Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 6. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2016

Rozdział 6: Tropem Potwora

Rozdział 6, kolejny z perspektywy Zuzy. Co więcej w tym rozdziale zastosowałem bardzo ciekawy zabieg, dzięki któremu oprócz poznania lepiej Zuzy poznamy też lepiej inną postać. Według mnie wyszło super i naprawdę ciekawie wypełni dotychczasową spokojną akcję u Zuzy (zanim przejdziemy do solidnego rozwoju postaci). Zapraszam do czytania.

POV:
Zuza - Rozdział 6 - Dzień 2-3
Bobru - Dzień 2-3 - Bobru w tym czasie wyjeżdża z Inowrocławia i dojeżdża do Włocławka
Erni - Dzień 2-3 - Erni w tym czasie wpada w ręce bandytów

----------------------------------------------------------

Rozdział 6: Tropem Potwora (ZUZA)


                Noga bolała przy każdym ruchu, ale to raczej motywowało mnie, niż przeszkadzało. Wiedziałam, że każde kolejne ukłucie przybliża mnie do celu. Maszerowałam dosyć szybkim krokiem w stronę, w którą pojechał tir. Wiedziałam, że to co robię mogło doprowadzić mnie do śmierci. Zrezygnowałam z dotarcia do bezpiecznego obozu żeby podążać za jakąś grupą. Chociaż to jak zniszczyli trupy było imponujące, nie mogłam być pewna, czy nie zrobią tego tak samo ze mną. Ryzykowałam wiele, ale kierowałam się instynktem, a właśnie on utrzymywał mnie przy życiu już jakiś czas.
                Kolejnym czynnikiem ryzyka był czas. Poruszałam się znacznie wolniej od pojazdu, a boląca noga nie pomagała. Liczyłam na znalezienie jakiegoś pojazdu i dotarcie do Płocka jak najszybciej mogłam, ale wiedziałam, że samochody teraz albo są wrakami, albo od dawna zostały zabezpieczone przez innych ocalałych. Z tego co wiedziałam, miałam przed sobą dwa nieduże miasteczka, za którymi był Włocławek, który był już nieco większym miejscem. Szansa jakaś była więc musiałam chociaż trochę rozejrzeć się po tych mieścinach.
                Droga była całkiem spokojna. Widać było trupy, ale wałęsały się one po polach omijając drogę i mnie. Co jakiś czas zauważałam czarne ślady po dużych oponach, które z pewnością należały do wcześniej spotkanych ocalałych. Wątpiłam, żeby ktoś jeszcze woził się tak dużym pojazdem. Po dwóch godzinach marszu zatrzymałam się na chwilę żeby zjeść resztki jedzenia i napić się. Podróżowanie w ten sposób było dosyć męczące. Miejscem mojego postoju było nieduże rozwidlenie dróg, przy których znalazłam wrak auta i mały kamienny murek, na którym usiadłam. Pojazd oczywiście nie działał, ale miejsce wydawało się bezpieczne. Przy samym wraku leżały trzy ciała trupów, każde z rozwaloną głową. Siedziałam tak spokojnie przez parę minut, kiedy nagle usłyszałam, że coś nadjeżdża. Nie czekając ani chwili rzuciłam się na ziemię i wczołgałam pod wrak.
                Ponownie moja perspektywa zmieniła się na tą spod samochodu, tak jak to było gdy spotkałam poprzednich ocalałych. Tym razem jednak byłam bezpieczniejsza. Samochody wyłoniły się ze strony, z której szłam i przemknęły w stronę, w którą podążałam. Stało się tak szybko, że przez chwilę po prostu leżałam i czekałam, sama nie wiedziałam na co. Kim mogli być ci ludzie, przeszło mi przez myśl. Mogli to być ludzie z grupy, którą goniłam, ale też tacy, którzy na nich polują. Trzy kolejne samochody mogły pomieścić nawet trzydzieści osób, szczególnie patrząc na to, że na pace ktoś jechał. To wyglądało na całkiem sporą grupę.
                Wyczołgałam się w końcu spod wozu i ruszyłam dalej. Nim minęła kolejna godzina, a słońce zaczęło zachodzić jeszcze bardziej dotarłam do niedużego miasteczka. Do Włocławka miałam jeszcze kawałek, ale noga dokuczała mi naprawdę mocno, a podróżowanie nocą było znacznie bardziej niebezpieczne, dlatego wchodząc w uliczki zaczęłam szukać miejsca do spania. Nie było tutaj zbyt wielu dużych budynków, a ja dodatkowo potrzebowałam jedzenia. Ulice były raczej czyste, chociaż na jednej z nich zobaczyłam masę trupów jedzących coś. Były jednak tak zajęte pożeraniem swojej ofiary, że nawet mnie nie wyczuły. Te pojedyncze, które szwendały się na ulicach nie były z kolei aż takim zagrożeniem. Jak któryś zbliżał się na wyciągnięcie ręki pchałam go i dobijałam nożem. Sprawdzałam również auta, ale każde, które znajdowałam było w kiepskim stanie. Jedne w ogóle się nie włączało, kolejne nie miało dwóch kół, następne było wypchane trupami, jakby ktoś je tu składował na później.
                Znalazłam po chwili auto, które nawet odpaliło, niestety było zepchnięte z ulicy w rów i chociaż próbowałam dobre dziesięć minut to nie udało mi się wyjechać, a siły, żeby je wypchnąć, nie miałam. Zrezygnowana ruszyłam dalej. Pozbyłam się trupa blokującego mi przejście i weszłam na ulicę otoczoną niedużymi, trzypiętrowymi blokami mieszkalnymi. Nie chciałam się pchać dalej, bo wiedziałam, że takie miejsca to umieralnia. Musiałam znaleźć jakieś jedzenie i z pewnością w blokach było go sporo, ale nie było to jedyne miejsce. Udało mi się zauważyć nieduży sklep monopolowy i ruszyłam pewnie w jego kierunku.
                Drzwi były zamknięte. Podeszłam do nich powoli, wciąż z nożem w ręce i delikatnie nacisnęłam na klamkę.  Okna były zakratowane, ale drzwi po chwili siłowania się ustąpiły. Gdy tylko przekroczyłam próg poczułam smród rozkładającego się mięsa. Cała wystawa była przegniła, chodziły po niej larwy, a zapach był tak intensywny, że mogło się zakręcić w głowie. Przyłożyłam koszulę do twarzy i weszłam. Pierwsze co zrobiłam to sprawdzenie, czy ktoś tutaj jest. Za ladą rozkłada się trup. Nie wstawał jednak, połowa jego głowy była rozrzucona po sporym fragmencie podłogi. Na zapleczu było pusto. Okna niestety nie miały zasłon, więc czułam się odsłonięta. Całe szczęście tylne jak i przednie drzwi miały działające zamki, więc zasunęłam je porządnie, dodatkowo zastawiając pobliskimi skrzynkami pełnymi przegniłych warzyw i z spokojem ułożyłam się za ladą, niedaleko nieszczęśnika, który leżał tu już jakiś czas.
                Większość produktów spożywczych stała na miejscu, ale prawie wszystkie były przeterminowane. Zadowoliłam się ostatecznie puszkami konserw rybnych oraz zapasam napojów gazowanych, które nie smakowały jeszcze tak źle, chociaż termin ich przydatności minął miesiąc temu. Po zjedzeniu trzech puszek poczułam się pełna. W sklepie panowała ciemność, szyby przepuszczały niedużo światła, a księżyc był skryty za chmurami. Zawsze przed snem lubiłam myśleć, to był taki mój mały obrzęd. Kiedyś po prostu brałam książkę i czytałam aż do zaśnięcia, ale teraz z oczywistych powodów nie było to możliwe. Bardzo za tym tęskniłam. Pamiętałam jak byłam chora, tuż przed wybuchem zarazy i mąż czytał mi przed snem. Te czasy wydawały się tak odległe jakby nie istniały.
                Robiąc sobie miejsce na podłodze zauważyłam coś leżącego w kącie. Okazało się to być książka, a dokładniej dziennikiem. Pojawiła się ona praktycznie na zawołanie i postanowiłam, że zaryzykuje wyczerpanie baterii w latarce i ewentualne zauważenie. Chciałam chociaż na chwilę się oderwać. Niestety gdy tylko włączyłam latarkę zobaczyłam tytuł zapisany starannym pismem: „Pamiętnik Ocalałego”. Lepsze to niż nic, pomyślałam. Przewróciłam pierwszą stronę i zobaczyłam datę. „15 listopada 2014 – dzień 1” głosił nagłówek. Przeleciałam wzrokiem całą stronę. Mężczyzna, który opisywał swoje życie był młody, miał nieco ponad dwadzieścia cztery lata. Pisał o tym, że wszystko trafiło szlag szybko w jego mieścince. Udało mu się jednak uciec z rodziną do domku położonego gdzieś obok miasta, którego nazywa nie udało mi się przeczytać, ponieważ była napisana niewyraźnie, a dodatkowo rozmazana.
                Jego styl pisania był spokojny. Nie używał jednak swojego imienia, a przynajmniej ja nie mogłam go znaleźć wertując kolejne strony. Kolejne dni w pamiętniku opisywały barykadę domu, zastrzelenie pierwszego człowieka, oraz zebranie okolicznych ludzi i wspólne przeżycia. Momentami przechodziły mnie ciarki. Nieznajomy wydawał się być kompletnie niewzruszony tym co stało się z światem. Opisywał kolejne dni, jakby była to zwykła, szara codzienność. „Tego dnia ruszyliśmy całą grupą do miejscowego sklepu i wzięliśmy wszystko, co tam było. Stary sklepikarz, Janusz już nie żył. Znaleźliśmy go rozszarpanego na kawałki na zapleczu. Widok był fascynujący. Trupy, którego go pożarły wybiliśmy. Podziwiam szczerze ich zapał w dążeniu do celu. Nie zatrzymuje ich nic. Chcą tylko zatopić zęby w kolejnej ofierze i tym samym sprawić, żeby dołączyła do nich. To nowi władcy świata. Żałuje, że nie ma sposobu żeby ich kontrolować, ale podczas gdy reszta będzie zajmowała się zabezpieczaniem gospodarstwa moich rodziców z pewnością wymyślę coś, żeby je przechytrzyć. Myślę, że jestem w stanie.” Kolejne strony były coraz to mroczniejsze. Wiedziałam, że potrzebuje snu, ale mimo to czytałam je z zaciekawieniem. Każdy dzień był opisany dosyć dokładnie. Szczególną uwagę przykuły opisy trupów. Autor widocznie interesował się nimi i prowadził badania. Musiał być naukowcem, albo szaleńcem.
                Chociaż robiło się coraz ciekawiej zmęczenie wzięło górę. Rozejrzałam się raz jeszcze po sklepie sprawdzając, czy wszystko jest bezpieczne, po czym przemyłam ranę i zmieniłam opatrunek i położyłam się spać. Zasnęłam natychmiast. Gdy obudziłam się było już jasno. Zaczęłam się pakować. Zabrałam tyle jedzenia ile byłam w stanie, dodatkowo spakowałam też butelkę picia. Przez chwilę zastanawiałam się czy zabrać ze sobą pamiętnik. Wydawał się być naprawdę mroczną lekturą, nie byłam pewna, czy właśnie tego potrzebowałam w tym momencie. Nie byłam nawet w jednej czwartej, a podejrzewałam, że dalsze strony będą zawierały jeszcze gorsze rzeczy. Schowałam go ostatecznie do dużej kieszeni plecaka i ruszyłam w stronę wyjścia. Odblokowując drzwi zastanawiałam się do kogo należała ta księga i czy dziwny właściciel jeszcze żyje.
                Wyszłam na zewnątrz i prawie natychmiast wiedziałam, że coś jest nie tak. Zombie szły wyraźnie w moją lewą stronę i nim się zdążyłam obejrzeć padł strzał. Cofnęłam się do wnętrza sklepu. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Wyjrzałam delikatnie zza drzwi i zobaczyłam, że po lewej stronie ulicy stoi dwójka mężczyzn. Strzelali oni do trupów, które do nich legły. Bałam się, a wiedziałam, że jeżeli mnie zaczną gonić to nie ucieknę. Noga bolała mnie przy każdym gwałtowniejszym kroku, a bieganie mogło otworzyć ranę i sprawić, że nie będę wstanie uciec. Musimy iść dalej, usłyszałam w głowie. To była prawda. Wiedziałam, że jeżeli szybko nie ruszę w prawo i nie zacznę oddalać się od mężczyzn to zaraz będzie po mnie. Była szansa, że mnie nie zauważą i będę mogła schować się w tym sklepie i przeczekać, ale wiedziałam, że to zbyt ważny punkt, żeby go nie odwiedzić. Nie zauważyli mnie jeszcze, ale wszystko miało zmienić się za chwilę. Wychyliłam się i kucając zaczęłam szybkim krokiem podążać wzdłuż ściany.
- Hej – usłyszałam szybciej niż zdążyłam zrobić parę kroków – Tam ktoś jest!
- Stój! – krzyknął ktoś inny. Strzał tym razem nie był wymierzony w trupy. Kula śmignęła i poczułam pieczący ból, kiedy drasnęła mnie w ramię. Głośno wypuściłam powietrze po czym wstałam i zaczęłam biec. Już po jednym gwałtownym ruchu noga zapiekła mnie tak mocno, że mało co się nie wywróciłam. Starając się jak najbardziej przenieść ciężar ciała na lewą nogę kuśtykałam do przodu. Skręciłam na zakręcie w prawo wbiegając w nieduży miejski park. Słyszałam kroki bandytów, którzy za mną biegli. Nie miałam szans ich pokonać nożem, a nawet gdybym miała broń bałabym się tak samo.
- Nie uciekniesz! – wrzasnął jeden z nich, jakby chciał wyssać tymi słowami resztki sił i odwagi jakie we mnie zostały.
                Dróg było wiele, ale wiedziałam, że na otwartych przestrzeniach nie miałam szans ich zgubić. Zauważyłam boczną uliczkę, która była pomiędzy dwoma starymi, drewnianymi domami. Bez namysłu ruszyłam nią, licząc na to, że uda mi się przeżyć. W połowie, całkiem długiego odcinka, noga zabolała mnie tak mocno, że upadłam. Schowałam się szybko za kontenerem, który tu stał i modliłam  się pod nosem aby moi oprawcy zniknęli. Dyszałam ciężko, chociaż z całych siły starałam się uspokoić oddech. Kroki jednak ucichły. Przez chwilę poczułam niezmierną ulgę, ale gdy tylko usłyszałam  głośniejsze szurnięcie wiedziałam, że jeden z nich musiał być naprawdę blisko.
- Dziewczyno lepiej się poddaj – powiedział mój oprawca powoli wchodząc w uliczkę. Słyszałam jego kroki. Jego głos był spokojny, ale słychać też było, że jest zmęczony biegiem, bo charakterystycznie charczał po każdym słowie. To pozwalało mi zlokalizować jak daleko jest ode mnie – Weźmiemy twoje rzeczy, może coś ci zostawimy – był już naprawdę blisko, zaledwie parę kroków ode mnie. W całym zaułku stało jeszcze parę kolejnych kontenerów, więc miałam szansę go zaskoczyć, ale co mogłam zrobić przeciwko silniejszemu ode mnie mężczyźnie – No i nie obiecuje, że nie skubniemy też trochę ciebie. Wiesz jak to jest – powiedział śmiejąc się obleśnie.
                Kiedy zrównał się ze mną zadziałałam instynktownie. Mężczyzna nie zdążył dobrze na mnie spojrzeć, kiedy wbiłam mu nóż w prawe udo. Zaryczał jak zarzynany wół, a ja wykorzystując sytuację popchnęłam go i zaczęłam biec w stronę, z której przyszedł, mając nadzieję, że jego kompan poszedł sprawdzić inną uliczkę. Nie czułam już nawet bólu w nodze. Adrenalina zrobiła swoje, a ja biegłam niczym strzała nie zatrzymując się nawet na chwilę. Szok był ogromny i przejął nade mną kontrolę. Nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się poza miastem, a noga zaczęła mnie boleć tak mocno, że zrobiło mi się czarno przed oczami. Osunęłam się przy metalowych barierkach osłaniających drogę i zaczęłam oddychać ciężko. Poczułam się tak zmęczona, że najchętniej położyłabym się w tym miejscu, w którym leżałam i została tu na zawsze. Nie obchodziły mnie trupy, ani dwaj mężczyźni, którzy chcieli mnie złapać. I tak nie miałam siły od nich uciec.
                Nic się jednak nie działo. Siedziałam, a noga pulsowała mi jakby miała wybuchnąć, zombie były daleko ode mnie, a po bandytach nie widziałam śladu. Nie byłam pewna, którą drogą wybiegłam z miasta, ale po chwili zauważyłam znak drogowy, który wcześniej ominęłam. Trafiłam dobrze. Tabliczka pokazywała, że opuszczam miasto, a zarazem, że jestem całkiem niedaleko Włocławka. Oczywiście całkiem niedaleko jak na podróż pojazdem. Niestety przez te całe zamieszanie nie znalazłam żadnego wozu, a teraz za bardzo bałam się tam wracać. Wstałam ciężko i chowając nóż, który cały ten czas kurczowo trzymałam w dłoni, ruszyłam wolniej niż wcześniej przed siebie. Noga z czasem przestawała boleć, aż ból wrócił do skali do wytrzymania.
                Byłam ciekawa czy Alicji udało się to co planowała. Ruszyła wtedy w tę stronę, w którą teraz szłam ja, ale nie widziałam żadnego jej śladu. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zobaczyłam kolejne wyraźne ślady dużych opon na piaskowej drodze prowadzącej na wschód. Oznaczało to, że ciągle byłam na tropie potwornie dużej ciężarówki. Zapasy były na zadowalającym poziomie, nie musiałam martwić się tym, że będę musiała szukać pożywienia przed snem, a dodatkowo wciąż miałam tajemniczy dziennik i chociaż życie było wyjątkowo emocjonujące w tych czasach, to nie mogłam się doczekać aż położę się w bezpiecznym miejscu i przeczytam kolejne strony o przygodach tajemniczego mężczyzny.
                Pogoda była przyjemna do maszerowania, nie było ani za gorąco, ani za zimno. Gdy słońce zaczęło powoli zachodzić wyszłam właśnie z leśnego odcinka drogi prosto na pola. Otaczały mnie one z lewej i prawej strony sprawiając, że czułam się wyjątkowo odsłonięta. Wiedziałam jednak, że muszę postarać się dojść do kolejnego miasteczka jeszcze przed zapadnięciem nocy i dodatkowo znaleźć sobie miejsce do przespania, które będzie w miarę bezpieczne. Pamiętałam, jak kiedyś spędziłam noc na dachu starej szopy w małej wsi, wtedy był jeszcze ze mną mąż. Chociaż upewnił się, że miejsce było bezpieczne to i tak skrzypiące ciągle drzwi i odległe jęki trupów sprawiały, że przez całą noc leżałam przerażona i z upragnieniem czekałam na wschód słońca.
                Gdy dochodziłam do pierwszych zabudowań było już ciemno, a ja miałam w ręce latarkę. Zapas baterii starczył mi na jeszcze sporo używania, ale pomyślałam, że jak zauważę jakiś kiosk to rozejrzę się za nimi, szczególnie biorąc pod uwagę moje nowe hobby. Mieścinka była podobna do poprzedniej, składała się z uliczek z niewysokimi budynkami rozłożonych na pewnym obszarze. Trupy pojawiły się prawie natychmiast i odrywając się od wcześniejszych pozycji ruszyły powolnym krokiem za mną. Nie zatrzymywałam się i ostrożnie wybierałam kolejne drogi. Wiedziałam, że z taką nogą nie mogłam sobie pozwolić na zbytnie szaleństwo.  Miałam nadzieję, że czytając pamiętnik, który znalazłam, znajdę jakieś porady jak chronić się przed trupami. Na pewno istniał jakiś sposób, człowiek go piszący musiał być zdeterminowany do działania.
                Przed moim oczami ukazał się zdemolowany przystanek autobusowy i trochę większy niż zazwyczaj kiosk. Okna były zasłonięte żaluzją przeciwwłamaniową, ale byłam pewna, że drzwi będzie dało się jakoś otworzyć. Były one zamknięte, ale jak się po chwili okazało lekki podważenie zamka nożem otworzyło je bez większych problemów. Szybko skryłam się w ciasnym, ale wystarczającym budynku i zasunęłam drzwi od środka, dużą metalową zasuwą. Czując kojące bezpieczeństwo usiadłam i rozejrzałam się. Widać było plamę starej, zaschniętej krwi. Nie znałam się na tym za bardzo, ale musiała tutaj być już przynajmniej kilka tygodni, bo jak przejechałam po niej nożem, to krew odpadła niczym sucha farba.
                Na wystawie było mnóstwo wafelków, ciasteczek i innych przekąsek, widziałam tez cały stos gazet i czasopism. Nawet nie chciałam do nich zaglądać. Co było to było. Rozłożyłam się wygodnie nie bojąc się, że światłem przyciągnę czyjąś uwagę. Rolety i ściany robiły wystarczającą robotę. Zadowolona zaczęłam jeść kolacje po czym oparłam się o ladę i włączyłam latarkę. Przypominając sobie o wcześniejszym pomyśle przeszukałam kiosk i znalazłam parę opakowań baterii. Takie zapasy na pewno starczyły na długi czas więc uradowana kolejnym małym zwycięstwem zajęłam się lekturą.
                Ta szybko mnie wciągnęła. Zanim się obejrzałam zauważyłam, że czytam już wpisy z grudnia opisujące pierwsze opady śniegu. „Śnieg spadł. Myślałem, że to będzie oznaczało, że będzie jeszcze trudniej i jeszcze gorzej, ale całe szczęście nie. Zima to kolejna szansa. Chociaż ciężko o utrzymanie temperatury, a jedyne rzeczy do jedzenia to znalezione wcześniej zapasy to zombie przestały być zagrożeniem. Mróz sprawia, że są wolniejsze, a niektóre kompletnie przestają się ruszać. To idealna sytuacja, żeby zebrać parę egzemplarzy i dokładniej zbadać, bez ryzyka.
24 grudnia 2016 – dzień 40
Święta. Nigdy za nimi nie przepadałem, ale jednak moi rodzice postanowili nie tracić do końca człowieczeństwa i zorganizowali dla wszystkich pozostałych w obozie wielki obiad. Nie było to nic specjalnego, ale i tak przypomniałem sobie cały szał związany z tą tradycją. W obozie nie zostało nas wielu, moi ludzie zajmowali okoliczne domy oddalone trochę od naszej farmy. Dużo też było na wyjazdach zbierając informację o innych obozach. Wiedziałem już o tym w Toruniu, Grudziądzu oraz Płońsku. Słyszałem też, że w okolicy Warszawy jest spora grupa ocalałych na czele z wojskiem. Zima była idealnym momentem na zbieranie informacji i badania.
25 grudnia 2016 – dzień 41
Dzisiejszy dzień w końcu przyniósł jakieś postępy. Nie wiem dokładnie jak wykorzystać jeszcze te informacje, ale wiem, że trupy działają przede wszystkim w oparciu o bodziec zapachu. Dla próby rozprułem jednego z nich i wysmarowałem ubrania w ich wnętrznościach. Podziałało. Chociaż jest to dosyć trudne, z pewnością odrażające i nie do końca dopracowane to daje ochronę. Trupy obwąchiwały mnie, ale po chwili przestawały się mną interesować. Testowałem różne ilości flaków po dokładnym wymyciu się i ostatecznie doszedłem do wniosków, że nawet nieduża ilość krwi i wnętrzności wsmarowanych w ciało daje pożądany efekt.”
                Gdy przeczytałam wpis z dwudziestego piątego grudnia aż pacnęłam się w głowę. W życiu nie pomyślałam o tym, żeby użyć flaków jako zapachu maskującego. Zdziwiło mnie jak mogłam nie pomyśleć o tak banalnym pomyśle. Opcja wydawała się idealna, bardziej mnie jednak przerażała wizja przykrego zapachu. Nie miałam gdzie się umyć, rzadko kiedy znajdowałam domy z dostępem do wody. Chociaż zdecydowanie smród był małą ceną za unikanie zombie. Jak wiele można się od ciebie nauczyć, pomyślałam patrząc na dziennik. Chociaż nie miałam pojęcia jak wygląda jego właściciel zaczęłam sobie to wyobrażać.  Widziałam  wysokiego mężczyznę w okularach z czarną czupryną. Nie miał zarostu i był dobrze zbudowany. Byłam ciekawa czy jeszcze żyje, czy może jeden z kolejnych eksperymentów zakończył się fiaskiem. Jeżeli żył to czemu zostawił swoje zapiski w takim miejscu? Mogłam ruszyć w stronę wspomnianej przez niego farmy, ale nie byłam pewna czy jestem w stanie dojść tak daleko. Zastanawiałam się jeszcze jak dużo dowiem się o okolicy. Mężczyzna wspominał o wielu obozach, ale nie było w nim nic o Płocku, a właśnie tę nazwę usłyszałam z ust ocalałej na drodze i jej grupy z wielkim tirem.  To musiała być grupa zasiedlająca nowy obóz. Cieszyłam się z posiadania dziennika, czytając go miałam szansę dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach za którymi szłam. Całkowicie zafascynowana lekturą zgasiłam latarkę i położyłam się spać opierając głowę o plecak. Zasnęłam dosyć szybko.
                Gdy rano wstałam zjadłam coś na szybko po czym zmieniłam opatrunek na nodze. Rana goiła się, chociaż moje wczorajsze przygody na pewno spowolniły ten proces. Ostrożnie odsunęłam zasuwy i wyszłam na zewnątrz. Zombie nie było widać na najbliższym odcinku drogi. Przypomniałam sobie o badaniach autorach pamiętnika i postanowiłam zapamiętać jak mogę się uratować w razie większych problemów. Na drodze przede mną zobaczyłam ponownie ślady kół i rozjechanego trupa. Wyglądał dokładnie tak jakby wyglądało coś, co właśnie zostało przejechane przez rozpędzony pojazd. Ucieszona, że wciąż trzymam się dobrej trasy, ruszyłam dalej.
                Przy trasie wylotowej z miasta zauważyłam nieco więcej trupów, ale też w oczy rzucił mi się sklep militarny. Wiedziałam, że szansę na znalezienie broni tak długo po wybuchu apokalipsy w takim miejscu były nikłe, ale postanowiłam zaryzykować. Już zwykły pistolet dawał mi dużo, a znalezienie czegoś większego byłoby po prostu cudne. W takich sklepach często były też ubrania idealne do podróżowania. Sklep był na rogu ulicy, a do jego wnętrza prowadziły schodki. Drzwi były lekko uchylone, ale nie to było problemem. Stało przed nim naprawdę sporo trupów. Wyglądały jakby złapały jakiś trop, bo stałam niedaleko, a te i tak podążały wzdłuż ulicy dalej. Postanowiłam, że wykorzystam sztuczkę, której się nauczyłam.
                Wypatrzyłam samotnego trupa, który odłączył się od grupy i zagulgotał z podciętego gardła jak mnie zobaczył. Ktoś zdecydowanie nie wiedział jak go załatwić, pomyślałam patrząc jak ten idzie w moją stronę. Po lekturze pamiętnika czułam się bardziej pewna siebie, jakbym grała w pokera widząc karty moich przeciwników. Wyciągnęłam nóż i czekając aż trup podejdzie w trochę bardziej ustronne miejsce wbiłam mu nóż w podbródek docierając ostrzem do mózgu. Zgniła krew polała mi się strumieniem po rękach, a ja łapiąc trupa za plecy położyłam go ostrożnie na ziemi, żeby nie zrobić za dużo hałasu. Walcząc z obrzydzeniem rozprułam nożem jego koszulę oraz podkoszulek i spojrzałam na lekko nabrzmiały brzuch. Operowałam już w swoim życiu ludzi, ale to jednak było co innego. Smród czułam będąc odsunięta najdalej na ile pozwalał mi zasięg rąk. Chwyciłam pewnie nóż i wbijając go kawałek pod mostkiem rozprułam bebechy odsłaniając falę smrodu i pozwijanych organów.
                Wafelki, które jadłam na śniadanie podeszły mi do gardła, ale wiedziałam, że musze zacząć się przyzwyczajać do tego zapachu. Odłożyłam nóż na bok i delikatnie rozchyliłam połacie brzucha. Od razu rzuciły mi się w oczy jelita. Będą idealne, pomyślałam chwytając nóż i zaczynając je wycinać. Nie było to takie trudne z ostrym narzędziem w ręce. Chwyciłam interesujące mnie części i zawiesiłam sobie na szyi, rozsmarowując tyle krwi ile zdołałam zdobyć po rękawach, nogawkach oraz torsie. Starałam się unikać kontaktu zainfekowanej krwi z moją skórą jak się dało, ale wiedziałam, że to nie jest do końca możliwe.
                Rozsmarowanie tego zajęło mi chwilę, ale w końcu zadowolona z efektu i przerażona zapachem ruszyłam w stronę sklepu. Stało przed nim teraz trzech zombie, którzy spojrzeli się na mnie, ale od razu zauważyłam, że nie przesuwają się w moją stronę tak szybko. Wyglądały bardziej jakby się przyglądały i sprawdzały coś. Dalej w dłoni kurczowo trzymałam rączkę od noża będąc gotowa do walki. Podchodziłam coraz bliżej, widząc dokładnie ich zgniłe twarze i zakrwawione ciała. Te jednak nie reagowały. Podejrzewałam, że jakbym zaczęła skakać i śpiewać z radości to i tak by mnie zaatakowały, więc ostrożnie szłam, nie robiąc zbyt gwałtownych ruchów.
                Gdy weszłam do sklepu odwróciłam się jeszcze raz na chwilę, ale zombie dalej stały w tym samym miejscu idąc teraz w kierunku poprzednich trupów. Zadowolona z sukcesu wyciągnęłam latarkę i zaczęłam badać wnętrze. Chciałam jak najszybciej opuścić to miasto, więc szybkim krokiem ruszyłam do półek i od razu zauważyłam, że wystawy z bronią są całkowicie puste. Nieco zrezygnowana tym faktem ucieszyłam się, gdy zobaczyłam wieszaki z ubraniami. Wszystkie były w kolorach moro i było tam tego naprawdę sporo. Szybko zauważyłam spodnie, bluzy, koszulki, czapki, kurtki i wiele innych. Obejrzałam się jeszcze raz na ulicę i zauważając, że jest pusta postanowiłam przebrać się już tutaj rezygnując z brudnych ubrań i wziąć jeszcze trochę na zapas jakbym nie mogła znieść odoru wnętrzności.
                Zaczęłam się rozbierać. Po chwili prawie naga w samych majtkach zaczęłam przebierać wieszaki szukając koszulki w moim rozmiarze.
- Fajne masz te cycuszki – usłyszałam nagle kobiecy głos za moimi plecami. Wystraszyłam się tak bardzo, że upuściłam latarkę – Spokojnie, bo jeszcze zrobisz coś temu apetycznemu ciałku.
Podniosłam latarkę uznając, że brak dźwięku przeładowania oznacza, że mogę się rozejrzeć. Poświeciłam w kąt budynku, gdzie zobaczyłam dziewczynę. Miała krótkie, czarne włosy. Jej twarz była piękna, lecz wygięta w grymasie bólu. Trzymała się obiema rękoma szmaty, którą przytrzymywała przy prawym boku. Materiał przesiąkł krwią.
                Nim zdążyłam o cokolwiek zapytać do środka sklepu wpadło więcej światła z otwartych na oścież drzwi. Do środka wbiegła nieco starsza kobieta z długimi włosami związanymi w warkocz. Miała w ręce strzelbę. Od razu gdy mnie zobaczyła podniosła ją i wycelowała.
- Spokojnie mamuś – uspokoiła ją leżąca dziewczyna.

Położyłam latarkę na ladzie i zrezygnowana podniosłam ręce.

wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 6: Wizyta

Rozdział 6, kolejny z perspektywy Olafa. Zgodnie z prośbą tajemniczego Bena z Inowrocławia, Olaf i Feline szykują się do odwiedzenia Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Po drodze spotka ich zupełnie nowe zagrożenie. Czy dotrą bezpiecznie do celu? Zobaczycie w tym rozdziale, po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 6 - Olaf - Dzień 4-5
Bobru - w tym czasie Bobru jest na Drugim Posterunku.
Irek - W tym czasie grupa Łapy spotyka nieznajomego mężczyznę w domku

------------------------------------------

Rozdział 6 (Olaf): Wizyta

               
                Tak jak myślałem, moje obowiązki były niczym, w porównaniu z obowiązkami posła, którym stałem się po tym jak Feline mnie nominowała. Następnego dnia po odjeździe Kamila, człowieka z Inowrocławia zostałem zaciągnięty do ciężkiej pracy i planowania w gabinecie Feline. Niebieskooka zaprosiła mnie z samego rana, zapowiadając, że dzisiaj późnym wieczorem wyjedziemy.
- Dlaczego tak późno, jeśli mogę wiedzieć? – zapytałem.
- Lubię zaskakiwać ludzi. Dziara na pewno nie będzie się mnie spodziewał o tej godzinie i kto wie, może zobaczymy coś ciekawego i będziemy w stanie porozmawiać z nim na osobności –powiedziała.
- Myślałem, że skurwiela nie lubisz – wyraziłem swoje zdziwienie.
- Nie przepadam za nim, za to co zrobił, ale jestem w stanie schować moją dumę. Chodzi o dobro ogółu – powiedziała.
- Skoro tak mówisz… - rzekłem.
                Siedziała wygodnie w swoim fotelu, a ja obserwowałem jak myśli. Co jakiś czas pytała mnie o coś, a ja starałem się jej jak najlepiej doradzić.
- Kogo mianować tymczasowym szefem, jak nas nie będzie? – zapytała po jakimś czasie.
- Ja nie ufam kompletnie tej bandzie debili i chamów – stwierdziłem jak zwykle szczerze – ale jakbym miał wybierać to chyba bym wziął tego pedalskiego doktorka.
- Myślisz, że ogarnie sytuacje jakby zaczął się tutaj jakiś bunt? – zapytała zdziwiona.
- Nie. Ale przynajmniej go kropną bo będzie coś próbował wskórać – powiedziałem rechocząc jak rasowy kryminalista.
Feline spojrzała na mnie z pożałowaniem.
- Pytam serio.
- Sam nie wiem. Oprócz mnie nie ma tu takiego drugiego chłopa, ale myślę, że wszyscy czują jakiś respekt przed Krzychem – odpowiedziałem. Krzychu był jednym ze strażników. Co prawda nie był specjalnie inteligentny, ale był duży, więc to była jakaś szansa. Mógł budzić jakiś strach.
- To dobry pomysł. Powiem mu to, jak już skończymy narady.
- A sama Ostoja? Jak planujesz to rozegrać tam? Myślisz, że to bezpieczne? – zapytałem tym razem ja.
- Chyba nie myślisz, że byliby nas zdolni tam skrzywdzić?
- Chuj ich tam wie – stwierdziłem.
                Kolejną godzinę spędziliśmy na planowaniu pozostałych rzeczy. Lubiłem to podejście do życia Feline. Co prawda wydawała się mieć wszystko gdzieś, ale gdy przychodziło co do czego to była świetnie przygotowana. Byłem pewien, że nigdy nie znałem lepszego stratega od niej. Co prawda nie miała doświadczenia, które uzupełniałem jej ja, ale wciąż imponowała swoimi pomysłami. W końcu wstała zadowolona z naszej pracy i odstawiła filiżanka kawy na bok.
- Wszystko ustalone. Będziemy gotowi na każdą ewentualność. Mogę cię prosić, żebyś znalazł Krzyśka i go tu przyprowadził? – zapytała, a po chwili dodała – Właściwie sam go możesz przekonać. Wierzę, że ciebie posłucha.
- Jasna sprawa. To ja lecę – powiedziałem i wyszedłem z gabinetu. Było już popołudnie. Jak ten czas leci, pomyślałem. Zastanawiałem się czy najpierw pójść zjeść, czy znaleźć Krzycha, ale ostatecznie żołądek wygrał z obowiązkiem i powoli zszedłem do stołówki. Było tam jak zwykle pusto. Zawsze byłem na tyle zajęty, że omijałem pory, w których jadła cała reszta. Nie przeszkadzało mi to jednak, wolałem zjeść w ciszy i spokoju.
                Siekiera jak zwykle zrugał mnie za to, że przychodzę za późno i musi trzymać żarcie tylko dla mnie, ale podał mi sporą porcję, którą się najadłem. Gdy wychodziłem z stołówki byłem świadkiem sceny, gdzie kobieta, którą tutejsi nazywali Kaśka, wrzeszczy na swojego męża. Ich kłótnie były nierozłączną częścią tego miejsca, więc zdążyłem się już przyzwyczaić. Tym razem jednak gdy przechodziłem obok zobaczyłem, że Kaśka odwraca się od ukochanego i przez nieuwagę wpada na mnie. Upadliśmy razem, a ja zakląłem szpetnie.
- Przepraszam – wydukała wstając.
- Nie szkodzi – szepnąłem trzymając się za podbrzusze. Miałem nadzieję, że dojadę do Ostoi i będę w stanie pomóc Feline. Walczyłem i strzelałem nieźle, ale brzuch był teraz moją pięta achillesową i w każdej chwili mogło mnie to znacznie osłabić. Byłem jednak wyjątkowo dobrej myśli.
- Nic ci nie jest? – zapytała.
- Ze mną w porządku, a co u was? – zapytałem widząc, że jej mąż poszedł w kompletnie innym kierunku.
- Różnie – odpowiedziała smutno.
- Rozumiem. Sorry, ale mam coś do załatwienia – powiedziałem, wiedząc, że dużo i tak nie zdziałam, a poza tym mnie to nie obchodziło. Ich kłótnie były na tyle częste, że moja skromna osoba nie mogła nic zmienić.
                Ruszyłem spokojnym krokiem w stronę wyjścia, gdzie prawdopodobnie znajdował się Krzysiek. Często pilnował bramy, lub patrolował okolicę, ale miałem nadzieję, że teraz będzie w obrębie naszego obozu, żebym nie musiał szlajać się po krzakach. Wyszedłem na zewnątrz. Głowa zaczęła mnie boleć nagle i zastanawiałem się, czy jest to spowodowane moim ostatnim nie wyspaniem, czy może czym innym. Lekko poddenerwowany swoim stanem ruszyłem w stronę ogrodzenia, gdzie stało trzech strażników. Niestety nie widziałem wśród nich Krzycha.
- Hej panowie – krzyknąłem z daleka – Jak mija dzionek?
- Chujowo – stwierdził młodziak, którego nie kojarzyłem kompletnie. Miałem raczej słabą pamięć do imion i twarzy.
- Szukam Krzycha – powiedziałem.
- Polazł z dwie godziny temu na patrol z Patrykiem, ale jeszcze nie wrócili. Powinni niedługo być – stwierdził drugi, nieco starszy, który z tego co pamiętałem nazywał się Gabriel.
- A dokąd poszli? – zapytałem.
- Do piwnic – stwierdził ten pierwszy.
- Ehh… - westchnąłem. Miejsce, o którym mówili znajdowało się jakieś dwa kilometry stąd. Był to stary sklep monopolowy, dosyć spory, w którym pomimo upływu czasu, wciąż można było znaleźć mnóstwo różnych trunków. Jeżeli ktoś tam znikał to najczęściej po prostu upijał się i spał tam. Feline to jakimś cudem akceptowała, ale ja potrzebowałem Krzycha na dziś i to trzeźwego.
- Zostały jeszcze jakieś auta? Przejechałbym się tam – powiedziałem.
- Jasne, zaraz coś ogarniemy – odpowiedzieli.
                Pół godziny później byłem już w drodze do Piwnic. Co prawda było to niedaleko, ale podjechanie tam, przez wiele wraków aut i tym podobnych, było nie lada wyzwaniem. W międzyczasie zgarnąłem strzelbę z zbrojowni i jeden pistolet. Musiałem być gotowy jakby się im coś stało. Podjechałem w końcu pod sam budynek i szybko zauważyłem, ze auto z naszego obozu tu stoi. Idioci, pomyślałem, widząc, że kluczyki są w stacyjce. Rozumiałem, że było tu mnóstwo wraków i jakby ktoś przeszukiwał okolice mógłby nie zwrócić uwagi, ale to miejsce przyciągało wiele osób i jeżeli ktoś ich obserwował mógł ich okraść bez problemu. Całe szczęście wszystko było w porządku.
                Wszedłem do budynku i od razu uderzył mi w nos zapach mocnego alkoholu. Widziałem dziesiątki butelek porozbijanych lub walających się wolno po podłodze. Podniosłem pistolet i powoli ruszyłem do piwnic, gdzie alkoholu było znacznie więcej. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to bronie moich towarzyszy leżące na stoliku. Znajdowałem się teraz w dużej piwnicy z drewnianą podłogą pełnej półek i z jednym dużym stołem po środku, oraz mniejszym przy wejściu. Czemu mieliby zostawiać tu broń? Nagle usłyszałem jęk. Zombie, pomyślałem.
                Nie myliłem się. Z tego pomieszczenia, oprócz schodów, którymi zszedłem było jedno „wyjście”. Był to mały służbowy pokoik, w którym dało się zamknąć od środka. Tam właśnie dobijały się trzy trupy. Żadne z nich nie zauważyło jeszcze mojej obecności. Na dużym stole stało parę puszek po piwie. Zabawiły się chłopaki, pomyślałem i wycelowałem. Nie chciałem ryzykować wypadku. Miałem dosyć łatwe cele i wystrzeliłem szybko. Pierwsze dwa zombie trafiłem od razu w głowę, a ostatniego spudłowałem, ale szybko się poprawiłem. Nie schowałem jednak wciąż pistoletu, bo nie wiedziałem czy nie ma tu więcej zombie i co najważniejsze, czy moi towarzysze tam są.
- Krzychu? Patryk? Chłopaki, jest już czysto! – krzyknąłem.
                Przez chwilę było całkowicie cicho. Zastanawiałem się czy oni żyją. Nagle usłyszałem głośny chrapnięcie.
- O wy wredne chujki! – wrzasnąłem. Podbiegłem i zacząłem uderzać butem w drzwi. Były one wykonane z dziwnej sklejki, która po paru uderzeniach zaczęła się wginać. Wziąłem strzelbę i zacząłem uderzać kolbą. Drzwi po parunastu uderzeniach poddały się i zobaczyłem dwóch, pijanych w sztos, leżących obok siebie ludzi. Oczywiście byli to poszukiwani przeze mnie strażnicy.
- Kogo ja poleciłem Feline? – zapytałem się na głos.
                Krzychu nagle otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie.
- Olaf? Sooo ty tu robisz? – zabełkotał.
- Wstawaj śmierdzielu, wracamy do obozu! – krzyknąłem.
Wyciągnięcie ich z piwnicy było znacznie bardziej męczące od układaniu planu z Feline i kiedy w końcu zapakowałem ich, ich bronie, oraz butelkę dobrej wódki minęło dobre pół godziny. Zasapany wsiadłem w końcu do auta, wcześniej wyjmując kluczyki z wozu, którym przyjechali tutaj strażnicy. Chujki sobie po niego pójdą, pomyślałem. Nie mogliśmy tracić dobrych aut w taki sposób.
                Po dłuższej chwili dotarliśmy w końcu do obozu. Strażnicy przy bramie pomogli mi wyciągnąć dwójkę pijaków. Krzychu, który był nieco mniej pijany i kontaktował poczłapał chwiejnym krokiem za mną na jedną z ławek przed szpitalem.
- Wybaaacz Olafie… - zabełkotał.
- Zamknij się. Nie wiem dlaczego dalej myślę, że się do tego nadasz, ale dzisiaj wieczorem wyjeżdżamy stąd z Feline do Ostoi. Do Torunia. W ten czas ty będziesz tu rządził – powiedziałem. Gdy zobaczyłem jego zdziwiony wyraz twarzy to o mało nie wybuchnąłem śmiechem, ale powstrzymałem się żeby cała powaga sytuacji nie prysła.
- Jak to? – zapytał.
- Tak to. Musimy wyjechać w ważnej sprawie, a ty tu wszystko ogarniesz. Jako jedyny z pozostałych będziesz budził jakiś respekt i może ta gromada cię wysłucha. Jak będą jakieś bunty to zamykaj ich w pokojach zanim sytuacja wymknie się spod kontroli, czaisz? – wytłumaczyłem.
- Jasne. Będę… nie zawiodę was! – powiedział.
- A teraz póki jeszcze jesteśmy idź się przespać bo śmierdzisz piwskiem i ledwo stoisz na nogach. Ani mi się waż chlać pod naszą nieobecność bo jak się dowiem to osobiście cię uduszę, jasne?
- Spoko, dam radę – obiecał. Widać było, że momentalnie przestał bełkotać, więc wierzyłem, że w jakiś sposób go przekonałem. Pożegnałem go i poszedłem ostatecznie się przygotować do wyjazdu. Wróciłem do swojego pokoju, przebrałem się na podróż, odpocząłem chwilę na dworze, wziąłem z zbrojowni parę broni i gdy już miałem zamykać drzwi zastanowiłem się nad jednym. Miałem jedyne klucze do tego miejsca pełnego broni. Oczywiście drugie były schowane, ale tak dobrze, że nie znalazłby ich nikt. Czy warto zostawiać jeden zestaw Krzychowi? To nie było zbyt bezpieczne. Chociaż nasza społeczność trzymała się razem, to były osoby gotowe wszcząć bunt przy odpowiednim uzbrojeniu. Ostatecznie postanowiłem nie zostawiać kluczy, ze względu na to, co mogłoby się stać.
                Czas do wieczora minął mi szybko i gdy wyszedłem w ciemność przed drzwi szpitala wyciągnąłem zapasowego papierosa i odpaliłem zapalniczką zippo, którą znalazłem jakiś czas temu. Zaciągnąłem się potężnie i wypuściłem dym nad siebie, obserwując jak wzlatuje na tle gwieździstego nieba. Zobaczyłem, czy mam przy sobie mój pistolet i nóż, a także poprawiłem strzelbę zawieszoną na plecach. Czekałem na Feline.
                Niebieskooka dołączyła do mnie po pięciu minutach. Była ubrana w czarny, długi płaszcz z kapturem. Podałem jej jeden z pistoletów, oraz długą, nieco zardzewiałą maczetę. Feline nie była najlepszym strzelcem, ani żołnierzem, ale radziła sobie z bronią w wystarczający sposób.
- Czujesz ten dreszczyk przygody? – zapytałem.
- Bardziej czuje dreszczyk niepokoju. Ostoja i podróż nocą to niebezpieczna kombinacja. No, ale potrzebna – powiedziała.
- Prawda. Jedźmy.
Wsiedliśmy do tego samego auta, którym pojechałem po Krzycha. Właśnie on wypuścił nas z obozu, otwierając bramę i zamykając. Ustaliliśmy wspólnie, że nie chcemy, żeby ludzie od razu zauważyli naszą nieobecność. Niech jak najdłużej nie wiedzą, co właściwie się dzieje.
                Do Ostoi mieliśmy około dwie godziny drogi. Jechaliśmy jednak z światłami, przez co byliśmy bardzo narażeni na to, że ktoś nas zauważy. Podróżowaliśmy w ciszy. Feline patrzyła zamyślona za okno i obserwowała zmieniające się krajobrazy. Księżyc oświetlał upiornym blaskiem pola, lasy oraz zagajniki. Raz o mało nie doszło do wypadku, kiedy przez drogę przebiegł łoś. Całe szczęście nie jechałem za szybko i zwierzak przemknął niczym strzała przed nami.
                Pomimo późnej pory i intensywnego dnia nie chciało mi się spać. Emocje trzymały mnie trzeźwego i całkowicie przytomnego. Mniej więcej w połowie drogi do Torunia zobaczyliśmy światło na drodze. Natychmiast zacząłem hamować i szturchnąłem Feline, która była gdzieś daleko, w krainie swoich myśli. Zatrzymaliśmy auto.
- Co robimy? – zapytałem.
- Mamy jak to wyminąć? – zapytała.
- Taa, ale z godzinę dłużej będziemy jechać, o ile się nie zgubimy na wiejskich dróżkach… - stwierdziłem.
- Widzisz tam coś?
- Eee… - zacząłem, próbując wypatrzeć coś szczególnego – W sumie parę trupów, przy ognisku na poboczu drogi.
- Coś więcej? – zapytała.
- Chyba nie. Przynajmniej nic innego nie widzą, moje stare oczy – odpowiedziałem żartobliwie.
                Podjechaliśmy ostatecznie pod ognisko i zanim wysiadłem odwróciłem się w stronę Feline.
- Musisz mi tu pomóc. Jestem tu, żeby cię bronić, ale nie dam rady sam przeciwko siedmiu trupom – powiedziałem.
- Co mam robić? – zapytała.
- Stukaj w szybę. Jak na ciebie przejdą, to będę je wybijał od tyłu nożem. Nie chcę strzelać, bo wystarczy już, że mamy światła, które widzi cała okolica.
Feline kiwnęła głową i poczekała, aż wyjdę. Wtedy zaczęła stukać. Zombie, które jadły zwłoki  zajmując połowę drogi, od prawej, z początku jej nie usłyszały. Po chwili dopiero zaczęły się odwracać i człapać w jej stronę. Jeden trup został przy ciele, a pozostała szóstka ruszyła w stronę Fel.
                Pierwszego dorwałem tego, który wciąż jadł. Pierwsze, co mnie zdziwiło było to, że trup nie poszedł z resztą. Zombie zazwyczaj, jak widziały nową, żywą ofiarę ruszały momentalnie w jej stronę. Ten jednak wciąż jadł. Drugie co rzuciło mi się w oczy, to to, że zombie nie wyglądał na zgniłego. Co więcej, wyglądał jakby był pozszywany, ale pozlepiany, z różnych części skóry. Największe zdziwienie jednak przeżyłem, gdy zamachnąłem się nożem, żeby przebić zgniłą czaszkę, a zombie odwrócił się i mnie podkosił. Upadłem ciężko na plecy i świat mi zawirował.
- Co do kurwy… - sapnąłem, gdy zobaczyłem, że fałszywy zombiak siada na mnie i zamachuje się pięścią. Całe szczęście byłem szybszy i uderzył pięścią w beton. Wykorzystałem to, żeby wbić mu nóż w udo, a następnie wyprowadzić lewy prosty i zwalić oszołomionego napastnika z siebie. Podniosłem się ciężko i usłyszałem dźwięk rozbijanego szkła. Nie zdążyłem się nawet obejrzeć, gdy usłyszałem strzały, a w tym samym momencie napastnik rzucił się na mnie. Upadliśmy ponownie, ale teraz byłem lepiej przygotowany.
                Zepchnąłem go pod siebie i poderżnąłem gardło. Feline radziła sobie, chociaż musieliśmy narobić tyle hałasu, że cała okolica już wiedziała, że tu jesteśmy. Na nogach stały jeszcze dwa trupy, które podszedłem od tyłu i tym razem bez problemu skasowałem, przebijając się przez czaszkę. Gdy sytuacja się uspokoiła, Feline wróciła na swoje miejsce, bo podczas walki przesunęła się na miejsce kierowcy i zaczęła oczyszczać siedzenie z kawałków szyby. Ja w tym czasie podszedłem do napastnika z zaciekawieniem. Wyjąłem z samochodu latarkę i zaświeciłem na niego.
- Ohyda… - szepnąłem.
                Mężczyzna  miał na sobie fragmenty skóry zombie. Co najgorsze jednak nie były one przyczepione, lub związane, a przyszyte. Nie mogłem pojąć po co ktoś miałby coś takiego robić, ale doszedłem w końcu do wniosku, że ten dziwny kamuflaż miał za zadanie odciągać zombie. Człowiek, który to wymyślił musiał mieć nierówno pod sufitem, c o potwierdził fakt, że jadł ludzkie mięso razem z pozostałymi trupami.
- Olafie idziesz? – zapytała mnie Fel.
- Ta. Już idę – powiedziałem.
                Wróciłem do auta i przekręciłem kluczyki w stacyjce. Paliwa mieliśmy jeszcze sporo, więc o to się nie bałem. Ruszyliśmy.
- Nic ci się nie stało? – zapytałem.
- Całe szczęście nie. Kim on był? – zapytała.
 - Jakimś pieprzonym zszywańcem. Rozumiesz, że miał przyszyte fragmenty skóry zombie do ciała? – wyraziłem swoje zdziwienie i skręciłem w prawo na skrzyżowaniu.
- Lepiej przyspieszmy trochę, możliwe, że tych potworów jest tu więcej – powiedziała.
                Pierwszy raz od jakiegoś czasu ukryłem coś przed nią. Podczas przeszukiwania zszywańca zobaczyłem w jego kieszeni paczuszkę. Nie powiedziałem jej o niej, bo u takiego człowieka raczej nie znajdzie się nic ciekawego, ale sam w wolnej chwili planowałem ją odpakować.
                Po godzinie z kawałkiem zobaczyliśmy na drodze przed nami światła Ostoi. Musiało być już po północy, gdy wjechaliśmy w rewiry miejskie. Nie gasiłem światła, bo Feline chciała, żeby Dziara ją zobaczył z daleka, żeby przez przypadek nie pomyśleli, że chcemy ich zaatakować. Podjechaliśmy pod jedno z wschodnich wjazdów, Feline dokładnie mnie nakierowała i czekaliśmy, aż strażnicy nas wpuszczą. W sumie była tutaj kiedyś i to całkiem sporo. Do czasu, aż przestało jej się podobać, to co r obi Dziara.
                Strażnicy pojawili się jakby znikąd i wycelowali w nas karabinami. Jeden z nich krzyknął.
- Kto idzie? – zapytał.
- Jestem Feline z obozu w Płońsku i mam sprawę do waszego dowódcy! – odpowiedziała Fel.
- Pamiętam cię, wchodźcie – odkrzyknął strażnik.
Brama się otworzyła i w końcu mogliśmy się schować za bezpiecznymi murami Ostoi. Obóz wyglądał imponująco z daleka, a w środku było jeszcze lepiej. Jakby kawałek miasta, bardzo dobrze broniony, ale trzymający pozory normalności. Co prawda ulicę były teraz puste, ale mieli nawet działające latarnie, co sprawiało, że wszystko wyglądało bardzo obiecująco. Strażnik, który rozpoznał Feline zszedł do nas. Wyglądał tak jak pozostali – w bandanie i kamizelce z logiem T.O.O.
- Jestem Rysiek, obrońca tej barykady. Pamiętam jak jeszcze tu mieszkałaś Feline –przywitał nas uściśnięciem dłoni.
- Też cię pamiętam. Zaprowadzisz nas do Dziary? Wybacz, że tak bezpośrednio, ale nie lubię marnować czasu – powiedziała.
- Jasne.
                Ruszyliśmy uliczkami, mijając po drodze patrole straży i dwie osoby z słynnych Czerwonych Flar. Była to grupa uderzeniowa Ostoi, rzekomo najlepsi z najlepszych. Sam nie byłem pewien co do ich przydatności, ale wierzyłem plotkom. Jeden z nich wyglądał szczególnie groźnie. Był murzynem z kijem baseballowym na ramieniu. Rzucił mi takie spojrzenie, że zadrżałem pomimo tego, że byłem twardym człowiekiem.
                Dotarliśmy w końcu pod drzwi sporego budynku, który był określany mianem Kwatery Głównej. Rysiek zapukał, a ze środka rozległo się stanowcze „wejść”. Środek budynku był całkiem ładny. Prowadził prosto do sporego salonu, z którego odnogi i schody prowadziły zapewne do innych pokoi. Dziara, siedział w kamizelce, brodaty i gdy nas zobaczył nie zdziwił się. Feline wydawało się to umknąć, ale ja byłem wręcz pewien, że jakimś cudem się nas spodziewał.
- Feline? – zapytał jednak, udając zdziwienie – Co cię sprowadza w moje skromne progi? Myślałem, że jesteś na mnie zła.
- Bo jestem. Jednak muszę z tobą pomówić –powiedziała stanowczo – mogę usiąść?
- Jasne siadajcie – odpowiedział. Zauważyłem, że brakuje mu obu kciuków. Tego Feline nie przeoczyła – Rysiek zostaw nas.
                Strażnik opuścił pomieszczenie, a Feline od razu przeszła do dyskusji.
- Co ci się stało w kciuki? – zapytała.
- To długa historia. Powiedzmy, że to karma, za moje chamskie metody i działania – powiedział szczerze.
- Zasłużona – skomentowała krótko.
- Co cię tu sprowadza? – zapytał, uśmiechając się.
- Wiadomość do przekazania. Co prawda mogłam wysłać kogoś z moich ludzi, ale załóżmy, ze chciałam zobaczyć twoją reakcję… - zaczęła.
- Cóż takiego jest na tyle zaskakujące, żebyś fatygowała się taki kawał drogi, aż z Płońska? – zapytał Dziara. Ja wiedziałem o czym Feline ma zamiar mówić, a byłem bardzo ciekawy zawartości paczki więc odchrząknąłem.
- Czy jest tu gdzieś kibel? – zapytałem.
- Jasne, tamtym korytarzem prosto i na prawo – pokazał mi Dziara.
 -Dziękuje. Zaraz wracam – powiedziałem. Wstałem i poszedłem w wyznaczonym przez niego kierunku. Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi sięgnąłem po nożyk i rozpakowałem paczuszkę. Smród rozwiał się na całą toaletę. Z środka wypadło coś na podłogę, ale zauważyłem, że jest tu także przypinka, długopis i liścik. Schyliłem się po to, co wypadło i z obrzydzeniem stwierdziłem, że to ucho. Ludzkie ucho. Spojrzałem na przypinkę i zobaczyłem literę „Z” oraz igłę przeciętą z kością. Coraz bardziej zdziwiony rozwinąłem list, który był napisany mało starannym pismem:

„Witamy w progach Zszytych…”

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 6: Granica

Rozdział 6, drugi z perspektywy Magdy. Zagłębimy się nieco w intrygę rozsiewaną przez Dziarę i zobaczymy jak to się rozwinie, gdy Magda dostanie pierwsze zadanie do wykonania. Czy złamie się i ucieknie? A może spodoba jej się rola, którą odegra w planach Dziary? Zapraszam do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

Rozdział 6 (Magda): Granica


                Moja sytuacja była kompletnie beznadziejna. Moje samopoczucie przed i po wyjściu z Kwatery Głównej, tego feralnego wieczora, było kompletnie inne. Przed wejściem byłam podekscytowana tym, co może na mnie czekać w środku. Miałam w końcu dostać pracę i to po rozmowie z samym szefem Czerwonych Flar – Dziarą. Po wyjściu byłam pewna tylko jednego – tego, że jestem w bardzo nieciekawej sytuacji. Powiedziałabym wręcz, że w beznadziejnej.
                Tego wieczora zostałam wtajemniczona w coś, czego nie wiedział, póki co, nikt inny. Dowiedziałam się, że cała Ostoja chyli się ku upadkowi. W końcu grupa, uważana za największych wrogów Torunia, okazała się być pod kontrolą jednego z rządzących. Po co były te zagrywki? Czemu Dziara chciał się pozbyć Karła? Chciałam, naprawdę chciałam o tym z kimś pogadać. Ale nie miałam z kim. Nawet następnego dnia od razu po wstaniu miałam przed oczyma obraz Jana, trzymającego nóż przy gardle mojego brata. Nie mogłam ryzykować życiem ostatniej osoby, która znaczyła dla mnie naprawdę wiele.
                Musiałam robić wszystko, co mi rozkaże Dziara. Byłam jego człowiekiem do brudnej roboty. Ale czemu wybrał akurat mnie? Nie zabiłam jeszcze żadnego człowieka, a biorąc pod uwagę to, o co mnie poprosił, wiedziałam, że to może się w krótce zmienić. Z tego co wiedziałam, moje pierwsze zadanie było dosyć proste. Musiałam odwrócić uwagę ludzi, z którejś z barykad na tyle, żeby oddział Gangu mógł wejść na teren Torunia i doprowadzić do zamieszek. Miałam szczerą nadzieję, że ci bandyci nie zabiją nikogo z moich towarzyszy, bo wtedy nie wybaczyłabym sobie tego.
                Oczywiście mogłam zawsze zaryzykować i powiedzieć o tym wszystkim co usłyszałam komuś ważnemu, ale aktualnie nie było tu osoby, która by mnie wysłuchała i rozplanowała wszystko tak, żeby nie pozwolić Dziarze zabić zakładników. Mogłam też uciec, ale wtedy zostawiłabym mojego brata na pastwę tego potwora. Musiałam rozplanować wszystko jak najlepiej do powrotu Bobra. To musiała też być część planu. Wysłanie Bobra daleko na północ, żeby nie mógł monitorować sytuacji na miejscu. To samo zresztą z Ernim, który został wysłany na wschód. Pozostawała mi zawsze opcja rozmowy z Sołtysem, Łapą lub kimś takim, ale oni nie mogli mi pomóc. Postąpili by głupio lub impulsywnie, a ja musiałam być pewna swoich działań.
                Zastanawiałam się jeszcze nad rozmową z Karłem, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. On był z pewnością ostatnią osobą, która uwierzyłaby w to, że jego przyjaciel, ktoś kto zbudował z nim całą tą społeczność, byłby w stanie zrobić coś takiego. Musiałam radzić sobie sama.
                Po obudzeniu się szybko ruszyłam na plac treningowy. Podczas strzelania zawsze przychodziły mi do głowy dobre pomysły, więc liczyłam, że i tym razem tak będzie. Oczywiście jedyna barykada jaką rozpatrywałam to ta, na której siedzieli Karol, Kamil oraz Dymitr. Musiałam ich oszukać w jakiś sposób, albo odwrócić ich uwagę, ale jak mogłam to zrobić bez wzbudzenia zbyt dużych podejrzeń? Dziara oczywiście nie chciał mi pomóc, powiedział, że to na tyle łatwe zadanie, że powinnam sama sobie z tym dać radę.
                Dotarłam na strzelnicę dosyć szybko. Tym razem nie byłam tam sama, wpadli tam również dwaj strażnicy, którzy strzelali z pistoletów do podziurawionych mankiet, mających na celu udawanie ludzi. Nie przeszkadzając im stanęłam obok i zaczęłam celować do tarczy. Pierwsza strzała trafiła w sam środek. Ucieszyło mnie to, oznaczało to nic innego jak powrót do formy. Powolny, ale skuteczny. Wypuszczałam kolejne strzały i rozpatrywałam kolejne opcje.
                Mogłam ich po prostu oszukać. Powiedzieć, że cała trójka jest wezwana przez kogoś do jakiegoś konkretnego miejsca i wtedy obiecać, że zaopiekuje się barykadą na czas ich nieobecności, a w ten czas wpuścić ludzi z Gangu. Mieli oni dostać się na teren dzisiaj, gdy zaczną bić kościelne dzwony, czyli o godzinie osiemnastej. Teraz nie było jeszcze dwunastej. Dzwony w Ostoi biły zawsze o tych dwóch godzinach. Wtedy organizowane były msze dla osób wierzących. Ja nie należałam do takich, szczególnie po tym co przeżyłam, więc po prostu nie odwiedzałam kościoła zbyt często.
                Drugim sposobem było wywołanie zamieszania gdzieś niedaleko barykady i tym samym sprowokowanie przybycia kogoś z okolic w określone miejsce. Ta opcja jednak również nie była zbyt dobra, bo na pewno cała trójka nie ruszy w to miejsce, tylko zostawią kogoś z tyłu na straży. Ewentualnie wyruszą we trójkę, ale gdy zobaczą, że nic poważnego się nie dzieje, to wrócą na swoje miejsca. Mi było potrzebne około pięciu minut.
                Podeszłam do tarczy, żeby wyjąć strzały i ponownie wycofałam się za linię, żeby oddać kolejne strzały. Pomimo strzelania przez najbliższą godzinę i naprawdę dobrego cela dzisiejszego dnia, to wciąż nie byłam pewna moich planów. Byłam jednak umówiona z Krystianem na spotkanie w barze i miałam nadzieję, że on będzie potrafił mi coś doradzić. Składając łuk i strzały podsłuchałam kawałek rozmowy dwóch strażników. Nie mówili cicho, ale też nie na tyle, żeby każdy mógł usłyszeć.
- To już czwarty miesiąc, a wciąż żyjemy! – powiedział jeden.
- Szef podobno szykuje coś z tej okazji. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni miesiąc. To miejsce jest niesamowite, a Szef to równy gość – odpowiedział drugi.
- Mi tam nie podoba się to co on robi. Myślę, że gdyby nie  Dziara to ludzie z Gangu by nas dawno stąd przegonili – stwierdził pierwszy.
                Gdybym tylko mogła to krzyknęłabym, że się mylą. Dziara stał za tym wszystkim. Ale nie mogłam. Odeszłam w milczeniu w stronę domu, żeby zostawić strzały i łuk, po czym ruszyć w stronę baru. Idąc obserwowałam ulice, które były teraz wyjątkowo puste. W sumie pora wskazywała na to, że większość teraz pracuje, dlatego też na ulicy mijałam pojedynczych ludzi. Nagle jednak dojrzałam ciekawą postać, której losy mnie interesowały, a mianowicie Mpd. Z tego co słyszałam już przed stratą ręki nie mógł być pewny swojej pozycji. Teraz jednak byłam wręcz pewna, że ją straci, a jego miejsce zastąpi ktoś inny. Ktoś gotowy wyruszyć w pełni sił do ataku i do wszystkich zadań przydzielonych przez Dziarę.
                Podeszłam i zagadałam do niego.
- Hej Mateusz. Jak się trzymasz? – zapytałam patrząc na niego. Wyglądał nieco mizernie, ale gdy tylko mnie zauważył starał się rozchmurzyć nieco.
- Dobrze, bardzo dobrze, wyśmienicie – zaczął po czym spojrzał ze smutkiem na swój kikut – Właściwie to fatalnie.
- Jestem Magda, zapewne mnie nie znasz, ale dotarłam tutaj z Bobrem, a go na stówę kojarzysz – wytłumaczyłam, żeby nie wyglądać na pierwszą lepszą dziwaczkę.
- Kojarzę cię, byłaś na barykadzie dwa dni temu, jak tu wjeżdżałem. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał.
- Właściwie to nie – powiedziałam mając w głowie to co powiedział mi Dziara – chciałam tylko zapytać jak sobie radzisz w obecnej… sytuacji.
Mateusz zastanawiał się przez chwilę po czym odpowiedział.
- Nie jest fajnie. Życie w tym świecie jest okropne, naprawdę fatalne – słowa zdawały się wylatywać z jego ust szybciej niż to było możliwe – ale radzę sobie. Bez ręki pewnie nie zachowam statusu Czerwonej Flary na długo, ale kto wie? Mam nadzieję, że mi się uda.
- Życzę ci tego. Miłego dnia! – powiedziałam odchodząc w stronę domów.
                Wspięłam się szybko po schodach i już po chwili byłam w swoim mieszkaniu. Odłożyłam łuk i strzały na to samo miejsce co zawsze. Lubiłam porządek, ale też nie przepadałam za osobami, które robią wielką aferę o parę rzeczy walających się po podłodze. Następnie podeszłam do zlewu i przemyłam ręce oraz twarz, żeby odświeżyć się nieco przed spotkaniem z Krystkiem. W końcu lubiłam go i był całkiem atrakcyjnym mężczyzną, więc nie mogłam pójść do niego wyglądając jak upiór. Po szybkim odświeżeniu się wybiegłam w stronę baru.
                Gdy doszłam do zawsze zadymionego, przez co nieco dusznego pomieszczenia, to od razu zauważyłam ciemnego blondyna, z którym miałam się tutaj spotkać. Podeszłam jeszcze do barmana prosząc o kubek ciepłej herbaty po czym podeszłam do Krystka. Przytuliliśmy się na przywitanie po czym usiedliśmy naprzeciwko siebie.
- Hej, jak się trzymasz? – zapytał mnie.
- Bywało lepiej, ale nie jest najgorzej… - stwierdziłam.
- Udało ci się dostać jakąś robotę?
Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią. Marzyłam o tym, żeby mu powiedzieć, że potrzebuje pomocy bo wpadłam w niezłe bagno, ale nie mogłam. To były granice wyznaczone przez Dziarę. Postarałam się o jak najlepszy uśmiech po czym odpowiedziałam mu.
- Jasne. W sumie całkiem fajna posada, jestem taką dziewczyną na posyłki, roznoszę wiadomości od jednej osoby do drugiej w Toruniu i ogólnie spełniam zachcianki ważniejszych osób. Ale jest naprawdę dobrze.
                Zenek przyniósł mi herbatę. Wzięłam łyka i z lubością poczułam rozchodzące się po ciele ciepło.
- Brzmi spoko, ale wydajesz się być… no nie wiem jakaś smutna – powiedział.
Jakimś sposobem czuł to, a ja nie mogłam pozwolić na to, żeby nabrał podejrzeń. Spojrzałam mu w oczy po czym złapałam go za ręce. Już chciałam mu tłumaczyć, że wszystko ze mną było w porządku, gdy nagle wpadłam na pewien plan. Plan, który mógł mi pomóc dzisiaj, kiedy usłyszę dzwony.
- Właściwie to mam pewien problem. Gdybyś mógł mi pomóc byłabym wdzięczna.
Krystek uśmiechnął się szeroko.
- Co to za problem?
- Potrzebuję, żebyś zgłosił dzisiaj tuż przed tym jak zaczną bić wieczorne dzwony całą trójkę z północnej barykady. Chodzi mi o Giganta, Kamila oraz Dymitra. Pokłóciłam się trochę z nimi ostatnimi czasy, a z tego co mi powiedział Dziara to chce ich widzieć.  Gdybyś mógł im to przekazać wieczorem byłabym bardzo wdzięczna – skłamałam.
- Nie widzę problemu – powiedział śmiejąc się – zazdroszczę ci takich problemów.
                Z pewnością nie zazdrościłbyś mi niczego, gdybyś tylko wiedział, pomyślałam.
- Dziękuje – odpowiedziałam.
Następnie spędziliśmy sporo czasu razem. Problem był rozwiązany i miałam nadzieję, że wszystko wieczorem wypali. Rozmawialiśmy dalej o różnych rzeczach i stwierdziłam, że Krystian był idealną osobą do pomocy mi w takich sytuacjach. Nie dość, że mi się podobał to jeszcze był niesamowicie pomocny. Mógł być jednym z najpotężniejszych sojuszników jakimi teraz dysponowałam. W trakcie rozmowy wpadłam na pewien pomysł. Pytanie, którego odpowiedź mogłaby mi pomóc w późniejszym czasie.
- Krystek mam do ciebie bardzo ważne pytanie – zapowiedziałam – mogę oczekiwać szczerej odpowiedzi?
- Jasne. Tak mi się przynajmniej wydaje – odpowiedział.
- Gdybym zdecydowała się opuścić to miejsce, poszedłbyś ze mną? – zapytałam.
                Tym razem Krystek nie odpowiedział od razu, ani nie uśmiechnął się. Po prostu milczał dłuższą chwilę. W końcu odetchnął głęboko i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Z tobą? Zawsze.
Poczułam dreszcze przechodzące przez całe moje ciało. Uśmiechnęłam się ładnie i ścisnęłam go mocniej za rękę. Dzwony wybiły południe, a my opuściliśmy bar i poszliśmy na spacer. Co prawda w Toruniu nie było bardziej urokliwych miejsc, ale parę z nich nadawało się idealnie na przechadzkę. Ruszyliśmy na północ gdzie znajdowała się spora szklarnia. Była ona wielkości niedużego parku i uprawiano tam warzywa oraz owoce. Oprócz tego znajdowało się tam parę drzew, które ścinano w razie srogiej zimy i kompletnego odcięcia od innych lasów. Była to taka rezerwa. W szklarni pracowało parę osób, ale teraz były tam tylko dwie.
                Jedną z nich był starszy mężczyzna, który wyglądał jak typowy ogrodnik. Miał siwy wąs, był w podeszłym wieku, a na dużym brzuchu miał fartuch ubrudzony ziemią. Drugą osobą była Ika, która przyjechała do Torunia wraz z grupą Natalii i Giganta. Co prawda nie znaliśmy się za dobrze, ale z racji iż mieszkaliśmy na jednym piętrze to kojarzyłam ją i potrafiłam z nią zamienić parę słów. Teraz jednak skinęłam w jej stronę głową na znak przywitania po czym ruszyłam do jednej z niewielu ławeczek w szklarni i usiadłam tam z Krystianem. Było tutaj naprawdę spokojnie i myślę, że mogłabym tam spędzać godziny. Miejsce było po prostu klimatyczne.
                Chcąc, żeby Krystian uważał je za jeszcze lepsze, od razu po tym jak usiedliśmy pocałowałam go. Odwzajemnił pocałunek i uśmiechnął się do mnie po tym jak nasze usta się od siebie oddaliły. Następną godzinę spędziliśmy ciesząc się sobą i tym, że w końcu któreś z nas zrobiło pierwszy krok. Teraz byliśmy parą. Był kolejną osoba w moim życiu, która była dla mnie naprawdę ważna. Ale wciąż nie mogłam zostawić swojego brata. Robił się coraz ciemniej. Pogoda też nie była najlepsza, niebo zostało przysłonięte chmurami.
                Gdy opuściliśmy szklarnię poszliśmy w kierunku Placu Głównego. Po drodze spotkaliśmy Filipa, jednego z Czerwonych Flar, który spieszył się w tym samym kierunku co my. Zobaczyliśmy sporo ludzi na placu i podest, na którym stał Karzeł. Z zaciekawieniem podeszliśmy bliżej. Ludzie z wyraźną niecierpliwością, ale też zainteresowaniem obserwowali swojego dowódcę. Karzeł chociaż nie należał do wysokich, teraz znajdował się najwyżej. Filip przepchał się do niego, a my zostaliśmy na obrzeżach tłumu czekając na to co się stanie. Czy to było zwykłe ogłoszenie, czy jakiś alarm? Może Karzeł jakimś cudem dowiedział się o planach Dziary? Zaraz miałam się dowiedzieć.
                Przez tłum przepchał się na podest jeszcze Szeryf ze swoim megafonem. Podał go Karłowi po czym usłyszeliśmy głos dowódcy.
- Witam wszystkich bardzo serdecznie, w te niezbyt ładne popołudnie! – zaczął – Chcę zająć waszą uwagę tylko na chwilę, jednym, szybkim ogłoszeniem!
Wszyscy oczekiwali w napięciu na to, jakie to będzie ogłoszenie.
- Niedługo zaczyna się czwarty miesiąc tego piekła, który potocznie nazywamy apokalipsą. Czas żeby jakoś uczcić to, że wszyscy, którzy tu są przetrwali tak długo. Dlatego też organizuje święto. Święto Ocalałych. Zacznie się ono za parę dni, planujemy po prostu mile spędzić czas, bez żadnych problemów. Jak wam się podoba ten pomysł? – krzyczał przez megafon.
                Ludzie przyjęli pomysł zdecydowanym aplauzem. Widocznie się im podobał. Ja też się ucieszyłam, chociaż jeden dzień zapowiadał mi się dobrze w najbliższym czasie. Oczywiście najlepszym co mogłoby mi się przytrafić byłoby uwolnienie brata i uwolnienie się od Dziary, ale póki co nie było to możliwe. Tłum szybko się rozszedł, aby zajmować się swoimi zajęciami oraz odpoczynkiem, a my z Krystianem przygotowywaliśmy się powoli do realizacji naszego planu.
                Ja ruszyłam pierwsza w stronę północnej strony Ostoi. Z racji iż robiło się coraz ciemniej, a północna część była słabiej oświetlona, bez problemu poruszałam się zaułkami i omijałam mieszkańców oraz patrole straży. Planowałam przeczekać na poddaszu jednego ze straganów, na których oporządzano warzywa z okolicznej szklarni. Podskoczyłam lekko i przy wybiciu się z murku wsunęłam się na dach i zamarłam w bezruchu. Miałam stąd dobry punkt obserwacyjny na dwie uliczki – tą z której przyszłam, całą ciemną i prowadzącą na Plac Główny oraz do Kwatery Głównej, oraz tą, która biegła aż do barykady. Barykada znajdowała się jakieś dziesięć metrów na prawo ode mnie, widziałam stąd bez problemu całą trójkę jej broniącą.
                Teraz pozostało poczekać. Do osiemnastej zostało trochę mniej niż pół godziny. Ogólnie panowała taka cisza, że udało mi się usłyszeć niektóre słowa wypowiadane przez Kamila. Łysy widocznie był czymś zdenerwowany.
- To wszystko śmierdzi na kilometr! – krzyknął na tyle głośno, ze usłyszałam każde słowo wyraźnie.
Gigant rozejrzał się niepewnie po ulicy, ale nie zauważył mnie, po czym przyłożył palec do ust, żeby uciszyć trochę żołnierza.
- Ten Gang jest podejrzany tak samo jak Dziara. Wydaje mi się, że mogą współpracować. Widziałem ich dowódcę na terenie Ostoi. Jestem kurewsko pewien tego, że oni kręcą coś wspólnie – krzyczał dalej.
- Skąd wiesz jak wygląda dowódca Gangu? – zapytał Dymitr, nieco ciszej i nie byłam pewna czy to były dokładnie jego słowa.
- Widziałem go w drodze tutaj. Co prawda niedokładnie, bo stał do mnie plecami, a chwilę potem dostałem, ale jestem prawie pewien, że ten skurwysyn jest już na terenie Torunia – powiedział.
- Może on tu się wkradł? A nikt… - reszty nie usłyszałam, bo akurat przechodził tędy patrol straży. Ci na barykadzie widząc ich również umilkli, ale po chwili wrócili do rozmowy. Tym razem ciszej, znacznie ciszej. Zdołałam jeszcze usłyszeć  jak Gigant radzi Łysemu, żeby nie podejmował pochopnych decyzji, ale później ściszyli ton na tyle, że nie wyłapywałam nawet pojedynczych słów.
                Czas mijał, a godzina osiemnasta nadchodziła nieubłagalnie niczym jeden z trupów, wyciągając ręce w moją stronę. Gdy zaczęłam planować coś na własną rękę, myśląc, że Krystkowi albo coś się stało, albo mnie wystawił, zobaczyłam jak skręca z ciemnej uliczki i idzie w stronę barykady. Sama zmieniłam odrobinę pozycję, bo poszczególne części ciała zaczęły mi powoli drętwieć. Obserwowałam z góry jak Krystian podchodzi pod barykadę i macha ręką w stronę trójki, znajomych mi, strażników.
- Czego chcesz? – krzyknął z zapytaniem Łysy.
- Dziara was woła! Podobno sprawa jest ważna, przynajmniej tak mi powiedział Filip, ten koleś z Czerwonych Flar – odkrzyknął Krystek.
- Przyjdziemy za jakiś czas! Nie możemy zostawić teraz barykady, jakieś pół godziny temu widzieliśmy coś na ulicy. Możesz mu to przekazać? – zapytał Gigant.
Krystek widocznie się zmieszał, ale po chwili znowu podniósł głowę.
- Wiecie przekazać mogę, ale wątpię ,żeby on był z tego zadowolony. Chciał was teraz. Czeka na was w Kwaterze Głównej. Ewentualnie mogę was zastąpić na parę minut i o ile sprawa nie będzie poważna to wrócicie tu za chwilę. Co wy na to? – kontynuował Krystek.
                Cała trójka spojrzała na siebie po czym niechętnie zeszli po drabince.
- Jeżeli nas oszukujesz to będziesz odpowiadał przed Karłem. Idziesz z nami – powiedział Łysy. Następnie cała czwórka przeszła pod straganem, na którym leżałam, a chwilę po tym zniknęli w mroku uliczki prowadzącej do Kwatery Głównej. To była moja chwila. Miałam pod ręką latarkę, którą miałam dać znak. Zsunęłam się z dachu na murek, a z murka na ziemię po czym pobiegłam najszybciej jak umiałam w stronę barykady.
                Wspięłam się z niemałym trudem po drabince. Ręce mi drżały z nerwów i podniecenia. Miałam nadzieję, że jak ktoś, kiedyś się dowie o tym co robiłam, to mnie zrozumie. Wspięłam się na stanowisko obronne po czym wyciągnęłam latarkę. Puściłam specjalny szyfr, złożony z paru mignięć po czym czekałam. Przykucnęłam, żeby ewentualny patrol straży mnie nie zauważył, ale miałam szczęście bo żaden akurat tędy nie szedł.
                Nagle zobaczyłam kogoś w ciemności za barykadą. Szedł zza Ostoi, ale był sam. Myślałem, że więcej osób z Gangu będzie chciało się tutaj dostać. A może każda barykada w tym momencie była okupowana przez kogoś, kto pomagał Dziarze w tym planie? Może nie byłam sama? Gdy mężczyzna podszedł bliżej, dalej nie do końca widziałam kto to jest. Miał na twarz nasunięty kaptur.
                Zeszłam po drabinie i stanęłam na ziemi. Podbiegłam do dźwigni i pociągnęłam ją otwierając bramę. Tajemniczy wędrowiec zszedł i w świetle zobaczyłam na jego twarzy uśmiech. Znajomy uśmiech. Wędrowiec zdjął kaptur i zobaczyłam jego twarz. To był Dziara. Uśmiechnął się do mnie szeroko, a ja otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. O co w tym wszystkim chodziło?
- Zdziwiona prawda? – zapytał.
- Gdzie… gdzie są ludzie z Gangu? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Dziara roześmiał się wesoło.
- Oni już są na terenie Ostoi. To miało tylko sprawdzić jak bardzo mogę ci zaufać. Zdałaś ten test. Teraz wiem, że z twoją pomocą mogę zrealizować swój plan! – wykrzyknął po czym zamknął bramę i odszedł w stronę Kwatery Głównej. Stałam tam jeszcze przez parę minut wciąż nie mogąc zrozumieć tego, co się właśnie stało.