Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 16. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 16. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 marca 2017

Rozdział 16: Błędy

Rozdział 16, kolejny z perspektywy Bobra. Rozdział nieco w innych klimatach, na pewno pisało mi się go ciekawie i jest trochę inny od pozostałych. Ale to już pozostawiam Waszej ocenie, mam nadzieję, że się wam spodoba, a po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Bobru - Rozdział 16 - Dzień 6
Irek - Dzień 6 - Kieruje się w stronę Torunia
Zuza - Dzień 6 - Jest w Płocku

------------------------------------------------

Rozdział 16: Błędy (BOBRU)


                Obudziłem się nie otwierając oczu. Myśli przelatywały przez moją obolałą głowę szybciej niż rozpędzony Potwór. Wokół mnie panowała kojąca dla bólu cisza. Opcje były dwie – albo byłem martwy i tak wygląda życie po śmierci, albo Łowca wraz z resztą zdołali przenieść mnie do bezpiecznego miejsca. Odczuwanie bólu skłaniało mnie jednak do tej drugiej opcji. Musieli przenieść mnie do Płońska. Na pewno zajęli się mną ludzie Feline. Stado zombie i to wszystko było już tylko wspomnieniem. Leżałem jeszcze chwilę napawając się tym. Próbowałem bez otwierania oczu odgadnąć co jeszcze mnie bolało. Główny ból czułem w głowie i ręce. No nic, pomyślałem zrzucając zasłonę ciemności.
                Znajdowałem się we wnętrzu jakiegoś mieszkania. Wiedziałem dobrze, że baza Feline znajduje się w szpitalu. Przenieśli się tutaj po ataku stada, zapytałem sam siebie. To zdawało się całkiem możliwe. Tak samo jak to, że był to po prostu pierwszy lepszy budynek w mieście. Rozejrzałem się i nagle przeszło mnie naprawdę dziwne odczucie. Wydawało mi się, jakbym już tu kiedyś był. Zaciekawiony spojrzałem w lewo i w prawo. To pomieszczenie zdecydowanie już gdzieś widziałem. Zdziwiło mnie to nieco, w końcu w Płońsku nigdy nie byłem. Przewieziono mnie z powrotem do Torunia lub Inowrocławia? Chociaż nie kojarzyłem tam tego typu budynków, to było jedyne racjonalne wyjście. Zauważyłem, że nie mam u paska pistoletu, ale mój nóż był na miejscu.
                Wstałem ostrożnie i podszedłem do okna. To co tam zobaczyłem złamało mnie całkowicie. Nie były to jednak trupy, ocalali, czy cokolwiek w tym stylu. Za oknem ujrzałem coś co było znacznie gorsze. Znacznie dziwniejsze i na swój sposób przerażające. Jak, zadałem sobie krótkie pytanie. Zanim zdążyłem pomyśleć o tym co się stało lepiej, usłyszałem głosy. Odruchowo przycisnąłem się do ściany. Chociaż starałem się nie robić hałasów to nieco stuknąłem łokciem o ścianę ze strachu. Tym co mnie przestraszyło nie było nawet to co zobaczyłem za oknem. Było to lustro na ścianie. Sama obecność mojego odbicia nie była niczym dziwnym, jednak to jak ono wyglądało wzbudziło we mnie kolejną falę mdlącej niepewności. O co chodzi, zapytałem się w myślach, chociaż miałem ochotę to wykrzyczeć.
                Wyglądałem inaczej. Nie wiedziałem jak dokładnie ubrać to w słowa, ale po prostu mój wygląd był… mniej zużyty. Zostałem ogolony, a włosy wyglądały jakbym dopiero co wrócił od fryzjera. Czy spałem tak długo, że zdążyli mnie ostrzyc? Czy mogłem leżeć w śpiączce jak Pablord? Ile czasu minęło? Nie mogłem znaleźć odpowiedzi na te pytania, a w głowie ziała pustka. Fakt tego wszystkiego nie poprawiał sytuacji ani trochę.
                Musiałem jednak sprawdzić, kto tu ze mną jest. To co zobaczyłem za oknem i w lustrze było bardzo dziwne, ale mogłem znaleźć na to jakieś wytłumaczenie. Stało się i tyle, jest apokalipsa, dzieją się różne dziwne rzeczy. Jednak to co zobaczyłem wychylając się delikatnie zza rogu było gwoździem do trumny mojej psychiki. Przy stole siedziały trzy osoby, a czwarta nerwowo zerkała za okno. W pierwszej chwili liczyłem, że to po prostu Łowca, Krystek, Ika oraz ktoś z ludzi Feline. Nie byli to jednak oni. Co gorsza w większości, nie były to nawet osoby… żywe:
- Stary! Aleś nam stracha napędził! Myślałem, że zginiesz od tego upadku! – krzyknął Ernest.
Milczałem. Nie potrafiłem wydobyć z siebie dźwięku. Jeszcze gorsze było usłyszenie drugiej osoby.
- Cholera wyglądasz jak trup. To pewnie od tego upadku. Jak upadłeś szybko z Ernim podnieśliśmy ciebie i przetransportowaliśmy do pobliskiego bloku. Całe szczęście zero zombie. Było całkowicie czysto. Uprzedzając pytanie od twojego upadku minęły z dwie godziny – powiedział Bartek. Gokujin. Ten, którego śmierć oglądałem podczas ataku Łapy na obóz w Królowym Moście.
- Nie martw się – dodał po chwili Kiciuś, patrząc na mnie zmartwionym wzrokiem – Dzwoniłem do Eryczka. Wygląda na to, że zasięg nie padł jeszcze kompletnie. Ma być za jakąś godzinę w parku przy operze. Da sobie rade. Oprócz niego i Natalii idą również dwaj inni. Bartek i Damian. Pamiętasz? Te ziomki z działki.
Nieznajoma i Bochen obserwowali rozmowę w ciszy. Ich cisza była totalnym przeciwieństwem tego co działo się w mojej głowie. Nie wiedziałem jak zareagować. Nie mogłem jednak tyle milczeć. Cokolwiek to było wyszedłbym na dziwaka albo szaleńca.
- Super – odpowiedziałem słabym głosem.
- Wszystko w porządku Bobru? Wyglądasz naprawdę kiepsko. Jeszcze gorzej niż po upadku – powiedział Bochen.
- Tak… tak – odpowiedziałem ucinając temat i podchodząc do Erniego, który zerkał za okno. Wyglądał inaczej od tego Erniego, który był kierowcą Zbłąkanego Ocalałego. Nie miał blizny na policzku, nie był zarośnięty… Miałem ochotę krzyczeć. Zadać grad pytań. Moje serce pękało widząc żyjącego Goku, Nieznajomą i Bochena. Wizje ich śmierci miałem tuż przed oczami. Pamiętałem dobrze jak uciekałem ze sklepu i Nieznajoma została w nim złapana. Słyszałem smutną pieśń graną przez sznur przyczepiony do latarni i obciążony ciałem Bochena. Czy to co się teraz działo było snem? A może wszystko co przeżyłem to był tylko wytwór mojej wyobraźni? Czy takie coś było w ogóle możliwe?
                Póki nie mogłem dokładniej określić co jest prawdą, a co nie, postanowiłem dać się ponieść temu światu.  Szukałem jednak znaków, czegokolwiek co pozwoliłoby mi dowiedzieć się czy to sen, czy rzeczywistość. Jeżeli jednak był to sen, to niezwykle realistyczny. Czułem to co miałem pod ręką. Na dworze słychać było stłumiony dźwięk trupów.  Odetchnąłem głęboko. Podobnie jak ostatnio czekaliśmy dobre czterdzieści minut, aż w końcu postanowiliśmy zbierać się w stronę opery. Podczas wychodzenia z mieszkania, gdy Bochen zbiegł już na dół wraz z Goku i Nieznajomą, zatrzymałem na chwilę Erniego.
- Stary – chwyciłem go za ramię.
- Hmm? – odwrócił się zaskoczony.
- Muszę ci coś powiedzieć. Tylko nie śmiej się cholera – zacząłem.
Kiwnął głową.
- To wszystko. Ten dzień i wszystkie kolejne… Ja już je przeżyłem. Wiem jak to brzmi, ale pamiętam wszystko. Nie wiem co się ze mną dzieje i czy to co widzę jest prawdziwe. Boję się – głos zadrżał, gdy wypowiadałem ostatnie słowa. Erni spojrzał na mnie. Przez chwilę nie odzywał się jakby analizując wszystko co usłyszał. Zupełnie jak prawdziwy Kiciuś.
- Jesteś pewien? Mam na myśli… leżałeś te dwie godziny, może ci się to śniło? – zapytał.
- Nie! – krzyknąłem nieco za głośno i zbyt gwałtownie – Nie. Mówiliście dokładnie to samo co wtedy kiedy się obudziłem. Tylko, że to było pięć miesięcy temu. Stary nie wiem co się ze mną dzieje. To wszystko przez ten stres. Nie daje rady, a nikt nie jest mi w stanie pomóc tak jak bym tego potrzebował. Nie radzę sobie… - powiedziałem spokojnie.
- Stary musisz wziąć się w garść. Dokończ to co zacząłeś, a potem odpoczniemy i pogadamy. W Królowym Moście. Nie możesz teraz odejść – powiedział zmartwionym głosem przytulając mnie. Te przytulenie również było całkowicie realne. Poczułem samotną łzę spływającą po moim policzku. Czy ja oszalałem? Czy to wszystko to był sen? Przez moją głowę wyraźnie przelatywały obrazy. Łowca, Supraśl, Łapa, Toruń, ciało Natalii, Dziara, zabicie Wojtka, Ben na wózku inwalidzkim, Wielkie Spotkanie Ocalałych, Złomiarze, Zszyci. Zadrżałem. Czy wszystko o co walczyłem tak długo okazało się zwykłym snem?
                Erni poklepał mnie po plecach po czym dał znać żebym szedł za nim. Drżałem cały. Może to rzeczywiście był sen? Przypadkowo pokryło się to z pytaniami, które zadali mi po upadku pięć miesięcy temu, ale może teraz potoczy się to inaczej? Kiciuś widział, że wciąż się tym zamęczam. Spojrzał na mnie.
- Co teraz miało się stać według twojego snu? – zapytał.
- Spotkamy Eryczka, Natalie i ich znajomych. Ale nie będą sami. Będzie szła z nimi obstawa na czele z Cinkiem, Alexem i Goliatem – powiedziałem czując złość na samo wspomnienie o Alexie.
- Cinek? Alex? Goliat? Cholera oby to rzeczywiście był sen… - powiedział.
- Jeżeli jednak to okaże się rzeczywistością… Musimy ich uniknąć lub zabić. Jeżeli tego nie zrobimy to się rozdzielimy. Bochena zabiją i powieszą na latarni… Po prostu zajmijmy się Natalią i Twoim bratem – widziałem jakim wzrokiem patrzył na mnie Erni. Urwaliśmy jednak temat, bo dochodziliśmy już do wyjścia z bloku, gdzie czekała na nas reszta. Ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę parku.
                Przechodząc przez jezdnię zabiliśmy parę trupów. Przebiegliśmy na drugą stronę jezdni, po czym zaczęliśmy się skradać. Erni obserwował mnie dokładnie, ale na twarzach reszty widziałem jedynie zaciekawienie i odrobinę strachu pomieszanego z ostrożnością.  Nie wiedziałem, czy będę miał drugą taką okazję, więc podszedłem do Goku. Miałem milion różnych pytań w głowie, ale zdecydowałem się na to najprostsze.
- Jak się trzymasz stary? – zapytałem.
- A dobrze ziomek. Znaczy dobrze jak na te czasy. Niezłe gówno się porobiło – powiedział. Jego głos był dla mnie jak nektar na wyschnięte gardło. Przed oczami wciąż widziałem jego twarz, kiedy czołgał się do mnie jako trup podczas ataku na obóz w Królowym Moście. Teraz jednak uśmiechał się i chociaż na jego twarzy widać było zmęczenie to dało się też poczuć charakterystyczną pozytywną energię – Ale przynajmniej nie wyszedłem na tym źle. Równie dobrze mogli mnie porobić w szkole, albo co gorsza trafiłbym na jakąś dziwną grupę. A tutaj znajdziemy spluwy i jesteśmy gotowi na wszystko. W końcu doświadczenie z gier się przyda.
                Gdy tak o tym mówił w ten sposób, moja grupa nagle przypomniała mi o grupie chłopaków, których znalazłem w Płocku. Nie różnili się tak bardzo od nas, tylko że, oni chowali się przed światem, a my go podbiliśmy. Dlatego to my zaatakowaliśmy ich obóz, a nie na odwrót. Zbliżaliśmy się już do opery. Od razu w oczy rzucił mi się radiowóz, przy którym widziałem śmierć dwóch policjantów. Okolica wydawała się czysta. Reszta też go zauważyła. Bochen już chciał biec w jego kierunku, ale zatrzymałem go. Zobaczmy co się stanie,  pomyślałem, po czym odezwałem się do reszty:
- Ja tam pójdę. Jakby coś się zaczęło dziać to zostańcie przy tych murkach i nie wychylajcie się nieważne co by się działo – powiedziałem.
- Jesteś pewien? – zapytał Erni, wyraźnie patrząc na mnie.
- Tak. Po prostu tu poczekajcie.
Nie czekając na dalszą odpowiedź ruszyłem do przodu. Biegłem szybko, wiedząc, że lada chwila na horyzoncie powinni pojawić się ludzie Alexa. Dopadłem do radiowozu i zauważyłem dwa trupy. Były jednak w takim stanie, że nawet nie wstawały. Zombie musiał zjeść w takim stopniu, że te nie mogły nawet powstać. Przeszukałem najszybciej jak umiałem kieszenie i kabury. Znalazłem dwa pistolety. Podobnie jak ostatnio w jednym były cztery naboje, a w drugim dwa. Zgarnąłem obie bronie i pędem ruszyłem w stronę murków, przy których zostawiłem resztę. Zauważyłem też, że w parku zaczęło się coś dziać.
                Już z daleko było jasne, że to ludzie Alexa. Cała banda patologicznie wyglądających chłopaków, którzy byli wyposażeni w rury, metalowe pręty i kije. Nie przejmując się na razie nimi podszedłem do swoich przyjaciół i podałem Erniemu pistolet. Miałem nadzieję, że pomoże mi w odpowiedniej chwili.
- Zachowujcie się spokojnie. Znamy z Ernim większość tych ludzi, nie będą mieli za dobrych zamiarów, ale po prostu się nie wychylajcie i nadążajcie za tym co mówię, ok? – poprosiłem resztę. Pokiwali głowami. Wstaliśmy. Grupa Alexa szybko nas otoczyła. O ile ostatnim razem byłem przerażony, to teraz kipiałem nienawiścią. Uspokajał mnie widok tylko dwóch osób. Cinek stał i uśmiechał się wesoło widząc mnie i Erniego. A tuż obok Alexa stała Natalia. Wizja jej ciała leżącego w kałuży krwi na ulicach Ostoi też nawiedzała mnie od czasu kiedy ją zobaczyłem. Chociaż miałem lepsze momenty i po paru epizodach starałem się o tym zapomnieć to uczucie wróciło ze zdwojoną siłą, kiedy Łapa przyznała się do zabójstwa. A teraz zobaczenie jej żywej było jeszcze gorsze. Nie zważając na Alexa i Goliata, którzy zaczęli coś mówić, podszedłem do niej i przytuliłem .Nie spodziewała się do końca aż takich uczuć, ale odwzajemniła przytulenie.
- Tęskniłem – wyszeptałem drżącym głosem. Spojrzała na mnie nieco dziwnie. Wiedziałem, że ona nie rozumiała mojego szczęścia. W końcu gdy spotkałem ją rzeczywiście pierwszego dnia apokalipsy to rozstaliśmy się w wcześniejsze wakacje w pokojowych warunkach i wciąż czasami ze sobą pisaliśmy. Teraz kiedy jednak widziałem ją martwą i miałem szansę raz jeszcze zobaczyć ją uśmiechniętą, poczuć jej ciepło to coś we mnie pękło.
                Sprawa z Łapą też nie dawała mi spokoju. Chociaż nie wyładowałem na niej złości i starałem się chować urazę wiedząc, że Płock był ważniejszym celem to nie wiedziałem co z nią zrobić. Czy dać jej kolejną szansę, czy raz na zawsze wyłączyć ją z mojego życia. Pewnie ludzie, którzy mnie otaczali i wiedzieli o tym co ona zrobiła, nie mieliby z tym problemu i kazaliby mi ją wygonić, albo zabić. Ale ja nie potrafiłem tak łatwo zapomnieć o tym wszystkim. Nie wiem nawet czy chciałem.
Się kurwa porobiło! – sapnął – To co lecimy dalej? Musimy znaleźć jakiegoś kałacha albo bazookę bo inaczej ni chuja z tymi martwiakami.
— Ale dużo nas, damy radę – powiedział ktoś z tłumu.
— Się wie –powiedział Alex, wciąż patrząc zdziwiony na to jak pewnie podszedłem do Natalii.
                Normalnie, w tej chwili Erni wychodził z propozycją pozwolenia nam odejść. Ale teraz nie powiedział nic. Przejąłem inicjatywę.
- To jaki jest plan? Cinek? Alex? Macie jakieś bronie oprócz tych kijków i rurek? – zapytałem uderzając na ambicję.
- Właściwie to jeszcze nie. Ledwo z ośki się pozbieraliśmy przy okazji spotykając Eryczka i resztę – powiedział Cinek wskazując na brata Kiciusia, Natalie i Bartka oraz Damiana, dwójkę z działki.
- Widzieliśmy po drodze z naszego liceum sklep. Może zbierzesz paru ludzi i Alex z Goliatem przejdą się tam, a ty zostaniesz tu z nami, popilnujemy tego palcu i powspominamy. Dawno się nie widzieliśmy – powiedziałem.
- Ja też bym został. Goliat poradzi sobie sam. Weźmie paru ziomków – wtrącił się Alex, najwidoczniej nie chcąc zostawić nas z samym Cinkiem i resztą. Jak zwykle pchał się tam gdzie nie trzeba.
- Jasne załatwię to – powiedział Goliat.
                Krótko po tym zaczął zbierać ludzi i ruszył według moich instrukcji do nieistniejącego sklepu z bronią. Na placu w krótce zrobiło się bardzo pusto. Zaczęło się też robić powoli ciemno.  Przy stole w parku zostali Bochen, Goku, Nieznajoma, Erni, Cinek, Alex i trzech jego kumpli. Postanowiłem trzymać się wcześniejszego planu i kiedy upewniłem się, że Goliat oddalił się już z naszego zasięgu wzroku zaproponowałem Alexowi pójście na zwiad.  Pamiętałem jak oszukał mnie ostatnim razem, atakując zdradziecko od tyłu. Pamiętam ile problemów to mi sprawiło. Co prawda dzięki temu wpadłem na Miczi i jej znajomych, ale to wciąż było do osiągnięcia. Odeszliśmy nieco od reszty i w mroku drzew szliśmy powoli. Słyszałem jak mój przeciwnik oddycha. Byłem pewien, że podobnie jak ostatnio zaatakuje mnie nagle.
                Usłyszałem tylko krótki dźwięk. Stary Bobru z pewnością nie zareagowałby na czas. Ale ja walczyłem już z takimi ludźmi. Pokonałem ich całe mnóstwo żeby dotrwać do momentu, w którym byłem teraz. Odwróciłem się, a pistolet pojawił się w mojej dłoni szybciej niż kiedykolwiek. Strzał rozszedł się echem po okolicy. Alex upadł z dziurą w głowie. Nie miałem żadnych wątpliwości, że spudłowałem. Ruszyłem w stronę stolików. I wtedy odetchnąłem z ulgą. Chociaż to co działo się na moich oczach było straszne, w końcu znalazłem znak, który mi dokładnie pokazał co się ze mną dzieje. Las rozjaśnił się, a ja stałem na podwórzu Królowego Mostu. Odetchnąłem z ulgą. To sen, pomyślałem. Dawno nie poczułem takiej ulgi. Wystarczyło się obudzić. Czy powinienem spróbować się zabić? Czy w ten sposób ucieknę z tego „świata”?
                Chociaż w całym obozie wydawało się nikogo nie być, usłyszałem krok za sobą. Odwróciłem się. Stał za mną Sołtys. Zobaczenie tej pociesznej, starej twarzy było naprawdę radosne. Podszedł do mnie powoli i spojrzał ostrożnie.
- Co ty tu robisz? – zapytał.
- Próbuje stąd wyjść – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Jego twarz jakby złagodniała.
 - Czyli zdajesz sobie sprawę z tego, że to sen? – zapytał zaciekawiony.
- Zdaję. I chcę się obudzić. Zobaczyłem dużo osób, których już przy mnie nie ma. Chcę ochronić tych, którzy przy mnie są. Przykro mi, że nie udało mi się uratować ciebie – powiedziałem zasmucony.
- Ludzie giną i nic na to nie poradzisz. Ani ty, ani nikt. Pamiętaj o martwych i uważaj na żywych chłopcze…
- Przydałbyś mi się. Gdyby nie ty nie zajechałbym tak daleko – powiedziałem.
- Na każdego przychodzi czas, niestety. Ja byłem już stary. Nie szkoda odejść w takim wieku…
- Każde życie się liczy. Każde życie. Niektóre po prostu same proszą się o odebranie. Ale zmieniłem się od czasów Królowego Mostu. Sporo przeszliśmy. Straciliśmy, ale też zyskaliśmy – dawno nie mogłem wygadać się tak swobodnie jak do wizji Sołtysa w mojej głowie.
- Wystarczy już tego – odezwał się kolejny głos w mojej głowie. Odwróciłem się i sceneria znowu się zmieniła. Stałem pośrodku drogi, której nie znałem, a przynajmniej nie kojarzyłem. Przede mną stała Magda z łukiem. Celowała w moją stronę – Wiesz co, żeby ktoś narzekał jak baba, co z ciebie za dowódca – powiedziała. Chociaż mówiła to poważnym głosem to wiedziałem, że żartowała.
- Czym właściwie jest to co się dzieje? – zaciekawiłem się, czy odnajdę odpowiedź we własnej głowie.
- Snem – odpowiedziała krótko po czym wypuściła strzałę. Ta leciała dosyć wolno. Nienaturalnie wolno. Cały świat zaczął się trząść. Poczułem ból w plecach. Zanim pocisk doleciał do mnie otworzyłem oczy w prawdziwym świecie. Wystraszony, próbowałem się wyrwać. Trzymano mnie jednak mocno.
- Ej spokój! – krzyknął ktoś tuż przy moim uchu. To był Łowca. Ulżyło mi. Chociaż wróciłem do piekła, to było ono przynajmniej realne. Postawił mnie na ziemi. Krystek patrzył na mnie z ulgą w oczach. Podobnie Ika. Staliśmy na ulicy. Po obu stronach znajdowały się trzypiętrowe bloki mieszkalne.  Gdzie-nie-gdzie walały się trupy. Żywe dopiero szły w naszą stronę, najprawdopodobniej naszym śladem. Same budynki wyglądały kiepsko. Łowca podał mi karabin.
- Jak dasz radę stać to trzymaj – powiedział. Wziąłem broń w ręce. Był to ten sam karabin, którym strzelałem przez okno Potwora. Wspomnienia ze snu powoli zaczynały się rozwijać, chociaż były zdecydowanie ciekawym przeżyciem. Każdy kolejny krzyk zombie, sprawiał jednak, że ta wizja zdawała się coraz bardziej odległa.
- Ale cię wyjebało za okno… myśleliśmy, że po tobie stary – powiedział Krystek.
- Sza! Nie ma czasu na gadanie musimy wleźć do któregoś budynku bo inaczej po nas – wtrącił Łowca idąc na przód. Szliśmy za nim.  Zobaczyłem na jego plecach karabin snajperski.
- Gdzie jest Potwór? – zapytałem.
- Został na polu. Jakimś jebanym cudem strzeliła opona. Osobiście myślę, że ktoś nas zaatakował. Takie opony nie pękają ot tak sobie – powiedział ze złością.
- A jesteśmy w mieścinie przy Płońsku. Resztę drogi musimy pokonać na piechotę – dodała Ika.
                Przeszliśmy przez uliczkę i w końcu znaleźliśmy miejsce, do zrobienia postoju. Wciąż byłem obolały po upadku, ale podobnie jak po spadku w Białymstoku, nic nie złamałem, co było ogromnym szczęściem. Budynek, do którego weszliśmy był czymś w stylu baru połączonego z księgarnią. Bez problemu dobiliśmy trupa, który jęczał i wyciągał powykręcane ręce w naszym kierunku. Musiał tu być już jakiś czas, bo po wbiciu mu noża w głowę upadł i w paru miejscach pękł, wylewając ohydną maź na spory kawałek podłogi. Usiadłem spokojnie przy jednym ze stołów, Krystek zasunął zamek w drzwiach, a Ika i Łowca szybko przeszukali zaplecze przynosząc po chwili parę butelek piwa oraz zapas ciastek.
- Na pewno wszystko w porządku? – zapytał Łowca.
- Jasne. To był mały szok, ale uratowaliście mnie. Nie wiem jak to zrobiliście w tym całym zamieszaniu, ale jak wylatywałem przez tą szybę to myślałem, ze to koniec – powiedziałem.
- Jak ja odzyskam Potwora? – zadał pytanie mężczyzna, bardziej do siebie niż do nas.
- Jak dojdziemy do Płońska to poprosimy Feline o pomoc. Na pewno coś się wykombinuje – pocieszyłem go.
- Tylko czy z Płońska coś zostało. Jak przeszło przez nie stado to nie wróżę nic dobrego – zauważył Krystek.
- Jak nie spróbujemy to nie zobaczymy. Swoją drogą, dojdziemy stąd prosto do Płońska? – zapytałem.
- Zaraz sprawdzę którędy – dała znać Ika wyciągając mapę, którą zapewne wzięła z tira – Tak. Mamy tam na oko jakieś pięć kilometrów, więc bez większego problemu. A stado ruszyło dalej, te niedobitki – wskazały zombie, które po tym jak zgubiły nasz trop wałęsały się w dalszej części ulicy – też zaraz się znudzą. Jak trochę się to uspokoi powinniśmy iść – zaproponowała.
- Zgadzam się – powiedziałem, po czym wziąłem łyk piwa. Było stare i miało dziwny posmak. Nie pozostało nam jednak nic innego jak picie go i czekanie.

sobota, 19 września 2015

Rozdział 16: Plan

Rozdział 16, kolejny z perspketywy Bobra. Wszystkie grupy ruszają wykonać swoje zadanie. Bobru musi zaplanować kogo gdzie wysłać, bo to głównie jego ludzie będą się narażać, żeby ocalić Feline. Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 16 - Bobru - Dzień 8-9
Irek - Dzień 8-9 - Znajduje się w Inowrocławie
Olaf - Dzień 8-9 - Znajduje się w Inowrocławie

-------------------------------------------------

Rozdział 16 (Bobru): Plan


                Chociaż byłem zmęczony po spotkaniu to cieszyłem się z tego co udało mi się ustalić. Odkąd Dziara się zmienił musiałem przyznać, że sprawy miały się dobrze, dlatego zastanawiałem się nawet nad pozostaniem w Ostoi. Teraz, kiedy pojawiła się szansa bycia częścią czegoś większego, ale na własną rękę od razu ją przyjąłem. Ten dzień mogłem uznać za prawie idealny, gdyby nie jeden fakt. Jedna osoba. Łapa była teraz częścią Inowrocławia. Wraz z nią przebywali moi ludzie. Sam nie wiedziałem jak zareagować na fakt, że ona żyje. Z jednej strony cieszyłem się, bo mieliśmy sporo wspólnych chwil, których nie potrafiłem po prostu zapomnieć, jednak z drugiej strony oszukała mnie i uciekła bez powodu. Co gorsza coraz więcej rozmyślałem o plotkach, które kiedyś chodziły po Ostoi, jakoby to właśnie Łapa stała za morderstwem Natalii, a nie Jakub.
                Nie wiedziałem sam czy w to wierzyć, czy nie, ale było tyle negatywnych emocji pomiędzy nami, że nie potrafiłem nawet na nią spojrzeć. Musiałem się skupić na zadaniu. Feline była osobą, która uratowała Cinka i Erniego swego czasu i chociaż nie znałem jej osobiście musiałem spłacić dług. Poza tym nigdy nie mogłem pozwolić na to, żeby Złomiarze trzymali kogoś ważnego. Jeżeli byśmy na to pozwalali to w życiu byśmy się ich nie pozbyli. Ben był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zdawał się wiedzieć naprawdę dużo i rządził twardą ręką, chociaż nie mógł chodzić. Jego ludzie byli mu posłuszni. Dlaczego w każdym obozie nie mogło tak być?
                Usiadłem z resztą grupy z Torunia przed schodami domku jednorodzinnego, który został nam przeznaczony, na czas spotkania. Widziałem na twarzach moich ludzi głęboki zamysł. Sam do końca nie byłem pewien tego, co się działo.
- Czy ktoś… ma jakiekolwiek pytania? – zapytałem.
- Wyjeżdżamy jutro, tak? – zapytał Pablord.
- Tak, z rana – potwierdziłem.
- Wszyscy? – zapytał Łowca.
- Nie – odpowiedziałem od razu – Grupy są jeszcze do ustalenia, ale wiadome jest to, że mamy teraz cztery cele i rozdzielimy ludzi pomiędzy nie.
- Cztery? Drogi, punkty strategiczne, Złomiarze i co jeszcze? – zapytała Ruda.
- Dwie grupy uderzą na Złomiarzy. Jedna będzie oficjalna, druga nie – odpowiedziałem.
- Co przez to rozumiesz? – zaciekawił się Erni.
- Wydaje mi się, że jedna grupa powinna wjechać tam główną drogą, prosto na złomowisko. Ja będę nią dowodził bo znam to miejsce i wykorzystam wszelkie plusy tego faktu. Druga z kolei uderzy na jeden z obozów Złomiarzy. Najlepiej ten najbliżej Płońska. Kto wie, może właśnie tam znajdą Feline – wytłumaczyłem drapiąc się po brodzie.
- Nie podoba mi się to wszystko. Mieliśmy uciekać. Teraz ratujemy nieznaną nam osobę – wtrącił  Pablord.
- Pabi, ona nas uratowała. Gdyby nie pech, możliwe, że stalibyśmy tu teraz z Cinkiem. Zrozum to… - powiedział Erni.
- Nie spotkałeś Złomiarzy. To są bandyci. Zwykli bandyci – powiedział.
- Dlatego powinieneś zrozumieć, że ona jest tam zdana na ich łaskę. Czy chciałbyś, żebyśmy cię zostawili wiedząc, że żyjesz i jesteś tam przetrzymywany? – Erni powoli tracił cierpliwość.
- Jeżeli ryzykowałbym życiem paru osób to na pewno – odpowiedział stanowczo Paweł.
- Dobra wystarczy – przerwałem – Mam już nawet plan jak to wszystko rozegrać. Erni oraz Rekin, wy załatwicie drogi z ludźmi z Inowrocławia – powiedziałem.
- My? – zapytał Erni patrząc na Rekina.
- Znasz te drogi najlepiej z nas. Poza tym to odpowiednie zadanie dla ciebie. Jak ty to zrobisz, to będzie solidnie. Poza tym wiem, że zadbasz o oczyszczenie tras do Torunia i Płocka – powiedziałem.
                Skinął tylko głową, a ja mówiłem dalej.
- Punktami zajmiecie się wy – wskazałem Rudą i Dymitra – oraz ty, Karol – powiedziałem w stronę Giganta. Oni nawet nie dyskutowali. Widocznie odpowiadała im ta rola, chociaż przez chwilę wydawało mi się, że widziałem zaniepokojenie na twarzy najwyższego z nas.
- Wszystko w porządku? – zapytałem go.
- Tak… - powiedział spokojnym głosem. Nie przekonał mnie, mimo to kontynuowałem.
- Do pobocznej grupy uderzeniowej chciałbym włączyć ciebie Łowco. Podejrzewam, że Ben oraz ludzie z Płońska będą też tam się wybierali, więc chciałbym, żebyś miał na nich oko – powiedziałem mrugając. Twarz Łowcy na początku nie wyrażała nic, ale kiedy załapał żart zaśmiał się i poklepał po opasce na oko.
- No tak – powiedział.
- Cała reszta oprócz Dziary jedzie ze mną – powiedziałem, mając na myśli Józefa oraz Pablorda – Ty Dziara musisz kontrolować sytuacje. Poza tym, mam nadzieję, że rozumiesz i nie masz nic przeciwko? – zapytałem.
- Twoi ludzie Bobru. Wierzę i ufam twoim osądom i zrobię jak powiesz – powiedział.
                Nagle podeszła do nas grupa ludzi. Byli to moi ludzie oraz ekipa z Płońska. Zamilkliśmy. Widziałem jak wszyscy obserwują mnie i Łapę. Nie wiedziałem kompletnie co powiedzieć, ale ona wykonała pierwszy krok.
- To co kochaniutki? Masz jakiś plan? – zapytała.
Czułem jak przechodzi mnie dreszcz. Starałem się zignorować to uczucie.
- Cieszę się, że pytasz. Tak się składa, że mam. Dobrze was widzieć po takim czasie – powiedziałem, nie dając po sobie poznać jak wiele znaczyły dla mnie jej słowa.
- Jak się okazało, miałeś rację. Jak zwykle – powiedziała – Ale o tym później. Mam nadzieję, że poświęcisz mi trochę swojego czasu. Póki co mamy robotę do zrobienia. A więc, co wykombinowałeś? – zapytała.
                Dopiero teraz mogłem się przyjrzeć ludziom, których nie widziałem od miesiąca. Na spotkaniu siedzieli kawałek ode mnie, a teraz stali krok dalej. Szybko jednak wyłapałem coś, co mnie poważnie zaniepokoiło.
- Gdzie jest Magda? – zapytałem. Widocznie to był błąd, bo usłyszałem jak Krystek głośno wciąga powietrze, a na jego twarzy pojawia się smutek.
- Nie żyje. Choroba ją zniszczyła – powiedział mężczyzna, którego, jako jedynego z grupy, nie kojarzyłem. Wiedziałem, że ma na imię Irek i z tego co zdążyłem usłyszeć był kiedyś więźniem Dziary, ale ani nie znałem powodu, ani go nie chciałem poznać. Słowa te jednak zasmuciły mnie. Pamiętałem jak dzisiaj, gdy spotkałem ją po raz pierwszy. Zawsze była rozgadana i ciekawska. Chciała nawet ukraść nam Potwora i gdyby nie Sołtys, to by to zrobiła. Jego jednak też już nie było z nami. Nie lubiłem wspominać zmarłych. Chociaż miałem z nimi pozytywne wspomnienia, to przerażał mnie fakt, że ich po prostu nie ma już na tym świecie.
                Postanowiłem jednak pozostawić negatywne emocje za mną i przejść do sedna. Miałem parę dodatkowych osób do rozdzielenia i zadziwiał mnie fakt, jak pewnie za mną podążali.
- Dobrze. Połowy z was nie znam, ale wiem jak ważne dla was jest odbicie Feline. Żałuje, że jej nie poznałem i mam nadzieję to nadrobić jak najszybciej. Wiem jak to boli. Złomiarze porwali też jednego z naszych ludzi, kiedy byliśmy tam ostatnio. Do dzisiaj nie wiemy czy zginął, czy jest tam przetrzymywany – zacząłem – Słyszałem jak zgłaszałeś się na ochotnika do stworzenia punktów strategicznych – powiedziałem do Irka – Jeżeli chciałbyś z nim pojechać Krystek to mielibyście już pięcioosobowy skład, który powinien wam wystarczyć. Z moich ludzi wysyłam tam Giganta, Dymitra oraz Natalię – powiedziałem przedstawiając ich szczególnie ludziom z Płońska, ale też Irkowi.
- Mi pasuje – stwierdził po chwili namysłu Krystek.
- Cieszę się. Ogólnie musze was uświadomić, że dwie ekspedycje ruszą w stronę obozu Złomiarzy. Jedna oficjalna, a druga, która będzie ubezpieczała tyły. Do tej drugiej chciałbym dodać waszą czwórkę – powiedziałem wskazując ludzi z Płońska.
- Wybacz Bobru – powiedział zmęczonym głosem Olaf – Ale cholera jasna chciałbym być w głównej ekspedycji. Chcę ją uratować, a nie pilnować tyłów. To moje własne pieprzone porachunki – wtrącił.
                Westchnąłem cicho. Podszedłem do niego tak, że nasze nosy prawie stykały się ze sobą.
- Nie obraź się, ale mam plan. Rozumiem potrzebę bycia w centrum akcji, ale uwierz mi, że chcę dobrze dla twojej szefowej. Ryzykuje życiem moich ludzi! Rozumiesz to? – podniosłem głos – Uwierz mi, że nie robi tego na złość tobie, czy twoim ludziom. Po prostu wy lepiej znacie tereny przy Płońsku. Właśnie w takim obozie, który jest niedaleko waszego obozu może być Feline. Musisz tam być, bo jestem pewien, ze znasz go najlepiej z nas wszystkich –powiedziałem.
Widziałem na jego twarzy złość, ale w końcu wkradło się też miejsce na zrozumienie.
- Lepiej żeby to zadziałało – wysyczał przez zęby – Bo jak nie to najpierw wybije ich pieprzony obóz, a następnie wrócę żeby ci o tym powiedzieć. A wtedy nie będę miły – zagroził.
Nie miałem zamiaru się z nim kłócić. Rozumiałem emocje, które się w nim gotowały.
- I to jest duch walki – powiedziałem tylko wesołym tonem – Oprócz waszej czwórki chcę żeby pojechała tam Łapa i jej siostra, o ile Młoda nie chce zostać tutaj – dodałem.
- Bo? – zapytała Łapa – Myślałam, że lubisz ze mną podróżować – powiedziała uśmiechając się wrednie.
- Bo taki jest plan – odpowiedziałem spokojnie, bez emocji.
- Jeżeli uważasz, że tak będzie lepiej… Możemy pogadać? Bo podejrzewam, że to wszystko – powiedziała.
- Właściwie tak. Jutro z rana przy wyjeździe. Erni i Irek musicie poprosić Bena o jakichś dodatkowych ludzi jeżeli oczywiście chcecie, ale myślę, że to się przyda – powiedziałem – A teraz muszę was przeprosić – powiedziałem niepewnym głosem patrząc na Łapę. Ludzie rozeszli się. Wydawali się całkiem podekscytowani, jeżeli można było się cieszyć w jakikolwiek sposób z podobnej wyprawy.
                Odszedłem na bok wraz z Łapą. Czułem się niezwykle niezręcznie, właściwie było to tak zaskakujące uczucie, że ciężko było mi je określić. W końcu kiedy zaczęło się to wszystko i na ulicach pojawiły się trupy to wszelkie granice zdawały się zanikać. Tutaj jednak wyraźnie czułem zawstydzenie. Zupełnie jak rozmawianie z kimś, z kim miało się sprzeczkę i teraz próbowało się odbudować sytuacje. Gdyby to był kto inny prawdopodobnie skończyłoby się na bójce, bądź nawet gorzej. Ale to była ona. Musiałem jej wysłuchać.
- Co się z tobą stało? – zapytałem – Wczoraj unikałaś mnie i spoglądałaś jakbyś miała ochotę mnie zabić, a dzisiaj… zachowujesz się jakby nic się nie stało – powiedziałem.
- Kobieta zmienną jest, prawda? – zapytała – Mam dzisiaj dobry humor i chcę wyjaśnić sprawę z tobą. Raz na zawsze, bo kto wie jak zakończy się nasza misja? Co prawda mordowanie tych skurwysynów sprawi mi nieziemską przyjemność, ale kto wie czy jeden z tych skurwysynów nie dopadnie mnie. Przechodząc do rzeczy, uciekłam od Torunia i od Dziary. Nie od ciebie. Wiem, że to wyglądało inaczej, ale muszę przyznać, że chociaż poznałam mnóstwo osób, odkąd to wszystko się zaczęło, a mimo to nikt nie zna mnie lepiej niż ty. Nawet moja siostra – wyznała, a w jej oczach pojawiło się coś co przez chwilę wyglądało jak łzy. Udałem jednak, że nie widzę tego. Nie chciałem widzieć czegoś takiego u osoby, która była taka jak Łapa.
- I czego obawiałaś się z mojej strony? – zapytałem zaskoczony – Że nie pozwolę ci jechać? Że zrobię scenę i będę cię błagał o zostanie? Dobrze wiesz, że nie zrobiłbym czegoś takiego. Pamiętasz naszą umowę z młyna w Królowym Moście? Była prosta, nie ograniczała w granicach zdrowego rozsądku oczywiście. Nie mogłem cię trzymać jakbyś była moją zabawką, bo jesteś osobą i w pełni cię szanuję. Przyznam, że twój odjazd połączony z odjazdem paru osób z mojego obozu mnie zabolał, ale nie byłem zły, raczej smutny – mówiłem, zauważając nagle, że Łapa zatrzymała się. Ledwo zdążyłem się odwrócić, a poczułem jej usta. Natarła na mnie i poczułem jak przyciska mnie do ceglanej ściany budynku obok.
- Między nami spoko? – zapytała przerywając na chwilę pocałunek. Odpowiedziałem jej tym samym oddając pocałunek. Jakim słabym człowiekiem jesteś, powiedziałem sam do siebie w myślach.
                Gdy wróciliśmy z naszej przechadzki było dokładnie tak samo jak w Toruniu. Tworzyliśmy dziwną parę, która znacznie się różniła od takiego Dymitra i Rudej, czy Erniego i Karoliny, ale to podobało mi się. Wieczór spędziłem w dobrym towarzystwie. Wraz z moimi przyjaciółmi słuchaliśmy opowieści Łapy o podróży na południe z Irkiem i ich dalszych przygodach, aż do dotarcia do Inowrocławia. Co ciekawiło mnie najbardziej, był z nami nawet Dziara.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły, co szefie? – zapytała Łapa.
- Powiedzmy, że twoje nietypowe metody resocjalizacji pomogły mi i jesteśmy kwita – powiedział uśmiechając się lekko – Ale następnym razem nie ujdzie ci to płazem, więc uważaj – dodał po chwili.
- Jaasne – powiedziała przeciągle.
- Przepraszam, że spytam, ale jestem niesamowicie ciekawy-  zaczął Łowca – Dlaczego trzymałeś Irka w niewoli?
Wolałem uniknąć tego typu pytań, bo ledwo co zakończony spór mógł rozgrzać się na nowo. Całe szczęście Irek okazał się być zdystansowanym mężczyzną, który nie rozpamiętywał sytuacji. Takie same podejście miał Dziara. Wciąż zaskakiwała mnie jego przemiana.
- Uwierzcie mi lub nie, ale więziłem Irka dla jego dobra. Wiem, że to kiepskie okazywanie tej dobroci, ale gdyby trafił w ręce Złomiarzy, a ci dowiedzieliby się o jego „mocach” to miałby przejebane – powiedział – A, że do pewnego momentu nie wiedziałem komu ufać wolałem nie pokazywać go nikomu. I przyznaję, że głupio mi z tego powodu, ale mam nadzieję, że wybaczy mi kiedyś – powiedział.
- Zobaczymy. Chociaż rzeczywiście musze przyznać, że pomimo zniewolenia nie byłem traktowany źle. Co nie zmienia faktu, że nie chciałbym przeżyć tego jeszcze raz – stwierdził Irek uśmiechając się smutno.
                Wszystko wydawało się układać po mojej myśli. Miałem nadzieję, że tak samo będzie jutrzejszego ranka.  Z tymi pozytywnymi myślami położyłem się spać. Obudziłem się wyjątkowo późno, gdy wszyscy byli już na nogach. Potrzebowałem odpoczynku i spełnienia. Wstałem i przeciągnąłem się witając z resztą.
- Jak nastroje przed drogą? – zapytałem.
- Pozytywnie… raczej – przyznał Pablord.
- Jak się czujesz kumpel? Na pewno dasz radę? – zapytałem.
- Tak. Nie chcę już dłużej gnić – stwierdził.
                Pół godziny później, po obfitym śniadaniu, poszliśmy w stronę bramy wyjazdowej. Zamieniliśmy ostatnie słowa z Benem, który życzył nam powodzenia i wsiedliśmy do Zbłąkanego Ocalałego. Naszym kolejnym przystankiem był Toruń, w którym miałem zamiar zabrać dwie dodatkowe osoby do naszego składu. Dziara został w Inowrocławiu wraz z Martą, która postanowiła poczekać tu na powrót Krystka. Dziewczynka zachowywała się dzielnie, pomimo tego, że zostawialiśmy ją w takim miejscu. Grupa, w której była Łapa wyjechała przed nami skręcając na wschód. Erni i reszta zajmująca się oczyszczaniem dróg miała nas podwieźć do Torunia, gdzie zamienimy transport na coś mniej widocznego i stamtąd planowali pojechanie dalej. Irek właśnie pakował się z resztą do ciężarówki wraz z materiałami budowlanymi do budowy punktów strategicznych. Widziałem długie słupy i zwoje płótna, które miały stworzyć flagi. Nie miały one żadnego wymyślonego wzoru, były po prostu czerwone.
                Gdy pożegnaliśmy się z nimi wszystkimi weszliśmy na pokład autobusu i rozsiedliśmy się. Ruszyliśmy po chwili. Miczi rozmawiała o czymś z Pablordem, a Rekin przedstawiał plan oczyszczania grup trzem ludziom z Inowrocławia, którzy się z nami zabrali. Erni oczywiście kierował, więc nie zwracał uwagi na nas tylko na drogę. Ja usiadłem z tyłu wraz z Józefem i rozmawialiśmy.
- Bobru… mogę cię o coś zapytać? – zaczął ksiądz.
- Tak?
- Wiesz, zastanawiałem się nad tym jak działamy. Rozumiem, że świat schodzi na psy, ale teraz jesteśmy na dobrym początku odbudowywania cywilizacji. Nie uważasz, że warto by było się też… ucywilizować? – zapytał.
Nie do końca zrozumiałem jego pytanie.
- Co masz na myśli?
- Wiesz, to że będziemy mieli czyste drogi, wsparcie innych i inne pierdoły nie zmienia faktu, że będziemy ludźmi, którzy zrobią wszystko żeby przetrwać. Może wystarczy… - tu przerwał na chwilę, bo całym autobusem wstrząsnęło gdy Erni staranował maszerującego po drodze trupa – jeżeli będziemy bardziej… ludzcy? – dokończył myśl.
- Nie wiem czy osoby, które opisujesz nie są już od dawna martwe. Właśnie ci, którzy zaufali zazwyczaj się na tym mocno przejeżdżają. Ja też zaufałem paru osobom, które mnie zawiodły. Co prawda były też takie, które mnie pozytywnie zaskoczyły, nie zmienia to jednak faktu, że nie można ufać ludziom. Każdy teraz myśli o przetrwaniu. To taki plan. Plan życia – skończyłem myśl filozoficznie.
- Masz racje, trzeba uważać, ale czy nie uważasz, że każdy powinien mieć szansę? Chociaż tą jedną, malutką? Karma bracie. Chociaż wierzę w Boga to wierzę też w to, że dobre uczynki wracają do nas w takiej samej formie – wytłumaczył egzorcysta.
- Sam nie wiem Józefie – powiedziałem, chociaż w mojej głowie myśli szalały. Miał trochę racji. Zastanawiałem się ile zabitych przeze mnie osób mogło okazać się cennymi sojusznikami, a nawet przyjaciółmi. Obawiałem się jednak, że moment zawahania może mnie wiele kosztować.  Chociaż spałem długo w drodze do Torunia przysnąłem na trochę i obudziłem się jak przejeżdżaliśmy południowym wjazdem.
                Wysiedliśmy wraz z Miczi, Józefem i Pablordem i pożegnaliśmy się z załogą autobusu. Nie czekając długo ruszyłem w celu znalezienia Wiktorii oraz Michaela. Wiktoria była już kiedyś ze mną Pablordem i Jonaszem na terenach Złomiarzy i chociaż wiedziałem, że nie wspominała tej wyprawy dobrze to warto mieć kogoś, kto znał teren. Michael z kolei był świetnym strzelcem i dobrze posługiwał się kijem. Na moje szczęście gdy otworzyłem drzwi do Kwatery Głównej, to zobaczyłem dwójkę spisującą jakieś raporty.
- Cieszę się, że was widzę – powiedziałem na przywitanie.
- Bobru! Coś się stało? Gdzie jest Dziara? – zapytała Wiktoria.
- Długo by opowiadać. Chodźcie ze mną i wytłumaczę wam wszystko po drodze. Weźcie ekwipunek Czerwonych Flar – poprosiłem.
Po pięciu minutach byłem już w drodze na miejsce, gdzie zostawiłem resztę ekipy. Wiktoria i Michael wiedzieli mniej więcej jak przebiegł wyjazd i co planowaliśmy.
- To mówisz, że spiknąłeś się znowu z Łapą? – powiedziała uśmiechając się Wiktoria.
- Naprawdę tylko to wyłapałaś z całej opowieści? – zapytałem nieco rozdrażniony.
- No nie, ale cieszę się. Widać, że za nią tęskniłeś – stwierdziła klepiąc mnie po plecach. Miała racje.
                Wsiedliśmy do sporego auta terenowego. Pablord kierował, tak samo jak to było ponad miesiąc temu, gdy wracaliśmy z Trzeciego Posterunku. Wyjechaliśmy z miasta i ruszyliśmy na północ.
- To gdzie dokładnie jedziemy? – zapytał Pablord.
- Na złomowisko – powiedziałem.
- Tak po prostu? – zdziwił się.
- Tam jest największa szansa na to, że spotkamy tą rudą kobietę, która nimi dowodzi. Ona będzie musiała wiedzieć gdzie jest Feline – stwierdziłem.
- I co myślisz, że o tak o nam powie? – zapytała Wiktoria.
- Jeżeli ją odpowiednio przekonamy. To jest centrum ich działania. Jeżeli Feline nie będzie w obozie, który sprawdza Łapa z resztą to będzie właśnie niedaleko Grudziądza. Mimo to proszę was o zachowanie całkowitej ostrożności. To bardzo niebezpieczna misja, a ja bardzo nie chcę was narażać. Po prostu zróbmy swoje i wracajmy. Bez zbędnego ryzyka – wygłosiłem, a reszta przytaknęła.
                Około pół godziny później byliśmy już daleko od jakiegokolwiek naszego terenu. Znajdowaliśmy się w dziczy, a już niedługo mieliśmy być na terenie wroga. Lasy i pola walczyły między sobą za naszymi oknami, przewijając się na przemian. Widziałem też odległy dym, ale nie chciałem wiedzieć, co tam jest.  Nie mieliśmy zresztą czasu aby to sprawdzić.  Wraz z zbliżaniem się do miejsca, gdzie po raz pierwszy trafiliśmy na Złomiarzy nastroje zaczynały się stopniowo zmieniać. Rozmowy ucichły, a wszyscy patrzyli ostrożnie wokół. Słychać było tylko dźwięk naszego silnika. Dwa trupy poruszały się wolno lewą stroną drogi, ale minęliśmy je bez zatrzymywania się. Wtedy zobaczyłem spory wrak stojący po prawej stronie drogi. Wiedziałem co to oznacza. Wstrząsnął mną dreszcz. Nerwowo przejechałem dłonią po karabinie, który wziął dla mnie Michael.

                Znajdowaliśmy się na terenach Złomiarzy.

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 16: Cisza przed burzą

Rozdział 16, kolejny z perspektywy Bobra. Dosłownie cisza przed burzą. W tym rozdziale dzieje się mało i wykorzystałem go do wprowadzenia paru rzeczy, które "przydadzą mi się na później". To w kolejnym rozdziale zacznie się prawdziwa burza. Ale mimo tego, zapraszam was serdecznie do przeczytania tego. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------------------------

Rozdział 16 (Bobru): Cisza przed burzą


                Od razu gdy wyjechaliśmy pogoda zepsuła się i niebo zasnuły ciemne chmury. Zaczął padać deszcz. Jechaliśmy w takim milczeniu, że parę razy oglądałem się do tyłu czy wszyscy na pewno żyją. Nie poprawiali mi humoru tą ciszą. Dlatego też chciałem jak najszybciej to załatwić i wrócić do Torunia. Musiałem kontrolować Dziarę, żeby nie zrobił niczego głupiego. Powoli zaczynałem rozumieć, że to co robi jest po prostu złe. Cieszyłem się, że za kółkiem siedział Filip. Prowadził on w miarę bezpiecznie i sprawnie. Miałem nadzieję, że przed wieczorem będziemy już na miejscu. Trasa przebiegała przez Bydgoszcz i dwa mniejsze miasteczka, aż do Piły, gdzie mieścił się Drugi Posterunek. Z tego co słyszałem to był naprawdę dobrze rozwinięty punkt. Pracowali nad helikopterem i mieli sporo ludzi, gdyby tylko udało się tam lepiej rozbudować to może powstałaby druga Ostoja.
                Odcinek drogi z Torunia do przecinającej drogę Wisły przebiegał całkiem spokojnie. Raz wpadliśmy w poślizg na zakręcie, ale szybko udało nam się wymanewrować i wrócić na odpowiedni tor. Nad samą rzeką zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby odpocząć. Podszedłem wtedy do Medyka.
- Możesz mi powiedzieć, kto właściwie został w lecznicy w Toruniu? – zapytałem.
- Trzech innych lekarzy, żaden z nich nie jest wojskowy, ale myślę, że znają się na tym – stwierdził.
- Martwię się trochę o mojego przyjaciela. Myślisz, że wyjdzie z tego?
- Ten w śpiączce? Słuchaj ciężko powiedzieć Bobru, wydaję mi się, że nie był to poważniejszy uraz, podaliśmy mu odpowiedni środki, podpięliśmy pod aparaturę i to na pewno mu pomoże i skróci czas śpiączki, ale na ile? Nie mam pojęcia – wytłumaczył.
- Dziękuje mimo wszystko – powiedziałem.
- Nie ma sprawy, jesteśmy teraz jedną grupą, a żeby przetrwać musimy trzymać się razem, wśród zaufanych ludzi.
                Mówił mądrze i w pełni się z nim zgadzałem. Filip krzyknął nagle ostrzegawczo. Sięgnąłem od razu po pistolet i nóż i rozejrzałem się. Widok był dosyć smutny. Z wody pod mostem wypełzały zombie. Ich ciała były tak zdeformowane, że jeden wspinając się po zboczu na poziom drogi rozleciał się uwalniając falę flaków, brudnej krwi oraz czegoś co wyglądało jak kości, ale było prawie w stanie ciekłym. Zombie jednak było sporo i za chwilę zauważyłem, że w wodzie jest autobus. Widocznie spora grupa miała niesamowitego pecha. Zombie wypełzały i zaczęły iść w naszą stronę. Ika schowała się za nami, a reszta ruszyła do ataku.  Ksiądz podszedł i wyciągając nóż powalił dwa pierwsze trupy dobijając je paroma szybkimi ruchami. Zaskakiwał mnie swoją sprawnością i kompletnym brakiem zawahania podczas zabijania trupów. Filip i Agnieszka walczyli ramię w ramię, widocznie kiedyś już pracowali razem, bo szło im to całkiem sprawnie i wyglądali jakby poruszali się wyuczonym schematem. Ja podszedłem do jednego z trupów i próbowałem go odepchnąć. I tutaj spotkałem się z nieprzyjemną niespodzianką.
                Dotykając z dużą siłą trupa ręka przeleciała przez jego ciało. Poczułem naprawdę nieprzyjemne rzeczy, które przeleciały pomiędzy moimi palcami, ale co najgorsze ręka mi ugrzęzła, a zombie dalej stał. Poczułem palce zaciskające się na moim barku i zgniły oddech na twarzy. Machnąłem kolbą pistoletu trzymanego w prawej, wolnej, ręce i  na chwilę powstrzymałem trupa. Po chwili dobiegł do mnie Medyk i pociągając oburącz głowę zombiaka przechylił ją w nienaturalny sposób. To dało mi chwilę, żeby przy pomocy nogi, wydostać się z mięsnej pułapki. Zombie upadł na drogę i wtedy bez problemu go dokończyłem, dziękując Medykowi za pomoc. Pobiegłem od razu do następnego celu, z którym już poradziłem sobie bez problemu, unikając wpychania rąk w zgniłe ciała.
                Po oczyszczeniu drogi pojechaliśmy dalej. Pierwszy po drodze był Bydgoszcz. Miasto spore, ale tak jak wszystkie teraz całkowicie zrujnowane. Nie było tu drugiego obozu, nie spotkaliśmy też żadnych przeszukujących ludzi. To było dosyć dziwne. Szwendało się tu sporo trupów, ale w wielu miejscach było ich więcej, więc dziwnie się czułem nie widząc kompletnie żadnych oznak życia. Całe szczęście nie mieliśmy żadnych problemów, bo drogi były całkiem przejezdne. Jedynie na jednym, dosyć sporym skrzyżowaniu, musieliśmy mocno uważać, bo stało tu sporo samochodów i miejsca na przejechanie było naprawdę nie wiele. Udało się nam jednak i po dziesięciu minutach byliśmy już za miastem.
                Ostatni, w miarę prosty odcinek drogi, przejechaliśmy bez żadnych problemów. Właściwie gdyby nie to, że zabrzmiałbym dziwnie, to powiedziałbym, że droga była dosyć nudna. Oczywiście wolałem nudną drogę, od walki z zombie, albo ocalałymi, ale mogło się dziać cokolwiek. Gdyby moi kompani chociaż trochę chcieli rozmawiać.  Dojeżdżając do Piły wszyscy siedzieli niecierpliwie, czekając aż w końcu wyjdą rozprostować nogi po paru godzinach jazdy. Wjechaliśmy w teren całkiem niedużego miasteczka, które podobnie jak Toruń było praktycznie czyste. Jeżeli szwendały się tu zombie, to były to pojedyncze przypadki .  Dojechaliśmy do małego kompleksu, który musiał być Drugim Posterunkiem.
                Cała sieć budynków prezentowała się solidnie. Ogrodzone siatką trzy duże budynki, jeden wyglądał na więzienie ,a dwa pozostałe wyglądały jak  budynki mieszkalne w Toruniu. Na barykadzie stała trójka ludzi, którzy wymierzyli do nas od razu jak nas zobaczyli. Zatrzymaliśmy się, a Filip wysiadł i pomachał do strażników. Przez szybę auta zauważyłem, że cała trójka wymienia pomiędzy sobą parę słów po czym kiwa głową. Jeden z nich zniknął gdzieś za barykadą, a po chwili brama zaczęła się odsuwać. Wjechaliśmy powoli do środka i zaparkowaliśmy na sporym parkingu na lewo od bramy. Stało tam około piętnastu pojazdów więcej.
                Gdy wysiedliśmy podszedł do nas jeden z ludzi z barykady, barczysty mężczyzna, który miał około czterdziestu lat. Jego włosy były już w większości siwe, a broda sięgała mu do sporego brzucha. Mimo tego kroczył szybko i sprawnie, nie pozostawiając wątpliwości, że lekka nadwaga nie przeszkadza mu w życiu. Wyciągnął rękę do każdego z nas na znak przywitania.
- Witajcie, jestem Łukasz, parę osób z was nie znam, więc warto się przedstawić – jego głos był bardzo dziwny. Tak niskiego tonu nie słyszałem jeszcze nigdy.
- Ja jestem Bobru, a to jest Medyk, Ika oraz Józef – zacząłem.
- Dziara wam ich wysyła, żeby pomóc przy paru sprawach – dokończył Filip.
- Jakich sprawach? – zapytał zaciekawiony.
- Moglibyśmy porozmawiać z Kapitanem? – zapytał Filip.
- Skoro musicie – odpowiedział mężczyzna odwracając się – chodźcie za mną.
                Nie wiedziałam za bardzo kim jest Kapitan, ale podejrzewałem, że to on rządzi na tym Posterunku. Poszliśmy za Łukaszem, mijając grupkę trenujących w deszczu ludzi. Wyglądało to jak poligon wojskowy. Tutejsi musieli być całkiem silną gromadką. Strażnik przeprowadził nas przez cały plac w stronę budynku wyglądającego jak więzienie. Zdecydowanie przed apokalipsą musiało to pełnić taką funkcję, bo wszędzie było pełno krat, wnętrze było raczej ciemne, ale kręciło się po nim sporo ludzi. Co i rusz mijaliśmy kolejną osobę, która wydawała się nawet nas nie zauważać. Wszyscy byli absolutnie skupieni na czymś. Tylko niektórzy spoglądali na nas, ale tylko przelotnie, jakby od niechcenia.
                Wspięliśmy się na piętro budynku, gdzie nie było już cel, ale za znajdowała się rozbudowana sieć korytarzy i sporo drzwi. Doszliśmy w końcu do tych właściwych bo strażnik zatrzymał się i zapukał. Usłyszeliśmy „wejść” męskim głosem i powoli otworzyliśmy drzwi. Wnętrze gabinetu było skromne – parę krzeseł, duże biurko, lampka oraz fotel za biurkiem. Na lewo stała nieduża półka z książkami oraz komoda. Mężczyzna, który musiał być Kapitanem, rozmawiał akurat z młodą dziewczyną. Była ona ładna, miała prostą, ale intrygującą urodą, długie rude włosy oraz była ubrana w skórzane spodnie i kamizelkę. Jej twarz przyozdabiało parę piegów. Mężczyzna z kolei był łysiejący i był w podobnym wieku jak strażnik, który nas prowadził.
- Ach, Filip i cała reszta też z Ostoi prawda? – zapytał mężczyzna i nie czekając na odpowiedź powiedział – Siadajcie.
Usiedliśmy całą szóstką, a mężczyzna, który nas przyprowadził wyszedł.
- Z tobą młoda kobieto jeszcze nie skończyłem, ale teraz są ważniejsze sprawy. Wróć później – powiedział. Dziewczyna posłała mu spojrzenie, następnie odwróciła się w stronę drzwi i wyszła. Na chwilę zatrzymała wzrok na nas. Miała niebieskie oczy.
                Gdy wyszła mężczyzna podrapał się po zaroście i splatając ręce na brzuchu spojrzał na nas.
- Co was tu sprowadza? – zapytał.
- Dziara nas tu wysłał. Ja, Filip oraz Agnieszka jesteśmy Czerwonymi Flarami i mieliśmy odeskortować tą trójkę ludzi na wasz posterunek – odpowiedziałem.
Kapitan spojrzał po trójce, na którą wskazałem i zrobił dziwną minę, ale tylko na chwilę. Musiał to być tik nerwowy.
- Wybaczcie, ale po co nam więcej ludzi? – zapytał.
- Dziara chcę rozwinąć tutaj drugą szklarnię, dlatego przyprowadzam naczelną ogrodniczkę Ikę. Dodatkowo jest Medyk, który oczywiście jest lekarzem i to wojskowym, a także Józef, ksiądz egzorcysta – wytłumaczyłem.
- Właściwie to teraz ma to jakiś sens –powiedział Kapitan uśmiechając się szeroko, po czym ponownie robiąc ten dziwny tik.
- Znajdzie się dla nich miejsce? Zostaną tutaj przez jakiś czas, żeby pomóc się wam rozwinąć.
- Oczywiście, podziękujcie ode mnie Dziarze – powiedział po czym skierował się Medyka, Iki oraz Józefa – Słuchajcie, wyjdźcie teraz żebyście jak najszybciej poczuli się dobrze w tym miejscu i na korytarzu złapcie któregoś ze strażników. Powiedźcie, że kazałem znaleźć wam jakieś miejsca do spania.
Cała trójka wstała, a ja wraz z nimi, żeby się pożegnać. Gdy wyszli, a my zostaliśmy we czwórkę w środku, kontynuowaliśmy rozmowę.
- Z tego co rozumiem to wy odjeżdżacie, tak? – zapytał, robiąc dziwną minę.
- Tak – odpowiedziałem.
- Nie – odpowiedział Filip.
                Spojrzałem na niego. Długowłosy chłopak ze strasznym spojrzeniem patrzył na mnie.
- Nie wracacie do Ostoi? – zapytałem.
- Dziara kazał nam tu zostać na jakiś czas. Nie powiedział dlaczego, ale mi to pasuje – odpowiedział.
- Ale ja mogę wrócić? – zapytałem całkowicie zbity z tropu.
- Jasne. Powinieneś.
- Jeżeli mogę się wtrącić – wtrącił się Kapitan – Jeżeli wracasz sam miałbym do ciebie pewną prośbę Bobru – zaczął – Ale najpierw prosiłbym was o wyjście. Wiecie gdzie szukać miejsca do spania i gdzie jest kantyna. Do zobaczenia później – powiedział, po czym poczekał aż wyjdą.
Siedział chwilę w milczeniu po czym zaczął.
- Potrzebuję, żebyś zabrał moją córkę do Torunia – wypalił.
Nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem.
- Słucham?
- Moją córkę. Ta rudowłosa dziewczyna, która ze mną rozmawiała jak tu przyszyliście. Chcę, żeby była w Toruniu i miała wgląd na to co robi Dziara i Wojtek.
- Obawiam się, że nie rozumiem.
Odpowiedziała mi cisza, a następnie tik nerwowy. W końcu Kapitan się odezwał.
- Słuchaj wiem, że w Toruniu nie powodzi się najlepiej, dlatego muszę mieć tam kogoś zaufanego. Nie zrozum mnie źle, ale jak Toruń się rozpadnie to to miejsce ma ogromne szansę na rozbudowę i pozostanie takie jakim jest teraz. Nie chcę, żeby coś mi to zepsuło, a jak będę widział, że coś się psuje to będę przygotowany. Zrobisz to dla mnie czy nie? – zapytał.
Kaszlnąłem i przejechałem ręką po brodzie.
- Nie widzę problemu… - powiedziałem nie do końca przekonany.
- Doskonale! Najlepiej jakbyś wyjechał jeszcze dziś i przespał się gdzieś w połowie drogi. Moja córka zna pewną chatkę niedaleko Bydgoszczy, będzie idealna na nocny postój, chyba, że będziecie chcieli ryzykować nocną wyprawą.
- Raczej prześpimy się na trakcie – stwierdziłem.
- Dobrze. Moja córka będzie na parkingu za pół godziny. Czekaj tam na nią – zaproponował Kapitan.
                Wstałem i już miałem wychodzić, kiedy wpadło mi do głowy jeszcze jedno pytanie.
- A tak w ogóle, jak się nazywa twoja córka? – zapytałem.
- Natalia – odpowiedział.
Gdy wyszedłem oparłem się o ścianę i westchnąłem po cichu. Wspomnień było sporo, szczególnie związanych z tym imieniem. Miałem nadzieję, że sobie z nimi jakoś poradzę. Opuściłem budynek więzienia i ruszyłem na parking. Po drodze jednak moją uwagę zwrócił mały hangar, który dopiero teraz zauważyłem. Z środka dochodziły hałasy pracy maszyn oraz, co jakiś czas, krzyki ludzi. Zainteresowany ruszyłem w tym kierunku i wszedłem do hangaru. Zobaczyłem coś bardzo ciekawego.
                Grupka ludzi w strojach roboczych pracowała przy helikopterze. Takim samym jaki widzieliśmy na polanie niedaleko Białegostoku, jakiś czas temu. Wyglądało to naprawdę solidnie, ale nawet ja, jako osoba nie znająca się na tym, wiedziałem, że nie jest jeszcze gotowy do lotu. Nagle usłyszałem kroki za mną i dźwięk urządzeń przy helikopterze. Odwróciłem się i zobaczyłem mężczyznę, w okularach, wyglądającego jak typowy profesor.
- Piękny prawda? – zapytał.
- Wygląda świetnie. Dacie radę go naprawić? – zapytałem.
- Staramy się, ale nie jest to łatwe. Niektórych części i materiałów nie da się zamienić, a znalezienie ich graniczy z cudem. Ale staramy się, raz nam się udało, to przynajmniej wiemy na czym stoimy – powiedział naukowym tonem.
- Nie będę już przeszkadzał, spieszę się – powiedziałem.
Profesor milcząco kiwnął głowo na pożegnanie, a ja ruszyłem już prosto na parking.
                Czekałem na Rudą dobre piętnaście minut, schowany pod daszkiem przed deszczem. Gdy szła w moim kierunku z mokrymi od deszczu włosami wyglądała naprawdę ładnie. Przywitałem ją, chcąc podać dłoń, ale ona przytuliła się do mnie. Poczułem ładny zapach, prawdopodobnie jej perfum, albo szamponu.
- Przyjacielsko – mruknąłem.
- Wszyscy przyjaciele mojego ojca są moimi przyjaciółmi – powiedziała – Jestem Natalia.
- Bobru – odpowiedziałem – To co jedziemy?
Bez odpowiedzi wsiadła do samochodu na siedzenie pasażera z przodu. Wyjechaliśmy z Drugiego Posterunku we dwójkę. Było już prawie całkowicie ciemno. Odpaliłem światła w samochodzie i poczułem się nieco raźniej.
- Byłaś już kiedyś w Ostoi? – zapytałem.
- Raz, przez pewien czas – odpowiedziała tajemniczo – Na samym początku jak nie wpadli jeszcze na pomysł z Posterunkami to wszyscy mieszkali w Toruniu.
- A teraz nie jest ci smutno, że opuszczasz swojego ojca?
- Wiesz, gdy jadę z taką legendą jak ty, a do ojca mam parę godzin drogi to nic mi nie straszne – odpowiedziała. Czułem, że się rumienię, ale szybko starałem się to opanować.
- Słyszałaś o mnie? – zapytałem zaciekawiony.
- Dużo osób o tobie mówi. Prowadzenie obozu, który całkiem nieźle działał, a potem zasilenie Torunia grupą prawie dwudziestu ludzi to jest spory wyczyn – powiedziała.
- Popełniłem w życiu sporo błędów. Jeżeli mam być szczery, to gdyby nie te błędy to bym nie zdecydował się w życiu na przyjazd tutaj.
- Wtedy byśmy się nie spotkali, a to byłoby smutne – powiedziała uśmiechając się.
                Straciłem panowanie nad kierownicą dosłownie na chwilę, ale przez to nie wyhamowałem w czas przed grupką zombie, która akurat była na ulicy. Uderzyliśmy w nie i zarzuciło nas. Całe szczęście nic się nie stało, ale wysiadłem prawie natychmiast i rzuciłem się do ataku. Ciemność nie pomagała, szczególnie, że przez chwilę miałem duży problem z zombie, którego korpus oddzielony oponami od reszty ciała, złapał mnie i próbował ugryźć. Musiałem użyć pistoletu i po chwili echa wystrzałów rozległy się po całej drodze. Miałem nadzieję, że przez to na nikogo nie wpadniemy. Natalia również działała, po drugiej stronie auta strzelała do trupów na drodze. Gdy oczyściliśmy przejazd, całe szczęście bez żadnych urazów, to wsiedliśmy z powrotem do auta.
- Przepraszam – zaczęła Ruda.
- To moja wina. Po prostu jedźmy dalej – stwierdziłem, szybko ucinając temat.
Przejechaliśmy przez wioski i powoli dojeżdżaliśmy do Bydgoszczy. Zrobiło się już kompletnie ciemno i zacząłem się zastanawiać. Mieliśmy już całkiem niedaleko do Torunia, ale byłem zmęczony, a kolejne dwie godziny drogi nie brzmiały kusząco. Z drugiej strony strzał i światła samochodu na pewno skuszą bandytów, którzy mogą tu grasować i noc w chatce może nie być do końca bezpieczna.
- Więc gdzie jest ta chatka, o której mówił twój ojciec? – zapytałem.
- Musisz zjechać zaraz na lewo i za jakieś pięć minut tam dojedziemy, droga jest prosta – powiedziała. Była ledwo młodsza ode mnie, a wydawała się być doświadczoną i odważną osobą.
- Jedźmy więc – powiedziałem po czym zgodnie z instrukcją skręciłem w kolejnym zjeździe na lewo i zjechałem na piaszczystą, leśną ścieżkę.
                Po dziesięciu minutach rzeczywiście zauważyliśmy chatkę. Wysiedliśmy i szybko sprawdziliśmy okolicę oraz sam dom i garaż obok. Było tu cicho i bezpiecznie. Chatka po środku lasu, kompletnie odcięta od rzeczywistości. Miałem nadzieję, że to nie będzie mój grobowiec. Odstawiłem auto do garażu po czym wszedłem do chatki. Było tu dosyć zimno, a my nie mogliśmy rozpalić w kominku, bo po pierwsze nie było czym, a po drugie ściągnęłoby to na nas jeszcze większą uwagę. Wyjąłem koce z samochodu i zrobiłem nam dwa posłania, po czym zacząłem przygotowywać kolacje. Gdy skończyłem, zauważyłem, że Ruda przesunęła swoje posłanie tuż obok mojego. Spojrzałem na nią, a ona tylko uśmiechnęła się niewinnie.
                Zjedliśmy i położyliśmy się obok siebie. Powtarzałem sobie, że to tylko po to, żeby było cieplej, ale wiedziałem, że nie do końca tak jest. Chciałem kompletnie się odstresować przed powrotem do Torunia. Cisza przed burzą,  pomyślałem. Coś dużego się stanie już niedługo. Musiałem być na to w pełni przygotowany. Dlatego nie zaprzeczyłem, kiedy dziewczyna położyła się obok mnie i mnie przytuliła. Czułem się całkiem szczęśliwy z tego powodu.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 16: Nadzieja na jutro

Rozdział 16, szósty z perspektywy Bobra. Prawdopodobnie najdłuższy rozdział w tym tomie Apokalipsy, chociaż tego jeszcze nie jestem pewien. W tym rozdziale możecie znaleźć wiele nawiązań i powiązań z innymi perspektywami, wiec wypatrujcie tego :) Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 16 (Bobru): Nadzieja na jutro


                Potwór w promieniach słońca opuścił Ostrów Mazowiecki pędząc na zachód. Horda zombie całkowicie opanowała to miasto. Parę godzin później, tuż po moim obudzeniu, wpatrywałem się ślepo w dach naszego pojazdu rozmyślając. Co zrobiłem nie tak? Dlaczego się spóźniłem i nie zdołałem uratować Nieznajomej. Na pewno mieli w tym swój udział czterej ocalali z bloku, Ci którzy rzucali petardy. Cieszyłem się, że wraz z Jakubem i Łowcą ich zabiliśmy. Byliśmy silną grupą. Każdy z nas był wyjątkowym ocalałym i dawaliśmy sobie świetnie radę.
                Mimo tego wciąż straciliśmy jedną osobę i nastrój ten zawisł nad nami niczym złowieszcza chmura. Sołtys chciał, żebyśmy pogadali z Jakubem i zadali mu odpowiednie pytania zanim go przyjmiemy do naszej społeczności. Według mnie, po tym co zrobił, było to czystą formalnością, ale obiecałem, że po śniadaniu z nim porozmawiamy. Cinek był kimś, kto rzadko okazywał emocje. Co prawda nie rzucał takich wesołych uwag jak zawsze, ale wciąż nie było widać po nim dokładnie takiego smutku.  Łowca również zachowywał się normalnie. Chociaż podróżował już z nami jakiś czas, to ciągle nie czuł się całkowicie pewnie. Czułem jednak, że jego czas jeszcze nadejdzie.
                Najbardziej z nas wszystkich przeżyła to jednak Łapa. Zdziwiło mnie to. Może brakowało jej innej dziewczyny w grupie, pamiętam, że jak ją poznałem to przyjaźniła się z jakąś dziewczyną i od razu po jej śmierci zaprzyjaźniła się z Nieznajomą. Teraz straciła również ją, nie mówiąc już o tym, że jej siostra prawdopodobnie zginęła w ataku na obóz. Próbowałem ją pocieszać, ale nie miała ochoty o tym rozmawiać. Taka już była.
                Śniadanie postarał się zrobić nam Cinek. O dziwo jak na faceta i to w dodatku bez jednej ręki wyszło mu to całkiem dobrze. Otworzyło to trochę grupę na żarty, o tym jak jednoręki twardziel lepiej teraz sobie radzi w kuchni niż z zombie. Oczywiście Cinek odgryzał się co sprawiało, że cała sytuacja była jeszcze śmieszniejsza. Po zjedzeniu zacząłem zajmować się obowiązkami. Pomimo wcześniejszej rozmowy z Sołtysem uznałem, że nie mogę się poddawać i oddawać dowództwa komuś innemu. Ludzie sami mnie wybrali i mi zaufali. Po tym co stało się z Nieznajomą w Ostrowie, miałem nowe siły, żeby robić to co mi wychodzi najlepiej.
                Na pierwszym postoju, na małej polance w lesie wysiedliśmy wyprostować nogi, pójść za potrzebą i tym podobne. Pogoda była coraz lepsza i czułem, że w przeciągu tygodnia śnieg zacznie topnieć. Usiadłem oparty o drzwi do ładowni razem z Sołtysem i zawołaliśmy do nas Jakuba. Staruszek posłusznie stanął przed nami.
– Tak? – zapytał, chociaż wydawało mi się, że dokładnie wie o czym chcemy porozmawiać.
– Musimy pogadać. Może zacznijmy od najważniejszego pytania, czy ty w ogóle chcesz do nas dołączyć? – zapytałem.
Staruszek zastanawiał się chwilę, ale nawet na sekundę nie odwrócił wzroku. Patrzył zza okularów chytrymi oczkami w moją stronę.
– Zdecydowanie nie dam rady iść pieszo, no to chyba nic innego mi nie zostaje – powiedział.
– W takim razie zadamy ci parę pytań – stwierdził Sołtys.
– Proszę bardzo, mam ino nadzieje, że to nie są jakieś zboczone pytania – stwierdził rechocząc wesoło.
                Zaśmialiśmy się razem z nim. Wydawał się pozytywnym człowiekiem.
­ – Może zaczniemy od tego, że powiesz nam ile trupów zabiłeś od wybuchu tej cholernej apokalipsy – zaproponowałem.
– Dużo. W cholerę dużo. Nienawidzę tego chodzącego skurwysyństwa! – wykrzyknął wręcz spluwając sobie pod nogi.
– Umiesz się posługiwać bronią? – zapytał Sołtys.
– A nie było widać jak macham nożycomi? Pewno, że umiem, mój tatko był rzeźnikiem, nauczył mnie tego i owego – odpowiedział szczerze się uśmiechając.
– A co z bronią palną? Umiesz strzelać? – dopytywał Sołtys.
– Emm… znaczy się no coś tam ustrzelę, swego czasu troszkę na kłusownictwie dorabiałem to wiatrówkę parę razy w rękach miałem – stwierdził starzec.
– Nieźle – stwierdziłem – A co z ludźmi. Ilu ludzi zabiłeś?
Tutaj staruszek zastanowił się chwilę nad odpowiedzią.
– Piętnastu – odpowiedział. Odpowiedź mnie trochę zaskoczyła, ale w sumie nawet przy mnie zabił dwójkę w Ostrowie więc byłem w stanie w to uwierzyć. Zresztą sam nie byłem lepszy. Zabiłem już niejedną osobę i prawdopodobnie do końca mojego życia zdarzy mi się zabić ich wiele.
– Ostatnie pytanie – zapowiedział Sołtys – Kto cię tak okaleczył? Mam na myśli te rany postrzałowe.
– Sześcioosobowa grupa – zaczął – czterech mężczyzn, w tym jeden ogromny z mieczem na plecach, młoda dziewczyna, całkiem ładna oraz jeszcze młodsza od niej dziewuszka, też całkiem urodziwa. Napadli na mnie w moim własnym domu i… – zaczął, ale nagle mój mózg pracował na zupełnie innych obrotach. Duży chłopak z mieczem na plecach? Czy mogło chodzić o Giganta? Jeżeli tak to to znaczyłoby, że te dwie dziewczyny to Natalia i młodsza siostra Łapy. Poczułem ciężkie do opisania uczucie – falę niepewności i szczęścia.
– Powtórz – poprosiłem po cichu.
– Co? – zapytał lekko zdziwiony.
– Powtórz to co powiedziałeś – poprosiłem. Widziałem, że Łapa przysłuchiwała się teraz rozmowie, tak samo jak Cinek. Sołtys  również spoglądał na starca czekając na jakąkolwiek informacje. Czy to możliwe, że los związał nas z kimś, kto wie coś o reszcie naszej drużyny? Kim była ta trójka ludzi? O ile poznałem z opisu Giganta i Natalie, oraz prawdopodobnie siostrę Łapy, to kim oni mogą być?
– Ludzie, którzy chcieli mnie zabić. Czwórka młodziaków, w tym jeden z mieczem i wysoki, a pozostali raczej nie wyróżniający się z tłumu. Oprócz tego dziewczyna, niewysoka, zgrabna, ładna. Przy niej mała, może dziesięcioletnia. Znacie ich? – zapytał z zaciekawieniem.
– Gdzie ich widziałeś, kiedy? Byli cali? – zapytałem podchodząc do niego i czuć coraz większa nadzieję w sercu.
– Wtedy co mnie znaleźliście. Uciekałem od nich z mojego gospodarstwa, może trzydzieści kilometrów między Ostrowem, a Makowem Mazowieckim. Dziewczynki były w dobrym stanie, ale były wścibskie. Duży chłopak miał ranną nogę. Pozostałe trzy osoby prawdopodobnie nie żyją, dwie zabiłem własnoręcznie – powiedział patrząc na mnie nie pewnie. Nie obchodziły mnie te trzy osoby, tak bardzo jak informacja o tym, że Gigant i Natalia przeżyli atak. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Z jednej strony chciałem jechać ich szukać, ale z drugiej nie sądziłem, żeby zostali w miejscu walki. Pewnie ruszyli dalej. Musiałem się dowiedzieć jak najwięcej.
– Walczyłeś z nimi? Wiesz może jak się nazywali? Wiesz dokąd zmierzali? – pytania wylewały się ze mnie strumieniem, ale musiałem wiedzieć jak najwięcej. Poczułem jak gardło mi się ściska z emocji. Była wciąż nadzieja.
                Do rozmowy nagle dołączyła Łapa, która też chciała się dowiedzieć czegoś więcej.
– A ta mała dziewczynka? Była ubrana na czarno? Podobna do mnie? Jak jej coś zrobiłeś to przysięgam, że cię zapierdolę – powiedziała chwytając po pistolet.
– Spokój do cholery! – krzyknął Łowca obserwując całą sytuację z góry Potwora –Dajcie temu człowiekowi mówić.
– Dziękuje. Zaatakowali mnie, ale dziewczynkom nic nie zrobiłem. Dużego zacząłem operować, ale nie udało mi się dokończyć mojego dzieła. Rana była paskudna, ale nie śmiertelna. Wiem tylko, że do dziewczynki wszyscy zwracali się Młoda, a ci, których zabiłem pilnowali jej jak oczka w głowie. Niestety musiałem się bronić i mam cholera nadzieję, że to rozumiecie. Taki jest świat. Co do celu ich podróży podczas jednej z kolacji mówili coś o Toruniu. Podobno zmierzają do tamtejszej strefy bezpieczeństwa, tak samo jak wy. A ty kobietko nie podskakuj, jeżeli nie chcesz skończyć jako pasza skurwieli.
                Łapa była zbyt wybuchowa, żeby puścić te słowa mimo uszu, więc próbowała rzucić się na Jakuba. Całe szczęście w pogotowiu był Cinek, który złapał ją jedną ręką i z pomocą Sołtysa uspokoił. Korzystając z sytuacji odszedłem kawałek i spoglądających na wszystkich zebrałem ich uwagę, zaczynając głośno mówić.
– Przestańcie! Pomyślcie czasami ludzie. Nie uważacie, że potrzebujemy kolejnych osób, żeby odbudować to co było w Królowym Moście? Straciliśmy ostatnio Nieznajomą. Wiem, że każdy jest rozdrażniony z tego powodu i szuka na swój sposób zemsty, ale po co? Nie widzicie, że to nas niszczy od środka?! Nastały cholernie ciężkie czasy i wszędzie czekają na nas źli ludzie. Bo dobrych ludzi już nie ma. Zginęli jako pierwsi. Ci, którzy przeżyli, Ocalali, to zlepek twardych i bezwzględnych osób. Takim kimś jestem ja oraz wy wszyscy – w tym momencie już cała moja grupa na mnie patrzyła.
– Ten człowiek dał nam nadzieję i otworzył mi oczy. Ludzie, którzy byli z nami w Królowym Moście żyją. Nie wiadomo jak wielu z nich, ale zmierzają w tym samym kierunku co my. Świat się spierdolił, ale trzymając się razem mamy większe szanse. Pomyślcie tylko co by się stało gdybym nie wpadł na Jakuba! Pomyślcie co by się stało gdybym nie dotarł do Królowego Mostu lub nie spotkał Łowcy w Supraślu! Przetrwaliśmy już ponad dwa miesiące w tym syfie i wiecie co? Nie pozwolę zniszczyć tego co zbudowaliśmy przez wasze uprzedzenia. Ludzie są najważniejsi i nie możemy ich od razu przekreślać.  Jeżeli chcemy przetrwać musimy znaleźć osoby dzięki, którym nazwiemy kiedyś jakieś miejsce domem! – to mówiąc skończyłem przemowę i spojrzałem na wszystkich.
                Sołtys kiwnął głową z aprobata uśmiechając się pod nosem. Reszta zastanawiała się wciąż. Łapa już trochę ochłonęła i siedziała oparta o Potwora, na miejscu zajmowanym wcześniej przeze mnie. Czułem emocje i niesamowitą aurę, którą udało mi się stworzyć w tym miejscu. Ta polanka była pewnym przełomem. Mieliśmy teraz prawdziwy cel, o wiele ważniejszy niż znalezienie bezpiecznego miejsca. Byli nimi nasi ludzie.
                Czułem, że naładowałem otaczające mnie osoby nową energią. Jakub dołączył do naszych szeregów, ciągle go obserwowałem bo wiedziałem, że jeżeli walczył z naszymi ludźmi to musiał być niebezpieczny. W końcu wątpiłem, żeby Natalia czy Gigant zaatakowali kogoś jako bandyci. Co prawda apokalipsa zmieniła nas więc teraz nie byłem pewien niczego.
                Po niecałych dwóch godzinach przed nami pojawił się Maków Mazowiecki. Potwór zaczął się zatrzymywać, co zdziwiło mnie trochę. W końcu nie planowaliśmy przeszukiwania tego miasta w celu znalezienia zapasów. To znaczyło, że coś złego się stało, więc poderwałem się szybko, przerywając czyszczenie pistoletu i podszedłem do Łowcy, który hamował powoli.
– Co się stało? – zapytałem patrząc na drogę i widząc pierwsze budynki fabryczne otaczające miasto.
– Paliwo – powiedział stukając umięśnioną dłonią w licznik pokazujący całkowity jego brak.
– Nie mów, że nie mamy nic więcej – powiedziałem przerażony tą myślą. W końcu Potwór palił całkiem sporo paliwa, ale był niczym jeżdżąca twierdza. Mogliśmy tu mieszkać oraz się stąd bronić. Poza tym powoli przyzwyczaiłem się do życia w tym ogromnym pojeździe.
– Niestety. Wszystko poszło się jebać. Musimy zatankować w tym mieście inaczej ruszamy na piechotę – stwierdził Łowca podnosząc się i chwytając snajperkę – Zwołaj ludzi. Musimy wyznaczyć kto tam pójdzie. Myślę, że po tej twojej gadce, każdy się będzie rwał. Imponujące młody – powiedział klepiąc mnie po plecach.
                Pięć minut później wszyscy stali na tyłach Potwora. Łapa łypała co chwilę złowrogo w stronę Jakuba. Musiałem z nią porozmawiać i ją trochę ostudzić. Kiedy Cinek, Jakub oraz Łapa stanęli przede mną, żebym wyznaczył, kto gdzie idzie do szeregu wstąpił Łowca. Zdziwiło mnie to, zazwyczaj wolał zostawać przy Potworze. Czuł się tam lepiej i w jakiś sposób ciągle budował barierę zaufania, którą teraz całkowicie zburzył. Chciał zostawić swojego jedynego towarzysza, Potowora w rękach Sołtysa.
– Idziesz z nami? – zapytałem Łowcę.
– Dzieciaku mięśnie mi już zardzewiały, czas w końcu zabawić się w polu – powiedział dziarsko się uśmiechając. Odwzajemniłem uśmiech i zacząłem się zastanawiać jak rozdzielić nas na dwie grupy. Miałem ochotę zobaczyć Łowcę z bliska w akcji, ale z kolei nie mogłem decydować o tym jak pójdziemy tylko na podstawie moich zachcianek.
                Słońce było wysoko na niebie, a w powietrzu było czuć przyjemne ciepło. W porównaniu z pierwszymi dniami zimy, teraz było wręcz gorąco. Nie musieliśmy nosić już ciężkich kurtek, zmieniliśmy je na lekkie wiatrówki, odrobinę ocieplane od środka. Musiałem zadecydować, bo słychać było pierwsze zombie, które poruszały się gdzieś po mieście. Spojrzałem na wszystkich i postanowiłem.
– Ja pójdę z Łapą przeszukać stacje, którą widać z daleka, o tam – powiedziałem pokazując odległy o około kilometr, szyld.
– Reszta z kolei wyruszy przeszukać północną część miasta. Przeszukujcie samochody, warsztaty i tym podobne. Nie widzę stąd żadnej innej stacji, ale jeżeli jakąś znajdziecie to koniecznie ją przeszukajcie. Spróbujcie przynieść tyle paliwa ile się da. Pasuje wam? – zapytałem. Wszyscy kiwnęli głowami. Zaczęliśmy się przygotowywać do wyjścia z Łapą, kiedy podszedł do mnie Cinek.
– Stary co zrobić jak temu starcowi odjebie? – zapytał jak zwykle śmiertelnie poważnie.
– Idziesz z Łowcą, chyba dacie radę co? – zapytałem uśmiechając się.
– No super, ale z tego co opowiadał jak go pytaliście o ilość zabitych osób to wydaje się być jakimś rasowym mordercą. Zresztą z tego co słyszałem od Sołtysa to wymachuje nożycami jak ja kutasem, a to wielki wyczyn – powiedział po czym oboje wybuchliśmy serdecznym śmiechem.
– Po prostu na siebie uważaj kumpel – powiedziałem odchodząc w stronę Łapy.
                Moja towarzyszka wyglądała tak jak zazwyczaj – groźnie i pięknie. Włosy miała związane w długi warkocz, który schowała pod czarny sweterek. Przy cholewce buta miała przypięty nóż, za pasem łom, a w znalezionej niedawno kaburze pistolet. Byliśmy gotowi.  Ruszyliśmy zasypaną ścieżką rowerową i trzymając się jej dotarliśmy na nieduży ryneczek. Leżało tu parę ciał, co oznaczało, że ktoś tu musiał być przed nami maksymalnie dwa dni temu. Zapomniałem przekazać reszcie, żeby krzyczeli jakby coś się działo, ale miałem nadzieję, że sami na to wpadną. Wykorzystując moment sam na sam z Łapą, chciałem z nią porozmawiać. Poczułem nagle uszczypnięcie w pośladek i jęknąłem z zaskoczenia.
– Piszczysz jak dziewczyna – stwierdziła Łapa uśmiechając się zawadiacko.
– Musimy porozmawiać – powiedziałem łapiąc ją za rękę.
– Nie psuj klimatu. Nie mów, że chcesz rozmawiać o swojej dziewczynce – powiedziała zbliżając się do mnie i przyciskając mnie do zimnej ściany budynku za mną.
– Chodzi o ciebie i Jakuba – zdążyłem powiedzieć po czym poczułem jej usta. Całowała namiętnie, miałem wrażenie, że mógłbym tak stać całą wieczność. Nie byłem gorszy i odwzajemniłem pocałunek łapiąc rękoma jej twarz. Czułem ten magiczny dreszcz podniecenia, ale wiedziałem, że musimy przestać. Najpierw przetrwanie, a potem przyjemności. Odepchnąłem ją delikatnie.
– Zawsze musimy coś robić. Nie mamy czasu dla siebie kochasiu – stwierdziła robiąc krok w tył i penetrując mnie wzrokiem – Musimy, kiedyś to nadrobić.
                Uśmiechnąłem się i ruszyłem dalej. Podążyła za mną. Zabiliśmy po drodze parę zombie, nie narażając się zbytnio na ugryzienie. Przemierzaliśmy przez uliczki zablokowane rozbitymi autami, oraz pełne trupów. Nieżywych trupów. Musiał tędy przejeżdżać ktoś dobrze uzbrojony z dużą ilością amunicji. Śnieg nie padał od paru dni i widać było w paru miejscach ślady opon dużego auta. Były mniejsze od opon Potwora, ale musiały należeć do co najmniej samochodu pół ciężarowego. Oprócz tego na ulicach walało się sporo łusek po nabojach. Łapa oceniła fachowo, że ludzie, którzy tedy przejeżdżali strzelali z jakiegoś karabinu, bo łuski były dłuższe od tych pistoletowych, ale krótsze od tych, którymi strzelał Łowca.
                Miałem nadzieję, że druga grupa sobie radzi. Przy odrobinie szczęścia musieli znaleźć trochę paliwa. Liczyłem na to, że przyniosą go sporo. Zastanawiałem się też jak radzi sobie Sołtys, który został sam w Potworze. Jakby ktoś go teraz zaatakował miałby raczej kiepskie szanse na przeżycie, dlatego spieszyłem się, aby jak najszybciej zakończyć poszukiwania.
                Uliczka poprzedzająca ulicę, na której była stacja paliw była okupowana przez trupy. Było to zarazem dobre jak i złe. Dobre, ponieważ nikt tu nie mógł przed nami być, bo byłoby czysto jak na pozostałych częściach miasta, a źle bo mogliśmy popełnić błąd, który mógł nas sporo kosztować. Ostrożnie oceniłem sytuacje. Na skrzyżowaniu skręcającym w prawo było około piętnaście trupów, w tym piątka z nich poruszała się po terenie ogródków okolicznych domków. Jeżeli byśmy zdecydowali się przedostawać przez płot bezpośrednio na prawo, to moglibyśmy ominąć to zagrożenie, ale narobilibyśmy hałasu, co mogło nas narazić. Spojrzałem pytająco na Łapę. Pokazała mi ręką, żebyśmy zaczęli oczyszczać uliczkę przed nami. W sumie nie mieliśmy innego wyjścia i tak jakbyśmy znaleźli paliwo, na co liczyłem, to musielibyśmy pooczyszczać okolicę.
                Ruszyłem pierwszy, zakręcając finezyjnie łomem w ręce. Ofiara numer jeden, zgarbiony obsypany śniegiem zombie, nie zdążył się nawet obrócić. Dostał łomem w łeb na tyle mocno, że zakrzywiony metal przebił zgniłą kość czaszki i dotarł do mózgu. Łapa w tym czasie podeszła po cichu do drugiego i wbiła mu nóż pod gardło. Pozostałe zaczęły patrzeć w naszą stronę, jakby oceniały czy warto się po nas fatygować. Oczywiście ich bezwzględna żądza mordu wygrała i po chwili zaczęły powoli człapać w naszą stronę. Nie chciałem marnować amunicji, ani robić hałasu. W końcu ktoś tu niedawno był i dalej mógł się kręcić po okolicy, a nie chciałem powtórki z Ostrowa Mazowieckiego, gdzie wpadłem w ręce czteroosobowej grupy.
                Łapa walczyła ze mną ramię w ramię i po chwili ten odcinek ulicy był już czysty. Zombie upadły i już nie wstały. Nie czekając, aż przyjdzie ich więcej ruszyliśmy przecinając zakręt i trafiając na jedną z uliczek przedmieścia. Na prawo był nieduży miejski park, który wydawał się być pusty.  Na lewo stało parę domków ściśle do siebie przylegających oraz stacja paliw. Z nadzieją ruszyliśmy w jej kierunku.
                Łapa udała się do sklepu na stacji, żeby zobaczyć, czy tam na zapleczu nie trzymają jakichś zapasów kanistrów lub samego paliwa, a ja zacząłem sprawdzać dozowniki. Dwa z nich były kompletnie puste, ale w ostatnim zostało około dwudziestu litrów paliwa. Rozejrzałem się i znalazłem kanister, który stał przy martwym zombie. Trup trzymał go pod ręką jakby go pilnował, ale nie ruszał się, a zombie przecież nie spały, więc musiał nie żyć. Mimo tego, żeby nie ryzykować podszedłem i uderzyłem go parokrotnie w głowę, żeby dostać się do mózgu.
                Gdy byłem pewien, że nie wstanie wyszarpałem kanister i odkręciłem nakrętkę żeby zobaczyć czy jest pusty. Okazało się, że był, więc podchodząc do dozownika zacząłem tankować.  Niestety pojemność tego kanistra wynosiła dziesięć litrów, więc wykorzystałem tylko połowę zasobów. Żałowałem, że nie wziąłem jednego z kanistrów z Potwora, ale w sumie nie pomyślałem o tym przy wyjściu. Nagle zobaczyłem, że łapa wychodzi i niesie w rękach cztery kanistry. Podbiegłem szybko, żeby jej pomóc.
– Wszystkie są pełne? – zapytałem.
– Nie, większość jest zapełniona do połowy, albo i mniej, ale zawsze coś, prawda?
– Dopełnijmy je przy dozowniku, zostało tam jeszcze trochę paliwa – zaproponowałem.
                Podeszliśmy razem i uzupełniliśmy luki w kanistrach. Na oko mieliśmy około trzydziestu paru litrów paliwa. Ja wziąłem trzy kanistry, a Łapa dwa i zaczęliśmy powoli wracać do Potwora. Niosło się je ciężko, więc robiliśmy przerwę co jakiś czas.  Gdy dochodziliśmy do Potwora słońce było już znacznie niżej, ale wciąż do zmroku zostało parę godzin. Miałem nadzieję, że Sołtysowi nic się nie stało, tak samo jak drugiej grupie, która wyruszyła po paliwo. Wtedy zobaczyłem, że przy Potworze ktoś stoi. Z początku myślałem, że to Cinek, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to ktoś obcy. Rzuciłem kanistry i puściłem się biegiem, żeby jak najszybciej pokonać odcinek osiemdziesięciu metrów, który dzielił mnie od Potwora. Śnieg skrzypiał mocno pod moimi stopami, gdy w końcu dotarłem na tyle blisko, żeby obejrzeć nieznajomą osobę z bliska. Łapa stała przy mnie i wyciągnęła pistolet.
                Nieznajoma osoba stała przy drzwiach do ładowni i próbowała je otworzyć. Gdy nas usłyszała odwróciła się i zdjęła dziwny przedmiot z pleców mierząc do nas. Po chwili zdałem sobie sprawę, że to jest łuk. Wyciągnąłem pistolet i wymierzyłem do niej. Była ubrana w grube spodnie, wysokie buty oraz niebieską kurtkę z niebieską kamizelką. Za pasem miała przewieszony nóż. Miała krótkie blond włosy, przez co łatwo było ją pomylić z mężczyzną. Na oko była starsza od nas, ale z pewnością młodsza od Łowcy.
– Witaj, czego tu szukasz kobieto? – zapytałem spoglądając na nią, nie opuszczając wciąż broni.
– Znacznie milsze przywitanie niż te wyciągnięte spluwy –stwierdziła nie opuszczając łuku – Właściwie nie wiem czego szukam, chyba wszystkiego co może się przydać do przetrwania. Po stanie tego auta wywnioskowałam, że coś tu znajdę i chyba się nie myliłam. To wasz pojazd? – zapytała.
– Dokładnie. Może opuścimy bronie i unikniemy niepotrzebnego rozlewu krwi? – zapytałem opuszczając powoli broń. Skinąłem na Łapę, która zrobiła to co ja. Obserwowałem nieznajomą i zobaczyłem z ulgą, że ona również opuszcza swój łuk. Zbliżyłem się do niej powoli.
– Jestem Bobru, a ta dziewczyna to Łapa. Wątpię, żebyśmy mogli ci pomóc. Niestety, ale zapasów mamy niedużo i nie mamy jak ich rozdawać – zacząłem.
– Ja jestem Magda. Nie mam żadnej wymyślnej ksywki.  Naprawdę potrzebuje jedzenia. Nie znalazłam nic od paru dni i niestety, ale chyba będę zmuszona je wam odebrać siłą jeżeli nie chcecie mi go podarować po dobroci – to mówiąc zaczęła napinać łuk i celować w moją stronę. Usłyszałem jak Łapa odbezpiecza pistolet, ale machnąłem do niej ręką, żeby poczekała i zwróciłem się do Magdy.
– Poczekaj. Nie musimy wszystkiego rozwiązywać w ten sposób.  Są inne wyjścia – powiedziałem  czując, że sytuacja coraz bardziej wymyka się spod kontroli.
– Jakie mianowicie? –zapytała z zaciekawieniem nie opuszczając łuku.
– Po pierwsze rzuć broń, nie przywykłem do rozmawiania w takich warunkach – stwierdziłem.
– Nie rzucę broni, jest was dwóch i nie zamierzam się poddać. Szczególnie, że twoja przyjaciółka ciągle mierzy do mnie z gnata –odpowiedziała gniewnie.
– Jest nas o wiele więcej i chcę, żeby to wyglądała przyjaźnie zanim komuś coś się do cholery stanie – krzyknąłem mając już dość upartej dziewczyny.
– Jakoś nie widzę większej ilości osób – odpowiedziała.
                Wtedy drzwi ładowni się gwałtownie otworzyły i zobaczyłem Sołtysa mierzącego do Magdy ze strzelby. Dziewczynę opuściły chyba resztki odwagi bo opuściła łuk posłusznie i spojrzała na mnie.
– Zadowolony? – zapytała.
– Grzeczniej dziewczyno – krzyknęła Łapa, która również miała dość tej zabawy.
– Spokojnie ­– powiedziałem – nie zrobimy ci krzywdy jeżeli nie zrobisz nic głupiego.
                Skwitowała to milczeniem.
– Tak czy siak już mówię o co mi chodzi. Jeżeli nie możemy ci dać zapasów co powiesz na to, żeby dołączyć do nas i sama na nie zapracować? O ile nie jesteś tu z inną grupą – powiedziałem ciągle mając rękę na pistolecie.
– Nie jestem – odpowiedziała ze smutkiem w głosie – Chciałam przez jakiś czas złapać się na Zbłąkanego Ocalałego, ale niestety nie udało mi się, zawsze opuszczałam przystanek nie na czas.
– Nie wiem o czym za bardzo mówisz, ale na rozmowy znajdzie się jeszcze czas. Chcesz do nas dołączyć? – zapytałem podchodząc do niej jeszcze bliżej. Usłyszałem krzyki z tyłu i odwróciłem się. To był Łowca, Cinek oraz Jakub. Biegli do nas z kanistrami, które miałem nadzieję były zapełnione. Uspokoiłem ich gestem ręki i poczekałem, aż podejdą bliżej.
– Chciałbym chociaż nie wyglądacie na normalnych ludzi – powiedziała.
                Podszedłem bliżej i szepnąłem jej do ucha.
– W tych czasach nie ma już normalnych ludzi.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Wyciągnąłem do niej dłoń, którą uścisnęła. Z bliska mogłem jej się dokładnie przyjrzeć. Nie była brzydka, ale kompletnie nie trafiała w mój gust. Spore piersi, słabo widoczne kości policzkowe, oraz ciemne oczy i mały nosek. Cinek i Łowca zadawali ciągle pytania, ale teraz musiałem pobiec po upuszczone wcześniej kanistry. Łowca poszedł ze mną i sam pochwalił się, że znaleźli sporo paliwa w jednym z warsztatów samochodowych. Pakując wszystkich, razem z nową towarzyszką do Potwora ruszyliśmy.
                Planowałem przeprowadzić z Magdą rozmowę, taką samą jak z Jakubem wcześniej, ale nie było teraz na to czasu. Wszyscy byliśmy zmęczeni i głodni. Poprosiłem Łowcy żeby po zatankowaniu Potwora  zjechał gdzieś na pobocze.
– Jesteśmy wszyscy wykończeni i strasznie głodni, myślę, że można spędzić noc gdzieś w okolicy – stwierdziłem, kiedy Łowca wlewał pierwszą partię paliwa do baku.
– To zły pomysł – stwierdziła Magda. Zaskakiwała mnie jej śmiałość. Dopiero co ją poznaliśmy, a już wygłaszała swoje zdanie.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytałem.
Dziewczyna spojrzała na mnie poprawiając łuk wiszący na jej plecach.
– Bo nadciąga tutaj ogromne stado zombie. Będą tutaj maksymalnie za parę godzin.
– Skąd to wiesz? – zapytał Łowca.
– Widziałam je wczoraj na północ stąd. Prawdopodobnie przejdą tędy i wieczorem ruszą na wschód. Śledziłam jedno z stad zombie przez długi czas i jestem pewna, że wiem jak to działa – powiedziała uśmiechając się.
– Niech i tak będzie – stwierdziłem pomagając Łowcy w ładowaniu kolejnych kanistrów.
                Gdy tylko pojazd był gotowy to odjechaliśmy dalej chowając kanistry na swoje miejsce. Wszyscy byli zmęczeni i nie dali za bardzo rady rozmawiać. Chociaż Łapa dyskutowała o czymś z Sołtysem, a Magda dorzucała do rozmowy swoje pięć groszy co jakiś czas. Czułem, że ta dziewczyna może być całkiem dobrym sojusznikiem, rozumiała zasady tego świata, chociaż była trochę zbyt pewna siebie, co mogło ją kiedyś zgubić.

                Ruszyliśmy w stronę Ciechanowa i gdy Łowca prawie zasnął przed kierownicą kazałem mu koniecznie się zatrzymać na poboczu. Zjedliśmy tam kolację i wszyscy ułożyliśmy się do snu. Cinek spał na jednym z łożek, drugie okupował Sołtys, a trzecie ja z Łapą. Magda znalazła sobie kąt, w którym ułożyła prowizoryczne posłanie z koców. Jakub usnął na siedząco oparty o ścianę ładowni, a Łowca spał jak zwykle z przodu pojazdu.  Robiło się tu powoli ciasno, ale byliśmy coraz bliżej celu. Musieliśmy po prostu przyspieszyć. Przytulając się do Łapy pojawiła się w moich myślach Natalia. Chciałem ją chronić za wszelką cenę, potem myślałem, że zginęła, a teraz Jakub odnowił naszą nadzieję. Co teraz, spytałem sam siebie zasypiając.