poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 8: Staruszek

Rozdział 8, trzeci z perspektywy Natalii. W tym rozdziale dowiecie się kim jest tajemniczy mieszkaniec domu, w którym zatrzymać się chcieli Natalii z ekipą i poznacie jego wielki sekret. Rozdział moim zdaniem od początku na to wskazuje, ale końcówka już stuprocentowo upewni was, kim on jest. Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, po przeczytaniu :)

------------------------------------------------------

Rozdział 8 (Natalia): Staruszek


                Gigant był bardzo osłabiony po walce, a jedynym miejscem gdzie mogliśmy odpocząć był ten dom. Najstarszy zapukał. Chociaż w środku się paliło i było słychać muzykę to nikt nie otwierał nam drzwi. Czy się bał? A może już nie żyje? Obie opcje sprawiały, że ciarki przechodziły mi po plecach. Musieliśmy jednak spróbować. Podeszłam i powoli pociągnęłam za klamkę. O dziwo drzwi były otwarte. Zawiasy jęknęły przeraźliwie. Weszliśmy do ciemnego korytarza i mierząc broniami po kątach stawialiśmy ostrożnie krok za krokiem. Jeżeli ktoś tu był na pewno wiedział, że jesteśmy w środku. Teraz usłyszałam dokładnie muzykę, która przypominała taką ze starych filmów. Budowała ona dziwaczny klimat, który w normalnych okolicznościach mógłby być czymś magicznym, ale teraz sprawiał, że bałam się jak cholera. Gdy tylko przekroczyliśmy próg domu to poczułam coś dziwnego. Nieprzyjemny zapach jakiegoś mięsa lub innego cholerstwa. Nie wróżyły to niczego dobrego. W korytarzu było cholernie ciemno i jedyne co dało się zauważyć to pojedyncze promienie światła wychodzące z szpary w drzwiach po prawej. Stamtąd też słychać było muzykę.
                Zagłębialiśmy się coraz dalej. Podłoga skrzypiała nam pod nogami i słychać było wiatr uderzający falami w ściany domu. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk, jakby coś upadło na podłogę. Młoda pisnęła ze strachu. Dźwięk dochodził z kolejnych drzwi na prawo. Nie widząc sensu w dalszym skradaniu się wskazałam pierwsze drzwi po prawej i nacisnęłam na klamkę. Przed moimi oczami ukazało się pomieszczenie, w którym na drewnianym stole stała lampa. Na podłodze była plama czegoś czerwonego i drzwi do pomieszczenia obok. Za oknem widać było dokładnie całe podwórze, którym weszliśmy. Oprócz tego stał tu gramofon. Zawsze kręciły mnie tego typu stare gadżety, a ten wyglądał jakby widział już niejedno, chociaż trzeba było przyznać, że był zadbany.  Dodatkowo stał tutaj jeden fotel wyblakłego, zielonego koloru. Gigant wykorzystując to, że ma gdzie usiąść opadł ciężko na siedzenie i rozmasował nogę. Dalej czuł się kiepsko i jego swoboda ruchów była bardzo ograniczona.
                Nagle drzwi obok się otworzyły. Wszyscy wymierzyliśmy pistoletami w tamtą stronę. Moim oczom ukazał się starszy pan w wieku około sześćdziesięciu lat. Przez chwilę miałam nadzieję, że to Sołtys, ale już po chwili zauważyłam, że ten mężczyzna wygląda zupełnie inaczej. Ubrany w coś wyglądające jak szmaty, niski staruszek ani trochę nie przypominał Sołtysa. Był chudy jak deska, nosił zabrudzone okulary, a twarz miał gładką jak kamień. W jego rękach znajdowały się nożyce. Zza okularów spoglądały na nas małe oczka, a gdy się uśmiechnął zobaczyłam garnitur zżółkłych zębów. Był przygarbiony, a na nogach nosił gumowce. Miał siwe, zaczesane do tyłu włosy, które błyszczały od tłuszczu w blasku lampy. Spojrzał na nas po czym odezwał się:
– Co ma oznaczać te najście? – jego głos był wyraźnie przepity, czuć było od niego alkohol.
Nie było potrzeby go zabijać. W końcu co mógł nam zrobić jakiś staruszek?
– Szukamy schronienia, nasz przyjaciel ma chorą nogę.  Zobaczyliśmy światło dochodzące stąd i postanowiliśmy, że sprawdzimy czy ktoś tu żyje…— wytłumaczyłam.
– Jak widać żyje – powiedział podchodząc – i mam się dobrze. Jakub jestem – stwierdził podając mi swoją uschniętą rękę. Uścisnęłam ją, w końcu był gospodarzem i należał mu się jakiś szacunek. Przywitał się z całą resztą i w końcu spojrzał na Giganta.
– Tak się składa, że znam się trochę na ranach. Byłem se swego czasu lekarzem polowym, mogę mu pomóc. Was też ugoszczę jeno musicie parę zasad poznać, zanim tutaj zostaniecie – rzekł drapiąc się po podbródku.
Oczekiwaliśmy w milczeniu, aż odłoży nożyce na półkę i odwróci się w naszą stronę. Nie wiedziałam co o nim myśleć. Wydawał się trochę dzikim, starym człowiekiem ze wsi. Nie wyglądał na kogoś normalnego, ale nie wydawał się też groźny.
                W końcu zaczął mówić.
To będzie tak: Po pierwsze żadnych broni na terenie mojego domu. Macie wszystko zostawić w holu i jeżeli zobaczę, że coś zabraliście natychmiast stąd wypieprzacie, po drugie drzwi, z których wyszedłem – wskazał je palcem – tam macie zakaz wstępu. Po trzecie i ostatnie, nie możecie otwierać lodówki. Ja będę dawkował porcje jedzenia i jeżeli zobaczę, że ktoś z was jest zwykłym złodziejem to nawet nie pozwolę wam stąd odejść. Po prostu was zabije.
Ostatnie słowa zrobiły na mnie wrażenie. Poczułam zwykły strach przed starcem. Przytakując zaczęliśmy się powoli wypakowywać. Byliśmy głodni, bo zapasy jedzenia mieliśmy na wyczerpaniu, więc z niecierpliwością czekaliśmy na to, aż gospodarz przeniesie nam coś do jedzenia. Dostaliśmy dwa pokoje po drugiej stronie korytarzu. Ja dzieliłam swój z Młodą i Gigantem, a w drugim zamieszkali ludzie Łapy. Pokoje były skromne, ale Jakub miał spory zapas kocy i mogliśmy sobie zrobić ciepłe posłania. Kolacja jaką nam przygotował była skromna. Trochę chleba własnej roboty, cienkie wino oraz fasola. Nie narzekaliśmy jednak. Zjadłam i napiłam się i wtedy zmęczenie uderzyło w nas pełną siłą. Ledwo doszłam do pokoju i zaczęłam przygotowywać sobie posłanie. Po ułożeniu prowizorycznych łóżek zasnęliśmy prawie natychmiast. Ostatnie moje myśli krążyły wokół Bobra oraz dziwnej czerwonej plamy w salonie. Nie miałam jednak siły myśleć dalej i zasnęłam.
                Gdy się obudziłam było jasno. Giganta nie było, a Młoda leżała z otwartymi oczami i patrzyła w sufit. Przywitałam się z nią.
– Dzień dobry mała.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
– Dzień dobry – w jej głosie usłyszałam nutkę niepewności. Wiedziałam, że boi się ona gospodarza i całego tego miejsca. Dziwna atmosfera w domu udzieliła się i mi. Wydawało mi się, że nic nie ma już sensu.
– Wiesz gdzie jest Gigant? – zapytałam.
– Poszedł na śniadanie i rozmowę z tym staruszkiem. Mają omówić, kiedy dokładnie go będzie leczyć.
– Może pójdziemy do nich? Co ty na to? Nie wiem jak ty, ale jestem głodna.
Młoda zgodziła się. Wydaje mi się, że po prostu bała się sama poruszać po domu. Lubiłam ją, więc nie widziałam problemu w tym, żeby się nią opiekować. Ubrałyśmy się i wyszłyśmy z naszego pokoju idąc do kuchni, która była na końcu korytarza, naprzeciwko drzwi wejściowych.
                 Przy stole siedzieli już Najstarszy, Najmłodszy, Przystojny, Gigant oraz Jakub. Jedli zupę pomidorową, którą zagryzali kawałkami sera. Oprócz stołu i kuchenki gazowej w pomieszczeniu była jeszcze tylko lodówka. Oczywiście stosując się do zasad nie podchodziliśmy do niej, ale nie wiedziałam o co tyle krzyku. W końcu gospodarz odgrażał się nam, że jest w stanie nas zabić jeżeli ją otworzymy. A co jeśli ukrywa tam coś? Ciekawość zaczęła we mnie stopniowo narastać. Postanowiłam, że dzisiejszej nocy zakradnę się tutaj i zobaczę co starzec przed nami ukrywa.
                Teraz jednak zajęłam się jedzeniem. Zupa była ciepła, ale trochę za tłusta, a ser przypominał twardością kamień, ale nie narzekaliśmy. Dało się tym najeść. Podczas jedzenia dyskutowaliśmy.
– Mogę cię poskładać dzisiaj wieczorem – stwierdził Jakub – Przyszykuje wszystkie przyrządy, zobaczymy czy nie masz jakichś odłamków w nodze i ostatecznie obmyjemy ranę. Nie boli cię, co?
– Nie… Raczej nie. Po prostu przeszkadza mi to w poruszaniu się i piecze gdy zaczynam się szybciej ruszać.
– Tym lepiej dla ciebie. Będzie mniej boleć – skwitował wstając od stołu – Mam nadzieję, że jak poskładam mu tą nogę to po paru dniach znikniecie?
– Oczywiście – powiedziałam.
– Dobrze. Pamiętajcie o zasadach, jak będę potrzebny to wołajcie po imieniu – mówiąc to zniknął w cieniu korytarza. Przeszły mnie ciarki. Porozmawiałam jeszcze chwilę z ludźmi Łapy po czym poszłam do naszego pokoju. Musiałam odpocząć jak najbardziej to było możliwe. Położyłam się na posłaniu patrząc jak Młoda pisze coś na znalezionej w komodzie kartce. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
                Obudził mnie krzyk. Zerwałam się jak szalona odruchowo sięgając po pistolet. Po chwili dopiero zdałam sobie sprawę, że został on w przedpokoju. Zerwałam się, żeby zlokalizować źródło hałasu i ze zgrozą doszłam do wniosku, że krzyk słychać z podwórza. Nie były to jednak odgłosy agonii. Przypominały raczej szał. W korytarzu wpadłam na Najstarszego i Młoda, którzy stali na progu domu. Drzwi były otwarte. Spałam dosyć długo bo słońce było już na horyzoncie. Co prawda dzień trwa krótko w zimę, ale i tak musiałam odlecieć na co najmniej parę godzin. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam scenę, która przyprawiła mnie o ciarki. Przy szopie, którą widzieliśmy na prawo stał nasz gospodarz. Trzymał w ręce nożyce i był otoczony przez zombie. Widział nas i gdy zauważył, że sięgam po broń wrzasnął.
–Nie dotykaj tego głupia dziewczyno, jeżeli zależy ci na tym aby tu zostać!
                Musiałam mu pomóc, przecież zaraz dopadną go zombie. Już miałam rękę na pistolecie, kiedy usłyszałam potworny dźwięk. Już po nim, pomyślałam. Nic bardziej mylnego. Staruszek nagle przestał być ospały. Jego ruchy stały się szybsze. Złapał nożycami szyję pierwszego z trupów i pewnym ruchem oddzielił głowę od ciała. Nim pierwszy zdążył osunąć się na ziemię ten był już przy dwóch kolejnych. Jego cięcia były szybkie i precyzyjne. Zombie powoli tracił kolejne części ciała, aż osypał się w fragmentach niczym piekielna układanka. Następny został otwarty i wyleciały z niego wszystkie wnętrzności. Ostatnie dwa zostały zabite prostymi uderzeniami rozwalającymi mózg. Szczęka opadła mi nisko widząc to widowisko. Jakub oddychał ciężko po czym kopiąc gumowcem jedno z ciał spojrzał na nas.
– Mówiłem, że dam sobie radę. Te skurwysyny mnie żywcem nie wezmą!
                Zgarniając truchła na stos wrócił do domu. Bez słowa poszedł do łazienki, gdzie umył narzędzie i schował je z powrotem za pas. Nie powiedział potem już ani słowa. Zastanawiałam się gdzie jest reszta, ale domyślałam się, że siedzą w pokoju obok, więc nie chcąc im przeszkadzać wróciłyśmy z Młodą do siebie. Moje myśli pochłaniał nasz gospodarz. Nie wiedziałam o nim za dużo, ale wydawał się coraz bardziej niebezpiecznym człowiekiem. Miałam nadzieję, że po uleczeniu nogi Karola będziemy mogli się stąd szybko wynieść. Teraz dopiero pomyślałam o tym, żeby sprawdzić czy nasz samochód dalej stoi na ulicy. Przy okazji wpadłam na jeszcze jeden pomysł i zwróciłam się z nim do Młodej.
– Młoda mam do ciebie prośbę. Będziesz miała pewne zadanie, myślisz, że dasz sobie rade? – zaczęłam uderzając w ambicje dziewczyny.
– Co miałabym niby zrobić? – zapytała.
– Jak widzisz nasz gospodarz to trochę dziwny człowiek, co ty na to, żebyś zakradła się do lodówki jak wszyscy będą zajęci czym innym? — spytałam prosto z mostu.
– Dlaczego ja… ja boję się tego człowieka Natalio…— powiedziała cieniutkim głosikiem.
– Jesteś najmniejsza i nie będziesz rzucała się w oczy. Jestem bardzo ciekawa tego co tam jest. Sprawdziłabyś szybko i przybiegła do mnie. Najlepiej wtedy jak Gigant będzie w tym tajemniczym pokoju z Jakubem, ok? – wytłumaczyłam.
                Zgodziła się. Opuściłam pokój i ma korytarzu spotkałam przystojnego. Po odrobinie snu i odpoczynku wyglądał naprawdę przystojnie. Zabolało mnie wspomnienie Bobra, ale po chwili wyrzuciłam tą myśl z głowy. Nie mogę o nim myśleć jako o kimś, kto nie żyje. On na pewno przeżył, pomyślałam.
– Hej, gdzie idziesz Natalio? – zapytał podchodząc do mnie.
– Chcę zobaczyć czy nikt nam nie ukradł auta. W końcu planujemy stąd niedługo odjechać – powiedziałam ubierając się cieplej.
– Mogę przejść się z tobą? W sumie to niezbyt bezpieczne żebyś szła tam sama – powiedział nieśmiało. Widziałam jak na mnie patrzył. Widocznie spodobałam mu się, ale nie byłam nim zainteresowana.
– Jasne – odpowiedziałam uśmiechając się.
                Wyszliśmy we dwójkę na podwórze. Było całkiem ciepło, widać było, że za góra dwa tygodnie śnieg zacznie topnieć i już za miesiąc będziemy mogli poruszać dobrym tempem. Co prawda ciężko było wychodzić aż tak bardzo w przyszłość, bo nie wiadomo czy nie zginiemy za chwilę w drodze do auta, ale warto było mieć jakiś plan. Szliśmy w ciszy. Żałowałam, że nie możemy wziąć broni, w końcu zombie zaatakowały już dzisiaj naszego gospodarza, więc bardzo możliwe, że zaatakują i nas. Po przejściu paru metrów odetchnęłam bo zauważyłam nasz pojazd już z daleka. Chcąc chwilę pokorzystać z dobrej jak na ostatnie dni pogody usiadłam na masce i poklepałam zachęcająco miejsce obok mnie, dając znak, żeby Przystojny usiadł. Wskoczył szybko i zaczęliśmy rozmowę o niczym. Gadaliśmy przez dobre parę minut o przyszłych planach, zombie i całym świecie, kiedy zapytał o coś, co gnębiło i mnie.
– Co myślisz o tym staruchu? – zapytał.
– Wydaję mi się bardzo podejrzany. Niby ma tyle lat, a jednak żyje tutaj, ma się dobrze i starcza mu zapasów. Rozumiem, że to wieś i pewnie sporo tego znalazł w okolicznych spiżarniach, ale sam fakt jak on walczy… Żałuj, że nie widziałeś tego co niedawno zrobił z bandą trupów przed domem. Operuje tymi nożycami jak jakiś cholerny rzeźnik! – stwierdziłam.
– Myślisz, że może być niebezpieczny? Te wszystkie jego zasady… Co prawda do broni mamy blisko, ale myślisz, że mógłby w ogóle coś takiego zrobić? – kontynuował temat.
– Moim zdaniem po prostu musimy na niego uważać. Niech zszyje nogę Giganta, oczyści ranę i maksymalnie za dwa dni powinno nas nie być. Takie jest moje zdanie.
                Na tym skończyliśmy rozmowę. Wstałam i pocierając ręce o siebie i zachęciłam chłopaka, żeby ruszył za mną do domu. Krzyże z ciałami wisiały nad nami nadając ponurego klimatu i psując otoczenie. Po chwili wróciliśmy i znów uderzył w nas ten dziwny zapach. Zastanawiałam się co może, aż tak śmierdzieć. Teraz zdałam sobie sprawę, że znowu gra muzyka. Jakiś stary kawałek. Na wejściu podczas rozbierania się podszedł do nas Najmłodszy.
– Gdzie byliście? – zapytał.
– Sprawdzaliśmy czy auto jest dalej na swoim miejscu – powiedział Przystojny – Jak sytuacja w domu?
– Właściwie – wtrąciłam się mu zanim odpowiedział—  musicie o czymś wiedzieć.
Spojrzeli na mnie z zaciekawieniem.
– Pamiętacie zakazy naszego gospodarza. Złamiemy jeden z nich…— powiedziałam – Ten człowiek coś ukrywa. Młoda sprawdzi co jest w lodówce jak Gigant będzie zszywany przez Jakuba.
– Nie wiem czy to dobry…— zaczął Przystojny.
– Ale Jakub zszywa go właśnie teraz – powiedział Najmłodszy.
– To zaraz dowiemy się czegoś ciekawego – powiedziałam uśmiechając się i zmierzając w kierunku pokoju gdzie powinna być Młoda. Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się. Nie widziałam jej.
                Krzyk przeszył cały dom. Dochodził z kuchni i należał do siostry Łapy. Nie patrząc nawet na chwilę za siebie puściłam się biegiem w stronę kuchni. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Młodą siedząca i płaczącą w kącie. Jedyne światło w pomieszczeniu pochodziło z lodówki. Najstarszy wbiegł razem z dwoma swoimi kompanami. Jeden z nich podbiegł do dziewczynki, żeby sprawdzić czy nic jej się nie stało. Pozostała dwójka szła przy mnie. Poczułam natężenie tego okropnego smrodu i z coraz to większymi obawami podchodziłam do lodówki. Najstarszy wyszedł przed szereg i podszedł powoli otwierając drzwi. Odsunął się natychmiast po zobaczeniu zawartości i zwymiotował na podłogę. Teraz też to widziałam. Lodówka była pełna mięsa. Ludzkiego mięsa. Widziałam głowy, nogi, ręce i korpusy poupychane do środka. Wszystko było przyrządzone i gotowe do jedzenia. Nagle do mnie dotarło. Ten człowiek jest kanibalem! Dlatego dawał sobie radę z jedzeniem. Nie musiał go szukać, samo do niego przychodziło. Nagle zdałam sobie sprawę z jeszcze gorszego faktu. Nie czekając na resztę pobiegłam po broń. Najmłodszy i Przystojny ruszyli za mną.
                Czułam tak ogromne obrzydzenie, że z trudem powstrzymywałam wymioty. Były teraz jednak ważniejsze sprawy. Musieliśmy pomóc Karolowi, zanim stanie się kolejną ofiarą Jakuba. Złapałam swój pistolet i rzuciłam się na drzwi do salonu. Były zamknięte. Siłowałam się z nimi chwilę, aż podszedł Przystojny i zaczął na nie nacierać barkiem. Po trzech razach wypadły z zawiasów i otworzyły nam przejście do salonu. Muzyka grała naprawdę głośno, ale nie słychać było niczego z tajemniczego pokoju. Złamaliśmy dwa z zakazów i mierząc w zamek od drzwi, które wyglądały naprawdę solidnie, złamaliśmy trzeci. Do pokoju pierwszy wbiegł Najmłodszy. Rozejrzałam się szybko. Stało tutaj mnóstwo świec. Na stole widziałam przywiązanego Giganta. Widać było, że jego noga jest jeszcze bardziej pocięta, ale żył. Miał zakneblowane usta, ale otwarte oczy. Żył. Odetchnęłam z ulga. Najwidoczniej Jakub zwiał. Karol wierzgał się jednak i miotał. Myślałam, że z bólu. Pomyliłam się jednak.
                Najmłodszy, który mierzył bronią do przodu nagle stracił rękę. Z ciemnego kąta po prawej wyskoczył kanibal. Machnął jeszcze parę razy i po chwili zobaczyłam jak Najmłodszy upada i w kałuży krwi osuwa się na podłogę. Krzyknęłam i próbowałam wycelować, ale nigdy nie widziałam tak dzikiego człowieka. Bałam się jak cholera. Przystojny popchnął starca i wycelował w niego. Trafił w ramię nagle jednak chrząknął. Ze zgrozą zauważyłam jak upada na kolana z nożycami wbitymi w brzuch. Nie czekając, aż zabije i mnie strzeliłam parokrotnie. Starzec dostał dwa razy w drugie ramię oraz ucho. Krzyknął z bólu po czym wstał i rzucił się biegiem w lewo. Nie wiedziałam co chcę tym osiągnąć. Pomieszczenie było kwadratowe, a ja będą w przedpokoju musiałam podbiec do przodu przez ciała dwóch moich kompanów, żeby strzelić ponownie. Wtedy zobaczyłam otwartą klapę w podłodze. Upadając na kolana bez sił przeklęłam swoją głupotę. Uciekł mi. Do pomieszczenia wszedł nagle Najstarszy. Widząc dwóch przyjaciół leżących w kałuży krwi wrzasnął. Nie miałam siły. Położyłam się na podłodze nie zwracając uwagi w czyjej krwi leżę. Po prostu patrzyłam w sufit. Widziałam jak Najstarszy uwalnia Giganta i po chwili podbiega do mnie.
– Wstawaj! Musimy go złapać. Ten skurwiel zapłaci nam za to co zrobił! – krzyczał.
– To nic nie da… zapewne jest już daleko…— powiedziała podnosząc się powoli.
– Musimy go złapać KURWA! Rozumiesz?
                Spojrzałam na Giganta. Wyglądał fatalnie. Był cały spocony i blady. Nie dał rady sam wstać.
– Pomóż mu proszę… Zabierz nas stąd…— szeptałam jakby do siebie.
– Ale…! Do chuja przecież on chciał nas zabić…
– Trafiłam go dwa razy, a Przystojny wcześniej raz. Skurwiel się wykrwawi… Tak samo jak my jak stąd nie uciekniemy. Musimy…—  nie dokończyłam. Usłyszałam tylko trzask tłuczonego szkła. Odwróciłam się i zobaczyłam jak do pomieszczenia wpada butelka. Prowizoryczny koktajl mołotowa. Trafił w sam środek odcinając nas od wyjścia.
– RATUJ GO DO CHOLERY! – wrzasnęłam w stronę Najstarszego. Tym razem nie sprzeciwiał się. Przebiegł obok ognia ogarniającego pomieszczenie i pomógł wstać Gigantowi. Ja w tym czasie ogarnęłam się i podniosłam pistolet z kałuży krwi. Pistolet Najmłodszego. Wstając zobaczyłam jak kolejna butelka ląduje w pomieszczeniu. Najstarszy dając z siebie wszystko przebiegł przez płomień z Gigantem wspartym o siebie.  Płomień liznął go po nogach, ale udało mu się wyjść z pomieszczenia. Pobiegłam pierwsza i szybko wzięłam Młodą, która dalej płakała w kuchni.  Słyszałam jak kolejny mołotow rozbija się gdzieś w domu. Dziwiło mnie to, że Starzec rezygnuje z całych swoich zapasów, ale najwidoczniej chciał nas po prostu wyeliminować. Może to tylko część jego zapasów? Strach pomyśleć ile ludzi zabił.

                Ubrałam się szybko pomagając Młodej i wychodząc na zewnątrz. Wydawało się być czysto. Tym razem mam broń pod ręką. Wzięłam broń moją i Najstarszego, oraz miecz Giganta i wybiegłam. Niestety nie zdążyłam wytargać całego pancerza Karola, który został w holu. Byliśmy na zewnątrz. Gorzej, że ogień na tak płaskim terenie będzie widoczny z dużej odległości. Zobaczyłam, że w samochodzie siedzi już Najstarszy z Gigantem. Podbiegliśmy do nich i rzuciłam im przez okno auta miecz i nasze bronie po czym pomogłam Młodej wsiąść. Odwracając się ostatni raz za siebie zauważyłam jak dom kawałek po kawałku znika w ogniu. Przeżyłam.

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 7: Kontakt

Rozdział 7, trzeci z perspektywy Bobra. W tym rozdziale zobaczycie gdzie moja grupa pojechała po wydarzeniach przy helikopterze po zapasy. Tytuł rozdziału odnosi się zarówno do pewnej sytuacji w mieście jak i "czerwonych flar" :) Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 7 (Bobru): Kontakt


                Nadeszły naprawdę ciężkie dni. Zapasy prawie się nam skończyły i o ile radziliśmy sobie jeszcze z amunicją to podczas posiłków dostawaliśmy śmiesznie małe porcje. Dzisiejszego ranka zjedliśmy ostatnią puszkę jedzenia. Każda wioska, miasteczko czy pojedynczy domek, który znajdowaliśmy po incydencie przy helikopterze, były przeszukane. Byłem już całkiem mocno głodny gdy stanęliśmy na postoju przy drodze niedaleko Zambrowa. Nie zrezygnowałem z planu pojechania do Torunia, dalej to było naszym priorytetem. Jeżeli dopisze nam szczęście to właśnie tam znajdę ludzi, z którymi jeszcze dwa miesiące z kawałkiem temu grałem beztrosko przez Internet. Czy jest szansa, że ktoś tam będzie? Możliwe. Warto było spróbować. Odkąd upadł Królowy Most to właśnie tam miałem nadzieję szukać schronienia. Tak naprawdę miałem też cichą nadzieję, że Kiciuś jakimś cudem uciekł z Supraśla i też zmierza w tę stronę. Był twardym skurczybykiem i jeżeli jakimś cudem udało mu się uciec od hordy to z pewnością tam dotrze.
                Łowca siedział nad mapą i z ponurą miną studiował ją, jeżdżąc palcem po północno–wschodnim krańcu Polski. Mruczał coś pod nosem, w między czasie drapiąc się po świeżo ogolonym podbródku. Wody mieliśmy pod dostatkiem. Dzięki temu ostatnio na postoju również się ogoliłem i ostatecznie po przejrzeniu się w niedużym lusterku, które znalazłem gdzieś w rzeczach Łowcy, uznałem, że znowu wyglądam kompletnie inaczej. Mimo braku brody, która nadawała mi dzikości, teraz moje rysy twarzy były jeszcze chudsze niż zazwyczaj. Przypominałem trochę zombie. Dziewczyny też się odświeżyły. Krew napłynęła mi do twarzy, kiedy zobaczyłem jak Łapa zdejmuje swoje czarne wdzianko i przebiera się w świeże ubrania, oczywiście również czarne, które znalazła w jednym z domów jakiś czas temu. Włosy związała w klasyczny dla niej warkocz, dzięki czemu mogła zachować ich długość, a przy okazji nie stanowiły one zagrożenia dla niej samej.
                Cinek czuł się lepiej. Powoli przyzwyczajał się do posiadania jednej ręki. W sumie zastanawiałem się jak wielkim utrudnieniem musi być posługiwanie się tylko lewą dłonią. Ten świat jest już wystarczająco niebezpieczny, a teraz ktoś taki jak on, który bez problemu radził sobie mając do dyspozycje siłę swojej prawicy, musiał uczyć się wszystkiego od nowa. Widziałem, jak w wolnych chwilach stara się coś pisać na kartce, tworząc wyjątkowo krzywe bohomazy. Mimo tego wchodził w jakąś wprawę i wierzyłem, że jak nauczy się pisać tą ręką to da radę też używać jej do trzymania broni. Podczas ostatniego wieczora był dosyć mało skuteczny, ale dzięki niemu jakoś uratowaliśmy się z rąk bandytów.
                Nieznajoma starał się pomagać mi jak tylko mogła. Wiedziała, że jest mi ciężko, ale zauważyłem, że teraz zawsze była przy mnie i musiałem przyznać, że jest naprawdę wartościową osobą w tej grupie. Potrafiła ugotować dobre jedzenie, czyścić broń, leczyć rany, a co najważniejsze – strzelać. Zabawny był fakt, że dalej nie znałem jej imienia i wiedziałem o niej nie wiele wcześniej niż dwa miesiące temu. W sumie nie potrzebowałem tej wiedzy, ale wciąż było to dla mnie pewne zaskoczenie.
                Sołtys starał się ciągle służyć mi dobrą radą i pomagać w ciężkich chwilach. Jak na człowieka, który większość życia spędził na wsi, był niezwykle inteligenty. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach mimo podeszłego wieku, a sympatia i szacunek jakimi mnie darzył były swego rodzaju paliwem, napędzającym mnie do kolejnych działań. Staruszek był dla mnie jak dziadek. Cieszyłem się jak dziecko, jak zobaczyłem go w kościele po tym co stało się w Obozie. Początkowo myślałem, że to on będzie jednym z tych, którzy zginą pierwsi. Całe szczęście myliłem się. Kondycja i celne oko również mu dopisywała, co za tym idzie również był kimś, kogo warto mieć przy sobie.
                No i Łapa. Moja największa zguba. Chociaż była miedzy nami dziwna relacja to nie wiedziałem czy się tego bać czy cieszyć. Tworzyliśmy zgraną grupę, którą mógłbym nazwać rodziną. Czyszcząc swoją broń zacząłem temat, nad którym musieliśmy podyskutować.
– Słuchajcie – poczekałem, aż wszyscy zwrócą na mnie uwagę – Zostaliśmy postawieni w ciężkiej, naprawdę cholernie ciężkiej sytuacji. Niestety skończyły się nam zapasy, a przed nami całkiem spore miasto, które nie wróży niczego dobrego. Chciałbym już teraz, przed wjazdem, ustalić kilka rzeczy.
Wszyscy słuchali mnie w skupieniu. Darzyli mnie szacunkiem. Podobało mi się to i również pomagało funkcjonować. Rozkazywałem im, a oni tego słuchali i rzadko kiedy słyszałem jakiś sprzeciw. Było to sporym zaskoczeniem. W końcu byłem prawie najmłodszy z obecnych tu osób. Podejrzewałem, że Łapa i Nieznajoma są ode mnie odrobinę młodsze, ale nie byłem tego pewien.
– A więc tak – zacznijmy od ustalenia punktu zbioru. Wiecie gdyby coś znowu poszło nie tak. Ja preferowałbym ten lasek, który widać na północ stąd. Łatwo się będzie tam dostać z miasta, a drogi wyglądają tam na całkiem przejezdne, więc Potwór powinien sobie dać radę z dojazdem tam.
– Wiem o którym miejscu mówisz młody – zaczął Łowca– obserwowałem je jak tu przyjechaliśmy. Wygląda całkiem solidnie, ale czy to na pewno dobry pomysł, żeby uciekać takim otwartym terenem? Przed zombie jest to dobre zabezpieczenie, ale co jeżeli wpadniemy tam na innych ocalałych? Przejebane uciekać przez takie duże pole.
– Chyba, że zrobilibyśmy to zupełnie inaczej – wtrącił Sołtys.
– Na przykład jak? – zapytałem z zaciekawieniem.
– Jak dobrze wiesz poruszanie się w dużych grupach sprawia, że jesteśmy głośniejsi. Dodatkowo ja nie jestem już w kwiecie wieku, Marcin wciąż nie odzyskał pełni sił, a Łowca ma tylko jedno oko. Co powiesz na to, żebyśmy bezpiecznie was osłaniali, a wy tam pójdziecie w trójkę z Nieznajomą i Łapą? – zaproponował.
W jego słowach było sporo racji. Gdybyśmy tam poszli mniejszą grupą to narobilibyśmy mniej hałasu, poruszali się szybciej i mieli jakąś drogę ucieczki.
– To jest całkiem dobry pomysł – odpowiedziałem – Myślę, że możemy coś takiego zrobić. Poczekalibyście na nas na wzgórzu, nie zajęłoby to nam dużo czasu. Załóżmy, ze jakbyśmy nie wrócili do rana to byście poszli nas szukać, ok?
– Nie wiem czy powinnam iść – wtrąciła Nieznajoma – jestem strasznie wykończona, ostatnio cierpię na jakąś dziwną bezsenność i naprawdę padam z nóg. Będę dla was tylko kulą u nogi.
To mnie akurat trochę zdziwiło. Chociaż widziałem jak dużo pracy w nasz zespół wkłada, to wydawało mi się, że sypia normalnie. W sumie ciężko było to ocenić, bo zazwyczaj gdy przykładałem głowę do poduszki to prawie natychmiastowo zasypiałem. Tak czy siak szanowałem jej zdanie i jeżeli chciała odpocząć to byłem w stanie się na to zgodzić.
– Nie ma sprawy. Zostań z wszystkimi jeżeli nie dasz rady, rzeczywiście nie ma sensu ciągnąć cię tam na siłę.
Zobaczyłem ulgę na jej twarzy.
                Zaczęliśmy się powoli pakować. Mieliśmy oboje po pistoletach, do których mieliśmy po piętnaście naboi. W razie gdyby zrobiło się gorąco lub gdyby nas zaatakowali inni ocalali. Wzięliśmy dwa spore plecaki turystyczne oraz dwie latarki, w razie gdyby noc zastała nas na miejscu. Słońce wisiało już całkiem nisko na horyzoncie, maksymalnie za trzy godziny będzie już ciemno. Planowałem wrócić jeszcze dzisiaj, bo wszyscy nasi byli głodni, na czele ze mną, ale gdyby było zbyt niebezpiecznie to będziemy musieli przenocować w Zambrowie. Łapa wydawała się być zadowolona z faktu, że spędzimy trochę czasu sam na sam. Bałem się trochę tego co może zrobić. Na jej pięknej twarzy widać było entuzjazm. Uśmiechnąłem się pod nosem i powoli wyskoczyłem z ładowni na zmarznięty śnieg. Było dzisiaj stosunkowo ciepło, chociaż wciąż musieliśmy chodzić w kurtkach i grubych spodniach, żeby nie zachorować. Ograniczało to ruchy, ale dawało niezbędną ochronę przed zimnem.
                Pożegnaliśmy się z resztą patrząc jak odjeżdżają do lasu na północ, a sami zaczęliśmy iść wzdłuż drogi w stronę miasta. Szliśmy w milczeniu. W sumie nie miałem ochoty o niczym teraz rozmawiać, spoglądałem w dal i myślałem. Ostatnio sporo myślałem. Dzięki temu wydawało mi się, że dalej jestem człowiekiem chociaż już tak nie było. Teraz nie było ludzi, byli tylko ocalali. Liczyło się dla nich tylko przetrwanie z grupą ludzi, których lubili lub kochali. Zazwyczaj nie była to nawet rodzina. Moja rodzina zapewne już nie żyła. Kto wie, czy nie skończyli oni tak samo jak ludzie z helikoptera, który rozbił się u podnóży wzgórza. Czy teraz moją rodziną są osoby pokroju Łapy? Czemu akurat spotkałem Łapę, a nie Natalie? Wolałbym szukać czarnowłosej, była ona bardziej dzika i o wiele twardsza. Natalia zawsze była odważną, ale słaba dziewczyną. Nie potrafiła zrobić wielu rzeczy, ale bardzo mi się podobała. Teraz coraz mniej o niej myślałem, przez to, że nie wiedziałem czy w ogóle żyje. Coraz częściej w moich snach pojawiała się Łapa i czułem do niej coraz więcej, chociaż nie chciałem. Musiałem zacząć budować mur pomiędzy naszą relacją. Ona jest jedynie moją sojuszniczką. Tego muszę się trzymać.
                Zbliżyliśmy się do obrzeży miasteczka. Standardowo przywitał nas widok rozwalonych domków, bloków oraz opustoszałych budynków. Mimo to zaczęliśmy je powoli przeszukiwać. Nie mieliśmy oczywiście ani czasu, ani sił, żeby przeszukać wszystko, więc skupiliśmy się na sklepach, straganach, oraz magazynach. Ku naszej uciesze już w pierwszym budynku znaleźliśmy parę konserw rybnych i trochę makaronu. Pakowaliśmy wszystko, najwyżej później zrobimy mała selekcję, lepiej mieć więcej niż mniej. Wychodząc z pierwsze budynku usłyszeliśmy szmer. Zatrzymaliśmy się w drzwiach i wyjmując bronie do walki wręcz wyjrzeliśmy na ulicę. Człapały tam w naszą stronę dwa trupy. Były one wyjątkowo wolne, więc żeby nie spotkać ich później zabiliśmy je szybko. Ciała zrzuciliśmy do budynku, w którym byliśmy, żeby nie zostawiać po sobie zbyt wielu śladów. Co prawda krew zabarwiła śnieg, ale że ciągle delikatnie padało to liczyłem na to, że za parę minut ślady znikną.
                Zwiedziliśmy około dziesięć kolejnych budynków w milczeniu, kiedy nagle pomyślałem, że ją o coś zapytam.
Łapo?
– Tak? – spytała, nie odwracając się od szafki, która przeszukiwała.
– Dlaczego twój ojciec cię ścigał? – te pytanie nurtowało mnie już od jakiegoś czasu.
– Mówiłam, że nie chcę o tym mówić, po prostu był złym człowiekiem i ważne jest to, że umarł – odpowiedziała lekko zdenerwowana.
– Czy nie ma żadnej szansy, żebyś mi to opowiedziała? Wydawało mi się, że jesteśmy drużyną i powinni…— w tym momencie poczułem jak coś ciągnie mnie do tyłu. Z początku byłem pewien, że to jakiś cichy trup, podkradł się mi za plecy, ale kiedy się odwróciłem zobaczyłem zbliżając się do mnie Łapę. Trzymała mnie za twarz i zbliżała coraz bardziej. Zobaczyłem jak zamyka oczy po czym poczułem jej usta. Cholera – pomyślałem odwzajemniając pocałunek. Dawno nie czułem nic równie przyjemnego. Całowała namiętnie i z pasją, sprawiając, że natychmiastowo zapomniałem o wszystkim. Zrobiło mi się ciepło, ale nie przestawaliśmy. Poczułem jak wsuwa rękę pod moją kurtkę i delikatnie szczypie w brzuch. Ja trzymałem ją w talii. Dotykanie jej sprawiało mi przyjemność. Na pewno każdy, kiedyś miał to odczucie, kiedy lądował w rękach ukochanej osoby, to niesamowicie bajeczne ciepło.
                W końcu odsunęła się ode mnie powoli i uśmiechnęła.
– Później dobrze? – powiedziała odwracając się z powrotem do półki, którą przeszukiwała. Nie mówiłem już nic. Czułem jak krew napływa mi do twarzy. Musiałem być bardziej czerwony od krwi, która została na śniegu po zabiciu trupów na wejściu do miasta. Wyjrzałem za okno i widziałem, że słońce już prawie całkowicie zniknęło za horyzontem. Zambrów — pomyślałem – To tutaj ostatecznie mną zawładnęła. Ona wiedziała, że coś do niej czułem w głębi. Nie udało mi się postawić nawet małego płotu pomiędzy nami. To był dla mnie zupełnie nowy epizod. Gdy zaczęła schodzić po schodach z piętra tego budynku, podążyłem za nią. Mieliśmy całkiem sporo zapasów i trochę medykamentów, które znaleźliśmy w remizie strażackiej. Najwyższy czas by się zbierać.
                Wychodziliśmy na ulicę, kiedy znikąd zobaczyliśmy coś lecącego w naszym kierunku. Zepchnąłem Łapę za róg i razem przeleżeliśmy przez chwilę. Początkowo wydawało mi się, że to granat, ale teraz wychylając się zauważyłem, że to flara. Ktoś tu jest. Wyciągnąłem pistolet i czekając na rogu ulicy nasłuchiwałem. W końcu usłyszeliśmy kroki. Co najmniej dwie osoby. Ręką drżała mi z emocji, ale zbyt wiele przeżyłem, żeby specjalnie się ekscytować z tego powodu. Wyczekaliśmy jeszcze chwilę, kiedy zobaczyłem dwie osoby. Było to dwóch chłopaków. Jeden z nich to wysoki ciemny blondyn z parodniowym zarostem. Był ubrany podobnie do mnie, z tą różnicą, że miał na przodzie kurtki symbole „T.O.O”. Przez plecy miał przewieszoną strzelbę, a za pasem wisiała mu siekiera. Mięśnie widać było nawet przez materiał, więc na pewno można powiedzieć, że miał dobrą posturę.  W ręce trzymał kolejną flarę. Chłopak obok niego był znacznie niższy, ale również wyglądał na kogoś, kto jest całkiem sprawny fizycznie. Miał długie włosy, które opadały kaskadą na jego ramiona i plecy, oraz zabawną uszankę na głowie. Na jego kurtce, również było to samo logo. Co mogło oznaczać? Ten młodszy gadał coś do starszego, ale ciężko było cokolwiek usłyszeć. Brzmienie jego głosu wydawało się znajome, ale nie byłem pewien skąd je kojarzę i czy po prostu mi się nie wydaję. Na pewno był rozgadany.
                Widziałam, że Łapa zaczyna celować, ale powstrzymałem ją. Nie wiadomo ilu ich było i czego właściwie chcieli. Co prawda mieliśmy element zaskoczenia, ale to wciąż było za mało. Poczekaliśmy, aż pójdą dalej, po czym zaczęliśmy się wycofywać powoli na północ. Zastanawiałem się nad tymi dwoma, którzy są teraz w Zabudowie. Wydawali mi się dziwnie znajomi, chociaż na pewno nie był to nikt z Obozu w Królowym Moście. Co mógł oznaczać ten cholerny skrót? Może powinniśmy ich śledzić, albo spróbować zatrzymać? Na to jednak było już chyba za późno.  Musiałem pamiętać, aby wspomnieć o tym Sołtysowi, może on będzie coś wiedział na ten temat.
                Wspinaliśmy się po wzgórzu zbliżając coraz bardziej do miejsca, w którym mieli czekać na nas pozostali. W pewnym momencie złapała mnie za rękę. Nie puściłem. Nazwałbym cały ten wypad chwilą mojej słabości. Idąc coraz wyżej, odwróciłem się na chwilę, żeby spojrzeć przez ciemność na zarysy Zabudowa. Nawet stąd było widać czerwień flar. Ciekawe co to miało na celu. Spróbowałem dostrzec ruszający się czerwony punkt, ale wygląda na to, że ta dwójka zgasiła flary. Skupiając się na drodze ruszyliśmy dalej.
                Po dziesięciu minutach byliśmy już na miejscu. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłem, że Potwór stoi tam gdzie miał stać. Podeszliśmy powoli i zapukaliśmy w drzwi ładowni. Otworzył nam Sołtys, który dziękując Bogu wpuścił nas do środka. Nie wiem z czego ucieszyli się bardziej, z naszego powrotu czy z zapasów, które przynieśliśmy. Nieznajoma szybko zajęła się przyszykowaniem kolacji, a Cinek pochował wszystko co znaleźliśmy do kartonów. Co prawda nie było tego dużo, ale powinno nam starczyć na parę dni. Musieliśmy się pospieszyć. Jeżeli rzeczywiście moi znajomi są w Toruniu to nie będą tam długo czekać. W końcu nie mają pojęcia czy żyjemy, tak samo jak ja nie wiem czy oni żyją. To była jedna z najtrudniejszych rzeczy podczas apokalipsy. Gdyby sieci komórkowe działały to bez problemy dowiedziałbym się czy Natalia i reszta żyją. Może powinniśmy zostawiać znaki? Jakby ktoś z naszych podążał tą samą drogą i wpadł na nie to może byśmy się znaleźli? Wciąż nie do końca wierzyłem w to, że kompletnie nikt nie przeżył ataku na Obóz.
                Podzieliłem się swoimi myślami z Sołtysem.
– Adamie. Mam pewien pomysł i zastanawiam się czy to mogło by zadziałać…— zacząłem.
Starzec siedział teraz nad mapą, nad którą wcześniej ślęczył Łowca. Kiedy do niego podszedłem skierował na mnie wzrok.
– Mów śmiało – zachęcił mnie.
Przedstawiłem mu plan dotyczący pozostawiania znaków, a ten spodobał mu się. Opowiedziałem mu też o dwóch osobach, które spotkaliśmy w Zambrowie i krótko streściłem nasz wypad, oczywiście pomijając wątek mojego pocałunku. Miałem nadzieję, że to była chwila słabości, chociaż po cichu liczyłem, że to jeszcze się powtórzy.
                Chwilę później zasiedliśmy do skromnej kolacji, którą przyrządziła Nieznajoma. Jedliśmy rozmawiając o niczym i powoli szykując się do snu. Łapa patrzyła na mnie przez większość wieczora. Byłem ciekaw co sobie myśli o tym co się stało. Wiedziałem, że ona też darzyła mnie sympatią, ale czy traktowała ten pocałunek poważnie? W sumie był to przejaw jej braku szacunku, w końcu wiedziała, że Natalia jest dla mnie najważniejszą osobą. Tylko czy na pewno ona? To pytanie pojawiło się dosyć nagle i szczerze sam się zdziwiłem jak pojawiło się w mojej głowie. Chcąc przed snem przewietrzyć trochę umysł postanowiłem po zjedzeniu przejść się i przy okazji wysikać. Poinformowałem o tym wszystkich i już chciałem wyjść, kiedy dołączył do mnie Łowca.
– Jak ty pójdziesz za potrzebą to ja zobaczę czy nic nie zmieniło się w okolicy i czy nie ma tu zombie – powiedział otwierając drzwi ładowni i wyskakując.
                Gdy ja skierowałem swoje kroki kawałek w głąb lasu on wdrapał się po drabince na dach ze swoją snajperką i powoli zaczął przeszukiwać okolicę. Dopiero teraz po zjedzeniu i wygrzaniu się poczułem zmęczenie. Znalazłem dobre drzewo i rozpinając rozporek zacząłem sikać. Nagle usłyszałem coś. Szybko skończyłem zaspokajać potrzebę fizjologiczną i wyciągając pistolet zacząłem się rozglądać. Zobaczyłem, że Łowca spogląda w stronę miasta i pokazuje mi, żebym do niego podszedł. Strzały były dosyć odległe, ale jednak słyszalne. Wspiąłem się na dach Potwora i spojrzałem tam gdzie pokazywał.
                Zamarłem. Na zachodzie miasta coś się działo. Widać było odległe strzały, ale co najgorsze widać było też flary. Ruszające się flary. Z tą różnicą, że teraz było ich siedem.  Opowiedziałem reszcie o ludziach, których spotkaliśmy więc Łowcy nie zaskoczył fakt tego zjawiska. Nie wiedzieliśmy jednak, że tych ludzi jest aż tyle. Całe szczęście Potwór był schowany miedzy drzewami i z miasta raczej nie było szans go zauważyć. Zastanawiałem się co to za grupa ocalałych tam jest. Co prawda widziałem dwóch nieznajomych ludzi, ale czy to możliwe, że są też tam nasi przyjaciele. Niewykluczone.

                Nagle usłyszeliśmy huk. Był głośny i dochodził z środka miasta. Zobaczyliśmy całkiem sporą eksplozję. Nagle cztery flary zgasły. Ci ludzie właśnie zostali przez kogoś zabici i byli całkiem blisko nas.

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział 6: Pościg

Rozdział 6, drugi z perspektywy Miczi. Ponownie poczytacie o zdarzeniu na polanie z helikopterem z innej perspektywy. W sumie trzy ostatnie rozdziały miały na zadaniu zbudować scenę do kolejnych trzech, które będą zaczynały przełomowe dla tej części zjawiska. W końcu nie może ciągle się coś dziać, prawda ? :) Mam nadzieję, że ta perspektywa przypadnie wam do gustu. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 6 (Miczi): Pościg


                Mimo tego, że widzieliśmy miejsce upadku helikoptera z daleka, a słup dymu ciągle wydawał się być za kolejnym zakrętem, to nie mogliśmy znaleźć dogodnego wjazdu na fragment lasu gdzie to się stało. Wszyscy niecierpliwili się, ciekawi tego co znajdziemy przy wraku helikoptera i co najważniejsze, czy będzie tam ktoś niebezpieczny. Miejsce bez wątpienia było widoczne z dużej odległości.
                Zmrok powoli zapadał, a ja w ciszy obserwowałam moich towarzyszy. Nie pasowało mi towarzystwo niektórych z nich, chociaż wydawali się silnymi ludźmi. A może właśnie to mi nie pasowało? Bałam się, że pewnego ranka obudzę się porzucona. Szpieg zawsze trzymał się na uboczu, a Dalion z dnia na dzień zachowywał się coraz dziwniej. Był agresywny i na postojach często znikał nam z oczu. Z początku byłam ciekawa co robi, ale ostatecznie nie potrafiłam chodzić za nim w tym mrozie i śniegu. Dlatego też obserwowałam ze smutkiem jak co postój znika gdzieś i wraca po paru godzinach zmarznięty, ale z tym swoim dziwnym uśmiechem na twarzy.
                Obawiałam się również Pawła, który co prawda miał ranną nogę, ale wciąż stanowił niebezpieczeństwo oraz Smroda. Byli oni ludźmi Łapy, której nie ufałam. To przez nią Dalion teraz taki jest. Chociaż nie wątpię, że bez niej zginąłby gdzieś z braku krwi. Nie wiedziałam co sądzić o Damianie. Był on równie neutralny i cichy jak Szpieg. Nie uważałam go na pewno za wroga, ale tez nie mogłam nazwać go przyjacielem.  Brakowało mi bardziej kolorowych i charyzmatycznych postaci. Podróż z Bobrem do Królowego Mostu, wypad z Gigantem do młyna, spędzanie czasu w obozie z Natalią oraz Nieznajomą… Teraz nie wiedzieliśmy czy ktokolwiek z nich żyje.
                Przez ostatnie dni podążaliśmy za autem, które widzieliśmy w Supraślu, ale teraz zgubiliśmy jego trop. Naszym celem był helikopter. Możliwe, że spotkamy tam innych ludzi, za którymi będziemy mogli ruszyć. Nasza grupa nie miała celu, a inni ludzie owszem. Mogliśmy to wykorzystać. Może gdzieś w Polsce jest bezpieczne miasto, w którym żyją jeszcze ludzie.
                Czyściłam akurat broń i przysłuchiwałam się rozmowie Damiana i Szpiega.
– Właściwie to jak trafiłeś na Bobra i jego drużynę? – zapytał Szpieg ostrząc swój nożyk osełką.
– To w sumie ciekawe, bo znałem go jeszcze zanim to wszystko się zaczęło chociaż nie byliśmy jakimiś super kumplami – powiedział Damian – W dzień, kiedy wszystko się posypało, byłem normalnie w szkole. Wiesz chodziłem do klasy z Natalią, Erykiem i Bartkiem. Zmotywowaliśmy się w tamten dzień i gdy tylko zaczęło być gorąco to uciekliśmy oknami przez kibel. Wtedy do Eryczka zadzwonił telefon. Tak, wtedy jeszcze były resztki zasięgu. To był jego brat, który kazał nam wszystkim iść do parku w centrum Białegostoku. Droga tam była dosyć ciężka, ale mieliśmy ogromne szczęście. No i tam przejął nas Alex, myśleliśmy, że zabił Bobra, ale on przeżył i odbił nas w Królowym Moście, razem z Tobą, Gigantem, Miczi i resztą – opowiadał i nagle się zawiesił – Myślisz, że Bobru teraz też wróci i wszystko się ułoży?
­– Mam szczerą nadzieję. Chociaż nie jestem pewien. Bywało ciężko nawet jak trzymaliśmy się razem, a odkąd Bobru zniknął to nie wiemy czy ktokolwiek z naszej grupy jeszcze żyje. Myślę, że jeżeli ktoś z naszych jeszcze dycha to na pewno się znajdziemy – to mówiąc uśmiechnął się. Uśmiech na jego twarzy był rzadkością, więc aż przeszły mnie dreszcze. Czyżby naprawdę w to wierzył? Możliwe, że tylko ja byłem tak przegraną osoba, że nie wierzyłam w to, że zobaczę jeszcze kogoś z naszych.
                Smród kierował autem, które przejęliśmy od ludzi z Supraśla. Było ono w całkiem dobrym stanie i sprawiało się lepiej niż auta Alexa. Byliśmy coraz bliżej dymu.  Z coraz większym niepokojem zbliżaliśmy się do miejsca, które mogło nas zgubić, ale też mogło nam pokazać dalszą drogę. Wróciłam do przysłuchiwania się rozmowie.
– Gigant jest nieśmiertelny. Przeżyłby wszystko. Jest naprawdę potężnym ocalałym i jestem pewien, że jeżeli był w Obozie podczas ataku to ludzie, z którymi pobiegł, przeżyli – ciągnął Szpieg – Wiemy, że Bobru mógł być w Supraślu podczas swojej nieobecności i prawdopodobnie przeżył, jeżeli ludzie go szukali. On na pewno gdzieś tam jest i nas szuka – mówił z coraz to większą pewnością w głosie.  Było w tym coś szczególnego. Czyżby on wiedział coś czego nie wiedzieliśmy my? Może to wszystko to jedna wielka prowokacja? Czy to jest w ogóle możliwe? Wydawało mi się, że zaczęłam zbyt wiele sobie wyobrażać.  Szukałam jakiegoś dziwnego scenariusza nie zdając sobie sprawy w jak beznadziejnej sytuacji się znajdujemy. Musiałam zapytać.
– Naprawdę w to wierzysz Szpiegu? Nie wydaję ci się, że to dosyć nierealne? – moje słowa mogły złamać morale reszty, ale nie wiadomo dlaczego, chciałam drążyć temat. Szpieg przysunął się do mnie i wyszeptał mi coś na ucho.
– Nie ma nadziei dla żadnego z nas.
Serce zabiło mi szybciej. Natychmiastowo skończyłam dyskusję. Jego słowa były tak prawdziwe, że aż poczułam łzy napływające do oczu. Starłam je szybkim ruchem i siedziałam cicho.
                Smród wjechał w końcu w odpowiednią uliczkę, która nie była tak zasypana i zarośnięta jak pozostałe i zbliżyliśmy się naprawdę blisko do polany, na której już z daleka widać było helikopter. Zatrzymaliśmy auto i wysiedliśmy wszyscy. Wyciągnęliśmy bronie i zaczęliśmy powoli skradać. Było dosyć zimno, a do tego czułam ogromny niepokój. Był to swoisty strach przed tym co się stanie.  Gdyby nie broń w ręku to prawdopodobnie bałabym się iść dalej. Szłam w środku, przede mną utykał Paweł i szedł opanowanie Szpieg. Tuż za nimi szedł Smród, a za mną Damian i Dalion. Nagle Paweł zatrzymał nas i pokazał coś ręką.
                Miejsce katastrofy znajdowało się dokładnie przy zboczu wzgórza. Z trzech stron było otoczone lasem i my zmierzaliśmy właśnie z jednej z tych stron. Helikopter z daleka wyglądał fatalnie, a na dodatek się palił. Dzięki temu oraz oświetleniu księżyca zauważyliśmy, że ktoś tam stoi. Serce podeszło mi do gardła ze strachu, ale starałam się zachowywać cicho. Osób było parę, ale najbardziej rzucającą się w oczy był duży mężczyzna, który stał z jakąś dziewczyną przy ogonie. Wyglądali groźnie, a co najgorsze przeszukiwali miejsce. Spóźniliśmy się. Na pewno znaleźli coś co tu było. Bardzo możliwe, że to jakaś broń, czy coś w tym stylu. Czy to oni wyjeżdżali z Supraśla? Bardzo możliwe. Odsunęłam Pawła na bok i kazałam mu zaczekać. Przykucnęłam i zaczęłam celować. Duży mężczyzna był najlepszym celem, ponieważ aktualnie się nie ruszał, a dodatkowo najłatwiej było go trafić. Wypuściłam powietrze z płuc i starałam się, żeby celownik skierował strzał w jego szyję. W ten sposób zabiłam kiedyś jednego z ludzi Alexa na polance przy Królowym Moście. Strzeliłam.
                Było jednak ciemno i nie widziałam dokładnie celu. Gdy pocisk dopadł ofiarę, ta zatoczyła się i upadła. Postać obok natychmiast chciała pomóc mi wstać, a cała reszta zaczęła mierzyć w stronę naszej kryjówki. Byłam pewna, że nas nie widzą, ale mimo to schowałam się za drzewem, kiedy parę pocisków poleciało w tą stronę. Widziałam jak druga osoba podchodzi do dużego mężczyzny i razem z dziewczyną ciągną ich w przeciwną stronę. Chciałam przeczekać, ale Paweł i reszta zaczęli biec w ich stronę. Walcząc ze strachem wybiegłam i zobaczyłam jak tamci wycofują się. Byli jakieś dwadzieścia metrów przed nami. Przegoniliśmy ich? Czy jest tu ktoś jeszcze? Zobaczyłam, że Dalion biegnie po samochód, żeby ruszyć w pościg za tajemniczą czwórką, a reszta zaczęła przeszukiwać wrak. Jedyne co zdążyłam sprawdzić to miejsce, w które wpatrywała się moja ofiara i ta dziewczyna. Na ogonie helikoptera był napis „Toruńska Ostoja Ocalałych”. Czy w Toruniu jest jakieś bezpieczne miejsce? Jeżeli tamtejsi mają helikoptery to miejsce musiało być dobrze wyposażone. Czy właśnie tam podążają moi przyjaciele?
                Nie miałam jednak czasu tego przenalizować, bo nagle usłyszałam okropny huk i trzask. Odwróciłam się i zobaczyłam jak Paweł upada na ziemię. Ktoś go trafił czymś dużym, bo z jego twarzy nie zostało praktycznie nic. Podbiegłam do niego, ale on już nie żył. Zaczęłam panikować. Ktoś tu jest. Czemu tu przyszliśmy, jeżeli te osoby mają obstawione wzgórze, bo stamtąd musiał paść strzał, to nie mamy żadnych szans. Wszyscy zaczęli chować się za osłony, czekając na ponowny wystrzał. Snajper miał nas jak na patelni. Wtedy na polanę wjechał Dalion. Wiedziałam, że nie kieruje mu się wygodnie jedną ręką, ale jednak jakoś mu to szło. Krzyknął coś i zaczęliśmy biec w jego stronę.
                 Bałam się tak bardzo, że nie do końca wiedziałam co się dzieje. Słyszałam tylko kakofonię przeróżnych dźwięków i rozmazane obrazy. Biegłam, choć nie byłam pewna czy biegnę w dobrą stronę. Czułam, że za chwilę usłyszę kolejny huk i zginę.  Żałowałam teraz, że tu przyszliśmy. Nie dość, że nie znaleźliśmy nikogo z naszych to jeszcze na dodatek prawdopodobnie tu zginiemy. Bez zastanowienia wskoczyłam na pakę auta i schowałam się za blachą. Słyszałam jak kolejne osoby wskakują. Pierwszy był Smród, po chwili wskoczył Damian, lecz gdy Szpieg próbował wskoczyć, w ten sam sposób co ja, padł kolejny strzał. Nie trafił mnie, ale byłam tak przerażona, że nie mogłam się ruszyć.
                Osobą, która dostała był Szpieg. Jego ręka praktycznie została rozerwana. Upadł ciężko na mnie i zemdlał. Musieliśmy uciekać. Co najgorsze jedyna normalna droga prowadziła naprzód, w miejsce, w które uciekli ci, których gonimy. Dalion coś do nas krzyknął po czym zaczął pędzić na przód. Nie widziałam dokąd ostatecznie zdecydował się pojechać bo zbyt bardzo bałam się wychylić. Ten snajper zdjął już Pawła i prawdopodobnie śmiertelnie ranił Szpiega. Chłopak leżał w bezruchu na mnie, a ja dalej byłam sparaliżowana strachem. Czułam jak ciepła krew zalewa nogawki moich spodni. Ciężko opisać ten stan. Nie czułam swojego ciała, chociaż wiedziałam, że w nim jestem. Serce biło mi tak szybko, że mogłabym napędzić jakiś silnik, a w moich uszach wciąż dźwięczał strzał. Broń, z której do nas strzelano, musiała być prawdziwym karabinem snajperskim jakie normalny człowiek widzi tylko w amerykańskich filmach. Skąd ten człowiek go miał? Nie chciałam nawet o tym myśleć. Jedyne co się teraz liczy to ucieczka jak najdalej stąd.
                Po około dwóch minutach powoli odzyskałam świadomość tego co się stało. Damian próbował zatamować krwawienie z resztek ręki Szpiega. Co prawda było ciemno, ale widziałam wiszącą luźno skórę i wystającą z rany kość. Cała ręką poniżej łokcia znikła. Zupełnie jakby została oderwana. Zrobiło mi się słabo, ale nie zwymiotowałam. Właściwie wciąż nie wiedziałam gdzie jedziemy.
                Przejeżdżaliśmy przez zasypane drogi krajowe i piaszczyste pobocza. Chcieliśmy znaleźć jakieś miejsce na noc. Wtedy na naszej drodze pojawiło się miasteczko. Była to nieduża mieścina, niewiele większa od Kołodna. Księżyc oświetlał pojedyncze budynki i opustoszałe ulice. Nie widzieliśmy żadnych świateł. Na ulicy pałętały się trupy. Ulica, którą jechaliśmy była z obu stron otoczona budynkami. Cały schemat miasta przypominał trochę Grabówkę, w której byłam z Bobrem parę tygodni temu. Główna ulica biegła przez środek i rozgałęziała się w paru miejscach na mniejsze uliczki, prowadzące do obrzeży tego miasteczka. Potrzebowaliśmy znaleźć coś, co będzie w miarę łatwo obronić, najlepiej budynek bez piętra i bez piwnicy z zabezpieczeniem antywłamaniowym. Wiedziałam gdzie szukać takich miejsc. W wielu miastach w biedniejszych dzielnicach można trafić na sklepy monopolowe, które ze względu na swoje położenie mają stalowe drzwi  oraz kraty w oknach, które jeszcze przy odrobinie szczęścia będą miały antywłamaniowe szyby.
                Poprosiłam Daliona, żeby skręcił w lewo. Tamtejsze budynki wyglądały na typowe osiedla z lat dziewięćdziesiątych. Na jednym z takich osiedli się wychowałam i wiedziałam, że mogę tam znaleźć tego typu sklep. Dalej zastanawiałam się w jakim mieście teraz jesteśmy, ale to nie miało w sumie teraz, aż tak wielkiego znaczenia. Grupa, za którą podążamy już od Supraśla będzie kierowała się na zachód do Torunia. Zobaczyli ten napis. Nawet jeżeli nie dojadą tam to miałam nadzieję, że my znajdziemy tam bezpieczne miejsce.
                Po wjechaniu na uliczkę rozglądałam się po bokach. Budynki wyglądały na kompletnie opuszczone. Jechaliśmy wolno, starając się omijać te zaułki, w których widać lub słychać było zombie. Dodatkowo staraliśmy się nie narobić hałasu, żeby nie zawiadomić o naszej obecności nikogo, kto może się tu ukrywać. Po tym jak na względnie bezpiecznej polance ostrzelał nas snajper, wiedziałam, że muszę zwracać większą uwagę na okna i wyżej położone miejsca. Raczej mało prawdopodobne było to, że takich broni jest dużo, ale nawet zwykła wiatrówka mogła wyrządzić sporo szkód.
                Zatrzymaliśmy auto przy budynku, który odpowiadał prawie idealnie mojemu opisowi. Niestety przed sklepem stała spora grupa zombie. Szpieg spał teraz na tylnym siedzeniu, ale był cały rozpalony i bałam się, że nie przetrwa długo. Musieliśmy mu zapewnić jak najwygodniejsze i najbezpieczniejsze miejsce, jeżeli miał to przeżyć. Z tą myślą wyskoczyłam na zaśnieżony chodnik, wyjmując nóż. Obok mnie wyskoczyli Damian, Smród oraz Dalion. Ruszyliśmy do przodu. Zombie było około dziesięć sztuk, ale były rozmieszczone w pewnych odległościach od siebie, więc nie bałam się. Nic nie jest już dla mnie straszne. Prawdziwy terror to ludzie, a nie zombie.
                Pierwszy z nich wyglądał wyjątkowo mało ohydnie. Jedyna oznaka tego, że jest zombie, to nieduże ugryzienie na szyi i szkliste oczy. Widocznie zginął niedawno. Nie obchodziło mnie to. Poczekałam, aż zaatakuje po czym gdy ten stracił równowagę popchnęłam go i wbiłam nóż w gardło. Moja broń była krótka, więc po chwili poprawiłam dźgnięciem w oko. Tym razem dotarłam do mózgu. Zombie znieruchomiał, ale nie miałam czasu go podziwiać. Odwróciłam się w ostatniej chwili. Zombie próbował na mnie skoczyć, ale odskoczyłam w prawo. Co prawda boleśnie uderzyłam plecami w ścianę, ale lepsze to niż ugryzienie. Smród wykorzystując to, że zombie wywrócił się, podszedł do niego i skoczył obunóż na głowę. Przypominało to pękający arbuz. Kawałki kości i mózgu zafarbowały schodki do sklepu.  Widziałam jak Dalion podchodzi do jednego z ostatnich trupów i szarżując na niego wbija mu ostrze w brzuch, rozpruwając go. Następnie przytrzymał go kikutem i dobił ciosem w skroń. Ostatniego z martwych zabił Damian, który konwencjonalnie rozbił łeb zombie o murek.
                Wstałam i wyciągając wiatrówkę wskazałam drzwi. Narobiliśmy całkiem sporo hałasu i jeżeli ktoś ukrywał się właśnie tam to na pewno o nas wiedział. Podeszłam pierwsza i nacisnęłam na klamkę. Drzwi stanęły otworem. Powoli weszliśmy do środka, zagłębiając się w mrok budynku.  Szybko zaczęliśmy przeszukiwać pomieszczenia. Niestety mieliśmy tylko jedną latarkę, a prądu oczywiście nie było, więc korzystając z tego szliśmy w grupie. Sklepik był nie duży, ale o dziwo nie do końca ograbiony. Tak jak podejrzewałam sprzedawali tu głównie alkohol i na półkach stało jeszcze parę butelek wódki, whisky i paru innych trunków. Przy ladzie z kolei stały dwie kraty piwa. Na zapleczu było całkiem przytulnie i z tego co widziałam znajdowało się tam wyjście awaryjne na tyły budynku. Drzwi również były stalowe.

– Zostaniemy tu trochę, żeby zebrać siły – powiedziałam – Przed nami naprawdę długa droga…

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 5: Nowy kierunek

Rozdział 5, drugi z perspektywy Natalii. Zobaczycie teraz akcje, którą już znacie z trochę innej perspektywy :) Mam nadzieję, że to się wam spodoba. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 5 (Natalia): Nowy kierunek


                Helikopter spadł niedaleko, ale i tak mieliśmy problemy ze znalezieniem go. Kluczyliśmy autem po różnych ścieżkach i dwa razy wpadliśmy nawet w zaspy śniegu tak głębokie, że nie mogliśmy ruszyć naszego auta i gdyby nie ogromna siła Giganta, to prawdopodobnie zostalibyśmy w nich, aż do końca zimy. Siedziałam akurat z tyłu auta rozmawiając z Gigantem i Młodą, gdy Przystojny, Najmłodszy i Najstarszy starali się znaleźć miejsce katastrofy. Cieszyłam się, że nawiązaliśmy z tą trójką jakąś więź. Byli ludźmi Łapy, a jednak pozwalali nam siedzieć z Młodą, którą mieli chronić. Zadziwiała mnie ich lojalność wobec najprawdopodobniej nie żyjącej przywódczyni. W końcu minęło już siedem dni odkąd ostatni raz ją widzieliśmy. Wtedy właśnie wszystko się rozpadło.
- Karolu opowiedz nam coś więcej o sobie – poprosiłam przytulając się do Młodej.
- Dziewczyny naprawdę nie jestem specjalnie ciekawym człowiekiem – powiedział uśmiechając się – Po prostu jestem duży i silny, a w mieczu znajduje najlepszego przyjaciela.
- Nazwałeś go jakoś? – zapytała zaciekawiona Młoda.
- W sumie nie… mam smutne wrażenie, że jak nazwę go jakoś to zbyt się do niego przywiąże i pogrążę się w żałobie jak go stracę… A masz jakiś pomysł jak go nazwać? – zapytał Gigant patrząc na siostrę Łapy.
- Pogromca Trupów! Będziesz rycerzem naszych czasów! – zaproponowała z entuzjazmem Młoda.
- Pogromca Trupów… hmm. Niech ci będzie dziewczyno.
                Cieszyłam się, że możemy wprowadzić chociaż trochę humoru w nasze serca.  Po tym jak straciliśmy prawie wszystkich naszych przyjaciół było ciężko. Nocami śniłam o beztroskich czasach, o ile tak można nazwać dni apokalipsy zombie, w Obozie, a rankiem budziłam się obolała po niewygodnej nocy w samochodzie. Gdyby tylko było cieplej. Moglibyśmy wtedy rozbijać obozy na dworze i spać w normalnej pozycji na świeżym powietrzu. Niestety zima jeszcze trochę miała potrwać, więc przez kolejny tydzień, dwa nie było mowy o zbyt dużych zmianach.
                Kolejną niewiadomą jest dla mnie to co znajdziemy na samym lądowisku. Czy jest szansa, że ktoś z Królowego Mostu tam będzie? Jest też szansa, że czyhają tam na nas inni ocalali. Miejsce katastrofy jest widoczne na pewno z wielu kilometrów i wszyscy, którzy widzieli upadający helikopter mogą myśleć tak samo jak ja. Ilu ich może być? Ile osób przetrwało na świecie tą plagę? Czy to możliwe, że na innych kontynentach wygląda to inaczej? Może gdzieś są ludzie, którzy nawet nie wiedzą co dzieje się tutaj. Po chwili jednak uznałam, że to mało możliwe. Apokalipsa zaczęła się ponad miesiąc temu.  Prawie dwa. Zapewne wszędzie wygląda to podobnie.
                Wjechaliśmy na kolejną ścieżkę zbliżając się coraz bliżej dymu. Kontynuowałam rozmowę:
- Myślicie, że nadejdzie jeszcze czas, kiedy usiądziemy przy stole z Bobrem, Łapą i resztą?
Młoda i Gigant wyraźnie się zasmucili. Po chwili Karol odpowiedział:
- Myślę, że tak. Jeżeli nie spotkamy ich na tym lądowisku to na pewno spotkamy ich gdzieś na drodze. Może trafimy na jakiś ślad? Myślę, że jeżeli przeżyli to na pewno nie zostali w okolicach ruin Obozu. Może tez ruszyli na zachód? W końcu mogli pomyśleć o znalezieniu jakiejś innej bezpiecznej strefy. W sumie nie wykluczam opcji, że wybrali się do Warszawy – powiedział Gigant pocierając się po podbródku.
Warszawa. Wątpiłam w to, że właśnie tam się udali. Chociaż miasto jest bez wątpienia największe w Polsce to wcale nie znaczy, że jest tam najbezpieczniej.  Wręcz przeciwnie. Zapewne to właśnie tam jest najwięcej zombie i ludzi szukających kłopotów. Jeżeli Bobru żyje to na pewno się tam nie udał.
- Właściwie czemu nie pomyśleliśmy nigdy o ustaleniu jakiegoś punktu zboru? Na wypadek takiej sytuacji jaka jest teraz…— powiedziałam po cichu.
- Myślę, że Bobru może nawet miał jakieś miejsce na myśli, ale nie powiedział tego nam tylko osobom pokroju Kiciusia. W końcu dla takiego kogoś jak ja nie zaufał do końca…— stwierdził Gigant.
                Miał w tym trochę racji. Gigant był człowiekiem Łapy. Za czasów, kiedy Łapa mordowała naszych ludzi i atakowała nasz Obóz on ciągle był lojalny wobec nas, ale ukrywał fakt, że kiedyś z nią współpracował. To musiał być spory cios dla Bobra, który zaufał mu i uczynił z niego swoistą „prawą rękę”. Mówił mu o wszystkim i powierzał mu najcięższe zadania. Mimo tego wszystkiego wydawało mi się, że Bobru i tak widział w Gigancie przyjaciela. Na myśl o zaginionym bolało mnie serce. Ciągle żałowałam, że nasza więź nie zdążyła się naprawdę rozwinąć . Był dla mnie kimś wyjątkowym, a teraz zapowiadało się, że już nigdy go nie spotkam.
                Po parunastu minutach cichej rozmowy usłyszeliśmy, że nasz kierowca zawiadamia nas o przybyciu na miejsce. Rzeczywiście znaleźliśmy się na niedużym polu, które z trzech stron było otoczone lasem. Od północy było z kolei obrośnięte wzgórzem. Całość była oczywiście obsypana śniegiem. Zostawiliśmy auto paręset metrów od helikoptera, który widzieliśmy z daleka i wysiedliśmy. Poprosiłam o uwagę i zaczęłam mówić:
- Słuchajcie to co tam się znajduje wydaje się być spokojne, ale tego nie wiemy. Możliwe, że gdzieś w okolicy są inni ocalali, a to może skończyć się fatalnie. Dlatego też chciałabym, żeby ktoś z was – tu słowa skierowałam do trójki ludzi Łapy – został z Młodą, kiedy ja, Gigant i dwoje z was pójdzie sprawdzić okolicę. Co wy na to? – zapytałam.
Przystojny wyszedł przed szereg.
- Ja z chęcią zostanę z Młoda w aucie. W końcu i ja i ona mamy bronie, więc jeżeli ktoś zaszedłby nas od tyłu to będziemy przynajmniej gotowi do obrony.
- Zgoda – powiedziałam – Ustalmy też coś czego nie ustaliliśmy w Królowym Moście, co nas ostatecznie zgubiło. Gdzie się spotkamy, gdyby coś nas rozdzieliło?
Tu z pomysłem wyszedł Gigant:
- Może tam gdzie mieliśmy się zatrzymać na noc wczoraj? Mam na myśli ten magazyn, w którym było ciało matki i dziecka. Wiem, że jest teraz ciemno, ale chyba każdy bez problemu tam dotrze?
Wszyscy przytaknęli. Zostawiając Przystojnego i Młodą przy aucie ruszyliśmy. Ja uzbrojona w pistolet, Gigant w swoim pancerzu z mieczem na plecach, Najstarszy ze strzelbą poprzedniego właściciela auta oraz Najmłodszy uzbrojony tylko w nóż.
                Szliśmy powoli, nie spieszyliśmy się wiedząc, że musimy najpierw powoli zbadać okolicę. W każdym momencie mogli tu pojawić się inni. Możliwe też, że ukrywają się gdzieś w lesie, więc chcieliśmy to wiedzieć wcześniej. Zwracałam uwagę na śnieg, patrząc czy gdzieś nie widzę śladów, ale ciągle padało, więc nie mogłam określić czy ktoś tu był parę godzin temu. Widać było, że nikogo nie było tutaj w ciągu ostatniej godziny. Teraz mogłam w końcu z bliska spojrzeć na helikopter. Wyglądał strasznie. W środku coś jeszcze płonęło, mimo tego, że spadł dobre parę godzin temu. Lewa część była czarna od sadzy, a śmigło było całkowicie połamane. Widziałam jakiś napis z tyłu na „ogonie”, ale ciężko mi było stwierdzić z tak daleka co dokładnie jest tam napisane. Zauważyłam tylko dużą literę „T”.
                Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po lesie, do tego czasu zrobiło się już kompletnie ciemno, a na niebie pojawił się księżyc, który był prawie w pełni. Dzięki temu było stosunkowo jasno i można było bez problemu zauważyć co się dzieje w okolicy. Było pusto. Czy naprawdę nikt nie pokusił się na to co można tu znaleźć? Nie był chociaż trochę ciekawy o to co może tu być? A może nikt inny w tym rejonie nie żyje? Albo ktoś tu już był. Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi.  Wyszliśmy z linii lasu i wyszliśmy na pole. Czułam chłód pomimo ciepłych ubrań. Po plecach przeszedł mnie dreszcz.
                Gdy tylko podeszliśmy bliżej poczułam dziwny smród. Coś jakby połączenie pieczonego mięsa i różnych metalicznych rzeczy. Najstarszy z Najmłodszym podeszli do wraku i ostrożnie sprawdzili czy niczego nie ma w środku. Ja podeszłam do napisu, który mnie zaintrygował. Teraz, pomimo tego, że był trochę osmolony, mogła rozczytać. Toruńska Ostoja Ocalałych. Serce na chwilę mi się zatrzymało. Czy Bobru nie mówił kiedyś o Toruniu? Czy to możliwe, że właśnie tam się udał jeżeli przeżył? Praktycznie natychmiast w moim sercu pojawiła się nowa nadzieja, a w głowie zaczął kreślić nowy plan. Jeżeli ludzie z Torunia mają helikoptery to bardzo możliwe, że jest tam naprawdę dobre miejsce do przetrwania apokalipsy. Już miałam się odwrócić, żeby podzielić się przepuszczeniami z reszta, kiedy padł strzał.
                Moja radość obróciła się w proch w moich ustach. Zobaczyłam jak Gigant upada ciężko na ziemię i łapię się za nogę. Spojrzałam na las z przeciwnej strony niż przyjechaliśmy i zobaczyłam światła. Zawołałam Najstarszego i Najmłodszego i ten drugi pomógł mi podnieść mężczyznę ,kiedy ten pierwszy mierzył ze strzelby w stronę drzew. Ktoś tam był. Gigant był strasznie ciężki i ledwo go podnieśliśmy. Gdyby nie to, że jest przytomny prawdopodobnie musielibyśmy się bronić. Zaczęliśmy szybko się wycofywać. Najstarszy oddał strzał w stronę lasu. Byliśmy już coraz bliżej linii drzew. Jeszcze tylko chwilka i schowamy się. Kto do nas strzelał? Jakim cudem nie zauważyliśmy tych świateł wcześniej? Czyżby pojawiły się dopiero teraz? Wycofując się tyłem z Karolem na barku potknęłam się i z trudem utrzymałam równowagę. Usłyszałam kolejny strzał tym razem z tyłu.
                Kazałam biec Najstarszemu do auta i zobaczyć co się stało. Tamci, którzy do nas strzelali chyba stracili zainteresowania po tym jak nas przegonili. Przynajmniej na chwilę. Wycofywaliśmy się do tyłu i już byliśmy blisko auta, kiedy zobaczyliśmy grupę zombie idącą ze strony, z której przyjechaliśmy. Z okolicy polanki usłyszałam potwornie głośny strzał. Nie wiedziałam co mogło go spowodować, ale po chwili do echa po wystrzale dołączył krzyk dziewczyny. Co tam się działo? Znaleźliśmy się miedzy młotem i kowadłem, ale zdecydowanie mniej niebezpieczne były zombie, które były bardzo wolne. Pełzły powoli do auta. Widziałem jak Przystojny stoi i strzela do nich. Najstarszy upewniając się, że Młoda jest bezpieczna pomógł nam zapakować Giganta do środka auta. Nim minęło parę sekund byliśmy już wszyscy w samochodzie. Poprosiłam Najstarszego, żeby odjechał jak najdalej stąd mówiąc od razu, że teraz jedziemy w stronę Torunia. Zrobił to o co prosiłam bez słowa sprzeciwu. Teraz mieliśmy większy problem. Rozerwałam nogawkę spodni Giganta i zobaczyłam plamę krwi z uda. Całe szczęście pocisk przeszedł na wylot. Ból musiał być ogromny bo nawet tak silny facet jak on krzyknął z bólu jak polałam ranę alkoholem, który znaleźliśmy wcześniej. Zrobiłam z starych ubrań prowizoryczny bandaż i zawiązałam go mocno, żeby zatrzymać krwawienie.
                Po chwili Gigant zasnął. Sama poczułam ogromne zmęczenie, ale nie mogłam spać. Ciągle myślałam o szyldzie, który zobaczyłam na helikopterze. Gdy odjechaliśmy już kawałek na zachód od miejsca katastrofy to przedstawiłam swój plan reszcie. Młoda tez już spała, więc nie dowiedziała się o tym, ale trójka ludzi Łapy wymieniła spojrzenia. Widziałam, że nie są pewni skuteczności mojego planu, ale ostatecznie zgodzili się. Wiedząc, że podążamy w dobrym kierunku jechaliśmy dalej.  Po około godzince Gigant przebudził się. Wytłumaczyłam mu pokrótce co się stało. Widziałam, że potrzebuje on odpoczynku i przydałoby się, żebyśmy zatrzymali się na chociaż dzień, żeby wypocząć. Właściwie każdemu z nas przydałoby się miejsce do normalnego przespania. W ten sposób podróżujemy już za długo i jak nie wykończą nas zombie lub ocalali to zrobi to zmęczenie.
                Gdy księżyc był wysoko nad nami wjechaliśmy na teren płaski jak stół. Widzieliśmy stąd wszystko naokoło. Ominęlibyśmy to miejsce gdyby nie to co zauważyliśmy. Na prawo od nas był zakręt na jedną z wioseczek. Nie widziałam żadnej tabliczki, więc nie wiedziałam jak ona się nazywa. Gdy jednak przejeżdżaliśmy obok kazałam się zatrzymać. Kierowca zaparkował na poboczu i odwrócił się do mnie z pytającym wyrazem twarzy. Wskazałam palcem jeden z domków umiejscowiony przy lesie. Przypominał on miejsce jak z horroru. Jednak to co przedstawiały te filmy to nic w porównaniu z tym co przeżywałam od wielu tygodni. Gdy pozostali zobaczyli co tam jest wymienili nerwowe spojrzenia. Młoda, która się przebudziła zadrżała. W jednym z okien widać było światło. Ktoś tam był. Musieliśmy to sprawdzić, może znajdziemy tam nocleg. Miejsce wyglądało bardzo strasznie, ale mimo tego to mogło być to czego szukaliśmy. Pomagając iść Gigantowi zbliżaliśmy się coraz bardziej do gospodarstw i tego, które nas interesowało. O ile te pozostałe wyglądały na opuszczone i zapadłe to te przy lesie wyglądało całkiem porządnie z daleka. Obserwowałam zasypane śniegiem ruiny wioski i szłam do przodu. Za mną podążała reszta. Wszyscy mieli nerwy napięte jak struny. Hałas jaki robiliśmy idąc po śniegu musiał zawiadomić każdego w promieniu paru metrów o tym, że jesteśmy w pobliżu.
Wtedy rzuciła mi się w oczy kolejna rzecz. Droga do gospodarstwa była odśnieżona. Na pewno mniej zasypana od okolicznych pół czy drogi między ruinami.
                 Nagle, gdy byliśmy już blisko zobaczyliśmy tabliczkę. Było na niej nabazgrolone niewyraźnie „Nora”. Napis wyglądał na dosyć świeży. Przeszedł mnie dreszcz po plecach.  Podeszliśmy bliżej i zauważyliśmy coś co sprawiło, że zwymiotowałam. Przy płocie gospodarstwa stało pięć krzyży. Na każdym ukrzyżowany był zombie. Gdy wstałam zauważyłam z obrzydzeniem, że każdemu z trupów brakuje jakiejś części ciała. Jeden nie miał nogi, drugi obu dłoni, trzeci ręki, czwarty całej dolnej części ciała, a piąty głowy. Wszyscy wyciągnęli bronie i powoli podchodzili bliżej gospodarstwa. Za płotem wznosił się ładny dom, zbudowany z cegły. Gdyby nie otoczenie można by było tu spędzić całe życie.  Po prawej znajdowała się mała szopa. Każdy kolejny krok stawiałam z coraz większymi obawami. Zastanawiałam się czy jest tu bezpiecznie.  Czy mieszka tutaj ktoś kto nienawidzi zombie, czy ktoś kto zabija ludzi?
                Podeszliśmy pod same drzwi. Z okna widzieliśmy blask światła, a gdzieś wewnątrz grała cicho jakaś muzyka. To co jednak zdziwiło mnie najbardziej to napis na drzwiach.
„Zombie to skurwysyny”

Był napisany krwią.