Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 5. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rozdział 5: Krew i ziemia

Rozdział 5 Tomu 5, kolejny z perspektywy Erniego. Po morderstwie jakie miało miejsce, atmosfera w grupie drogowej nieco się zagęściła. Pracy jednak wciąż jest sporo i nie ma miejscu na dłuższe postoje. Trzeba ruszać dalej. Co jednak będzie czekało na kolejnym odcinku drogi? Zapraszam do czytania i komentowania.

POV:
Erni - Rozdział 5 - Dzień 2-3
Bobru - Dzień 2-3 - Grupa Bobra wyjechała z Inowrocławia i dojechała do Włocławka
Zuza - Dzień 2-3 - Zuza podąża śladem Potwora

----------------------------------------------------

Rozdział 5: Krew i ziemia (ERNI)


                Staliśmy w środku lasu. Słońce świeciło i odbijało swoje promienie od liści. Dwa ciała leżały oddalone od siebie od parę kroków. Słyszałem wystrzał, pamiętałem strach w oczach i niedowierzanie na twarzach. Ale zrobiłem to co uważałem za stosowne. Wyeliminowałem problem gdy zaczął kiełkować, bo nie zauważyłem go w zarodku. Rekin przyglądał się trupom. Paweł miał ranę tuż nad ustami, paskudnie wychodzącą z drugiej strony głowy, a drugi robotnik został trafiony prosto w skroń.
- To mi wygląda na zabójstwo i samobója po tym – stwierdził Rekin niepewnym głosem. Ciała zostały znalezione przez jednego z robotników. Byłem pewien, że odsunąłem się wystarczająco daleko, ale jednak jedna z osób z Inowrocławia musiała usłyszeć strzały i pójść do ich źródła. Całe szczęście byłem już wtedy z powrotem na drodze i nie było mnie w kręgu podejrzanych. Nawet Rekin wydawał się nie zauważyć niczego podejrzanego. Karolina patrzyła zaciekawiona na to wszystko, patrząc na moją drugą ofiarę.
- Nikt nic nie widział? Nie było tu nikogo innego jak znalazłeś ciała? – zapytałem najpierw wszystkich, a potem chłopaka, który zawiadomił o tym resztę. Musiałem grać  rolę dowódcy. Gdybym nie zadawał pytań tylko patrzył od razu stałbym się podejrzany.
- Nic. Przybiegłem tu po tym jak Paweł i Adam poszli na ubocze i usłyszałem strzały ze strony w którą poleźli. Gdy dobiegłem zobaczyłem dokładnie to – w jego głosie słychać było strach i zdenerwowanie.
- Nie powinniśmy tutaj być. Jeżeli to nie było zabójstwo i samobójstwo to morderca wciąż może być w pobliżu – zauważyłem, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Ten zginął na pewno od kogoś – zauważył Rekin pokazując dziurę nad ustami Pawła – Ale ten rzeczywiście wygląda jakby palnął sobie w głowę. Tylko czemu broń nadal jest w kaburze? – zastanawiał się na glos.
                Ludzie rozglądali się nieufnie. Wolałem rozwiązać ten problem, bo wiedziałem, że jak każdy zacznie się podejrzewać to atmosfera będzie jeszcze gorsza od tego co robił Paweł.
- Zabierzcie ich, zawieziemy ich ciała do Inowrocławia. Musimy wracać, tutaj nie ma nic więcej, a czas nas goni. Jak załatwimy ten odcinek drogi to już jutro będziemy mogli przenieść się do prac w stronę Płocka – zawołałem spokojnym głosem.
- Będziesz pozwalał nas tak mordować? – zapytał jeden z robotników.
- Ten psychol wciąż tu może być! – krzyknęła jedna z kobiet.
Pokręciłem głową. Podszedłem do robotnika tak, że moja twarz była parę centymetrów od jego.
- Masz lepszy pomysł? Chcesz może szukać niewiadomego mordercy po lesie? Zdajesz sobie sprawę, że to nie do wykonania. Miałem zapewnić wasze bezpieczeństwo, z tą dwójką mi się nie udało, ale nie będę narażał reszty – powiedziałem twardo. Obserwowałem oczy mojego rozmówcy. Widać, że moje słowa go przestraszyły. Rozejrzałem się po ludziach stojących wokoło. Widziałem wciąż przerażenie malujące się na ich twarzach. W grupie Bobra nigdy czegoś takiego nie było. Wszyscy byli od początku zaznajomieni ze śmiercią i tym co działo się na drogach. Oczywiście opłakiwali bliskich i przyjaciół, ale dzielnie trzymali się swego. Ci ludzie całą apokalipsę spędzili za bezpiecznymi murami Inowrocławia. Droga była dla nich czymś nieznanym i niebezpiecznym.
- Wiem, że macie obawy, ale stojąc tu niczego nie zmienimy! Musimy dokończyć pracę i opuścić te tereny. Weźcie tę dwójkę i spadajmy stąd – powiedziałem i wskazałem ręką w stronę obozu. Niektórzy ruszyli od razu, inni nieco wolniej. Gdy w końcu na polanie zostałem tylko ja, Rekin, jeden z robotników i dwa ciała. Robotnik dźwignął ciężko ciało Adama, a Rekin podszedł i przerzucił przez plecy Pawła. Ruszyliśmy powoli do obozu. Cały pochód przez las zamykałem właśnie ja z Rekinem. Szliśmy w milczeniu.
- Dziękuje – powiedział nagle Rekin.
Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Zobaczyłem na jego twarzy uśmiech schowany pod gąszczem siwo-czarnej brody.
- Za co? – spytałem, chociaż dobrze wiedziałem, że on wie.
- Za to co powinien zrobić dobry przywódca. Dobrze się zachowałeś.
- Chyba nie przemyślałem tego za dobrze – stwierdziłem po chwili.
- Zaufałeś instynktowi i pozbyłeś się zagrożenia. Ten dupek – klepnął ciało ręką po plecach – doprowadziłby nas do pieprzonych grobów.
                Słowa Rekina nieco uspokoiły moje sumienie, ale te dalej zadawała mi wewnętrzne pytania. Nie wiedziałem sam co o tym sądzić. Nigdy nie uważałem się za typowego mordercę. Broniąc przyjaciół zabijałem, ale to nie wydawało mi się takie same jak zabicie dwóch ludzi, którzy byli z nami, a podejmowali głupie decyzje. Bobru z pewnością postąpiłby tak samo, a nawet zabił ich przy innych, ale wiedziałem, że taki Gigant wolałby najpierw porozmawiać na osobności.
                Wróciliśmy z powrotem na drogę. Zanim wszyscy rozeszli się na swoje stanowiska, musiałem dalej grać nic niewiedzącego.
- Nikt nie idzie do lasu. Trzymajcie się drogi i w razie zagrożenia krzyczcie.  Wypatrujcie też tego – dodałem pokazując im flarę trzymaną w kieszeni.
Ludzie przytaknęli i rozeszli się ,a ja wraz z resztą zaniosłem ciała do jednego z aut i poprosiłem jednego z robotników, aby szybko pojechał w stronę Inowrocławia i zawiózł ofiary do ich domu, żeby mogli zostać pochowani na cmentarzu w obozie Bena. Gdy tylko odjechał wziąłem się z powrotem do roboty.
                Oczywiście nikt nas nie zaatakował. Zdziwiłbym się gdyby jednak pojawił się jakiś morderca, kiedy to ja zabiłem tamtą dwójkę. Prace szły bez żadnych dalszych problemów. Nim się obejrzałem zaczęło się robić ciemno. Robotnik wrócił z samochodem po paru godzinach opowiadając, że droga jest wyjątkowo bezpieczna i dojechał bez problemu. Od kiedy zajmowaliśmy się oczyszczaniem dróg to te stały się naprawdę przyjemne. Nie trzeba było zatrzymywać auta, żeby spychać wraki z ulic lub jechać wolniej przez kocie łby. Było też znacznie bezpiecznej, bo zombie często zatrzymywały się przy takich skupiskach aut szukając pożywienia, a kiedy te były przesunięte, nie zagrażały już jako wabik.
                Przetarłem pot z czoła i rozejrzałem się po drodze. Zakręty na których pracowaliśmy były już porządnie sprzątnięte. Rekin podsunął mi pod nos mapę pokazując z dumą, że był to ostatni punkt drogi pomiędzy Toruniem, a Inowrocławiem. Zajęło nam to ponad tydzień, ale wzmocniliśmy i zrobiliśmy co trzeba. Nadszedł czas na dalszą drogę.
- Gdzie planujesz się zatrzymać? – zapytał Rekin, gdy zaczęliśmy pakować wozy i ciężarówkę.
- Na noc? Właściwie nie wiem. Może po prostu kimniemy w Inowrocławiu? – podsunąłem.
- W końcu normalne warunki – uśmiechnął się mężczyzna.
- Nawet my zasługujemy czasem na odrobinę odpoczynku – zauważyłem.
- Zbieramy się! – krzyknąłem, żeby dotarło do reszty. Z chęcią opuszczałem zakręty. Zawsze będą dla mnie miejscem, w którym zrobiłem coś, czego normalnie bym nie zrobił.
                Gdy tylko wyruszyliśmy w trasę poprosiłem Karoliny, żeby obudziła mnie gdy będziemy dojeżdżać do Inowrocławia. Sam przekręciłem się na bok i przygotowałem do snu. W odbiciu szyby widziałem swoją twarz. Wciąż zdobiła ją blizna, którą zarobiłem po ataku w Płońsku. Gdyby nie pomoc ludzi Feline wtedy, a także w drodze powrotnej, to prawdopodobnie bym nie żył. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nigdy jej się nie odwdzięczyłem, nawet solidnie nie podziękowałem.  Oddała dwóch ludzi, którzy zginęli jak ludzie Daliona gonili nas z Królowego Mostu. Wtedy też straciłem Cinka, którego uważałem za przyjaciela na dobre i na złe. Starałem się oczyścić jednak wszystkie myśli z głowy i skupić się na odpoczynku. Zasłużyłem na niego i był mi potrzebny. Chwilę później przymknąłem oczy i zasnąłem.
                Sny nie dawały mi jednak spokoju. Pojawiłem się na polanie. Dokładnie tej, na której zabiłem Pawła i Adama. Stali przede mną, a ja patrzyłem na nich. Było ciemno, ale ich twarze były dla mnie dobrze widoczne. Nagle zdałem sobie sprawę, że otaczający nas las składa się z ludzi. Było ich naprawdę dużo, ale większość z nich była skryta w cieniu. Chciałem podejść, ale nie potrafiłem. Ilekroć zrobiłem krok naprzód, cała polana wydawała się przesuwać w tę samą stronę, jakby nie chciała mnie puścić dalej. Rozejrzałem się. Wśród twarzy były oświetlone punkty. Były to głowy, na których w miejscach ust, oczu i nosa znajdowały się różne, przerażające rzeczy. Odwracając się w lewo zobaczyłem twarz z wielkim krzyżem wytatuowanym na niej. Kawałek dalej stała kolejna, która miała wielkie oko, poruszające się i nie zatrzymujące się na mnie nawet na chwilę. Najbardziej zdziwiła mnie jednak ta, która stała tuż za mną. Twarz ta miała usta, a z nich wystawały zęby. Wydawało mi się, że uśmiecha się do mnie, ale nim zdążyłem się dobrze przyjrzeć to obraz zaczął się rozmazywać.
                Wstrząs zachwiał pojazdem i sprawił, że uderzyłem głową w szybę.
- Kur… - zakląłem pod nosem.
- Sorka, nie prowadzę tak dobrze jak ty – przyznał Rekin zwalniając nieco.
- I tak dojeżdżamy do Inowrocławia, więc zaraz musiałabym cię budzić – powiedziała Karolina kładąc mi rękę na barku.
Wyjrzałem za okno. Było już kompletnie ciemno. Nie czułem się wyspany, ale dawka dodatkowej energii podziałała na mnie dobrze. Wyjrzałem za szybę. Miasto wyglądało spokojnie, ale oświetlenie obozu było widać już kilka ulic dalej. Zaciekawiony spoglądałem na wymarłe budynki i pojedyncze trupy, które musiały być kiedyś ich mieszkańcami. Widok był mocno przygnębiający. Instynktownie spojrzałem w lusterko, żeby zobaczyć czy pozostałe dwa auta jadą za nami. Całe szczęście tak było. Na tyłach ciężarówki panowała cisza. Wszyscy korzystali z chwili odpoczynku i albo leżeli, albo spali.
                Podjechaliśmy pod bramę. Kościół jak zwykle robił spore wrażenie z bliska. Uchyliłem okno i wystawiłem głowę pokazując, że to my. Przejście stanęło przed nami otworem i powoli wjechaliśmy do środka. Wysiadłem gdy tylko wóz się zatrzymał. Zobaczyłem, że Konrad powoli idzie w naszą stronę.
- Zajmijcie się sobą, odpocznijcie i widzimy się jutro rano w tym miejscu – powiedziałem głośno, aby każdy usłyszał. Nie widziałem potrzeby, żeby pilnować tych ludzi w ich własnym obozie. Mieli prawo pobyć sami, odpocząć i zjeść porządny posiłek. Połowa przytaknęła, a druga połowa po prostu ruszyła przed siebie bez słowa. Konrad podszedł do mnie i przywitał mnie uściskiem ręki.
- Znowu na ładownie, hę? – zagadał.
- Nie tym razem. Materiały jeszcze mamy, ale musimy odpocząć. Pewnie słyszałeś, co się stało? – odpowiedziałem.
- Dwa trupy. Szkoda, chociaż między nami nikt tu nie będzie specjalnie za nimi tęsknił. Często sprawiali problemy i musieliśmy ich wyganiać, zresztą znasz zasady Bena.
- Ta. Mimo wszystko nie chciałem, żeby ludzie męczyli się na drodze. Niech ochłoną jeden dzień i jutro ruszamy w stronę Płocka.
- Skończyliście odcinek do Torunia? – zapytał zaskoczony.
- Tak. Droga jest teraz naprawdę spoko. Były jakieś wieści od Bobra?
- Jeszcze nic. Ale właściwie wyjechał wczoraj, więc pewnie zanim ogarnie miejsce i kogoś tu wyślę minie trochę czasu – stwierdził Konrad.
- Dobra, dzięki. Będę leciał, jestem naprawdę zmęczony – powiedziałem.
- Jasna sprawa. Jak chcecie to znajdzie się wolny dom dla ciebie, Rekina i twojej koleżanki – spojrzał w stronę moich przyjaciół.
- Z chęcią skorzystamy – powiedziałem. Konrad sięgnął do kieszeni i grzebiąc się przez chwilę podał mi klucz pomalowany zieloną farbą.
- To chyba ten. Przedostatni dom w lewej kolumnie. Na pewno znajdziecie.
- Jeszcze raz dzięki – powiedziałem biorąc klucz i pokazując go Karolinie i Rekinowi.
                Nie zatrzymywaliśmy się nigdzie indziej, zanim nie doszliśmy do domu. Był to nieduży domek, bez piętra, który miał trzy pokoje i kuchnie. Chociaż widać było, że dawno nikt tu nie mieszkał, to był raczej zadbany.
- To co, ja wezmę tamten pokój, a w ty ten większy, co? – zapytał Rekin.
- Jasne – odpowiedziałem uśmiechając się.
Na kolacje poszliśmy do baru. Zjedliśmy ciepły posiłek rozmawiając o mało ważnych rzeczach. Wśród gości widziałem też ludzi, którzy pracowali ze mną na drogach. Korzystali z paru godzin spokoju żeby odpocząć i pogadać ze znajomymi i rodziną. Chciałem porobić coś jeszcze, ale byłem tak wyczerpany, że od razu po kolacji ruszyłem do domu. Rekin został jeszcze chwilę, a Karolina poszła razem ze mną.
- Staruszek jest całkiem wytrzymały – stwierdziła Karolina. Chociaż Rekin nie był stary to był starszy od nas o ponad dwadzieścia lat. W tych czasach to była przepaść.
- Też podziwiam jego wytrwałość – powiedziałem opadając bez sił na łóżko.
- Myślisz, że będą nas gonić? – zapytała patrząc na mnie.
- Tutaj nic nam nie grozi, a odcinek pomiędzy Inowrocławiem i Płockiem jest jeszcze bardziej oddalony od Złomiarzy.
- Złomiarzy? Oni nas zaatakowali?
- A kto inny? Myślisz, że jakaś przypadkowa grupa czy nawet osoba po prostu rzuciłaby się na dwójkę przypadkowych ludzi w lesie, którzy właściwie nic ze sobą nie mieli? – zapytałem.
- Czyli samobójstwo odrzucasz? – jej pytania były nieco natrętne, ale wiedziałem, że nie miała nic złego na myśli.
- Nie. Boże Karolina po prostu nie chcę obniżać niepotrzebnie zapału. Było, nic z tym nie zrobiliśmy i minęło. Idźmy już spać, proszę – poprosiłem.
- Jak chcesz – odpowiedziała kładąc się na łóżku obok mnie i gasząc lampkę. Nie miałem siły na dalsze próby tłumaczenia, więc w ciszy przełożyłem się na bok i zasnąłem.
                Rano na zbiórce pojawili się wszyscy. Widać było zmęczenie oraz niezadowolenie na ich twarzach. Z pewnością nie było łatwo opuszczać dom po raz kolejny. Wiedzieli jednak na co się piszą i wybierał ich sam Ben, więc byłem pewien, że wiedział co robi. Zastanawiałem się przez chwilę czy specjalnie nie włączył dwójki, którą zabiłem do grupy, żeby się ich pozbyć, ale ostatecznie postanowiłem odrzucić teorie spiskowe i zająć się sprawdzaniem stanu pojazdów. Konrad zadbał o to, żeby baki były pełne benzyny, a zapasy uzupełnione. Byliśmy gotowi do drogi.
- Do zobaczenia następnym razem – powiedziałem do Konrada, który żegnał nas przy bramie.
- Do następnego – rzucił.
Wsiadłem za kółko ciężarówki. Teraz, po paru godzinach snu i najedzeniu się w końcu czułem, że żyje. Oczywiście zmęczenie wciąż było duże, ale wiedziałem, że nic lepszego mnie póki co nie czeka, a wizyta w Inowrocławiu i tak nie była planowana.
                Ruszyliśmy do przodu jadąc powoli i trzymając się drogi. Mieliśmy na mapie zaznaczone punkty, które konieczne były do naprawy, ale były też takie, które znajdowaliśmy sami i uznawaliśmy za kompletnie niezdatne do użytku. Żałowałem, że nie miałem żadnych kaset, bo podróż przy brzmieniu muzyki była czymś znacznie przyjemniejszym, niż grobowa cisza przerywana rozmowami na tyłach pojazdu. Pierwszy punkt był na północny wschód od Inowrocławia. Z tego co było napisane na mapie wynikało, że czeka nas sporo roboty. Droga na którą jechaliśmy składała się z długiego odcinka, na którym było sporo wraków, a także wykrzyknik oznaczający potencjalną obecność trupów. Zdawaliśmy sobie sprawę, że ten kto sporządzał te mapy dla nas w Inowrocławie nie stawia tych znaczków dla zabawy, a są one wręcz bardzo dokładne.
- Nie wiem czy nie lepiej by było najpierw zatrzymać ciężarówkę i wozy kawałek stąd i po prostu oczyścić to miejsce. Ostatnio mogliśmy ostro zjebać – powiedział Rekin.
- Też tak myślę – odpowiedziałem.
                Byliśmy już całkiem niedaleko celu, więc widząc parking położony przy lesie skorzystaliśmy. Był on praktycznie pusty, nie licząc jednego samochodu, który stał na poboczu, widocznie zniszczony i nie używany. Wysiedliśmy wszyscy i upewniłem się, że każdy ma swoją broń, gotową do walki. Wolałem to sprawdzać przed ewentualnymi potyczkami ,bo wiedziałem, że ci ludzie nie są jeszcze tak zahartowani jak ja, a nie chciałem, żeby ktoś zginął. Gdy upewniłem się, że noże są na swoich miejscach, a pistolety są odbezpieczone dałem znak i wszyscy ruszyliśmy w stronę drogi zaznaczonej na mapie. Nie zdążyliśmy przejść pięćdziesięciu metrów, kiedy zobaczyliśmy pierwsze wraki tuż za zakrętem. Las otaczał nas z każdej strony, a droga wygląda jakby przecinała go niczym blizna na moim policzku. Oprócz wszechogarniającego lasu i wraków zauważyłem, że przy drodze coś jest. Nie było to nic żywego, ale wyglądało dziwnie. Niczym tabliczka zasłonięta płótnem. Ostrożnie podszedłem do tego pierwszy. To co zobaczyłem rzeczywiście wyglądało jak tabliczka, ale była pokryta czymś dziwnym. Materiały był naciągnięty w profesjonalny sposób i pomalowany czarną farbą układającą się w krzyżyk. Dotknąłem tego ostrożnie palcem i z wstrętem odsunąłem rękę, gdy poczułem pod nią skórę. To co było na znaku to naciągnięta i napięta niczym na bębnie skóra.
- Ja pierdole – skomentował ktoś z tyłu.
- Co to jest? – zapytał Karolina, wciąż nie wiedząc o co chodzi.
- Skóra – odpowiedział jej krótko Rekin.
- Mój boże… - odwróciła twarz nie patrząc na to.
- To nie oznacza nic dobrego. Uważajcie. Szczególnie na dziwnie zachowujące się trupy – powiedziałem wiedząc, co to może oznaczać. Była grupa, o której nie wiedzieliśmy jeszcze zbyt dużo. Ludzie ci przyszywali sobie fragmenty skóry zombie maskując się tym samym i uodporniając na ataki trupów, które wyczuwając zapach nie atakowały ich. Był to idealny kamuflaż, szczególnie, że ocalali spodziewali się najczęściej, że trupy będą powolne i spokojne, a wtedy nadciągał atak. Wiadomo też było, że grupa ta nie jest źle nastwiona do nas, a przynajmniej tak się nam wydawało. Ci właśnie ludzie uratowali spory oddział, który ruszył do Grudziądza aby odbić Feline z rąk Złomiarzy i bez pomocy Zszytych, bo tak się nazywali, z pewnością misja by się nie powiodła. Wiedziałem, że dla Dziary i Bobra ta grupa wciąż była sporą niespodzianką, a Ben był na tyle tajemniczym człowiekiem, że nie wiedziałem ile tak naprawdę o niej wie. Mogła to nie być duża wiedza, bo znak zdecydowanie chronił granice jakiegoś ich terytorium, a na mapie, którą dostałem w Inowrocławiu tego nie było.
                Podeszliśmy ostrożnie do przodu. Rozglądałem się gdzie tylko mogłem, ale póki co nie widziałem trupów. Zbliżaliśmy się już do pierwszego wraku, kiedy zauważyłem jednego z nich. Zombie był uwięziony w aucie. Stąd widziałem, że był jeszcze całkiem świeży, nie starszy niż tydzień. Kolejne też zaczynały się pokazywać po chwili wypełzając zza wraków.
- Tylko spokojnie – powiedziałem do reszty – Po kolei, nie rozdzielajcie się i jak się zrobi gorąco to strzelajcie, ale nie wcześniej!
Byłem na przodzie razem z Rekinem. Pierwszy trup był bliżej mnie, więc przyciągnąłem go delikatnie do siebie i wbiłem długi nóż w dół twarzy. Krew wylała się z niego, a on sam opadł na ziemię dając miejsce kolejnemu, który zaatakował prawie od razu. Uderzyłem ponownie, znowu trafiając. Kolejne trupy wypełzały, a wszystko szło dobrze. Dawaliśmy sobie radę z Rekinem, a nikt nie wychodził przed szereg, tak jak to było z Pawłem. Nagle jednak usłyszałem krzyk tuż za sobą. Przestraszony odwróciłem się i zobaczyłem, że robotnicy odeszli do tyłu, gdy jeden z trupów, który był uwięziony pod autem złapał jednego z ludzi za kostkę. Nie zdążyłem nawet zareagować, kiedy ten wgryzł się i powalił chłopaka.
- Wycofaj się – krzyknąłem do Rekina, który poszedł jeszcze trochę bardziej do przodu.
                Odwróciłem się i dopadłem trupa, rozbijając mu głowę butem. Wyciągnąłem szybko chłopaka i spojrzałem na ranę. Ugryzienie było mniej więcej przy kostce. Wiedziałem, że jak szybko zareaguje to będę go mógł uratować, dokładnie tak jak uratowałem kiedyś Mpd. Pozostali robotnicy wyciągnęli już pistolety i zaczęli strzelać. Wiedziałem, że to było nieodpowiedzialne, ale cieszyłem się, bo miałem chwilę wytchnienia. Chłopak, który został ugryziony, zaczął płakać. Złapałem go za podbródek i podsunąłem tak, żeby spojrzał mi w oczy.
- Wyjdziesz z tego… ale będzie to kurewsko boleć – zapowiedziałem wyciągając nóż.
- Błagam nie… - zaskomlał. Przypomniały mi się błagania Adama, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie, przez co musiał być przeze mnie zabity.
                Wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę zippo, chociaż nie paliłem to często mi się przydawała, a to była jedna z tych sytuacji. Zdjąłem szybko koszulę i zawahałem na chwilę słysząc trupa idącego do mnie od tyłu. Szybko jednak upadł z dziurą w głowie tuż przy przerażonym chłopaku.
- Jak się nazywasz? – zapytałem kładąc koszulę obok.
- Maciek… - powiedział drżącym głosem.
- A więc Maćku. Bierz to do gęby, bo odgryziesz sobie język – podałem mu koszulę i ułożyłem nogę tak, żeby przeciąć ją jak najszybciej. Wiedziałem, że czeka mnie przecięcie kości, a to nożem nie było zbyt proste.
Chłopak był tak przestraszony, że nawet nie zareagował. Wcisnąłem mu kawałek koszuli do ust i przygotowałem się do cięcia. Mój nóż był duży, przypominał nieco maczetę, więc byłem dobrej myśli. Naciąłem delikatnie skórę, po czym zagłębiłem się delikatnie. Maciek syknął, ale leżał spokojnie. Chwyciłem mocniej rękojeść i zamachnąłem się, wkładając w to całą moją siłę. Nóż nie przeszedł przez całą nogę. Zatrzymał się na skrawku kości. Chłopakiem zarzuciło tak mocno, że prawie wybił mi nóż z ręki, ale po chwili zemdlał więc szybkim i pewnym ruchem przycisnąłem ostrze. Stopa odczepiła się od reszty ciała. Wyrzuciłem ją szybko na bok i złapałem lekko chwiejącymi się rękoma za zapalniczkę. Przystawiłem ostrze i podgrzewałem przez paręnaście sekund. Z rany ciekła krew i coś jeszcze, czego nie potrafiłem określić. Chociaż chłopak zemdlał wiedziałem, że to będzie bolało równie mocno co amputacja, więc kolejnym pewnym ruchem przyłożyłem mu ostrze do rany.
                Dźwięk był okropny. Zasyczało, a do nozdrzy dotarł mdlący zapach przypalonego mięsa. Chwyciłem koszulę wyjmując ją z ust Maćka i obwiązałem mu kikut. Byłem tak zajęty tym co robiłem, że nawet nie zauważyłem kiedy strzelanina ucichła. Teraz po skończonej robocie rozejrzałem się i przeżyłem szok. Otaczało mnie trzech mężczyzn, ale nie byli to robotnicy. Nosili skórzane kurtki, mieli łańcuchy przypięte do spodni, byli sporych gabarytów, a na nogach mieli glany. Dodatkowo każdy z nich trzymał w ręce strzelbę bądź też pistolet.
- Świetny pokaz, a teraz odłóż nóż i wstań z podniesionymi rękoma – powiedział męskim głosem jeden z nich, z wielkim tatuażem na pół twarzy.
Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem, że wszyscy moi ludzie stoją obok pilnowani przez kolejnych przeciwników. Nie wiem co mną kierowało, czy adrenalina po amputacji i walce, czy może dziwna odwaga, ale chwyciłem nóż i wbiłem w nogę jednego z nich. Mężczyzna upadł momentalnie, a ja podniosłem się i uderzyłem pięścią w twarz drugiego. Trzeciego jednak nie zdążyłem dostać. Zobaczyłem tylko jak zamachuje się ogromną łapą. Następne co zobaczyłem to odpływająca wizja asfaltu na drodze.

Zemdlałem.

czwartek, 31 marca 2016

Rozdział 5: Mogiła [FINAŁ TOMU]

Rozdział 5, tomu 4.5. Ostatni z tego niedużego spin-offa. Koniec grupy z Supraśla, z perspektywy obrońców, a także atak na obóz w Królowym Moście z perspektywy atakujących. Myślę, że ciekawe przeżycie i ostateczne odsłonienie paru kolejnych faktów dotyczących Łapy. Zapraszam do czytania i komentowania i do zobaczenia w tomie 5 :)

Rozdział 5: Mogiła [FINAŁ TOMU]


                Było ciemno. Jedynym świecącym punktem w okolicy był papieros trzymany przez Jacka. Znajdowaliśmy się w okolicach Królowego Mostu, czekając spokojnie i przygotowując ostatnie rzeczy do ataku. Ich obóz był tuż za zakrętem i gdyby zrobić krok, czy dwa do przodu na pewno byśmy  zobaczyli odległe światła. Staliśmy jednak schowani, czekając. Uciekinierzy nie mieli szans dotrzeć tu przed nami i ostrzec pozostałych, tego byłem pewien. Nawet jakby znaleźli działające auto to na pewno wracaliby tą drogą. Główna droga wyjazdowa na Białystok była teraz pełna zombie. Wszystkie zmierzały w tą stronę. To też był czynnik, na który czekaliśmy. Jak zombie zaczną odciągać uwagę ludzi z obozu z jednej strony, my planowaliśmy zaatakować z drugiej. To by zamknęło ich w pułapce.
                W krzakach obok usłyszeliśmy szmer. Nie musiałem nawet nic mówić, bo natychmiastowo parę luf powędrowało w tym kierunku i czekało. Odetchnęliśmy jak zobaczyliśmy w słabym świetle księżyca twarz Michała.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytałem.
- Trupy są już w okolicach mostu. Zgaduje, że za godzinę zajmą pola. Idą bardziej po południowo zachodniej części, więc ominą sam obóz. Las powinien być czysty.
- Kiepsko – stwierdził Jacek, puszczając chmurę dymu.
- Ty – wskazałem na kobietę, która miała tak wielką ochotę się przydać – Jak zacznie się atak i ktokolwiek ucieknie w stronę lasu, to pojedziesz za nimi. Kogo złapiesz żywego to przywieziesz do Supraśla.
- Dobra – potwierdziła.
Zawiało chłodnym powietrzem. Czuć w nim było nadchodzący śnieg. Specyficzny mroźny powiew, który wręcz pachniał zimnem.  Wypełniał on moje płuca niczym płynny lód, rozlewając się po całym ciele.
                Akcja rozpoczęła się godzinę później. Gdy na ulicy widać było nadchodzące trupy, a w obozie zapanowało poruszenie wyruszyliśmy. Wiedziałem, że za chwilę mogę stanąć do walki przeciwko moim córkom, ale starałem się o tym nie myśleć. Jechaliśmy obok siebie. Jacek za kółkiem wyglądał na skupionego. Starałem się uspokoić lekko drżącą rękę. Sprawdziłem stan magazynka w karabinie. Był pełny, naboje wydawały się połyskiwać złowieszczo, wiedząc, że niedługo wystrzelone zmienią barwę. Miałem nadzieję, że uda nam się przeprowadzić atak na czysto, pomimo przewagi przeciwników, ale wiedziałem, że podobnie jak w walce z Łowcą, szanse na to były marne.
                Podjechaliśmy praktycznie pod samo ogrodzenie i jak na zawołanie wyskoczyliśmy z auta mierząc w otaczający obóz płot. Pierwszym przeciwnikiem, którego zobaczyliśmy była kobieta. Miała w ręce strzelbę, ale nie zdążyła jej nawet podnieść. Michał trafił ją w głowę, a ona upadła równie szybko, co się pojawiła. Trzymaliśmy się blisko auta, zastanawiając się jak dostać się do jednej z bram. Zombie były jednak coraz bliżej. Obijały się o płot obozu, próbując wedrzeć się do środka. Większość wpadała do fosy, ale to nie mogło zatrzymać aż takiej grupy. Widok był przerażający, bo było ich naprawdę sporo. Już mieliśmy odchodzić od samochodu, kiedy nagle parę postaci wychyliło się zza ogrodzenia i prawie natychmiast zaczęło ostrzał.
                Chociaż chwila ich zawahania nie mogła trwać dłużej niż parę sekund, to wystarczyło mi żeby zobaczyć to czego tak się obawiałem. Wśród czterech postaci, które wychyliły się na murach, rozpoznałem twarz mojej starszej córki. Ona nie mogła mnie widzieć, bo przy ogrodzeniu było znacznie ciemniej, ale gardło mi się ścisnęło i przez chwilę poczułem się jak sparaliżowany. Gdyby nie to, że pociągnął mnie Jacek, prawdopodobnie byłoby po mnie. Salwa spadła na nas niczym deszcz. Pociski zadzwoniły odbijając się lub przechodząc przez auto. Pierwsza ofiara pojawiła się wyjątkowo szybko. Był to chłopak, który z nami siedział w aucie. Dostał dosyć poważnie, a w jego szyi widniały dwie dziury po pociskach. Nie mogliśmy mu już pomóc.
                Drugie auto, prowadzone przez kobietę z naszego obozu stało parę metrów na lewo od nas. Mieli oni lepszą pozycję, ponieważ do nas zaczęły podchodzić już trupy, dlatego musieliśmy mocno na siebie uważać. Kobieta, wraz ze swoim zespołem ostrzeliwała przeciwników, dając nam chwilę na odcięcie od nas trupów. Wykorzystaliśmy tą sytuację natychmiastowo. Wyciągnąłem nóż i zostawiając broń przy kołach auta, ruszyłem do najbliższych trupów. Zamachnąłem się na pierwszego i bez większych problemów go powaliłem. Moje ręce były mokre od krwi, ale brnąłem dalej, powalając kolejne trupy. Było ich jednak coraz więcej i gdy tylko jeden z nich złapał mnie za rękę i prawie ugryzł, postanowiłem się wycofać i używać pistoletu. Jacek i Michał dzielnie się przy mnie trzymali, ciągle chowając się przed ostrzałem z ogrodzenia.
- Te skurwiele nas zabiją – przekrzyczał ogólny hałas Jacek.
- Musimy się przebić – krzyknąłem.
- Jak? – zapytał Jacek.
- Wjedź tam autem!
- Ale fosa! – krzyknął zdejmując strzałem trupa, który zachodził nas od lewej.
- Nie mamy innej opcji!
                Taka była prawda. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Chociaż udało się nam zabić dwóch broniących, to robiło się ich coraz więcej, a my byliśmy uwięzieni za autem, otaczanym przez zombie. Jeżeli nie dalibyśmy rady przebić ogrodzenia i wprowadzić trochę chaosu to było już po nas.
- Osłaniajcie mnie! – krzyknął Michał.
Podniosłem karabin i krzyknąłem do drugiej grupy, żeby też skupiła się teraz na osłonie Michała. Ten biegiem doskoczył do drzwi kierowcy i otworzył je przepychając trupa, który przy nich stał. Wskoczył do środka i odpalił silnik. Widziałem, że wrogowie starali się wychylić i go zestrzelić, ale osłanialiśmy go pełną siłą ognia. Gdy samochód ruszył oni zniknęli z ogrodzenia w idealnym momencie, żeby pozwolić nam przeładować.
                Gdy samochód z trzaskiem przebił się przez ogrodzenie zaczęła się prawdziwa walka. Pobiegliśmy szybko za nim. Samo auto utknęło w połowie w wybudowanej wokół obozu w Królowym Moście fosie, ale dziura była spora i zombie, które zaczęły się wyczołgiwać z fosy po swoich ciałach, wchodziły już na teren obozu. Chciałem jak najszybciej pomóc Michałowi, ale z przerażeniem zauważyłem, że przednia szyba auta jest rozbita, a on w tej chwili jest zjadany żywcem, uwięziony w środku auta. Byłem zły, że akcja przebiegała tak jak przebiegała, ale byliśmy w środku. Szybko zauważyliśmy przeciwników, którzy skupili się przy jednym z domków. Zobaczyłem moje córki. Obie stały na tyłach i starsza zdecydowanie kazała się teraz młodszej schować.  Wokół było parę innych osób. Bardzo wysoki mężczyzna, używający równie długiego miecza, walczył na pierwszej linii, przecinając trupy jakby były zrobione z papieru. Paru mężczyzn ostrzeliwało co jakiś czas to zombie, to nas, ale teraz to oni byli w nieciekawej sytuacji, bo zombie robiło się coraz więcej. My staliśmy kawałek od auta, w którym konał teraz Michał i strzelaliśmy co chwilę w tych bardziej wychylonych, ale nie szło nam to dobrze. Pomimo wtargnięcia na teren obozu, nie było nam łatwo przebić się do zbitej w jednym miejscu grupy.
                Nagle okolicą wstrząsnął wybuch. Pochodził on z auta, w którym był Michał. Nie wiem co dokładnie zrobił, ale auto zsunęło się jeszcze bardziej do rowu, a kawałki ciał szwendaczy odleciały w różnych kierunkach, tworząc chorą mozaikę.
- Musimy zaatakować! – krzyknąłem i kazałem reszcie iść za mną. Póki nasi przeciwnicy byli zajęci trupami i Jackiem, który został tam gdzie staliśmy, żeby robić za wabik, przekradliśmy się na drugą stronę domku, za którym się chowaliśmy. Ta część obozu wydawała się być pusta, wszystko działo się na jego południowym krańcu. Tak jak usłyszałem z raportu, obóz nie był duży, stanowił połączenie paru okolicznych działek, ale wydawał się całkiem dobrym miejscem do obrony. Pokazałem ręką domek po przeciwnej stronie obozu.
- Jak odetniemy ich stamtąd to wygramy tą walkę – powiedziałem.
- Musimy uważać na tego mutanta z mieczem – stwierdził ktoś za moimi plecami.
- Ruchy! – krzyknąłem i zaczęliśmy biec. Pojedyncze trupy po drodze były zdejmowane natychmiastowo i bezproblemowo. Gdy jednak dobiegaliśmy do celu przed nami wybiegły kolejne osoby. Od razu w oczy rzuciła się młodsza z moich córek – Monika. Pomimo zarostu musiała mnie poznać bo pisnęła. Stała tuż obok trójki młodych mężczyzn, których wcześniej nie widziałem, mężczyzny z mieczem oraz dziewczyny. Nie była to jednak moja starsza córka, tylko jakaś inna dziewczyna.
Chciałem wystrzelić, ale tamci byli szybsi. Kolejny chłopak, który przyjechał tu z nami, upadł po paru strzałach, ale my zdołaliśmy się schować. Byliśmy teraz po dwóch stronach tego samego, drewnianego domku. Zobaczyłem, że moja starsza córka wciąż walczy przy ogrodzeniu, ale zdecydowanie zauważyła, że coś się dzieje, bo spojrzała w naszą stronę i zaczęła do nas iść. Nagle usłyszałem fragment rozmowy z tyłów. Właściwie nie można było tego nazwać rozmową, a raczej krzykiem.
- Puszczaj mnie, co ty wyprawiasz!? – usłyszałem kobiecy krzyk.
- Bobru kazał cię chronić, a tu nie jesteś bezpieczna! – krzyknął ktoś inny, niskim głosem.
- Zabierzcie ją stąd – usłyszałem kogoś jeszcze. Chciałem się wyjrzeć, żeby tam spojrzeć, ale ledwo wychyliłem głowę, a usłyszałem strzały, które trafiły w ścianę, tuż przy mojej głowie. Udało mi się jednak zauważyć jak cała grupa, złożona z sześciu osób biegnie w stronę lasu.
- Leć po auto i goń ich! – krzyknąłem do kobiety dowodzącej drugim autem. Nie musiałem powtarzać. Czteroosobowa grupa ruszyła z powrotem do auta, a ja zostałem sam przy domku. Miałem nadzieję, że moi ludzie zdołają złapać uciekającą grupę z moją młodszą córką. Ja musiałem zająć się starszą.
                Zacząłem iść w stronę ogrodzenia, przy którym ją ostatnio widziałem. Szybkimi dwoma strzałami pozbyłem się trupów na mojej drodze. Usłyszałem jak ktoś do mnie biegnie od tyłu i już miałem odruchowo strzelać, kiedy zauważyłem, że to Jacek.
- Obóz jest pusty, uciekajmy stąd – powiedział.
- Wszyscy uciekli? – zapytałem.
- Ostatnia trójka właśnie wybiegła na drogę – stwierdził strzelając do trupa, który podchodził niebezpiecznie blisko – Trupów jest coraz więcej. Musimy stąd spieprzać.
- Biegniemy za nimi – powiedziałem.
- Daj spokój! Zniszczyliśmy ich obóz i sprawiliśmy, że rozdzielili się. I tak dłużej nie pociągną. Gdzie jest Beata i reszta? – zapytał.
- Kazałem im ścigać grupę, która uciekła do lasu. Jest wśród nich moja młodsza córka – powiedziałem.
Zaczęliśmy szybkim krokiem iść w stronę jednej z bram, która stała teraz otworem.
- Była tu twoja córka? – zapytał zaskoczony.
- Córki. Druga właśnie ucieka drogą.
- Chodźmy! – krzyknął, przepychając się przez trupy zagradzające przejście. Wybiegliśmy na drogę i zobaczyliśmy oddalone o jakieś pięćdziesiąt metrów postacie. Trójka biegła ulicą, a za nimi szło parę trupów. Obejrzałem się szybko na obóz za nami. Wyglądał jak ruina. Przynajmniej to z całego ataku się udało. Jeżeli Beata dogoni grupę z lasu, a Jacek wraz ze mną tą uciekającą drogą, to atak można będzie uznać za udany. Pomimo ofiar.
                Chociaż staraliśmy się zachowywać szybkie tempo, to pojedyncze trupy, które odrywały się od głównej grupy były problemem. Zatrzymywały nas, a moja córka ominąwszy największe niebezpieczeństwo oddalała się coraz bardziej. Musiałem ją dogonić. Zaczynając przepychać się przez trupy, wyrywałem się im i biegłem najszybciej jak potrafiłem. Nagle spora grupa oderwała się od drogi i skręciła w lewo w stronę umieszczonego na poboczu kościoła. Ktoś musiał tam je odciągnąć. Moja córka jednak wciąż biegła spory kawałek przede mną, a tuż obok niej była jakaś inna dziewczyna, więc szybko domyśliłem się, że poświęcił się starszy mężczyzna. Jacek znajdował się kawałek za mną, ale wyraźnie zwalniał. Nie chciał ryzykować tak jak ja.
                Uliczka wlewała się teraz niczym odnoga rzeki, do głównego nurtu, w drogę, która prowadziła do Białegostoku. Dziewczyny skręciły w prawo i mi jakimś cudem udało się naprawdę porządnie skrócić cały dystans. Byłem teraz naprawdę blisko.
- Stój! – krzyknąłem.
Nie spodziewałem się, że moja starsza córka w ogóle się zatrzyma, a to co zrobiła, zaskoczyło mnie całkowicie. Odwróciła się jakby dobrze wiedziała, że ją gonię i strzeliła z pistoletu.  Tylko cud uratował mnie przed prostym trafieniem w głowę. Pocisk przeleciał tuż przy mojej twarzy. W filmach często mówiono po strzelaninach, że bohater poczuł ciepło przelatującego pocisku. Nigdy w to nie wierzyłem, ale teraz to było dokładnie to, co poczułem.
- Wiedziałem, że to twoja sprawka – krzyknęła starając się dalej strzelać. Zdążyłem się jednak schować za barierką, która całkiem nieźle działała jako ochrona.
- Nie powinnaś uciekać. Jak zwykle byłaś nieposłuszna – powiedziałem nieco ciszej, ale z racji iż byliśmy na prawie czystej drodze sprawił, że na pewno mnie usłyszała.
- Odpierdol się w końcu od mojego życia – krzyknęła. Wychyliłem się delikatnie. Wraz z drugą dziewczyną stały teraz przy przystanku. Gdy tylko zobaczyłem blask pistoletu w świetle księżyca, natychmiast się schowałem – Dam ci jednak szansę. Uciekaj starcze, bo jak spotkam cię jeszcze raz to zabije.
- Aleksandro! – krzyknąłem – Jeżeli teraz uciekniesz, zaprzepaścisz swoją szansę.
- Nazywam się Łapa.
                To były ostatnie słowa jakie usłyszałem. Następne co zobaczyłem to jak odbiega na zachód. Mogłem ją gonić, ale gdy tylko  zacząłem się podnosić poczułem rękę na moim kołnierzu. Natychmiastowo się wyrwałem i machnąłem kolbą żeby ogłuszyć przeciwnika. Zombie odrzucony potknął się i upadł. Czułem w sobie taką złość, że nawet nie strzelałem. Wziąłem karabin i zaciskając na nim dłonie tak mocno, że aż zbielały mi kostki zacząłem uderzać. Musiałem wyładować emocje. Zapanować nad nimi. Gdy podszedł do mnie Jacek, z głowy trupa nie zostało już nic – tylko plama. Jacek położył mi dłoń na ramieniu.
- To koniec – wyszeptał – Wracajmy.
I wtedy straciłem przytomność.
                Nie mam pojęcia co przyczyniło się do tego, że zemdlałem. Może były to emocje, a może po prostu zmęczenie i ogromny stres. Obudziłem się jednak w jakimś pomieszczeniu. Chciałem się szybko podnieść, ale poczułem rękę na ramieniu. To był Jacek, a ja leżałem na swoim łóżku.
- Aleś mnie wystraszył – powiedział.
- Jak?- zapytałem zdezorientowany. Nie czułem się źle, chociaż nieco bolała mnie głowa.
- Wyciąłem parę zombie i zaciągnąłem cię do jednego z pobliskich domów. Upewniłem się, że nic ni nie grozi i przeszukałem okolicę. Na jednym z gospodarstw stało auto, działało więc zapakowałem cię i okrężną drogą przywiozłem. Bałem się, że na głównej wpadniemy na tych dupków z Królowego – opowiedział szybko.
- Co z Beatą? Wróciła? – zapytałem po chwili.
- Jeszcze nie.
                Zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem, ile tak leżałem nieprzytomny. Podniosłem się i wyjrzałem za okno, gdy zostałem wręcz oślepiony blaskiem… bieli. Cała okolica była pokryta warstwą śniegu.
- Ja pierdole – sapnąłem osuwając się z powrotem na łóżko.
- Musisz wstawać. Nie wiadomo kiedy mogą nas zaatakować ci z Królowego. Musimy coś przygotować. Poza tym naszym udało się przejąć parę dodatkowych broni. Przejeżdżał tędy taki koleś, który musiał je gdzieś wieźć. Capneliśmy go i…
- Ile spałem? – przerwałem.
- Przywiozłem cię wczoraj, więc od samego ataku, minęły prawie dwa dni.
- A teraz jest…?
- Rano. Dokładnej godziny ci nie podam.
                Zerwałem się z łóżka na tą wiadomość.
- Dwa dni… Jeżeli jeszcze nas nie zaatakowali to zrobią to dzisiaj. Musimy się zbierać, ustawić ludzi, przygotować się do obrony.
- Mało zostało osób, które umieją walczyć. Poza tym mamy problem z żarciem. Kończy się nam.
- Jak pokonamy tych z Królowego, będziemy mogli wrócić do ich obozu i poszukać. Na pewno mieli tego sporo – powiedziałem, nakładając bluzę – Ile zostało osób, które umieją się bronić?
- Nie licząc naszej dwójki, może znalazłoby się z sześciu, góra ośmiu. Możemy też rozdać bronie tym, które nie umieją. Żeby mogli się bronić – podsunął pomysł Jacek.
- Zrób to. A tych którzy coś już strzelali przyślij na górę. Najlepiej już uzbrojonych. Jak skończysz z resztą ludzi, to też tu przyjdź.
                Nim minęło dziesięć minut, wspomniani przez Jacka ludzie zameldowali się w moim pokoju. Ze smutkiem zauważyłem, że tak właściwie to same wyrostki, nie licząc jednego nieco starszego faceta i młodej kobiety. Dzielnie jednak trzymali bronie i nie widać było w ich oczu strachu. Nie miałem zamiaru ich straszyć.
- Słuchajcie wasze zadanie jest proste. Na dworze jest zimno, dlatego będziecie obserwować okolicę z budynku. Jak zobaczycie cokolwiek, człowieka, grupę ludzi, jadące auto, wychodźcie na dach i zabijajcie. Prawdopodobnie zaatakują nas jeszcze dzisiaj. Pamiętajcie jednak, że nie mamy zbyt dużo amunicji, więc póki nie będą dosyć blisko nas, nie strzelajcie… Jakieś pytania? – starałem się wyrazić jasno i tak też zrobiłem, bo nikt nie miał pytań. Wyszli z mojego pokoju i stanęli przy oknach wychodzących w stronę Kołodna. Byłem pewien, że właśnie stamtąd nas zaatakują. Byłem ciekaw, czy trójka, która uciekła z Supraśla dotarła już na miejsce, do Królowego Mostu. Rozbiłem ich obóz całkiem porządnie, sprawiając, że duża grupa ludzi rozdzieliła się w różnych kierunkach. Jedni uciekli do lasu, starszy mężczyzna prawdopodobnie konał w kościele, a Aleksandra wraz z drugą dziewczyną uciekły w stronę Białegostoku. Jeżeli żadna z tych grup się nie spotkała, nie mieli szans nas pokonać.
                Po chwili dołączył do mnie Jacek.
- Starczyło broni? – zapytałem.
- Powiedzmy. Na każdą dwójkę ludzi, dałem jedną broń. W sumie wyszło na styk, bo oddałem ostatnie sześć spluw. Powiedziałem im też, żeby chowali się i starali unikać konfliktu. My ich obronimy.
- Oby tak było.
                Oczekiwanie było najgorsze. Liczyłem na to, że Beata zdąży wrócić z moją młodszą córką, co dałoby nam dużą przewagę podczas ataku. Nie dość, że kolejne osoby, które umieją się bronić, to jeszcze cenny zakładnik, który by sprawił, że prawie automatycznie byśmy wygrali. Niestety jednak atak nadszedł pierwszy. Siedziałem akurat z Jackiem w biurze, kiedy nagle do pokoju wpadł jeden z wyznaczonych obrońców.
- Jedzie samochód! Nie nasz. Jest teraz jeszcze daleko, chyba się zatrzymali – zameldował chłopak, mający może szesnaście lat.
Podbiegłem szybko do okna i po chwili obserwacji, rzeczywiście zauważyłem auto.  Natychmiast zdałem sobie sprawę, że nie jest to jedno z naszych.
- Idźcie na dach – rzuciłem tylko i sam chwyciłem broń – A ty chodź ze mną – powiedziałem do Jacka.
                Opuściliśmy pokój i obserwowaliśmy jak cała grupa wchodzi na dach. Sami zbiegliśmy na dół i zaczęliśmy pomagać ludziom chować się do pokoi. Na dworze rozpoczęła się strzelanina.
- Atakują nas, schowajcie się i nie wychylajcie – krzyczałem.
- Przyjdziemy do was jak wszystko ucichnie – dopowiadał Jacek.
Nagle usłyszeliśmy strzał. Nie był to jednak strzał naszych ludzi, tego byliśmy pewni.
- On wrócił – wyszeptał z przerażeniem Jacek.
Chodziło mu o Łowcę. Ten dźwięk mógł oznaczać tylko to, że też nas atakuje. Być może nawet pomagał ludziom z Królowego Mostu. To nie oznaczało dla nas nic dobrego.
- Musimy wracać na górę i dowiedzieć się, gdzie on jest – powiedziałem i równie szybko jak zbiegliśmy, pobiegliśmy na górę. Chciałem wejść na dach, ale jak zauważyłem, jak jeden z obrońców spada, prawdopodobnie po strzale z karabinu snajperskiego, pociągnąłem Jacka ze sobą i doskoczyliśmy do jednego z okien.
- Ten skurwiel musi strzelać, z tamtego dachu – zauważyłem.
- Widzę go! – krzyknął Jacek pokazując palcem. Chociaż słońce było jeszcze całkiem wysoko na niebie i musiałem sobie zrobić daszek z ręki, żeby cokolwiek zobaczyć, to zauważyłem go. Mężczyzna kucał na dachu obok, celując gdzieś ponad nami. Ci na dachu mogli mieć problemy z trafieniem go, ale my mieliśmy czysty strzał. Szalejący na dworze śnieg nie przeszkadzał z tej pozycji, aż tak mocno, ponieważ padał pod takim kątem, że po tej stronie budynku, prawie całkowicie go ominęliśmy.
                Jacek zdjął z pleców wiatrówkę i przymierzył. Ja w tym czasie przygotowałem okno, otwierając je do wewnątrz z trudem, bo mechanizm się mocno zacinał. Snajper jednak był zbyt zajęty celowaniem, żeby nas zauważyć. Strzał był znacznie cichszy od tych, oddawanych przez Łowcę. Ale dosięgnął celu. Mężczyzna z dachu złapał się za bark i upadł, znikając nam z oczu.
- Szkoda, że skurwiel nie spadł z dachu – podsumował krótko.
- Może spróbujesz stąd strzelić tych z dołu? Chyba nasi na dachu nie dają sobie rady z tamtej pozycji – zaproponowałem.
- Powinniśmy iść na dach w tej chwili. Nie wiadomo, kiedy tamci przeprowadzą szturm.
- Spróbuj chociaż, to może ich zaskoczyć tak samo jak Łowcę.
- Wiktor. Nie trafię z takiego kąta nikogo.
- To podejdźmy do tamtego okna – zaproponowałem.
                Skręciliśmy korytarzem na lewo. Okno stąd wychodziło idealnie na ulicę. Sam byłem ciekaw jak wygląda sytuacja, po tylu strzałach. Nie zauważyłem żadnych trupów, ale samochód grupy z Królowego Mostu był rozbity o jeden z murów, a oni najprawdopodobniej chowali się za nim.
- Cholera rzeczywiście nic nie zrobimy. Ale te skurwiele są w pułapce.
- Chodźmy już – poprosił Jacek.
- O co ci chodzi stary? Mamy przewagę. Oni nawet nie strzelają, albo nie mają broni, albo jakieś strzelby i pistolety. Będą musieli w końcu wyjść zza tego auta, a jak nie to ich stamtąd wykurzymy.
- Sam nie wiem – odpowiedział – Przyspieszmy. Musimy pomóc reszcie.
                Ostatnią prostą korytarza podbiegliśmy. Byliśmy już prawie przy klapie, wciąż rozważając co dalej, kiedy nagle, jakby znikąd, wyskoczył na mnie przeciwnik. Wbiegł na mnie, jakby chciał mnie staranować i chociaż był znacznie chudszy i drobniejszy ode mnie, to straciłem równowagę i wraz z nim runąłem ciężko na ziemię. Broń wyleciała mi z ręki i upadła kawałek dalej. Coś się we mnie zagotowało, kiedy zobaczyłem, że siedzący na mnie chłopak, to jeden z więźniów, którzy uciekli wcześniej. Jak mógł się tutaj przedostać? Nie był jednak wystarczająco silny. Po tym jak uderzył mnie raz pięścią w twarz zacząłem się majtać i po chwili zrzuciłem go z siebie. Oddychając ciężko wyciągnąłem rękę po broń, kiedy nagle, poczułem piekielny ból w dłoni. Ktoś z impetem nadepnął na nią, łamiąc mi palce. Uczucie było tak straszne, że wszystko na chwilę zrobiło się ciemniejsze z bólu. Poczułem czyjąś dłoń na moim podbródku. Zdążyłem tylko zobaczyć leżącego obok Jacka, z poderżniętym gardłem, kiedy cały pierwszy plan zajęła twarz Aleksandry. Łapy.
                Chociaż spodziewałem się emocji, to nigdy nie myślałem, że z tak wielu możliwych, mnie dotknie akurat strach. Otworzyłem usta, próbując coś powiedzieć, ale nie mogłem wydusić słowa. To koniec, pomyślałem. Łapa sięgnęła po pistolet, podany przez jej towarzysza. Zalała mnie fala smutku i przerażenia. Nogi drżały, a do oczu napłynęły pojedyncze łzy. Przyłożyła mi broń do głowy i spojrzała mi w oczy po raz ostatni.

- Żegnaj ojcze.

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 5: Dzikość

Rozdział 5, kolejny z perspektywy Irka. Po tym co stało się ostatnio i zbierającym kolejne żniwa wirusie cała grupa próbuje znaleźć spokojne miejsce do przeczekania fali chorób i odpoczęcia od ciągłego życia w ruchu. Czy im to się uda? Dowiecie się w tym rozdziale. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Irek [Rozdział 5] - Dzień 3-4
POV Bobra - W tym czasie Bobru szykuje się do wyjazdu na Drugi Posterunek.
POV Olafa - W tym czasie Olaf i Feline szykują się do wyjazdu do Ostoi

----------------------------------------------

Rozdział 5 (Irek): Dzikość


                Sytuacja sprzed dwóch dni była dla nas jak kubeł zimnej wody, wylany prosto na głowę. Łapa, którą zdążyłem już poznać całkiem dobrze zmieniała się. Jak uciekaliśmy z Torunia to wydawała się być dzika i pewna siebie, gdy jednak odzyskała siostrę zrobiła się potulniejsza i cała jej dzikość zniknęła, chociaż byliśmy w drodze. Teraz jednak znów była pewna siebie, nieobliczalna i niezwykle ostrożna. Pasowało mi to. Od dawna pod nosem narzekałem na to, jak mało ostrożni jesteśmy. Sam fakt tego, co zrobił Krystian, próbując podejść do przemienionej Magdy, wstrząsnęło mną dogłębnie.
                Jechaliśmy teraz w ciszy przez całkowicie opustoszałą drogę. Pogoda była całkiem przeciętna – nie było ani za ciepło, ani za zimno. Na lewo od nas widać było rozciągające się pola, które doprowadziłyby nas do Ostoi. Ale nie tam zmierzaliśmy. Wciąż trzymaliśmy dystans parudziesięciu kilometrów od tego miejsca i na razie nie planowaliśmy go zmniejszać. Co prawda siostra Łapy nie wyzdrowiała całkowicie, ale była w dużo lepszy stanie od Magdy. Miczi i Marta zdawały się całkowicie omijać chorobę, a ja, Łapa oraz Krystian nie czuliśmy się najlepiej, ale solidnie trzymaliśmy się na nogach.
                Magdę pogrzebaliśmy wraz z jej bratem wczoraj. Wraz z Krystianem wykopaliśmy dwa płytkie groby i bez żadnej mszy po prostu ich zakopaliśmy. Dodatkowo na grobie Magdy zawiesiliśmy jej łuk. Nie było to zdecydowanie najprzyjemniejsze co mnie spotkało. Chociaż znałem tych ludzi miesiąc to właśnie oni mnie uwolnili i właśnie ich polubiłem i zacząłem traktować jak przyjaciół, a może nawet jak rodzinę.
                Chociaż po tym jak uciekliśmy z Ostoi, napotkaliśmy na parę przeciwności losu, to żadna nie zdołowała nas tak jak ta. Bałem się jak przyjmie to szczególnie Krystek, który od dwóch dni, nie odzywał się praktycznie słowem. Siedział teraz przy Marcie, która była do niego przytulona i patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie. Westchnąłem cicho i sięgnąłem do kieszeni po nieduże pudełeczko. Znalazłem je parę dni temu, przy jednym z trupów, a była w nim tabaka. Od zawsze miałem słabość do tytoniu, ale odkąd zaczęła się apokalipsa to nie mogłem palić. Tabaka jednak pomagała mi wrócić do nałogu i to całkiem skutecznie, bo dołączyłem ją do rytuału mojego dnia.
                Po niecałej godzinie jazdy zobaczyliśmy przeszkodę na nasze drodze. Przysypiałem trochę, ale gdy Miczi ostro zahamowała to zbudziłem się natychmiast, sięgając odruchowo po pistolet. Całe szczęście nie zapowiadało się na to, żebyśmy musieli walczyć, bo przy drodze stała po prostu rozbita ciężarówka. Jej towary, zapakowane w pudełka, były rozrzucone w promieniu paru metrów, co od razu nas zaciekawiło. Zaparkowaliśmy auto i zostawiając w środku Krystka, Młodą i Martę wysiedliśmy.
                Auto uderzyło z dużą siła w drzewo i cały przód był mocno wgnieciony. Nie mieliśmy najmniejszych nadziei na to, że auto posłuży nam za środek transportu. Podszedłem do jednej z paczek i zręcznym ruchem rozerwałem ją. W środku były puszki kukurydzy, fasoli i groszku. Znalezisko było tak szczęśliwe i tak nieprawdopodobne, że aż zagwizdałem pod nosem.
- Chyba mamy niezłego farta – skwitowałem, pokazując paczkę Łapie i Miczi.
- Po tym jak skurwiała choroba odebrała nam dwóch ludzi liczyłam na jakieś wyrównanie, no i dzięki temu możemy przetrwać. I to sporo –odpowiedziała Łapa.
Na pierwszy rzut oka w paczce było sześć puszek, a podobnych paczek leżało wokół nas, około dziesięciu. Tyły wozu były jednak zamknięte, więc prawdopodobnie w środku mogliśmy ich znaleźć jeszcze więcej. Miczi zaczęła pakować paczki pojedynczo do bagażnika naszego auta, a ja i Łapa powoli podeszliśmy do drzwi ładowni tira. Były one umazane zaschniętą, starą krwią. Dopiero teraz zauważyłem, że wystają z nich nogi, a same drzwi nie są do końca zamknięte.
- Ja podniosę, a ty mnie osłaniaj – powiedziałem do Łapy, a ta kiwnęła głową.
                Drzwi były dosyć ciężkie, a przez to, że zostały wygięte, to nie było mi łatwo ich podnieść, ale kiedy mi się udało usłyszałem plaśnięcie. Nogi, w odróżnieniu do reszty korpusu, która była w środku, upadły na ziemię. Łapa prychnęła z obrzydzeniem przesuwając je na bok i kucając weszła do środka pojazdu. Utrzymywanie drzwi nie było łatwą sprawą, dlatego skupiłem się na tym całkowicie, mocując się z wygiętą blachą.
                Nagle poczułem jak coś mnie ciągnie do tyłu i gryzie. Jak zwykle przeszła mnie fala bólu, ale odwróciłem się i zobaczyłem zombie, które wychodzą zza drzew. Niestety puściłem drzwi, a te z skrzypnięciem zsunęły się w dół. Odwróciłem się odpychając zombie i kopiąc je w twarz. Miczi widząc nadchodzące trupy wyciągnęła swoją maczetę i szybko podbiegła, żeby mi pomóc. Czułem jak krew ścieka mi po szyi. Kolejna blizna do kolekcji. Około dziesięciu trupów szło w naszą stronę, widziałem jak Młoda stara się wyjść z auta, ale dałem jej znać żeby została.
                Łapa próbowała wyjść z ładowni, ale drzwi były zdecydowanie za ciężkie, więc uderzała tylko bezsilnie w blachę, robiąc przy tym sporo hałasu. Wyciągnąłem nóż i powoli wycofywałem się, żeby zombie mnie nie otoczyły. Miczi znajdowała się około dwóch metrów na lewo ode mnie i też zastanawiała się jak skutecznie zaatakować grupę. Chociaż Łapa nie uczestniczyła w walce to pomogła nam, bo hałasem przyciągnęła zombie do siebie. To dało nam szansę, która od razu wykorzystaliśmy.
                Gdy większość trupów zaczęła atakować drzwi od ładowni szybko doskoczyłem do jednego z nich i wsadziłem mu ostrze noża prosto w brodę, tak żeby dotrzeć do mózgu. Strużki brudnej krwi spłynęły mi po rękach, a ja odepchnąłem trupa, który upadł z głuchym hukiem na ziemie. Kolejne dwa szły w naszą stronę, ale wtedy weszła Miczi, która machnęła ostrą jak brzytwa maczetą i przecięła obie czaszki bez większych problemów.
                Pozostała grupa zombie była tak skupiona na dorwaniu Łapy, że nawet nie zauważyła, kiedy podeszliśmy od tyłu i szybkim ruchami noża i maczety ukończyliśmy ich żywot. Wytarłem nóż o bluzę jednego z trupów i podszedłem raz jeszcze do drzwi ładowni i tym razem z pomocą Miczi, oraz Krystiana, który wyszedł z auta, otworzyliśmy je bez większego problemu. Łapa zła jak osa, wyskoczyła z ładowni i kopnęła jednego z trupów z nienawiścią w oczach.
- Cholerne trupy, dobrze, że daliście sobie rade – skwitowała.
- Pakujmy żarcie i jedźmy stąd – zaproponowała Miczi.
                Tak też zrobiliśmy. Paczek było naprawdę dużo i bagażnik w naszym wozie był wypchany po brzegi. Przez to jechało się jeszcze ciaśniej, ale wolałem iść na piechotę niż głodować. Wróciliśmy do auta i pojechaliśmy dalej. O dziwo skręcaliśmy powoli w stronę Torunia. Gdy tylko to zobaczyłem zaciekawiony zapytałem Łapy, co właściwie planuje.
- Pokręcimy się w okolicy. Te tereny są stosunkowo bezpieczne bo ludzie z Posterunków i samej Ostoi je notorycznie czyszczą. Dlatego będziemy mogli się gdzieś zatrzymać, kto wie, może nawet w tej samej chatce, gdzie miesiąc temu schowaliśmy się po ucieczce – wytłumaczyła.
- A co jak spotkamy ludzi? Z Ostoi? – zapytałem.
- Zabijemy ich. Chyba, że nas nie zauważą, ale amunicja i zapasy nam się kończą, nie licząc tego jedzenia jedziemy na ostatkach. Wozy Ostoi są wyposażone, możemy złapać parę potrzebnych rzeczy. Poza tym musimy rozglądać się za aptekami, bo nie mam już nawet cholernych bandaży – powiedziała.
                Robiło się powoli ciemno, a my wciąż jechaliśmy, ale musieliśmy się w krótce zatrzymać, bo jazda nocą przyciągała zbyt dużo uwagi, a poza tym była niebezpieczna. Chcieliśmy trafić ponownie na domek myśliwski, ale tym razem nie mogliśmy kompletnie znaleźć tego miejsca. Słońce wisiało już całkiem nisko na horyzoncie, więc miałem pewne obawy, ale mieliśmy jeszcze przynajmniej trzy godziny do całkowitego zmroku. Jechaliśmy teraz przez polankę, całkiem niedaleko Inowrocławia. Zastanawialiśmy się, czy warto tam zajechać, ale Łapa zdecydowania chciała omijać podobne miejsca.
                Po drodze mijaliśmy mnóstwo niedużych wioseczek i miasteczek. Większość z nich była w miarę czysta, chociaż po ulicach szwendały się trupy, a droga nie raz była na tyle nieprzejezdna, że musieliśmy jechać poboczami. Wiosna zaczynała się jednak coraz gwałtowniej, bo na niektórych drzewach robiło się już naprawdę zielono. To był całkiem niezły zwiastun nadchodzących dni. Po podróży w zimnie , śniegu i ciemności nastawały długie, ciepłe dni. Zombie będą teraz o wiele groźniejsze, ale my nie będziemy musieli nosić kurtek i podobnych rzeczy, które zdecydowanie utrudniały nam mobilność.
                 W końcu trafiliśmy na duży budynek z ogromnym szyldem „Apteka Sąsiedzka”. Zatrzymaliśmy auto rozglądając się po ponurym, pełnym jęków i niewyraźnych cieni miejscu. Samo wejście było dosyć spokojne, ale kawałek dalej, w tunelu, który znajdował się pod dużym budynkiem, słychać było wyraźne jęki. Wiatr wiał tak mocno, że na pewno nasz zapach dotarł już do trupów i zaraz te do nas przyjdą.
- Wchodzimy, zgarniamy potrzebne rzeczy i wychodzimy, jasne? – zapytała Łapa.
I ja i Miczi kiwnęliśmy głowami. Podobnie jak przy ciężarówce Krystian z Młodą i Martą zostali w samochodzie, kawałek dalej. Widziałem jak Łapa kazała im odjechać jakby zrobiło się za gorąco. W sumie decyzja była mądra, bo jakby samochód został odcięty od reszty to praktycznie bylibyśmy już martwi.
                Wbiegliśmy po schodkach i po chwili mocowania się z drzwiami otworzyliśmy je i weszliśmy do mrocznego korytarza. Po lewej i po prawej było parę drzwi z tabliczkami pokazującymi, jaki lekarz bądź farmaceuta tu ma biuro. Z przodu z kolei pomieszczenie się rozszerzało i przeradzało w normalną aptekę – wystawy pełne poprzewracanych leków i pobitych szyb. Tak jak myślałem, to miejsce było już nieco splądrowane, ale na pewno coś musiało tutaj zostać.
                Przy bramce, prowadzącej do części z lekami leżał trup. W jednej ręce miał rewolwer, niestety pusty, a w drugiej opakowanie pigułek przeciwbólowych, również puste. Wybrał sobie całkiem dziwną śmierć, bo zapewne zjadł całą paczkę, a następnie strzelił sobie w głowę, żeby nie wstać jako zombie. Ominęliśmy go i ruszyliśmy plądrować półki. Było ciemnio, a my mieliśmy tylko dwie latarki, w tym jedna świeciła bardzo słabo. Dlatego ja trzymałem się Łapy, a Miczi z drugą latarką była kawałek od nas. Co jakiś czas wśród maści na ból stawów oraz tabletek na potencje znajdowaliśmy syrop na kaszel, tabletki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe oraz bandaże. Było to zdecydowanie potrzebne.
                Spakowaliśmy tyle zapasów, aż nasze plecaki były wypchane i spokojnie postukiwały przy każdym naszym kroku. Poszliśmy w stronę wyjścia i ostrożnie wyjrzeliśmy na zewnątrz. Trupy były już bardzo blisko, ale chyba zgubiła nasz trop, bo nie dobijały się do drzwi apteki. To była nasza szansa. Dałem znak dziewczynom, żeby biegły, a sam otworzyłem gwałtownie wyjście i wypuściłem je. Zombie natychmiastowo odwróciły się w naszą stronę. Łapa i Miczi pobiegły w stronę samochodu, a ja byłem kawałek za nimi. Widziałem już w oddali auto, kiedy nagle potknąłem się o coś. To były odcięte ręce i nogi zombie. Wydawało mi się, że były ułożone w kształt jakiejś litery, ale było za ciemno, a nawet jeżeli to nie obchodziło mnie co za psychol to zrobił. Wstałem i ruszyłem dalej.
                Po chwili wrzucałem już plecak na tylne siedzenie i szybkim ruchem wskoczyłem do środka. Miczi od razu ruszyła.  Zjechaliśmy na główną drogę, gdzie potrąciliśmy jednego, nic nie spodziewającego się trupa i pomknęliśmy naprzód. Łapa odwróciła się do nas z siedzenia pasażera.
- Irek podaj Monice leki. Te z poprzedniej apteki na pewno były słabsze od tych, co znaleźliśmy dzisiaj. W sumie nie zaszkodzi jak każdy z nas weźmie po pigule – powiedziała.
Zgodnie z jej prośbą znalazłem leki przeciwgorączkowe i podałem każdemu po pastylce. Zapiliśmy to wodą i przez chwilę jechaliśmy w ciszy. Spojrzałem na Krystka. Wyglądał całkowicie inaczej niż zazwyczaj. Jakby brakowało w nim woli życia. Widać było, że przeżył śmierć Magdy. Wyznawałem jednak zasadę, że w grupie wszyscy muszą trzymać się razem, więc zagadałem do niego.
- Krystian. Mam nadzieję, że nie gniewasz się za wtedy? Wiesz, że gdybym cię nie powstrzymał, to byś został ugryziony? – zacząłem.
                Początkowo Krystian nie odpowiedział, ale wiedziałem, że mnie słucha.
- Masz tę młodą do ochrony. Traktuje cię jako przyjaciela, brata, a może nawet ojca. Musisz dla niej żyć. Każdy z nas traci kogoś bliskiego. Taka jest kolej rzeczy  - kontynuowałem – Możesz mi obiecać, że nie zrobisz nic głupiego?
Przez chwilę ten nawet się nie ruszył, ale w końcu kiwnął głową, na znak, że się zgadza.
- Wiadomo właściwie, gdzie my teraz jesteśmy? I dokąd jedziemy? – zapytałem tym razem głośniej.
- Najbliższe duże miasto to Inowrocław – wytłumaczyła Łapa – Ale nie wiem dokąd jedziemy. Potrzebujemy miejsca do snu, a robi się w cholerę ciemno, więc zaraz będziemy musieli się zatrzymać.
                Rzeczywiście po niecałych trzydziestu minutach zatrzymaliśmy się. Byliśmy niedaleko gospodarstwa, które stało na uboczu, przy lesie. Miejsce wyglądało raczej dobrze, ale musieliśmy je dokładnie sprawdzić przed tym jak zostaniemy tu na noc. Wysiedliśmy, a Miczi zaparkowała auto w niedużej stodole. Było tam mnóstwo przegniłego, mokrego siana, ale wydawała się solidna i raczej nikt tu nie wejdzie, szczególnie, że znaleźliśmy wiszącą na gwoździu kłódkę z kluczykiem. Zamknęliśmy nasz wóz, wyciągając wcześniej trochę jedzenia i leków, po czym powoli szliśmy w stronę sporego domu. Na podwórku było wyjątkowo parszywie – zniszczony ogródek, pełen starych, zgniłych warzyw i niegdyś pięknych kwiatków, teraz prezentował się bardzo kiepsko.
                Wrażenie rozkładu pogłębiały zwłoki psa leżące uczepione do łańcucha niedużej budy. Biedne zwierzę nie zostało uwolnione, kiedy jego właściciele uciekali, bądź ginęli. Podeszliśmy na ganek przed duże, drewniane drzwi koloru czerwieni. Zajrzałem przez okno, żeby zobaczyć, czy coś tam się porusza jeszcze przed wejściem, ale okno było tak zakurzone od wewnątrz, że nic nie zauważyłem.
- To na pewno dobre miejsce na noc? – zapytała Młoda.
- Tak siostrzyczko. Musisz odpoczywać. Wszyscy musimy – powiedziała niezwykle łagodnie. Chyba oprócz niej nie było osoby, która traktowała z takim uczuciem. Chociaż z tego co zdążyłem usłyszeć był chłopak, którego traktowała podobnie. Nazywał się Bobru. Często o nim wspominali, nawet Dziara trzymając mnie w piwnicy o nim mówił. Musiał to być ktoś ciekawy i miałem nadzieję, że kiedyś go poznam.
                Weszliśmy powoli do środka, gdzie przywitał nas długi korytarz, rozchodzący się na pięć pokoi. Deski skrzypnęły głośno, kiedy po nich przeszliśmy. Na ścianach wisiały jakieś obrazy, ale w tym świetle ciężko było coś zauważyć, a przelotne strumienie światła latarek nie dawały podziwiać. Skręciliśmy do pierwszego pokoju po lewej i już wiedzieliśmy, że to będzie pokój, w którym spędzimy noc. Była tutaj duża sofa, która kusiła, żeby tylko się na niej położyć i przespać, oraz masa poduszek. Oprócz tego w salonie, bo taką funkcję musiał pełnić ten pokój, znajdowało się parę foteli, duży, drewniany stół, oraz komody, na których stały zdjęcia oraz inne rzeczy poprzednich właścicieli. Prawdopodobnie znaleźlibyśmy tutaj nawet sypialnie z prawdziwego zdarzenia, ale woleliśmy spać w jednym pokoju. Na pewno tak było raźniej, a dodatkowo łatwiej było się bronić w jednym pomieszczeniu, a nie rozrzuconym w paru pokojach.
                W czasie gdy Miczi i Marta okupowały kuchnię, a Krystian i Młoda szykowali posłania, ja z Łapą, poszliśmy sprawdzić pozostałe pomieszczenia i strych, bowiem w domu nie było piętra. Reszta pokoi wyglądała bardzo podobnie do salonu, całkiem ładnie umeblowana, pełna kurzu i mało potrzebnych rzeczy. Jeden pokój był całkowicie zrujnowany, jakby przeszło przez nie stado, co za tym idzie nie znaleźliśmy tam nic ciekawego. Zatrzymaliśmy się w końcu w łazience, ostatnim miejscu na parterze budynku. Łapa z nadzieją podeszła do zabrudzonej wanny i odkręciła kurek. Serce stanęło mi na chwilę, gdy usłyszałem szum spływającej wody.
- Jakim, kurwa, cudem? – zapytałem sam siebie.
- Irek ona jest ciepła. Chociaż nie widać tu śladów innych ocalałych to gdzieś niedaleko jest wciąż działająca sieć wodociągowa. Myślisz, że ktoś się kręci w okolicy? – pytała, zakręcając wodę.
- Nie mam pojęcia, ale nie kąpałem się tak dawno, że oddam nerkę za możliwość kąpieli w ciepłej wodzie.
- Nie wiem, czy powinniśmy tu zostawać. Boję się o moją siostrę – powiedziała.
- Jej też przyda się kąpiel. Ustawimy dwie osoby, które będą pilnowały okien i patrzyły czy nikt nie idzie, co jakiś czas. Zostańmy chociaż dzień – poprosiłem. Chociaż wiedziałem, że ciepła kąpiel zrobi dobrze dla każdego, to jednak myślałem bardziej o sobie. Wstydziłem się trochę tego, ale jednak marzyłem o kąpieli, zmyciu z siebie brudu i dniu, czy dwóch odpoczynku. Zdziwiło mnie, że Łapa bez większych afer zgodziła się na to.
- To co, mogę się pierwszy wykąpać? – zapytałem.
- Jasne, ja pójdę ostatnia z siostrą, żeby nie marnować za dużo wody –powiedziała.
- Wiesz, zawsze moglibyśmy… - zacząłem.
                Zobaczyłem błysk w jej oku. Ten jednak znikł równie szybko jak się pojawił. Pokręciła głową.
- Nie. Wybacz –odpowiedziała krótko i uśmiechnęła się – Obiecałam sobie coś.
Rozumiałem ją, więc nie naciskałem. Może nie byłem specjalnie atrakcyjnym facetem, ale też nie byłem brzydki. Tylko blizny po ugryzieniach szpeciły moje ciało. Wiedziałem jednak, że ona myśli wciąż o nim. Pasowali do siebie, chociaż byli zupełnie inni. Łapa wyszła z łazienki, żeby ogłosić reszcie, że dom jest czysty, a ja zacząłem lać wodę. Była nieco brudna, zapewne rury pordzewiały, ale jednak działała i była kojąco ciepła. Rozebrałem się do naga i zanurzyłem początkowo stopę. Fala rozkoszy rozlała się po moim ciele. Czułem jakbym się rozpływał. Przez chwilę marzyłem, żeby zostać w tej wannie do końca życia.
                Popluskałem się i umyłem szarym mydłem znalezionym w jednej z szafek, a następnie, owijając się w ręcznik, opuściłem łazienkę zwalniając ją dla kolejnej osoby. Liczyłem tez na znalezienie nowych ubrań, bo nie chciałem ubierać się w stare. Poszedłem do salonu. Naprzeciwko była usytuowana kuchnia i akurat wychodziła z niej Miczi, niosąca cały garnek jedzenia. Chciałem ją przepuścić pierwszą, ale w tym samym momencie z salonu zaczęła wychodzić Łapa. Spotkaliśmy się na korytarzu i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie jeden fakt. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
                Fakt ten był tak zaskakujący, że Miczi opuściła garnek, który z głośnym  trzaskiem upadł na ziemię, a ja odruchowo sięgnąłem do kieszeni po broń, po chwili zdając sobie sprawę, że jestem w samym ręczniku. Łapa z kolei aż podskoczyła. Spojrzeliśmy na siebie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie dźwięk ze strychu, albo czy ktoś w salonie przypadkowo nie zapukał w ścianę, ale po chwili usłyszeliśmy to samo. Łapa wyciągnęła pistolet i powoli podeszła do drzwi.
                Nie było w nich judasza, więc nie mogła spojrzeć , kto jest po drugiej stronie. Zobaczyłem kątem oka, że Krystian, który razem z resztą ludzi w salonie również zauważył, że coś dzieje, podszedł do okna. Niczego chyba jednak nie dojrzał. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić więc tylko obserwowałem jak Łapa przykłada ucho do drzwi. Pukanie rozległo się jednak ponownie, więc nic konkretnego to jej nie dało.
- Kto tam jest!? – krzyknęła.
- Nie mam złych zamiarów – odpowiedział męski głos. Chociaż stłumiony przez drzwi, wydawał się być bardzo miły, ciepły i dźwięczny.
- Czego chcesz? – zapytała znowu, nieco ciszej.
- Mam dla was propozycje. Jest jednak ciemno i jeżeli mnie nie wpuścicie to zaraz mogą się pojawić zombie i… - zaczął.
- Dobra, właź. Ale bez żadnych numerów! – powiedziała i wciąż mierząc pistoletem powoli zaczęła otwierać drzwi. Miczi w tym czasie już zaniosła garnek do salonu i wzięła pistolet, którym wymierzyła w stronę drzwi. Byliśmy gotowi na przyjęcie nocnego gościa.