Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głosowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głosowanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2015

Rozdział 19: Moment

Rozdział 19, kolejny z perspektywy Bobra. Wraz z grupą wjeżdżają na tereny Złomiarzy, aby odnaleźć Feline. Bobru ma pewien plan, który postara się wykonać. Czy mu się uda? Zapraszam do czytania, komentowania oraz proszę o rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 19 - Bobru - Dzień 9-10
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska
Irek - Dzień 9-10 - Jest na farmie Włodka.

----------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Moment


                Przejechaliśmy granicę zajmowane przez Złomiarzy. Na tym terenie było zdecydowanie niebezpieczniej niż w każdym innym miejscu w okolicach. Co prawda Złomiarze też starali się zabijać zombie, ale na pewno nie byli przyjaźnie nastawieni do osób, które jechały tu w kamizelkach Toruńskiej Ostoi Ocalałych i w ich pojeździe. Byłem pewien, że jak tylko spotkamy patrol to od razu rozpocznie się walka, albo chociaż nieprzyjemna wymiana słów. Minęliśmy sporą mogiłę, z której nawet z oddali słychać było setki much. Gdy przejechaliśmy obok te zerwały się niczym chmura, aby po chwili znów usiąść i delektować się zgniłymi ciałami. Teraz zacząłem się zastanawiać czy była realna szansa na to, żeby zarazić się po przypadkowym zjedzeniu takiej muchy. Jakież by to było smutne.
- Ciekawe czy znów spotkamy tę rodzinę – zastanawiała się Wiktoria.
                Miała na myśli rodzinę, która uratowała nas przed Złomiarzami, chociaż okazało się potem, że sama do nich należała. Nie wiedziałem co kierowało tymi ludźmi, ale ja, Pablord oraz Wiktoria, zawdzięczaliśmy im życie. Bardzo możliwe, że po tym jak nam pomogli zostali surowo ukarani, ale miałem nadzieję, że powiodło się im i znaleźli spokój w swojej dziwnej społeczności. Od tego wiele zależało.
                Znajdowaliśmy się teraz w okolicach Grudziądza, niedaleko lasu sąsiadującego z głównym złomowiskiem. Nadal pamiętałem to miejsce. Cała góra wraków aut, które zniszczone tworzyły labirynt blach, w którym łatwo było się zgubić. Złomiarze potrafili się jednak po nim poruszać i świetnie sobie radzili w urządzaniu zasadzek w takim miejscu. W sumie stąd pochodziła ich nazwa.
- Mam nadzieję, że nie. Sami mówili, że tym razem będą chcieli nas zabić, a ja nic do nich nie mam – wytłumaczyłem.
Józef spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Po ostatniej rozmowie wydawało mi się, że bardzo zaczęło mu zależeć na tym, żebym stał się lepszym człowiekiem. Nie wiem skąd w nim nagle wzięły się takie zapędy, ale rozumiałem, że każdy próbuje znaleźć w sobie i bliskich odrobinę człowieczeństwa, której coraz bardziej brakowało na świecie.
- Mamy w końcu jakiś plan? – zapytała Miczi.
- Musimy dostać się do dowództwa. Najlepiej w jakimś odosobnionym miejscu. Myślę, że oni trzymają Feline bo chcą czegoś od nas. Jak dowiemy się czego to pomyślimy co dalej – powiedziałem.
- A co jeżeli będą chcieli Torunia? Albo od razu rzucą się, żeby nas zabić? – zapytała pesymistycznie.
- Wtedy będziemy musieli się bronić. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie…
                Podjechaliśmy do krawędzi lasu, mając stąd dobry widok na Grudziądz oraz złomowisko. Obserwowaliśmy te dwa miejsca z bezpiecznej odległości, chociaż tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia jak działa struktura Złomairzy i czy wiedzą już o nas, czy jeszcze nie. Znaleźliśmy dwie nieduże chatki, które zaczęliśmy przygotowywać powoli na noc. Chociaż dopiero zapadał wieczór, a wczoraj pomimo Wielkiego Spotkania Ocalałych wszyscy się wyspali, to wciąż woleliśmy mieć pewne i w miarę bezpiecznie miejsce.
                Przy samej bazie nie spotkaliśmy żadnego trupa, nie licząc jednego, który musiał zaklinować się w studni, bo wydawało się, ze mógł się rozpłynąć w każdej chwili. Dobiliśmy go i rozpakowaliśmy potrzebne na noc zapasy.
- Może odpalimy flarę? – zaproponowała Wiktoria.
- Nie. Lepiej nie. Wiesz… chociaż chciałbym to rozwiązać pokojowo – zacząłem, gdy Wiktoria podeszła do mnie w czasie obserwacji terenu na uboczu – to wiem, że prawdopodobnie skończy to się rozlewem krwi. Po prostu czuję się bezsilny. Każdy problem jaki teraz mamy można rozwiązać tylko siłą. To beznadziejne.
- Dalej nie rozumiem co zrobimy, gdy spotkamy kogoś z dowództwa. Wątpię żeby oni chodzili sami… w sensie dowódcy. Przecież ty i Dziara w Ostoi zawsze jesteście obstawieni, albo chowacie się za murami, gdzie nic wam nie może zagrozić – stwierdziła. Spojrzałem na nią. Wiedziałem, że nie to miała na myśli i chciała już się odezwać, ale przerwałem jej.
- Spoko, wiem o co chodzi. Ale z jednym się zgodzić nie mogę. Nie rządzę Ostoją. To prawda pomagam i często decyduję nawet o wielu rzeczach, ale to wciąż nie jest to – powiedziałem lekko przerażony tą myślą.
- Nie chciałam tego powiedzieć. Nie to miałam na myśli. Wiesz zresztą sam. Ufam ci Bobru. Raz mnie stąd wyciągnąłeś i wierzę, że od biedy zrobisz to po raz drugi. Dlatego po prostu nie będę pytać i poczekam na rezultaty – zapewniła.
                Uśmiechnąłem się do niej.
- Dzięki – powiedziałem cicho.
Wieczór nadszedł dosyć szybko i zobaczyłem światła rozświetlające okolicę. Grudziądz, tereny przy Złomowisku, oraz stadion. Ta ostatnia lokacja była najbardziej ciekawa. Co tam mogło być? To pytanie dręczyło mnie podczas jedzenia kolacji, co od razu zauważył Pablord.
- Co jest stary?
- Ten stadion. Dlaczego go przejęli? Nie jest to najgorsze miejsce do obrony, ale kompletnie nie pasuje do ich stylu bycia – zastanawiałem się.
- Może trzymają tam auta? To dosyć sporo, otoczonego miejsca – podsunęła Miczi.
- Może – odpowiedziałem. Nie mogłem się skupić. Chociaż sprawa z Łapą i zresztą została oficjalnie rozwiązana to nie mogłem dać sobie ostatecznie spokoju. Wciąż wahałem się czy dobrze postąpiłem pozwalając jej bezkarnie wrócić. Byłem zły na siebie za to, że ta kobieta miała na mnie aż taki wpływ, oraz za to, że jej wciąż ulegałem. Potrzebowałem jej jednak.
                W nocy wyjątkowo nie zostawiliśmy nikogo na warcie. Po upewnieniu się, że drzwi i okna są całkowicie zabarykadowane, a w samym domu nie ma żadnych zombie zasnęliśmy. Nie chciałem, żeby ktoś jutro był zmęczony. Musieliśmy być gotowi i dać z siebie wszystko. Chociaż jedna grupa została wysłana do obozu przy Płońsku to wciąż wiedziałem, że prawdopodobnie nie znajdą tam Feline. Jedynie informacje, które powiedzą gdzie ona jest. A to było praktycznie pewne. Musiała być gdzieś tutaj.
                Wstaliśmy rano i powoli przygotowaliśmy się do dalszej drogi. Zjedliśmy lekkie śniadanie złożone z sucharków i popiliśmy wodą. Zebraliśmy swoje wszystkie rzeczy i już chcieliśmy wychodzić, kiedy usłyszeliśmy trzask na ganku domu. Niczym dobrze nakręcony zegarek wszyscy, w jednej chwili, schowali się za osłony i wyciągnęli bronie. Moja wciąż nieco bolała po ostatnich przygodach, ale mogłem bez problemu strzelać. Wsłuchiwaliśmy się i słyszeliśmy wyraźne kroki. Przynajmniej dwie osoby. Po chwili za jednym oknem przesunęła się powoli sylwetka, a za nią druga.
                Kiwnąłem tylko głową i zatkałem uszy, gdy Miczi pociągnęła serią po ścianie. Usłyszeliśmy głuchy trzask, gdy dwa ciała upadły na deski. Wtedy wszystko przyspieszyło. Na tyłach otworzyły się drzwi i do środka wpadło trzech mężczyzn. Najbliżej nich był Józef, który zgodnie ze swoim zwyczajem zdzielił pierwszego z nich potężnym kopniakiem w brzuch. Drugi wycelował w stronę Wiktorii, ale ta była szybsza i trafiła swojego przeciwnika w udo. Ten krzyknął i upadł ciężko na podłogę upuszczając broń. Trzeci widząc dwóch leżących towarzyszy  chciał wycofać się za ścianę, ale podobnie jak nasze pierwsze ofiary nie wziął pod uwagę tego, ze są one zrobione z drewna, a co za tym idzie pociski przechodzą przez nie bez większego problemu. Szczególnie z karabinu Miczi.
                Nagle do środka wpadło coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na kamień. Syczało jednak i dymiło. Zdążyłem krzyknąć tylko teatralne „Padnij!” zanim usłyszałem huk, a eksplozja odrzuciła mnie do tyłu. To był granat. Mieliśmy jednak niesamowite szczęście bo wpadł on prosto do kominka, który zniwelował mocno siłę eksplozji, uwalniając chmurę czarnego, gęstego dymu. W uszach słyszałem tylko pisk, a przed oczami miałem czarno. Kaszlałem próbując złapać trochę świeżego powietrza, ale nie było to łatwe. Poczułem czyjeś ręce, ciągnące mnie do korytarza i zobaczyłem Pablorda, który kaszląc próbował mi pomóc. Niezręcznie przesunąłem się za osłonę.
                Znajdowaliśmy się teraz w korytarzu, który prowadził do wyjścia, oraz do pokojów po bokach. Salon, w który działa się strzelanina i wybuchł granat ucichła nieco, ale wciąż widzieliśmy dokładnie drzwi, w których pojawiła się twarz mężczyzny. Widziałem, że próbował dostrzec ile osób zabił. Czarne obłoki powoli opadały i kolejne co udało mi się zobaczyć to Michael, który rozbija potężnym uderzeniem czaszkę napastnika.
- Wychodzimy stąd! – krzyknąłem ochrypłym głosem, spluwając i próbując wstać. Teren był czysty. Widzieliśmy auto stojące niedaleko naszego. Wszyscy z trudem łapali hausty świeżego, chłodnego powietrza.
- Wszyscy są cali? – zapytał Józef.
- Strasznie boli… mnie głowa… - powiedziała słabym głosem Wiktoria.
                Podszedłem do niej i położyłem ją na trawie. Dotknąłem ręką jej czoła i odgarnąłem włosy.
- Oddychaj – powiedziałem spokojnie – Zaraz powinno ci przejść. Reszta zbierajcie się. Złomiarze wiedzą, ze tu jesteśmy – krzyknąłem.
Wiktoria oddychała ciężko. Była bardzo blisko eksplozji i byłem pewien, że gdyby nie to, że granat wleciał do kominka, to mogłaby zostać naprawdę ciężko ranna, a może nawet zginąć. Auto po chwili było gotowe. Dałem towarzyszce pić, a ta po chwili podniosła się ciężko. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy powoli w stronę złomowiska.
- Jesteś pewien? – zapytała Miczi.
- Tak. Zaufajcie mi – odpowiedziałem.
- Ile osób nas zaatakowało? – zastanawiał się na głos Pablord.
- Ponad pięć. To był patrol. Zapewne, za jakieś dwie godziny wszyscy będą wiedzieli, że nie wrócili i coś im się stało. Musimy przyspieszyć – powiedziałem.
                Złomowisko było coraz bliżej nas. Podjeżdżaliśmy od przeciwnej strony niż ostatnio. Wydawało się one jeszcze większe, ale nie widziałem go już jakiś czas i po prostu mogłem je inaczej pamiętać. Tutaj, ponad miesiąc temu, straciliśmy Jonasza, który był Czerwoną Flarą i naprawdę porządnym człowiekiem. Żałowałem, że musiał w tak głupi sposób zginąć, chociaż nie widziałem jego śmierci na własne oczy, to byłem świadkiem tego jak w niego strzelają, a on zostaje na tyłach, żeby umożliwić nam ucieczkę. To był naprawdę heroiczny wyczyn z jego strony i zawdzięczałem mu życie. Niestety nie mogłem już spłacić tego długu.
                Zatrzymaliśmy się w uliczce, niedaleko sklepu, w który przeżyliśmy z Pablordem, Jonaszem oraz Wiktorią małą przygodę na zlecenie rodziny Złomiarzy. Zostawiliśmy auto tutaj i ruszyliśmy z wyciągniętymi broniami opuszczoną uliczką.
- Wiktoria, Pabi – zacząłem po cichu – Szukamy śladów rodziny.
- Co? Sam mówiłeś, że to niebezpieczne – zdziwiła się Wiktoria.
- Jeszcze bardziej niebezpieczne było to, co się stało w nocy. Nie ma sensu negocjować z tymi ludźmi. Dowiedzmy się czegoś i pomyślimy co dalej – stwierdziłem.
Z uliczki przed nami wyszedł zombie, który nie zdążył nawet obrócić się w naszą stronę. Michael był szybszy i znokautował go silnym uderzeniem w czaszkę.
- I oni mieszkają gdzieś tutaj? – zapytała Miczi.
- Tak. Parę uliczek dalej – powiedziałem.
- Myślisz, że nam pomogą?
- Mam nadzieję – powiedziałem.
                Ruszyliśmy do przodu i gdy byliśmy już naprawdę blisko celu usłyszeliśmy silnik auta. Schowaliśmy się szybko za niedużym kamiennym murkiem obserwując okolicę. Gdzieś z prawej nadjeżdżało przynajmniej sześć aut. Hałas narastał, więc byłem pewien, że jadą w naszą stronę. Czy mogła to być Łapa z posiłkami z Torunia? Wątpiłem, ale taką opcję również trzeba było rozważyć. Auta wyjechały w końcu zza rogu i od razu poznałem, że to Złomiarze. Schowałem się za murkiem, nie obserwując ich nawet, bo wiedziałem, że przejeżdżając mają duże szansę nas zauważyć.
                Pierwsze pojazdy minęły nas. Już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy jeden z wozów zatrzymał się tuż obok nas, po drugiej stronie murka. Przełknąłem ślinę. Na ulicę wyszły przynajmniej trzy osoby. Jeden był mężczyzną, oddychał ciężko i ochryple, dosyć charakterystycznie. Dwie pozostały prawdopodobnie były kobietami, bo rozmawiały cicho między sobą i miały wysokie głosy.
- Zamordowani? – zapytał mężczyzna.
- Tak. Ktoś jest w okolicy. To pewnie te psy z Płońska przyjechały po swoją sukę – rzuciła jedna z kobiet. Cieszyłem się, że nie było z nami Olafa, bo ten od razu rzuciłby się na nich, gdyby usłyszał coś takiego.
- Wanda ich szuka. Mam nadzieję, że będą cierpieć – stwierdziła druga kobieta.
- Wszyscy zdrajcy i bandyci muszą cierpieć – zauważyła ta pierwsza.
- Przejdźmy się po ulicy parę razy, żeby nie było, że nic nie robimy – zaproponował mężczyzna i poszli dalej, w stronę, z której przyszliśmy.
                Gdy tylko zniknęli za zakrętem poderwałem się i wraz z resztą podbiegliśmy dalej, wchodząc na uliczkę, na której zaczynało się Złomowisko, oraz dom rodziny, którą tu kiedyś spotkaliśmy. Od razu zlokalizowałem go wzrokiem i pokazałem reszcie. Wyglądał właściwie tak samo jak ostatnio, może był jeszcze bardziej zapuszczony. Zacząłem czuć presję tego miejsca. Szukali nas, a z rana próbowali zamordować. Nie rozumiałem dlaczego tak agresywnie podchodzili do sąsiednich obozów, ale miałem nadzieję, że albo ich stąd przegonimy, albo uda nam się ich pokonać. Szansy na sojusz już nie było.
                Podeszliśmy pod same drzwi. Zastanawiałem się czy zapukać, czy po prostu wejść. Moi towarzysze rozglądali się nerwowo po bokach, a co chwilę z daleka było słychać silnik auta lub inne podobne hałasy. Postanowiłem w końcu delikatnie pociągnąć za klamkę i otworzyć drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu były otwarte. Skrzypnęły przeciągle, więc ktokolwiek był w środku na pewno już to usłyszał. Pomimo to weszliśmy po cichu, rozglądając się. Podobnie jak ostatnio w środku panował pół mrok. Zasłony skutecznie odcinały światło słoneczne, zostawiając tylko nieduże smugi, oświetlające nieco wnętrze.
                Włączyliśmy latarki i przygotowaliśmy się do ewentualnego ataku. Szliśmy powoli korytarzem. Serce biło mi znacznie szybciej niż powinno, ale nie potrafiłem się uspokoić. Ryzyko było ogromne. Rozglądaliśmy się po półkach i reszcie mieszkania i widzieliśmy wszechobecne znaki, że ktoś tu nadal mieszka. Otwarta puszka jedzenia, czysty stół, broń leżąca przy kanapie. Wszystko wskazywało na zwykłą kryjówkę, chociaż musiałem przyznać, że nieco się tu pozmieniało. Było jednak pusto. Kuchnia, miejsce w którym spaliśmy, nigdzie nikogo nie było. Zacząłem się zastanawiać, gdzie mogli się podziać ostatni lokatorzy. Weszliśmy do ostatniego pomieszczenia i usłyszeliśmy całą symfonię przeładowywanych broni.
- Upuśćcie broń dla waszego własnego dobra – powiedziała jakaś kobieta. Kojarzyłem jej głos.
                Zasłona została zerwana, a nas chwilowo oślepiło światło dnia. Gdy wzrok przyzwyczaił się do jasności zobaczyłem rudą kobietę siedzącą na kanapie. Obok niej stało paru mężczyzn z karabinami, którzy mierzyli w nas. Sytuacja była fatalna.
- Gdzie jest… - zacząłem pytać, ale ta przerwała mi.
- Zdracja, dzięki któremu opuściłeś to miejsce? Zawisł wraz z rodziną. Nie tolerujemy tu zdrajców. Tak samo jak morderców. Wymordowałeś cały mój oddział. Tak właśnie działa słynny Bobru z Ostoi? – zapytała, a jej głos był zimniejszy niż lód.
- Zaatakowali nas z rana. Gdybyśmy nie obudzili wcześniej to pewnie byśmy nie żyli – odgryzłem się. Sytuacja była na tyle beznadziejna, że nic więcej mi nie zostawało do zrobienia.
- Chciałam negocjować. I dalej chcę. Wiem kogo chcecie, ale ja też mam swoje warunki. Może nawet się dogadamy. Zawsze lubiłam tak bezczelnych i odważnych ludzi jak ty – powiedziała nieco cieplej.
                Bronie zostały nam zabrane, a mężczyźni otoczyli nas, wciąż celując karabinami.
- Najpierw jednak, zanim dotrzemy do przyjemniejszego miejsca, chcę dowiedzieć się jednej rzeczy – wstała i podeszła do mnie. Z bliska mogłem zauważyć, że jej oczy wydawały się nie mieć żadnej głębi. Zupełnie jakby patrzył na mnie trup.
- Nie chcemy kłopotów, po prostu przyszliśmy negocjować – powiedziałem.
Spoliczkowała mnie.
- Przestań łgać i nie przerywaj mi – syknęła. Widziałem jak Miczi chciała coś zrobić, ale jeden z mężczyzn złapał ją za rękę i wykręcił.
- Ej! – krzyknąłem odwracając się. Momentalnie wszyscy towarzyszę Wandy przycisnęli nas karabinami do ścian, a niektórych sprowadzili na podłogę. Ja zaliczałem się do tych pierwszych. Sapnąłem gdy uderzono mną z dużą siłą, ale wciąż patrzyłem na kobietę.
- Zgrywacie takich świętych prawda? Niesamowita Ostoja Ocalałych w Toruniu. Świetna społeczność. BZDURY! – wrzasnęła tak, że aż zadzwoniło mi w uszach – Co powiesz mi o kamuflażu z użyciem skór zombie? – zapytała.
- To Zszyci. Grupa ocalałych, która od jakiegoś czasu pałęta się po okolicy – powiedziałem jej nie wiedząc czemu miałbym kłamać.
- To wasi ludzie. Dziara myślał, że jest taki cwany? Zawsze popełnia te same błędy – mówiła jakby sama do siebie.
- To nie są nasi ludzie. Nie wiemy o nich nic konkretnego.
- Co to za spotkanie? Ta suka z Płońska pomimo ostrego lania nie powiedziała ani słowa, ale jestem pewien, że ty otworzysz się nieco przede mną? – zapytała podchodząc do Pablorda i przystawiając mu nóż do gardła.
                Przeszył mnie dreszcz. Przypomniała mi się niewola w obozie ojca Łapy w Supraślu. Gruby ochroniarz, który męczył mnie, Cinka i Erniego. Pamiętałem blok w miasteczku w drodze do Torunia, gdzie wpadłem na bandytów. Historie o Jakubie, zanim ten trafił na pokład Potwora. To wszystko to było nic. Nigdy nie czułem takiej beznadziejności jak teraz. Wplątałem moich ludzi w bagno i nie mogłem zrobić nic. Musiałem grać na czas.
 - Powiem ci wszystko – obiecałem.
- Powiesz – odpowiedziała po czym machnęła ręką. Mężczyźni jak na zawołanie uderzyli każdego z nas w brzuch lub w głowę. Ja byłem ostatni. Chociaż nie straciłem przytomności to zamroczyło mnie, a po chwili poczułem materiał na głowie. Ostatnie co widziały moje oczy przed nałożeniem worka to bezwzględna twarz Wandy, która mówiła:
- Zabrać ich.

czwartek, 24 września 2015

Rozdział 17: Krwawy wschód

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Irka. Wszystkie grupy jadą załatwić swoje sprawy i wykonać powierzone zadania. Grupa Irka będzie musiała założyć parę punktów strategicznych w okolicy. Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 17 - Irek - Dzień 9
Bobru - Dzień 9 - Jest w okolicach Grudziądza
Olaf - Dzień 9  - Jest w okolicach Płońska

-----------------------------------------

Rozdział 17 (Irek): Krwawy wschód


                Wyjechaliśmy zostawiając za sobą Inowrocław w szóstkę, wliczając w to mnie. Oprócz Krystka resztę znałem tylko z sali obrad podczas Wielkiego Spotkania Ocalałych. Jechaliśmy samochodem ciężarowym prowadzonym przez dziwnego mężczyznę, młodszego ode mnie, który miał całkiem długą kozią bródkę. Wyglądał jakby w przeszłości miał problemy z alkoholem lub innymi używkami, ale wydawał się być całkiem przyjemnym towarzyszem. Jego dziewczyna była też bardzo ładna. Z tego co zdążyłem zauważyć nazywali ją Ruda i była córką Kapitana z Drugiego Posterunku. Nie miałem pojęcia dlaczego reprezentowała Toruń na spotkaniu, ale miałem nadzieję, że dowiem się tego podczas podróży.
                Lubiłem poznawać nowych ludzi, szczególnie dlatego, że podczas apokalipsy przeżywali tylko ci najciekawsi i najbardziej oryginalni. Załoga tego pojazdu pokazywała to szczególnie dobitnie. Na tyłach siedział mężczyzna, który musiał mierzyć ponad dwa metry, a przez plecy miał przewieszony ogromny, dwuręczny miecz. Byłem pewien, że nie spotkałbym kogoś takiego w normalny dzień na ulicach mojego miasta.  Krystek siedział obok niego i rozmawiali o czymś po cichu. Oprócz tego zabrała się z nami kobieta z Inowrocławia, mniej więcej w moim wieku, nieco pulchniejsza, z wyrazem twarzy sugerującym, że zdecydowanie nie chciała tutaj jechać.
                Podszedłem na  tyły i zauważyłem, ze wysoki mężczyzna oraz Krystian siedzą nad mapą.
- Gdzie mamy pierwszy przystanek? – zapytałem.
- Właściwie to się zastanawiamy. Na razie jedziemy daleko na wschód i w pewnym momencie po prostu gdzieś skręcimy – wytłumaczył Krystian.
- Ile mamy tych punktów?
- Jakieś dziesięć na samym wschodzie, ale to jest nasze zadanie – odezwał się mężczyzna z mieczem.
- I całe szczęście Gigancie – odpowiedział Krystek.
- Martwią mnie jednak te dopiski na mapie… - powiedział niepewnym głosem – To ma być jakiś żart? – spytał pokazując palcem jeden z punktów.
                Czerwonym kołem była zaznaczona polana niedaleko miejscowości Mława. Obok była naklejona karteczka z napisem „Uważać na Starucha. WAŻNY PUNKT”. Zauważyłem od razu, że przy każdym innym punkcie znajdowały się podobne kartki.
- Staruch? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia, co to może oznaczać – przyznał Krystian.
- Mieszka tam taki jeden posrany staruszek z żoną. Nie chciał dołączyć do żadnej społeczności i jest zgryźliwy i niebezpieczny. Ale punkt musi stanąć niedaleko jego gospodarstwa – odezwała się nagle kobieta, tonem jakby tłumaczyła nam dlaczego trawa jest zielona.
- Skąd wiesz? – zapytałem.
- Pracuje i żyje w Inowrocławiu. Słyszałam o tym miejscu już nieraz – powiedziała.
- Jest najbardziej na północ z wszystkich punktów, powinniśmy od niego zacząć – wtrącił Gigant wstając i idąc w stronę Dymitra. Widziałem jak pokazuje mu na mapie punkt, a ten tylko kiwa głową.
- Szykuje się ciekawa podróż. Mamy coś do jedzenia? – zapytałem.
- Jasne, tam są  kartony z zapasami. Suszone mięso, fasola, suchary i konserwy rybne – wytłumaczył w skrócie Krystek machając ręką w stronę zapakowanych kartonów stojących niedaleko słupów i zwojów płótna. Podszedłem i otworzyłem te z napisem „jedzenie” nożem, po czym wygrzebałem paczkę kabanosów. Z uśmiechem na twarzy zacząłem je jeść.
                Popołudniu gdy stanęliśmy na ogólny postój ja również wyszedłem rozprostować kości. Staliśmy na środku drogi pomiędzy dwoma rozległymi polami. Niedaleko stała ciężarówka, która wyglądała jakby znajdowała się tutaj już od przynajmniej paru miesięcy. Tuż obok nas leżało wywrócone auto, z którego było słychać jęki zombie. Podszedłem z zaciekawieniem, gdy zobaczyłem, że idzie ze mną Gigant.
- Mam pytanie – zaczął mało subtelnie.
- Tak? – zapytałem kucając niedaleko miejsca kierowcy i obserwują trupa, który z całych sił starał się dorwać mnie nadgniłą ręką, przez którą wystawała przebita kość.
- Czy to prawda? To co mówią? Że jesteś niewrażliwy na zarazę? – zapytał grzecznie.
- Tak. I nie, nie mam pojęcia jakim cudem, ale jestem wdzięczny za ten dar – powiedział.
- Nie myślałeś o nauczeniu się walki mieczem? Albo czymś podobnym? Każdy z normalnych ludzi musi zachowywać dystans do trupów, ale ty mógłbyś być ich pogromcą. Ja zdecydowałem się na miecz, bo jestem kiepskim strzelcem i mam długie ręce, ale ty? Wiesz mógłbym cię trochę poduczyć- zaproponował.
                Spojrzałem na niego. Wydawał się być naprawdę potulnym i przyjaznym człowiekiem.
- W sumie… czemu nie? I tak spędzimy najbliższe dni razem – zadecydowałem wstając – Tylko musiałbym znaleźć sobie jakąś broń.
- Dałbym ci swój miecz, ale jest dosyć ciężki i naprawdę gdybym nie był taki duży miałbym problemy z operowaniem nim. Ale jak coś ci wpadnie w oko to wal śmiało – powiedział uśmiechając się.
- Jasne – odpowiedziałem.
Ruszyliśmy powoli z powrotem w stronę ciężarówki.
- Co myślisz o tych całych Zszytych? – zapytałem.
- Nie mogę w to uwierzyć – odpowiedział – Nie mam pojęcia jak to ma działać. Skóra trupa po kontakcie z skórą człowieka… Przecież to prawie pewne zakażenie, ci ludzie nie wiedzą ile ryzykują – odpowiedział.
- Ale z drugiej strony to dobry kamuflaż. Kto wie ilu takich spotkaliśmy już na drodze?
                Zanim jednak zdążył odpowiedzieć usłyszałem trzask. Odwróciliśmy się natychmiast i zauważyliśmy, że drzwi wraku ciężarówki stoją otworem, a Krystek odczołguje się od zombie, które na niego wypadły. Nie wahałem się ani chwilę. Od razu ruszyłem mu pomóc, a kroki Giganta za mną tylko dodawały mi otuchy. Poczułem falę smrodu, która prawie zwaliła mnie z nóg. Wiatr wiał w naszą stronę, a uwięzione przez długi czas zwłoki narobiły sporo smrodu. Zaszarżowałem na trupa, który leżał na Krystku i starał się wgryźć mu w szyję i zepchnąłem go, lecąc wraz z zmarłym na bok.
                Usłyszałem cięcie i zobaczyłem jak łeb trupa odlatuje na parę metrów w górę, zostawiając za sobą szkarłatną, ciemną smugę, która po chwili upadła na drogę. Wstałem i zaatakowałem nożem gardło kolejnego trupa. Gigant w tym czasie odsunął się ode mnie, pomógł wstać Krystkowi, po czym ruszył do ataku. Poczułem zakrzywione paznokcie i zanim zdążyłem się obrócić ciało wysokiej kobiety zaatakowało mnie i zrównało z ziemią. Całe powietrze z moich płuc gwałtownie znikło, a następnie poczułem ból w ręce. Nóż z trzaskiem odbił się od nawierzchni i znalazł się poza moim zasięgiem. Chciałem zwalić z siebie trupa, ale ważył naprawdę dużo i moje próby zakończyły się tylko na tym, że ledwo się ruszyłem, a zombie dalej na mnie siedział.
                Usłyszałem strzał. Zadzwoniło mi aż w uszach i poczułem ciepło krwi na moich ubraniach. Ciało bezwładnie opadło na chodnik obok mnie, a ja podniosłem się. Gigant dokańczał właśnie ostatniego trupa czystym uderzeniem, a Krystek oddychał ciężko, przyglądając się sytuacji.
- Przepraszam… zaskoczyły mnie – wysapał.
- Ważne, że nikomu się nic nie stało – powiedział brodaty mężczyzna podchodząc z strzelbą w dłoniach.
- Wiesz, że ugryzienia nic mi nie robią, prawda? – zapytałem Dymitra.
- Wiem, po prostu to był odruch. Mało jest takich wyjątków jak ty – stwierdził patrząc na mnie nieco zmieszanym wzrokiem.
- Nie no i tak dziękuje. To, że ugryzienie mnie nie zabija, nie oznacza, że mnie nie boli. Cieszę się, że mi pomogłeś – odpowiedziałem pojednawczo.
- Jedźmy już – stwierdził chłodno Gigant.
                Wsiedliśmy z powrotem do ciężarówki. Przez ostatnie dni zombie były moim ostatnim zmartwieniem, a teraz znów byłem na drodze.  Życie tutaj kompletnie różniło się od tego, co działo sią za bezpiecznymi murami Torunia czy Inowrocławia. Poruszanie się po drogach było związane z ciągłym niebezpieczeństwem. Gdy nie zombie, to ludzie, a gdy nie ludzie to głód lub choroba. Apokalipsa trwała już pół roku, a byłem prawie pewien, że wciąż jest mnóstwo niedużych grup, które żyją od miejsca do miejsca, nie trzymając się żadnego obozu dłużej niż parę dni. Po tym jak uciekliśmy z Torunia byłem do tego całkiem przyzwyczajony, ale wciąż musiałem liczyć się z tym, że reszta może zostać ugryziona i zginąć. A ja nie mogłem.
                Wraz z kolejnymi przejechanymi kilometrami czułem się coraz bardziej nieswojo. Jednak świadomość, że najbliższe przyjazne osoby są teraz dziesiątki kilometrów od nas mogła nieco zdołować. Mrok spowijał coraz to większy teren, aż w końcu połknął również i naszą ciężarówkę. Dymitr zapalił światła wewnątrz pojazdu i ogłosił, że według mapy jesteśmy już zaledwie parę kilometrów od wspomnianego wcześniej gospodarstwa. Rozsiadłem się wygodnie na tyłach, rozmasowując obolałą od upadku dłoń, która lekko mnie bolała. Po chwili dosiedli się do mnie Gigant oraz Krystian.
- Wszystko ok? –zapytał ten większy.
- Jasne – odpowiedziałem – Troszkę się poturbowałem, ale to nic poważnego.
- Co myślicie o tej farmie? Brzmi jak scena z jakiegoś amerykańskiego filmu – wtrącił Krystek.
- Wydaje mi się, że większych problemów być nie powinno. W końcu nie damy się zabić jakiemuś starcowi, prawda? – zapytałem, nie do końca pewny swoich słów.
- Mamy budować cywilizacje. Musimy się nauczyć bycia ludźmi – stwierdził mądrze Gigant.
                Miał sporo racji w tym co mówił. Ciężko będzie jednak zaufać komukolwiek, jeżeli ludzie byli w większości tacy sami – myśleli tylko o sobie i o tym żeby przetrwać. My nie byliśmy wcale lepsi. Byłem pewien, że każdy w tym aucie wolałby przeżyć niż uratować nieznajomą osobę. Taka była natura ludzka.
                Zobaczyliśmy zarysy miasta na zachód, ale ignorowaliśmy je ponieważ bardziej interesowała nas nieduża wioska, do której właśnie wjeżdżaliśmy. Obserwowałem teraz przez okno podupadłe chaty i zrujnowane stodoły. Dróżka prowadziła nas pod górę, a nasz pojazd ledwo się na niej mieścił, ale dawaliśmy radę. Wyjechaliśmy na pole i z daleka zauważyliśmy spory dom, który był ogrodzony wysokim, drewnianym płotem.
- Zatrzymajmy się – poprosiłem.
Dymitr spojrzał na mnie nieco zmieszany, ale powoli zatrzymał ciężarówkę.
- Zgaś światła.
Po chwili zostaliśmy w całkowitej ciemności, nie licząc sierpu księżyca, który ponuro wystawał zza chmur. W gospodarstwie paliły się światła.
- Jeżeli nie chcemy wystraszyć tych ludzi, to powinniśmy tam pójść i zapytać czy możemy wjechać. Na mapie było napisane, że są niebezpieczni, na pewno nie poczują się lepiej jak podjedziemy tą ciężarówką i po prostu wtargniemy na ich teren – wytłumaczyłem spokojnie.
- Ja mogę z tobą pójść – zaproponowała Ruda.
- Kochanie, to niebezpieczne – wtrącił Dymitr.
- Daj spokój. Przecież jak będą agresywni, to szybko się wycofamy – uspokoiła go.
- Ja też tam pójdę – Krystek poklepał Dymitra po ramieniu.
- No dobra – stwierdził – Ale cholera uważajcie na siebie. Bo jak zobaczę, że coś jest nie tak, od razu wchodzimy.
                Ubrałem się cieplej i upewniłem, że bronie są na swoim miejscu. Odetchnąłem cicho i spojrzałem na Rudą oraz Krystka. Kiwnąłem głową na znak, że jestem gotowy, po czym podszedłem do drzwi pasażera i otworzyłem je. Wyskoczyłem i pomogłem zsiąść Rudej. Była naprawdę drobna i delikatna z jednej strony, ale z drugiej sprawiała wrażenie twardej osoby. Krystek zeskoczył zaraz za nią. Ruszyliśmy powoli w stronę drewnianej bramy. Wiał wyjątkowo zimny wiatr, który zdawał się bawić naszymi włosami i docierać do każdego zakamarka ciała swoimi lodowatymi szponami. Niebo było zachmurzone, co mogło zwiastować nadchodzącą burzę.
                Brama była wykonana z solidnego drewna. Zobaczyłem w mroku masywną zasuwę i spojrzałem na nią, a następnie na moich towarzyszy
- Myślicie, ze powinniśmy zapukać, czy po prostu wejść? – zapytałem.
Krystian rozejrzał się przykładając dłoń nad oczy jakby osłaniał wzrok przed światłem.
- Nikogo nie widać, nie wiem czy nas usłyszą, gdy będziemy pukać, albo wołać. Poza tym mogą nas usłyszeć zdechlaki – powiedział.
Przytaknąłem mu i chwyciłem za zasuwę. Ta z niemałym oporem i lekkim skowytem ruszyła się w końcu i brama stanęła przed nami otworem. Usłyszeliśmy jęk zombie, ale nie widzieliśmy żadnego, a światła z okien oświetlały podwórko całkiem dobrze, więc byłem pewny, że tutaj nas nie zaskoczą. Zamknąłem powoli bramę i ruszyłem za resztą w stronę domu. Przez chwilę wydawało mi się, że jedna z zasłon się poruszyła i ktoś na nas patrzył, ale to zniknęło tak szybko, że uznałem to za zwykłe złudzenie.
- Powinniśmy po prostu zapukać? – zapytała Ruda.
- To chyba jedyne ludzkie wyjście – odpowiedział Krystek.
                Deski na ganku skrzypnęły przeraźliwie, kiedy wspięliśmy się już po schodkach i stanęliśmy przed drzwiami. Wyszedłem na prowadzenie i podszedłem wraz z moimi towarzyszami tuż przed wejście. Przed nami wisiała duża, złota kołatka w kształcie podkowy. Odetchnąłem głęboko i chwyciłem ją. Widziałem jak Krystek rozgląda się na lewo i prawo. Zastukałem. Odpowiedziała mi tylko cisza i szum wiatru. Powtórzyłem czynność jeszcze parę razy.
- Czy ci ludzie myślą, że nie widać światła w ich oknach? – zapytałem szeptem.
Nagle usłyszałem tylko trzask. Odwróciłem się i zobaczyłem Krystka, który leży na brzuchu i się nie rusza, a nad nim stoi kobieta z sporą, zagięta łopatą. Nim zdążyłem zareagować drzwi się otworzyły i oślepiły nas na chwilę.
- Nie ruszajcie się bandyci, bo rozstrzelam jak dzikie psy – zacharczał ktoś starczym, zrzędliwym głosem. Uniosłem ręce do góry.
                Gdy mój wzrok w końcu przyzwyczaił się do światła zobaczyłem przed sobą  niskiego mężczyznę, z zielonkowatą, zniszczoną cerą. Jego twarz porastał parodniowy siwy zarost, a głowie można było zliczyć na palcach jednej dłoni ilość siwych włosów. Był lekko przygarbiony, a w rękach trzymał dwururkę wycelowaną prosto w moją twarz. W oczy rzuciły mi się zaniedbane, chropowate dłonie i poobgryzane paznokcie.
- To nie tak, jak pan myśli… - zacząłem, ale ten splunął soczyście na podłogę i przerwał mi.
- Widziałem jak się zakradaliście złodziejaszki. Parszywe bandziory. Wynoście się stąd póki możecie! – krzyczał.
- Przyjeżdżamy z Inowrocławia. Mamy tutaj rzecz do zrobienia – powiedziała szybko Ruda.
- Boże… - jęknął Krystek wstając. Żona Starucha chciała mu ponownie przyłożyć, ale jej mąż kiwnął głową i ta się powstrzymała.
- Może nieco przesadziłem… Dobrze już, cholera właźcie bo przeciąg w chacie robicie – powiedział po czym opuścił broń i usunął się z przejścia.
- Właściwie jest jeszcze trójka naszych, w ciężarówce, jakieś sto metrów za waszą bramą – zacząłem.
- To idźcie po nich, bo spokoju nie dacie starszemu człowiekowi. Świat się wali, człowiek chce się odizolować, ale nie – narzekał.
- Ja pójdę – zaproponował Krystek i szybko zniknął z zasięgu kobiety z łopatą.
- Jestem Włodek, a to moja piękna i kochana żonka Jagoda – powiedział człapiąc i pokazując nam, żebyśmy szli za nim. Wnętrze domu było przytulne. Wyglądało jak domek, w którym świetnie spędziłoby się wakacje w dobrym towarzystwie. Korytarz rozwidlał się w trzy strony i zakończony był schodami prowadzącymi na górę.
- Państwo sami tu mieszkają? –zapytałem.
- Hę? Możesz powtórzyć? Taki chłop ,a tak cicho mówi – powiedział.
- Państwo tu mieszkają sami? – zapytałem ponownie, znacznie głośniej.
- Och nie, oczywiście, że nie. Mamy syna, który pojechał na zachód do miasta po zapasy wraz ze swoją wybranką sercową – wytłumaczył starzec wprowadzając nas do gustownie umeblowanego saloniku, z trzema wygodnymi fotelami, kanapą, długim drewnianym stołem, oraz sporej wielkości telewizorem, w którym leciał teraz film. Niżej zauważyłem odtwarzacz DVD, z którego był odtwarzany film.
- Kochana poczekaj na resztę przy drzwiach, bo się jeszcze pogubią – poprosił.
                Jagoda wyszła z salonu, nie pozbywając się jednak jeszcze łopaty.
- Ciekawe zabezpieczenia – stwierdziła Ruda nieśmiało.
- Nigdy nie wiadomo, kto zapuka. Ale wam dobrze z oczu patrzy. Zresztą jak macie ciężarówkę, to mogliście tu po prostu wjechać i nas wymordować. Jestem starym człowiekiem, mam niewiele do stracenia – odpowiedział, siadając i zdejmując kapcie – Mówcie lepiej czego ode mnie właściwie chcecie.
- Jak mówiła moja koleżanka jesteśmy z Inowrocławia. Tworzymy tam sieć obozów ocalałych. Wie pan, żeby sobie pomagać… - zacząłem.
- Nigdzie nie jadę – krzyknął przerywając mi.
- Właściwie to nie po to przyjechaliśmy – powiedziałem lekko zmieszany –Ale ciekawi mnie dlaczego pan nie woli żyć w bezpiecznym obozie, zamiast na takim pustkowiu.
- Tu się wychowałem, żyłem i umrę. Nie będą częścią tych potwornych grup, które próbują udawać, że cywilizacja jeszcze istnieje. Są w błędzie. Wszystko poszło w chuj. A ja chcę dożyć ostatnich dni u boku rodziny, w miejscu które znam i które będzie mi przypominało o tym wszystkim – opowiedział.
                Usłyszeliśmy trzask drzwi i po chwili zobaczyłem Krystka, Giganta, Dymitra oraz kobietę z Inowrocławia, prowadzonych przez Jagodę.
- Dobrze, przechodząc do konkretów, chcemy założyć na terenie pana gospodarstwa punkt nawigacyjny. Potrzebujemy małego kawałka ziemi, gdzie będziemy mogli ułożyć słup, a następnie zawiesić na nim flagę – wytłumaczyłem.
Ku mojemu zaskoczeniu starzec się roześmiał. Nieco zdezorientowany spojrzałem na resztę, ale ci tylko patrzyli równie zaskoczeni co ja.
- Co pana tak rozśmieszyło? – zapytałem.
- Wiecie dzieciaki ilu różnych bandytów jest na świecie? Mam wywiesić flagę waszego obozu i liczyć, że przyfruniecie tutaj gdyby komuś z okolicy się nie spodobała? Oszaleliście? – mówił wciąż rechocząc.
-Przecież nikt nie wie, że to nasza flaga. To po prostu będzie dla nas punkt, dzięki któremu znajdziemy się w terenie w razie kłopotów. Nie używamy go w Inowrocławiu – tłumaczyłem.
- Nie chcę o tym słyszeć. Przynajmniej nie dzisiaj. Jutro jak wróci mój syn, to porozmawiam z nim i on powie, co o tym sądzi. Mogę was ugościć, jeżeli tylko chcecie. Jeżeli nie możecie poczekać to idźcie lepiej już teraz,  bo nic nie osiągniecie – powiedział.
                Spojrzałem na resztę, żeby zastanowić się co robić.
- Moglibyśmy przez chwilę porozmawiać na osobności? – zapytała Ruda.
- Jasne. Ja pójdę przygotować jedzenie do kuchni z żoną. Jak się zdecydujecie to przyjdźcie tam. To po drugiej stronie korytarza – powiedział wstając i wychodząc – Tylko bez żadnych numerów – pogroził nam palcem, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
- Co o tym myślicie? – zapytała kobieta z Inowrocławia.
- Ben napisał „WAŻNE”, przy tym punkcie, więc uważam, że powinniśmy za wszelką cenę go postawić właśnie tu – powiedział Gigant.
- I co mamy czekać tu do rana? – zapytałem.
- Możliwe, że nawet dłużej, bo nie wiadomo, czy ten syn wróci rano czy wieczorem i czy w ogóle jutro. Ale musimy zaryzykować – wytłumaczył.
- Może założymy tutaj bazę tymczasową? Ten Staruch wydaje się być całkiem przyjacielski po bliższym poznaniu. Myślę, że nie będzie narzekał na towarzystwo. Jutro jedna lub dwie osoby by zostały tutaj, a reszta pojechałaby do kolejnego punktu na mapie, a może nawet dwóch. Nie są przecież daleko stąd – zaproponowała Ruda.
- To całkiem dobry pomysł – powiedziałem.
- Według mapy – zaczął Dymitr, wyjmując zwinięty zwój – kolejne punkty nie są specjalnie niebezpieczne, ani nie leżą na czyimś terenie. Możemy spróbować. Poza tym robi się ciemno, a jazda po ciemku, gdy ktoś jest tak padnięty jak ja, nie ma sensu – powiedział.
- No to ustalone – powiedziała Ruda.
- Nie jestem pewien, co do tego – stwierdził Krystek – Ale jak wam pasuje, to nie ma problemu.
- A kto zostanie tutaj? – zapytał Gigant.
- Ja mogę. Ten człowiek chyba mnie polubił – powiedziałem z uśmiechem.
- To zostań z Natalką. Oboje się z nimi dogadaliście i będę się czuł bezpieczniej jak zostanie ona w takim miejscu – dodał Dymitr.
Ruda spojrzała na niego z wyrzutem, ale ostatecznie zgodziła się. Cóż za zwrot akcji, pomyślałem idąc w stronę kuchni.
                Już na korytarzu poczułem ładny zapach dobrze przyprawionego mięsa. Wszedłem do środka, gdy akurat było ono umieszczane w piekarniku. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął.
- I jak? Zdecydowaliście? – zapytał.
- Chcielibyśmy u pana zagościć na noc i być może na jutrzejszy dzień. Nasi ludzie pojadą do kolejnego punktu jutro z rana, a my zostaniemy i poczekamy na państwa syna – powiedziałem.
- Och dawno nikogo nie gościłem, to będzie ciekawe – zatarł starcze ręce – Kolacja będzie za pół godziny, a potem wam pokaże pokoje, w których będziecie spali.
                Zgodnie z jego słowami pół godziny później siedzieliśmy wszyscy przy stole i jedliśmy delikatne i bardzo smaczne mięso wraz z ryżem oraz sosem, który pachniał grzybami. Dawno nie miałem takiej uczty. Podczas kolacji Włodek opowiadał nam o tym jakie życie było proste i piękne przed apokalipsą i za czasów wojny. Gdy wszyscy zjedliśmy zaprowadził nas po schodach na piętro, gdzie znaleźliśmy się w niedużym, kwadratowym pomieszczeniu, z którego wychodziły trzy pary drzwi.
- Tutaj jest nasza sypialnia – wytłumaczył – Tutaj mamy pokój gościnny, w którym bez problemu zmieszczą się trzy osoby, a tutaj pokój mojego syna i jego kobiety. Z racji iż jest was tylu to będziecie musieli rozdzielić się po trzy osoby i jakoś się ułożyć. Mam nadzieję, że będzie wam wygodnie.
- Jeszcze raz dziękujemy za gościnę – powiedziałem w imieniu grupy. Szybko rozdzieliliśmy się na dwa pokoje. Ten gościnny zajęła Ruda, Dymitr oraz kobieta z Inowrocławia, a ja wziąłem jeden na spółę z Gigantem i Krystkiem.
                Weszliśmy do czystego, zadbanego pokoju. Na prawo od nas znajdowały się szafki, szafy oraz spora drewniana komoda. Naprzeciwko nas, obok okien, wisiało parę obrazów przedstawiających dziwne, stare postacie. Dopiero, gdy podszedłem bliżej zauważyłem imiona, na złotych tabliczkach mówiące „Walter Hunt” oraz „Elias Howe”. Musiały to być postacie historyczne, którymi interesował się syn Włodka. Łóżko było naprawdę duże i zajmowało sporą część pokoju. Zauważyłem, ze na szafce obok łóżka leży zestaw do szycia z czyściutką igłą.
- Widocznie sypia tu też żona Włodka – skomentowałem.
- No jak syn ma dziewczynę, to raczej nie szyłby jak jakaś ciota – odpowiedział Krystek. Roześmiałem się.
- Dobra panowie, trzeba spać, jutro mamy sporo do zrobienia – powiedziałem. Po chwili zgasiliśmy światło i położyliśmy się spać. Śniły mi się dziwne rzeczy.

poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 15: Głosowanie

Nadszedł czas ciężkiej decyzji. Czas dużego poróżnienia i moment, w którym nikt nie kładzie się spać bez broni pod ręką. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba. Po przeczytaniu standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 15: Głosowanie


                Zima nadchodziła wielkimi krokami. Ciepłe listopadowe poranki minęły i nadszedł grudzień. W tym miesiącu postanowiłem, że zacznę pilnować obozu na równi z innymi. Po tym co stało się z Erykiem, zająłem bramę, której pilnował i od tego czasu, spędzałem tam długiego godziny na obserwacji terenu. Czasami podchodził do mnie ktoś, aby zamienić parę słów, ale większość czasu ludzie spędzali w domach. Stan Eryka nie poprawił się od dwóch dni. Wciąż leżał, śpiąc bądź też majacząc w gorączce. Przy ogrodzeniu nie miałem większych problemów, raz podpełzał pod nie zombie, ale poza tym było spokojnie.
                W głowie wciąż widziałem kartkę papieru z wiadomością od tajemniczego Łapy. Co miał na myśli pisząc o tym, że będzie okaleczał moich przyjaciół, jeżeli się stąd nie wyniesiemy? Sprawę przedstawiłem na razie tylko Sołtysowi, nie skomentował jednak jej, uważając, że to zwykłe odgrażanie się. W sumie miał w tym sporo racji. Przez zimno, nikt nie opuszczał granic obozu a gdyby nas zaatakowano przez ogrodzenie, na pewno byśmy się obronili, mieliśmy znacznie lepsze pozycje.               
                Zastanawiałem się jak trupy zareagują na zimno. Teoretycznie powinny być na tyle spowolnione lub zmrożone, że nie będą stanowiły żadnego zagrożenia. Nie wiedziałem jednak, czy mogą żyć bez jedzenia. Co prawda cała ich marna egzystencja opierała się na pożeraniu ludzi, ale czy tak naprawdę muszą to robić? Czy przeżyją trzy miesiące zimna, czy może po prostu wszystkie zginą? Tego nie wiedziałem i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem. Teraz zdałem sobie sprawę, z tego ilu jeszcze rzeczy nie wiemy. Gdzie i jak to się zaczęło? Pogrążony w takich myślach, siedziałem godzinami broniąc obozu.
                 Trzeciego dnia po wypadku Eryka obudziły mnie krzyki. Zerwałem się jak oparzony, myśląc o tym czy słowa Łapy jednak się sprawdziły. Hałas było słychać z zewnątrz. Przez chwilę nie mogłem ogarnąć wzrokiem tego co zobaczyłem przed lecznicą. Kiciuś był trzymany przez Giganta, a Cinek przez Goku oraz Szpiega. Scenie przyglądało się jeszcze parę osób. Tuż przed nimi stała Miczi, zasłaniająca całą sobą Daliona, który leżał zakrwawiony na ziemi. Poza tym ostatnim faktem wyglądało to całkiem zabawnie, szczególnie Marcin próbujący usilnie kopnąć Daliona lub stojącą przed nim dziewczynę. Podbiegłem do nich i zapytałem :
— Co wy wyprawiacie?
                Pierwszy odpowiedział Cinek, który  powoli tracił siły na wyrywanie się z rąk przyjaciół :
— Ten skurwiel zabił Eryczka! Poderżnął mu gardło jak jakiemuś pierdolonemu świniakowi! – wywrzeszczał pokazując nogą w kierunku Daliona.
— Co takiego?! – zapytałem.
— Dzisiaj rano Jolka znalazła ciało Eryczka. Miał otwarte gardło jakby ktoś próbował do niego wejść i się tam schować! – wrzeszczał dalej – Puśćcie mnie do cholery, już jestem spokojny.
                Kazałem im puścić zarówno Cinka jak i Kiciusia. Stali tak przede mną a na ich twarzach malowała się nienawiść i żądza mordu.  Spojrzałem na Daliona. Nic nie mówił, a z jego nosa ciekła krew.  Nie wiedziałem co zrobić, spojrzałem na Miczi. Z jej twarzy można było odczytać niepewność. Widać było, że sama nie wie co robi :
— Musicie wszyscy się uspokoić. Skąd wiadomo, że to Dalion? – spytałem, pomagając wstać dla oskarżonego.
Stąd, że widzieliśmy jak wychodzi z lecznicy a chwilę po nim słychać było krzyk Jolki – wytłumaczył Cinek.
— To nie ja! Nie ja zabiłem tego debila, który nie umie nawet na tyle ocenić sytuacji, żeby zawołać kogoś do pomocy, zamiast chodzić samemu na most! – wykrzyknął Dalion.
                Kiciuś podszedł do niego i uderzył z taką siłą, że przez chwilę bałem się, czy go nie zabił. Chłopak upadł na ziemię, a Gigant natychmiast złapał Ernesta, ponownie go unieruchamiając :
— Zaprowadź go do domu Sołtysa i zwołaj tam wszystkich oprócz tych pilnujących ogrodzenia – powiedziałem do Karola – Ty Goku zajmij tymczasowo jedno z pustych miejsc przy bramie i poproś Nieznajomą, żeby zajęła drugie.
                Przyjaciel posłuchał mnie i odszedł wraz z Nieznajomą na zachód, gdzie obie bramy nie były pilnowane. Pozostałych pilnowali aktualnie Robert, Damian oraz Piotr :
— Tymczasem jego zwiążcie i wpakujcie do piwnicy pod domem Kiciusia – powiedziałem, kierując słowa w stronę Daliona.
                Spojrzałem z politowaniem na związywanego i prowadzonego brutalnie Daliona. Znikł on po chwili w drzwiach do domu Kiciusia. Ja powoli ruszyłem w stronę domostwa Sołtysa.  Wystrój wnętrza różnił się odrobinę od pozostałych domów. Było tu stare radio, ładnie wykonane, drewniane meble oraz wielka półka z książkami. Na stole stała butelka ginu. Ludzie schodzili się powoli. W niecałe piętnaście minut w salonie Adama pojawiło się osiem osób. Wszyscy usiedli i czekali. W końcu, zebrawszy myśli, przemówiłem :
— Jak wiecie spotykamy się tutaj z powodu tego co zaszło dzisiejszego ranka – rozpocząłem, patrząc uważnie na resztę – Zanim przejdziemy do głównego celu naszego zebrania chciałbym przedstawić wam wiadomość, którą znalazłem w rękach Eryka, kiedy został okaleczony pod mostem – Co prawda wcale nie znalazłem jej w jego rękach, ale ten fakt pominął. Przeczytałem im całą wiadomość. Jedni wyglądali na przerażonych, inni wymienili tylko spojrzenia. Zastanawiałem się jak przyjmą tą wiadomość – Wracając jednak do sedna sprawy, Dalion został oskarżony o zamordowanie Eryka. Jako, że nie jesteśmy zwierzętami, chciałbym, żeby każdy z was powiedział co myśli o tej sprawie, wtedy zadecydujemy co dalej.
                Pierwszy zaczął Sołtys :
— Powiem szczerze, nie spodziewałem się tego typu zachowania po którymkolwiek z was. Odkąd przybyliście do tego obozu, wszyscy wydawaliście się ludźmi, którym mogę zaufać bezgranicznie. Ludźmi mądrymi, roztropnymi i silnymi. Widać myliłem się, przynajmniej, co do niektórych z was. Po tym jak zapoznałeś nas z treścią wiadomości, nie czuję się już bezpiecznie w granicach tego obozu. Skąd możemy wiedzieć, że nie ma tu kolejnych osób, gotowych zabić nas podczas snu lub choroby? Jeżeli miałbym decydować o losie tego chłopaka to zostawiłbym go w tej piwnicy. Nie ma prawa poruszać się między nami, a może mieć jakieś informacje, które mogą być nam przydatne.
                Wiedziałem, że starzec mówi mądrze. Byłem jednak ciekaw pozycji innych osób w tej sprawie. Kolejny odezwał się Cinek :
Sorry, ale nie kupuję historii w której ten mały debil nam cokolwiek mówi. Już od samego początku zachowywał się dziwnie, w końcu znaleźliście go w lesie prawda? Kto wie, czy nie współpracuje  z Alexem albo, tym całym, Łapą. Ja bym go wypuścił na ulicę bez nóg. Niech czołga się do swoich przyjaciół. Zabić skurwiela. – ostatnie słowa widocznie przelały czarę goryczy, gdyż Miczi natychmiastowo wystartowała w stronę Marcina, próbując go obalić. Całe szczęście w pokoju siedział Gigant, który natychmiast ich rozdzielił. Miczi, z grymasem na twarzy, usiadła ciężko na krześle i czekała na swoją kolej. Wykorzystując to, odezwał się Karol :
— Jestem w waszej grupie od niedawna i przyznam, że nie poznałem Daliona, przed jego, nazwijmy to, przemianą. Nie wiem jakim typem człowieka był, ale widząc z jakim poświęceniem po tym wszystkim go bronisz, jestem pewien, że był dobrą osobą – mówiąc to zwrócił się głównie do Miczi –Decydujemy tu nad jego życiem, jakby był jakimś psem, którego właściciele decydując, czy go uśpić, czy nie. Nie podoba mi się to. Przyszło nam żyć w ciężkich czasach. Świat upadł, ludzie którzy przeżyli są cenni. Nie ma już kogoś, kto nas osądzi i posadzi za kratki. Teraz jesteśmy tylko my i każda para rąk i oczu może zwiększyć naszą szansę na przetrwanie. Od prawie miesiąca nad Polską wisi plaga. Śmierć i spustoszenie. Spójrzcie na nasz obóz. Jest idealny do obrony przed niewielkimi atakami, ale co się stanie jeżeli horda będąca w takim Białymstoku czy chociażby Supraślu przyjdzie tutaj? Setki chodzących trupów? Wtedy każdy przyda się do obrony! Jeżeli chcecie znać moje zdanie, to proszę bardzo. Ja bym go oszczędził. Moglibyśmy go angażować w obronę obozu bez broni palnej, jeżeli jesteśmy podejrzliwi. Noce spędzałby w piwnicy. Wszyscy powinni wtedy czuć się bezpiecznie.
                Po przemowie Giganta poczułem dreszcz. Mówił bardzo mądrze i dalej nie mogłem uwierzyć w to, ile by się zmieniło gdybym nie wpuścił go wtedy do młyna, bądź też zabił. Następny w kolejce do werdyktu był Szpieg :
— Jestem konkretnym człowiekiem, więc przejdę do sedna sprawy szybko. Mimo tego, że szanuję Giganta i jego zdanie, nie mogę żyć w jednym obozie z tak realnym zagrożeniem. Jestem za tym, żeby go zabić.
                Obserwowałem ciągle reakcje Miczi i pomimo powagi sytuacji, zabawne były jej zmiany w mimice twarzy. Raz uśmiechała się smutno, a już chwilę później była zła. Po dwóch głosach skazujących i dwóch uniewinniających, przyszła pora na słowa Natalii :
— Nie chcę mówić tego z jakąś złością, bo wiem, że gdyby nie poświęcenie Daliona ten obóz dalej byłby w rękach Alexa, ale ja również nie potrafię już mu zaufać. Co jeśli kolejnym jego celem stanie się ktoś z nas? Co jeżeli pewnego ranka, obudzimy się i znajdziemy kogoś z poderżniętym gardłem? Boję się. Naprawdę się boję. Chciałabym, żeby on zginął. Eryk był moim dobrym przyjacielem, żądam zemsty i sprawiedliwości. – powiedziała. Nim zdążyłem znowu zaobserwować zmiany na twarzy Miczi, drzwi do domu się otworzyły. Parę osób odruchowo sięgnęło po broń. Była to jednak tylko Jola. Dopiero teraz zauważyłem, że nie było jej od początku. Teraz do mnie dotarło, że musiała się zająć ciałem Eryka. Kobieta usiadła na jednym z wolnych krzeseł. Wytłumaczyłem jej pokrótce, na czym polega głosowanie i o co się rozchodzi. Od razu doszła do głosu :
— Powiem wam szczerze to, o czym wie tylko jedna osoba w tym pokoju, Ernest. Eryk nie przeżyłby paru dni. W nogi prawie natychmiast wdało się silne zakażenie. Musiałabym chyba wyciąć mu wszystko poniżej brzucha, żeby nie rozprzestrzeniało się dalej a w tym stanie nie przeżyłby tego. Chciałam oczywiście, żeby miał czas na ostatnie słowa ze swoimi przyjaciółmi oraz bratem, ale z rana zobaczyłem, że ktoś wyświadczył mu tą przysługę i go zabił. Wiem, że może brzmieć to dosyć brutalnie, ale taka jest prawda. Nie było już żadnej nadziei. Nie zmienia to jednak faktu, że to co zrobił jest straszne. Nie skazywałabym go jednak na śmierć. Może żyć przy nas, tylko odizolowany w piwnicy.
                Kiedy skończyła wiedziałem, że zostały tylko trzy głosy. Zacząłem zdawać sobie powoli sprawę z tego, że zaraz mogę być poddany naprawdę ciężkiemu wyborowi. Na razie jednak słuchałem słów Miczi :
— Jesteście potworni! Sami słyszeliście co powiedziała pielęgniarka! On by i tak zginął. Dalion wyświadczył nam przysługę. Pomyślcie jak Eryk musiał cierpieć. To jego wina, że poszedł tam sam. Gdyby tylko zgłosił to w odpowiednim momencie, prawdopodobnie wciąż by żył – Do czego dążysz Miczi, pomyślałem – Nie uważacie, że jesteśmy w większości dorosłymi ludźmi i nie powinniśmy wybijać się pomiędzy sobą? Zostawcie go przy życiu. Będę osobiście pilnowała tego, żeby nie zrobił nic głupiego. Może nawet siedzieć w tej piwnicy, byle nie dopuścić do aktu tego bestialstwa. Jestem za oszczędzeniem go.
                Było mi żal. Straszliwe żal sytuacji, w której znalazła się moja przyjaciółka. Musiałem jednak myśleć trzeźwo. Niektórzy uważali mnie za dowódcę obozu i nawet jeżeli się nim nie czułem, musiałem wybrać dobrze. Tak, żeby cała drużyna była bezpieczna, w jak największym stopniu. Głos zabrał Kiciuś :
— Wiecie dobrze jaki będzie mój głos. Kiedy wczoraj dowiedziałem się o stanie mojego brata, wiedziałem, że ktoś będzie musiał to zrobić, żeby chłopak się nie męczył. Lecz nie w taki sposób, do cholery! Dalion zachował się jak cholerne zwierzę! Nie zasługuje na miejsce tutaj. Pozbawił mnie ostatnich chwil z rodziną. Nie wiem co się dzieję z resztą moich krewnych, prawdopodobnie są daleko stąd albo po prostu nie żyją. Odebrał mi coś co uważałem za cenne. Chcę jego śmierci.
                Cztery na cztery głosy. Pięknie kurwa, pięknie, pomyślałem. Teraz w zależności od tego co odpowiem będą zależały moje stosunki z niektórymi osobami. Słuchając tych wszystkich ludzi, z którymi przeżyłem już tyle, postawiłem sobie sprawę jasno. Wiedziałem, że jestem im coś winny. Wszyscy patrzyli na mnie. Niektórzy z zaciekawieniem, inni z trwogą. W końcu przemówiłem :

— Gigant świetnie określił całą sytuację. Nie jesteśmy zwierzętami a każda para rąk może się przydać. Ostatnie tygodnie były takie dziwne. Cały świat posypał się mi na głowę, a zarazem osiągnąłem praktycznie wszystko to czego chciałem. Muszę jednak przyznać, że moja droga jest usłana trupami. Kamil, wasz przyjaciel, który chronił Natalię, ludzie Alexa w tym Goliat oraz Eryk. Wszyscy, których wymieniłem byli zabici, w mniejszym lub większym stopniu, przy moim udziale lub z mojej winy. Jestem za was odpowiedzialny i powinienem nie dopuszczać do tego typu sytuacji. Jesteśmy tu sami. Mamy tylko siebie i potrzebujemy każdego z nas. Niestety jednak, nie mogę dopuszczać do tego, żebyśmy mieli w obozie osoby, które zagrażają tym którym kocham.. – zobaczyłem grymas na twarzy Miczi – Jestem za zabiciem Daliona.