Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 15. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 15. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozdział 15: Złudzenie

Rozdział 15, kolejny z perspektywy Zuzy. Po ostatnich wydarzeniach nadeszła chwila spokoju. W tym rozdziale będzie sporo przemyśleń, obserwacji, a zakończymy go czymś dosyć niespodziewanym. Zapraszam Was do czytania i po przeczytaniu proszę o zostawienia komentarza z opinią.

POV:
Zuza - Rozdział 15 - Dzień 6
Bobru - Dzień 6 - Jedzie w stronę Płońska
Irek - Dzień 6 - Łapie Erniego i kieruje się w stronę Torunia

-------------------------------------------------

Rozdział 15: Złudzenie (ZUZA)


                Kubek z kawą parował tego zimnego poranka. Siedziałam na stołku i obserwowałam spokojnie panoramę miasta. Znajdowałam się teraz na dachu kościoła, gdzie był nieduży taras, który prowadził bezpośrednio do wieży kościelnej z dzwonem. Było nieco ciasno, ale od razu spodobało mi się to miejsce. Cisza i spokój. Dodatkowo miałam stąd doskonały widok na bramę główną, a przy odwróceniu się w lewo mogłam zobaczyć tylne wejście na wzgórze. O ścianę obok mnie stała oparta wiatrówka. Chociaż wspominałam Józefowi, który mnie tu wysłał, że nie umiem z tego strzelać, powiedział, żebym po prostu spróbowała i przede wszystkim kontrolowała okolicę i dała znać, jak zauważę jakiś ruch. Nie zauważyłam jednak, żeby w mieście działo się coś szczególnego. Co jakiś czas zerkałam lornetką i obserwowałam odległe ulicę, po których szwendały się trupy.
                Wczorajszy dzień był dosyć ciężki. Nie dość, że zostaliśmy w tym obozie w naprawdę niedużej grupie, to dodatkowo zginęła Anna. Jej napastnik był jednym z Zszytych, o których już tyle słyszałam. Józef zdołał go ogłuszyć i po wybiciu całej grupy, która podeszła pod bramę byliśmy pewni, że był jedynym ze swojej grupy, który wszedł na nasz teren. Później sprawdziliśmy jeszcze raz wszystkie zakątki i nie było już żadnych wątpliwości. Z tego co widziałam sam mężczyzna, został zabrany do środka kościoła i zamknięty w jednym z nieużywanych pomieszczeń. Łapa osobiście zajęła się jego przesłuchaniem. Z tego mówił mi Józef, mężczyzna był członkiem grupy Zszytych, ale nie miał zamiaru atakować nas. Chodziło mu jedynie o Annę.
                Nie rozumiałam tego kompletnie. Czym ta kobieta mogła zawinić grupie Zszytych? Chciałam zapytać o to Sarę, ale ciężko się z nią rozmawiało. Gdy wczorajszego wieczora zmieniałam jej opatrunek, ta nie odzywała się do mnie. Patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem i średnio reagowała na moje próby rozmowy. Niełatwo było widzieć osobę, która na co dzień promieniała energią, żartowała i uśmiechała się pomimo sytuacji, w której się znalazła, tak rozłamaną i zniszczoną. Obiecała mi jednak, że kiedyś mi opowie o co chodziło. Byłam szczerze zaciekawiona.
                Patrząc przed siebie myślałam też o przyszłości. Mój mąż, który zostawił mnie jakiś czas temu zupełnie samą i przerażoną wciąż nawiedzał moją głowę. Nie słyszałam teraz jednak już typowego dla niego „Musimy iść dalej”. Teraz pojawiał się w moich myślach w formie wspomnień tych najlepszych chwil. Czy to mogło oznaczać, że jest w odpowiednim miejscu i nie powinnam się już niczym martwić? Tak sobie przynajmniej próbowałam wmawiać.
                Wiatr zawiał mocniej, kiedy zauważyłam na moście, na którym stałam jeszcze niedawno u boku Anny i Sary, ruch. Zaciekawiona odstawiłam kubek kawy na bok i chwyciłam za lornetkę przewieszoną przez szyję. Przycisnęłam urządzenie do twarzy i ustawiłam odpowiednią ostrość. Chociaż do mostu dzieliło mnie parę kilometrów to widziałam całkiem wyraźnie co się na nim działo. Mężczyzna ubrany w szarą kurtkę, plecak i wełnianą czapkę biegł po moście w stronę naszej części miasta. Miał w ręce coś co wyglądało na dzidę. Wybiegał akurat na takie tereny, które z tej pozycji były widoczne, a że nie widziałam nikogo oprócz niego pomyślałam, że nie ma sensu schodzić i zgłaszać tego reszcie.
                Mężczyzna odwracał się co chwilę jakby się czegoś bał. Nie widziałam jednak żeby ktoś go gonił. Spory kawałek za nim podążało parę trupów, ale nie wydawały się one być dla niego większym zagrożeniem. Te przed nim wydawały się być o wiele większym niebezpieczeństwem. Zauważył je jednak w porę. Podszedł do nich i dźgnął z rozmachem pierwszego z nich. Głowa trupa wydawała się rozpaść na pół, ale z tej odległości ciężko było to określić. Drugi z zombie próbował złapać podróżnika, ale ten popchnął go barkiem, a następnie ciął na odlew. Kolejne szwendacze padały w podobnym stylu, z porozrywanymi głowami.
                Po rozprawieniu się z nimi nieznajomy skręcił w uliczkę obok. Zniknął na chwilę za budynkiem piętrowego sklepu, ale po chwili zobaczyłam go na dalszym fragmencie ulicy. To było na swój sposób przerażające, jak nic nie spodziewający się człowiek nie miał najmniejszego pojęcia, że śledzę każdy jego ruch. To dawało mi dziwne poczucie władzy nad jego życiem, chociaż wiedziałam, że realnie jedyną osobą, która mogła go zabić z tej odległości był dziwaczny, jednooki snajper, który kierował Potworem. To, że osoba, która miała tylko jedno oko strzelała najlepiej ze wszystkich było dla mnie niezrozumiałe.
                Wzięłam łyk kawy i obserwowałam dalej, jak mężczyzna zbliża się do ulicy, na której zebrało się trochę trupów. Musiały one być niedobitkami z ostatniej partii, która zebrała się w okolicy, po tym jak Bobru i cała reszta wyjechali do Płońska i Inowrocławia. Tajemniczy ocalały też ich zauważył. Zatrzymał się i przykucnął przy murku obok budynku poczty. Przez chwilę grzebał w plecaku, ale po chwili zrezygnowany założył go z powrotem na plecy. Zastanawiałam się jak rozegra tą sytuację. Przez dobre dwie minuty czekał rozglądając się i szukając jakiegoś wyjścia. W końcu wstał i zaczął biec w stronę jednego z budynków. Chcesz wejść do środka?, zapytałam sama siebie. Przeżywałam tą akcję, jakbym sama była jej uczestnikiem.
                Mężczyzna ponownie zniknął mi z oczu. Jeżeli wszedł do budynku to nie miałam szansy już go zobaczyć, dopóki go nie opuści. Patrzyłam jeszcze przez chwilę, ale w końcu zawiedziona odłożyłam lornetkę. Całe szczęście dalej śledziłam wzrokiem okolicę i gdy po chwili przybliżyłam urządzenie ponownie do twarzy zobaczyłam, że ocalały wdrapał się na dach. Budynki w Płocku były tak ułożone, że sprawna fizycznie osoba nie mogła mieć większych problemów z poruszaniem się po dachach. On był jedną z tych osób. Z dzidą przewieszoną przez plecy szybkim tempem wyminął całą ulicę. Nabrałam głośno powietrza do ust, kiedy zobaczyłam, jak mężczyzna podchodzi do krawędzi dachu i płynnym ruchem łapie się rynny i zjeżdża po niej na dół. Całe szczęście udało mu się to bez większych problemów.
                Jego droga nie kończyła się jednak na zejściu. Znalazł się ponownie na ziemi i szybkim tempem ruszył dalej. Z racji iż coraz bardziej zbliżał się w naszą stronę musiałam zmienić znowu ostrość, żeby lepiej go widzieć. Dzięki temu też, mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Teraz zdecydowanie zauważyłam, że ma ładnie przystrzyżoną brodę, a sama jego twarz mówiła mi, że musiał być w moim wieku. Zbliżał się jednak niebezpiecznie do obozu, więc chcąc nie chcąc odłożyłam lornetkę na bok i dopijając kawę wrzuciłam kubek do plecaka, który trzymałam przy sobie, odsunęłam stołek i biorąc wiatrówkę skierowałam się do wyjścia. Zbiegłam gładko po schodach, dając nodze trochę ruchu. Wciąż czułam tępy ból związany z poharatanymi mięśniami, ale im więcej się poruszałam walcząc z nim tym lepiej mi się chodziło.
 Zamknęłam za sobą drzwi i wylądowałam na górnym piętrze wnętrza kościoła. W budynku panował teraz spokój. Grupa Emila dyskutowała o czymś żywo przy ławach jedząc paluszki solone. Z grupy Bobra widziałam tylko jednorękiego chłopaka, który czytał coś na uboczu. Reszta musiała być zajęta czymś innym w pozostałych częściach kościoła. Zeszłam z drewnianego piętra i ruszyłam w stronę chłopaków. Gdy mnie zauważyli zamilkli i zaczęli nerwowo się ruszać.
- Hej, wiecie gdzie jest Łapa, albo Józef? – zapytałam.
- Nie wiemy – odpowiedział jeden z nich. Cała szóstka patrzyła na mnie jakbym była ich wrogiem i chciała im coś zrobić. Pomyślałam, że nie ma sensu próbować z nimi rozmawiać bo i tak była mała szansa na to, że czegoś się dowiem. Ruszyłam dalej. Niedaleko miejsca w którym spaliśmy leżała Sara. Spała. Nie chciałam jej budzić. Zrezygnowana postanowiłam, że zapytam się chłopaka bez ręki, chociaż wiedziałam, że rozmowa z nim zazwyczaj kończyła się długim monologiem z jego strony, którego osoba tak mało asertywna jak ja nie będzie umiała uniknąć.
                Chłopak nawet nie podniósł głowy jak do niego podeszłam. Zaskoczyło mnie to biorąc pod uwagę, że to mógł być jeden z tutejszych, którzy chcieliby odzyskać władzę nad tym miejscem. Stanęłam i chrząknęłam znacząco. Niestety to również nie dało skutku.
- Przepraszam? – zagadałam oficjalnie, wiedząc, że nie znam go za dobrze i nie wiedząc na ile mogę sobie pozwolić.
- Nie ma za co – odpowiedział doczytując coś, po czym podniósł na mnie głowę. Przyjrzał mi się uważnie, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech – Ach to ty.
Nie byłam pewna jak to zinterpretować. Postanowiłam tylko zadać pytanie ograniczając rozmowę do minimum.
- Wiesz może gdzie jest Łapa? Albo chociaż ksiądz?
- A wiesz kręcą się gdzieś tutaj – odpowiedział. W tym momencie rozmowa powinna się skończyć, ale nie minęło pół sekundy zanim ponownie usłyszałam jego głos – Wiesz właściwie jak masz coś ważnego możesz mi powiedzieć. Jestem w grupie Bobra jak pozostali. Łapa to straszna osoba, jak jest w złym humorze to jest jeszcze gorzej. A Józef to dziwny człowiek niby ksiądz, ale zabija – zaśmiał się cicho pod nosem jakby właśnie ktoś opowiedział wybitny żart – Ale wiem gdzie się podziewa nasz stary, poczciwy Medyk! Ale w sumie jak go nie szukasz to chyba ci to nie pomoże co? Kurde parda czytam teraz super książkę. Wiesz? Opowiada o historii tego miejsca, znalazłem na zapleczu. Ogólnie dziwnie mieszka się w kościele. Jak mamy poczuć jakąś prywatność? Żyjemy jak w jakiejś ogromnej hali. Ktoś chce sobie coś porobić i figa, nie może. A jak…
- Zamknij się w końcu – krzyknął ktoś zza moich pleców. To była ona. Łapa szła w moim kierunku pewnym krokiem. Krótko ostrzyżone, czarne włosy poruszały się żywo przy każdym jej dostojnym kroku. Była ubrana na czarno. Chyba mimowolnie otworzyłam usta, bo gdy na mnie spojrzała powiedziała:
- A ty zamknij buźkę bo ci coś wleci. Czemu nie jesteś na wieży? – zapytała.
- Właśnie o tym… - zaczęłam.
- Czekaj, powiesz mi po drodze – powiedziała mijając mnie i idąc w stronę wyjścia na zewnątrz – A ty czytaj sobie – rzuciła na odchodne do chłopaka.
                Ruszyłam za nią w stronę wyjścia. Czułam pewien stres, który nie pozwolił mi do końca normalnie funkcjonować. Czułam, że stawiam niepewne kroki. Teraz jak już znałam tę grupę, to wiedziałam, że tamta rozmowa była pomiędzy Pablordem, przyjacielem Bobra, a Łapą, którą też prawdopodobnie łączyła jakaś bliższa relacja z nim. Bobru co prawda nie wyglądał na wrak człowieka, tak jak ujęli to w tamtej rozmowie, ale być może po prostu dobrze to ukrywał. Wyszłyśmy na zewnątrz.
- Dobra co to było? – zapytała.
Pytanie padło tak nagle, że przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi. Szybko jednak się ogarnęłam.
- Widziałam ocalałego w mieście. Szedł w naszą stronę i zgubiłam go z oczu. Wyglądał na całkiem niebezpiecznego – powiedziałam stanowczym tonem, który musiał brzmieć komicznie, biorąc pod uwagę to, że głos mi załamywał.
- Czemu niebezpiecznego?
- Miał jakąś dzidę, którą machał naprawdę sprawnie. No i skakał po dachach i zjeżdżał po rynnach jak jakiś kot.
- Hmm z tymi śmiesznymi murami to rzeczywiście może być problem – powiedziała nie zatrzymując się i wciąż idąc w stronę bramy – Jesteś pewna, że to nie był nikt z naszych? Józef gdzieś polazł, a on też jest całkiem sprawny jak na klechę w średnim wieku.
- Nie… nie to na pewno nie był nikt z tego obozu.
- Dobra, będę miała to na uwadze. Możesz wracać na wieżę – powiedziała i chociaż wiedziałam, że informacje przyjęła to wciąż miałam wrażenie jakby kompletnie mnie nie słuchała.
                Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale zapytałam:
- A ty gdzieś idziesz?
Tym razem widocznie drgnęła. Nie spodziewała się ode mnie takiego pytania.
- Nie. Ani myślę. Sporo czasu spędziłam w dziczy, czas się ustatkować jak na kobietę przystało. Zmienić się – powiedziała obracając sytuację w żart, chociaż wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Bałam się jednak kontynuować rozmowę. Znowu odezwała się ona – A wyszłam bo chcę się przewietrzyć i sprawdzić bramę. No i trochę pomyśleć w samotności – te ostatnie słowo zaakcentowała tak wyraźnie, że gdyby moje następne pytanie mogło uratować świat to bałabym się je zadać. Kiwnęłam głową, chociaż na mnie nie patrzyła i w ciszy zaczęłam wracać do budynku.
                Resztę dnia spędziłam głównie na obserwacji miasta z wieży i odpoczynku. Obserwowałam z góry jak Józef pracuje na dole przenosząc ostatnie ciała i zrzucając je z tarasu widokowego. Tajemniczego ocalałego już nie widziałam. Jedynie przez miasto przejechał raz samochód, ale nie zatrzymywał się nawet na chwilę, więc nie uznałam tego za istotne. Gdy zaczęło się robić ciemno i chłodno zeszłam na dół zabierając swoje rzeczy.
                Na dole było znacznie żywiej niż ostatnio. Byli tu chyba wszyscy, którzy pozostali w obozie. Łapa rozmawiała o czymś z Józefem, a Medyk oraz Mpd siedzieli osobno w różnych częściach kościoła. Sara wciąż leżała na posłaniu, a chłopacy grali w karty robiąc przy tym sporo hałasu, który odbijał się echem od ścian. Nie chcąc dołączać się do ogólnego hałasu usiadłam na boku i sięgnęłam do plecaka. Szukałam oczywiście pamiętnika, którego nie czytałam jeszcze w tym miejscu. Teraz kiedy wiedziałam jak jest połączony z otaczającymi mnie ludźmi wierzyłam, że znajdę coś co pomoże grupie w walce z Zszytymi albo unikaniem ich.
26 styczeń 2015 – dzień 74
Zbliżyliśmy się do jednej z grup jadących na wschód. Moi ludzie kontrolowali mniej więcej dwie pozostałe, ale to właśnie ta ciekawiła mnie najbardziej. Jadący nią ludzie poruszali się przy pomocy ogromnego samochodu ciężarowego.
                Oczy rozszerzyły mi się szeroko. Musiało chodzić o Potwora. Byłam coraz bardziej ciekaw jak ta sytuacja wyglądała z oczu Bobra, ale wiedziałam, że znajdę jeszcze chwilę, żeby się dowiedzieć od niego samego, albo kogoś w obozie.
Nie jesteśmy pewni ile osób jest wewnątrz pojazdu, ale ładownia jest na tyle duża, że spodziewamy się nawet dziesięciu. Pozostałe grupy są nieznacznie mniejsze. Podejrzewamy, że przybyli z któregoś wschodniego miasta, nie jestem jednak pewny z którego. Strzelaliśmy pomiędzy Białymstokiem i okolicami, a Augustowem. Nie znam jednak też przyczyny ich migracji do centrum kraju. Jesteśmy jeszcze całkowicie niewykryci w okolicach. Wiemy też o każdym ważniejszym ruchu tutejszych obozów. Ani Toruń, ani jego posterunki, ani Inowrocław nie wysyłały nikogo na wschód. To nie mogła być rekrutacja. Muszę przyjrzeć się temu nieco lepiej. Najlepiej gdybym mógł złapać kogoś z Torunia, albo samej grupy i go dobrze przesłuchać. O ile oczywiście już tam dotrą. Autobus z Torunia, nazywany potocznie Zbłąkanym Ocalałym zabrał dziewczynę i wszystko wyglądało na to, że to ona jako pierwsza dotrze na miejsce. Na pokładzie moi ludzie widzieli też dwójkę Czerwonych Flar. Coś musi być na rzeczy.
27 styczeń 2015 – dzień 76
Po dwóch dniach obserwacji wracam do domu. Moi ludzie będą dalej śledzili ciężarówkę. Pozostałe dwa odłamy grupy dostały się już do terenów zajmowanych przez Toruńską Ostoję. Autobus z ocalałą ze wschodu dotarł do samego miasta, a druga grupa, wraz z małą grupką żołnierzy, dostała się do Czwartego Posterunku. Pozostał tylko tir. Jeden z moich ludzi powiedział mi, że podsłuchał rozmowę tych ludzi, gdy zrobili sobie postój na drodze. Nie dowiedział się niczego konkretnego, ale to co było pewne, to to, że przewijała się ksywka „Bobru”.
Natłok informacji sprawił, że aż mnie zatkało.  Czytałam z ogromną ciekawością każde kolejne zdanie.
Będę próbował dowiedzieć się więcej o tej grupie. Wyglądali na takich, którzy radzą sobie z nowym porządkiem świata. Nie będzie to dobre jeżeli zasilą siły Torunia. Czas jednak wracać do badań.
                Po przeczytaniu ostatniego zdania w tym wpisie odłożyłam dziennik z powrotem do plecaka. Naprawdę dziwnie było poznawać historię grupy, w której byłam z jakiejś książki. Czułam się niepewnie. Rozejrzałam się raz jeszcze po kościele i widząc, że każdy dalej jest zajęty sobą położyłam się niedaleko Sary i krótko po tym zasnęłam.
                Następny dzień nie zapowiadał niczego przełomowego. Po zjedzeniu śniadania i krótkiej rozmowie z Sarą przy zmianie opatrunku, ruszyłam znowu na swój posterunek. Zastanawiałam się, czy zauważę gdzieś tajemniczego mężczyznę, ale pomimo tego, że siedziałam tam pół dnia to nie widziałam żadnego szczególnego ruchu w mieście. Raz poruszało się coś na obrzeżach, ale ktokolwiek to był nie zbliżał się nawet w zasięg mojej lornetki. Miałam sporo szczęścia, że było ciepło, bo siedzenie parę godzin na wieży mogło być dosyć nieprzyjemne w chłodzie.
                Gdy wieczorem schodziłam już na dobre z mojego posterunku, zauważyłam od razu, ze coś jest nie tak. Po kościele niosły się podniesione głosy i krzyki. Chwytając za wiatrówkę ruszyłam powoli schodkami w dół.
- Idźcie do zbrojowni! Przynieście broń. My popilnujemy ich tutaj – powiedział głos, który musiał należeć do jednego z okolicznych chłopaków.
- Pożałujesz tego dnia dzieciaku – usłyszałam głos Łapy. Byłam na drewnianym podwyższeniu kościoła. Panował tu mrok, więc bez większych obaw wychyliłam lekko głowę i zobaczyłam, że na środku sali kościelnej stał Mpd, Józef, Medyk, Młoda i Łapa. Otoczeni oni byli trójką byłych właścicieli tego miejsca. Kolejna dwójka szła w stronę zaplecza, do wcześniej wspomnianej zbrojowni. Bunt, pomyślałam przełykając ślinę. Serce zabiło mi nieco szybciej. Zauważyłam, że na podłodze, pomiędzy ludźmi Bobra, leżała jakaś osoba. Po chwili poznałam ją. To był Emil, dowódca tutejszej grupy. Czy on nie żyje? Dlaczego tak leży, takie pytania przeleciały moje myśli.
- Zamknij mordę. Bo pieprzysz. To miejsce jest nasze, dziwi mnie, że ten frajer – tutaj wyraźnie wskazał na leżącego kolegę – chciał was bronić. Jesteście zwykłymi bandytami. I spróbujcie coś zrobić, a strzelę – Teraz w jego ręce zauważyłam pistolet. Trzymał go w dziwny sposób, ale nie było wątpliwości, że potrafił z niego strzelać. Jego dwaj przyjaciele trzymali w rękach strzelby.
- Rzuć tą broń, a może zapomnę o tym śmiesznym incydencie – nie dawała za wygraną Łapa. Chociaż widać było, że nie jest uzbrojona, to zachowywała się jakby miała gotowy arsenał, który w każdej chwili mógł zniszczyć napastników. Była bardzo pewna siebie.
- Zamknij się! Chyba, że mam poprosić twoją małą siostrzyczkę – wyszczerzył zęby w stronę Młodej.
- Tylko spróbuj skurwielu – ostrzegła go.
                W tym momencie jeden z kolegów rozmówcy podszedł do niego i szepnął coś na ucho.
- To prawda. Nie mamy co z wami zrobić, będziemy musieli was zabić, tak będzie najbezpieczniej – powiedział po chwili – Reszta waszych ludzi nie będzie miała do czego wracać. O ile w ogóle wróci – zaśmiał się.
- Od kogo zaczniemy? – zapytał jego kolega.
- Od niego. On i tak już długo nie pociągnie na tym świecie – wskazał Medyka.
- Powiedziałbym coś o pociąganiu, ale nie zrozumiesz chłopcze – odgryzł się mężczyzna.
Gdy jeden z chłopaków wziął Medyka za kołnierz i dosyć brutalnie sprowadził na kolana sięgnęłam po wiatrówkę. Opierając ją o drewnianą balustradę wycelowałam. Mój cel ledwo się ruszał. Nie wiedziałam jednak co się stanie jak strzelę. Czy pozostali spanikują i uciekną? Może zaczną wszystkich zabijać? A może Łapa i reszta przejmie inicjatywę? Spojrzałam w lunetę i czas jakby się zatrzymał. Chłopak po poprawieniu pistoletu w dłoni wycelował w głowę klęczącego Medyka i przymierzał się do strzału. Łapa patrzyła na wszystko z niemą nienawiścią, będąc na muszce strzelby trzymanej przez drugiego chłopaka. Mpd stał najbardziej przerażony ze wszystkich, sparaliżowany strachem. Józef i Młoda po prostu patrzyli. Teraz zdałam sobie sprawę, że wśród wszystkich nie ma Sary. Nie było teraz jednak czasu na szukanie jej wzrokiem.
                Palec, który trzymałam na spuście był tak spięty, że nie byłam pewna, czy mogę go w jakikolwiek sposób zgiąć. Jednak musiałam. Musiałam zabijać aby przetrwać. Musiałam zabijać dla tych ludzi. Musiałam zabijać dla… przyjaciół? Mój palec zaczął delikatnie naciskać na spust. Celownik był prosto na głowie chłopaka. Czas nagle przyspieszył. Nie zdążyłam zareagować. Padł strzał, który odbił się echem od ścian. Nie wiem dlaczego, ale zamknęłam w tym momencie oczy. Otworzyłam je chwilę później i zobaczyłam, że chłopak trzymający pistolet leży na ziemi kawałek dalej. Co prawda trafił Medyka, ale jedynie w ramię. Na środku stał mężczyzna z bronią przypominającą włócznię. Po przewróceniu chłopaka rzucił nią prosto w klatkę piersiową mężczyzny stojącego za Łapą. Trafił z niezwykłą precyzją. Łapa wykorzystując to złapała strzelbę, która wypadała mu z rąk i zabiła trzeciego chłopaka. Ten odleciał kawałek do tyłu i upadł martwy pod jedną z ław.
                Zaczęła się odwracać do trzeciego, ale nie zdążyła. Chłopak, który miał zabić Medyka wystrzelił. Kula śmignęła gdzieś. Tajemniczy ocalały wykopał broń chłopakowi, po czym przyciskając mu kolano do klatki piersiowej uderzył w twarz, ogłuszając go. Cała drżałam, ale ta trójka była już unieszkodliwiona. Dwóch leżało martwych w narastających kałużach krwi, a ostatni znokautowany nie ruszał się. Uradowana zaczęłam biec na dół, kiedy usłyszałam krzyk. Przerażający krzyk Młodej. Zatrzymałam się w połowie drewnianego górnego piętra i spojrzałam w tamtą stronę. Zobaczyłam tylko jak Łapa upada na kolana. Z jej twarzy kapała krew. Medyk podbiegł do niej natychmiast. Ruszyłam tam pędem.
                Gdy tylko dopadłam do grupy odrzuciłam wiatrówkę na bok i nie patrząc na nic odepchnęłam Młodą od siostry. Powietrze ze mnie uleciało, kiedy zobaczyłam rozwalony prawy oczodół i całą masę krwi wypływającej zarówno z niego jak i z dziury po prawej stronie czaszki. Młoda krzyczała jak opętana. Mężczyzna, który nas uratował patrzą na tą scenę w ciszy, wycierając krew z broni o szmatkę. Mpd usiadł z tyłu, a Józef odezwał się:
- Osłaniajcie ich. Pozostała dwójka zaraz tu pewnie będzie.
Medyk spojrzał na mnie. Widziałam w jego oczach śmiertelną powagę.
- Znasz się na tym? – zapytał.
- Jestem chirurgiem. Mogę zadać to samo pytania – odpowiedziałam sięgając do plecaka po podręczną apteczkę. Musiałam ją uratować.

poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 15: Wielkie Spotkanie Ocalałych

Rozdział 15, kolejny z perspektywy Olafa. Bardzo ważny, ale też przegadany rozdział przedstawiający wydarzenia na Wielkim Spotkaniu Ocalałych. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 15 - Olaf - Dzień 8
Bobru - Dzień 8 - Znajduje się w Inowrocławiu i uczestniczy w Wielkim Spotkaniu Ocalałych
Irek - Dzień 8 - Znajduje się w Inowrocławiu i uczestniczy w Wielkim Spotkaniu Ocalałych

---------------------------------------------------

Rozdział 15 (Olaf): Wielkie Spotkanie Ocalałych


                Kiedy w końcu udało się nam wejść do środka, szybko zlokalizowaliśmy wyznaczone dla nas miejsca. Sala nie była duża, ale dobrze zagospodarowana. Wyznaczono cztery sektory, w których miały usiąść osoby z różnych obozów. My siedzieliśmy naprzeciwko ludzi z Torunia, na prawo od nas był stół, przy którym siedział Ben oraz inni z Inowrocławia, a po ukosie widziałem łysego mężczyznę, który w równie małej grupie, co my reprezentował interesy Drugiego Posterunku.
                Miałem szczerą nadzieję, że uda nam się przedstawić nasze racje. Ludzie, którzy tu przyjechali wydawali się być bardzo pewni siebie. Chociaż ja z natury też taki byłem, to miałem jednak pewne obawy. W końcu co obligowało innych do bezinteresownej pomocy Feline? Właściwie nic. Dlatego musiałem przedstawić to wszystko odpowiednio, żeby uzyskać jakąkolwiek formę pomocy. Usiadłem i obserwowałem resztę. Dziara naradzał się aktualnie ze swoją grupą ludzi. Ben, podobnie jak ja, siedział z założonymi rękami i patrzył przed siebie. Grupa z Drugiego Posterunku dyskutowała o czymś gestykulując gwałtownie.
                Drzwi zostały zamknięte, a Ben zastukał parę razy o blat stołu prosząc o ciszę. Ta nastała już po chwili.
- Dziękuje wszystkim za tak liczne przybycie i za zaufanie. Szczególnie za nie. W dzisiejszych czasach nie jest łatwo komuś zaufać i rozumiem jakim problemem musiały być moje zaproszenia. Jednak to co stanie się dzisiaj będzie kluczowe dla przetrwania. Porozmawiamy dzisiaj o wielu, wielu rzeczach, żeby wszystko pomiędzy nami było jasne i klarowne. Chciałbym, żeby każdy miał chwilę, żeby przedstawić swoje racje, więc proszę o nie przerywanie i podnoszenie ręki, jeżeli ma się jakieś pytania. Wiem, że to nieco dziecinne rozwiązanie, ale mam nadzieję, że sami rozumiecie – zaczął donośnym głosem – Zebrałem was tutaj ponieważ sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i prawdopodobnie nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Jak wiecie oprócz naszych obozów są też w okolicy inne. Czasami składają się z paru osób, ale czasami są to zorganizowane grupy. Zanim jednak przejdziemy do sedna, chciałbym wyznaczyć pewną kolejność mówienia. Wiem, że każdy z was przyjechał tu z jakimś zamiarem, który zapewne będzie chciał przedstawić. Dlatego chciałbym, żeby po mnie mówiła delegacja z Drugiego Posterunku, następnie delegacja z Torunia, a na końcu z Płońska. Czy wszyscy się z tym zgadzają? – zapytał.
                Widziałem, że Dziara oraz łysy mężczyzna kiwają głowami, więc również nią kiwnąłem. Nie podobało mi się, że będziemy mówić ostatni, ale może dzięki temu zwrócimy większą uwagę reszty.
- Cieszę się – powiedział – Tak jak mówiłem, grupy zorganizowane. Na pewno mieliście z nimi styczność. Próbują przejąć władzę nad okolicą i skutecznie utrudniają nam życia. Zdecydowanie największą z nich nazwałbym Złomiarzy. Moje źródła donoszą, że udało im się przejąć Trzeci Posterunek nieco ponad miesiąc temu, to prawda? – zapytał.
- Niestety tak. Wysłałem tam wtedy moje Czerwone Flary i okazało się, ze cała okolica jest już opanowana. Moi ludzie cudem wrócili stamtąd żywi – wytłumaczył Dziara.
- Z tego co się orientuje liczebnie dorównują teraz nawet Ostoi, być może nawet was przewyższają. Więc zagrożeniem są sporym. Ich minusem jednak jest brak solidnego obozu. Zajęli parę budynków i większych placówek, ale nie mają niczego otoczonego murami i dużego jak Ostoja, lub inne obozy. Dlatego musimy przygotować się na ich ewentualny atak. Tak Kapitanie? – przerwał widząc podniesioną rękę.
- Jestem ciekaw jednej rzeczy. Przyszliśmy tutaj ustalać warunki ewentualnego sojuszu, tak? – zapytał.
- Owszem – odpowiedział krótko.
- Rozumiem, że każdy z nas będzie musiał włożyć podobne zaangażowanie, żeby być na równi z sąsiadami – kontynuował myśl.
- Nie rozumiem do czego dążysz – zauważył.
- Ostoja jest największa. To wiadome, że właśnie tam skupi się główny atak. Jak możemy im pomóc?
- To proste. Każdy z nas jest puzzlem, a razem możemy stworzyć składną układankę. Zauważ, że Ostoja ma ogromny obóz, ludzi oraz broń. Twoi ludzie z kolei posiadają ogromną przewagę jaką jest helikopter. Wyobraź sobie jak to mogłoby nam ułatwić życie, już nie mówiąc o przewadze podczas walki. Następnie mamy nasz obóz. Z moimi ludźmi prowadzimy liczne badania i wiemy bardzo, ale to bardzo dużo o okolicy. Zaraz przedstawię wam zresztą najpotrzebniejsze wiadomości. Jest jeszcze Płońsk, który kontroluje wschód i trzyma Złomiarzy od całkowitego odcięcia nas od wschodnich tras.
- W sumie tak o tym nie myślałem – stwierdził mężczyzna.
- Widzisz. Wracając jednak do mojej myśli Złomiarze z pewnością są niebezpieczni i chcą nas pozabijać. Ostatnio pojawiło się coś gorszego. Może Olaf zechce nam trochę o tym opowiedzieć? – zapytał patrząc na mnie. Po chwili wszyscy skierowali wzrok w stronę naszego stanowiska.
- Kiedy jechałem do Ostoi zobaczyłem trupy na poboczu. Skurczybyki ucztowały nad jakimś ciałem. Chciałem podejść do nich na spokojnie, kiedy moja towarzyszka odciągała ich uwagę, ale jeden trup wciąż siedział, kompletnie zignorował dźwięki. Gdy podszedłem  wbić mu nóż w głowę, ten odwrócił się i podkosił mnie. Wyglądał jakby był zszyty z wielu kawałków skóry zombie, ale widać też było główne ciało. No i jadł cholernego człowieka. Znalazłem to w jego kieszeniach – powiedziałem wyciągając na stół list, ucho i odznakę.
                Przez salę przebiegł huk niepokoju. Ktoś pytał co tam jest napisane, więc przeczytałem głośno „Witamy w progach Zszytych” , co wywołało jeszcze większe zamieszanie. Ben zastukał ponownie o stół przekrzykując resztę.
- Proszę o ciszę! Jak słyszycie w okolicy od jakiegoś czasu grasują kanibale. W sumie nie wiadomo czy żywią się tylko takim mięsem, czy robią to w ostateczności, jednak nie zatrzymują się nawet przed taką potwornością. Dodatkowo używają kamuflażu, który pozwala im mijać zombie bez wzbudzenia ich zainteresowania. To potężna przewaga, szczególnie biorąc pod uwagę to, że nigdy nie zabija się wszystkich zombie. Niektóre chodzą za naszymi ogrodzeniami i nie podchodzą bliżej. Możliwe, że ci ludzie obserwują nas od jakiegoś czasu. Wyjątkowo nie mam pojęcia ile osób liczy ich grupa, ani nawet gdzie mają obóz. To jedna wielka niewiadoma. Dlatego uważam, że są znacznie bardziej niebezpieczni od Złomiarzy. Chociaż musze przyznać, że nie atakują nas otwarcie, więc być może nie mają złych zamiarów, póki się ich nie sprowokuje. Dlatego z góry proszę o nie zaczynanie z nimi jakichkolwiek walk, przynajmniej dopóki nie poznamy ich zamiarów.
                Przez salę przebiegły szepty, ale szybko umilkły, kiedy Ben znowu przemówił.
- Oprócz tego mamy parę grup, ale myślę, że to tych dwóch musimy obawiać się najbardziej. Teraz inna sprawa. I tutaj będę potrzebował waszej rady. Zacznijmy od najgorszego. Moi zwiadowcy donieśli, że w naszą stronę nadchodzi stado zombie. Stado ogromnych rozmiarów. Podobno liczy parę tysięcy trupów. Musicie sobie wyobrażać jak ogromne niebezpieczeństwo nadchodzi w naszą stronę. Dlatego musimy działać, bo jeżeli fala martwych przejdzie przez nasze ziemie i broń boże zobaczy któryś obóz i postanowi go zaatakować to nie ma siły, żeby temu przeciwdziałać. Dlatego potrzebujemy informacji. Musimy zgodnie się wymienić informacjami, gdy zauważymy nadchodzące trupy. Jednak na wschodzie jest tylko obóz w Płońsku i nie jest on wysunięty tak jak mógłby być. Dlatego potrzebujemy miejsca bardziej wysuniętego na południowy wschód, gdzie osadzilibyśmy paru ludzi. Według mnie świetnym pomysłem byłoby zajęcie Płocka. Jest tam mnóstwo dobrych miejsc do obrony i jest on na tyle daleko stąd, żeby zawiadomić nas o nadchodzącym zagrożeniu w odpowiednim momencie. Dodatkowo musimy oczyścić drogi prowadzące pomiędzy naszymi obozami, żeby mieć między nami bezpieczne szlaki, ale o tym zaraz. Czy ktokolwiek z was zna kogoś, kto mógłby się tam osiedlić? – Ben mówił cały czas spokojnie, aż podziwiałem jego zdolności do przemawiania.
                Wtedy odezwał się Bobru. Wiedziałem, że to on, bo opowiadał mi już o nim Konrad z Inowrocławia. Zresztą był dosyć charakterystycznym człowiekiem.
- Ja mogę się na to zgodzić z moimi ludźmi. Planowaliśmy opuszczenie Ostoi i jeżeli możemy się przydać reszcie, to czemu nie – stwierdził.
To była dosyć ciekawa informacja, biorąc pod uwagę okoliczności. Mielibyśmy wtedy potężnego sojusznika na wschód od nas.
- To jest jeden z głównych celów. Więc mówisz, że twoja grupa jest w stanie zasiedlić Płock? – zapytał dla pewności Ben.
- Tak. Nie wiem jak szybko, ale prawdopodobnie od razu po spotkaniu, czyli w przeciągu tygodnia – zastanawiał się.
- Doskonale. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego osiedlenia tego miasta niż solidnej grupy z Torunia. Skoro to ustaliliśmy… nie ma żadnych sprzeciwów prawda? – poczekał chwilę, żeby upewnić się, że wszystkim to pasuje, po czym kontynuował – Możemy przejść do drugiej sprawy. Jak wiecie w tym świecie nie ma telefonów. My co prawda mamy krótkofalówki, ale to wciąż nie jest to. Jeżeli chcemy wytyczyć granicę musimy założyć punkty strategiczne. Mam już gotowe wszystkie materiały, potrzebował będę tylko chętnych do rozwożenia i budowania tych punktów. I tutaj chciałbym zapytać kogoś z grupy, która przybyła do Inowrocławia jakiś czas temu – powiedział patrząc na ludzi siedzących wokół niego. Zdążyłem już usłyszeć, że są to ludzie z Torunia, którzy uciekli stamtąd. Jedna dziewczyna, ubrana na czarno i siedząca dwa krzesła obok Bena od razu rzuciła mi się w oczy. Było w niej coś dzikiego i strasznego. To właśnie ona wydawała się przewodzić reszcie. Rozmawiała teraz z ludźmi, którzy siedzieli obok niej i w końcu przemówiła. Miała miły dla ucha, głęboki, kobiecy głos.
- Irek będzie idealny do tego zadania – stwierdziła.
 - Tak – potwierdził mężczyzna nazwany Irkiem – mogę się podjąć tego, jeżeli znajdzie się parę osób, które mi w tym pomogą.
- Myślę, że z tym nie będzie problemów, znajdą się jakieś chętne osoby, ale to już ustalimy później. Wcześniej wspominałem o drogach. Tak jak mówiłem trzeba będzie ustalić też parę osób, które przejechałyby najbardziej dogodnymi traktami i zajęły się ich oczyszczeniem. Z wszelakich wraków aut, zablokowanych dróg, trupów i tym podobnych. Tym razem jednak, jeżeli nie macie nic przeciwko, to ja mogę się tym zająć. Później pokażę wam mapę i trasy, które wybrałem. Powinny wam pasować. Kiedy byśmy już je kontrolowali, sieć pomiędzy nami byłaby naprawdę mocna – powiedział – Jakieś pytanie, czy wszyscy nadążają z tematem?
                Widziałem, że ręka Dziary podniosła się.
- Ja mam pytanie – stwierdził.
- Słucham.
- Jak ogólnie ma wyglądać współpraca między obozami? No bo na razie ustaliliśmy, że stworzymy punkt w Płocku, oraz oczyścimy trasy pomiędzy naszymi obozami, ale co dalej? – zapytał.
- To proste. Kiedy wszystkie dzisiejsze założenia uda nam się osiągnąć będziemy sobie pomagać. Wiem, że pomiędzy waszymi obozami istniała pewna współpraca, ale ta będzie znacznie bardziej rozwinięta. Będziemy wysyłać patrole, które będą sprawdzały, czy pozostałe osoby dobrze sobie radzą, a gdy ktoś poprosi o pomoc pozostali mu pomogą. Tak samo gdy stado zombie pojawi się bliżej myślę, że ewakuacje do innych obozów, żeby ominąć zagrożenie będą wręcz… wskazane – wytłumaczył.
- Skąd pewność, że każdy będzie się tego trzymał? – zapytał Dziara.
- Dzisiaj zaufaliście mi, kompletnie obcemu człowiekowi i przyjechaliście do Inowrocławia, żeby uczestniczyć w spotkaniu, chociaż mogłem zastawić na was pułapkę i pozbyć się dowództwa każdego obozu bez żadnego problemu. Czy nie uważacie, że to jest fundament tego, co możemy zbudować. Zaufajmy sobie. Zauważcie, że jest was teraz tylu i wciąż macie broń. W każdej chwili możecie złapać takiego kalekiego człowieka jak ja i zabić. Jednak tego nie robicie – wytłumaczył.
                Przez sale ponownie przebiegły szepty. Nawet Kuba i jego dwóch ludzi, którzy siedzieli przy mnie o czymś cicho rozmawiali. Ja w głowie jednak wciąż miałem Feline. Nikt, oprócz ludzi z Płońska, nie wiedział jeszcze, co jej się przytrafiło. Bałem się, że nikt nam nie pomoże, chociaż po tej przemowie Bena poczułem nasionko nadziei, kiełkujące gdzieś w środku.
- Dobrze, skoro to już ustaliliśmy to może przejdźmy do waszych pytań. Zacznijmy od Drugiego Posterunku – zapowiedział Ben.
Łysy mężczyzna, reprezentująca Drugi Posterunek, długo pytał o możliwości wykorzystania helikoptera w zwiadach okolic. Wypytywał też o naprawdę dziwne rzeczy dotyczące sojuszu. Sam nie słuchałem go do końca, bo powoli układałem w głowie jak ma wyglądać przemówienie dotyczące Feline, ale słyszałem urywki jego pytań i dyskusje, którą te pytania wywołały.  Kapitan wyraźnie wydawał się nienawidzić Złomiarzy tak samo jak ja, ponieważ zapytał otwarcie o plany odnośnie nich. Ben odpowiedział mu.
- Właściwie co do samej grupy nie mam jeszcze planów, ale myślę, że trzeba będzie się z nimi rozprawić. Chociaż oznacza to ogromne straty. Odkąd zaczęła się ta epidemia, walczyliśmy głównie z trupami. Oczywiście z małymi wyjątkami. Teraz jednak musielibyśmy wymordować całe mnóstwo ludzi. Nad tym trzeba będzie jeszcze trochę popracować – stwierdził zamyślonym tonem Ben.
- To by było na tyle, skoro tak – powiedział Kapitan.
- Dobrze, to teraz może grupa z Torunia? – zaproponował Ben.
- Może zacznę od bardziej osobistego pytania Ben. Skąd tyle wiesz? – zapytał Dziara.
- Pracuje nad tym, żeby przydać się światu odkąd jeżdżę na wózku. Nie mogę walczyć. Nie będę bohaterem dziesiątkującym zombie. Mogę za to być cennym źródłem informacji. Moi ludzie przynoszą mi raporty, a ja je czytam i analizuje. Stąd moja wiedza – wytłumaczył.
- Wydajesz się wiedzieć tyle, jakbyś miał co najmniej stado szpiegów na własne usługi. Ale dobrze nie mówmy już o tym. Tak się składa, że rzeczywiście zależy mi na zbudowaniu tej naszej, małej sieci. Chciałbym zaproponować, żeby założyć dodatkowe posterunki, mniej więcej w połowie każdej trasy. To byłyby bardzo ważne punkty strategiczne, które zdecydowanie pomogłyby nam utrzymać to wszystko w dobrym stanie. Co ty na taką propozycję? – zapytał Dziara.
- Pomysł brzmi dobrze, ale myślę, że musimy wszystko robić małymi krokami. Wszystko po kolei. Jednak nie zmienia to faktu, że po oczyszczeniu dróg i zbudowaniu punktów strategicznych to będzie najlepsze, co możemy zrobić – stwierdził Ben.
- Więc z okazji tego, że będziemy razem współpracować, zaproponuje to pierwszy, jako dowódca największego obozu w okolicy, czy ktoś potrzebuje pomocy? Zapasów, czegokolwiek? – zapytał Dziara.
                To była ta chwila. Musiałem zaraz zacząć mówić, ale chciałem dać dokończyć Dziarze. Po tych słowach zrozumiałem, że szansa na odbicie Feline robi się naprawdę realna.
- Ja będę miał prośbę, jednak wolę ją poruszyć, jak zacznie się moja kolej – zapowiedziałem.
- Ja z kolei z chęcią przyjmę pod dach mojego obozu każdego naukowca. Przeprowadzam w wolnych chwilach szeregi badań, które mogą nam pomóc zrozumieć zarazę, a kto wie, może pewnego dnia uda nam się stworzyć antidotum. Więc jeżeli w Toruniu jest ktoś, kto się tym interesuje, a nie ma miejsca do pracy, zapraszam do Inowrocławia. Mamy własne laboratorium, z całkiem sensownym wyposażeniem – powiedział Ben.
- W Toruniu na pewno znajdą się osoby chętne. Sami próbowaliśmy zbudować laboratorium, ale zebranie potrzebnych składników zajęłoby wieczność. Dlatego gdy wrócę już do Torunia, z pewnością kogoś tu wyślę. Jest jeszcze sprawa tego stada. Wiadomo skąd ono nadchodzi? Znaczy się rozumiem, że ze wschodu, ale te stada nigdy nie były takie duże. To musi być jakaś połączona grupa – zauważył dowódca Ostoi.
- Przyznam, że akurat tego nie wiem, ale z racji iż wschód jest mocno zniszczony, podejrzewam, że po prostu trupy żerujące w większych miastach w końcu spotkały się i ruszyły dalej wspólnie. Według moich badań te istoty nie są takie głupie na jakie wyglądają. Mają wyostrzone zmysły, oraz instynkt łowcy, jeżeli mogę sobie pozwolić na takie słowa. Z chęcią podrzucę wam wyniki moich badań, bo naprawdę mógłbym o tym długo opowiadać – powiedział uśmiechając się.
- Z chęcią rzucimy na nie okiem. Informacji o przeciwniku nigdy zbyt wiele – odpowiedział Dziara – I to by było na tyle, jeżeli chodzi o moje pytania. Miałem ich całkiem sporo wyjeżdżając z Torunia, ale wszystko już właściwie zostało poruszone.
- To teraz twoja kolej – powiedział Ben patrząc na mnie.
                Wiedziałem, że teraz musiałem dobrze przedstawić swoje racje, jeżeli chciałem żeby ci ludzie mi pomogli.
- Jak pewnie zauważyliście nie ma z nami Feline, wspaniałej kobiety, która stworzyła obóz w Płońsku – zacząłem podnosząc głos – Stało się tak ponieważ ma kłopoty, została porwana i przyjechałem tutaj głównie po to, żeby jej pomóc. A tą pomocą jesteście wy. Potrzebuje ludzi, żeby ją odbić. Przyda się każdy, kto jest na tyle wytrzymały i odważny, żeby mi pomóc. Ja osobiście jestem zdolny przejść przez to pieprzone stado zombie zombie, wybijając każdego po kolei, żeby tylko znów ją zobaczyć – ciągnąłem.
- Została porwana? – zapytał z niedowierzaniem Ben.
- Niemożliwe. Przecież zaledwie dwa dni temu byliście u mnie w Ostoi – zauważył Dziara.
- Podczas drogi powrotnej wpadliśmy w zasadzkę. W zasadzkę Złomiarzy – przez sale przebiegł pomruk zdziwienia – Mają ją teraz, a nasz obóz nie ma szans w pojedynkę. Jest nas po prostu zbyt mało, a ich o wiele za dużo. Mówiliście wcześniej o tym, że trzeba z nimi skończyć, po tym jak umocnimy sieć pomiędzy naszymi obozami. Nie będzie sieci, bo bez niej obóz w Płońsku nie istnieje.  Dlatego proszę was, a wręcz błagam o pomoc. Każda jedna osoba się liczy. Liczę też na odpowiedni plan przygotowany przez tak wielki umysł jak twój, Ben – powiedziałem i odetchnąłem. Głos zaczął mi drżeć.
                W sali przez dłuższą chwilę słychać było tylko rozmowy. W końcu zobaczyłem, że ktoś z grupy Toruńskiej wstaje. Rozpoznałem go. Był w naszym obozie dwa razy. Kierowca Zbłąkanego Ocalałego.
- Ja pomogę. Jestem to jej winny. Uratowała mi życie i to dwukrotnie – powiedział.
Poczułem, że krew zaczyna mi szybciej pulsować, kiedy kolejne osoby z różnych stołów zaczynały wstawać. W końcu stał prawie cały stół z Ostoi oraz parę osób z Inowrocławia.
- Odbijemy ją z rąk tych skurwieli – obiecał Erni.
Chociaż obrady trwały dalej ja byłem tak zszokowany, ze nie mogłem się na nich skupić. Pierwszy raz odkąd zaczęła się apokalipsa zombie zostałem pozytywnie zaskoczony przez ludzi. Gdy słuchałem Bena, który opowiadał o strukturze obozów Złomiarzy i planował z całą resztą odbicie Feline, zrobiło mi się ciepło na sercu. Rozmowy trwały jeszcze prawie godzinę. Wszystko było zaplanowane, a drużyna odbijająca Feline ustalona. Wszystko miało się już zacząć kolejnego dnia. Wychodząc z budynku z całą resztą ocalałych podziękowałem im, a szczególnie Erniemu, który zaczął całą akcję. Gdy do niego podszedłem ten uśmiechnął się, a blizna na jego twarzy przyjęła dziwny kształt.
- Oko za oko, ząb za ząb – powiedział uciskając mi rękę – Odbijemy ją.

czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział 15: Krok do przodu

Rozdział 15, kolejny z perspektywy Magdy. Jest to bardzo ważny rozdział, w którym powoli będziecie mogli poznać zarysy fabuły kolejnego tomu i jego motywów. Poza tym zobaczycie metamorfozę Magdy jako osoby, gdy zacznie ona dostrzegać zło, które zrobiła pracując dla Dziary. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------------

Rozdział 15 (Magda): Krok do przodu


                Tak bardzo chciałam powiedzieć Bobrowi prawdę. Ale czy warto byłoby ryzykować życiem jeszcze większej ilości osób? To był mój ciężar, mój brat i mój problem. Przez rozkazy Dziary zginęło już sporo osób, a zapowiadało się, że to nie jest koniec rzeźni. Co prawda po tym jak poprosił mnie o wysadzenie barykady zapadała cisza. Nie wołał mnie, ale wiedziałem, że wciąż działał. Planował pozbycie się każdego, kto znał Jana i teraz rzeczywiście w całej Ostoi nie było osoby, która go widziała. Co więcej większość myśli, że on nie żyje, że zabił go łysy żołnierz. To oczywiście była bzdura, bo podeszłam do ciała i widziałam, że to był zwykły, nieznajomy mi człowiek, z pewnością nie przywódca Gangu, który knuł z Dziarą.
                Dzisiaj wyjechał Bobru i nigdy nie czułam się tak samotna. W całej Ostoi zostało naprawdę mało osób, z którymi czułam się bezpiecznie. Była Łapa oraz Miczi no i jeszcze Krystian, ale poza tym reszta to byli rezydenci Ostoi. Nie wszyscy byli źli, albo słabi, ale i tak to nie było to samo, co ludzie, z którymi już coś się przeżyło i wybudowała się jakaś więź. Po tym jak zobaczyłam odjazd Bobra ruszyłam do baru gdzie wymieniłam parę naboi, które nie pasowały do mojej broni, za dzban ciepłej herbaty oraz jajecznicę, a także parę kolejnych posiłków.  Czarek, właściciel baru, miał mnóstwo zapasów, które wymieniał w strażnicy za właśnie takie rzeczy. Cała wymiana przebiegała świetnie i dzięki temu powstał taki system.
                Po zjedzeniu poszłam na Plac Główny obejrzeć to, co zostało z wczorajszej imprezy. Strażnicy wywozili taczkami ciała zombie, ale wciąż można było je znaleźć w paru miejscach. Stoły zniknęły, ale widać było na ziemi plamy jedzenia i picia, która trafiły tam podczas wczorajszego chaosu. Latarnie i głośniki wciąż były przyozdobione, nikt teraz nie miał ochoty zajmować się tak banalną sprawą. Zobaczyłam nagle postać w czarnej sutannie. Józef wyjechał godzinę temu więc nie mogłam z początku wpaść na to, kto to właściwie jest. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że znam ta osobę i z wrażenia mało nie wpadłam na jednego z rosłych strażników, który w taczce wiózł parę nóg, rąk i korpusów.
                W stroju księdza był Jan. Przywódca Gangu pośrodku Ostoi, po wczorajszej masakrze, stał nad ciałami wczorajszych ofiar jakby nigdy nic. Podeszłam do niego i ze smutkiem popatrzyłam na ciało Łysego i Sołtysa leżące obok siebie.
- Pochwalony – zaczęłam, żeby nie wzbudzić podejrzeń stojących nieopodal ludzi.
- Na wieki wieków – odpowiedział wyuczoną regułkę – Smutne czasy nastały moje dziecko.
Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
- Mogę księdza prosić na słówko? – zapytałam.
- Dziecko mam bardzo dużo roboty, tych ludzi trzeba pochować – odpowiedział. Zmienił nawet swój głos. Teraz mówił wolniej i przeciągał każde słowo. Wczuwał się w rolę.
- To zajmie chwilę – obiecałam.
- No dobrze… - zgodził się i odszedł ze mną na bok, z dala od ciekawskich uszu i oczu.
- Czemu mi nie powiedzieliście? – zapytałam.
- A co by to zmieniło dziewczyno? Zachowałabyś się inaczej? Myślę, że jak usłyszałaś o tym, że mam się poświęcić to działałaś z większa motywacją.
- Dlaczego myślisz, że życzę ci źle?
- Bo nie pomagasz nam z dobrej woli tylko z przymusu. Gdyby nie twój brat to byś w życiu się na coś takiego nie zgodziła – powiedział.
                Miał rację. Odwrócił się i wrócił do ciał, a ja ruszyłam przespacerować się i przemyśleć sytuację. Pierwsze kroki skierowałam w stronę barykady na północy, a raczej jej resztek. Leżało tu wszędzie tyle trupów, że zastanawiałam się, czy nie lepiej by było usypać kolejną barykadę z nich, niż z worków piasku, siatki i blachy. Tutaj krzątało się jeszcze więcej strażników niż na Placu Głównym. Wypatrzyłam wśród ludzi Szeryfa, który podliczał coś przy ustawionym prowizorycznie stoliku. Podeszłam do niego.
- Jak idzie odbudowa? – zapytałam.
- Nie widać? – burknął – Wybacz, ale nie jestem w humorze do rozmów. Odbudowa tego zajmie nam parę dni, a w ten czas może nastąpić kolejny atak. Słyszałem od Dziary o Złomiarzach, którzy przejęli Trzeci Posterunek. Sytuacja jest mocno nieciekawa.
- Ile osób zginęło wczoraj?
- Według moich rachunków – odpowiedział szybko kartkując notatnik – Jakieś trzydzieści osób plus ci z Gangu. Teoretycznie na jedną osobę z Gangu przypadają trzy ofiary. Ale tak naprawdę kluczową rolę odegrały trupy, to one dorwały większość z nas.
Czterdzieści osób wczoraj i cztery parę dni temu w więzieniu. Kim się musiałam stać, żeby zamienić się w takiego potwora?
- Mogę jakoś pomóc?
- Nie… Po prostu idź dziewczyno, jak będę cię potrzebował to cię znajdę – westchnął i ponownie zanurzył się w obliczeniach i planach.
Ruszyłam w stronę budynków mieszkalnych, bo pomyślałam, że mogę trochę potrenować strzelanie z łuku. Nagle jednak w jednym z zaułków usłyszałam płacz. Zainteresowana podeszłam do kilku stojących wolno kartonów i zobaczyłam tam skuloną postać. To była mała dziewczynka, mająca co najwyżej trzynaście lat. Miała długie blond włosy, oraz niebieskie oczy. Po chwili zdałam sobie sprawę, że to jest te same dziecko, które wraz z Bobrem znaleźliśmy na drodze niedaleko Torunia. Ukucnęłam przy niej i szturchnęłam lekko palcem. Dziewczynka dygnęła i  spojrzała na mnie. Poznała mnie, zobaczyłam to w jej oczach.
- Wszystko w porządku? – zapytałam.
                Odpowiedziało mi milczenie przerywane pociągnięciami nosem.
- Nic ci nie jest? Mogę ci jakoś pomóc? Coś cię boli? – próbowałam się dowiedzieć – Jestem Magda. Znamy się, znaleźliśmy cię na drodze z Torunia.
- Mój ta… tata – wyłkała.
Serce podeszło mi do gardła. Teraz zdałam sobie sprawę, że ofiar moich działań mogło być znacznie więcej. Przecież nie chodzi tylko o osoby, które zginęły, ale też takie, które przez to zostało osamotnione.
- Przykro mi… - wyszeptałam głaszcząc ją po włosach. Tym razem nie były brudne, jak wtedy, kiedy widziałam ją po raz pierwszy. Teraz błyszczały, pachniały i były ładnie uczesane. Człowiek, który oddał życie podczas obrony Ostoi był dobry i dbał o córkę. Ale zginął.
- Chodź, zjesz coś i napijesz się. Nie siedź tu sama, mogę ci pomóc – zaproponowałam.
- Nie chcę… - załkała.
- Błagam, nie mogę cię tak zostawić. Nie daj się prosić dwa razy.
                Dziewczynka otarła łzy i popatrzyła na mnie. Po chwili wstała powoli i złapała mnie za rękę. Zaprowadziłam ją do baru, gdzie wykorzystałam kolejną część mojego kredytu i zafundowałem jej normalne jedzenie i kubek ciepłej herbaty. Było dzisiaj dosyć chłodno, więc byłam pewna, że jej to pomoże.
- Masz kogoś kto się tobą będzie mógł zaopiekować? – zapytałam.
Marta, bo tak się nazywała, nie odpowiedziała.
- Możemy to jakoś załatwić, otaczają nas dobrzy ludzie – zapewniłam.
- Dobrzy ludzie nie obronili taty – wyszeptała z lekko słyszalną nutką gniewu w głosie.
W tym miała trochę racji. Zastanawiała mnie jedna rzecz.
- Mogę się zapytać jaką pracę miał twój tata?
- Był strażnikiem, pracował pilnując żeby wszyscy byli bezpieczni – odpowiedziała z dumą.
Milczałam i obserwowałam jak dziewczynka je. Gdy skończyła wyszłyśmy i wróciłyśmy do mojego mieszkania. Przebrałam się tam w cieplejsze ubrania i zastanowiłam się co mogę zrobić z Martą. W końcu, nie do końca zadowolona z tej decyzji, odezwałam się.
- Wiesz jak chcesz to możesz tu przez trochę zostać, ja się zastanowię, kto mógłby się tobą zaopiekować, a póki co zostaniesz tutaj, co ty na to? – zapytałam.
                Marta skinęła delikatnie głową i lekko się uśmiechnęła. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Podeszłam pewna, że to ktoś od Dziary, potrzebuje mnie na teraz, ale z radością zobaczyłam, że to Krystian. Uścisnęłam go i pocałowałam na przywitanie po czym wpuściłam.
- Hej kochanie – powiedział wchodząc i natychmiastowo zatrzymując wzrok na Marcie. Spojrzał najpierw na nią potem na mnie, a potem znów na nią. Dziewczynka zarumieniła się i spuściła wzrok, a ja pociągnęłam go za rękę do pomieszczenia obok.
- Kto to jest? – zapytał szeptem, zdecydowanie zdziwiony całą sytuacją.
- Ta dziewczynka straciła wczoraj ojca i nie ma co ze sobą zrobić. Obiecałam, że jej pomogę, kiedyś jak tu jechałam spotkałam ją na drodze – opowiedziałam.
- Będziesz ją wychowywała? – zapytałem.
- Nie… po prostu chcę jej pomóc – powiedziałam.
- Pomogę wam jeśli chcesz – odpowiedział uśmiechając się.
                Przytuliłam się do niego.
- Mimo wszystko przydałoby się znaleźć jej też kogoś, gdybyśmy byli niedostępni, albo gdybyś miała znowu dużo pracy.
Miał rację.
- Tylko kogo?
- Hmm… może Miczi? Ona nie ma ciężkiej pracy, ma dużo czasu , myślę, że z chęcią by przyjęła dziewczynę. – zaproponował chłopak.
- To jest myśl. Spędźmy z nią ten dzień, a wieczorem odstawimy ją do Miczi.
Wyszliśmy z kuchni i całą trójką opuściliśmy mieszkanie. Spotkaliśmy na schodach Łapę, która skinęła głową na powitanie do nas. Wyszliśmy na zewnątrz. Padało delikatnie i cała Ostoja wydawała się wstrzymywać oddech przed burzą. Coś złego miało się stać już niedługo. Fakt, że Dziara o nic mnie nie prosił utwierdzał mnie tylko w tym przekonaniu. Widocznie zrobiłam swoje i teraz resztę załatwi przy pomocy Jana. W sumie musiałam mu przyznać, że wszystko póki co rozegrał idealnie. Dymitr i Gigant byli w więzieniu, Jakub uwolniony, Ika, Medyk oraz Józef w drodze na Drugi Posterunek, a Łysy i Natalia byli martwi. Co prawda druga śmierć raczej nie miała nic wspólnego z nim, ale wciąż działała na jego korzyść.
                Poszliśmy we trójkę do szklarni, bo było tam ciepło i przytulnie. Było tutaj teraz znacznie więcej ludzi niż ostatnim czasem, wszyscy którzy nie byli w stanie pomóc przy sprzątaniu lub odbudowie barykady siedzieli teraz tutaj, spacerowali pomiędzy rzędami upraw i rozmawiali w alejce, gdzie były ławki.  Usiedliśmy we trójkę i odpoczywaliśmy rozmawiając o różnych rzeczach. Krystian szybko polubił Martę i potrafił się z nią dogadać. Zobaczyłam na jej twarzy szczery uśmiech, po raz pierwszy od kiedy się spotkaliśmy. Kiedy Krystian poszedł zaprowadzić Martę do toalety naprzeciwko szklarni ja usiadłam na zwolnionej ławce i przysłuchiwałam się rozmowie dwóch osób obok. Jedną z nich była kobieta, na oko miała około pięćdziesięciu lat. Miała długie czarne włosy i poniszczoną cerę na twarzy oraz dosyć duży nos. Drugą osobą był mężczyzna, jeden ze strażników, bo nosił opaskę Ostoi na ramieniu, a przy pasku miał pistolet oraz nóż. Był w moim wieku, może nieco starszy i prezentował się dosyć nędznie, był chudy, niski i miał zabawny zarost.
- Co ty wygadujesz kobieto? – zapytał z zdenerwowaniem w głosie mężczyzna.
- Mówię ci. Ja się na tym znam. To Dziara jest przywódcą Gangu! – ostatnie słowa powiedziała tak głośno, że byłam pewna, że cała szklarnia je usłyszała.
- Zamknij się cholero! – syknął mężczyzna.
- Powinni wiedzieć, ci biedni ludzie wierzą w niego i w tego drugiego, a jeden z nich jest zdradzieckim wężem, a drugi tchórzem – stwierdziła. Teraz byłam pewna tego, że jest pijana.
- Zaraz przyjdzie tu Szeryf i spędzisz noc na wytrzeźwiałce – próbował ją wystraszyć.
- Tam właśnie zamykają ludzi, którzy zaczynają przeglądać na oczy – prychnęła i wstała.
                Mężczyzna spojrzał na mnie przepraszająco po czym dogonił kobietę i po chwili zniknęli mi z oczu. Byłam złym człowiekiem, a ta kobieta miała rację. To miejsce jest złe. Pomimo iluzji jaką tworzą bezpieczne barykady, wszyscy ci ludzie, to było złe miejsce. Może gdyby zaczął nim dowodzić ktoś naprawdę dobry to byłaby nadzieja na odbudowanie cywilizacji, ale w aktualnym momencie nie było na to szans.  Może rzeczywiście powinnam po prostu stąd uciec najpierw odbijając brata siłą? Miałam tu paru przyjaciół, którzy mogli mi pomóc, na czele z Łapą, której mogłam powiedzieć o jej siostrze. Gdyby Łapa dowiedziała się, że ta jest więziona w podziemiach to skończyłoby się na jeszcze większej masakrze niż wczoraj. Czy mogłam być aż tak samolubna już drugi raz? Nie byłam pewna. Można było powiedzieć, że oswoiłam się z tym, że czasami muszę kogoś zabić, ale żeby od razu przechodzić do dwóch masowych morderstw w przeciągu tygodnia? Nawet jeżeli osoby nie ginęły bezpośrednio z mojej ręki to wciąż ani trochę mnie nie usprawiedliwiało.
                Musiałam poważnie rozważyć tą opcję i przygotować ewentualny plany. Kiedy spróbować wykraść mojego brata, z kim i gdzie potem się udać? Obiecałam sobie, że przemyślę to gdy tylko znajdę chwilkę. Krystian i Marta wracali już z toalety. Uśmiechnęłam się i chwilowo wyrzuciłam z myśli plany ucieczki i po prostu starałam się odprężyć. Noga nie bolała już tak jak parę dni temu i nie kulałam już. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu w szklarni po czym wyszliśmy na zewnątrz, ponownie w stronę baru, żeby coś zjeść. Dawno nie miałam tak spokojnego dnia, kiedy mogłam cały czas odpoczywać i spędzać czas z bliższymi mi osobami. Było to aż dziwne.
                W barze byliśmy świadkami opowieści starego człowieka. Poczułam się jak w filmie, kiedy usiadłam z kubkiem ciepłej herbaty w kręgu słuchaczy, a stary mężczyzna opowiadał historię, nagradzany co jakiś czas brawami i kuflem piwa. Opowieść nie była specjalnie niesamowita, ale sam fakt, który pozwalał oderwać się od rzeczywistości był niesamowity. Nie wiedziałam kiedy za oknami zrobiło się ciemno i znowu zaczął padać deszcz. Staruszek skończył opowiadanie historii i wyszedł, a reszta gości wróciła do stolików i pogrążyła się w rozmowie. Krystian szturchnął mnie i zapytał.
- To co, odstawiamy małą do Miczi?
Skinęłam głową. Wstaliśmy i żegnając się z Czarkiem, właścicielem baru, wyszliśmy w ulewę. Biegliśmy szybko, mijając po drodze patrol straży. Chcieliśmy jak najszybciej uciec przed zimnym deszczem, zanim burza rozpęta się na dobre. Wbiegliśmy przemoknięci do budynku mieszkalnego i skierowaliśmy się w stronę mieszkania Miczi. Powoli wspięliśmy się na schodach, a ja zatrzymałam się na półpiętrze, żeby zdjąć z Marty przemoczoną bluzę. Sama zrobiłam to samo. Koszulka nie była tak przemoczona, ale z racji iż była obcisła to dosyć wyraźnie odciskała moje wdzięki. Zauważyłam wzrok Krystiana i uśmiechnęłam się pod nosem. Mogliśmy spędzić dzisiaj naprawdę miły wieczór.
                Podeszliśmy pod drzwi Miczi i zapukaliśmy. Czekając parę sekund nie usłyszeliśmy żadnej reakcji. Czyżby akurat była na jednym ze spacerów?  Zapukałam nieco mocniej, ale wciąż bez reakcji. Przybliżyłam usta do drzwi i powiedziałam głośniej.
- Miczi to ja Magda! Jesteś?
Tym razem usłyszałam dźwięki krzątania się w tle. Po chwili drzwi się otworzyły i zobaczyłam Miczi. Była bardzo dziwnie ubrana, jakby na wycieczkę w góry.
- Możemy wejść? – zapytałam.
Czarnowłosa szybko przejechała po nas wzrokiem po czym odpowiedziała.
- Jasne, byle szybko.
Weszliśmy do środka jej mieszkania. Było tu ciemno, jedynym źródłem światła była mała lampka stojąca na stoliku. Dzięki niej zauważyłam, że na kanapie stoi spory plecak, obok niego leży karabin oraz pistolet, a także maczeta. Przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi, ale moment później wszystko mi się rozjaśniło.
- Czego chcecie? – zapytała.
- Chcieliśmy cię zapytać, czy nie zaopiekujesz się tą dziewczyną, straciła wczoraj w ataku ojca i nie ma gdzie się podziać – wypalił nagle Krystian.
- Niestety, ale spieszę się – powiedziała tak cicho, że nie byłam pewna tego co usłyszałam.
- Wychodzisz gdzieś? – zapytałam.
                Miczi spojrzała podejrzliwie na Krystiana i Martę. Następnie podeszła do plecaka i wkładając do niego puszkę, którą trzymała w rękach, zapięła go.
- Tak. Opuszczam to miejsce i wracam na trakt. Mam dosyć tego miejsca i wszystkiego co tu się dzieje, a dodatkowo mam niedokończone sprawy, które musze zakończyć. Mam nadzieję, że nikomu nie powiecie, co?
Nagle poczułam, że to może być to czego potrzebuję. Osoba, która może mi pomóc się stąd wydostać. Krystian spojrzał na mnie jakby wiedział dokładnie o czym myślę. Zastanawiałam się chwilę jak to ubrać w słowa, aż w końcu odezwałam się.
- Miczi, daj mi dzień. Zostań jeszcze jeden dzień w Ostoi, a obiecuje, że ci się to opłaci.
Nie wiem czyj wyraz twarzy bardziej mnie zaskoczył – zdziwienie Krystiana, czy kompletny szok Miczi.
- Obawiam się, że nie rozumiem… - zaczęła.
- Zrozumiesz, daj mi dzień, a jutro o tej samej porze zobaczysz jaka to była dobra decyzja. Zaopiekuj się Martą, proszę cię tylko o to – powiedziałam tajemniczo.
- Dobrze… nie wiem dlaczego się na to godzę, ale niech będzie – powiedziała.

- Do zobaczenia jutro o tej porze – rzuciłam, po czym biorąc za rękę Krystiana wyszłam. W mojej głowie powstawał bardzo ciekawy plan. Brakowało w nim tylko jednej rzeczy. Rozmowy z Łapą.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 15: Zbłąkany Ocalały

Rozdział 15, piąty z perspektywy Miczi. W końcu po długim budowaniu tego motywu, rozdział będzie poświęcony autobusowi kierowanemu przez tajemniczego kierowcę. Miczi wraz z Pablordem i Mpd będą starali się tam dostać za wszelką cenę. Czy im się uda? Czytajcie, a się dowiecie! Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym!

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 15 (Miczi): Zbłąkany Ocalały


                Gdy otworzyłam oczy promienie słońca wpadające przez brudną szybę oślepiły mnie na chwilę. Poczułam całkiem przyjemny zapach, więc gdy tylko przetarłam oczy to rozejrzałam się za jego źródłem. Woń wydobywała się z małego garnka, który był ustawiony na prowizorycznej, kieszonkowej, kuchence gazowej. Tuż obok siedział Mpd, który nucąc coś mieszał energicznie zawartość naczynia.
                Poszukałam wzrokiem Pablorda i zauważyłam, że ten czyści broń oparty o ścianę obok. Gdy tylko zauważył, że wstałam przywitał mnie.
– Wyspałaś się? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam przeciągając się – dziękuje.
– Nie dziękuj – odpowiedział uśmiechając się – naprawdę nie ma za co.
Było za co. Poczucie bezpieczeństwa. Towarzystwo potrzebne w tym cholernym świecie. Pomoc w dostaniu się do bezpiecznej strefy w Toruniu. To wszystko to były wielkie rzeczy.
                Mpd również mnie przywitał i gestem ręki zaprosił bliżej, bo zaczął nakładać jedzenie do misek. Ugotował warzywa z kawałkami mięsa razem z sosem, w którym mięso było przechowywane w puszce. Wyszło mu całkiem smacznie i od razu, kiedy dostałam swoją porcję to zjadłam ją z apetytem. Podczas jedzenia Pablord zapoznał mnie z ich planem.
– W sumie warto już teraz coś ustalić ludzie. Autobus pojechał teraz na wschód, ale  jutro wieczorem będzie na przystanku na zachód stąd, niedaleko miasta Ostrów Mazowiecka. Tam jest nasza szansa na złapanie go. Jedyny problem jest taki, że mamy tam ponad czterdzieści kilometrów, a to jest całkiem sporo jak na dwa dni podróżowania na piechotę w taką pogodę – wytłumaczył, pokazując trasę na wyciągniętej z kieszeni mapie.
– Czemu autobus nie wraca tą samą trasą przez Zambrów? – zapytałam.
– Kierowca obmyślił dosyć sprytny plan, dzięki któremu zahacza o większą ilość miejscowości. Dzięki temu wozi więcej ludzi do Torunia, gdzie po pierwsze mają bezpieczeństwo, a po drugie przydają się – odpowiedział Pablord.
– Zbiera wszystkich z tych przystanków? Nie boi się, że pewnego dnia trafi na bandytów i zawiezie ich prosto do tej strefy w Toruniu?
– Miczi uwierz nam na słowo, że bandyci omijają ten autobus z daleka. Kierowca umie sobie z nimi poradzić. Strasznie dobrze strzela z broni, a poza tym rzadko, kiedy pozwala trzymać broń palną przy sobie. Zazwyczaj przy wejściu na pokład tego pięknego pojazdu musisz wrzucić całą amunicję i broń palną do bagażnika. Dopiero w Toruniu jest oddawana pasażerom, którzy nie przejawiają agresji – rozgadał się Mpd.
– Od jak dawna jeździ po tej trasie?
– Od niecałych dwóch tygodni – odpowiedział na moje pytanie Pablord.
Zabawne, pomyślałam. Dokładnie niecałe dwa tygodnie to wszystko się posypało. To właśnie wtedy Bobru, Kiciuś i Marcin pojechali po zapasy i nie wrócili.
– Rozumiem, że autobus zawiezie nas bezpiecznie na miejsce? – zadałam kolejne z pytań, które chodziły mi po głowie.
– Oj tak. Powiem ci w tajemnicy, że gdy wejdziesz do Obłąkanego Ocalałego to na pewno poczujesz się jak w domu – mówiąc to uśmiechnął się tajemniczo.
                Nie wiedziałam co ma na myśli, ale w sumie zawsze lubiłam niespodzianki i jeżeli ta miała być pozytywna to z chęcią dam się zaskoczyć. W końcu od czasu wybuchu apokalipsy wszystkie niespodzianki wiązały się z czyjąś śmiercią.
– Niech wam będzie. Opowiecie mi coś o tej całej Ostoi Ocalałych?
– Oczywiście. Nie chcemy ci za dużo zdradzać, ale miejsce jest świetnie przygotowane. Grube mury, mnóstwo strażników i broni, a to wszystko w jednej z wschodnich dzielnic Torunia. Gdy to całe pardoństwo się zaczęło – zauważyłam w tym momencie, że Mpd zaraz opowie mi całą historię, używając tych swoich śmiesznych zwrotów, ale nie przeszkadzało mi to, w sumie brakowało mi rozgadanych osób – to Karzeł od razu wiedział jak działać. Wziął naszego kumpla Dziarę i zaczęli budować społeczność. Czekali na Bobra, który się tam z nami umówił. Gdy my dotarliśmy tam z Wałbrzycha to nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Wszystko działa tam tak jak kiedyś, są ludzie, którzy normalnie tam pracują, uczą się i tym podobne. Karzeł zawsze powtarza – uczcie się, to może wam się przydać. Wszyscy darzą go szacunkiem za to, co stworzył. My też tam pracujemy z Pabim. Jesteśmy grupą uderzeniową, tak zwanymi Czerwonymi Flarami. Nazwa wzięła się stąd, że w jednej z fabryk znaleźliśmy ogromne ilości czerwonych flar i od tamtej pory ich używamy – wszystko to opowiadał na jednym wdechu, więc gdy wziął haust powietrza, odetchnęłam z ulgą.
- Ale zboczyłem z tematu. Wracając, mieszka tam teraz około dwustu osób. Panują tam ciężkie zasady i wszyscy muszą być zdyscyplinowani, żeby to działało jak w zegarku. Ale jakoś nam się udaję i… – kontynuował, aż przerwał mu Pablord.
– Mpd zamknij się do cholery i nabierz powietrza, bo zaraz się udusisz – powiedział żartobliwie, ale też poważnie – Miczi dowiedziała się już sporo, zostawmy resztę magii tego miejsca na czas gdy tam dotrzemy. Musimy teraz się zbierać. Mamy dużo kilometrów do przejścia – to mówiąc wstał i zaczął pakować rzeczy do wyjścia.
                Pierwsze wrażenie jakie zrobiła na mnie ta dwójka było piorunujące. Wydawali się być ludźmi ulepionymi z twardej gliny, ale też potrafiącymi cieszyć się z życia. Rozgadany Mpd i poważny Pablord. Miałam nadzieję, że dotrę z nimi bezpiecznie do Ostoi. Z tego co dowiedziałam się od Mpd, to miejsce wydawało się być idealne, żeby przeżyć tam długie lata w względnym bezpieczeństwie.  Miałam nadzieję, że będę mogła ocenić to sama.
                Gdy wyszliśmy na zewnątrz słońce wisiało wysoko na horyzoncie. Byłam ciekawa czy zdążymy dotrzeć na przystanek na czas. Bez zbędnego marnowania czasu ruszyliśmy. Droga nie była łatwa. Na początku musieliśmy wydostać się z miasta. Co prawda znajdowaliśmy się w jego centrum, ale nie było ono duże i szybko trafiliśmy na przedmieścia. Nie spotkaliśmy za dużo zombie, całe szczęście pojedyncze trupy, które nas zobaczyły z daleka były zbyt wolne, żeby podejść i z nami walczyć. Pablord podarował mi pistolet, którego używał jako broni drugorzędnej. Wygodny mały rewolwer z komorą na sześć krótkich, aczkolwiek zabójczych pocisków. Podziękowałam mu i schowałam go do kieszeni w kurtce, chwaląc się nowym towarzyszom znalezioną parę dni temu maczetą.
                Gdy opuściliśmy miasto staraliśmy się trzymać drogi, ale nie zawsze było to możliwe. Gdy mijaliśmy po drodze wioski, w których widać było sporo zombie to omijaliśmy je polnymi ścieżkami, które były mocniej zasypane przez śnieg, przez co jeszcze trudniej się było nimi poruszać. Przez długie godziny szliśmy rozmawiając i poznając siebie coraz lepiej. Pablord i Mpd wydawali się być ciekawymi ludźmi. Opowiedzieli mi jak wydostali się z Wałbrzycha.
– To w sumie nie jest najciekawsza historia – zaczął Pablord, pijąc wodę ze słoika, na jednym z postoi – Mpd był akurat u mnie w domu i nagle usłyszeliśmy syreny alarmowe. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem prawdziwy koszmar. Wyglądało to jak gra komputerowa, wszyscy biegali i krzyczeli, a pomiędzy nimi były trupy. Mnóstwo trupów. Wtedy wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, ale myśleliśmy, żeby zostać w mieszkaniu i przeczekać najgorsze.
– Wtedy okazało się – dopowiedział Mpd – że rodzina Pablorda też już jest przemieniona, tak jak cały blok, w którym mieszkał. Dlatego też nie mieliśmy za dużo czasu na pakowanie. Wzięliśmy odrobinę zapasów i z największym trudem zjechaliśmy windą na dół po czym puściliśmy się biegiem na północ do jednego z lasów. Tam w sumie dopiero oswoiliśmy się z tym co nas spotkało. Początkowo nie wiedzieliśmy kompletnie co robić, byliśmy zagubieni, ale w końcu postanowiliśmy działać. Pablord przypomniał sobie o tym, że w razie takiego zdarzenia Bobru kazał nam spotkać się w Toruniu, więc tam ruszyliśmy. Droga była ciężka i długa, ale poruszaliśmy się autem i jakoś to szło.
– W sumie po drodze dochodzili do nas ludzie i odchodzili. Raz jechaliśmy nawet z czterema innymi osobami, ale nikt z nich nie dotarł do Torunia. Gdy się tam pojawiliśmy z Mpd to byliśmy wykończeni i ledwo żywi. Całe szczęście trafiliśmy w dobre miejsce, chyba jedyne, które aktualnie jest tak bronione. Wszystkie inne miasta, Kraków, Wrocław, Warszawa, Gdańsk, Lublin, wszystko upadło, albo umiera. A Toruń jest jedynym poważnym miejscem obrony. Dlatego tam idziemy – dokończył historię Pablord.
                Ja z kolei przy każdym kolejnym postoju opowiadałam im coś o sobie. Kolejne szczegóły historii poznania Bobra w Białymstoku, pomocy w dotarciu do Królowego Mostu, życia w Obozie przez parę tygodni oraz wiele innych. O dziwo na naszej trasie spotykaliśmy niedużo zombie, mieliśmy na tyle szczęścia, że nie wpadliśmy na żadne stado. Szybko ranek zamienił się w wieczór i zaczęliśmy szukać miejsca na spędzenie nocy, w jednej z wioseczek na trasie Zambrów–Ostrów Mazowiecka.
                Skradaliśmy się wśród domów na błotnisto–śnieżnej ścieżce i ocenialiśmy, który z zrujnowanych budynków zapewni nam odpowiednią ochronę przed zimnem i wiatrem. Oczywiście w wiosce było parę trupów, które szwendały się powoli, szukając pożywienia. Jeden z domów, wyglądał idealnie, więc zaczęliśmy się do niego zbliżać. Na podwórzu były dwa trupy. Jednym z nim zajęłam się sama, podbiegając i wbijając mu maczetę w tył czaszki. Drugiego zabił Mpd, który użył do tego długiego pręta, który miał przywiązany do plecaka. Pręt był zakończony naostrzonym fragmentem metalu i nadawał się idealnie do przebijania przegniłych ciał zombie.
                Gdy tylko zabiliśmy dwa trupy, usłyszeliśmy kolejne nadchodzące w naszym kierunku. Musieliśmy je zabić teraz, bo nad ranem mogą nam skutecznie uniemożliwić wyjście. Pablord kazał Mpd pobiec do domu i zobaczyć czy jest otwarty, a sam w tym czasie ruszył do furtki w płocie, gdzie zamachnął się, podobnym do tego Mpd, prętem i powalił kolejnego trupa. Kolejne trzy wyszły z tyłów podwórka, więc pobiegłam w ich stronę i pierwszego załatwiłam dwoma cięciami maczety. Kolejny skoczył na mnie wyjątkowo gwałtownie i  wywrócił mnie na twardy śnieg, ale całe szczęście zepchnęłam go i kopnęłam obunóż, żeby dać sobie chwilę na wstanie. Gdy się podniosłam ten sam szarżował na mnie ponownie, ale tym razem byłam szybsza i odskoczyłam w lewo tnąc maczetą i przecinając jego głowę na pół. Wykorzystując ciężar uderzenia, przeskoczyłam na drugą nogę i zamachnęłam się potężnie na drugiego, trafiając go czysto w gardło i ciągnąc ostrze w górę go również powaliłam.
                Pablord w tym czasie broniąc furtki powalił kolejne dwa trupy i podchodził do ostatniego w okolicy, którego nabił na pręt po czym kopnął, a następnie dobił leżącego przebijając mu czaszkę prętem. Oczyściliśmy okolicę i podeszliśmy do Mpd, któremu udało się otworzyć drzwi. Środek chatki, którą wybraliśmy był całkiem przytulny. Przeszukaliśmy szybko trzy izby i łazienkę, żeby zobaczyć, czy nikt tu się nie chowa i położyliśmy swoje rzeczy w salonie, szykując się do zjedzenia czegoś i pójścia spać. Salon był sporym pomieszczeniem, w którym stał telewizor, parę szaf, oraz spora kanapa, który była tak zakurzona, że jak Pablord na niej usiadł to na chwilę zniknął w tumanach kurzu.
                Mpd znalazł w kuchni butlę z gazem i użył jej do przygotowania jedzenia. W tym czasie Pablord szykował nam posłania z kocy znalezionych w jednej z szaf i poduszek. Gdy tylko skończył położył się na jednym z nich i odetchnął głęboko. Przyświecaliśmy sobie lampą gazową, którą moi towarzysze mieli ze sobą. Z tego co zauważyłam do tej pory Mpd i Pablord uzupełniali się doskonale. Pablord radził sobie z planowaniem drogi, trzymaniem dyscypliny, walką oraz utrzymywaniem drużyny w dobrym duchu, przez swoje żarty i ogólną dobra aurę, którą roztaczał, a z kolei Mpd umiał forsować zamki, gotować, korzystać z mapy, prowadzić auto i wiele, wiele innych. Dzięki temu we dwóch potrafili przetrwać wiele i szczerze im tego życzyłam.
                Po zjedzeniu kolacji prawie natychmiast zasnęliśmy. Nikt nie miał siły stać na warcie, byliśmy przemarznięci i przeraźliwie zmęczeni. W końcu dzisiaj przeszliśmy około dwudziestu kilometrów na piechotę. Gdy wstaliśmy słońce dopiero pojawiało się na horyzoncie. Wyspałam się całkiem dobrze i po zjedzeniu śniadania byliśmy gotowi. Pablord podczas jedzenia ciągle się wygłupiał, robiąc głupie miny i opisując nieprzyjemne rzeczy, który mogły być w tym co zrobił nam Mpd. Ci dwaj byli świadkami jak pierwszy raz od wielu dni na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
                Gdy opuściliśmy domostwo i wyszliśmy na drogę zauważyliśmy kogoś w oddali. Pablord natychmiastowo spoważniał i syknął do nas.
– Na ziemię pod płot.
Posłuchaliśmy się go i obserwowaliśmy postać idącą wzdłuż głównej drogi  prowadzącej do Ostrowa Mazowieckiego. Postać stała idealnie na linii słońca, więc ciężko było powiedzieć o niej coś więcej. Na pewno utykała i wspierała się jakimś kijem. Nie widać jednak było czy ma broń. Niestety skupiliśmy na niej tak bardzo, że nie usłyszeliśmy skrzypnięcia śniegu, które ostrzegłoby nas przed zombie, które zakradło się do nas od tyłu i rzuciło się na Mpd. Gdyby nie plecak, Mpd zostałby ugryziony w chwilę, ale na jego szczęście zombie położył się na wypchany pakunek i starał się dorwać do jego szyi. Mpd wrzasnął ze strachu co zaalarmowało ocalałego idącego drogą. Pablorda jednak teraz to nie obchodziło. Rzucił się na pomoc przyjacielowi, spychając zombie i sięgając po pręt.
                Ja w tym czasie wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam w stronę ocalałego, który klękając przy jednym z płotów mierzył do nas z broni. Na pierwszy rzut oka był to jakiś model karabinu do polowań na zwierzęta. Pablord i Mpd poradzili sobie akurat z trupem, kiedy usłyszeliśmy głos.
– Nie mam złych zamiarów! Nie podchodźcie do mnie, a nie strzelę! – zawołał. Głos był podobny do głębokiego głosu Pablorda, aczkolwiek trochę inny. Pablord wyszedł przed szereg i rzucając broń pod nogi zawołał.
– My także nie mamy złych zamiarów. Jesteśmy z Toruńskiej Ostoi Ocalałych i tam właśnie zmierzamy. Nikt nie musi walczyć – zapewnił podchodząc parę kroków bliżej.
– Już nie takie gówna słyszałem, po czym traciłem kolejne osoby w grupie. Po prostu nie podchodź do mnie człowieku, jeżeli zależy ci na życiu – krzyknął mężczyzna.
– Nie to nie. Daj nam odejść w  naszą stronę – powiedział ze złością w głosie Pablord, cofając się w naszą stronę.
                Ocalały mierzył do nas jeszcze przez chwilę po czym podniósł się ciężko i zaczął się cofać.  My także podnieśliśmy się i zaczęliśmy iść w drugim kierunku. Chyba po raz pierwszy spotkałam Ocalałego, który po spotkaniu mnie lub moich towarzyszy nie zaczął strzelać lub nie zginał. Pablord imponował mi stalowymi nerwami, jak w tej sytuacji. Gdy tylko odeszliśmy kawałek i nie widzieliśmy już ocalałego to zwrócił się do Mpd.
– Nie piszcz jak baba następnym razem, do cholery – powiedział jak zawsze pół żartem, pół serio.
– Sorka. Zaskoczył nas, myślałem, że zginę.
– Jeszcze raz tak wrzaśniesz to sam cię ugryzę – odgryzł się Pablord.
                Dalsza podróż mijała bezproblemowo. Do przystanku mieliśmy już niecałe dziesięć kilometrów, a autobus miał tam być na wieczór według zapewnień Pablorda. Zastanawiałam się jaka niespodzianka, o której mi mówili, mnie w nim spotka. Czyżby ta cała sytuacja była jakimś wrednym żartem i tak naprawdę to pułapka? Wątpiłam w to, Pablord i Mpd byli tak szczerymi ludźmi, że nie mogliby mi czegoś takiego zrobić. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle uderzyło mnie jedno z pytań, które pojawiają się w głowie człowieka nie wiadomo kiedy, ani dlaczego. Co przeżył człowiek, którego właśnie spotkaliśmy? Jaka jest jego historia?  Co przeżył od wybuchu apokalipsy? Ile stracił, a ile zabrał komuś? Takie pytania nigdy nie znajdą odpowiedzi, a zostaną gdzieś głęboko w pamięci. Tak to działa.
                Popołudniu zatrzymaliśmy się w niedużym zagajniku, żeby odpocząć i rozejrzeć się po okolicy i spróbować znaleźć się na mapie. Po chwili zidentyfikowaliśmy miejsce, w którym jesteśmy z Pablordem i usłyszeliśmy ponownie krzyk Mpd. Tym razem nie było to przerażenie, a bardziej zdziwienie. Zawołał nas do siebie i zobaczyliśmy coś, czego nie chcieliśmy zobaczyć. Lasek, w którym byliśmy znajdował się na sporym wzgórzu i widać było stąd naprawdę sporo okolicy. Zobaczyliśmy odległe zarysy Ostrowa Mazowieckiego i ogromną czarną plamę na drodze przed miastem. Stado zombie. Szły w naszą stronę, chociaż póki co były oddalone od nas o ponad pięć kilometrów. Pablord westchnął cicho, a Mpd po prostu nie mógł uwierzyć.
                Takie stado nie poruszało się szybko, ale przemierzało dziennie sporo kilometrów. Do wieczora zostało nam już niedużo czasu, a jeżeli autobus nie przyjedzie na czas to prawdopodobnie nie będziemy mogli poczekać na przystanku bo znajdował się on na trasie stada. Zaczęła się ogromna gra z czasem. Szybko zakończyliśmy nasz mały popas i ruszyliśmy szybkim marszem w dół wzgórza w stronę naszego celu. Nie rozmawialiśmy już, każdy z nas wiedział, że musimy przebyć te pozostałe parę kilometrów do przystanku bardzo szybko, a droga nie była krótka i łatwa.
                Około godzinę później zaczęło się robić powoli ciemno. Byliśmy u zboczu wzgórza i staraliśmy się znaleźć most, żeby przejść przez zamarzniętą rzekę. Przejście przez lód mogło się wiązać z wpadnięciem w lodowatą wodę i śmiercią, więc nawet nie próbowaliśmy tego zrobić. Teraz liczył się czas, a rzeka skutecznie nas zatrzymała. Zaczęłam powoli panikować, słysząc odległe, aczkolwiek coraz bliższe, jęczenie. Był to chyba najbardziej koszmarny i demotywujący dźwięk. Setki martwych ludzi podążających w upiornym marszu, aż do znalezienia kolejnego źródła pożywienia.
                W końcu po około dziesięciu minutach zobaczyliśmy w oddali most, który będzie mógł nas przetransportować na drugą stronę rzeki, gdzie był przystanek. Teraz wręcz biegliśmy, a nie maszerowaliśmy. Każda chwila się liczyła. Wydawało mi się, że z każdym krokiem zombie są coraz bliżej, a słońce coraz niżej. Przebiegliśmy most, który skrzypiał nieprzyjemnie, gdy go przemierzaliśmy i znaleźliśmy się na drugiej stronie. Pablord sapnął, że do przystanku zostało niecałe pięćset metrów. Byliśmy teraz na drodze, widać było już nawet przystanek, ale co najgorsze kawałek z przodu nadchodziły zombie. Znajdowaliśmy się w takim miejscu, że wszędzie na około widać było pola i lasy, oraz wzgórze, z którego zbiegliśmy.
                Gdy dotarliśmy do przystanku byliśmy wykończeni. Usiedliśmy na ławce i modliliśmy się, żeby Zbłąkany Ocalały nadjechał jak najszybciej. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie ominęliśmy go już, ale Pablord powtarzał, że nie ma takiej możliwości.
– Autobus może przyjechać później, ale nigdy nie odjedzie wcześniej. Jego kierowca to dokładny człowiek. Zachowujcie się teraz cicho.
Posłuchaliśmy go i chowając się na niedużym przystanku czekaliśmy. Wszyscy byli zdenerwowani. Poczułam jak ręce drżą mi ze strachu i zdenerwowania. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Jeżeli nie opuścimy tego miejsca za około dziesięć–piętnaście minut to będziemy ścigani przez całe stado.
                Zauważyłam, że Pablord i Mpd też są zdenerwowani. Atmosfera była nieprzyjemna i mroczna. Świat coraz bardziej znikał w ciemnościach. Ostatnie promienie słońca gasły na naszych oczach. Zombie były coraz bliżej sprawiając, że zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie. Pablord  wpadł nagle na pomysł i kazał nam po cichu podążać za sobą. Opuściliśmy wnętrze przystanku i stanęliśmy na poboczu.
– Jesteście gotowi poświęcić wszystko, żeby dostać się do Torunia? – zapytał śmiertelnie poważnie.
Nie namyślałam się długo.
– Oczywiście. Co właściwie planujesz? – zapytałam.
Podszedł do ściany przystanku i uklęknął. Przez chwilę bałam się, że będzie kazał nam uciekać, a sam zatrzyma trupy, ale całe szczęście jego plan wyglądał inaczej.
– Wespniemy się na dach przystanku. Tam przy odrobinie szczęścia będziemy mieli parę cennych chwil więcej, póki nie przyjedzie autobus. Oczywiście jeżeli z jakiegoś powodu Zbłąkany Ocalały gdzieś zaginął, albo jego załoga została zabita, to zginiemy tutaj. Ale jeżeli chcemy dzisiaj być w autobusie to nie ma innego wyjścia – stwierdził układając ręce w tzw. „schodki”.
                Byłam gotowa zaryzykować. Ucieczka przed stadem nie wchodziła za bardzo w grę. Teraz byliśmy w takiej pozycji, że jedynym sensowym wyjściem było poczekanie na tajemniczego kierowcę. Zapasy się nam kończyły, stado było coraz bliżej, a my byliśmy potwornie zmęczeni. Biorąc rozpęd odbiłam się od rąk Pablorda i z wielkim trudem wspięłam się na blaszany dach przystanku. Położyłam się i po chwili dołączył do mnie Mpd. Razem pomogliśmy wspiąć się Pablordowi i leżąc czekaliśmy. Wszyscy oddychali ciężko i drgali ze strachu. Stado było już przy przystanku. Pierwsze trupy podchodziły do nas swoim ospałym krokiem. Za około dziesięć minut, o ile trupy nas wyczują, to będziemy otoczeni przez dziesiątki z nich.  Usłyszałam syk i zobaczyłam, że Pablord odpalił flarę. Zombie spojrzały na nas i zobaczyłam w ich rybich oczach rządzę mordu.
                Parę z nich zaczęło uderzać w ściany przystanku, raczej nie dadzą rady go po prostu zburzyć, ale sprawiały, że denerwowaliśmy się jeszcze bardziej. Dach przystanku znajdował się mniej więcej na wysokości dwóch metrów, więc zombie nie dawały rady sięgać po nas, ale wyciągały swoje połamane, zgniłe łapska. Aktualnie otaczało nas ich około sześciu, ale kolejne ciągnęły do nas i z każdą minutą robiło się ich coraz więcej. Autobusu wciąż nie było widać i powoli zaczęłam godzić się z tym, że to może być nasz koniec.
                Flara oświetlała najbliższą okolicę. Mpd odpalił drugą i rzucił ją w tłum zombie, aby chociaż na chwile je czymś zająć. Gdy jego flara przelatywała nad stadem zamarłam. Było ich tak dużo. Niektóre zaczęły się wspinać po sobie, co sprawiło, że musieliśmy zacząć walczyć. Pozycja była doskonała, mogliśmy stąd bronić się długi czas, ale w końcu nie damy rady i dorwą nas. Traciłam nadzieję, chociaż walczyłam ramię w ramię z Pablordem i Mpd. Wtedy usłyszeliśmy trąbnięcie.
                Rozejrzeliśmy się i zobaczyliśmy mknący przez pola autobus. Jego światła oślepiły nas, ale dały też siłę i nadzieję. Trzymaliśmy się zastanawiając się jak wsiądziemy do środka. Zombie wspinały się do nas i oblegały cały przystanek. Autobus podjechał na jego tyły i zobaczyłam jak klapa się otwiera. Do dachu autobusu mieliśmy około metra z kawałkiem więc jedyne co mogliśmy zrobić to skoczyć. Pablord i Mpd rzucili swoje plecaki, trafiając prosto w dziurę  i kazali mi skakać pierwszej. Przemogłam się i pomimo ogromnego strachu wzięłam rozpęd na tyle na ile pozwoliła mi powierzchnia dachu i zaczęłam biec. Skoczyłam.
                Trafiłam na dach autobusu i upadłam ciężko na prawy bok. Żyłam. Wskoczyłam do środka i po chwili zobaczyłam jak zeskakuje Pablord i Mpd. Wpadłam w ich ramiona. Cieszyliśmy się jak dzieci,  udało nam się. Byliśmy w Zbłąkanym Ocalałym. Kierowca ruszył i szybko skręcił w prawo omijając trupy, które zaczęły podążać w stronę autobusu i zręcznie wyjeżdżając na pola i zostawiając stado w tyle. Rozejrzałam się po wnętrzu i zobaczyłam trzy osobę siedzące na losowych miejscach. Staruszek, oraz dwie młode kobiety. Nie znałam ich i póki co nie chciałam poznać. Bardziej interesował mnie kierowca, który jechał teraz w stronę lasu. Świetnie radził sobie za kółkiem. Wnętrze Zbłąkanego Ocalałego było w dosyć opłakanym stanie, ale sama przekonałam się, że pojazd radzi sobie świetnie podczas jazdy na ciężkim terenie.
                Pablord zachęcił mnie, żebym podeszła do pomieszczenia kierowcy. Nie wiedziałam czego się tam spodziewać. Bałam się trochę, ale też czułam przyjemne podniecenie. Odwróciłam się raz jeszcze żeby spojrzeć na moich towarzyszy. Obaj kiwnęli zachęcająco głowami. Podeszłam powoli i spojrzałam na kierowcę.
                Prowadził w absolutnym skupieniu i początkowo nie wiedziałam co Pablord i Mpd mieli na myśli. Jego twarz porastała broda, a na kamizelce miał skrót „T.O.O”. Wtedy spojrzał na mnie i poznałam jego bystre spojrzenie i charakterystyczny uśmiech. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Złapałam się ciężko poręczy i poczułam łzy napływające mi do twarzy. Widziałam tego człowieka ostatnio dwa tygodnie temu. Byłam pewna, że zginął. To właśnie między innymi go szukałam.

                Za kierownicą siedział Kiciuś.