Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 14. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 14. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2017

Rozdział 14: Decyzja podjęta

Rozdział 14, pierwszy z perspektywy Irka. Po tym jak Erni spotkał go na drodze uznałem, że kontynuowanie przygody z jego oczu będzie znacznie ciekawsze, biorąc pod uwagę jaką rolę odegra w przyszłych wydarzeniach i kim się właściwie stał. Rozdział opowie nieco o tym, co działo się z Irkiem podczas jego nieobecności, jak przetrwał i kto mu w tym pomógł. Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodoba, zapraszam do czytania i komentowania.

POV:
Irek - Rozdział 14 - Dzień 5-6
Bobru - Dzień 5-6 - W drodze do Płońska
Zuza - Dzień 5-6 - Została w obozie w Płocku

--------------------------------------------------------

Rozdział 14: Decyzja podjęta (IREK)


                Gdy wybiegłem na drogę i zobaczyłem postać z nożem w ręku to zamarłem. Było już ciemno, ale mimo wszystko poznałem ją. Był to Ernest. Mężczyzna, który jeździł Zbłąkanym Ocalałym, a od niedawna zajmował się oczyszczaniem dróg. Nie mogłem uwierzyć w szczęście jakie poczułem gdy go zobaczyłem. Nie było to jednak szczęście związane z spotkaniem kogoś znajomego po ponad tygodniu nieobecności. Jedyne osoby jakie widziałem przez ten cały czas, odkąd zostałem uratowany przed ogromnym stadem nadchodzącym ze wschodu, byli Zszyci. To ich przywódca, syn Włodka z farmy na której stawialiśmy punkt strategiczny, Czarek uratował mnie przed stadem, a następnie zabrał ze sobą z powrotem na farmę. Początkowo próbowałem uciekać, ale właściwie tak głęboko w terytorium wroga nie miałem żadnych szans. Poza tym byłem bardzo ciekaw dlaczego nie zostałem zabity, albo zostawiony na pastwę stada.
                Dokładnie siedem dni temu stanąłem ponownie przed tymi samymi drzwiami i znowu otworzył mi Włodek. Teraz jednak zachowywał się nieco inaczej, prawdopodobnie przez obecność syna. W domu oczywiście były jeszcze żona Włodka, oraz dziewczyna Czarka. Nie byłem pewien co się ze mną stanie, ale wiedziałem, że jeżeli chcę przeżyć i wrócić do Torunia czy Inowrocławia, to muszę po prostu to przetrwać. Nie mogłem niczego próbować bo byłem absolutnie bez szans. Czarek nakarmił mnie, przygotował kąpiel, a następnie czystego i najedzonego zabrał do swojego pokoju. Tego samego pokoju, w którym spałem jak byłem tu jeszcze z całą grupą. Czarek wskazał mi krzesło stojące przy jednej z szaf, a sam usiadł na łóżku.
- Ci dwaj to moi idole – wskazał obrazy dwóch postaci historycznych, które wisiały na ścianie – Ta dwójka wymyśliła maszynę do szycia, oraz zapoczątkowała rewolucje w tej dziedzinie. Kiedyś nie obchodziliby mnie całkowicie. Ale gdy odkryłem jak doskonałym kamuflażem są fragmenty skóry trupów to całkowicie się w to wciągnąłem. No i teraz mam całą, ogromną grupę pozszywanych ludzi, którzy nie muszą się już bać, że zostaną ugryzieni. Przynajmniej tak długo jak trzyma szew.
                Słuchałem go w milczeniu. Nie patrzył na mnie, wciąż wpatrywał się w obrazy wiszące na ścianie.
- Pewnie zastanawiasz się co tu robisz. Cóż, nie ukrywam, że nie jestem specjalnie tolerancyjny, jeżeli chodzi o ludzi, którzy nie dość, że przejeżdżają przez te tereny, to jeszcze dodatkowo zatrzymują się na farmie moich rodziców i to akurat wtedy, kiedy wszyscy moi ludzie, razem ze mną, wyruszają na północ, żeby pomóc grupie ocalałych do której należysz. To nie jest ciekawe uczucie, zobaczyć, że ktoś jest przy twoich rodzicach i właściwie może ich zabić w każdej chwili. Ale oszczędziłem cię, ponieważ zaimponowałeś mi w dwóch sprawach. Wiesz jakich? – zapytał.
Pokiwałem przecząco głową. Zainteresowały mnie słowa o pomocy moim przyjaciołom, ale bałem się mu przerwać.
- Po pierwsze nie dość, że nie zaatakowałeś moich rodziców, a wręcz im pomogłeś w sprawach gospodarczych to jeszcze dodatkowo uszanowałeś ich prośbę i poczekałeś z postawieniem tego swojego śmiesznego punktu. Po drugie wtedy, kiedy przyjechałem z akcji w Grudziądzu i zobaczyłem ciebie, od razu zauważyłem, ze nie jesteś zwykłym człowiekiem. Te rany i blizny… To ugryzienia?
- Tak – odpowiedziałem cicho.
- Powiesz mi, jakim cudem jeszcze żyjesz? – zapytał z nieukrywanym podekscytowaniem.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałem szczerze.
- Nikt cię nie badał? Myślałem, że ciekawość Bena weźmie górę. W końcu ten pomyleniec myśli, że odkryje tajemnice trupów, zrozumie wirus i znajdzie antidotum. Naprawdę ominął taką sytuację? Niesłychane.
- Co się ze mną stanie? – zapytałem, gdy Czarek przez dobre paręnaście sekund nic nie mówił.
- Dam ci wybór. Wiesz teraz bardzo dużo o mojej grupie. Niebezpiecznie dużo. Dlatego jeżeli chcesz żyć, musisz pracować dla mnie. I nie uwierzę w zwykłe „obiecuje”. Musisz dowieść swojej lojalności. Ale żeby lepiej zrozumieć to wszystko, muszę ci opowiedzieć nieco o mojej wizji. Wysłuchaj mnie, a potem sam ocenisz, czy warto dać mi szansę, czy lepiej dołączyć do grona osób, których już nie ma na tym świecie.
- Mogę przedtem o coś zapytać? – zapytałem ostrożnie. Czarek spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Oczywiście – powiedział.
- Co to za akcja w Grudziądzu? Mówiłeś, że pomogłeś moim przyjaciołom – powiedział.
- Bo pomogłem. Uratowałem ich życia. Ale to wszystko wyjaśni się, jak nieco ci opowiem o tym jak widzę świat, który nas otacza. Słuchasz? Dobrze. Moim zadaniem na tym świecie jest pilnowanie porządku. Wraz z moimi ludźmi, używając kamuflażu doskonałego, potrafimy zrobić wiele. Zmienić wyniki wydarzeń atakując z zaskoczenia. Zbierać informacje jak nikt inny. Kontrolować trupy i prowadzić je w odpowiednie miejsca spuszczając zagładę. Kontroluje te tereny i dostosowałem się do tego świata tak, jak nikt inny dotychczas – zaczął wywód, nie ukrywając dumy w swoich słowach – Nie zależy mi jednak na wybiciu pozostałych obozów. Bądź co bądź, ale uważam was za ciekawych i silnych ludzi. Radzicie sobie doskonale z tym co macie i zakładacie kolejne obozy, przejmując coraz większą kontrolę nad tym obszarem. Ja jednak chcę mieć asa w rękawie. Chcę kontrolować was w sposób, który nie będzie oznaczał wojny, a jedynie zdrową i uzasadnioną obawę, o bunt. Dlatego, chcę mieć w każdym obozie osobę, która będzie mogła jakoś wpływać na przebieg wydarzeń, a dodatkowo zrobi co trzeba, jakby zaczęło się robić za gorąco. Swego rodzaju szpiega, agenta, nazywaj to jak chcesz.
- I ja mam być tym szpiegiem?
- Nie zrozum mnie źle. Nie mam wcale jakichś wygórowanych wymagań. Chcę po prostu, żebyś pokazał mi swoją lojalność, a dodatkowo, gdy już wrócisz, żebyś był gotów od czasu do czasu trochę namieszać, szczególnie jak wasze obozy będą chciały mi zagrozić. Nie jestem waszym wrogiem. Chcę po prostu zachować kontrolę. Tak jak mówiłem pomogłem wam. Wróciłem dwa dni temu z Grudziądza, gdzie straciłem dziesiątki ludzi. Co prawda nie chciałem tylko pomóc wam, ale cieszę się, że udało mi się to przy okazji. Moim głównym celem było zaatakowanie Złomiarzy, kiedy ci nie wiedzieli za bardzo co się dzieje. Chociaż ja straciłem sporo ludzi to oni stracili ich znacznie więcej. Nie jestem pewien, czy pozbierają się po tym ciosie.
- Co miałbym zrobić, żeby dowieść tej lojalności? – zapytałem.
- Czyli jednak cię to interesuje? Doskonale. Nic trudnego właściwie. Musisz mi przyprowadzić kogoś, kto jest ważny dla Torunia i Inowrocławia. Właściwie gdyby nie fakt, że przydasz mi się tam, to byłbyś idealnym kandydatem. Dlatego wiesz jakie osoby mnie interesują.
- Mam zabić tą osobę? – zapytałem.
- Nie – odpowiedział szybko – Po prostu przyprowadzić ją w jedno z miejsc, gdzie przejmą ją moi ludzie. Wtedy zabiorę ją do siebie i zamknę. Jeżeli, któryś obóz będzie próbował mi zagrozić, załóżmy, że Toruński, to wtedy ty namieszasz od środka, a ja dodatkowo będę miał zakładnika. Oczywiście osoba ta będzie traktowana dobrze. Nie jestem sadystą. Zostanie zabrana do specjalnego miejsca, w którym będzie pilnowana, ale wciąż będzie żyła, będą ją karmił i zapewnię najpotrzebniejsze wygody.
- Zrobię to – powiedziałem po chwili zastanowienia.
- Wiedziałem, że jesteś mądrym człowiekiem – powiedział – Zostań tutaj przez parę dni, żeby odpocząć. Potem podrzucę cię, gdzieś w okolicę Inowrocławia, odpowiednio przygotuje, żeby wszyscy myśleli, że spędziłeś ten cały czas w dziczy.
                Pokiwałem głową.
- Ach i jeszcze jedno. Widziałeś te stado na wschodzie. Wiedz, że będę zmuszony nieco pomieszać w szykach okolicznych obozów i nakieruje je wraz z moimi ludźmi tak, żeby przeszło przez wszystkie te obozy. To będzie swojego rodzaju sprawdzian adaptacji. Oczywiście moi ludzie będą to kontrolowali, więc nie dopuszczę do całkowitej katastrofy. Ale ofiary mogą być.
- Jeżeli uważasz to za słuszne… - powiedziałem cicho.
- Uważam. Dobra, nie zatrzymuje cię już, na pewno jesteś zmęczony. Ja też jestem wyczerpany, a muszę jeszcze spędzić trochę czasu z moją kobietą i rodzicami. Zobaczymy się jutro na śniadaniu – to mówiąc wyszedł, zostawiając mnie i moje myśli same.
                Dlatego, gdy zobaczyłem samotnego Kiciusia, który był wykończony i miał w ręce tylko nóż, uśmiechnąłem się sam do siebie. Dodatkowo byłem niedaleko jednego z punktów, w którym miałem zostawić złapaną przez siebie osobę. Wszystko układało się po mojej myśli. Wciąż byłem nieco rozbity pomiędzy tym co się działo, ale jaki tak naprawdę miałem wybór? Gdybym tylko spróbował mu się sprzeciwić i nie znalazłby w najbliższych dniach nikogo z grupy Bobra w jednej z chatek przygotowanych specjalnie na takie okazje, to z pewnością skierowałby stado w stronę reszty. O ile wierzyłem w siłę Torunia czy Inowrocławia to wiedziałem, że życie jednej osoby, która i tak miała zostać tylko uwięziona, zostałoby przypłacone życiem dziesiątek, a może nawet setek okolicznych ocalałych. Kto wie czy obozy by w ogóle przetrwały taki atak.
                Z drugiej strony mogłem nie wierzyć w to co mówił, w końcu kto mógł tak naprawdę kontrolować trupy. Ale sam fakt jak uratował mnie przed stadem sprawiał, że nie wiedziałem w co wierzyć. Czarek siedział wtedy w samym jego środku wraz ze swoimi ludźmi przy ognisku jakby nigdy nic. Poza tym według tego co słyszałem stado miało iść przy rzece, a jednak odbiło od koryta i podążyło na północ zahaczając po drodze o część Płońska. Nie wierzyłem, że to mógł być zwykły przypadek.
- Irek? – zapytał ochrypniętym, długo nie używanym głosem.
- Tak – odpowiedziałem – Nawet nie wiesz jak dobrze zobaczyć znajomą twarz po tym całym piekle jakie przeżyłem…
                Erni zatrzymał się i ostrożnie spojrzał na mnie. Wciąż w ręce miał nóż i na pewno nie spodziewał się, że ja za paskiem miałem pistolet. Mimo tego wszystkiego wolałem go podejść podstępem. Nie wiedziałem czy by mnie nie zaskoczył, a nie chciałem ryzykować. Poza tym podczas walki mogłem go skrzywdzić, a tego też wolałem uniknąć. Stałem spokojnie i pozwoliłem mu do siebie podejść.
- To jakieś nieprawdopodobne, że się tak spotkaliśmy… - powiedział dziwnym tonem głosu, którego nie mogłem do końca rozszyfrować – Co się z tobą działo? – zapytał jednak po chwili nieco cieplejszym i bardziej przyjaznym głosem – W Inowrocławiu mówili, że wszedłeś w stado trupów i przepadłeś.
- Bo to prawda. Było ciężko. Ale opowiem ci wszystko po drodze. Idziesz do Inowrocławia? Masz tu gdzieś samochód? – zapytałem.
- Nie. To w sumie tez dłuższa historia. Ale idę do Inowrocławia. Właściwie jesteśmy już całkiem niedaleko, ale marszu w nocy nie unikniemy – odpowiedział.
- Właściwie możemy – powiedziałem, starając się nie brzmieć zbyt pewnie siebie – Wiesz zanim jeszcze trafiłem do celi Dziary to byłem członkiem takiego obozu kawałek stąd. No i jak on się rozpadł i trafiłem w te okolice to pomieszkiwałem w takiej chatce. O ile dobrze pamiętam jesteśmy teraz bardzo blisko.
- Wiesz, szczerze wole iść godzinę czy dwie w ciemności niż spać w nieznanym miejscu. Poza tym jesteśmy naprawdę blisko – powiedział nie patrząc nawet na mnie. Mogłem go teraz bez problemu zaatakować w plecy, ale wciąż wolałem poczekać na lepszą okazję.
- To może nie być takie proste. Nie wiem ile nie było cię w obozach, ale głównymi drogami przechodzi początek stada. Cholera wie gdzie pójdzie, ale jak ruszymy tędy to możemy wpaść po kolana w gówno – powiedziałem, prawie szczerze. Wiedziałem, że Stado owszem szło w tą stronę, ale było dopiero gdzieś w okolicach obozu Feline.
                Te słowa zadziałały na Erniego nieco lepiej.
- Już? Cholera jasna… - powiedział zatrzymując się.
- Niestety – odpowiedziałem krótko.
- A ta chatka? Myślisz, że bezpiecznie będzie się tam zatrzymać?  - zapytał.
- No zapewnić nic nie mogę, ale myślę, że jak byśmy zmieniali się na wartach, albo po prostu zamknęli dobrze i nie zwracali na siebie uwagi to powinno być spoko – wytłumaczyłem.
- Racja. Dobra niech będzie, prowadź – powiedział.
Ruszyliśmy przez pola. Chociaż było ciemno to blask księżyca dawał nam trochę potrzebnego światła. Idąc zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedział mi historię o tym jak wraz z grupą konserwacyjną oczyszczał okoliczne drogi i wpadł w ręce kogoś w stylu łowców niewolników, ale udało mu się uciec tylko odłączył się od reszty.
- Myślisz, że… - zacząłem, gdy nagle usłyszeliśmy dźwięk. Momentalnie zeszliśmy na ziemię i zamilkliśmy.
- Masz broń? – zapytał mnie szeptem ledwo przebijającym się przez szum dochodzący z krzaków i delikatnie wiejący wiatr. Pokręciłem głową. Erni chwycił nóż i przyczaił się przy jednym z drzew. Byliśmy teraz na skraju lasu i pola, ale pamiętałem te okolice. Czarek, a raczej Krawiec, jak kazał się nazywać, pokazał mi mapę, którą zapamiętałem bardzo dobrze. Co prawda nie znałem okolic tak jak mógłbym, ale wiedziałem, w którą stronę iść, a chatka była położona właśnie na granicy drzew.
                Poczekaliśmy chwilę nasłuchując dokładnie. Nie ukrywam, że nieco się denerwowałem, ale wątpiłem, że wpadniemy na kogoś jeszcze. To musiał być trup. Moje podejrzenia sprawdziły się. Zza krzaków wypełzł zombie, który miał przekrzywioną nogę z paskudnie wystającą kością. Wydawał dziwny dźwięk przy każdym ruchu. Szedł jednak w naszą stronę. Ernest po chwili rzucił się na niego i bez problemu zabił. Ciało upadło na trawę, a on otarł nóż o ubrania trupa po czym sprawdził zawartość jego kieszeni. Nie znalazł jednak nic przydatnego.
                Ruszyliśmy dalej do przodu.
- To jak było z tobą? – zapytał tak cicho, że przez chwilę nie zdałem sobie sprawy, że jakieś pytanie w ogóle padło.
- Och. Właściwie można powiedzieć, że miałem farta. No i doszło parę nowych blizn – powiedziałem.
- A ta kobieta?
- Pobiegłem za nią, nie wiem co w nią wtedy wstąpiło. Wybiegła prosto w stado. Goniłem ją, ale nie miała szczęścia. Złapały ją. No a ja zacząłem uciekać. Wiedziałem, że nasi nie będą na mnie za długo czekać, więc nie wracałem tam skąd przyszedłem tylko pobiegłem taką trasą, żeby nie dać się okrążyć – zacząłem opowiadać przygotowaną wcześniej historyjkę – Pobiegałem, pozabijałem ich trochę i po jakimś czasie udało mi się uciec. No ale nie wiedziałem za cholerę gdzie byłem.
- I jak znalazłeś drogę?
- Punkty mi pomogły. Znalazłem jeden z nich, a że mapę rozstawienia znałem na pamięć to powoli zbliżałem się na coraz bliższe tereny, aż w końcu wylądowałem tutaj – powiedziałem – O! To ta chatka – powiedziałem widząc, że przed nami maluje się kształt niewielkiego drewnianego budynku. To musiało być miejsce, o którym wspominał Krawiec.
                Podeszliśmy wspólnie. Erni obserwował uważnie całą okolicę i oglądał po raz pierwszy to miejsce. Nie wiedział, że ja też nigdy wcześniej tu nie byłem. Chatka nie była nawet piętrowa. Pod niedużą wiatą były poukładane drewienka na opał. Dwa okna wychodziły na pola. Ganek był wyraźnie podniszczony, deski zostały przez kogoś powyłamywane. Drzwi wyglądały jakby czasy swojej świetności miały za sobą, ale mimo tego solidnie siedziały we framudze. Wiatr zaczął wiać intensywniej, sprawiając, że stojąc przy chatce słyszeliśmy coś podobnego do upiornego zawodzenia. Zadrżałem lekko.
- To jak wejdziemy? Masz tu gdzieś schowany klucz czy coś? – zapytał Erni upewniając się po raz ostatni, że wokół nie ma żadnych trupów ani ludzi.
- Tak – odpowiedziałem. Krawiec powiedział mi, że klucz schowany jest w skrytce pod parapetem jednego z okien. Po chwili grzebania ręka w ciemności namacałem coś metalowego. Wyciągnąłem nieduży kluczyk i dopasowałem go do dolnego zamka w drzwiach. Ten strzyknął metalicznie po czym naszym oczom ukazało się pomieszczenie. Było one duże, gdy tylko weszliśmy do środka przez moment widzieliśmy tylko je. W pomieszczeniu panowała totalna ciemność. Namacałem ręką stolik stojący po lewej i moja dłoń trafiła na trochę większy obiekt. Okazało się, że to lampa. O niej również wspominał mi Krawiec. Przekręciłem kurek i pokój w którym się znajdowaliśmy oświetliło nieco mętne światło.
                Pomieszczenie składało się z dwóch platform. Jedna, ta na której się znajdowaliśmy, była niedużym holem. Stały tutaj zapleśniałe buty, a na podłodze leżał mały, zakurzony dywanik. Oprócz szafki, z której wziąłem lampę, nie było tu już niczego więcej. Drewniane schodki prowadziły jednak na znacznie większe podwyższenie, ogrodzone drewnianą barierką, gdzie od razu w oczy rzucały się dwa miejsca – kuchnia oraz parę leżących na ziemi śpiworów. Wszystko wyglądało na nieużywane od jakiegoś czasu, ale jednak gotowe do przyjęcia potencjalnych gości.
                W oczy rzucały się też drzwi. Wiedziałem co za nimi się znajduje i jak je otworzyć, ale na razie nie wykorzystałem tej wiedzy. Weszliśmy na górną platformę. Postawiłem lampę na jednym ze stołków stojących prawie na środku pomieszczenia. Ernest opadł od razu na jeden z śpiworów.
- Całkiem przytulne miejsce – powiedział.
- Mieszkałem tu przez jakiś czas, musiałem żyć w jakichś warunkach – odpowiedziałem z uśmiechem.
- Masz tu jakieś żarełko? Właściwie od wczoraj nic nie jadłem. No nie licząc odpadków z podobnego domku – pożalił się – I jest nawet kominek. Tylko pewnie palenie w nim nie skończy się zbyt dobrze.
- Właściwie to napalimy w nim zaraz. Opracowałem taki mały system odprowadzania dymu, który sprawia, że ten wylatuje kawałek dalej, a nie przez komin. Nie mogłem już wytrzymać zimnych nocy, więc musiałem coś takiego zrobić – pochwaliłem się.
- Serio? No powiem, że teraz to mi zaimponowałeś – widziałem, że Kiciuś z każdym momentem w bezpiecznym miejscu rozluźnia się coraz bardziej.
- A co do jedzenia, to powinieneś znaleźć puszkowane żarcie w tamtej szafce – powiedziałem wskazując jedną z szafek przy ogromnym palenisku – Albo w tej drugiej. Szczerze nie pamiętam. Tylko najpierw musimy pójść po trochę drewna. Zajmiesz się tym? – zapytałem.
- Jasne – odpowiedział.
                Z entuzjazmem zabraliśmy się do pracy. Kiedy tylko Ernest wyszedł na zewnątrz rzuciłem się pośpiesznie w stronę jednej z szafek. Poza całą stertą konserw i puszek znalazłem to co mnie interesowało. Kolejny klucz. Wiedziałem, że otworzy mi tajemnicze drzwi, za którymi znajdę specjalny stół, do którego będę mógł przywiązać ofiarę i zostawić do czasu, aż przyjdą tutaj Zszyci. Wszystko szło po mojej myśli. Zamyślony schowałem klucz do kieszeni i zacząłem szukać lepszych konserw do zjedzenia. Musiałem się naprawdę mocno zamyślić, bo krok za swoimi plecami usłyszałem pół sekundy przed atakiem.
                Chociaż taka przewaga pozwoliła mi uniknąć śmiertelnego ciosu nożem, ale mimo tego straciłem równowagę i poleciałem na plecy, przy okazji dostając w rękę. Kiciuś nie przestawał. Widać było jednak w jego ruchach zmęczenie. Nie był tak szybki jakby mógł być. Uniknąłem kolejnego ataku i z całej siły kopnąłem go podeszwą w piszczel. Musiałem trafić idealnie, bo złapał się za nogę i poleciał do tyłu. Wstałem szybko próbując wyciągnąć pistolet, ale Kiciuś podniósł się najszybciej jak mógł i zaszarżował na mnie. Obaj polecieliśmy do przodu, a ja lądując ponownie na plecach straciłem dech pod ciężarem napastnika. Usiadł na mnie i uderzył mnie dwa razy w twarz.
- Tak… coś… czułem… – mówił bijąc mnie co słowo – Że… jesteś… podejrzanym… - i tego kim podejrzanym jestem już nie usłyszałem. Postać, która pojawiła się za jego plecami uderzyła go potężnie kolbą karabinu w tył głowy. Ernest zatoczył się i upadł głucho na deski. Zszokowany całkowicie tym co się działo, z początku nie byłem pewien czy to przyjaciel, wróg czy nieznajomy. Zobaczyłem jednak twarz, która od policzka do brody była złożona z czarnawej, przegniłej skóry. Zobaczyłem też szwy trzymające tą dziwną twarz w takim stanie, w jakim ją widziałem. Za chwilę udało mi się dojrzeć kolejnych dwóch Zszytych, którzy stali obok.
- Masz szczęście – powiedział jeden z nich wyciągając do mnie rękę.
Wziąłem ją.

środa, 9 września 2015

Rozdział 14: Czynnik

Rozdział 14, kolejny z perspektywy Irka. Wieczór i ranek przed Wielkim Spotkaniem Ocalałych to nie tylko emocje, ale także niezręczne momenty pomiędzy grupami. Jak to się zakończy? Czy Inowrocław to pułapka, czy zwykłe miejsce? Zapraszam do czytania, a następnie proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 14 - Irek - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebywa na terenie Inowrocławia
Olaf - Dzień 7-8 - Przebywa na terenie Inowrocławia

---------------------------------------------

Rozdział 14 (Irek): Czynnik


                Od razu w chwili, w której zdałem sobie sprawę, kto wszedł do pomieszczenia spojrzałem na Łapę. Nie pożałowałem. Emocje, jakie pojawiły się na jej twarzy były absolutnie bezcenne. Widziałem tam mieszankę złości, radości i czegoś czego nie potrafiłem zidentyfikować. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale nie do końca wiedziała co. Ja z kolei też nie wiedziałem jak zareagować. Ben powiedział, że przyjedzie tutaj Dziara, ale nie wiedziałem, że wraz z nim pojawi się aż tyle osób. Osób, o których trochę słyszałem z opowieści Łapy i innych członków naszej grupy. Miałem wrażenie jakby w pomieszczeniu pojawiła się sama dzikość.
Mężczyźni byli w większości zarośnięci i ogromni, szczególnie jeden, który przewyższał wszystkich o głowę i miał przewieszony ogromny miecz na plecach. Była tam też jedna kobieta, bardzo ładna, z rudymi włosami związanymi w warkocz podobny do tego, który miała Łapa. Czułem, że napięcie rośnie, a także bałem się trochę tego co stanie się gdy Dziara zauważy mnie. W końcu więził mnie tak długi czas i na pewno nie ucieszył się z faktu, że Łapa i reszta pomogli mi uciec.
Ben westchnął cicho, a Dominika i Roman wymienili się spojrzeniami. Cała grupa, w której naliczyłem w sumie dziesięć osób, stanęła po drugiej stronie stołu wyraźnie rozglądając się i analizując. W końcu odezwał się przywódca Inowrocławia.
- Cieszę się, że skorzystaliście z mojego zaproszenia, chociaż przyznam, że nie spodziewałem się aż tak dużej grupy, nawet biorąc pod uwagę wielkość twojego obozu Dziara – zaczął miłym, lecz stanowczym głosem – Jestem Ben i to ja dowodzę obozem, w którym się znajdujecie. Osoby, które tu ze mną siedzą mają pomóc w nadchodzącym spotkaniu i w pełni im ufam.
Nawet stąd widziałem, że Dziara ze zdziwieniem patrzy na Bena, podobnie jak my nie mogąc uwierzyć, że człowiek, który miał taki szacunek w okolicy jeździ na wózku. Nie dał jednak tego po sobie poznać, gdy się odezwał.
- To ciekawe, że dwójka z tych osób to dawni członkowie mojej społeczności, w tym jeden z nich jest groźnym przestępcą nawet jak na te parszywe czasy – stwierdził Dziara.
- To już mój problem. Nie twój. Mam nadzieję, że będziecie potrafić się zachować, bo sprawa jest naprawdę ważna i szkoda marnować takiej okazji na prywatne zatargi – w tym momencie spojrzał dosyć wymownie na Bobra. Chociaż widziałem go pierwszy raz na oczy od razu dało się zgadnąć, że to jest właśnie on. Był znacznie młodszy ode mnie, chociaż jego zarośnięta i zmęczona twarz dodawała mu trochę wieku. Ubrany był jakby właśnie wracał z zwiadu, z nożem i pistoletem przytroczonymi do pasa. Spoglądał na całą sytuację nieobecnym, zimnym wzrokiem nie wyrażającym prawie żadnych emocji.
- Po prostu chciałem cię ostrzec. Jeżeli ona była zdolna – tu wskazał Łapę – żeby uciąć mi kciuki w ramach swojej chorej zemsty, to kto wie czy nie zrobi tego samego tutaj – widziałem jak Łapa już chciała coś powiedzieć, ale Ben przerwał jej unosząc rękę.
- Dosyć. Nie jestem pocieszony tym, że tak zaczęliśmy tę rozmowę, ale rozumiem, że emocje zabuzowały i tak się po prostu stało. Nieważne. Konrad i Garbus pokażą wam wasze noclegi i potem spotkamy się jeszcze, żeby ustalić co nie co. Szczególnie z tobą Dziara. Mam informacje, które z pewnością cię zainteresują jeszcze przed spotkaniem – zaproponował.
                Spotkanie zakończyło się, a grupa z Torunia powoli zaczęła opuszczać budynek. Zobaczyłem, że Łapa także wstaje, więc zacząłem iść wzdłuż stołu za nią, kiedy poczułem dosyć silny ucisk na moim ramieniu.
- Przypilnuj, żeby nie zrobiła nic głupiego. Proszę – poprosił Ben, a ja kiwnąłem tylko głową, na znak, że zrozumiałem.
Wybiegłem tuż za nią i zrównaliśmy krok. Szła w zupełnie inną stronę niż grupa z Torunia, co mnie ucieszyło.
- Nie prowokuj ich, wiesz jacy są – zacząłem.
- Proszę cię odpieprz się Irek – syknęła cicho, jakby nie do końca miała siły, żeby mówić.
- Obiecaj mi, że do obrad nie zrobisz nic głupiego – poprosiłem.
Nie odezwała się i w sumie nie wiedziałem, co to może oznaczać, ale byłem pewien, że jak Łapa będzie chciała coś zrobić, to to zrobi. Bez względu na konsekwencje.
                Po słońcu nie było już śladu i po chwili obóz zaczęły oświetlać lampy uliczne. Ludzie zdawali się być poruszeni, a niektórzy wręcz spoglądali na nas z czystą wrogością. Rozumiałem ich. Na pewno byli tacy, którzy nie do końca ufali Benowi z jego planem polegającym na zjednoczeniu okolic, szczególnie, że nie byliśmy normalnymi ludźmi i każdy w głębi obawiał się rozlewu krwi. Ja postanowiłem, że będę trzymał się Łapy, a zarazem chciałem trzymać się z dala od problemów, chociaż przy niej to nie było do końca możliwe.
- Witaj Łapo – usłyszeliśmy głęboki głos za plecami.
Odwróciliśmy się wspólnie. Na ławce przed nami, siedział rosły mężczyzna. Był nieco otyły, ale widać też było wyrzeźbione w jego ciele mięśnie, które sprawiały, że wyglądał jakby się nie mieścił do końca w swoich ubraniach. Na oku miał opaskę, która przypominała mi tą, którą nosił Dominik, jeden z radców Bena.
                Spojrzałem na Łapę. Tym razem jej twarz nie przedstawiała zbyt wielu emocji. Raczej ulgę.
- Hej mięśniaku – przywitała się.
- Kto by pomyślał, że ten świat taki mały –zaczął rozmyślać mężczyzna robiąc nam miejsce na ławce –Przyjechaliśmy tutaj przed wyjazdem z Torunia, aby ruszyć waszym śladem, a znaleźliśmy was właśnie tutaj. Niesamowite…
Łapa usiadła obok mężczyzna, a ja poszedłem w jej ślad.
- To prawda. Chociaż nie jestem pewna, czy cieszę się, że was widzę – powiedziała, po czym spojrzała na mnie – Swoją drogą to jest Irek. Były więzień Dziary. Irku to jest Łowca.
Podaliśmy sobie ręce, a człowiek nazwany Łowcą roześmiał się.
- Dziara zmienił się. Jeżeli jakkolwiek obawiasz się tego, co mógłby zrobić to przestań. Po tym jak przejął władzę stał się innym człowiekiem. Chociaż podejrzewam, że twoja terapia szokowa na pewno też miała w tym swój udział – powiedział pokazując kciuki.
Łapa roześmiała się.
- Na was mężczyzn, tylko takie bodźce działają skutecznie – stwierdziła – Ale dla twojej wiadomości nie obawiam się Dziary, ja po prostu…
- Obawiasz się Bobra – dokończył.
- Och pieprz się – uderzyła go żartobliwie w prawe ramię.
- Wiesz, tak między nami to był całkiem wierny – zażartował mężczyzna.
- Nawet nie zaczynaj. Nie chcę go widzieć, skończymy co mamy do zrobienia tu i ruszamy dalej – odpowiedziała.
                Zastanawiała mnie historia tej całej sprawy z Bobrem. O co poszło i dlaczego teraz jest jak jest. Łowca jakby czytał mi w myślach.
- Właściwie o co w tym wszystkim chodzi? O ile mogę wiedzieć – dodał po chwili.
- Nie możesz – odpowiedziała stanowczo.
- Jak chcesz. Po prostu nie chcę niepotrzebnych kłótni – powiedział obojętnym tonem.
- Bobru ma szczęście, że jest otoczony takimi ludźmi – włączyłem się do rozmowy.
- On szanuje nas, my szanujemy jego. Pomógł nam wiele razy, tak samo jak my uratowaliśmy wiele razy jego. Taka mała wymianka przysług – wytłumaczył Łowca – Dobra skoro pogadaliśmy to ja lecę. Musze sobie zaklepać wygodne wyrko przed resztą – powiedział uśmiechając się i odszedł w stronę budynków mieszkalnych.
- Nie rozumiem… - zacząłem.
- Nie musisz – odpowiedziała – Chodź.
                Wróciliśmy do naszych przyczep. Przy jednej z nich skinieniem głowy przywitaliśmy kobietę, która mieszkała w sąsiednim aucie. Łapa ucieszyła się gdy zobaczyła całą naszą grupę, rozmawiającą o czymś. Stuknęła dwa razy w drzwi, żeby wszyscy zwrócili na nią uwagę i przemówiła.
- Ej gromada, słuchajcie!
W przyczepie zapadała cisza. Całkowita cisza.
- Jak wiecie, albo nie do Inowrocławia przyjechała delegacja z Torunia na czele z Bobrem i Dziarą. Wiem, że nie ma między nami otwartej wrogości, jednak wiedźcie, że chcę uniknąć wszelkich sprzeczek, co za tym idzie daje wam wybór. Albo zostajecie ze mną i unikacie kontaktów z nimi, albo po prostu dołączcie do grupy Bobra. Nie będę zła. Zrozumiem.
Wszyscy wciąż milczeli. Miczi oraz Krystian patrzyli na siebie, a Marta i Młoda patrzyły nieco zaniepokojonym wzrokiem gdzieś przed siebie.
                Łapa poczekała jeszcze trochę aż westchnęła.
- Czyli mam rozumieć, że posłuchacie mnie i nie będziecie się mieszać?
- Uciekliśmy, więc teraz nie ma o czym gadać. Mamy swoje plany – powiedziała Miczi, jakby w imieniu całej grupy.
- Dobrze więc. Najlepiej jak zaraz pójdziemy spać i po prostu wstaniemy jutro na spotkanie, a następnie po ustaleniu wszystkiego ruszymy w swoją drogę. Albo zostaniemy tutaj. Zobaczymy – mówiła Łapa, jakby zastanawiając się sama co byłoby najlepszym wyjściem.
                Ludzie posłuchali jej i po chwili w przyczepie zgasło światło, a wszyscy zaczęli układać się do snu. Ja, chociaż szanowałem zdanie Łapy, nie potrafiłem zasnąć tak szybko, więc postanowiłem wyjść i przejść się jeszcze, żeby poobserwować sytuacje w obozie. Trafiłem idealnie, bo gdy opuszczałem pole kempingowe zobaczyłem, że przez bramę wpuszczany jest kolejny samochód. Zastanawiałem się czy to może być ktoś z kolejnych gości i chyba zgadłem bo zobaczyłem Bena, który wita łysiejącego mężczyznę oraz paru innych ludzi, którzy z nim przyjechali. Z tego co zdążyłem się zorientować oprócz delegacji z Torunia mieliśmy zobaczyć także ludzi z Drugiego Posterunku oraz obozu w Płońsku.
                Zaciekawiony podszedłem bliżej i zobaczyłem Garbusa, który obserwuje całą sytuację z boku oparty o mur.
- Kto to jest? – zapytałem.
- Ludzie z Drugiego Posterunku. Widzisz tego łysego kolesia? To Kapitan. Ciekawa sprawa, ogarnij, że posterunek zamienił się z czasem w obóz większego kalibru i właściwie stał się odrębnym miejscem, do którego przychodzą nowi ludzie. Nieźle, co? – wytłumaczył.
- Całkiem imponujące ­– przyznałem – Ktoś jeszcze ma przyjechać?
- Nie, to już wszyscy.
- A grupa z Płońska? – zapytałem.
- Oni już tu są – odpowiedział krótko.
- Tak? Kiedy przyjechali? Jakoś ich nie widziałem – zauważyłem zdziwiony.
- Znaleźliśmy ich z Kondziem na wypadzie. Jak odwoziliśmy Damiana. Cztery osoby, to niedużo, ale coś czuje, że sporo namieszają na tych obradach – założył.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytałem.
- Sam zobaczysz jutro. A teraz radziłbym ci iść spać. Jutro naprawdę będzie nas czekał bardzo ciężki dzień.
                Odszedłem od niego bez słowa, ale nie wróciłem jeszcze do przyczepy. Chciałem jeszcze poobserwować to, co będzie się działo, oraz po prostu odpocząć. Dosiadłem się na ławce do młodszego ode mnie mężczyzny z kozią bródką. Rozpoznałem w nim człowieka Dziary i dobrze pamiętałem z sali, w której się witaliśmy z grupą z Torunia. Kiwnąłem do niego głową na znak przywitania. On zdawał się mnie kompletnie nie poznawać.
- Ciężki dzień, co? – zagadał.
 - Dosyć. Masz może papierosa? – zapytałem z nadzieją, ze zapalę.
- Jasne – powiedział i podał mi pogięte opakowanie fajek z rozmytą etykietą. Wyciągnąłem jednego dziękując i odpalając o zapalniczkę, którą mi podał. Zaciągnąłem się. Poczułem jak dym spływa mi do płuc. Dawno nie paliłem, chociaż kiedyś lubiłem zajarać okazjonalnego papierosa.
- Dymitr – powiedział wyciągając do mnie rękę.
- Irek – zasepleniłem z papierosem w buzi.
- Jesteś stąd? – zapytał puszczając obłok dymu.
- Nie. Właściwie to ostatni większy obóz w jakim byłem to Toruń – powiedziałem nie chcąc go oszukiwać.
                Rozszerzył oczy ze zdziwienia.
- Ja też jestem z Torunia, ale jakoś cię nie kojarzę – powiedział.
- To dłuższa historia – odpowiedziałem uśmiechając się smutno.
- Jak uważasz. Mi tam w sumie w Toruniu się podoba, chociaż nie zabawię tam długo. Podążam za marzeniami… rozumiesz? – zapytał.
- W pełni – powiedziałem myśląc o Łapie.
- A tak poza tym to umieram z nudów. Te spotkanie pewnie będzie najnudniejszym wydarzeniem w ostatnich tygodniach, ale cholera wie – powiedział.
- Mam nadzieję, że będzie ciekawie. Zawsze czegoś można się dowiedzieć – stwierdziłem.
- Też bierzesz w nim udział? – zapytał zaciągając się – To będzie otwarte spotkanie czy jesteś kimś ważnym?
- W sumie ani to, ani to. Po prostu udało mi się wkręcić. A ty? – zapytałem.
- To samo. Zawsze pozostaje w cieniu, ale to chyba mi nawet odpowiada. Ja jestem od pomagania, a nie od rządzenia jak Dziara lub Bobru.
- Wiesz, nie bycie kimś ważnym nie zmienia faktu, że można robić coś ważnego – powiedziałem mądrze.
- Dobrze gadasz. To co, jutro na Spotkaniu? – zapytał wstając.
- Jutro na spotkaniu – powiedziałem gasząc niedopałek o ławkę i rzucając go za siebie.
                Gdy odchodziłem w stronę przyczep coraz bardziej zastanawiała mnie postawa Łapy wobec tych ludzi. Co prawda poznałem dopiero dwójkę, ale sprawiali naprawdę dobre wrażenie.  Byłem coraz bardziej ciekaw jutrzejszego dnia, więc gdy doszedłem do przyczepy położyłem się spać w wolnym miejscu.
                Rano, gdy się obudziłem, praktycznie wszyscy też się zaczęli przebudzać. Spotkanie miało się odbyć dzisiaj w południe, a wydarzenie było na tyle ważne, że nikt nie mógł spać spokojnie. Wstałem, napiłem się wody i nieco ogarnąłem po czym opuściłem przyczepę, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Ludzie z sąsiednich przyczep rozmawiali ze sobą na wiadomy temat. W całym obozie panowało poruszenie. Wyszedłem na uliczkę przed polem kempingowym, gdzie postanowiłem poczekać na resztę. Zanim, po dziesięciu minutach, do mnie doszli zdążyłem zauważyć grupę z Torunia, która przechodziła niedaleko rozmawiając ze sobą, oraz przynajmniej trzy patrole straży, które dzisiaj miały wyjątkowo trudne zadanie bronić granic obozu oraz dodatkowo pilnować porządku na samych obradach.
                Łapa wyglądała dzisiaj wyjątkowo bojowo. Jak zwykle ubrana na czarno, tak samo wystroiła swoją siostrę. Szły ramię w ramię wyglądając jak lustrzane odbicia, z tą różnicą, że jedna była wyższa i bardziej kobieca, a druga niższa z wyjątkowo delikatną, dziewczęca urodą. Miczi i Krystek też nieco ładniej się ubrali i szli tuż za siostrami. Ja wraz z mała Martą zamykałem pochód.
- Co będziemy tam robić? – dopytywała się.
- Zmieniać mała – odpowiedziałem tajemniczo.
- Ale co?
- Nasze życia. A być może też cały świat – powiedziałem zamyślając się.
- Nie wiem czy chcę coś zmieniać – odpowiedziała niepewnym głosikiem.
- Ze zmianami tak już jest, że człowiek nie jest ich pewien, ale gdy w końcu nadchodzą przyjmuje je z podniesioną głową – wytłumaczył jej.
- Od kiedy mój tata zginął wiele się zmieniło – stwierdziła.
- I jak oceniasz te zmiany? – zapytałem zaciekawiony jej zdania.
- Sama nie wiem. Jest teraz inaczej…
- Po tym jak wyjdziemy z tego budynku też będzie inaczej – powiedziałem.
                Przed budynkiem zauważyłem wszystkie pozostałe grupy, oraz ludzi z Inowrocławia. Łysy mężczyzna, nazywany Kapitanem rozmawiał zacięcie z Dziarą, a mała grupa z Płońska trzymała się na uboczu. Jeden z mężczyzn tłumaczył coś pozostałej trójce wymachując żywiołowo rękami. Nagle rozległ się dźwięk pochodzący z głośnika zawieszonego przed drzwiami. Dźwięk grał tak długo, aż na placu zrobiła się całkowita cisza. Wydawało się, ze nawet ludzie z sąsiednich budynków wstrzymali oddech. Głośnik umilkł na chwilę, a potem usłyszeliśmy głos Bena.

- Witam was wszystkich. Na początku, zanim wejdziecie do środka chciałbym wam podziękować za zaufanie mi i przybycie tutaj. Dodatkowo mam na uwadze, że nie wszystkie grupy za sobą przepadają i chcę wam tylko przypomnieć, że jeżeli z mojego planu ma coś wyjść to musimy połączyć siły i zapomnieć o dawnych sporach. Wiem, że jesteście do tego zdolni i mam nadzieję, że gdy wejdziecie do środka to będziecie przestrzegać zasad. A teraz wchodźcie! Tylko bez przepychanek – zażartował na koniec. Łapa spojrzała na mnie, a ja tylko kiwnąłem głową. Obserwowaliśmy jak po kolei do środka wlewają się kolejne grupy – najpierw Toruńska, potem ludzie z Drugiego Posterunku, następnie z Płońska, a na koniec my. Spotkanie w końcu się zaczęło.

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 14: Blisko

Rozdział 14, kolejny z perspektywy Erniego. Tutaj dowiecie się co stało się z Ernim i załoga Zbłąkanego Ocalałego po tym jak zostali oni pojmani przez Daliona i Smroda. Co myślicie o tej decyzji podjętej przez Daliona? Mam nadzieję, że rozdział pomimo, że jest nieco krótszy i przegadany to wam się spodoba. Wszelkie pytania oraz opinie zostawcie w komentarzu i roześlijcie blog znajomym ;)

--------------------------------------------------

Rozdział 14 (Erni): Blisko

               
                Wyprowadzili nas z Zbłąkanego Ocalałego dosyć brutalnie. Stanęliśmy w rzędzie, ramię w ramię. Najbliżej autobusu stałem ja, a po moich bokach stał Łowca oraz Cinek. Kawałek na prawo od Cinka stał Rekin oraz Ola, Karolina i mały Patryk. Bandyci skrzętnie przeszukiwali wnętrze pojazdu i zarekwirowali wszystkie nasze bronie. Dalion obgadywał coś z grubym mężczyzną, a następnie odwrócił się do nas.
- Wracacie z nami do Królowego Mostu, muszę się dowiedzieć paru rzeczy, zanim zadecydujemy co z wami zrobić – powiedział.
- Zostałeś szefem tej bandy Dalion? – zapytał Cinek.
- Jak dla ciebie pan Dalion, teraz rolę się odwróciły, czy to nie jest zabawne? – zapytał, drapiąc się po kikucie.
- Możemy się jakoś dogadać – zaproponowałem.
- Dogadamy się – odpowiedział uśmiechając się – Karol zgarnij autobus i wróć nim do naszej bazy tymczasowej, reszta wsiadać do aut! – krzyknął.
                O dziwo ludzie słuchali się go, chociaż był młodszy ode mnie i wyglądał na zwykłego wyrostka. Jak ktoś taki mógł przewodzić taką kompanią? Ruszyliśmy powoli do auta wraz z Dalionem i jego grubym przyjacielem, który śmierdział straszliwie i pojechaliśmy wraz z innymi autami w stronę ruin obozu w Królowym Moście. Zjechaliśmy w zjazd przy kościele, a następnie krętą drogą dotarliśmy do zabudowań, przy których jeszcze paręnaście minut temu byliśmy z Marcinem. Wysiedliśmy i rozejrzeliśmy się po ruinach, które dla mnie i Marcina miały sporą wartość. Właściwie większość domków była jeszcze w używalnym stanie, po prostu jeden stracił dużą część ściany i barykada była roztrzaskana.
                Zostaliśmy zaprowadzeni do mojego starego domu, gdzie automatycznie uruchomiła się lawina wspomnień. Zarówno tych dobrych jak i złych. Początek apokalipsy przeżyliśmy tutaj. Gdyby nie pewne zdarzenia, to z pewnością bylibyśmy dalej za tymi murami i możliwe, że nawet nie usłyszelibyśmy o Toruniu, chyba, że Pablord i Mpd by nas znaleźli. Wszystko mogło się potoczyć o wiele lepiej. W salonie, gdzie leżałem kiedyś po tym jak zostałem postrzelony, siedziało teraz pięciu rosłych mężczyzn i chłopców. Jedni byli młodsi ode mnie, a drudzy dużo starsi. Dalion kazał poczekać Łowcy, Patrykowi i dziewczynom na dole, a sam zaprowadził nas do piwnicy. Tam gdzie był kiedyś więziony.
                Teraz stał tutaj stół, fotel oraz trzy krzesła. Dalion usiadł na tym najwygodniejszym, a nam wskazał krzesła. Usiedliśmy nie wiedząc co nas teraz będzie czekać. Było tu dosyć ciemno, ale on zapalił lampę gazową i jej światło nieco rozjaśniło mroczne pomieszczenie. Spojrzał na nas, w jednej ręce ciągle trzymając broń. Było nas tu dwóch i moglibyśmy spróbować go zaatakować. Jeżeli nie byłby wystarczająco szybki, co było możliwe, patrząc na jego zapijaczoną twarz, mieliśmy szansę wygrać ten pojedynek i zdobyć broń. Nie byliśmy skuci, więc jeden celny cios pięścią i Dalion nie zdążyłby nawet zawołać o pomoc. Jednak nie wiedzieliśmy ilu ludzi w sumie tu jest, a musiało ich być co najmniej dziesięciu. Nie mieliśmy szans, nawet jeżeli byśmy wzięli tą broń, to ci na górze z pewnością zabiliby Łowcę i resztę pasażerów, a następnie dorwali nas. Musieliśmy wysłuchać Daliona.
- Pamiętam jak mnie tu trzymaliście. Głosowaliście nad moim życiem i mieliście mnie zabić. A teraz ja decyduje o was, przejebane, co? – zaczął.
- Znaleźliśmy cię w lesie, paliła cię gorączka, śmiałeś się jak szaleniec, chcieliśmy ci pomóc, potem zabiłeś mojego brata, nie uważasz, że to była sprawiedliwość? – zapytałem.
- Bobru zostawił mnie w tej wiosce po drodze do Królowego. Nawet nie starał się mnie szukać. Potem jeszcze ten epizod z tą suką Miczi. Należało się jej – powiedział.
- Czego od nas chcesz? – zapytał Cinek.
- Chcę, żebyście mi powiedzieli kto z ludzi z Królowego Mostu jest w Toruniu? – zażądał.
- To ci nic nie da. Toruń jest świetnie broniony, nawet gdybyś dotarł do samej Ostoi to jest tam tyle straży, że nie będziesz miał żadnych szans – powiedziałem.
- Odpowiedzcie na moje, pierdolone, pytanie.
                Spojrzałem się na Cinka i kiwnęliśmy zgodnie głowami.
- Praktycznie wszyscy ze starej ekipy. Nieznajoma, Bobru, Sołtys, Gigant, Łapa i jej ludzie, siostra Łapy, Natalia, Miczi – powiedziałem.
- No i świetnie. Zrobimy wymianę, wy za Miczi oraz spore ilości broni i amunicji. Nikt nie będzie musiał ucierpieć, wszystko jakoś się ułoży – stwierdził uśmiechając się.
- Czemu musisz być takim dupkiem? W Ostoi znajdzie się miejsce dla wszystkich. Jak nie w samym obozie to na którymś z posterunków. Mielibyście zapewniony dach, ochronę, towarzystwo i wszystko czego dusza zapragnie. Czy to nie jest lepsze wyjście, niż tułaczka od jednego miejsca do drugiego? – zapytałem.
- Nie mów mi jak mam żyć. Ciesz się, że nie zabije każdego z was, bo wymiana wciąż jest dosyć ryzykowna – powiedział po czym zamyślił się na chwilę. Pistolet luźno chodził w jego ręce, w każdej chwili gotowy do wystrzału – Wiecie co, ja lubię ryzyko. Dlatego zagramy w małą grę.
Czekaliśmy chwilę, aż wytłumaczy nam zasady tej gry, kiedy ten wstał i wrzasnął do nas.
- BLISKO!
Serce zabiło mi szybciej, bo to było dosyć zaskakujące, ale nie mogłem zapomnieć o tym, że to nieprzewidywalny człowiek.
- Tak się nazywa gra. Zasady są proste. Zostawię wam tutaj klucz oraz pistolet z ośmioma nabojami w magazynku. Jak zapadnie zmrok i wszyscy pójdą spać to wyjdziecie klapą i stąd uciekniecie. Rano pojedziemy za wami samochodami. Jeżeli uda wam się uciec to wrócicie do swojej Ostoi, jak nie to złapiemy was i będziecie ponownie w tej samej sytuacji. Nie macie nic do stracenia, co wy na to? – zapytał.
                Czy ten człowiek był, aż tak szalony? Żyliśmy w bardzo ciężkich czasach, gdzie trzeba było zachować powagę, bo to po prostu było wskazane. Nie można było ot tak urządzać sobie gier. Z innej strony, to była spora szansa. Gdybyśmy mogli uciec, nawet zostawiając tutaj Łowcę i pasażerów, to mogliśmy znaleźć drugi pojazd i po prostu pojechać do Ostoi po wsparcie. Musieliśmy się zgodzić.
- Zgadzam się – odpowiedziałem.
- Świetnie! To będzie ciekawa gra, spodoba się wam jak nic! – powiedział uradowany.
- Musisz obiecać, że żaden pasażer nie zostanie skrzywdzony – powiedziałem śmiertelnie poważnie.
- Obiecuje na mojego kikuta – odpowiedział wybuchając szaleńczym śmiechem.
                Następnie wstał i ruszył w stronę włazu, wspominając przy okazji, że dadzą nam coś do żarcia za jakiś czas. I zamknął właz na klucz. Drugi egzemplarz leżał na stole obok pistoletu i lampy. Zostaliśmy uwięzieni na parę godzin, musieliśmy szybko wymyśleć jak to rozegramy. W piwnicy było zimno, a nie wiedzieliśmy jak długo będzie świeciła lampa, więc sytuacja była mocno nieciekawa. Usiedliśmy niedaleko siebie i przez chwilę w piwnicy panowała absolutna cisza. Słychać było tylko stłumione głosy z góry. Małe okienko, przez które moglibyśmy coś zobaczyć, było tak brudne, że nie dało się go wytrzeć rękawem bluzy.
- Zostawimy wszystkich? – zapytał Cinek.
- Wiem, jak to wygląda i widzę, że ci się to nie podoba, ale nie uważasz, że to spora szansa? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Co jeżeli Dalion sprawdza nas i gdy zauważy naszą nieobecność to zabije wszystkich? Ostatnia podróż do Torunia zajęła mi, Bobrowi oraz reszcie grubo ponad tydzień. Teraz drogi są przejezdne, ale zanim znajdziemy pojazd, to ludzie Daliona mogą nas wyprzedzić, albo stracić cierpliwość. To duże ryzyko stary – powiedział Marcin.
- Jeździłem tą trasą parę razy, wiem gdzie możemy znaleźć auto. Dojdziemy tam stąd w góra dwa dni, przy szybkim tempie marszu. Potem kolejny dzień na dojechanie do Torunia i przygotowanie ekipy do odbicia naszych ludzi. Wystarczy, że będziemy jechać główną drogą, na pewno ktoś z grupy Daliona też wybierze taką opcję.
- Sam nie wiem… ja to bym spróbował wybić ich wszystkich, albo zaatakować Daliona przez sen i lufą przy jego pojebanej głowie wynegocjować inne warunki. Już raz się rozdzielaliśmy i przez długi czas nie wiedzieliśmy czy pozostali żyją. Nie wiem czy chcę żyć w takim stanie nawet chwilę dłużej…
- Cinek jest jeszcze opcja, żebyśmy ruszyli na wschód, północ lub południe. Moglibyśmy uciec od tego całego syfu… Nie patrz tak na mnie. Toruń się rozpada, a każdy kolejny dzień tam to wielkie niebezpieczeństwo…
- Chyba nie mówisz poważnie… - stwierdził i popatrzył na mnie zszokowany.
- Wybacz, może i masz rację… to strach i niepewność, to mnie zabija – powiedziałem, lekko zawstydzony.
- Spróbujmy tej cholernej ucieczki. Damy z siebie wszystko i za parę dni będziemy wracać w te tereny większą grupą. Rozpierdolimy tego cwela Daliona i odbijemy zakładników – powiedział wyniośle Cinek.
- To ustalone – powiedziałem uśmiechając się – Prześpij się teraz trochę, ja posiedzę i jak zacznie się noc i zrobi się cicho to zwiejemy. Będziemy mieli jakieś sześć godzin w całkowitej ciemności na ucieczkę jak najdalej stąd.
                Cinek położył się w kącie skulony, a ja siedziałem. Chciałem odpocząć, ale starałem się nie zasnąć. Jakbyśmy przespali taką szansę to byłoby fatalne. Czas mijał niesamowicie wolno, ale mi udało się nie zasnąć. Nasłuchiwałem uważnie i ilość hałasu na górze powoli się zmniejszała, aż zrobiło się całkowicie cicho. Czekałem jednak, żeby być w stu procentach pewnym, że na nikogo nie wpadniemy. Dziesięć minut później szturchnąłem Cinka, który obudził się natychmiast. Nie spał głęboko, ale na pewno wypoczął. To było ważne, żeby chociaż jeden z nas był silny.
- Co jest? – zapytał.
- Chyba zasnęli. Możemy się stąd zrywać – powiedziałem.
Po cichu wstaliśmy i podeszliśmy do stołu. Byłem konkretnie przemarznięty, więc gdy tylko się podniosłem poczułem bolesne skurcze. Rozgrzałem się szybko i zdecydowałem, że wezmę klucz, a Cinkowi podałem pistolet. Byłem pewien, że zrobi z niego lepszy użytek niż ja. Wspiąłem się najciszej jak potrafiłem do klapy i wsadziłem ostrożnie klucz. Wciąż się obawiałem, że gdy tylko wyjdziemy, będzie czekał tam na nas Dalion, który krzyknie „BLISKO” i pobije lub zabije nas za próbę ucieczki, pomimo, że sam nam ją zaproponował.
                Chwila otwierania starego zamka od klapy nie trwała długo, ale mi się wydawało, że była to cała wieczność. Dodatkowo zamek chodził całkiem sprawnie, ale ja słyszałem go tak głośno, że zagłuszał nawet bicie mojego serca, które wydawało się chcieć uciec z klatki piersiowej. Przekręciłem klucz i usłyszałem kliknięcie oznaczające, że zamek puścił. Delikatnie uchyliłem klapę i rozejrzałem się po ciemnym pomieszczeniu. Mój wzrok był przyzwyczajony do ciemności, więc widziałem całkiem nieźle. Pomieszczenie było prawie puste, nie licząc mężczyzny śpiącego na kanapie. Chrapał on co jakiś czas po cichu, ale widać było, że spał głęboko.  Wyszedłem pierwszy i przytrzymałem klapę dla Cinka, który wspinał się z pistoletem i lampą. Brzuch mi zaburczał tak głośno, że obawiałem się obudzenia całego obozu. Dalion zapomniał nam przynieść jedzenia.
                Zastanawiałem się gdzie może być Łowca i cała reszta, ale byłem pewien, że są pilnowani, w którejś piwnicy, a może nawet kawałek stąd.  Musieliśmy jak najszybciej wrócić do Torunia i przyjechać tutaj większą grupą. Przekradliśmy się po cichu do kuchni i drzwiami stamtąd wyszliśmy w chłodną noc. Rozejrzałem się i zauważyłem, że dwójka ludzi Daliona została ustawiona przy barykadach, ale całe szczęście nie pilnowali tylnego wyjścia do lasu. To była nasza szansa. Przekradliśmy się tam i już pięć minut później byliśmy wolni. Biegliśmy przez dziesięć minut bez zatrzymywania się, aż znaleźliśmy się mniej więcej w miejscu, w którym złapał nas Dalion. Tam usiedliśmy i odetchnęliśmy z ulgą. Czułem się zarazem wspaniale i beznadziejnie. Miałem okropne wyrzuty sumienia, że Łowca został tutaj razem z pasażerami, za których byłem odpowiedzialny. Dołożę wszelkich starań, żeby ich uratować.
- Dobra stary, lepiej powiedz gdzie jest ten pojazd, o którym mówiłeś – zaczął Cinek.
- Na zachód od Białegostoku w niedużej szopie w pewnej wiosce. Znalazłem go jak jeździłem tędy, ale było wtedy tam dużo zombie i nie miałem czasu go stamtąd zabrać. Sprawdziłem tylko czy działa i uciekłem autobusem. Oczywiście jest szansa, że znajdziemy coś wcześniej, więc możliwe, że nie będziemy musieli iść tylu kilometrów. Bo droga do tej szopy to co najmniej trzydzieści kilometrów.
- Kurwa zamarzniemy… - stwierdził Cinek smarkając zamaszyście na asfalt.
- Damy sobie radę, pamiętasz jak uciekaliśmy z Bobrem z Supraśla? Teraz będziemy pierwsi – zapewniłem – Chodź nie ma czasu na odpoczynek, za parę godzin zaczną nas szukać…
                 I ruszyliśmy. Droga całe szczęście była już czysta. Nie widzieliśmy za dużo trupów, po drodze minęliśmy zaledwie dwa czy trzy, które były oddalone od nas o paręnaście metrów i nawet nas nie wyczuły. Byłem głodny, zmęczony i zmarznięty, ale nie zwolniłem nawet na chwilę, utrzymywaliśmy świetne tempo i po niecałej godzinie dotarliśmy do Grabówki. Tutaj było więcej zombie, ale my musieliśmy się rozejrzeć za jakimiś ubraniami lub bronią do walki wręcz. Ja świeciłem lampą, a Cinek atakował zombie kolbą pistoletu i jakoś sobie z nimi radził. Najpierw odpychał je kikutem, a potem po prostu dobijał. Widać było jak doświadczonym człowiekiem się stał. W jednym z domków znaleźliśmy kij baseballowy oraz sporo ciuchów. Nie pasowały na nas za bardzo i śmierdziały straszliwie, ale bez narzekania nałożyliśmy je i poczuliśmy falę przyjemnego ciepła. Wziąłem kij w ręce i podałem lampę Cinkowi. Na pewno będzie lepiej zabijać zombie z większego dystansu jaki oferuje kij, niż kolba pistoletu. Rzeczywiście szło nam to całkiem sprawnie. Przeszukaliśmy jeszcze mały sklepik monopolowy i znaleźliśmy tam dwie paczki krakersów tak twardych, że bez zmiękczenia w wodzie na zapleczu nie dało się ich ugryźć bez połamania sobie zębów.
                Nasza uczta nie trwała długo. Zebraliśmy się po chwili i ruszyliśmy dalej. Musieliśmy teraz iść bez przerwy, aż znajdziemy jakiś działający pojazd, który przynajmniej pozwoli trochę oddalić się nam od zagrożenia. Pierwsze auto znaleźliśmy piętnaście minut później na poboczu. Z początku wyglądało obiecująco i silnik nawet zaskoczył parę razy, ale ostatecznie nie dało się go włączyć. Próbowałem parę razy na różne sposoby, a Cinek w tym czasie odpierał ataki szwendaczy, które zwabione światłem i hałasem człapały do nas z okolicznych zarośli. Szło mu to całkiem sprawnie, ale nie zostaliśmy tu dłużej, bo auto było niezdatne do użytku.
                Niecałą godzinę później zobaczyliśmy w oddali panoramę wymarłego miasta. Wygląd był przygnębiający. Przysiedliśmy akurat na chwilę żeby odpocząć i zaplanować, którą stroną ominiemy miasto i gdzie ewentualnie moglibyśmy rozejrzeć się za autem na miejscu.
- Przy zachodnim wyjeździe z Białego jest spora giełda, moglibyśmy to sprawdzić – zaproponował Cinek.
- Myślę, że to kiepski pomysł. Pewnie wielu, którzy wpadli na niego, krąży teraz pomiędzy autami jako zombie. Idźmy przed siebie i nie trzymajmy się głównej drogi. Jeżeli Dalion będzie jechał za nami to dobrze by było iść leśnymi ścieżkami. Wtedy mamy mniejszą szansę na znalezienie auta, ale za to większą na to, że nie wpadniemy na tych bandytów – stwierdziłem.
Nagle usłyszeliśmy wybuch i ogromny rozbłysk światła. Odruchowo sięgnąłem po kij, a Cinek przejechał pistoletem po całym otoczeniu. Dźwięki dobiegały z Białegostoku. Ze środka miasta wylatywały petardy, jedna za drugą. Ktoś właśnie sprowadził wszystkie okoliczne zombie w to miejsce.
- To Czerwone Flary? – zapytał Cinek.
- Wątpię, to zdecydowanie nie pasuje do kogokolwiek z Czerwonych Flar… - powiedziałem podziwiając. Ogłuszające wybuchy rozchodziły się po okolicy niczym szalone.
- Musimy stąd spadać – stwierdziłem.
                Wyszliśmy z lasu na drogę i wzdłuż niej ruszyliśmy w stronę obrzeży miasta. Znaleźliśmy dwa samochody, ale oba były rozbite, więc nie było mowy o tym, żeby nimi gdzieś pojechać.  Przy małym osiedlu, złożonym z domów jednorodzinnych usłyszeliśmy strzały i musieliśmy poczekać paręnaście minut, aż nie byliśmy absolutnie pewni tego, że nic nam nie zagraża. Ciężko było leżeć w bezruchu, w ciemną noc, otoczony wrogimi ludźmi i dużą grupą bandytów, która niebawem miała zacząć pościg. Dodatkowo było tak zimno, że byłem w stanie oddać dosłownie wszystko, za kubek ciepłej herbaty, albo koc. Gdy światła latarek bliżej niezidentyfikowanej grupy poświeciły po drodze spory kawałek od nas byliśmy pewni, że możemy iść dalej.
- Ciekawe czy w Białymstoku też jest jakiś obóz – wyraził przepuszczenia Cinek, idąc po cichu obok mnie.
- Nie wiem, ale jak sytuacja wygląda tak jak teraz przez cały czas to zaczynam doceniać Ostoję – powiedziałem szczerze.
                Droga na której się znajdowaliśmy prowadziła na zachód. Pamiętałem jakby to było dziś, jak przejeżdżałem tędy, po raz pierwszy kierując  Zbłąkanym Ocalałym.  Była to jedna z głównych dróg na zachód, gdybyśmy się jej trzymali to mogliśmy pokonać taką samą drogę jak z Torunia. Po drodze mogliśmy znaleźć auto. Wszystko się mogło ułożyć potrzebowaliśmy tylko trochę szczęścia.
- Stary cieszę się, że udało się nam przetrwać – wypalił nagle Cinek – Naszej konkretnej dwójce. Nawet strata ręki nie jest aż tak straszna w porównaniu z byciem jednym z tych chodzących śmierdzieli.
- Przetrwamy do końca – powiedziałem z uśmiechem.
Przeszliśmy jeszcze kawałek, wchodząc już na bardziej zalesione tereny. Do wioski mieliśmy jeszcze drugie tyle, ale oddaliliśmy się już trochę i była szansa na przetrwanie tego wszystkiego. Wchodząc do lasu zagłębiliśmy się w całunie ciszy. Serce biło mi dosyć mocno z emocji, ale dzięki temu pracowałem ze zdwojoną siłą i mogłem jakoś funkcjonować.
                Nagle idąc ciemną drogą usłyszeliśmy dźwięk silnika. Odwróciliśmy się, a ja całkowicie zamarłem. Wiedziałem, że skurwiel da nam żmudne nadzieję i ruszy za nami w pościg o wiele szybciej, jeszcze w środku nocy. Auto jednak nie nadjeżdżało ze wschodu tylko z północy. Byliśmy akurat na takim skrzyżowaniu, które odbiegało na zachód, północ oraz wschód. Obejrzeliśmy się i oślepiły nas światła samochodu. Zbiegłem na pobocze, ale auto zaczęło się zatrzymywać. Cinek dołączył do mnie i wymierzył w stronę pojazdu. To była nasza szansa. Mogliśmy przejąć ten wóz i odjechać.
                Auto zatrzymało się całkowicie i zobaczyłem, że wysiada z niego starszy mężczyzna, koło sześćdziesiątki, z bujną siwą czupryną i wąsem. Zaświecił na nas latarką i zawołał. Jego głos był niski, nieco dźwięczny, ale przyjemny.
- Potrzebujecie podwózki chłopcy? – zapytał.
Szczęście się do nas uśmiechnęło.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 14: Droga do Ostoi

Rozdział 14, czwarty z perspektywy Natalii. Dosyć spokojny, choć mający parę momentów, w których dreszcz przejdzie po plecach :) Po przeczytaniu proszę was o dołączenie do dyskusji w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 14 (Natalia): Droga do Ostoi


                Gdy nastał ranek nikt w aucie już nie spał. Młoda siedziała przy mnie i obserwowała jak Medyk pomaga Gigantowi i kobiecie, którą znaleźliśmy dzisiejszej nocy. O ile Gigant czuł się coraz lepiej i jego rana goiła się w dobrym tempie, to kobieta była w naprawdę kiepskim stanie. Trawiła ją gorączka, a cały jej bok ciała był zdarty do krwi. Od prawego barku do uda. Mamrotała coś o tym, że uciekali przed inną grupą ocalałych i ona straciła równowagę zbiegając z zbocza góry i przejechała paręnaście metrów po twardym śniegu. Musiało to niewyobrażalnie boleć, bo podczas oczyszczania rany zdarzało jej się krzyczeć tak głośno, że nawet Yeti się wzdrygał.
                Łysy, który kierował pojazdem, powiedział, że na dniach powinno nadejść ocieplenie, które uwolni nas od śniegu. Cieszyło mnie to, miałam dość białej osłony, która okrywała cały świat. Niektóre ubrania, które miałam na sobie były straszliwie brudne i podarte, dlatego marzyłam o cieplejszej temperaturze i przebraniu się w coś wygodniejszego. Dodatkowo dowiedziałam się, że do Torunia jest coraz bliżej i powinniśmy tam być w ciągu tygodnia. Pewnie moglibyśmy tam dojechać o wiele szybciej, ale drogi były średnio przejezdne, w końcu nie było wozów odśnieżających, ani tych, które posypywały je solą i piachem. Dlatego jechaliśmy po zmarzlinach powoli, żeby nie uszkodzić auta.
                 Dodatkowo musiałam liczyć się z tym, że trójka żołnierzy zatrzymywała się w różnych miejscach, w których spotykali przeróżnych ludzi. Dobrym przykładem tego była matka z dziećmi na przystanku czy też tamci dwaj mężczyźni i kobieta, których spotkaliśmy parę godzin temu w lesie. To było ciekawe, jak ta trójka starała się ciągle pomagać innym. Miałam szczerą nadzieję, że uda nam się dzięki nim dotrzeć do Ostoi i okaże się, że jest tam w miarę bezpiecznie.
                Gdy rankiem wyjechaliśmy na drogę do Ciechanowa, cieszyłam się. Wiedziałam dokładnie, że stamtąd będzie dzieliło nas już niecałe sto kilometrów do celu. Podróż mijała dosyć monotonnie, aż do czasu gdy poczułam, że wóz się zatrzymuje. Wiedziałam, że Łysy musiał wypatrzeć kolejnego człowieka, więc gdy zatrzymał pojazd, wyskoczyłam razem z Yetim oraz Gigantem na tyłach i rozejrzałam się. Staliśmy na poboczu w środku lasu. Drzewa były wszędzie na około nas, a droga przecinała je niczym ostrze miecza, biegnąc od wschodu na zachód. Przez chwilę zastanawiałam się dlaczego się zatrzymaliśmy, gdy nagle zobaczyłam stojącą na poboczu przyczepę. Na jednej z jej boków było napisane czarną farbą – „przebaczenie”. Przeszły mnie ciarki, scena przypominała jakiś horror.                Podeszliśmy we czwórkę z Łysym do przyczepy z wyciągniętymi broniami. Wtem Łysy wyciągnął rękę, żeby nas zatrzymać i krzyknął.
- Jest tu kto? Jesteśmy przyjaźnie nastawieni. – zawołał.
Odpowiedziała mu ponura cisza i pojękiwanie zombie z oddali. Musiały szwendać się po rozciągającym się lesie, co mogło oznaczać, że kiedyś były właścicielami tej przyczepy. Tylko co oznaczał ten napis? Podeszliśmy powoli do przodu, z każdym krokiem zbliżając się do wozu. Kiedy byliśmy w końcu o krok od drzwi Łysy podszedł i przyłożył do nich ucho. Nasłuchiwał chwilę i odwrócił się do nas.
- W środku coś jęczy. Uważajcie.
                Wymierzyliśmy broniami w stronę wnętrza auta i poczekaliśmy, aż Łysy je otworzy. Z środka buchnął okropny zapach rozkładających się zwłok. Odór był tak paskudny, że aż zakręciło mi się w głowie. Łysy jednak nie przejmował się tym i wszedł do środka. Z ciekawości podążyliśmy za nim, wszyscy oprócz Giganta, który był najwyższy i największy z nasi prawdopodobnie miałby problem z zmieszczeniem się w wozie, którego dach sięgał mu do nosa.
                W środku było naprawdę ciemno. Zasłony były szczelnie zasunięte, a dach całkowicie zamknięty. Starałam się nie oddychać za dużo, bo bałam się, że zemdleję. Całe wnętrze było nieco zrujnowane, widać było, że ktoś kto tu był musiał się spieszyć i z pośpiechu zrobił tu niezły bałagan. Leżał tu nawet trup, nie wiadomo czy właściciela, czy osoby, która chciała tutaj przenocować, ale nie wytrzymała psychicznie. Ciało było nabrzmiałe i gniło już od jakiegoś czasu. W zeschłej ręce trzymało rewolwer, a w drugiej różaniec. Na skroni trupa widniała zaschnięta plama krwi, wyciekająca z dziury w skroni. Popełnił samobójstwo. Ten obraz całej sytuacji był brutalny i zalała mnie fala obrzydzenia i dziwnego strachu. Nie było sensu przeszukiwać niczego, co było blisko tego okropnego smrodu, bo wszystko nim przesiąkło, więc czym prędzej opuściliśmy to przeklęte miejsce.
                Korzystając ze świeżego powietrza i chwilowego postoju usiadłam na śniegu, żeby rozprostować kości. Yeti dolewał paliwa z jednego kanistrów do baku z benzyną auta. Dzisiejszy dzień był naprawdę ciepły, więc podałam kurtkę Łysemu, który rzucił ją na pakę. Słoneczko przebijało się co chwilę z pojedynczych chmur, przysłaniających niebo. Gigant oparty o przyczepę ostrzył swój miecz, którego nie używał już od jakiegoś czasu z powodu kontuzji. Całe szczęście wrócił już prawie do zdrowia, więc znów stał się kimś w kim widziałam opiekuna. Zaskakiwało mnie jego posłuszeństwo co do Bobra. W końcu widział go ostatnio prawie dwa tygodnie temu, teraz on zapewne już nie żył, ale Karol wciąż starał się mnie chronić z wszystkich sił. Najstarszy siedział na pace i również korzystając ze świeżego powietrza patrzył w dal.
                Po chwili przerwy mieliśmy już zbierać, kiedy zobaczyliśmy trzy trupy przedzierające się przez krzaki i idące w naszą stronę. Yeti zaczął do nich mierzyć z karabinu, kiedy Gigant zawołał.
- Zostawcie je, ja się nimi zajmę.
Yeti opuścił broń i razem ze mną i resztą obserwował sytuację. Gigant stracił swój pancerz w domu dziadka kanibala, dlatego działał ostrożniej, ale wciąż miał swój miecz, który udało mi się uratować z pożaru. Naostrzona stal zaświeciła się w promieniach słońca, kiedy Gigant ruszył do przodu i zamachując się potężnie nad głową rozciął czaszkę wroga na pół. Zmienił wtedy ciężar nogi na prawą, tą która była uszkodzona i pewnym ruchem przebił kolejnego trupa do drzewa, po czym pociągnął ostrze w górę i rozpruł go na dwie części. Trzeci znalazł się niebezpiecznie blisko jego lewego boku, ale ten odepchnął go płasko ostrzem i gdy ten leżał wbił oburącz w czaszkę. Wrócił do formy. Yeti zaklaskał z podziwem, w końcu nie codziennie można być świadkiem takiego przedstawienia. Gigant był prawdziwym wirtuozem swojej broni.
                Chwilę później zapakowaliśmy się do wozu i ruszyliśmy dalej. Przez kolejne dwie godziny jeździliśmy po drogach i leśnych ścieżkach, aż w końcu znaleźliśmy się na otwartym polu, a na lewo zauważyliśmy niedużą wioskę. Nie było sensu jej przeszukiwać, podobnie jak w Kołodnie zauważyliśmy tam tylko sklep, który już z daleka wyglądał na spalony. Nie warto było tracić czasu na takie miejsce. Rozmawiałam sobie z Młodą, właściwie o niczym ciekawym, po prostu ona dobrze czuła się w moim towarzystwie i dzięki rozmowie udawało mi się zobaczyć parę razy uśmiech na jej twarzy. Kobieta, którą znaleźliśmy dzisiejszej nocy wciąż spała, budząc się co jakiś czas, gdy medyk zmieniał jej opatrunki. Mężczyzna mówił, że uda jej się z tego wyjść, potrzebuje tylko sporo odpoczynku i stałej opieki medycznej.
                Wykorzystując, że nic się nie dzieje, a Gigant zaczął opowiadać coś Młodej przyłożyłam głowę do oparcia i zasnęłam. Nie mówiąc oczywiście o ludziach, najbardziej tęskniłam właśnie za wygodnym łóżkiem w Królowym Moście. Tęskniłam właściwie za wieloma rzeczami: budzeniem się na piętrze niedaleko moich przyjaciół, rozmowach z Nieznajomą i Miczi, pilnującymi ogrodzeń ludźmi i wieloma, wieloma innymi. Drzemkę przerwał mi strzał. Po nim nastąpił kolejny, ale szybko zorientowałam się, że są dosyć odległe.  Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, rozglądając się niespokojnie.
- Co się dzieje? – zapytałam.
- Mijamy Ciechanów, ale przy jednym z domów coś się dzieje. Musimy to sprawdzić – wytłumaczył rzeczowo Yeti.
- Ten ktoś jest uzbrojony. Czy to bezpieczne? – zapytałam.
- Teraz nic nie jest bezpieczne – powiedział Medyk uśmiechając się ponuro.
                Wyciągnęłam pistolet i z niepokojem czekałam, aż Łysy zatrzyma auto. Gdy tylko zaparkował, ja, Gigant, Yeti, Najstarszy oraz nasz kierowca, wyskoczyliśmy na śnieg. Hałas dobiegał z jednorodzinnego domu, który znajdował się na skraju miasta. Widać było, że ten ktoś ma kłopoty, na podwórzu było widać parę zombie. Podbiegliśmy tam szybko. Robiło się powoli ciemno, chociaż bez problemu było widać wszystko bez światła latarek. Łysy przeskoczył niewysoki, drewniany płotek, lądując w krzakach, na których kiedyś musiały kwitnąć róże. Podążyliśmy za nim i wtedy Łysy zaczął strzelać do zombie. Jeżeli można go nazwać skutecznym, to o elemencie zaskoczenia, czy zwykłej ostrożności słyszał mało. Rozumiałam, że chcę ostrzec kogoś znajdującego się w środku o naszej obecności, ale to już była lekka przesada, kiedyś takie coś mogło go zgubić.
                Zombie z okolicy musiały nas słyszeć, więc czym prędzej przystąpiliśmy do ich eliminacji. Gigant zaczął swój taniec miecza, którym  balansował z ogromna gracją i skutecznością. Yeti również strzelał. Amunicji mieliśmy naprawdę dużo, więc ja również nie starałam się jej oszczędzać, zabijając kolejne zombie strzałami w głowę. Podwórko oczyściliśmy dosyć szybko, więc od razu ruszyliśmy do domu. Gigant wszedł ostatni, jego miecz nie był tak skuteczny w pomieszczeniach, gdzie nie mógł się nim porządnie zamachnąć. W środku było dosyć gorąco, więc tam również nie oszczędzaliśmy naboi. Dolne piętro oczyściliśmy równie szybko jak podwórze, ale zanim weszliśmy po drewnianych schodach na piętro poczekaliśmy chwilę.
                Strzały na górze ucichły, ale nie wiadomo, czy ocalałemu na górze skończyła się amunicja, czy po prostu dorwały go trupy. Czekaliśmy w napięciu, aż w końcu Łysy krzyknął.
- Hej tam na górze! Wszystko w porządku?
Przez chwilę nikt nie odpowiadał, więc zaczęliśmy się wspinać na górę, ale w końcu usłyszeliśmy męski głos.
- Tak, kim jesteście?
- Kimś kto uratował ci skórę. Nie potrzebujesz pomocy medycznej lub jakiejkolwiek innej? – zapytał Yeti.
- Właściwie to potrzebuje. Czy jeżeli zejdę to nic mi nie zrobicie? – zapytał.
Pytanie było strasznie naiwne, w końcu gdybyśmy chcieli to moglibyśmy poczekać, aż zombie go zabiją, lub po prostu sami tam wejść i go zastrzelić.
- Nie martw się. Gdybyśmy byli wrogo nastawieni to byś to odczuł – zapewnił go Yeti. Owłosiony, jak mityczne stworzenie, żołnierz sprawiał najmilsze wrażenie z całej trójki. Gdy tylko usłyszeliśmy, że ktoś schodzi opuściliśmy bronie, żeby go nie przestraszyć. Chłopak, który zszedł wyglądał na kogoś w moim wieku. Miał krótkie włosy, obcięte na dosyć normalny wzór. Jego twarz porastał delikatny zarost, a zza okularów spoglądały na nas piwne, bystre oczy. Był ubrany w wysokie, wygodne buty, czarne sztruksowe spodnie, czarną bluzę z kapturem i kamizelkę. W dłoni trzymał strzelbę, która nosiła ślady użytkowania. Dodatkowo kulał na prawą nogę.
 - Przydałoby mi się trochę amunicji i bandaży – przyznał podchodząc do Łysego. Nie widać było na jego twarzy strachu, a nie wyglądał specjalnie groźnie.
- Chodź z nami do naszego wozu, stoi kawałek dalej. Dostaniesz co chcesz – powiedział Łysy.
- Tak za darmo? Jest jakiś haczyk? – zapytał podejrzliwie.
- Nie ma żadnego haczyka. Powiedzmy, że jesteśmy organizacją, która pomaga innym. Rozumiesz? – zapytał uśmiechając się serdecznie Yeti.
- Powiedzmy – odpowiedział – Tak właściwie nazywam się Kapi, a przynajmniej tak mnie wołają.
                My też się mu przedstawiliśmy i zaprowadziliśmy do wozu. Usiadłam razem z nim, Gigantem i Yetim za naszym autem i czekaliśmy, aż Łysy przyniesie nieco zapasów, dla nowo poznanego ocalałego. W tym czasie Medyk wyszedł do nas i obejrzał nogę Kapiego. Miał on całkiem świeży, dobrze zawiązany bandaż, ale mimo tego Medyk oczyścił ranę i zabandażował na swój sposób.
- Widzę tutaj fachową rękę. Czyżbyś znał się nieco na leczeniu takich ran? – zapytał Medyk.
- Ach chciałbym. Całe szczęście pomógł mi jeden z mojej grupy – powiedział chłopak sycząc cicho, gdy rana była polewana wodą utlenioną.
- Nie jesteś tu sam? – zapytał z zaciekawieniem Yeti.
- Oczywiście, że nie. Moja grupa wysłała mnie na zwiad, kiedy podczas przeszukiwania tego domu – wskazał chatkę, z której go przed chwilą uratowaliśmy -  otoczyły mnie sztywniaki.
Roześmiałam się w duchu słysząc to zabawne określenie na trupy.
- Jak duża jest twoja grupa? Nie potrzebujecie jakichś zapasów? – zapytał Yeti.
- W sumie nie. Co prawda średnio sobie radzimy z jedzeniem, ale dajemy radę. Co do ilości to jest nas dziesięciu i nie mamy określonego celu podróży. Szukamy miejsca, które moglibyśmy obstawić i nazwać domem, bez durnych zasad, czy też niepotrzebnego niebezpieczeństwa. Obóz w jakiejś małej mieścinie czy wiosce – wytłumaczył Kapi, zasłaniając nogawkę przed zimnem i wstając – tak czy siak powinienem się już zbierać. Dziękuje wam za pomoc. Miło wiedzieć, że na świecie są jeszcze dobrzy ludzie.
Obóz w małej mieścince przypomniał mi o Królowym Moście. Szczerze życzyłam mu powodzenia, chociaż sama boleśnie wspominałam zdarzenia, które sprawiły, że znajdowałam się tutaj, gdy mogłabym siedzieć w domu Kiciusia za bezpiecznym ogrodzeniem. Zastanawiałam się przez chwilę, czy tak naprawdę dobrze robię jadąc do Torunia. Co jeśli reszta z Obozu przeżyła to wszystko i odbudowali to co zniszczyli ludzie z Supraśla i teraz tam mieszkają? Co prawda było to mało prawdopodobne, ale co jeśli jednak tak jest? Miałam nadzieję, że spotkam jeszcze kiedyś chociażby i Łapę. Miałam nadzieję, że dowiem się czy ktoś z moich przyjaciół przeżył, w taki czy inny sposób. Dopiero teraz pomyślałam, że mogę o coś spytać Kapiego.
- Nie widziałeś może innej grupy? Szukam paru osób, na czele, których powinien stać chłopak, rok starszy ode mnie, wysoki, ciemny blondyn, niebieskooki. Najprawdopodobniej jest z nim dwóch mężczyzn, ale coś mogło się pozmieniać.
- Hmm… niestety nikogo takiego nie widziałem, ale jak bym na niego wpadł to będę pamiętał, że jest przyjacielem moich przyjaciół – odpowiedział Kapi.
                Po chwili plandeka się odsunęła i wyszedł z niej Łysy niosąc worek z amunicją i bandażami oraz strzelbę Kapiego. Młodzieniec pożegnał się z nami i ruszył w głąb miasta, wciąż utykając lekko. My zabawiliśmy tu już wystarczająco długo, więc gdy tylko zniknął nam z oczu wsiedliśmy do auta i zaczęliśmy jechać dalej. Jechaliśmy do późnego wieczora, ale gdy znaleźliśmy całkiem przytulne wzgórze, zaparkowaliśmy tam auto i przespaliśmy się wszyscy. Oczywiście na straży zawsze stał Yeti, lub Medyk. Traktowali oni nas naprawdę dobrze i czułam się w ich wozie niesamowicie bezpiecznie. Nawet Młoda ich polubiła, chociaż wciąż czuła się nieco nieswojo.
                Z rana, od razu po śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Yeti poczuł się trochę gorzej, prawdopodobnie łapało go przeziębienie, więc leżał na jednym z czterech siedzeń. Kobieta czuła się coraz lepiej, chociaż widok jej ran wciąż przyprawiał mnie o ciarki. Całe szczęście Medyk znał się na swoim fachu i pomagał jej właściwie. Gdy ona przebudziła się parę godzin po naszym wyjeździe, porozmawiała nawet z nami chwilę.
- Gdzie ja jestem? – spytała po cichu. Widocznie nie pamiętała tego, że zaledwie dzień temu z nami rozmawiała. Wtedy miała wysoką gorączkę, więc w sumie było to całkiem normalne, że mogła czegoś nie pamiętać.
- W drodze do Torunia, całkiem niedaleko miasta Raciąż –odpowiedział spokojnie Medyk.
- Jestem zakładnikiem? Widziałam jak zabijaliście moich przyjaciół – powiedziała po cichu.
- Przyjaciół? Nie wiedziałem, że osoby, które chciały cię zabić były twoimi przyjaciółmi. Tak czy siak, nie. Nie jesteś zakładniczką. Chcemy ci pomóc – stwierdził Medyk.
- Racja. Chcieli mnie zabić. Teraz pamiętam. Spadłam ze zbocza, przeżyje? – zapytała.
- To już nam mówiłaś i zająłem się twoimi ranami. Powinny się zacząć goić – odpowiedział uprzejmie Medyk.
- Przepraszam za kłopot… -stęknęła, przesuwając się na bok.
- Nie przepraszaj. I nie ruszaj się za dużo. Rany się zaczęły goić, jak źle się położysz to znowu je otworzysz, a wtedy mogę mieć problem z uratowaniem cię – odpowiedział Medyk, podchodząc do kobiety i podając jej butelkę z wodą. Wypiła łapczywie parę łyków po czym spojrzała się na mnie i na resztę siedzących na pace. Musiała czuć się nieswojo w towarzystwie obcych ludzi, ale widocznie uznała, że nie stanowimy zagrożenia, bo po chwili położyła się i ponownie zasnęła.
                Jechaliśmy w całkowitej ciszy przez następne godziny, aż w końcu usłyszałam Łysego, który wołał Medyka na przody auta. Zaciekawiona również podeszłam do przodu i zobaczyłam, że na drodze do Raciąża podąża ocalały. Z racji iż grupa żołnierzy, z którą podążałam nie zostawiała nikogo w potrzebie to i w tym wypadku zatrzymaliśmy się. Była to otwarta droga, na środku pola, na horyzoncie widać było już zarysy miasta. Wysiedliśmy razem z Łysym i Gigantem żeby przywitać ocalałego. Mężczyzna zatrzymał się, gdy zajechaliśmy mu drogę i ostrożnie wymierzył pistoletem w naszą stronę. Był dosyć charakterystycznym człowiekiem. Miał ciemniejszą karnację skóry i kruczoczarne włosy oraz brodę. Był ubrany na czarno, a na plecach miał ogromny, górski plecak koloru zielonego. Na spodniach i butach widać było plamy błota, co oznaczało, że podróżował na piechotę od jakiegoś czasu.  Nie miał on kurtki, w sumie teraz stawała się coraz mniej potrzebna. Widać było różaniec, bardzo podobny do tego, który widzieliśmy w rękach człowieka z przyczepy, który wisiał swobodnie na jego szyi.
                Łysy przywitał go.
- Witaj przyjacielu, nie potrzebujesz czasem zapasów lub transportu? – zapytał, trzymając w ręce karabin.
- Witaj. Tak się składa, że nie pogardzę transportem, o ile jedziecie na zachód – odpowiedział bardzo sympatycznym tonem nieznajomy.
- Zależy jak daleko na zachód. Podróżujemy akurat do Torunia i tam możemy cię bez problemu podrzucić – odpowiedział Łysy.
- Świetnie się składa. Właśnie tam idę. Jestem Ojciec Józef i dziękuje z góry za pomoc – powiedział podchodząc bliżej nas. W jego głosie można było wyłapać obcy akcent, ale posługiwał się językiem bardzo dobrze.
- Ksiądz? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Egzorcysta – uściślił Józef uśmiechając się serdecznie.
                Tu mnie odrobinę zadziwiło. Nigdy nie widziałam egzorcysty i w sumie nie wierzyłam za bardzo w zdarzenia paranormalne i inne opętania. Teraz jeden z nich stał przede mną i czuć było od niego niesamowitą aurę. Ciężko to porównać z czymś konkretnym, ale od tego człowieka wręcz biła nadzieja.

- Tak więc witamy na pokładzie – powiedział Łysy zapraszając egzorcystę do środka auta.