Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 7. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 7: Doświadczenie

Rozdział 7, kolejny z perspektywy Bobra. Grupa znalazła się w nieciekawej sytuacji i musi naprawdę nakombinować się, żeby uniknąć zombie. Czas ucieka, a stado nadchodzące ze wschodu jest coraz bliżej. Droga do Płocka jest już niedaleka. Czy zdążą? Zapraszam do czytania i komentowania :)

POV:
Bobru - Rozdział 7 - Dzień 3
Erni - Dzień 3 - Wpada w ręce bandytów
Zuza - Dzień 3 - Wpada w ręce dwóch kobiet w sklepie militarnym

------------------------------------------------------

Rozdział 7: Doświadczenie (BOBRU)


                Zombie uderzały w ściany pojazdu i chociaż wiedzieliśmy, że w środku nic nam nie zrobią, to jednak byliśmy uwięzieni wewnątrz.
- Może otworzymy drzwi i po prostu zaczniemy je wybijać? – zaproponował Krystek.
- Fatalny pomysł – odpowiedział krótko i zimno Pablord.
- Jak masz lepszy to… - zaczął.
- Cisza – poprosiłem.
- Spokojnie dam sobie radę – uspokoił nas Łowca, który przez chwilę szperał w skrzyniach z rzeczami po czym zadowolony wyciągnął długi kij z hakiem na końcu.
- Nawet nie pytam co masz zamiar z tym zrobić – powiedziała Łapa.
- Uratować wam dupska, zupełnie jak za czasów Supraśla – odpowiedział podchodząc na środek ładowni i szukając czegoś na suficie. Po chwili podniósł kij i zaczął szperać, gdy nagle do wozu wpadło światło księżyca.
- Wyjdziemy tędy – powiedział dumny.
- Masz wyjście dachem? – zapytałem zdumiony tym jak wiele tajemnic krył pojazd Łowcy.
- Teraz tylko musimy ustalić plan – dodał po chwili Łowca odkładając kij na miejsce.
                Usiedliśmy wszyscy obmyślając co możemy zrobić.
- I co jak już będziemy poza autem? Mamy dość amunicji żeby zabić cztery takie grupy – zauważył Dymitr – ale czy warto? Nie wiemy kto jeszcze może być w tym mieście.
- Myślę, że inni nie będą nawet podchodzić widząc tyle trupów. Bardziej martwmy się jak wyjechać stąd i trafić na most – powiedział Łowca.
- Wiecie wyjście tam może skończyć się różnie, myślę, że nie powinniśmy tam iść całą grupą. Może uda nam się je trochę odciągnąć, a wtedy Łowca wyjedzie, a my wskoczymy z powrotem – powiedziałem.
- Z dachu Potwora moglibyśmy doskoczyć na dach budynku obok i stamtąd zobaczyć co dalej – dodał Dymitr.
- I to już brzmi jak plan. Pytanie kto idzie? – spojrzałem po reszcie – Myślę, że to nie powinno być więcej niż cztery osoby.
- Ja z chęcią się przejdę – powiedział Krystek.
- Ja też raczej bym się na to pisał – dodałem.
- Piszcie i mnie – poprosiła Ika.
                Ta decyzja mi się spodobała, ale wiedziałem, że nie ma dużo osób w tej grupie, które mogą się poruszać bez problemu i skakać. Łowca i Gigant byli sporymi ludźmi, nie było sensu ryzykować, że o coś się zahaczą. Młoda odpadała bo była zdecydowanie za mała na takie wyprawy, a Mpd nie miał ręki więc wykreśliłem go wcześniej niż resztę. Reszta pozostała otwarta na propozycje, bo uważałem ich za dosyć zwinnych.
- Też chcę iść – włączył się do rozmowy Józef. Pamiętałem, że był całkiem zwinny, więc ignorując nieco zdziwione spojrzenia tych, którzy nie widzieli go w akcji, pokiwałem głową.
- Więc postanowione. My wychodzimy, rozglądamy się, odciągamy trupy i wyjeżdżamy z tego pieprzonego miasta – powiedziałem dziarsko, próbując podbić morale grupy.
                Łowca poszedł na przodu auta i po chwili wrócił ze składaną drabiną. Ustawił ją z niemałym trudem, po czym wykonał teatralny gest ukazując, że ta jest gotowa do użycia. Krystek wspiął się pierwszy, zaraz za nim poszła Ika, potem Józef, a na koniec ja. Gdy wspinałem się po drabinie zobaczyłem, że wszyscy w pojeździe mają naprawdę grobowe miny. Ryk zombie i ciągłe ciosy wyprowadzane w boki tira nie pomagały.
- Tylko nigdzie stąd nie uciekajcie – zażartowałem wyłaniając się na zewnątrz. Krystek pomógł mi wejść. Pierwsze co zrobiłem to rozejrzałem się po bokach. Zombie było naprawdę sporo, chociaż najwięcej wychodziło z uliczki po prawej stronie pojazdu.
- Strasznie ich dużo, kurwa – powiedział Krystek stojąc obok mnie.
- Nie wiem co musielibyśmy zrobić, żeby je odciągnąć – dodała Ika.
- Ten dach będzie idealny. Jest nieco wyższy, ale wejdziemy tam bez problemu, a zeskok to czysta formalność – odezwał się za naszymi plecami Józef pokazując dach okolicznego budynku.
                Przypomniał mi się pierwszy dzień apokalipsy. Wtedy bałem się wszystkiego, ale mimo tego pobiegłem do liceum po moich przyjaciół. Wtedy też wszyscy byli w jednym miejscu i czekał nas skok. Wtedy spadłem, miałem nadzieję, że teraz jakoś mi się uda. Dach był położony niecały metr od krawędzi pojazdu. Niestety był też nieco wyżej i chociaż skok wydawał się całkowicie możliwy do zrobienia, to jednak małe potknięcie mogło skończyć się wylądowaniem w całej grupie trupów. To sprawiało, że nie wyglądało to już tak zachęcająco.
                Niestety był to jednak jedyny wybór. Mogliśmy oczywiście próbować je oczyszczać, zmarnować mnóstwo amunicji, czasu, a także zwrócić na siebie uwagę całej okolicy, ale nie mogliśmy sobie na coś takiego pozwolić. Dlatego gdy tylko Józef wybił się i bez problemu wylądował na dachu naprzeciwko nas wszyscy poszliśmy w jego ślady. Skok tylko wydawał się trudny. Całą czwórką przeskoczyliśmy bez większych problemów. Ruszyliśmy na drugą stronę dachu, za którą widać było już most. Po przeskoczeniu tej szczeliny stwierdziłem, że każdy z Potwora byłby w stanie ją przeskoczyć. Cała uliczka przecinająca budynek na którym byliśmy i sąsiedni była pełna trupów. Nie widziały one jednak nas, próbując usilnie dostać się do środka Potwora.
- Jeżeli tak wygląda stado… – zaczął Józef.
- To jest gówno w porównaniu do stada. Tamta grupa, którą widzieliśmy była ze sto razy większa! – powiedział Krystek takim tonem jakby przechwalał się tym co przeżył. Chociaż denerwowało mnie coś takiego, to wiedziałem, że na pewno przeżycie spotkania ze stadem było godne pochwały. Pamiętałem jak w Królowym Moście, pod koniec pobytu w tym obozie, widzieliśmy nieduże stado, składające się z wielu trupów. Mogło ono być teraz częścią tego, co nadchodziło do nas z Warszawy.
- Widzę most – zakomunikowała Ika pokazując nam drugą stronę dachu. Rzeczywiście po drugiej stronie było widać znacznie większa ulicę paro pasmową, która wychodziła na most. Z daleka wyglądało na to, że jest przejezdny, nawet nie było na nim za dużo wraków.
- To dziwne. Na takich mostach powinien być największy syf – stwierdził Krystek.
- Może ktoś tędy już przejeżdżał. W sumie nie pytałem Dziary czy oczyszczali te okolicę, ale może jakiś patrol kiedyś się tym zajmował – stwierdziłem.
- Jakbyśmy wykręcili z tej uliczki – powiedział Józef wskazując miejsce, w którym utknął Potwór – to szybko byśmy dotarli tutaj i pojechali dalej.
- Mam wciąż parę czerwonych flar przy sobie. Mógłbym odciągnąć je trochę, dwójka z was zostałaby na dachu i wystrzelała tych z tyłu, a potem wszyscy spotkalibyśmy się w Potworze za miastem – zaproponowałem.
- To trochę niebezpieczne – zauważył ksiądz.
- Średnio widzę inną opcję. Albo inaczej, widzę opcje, ale nie mamy czasu, żeby zostawać tutaj zbyt długo. Zróbmy tak jak powiedziałem. Ika wracaj do Potwora i powiedz Łowcy jaki jest plan. Ja z Józefem zejdziemy na dół i jak wszystko będzie gotowe to dacie nam znać, a my zaczniemy je odciągać. Kiedy zobaczycie, że nic więcej za nami nie lezie wystrzelajcie tyły i gdy Potwór ruszy uciekajcie. Spotkamy się wszyscy za mostem.
- A jak coś nie pójdzie Bobru? – zapytał Józef.
- Wszystko będzie dobrze. Nie ma tu za bardzo miejsca na potknięcia, po prostu ostrożnie schodźcie z dachu. Do zobaczenia za paręnaście minut, będziemy czekać na znak przy końcu tej alejki – wskazałem punkt.
- Powodzenia – powiedział Krystek. Ika ruszyła z powrotem na dach Potwora, a ja wraz z Józefem zeskoczyliśmy spokojnie na kontener ze śmieciami.
                Znaleźliśmy się przy drugim wylocie ulicy. Czekaliśmy spokojnie. Ksiądz szeptał coś pod nosem, a ja stałem oparty o ścianę i wypatrywałem Krystka, który da nam znak.
- Myślałem, że już nie wierzysz – powiedziałem nagle.
- Wiele rzeczy się zmieniło odkąd byłem wielkim wierzącym i choć wiele moich przekonań upadło to wciąż wierzę Bobru – powiedział.
- Mogę zapytać w co?
- Wierzę, że ktoś nad nami czuwa. Nie wiem czemu wybrał akurat tych ludzi, którzy jeszcze żyją, ale na pewno miał w tym jakiś cel. To wszystko to próba – podziwiałem jego wiarę. Sam nie byłem specjalnie wierzący zanim to wszystko się zaczęło, a od kiedy trupy przejęły prawie cały świat nie wierzyłem już w nic oprócz siebie – A ty? Wierzysz w coś?
                Przez chwilę się zastanawiałem co odpowiedzieć. Nie chciałem urazić uczuć księdza, ale nie chciałem też być nieszczerym w tak błahej sprawie.
- Wierzę w ludzi. W was wszystkich, którzy mnie otaczają. To my tworzymy to wszystko, ten świat. Boga tutaj nie ma, ani żadnej innej, większej siły – powiedziałem.
- Dobrze jest wierzyć w cokolwiek w tych czasach – stwierdził Józef.
- To prawda.
                Po chwili zobaczyłem jak Krystek macha w naszą stronę rękoma. Odmachałem mu na znak, że go zauważyłem.
- Nasza kolej – powiedziałem.
Wyjąłem z kieszeni w spodniach dwie flary. Miałem je od dawna, chociaż już nie należałem do tej grupy. Nie czułem jednak potrzeby, żeby je oddawać, Toruń i tak miał ogromny zapas. Podałem jedną z nich Józefowi. Spojrzałem w uliczkę przed siebie i zobaczyłem tylko końcówkę grupy trupów, która usilnie próbowała przepchać się do pojazdu. Wstrząsnąłem nią i pociągnąłem za sznureczek uwalniający proces. Po chwili w mojej ręce zrobiło się czerwono, a ściany okolicznych budynków rozbłysły ostrą czerwienią.
- Idźmy powoli. Musimy trzymać się jak najbliżej żeby je odciągnąć – powiedziałem postępując krok w głąb uliczki.
                Paręnaście trupów odwróciło się jak na rozkaz. Hałas i światło działały na nich jak przynęta, szczególnie, że te były noszone przez żywe osoby. Zombie były parę kroków ode mnie. Odwróciłem się i upewniłem, że nie odcinają nas od tyłu. Józef machał flarą znacznie szybciej i chaotyczniej ode mnie. Trupy powoli odrywały się od głównego członu i zaczęły iść coraz to większą grupą w naszą stronę. Żałowałem, że nie mogłem spojrzeć na sytuacje z góry. Nie wiedziałem jak długo musimy stać tak niebezpiecznie blisko, a krzyczenie teraz do Krystyka lub Iki nie wchodziło w grę.
                Wycofywaliśmy się, aż w końcu wyszliśmy na główną ulicę.
- Skręćmy teraz tutaj i idźmy chodnikiem, żeby nie zablokowały też tej drogi – powiedziałem do Józefa schodząc na popękany chodnik. Chociaż wysuwaliśmy się coraz dalej uliczki to trupy wciąż z niej wychodziły. Plan się udał. Po chwili usłyszeliśmy strzały. Rozbrzmiały z dachu niczym deszcz ołowiu. Żałowałem teraz, że nie poprosiłem Łowcy o zatrąbienie klaksonem jak tylko uda mu się wydostać.
- Czas przyspieszyć – powiedziałem i zamachnąłem się rzucając flarę w stronę, w którą szliśmy. Józef dorzucił tam swoją. Wskazałem mu drogę i wyciągając pistolet zaczęliśmy biec w stronę mostu. Miałem nadzieję, że to co zrobiliśmy zadziałało. Ulica była praktycznie czysta, ale niektóre trupy oddzielały się od grupy goniącej flarę i szły mimo wszystko za nami.
                Po chwili znaleźliśmy się na moście. Nie widziałem jeszcze ani Potwora, ani Krystka z Iką, ale miałem nadzieję, że lada moment ich zobaczę. Na moście początkowo wydawało się być czysto. Co jakiś czas stał porzucony wrak auta, ale nie kręciły się za nim trupy. Sama konstrukcja była dosyć długa, ale nam się nigdzie nie śpieszyło. Wciąż wypatrywaliśmy Potwora wjeżdżającego w ulicę, ale byliśmy coraz dalej, a go nie było widać.
- Myślisz, że coś poszło nie tak? – zapytał Józef.
- Może Łowca szuka odpowiedniej drogi, żeby ominąć wszystkie małe, pieprzone uliczki.
- Oby – powiedział cicho.
                Byliśmy już pod sam koniec drogi, kiedy zauważyliśmy ruch przed nami. Natychmiast zszedłem do poziomu kucając i pociągając za sobą księdza.
- Ktoś jest przed nami – szepnąłem.
- Trupy? – zapytał.
- Nie jestem pewien.
Obserwowałem dokładnie, ale postacie poruszały się powoli i nie widziałem z daleka w takiej ciemności kto to jest. Wyglądały na trupy, a jeżeli te odetną nas na moście mogliśmy być w pułapce.
- Musimy się szybko przebić – zadecydowałem. Wstałem i z wyciągniętą bronią ruszyłem do przodu. Józef był tuż za mną. Odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że to grupa zombie i to nieduża. Sięgnąłem po nóż i znacznie pewniejszy siebie ruszyłem na pierwszego z nich. Prawie natychmiast zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Trupy zatrzymały się i obserwowały nas. Nie byliśmy pokryci flakami, a dodatkowo z daleka wciąż widać było blask flary i dźwięki pozostałej grupy. Wiedziałem kto stoi przede mną, dlatego schowałem nóż i wyciągnąłem pistolet. Józef patrzył na mnie nieco zaskoczony.
- O co chodzi? – zapytał mnie.
- To nie trupy – powiedziałem.
                Ksiądz spojrzał na mnie lekko wystraszony, a następnie przeniósł wzrok z powrotem na nie.
- To kim są?
- Jesteśmy Zszytymi – odpowiedzieli prawie, że jednocześnie.
- Nie jesteśmy tu sami. Pomogliście mi i moim ludziom wtedy w Grudziądzu i doceniam to, ale nie szukam kłopotów – powiedziałem spokojnie.
- Ale my szukaliśmy ciebie – powiedział jeden z nich. Z daleka ciężko było odróżnić ich od trupów, ale z bliska było to już łatwiejsze. Zauważyłem, że mężczyzna mówiący miał nieco zżółciałą skórę na połowie twarzy, przyszytą od jednego z trupów. Od kiedy usłyszałem o grupie Zszytych nie mogłem zrozumieć ich zwyczajów. Co prawda ich kamuflaż nie dość, że był dobry w ukrywaniu się przed ludźmi, to dodatkowo dawał im ochronę przed trupami, ale wiązał się z koniecznością przyszycia do własnego ciała nićmi fragmentu czyjejś skóry, co nawet nie było odrażające, a po prostu przerażające. Każdy miał swój sposób przetrwania – Nazywają mnie Czotan. Mam dla ciebie wiadomość od naszego dowódcy.
- Czemu sam do mnie nie przyszedł? – zapytałem od razu – Jesteśmy w trakcie podróży.
- Przyjmiesz wiadomość? – zapytał Czotan ignorując moje pytanie.
                Spojrzałem na Józefa. Obserwował całą sytuację w ciszy. Z daleka widziałem nadbiegające dwie postacie, byłem pewien, że to Ika i Krystek. Odwróciłem się w stronę Zszytych i wyciągnąłem rękę. Czotan podał mi zwiniętą kartkę papieru po czym skłonił się.
- Do zobaczenia – powiedział i wraz ze swoimi ludźmi odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Nie wiedziałem co powiedzieć. Usłyszałem kroki za plecami.
- Co się stało? – zapytał Krystek oddychając ciężko.
- To byli Zszyci – powiedział Józef dziwnie spokojnym głosem.
- Te pojeby? Puściłeś ich Bobru? – w głosie Krystka było słychać niedowierzanie.
- Spokojnie – odpowiedziałem chowając kartkę do kieszeni – Nie mamy teraz czasu na walki. Co z Potworem? – zapytałem.
- Zaraz tu powinni być. Odciągnęliście większość gówna, resztę wystrzelaliśmy – opowiedział.
                Usiedliśmy wszyscy na murku przy moście i czekaliśmy. Rzeczywiście po minucie zobaczyliśmy tir, który jechał w naszą stronę. Łowca zatrzymał go tuż przed nami. Wsiedliśmy i przywitaliśmy się z resztą.
- Dobra akcja – podsumował Pablord.
- Kurde parda jedźmy stąd – dodał Mpd patrząc ostatni raz w stronę Włocławka.
Byłem zmęczony. Usiadłem opierając się o jedną z ścian niedaleko siedzącego Dymitra i Rudej. Zapomniałem nawet o wiadomości od Zszytych. Gdy tylko pojazd ruszył i zaczął przyjemnie kołysać na drodze to zasnąłem. Obudziłem się nad ranem zauważając, że wciąż jedziemy. Większość osób spała, tylko Mpd i Pablord rozmawiali o czymś spokojnie. Wciąż czułem zmęczenie, ale mimo to podniosłem się i przywitałem z chłopakami. Przechodząc pomiędzy śpiącymi wszędzie ludźmi doszedłem na przód pojazdu. Łowca prowadził w skupieniu, a obok niego siedział Dymitr.
- Jak tam panowie? – zagadałem.
- Za jakąś godzinę będziemy w Płocku – powiedział wesoło Łowca.
- Nie było żadnych problemów od Włocławka? – zapytałem – Stawaliście gdzieś na noc?
- W sumie nie. Jakoś nie czułem potrzeby snu i po prostu spokojnie jechałem. A jakby były jakieś problemy ciebie budzilibyśmy pierwszego – powiedział klepiąc mnie prawą ręka w bok.
- To super – powiedziałem ucieszony. Włocławek i tak był zbyt dużym problemem, nie potrzebowaliśmy kolejnych. Usiadłem niedaleko siedzenia Łowcy i wygrzebałem sobie jakieś śniadanie. Jechałem i odpoczywałem, starając nie myśleć o niczym konkretnym. Takie wyciszenie było czymś naprawdę świetnym.
                W ciągu następnej godziny zbliżaliśmy się do celu naszej podróży. Kolejne osoby zaczęły powoli wstawać i jedynym wciąż śpiącym był Krystek.
- Wiemy właściwie czego szukamy? – zapytała Łapa.
- Jak byłem kiedyś w Płocku – zaczął Łowca – to widziałem jedno miejsce. Pewnie zauważymy je od razu jak tylko podjedziemy bliżej. Myślę, że będzie idealne.
Jechaliśmy teraz tuż obok rzeki. Była szeroka i płynęła spokojnie, jakby zupełnie nie przejmowała się tym, że świat się skończył. Byłem ciekaw ile teraz trupów musi być na jej dnie. Płock był sporym wyzwaniem. Musieliśmy znaleźć miejsce i zbudować je od zera. Dotychczas, zawsze przyjeżdżaliśmy na gotowe. W Królowym Moście był już generator oraz studnia i spore zapasy jedzenia, a Toruń był wręcz metropolią gdy się w nim pojawiliśmy. Tutaj pracy było naprawdę dużo. Jechaliśmy teraz lasem coraz bliżej miasta. Jeszcze go nie widzieliśmy, ale byłem pewien, że gdy tylko wyjedziemy z otaczającej nas puszczy to pojawi się na horyzoncie.
                Nie myliłem się. Gdy Łowca wyjechał na polne drogi, do małego miasteczka otaczającego Płock od zachodu zobaczyliśmy trupy szwendające się po ulicach, domki, a także panoramę sporego miasta. Było prawdopodobnie mniejsze od Torunia, ale i tak spore. Jechaliśmy spokojnie główną drogą mijając kolejne zabudowania. Po lewej stronie zobaczyliśmy spory szpital. Od razu pomyślałem o wypadzie tam, gdy tylko nieco rozgościmy się w tym miejscu. Jechaliśmy wciąż do przodu, a większość z nas powstawała i podeszła do przodu, żeby obserwować to co widać było przed nami. Pomiędzy miasteczkiem a Płockiem było sporo wolnej przestrzeni, Łowca w końcu zjechał na piaskową drogę bliżej rzeki i niedaleko plaży miejskiej. Wiedziałem, że podczas lata musiało tu roić się od ludzi, ale teraz było widać tylko trupy przechodzące z jednego miejsca do drugiego.
                Nagle Łowca zwolnił nieco i wskazał palcem na linię drzew przed nami.
- To jest nasza miejscówka – powiedział wyniosłym tonem.
Za drzewami było widać kawałek wieży i budynku kościoła, który nawet z daleka wydawał się być duży. Oprócz tego widzieliśmy również dachy otaczających go budynków. Nie musiałem nawet podjeżdżać bliżej, żeby wiedzieć, że to jest to miejsce. Było usytuowane na wyniesieniu, więc mielibyśmy stamtąd widok na całe miasto. Nikt nie mógłby podejść do nas niezauważony. Gdy w mojej głowie powstawał plan przypomniałem sobie o wiadomości, którą wczoraj dostałem. Wycofując się nieco w głąb pojazdu sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem kartkę. Rozkładając ją na uboczu zobaczyłem rząd starannego pisma.
Spotkajmy się podczas pełni w lesie na wschód od Płońska. Musimy porozmawiać.
Zszyty Cz.”

Zakląłem pod nosem.

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 7: Pochopne wnioski

Rozdział 7, kolejny z perspektywy Bobra. Skupiony głównie na relacjach Bobra zarówno z ludnością Ostoi jak i Drugiego Posterunku. Ważny jeżeli chodzi o samą postać Bobra. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

Inne POV:
Rozdział 7 - Bobru - Dzień 4-5
Irek - w tym czasie Irek z grupą Łapy spotykali już tajemniczego mężczyznę w ich tymczasowej kryjówce
Olaf - w tym czasie Olaf i Feline odwiedzają Toruńską Ostoję i wracają do siebie

------------------------------------------------

Rozdział 7 (Bobru): Pochopne wnioski


                Droga na Drugi Posterunek była wyjątkowo nudna. O dziwo nie widzieliśmy nawet za dużo zombie.  Spędziliśmy parę godzin jazdy na rozmowach o sprawach mało ważnych. Dopiero pod samymi bramami Drugiego Posterunku Dymitr z zaciekawieniem zapytał o Spotkanie Ocalałych, które miało się odbyć.
- Co myślicie o tym wszystkim? – zapytał brodacz, zaciągając się skręconym, na szybko, papierosem.
- To jest bardzo dziwne. Wiem, że długo spałem, ale czy ktokolwiek słyszał o tym Inowrocławiu? – włączył się do rozmowy Pablord.
- Nie. Co prawda Dziara niedawno dostał raporty o ludziach osiedlających się niedaleko Inowrocławia, ale musi to być coś dużego i ambitnego, skoro ledwo o nich usłyszeliśmy, a już planują coś tak ważnego dla okolicy, a może i dla całego świata... – wytłumaczyłem.
- Tylko czy warto im zaufać? To jest bardzo dziwna sprawa. Czy to nie jest jakaś pułapka? – zapytał Dymitr.
- Musimy mieć nadzieję. W końcu Dziara już postanowił, Feline też o tym wie i też chce tam pojechać. Jeżeli taka dwójka się zgodziła to musi znaczyć, że albo są zdesperowani, albo pewni siebie – stwierdziłem.
                Cała sytuacja była o wiele bardziej podejrzana, niż to po sobie pokazywałem, ale nie chciałem dodatkowo martwić osoby, które mogły nie wytrzymać tej sytuacji tak dobrze jak ja. Dlatego liczyłem na to, że nie będę mówił im do końca wszystkiego i jakoś to będzie. Tajemniczy dowódca grupy z Inowrocławia wydaje się być bardzo pewien siebie i sprowadzenie dowództwa każdego okolicznego, liczącego się obozu było dziwnym posunięciem. Jeżeli chciał przejąć władzę dla siebie, a takich ludzi nie brakowało, to mógł spokojnie urządzić rzeźnie w Inowrocławiu.
                Dowódcy jednak mu zaufali. Przynajmniej póki co. O ile Dziara był znany z dosyć nieprzewidywalnych to o Feline można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że była łatwowierna, albo głupia. Strażnicy wpuścili nas, od razu gdy zauważyli mnie i Rudą. Drugi Posterunek był całkiem spory i od mojej ostatniej wizyty sporo się tu zmieniło. Pusta przestrzeń pomiędzy więzieniem, a hangarem była teraz pełna mini-szklarni, oraz powstał też nieduży kościół. Z pewnością był to skutek niedawnej wizyty Józefa, Medyka oraz Iki.
                Samochód zostawiliśmy tam gdzie ostatnio. Pablord został przy nim wraz z Dymitrem, a ja wraz z Rudą poszedłem w stronę więzienia, gdzie swoje biuro miał Kapitan. Kapitan był ciekawym człowiekiem i chociaż spotkałem go tylko raz to zdążyłem go już polubić. Wydawał się nie być zepsuty, a mimo to doskonale sobie radził w tych czasach. To było bardzo dziwne połączenie. Zaszliśmy jednak do jego biura, a ten przywitał nas serdecznie. Uściskał córkę i pocałował ją w policzek, a mi podał rękę.
- Witajcie. Cieszę się, że widzę was w dobrym zdrowiu – zaczął i pokazał nam krzesła, na znak, że możemy usiąść -  Co was tu sprowadza? – zapytał.
- Chcieliśmy ci przekazać wiadomość z Ostoi – zacząłem.
- Dziara tak? Słyszałem, że Karzeł nie żyje i jak mam rozumieć teraz on tam rządzi? – zapytał.
- Tak. Pełni władze absolutną, ale zmienił się. Jest lepszym człowiekiem – stwierdziłem szczerze.
- Nie uwierzę, póki sam nie zobaczę, ale podejrzewam, że nie o tym chcieliście rozmawiać –powiedział. Widać było, że nie lubił rozmawiać o byłe czym i przechodził prosto do konkretów.
- Mamy dla ciebie informacje o Spotkaniu Ocalałych organizowanym w Inowrocławiu za cztery dni. Zostałeś zaproszony razem z Dziarą oraz Feline z obozu w Płońsku. Powiem od siebie, że dobrze by było, żebyś przyszedł, bo spotkanie na pewno będzie ważne, a twój obóz liczy się w okolicy – powiedziałem, drapiąc się po brodzie.
                Na twarzy Kapitana zagościło coś ciężkiego do opisania. Zupełnie jakby nie wiedział jak zareagować na tę informację.
- Co to znaczy Spotkanie Ocalałych? Ktoś sprawdzał czy to nie pułapka? Wierzycie absolutnie osobie, która to organizuje? Skąd wiadomo czy to nie Złomiarze, lub inna okoliczna grupa? – zadał parę pytań naraz.
- Musimy pojechać tam razem i to sprawdzić. Człowiek, który to organizuje, podobno ma wiele ciekawych informacji ze świata i pomysłów na to jak wspólnie założyć wspólnotę ocalałych, która nie upadnie. To całkiem ciekawa perspektywa, nie uważasz? – zapytałem.
- Ta, ale to nie zmienia faktu, że to bardzo podejrzane. Ja osobiście nie wysyłam ludzi w tamte tereny, ale nie słyszałem jeszcze o obozie w Inowrocławie, a brzmi to jakby co najmniej istniał tyle co Ostoja, a był jeszcze od niej ważniejszy. Nie wydaje ci się, że pojawił się zbyt szybko i działa zbyt podejrzanie? Jeżeli to zasadzka, to praktycznie cała okolica, ba, cała Polska będzie przejęta. Bo nie słyszy się dużo o obozach ocalałych. Jestem pewien, że oprócz Ostoi jest może jeden tak duży obóz, a może nawet takiego czegoś nie ma – powiedział z złością w głosie Kapitan.
- Raporty Czerwonych Flar mówią o Inowrocławiu, rzeczywiście widać tam było jakąś aktywność, ale nie sprawdzaliśmy tego dokładnie. Teraz będziemy mieli okazje. Myślę, że naprawdę warto zaryzykować – powiedziałem.
- Pewnie tak też zrobię, ale wciąż uważam, że to niebezpieczne. Dziara i Feline na pewno tam pojadą? We trójkę będziemy mieli już coś, ale nie wiem czy to będzie wystarczająco. Naprawdę chcemy uwierzyć grupie ludzi, której kompletnie nie znamy? Jakbym miał jechać sam to bym się nie zgodził, ale w takim wypadku dołączę do was na miejscu – powiedział.
- Cieszy mnie to, musimy pokazać, że okoliczne obozy potrafią współpracować. Dzięki temu przetrwamy – odpowiedziałem.
- Natalio – zwrócił się do córki – opowiedz lepiej szczerze, jak podoba ci się w Ostoi? Czy to miejsce odpowiednie dla ciebie? – zapytał.
- Jest dobrze tato. Wszystko pod kontrolą – powiedziała z uśmiechem, bawiąc się swoimi rudymi włosami.
- To dobrze. Pamiętaj, że tutaj zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce i możesz wrócić w każdej chwili. Ale wierzę, że ludzie Bobra i Dziary otaczają cię dobrą opieką – to mówią po raz pierwszy od naszego wejście, uśmiechnął się.
- Oczywiście, że tak – odpowiedziałem.
                Kapitan zastukał palcami o blat swojego biurka, po czym odwrócił się na swoim krześle i wstał patrząc za okno.
- Buduje tutaj całkiem ciekawe miejsce i mam nadzieję, że te plany związane z Inowrocławiem mi tego nie zniszczą – powiedział, jakby sam do siebie – Natalio, mogę cię prosić żebyś poczekała na swojego towarzysza przed drzwiami? Mam do niego parę… prywatnych spraw – poprosił córkę, nie odwracając się nawet w jej stronę, tylko wciąż wpatrując się w tereny Drugiego Posterunku.
                Natalia bez słowa opuściła pokój i zamknęła za sobą drzwi. Nie byłem pewny tego, co będzie ode mnie chciał Kapitan, ale miałem nadzieję, że nie planuje czegoś dziwnego.
- Chciałbyś mi teraz coś więcej powiedzieć o Dziarze? – zapytał nagle.
- Nie mam tajemnic przed Natalią. Powiedziałem tak, jak jest. Dziara zachowuje się teraz w porządku – ugryzłem się w język zanim dodałem, że „i tak jednak chcę opuścić to miejsce jak najszybciej”, bo wiedziałem, że wiadomość o wyjeździe jego córki może przyjąć różnie.
- Sporo musiało się zmienić od śmierci Karła. Czy on…? – zaczął.
- Karła zabił przywódca Gangu, który jakimś cudem dostał się do Ostoi podając się za księdza. Była egzekucja jednego przestępcy, kanibala. Okazało się, że pod workiem, którym przykryto jego głowę był trup. Żywy trup. Ugryzł Wojtka, a ja wtedy zabiłem tego fałszywego księdza. Od tamtego czasu Dziara rządzi, ale Ostoja przeżywa czasy świetności. Jest na pewno lepiej od tego co było, kiedy pojawiłem się tam po raz pierwszy – wyznałem.
- To dobrze. To miejsce ma potencjał, tak samo jak mój Posterunek. Po prostu musi być rządzone przez kogoś, kto się do tego nadaje – powiedział.
- To się zgadza. A jak na Drugim Posterunku? – zapytałem.
- Całkiem dobrze. Dzięki twoim ludziom powstało tutaj sporo dobrego. Całe szczęście. To miejsce będzie dobrym obozem. Ostatnio pojawiają się tu nawet nowi ludzie. Nie odsyłam ich do Ostoi, bo po prostu uważam, że przyda mi się nieco rąk do pracy, a podejrzewam, że u was i tak jest dobrze – wyznał – Poza tym udało nam się naprawić helikopter. Od teraz będziemy mieli coś, co pozwoli nam badać okolicę i znajdować nowe ciekawe miejsca, bez narażania się na ataki zombie lub ocalałych. Czyż to nie świetne?
- Świetne. Gratuluje. Tak czy siak będę powoli leciał. Przygotowania do Spotkania w Inowrocławiu trwają i Dziara potrzebuje mojej pomocy. Ale tak ostatecznie mogę liczyć, że spotkamy się na miejscu? – zapytałem.
- Tak… tak oczywiście. Do widzenia Bobru – powiedział i uścisnął mi dłoń.
                Opuściłem jego gabinet, gdzie czekała na mnie już Ruda i ruszyliśmy wspólnie do auta na dół. Z racji iż robiło się już ciemno wiedzieliśmy, że będziemy musieli znaleźć po drodze miejsce do spania, ale planowaliśmy zatrzymać się tam, gdzie ostatnio zatrzymałem się z Natalią. Chatka była na uboczu i raczej mieliśmy tam spore szanse na przetrwanie nocy bez żadnych niespodzianek. Jechaliśmy ostrożnie, pamiętałem jak dzisiaj, jak uderzyłem w grupę zombie, kiedy Natalia mnie wychwalała. To była szalona podróż.
                Gdy byliśmy w okolicy Bydgoszczy skręciliśmy ponownie na polne dróżki i zaczęliśmy jechać powoli w stronę schowanej w lesie chaty. Natalia zasnęła oparta na ramieniu Dymitra, a ten patrzył na nią z wyraźnym zadowoleniem. Uśmiechnąłem się widząc to. Teraz Pablord kierował autem, ale pomimo niedawnej choroby trzymał się teraz naprawdę nieźle. Cieszyłem się, że póki co nie naraziłem go tym wyjazdem i miałem nadzieję, że tak pozostanie do jutra, jak dojedziemy do Ostoi.
                Jadąc tak przed siebie zastanawiałem się co robi grupa, która mnie opuściła. Łapa, Krystek, Magda, Miczi oraz parę innych osób. Czy jeszcze żyli? Może założyli gdzieś obóz? Co prawda nie zamierzałem ich szukać, ale na pewno po tym jak wyjdziemy z Ostoi planowałem przejechać się po okolicy, tak na wszelki wypadek. Nie miałem za złe nikomu. Wiedziałem, że Dziara nie traktował paru osób zbyt dobrze, a chodziły nawet pogłoski, w które osobiście nie wierzyłem, że Dziara więził siostrę Łapy. Wiedziałem, że współpracował z Gangiem, ale nigdy nie umiałem tego połączyć z faktem, że mógł więzić Młodą. Jeżeli tak było to wolałem o tym nie myśleć, bo naprawdę ciężko mi było powiedzieć jak na to zareaguje. Byłem myślącym i dojrzałym człowiekiem, ale dobrze wiedziałem, że czasami zdarzały mi się chwile, gdy zamieniałem się w impulsywnego gnojka. Nie mogłem do tego dopuszczać, ale życie doświadczyło mnie i czasami po prostu miałem dość.
                Zajechaliśmy przed niedużą drewnianą chatkę i od razu zauważyliśmy, że nic się tu nie zmieniło. Nie było ani zombie, ani ludzi. Miejsce całkowicie bezpieczne na jedną noc. Obudziliśmy Rudą i zaczęliśmy wynosić koce i jedzenie na noc. Poza tym wzięliśmy lampę oraz broń i zaparkowaliśmy auto do garażu. Po upewnieniu się, że nikt się tu nie włamie i nas nie okradnie weszliśmy do środka. Dzień był męczący, więc pogadaliśmy jeszcze chwilę i przygotowaliśmy kolację, po czym ułożyliśmy się niedaleko siebie, wcześniej sprawdzając dom i ryglując wszystkie drzwi i okna.
                Przed snem porozmawialiśmy jeszcze trochę i zapaliliśmy. Nie byłem palaczem, tak samo Pablord, ale skusiliśmy się wyjątkowo, aby dopasować się do palącej Rudej i Dymitra i nieco wyluzować. Potrzebowaliśmy tego.
- Wiecie co? – zapytał nagle Dymitr.
- Hmm?
- Cieszę się, że wtedy wpadłem na Zbłąkanego Ocalałego. Gdyby nie to nigdy bym na was nie trafił i prawdopodobnie byłbym już trupem. A co gorsza nie poznałbym tak zajebistych osób jak wy! –wyznał.
- Miejmy nadzieje, że nic się nikomu nie stanie i razem przetrwamy te gówno – dodała Ruda.
                Nie miałem złudzeń, że apokalipsa się nigdy nie skończy. Nie miałem co prawda pojęcia co się dzieje w innych stronach świata, ale podejrzewałem, że jest tak samo jak nie gorzej. Jeżeli jakiś lek miałby powstać to już by się to stało. Pogodziłem się z naszym losem i miałem tylko nadzieję, że przeżyje ze swoimi ludźmi jak najdłużej. Tylko na tym mi zależało. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i poszliśmy w końcu spać. Śniły mi się dziwne rzeczy i gdy się obudziłem przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Uspokoiłem się w końcu i wziąłem parę głębokich wdechów. Czy wszystkie ofiary, które zabiłem w końcu zaczęły mi się rzucać na psychikę? Mogło to się wydać śmieszne, ale miałem na koncie tyle ofiar, że w normalnych czasach zostałbym skazany na dożywocie bez kiwnięcia palcem. Ale teraz nie mieliśmy normalnych czasów, a ja nie byłem już normalnym człowiekiem.
                Wstałem i wyjrzałem ostrożnie za okno. Pogoda była całkiem znośna, widać było parę chmurek, ale też świeciło słońce. Pobudziłem resztę, która z pewnym problemami wstała i zaczęliśmy powoli przygotowywać się do wyjazdu. Spędziliśmy jeszcze całą godzinę w chatce, jedząc śniadanie i rozmawiając, aż w końcu spakowaliśmy swoje rzeczy do auta. Miałem dziwne wrażenie, podobnie jak ostatnim razem, że coś tu jest nie tak, ale ostatecznie sam nie wiedziałem, o co mi chodzi.
                Wyjechaliśmy. Tym razem kierował Dymitr, Pablord siedział przy nim, a ja i Ruda byliśmy z tyłu. Czekało nas teraz jeszcze trochę jazdy, więc z racji, iż dzisiaj wcześniej się obudziłem to przymknąłem oczy i wsłuchując się w rytm pracy silnika, oprałem się głową o siedzenie i starałem się przysnąć. Wyprawy, które fundował mi Dziara, zarówno podczas bycia Czerwoną Flarą, jak i bycia zwykłym członkiem Ostoi był pełne emocji. Szkoda, że czasami niosły za sobą takie straty.  Dalej pamiętałem wyprawę na Trzeci Posterunek, która skończyła się tym, że Wiktoria miała kontuzję kostki, Pablord zapadł w śpiączką, a Jonasz zaginął.
                Po godzinie z kawałkiem zauważyliśmy oddalone zarysy Torunia. Odetchnąłem z ulgą, mając szczerą nadzieję, że już nic więcej nie może się stać na tym odcinku. Miałem rację. Dojechaliśmy pod bramy Torunia bez większego problemu. Strażnicy wpuścili nas, a my wjechaliśmy i zostawiliśmy auto przy bramie, żeby strażnicy się nim zajęli.
                Podziękowałem moim kompanom i ruszyłem powoli w stronę Kwatery Głównej żeby złożyć raport Dziarze. Ludzie zachowywali się dziwnie. Mijając mnie parę osób obejrzało się podejrzliwie jakby widziało mnie po raz pierwszy na oczy. Skinąłem z daleka głową, gdy zobaczyłem Zero i Michaela spacerujących po drugiej stronie ulicy. Lubiłem Ostoje za to, że tętniła życiem, ale dzisiaj było tutaj po prostu dziwnie. Coś musiało się stać pod moją nieobecność, nie było to duże, bo ludzie zachowywali by się zdecydowanie inaczej, ale jednak coś się musiało stać.
                Niedaleko mieszkań na Placu Głównym spotkałem Erniego. Dało się go teraz szybko poznać po zaroście i bliźnie, którą kiedyś zdobył niedaleko obozu Feline, ciągnącą się od oka do kącika ust. Spacerował po ulicy niosąc w rękach nieduże zawiniątko.
- O siemasz stary! – powiedział zauważając mnie.
- Hejka – uścisnąłem mu dłoń – co tam? Gdzie lecisz?
- Muszę zanieść to Dziarze, to jakieś jego lekarstwa. Medyk mu przepisał na bezsenność, bo ostatnio ma z tym problemy – wytłumaczył – A ty co porabiasz?
- Też idę do Dziary. Wróciliśmy właśnie z Drugiego Posterunku i muszę mu powiedzieć czego się dowiedziałem – powiedziałem.
- Rozumiem, sprawy Czerwonych Flar… Chodźmy więc razem – powiedział.
                Ruszyliśmy razem ciaśniejszymi uliczkami prowadzącymi do Kwatery Głównej. Nie rozmawialiśmy zbyt dużo. Chociaż mogło się wydawać, że jest między nami w porządku to istniała pewna rysa na naszej aktualnej relacji. Erni wybrał pozostanie w Ostoi, kiedy to ja i reszta planowaliśmy stąd odjechać. Nie mogłem mu nakazać jechać z nami, ale bolało mnie to, że nie chce przetrwać tego całego syfu razem ze mną. Może jak kiedyś będę miał własny obóz to tam przyjedzie, ale do tego brakowało jeszcze naprawdę sporo czasu.
                Dotarliśmy przed Kwaterę Główną i zauważyłem coś naprawdę dziwnego. Przed wejściem stał Dziara, a przed nim około piętnaście osób, które z nim prowadziły dyskusje w dosyć ożywionym wydaniu. Erni się zatrzymał, ale ja podszedłem bliżej bo dostrzegłem, obserwującą całe wydarzenie Ewelinę. Dziewczyna przywitała mnie skinieniem głowy.
- Co tu się dzieje? – zapytałem.
- Jacyś cholerni buntownicy, ale sama dokładnie nie wiem – stwierdziła. Erni dołączył do nas, a ja podszedłem bliżej.
- Chcemy, żebyś przestał w końcu ukrywać wszystkiego, co się da – stwierdził jeden z mężczyzn należących do grupy.
- Mieszkamy tu i mamy prawo wiedzieć co się dzieje! – zawtórowała mu kobieta obok.
- Spokojnie ludzie, wierzcie mi, że nic ciekawego się nie dzieje, a jak będzie się działo to was o tym powiadomimy – wytłumaczył donośnym głosem Dziara. Teraz zauważyłem, że po drugiej stronie grupy stał Szeryf z paroma strażnikami, widocznie gotowi do rozpędzenia buntowników.
                Postanowiłem zainterweniować.
- Co tu się dzieje? – zapytałem.
Decyzja ta była fatalna.
- To ten zdrajca, który pozwolił zginąć poprzedniemu dowódcy i zabił księdza! – krzyknęła jedna z kobiet.
- Dajcie spokój ludzie, Bobru uratował to miejsce i bez niego prawdopodobnie dzisiaj stałby tu tylko ruiny! – krzyknął Dziara.
- Taka banda niewdzięczników nie zasługuje na nic – skwitowałem. Nie spodobało się to tym ludziom, ale jedyne co mogłem im dać to pogarda. Jak można być tak niewdzięcznym po tym co moi ludzie przeżyli aby chronić to miejsce. Jeden z mężczyzn, starszy ode mnie i nieco większy, podszedł i popchnął mnie. Już chciałem go uderzyć, kiedy zobaczyłem trójkę ludzi wchodzących przede mnie. Szybko zdałem sobie sprawę, że to Filip z Czerwonych Flar, Łowca oraz Rekin. Trójka rosłych facetów wyrosła przede mną niczym mur i odepchnęła mężczyznę, tak, że ten poleciał w grupę buntowników i pierwsze trzy osoby wywróciły się jak kręgle.
                Filip wyszedł na przód i już chciał coś powiedzieć, kiedy zauważyłem błyski w rękach buntowników. To były ostrza noży. Filip nie zdążył zareagować, kiedy cztery osoby rzuciły się na niego i zaczęły dziurawić go nożami, jakby był kawałkiem mięsa. Wtedy wybuchła panika. Szeryf krzyczał coś, Dziara starał się odgonić tłum, a Rekin i Łowca wycofali się kawałek wyciągając nóż i łom.
- Zabijcie tych zdrajców! – krzyknął ktoś z tłumu, a cała grupa piętnastu osób ruszyła w moją stronę. Dziarę szybko otoczyli strażnicy na czele z Szeryfem, więc buntownicy wybrali łatwiejszy cel, na drodze, którego stali jedyni Rekin i Łowca. Wyciągnąłem pistolet, ale pierwszy napastnik naskoczył na mnie z takim impetem, że momentalnie upuściłem broń. Moi obrońcy zostali obskoczeni wściekłą grupą w chwilę, a mój napastnik cudem nie trafił we mnie ostrzem, gdy przeturlałem się na bok. Kolejny jednak zwalił się na mnie od tyłu. Przerzuciłem go szybko nogami i starałem się wyjąć swój nóż, ale nie zdążyłem, bo poczułem ostry ból przeszywający moje ramię. Złapałem się w to miejsce i poczułem ciepłą krew.
                Wstałem szybko i zobaczyłem akurat jak Łowca rozbija głowę jednego z ludzi potężnym zamachem z łomu, a Rekin przygniata szarża jedną z kobiet do ścian, aż ta rzygnęła krwią. Widziałem również, jak jeden z napastników szarżuje w moją stronę i wtedy coś przemknęło mi przed oczami, niczym błyskawica i następne co widziałem to pies rozszarpujący gardło mężczyzny, który mnie zranił. To był Krew. Pies starszej pani, którą poznałem jakiś czas temu. Kość, która skoczyła za mną, zajęła się drugim napastnikiem. Odsunąłem się w kierunku ściany i poczułem, że ktoś mnie łapie. Tym razem był to jednak Erni. Widziałem w jego oczach przerażenie.
- Nic ci nie jest? – zapytał.
                Przez chwilę nie odpowiadałem, bo obserwowałem jak strażnicy używając kijów katują jedną z ostatnich żywych buntowniczek, a po chwili Szeryf strzela do drugiej. Łowca oddychał ciężko i trzymał się za nogę. Krew dalej ciekłą z mojego ramienia, ale dalej nie do końca rozumiałem co się stało. Po tych wszystkich akcjach prawie zginąłem na ulicach obozu, za który nieraz prawie oddałem życie. Osunąłem się o ścianę i usiadłem. Byłem naprawdę zły. Odwróciłem się do Erniego i kiwnąłem głową. Nagle podszedł do nas Dziara.
- O co chodziło? – zapytałem.
- Była tu wczoraj Feline i ktoś ją zauważył. Ludzie myślą, że coś knuje. Chodź do środka, musimy cię opatrzeć i postawić na nogi…

                Razem z Ernim, Łowcą, Rekinem, Szeryfem i Dziarą weszliśmy do Kwatery Głównej mijając zwłoki Filipa. Zginął z rąk ludzi, w imię których ruszał na wyprawy i ryzykował życie. Pogląd na pewne sprawy zmienił się u mnie diametralnie. Wzdychając głęboko, usiadłem na jednym z krzeseł i zatopiłem się w myślach.

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział 7: Złomowisko

Rozdział 7, trzeci z perspektywy Bobra. Starałem się, aby ten rozdział w końcu miał trochę akcji i zaczął przedstawiać w brutalny sposób jak to wygląda poza murami Ostoi. Złomowisko to lokacja ważna, która odegra jeszcze sporą rolę nawet poza tym rozdziałem. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------

Rozdział 7 (Bobru): Złomowisko


                Czekaliśmy. Wiatr przybrał na sile i starał się ze wszystkich sił przeszkodzić nam i wybić z rytmu, ale my byliśmy jak mur. Wszyscy wycelowani w jedno miejsce – drogę przed nami. Nasze auto stało przy drodze, ale skutecznie blokowało przejazd. Mieliśmy tylko dwie opcje – albo wycofać się i uciekać jak najdalej, albo zostać i zobaczyć kto się do nas zbliża. Nie byłem pewien dlaczego wybraliśmy akurat tą drugą, ale stałem w kompletnym bezruchu i opanowując nerwy czekałem. Byli przy mnie ludzie, którzy mogli nazwać się zaprawionymi w tym świecie. Ocalali, prawdziwi ocalali.
                Słońce było schowane za chmurami, ale nawet jak wychylało się zza tego całunu na chwilę, to nie przeszkadzało nam, bo było za naszymi plecami. Mieliśmy lepszą pozycję. Dźwięk silnika zwodził. Słyszałem go przede mną, ale wciąż nie widziałem samochodu bądź motoru, który te dźwięki wydawał. Ciężko określić ile tak staliśmy, ale w końcu zobaczyliśmy jadący w naszą stronę samochód. Była to terenówka z przyciemnionymi szybami i plamami błota na białym lakierze.
                Nie wiem co zmusiło ich do zatrzymania bardziej – samochód stojący na drodze i blokujący przejazd czy nasza czwórka. Gdy nieznajomi zatrzymali się i wysiedli to Jonasz wstał, wyszedł zza drzewa i krzyknął, wciąż mierząc bronią.
- Ręce do góry, rzućcie broń i nie róbcie gwałtownych ruchów!
Z samochodu wysiadło pięć osób. Trzech mężczyzn i dwie kobiety. Mężczyźni mieścili się w przedziale wiekowym od osiemnastu do około trzydziestu lat, a kobiety były nieco starsze. Cała grupa wygląda zupełnie normalnie, oczywiście można było zauważyć od razu bronie przyczepione do pasów oraz przewieszone przez plecy, ale poza tym nie wyróżniali się z wielu ocalałych, których widziałem w swoim życiu. Jedyne co było niepokojące to to, że nie widać było na ich twarzach nawet odrobiny strachu. Prędzej bym się pokusił o stwierdzenie, że patrzyli na nas zuchwale i z pewnością w oczach.
- Weszliście na nasz teren i jeszcze nam grozicie? – zapytała starsza kobieta, niska z rudymi włosami.
                Jonasz zmieszał się odrobinę, ale nie wypuścił broni. Na dodatek ,kiedy jeden z młodzieńców sięgnął powoli ręką w stronę rewolweru, to Jonasz przeładował efektownie tym samym pokazując, że nie jest pierwszym, lepszym człowiekiem ,którego można zabić.  Druga kobieta widząc to zaśmiała się.
- Grubasie uciekaj stąd ze swoimi przyjaciółmi póki jesteś jeszcze w stanie – zasugerowała z pogardą.
- Jesteście z Gangu? – włączył się do rozmowy Pablord.
- Jakiego Gangu? Jesteśmy po prostu grupą ocalałych – powiedział najmłodszy młodzieniec, starający się tajemniczo ukryć tożsamość jego grupy.
Jonasz westchnął cicho po czym lekko opuścił broń, wciąż mając ją w pogotowiu.
- Wszystkie okoliczne tereny są nasze. Jesteśmy z Toruńskiej Ostoi Ocalałych i o ile do niej nie zmierzacie to będziecie musieli odejść w swoją stronę poza tereny graniczące z naszym obozem – wyrecytował przemyślaną wcześniej formułkę.
Tym razem roześmiała się starsza kobieta. Strzepując plamę błota z skórzanej kurtki odwróciła się na chwilę do swoich ludzi po czym z kompletnie zmienionym wyrazem twarzy odezwała się do nas.
- Skoro tak ładnie prosicie to wycofamy się, ale wiedźcie, że jeżeli i wy nie wrócicie do tego swojego obozu to spotka was coś nieprzyjemnego – jej słowa zabrzmiały tajemniczo.
                Nieco zmieszani całą sytuacją nie opuściliśmy broni, a cała piątka nieznajomych zapakowała się do auta i zaczęła się cofać.  Nim minęła następna minuta nie było już po nich śladu. Z ulgą opuściliśmy bronie i ruszyliśmy bez słowa w stronę naszego pojazdu. Dopiero gdy ostatnia osoba znalazła się w środku, odezwał się Pablord.
- Co myślicie o tych ludziach? – zapytał.
- Myślę, że blefują – stwierdziła chłodno Wiktoria.
- Mi się wydaję, że jeszcze ich spotkamy – powiedziałem mrocznym tonem.
- Moim zdaniem powinniśmy pomyśleć, którędy najlepiej dojechać do Grudziądza. Posterunek znajduje się przy rzece, ale myślę, że droga na około, ale bezpieczniejsza, może być bardziej opłacalna – podzielił się swoim pomysłem Paweł.
- Masz na myśli Złomowisko? – zapytał lekko przerażony Jonasz.
Zaciekawiła mnie ta nazwa więc natychmiastowo włączyłem się do rozmowy.
- Co to Złomowisko? – zapytałem.
Jonasz spojrzał na mnie i zobaczyłem w jego oczach sporo obawy. Przełknął ślinę.
- To nie jest dobre miejsce. Ogólnie mamy teraz trzy możliwości, albo jechać lasem, aż dojedziemy do Grudziądza, ale z tego co mówiła ta grupa to nie jest bezpieczne – zaczął drapiąc się po brzuchu – drugą opcją jest podróż wzdłuż rzeki, jest to droga prosto do celu, ale musielibyśmy nadłożyć trochę drogi. No i jest trzecia opcja – złomowisko. Zjazd na nie jest niedaleko. Całe miejsce jest moim zdaniem przeklęte, bo… - ciągnął opowieść.
- Och proszę cię, ile ty masz lat Jonasz? – wtrąciła z przekąsem Wiktoria.
- Wystarczająco, żeby wiedzieć, że to jest jedne z bardziej niebezpiecznych miejsc jakie widziałem od czasu wybuchu apokalipsy! – powiedział z oburzeniem.
- Ale dlaczego jest takie niebezpieczne? Dlaczego się tak nazywa? – zapytałem.
Wiktoria prychnęła i odwróciła twarz w stronę szyby, widocznie zmęczona teoriami Jonasza.
- To miejsce powstało na samym początku apokalipsy, kiedy wszystkie służy porządkowe starały się ogarnąć sytuację z oczywistym skutkiem. Jednak przy Grudziądzu jest sporo giełd samochodowych i ogólnie ruch tu był dosyć spory. Wtedy jakiś idiota wpadł na pomysł, żeby otworzyć ogień w środku tego całego chaosu – opowiadał z przejęciem – Trafił w cysterny z gazem i wszystko w okolicy wybuchło. Wszystkie zbiorniki, stacja paliw, samochody jak domino wybuchały jedno za drugim. To spowodowało, że powstał tam cholerny labirynt wraków, kręci się tam mnóstwo trupów, ale nikt nie jest w stanie tego oczyścić. Żadne z aut oczywiście nie działa, a nawet jeżeli ostały się jakieś działające to znajdują się pod fragmentami innych aut i budynków. Większość nazywa to miejsce złomowiskiem. Znajduje się ono przy wjeździe do Grudziądza na obrzeżach, ale jest tam naprawdę niebezpiecznie – skończył Jonasz.
- Ale to jest droga, z której mało kto korzysta i raczej nie spodziewamy się tam ludzi. Poza tym moglibyśmy zostawić tam auto, bo nie ma szans na przejechanie przez te wszystkie wraki, a byłoby bezpieczne, bo prawdopodobnie nikt nie będzie chciał sprawdzać akurat naszego auta, gdy w okolicy będzie stało ich tyle – stwierdził Pablord.
                Zastanowiłem się chwilę nad tym co właśnie usłyszałem. Całe miejsce zdawało się być owiane aurą niebezpiecznej tajemniczości, ale w końcu cały świat był teraz równie parszywym miejscem.
- Ja nie znam tego miejsca, ale myślę, że taki chwyt nie byłby głupi – stwierdziłem.
Tym razem Jonasz sapnął zdenerwowany pomysłem, ale po chwili dodał.
- Jeżeli mamy tam iść to musimy gdzieś przenocować, bo nie ma pieprzonych szans, że pójdę tam gdy będzie ciemno. To samobójstwo.
-  Niech będzie, przenocujmy na którymś z gospodarstw. Są najczęściej ogrodzone i jest tam dużo miejsca na ewentualne manewry – zaproponowała Wiktoria.
Wszyscy zgodzili się na tą propozycję jednogłośnie. W ten sposób wykręciliśmy i zaczęliśmy się cofać. Kawałek na południe stąd mijaliśmy zjazd do niedużej wioski, gdzie na pewno znajdziemy jakieś odpowiednie miejsce na nocleg. Auto zapadło się nieco i czułem jak podskakuje na każdym wyboju wiejskiej dróżki, na którą wjechaliśmy. Zagłębialiśmy się coraz dalej po ścieżce, mijając mały zagajnik ogołoconych drzewek, a następnie wjechaliśmy na błotniste uliczki niedużej wioski.
                Miałem nadzieję, że nie napotkamy tutaj żadnych ocalałych, rozmowa w lesie była wystarczającą porcją wrażeń jak na jeden dzień. Jeden z domków, usytuowany na obrzeżach wioski, wydawał się idealny – ogrodzony siatką  i kamiennym płotem z dużą metalową bramą. Wysiadłem i wraz z Pablordem zaczęliśmy się z nią mocować. Po chwili ustąpiła z przeraźliwym skrzypnięciem, ale tym samym otworzyła nam drogę do środka. Jonasz zaparkował auto i zgasił silnik po czym wraz z Wiktorią wysiedli. Ja z Pablordem zamknęliśmy bramę i dołączyliśmy do reszty.
                Całą czwórką przeładowaliśmy i z impetem weszliśmy do środka. Dom nie był za duży, korytarz którym weszliśmy prowadził prosto do salonu, a stamtąd były odnogi do pokoi. Zapach unoszący się tutaj nie był zbyt zachęcający. Pachniało tu naftaliną oraz czymś zgniłym. Ostrożnie przeszukaliśmy pokoje i w jednym z nich znaleźliśmy zombie. Trup nie miał nóg, które spoczywały obok i wyciągnął w naszą stronę sztywne łapska. Zamachnąłem się kolbą i roztrzaskałem mu czaszkę dwoma szybkimi uderzeniami. To było jedyne zagrożenie w tym domu.
                 Zamknęliśmy pokój, w którym był trup i rozłożyliśmy swoje rzeczy. Wiktoria poszła po jedzenie i koce do samochodu, a my przeszukiwaliśmy resztę domu. Co prawda nie potrzebowaliśmy niczego szczególnie, ale zaskoczyło nas znalezisko w jednej z sypialni. Na ścianie wisiała strzelba, dwururka, a obok w szafce znaleźliśmy dwie paczki naboi do niej. Broń na pewno mogła się przydać, w tych czasach każdy nabój się liczył, więc zaniosłem znalezisko do samochodu po czym zamknąłem drzwi do domu od środka ryglując je. Poczułem się teraz odrobinę bezpieczniej i lepiej.
                Zrobiliśmy sobie cztery posłania i w milczeniu zjedliśmy kolację. Podróż nie należała do najprzyjemniejszych, a sytuacja z lasu ciągle przyprawiała o dreszcze. Zauważyłem, że podczas samego spotkanie grupy nie czułem się tak jak teraz. Czy nie potrafiłem ocenić sytuacji na miejscu i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że moje życie było w poważnym niebezpieczeństwie? Możliwe.  Teraz jednak jedyne o czym marzyłem to jedzenie oraz trochę snu. Z tego co słyszałem od Jonasza jutrzejsza przeprawa nie będzie należała do najłatwiejszych.
                Przed snem, gdy już przygasiliśmy świeczki, którymi oświetlaliśmy sobie pomieszczenie leżałem i myślałem. O wszystkich ostatnich wydarzeniach i tych, które miały miejsce jakiś czas temu. Co mogła robić teraz Łapa? Jak potoczyłyby się zdarzenia, gdyby przeżyły osoby, których już ze mną nie było? Jak sytuacja będzie wyglądała za tydzień? To ostatnie pytanie było wyjątkowo wielką tajemnica. W końcu nie wiadomo było czy przeżyje jutrzejszy dzień, a co dopiero siedem dni. W tym świecie człowiek mógł zginąć w każdej, pojedynczej sekundzie. To co również było dla mnie wielką niewiadomą to plan Dziary. Czy powinienem grać w tą grę z nim? Zastanawiałem się powoli jak się zachowam, jeżeli przez jego działania zginie ktoś bliski dla mnie. Może powinniśmy jednak opuścić Ostoje i założyć obóz taki, jak mieliśmy w Królowym Moście? Co prawda wszystkie osoby, które jechały tutaj i oddały życie po drodze byłby bezsensowną ofiarą. Nieznajoma, jeden z żołnierzy, ludzie Łapy, wszystko to poszłoby na marne.
                Myślałem o wszystkich rzeczach jeszcze jakiś czas, ale w końcu zasnąłem. Gdy obudziłem się z rana wszyscy byli już na nogach. Wiktoria siedziała na krześle zaspana i czyściła broń. Jonasz i Pablord rozmawiali o czymś. Ten pierwszy zdecydowanie był w kiepskim humorze, podejrzewałem, że wciąż obawia się podróży przez złomowisko. Zjedliśmy szybko śniadanie, spakowaliśmy się do auta i odjechaliśmy.  Wróciliśmy znowu na ścieżkę leśną, na której spotkaliśmy wcześniej grupę ocalałych. Tym razem ich tam nie było i dojechaliśmy dalej. Słońce dzisiaj świeciło i sprawiało, że aż chciało się żyć. Pogoda była iście wiosenna i sprawiała, że ja miałem wyjątkowo dobry humor. Gawędziłem z Wiktorią o różnych sprawach.
- Masz syna? – zapytałem.
- Tak. Urodził się jeszcze przed tym całym syfem, teraz ma trzy lata. Jest dla mnie całym światem – powiedziała z dumą przywołując, jakże rzadki, uśmiech na jej twarzy.
- A twój mąż? Jest tam gdzieś w Ostoi? – zapytałem.
- Niestety nie. Nie udało mu się tu dotrzeć, zginął broniąc mnie i naszego synka – powiedziała ze smutkiem.
- Przykro mi – odpowiedziałem.
Milczeliśmy chwilę po czym zapytałem o coś, co dręczyło mnie już jakiś czas.
- W sumie może ty wiesz, czyją córką jest taka mała dziewczynka o imieniu Marta? – zapytałem.
- To córka jednego ze strażników. To ty ją przyprowadziłeś z powrotem? – zapytała.
- Tak. Znaleźliśmy ją na autostradzie na wschód od Ostoi. Była w kiepskim stanie, ale żywa i nie ugryziona – powiedziałem.
                Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ale w końcu wyjechaliśmy z lasu i musieliśmy się teraz skupić. Wyjechaliśmy na główną drogę i już stąd widać było złomowisko. Wyglądało to niesamowicie. Droga przed nami była wręcz zasypana setką wraków rozmieszczonych tak, że blokowały całkowicie przejazd. Niektóre były nawet ułożone jeden na drugim, przez co nie widać było końca tego złomowiska.
                Zatrzymaliśmy samochód przy pierwszych wrakach i wysiedliśmy. Słyszałem dziwny pomruk zdający się wydobywać z każdej strony. Przeszły mnie ciarki. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy w milczeniu. Każdy wydawał się być maksymalnie skupiony na tym co robi. Wkroczyliśmy pomiędzy wraki. Teraz otaczały nas z każdej możliwej strony. Pogniecione, zmiażdżone, zniszczone pojazdy wytyczały nam drogę. Czasami musieliśmy przeskakiwać po zdeformowanych maskach dalej, a czasami przechodzić pod konstrukcjami utworzonymi w dziwaczny sposób. Pierwszy trup jakiegoś spotkaliśmy, spadł na nas z jednego z aut. Było to dosyć przerażające, ale Pablord szybko zareagował i używając kolby swojego karabinu, roztrzaskał czaszkę trupa. Serce zaczęło mi bić szybciej i rozglądałem się teraz znacznie uważniej. W pewnym momencie, gdy byliśmy już głęboko w labiryncie aut usłyszeliśmy strzał. Wszyscy zatrzymali się w chwilę i zajęli pozycje przy wrakach, czekając na kolejne strzały.
                Byliśmy akurat na rozwidleniu. Mogliśmy iść w prawo lub lewo. Droga w lewo była znacznie przyjemniejsza, wyznaczały ją wraki, tworząc prostą linie. Prawa strona była odrobinę zawalona, ale przechodząc przez parę wraków mieliśmy szansę przejść tędy. Kolejne strzały pojawiły się równie niespodziewanie co poprzednie. Tym razem jednak byliśmy pewni jednego. Ktoś strzelał do nas. Wszystkie trzy pociski trafiły tuż obok mojej głowy. Przytuliłem się plecami do wraku czerwonego auta sportowego i czekałem. Nagle usłyszeliśmy głos.
- Wiemy, że tu jesteście. Mówiłam, żebyście wynosili się z naszego terenu. Nie posłuchaliście, wasza strata! – krzyknęła skądś kobieta.
Zacząłem być poważnie przerażony całą sytuacją. Mieli nas jak w garści. Nie mieliśmy się jak cofnąć, bo prawdopodobnie byli kawałek za nami, a przed nami było jeszcze sporo do przejścia.
                Nagle usłyszeliśmy zgrzyt metalu i zobaczyliśmy jak jeden z wraków za nami osuwa się na bok i na jego miejscu stoi jeden z mężczyzn z lasu. Jonasz wycelował i trafił go prosto w głowę.
- Ruszajcie się! Zaraz was dogonię – krzyknął Jonasz ostrzeliwujący miejsce gdzie przed chwilą stał mężczyzna.
Ruszyliśmy sprintem w prawo. Przeskoczyłem auto pierwszy i biegłem. Obejrzałem się na chwilę za siebie i zobaczyłem, że Wiktoria i Paweł są tuż za mną. Gdy znowu spojrzałem na drogę przede mną zobaczyłem cztery trupy, dosłownie parę kroków ode mnie. Zatrzymałem się i wystrzeliłem parę naboi zabijając je. Nagle poczułem okropny ból przy ramieniu. Jedna z kul wrogów drasnęła mnie. Nie było to przyjemne uczucie, ale nie zatrzymałem się. Byliśmy w zbyt dużych tarapatach żeby się zatrzymać.
                Kolejne odcinek drogi był całkowicie zastawiony przez samochody. Postanowiłem wskoczyć na jeden z nich i kawałek drogi przebyć przeskakując z jednego na drugi. Kolejne strzały przeleciały mi obok głowy. Starałem się skupić jak najbardziej na tym, żeby nie trafić w jakiś mocniej zniszczony element nogą i nie zaklinować się. To byłby mój koniec. Cała sytuacja przypominała mi zawaloną wrakami drogę w Białymstoku, na początku apokalipsy. Wtedy również poruszałem się po samochodach, aż pojawił się przede mną inny ocalały. Wtedy uratowała mnie Miczi, ale teraz byliśmy zdani na siebie.
                Przeskoczyłem kolejne dwa samochody, ale przy trzecim straciłem równowagę i runąłem na plecy. Zamroczyło mnie. Próbowałem wstać, ale kręciło mi się w głowie. Nagle zobaczyłem, że ktoś do mnie podchodzi. Czy to był jeden z wrogów? A może Jonasz, Pablord lub Wiktoria? Niestety nie byli to moi przyjaciele, ani nawet wrogowie. To był jeden z trupów. Rzucił się na mnie. Poczułem ogromny strach, kiedy poczułem odór z rozkładającej się szczęki zombie. Oprzytomniałem trochę i starałem się utrzymać jak najdłużej z dala od śmiercionośnego ugryzienia drugą ręką sięgając po pistolet. Zombie naciskał z wszystkich sił, ciągle starając się złapać mnie. Przygwoździł mnie do ziemi. Gdy już miałem w ręce pistolet poczułem jeszcze większe obciążenie. Drugi trup położył się na pierwszego i wspólnymi siłami próbowali mnie dorwać. Całe szczęście byłem szybszy. Włożyłem pistolet w usta pierwszego trupa i strzeliłem parokrotnie. Przestrzeliwując czaszkę pierwszego trupa dorwałem również drugiego. Podczas upadku zgubiłem gdzieś karabin, a teraz nie miałem czasu go szukać. Zobaczyłem kawałek z przodu Wiktorię i Pablorda, ale wciąż nie widziałem Jonasza. Stanąłem na nogach spychając dwa ciała z siebie i ruszyłem znowu naprzód.
                Czułem, że jest coraz gorzej, ale dogoniłem dwójkę moich towarzyszy i w oddali było widać coraz mniej wraków. Byliśmy już na końcu złomowiska. Teraz wraki mieszały się z pierwszymi budynkami miasta, tymi w dobrym stanie. Ale gdzie był Jonasz? Odwróciłem się i nie widziałem go. Strzały ciągle padały z oddali.
- Widzieliście Jonasza? – zapytałem.
- Nie… obawiam się, że mogliśmy go stracić. Jesteście cali? – wtrącił Pablord.
- Chyba mam skręconą kostkę, ale dam radę – powiedziała Wiktoria. Rzeczywiście kulała odrobinę.
- Ja dostałem w ramię. Ale co robimy? Czekamy na Jonasza? – zapytałem.
- Nie możemy – powiedział bezsilnie Pablord – Tych bandytów jest tam więcej. Na pewno więcej niż w lesie. Musimy dotrzeć do Trzeciego Posterunku jak najszybciej!
Przeskakiwaliśmy kolejne wraki i dotarliśmy na szlak, gdzie można było się normalnie poruszać. Przypominał początek złomowiska z drugiej strony. Sporo wraków, ale prosta droga naprzód. Szliśmy szybkim tempem zabijając po drodze parę trupów.  Nagle przed nami pojawiły się trzy postacie. Zaczęły strzelać. Nie wiedziałem jakim cudem udało nam się schować za autami i uniknąć śmierci, ale gdy opadłem obok oddychałem ciężko, a serce wydawało mi się być jednym z trupów – starało się usilnie wydostać na zewnątrz.
                Wiktoria szturchnęła mnie i pokazała coś palcem. Zobaczyłem o co jej chodzi i kiwnąłem na znak, że to dobry plan. Mieliśmy wczołgać się pod auto po lewej i uciec w bok, do któregoś z domów. Pablord wychylił się zza barykady i puścił serię zabijając jednego z oprawców. Po chwili jednak zauważył, że nie ma amunicji, a nie miał czasu na przeładowanie więc dołączył do nas. Widziałem plamę krwi na jego barku. Musiał dostać i to poważniej niż ja. Czołgaliśmy się próbując jak najdalej oddalić się od miejsca, w którym przed chwilą się broniliśmy. Byliśmy obici i straciliśmy najprawdopodobniej Jonasza. Przegraliśmy to starcie.
                Po przebyciu drogi pod paroma samochodami wstaliśmy i ostrożnie się rozejrzeliśmy. Byliśmy na obrzeżach złomowiska i poza paroma wrakami oraz dwoma domami nie widzieliśmy nic. Ani bandytów ani zombie. Postanowiliśmy iść do przodu, zatrzymywanie się w jednym z domów to też nie była najlepsza opcja. Ruszyliśmy szybkim krokiem ciągle patrząc czy nie dojrzymy kolejnych przeciwników ukrytych wśród rozbitych aut. Nie zauważyliśmy jednak nikogo, a byliśmy już na samym końcu złomowiska. Wraki zaczęły ustępować miejsca drodze i normalnym zabudowaniom. Najbardziej żal mi było Jonasza, który bardzo chciał uniknąć tego złomowiska, a my go do tego zmusiliśmy. Gdy już myśleliśmy, że udało nam się i dotrzemy ostatnie ulice w stronę Trzeciego Posterunku usłyszeliśmy strzały.
                Przyparliśmy do ściany domku w bezruchu licząc na to, że zlokalizujemy skąd strzelają. Dowiedzieliśmy się po chwili. Byli za nami, około dziesięciu. Co gorsza widać było też takich, którzy próbowali nas flankować. Jedyną opcją był bieg w głąb miasta. Starałem się osłaniać Wiktorię, która miała problem z kostką, ale nie było to łatwe. Z każdą sekundą byli coraz bliżej nas. Przeskakiwaliśmy przez płotki i murki przechodząc z jednego ogrodu do drugiego i mijając kolejne domki. Niestety oni byli szybsi. Byli coraz bliżej nas. Wychyliłem się zza płotu żeby opóźnić ich jak najbardziej było to możliwe i pozwolić Pablordowi i Wiktorii oddalić się odrobinę. Udało mi się dosięgnąć jednego z nich z pistoletu, ale po chwili poczułem kolejną falę bólu w okolicach głowy. Dostałem w ucho i straciłem jego sporą część.
                Chwiejnym krokiem wycofałem się do tyłu i z przerażeniem stwierdziłem, że nie widzę nikogo z mojej drużyny, chociaż jeszcze przed chwilą stali przy ścianie domu za mną. Gdyby nie adrenalina prawdopodobnie upadłbym i czekał na śmierć, ale dzięki temu zastrzykowi energii jeszcze potrafiłem iść do przodu. Chcąc minąć dom i iść dalej szukając przyjaciół usłyszałem jak drzwi domu, przy którym stałem, otwierają się. Nim zdążyłem zareagować silne ręce wciągnęły mnie do środka i zamknęły drzwi.
                W środku domu było ciemno, a ja byłem zbyt wykończony żeby podjąć jakąś akcję. Jeżeli to byli ci ze złomowiska, to byłem już trupem. Jednak nikt mi nic nie robił. Siedziałem w holu domu i widziałem tylko zarysy jakichś postaci. Słyszałem też bandytów przechodzących przez podwórko.
- Złomiarze cię zauważyli? – zapytała jakaś kobieta, stojąca obok mnie.
- Nie. Wciągnąłem go za szybko, w ogniu walki nie mieli szans tego zauważyć – wytłumaczył spokojnie mężczyzna kucający przy drzwiach. Miał nieco zimny, charczący głos.
Czekałem jeszcze dobre dziesięć minut, aż w końcu zrobiło się całkowicie cicho. Wtedy oślepił mnie blask latarki, ale tylko na chwilę. Zauważyłem wtedy, że w holu siedzi ze mną jeszcze sześć osób. Była tu Wiktoria, Pablord, starszy mężczyzna z siwo-czarnymi włosami i brodą, nieco młodsza kobieta z pięknymi, długimi, rudymi włosami oraz chłopak i dziewczyna w, na oko, moim wieku. Mężczyzna podszedł do mnie i spojrzał na moje ucho, a raczej to co z niego zostało.

- Spokojnie nie bój się, nie jesteśmy wrogami – zapowiedział świecąc latarką w moją ranę – Nie wygląda to za dobrze, ale raczej przeżyjesz. Jestem Rafał, a to moja rodzina – żona Kasia oraz latorośle Andrzej i Zuzia. Witamy was w Grudziądzu!

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 7: Kontakt

Rozdział 7, trzeci z perspektywy Bobra. W tym rozdziale zobaczycie gdzie moja grupa pojechała po wydarzeniach przy helikopterze po zapasy. Tytuł rozdziału odnosi się zarówno do pewnej sytuacji w mieście jak i "czerwonych flar" :) Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 7 (Bobru): Kontakt


                Nadeszły naprawdę ciężkie dni. Zapasy prawie się nam skończyły i o ile radziliśmy sobie jeszcze z amunicją to podczas posiłków dostawaliśmy śmiesznie małe porcje. Dzisiejszego ranka zjedliśmy ostatnią puszkę jedzenia. Każda wioska, miasteczko czy pojedynczy domek, który znajdowaliśmy po incydencie przy helikopterze, były przeszukane. Byłem już całkiem mocno głodny gdy stanęliśmy na postoju przy drodze niedaleko Zambrowa. Nie zrezygnowałem z planu pojechania do Torunia, dalej to było naszym priorytetem. Jeżeli dopisze nam szczęście to właśnie tam znajdę ludzi, z którymi jeszcze dwa miesiące z kawałkiem temu grałem beztrosko przez Internet. Czy jest szansa, że ktoś tam będzie? Możliwe. Warto było spróbować. Odkąd upadł Królowy Most to właśnie tam miałem nadzieję szukać schronienia. Tak naprawdę miałem też cichą nadzieję, że Kiciuś jakimś cudem uciekł z Supraśla i też zmierza w tę stronę. Był twardym skurczybykiem i jeżeli jakimś cudem udało mu się uciec od hordy to z pewnością tam dotrze.
                Łowca siedział nad mapą i z ponurą miną studiował ją, jeżdżąc palcem po północno–wschodnim krańcu Polski. Mruczał coś pod nosem, w między czasie drapiąc się po świeżo ogolonym podbródku. Wody mieliśmy pod dostatkiem. Dzięki temu ostatnio na postoju również się ogoliłem i ostatecznie po przejrzeniu się w niedużym lusterku, które znalazłem gdzieś w rzeczach Łowcy, uznałem, że znowu wyglądam kompletnie inaczej. Mimo braku brody, która nadawała mi dzikości, teraz moje rysy twarzy były jeszcze chudsze niż zazwyczaj. Przypominałem trochę zombie. Dziewczyny też się odświeżyły. Krew napłynęła mi do twarzy, kiedy zobaczyłem jak Łapa zdejmuje swoje czarne wdzianko i przebiera się w świeże ubrania, oczywiście również czarne, które znalazła w jednym z domów jakiś czas temu. Włosy związała w klasyczny dla niej warkocz, dzięki czemu mogła zachować ich długość, a przy okazji nie stanowiły one zagrożenia dla niej samej.
                Cinek czuł się lepiej. Powoli przyzwyczajał się do posiadania jednej ręki. W sumie zastanawiałem się jak wielkim utrudnieniem musi być posługiwanie się tylko lewą dłonią. Ten świat jest już wystarczająco niebezpieczny, a teraz ktoś taki jak on, który bez problemu radził sobie mając do dyspozycje siłę swojej prawicy, musiał uczyć się wszystkiego od nowa. Widziałem, jak w wolnych chwilach stara się coś pisać na kartce, tworząc wyjątkowo krzywe bohomazy. Mimo tego wchodził w jakąś wprawę i wierzyłem, że jak nauczy się pisać tą ręką to da radę też używać jej do trzymania broni. Podczas ostatniego wieczora był dosyć mało skuteczny, ale dzięki niemu jakoś uratowaliśmy się z rąk bandytów.
                Nieznajoma starał się pomagać mi jak tylko mogła. Wiedziała, że jest mi ciężko, ale zauważyłem, że teraz zawsze była przy mnie i musiałem przyznać, że jest naprawdę wartościową osobą w tej grupie. Potrafiła ugotować dobre jedzenie, czyścić broń, leczyć rany, a co najważniejsze – strzelać. Zabawny był fakt, że dalej nie znałem jej imienia i wiedziałem o niej nie wiele wcześniej niż dwa miesiące temu. W sumie nie potrzebowałem tej wiedzy, ale wciąż było to dla mnie pewne zaskoczenie.
                Sołtys starał się ciągle służyć mi dobrą radą i pomagać w ciężkich chwilach. Jak na człowieka, który większość życia spędził na wsi, był niezwykle inteligenty. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach mimo podeszłego wieku, a sympatia i szacunek jakimi mnie darzył były swego rodzaju paliwem, napędzającym mnie do kolejnych działań. Staruszek był dla mnie jak dziadek. Cieszyłem się jak dziecko, jak zobaczyłem go w kościele po tym co stało się w Obozie. Początkowo myślałem, że to on będzie jednym z tych, którzy zginą pierwsi. Całe szczęście myliłem się. Kondycja i celne oko również mu dopisywała, co za tym idzie również był kimś, kogo warto mieć przy sobie.
                No i Łapa. Moja największa zguba. Chociaż była miedzy nami dziwna relacja to nie wiedziałem czy się tego bać czy cieszyć. Tworzyliśmy zgraną grupę, którą mógłbym nazwać rodziną. Czyszcząc swoją broń zacząłem temat, nad którym musieliśmy podyskutować.
– Słuchajcie – poczekałem, aż wszyscy zwrócą na mnie uwagę – Zostaliśmy postawieni w ciężkiej, naprawdę cholernie ciężkiej sytuacji. Niestety skończyły się nam zapasy, a przed nami całkiem spore miasto, które nie wróży niczego dobrego. Chciałbym już teraz, przed wjazdem, ustalić kilka rzeczy.
Wszyscy słuchali mnie w skupieniu. Darzyli mnie szacunkiem. Podobało mi się to i również pomagało funkcjonować. Rozkazywałem im, a oni tego słuchali i rzadko kiedy słyszałem jakiś sprzeciw. Było to sporym zaskoczeniem. W końcu byłem prawie najmłodszy z obecnych tu osób. Podejrzewałem, że Łapa i Nieznajoma są ode mnie odrobinę młodsze, ale nie byłem tego pewien.
– A więc tak – zacznijmy od ustalenia punktu zbioru. Wiecie gdyby coś znowu poszło nie tak. Ja preferowałbym ten lasek, który widać na północ stąd. Łatwo się będzie tam dostać z miasta, a drogi wyglądają tam na całkiem przejezdne, więc Potwór powinien sobie dać radę z dojazdem tam.
– Wiem o którym miejscu mówisz młody – zaczął Łowca– obserwowałem je jak tu przyjechaliśmy. Wygląda całkiem solidnie, ale czy to na pewno dobry pomysł, żeby uciekać takim otwartym terenem? Przed zombie jest to dobre zabezpieczenie, ale co jeżeli wpadniemy tam na innych ocalałych? Przejebane uciekać przez takie duże pole.
– Chyba, że zrobilibyśmy to zupełnie inaczej – wtrącił Sołtys.
– Na przykład jak? – zapytałem z zaciekawieniem.
– Jak dobrze wiesz poruszanie się w dużych grupach sprawia, że jesteśmy głośniejsi. Dodatkowo ja nie jestem już w kwiecie wieku, Marcin wciąż nie odzyskał pełni sił, a Łowca ma tylko jedno oko. Co powiesz na to, żebyśmy bezpiecznie was osłaniali, a wy tam pójdziecie w trójkę z Nieznajomą i Łapą? – zaproponował.
W jego słowach było sporo racji. Gdybyśmy tam poszli mniejszą grupą to narobilibyśmy mniej hałasu, poruszali się szybciej i mieli jakąś drogę ucieczki.
– To jest całkiem dobry pomysł – odpowiedziałem – Myślę, że możemy coś takiego zrobić. Poczekalibyście na nas na wzgórzu, nie zajęłoby to nam dużo czasu. Załóżmy, ze jakbyśmy nie wrócili do rana to byście poszli nas szukać, ok?
– Nie wiem czy powinnam iść – wtrąciła Nieznajoma – jestem strasznie wykończona, ostatnio cierpię na jakąś dziwną bezsenność i naprawdę padam z nóg. Będę dla was tylko kulą u nogi.
To mnie akurat trochę zdziwiło. Chociaż widziałem jak dużo pracy w nasz zespół wkłada, to wydawało mi się, że sypia normalnie. W sumie ciężko było to ocenić, bo zazwyczaj gdy przykładałem głowę do poduszki to prawie natychmiastowo zasypiałem. Tak czy siak szanowałem jej zdanie i jeżeli chciała odpocząć to byłem w stanie się na to zgodzić.
– Nie ma sprawy. Zostań z wszystkimi jeżeli nie dasz rady, rzeczywiście nie ma sensu ciągnąć cię tam na siłę.
Zobaczyłem ulgę na jej twarzy.
                Zaczęliśmy się powoli pakować. Mieliśmy oboje po pistoletach, do których mieliśmy po piętnaście naboi. W razie gdyby zrobiło się gorąco lub gdyby nas zaatakowali inni ocalali. Wzięliśmy dwa spore plecaki turystyczne oraz dwie latarki, w razie gdyby noc zastała nas na miejscu. Słońce wisiało już całkiem nisko na horyzoncie, maksymalnie za trzy godziny będzie już ciemno. Planowałem wrócić jeszcze dzisiaj, bo wszyscy nasi byli głodni, na czele ze mną, ale gdyby było zbyt niebezpiecznie to będziemy musieli przenocować w Zambrowie. Łapa wydawała się być zadowolona z faktu, że spędzimy trochę czasu sam na sam. Bałem się trochę tego co może zrobić. Na jej pięknej twarzy widać było entuzjazm. Uśmiechnąłem się pod nosem i powoli wyskoczyłem z ładowni na zmarznięty śnieg. Było dzisiaj stosunkowo ciepło, chociaż wciąż musieliśmy chodzić w kurtkach i grubych spodniach, żeby nie zachorować. Ograniczało to ruchy, ale dawało niezbędną ochronę przed zimnem.
                Pożegnaliśmy się z resztą patrząc jak odjeżdżają do lasu na północ, a sami zaczęliśmy iść wzdłuż drogi w stronę miasta. Szliśmy w milczeniu. W sumie nie miałem ochoty o niczym teraz rozmawiać, spoglądałem w dal i myślałem. Ostatnio sporo myślałem. Dzięki temu wydawało mi się, że dalej jestem człowiekiem chociaż już tak nie było. Teraz nie było ludzi, byli tylko ocalali. Liczyło się dla nich tylko przetrwanie z grupą ludzi, których lubili lub kochali. Zazwyczaj nie była to nawet rodzina. Moja rodzina zapewne już nie żyła. Kto wie, czy nie skończyli oni tak samo jak ludzie z helikoptera, który rozbił się u podnóży wzgórza. Czy teraz moją rodziną są osoby pokroju Łapy? Czemu akurat spotkałem Łapę, a nie Natalie? Wolałbym szukać czarnowłosej, była ona bardziej dzika i o wiele twardsza. Natalia zawsze była odważną, ale słaba dziewczyną. Nie potrafiła zrobić wielu rzeczy, ale bardzo mi się podobała. Teraz coraz mniej o niej myślałem, przez to, że nie wiedziałem czy w ogóle żyje. Coraz częściej w moich snach pojawiała się Łapa i czułem do niej coraz więcej, chociaż nie chciałem. Musiałem zacząć budować mur pomiędzy naszą relacją. Ona jest jedynie moją sojuszniczką. Tego muszę się trzymać.
                Zbliżyliśmy się do obrzeży miasteczka. Standardowo przywitał nas widok rozwalonych domków, bloków oraz opustoszałych budynków. Mimo to zaczęliśmy je powoli przeszukiwać. Nie mieliśmy oczywiście ani czasu, ani sił, żeby przeszukać wszystko, więc skupiliśmy się na sklepach, straganach, oraz magazynach. Ku naszej uciesze już w pierwszym budynku znaleźliśmy parę konserw rybnych i trochę makaronu. Pakowaliśmy wszystko, najwyżej później zrobimy mała selekcję, lepiej mieć więcej niż mniej. Wychodząc z pierwsze budynku usłyszeliśmy szmer. Zatrzymaliśmy się w drzwiach i wyjmując bronie do walki wręcz wyjrzeliśmy na ulicę. Człapały tam w naszą stronę dwa trupy. Były one wyjątkowo wolne, więc żeby nie spotkać ich później zabiliśmy je szybko. Ciała zrzuciliśmy do budynku, w którym byliśmy, żeby nie zostawiać po sobie zbyt wielu śladów. Co prawda krew zabarwiła śnieg, ale że ciągle delikatnie padało to liczyłem na to, że za parę minut ślady znikną.
                Zwiedziliśmy około dziesięć kolejnych budynków w milczeniu, kiedy nagle pomyślałem, że ją o coś zapytam.
Łapo?
– Tak? – spytała, nie odwracając się od szafki, która przeszukiwała.
– Dlaczego twój ojciec cię ścigał? – te pytanie nurtowało mnie już od jakiegoś czasu.
– Mówiłam, że nie chcę o tym mówić, po prostu był złym człowiekiem i ważne jest to, że umarł – odpowiedziała lekko zdenerwowana.
– Czy nie ma żadnej szansy, żebyś mi to opowiedziała? Wydawało mi się, że jesteśmy drużyną i powinni…— w tym momencie poczułem jak coś ciągnie mnie do tyłu. Z początku byłem pewien, że to jakiś cichy trup, podkradł się mi za plecy, ale kiedy się odwróciłem zobaczyłem zbliżając się do mnie Łapę. Trzymała mnie za twarz i zbliżała coraz bardziej. Zobaczyłem jak zamyka oczy po czym poczułem jej usta. Cholera – pomyślałem odwzajemniając pocałunek. Dawno nie czułem nic równie przyjemnego. Całowała namiętnie i z pasją, sprawiając, że natychmiastowo zapomniałem o wszystkim. Zrobiło mi się ciepło, ale nie przestawaliśmy. Poczułem jak wsuwa rękę pod moją kurtkę i delikatnie szczypie w brzuch. Ja trzymałem ją w talii. Dotykanie jej sprawiało mi przyjemność. Na pewno każdy, kiedyś miał to odczucie, kiedy lądował w rękach ukochanej osoby, to niesamowicie bajeczne ciepło.
                W końcu odsunęła się ode mnie powoli i uśmiechnęła.
– Później dobrze? – powiedziała odwracając się z powrotem do półki, którą przeszukiwała. Nie mówiłem już nic. Czułem jak krew napływa mi do twarzy. Musiałem być bardziej czerwony od krwi, która została na śniegu po zabiciu trupów na wejściu do miasta. Wyjrzałem za okno i widziałem, że słońce już prawie całkowicie zniknęło za horyzontem. Zambrów — pomyślałem – To tutaj ostatecznie mną zawładnęła. Ona wiedziała, że coś do niej czułem w głębi. Nie udało mi się postawić nawet małego płotu pomiędzy nami. To był dla mnie zupełnie nowy epizod. Gdy zaczęła schodzić po schodach z piętra tego budynku, podążyłem za nią. Mieliśmy całkiem sporo zapasów i trochę medykamentów, które znaleźliśmy w remizie strażackiej. Najwyższy czas by się zbierać.
                Wychodziliśmy na ulicę, kiedy znikąd zobaczyliśmy coś lecącego w naszym kierunku. Zepchnąłem Łapę za róg i razem przeleżeliśmy przez chwilę. Początkowo wydawało mi się, że to granat, ale teraz wychylając się zauważyłem, że to flara. Ktoś tu jest. Wyciągnąłem pistolet i czekając na rogu ulicy nasłuchiwałem. W końcu usłyszeliśmy kroki. Co najmniej dwie osoby. Ręką drżała mi z emocji, ale zbyt wiele przeżyłem, żeby specjalnie się ekscytować z tego powodu. Wyczekaliśmy jeszcze chwilę, kiedy zobaczyłem dwie osoby. Było to dwóch chłopaków. Jeden z nich to wysoki ciemny blondyn z parodniowym zarostem. Był ubrany podobnie do mnie, z tą różnicą, że miał na przodzie kurtki symbole „T.O.O”. Przez plecy miał przewieszoną strzelbę, a za pasem wisiała mu siekiera. Mięśnie widać było nawet przez materiał, więc na pewno można powiedzieć, że miał dobrą posturę.  W ręce trzymał kolejną flarę. Chłopak obok niego był znacznie niższy, ale również wyglądał na kogoś, kto jest całkiem sprawny fizycznie. Miał długie włosy, które opadały kaskadą na jego ramiona i plecy, oraz zabawną uszankę na głowie. Na jego kurtce, również było to samo logo. Co mogło oznaczać? Ten młodszy gadał coś do starszego, ale ciężko było cokolwiek usłyszeć. Brzmienie jego głosu wydawało się znajome, ale nie byłem pewien skąd je kojarzę i czy po prostu mi się nie wydaję. Na pewno był rozgadany.
                Widziałam, że Łapa zaczyna celować, ale powstrzymałem ją. Nie wiadomo ilu ich było i czego właściwie chcieli. Co prawda mieliśmy element zaskoczenia, ale to wciąż było za mało. Poczekaliśmy, aż pójdą dalej, po czym zaczęliśmy się wycofywać powoli na północ. Zastanawiałem się nad tymi dwoma, którzy są teraz w Zabudowie. Wydawali mi się dziwnie znajomi, chociaż na pewno nie był to nikt z Obozu w Królowym Moście. Co mógł oznaczać ten cholerny skrót? Może powinniśmy ich śledzić, albo spróbować zatrzymać? Na to jednak było już chyba za późno.  Musiałem pamiętać, aby wspomnieć o tym Sołtysowi, może on będzie coś wiedział na ten temat.
                Wspinaliśmy się po wzgórzu zbliżając coraz bardziej do miejsca, w którym mieli czekać na nas pozostali. W pewnym momencie złapała mnie za rękę. Nie puściłem. Nazwałbym cały ten wypad chwilą mojej słabości. Idąc coraz wyżej, odwróciłem się na chwilę, żeby spojrzeć przez ciemność na zarysy Zabudowa. Nawet stąd było widać czerwień flar. Ciekawe co to miało na celu. Spróbowałem dostrzec ruszający się czerwony punkt, ale wygląda na to, że ta dwójka zgasiła flary. Skupiając się na drodze ruszyliśmy dalej.
                Po dziesięciu minutach byliśmy już na miejscu. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłem, że Potwór stoi tam gdzie miał stać. Podeszliśmy powoli i zapukaliśmy w drzwi ładowni. Otworzył nam Sołtys, który dziękując Bogu wpuścił nas do środka. Nie wiem z czego ucieszyli się bardziej, z naszego powrotu czy z zapasów, które przynieśliśmy. Nieznajoma szybko zajęła się przyszykowaniem kolacji, a Cinek pochował wszystko co znaleźliśmy do kartonów. Co prawda nie było tego dużo, ale powinno nam starczyć na parę dni. Musieliśmy się pospieszyć. Jeżeli rzeczywiście moi znajomi są w Toruniu to nie będą tam długo czekać. W końcu nie mają pojęcia czy żyjemy, tak samo jak ja nie wiem czy oni żyją. To była jedna z najtrudniejszych rzeczy podczas apokalipsy. Gdyby sieci komórkowe działały to bez problemy dowiedziałbym się czy Natalia i reszta żyją. Może powinniśmy zostawiać znaki? Jakby ktoś z naszych podążał tą samą drogą i wpadł na nie to może byśmy się znaleźli? Wciąż nie do końca wierzyłem w to, że kompletnie nikt nie przeżył ataku na Obóz.
                Podzieliłem się swoimi myślami z Sołtysem.
– Adamie. Mam pewien pomysł i zastanawiam się czy to mogło by zadziałać…— zacząłem.
Starzec siedział teraz nad mapą, nad którą wcześniej ślęczył Łowca. Kiedy do niego podszedłem skierował na mnie wzrok.
– Mów śmiało – zachęcił mnie.
Przedstawiłem mu plan dotyczący pozostawiania znaków, a ten spodobał mu się. Opowiedziałem mu też o dwóch osobach, które spotkaliśmy w Zambrowie i krótko streściłem nasz wypad, oczywiście pomijając wątek mojego pocałunku. Miałem nadzieję, że to była chwila słabości, chociaż po cichu liczyłem, że to jeszcze się powtórzy.
                Chwilę później zasiedliśmy do skromnej kolacji, którą przyrządziła Nieznajoma. Jedliśmy rozmawiając o niczym i powoli szykując się do snu. Łapa patrzyła na mnie przez większość wieczora. Byłem ciekaw co sobie myśli o tym co się stało. Wiedziałem, że ona też darzyła mnie sympatią, ale czy traktowała ten pocałunek poważnie? W sumie był to przejaw jej braku szacunku, w końcu wiedziała, że Natalia jest dla mnie najważniejszą osobą. Tylko czy na pewno ona? To pytanie pojawiło się dosyć nagle i szczerze sam się zdziwiłem jak pojawiło się w mojej głowie. Chcąc przed snem przewietrzyć trochę umysł postanowiłem po zjedzeniu przejść się i przy okazji wysikać. Poinformowałem o tym wszystkich i już chciałem wyjść, kiedy dołączył do mnie Łowca.
– Jak ty pójdziesz za potrzebą to ja zobaczę czy nic nie zmieniło się w okolicy i czy nie ma tu zombie – powiedział otwierając drzwi ładowni i wyskakując.
                Gdy ja skierowałem swoje kroki kawałek w głąb lasu on wdrapał się po drabince na dach ze swoją snajperką i powoli zaczął przeszukiwać okolicę. Dopiero teraz po zjedzeniu i wygrzaniu się poczułem zmęczenie. Znalazłem dobre drzewo i rozpinając rozporek zacząłem sikać. Nagle usłyszałem coś. Szybko skończyłem zaspokajać potrzebę fizjologiczną i wyciągając pistolet zacząłem się rozglądać. Zobaczyłem, że Łowca spogląda w stronę miasta i pokazuje mi, żebym do niego podszedł. Strzały były dosyć odległe, ale jednak słyszalne. Wspiąłem się na dach Potwora i spojrzałem tam gdzie pokazywał.
                Zamarłem. Na zachodzie miasta coś się działo. Widać było odległe strzały, ale co najgorsze widać było też flary. Ruszające się flary. Z tą różnicą, że teraz było ich siedem.  Opowiedziałem reszcie o ludziach, których spotkaliśmy więc Łowcy nie zaskoczył fakt tego zjawiska. Nie wiedzieliśmy jednak, że tych ludzi jest aż tyle. Całe szczęście Potwór był schowany miedzy drzewami i z miasta raczej nie było szans go zauważyć. Zastanawiałem się co to za grupa ocalałych tam jest. Co prawda widziałem dwóch nieznajomych ludzi, ale czy to możliwe, że są też tam nasi przyjaciele. Niewykluczone.

                Nagle usłyszeliśmy huk. Był głośny i dochodził z środka miasta. Zobaczyliśmy całkiem sporą eksplozję. Nagle cztery flary zgasły. Ci ludzie właśnie zostali przez kogoś zabici i byli całkiem blisko nas.