu „Przenieś to tam!”, albo „Co ty robisz? Dołóż ten worek gdzie indziej!”. Podszedłem do niej, a ta przywitała mnie serdecznie.
- Chcesz nam pomóc? – zapytała.
- Raczej nie. Niedługo wyjeżdżam coś załatwić. Szukam paru osób, jest tu ktoś z mojej grupy? – zapytałem.
- Hmm… tak. Gigant, Łowca i Rekin pomagają mi, nie mów, że chcesz ich zabrać – powiedziała.
- Tylko poprosić o coś – zapowiedziałem.
- To znajdziesz ich… tam! – pokazała palcem lewą stronę barykady, gdzie rzeczywiście zauważyłem moich przyjaciół.
                Podszedłem do nich i serdecznie się z nimi przywitałem przy okazji pomagając im z wyjątkowo ciężkim workiem.
- Co tam Bobru? – zapytał Gigant ocierając ogromną dłonią pot z czoła.
- Wyjeżdżamy za parę godzin i chcę żebyście ze mną pojechali. Sprawy Toruńskie – powiedziałem.
Łowca westchnął cicho.
- Cholera Bobru zamęczysz nas, ale wiesz nie ma problemu – powiedział lekko ironicznie.
- Jak wymiękacie to znajdę kogoś innego, nie ma problemu – powiedziałem wiedząc, że i tak ze mną pojadą.
- Dobra… dobra – zgodził się Łowca.
- A wy? – skierowałem pytanie do Giganta i Rekina.
- Jak trzeba to pojedziemy, w końcu się przydamy do czegoś więcej niż cholerne umocnienia – dodał Rekin.
- Chociaż nie przepadam za Dziarą to z tobą pojadę gdziekolwiek chcesz. Przecież wiesz stary – powiedział Gigant, a ja uśmiechnąłem się. Na nim mogłem polegać.
- Dzięki panowie. Dokończcie co zaczęliście tutaj z Eweliną  i za około trzy godziny bądźcie pod południową barykadą. Weźcie tylko bronie i ciuchy, reszta będzie na pokładzie – zapowiedziałem.
- Ta jest – odpowiedział Łowca. Pożegnałem się z nimi i ruszyłem dalej szukając dwóch ostatnich osób – Dymitra i Rudej. Nie miałem pojęcia, gdzie ich znaleźć, ale miałem nadzieję, że uda mi się to, bo na ich obecności również mi zależało. O ile Giganta czy Łowcę znałem już jakiś czas, to z tymi ludźmi dopiero się zaprzyjaźniałem, a takie wyprawy łączyły.
                Nieco zmęczony poszukiwaniami Dymitra i Natalii usiadłem na jednej z ławek, przyglądając się dzieciom bawiącym się w cieniu przy pomniku niedaleko Placu Głównego. W całej Ostoi było raczej mało dzieci, nie dziwiłem się w sumie, bo czasy były wystarczająco ciężkie bez dziecka, którym trzeba było się opiekować, ale jednak aż miło było na nie spojrzeć. Czy dożyją czasów, kiedy ta epidemia się skończy? A może nikt z nas nie miał dożyć tej chwili?
                Z przemyśleń wyrwał mnie głos Medyka, który podszedł do mnie i dosiadł się odpalając papierosa.
- Chcesz jarnąć młody? – zapytał.
- Nie palę – odpowiedziałem krótko.
- Bardzo mądrze – skwitował zaciągając się soczyście.
- Jak praca w lecznicy? – spytałem zmieniając temat.
- Ech w sumie nic specjalnego. Na misjach na bliskim wschodzie było gorzej. Tutaj jak ktoś dostanie od zombiaka to zazwyczaj zanim go przywiozą do mnie to już jest zakażony, a samych ran postrzałowych jest niedużo – odpowiedział – A jak twoja ręka?
Podczas buntu pod Kwaterą Główną zostałem lekko raniony nożem, rana nie była na tyle poważna żeby ją zszywać, czy chociażby specjalnie bandażować, wszystkim zajął się Dziara, ale widocznie Medyk usłyszał o tym z jakiegoś źródła.
- To było tylko draśnięcie. Nie to co u Filipa – stwierdziłem.
- Taa… Mój znajomy, którego niestety nie poznałeś, mawiał to samo gdy składałem go po różnych ranach postrzałowych. Szkoda, że nie ma go już z nami. Polubiłbyś go młody – wspominał starszy mężczyzna.
- Może teraz jest w lepszym miejscu – powiedziałem.
- Wierzę, że wszystko jest lepsze od tego gówna, co nas otacza – przyznał.
- Chyba nigdy tego nie mówiłem – zacząłem nagle – Ale chcę ci podziękować za to, że dowiozłeś moich ludzi do tego miejsca. A szczególnie tę dziewczynę – powiedziałem szczerze.
                Medyk zaciągnął się i długo nie odpowiadał.
- Nie ochroniłem jej jednak przed tym miejscem. Ani przed mordercą.
- Tego nie udało się zrobić nawet mi, chociaż miałem go przed nosem przez tak długo. Teraz już nie mam takiej szansy – powiedziałem.
- Jesteś dobrym człowiekiem młody. Nie obwiniaj się o wszystko bo to donikąd nie prowadzi.
- Wiem… ja wiem – odpowiedziałem powoli.
- Dobra. Koniec przerwy – powiedział wstając – Musze wracać do pracy. Trzymaj się.
- Hej – odpowiedziałem patrząc jak odchodzi.
                Na ławce spędziłem jeszcze parę minut myśląc o tym co powiedział mi Medyk. Wstałem w końcu i ruszyłem na dalsze poszukiwania. Dymitra i Rudą znalazłem w końcu w szklarni, gdzie siedzieli i rozmawiali na ławce. Gdy mnie zobaczyli przerwali i czekali aż podejdę.
- Bobru – powiedział na przywitanie Dymitr, podając rękę, którą uścisnąłem.
- Hej – przywitała się również Ruda.
- Zajęci? – zapytałem dosiadając się.
- Odrobinę, ale nie martw się i mów czemu nas szukałeś – stwierdził Dymitr. Widziałem, że był nieco zdenerwowany, a Ruda z kolei była smutna. Niestety ich problemy nie były moją sprawą więc kompletnie to zignorowałem.
- Wyjeżdżamy za około dwie godziny do Inowrocławia całkiem sporą grupą. Chciałem żebyście pojechali ze mną – zacząłem.
Spojrzeli się na siebie. Nie wiedziałem za bardzo, o co chodzi, więc po prosu czekałem na odpowiedź.
- Po co tam jedziemy? – spytała w końcu Natalia.
- Na spotkanie. Bardzo ważne dla okolic, a być może i dla nas, gdy będzie stąd wyjeżdżać – powiedziałem.
- Chcieliśmy spędzić trochę czasu we dwójkę – zaczął Dymitr.
- Ale jak trzeba pomożemy – dokończyła Ruda – W końcu jak weźmiesz i mnie i Dymitra to i tak będziemy razem – stwierdziła.
- To mogę na was liczyć? Świetnie. Za około dwie godziny bądźcie gotowi pod południowym wyjazdem. Weźcie broń i ciuchy, reszta będzie czekała na pokładzie – zapewniłem.
- Ok – odpowiedzieli wspólnie, a ja nie zaczepiając ich dłużej opuściłem szklarnie i poszedłem do domu wziąć prysznic i się przebrać oraz przygotować do drogi.
                Podobało mi się to jakim składem mieliśmy tam jechać. Byli to ludzie, którym ufałem i którzy już niedługo mieli wyjechać ze mną w drogę, gdzie działy się straszne rzeczy. Bez nich nie byłoby to możliwe. Można więc było powiedzieć, że to była próba generalna przed wielką podróżą. Po dwóch godzinach, odświeżony i gotowy do drogi byłem już przy południowej barykadzie. Szybko zauważyłem grupę ludzi krzątających się przy Zbłąkanym Ocalałym, który pierwszy raz od dawna był wymyty i nieco odnowiony.
- Czemu jedziemy tym złomem, a nie moim Potworem? – usłyszałem głos Łowcy.
- Sam jesteś złomem! – odkrzyknął Erni i zobaczyłem jak podchodzi do autobusu i głaszczę go czule – Nie słuchaj go kochany.
                Uśmiechnąłem się pod nosem i przywitałem z wszystkimi, których zaprosiłem, oraz Dziarą i Ernim.
- Jak samopoczucia? – zapytałem.
- Chujowo, ale stabilnie – wyszczerzył zęby Dziara.
- To, co jesteśmy gotowi? – zapytałem tym razem bardziej Erniego.
- No to jedźmy! – zawołałem dziarsko.
                Gdy bramy zamknęły się za nami, a my pomknęliśmy drogą na most nad Wisłą poczułem standardowy niepokój, tak jakby moje ciało przełączało się na tryb wzmożonej ostrożności. Wiedziałem, że do Inowrocławia mamy niewiele większą drogę niż na Drugi Posterunek, a Erni potrafił jeździć i znał okolicę jak własną kieszeń, więc nie martwiłem się czasem podróży. Dodatkowo niedaleko był Pierwszy Posterunek, co oznaczało, że w okolicy nie powinno być zbyt dużo zombie. Dopiero teraz przypomniałem sobie jak dawno nie widziałem przerażających stad trupów. Dobrze pamiętałem te z Kołodna, które spotkałem wraz z Ernim i Cinkiem uciekając przed ludźmi z Supraśla. Setki trupów podążających w tym samym kierunku, niczym nieumarła fala. To było przerażające.
                W samym autobusie atmosfera była pozytywna. Siedziałem tuż obok Dziary, który zamyślony patrzył za okno i obserwował chylące się coraz niżej słońce. W tym czasie reszta rozmawiała ze sobą, a Łowca opowiadał historię ze swojego życia ku uciesze reszty. Nawet nie zauważyłem, kiedy podjechaliśmy do zabudowań i minęliśmy tabliczkę z nazwą „Inowrocław”. Chociaż całe miasto wydawało się opustoszałe to dojechaliśmy w końcu do kościoła, który było widać z daleka. Od razu dało się zauważyć mury okalające to miejsce i świata oraz hałasy ze środka. Podjechaliśmy pod główną bramę i czekaliśmy. Erni zatrąbił.
                To zdecydowanie podziałało, bo brama po chwili zaczęła się otwierać. Wjechaliśmy do środka i zobaczyliśmy wnętrze obozu. Po lewej znajdowało się wejście do kościoła oraz nieduży plac, na którym siedziało teraz parę osób i bacznie nas obserwowało, a po prawej było pole, na którym stało parę przyczep, wyglądających na mieszkania. Wyładowaliśmy się ze środka i zobaczyliśmy, że przed autobusem czeka na nas przygarbiony człowiek nieco starszy ode mnie. Miał czarną czuprynę i uśmiechnął się do nas.
- Witam was w Inowrocławiu. Nasz przywódca już na was czeka – zapowiedział ściskając dłoń Dziarze na przywitanie.
- Całkiem przytulnie tu macie – odpowiedział Dziara.
- Staramy się – dodał człowiek, który podszedł do nas zza pleców garbatego mężczyzny. Był znacznie starszy, miał siwe pasma włosów i serdeczny wyraz twarzy – Jestem Konrad, a to Garbus. Zaprowadzimy was teraz do Bena.
                Bez pytań ruszyliśmy w dziesiątkę za nimi. Ludzie świdrowali nas wzrokiem jakby pierwszy raz widzieli innego człowieka, a widok broni przewieszonych przez nasze plecy i paski na pewno nie sprawiał dobrego wrażenia. Ale nie zamierzaliśmy ich użyć. Sytuacja była dosyć nerwowa, bo w każdym momencie mogło rozpętać się piekło, ale miałem nadzieję, że tutejsi ludzie nie są agresywni. Dwójka, która nas przywitała prowadziła nas na tyły kościoła, gdzie zobaczyliśmy parę piętrowych budynków.

                Weszliśmy do jednego z nich i znaleźliśmy się w sporym pomieszczeniu, na środku którego stał ogromny, drewniany stół. Za stołem siedziało parę postaci. Nim zdążyłem się skupić na nich po kolei złapałem się ręką za czubek głowy. Nie mogłem uwierzyć, w to kogo widzę. Tylko nie teraz, błagałem sam siebie przypominając sobie sytuacje z budynku. Chociaż teraz nie czułem zawrotów głowy, ani nic z tych rzeczy to widziałem to samo. Tą samą osobę. Jedną z osób siedzących za stołem była Łapa.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 13: Komplikacje

Rozdział 13, perspektywa Bobra. Zobaczycie co się stało dosłownie chwilę po zakończeniu ostatniego rozdziału, tylko to wszystko z perspektywy Bobra. Coraz bliżej końca tego tomu, ja osobiście teraz bardzo dużo czasu spędzam wymyślając wszystko co trzeba. Mam nadzieję, że wam się spodoba jeżeli tak to zostawcie łapkę w górę i komentarz ;)

--------------------------------------------

Rozdział 13 (Bobru): Komplikacje


                Pablord dostał. Chcieliśmy zaskoczyć atakujących Złomiarzy od tyłu, ale wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że po pierwsze, nie byli to Złomiarze, a po drugie było to zbyt niebezpieczne. Próbowałem zjechać na pobocze, żeby zniwelować siłę uderzenia. Spojrzałem na przyjaciela i zobaczyłem, że trzyma się za brzuch. Musiałem szybko zaprowadzić go do lecznicy.  Ale teraz wylądowaliśmy w samym środku walki. Barykady nie było. Zostały tylko ruiny. Na ulicy, kawałek przed nami, znajdowało się mnóstwo ludzi z Torunia, ale wszędzie dookoła były zombie. Wysiadłem razem z Wiktorią i zaczęliśmy je zabijać. Robiło się już gorąco, ale całe szczęście pomagali nam strażnicy z Ostoi oraz mnóstwo losowych ludzi. Widziałem w tłumie Magdę, Łapę oraz Szeryfa i Karła.
                Oczyszczenie całej ulicy zajęło nam dobre dziesięć minut. Gdy wszystko się uspokoiło, ja pobiegłem do auta i przy pomocy Ryśka oraz dwóch innych strażników, wyciągnęliśmy ostrożnie Pablorda. Wyglądał kiepsko. Stracił przytomność i był blady. Obawiałam się najgorszego, ale pomimo tego ruszyłem z małą grupką osób w stronę szpitala. Gdy tam doszliśmy Pablord szybko został podpięty pod różne aparatury podtrzymujące życie. To był plus lecznicy w Toruniu, byliśmy tutaj całkiem nieźle wyposażeni. Gdy sytuacja w końcu się uspokoiła, usiadłem na korytarzu w lecznicy i czekałem na to co powiedzą lekarze.
                W międzyczasie przyszła do mnie Łapa. Przytuliłem się do niej i trwaliśmy w takim stanie przez co najmniej dwie minuty. W końcu rozłączyliśmy się, a ja westchnąłem cicho.
- Co ci się stało w ucho? – zapytała.
- Trzeci Posterunek nie istnieje… trafiliśmy na bandytów, Jonasz prawdopodobnie zginął… - zacząłem tłumaczyć. Jeszcze dzisiaj z rana znaleźliśmy auto, które jakimś cudem odpaliliśmy. Udało się nam dojechać do Torunia w jednym kawałku, a Jonasz został gdzieś tam, albo już nie żył. Powinniśmy i tak być bardziej ostrożni, bo nasz pośpiech mógł kosztować Pablorda życie.
- Tutaj w sumie nie lepiej – powiedziała Łapa, machając nogą.
- Co tu się stało? Na Placu Głównym widziałem jakieś stoły, a w samej Ostoi mnóstwo zombie – spytałem, wciąż nie mogąc uwierzyć w to co tu zastałem. Pamiętałem, że Dziara wspominał o jakimś ataku Gangu, ale skąd tu się wzięło tyle zombie i ta rozwalona barykada?
- Karzeł organizował Święto Ocalałego, jakąś bezsensowną imprezę, gdzie mieliśmy oderwać się od rzeczywistości. Chciałam się tylko napić i dalej czekać na twój powrót, ale jak widzisz nagle wszystko się posypało. Nie wiadomo skąd pojawił się Gang, a jedna z barykad została zniszczona. Prawdopodobnie przez nich – opowiedziała pociągając nosem co jakiś czas. Była smutna.
- Dlaczego się smucisz? Przecież wróciłem, a sytuacja została opanowana… - powiedziałem.
- Sołtys i ten łysy żołnierz zginęli… Żołnierz zabił przywódcę Gangu, ale sam zginął, a Sołtys próbował go ratować i ugryzł go zombie. Strzeliłam mu w głowę, żeby się nie przemienił… - powiedziała, a z kącika jej oka spłynęła łza.
                Ta informacja była jak uderzenie pioruna. Poczułem się tak samo jak widziałem umierającego Goku, umierającą Nieznajomą oraz ciało Natalii. Sołtys był jak dziadek każdego z nas, zawsze służył radą i był niesamowicie pomocny. Był ze mną praktycznie od początku tego całego syfu. Czemu musiał tak ryzykować?
- Dlaczego to zrobił? – zapytałem, chociaż nie wiedziałem na jaką odpowiedź liczę.
Łapa nie odpowiedziała. To była naprawdę spora strata. Jakim cudem atak wyszedł tak dobrze? Czy było możliwe, że ktoś wpuścił Gang do środka?
- Był za dobrym człowiekiem na te czasy. Pieprzony Karzeł uciekł gdy walczyliśmy z Gangiem… Żałuje, że nie złapał go jakiś trup – powiedziała w końcu. Zachowania Karła rzeczywiście było szokujące. Spotkałem Dziarę w drodze do szpitala i rzuciłem mu tylko, że wpadnę jak zobaczę co z Pablordem. Miałem mu do zdania raport, oraz chciałem go zapytać o parę rzeczy.
                Nagle z jednego z gabinetów lekarskich wyszła Wiktoria. Miała zabandażowaną nogę i dostała kulę do podpórki.
- Wszystko gra? – zapytałem.
- Zdarzały mi się gorsze wypadki, lepiej powiedz co z Pablordem – poprosiła siadając obok mnie i Łapy.
- Czekamy, aż go podłączą pod aparaturę i zbadają. Dostał mocno i zanim go podnieśliśmy to mogło być już za późno. Mam przez to spore obawy… - zacząłem.
- Myślę, że da sobie radę. To twardy człowiek, jak wszyscy z Czerwonych Flar… no może poza Mateuszem, ale on jest tak głupi, że nie ma szans zginąć. Po prostu tak już jest – powiedziała wstając – Wybaczcie, ale muszę iść. Kazali mi leżeć, żebym szybko wróciła do pełnej sprawności.
                Zniknęła powoli na schodach w korytarzu, a ja ziewnąłem przeciągle. Oczy mi się same zamykały, ale miałem jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Zastanawiałem się czy nie mogłem zdać raportu Dziarze jutro, a wieczoru spędzić przy Łapie, ale podejrzewałem, że nie ma takiej opcji. Po około dziesięciu minutach z sali wyszedł lekarz. Był to Medyk, ostatni żyjący żołnierz z konwoju, który pomagał Natalii dostać się do Torunia. Widać, że był w ponurym nastroju, usłyszał już o śmierci przyjaciela. Po wyjściu z gabinetu spojrzał na nas i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął paczkę papierosów i odpalił jednego zapalniczką, po czym zaciągnął się potężnie.
- Jego stan jest ciężki – powiedział – sama rana brzucha nie jest tak poważna, chociaż stracił sporo krwi. Gorzej jest z jego głową. Podczas tego waszego poślizgu musiał uderzyć dosyć mocno, co wprowadziło go w stan śpiączki. Na razie będziemy go obserwować, ale naprawdę nie wygląda to dobrze… Przykro mi – dokończył, a kolejny głaz, podobny jak ten po śmierci Sołtysa, spadł na mnie. Czy wszyscy ważni dla mnie ludzie, moi przyjaciele oraz kompani muszą odchodzić? Śpiączka to nie była jeszcze śmierć, ale czasami człowiek wybudzał się z niej po paru godzinach, czasami po paru tygodniach, a czasami po paru latach. Mogłem kazać mu wjechać innym wjazdem, ale hałasy i strzały, które słyszeliśmy wystraszyły mnie. Musiałem podjąć taką decyzję i to mogło mnie kosztować kolejnego przyjaciela.
                Wstałem ciężko i wyciągnąłem rękę do Medyka.
- Dziękuje za pomoc. Udzieloną mu i Wiktorii. Przykro mi z powodu twojego przyjaciela – powiedziałem.
- Słyszałem, że twój oddał życie próbując ratować mojego, więc to ja powinienem dziękować –odpowiedział.
- Jesteśmy jedną silną grupą. Toruń to tylko miejsce, w którym żyjemy. Cieszę się, że możesz się poczuć częścią moich ludzi – powiedziałem – Wybacz, ale jestem wykończony, a muszę jeszcze zdać raport. Bywaj.
Odwróciłem się i razem z Łapą opuściliśmy szpital. Wyszliśmy na chłodne, wieczorne powietrze. Nad nami nie było widać gwiazd, wszystko zasłaniały czarne, gęste chmury. Zbierało się na deszcz, a może nawet na burzę. Szliśmy kawałek w milczeniu, mijając co jakiś czas grupki strażników, którzy zbierali ciała zombie na wozy i taczki, a następnie wywozili je za północną barykadę. Nie wiedziałem w sumie co teraz stanie się z barykadą, jak szybko ją odbudują i czy w ogóle będą w stanie.
                Nagle przyszło mi do głowy pewne pytanie.
- Właściwie to gdzie jest Ernest i cały Zbłąkany Ocalały? – zapytałem.
- Nie wrócili jeszcze ze wschodu – odpowiedziała Łapa.
- W sumie nam krótsza trasa zajęła pięć dni, ale jeżeli ich jeszcze nie ma, to może oznaczać, że wpadli w tarapaty… - zgadywałem.
- Nie myśl o tym. Musisz się zrelaksować, ostatnio wszyscy przeżyliśmy piekło. Wpadnij do mnie na noc kochasiu. Zrelaksujemy się wspólnie i pozwolę ci zapomnieć o dzisiejszych przykrościach – zaproponowała.
- Postaram się, po prostu… nie wiem jakie plany ma Dziara – wyznałem, mówiąc zgodnie z prawdą.
- Wiesz gdzie mnie szukać – rzuciła na pożegnanie i odeszła w stronę budynków mieszkalnych.
                Pozostałą część drogi pokonałem sam.  Stanąłem przed drzwiami Kwatery Głównej, chociaż wyjątkowo nie było tu cicho, ciemno i tajemniczo. Tym razem krzątało się tu mnóstwo ludzi, pomagających sprzątać i odbudowywać. Wszedłem używając zestawów kluczy i zobaczyłem przy stole cztery osoby. Jedna z nich wychodziła właśnie i była to Agnieszka, jedna z Czerwonych Flar, która wróciła niedawno z Pierwszego Posterunku. Miała obojętny wyraz twarzy co było widać gdy mnie mijała. Zamknęła za sobą drzwi, a ja podszedłem do reszty stojącej przy stole – Karła, Dziary oraz Magdy.
- Bobru! Jesteś w końcu, mów co z Pabim! – powiedział, a reszta odwróciła się w moją stronę. W oczach Magdy zobaczyłem gniew, a w oczach Karła obojętność.
- Jest pogrążony w śpiączce. Jego stan jest ciężki – powiedziałem.
- Nie będę cię długo męczył, ale muszę się dowiedzieć jak przebiegła misja, dlaczego nie ma z wami Jonasza i jak wygląda to co dzieje się na Trzecim Posterunku.
- Co się stało z barykadą? Dlaczego moi ludzie zginęli, chociaż mam tak wielką siłę ognia, a zaatakowało nas zaledwie paru przeciwników? – zapytałem z gniewem.
- Uspokój się Bobru, jesteś zmęczony. Gang zaatakował nas, rozbili barykadę materiałami wybuchowymi, a następnie zakradli się podczas tego jak świętowaliśmy i wybili. Ale to już koniec. Ich przywódca nie żyje – zapewnił Dziara.
- Szkoda, że nasz żyje – dodała nagle Magda. Pierwszy raz słyszałem aż tak odważne słowa z jej strony. Zawsze lubiła się wymądrzać, ale te słowa były przepełnione czystą nienawiścią. Karzeł spojrzał na nią, ale ona nie opuściła wzroku.
- Uspokój się dziewczyno, to nie moja wina, co więcej gdyby nie moje wsparcie nie żyłabyś, tak samo cała reszta w tym sektorze. Tam było najciężej – odgryzł się Karzeł.
- Uciekłeś i zostawiłeś nas. Jako przywódca powinieneś być w pierwszym szeregu, dając przykład swoim ludziom! – krzyknęła.
- Uważaj, bo pożałujesz swoich słów – ostrzegł ją.
- Co zrobisz? Jesteś zwykły tchórzem.
                Przez chwilę wydawało mi się, że Karzeł ją uderzy, ale nie zrobił tego. Patrzył jeszcze przez chwilę w jej oczy, a następnie spojrzał na Dziarę i na mnie. Potem wyszedł, trzaskając głośno drzwiami.
- Nie narażaj się na to, że zostaniesz stąd wyrzucona – rzucił Dziara, żeby przerwać ciszę.
Magda milczała. Usiadła na krześle obok i nie odzywała się.
- Eee… co do raportu, to misja nieudana. Trzeci Posterunek upadł, przejęła go okoliczna grupa, która każe nazywać się Złomiarzami, od tego dużego złomowiska przy Grudziądzu. Z tego co słyszałem od paru ludzi, którzy też okazali się być Złomiarzami, wszyscy, którzy tam byli, albo przeszli na stronę Złomiarzy, albo zginęli. Jonasz zaginął w akcji, zgubił się i nie mogliśmy już na niego czekać. Prawdopodobnie nie żyje – streściłem.
Dziara milczał przez chwilę.
- To nie dobrze-  powiedział w końcu – Cała nasza północna siła mocno ucierpiała w ostatnich dniach. Barykada upadła, a posterunek został zniszczony. Będę musiał przeznaczyć wiele ludzi na odbudowę tego wszystkiego. Ale plan postępuje do przodu. Co do twojego następnego zadania Bobru… - zaczął.
- Nie mogę odpocząć przynajmniej parę dni? Poza tym gdzie jest Erni? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia, ale pojechał przecież z dwoma ludźmi ,wcześniej jeździł sam i wracał, więc teraz tym bardziej wszystko powinno pójść ok – zapewnił przywódca Czerwonych Flar.
- Nie powinniśmy tam kogoś wysłać? – zapytałem.
- Na razie nie. Co do wysłania to pojedziesz jutro po południu wraz z paroma wyznaczonymi osobami na Drugi Posterunek, który jest na zachód stąd. Muszę koniecznie się dowiedzieć czy wszystko jest tam ok, bo tamtejsi ludzie naprawiają nasz helikopter. Wyobrażasz sobie jaka to mogłaby być przewaga? – zapytał.
                Helikopter. Dopiero teraz do mnie doszło, że jeden helikopter z Torunia znaleźliśmy niedaleko Białegostoku, tam gdzie przypadkowo wszystkie grupy uciekające z Królowego Mostu spotkały się, chociaż same o tym nie wiedziały.
- Jutro po południu? – zapytałem.
- Tak. Co najważniejsze, musisz ze sobą wziąć tą dziewczynę ze szklarni, medyka z lecznicy oraz księdza. Oraz dwie osoby z Czerownych Flar, możesz wybrać kogoś chcesz – powiedział.
- Czemu trzech moich ludzi ma jechać na Drugi Posterunek? – zapytałem.
- Tamci ludzie rozwijają się całkiem szybko. Jest to drugie z największych ośrodków Ostoi, poza samą Ostoją. Będą tam bezpieczni, a tamtejsi potrzebują księdza, dobrego lekarza oraz kogoś, kto zacznie budowę szklarni w tamtym miejscu. To będzie dla nas świetne miejsce do ucieczki, gdyby zaatakowała nas większa grupa – wytłumaczył – Twoi ludzie będą tam góra tydzień, może dwa. Gdy tamci podłapią jak zajmować się uprawą, znajdzie się jakiś kolejny ksiądz, oraz ludzie leczący i wszystko powinno być ok.
- Nie podoba mi się to za bardzo, ale zgadzam się. Czy to wszystko? – zapytałem.
- Gigant oraz Dymitr trafią do tymczasowego aresztu – powiedział bez emocji. Widziałem, że Magda chciała już coś powiedzieć, ale ugryzła się w język.  Ja za to nie pozostawałem milczący.
- Nie rozumiem. Dlaczego? – zapytałem – To ich wina? Podejrzewasz moich ludzi? – ciągnąłem z coraz to większym gniewem.
- Niestety tak. Opuścili stanowisko na moje polecenie, ale to bardzo dziwne, że akurat tam uderzył Gang. Jak nie znajdziemy solidnego dowodu to nic im się nie stanie, ale i tak muszą spędzić trochę czasu w areszcie. W imię zasad – powiedział.
- Wybacz, ale mam wrażenie, że zamieniasz się powoli w Karła – powiedziałem – Mam wrażenie jakbyś bał się mnie i starał zabrać mi wszystkich ludzi, żebym został tu sam…
- Nigdy nie porównuj mnie do tej osoby Bobru. NIGDY! – krzyknął – A teraz idź już. Zaczynam się robić bardziej zmęczony rozmową z tobą, niż ty tą całą wyprawą.
                Odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi. Zorientowałem się, że Magda kuśtyka za mną, więc przepuściłem ją i wyszliśmy na zewnątrz. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, ale w końcu zaciekawiony zapytałem.
- Co ci się stało w nogę?
- Wiesz jaka jestem niezdarna, miałam mały wypadek i stało się – powiedziała uśmiechając się.
- Ostatnio dziwnie się zachowujesz, wszystko jest w porządku? – zapytałem.
Magda zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią.
- Nie… ale będzie. Mam nadzieję – powiedziała ze smutkiem.
- Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałem.
- Po prostu bądź w okolicy. Postaraj się wrócić szybciej niż podczas ostatniego wyjazdu. Wiem, że czujesz na sobie odpowiedzialność za wszystkich swoich przyjaciół, ale wiedz, że przy tobie czujemy się znacznie lepiej. Po prostu tak już jest.
- Obiecuje, że wrócę jak najszybciej – powiedziałem uśmiechając się – Działo się jeszcze coś ciekawego podczas mojej nieobecności?
- Jakub uciekł…
- Co? – zapytałem. Morderca na wolności. Odruchowo obejrzałem się do tyłu, a po plecach przeszły mi ciarki niepokoju.
- Dwa dni temu wieczorem, podczas apelu. Znaleziono tylko cztery ciała i pustą celę. Zabił strażnika i trzech pozostałych więźniów. Prawdopodobnie wykorzystał sytuację i podczas dzisiejszego ataku uciekł stąd i już go więcej nie zobaczymy – powiedziała.
                Zatrzymałem się i złapałem rękoma za jej ramiona. Spojrzałem jej w oczy.
- Jeżeli coś cię męczy pamiętaj, że możesz powiedzieć mi, albo Łapie. Nikomu więcej nie ufaj, szczególnie, że Gigant został zamknięty, a Sołtys nie żyje. Erniego i Cinka oraz Łowcy też nie ma w pobliżu. Po prostu uważaj, ok? – powiedziałem.
- Będę uważała… - obiecała – Przepraszam, ale muszę już iść, może się gdzieś przydam… - i odeszła w przeciwną stronę, idąc w kierunku barykady. Widziałem, że coś ją męczy. Niektórzy ludzie byli łatwi do przewidzenia. Ona była jedną z tych, którzy byli naprawdę łatwi do rozpracowania. Musiałem ją bacznie obserwować. Podczas rozmowy z nią zwróciłem jednak uwagę na inny poważny problem. Jak jutro wywiozę stąd trzy kolejne osoby to z mojej grupy, zostanie tu właściwie tylko Łapa, Magda oraz Miczi. Jak to możliwe, że z tak sporej grupy osób, zostało już tylko tak mało ludzi? Oczywiście był jeszcze Gigant oraz Dymitr, ale obaj trafią do aresztu i nie będą mieli żadnego wpływu na zdarzenia w Ostoi.
                Byłem zmęczony. Pozostawiłem dalsze rozmyślanie na jutro i ruszyłem w stronę apartamentów, gdzie miałem zamiar spędzić wieczór z Łapą. Nasza relacja była czymś dziwnym. Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, ale w żadnym wypadku nie mogłem nazwać Łapy swoją dziewczyną. Nie wiem czy bym za nią tęsknił jakby odeszła, ale na pewno pozostawiłaby charakterystyczną pustkę w moim życiu. Być może większą niż ktokolwiek inny, a może tak małą, że szybko bym o niej zapomniał. Zapukałem do jej mieszkania i nie czekałem długo. Otworzyła mi ubrana w spodnie od pidżamy oraz koszulkę ze sporym dekoltem.  Usiadłem na kanapie w niedużym salonie i poczułem duże zmęczenie. Łapa jednak uśmiechnęła się tylko i podała mi lampkę wina. Wypiłem pierwszy kieliszek szybkim, zachłannym łykiem.  Usiadła obok i pocałowała mnie. Zabawne, pomyślałem, jak z wroga, który zabijał moich ludzi, stała się kimś ważnym w moim życiu. Potężnym sojusznikiem i bratnią duszą. Wtuliła się we mnie, tak, że mogłem poczuć zapach jej włosów, mieszankę potu, dymu i ziół. Siedzieliśmy tak i wspominaliśmy wiele rzeczy, chcąc unikać jak ognia, ciężkich tematów.
                Zasnąłem w końcu za jakiś czas, a gdy się obudziłem, było już wczesne popołudnie. Niebo było zakryte chmurami i padał deszcz. Zjadłem śniadanie z Łapą, po czym pożegnałem się z nią. Opuszczała mnie z niechęcią, ale wiedziała, że muszę wykonać swoje zadanie. Z rana Plac Główny wyglądał już o wiele lepiej niż wieczorem. Widocznie strażnicy mieli ciężką noc, z usuwaniem ciał zabitych, zombie oraz sprzątaniem po całym Święcie Ocalałego, które pokazało tylko jedno. Nie ma bezpiecznych miejsc i największą nagrodą jest otwarcie oczu dnia następnego, a nie muzyka, alkohol i dobra zabawa.
                Dotarłem do Kwatery Głównej pięć minut później, zahaczając po drodze o ruiny północnej barykady, gdzie znajdowały się teraz auta, które stanowiły prymitywną ochronę przed zombie i atakami innych ocalałych. Zastanawiałem się chwilę nad tym z kim mógłbym pojechać na Drugi Posterunek, ale nie wpadł mi nikt konkretny do głowy. Nie chciałem męczyć Wiktorii, Jonasza nie było, Pablord był w bardzo ciężkim stanie, a Mpd stracił status Czerwonej Flary. Prawdopodobnie na miejsce Mateusza i Jonasza zostaną wyznaczone dwie kolejne osoby, ale póki co Flar było mniej.
                Wszedłem do Kwatery Głównej i przy stole zastałem pięciu ludzi. Był tam oczywiście Dziara, który obgadywał coś z wysokim mężczyzną po pięćdziesiątce, który pokazywał coś na planie Ostoi. Obok stały trzy osoby z Czerwonych Flar – Agnieszka, która wróciła niedawno z Pierwszego Posterunku, Filip, który większość czasu spędzał na Czwartym Posterunku, oraz Maciek. Dziara widząc mnie skinął głową, a ja przywitałem się ze wszystkimi.
- Jesteś gotowy do odjazdu? – zapytał Dziara.
- Raczej tak, ale nie zdecydowałem kto ze mną pojedzie. W sumie dostosuje się – stwierdziłem.
- Dobrze, więc pojedziesz z Agnieszką oraz Filipem. Co ty na to? A wam to pasuje? – skierował pytanie do całej trójki.
                Wszyscy kiwnęli głową na znak, że tak.
- Idealnie. Auto już na was czeka, cała trójka ludzi, których macie tam zawieźć też, jakieś pytania? – skierował ostatnią część do mnie.
- Ile osób wczoraj zginęło? – zapytałem.
- Około piętnastu. Paru cywili, paru strażników oraz oczywiście osoby bliższe tobie – stwierdził.
- Mogę cię prosić na słowo? – zapytałem.
- Jasne – odpowiedział.
Odeszliśmy na bok, z dala od zasięgu słuchu reszty obecnej tu na miejscu.
- Mówiłeś mi o tym ataku, ale i tak były ofiary. Oszukałeś mnie, a poza tym czuję, że nie jesteś ze mną całkowicie szczery. Nie ufasz mi przyjacielu?  - zapytałem.
- Nie ufaj nikomu – powiedział Dziara uśmiechając się smutno – Znasz tą zasadę Bobru. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale ofiary, które ponieśliśmy zostaną odkupione. Dużo ludzi odwraca się od Karła. Obiecuje, że nie zmarnuje tej ogromnej straty i odkupię swoje winy. Potrzebuję jeszcze tylko trochę zaufania. Mogę na ciebie liczyć? – zapytał.
- Oczywiście – skłamałem bez zastanowienia.
- To dobrze. Zawieź tych ludzi i wracaj. Powodzenia Bobru – powiedział.

                Opuściłem budynek wraz z Filipem i Agnieszką. I jedno i drugie nie wyglądało na tak zacną kampanię jak Pablord, Jonasz oraz Wiktoria, ale nie mogłem narzekać. I Agnieszka i Filip byli mocni i z pewnością pomogą mi w mojej misji. Ruszyliśmy prosto do garaży, gdzie czekali na nas Józef, Ika oraz Medyk. Wsiedliśmy do sporego auta i poczekaliśmy, aż bramy się przed nami otworzą. Będąc w garażach spojrzałem tęsknie na Potwora, ciężarówkę Łowcy, którą tu przyjechaliśmy. Wtedy bałem się tego, co dzieje się z moimi ludźmi i marzyłem, żeby dostać się do Torunia. Teraz nie wiedziałem już, czy czuje się tu szczęśliwy i bezpieczny. Czułem coś nieokreślonego. Pozostawiłem jednak swoje rozterki samemu sobie i westchnąłem głęboko gdy opuściliśmy granicę Ostoi. Ja z przodu razem z kierującym Filipem, a z tyłu Medyk, Ika, Józef oraz Agnieszka. Wyjechaliśmy szybko z miasta, mijając po lewej krajobraz Wisły i pojechaliśmy w stronę Drugiego Posterunku. W stronę nieznanego.

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 13: Coś za coś

Rozdział 13, czwarty z perspektywy Bobra. Sporo akcji, mało czasu na odetchnięcie i spore zaskoczenie w końcówce - tego możecie się spodziewać w tym rozdziale. Rozwinę tu parę wątków, a niektóre coraz bardziej oddalą się od głównej fabuły. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 13: Coś za coś


                Ruszyliśmy prawie natychmiast po tym jak usłyszeliśmy petardy. Zeszliśmy razem z Łowcą i zapakowaliśmy się do pojazdu. Czułem nieprzyjemne uczucie, czegoś na pograniczu strachu z przerażeniem. Mają kłopoty. Możliwe, że wpadli na innych i właśnie w tym momencie giną. Usiadłem na siedzeniu pasażera obok Łowcy, który przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył ryczący silnik Potwora. Sołtys spojrzał na mnie pytająco, ale widocznie moja twarz mówiła sama za siebie, bo nie spytał o co chodzi. Zerknąłem do tyłu na Jakuba, który spał smacznie i zazdrościłem mu faktu, że nie ma już nic do stracenia, nie ma osób, o które musi się troszczyć. Ja byłem ich przywódcą i nawet jeżeli ktoś miał mnie zastąpić na jakiś czas to nic nie zmieni. Wciąż będę się bał i oddam wszystko, żeby im pomóc.
                Księżyc wisiał wysoko nad nami, oświetlając miasto i jego okolicę upiornym blaskiem. Po odbiciu się od śniegu sprawiał, że cała okolica mieniła się na żółto oraz czarno. Podczas wykręcania Potwora, który stał tyłem do miasta, zobaczyłem kolejne blaski petard. To co ich tam spotkało, musiało być czymś naprawdę niebezpiecznym skoro nawet Łapa zdecydowała się na narobienie hałasu. Czy to tylko zombie, które widzieliśmy z tira razem z Łowcą? A może inna grupa ocalałych? Łowca zakręcił ostro i już po chwili jechaliśmy w odpowiednim kierunku. Zjeżdżaliśmy z naprawdę dużą prędkością, z górki, w stronę miasta. Przeładowałem swój pistolet i poprawiłem łom u pasa, ubierając się powoli. Starałem się ochłonąć, ale nie było to łatwe.
                Wjechaliśmy pomiędzy budynki z dużą prędkością, ale widząc główna ulicę miasta zobaczyliśmy, że przejechanie tędy nie będzie łatwe. Wyglądała ona  trochę jak ta, którą mijałem dawno temu idąc w stronę sklepu z bronią na Lwowską. Było tu mnóstwo wraków, chociaż sama ulica była znacznie mniejsza, co sprawiło, że praktycznie nie mieliśmy jak tędy przejechać. Już tutaj zobaczyliśmy pierwsze trupy i gdy Potwór się zatrzymał w pełni zrozumiałem beznadziejność tej sytuacji. Musieliśmy przejść jakieś dwieście-trzysta metrów na piechotę i wrócić. Dodatkowo jedynym w pełni sprawnym człowiekiem w Potworze byłem ja, Łowca musiał tutaj zostać, żeby szybko nas stąd zabrać, a Sołtys był zwyczajnie za wolny, żeby szybko załatwić tą akcję. Łowca spojrzał na mnie, swoim jedynym okiem, dając mi do zrozumienia, że muszę iść sam.
                Wyszliśmy we dwójkę i zobaczyłem jak mężczyzna wspina się na górę Potwora ze snajperką i rozgląda się. Po chwili dał mi znak, że mogę iść i pokazał, która uliczka doprowadzi mnie do celu. Śnieg skrzypiał pod moimi nogami, gdy biegłem sprintem w wskazaną stronę. Nie atakowałem pojedynczych zombie, które mijałem. Nie było na to zwyczajnie czasu. Skręciłem w uliczkę, która była całkowicie pusta i z narastającymi obawami nasłuchiwałem dźwięków zombie, znajdujących się na ulicy, na którą biegłem. Słyszałem ich naprawdę mnóstwo. Towarzyszyły temu też wystrzały ze strzelby. Nie byłem pewien czy to ktoś z naszych czy nie. Adrenalina narastała z każdym krokiem w kierunku nieznanego zagrożenia.
                Wybiegłem z uliczki na całkiem sporą ulicę, która była otoczona budynkami z każdej strony i skręcała na południe, gdzie widzieliśmy z Łowcą mnóstwo zombie. Zdążyły one już całkowicie zanieczyścić to miejsce, a było ich naprawdę dużo. Widziałem jak dziesiątki z nich obijają się o drzwi jednego z budynków, który z daleka wyglądał na sklep z tanią odzieżą. Drugie tyle trupów szwendało się po ulicy idąc w moją stronę. Kompletnie nie wiedziałem co robić. Nagle usłyszałem huk i zobaczyłem, że z jednego budynku, naprzeciwko sklepu z odzieżą, wypada petarda. Budynek był niskim, trzypiętrowym, blokiem mieszkalnym, a sama petarda wyleciała z drugiego piętra. Czyli tam był ktoś z naszych. Pod budynkiem znajdowało się parę trupów, ale nie było tam aż tak niebezpiecznie jak na pozostałej części ulicy.
                Pobiegłem w tą stronę, ale szybko zauważyłem, że nie będzie to takie proste. Zombie było coraz więcej i musiałem powoli zacząć je zabijać, inaczej sam zostanę odcięty od możliwości ucieczki i zginę. Pierwsze dwa trupy nie sprawiły mi problemu, były wolne, a moje uderzenia były celne i potężne. Trzeci sprawił mi problem, gdyż zaszedł mnie od prawego boku, przez co musiałem zmienić szybko pistolet, który trzymałem w lewej z łomem, który dzierżyłem w prawicy, co kosztowało mnie parę cennych sekund i sprawiło, że uderzenie nie było na tyle mocne, żeby przebić się przez czaszkę trupa. Odepchnęło go jednak na tyle, żebym mógł odzyskać równowagę i uderzyć go kolejne dwa razy, tym samym dostając się do mózgu i zabijając zombie.
                Miedzy mną, a blokiem, z którego raz po razie wylatywały petardy zauważyłem około dziesięciu trupów. Przy samym wejściu było ich także parę, więc musiałem mocno uważać. Kolejne dwa trupy szły do mnie z dwóch przeciwnych stron. Skróciłem dystans do tego po lewej skokiem, po czym nadziałem go na łom. Gdy trup upadł, wyciągnąłem moją broń i wbiłem pod odpowiednim kątem w gardło, żeby dotrzeć w ten sposób do mózgu. Udało mi się. Zombie znieruchomiał, ale nie miałem czasu go podziwiać bo od tyłu zachodził mnie kolejny przeciwnik. Tym razem zamiast od razu atakować okolicę jego mózgu, skupiłem się na nogach. Kopnąłem go z całej siły w kolano i z satysfakcją usłyszałem symfonię trzasku kości i obserwowałem jak zombie przechyla się do tyłu i jak wspierany całym ciężarem na połamanej nodze upada i już nie wstaje, chociaż dalej wierzga starając się dopaść mnie za wszelką cenę. Machał ręką i warczał, ale ja nie miałem czasu go dobić, więc odwróciłem się, aby oczyścić wejście do bloku.
                Niestety moja walka przyciągała kolejne trupy i zadanie przez to było jeszcze trudniejsze. Wejście do bloku było prawie całkowicie zablokowane, a do mnie szło ich jeszcze więcej. Oceniłem na szybko wszystkie możliwe wyjścia i dalej nie miałem pojęcia jak dostanę się do środka bloku. Było naprawdę ciemno i chwila nieuwagi mogła mnie kosztować życie. Nagle wpadłem na genialny pomysł. Z okna wyleciała kolejna petarda, która na chwilę oświetliła mi uliczkę. Wtedy znalazłem przejście na tyły bloku. Tak jak myślałem, było tam znacznie spokojniej. Kręciło się tu zaledwie pięć trupów. Starając się przekraść jak najciszej przeskoczyłem przez płot do ogródków otaczających balkony w mieszkaniach na parterze. Poczułem strach, gdyby zombie otoczyły blok także z tej strony to nie będzie już żadnej drogi ucieczki. Dlatego najciszej jak potrafiłem podszedłem do jednego z balkonów na parterze i podskakując podciągnąłem się na barierce. Byłem w bloku.
                Obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem, że zombie mnie nie wyczuły. Chyba wszystkie podążały do petard, które raz za razem wybuchały z przodu budynku. Zastanawiało mnie czemu Łapa marnuje ich, aż tyle, przecież słyszałem je już od jakiegoś czasu. Chyba nie myślała, że ją zostawię tutaj razem z przyjacielem i Nieznajomą. Drzwi od balkonu oczywiście były zamknięte, więc musiałem narobić trochę hałasu zbijając szybę obok i otwierając je, a nawet wtedy miałem sporo problemów, ponieważ klamka chodziła tak ciężko, że ledwo nią mogłem poruszać. Całe szczęście po chwili udało mi się sforsować tą przeszkodę i wszedłem do mrocznego mieszkania. Nie miałem żadnego źródła światła, więc miałem nadzieję, że zombie nie ma w budynku. Parę razy wpadłem na meble, zanim w końcu znalazłem drzwi wyjściowe z mieszkania. Tam przekonałem się, że budynek nie jest jednak czysty.
                Zombie zaszarżował na mnie chwilę po opuszczeniu lokum. Nie spodziewałem się tego kompletnie, więc szybko zostałem zepchnięty na ścianę. Uderzenie plecami nie było najprzyjemniejsze i co gorsza zamroczyło mnie na chwilę, ale szybko się ocknąłem i złapałem oburącz głowę zombie, którego dzieliło parę centymetrów od ugryzienia mnie. Nagle usłyszałem hałas i zobaczyłem na górze schodów światło. Ktoś tu szedł. Z całych sił starałem się odepchnąć trupa, ale nie dawałem rady, był coraz bliżej z każdą sekundą. Cuchnął straszliwe, a jego twarz lepiła się od krwi.  Czułem jak moje ręce powoli wysiadają, kiedy ktoś zaczął świecić na mnie i trupa. Wtedy wszystko przyspieszyło. Ja puściłem głowę trupa, który otworzył mordę, żeby mnie ugryźć, ale nie zdążył bo ktoś odciągnął go do tyłu. Ciężko mi było zobaczyć kto bo światło świeciło mi po oczach, ale liczyłem, że za chwilę zobaczę Łapę, Cinka oraz Nieznajomą.
                Przeliczyłem się. Ktoś przystawił mi lufę do skroni i odezwał się nieprzyjemnym, ochrypłym głosem.
- To chyba przyjaciel naszych ptaszków.
Teraz widziałem dokładnie. Stał przy mnie mężczyzna, z paskudną blizną biegnącą od prawie łysej głowy, przez małe oczka, orli nos i wąskie usta, aż do owłosionej, wysuniętej szczęki. Był całkiem rosły. Latarkę trzymała kobieta, ale z pewnością nie była to Łapa. Miała blond włosy i ubrana była w dresowe spodnie i bluzę. W drugiej ręce trzymała kij, a na klatce piersiowej, pomiędzy piersiami przewinięta była paskiem, który utrzymywał kaburę, w której z kolei był pistolet. Mężczyzna podniósł mnie i wykręcając rękę poprowadził na górę.
                Czułem bardziej zażenowanie niż strach. Jak mogłem się dać tak złapać. Jakim cudem mieli oni petardy, które dałem Łapie? Gdzie byli moi przyjaciele? Pytania przelatywały przez moją głowę, choć wiedziałem, że raczej niczego się nie dowiem. Byłem w beznadziejnej sytuacji. Mężczyzna pociągnął mnie dwa piętra wyżej, gdzie jedne drzwi stały otworem. Wprowadził mnie do mieszkania, po czym wszedł do jednego z pokoi i rzucił mnie brutalnie na podłogę. Usłyszałem trzask zamykanych drzwi po czym zauważyłem, że w pokoju są jeszcze dwie osoby. Dwóch chłopaków w moim wieku. Obaj wyglądali podobnie, byli łysi i mieli w rękach bronie palne. Wysocy i całkiem dobrze zbudowani, musieli być przed apokalipsą zwykłymi „dresami”. Serce podeszło mi do gardła, kiedy zobaczyłem jednego z nich w świetle latarki. Znałem go. To był jeden z ludzi Alexa, którzy uciekli z polanki, dawno temu, kiedy odbijałem Królowy Most z rąk mojego wroga.
                Co prawda wyglądałem teraz zupełnie inaczej, ale wiedziałem, że jeżeli mnie pozna będę skończony. Jakim cudem on znalazł się tutaj? Byłem praktycznie pewien, że po ucieczce z polany, przeżył parę dni i zginął gdzieś zagryziony przez zombie. Jednak dotarł, aż tutaj z trójką innych ludzi. Blondynka poświeciła na mnie, a ten z blizną kucnął obok i spojrzał mi w oczy.
- To twoi przyjaciele są teraz w sklepie po drugiej stronie prawda? – zapytał.
- Czego ode mnie chcecie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Małej pomocy – uśmiechnął się paskudnie – Te dwie kurwy, które tam teraz są zabiły jednego z naszych ludzi. Miały szczęście, bo koleś i tak już zdychał od choroby, ale liczy się fakt.
Przerwał na chwilę rozmowę, żeby zobaczyć, jak człowiek Alexa wyrzuca przez okno kolejną podpaloną petardę.
- Moja propozycja jest prosta, chcesz opuścić to miasto z przyjaciółmi? Oddasz nam pojazd, którym tu przybyliście – powiedział człowiek z blizną.
- Nie możecie sobie wziąć, któregoś z stojących na ulicy? Jestem pewien, że połowa z nich działa. Zresztą skąd pomysł, że jesteśmy w posiadaniu jakiegoś auta? – zapytałem.
- To proste. Tamci w sklepie przeszukiwali to miasto, a nie robili by tego, gdybyście byli stąd. Czyli, że przyszliście z innego miejsca. W taką pogodę, nie ma kurwa szans, żeby czteroosobowa grupa po prostu sobie podróżowała z buta. Poza tym jesteś prawie nie uzbrojony, więc musisz gdzieś chować swoje zapasy – wydedukował – Jeżeli chcesz szybko wrócić do przyjaciół radzę ci szybko pokazać, gdzie jest wasz pojazd inaczej… - kontynuował.
- Zabijesz mnie i moich przyjaciół – dokończyłem.
- Pierdol się. Nie oceniaj ludzi swoją miarką – odezwała się blondyna.
- Uspokój się – uciszył ją człowiek z blizną – Nic wam się nie stanie. Nie jesteśmy takimi jebanymi dzikusami jak wy. Gdy twoi ludzie nas zobaczyli, nawet nie starali się rozmawiać. Po prostu zaczęli strzelać.
                Zrobiło mi się głupio. Jakimś cudem moja grupa wypadała na jeszcze większych bandytów, niż ta czwórka. Musiałem działać. Czy jeżeli zaprowadzę ich do Potwora to zaskoczę ich i zdołam przegonić? Tak czy siak nie obędzie się bez trupów. Dalej miałem w kieszeni pistolet, nie przeszukali mnie jeszcze, co było sporym plusem.  Musiałem zaryzykować.
- Jeżeli się zgodzę, to pomożecie moim ludziom z sklepu z odzieżą? – zapytałem.
- Czy ja wyglądam na niańkę? Zaprowadzisz nas do swojego samochodu, wywalisz co ci będzie potrzebne, odjedziemy i sobie po nich wrócisz. Nie jesteśmy, aż tacy, zapasy są wasze, my mamy swoje i nie potrzebujemy więcej – odpowiedział człowiek z blizną – Cieszę się, że dobiliśmy targu. Swoją drogą jestem Krzysztof – to mówiąc wyciągnął do mnie rękę.
- Mariusz – powiedziałem podając mu swoją i uciskając. Nie mogłem podać swojego pierwszego imienia, ani ksywki, były zbyt charakterystyczne, a wtedy człowiek Alexa rozpoznałby mnie w sekundę.
- Widzisz Mariusz? Idzie się dogadać w tych czasach. Ta blondynka, która świeci ci po oczach to Justyna, a ta dwójka to Artur i Kazik – wskazał resztę swoich towarzyszy -  To co wyruszamy? Twoi ludzie długo już nie pociągną w tym sklepiku więc czas nas goni.
                Wstałem powoli i razem z czwórką bandytów opuściłem mieszkanie. Zeszliśmy po klatce schodowej, zabijając jednego trupa, który tutaj wszedł i zeskoczyliśmy tym samym balkonem, którym tutaj wszedłem. Człowiek z blizną pilnował mnie idąc ze mną ramię w ramię i trzymając ciągle rękę na spuście pistoletu. O ile tyły bloku były opustoszałe to ulica z przodu bloku była istnym piekłem. Zebrało się tam teraz mnóstwo zombie. Ominęliśmy ją zmierzając w stronę Potwora. W głowie układałem plan jak to wszystko rozegrać. Krzysztof nie wiedział, że w aucie, które tak naprawdę było tirem znajduje się trzech moich kompanów. Prawdopodobnie jak zobaczą, że prowadzą mnie obcy ludzie z bronią zaczną strzelać, więc będę musiał być naprawdę ostrożny. Jeżeli Łowca będzie dalej leżał na dachu to zauważy nas dosyć szybko. Z tego co zdążyłem zauważyć podczas akcji przy helikopterze, to może oddawać strzały raz na około pięć sekund. Czy to się uda?
                Weszliśmy w piątkę na ulicę, na której końcu widziałem Potwora. Szwendało się tu teraz o wiele więcej trupów.  Nie wiedziałem czego dokładnie się teraz spodziewać, ale poinformowałem o tym resztę.
- Widzicie tego tira na końcu tej ulicy? – zapytałem.
- Ciężko nie zauważyć – skwitował Krzysztof.
- To jest nasz środek transportu – odpowiedziałem krótko.
Przywódca bandytów otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- To… to robi wrażenie. Na pewno pomoże nam w przetrwaniu. Wszystko opiera się na zaufaniu. Czy powinniśmy wiedzieć coś jeszcze zanim przedrzemy się przez trupy i tam wejdziemy? – zapytał.
- Tak. Jest tam jeszcze jedna osoba, starzec, którego spotkaliśmy przed miastem. Jest w kiepskim stanie, więc przydałaby mi się pomoc w wyniesieniu go – powiedziałem, nie wspominając wciąż o Sołtysie Adamie oraz Łowcy.
- Nie ma problemu. Zadziwia mnie twoja szczerość Mariusz. Widać, że troszczysz się o swoich ludzi i wolisz uniknąć rozlewu krwi – powiedział człowiek z blizną.
                Szliśmy zwartą grupą samym środkiem ulicy. Spodziewałem się strzału ze strony Łowcy, więc miałem rękę na pistolecie, ale nic się nie działo. Czyżby poszedł mnie szukać i minął się z nami? Grupa bandytów zabijała każdego zombie, który do nas podchodził. Kiedy byliśmy na środku ulicy usłyszałem otwierane drzwi ładowni. Serce stanęło mi z przerażenia. Czyżby to Sołtys? Jeżeli zauważyli mnie wcześniej powinni się gdzieś schować, albo zaatakować, a nie po prostu się pokazywać wrogom. Moi towarzysze przystanęli i zaczęli mierzyć w stronę Potwora z broni. Zobaczyłem postać idącą w tą stronę. Zbliżała się coraz bardziej, unikając na tyle na ile to możliwe zombie. Chciałbym zobaczyć mój wyraz twarzy, kiedy zobaczyłem idącego w naszą stronę Jakuba. Starzec pomimo wypadku motocyklowego szedł do nas szybkim i żywym krokiem. Nie miał w rękach żadnej broni.
                Podszedł do mnie i do reszty i przywitał się.
- Witam, co tu się wyrabia? – zapytał z rozbawieniem na twarzy. Nie wiedziałem za bardzo czy trawi go gorączka, czy nie rozumie powagi sytuacji.
- Mariusz, to ten starzec , o którym nam opowiadałeś? Co on tutaj robi?  Podobno źle się czuł – powiedział z zdenerwowaniem w głosie Krzysztof. I wtedy się zaczęło. Jakub doskoczył do nas w pół sekundy i powalił mnie na ziemię równocześnie wyjmując dziwne narzędzie z rękawa i wbijając je w nogę Artura, który po chwili upadł krzycząc z bólu. Następnie uderzyła nas fala światła i cała trójka, która była jeszcze na nogach zasłoniła oczy przed światłami Potwora, które świeciły niczym dwa potężne reflektory. Dosłownie parę sekund później padł strzał i zobaczyłem jak Justyna upada z ogromną dziurą w miejscu gdzie powinna być górna część jej twarzy. Jakub podniósł się wtedy i zobaczyłem parę nożyc, dosyć sporego rozmiaru, którymi zawirował w ręce i po chwili odciął nimi rękę Krzysztofa. Kazik, zaczął uciekać, ale usłyszałem kolejny strzał i zobaczyłem jak upada z otworem w plecach, przez który można by przerzucić butelkę wody.
                Byłem tak zszokowany szybkością i gwałtownością wydarzeń, że tylko leżałem i się patrzyłem, ale teraz ocknąłem się i wyciągnąłem z kieszeni pistolet. Wymierzyłem nim w leżącego Krzysztofa obserwując jeszcze, jak Jakub ciągnie Artura na bok, gdzie znajdował się jeden z zombie. Gdy tylko Jakub się odsunął trup skoczył na Artura i wgryzł się w jego bark. Jego krzyki rozeszły się po całej okolicy. Ja spojrzałem w oczy Krzysztofa, które były przepełnione mieszanką strachu i nienawiści.
- Ty skurwielu. Okłamałeś mnie – wysyczał do mnie człowiek z blizną.
- W tych czasach nie możesz ufać nikomu – powiedziałem, po czym strzeliłem mu w głowę. Opadłem na kolana i przetarłem drżącymi rękoma twarz. To co tu się stało to była istna masakra, ale to jeszcze nie koniec. Spojrzałem na Jakuba i przez głowę przeszło mi mnóstwo pytań. Kim on był? Walczył jak diabeł wcielony pomimo tego, że wyglądał jakby jedną noga stał już w grobie.  Pomógł mi wstać i razem wróciliśmy do Potwora.
- To było… imponujące – powiedziałem.
- W swoim długim życiu nauczyłem się tego i tamtego – powiedział rechocząc jak rasowy kryminalista.
Wszedłem do Potwora, gdzie na stanowisku kierowcy siedział Sołtys, który właśnie gasił światła. Po chwili zszedł do nas Łowca. Zasypali mnie wodospadem pytań, więc jak najszybciej streściłem im co musimy zrobić i powiedziałem, że znowu ruszam na tamtą ulicę. Jakub zaoferował mi swoją pomoc. Gdybym nie widział co zrobił przed chwilą z tamtymi ludźmi to bym go wyśmiał, ale teraz cieszyłem się z dużej pomocy. Łowca usiadł na siedzeniu kierowcy i przejechał do przodu, obijając o kolce i blach paręnaście zombie i sprawiając, że droga stąd na ulicę z sklepem odzieżowym była znacznie krótsza i mniej niebezpieczna. Kiedy zaparkował spojrzał na mnie.
- Bobru tym razem nie sprowadź nikogo nowego, bo nie wiem czy drugi raz wyjdzie nam taki numer. Poza tym śpieszcie się do cholery, te petardy i strzały słychać było z paru kilometrów, musimy stąd jak najszybciej odjechać – powiedział poważnie.
- Postaram się – odpowiedziałem wyskakując z ładowni razem z Jakubem.  Gdy szliśmy przez boczną uliczkę spojrzał na mnie.
- Dziękuje za pomoc na ulicy. Gdyby nie wy to bym był truposzem jak nic – powiedział.
- Boję się pomyśleć, kto cię tak urządził, skoro tamta czwórka nie była dla ciebie wyzwaniem – odpowiedziałem.
- Jeżeli przeżyjemy to miasto to ci opowiem. Zresztą cholera nie jestem taki silny, ręce mnie bolą – stwierdził masując się po ramieniu.
                Wkroczyliśmy jeszcze raz na ulicę ze sklepem odzieżowym i gdy zobaczyliśmy ile jest tam trupów to Jakub skwitował to krótkim aczkolwiek treściwym ”Ja pierdolę”. Miałem jednak pewien plan. Idąc wzdłuż budynków unikaliśmy zombie, które były skupione na bloku mieszkalnym oraz sklepie i dzięki temu dotarliśmy prawie pod sam cel naszej wyprawy. Wtedy skręciliśmy w tylną uliczkę i zobaczyliśmy około dziesięciu trupów, kontener na śmieci i zablokowane przez niego drzwi na tyły sklepu. Takie budynki zawsze miały tylne wejścia, którymi dostawcy podawali skrzynie z ubraniami. To była nasza szansa. Dałem znak Jakubowi i rozpoczęliśmy atak. Pierwszy z trupów padł w chwilę po tym jak Jakub wbił mu nożyce prosto w głowę, po czym wyciągnął je uwalniając strumień krwi. Ja zabiłem drugiego trochę mnie spektakularnie, ponieważ przycisnąłem go do ściany sklepu łomem w okolicach szyi i nacisnąłem z całej siły sprawiając, że oczy pod ciśnieniem wyleciały z głowy trupa po czym wbiłem łapkę łomu w oczodół i przekręciłem niszcząc mózg.
                 Kiedy się odwróciłem zobaczyłem, że Jakub w tym czasie poradził sobie z kolejnymi trzema i zabierał się za czwartego. Znał się na zabijaniu zombie i był całkiem precyzyjny bo każdy jego atak trafiał, albo w gardło, albo w głowę, co zawsze kończyło się śmiercią trupa. Podbiegłem do kontenera, przy którym były trzy kolejne trupy i szybkimi uderzeniami łomu wyeliminowałem kolejne dwa i gdy zabierałem się za trzeciego poczułem jak coś ciągnie mnie za nogę. Był to zombie. Straciłem równowagę, ale całe szczęście w pobliżu był Jakub, który jak zauważył to co się stało szybko podbiegł do trupa i zakończył jego przeklęty żywot.
                Gdy ostatni z wrogów padł, podeszliśmy do kontenera i zaczęliśmy się z nim mocować. Usłyszałem dźwięk pękającej szyby. Czyżby zombie wdarły się do sklepu? Wyprężyłem się i naciskając z Jakubem na kontener zacząłem go przesuwać. Był ciężki jakby w środku były kamienie lub ciała. Wolałem jednak tego nie sprawdzać. Gdy zrobiło się trochę miejsca od razu skoczyłem na drzwi próbując je otworzyć. Czasu było coraz mniej, teraz byłem pewien, że zombie weszły do sklepu z odzieżą. Nie mogąc pokonać zamka wyciągnąłem pistolet i pewnym strzałem, z głośnym trzaskiem, utorowałem sobie wejście.
                W sklepie było bardzo ciemno, mimo tego słyszałem dokładnie, gdzie coś się dzieje. Ruszyłem biegiem z Jakubem w stronę hałasu i zobaczyłem nagle drzwi przesunięte deską, która blokowała drogę do właściwej części sklepu. Podważyłem ją i odrzuciłem na bok otwierając na oścież drzwi. Zobaczyłem piekło. W pomieszczeniu było już mnóstwo trupów, a tuż obok nas stał przyparty do ściany Cinek. Obok niego klęczała Łapa. Trzymała kogoś w rękach. Oczy zaszły mi łzami, kiedy zobaczyłem, że w rękach Łapy spoczywa Nieznajoma. Na jej szyi widniało paskudnie głębokie ugryzienie i całą bluzę miała we krwi. Była nie do uratowania, spóźniłem się.  O ile dało się odciąć zarazę ucinając Cinkowi rękę, to wycięcie takiego kawałka ciała z szyi było nierealne. Stanąłem jak wryty. Jakub jednak myślał trzeźwo. Zauważył, że między ladami stoi kosz z ubraniami, a lada chwila miały tędy przejść zombie. Ruszył do przodu i zaczął pchać kosz, żeby zablokować wejście.
                Kosz sięgał mi wysokością do pasa i był bardzo ciężki, więc starając się wziąć w garść pomogłem mu. Po chwili droga między ladami była zablokowana i dała nam chwilę do działania. Od razu gdy do Cinka dotarło, że to ja wszedłem do pomieszczenia podbiegł do mnie i uścisnął serdecznie.
- Kurwa miałeś rację. Nie chcę już chodzić na te wyprawy – powiedział żartobliwie spoglądając na Jakuba – A to kto brat Sołtysa?
- To jest Jakub. Później ci powiem więcej, musimy stąd uciekać. Łapo! – zawołałem.
Łapa dalej trzymała konającą Nieznajomą, jednak gdy usłyszała mój głos to odwróciła się i wskazała na ciało przyjaciółki, jakbym go nie widział, albo nie zdawał sobie sprawy, że ona umiera. Kazałem Jakubowi i Cinkowi kierować się do wyjścia, a sam podbiegłem do Łapy. Zombie naciskały na naszą barykadę coraz mocniej i lada chwila przebiją się i skończymy jako ich pożywienie. Musiałem się spieszyć. Podszedłem do ciemnowłosej dziewczyny.
- Musimy stąd uciekać. Proszę cię, ona zaraz się przemieni, nie chciałaby żebyśmy narażali się z jej powodu – próbowałem wyperswadować.
- Nie mogę jej tu zostawić… Zombie ją dorwał, to była chwila. Czemu tak się stało… Po drugiej stronie ulicy są ocalali. Oni i tak nas zabiją, to przez nich… - mamrotała. Widziałem, że jest na skraju wyczerpania zarówno fizycznego jak i psychicznego.
- Zabiłem ich. Razem z Łowcą i Jakubem – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Kim… kim jest Jakub? – zapytała widocznie nie wytrzymując już trzymania Nieznajomej, która łapała ostatnie oddechy przed dołączeniem do legionu żywych trupów. Pomogłem Łapie wstać, zarzucając sobie jej rękę o szyję. Ledwo trzymała się na nogach. Już miałem opuszczać pomieszczenie, ponieważ pierwszy zombie wspinał się przez kosz z ubraniami w naszą stronę, kiedy obróciłem się i spojrzałem na Nieznajomą.
                Była kimś ważnym. Spojrzała na mnie gasnącym z każdą sekundą wzrokiem i uśmiechnęła się słabo. Następnie zamknęła oczy. Umarła. Poczułem ogromny smutek, który mieszał się ze zmęczeniem sprawiając, że byłem w stanie ledwo lepszym od Łapy. Wymierzyłem pistoletem w stronę martwej sojuszniczki i strzeliłem. Nie chciałem, żeby wróciła jako jeden z zombie. Z racji iż pierwszy trup dostał się za ladę wybiegłem z Łapą z budynku. Przy kontenerze na śmieci czekał na nas Cinek i Jakub. Następnie wszystko działo się szybko. Biegliśmy przez ulicę omijając zombie w blasku wschodzącego powoli słońca. Gdy dotarliśmy do Potwora Łowca i Sołtys nie pytali nawet o Nieznajomą. Wiedzieli, że coś się stało. Wyczytali to z naszych twarzy. Dopiero teraz zauważyłem, że Cinek i Łapa mieli plecaki i przynieśli w nich trochę zapasów. Nie miałem jednak siły patrzeć jak je rozładowują. Opadłem na jedno z łóżek i momentalnie zasnąłem.