Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 8. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 8. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2017

Rozdział 8: Nic nie trwa wiecznie

Rozdział 8, kolejny z perspektywy Erniego. Po wpadnięciu w ręce bandytów Erni i jego grupa będą musieli zmierzyć się z rzeczywistością i spróbować przetrwać. Zapraszam do czytania, oraz komentowania

POV:
Erni - Rozdział 8 - Dzień 3-4
Bobru - Dzień 3-4 - Dojeżdża do Płocka
Zuza - Dzień 3-4 - Wpada w ręce dwóch kobiet w okolicach Włocławka

----------------------------------------------------------

Rozdział 8: Nic nie trwa wiecznie (ERNI)


                Wstrząs obudził mnie. Wierzgnąłem niczym spętane zwierzę, starając się rozejrzeć, ale wszędzie było ciemno. Miałem opaskę na oczach. Byłem też związany grubym sznurem w okolicach nadgarstków i kostek. W ustach miałem wepchniętą szmatę, której nie dałem rady wypluć. Brak mobilności i wzroku sprawiał, że wpadłem w panikę. Czułem, że się poruszam, więc musiałem być w jakieś ciężarówce, lub podobnym pojeździe. Z trudem łapałem oddech starając się o każdy strumień powietrze przez nieco zapchany nos. Uspokoiłem oddech. Poruszając skrępowanymi kończynami czułem, że dotykam innych osób, prawdopodobnie moich przyjaciół, którzy byli związani obok mnie.
                Daliśmy się podejść. Pamiętałem scenę amputacji, a następnie mężczyzn w skórzanych kurtkach, którzy nas otoczyli. Bolała mnie głowa, byłem pewien, że to przez cios, który otrzymałem od jednego z przeciwników. Chociaż tabliczka wcześniej mówiła o terenie Zszytych to wątpiłem, żeby to byli oni. Z tego co słyszałem nosili oni fragmenty ciał trupów, albo mieli przyszyte kawałki ich skóry. Ci wyglądali na jakiś dziwny gang motocyklowy, który jeździł po drogach i szukał takich jak my. Jednak wciąż żyłem. To nie pasowało mi do wizji okradnięcia i zabicia. Nie mogłem wpaść na żaden pomysł, dlaczego takim bandytom bylibyśmy do czegokolwiek potrzebni.
                Wóz znowu podskoczył na wyboju. Czułem się tak beznadziejnie bezsilnie. Wciąż nie mogłem uwierzyć jak łatwo dałem się podejść. Wybór jednak nie był prosty – prawdopodobnie jakbym zostawił Maćka na pastwę losu to zauważyłbym bandytów wcześniej i zdołał jakoś temu zapobiec. Nie jestem jednak bezduszną bestią, a ci ludzie to teraz moi przyjaciele. Nie będę zostawiał porządnych osób na śmierć. Każde życie jest cenne, szczególnie, gdy należy do kogoś z naszych. Zastanawiałem się jaka jest realna szansa, na to, że ktoś nam pomoże. O ile bandyci nie planowali nas zabić, to mogliśmy liczyć, że w końcu Ben wyśle jakąś grupę, która się nami zainteresuje. Była też szansa, że Bobru i jego grupa będzie wracała tędy za jakiś czas. Czerwone Flary i pozostałe grupy z Torunia też mogły się zapuścić w te tereny. Większym pytaniem było – gdzie teraz byliśmy? Przez opaskę nawet nie mogłem określić tego jaki mamy dzień. Ból głowy jednak wydawał się dosyć wyraźny, więc podejrzewałem, że nie minęło więcej niż kilka godzin. Nie wiedziałem ile jeszcze może zająć podróż, więc korzystając z pierwszej, lepszej okazji, spróbowałem jeszcze zasnąć.
                Obudziło mnie światło, które bestialsko wdarło się do mojej małej świątyni złożonej z opaski i zamkniętych oczu. Poczułem czyjąś dłoń ciągnącą mnie za ramię. Starałem się otworzyć oczy, ale były one nieprzyzwyczajone do światła dziennego i czułem po prostu jakbym był ślepy. Knebel, opaska, oraz więzy z nóg zniknęły, ale te na rękach wciąż ciasno i boleśnie oplatały moje ręce.
-  Ruchy kurważ – warknął mężczyzna, który mnie wyciągnął. Otworzyłem delikatnie oczy i mrużąc je niczym Azjaci zobaczyłem zarośnięta twarz z śladami po chorobie z dzieciństwa w postaci białych plamek.
- Zaprowadźcie ich na dołek – krzyknął ktoś inny z oddali.
- Tego skurwiela prowadzę do Jarka – powiedział  brodacz, potrząsając mnie za ramię.
                Mężczyzna popchnął mnie do przodu. Z trudem utrzymałem równowagę. Starałem się rozejrzeć, albo chociaż spojrzeć za siebie i zobaczyć co z resztą moich przyjaciół, ale gdy tylko próbowałem się odwrócić byłem popychany, więc dałem sobie spokój. Znajdowaliśmy się w jakimś niedużym obozie. Widziałem samochody i nierówno porozkładane siatki, które wyznaczały granicę. Chociaż takie zabezpieczenia były dobre, to na dłuższą metę nie miały szans uchronić ich przed większym atakiem. A stado było coraz bliżej.
                Celem naszej małej podróży był nieduży metalowy barak, który w normalnych czasach był stawiany przy pracach drogowych, żeby robotnicy mieli gdzie wypić zimne piwko i się przespać. Brodacz nawet nie zapukał do środka. Takie małe szczegóły były bardzo istotne. Zostałem siłą zaciągnięty i wręcz wrzucony na małe, składane krzesło. W baraku panował półmrok. Przez brudne i zakurzone okna wpadało bardzo mało światła. Zauważyłem jednak masywnego mężczyznę siedzącego na nieco zużytym leżaku turystycznym, za drewnianym biurkiem.
- Co jest kurwa? Po co żeś go tu przywlókł? – zapytał mężczyzna chroboczącym głosem.
- Znaleźliśmy grupkę niedaleko stąd. Coś koło piętnastu osób – powiedział z dumą w głosie Brodacz.
- Ile!? – zapytał zaskoczony.
- Ha! Wiedziałem, że będziesz zdziwiony, mówiłem, że kurwa dam radę! – wykrzyknął.
                Mężczyzna za biurkiem spojrzał na mnie. Miał małe, wredne brązowe oczy przypominające dwa żuki.
- Dobra, ale po co mi on tu? Stary nie wiesz co się robi z towarem? Pakuj go na dołek – powiedział z takim obrzydzeniem, jakby patrzył na kawałek starego, zepsutego mięsa.
- Dobra, ale ten gnojek to coś więcej – przerwał mu Brodacz.
- Co masz na myśli?
- Zaatakował nas gdy do niego mierzyliśmy. Skurwiel rozpruł nogę Jackowi i wybił zęba temu młodemu, wiesz któremu – odpowiedział.
- Rozumiem – powiedział cicho – Zostaw nas samych, załatw miejsce dla reszty. Dobra robota.
- Ja kurwa myślę.
                Brodacz opuścił barak, a masywny mężczyzna podniósł się ciężko. Leżak zaskrzypiał rozpaczliwie, gdy sporych rozmiarów łapa oparła się o plastikową rączkę.
- A więc… kim ty kurwa jesteś? – zapytał podchodząc i chwytając mnie za podbródek, tak żebym na niego spojrzał.
- Nie wiesz z kim zadzierasz skurwielu – postanowiłem zagrać tą kartą. Musiałem dowiedzieć się jak najwięcej o całej tej grupie.
- Dokładnie. Nie wiem. Oświeć mnie jeśli chcesz zachować ząbki. Widzę, że kogoś już musiałeś wkurwić – przejechał paluchem po mojej starej bliźnie na policzku.
- Ilu masz tych bandziorów? Dziesięciu? Dwudziestu? – zacząłem pytać, gdy mężczyzna wyprowadził cios. Uderzył mnie w policzek z taką siłą, że złożyłem się razem z krzesłem, na którym siedziałem. Odkaszlnąłem i spojrzałem na niego.
- To ja zadaje jebane pytania! – wykrzyknął po czym kopnął mnie butem w żebra.
- Nasi już tu jadą. Zginiecie, ale ciebie zostawię przy życiu. Zapłacisz za to, że z nami zadarłeś – splunąłem na podłogę.
                Mężczyzna zaśmiał się.
- Lecisz w chuja. Nikt was nie znajdzie, a za parę dni będziecie sprzedani – powiedział uspokajając się nieco i podnosząc mnie do pionu.
- Sprzedani? – zapytałem.
- Taki jest teraz świat. Jeżeli chce mieć co jeść i czym walczyć to muszę pracować. A nie ma nic prostszego niż zgarnianie takich chujo-grupek – powiedział.
- Niby komu?
- Coś ty taki kurwa przyjazny się zrobił. Nie twoja sprawa śmieciu – odpowiedział mężczyzna – Gadaj skąd są twoi ludzie, albo zapytam ich. Za każdą wymijającą odpowiedź będę was ciął. Nikt nie powiedział, że mamy was sprzedać w jednym kawałku.
- Nie wiesz z kim zadzierasz… -  powtórzyłem wyraźnie.
                Widziałem, że mężczyzna składał się do kolejnego uderzenia, kiedy nagle usłyszeliśmy krzyk. Zerwałem się myśląc, że to ktoś z moich ludzi, ale brodacz mnie popchnął z powrotem na miejsce.
- Idę to sprawdzić. Pogadamy za chwilę – rzucił. Widziałem w jego oczach zaniepokojenie. To byłoby zbyt poetyckie i nierealne, gdyby uderzyła w nich właśnie grupa z Torunia lub Inowrocławia. I tak nie było. Gdy tylko mężczyzna zamknął za sobą drzwi wstałem i podbiegłem do okna. Przez warstwę brudu nie widziałem za wiele, ale odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że cała grupka moich ludzi wciąż stoi w jednym miejscu, związana ale cała. Brodacz stał nad innym mężczyzną i wymachiwał rękoma. To nie była sprawa dotycząca nas. Zadowolony rozejrzałem się po baraku.
                Nie widziałem niczego czym mógłbym przeciąć więzy. Lina była zaciśnięta dosyć mocno, a chociaż miałem nóż nijak nie mogłem po niego sięgnąć. Był przypięty z tyłu, zazwyczaj to była dosyć przydatna funkcja, bo nowi ludzie nie widzieli go i mogłem ich zaskakiwać gdy okazali się być wrogo nastawieni, ale teraz nie umiałem tak wygiąć rąk. Mogłem próbować oprzeć się o ścianę i go jakoś wyciągnąć, ale był dodatkowo zabezpieczony paskiem skóry z guzikiem, którym mocowałem go żeby nie odpadł gdzieś przypadkiem. Przeklinając swoją sytuację zrezygnowany wróciłem na krzesło. Czekałem na swojego oprawcę.
                Brodacz powrócił po paru minutach. Widziałem na jego twarzy zdenerwowanie, był cały czerwony, a jego czoło błyszczało od potu nawet pomimo ciemności panującej w baraku. Spojrzał na mnie i odetchnął głęboko.
- Prosta sprawa – wysapał powoli – Albo gadasz, albo nie.
- Co? – zapytałem zdziwiony. Zaskoczył mnie tym pytaniem i zmianą nastawienia.
- Nie mam siły się z tobą męczyć. To nie jest tak, że mi gdzieś spierdolicie. Jeżeli nie chcesz gadać teraz, to pogadamy jak będzie zdychać z głodu za dzień czy dwa.
- Naprawdę? Myślisz, że to coś da?
- Może na ciebie nie zadziała twardzielu, ale ta dziewucha co z wami jest już jęczała, że jej niewygodnie. Stawiam, że za parę godzin będzie wykończona bez żarcia – powiedział szczerząc pożółkłe zęby.
                Milczałem. Miał rację. Spojrzał na moją nietęgą minę i skierował swoje kroki w stronę wyjścia.
- Zostaniesz tutaj. Znam takich jak ty. Za chwilę będziesz coś kombinował z resztą. Zajdę z jakiś czas, obyś wtedy był bardziej gadatliwy – powiedział, po czym wyszedł trzaskając drzwiami i zostawiając mnie w tumanie kurzu i ciężkiego, dusznego powietrza. Odetchnąłem starając się uspokoić i pomyśleć jak rozwiązać tę sytuację. Zaburczało mi w brzuchu. Nie jadłem od wczorajszego dnia i już poczułem jak moje wnętrzności ściskają się z głodu. Wiedziałem, że z każdą godziną będzie coraz gorzej. Starałem się jednak nie myśleć o tym. Wstałem i podszedłem w stronę jednej z ścian. Usiadłem opierając się i myśląc. Nie miałem zbyt wielu informacji o tym obozie i ludziach. Słyszałem o tym, że chce nas sprzedać, ale komu? Na pewno nie była to grupa z Torunia, Inowrocławia czy Płońska. Wątpiłem żeby Złomiarze szukali nowych osób, chociaż wiedziałem, ze po ostatniej akcji na arenie zginęło mnóstwo ich ludzi.
                Zszyci, przeszło mi przez myśl. Było to jednak zbyt absurdalne. Nie miałem pojęcia jak działała ta grupa, ale byłem pewien, że nie biorą byle kogo w swoje szeregi. A nawet jeśli to nie pasowało mi to wszystko jakoś do siebie. Oni zawsze byli dobrze zorganizowani, widać było, że znają się na przetrwaniu i zależy im. Więźniowie i niewolnicy siłą sprowadzani w ich szeregi natychmiastowo by rozbili całą hierarchie. O innych większych grupach nie słyszałem więc ci ludzie musieli działać na większym terenie. A chociaż nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy na zewnątrz na pewno było jeszcze parę miejsc, które były dużymi obozami i działały tak jak my.
                Godziny mijały na przemyśleniach i nie tylko. Starałem się odpocząć i zebrać siły. Trudne to było szczególnie, że głód i pragnienie dokuczały coraz mocniej. Musiałem być jednak gotowy na wykorzystanie jakiejkolwiek szansy na ucieczkę. Bez względu dla jakiej grupy pracowali ci ludzie, na pewno nie miałem zamiaru do nich iść, albo posyłać tam moich ludzi. Wspomniana okazja jednak zdarzyła się nagle i niespodziewanie. Chciałem wstać, rozprostować kości i zerknąć czy moim ludziom nic nie jest. Podszedłem spokojnie w stronę okna, kiedy usłyszałem trzask i zobaczyłem głowę mężczyzny przyciśnięta do kraty. Z szyby zostały tylko odłamki, które rozsypały się po całej podłodze.
- Skurwielu! To moja kobieta ty pieprzony chuju – wrzasnął jeden z mężczyzn.
- Ssspierdalaj – zasyczał przytrzymywany do kraty facet.
                Kolejny cios padł po chwili, tym razem ofiara uderzyła napastnika w twarz po czym popchnęła dalej. Usłyszałem brodacza, który krzyknął z niedaleka.
- Ej! EJ! Co jest?
Nie czekałem ani chwili dłużej. Wykorzystując sytuacje chwyciłem jeden z większy odłamków szyby i schowałem go ostrożnie do rękawa. Następnie szybkim tempem podbiegłem do miejsca, w którym leżałem i położyłem się udając śpiącego. Wyczucie miałem idealne, bo chwilę po tym odgłosy walki ustały, brodacz zahuczał, powyzywał bijącą się dwójkę, po czym wparował do pomieszczenia niczym burza. Podniosłem się udając przerażenie i rozejrzałem jakbym dopiero co się obudził.
- Co? Co się dzieje? – zapytałem zaspanym głosem.
- Nie twoja sprawa – warknął patrząc na mnie uważnie. Nie mówiąc nic więcej podszedł do rozbitej szyby i zaczął zagarniać kawałki szkła.
                Mogłem zaatakować właśnie teraz, kiedy był odwrócony do mnie plecami, rozkojarzony i zajęty czymś innym, ale wiedziałem, że nawet jakbym go zabił w obozie panował teraz chaos i natychmiast bym został złapany. Dlatego grzecznie przełożyłem się na bok.
- Nie próbuj niczego głupiego – warknął ponownie zgarniając szkło na kawałek tektury leżący obok – Dzisiaj nie ma już jak, pogadamy jutro. Mam nadzieję, że powiesz mi co nieco bo jestem porządnie wkurwiony. Nie mam już cierpliwości na takie numery.
A ja mam jej aż za dużo, powiedziałem sobie w myślach tryumfalnie. Przemilczałem jednak pytanie. Brodacz fuknął coś pod nosem złowieszczym tonem po czym wyszedł. Odczekałem dosyć długo zanim przystąpiłem do działania. W tym czasie nasłuchiwałem i co jakiś czas zerkałem przez rozbite okno na dwór. Moi ludzie wciąż siedzieli w jednym miejscu. Teraz gdy szkło znikło słyszałem wszystko co działo się na zewnątrz, a także miałem lepszą widoczność, chociaż robiło się już ciemno.
                Wszystko póki co szło po mojej myśli. Naliczyłem, że w obozie jest czternastu wrogów. O ile uwolnienie się kawałkiem szkło wydawało się proste, nie wiedziałem co dalej. Nie miałem szans zabić tyle osób, nawet jakbym miał broń, a jej nie miałem. Tylko mój nóż. Pistolet zabrali mi dużo wcześniej. Wcześniejsze przespanie się dało mi jednak wystarczająco energii i gdy było już naprawdę ciemno przystąpiłem do akcji.
                Sięgnąłem do schowanego w rękawie kawałka szkła i ostrożnie umieściłem go pomiędzy kolanami. Przytrzymałem go z całych sił i w ten sposób zacząłem piłować. Sznur puścił po minucie i byłem wolny. Odłożyłem kawałek szkła na bok i wyciągnąłem nóż. Rozmasowałem obolałe ręce i podszedłem do okna. Na placyku pomiędzy autami widziałem teraz masę śpiących osób. Tylko jeden strażnik siedział i patrzył zaspanym wzrokiem w ognisko. Nie wiedziałem od czego zacząć. Złapanie równało się śmierci, byłem pewien, że brodaty mężczyzna nie puściłby mi tego płazem. Mogłem pomyśleć o samotnej ucieczce i sprowadzeniu posiłków. Nie miałem jednak pojazdu, nie wiedziałem gdzie dokładnie jestem, a dodatkowo nie mogłem przewidzieć jak ci ludzie zareagują na to, że zniknąłem. Mogli skrzywdzić resztę.
                Muszę zaatakować, powiedziałem pod nosem jakby próbując przekonać samego siebie.
Mężczyźni spali twardo, chrapiąc głośno. Była spora szansa, że zabicie jednego pozwoli nam na spokojną ucieczkę. Biorąc głęboki oddech delikatnie nacisnąłem na klamkę. Brodacz nie pomyślał nawet żeby mnie zamknąć, co ucieszyło mnie głęboko. Chciałem już cieszyć się z głupoty mojego prześladowcy, kiedy podczas otwierania drzwi usłyszałem głośne chrapnięcie. Serce zabiło mi szybciej. Spojrzałem w lewo i zauważyłem, że tuż za drzwiami, na małym krzesełku siedział młody chłopak. Spał oparty o ścianę budynku, a na jego kolanach leżała broń – karabin. Nie wierząc w to co widzę podszedłem do niego najciszej jak potrafiłem. Znowu muszę zabić, pomyślałem patrząc na niewinną twarz chłopaka. Z pewnością nie był taki jak brodacz. Wyglądał na takiego, który trzyma się od kłopotów jak najdalej potrafi.
                Cięcie było szybkie. Chłopak aż zagulgotał gdy ogromna rana na jego szyi wypuściła fontannę krwi. Wziąłem jego broń i przewiesiłem ją sobie przez plecy odbezpieczając. Odwróciłem się gotowy na to, że reszta się zacznie podnosić, ale ku mojemu zdziwieniu, nawet ten, który nie spał, nie zwrócił na tę sytuację najmniejszej uwagi. Dalej patrzył w stronę ognia. Zawiesiłem karabin za ramię i mocniej chwyciłem za nóż. Poruszałem się ostrożnie. Do ogniska miałem jeszcze parę metrów. Symfonia chrapnięć i głośno wciąganych oddechów rozchodziła się po całej polance. Nigdzie nie widziałem brodacza, ale podejrzewałem, że po prostu ułożył się w jednym z aut.
                Przeszedłem ostrożnie nad grubszym mężczyzną leżącym na plecach, a potem prawie wdepnąłem w twarz drugiego. Z każdym krokiem byłem jednak coraz bliżej strażnika. Moi ludzie spali, widziałem teraz dokładnie ich twarze. Uśmiechnąłem się smutno widząc Karolinę, która skulona leżała przy jednym z aut. Gdy byłem o krok od chłopaka przy ognisku przyspieszyłem.  Chwyciłem go za głowę po czym przejechałem nożem po gardle. Ostrze zaświeciło rubinową czerwienią po raz drugi tej nocy. Ten nie wydał nawet dźwięku. Opadł na ziemię powoli wykrwawiając się. Widocznie chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Rozejrzałem się ponownie dookoła. Wszyscy dalej spali. Przeszedłem parę kroków dalej i uklęknąłem przy Karolinie.
                Przyłożyłem jej rękę do twarzy i delikatnie potrząsnąłem. Ruszyła się gwałtownie i otworzyła oczy. Widziałem w nich strach, który prawie natychmiast przerodził się w radość.
- Cśś – szepnąłem i powoli przeciąłem jej więzy. Po chwili podobną czynność powtórzyłem z całą resztą, co chwilę zerkając, czy nikt się nie obudził. Gdy wszyscy byli wolni dałem znak ręką żeby szli za mną. I wtedy stało się to, czego się obawiałem.
- Wstawać! Skurwiele uciekają! – ryknął brodacz wystrzeliwując z pistoletu.
- Uciekajcie! – krzyknąłem zdejmując karabin i biegnąc w stronę jednego z wozów. Rekin był tuż przy mnie, ale nie miał jak mi pomóc. Patrzyłem jak kolejni mężczyźni zrywają się zszokowani chwytają w stronę pasów. Rekin sapnął głośno za mną. Wystraszony obróciłem się, z obawą że dostał, ale brał tylko wcześniej rannego chłopaka na plecy. Puściłem serię w stronę ogniska. Jednego z nich trafiłem na pewno, a reszta rozpaczliwie zaczęła kryć się za autami po drugiej stronie obozu.
                Moi ludzie zaczęli biec w stronę lasu.  Strzały rozświetlały okolicę. Nie miałem za dużo amunicji, tylko jeden magazynek, który już się kończył, a wiedziałem, że sam muszę uciec. Pociski latały przy mojej głowie, ale kryłem się za autem i wciąż puszczałem krótkie serie, żeby dać czas reszcie. Gdy zobaczyłem, że są już paręnaście metrów dalej podniosłem się i opróżniłem magazynek zabijając kolejnego bandytę. Rzuciłem karabin na bok i obniżając głowę zacząłem biec w stronę lasu. Strzały ucichły dosłownie na sekundę. Gdy tylko oddaliłem się kawałek szybkim biegiem usłyszałem je ponownie. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, a mogłem się pochwalić dobrą kondycją.
                Gdy tylko dotarłem do linii drzew odetchnąłem z ulgą. Odwróciłem się na chwilę i zobaczyłem, że biegną za mną. Adrenalina napompowała moje ciało niczym  dodatkowa dawka energii i siły. Zacząłem biec dalej. Nigdzie nie widziałem śladów reszty, ale wiedziałem, że muszę biec przed siebie. Przecinałem krzaki, drzewa i przeskakiwałem nad zagłębieniami w ziemi. Chociaż miałem sporą przewagę to słyszałem bandytów, byli niedaleko. Było jednak bardzo ciemno. Z trudem omijałem kolejne przeszkody, a w płucach poczułem nieprzyjemny ciężar zmęczenia.

                Zbocza wzgórza nie zauważyłem. Gdy tylko przeskoczyłem krzaki, a za nimi znalazłem spadek w dół nie zdążyłem zareagować. Potknąłem się jeszcze o coś, po czym z impetem poleciałem w dół. Reszty ucieczki nie pamiętam, bo uderzyłem w coś twardo po czym świat spowiła ciemność.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział 8: Obóz

Rozdział 8, kolejny z perspketywy Irka. W tym rozdziale dowiecie się kim jest tajemniczy mężczyzna, który zapukał do kryjówki Łapy i reszty w ostatnim rozdziale i czego od nich chce. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 8 - Irek - Dzień 4-5
Bobru - w tym czasie Bobru wraca z Drugiego Posterunku i jest świadkiem buntu.
Olaf - w tym czasie Olaf wraca z Torunia wraz z Feline

----------------------------------------

Rozdział 8 (Irek): Obóz


                Mężczyzna wszedł. Pierwsze co rzuciło się w oczy to lekko zgarbione plecy i czarna czupryna na głowie. Był on ubrany w koszulę i bluzę oraz ciemne dżinsy. Nie miał przy sobie żadnej widocznej broni, tylko plecak. Łapa i Miczi nie przestały jednak celować. Ja, dalej w ręczniku, obserwowałem sytuacje i kompletnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Człowiek, który przeszedł przez drzwi nie wydawał się wystraszony, chociaż był całkiem młody, musiał być w moim wieku.
- Cieszę się, że mnie wpu… - zaczął, ale nie dokończył. Łapa pociągnęła go kołnierz i przyskrzyniła do ściany. Ściągnęła z niego plecak siłą, cały czas przykładając lufę do potylicy. Rzuciła plecakiem w moją stronę żebym go przeszukał, a sama zaczęła sprawdzać, czy nie ma gdzieś ukrytej broni.
- Rozumiem, zachowanie bezpieczeństwa grupy jest bardzo… - znowu próbował coś powiedzieć, ale i tym razem Łapa mu przerwała.
- Zamknij się! Skąd jesteś? Czego tu szukasz? Jak nas znalazłeś? – zadawała pytania. Uśmiechnąłem się pod nosem. To była ta sama Łapa, którą poznałem w Toruniu. W tym samym czasie usiadłem, żeby zbadać zawartość wyposażenia naszego gościa. W środku nie było jednak nic ciekawego. Dwie butelki wody, mapa okolic, kompas, nóż oraz parę zbożowych batoników. Po chwili znalazłem jeszcze paczkę tabletek na uspokojenie.
- Nie ma tu nic specjalnego Łapa – powiedziałem.
- Oczywiście, że nie ma, mówiłem, że nie mam złych zamiarów – powiedział – Nazywam się Garbus i jestem z obozu w Inowrocławiu. Chciałbym was tam zaprosić. Zobaczyłem tu światło, więc postanowiłem sprawdzić – wytłumaczył dosyć spokojnie, chociaż widać było, że zaczął się denerwować.
- Obóz w Inowrocławiu? – zapytała Miczi.
- Tak. Mamy póki co około trzydziestu osób, ale zagospodarowaliśmy trochę miejsca i jest tam naprawdę bezpiecznie i mamy miejsca na nowe osoby – powiedział Garbus.
- Nie interesuje to nas – powiedziała Łapa.
- Co? – zapytała Miczi – Potrzebujemy tego. Jesteśmy na resztkach i dobrze o tym wiesz, potrzebujemy chociaż odrobiny odpoczynku w normalnym, bezpiecznym miejscu!
- Miczi proszę cię, ten człowiek kłamie. Jestem pewna, że śledził nas już jakiś czas, a zresztą od kiedy jesteś taka skora do zaufania obcym? Niedawno zostałaś zdradzona przez swojego pieprzonego przyjaciela! – krzyknęła Łapa.
                Miczi zrobiła się cała czerwona i nie odezwała się już. Wiedziałem, że muszę coś powiedzieć.
- Łapa przemyśl to, naprawdę. Wiesz jak rozbici jesteśmy. Mamy teraz zakładnika, możemy się chociaż tam przejść, najwyżej stamtąd uciekniemy – powiedziałem.
- A co jak wpadniemy w pułapkę? Nie mogę ryzykować życiem siostry i waszym, żeby sprawdzić obóz, z którego ludzie śledzą nas od jakiegoś czasu.
- Nikogo nie śledziłem. Naprawdę szukałem osób do naszego obozu i zobaczyłem światło. Nie lubię kłamać – stwierdził Garbus.
Łapa puściła go, ale wciąż nie schowała pistoletu.
- Spacerujesz sobie z nożem, bez żadnego pojazdu po takiej dziczy? Masz coś nie tak z głową? – zapytała.
- Mój partner jest w aucie niedaleko. Jeżeli dam mu znak, może tu przyjść, jak nie to wróci do Inowrocławia i przyjedzie ze wsparciem, żeby zobaczyć co się ze mną stało. To oczywiście nie jest groźba, ale jeżeli chcecie z nami wrócić dobrze by było po niego pójść – zaproponował.
                Łapa zastanawiała się chwilę. Miczi wróciła do pokoju, gdzie był Krystek, Młoda i Marta.
- Będziesz spał w zamkniętym, pilnowanym pokoju, razem ze swoim przyjacielem. Możesz go zawołać stąd? – zapytała.
- Tak – odpowiedział. Podszedł w stronę drzwi i otworzył je. Byłem pewien, że zagwiżdże, krzyknie, czy da jakiś znak, ale ten podniósł coś z ganku. Przez chwilę już bałem się, że to pistolet, ale całe szczęście to była tylko krótkofalówka. Właściwie urządzenie było dosyć ekskluzywne jak na te czasy, ale jednak wolałem to niż pistolet.
                Garbus nacisnął przycisk i usłyszeliśmy trzaski.
- Kondziu to kolejni ochotnicy, podjedź tu, odbiór – powiedział.
Urządzenie zatrzeszczało, a po chwili usłyszeliśmy przerywany męski głos:
- Zaraz tam będę, bez odbioru.
                Garbus odwrócił się do nas i uśmiechnął. Łapie zdecydowanie nie było do śmiechu, ale ja w tym momencie musiałem się przebrać, bo całą tę akcję byłem w ręczniku i zdecydowanie było mi już zimno. Wszedłem do salonu. Wszyscy akurat jedli i rozmawiali o czymś. Powiedziałem im, że łazienka jest wolna i powinni skorzystać. Młoda postanowiła zażyć kąpieli, a ja w tym czasie znalazłem pasujące na mnie, w miarę czyste ciuchy. Wziąłem swoją broń i wyszedłem z powrotem na korytarz, żeby pomóc Łapie.
                Siedziała na krześle i obserwowała Garbusa, który czekał na ganku.
- Co o tym myślisz? – zapytała mnie.
- Koleś wydaje się być spoko, a co do samego miejsca mam dobre przeczucie – starałem się brzmieć pocieszająco.
- Przeczucie – westchnęła – Miejmy nadzieje, że dobre.
Samochód podjechał pod dom po paru minutach. Wcześniej wspomniany Konrad okazał się być starszym, siwiejącym mężczyzną, mającym około pięćdziesiąt lat. Przywitał się z Garbusem i podszedł razem z nim do nas.
- Witajcie, cieszę się, że zaakceptowaliście naszą ofertę – powiedział.
- Jeszcze nic nie zaakceptowaliśmy. Na razie to przemyślamy. Przenocujcie w tamtym pokoju i niczego nie próbujcie, bo zapewniam was, że nie wyjdziecie stąd żywi – odpowiedziała Łapa.
                Konrad nie wydawał się zrażony tymi słowami. Nie zauważyłem też u niego broni i Łapa wydawała się nie chcieć nawet go sprawdzać, więc po prostu zaprowadziliśmy ich do pokoju. Ja usiadłem na krześle obok drzwi i miałem ich pilnować pierwszy. Zobaczyłem wychodzącą z łazienki Młodą i westchnąłem cicho. Chociaż była młodsza od Łapy o jakieś cztery lata, to była z niej bardzo ładna dziewczyna. Szła w ślady siostry. Teraz przemknęła obok mnie w ręczniku i po chwili zauważyłem Krystka, który szedł w stronę łazienki. Z racji iż szykowała się długa noc, oparłem się o krzesło i czekałem na zmianę mojej warty. Około dwie godziny później zmienił mnie Krystek, a ja poszedłem do salonu, gdzie wszyscy już spali i położyłem się. Zasnąłem dosyć szybko.
                Obudziłem się wyjątkowo późno, jak na mnie. Chociaż parę osób jeszcze spało, to Łapa, Młoda i Marta były już na nogach. Siostra Łapy rozmawiała o czymś z Martą, a Łapa siedziała i wpatrywała się w okno. Zdziwiłem się, że nikt nie pilnuje ludzi z Inowrocławia, ale podejrzewałem, że jeszcze śpią, albo Łapa ich po prostu zamknęła na klucz. Wstałem i rozprostowałem się ziewając. Podszedłem do Łapy i przywitałem się z dziewczynami.
- Jakie plany? – zapytałem.
- Musimy wyjechać jak najszybciej. Nienawidzę takiego oczekiwania – powiedziała.
- Mam ich budzić? – zapytałem.
- Tak – odpowiedziała krótko i wstała.
                Zacząłem wszystkich budzić i chociaż nie byli zadowoleni to powoli się podnieśli i zaczęli się ogarniać, ubierać i przygotowywać do wyjazdu. W tym czasie Garbus i Konrad już wstali i majstrowali coś przy swoim aucie. Podeszliśmy do nich z Łapą, która miała im coś do powiedzenia i przywitaliśmy.
- Jeden z was jedzie z nami. Nie ma dużo miejsca, ale tak będziemy wiedzieli, że nie jesteśmy zostawieni sobie, jeżeli prowadzicie nas w pułapkę – powiedziała prosto z mostu.
- Mówiłem już, że to nie pułapka, ale nie ma problemu. Zabiorę się z wami, a Kondziu będzie nas prowadził – powiedział z uśmiechem.
- Jesteście gotowi do drogi? – zapytałem.
- Tak. Możemy wyjeżdżać w każdej chwili – potwierdził starszy mężczyzna.
- Dobrze, to zbierajmy się, wołaj resztę i spakujcie wszystko – powiedziała Łapa.
                Zgodnie z jej prośbą poszedłem po resztę i razem z nimi przenieśliśmy nasze rzeczy do auta. Po chwili wszyscy siedzieli już w środku. Było bardzo ciasno, szczególnie przez zapas puszek, który mieliśmy w bagażniku, ale jechać się dało, a to było najważniejsze. Samochody ruszyły. Konrad, w swoim aucie, prowadził nas i po chwili wyjechaliśmy na główną drogę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy niedaleko Inowrocławia i dotarcie tam nie zajmie nam specjalnie dużo czasu.
                Krystian kierował, a obok niego siedziała Młoda. Ja siedziałem z tyłu wraz z Łapą, a przed nami siedzieli Garbus, Miczi oraz Marta. Pogoda nie była dzisiaj zła, więc można było się porozglądać, ale w sumie za szybami auta nie było nic nadzwyczajnego. Pola i lasy, które wyglądały zupełnie jakby nic się nie stało. Co prawda, co jakiś czas widać było pojedyncze zombie, które nie wiadomo jak znalazły się w tym miejscu. Raz wydawało mi się nawet, że widzieliśmy ocalałego, który uciekał przed większą grupką, ale było to tak daleko, że ciężko było stwierdzić.
                Przejeżdżaliśmy też przez opustoszałe wioski, które wyglądały całkiem dobrze, co oznaczało tylko jedno. Ktoś je oczyszczał dosyć regularnie, więc niedaleko musiał być obóz. Łapa szturchnęła mnie łokciem i spojrzała na Garbusa, który opowiadał coś Miczi i Marcie.
- Co o nim sądzisz? Nie pożałujemy tego? – zapytała mnie szeptem.
- Miejmy nadzieję. Najwyżej dojdzie do rzeźni i przynajmniej zginiemy inaczej niż od ugryzienia – powiedziałem.
- Ty i tak nie możesz zginąć od ugryzienia. A mi to wszystko jedno, kto mnie dorwie. Żywy czy martwy i tak mnie skurwiel popamięta – powiedziała.
- Właściwie, kto dowodzi tym obozem? – zapytała nagle Miczi.
- Mężczyzna o imieniu Ben. Bardzo  mądry i przyjazny człowiek. Ma dużą wiedzę o tym, co dzieje się na świecie – odpowiedział Garbus.
- Wiecie, co dzieje się w innych częściach świata? –zapytała.
- Tak. Ale to opowie już wam sam Ben. Podejdźcie do niego z szacunkiem, bo naprawdę na to zasługuje. W Inowrocławiu wszyscy go absolutnie szanują – powiedział takim tonem, że aż dreszcz przeszedł mnie po plecach.
                Zobaczyliśmy w końcu zabudowania większego miasta i to musiał być Inowrocław. Wjechaliśmy do miasta, mając na lewo od siebie duże, rozległe pola, a po prawej pierwsze zabudowania. Ruszyliśmy za Konradem labiryntem uliczek i pierwsze co rzuciło się nam w oczy to ogromny, czerwony kościół, ogrodzonym sporym, wyglądającym na solidny płot. To musiał być ich obóz. Nie wiedziałem co czuć, ale trzymałem rękę na pistolecie i liczyłem na szczęście i na to, że nikomu nic się nie stanie. Przynajmniej z naszej grupy.
Zajechaliśmy pod całkiem sporej wielkości bramę i czekaliśmy. Wiedziałem, że nie tylko ja czuje niepokój. W końcu dotarliśmy do obozu kompletnie nieznanych nam ludzi, a każdy  dobrze wiedział, że nie można ufać nikomu. Konrad wysiadł i zamachał do strażników, którzy wyszli przed bramę. Nie byli oni ubrani tak jak ci z Ostoi, ale nosili specjalne, odblaskowe opaski, oraz oczywiście bronie. Jeden z dwóch, którzy wyszli, spojrzał w naszą stronę ze zdziwieniem. Zastanawiałem się już od początku jak to możliwe, że takie miejsce szuka w taki sposób osób, ale podejrzewałem, że po prostu chcą jak najszybciej dogonić Ostoje i liczyć się w okolicy. Przez chwilę pomyślałem, że to miejsce może być kontrolowane przez ludzi z Torunia i to może być pułapka Dziary, ale nie byłem pewien i to byłoby bardzo dziwne.
                Po chwili bramy się otworzyły, a my zobaczyliśmy, to co ukrywały mury. Na placu wokół kościoła stało paręnaście wozów, w tym parę z nich było kempingowach, więc musiały służyć jako domy, dla wielu osób. Na tyłach z daleka widzieliśmy kolejne budyneczki, które musiały pełnić funkcje miejsca prac dla tych osób. Pomiędzy kościołem, a bramą krążyło paręnaście osób, które zajmowały się różnymi rzeczami – od siedzenia i rozmawiania, aż po sadzenia drzew. Gdy tylko przeszliśmy przez bramę ci patrzyli się na nas podejrzliwie. Niektórzy otwarcie trzymali broń i pilnowali porządku i widać było, że aż ich świerzbiło, żeby do nas w końcu wycelować.
- Witajcie w Inowrocławie! – powiedział teatralnie Garbus i machnął ręką obejmując okolicę – To jest właśnie nasz obóz, tutaj mamy kościół, który w połowie przerobiliśmy na bastion nie do zdobycia, a w połowie na sale, magazyny i tak dalej. Po bokach możecie zauważyć nasze pojazdy, oraz wozy kempingowe, w których śpią nowo przybyli ludzie, tacy jak wy. Jak już zdecydujecie się tu dołączyć, to z tyłu mamy paręnaście domków, gdzie mieszkają stali członkowie tej społeczności – gdy opowiadał dużo gestykulował i powoli prowadził nas w stronę kościoła – Na tyłach mamy również ogromny generator, który ostatnio niestety nieco szwankuje, ale już go naprawiają, oraz parę budynków urzędowych, takich jak biuro badawcze, oraz bar. Kawałek na wschód stąd, poza murami, jest laboratorium oraz korytarz krzyku.
- Korytarz krzyku? – zapytałem zaciekawiony.
- Tak. To niezwykłe miejsce dostarczające nam wielu informacji na temat zombie oraz całej zarazy. Pracę idą wolno, ale brakuje nam sprzętu oraz jeszcze bardziej wykwalifikowanych ludzi, bo chociaż mamy dwie tęgie głowy, to ciężko im przekazać wiedzę na bieżąco, chociaż są pojętni – wytłumaczył.
                Weszliśmy do kościoła. W środku rzeczywiście wyglądało zupełnie inaczej niż w normalnym kościele, a że cały budynek był całkiem spory, to potęgowało wrażenie. Normalna, wielka sala, była przedzielona różnymi prowizorycznymi ścianami i dzieliła się na pomieszczenia. Widać też było część obronną, która rzeczywiście robiła spore wrażenie. Wyglądała jak skarbiec, z ogromnymi drzwiami i ścianami wyłożonymi wzmocnieniem. Mogła się podobać. Konrad i Garbus poprowadzili nas do przodu i wyszła przed nami kobieta, która wygląda dosyć upiornie. Miała mocno zaznaczone kości policzkowe i rubinowo czerwone usta. Jej włosy były koloru przypominającego smołę i miała je spięte w kok. Już na pierwszy rzut oka wyglądała na kogoś surowego.
- Kto to jest? – zapytała bez przywitania.
- Doris, nie złość się. To nowi przybysze – wytłumaczył Garbus.
- Czemu wciąż mają bronie? – zapytała.
- Bo im ufam – powiedział garbaty mężczyzna. Jak mógł nam ufać jak nawet nas nie znał? Byłem pewien, że każdy z naszej doświadczonej grupy zadał sobie w tym momencie takie samo pytanie. Marta, która była zdecydowanie najmłodsza podeszła do mnie i przytuliła się. Widać było, że przerażało ją otoczenie. Ja sam czułem pewien dreszcz niepokoju.
                Kobieta, nazywana Doris, spojrzała na nas i zatrzymała na dłużej wzrok na mnie.
- A temu co się stało? Jest cały w bliznach – stwierdziła z niesmakiem.
- Dorota błagam cię. Po prostu powiedz gdzie jest Ben – poprosił Konrad.
- To ślady po ugryzieniach – wypaliłem i od razu tego pożałowałem.
Dorota zrobiła ogromne oczy, po czym cofnęła się o krok. Byliśmy teraz w centrum uwagi, bo większość tutejszych ludzi, którzy byli w kościele, przyglądała się sytuacji.
- O… oszaleliście? Wprowadziliście zarażonego do środka? – zapytała z niedowierzaniem.
I Konrad i Garbus zrobili miny jakby zobaczyli ducha i spojrzeli na mnie. Usłyszałem jak ktoś za moimi plecami odbezpiecza broń i sam natychmiastowo sięgnąłem po swoją. Łapa, Miczi i Krystek poszli w moje ślady. Sytuacja była mocno napięta, ale wtedy krzyknąłem:
- Spokojnie jestem całkowicie niewrażliwy na ugryzienia!
                Doris, o ile to było możliwe, jeszcze bardziej rozszerzyła oczy patrząc na mnie. Konrad pokazał ludziom za moim plecami, żeby opuścili broń, a nasza grupa również pochowała pistolety.
- Odpowiesz mi w końcu gdzie jest Ben? – zapytał ponownie Konrad.
- Jest w laboratorium… czy naprawdę jesteś odporny na… - zaczęła, ale Łapa jej przerwała. Widać, że od razu wykorzystała sytuacje, żeby ewentualną przeszkodę zrównać z ziemią.
- O tym porozmawiamy z waszym przywódcą, tyle dobrego o nim słyszeliśmy, że to musi być naprawdę potężny człowiek – powiedziała z niedużą ironią. Mógłbym przysiąc, ze oczy Doroty zapłonęły ogniem. Konrad i Garbus patrzyli na Łapę z podziwem. Dorota musiała być średnio lubianą osobą, ale my całe szczęście się z nią pożegnaliśmy i wyszliśmy na zewnątrz.
- Masz ogień dziewczyno – powiedział Konrad.
- Ona zawsze taka jest – wytłumaczyłem.
- Tacy ludzie się tu przydadzą – odpowiedział z uśmiechem.
- Szkoda, tylko, że wasi ludzie łypią na nas jakbyśmy uciekli z więzienia i mieli ich zaraz wymordować – odgryzła się Łapa.
- Po prostu są ostrożni, to chyba dosyć normalne? – włączył się Garbus.
- Mhm – odpowiedziała krótko Łapa.
                Z początku myślałem, że będziemy szli ponownie za mury, skoro laboratorium miało być ulicę dalej, ale tutaj mnie zaskoczyli, bo okazało się, że jest przejście podziemne prowadzące z jednego domów za kościołem, prosto do piwnicy owego budynku, gdzie był korytarz krzyku i Ben. Byłem bardzo ciekawy tego korytarza.
- Powinniśmy jeszcze coś wiedzieć o tym Benie, zanim go poznamy? – zapytała Miczi.
- Na pewno to, że jest osobą, która jest sprytna. Nie próbujcie go przechytrzyć bo mogę się założyć o wszystko, łącznie z moim życiem, że wam się nie uda. To jest piękny umysł – powiedział poetycko Garbus.
- No i wielki strateg. Widzieliście bunkier w kościele. Jestem pewien, że wasze obozy połączone z wszystkimi okolicznymi nie dałby rady tam wejść – przechwalał się Konrad.
- Dałabym radę – zapewniła Łapa.
- Wątpię – odpowiedział garbaty.
                Łapa już chciała coś powiedzieć, kiedy zobaczyliśmy drzwi prowadzące schodami do laboratorium. Słychać tutaj było dziwny, stłumiony hałas i nie do końca byłem pewien co on może oznaczać. Członkowie obozu nie zabrali nam jednak broni, więc byłem o tyle spokojniejszy. Weszliśmy po schodach w ósemkę i tutaj hałas był już większy. Marta rozglądała się niespokojnie, więc podszedłem bliżej niej. Cała reszta też nie wiedziała co o tym sądzić.
- Co to za hałas? – zapytała w końcu Miczi.
- Korytarz krzyku. Przygotujcie się, bo robi wrażenie – powiedział Garbus.
                Byliśmy teraz w niedużym korytarzu i przed nami były jedne, jedyne drzwi. Konrad podszedł do nich i pchnął je. Wtedy hałas się spotęgował, ale zobaczyliśmy coś naprawdę niezwykłego. Weszliśmy do środka i zaczęliśmy iść przed siebie. Towarzyszyło temu uderzanie o szyby i jęki. Znajdowaliśmy się w długim, dosyć wysokim pomieszczeniu, które z lewej i prawej strony było wypełnione czymś na styl akwarium. Zajmowały właściwie całe ściany i były podświetlone, ale to co znajdowało się w środku sprawiło, że dostałem dreszczy.
                Akwaria były wypełnione zombie w różnym stanie rozkładu. Uderzały one wściekle w szyby próbując je rozbić. Było tak głośno, że nie słyszałem swoich myśli. Szliśmy jednak do przodu, zdruzgotani tym co zobaczyliśmy. W końcu znaleźliśmy się przy drzwiach, które otworzył Garbus i nas wpuścił do środka. Weszliśmy i kiedy drzwi się zamknęły nastała cisza. To było tak gwałtowne, że zakręciło mi się w głowie.
- Co to kurwa mać było? – zapytała Łapa wyraźnie zszokowana.
- Korytarz krzyku. Oczywiście t utaj wszystko jest wyciszone, żeby naukowcy mieli jak pracować, ale to oprócz zabezpieczenia jest też świetnym miejscem do przetrzymywania zombie, które badamy. Nie musimy ich nawet karmić, bo z tego co zauważyliśmy… a z resztą o wszystkim dowiecie się od Bena. Powinien był w głównym laboratorium, tam zawsze przesiaduje – wytłumaczył Garbus.
                Chociaż pytań było jeszcze sporo ruszyliśmy w niezwykłej ciszy do przodu. Byliśmy teraz w korytarzu, który rozgałęział się w pięć stron, ale nasi przewodnicy dobrze wiedzieli gdzie pójść. Zapukali do drzwi na lewo, a ja wziąłem głęboki oddech przed spotkaniem z przywódcą tego obozu. Musiał być kimś naprawdę ciekawym, bo miejsca, które tutaj założył naprawdę robiły na mnie ogromne wrażenie.
                Drzwi otworzyły się i zobaczyliśmy średniej wielkości pomieszczenie, pełne stolików, dokumentów i otoczone krzesłami. Cztery z nich były zajęte przez mężczyzn, którzy widząc nas oderwali się od pracy. Konrad i Garbus zaczęli się witać i kiedy podeszliśmy do ostatniego mężczyzny zauważyłem coś, co mnie całkowicie zaskoczyło.
- Ben to jest grupa, na którą wpadliśmy niedaleko chatki na zachód stąd. Myślę, że to naprawdę ciekawi ludzie, którzy wzmocnią nasz obóz – powiedział Konrad i wskazał nas.
                Spojrzałem na Bena i przeżyłem, kolejny już dzisiaj, szok. Chociaż mężczyzna, który przed nami siedział nie wydawał się być specjalny, bo był nieco starszy ode mnie, czarne włosy mieszały się z siwymi, na poznaczonej pierwszymi głębszymi zmarszczkami twarzy, nosił okulary, a twarz miał tak gładką, ze nie znalazłoby się u niego nawet śladu włosa to zadziwiało mnie to na czym siedział.  Był to wózek inwalidzki.
- Witajcie, ja jestem Ben i witam was w moim obozie w Inowrocławiu. Wybaczcie, że nie wstanę, aby was przywitać, ale po prostu nie mam jak – powiedział i uśmiechnął się. W jego uśmiechu było coś przerażającego.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 8: Niepotrzebne działania

Rozdział 8, trzeci z perspektywy Erniego. W tym rozdziale dowiecie się jakie tak naprawdę obrażenia odniósł Erni, gdzie trafił i czy ludzie z Płońska rzeczywiście są po jego stronie. Dodatkowo kontynuujemy wątek z śledzącymi autobus ludźmi :) Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------

Rozdział 8 (Erni): Niepotrzebne działania


                Pierwsze przebudzenie było wyjątkowo ciężkie. Miałem wrażenie, że straciłem cały policzek, palony piekielnym bólem. Nie wiedziałem do końca gdzie jestem, czy w rękach wrogów czy przyjaciół. Czułem tylko przeszywający ból. Widziałem jakieś kształty, ale mocna lampa skutecznie uniemożliwiała mi bliższe zidentyfikowanie ich. Jak ja się tu znalazłem? Pamiętam, że jechaliśmy do Płońska żeby spotkać się z jakimiś znajomymi Dziary. Następnie zatrzymaliśmy się i spotkaliśmy tą dziewczynę. Czy ona mnie zaatakowała? A może pojawił się ktoś inny? Nie pamiętałem.
                Podczas apokalipsy zdążyłem już zostać postrzelony dwukrotnie, parokrotnie poobijany, torturowany, ale ten ból był naprawdę drażniący, prawie nie do wytrzymania. Usłyszałem jakieś nieznajome głosy dookoła mnie. Nie należały one z pewnością ani do Cinka, ani do Łowcy. Pierwsze co przyszło mi na myśl, to to, że Dziara nas wystawił. Jego tajemniczy plan mógł obejmować zlikwidowanie naszej trójki. W sumie może on chciał otoczyć się ludźmi, którzy są mu absolutnie posłuszni, a my staliśmy mu na drodze. Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu. Może ludzie, którzy teraz przy mnie stali to jednak byli przyjaciele Dziary i próbowali mnie uratować? Może osoba, która mnie okaleczyła była zwykłą bandytką?
                Kolejna fala bólu przeszła przez moje ciało sprawiając, że omal nie zemdlałem.  Moje ciało zaczęło drgać i nie mogłem się opanować. Czułem silne ręce przytrzymujące mnie w paru miejscach. Chciałem coś powiedzieć i dopiero wtedy poczułem, że moje gardło jest niesamowicie suche. Wycharczałem coś niezrozumiałego nawet dla mnie. Może przewieźli mnie z powrotem do Torunia i byłem w lecznicy? Byłbym w stanie w to uwierzyć gdyby nie ból. Nie przeżyłbym takiej trasy. A może ja nie żyłem? Może tak wygląda to całe życie po śmierci?
                Pogrążony w rozmyślaniach usłyszałem nagle głos. Wydawał się być tak bardzo odległy, chociaż wiedziałem, że ta osoba szepce mi do ucha. Był to przyjemny głos dorosłego człowieka, mężczyzny. Powiedział słowa tak szybko, że nie zdążyłem ich zrozumieć na czas. Gdy do mnie dotarł ich sens poczułem oszałamiający ból . Mężczyzna powiedział do mnie: to może zaboleć.
                Gdy obudziłem się następnym razem nie czułem już takiego dużego bólu. Nie było też oślepiającego światła. Otworzyłem powoli oczy i spróbowałem się poruszyć. Byłem nieco odrętwiały, ale szybko poskładałem się do kupy. Wstałem i dotknąłem się w miejsce gdzie zostałem cięty. Poczułem delikatny ból, ale był bez porównania z tym co było niedawno. Ktoś mnie poskładał do kupy. Znajdowałem się w pokoju gdzie stało sporo medycznego sprzętu oraz pojemniki z jakimiś tajemniczymi rzeczami.
                Opuściłem pokój i znalazłem się na korytarzu.  Zauważyłem tam kogoś w fartuchu, mężczyznę w podeszłym wieku z zakolami i okularami. Miał w ręce tablicę szpitalną, które kiedyś były przy każdym łóżku szpitalnym. Gdy mnie zauważył szybkim krokiem podszedł do mnie i wyciągnął rękę na przywitanie.
- Witam cię, jak się czujesz? – zapytał. Rozpoznałem ten głos. To on ostrzegał mnie przed bólem.
- Jest lepiej… dziękuje. Gdzie ja jestem? – zapytałem niezmiernie ciekaw odpowiedzi.
- Och nic nie wiesz prawda? Najlepiej zaprowadzę cię do Feline – powiedział.
- Do kogo? – zapytałem.
- Dowiesz się w swoim czasie! Chodź – powiedział po czym odwrócił się i ruszył w lewo.
                Przemierzyliśmy parę dosyć długich korytarzy i dotarliśmy w końcu do niedużego biura. Siedziała tam za drewnianym, ładnie zrobionym biurkiem kobieta. Dosyć ładna szatynka. Miała tak niebieskie oczy jak to było możliwe.  Uśmiechnęła się na mój widok i wskazała ręką krzesło stojące naprzeciw niej.
- Usiądź proszę, mamy do pogadania – mówiła nie przestając się uśmiechac.
- To ja już wrócę na oddział proszę pani – powiedział potulnie lekarz.
- Idź – gdy mężczyzna wychodził ta zawołała -  Grzegorz! Jeszcze jedno. Przyprowadź tu pozostałą dwójkę towarzyszy naszego gościa.
- Tak jest – odpowiedział po czym opuścił pomieszczenie.
                Zostaliśmy we dwójkę w dosyć mrocznym pomieszczeniu. Efekt był skutkiem zasłoniętych rolet, ale za nimi widziałem światło dnia. Musiałem przespać cały dzień, a może nawet dłużej. Po chwili milczenia kobieta w końcu się odezwała.
- Jestem Feline, przewodzę małą grupą ocalałych w Płońsku, z tego co zdążyłam zauważyć jesteście z Torunia, nie mylę się? – zapytała.
- Owszem – przytaknąłem – Jestem Ernest i dziękuje za ratunek.
- A więc Erneście – zaczęła oficjalnie. Była niedużo starsza ode mnie, a wydawała się być dosyć poważną osobą, która sporo już przeżyła – co cię sprowadza w nasze skromne progi.
- Mam przesyłkę od Dziary, mam nadzieję, że wiesz o kogo chodzi? – zapytałem.
- Oczywiście – odpowiedziała momentalnie – czego ten dupek ode mnie chce?
Zaskoczył mnie nieco jej ton gdy mówiła o Dziarze, ale postanowiłem to zignorować.
- Mam dla ciebie list – powiedziałem sięgając do wewnętrznej kieszeni w kamizelce i wyciągając pogniecioną kopertę – od niego.
Feline sięgnęła po kopertę i  otworzyła ją nożem, który nie wiadomo kiedy pojawił się jej w ręce. Zadrżałem na widok narzędzia, które mnie oszpeciło i nagle zdałem sobie sprawę, że nie widziałem jeszcze mojej rany. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale nie zauważyłem nigdzie lusterka. Feline nie przerywając czytania machnęła ręką.
- Otwórz szafę – powiedziała nagle.
                Szafa stała na lewo ode mnie. Podszedłem nieco zaskoczony i otworzyłem ją. Spojrzał na mnie zarośnięty mężczyzna w obdartych ciuchach z Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Od ostatniej wizyty przed lustrem nie zmienił się, aż tak bardzo poza jednym szczegółem. Od prawego kącika oka do okolic prawego kącika ust przebiegała głęboka, paskudnie wyglądająca szrama. Co prawda była ona teraz zszyta i wymyta, ale wyglądała tak przerażająco, że przez chwilę serce mi dosłownie stanęło.
- Nie martw się, ciesz się, że żyjesz – skomentowała krótko Feline widząc moją reakcję.
- Kto mnie zaatakował? – zapytałem nie odwracając się od lustra i patrząc na ranę jakby z nadzieję, że zniknie gdy będę odpowiednio długo na nią patrzył.
- Jak wczoraj popołudniu podjechaliście pod nasz obóz to wkroczyliśmy do akcji w ostatniej chwili – zaczęła odkładając list i patrząc na mnie – Jakaś grupa bandytów widocznie chciała dostać się tutaj w nadziei znalezienia broni lub pojazdu, a wtedy pojazd sam podjechał im pod nosy. Zauważyłam ich około pięciu, dziewczyna, która cię zaatakowała uciekła, ale zastrzeliliśmy dwójkę jej kumpli.
                Westchnąłem cicho. Zamknąłem szafę i zrezygnowany usiadłem na krześle naprzeciwko przywódczyni ludzi z Płońska.
- Jaką odpowiedź mam zanieść Dziarze? – zapytałem.
- Powiedz mu, żeby się pierdolił – stwierdziła niebieskooka po chwili zastanowienia.
Zdziwiła mnie ta odpowiedź. Czyżby Dziara zdążył zrobić sobie wroga z siedzącej przede mną kobiety? Wtedy raczej nie pomagałby nam, chyba, że jest po prostu dobrą osobą.
- Tylko tyle? – zapytałem.
- Chcesz przeczytać ten list? A zresztą może sama ci go streszczę, wystarczy, że ja zmarnowałam na przeczytanie go trochę mojego cennego czasu – odchrząknęłam po czym kontynuowała – Twój dowódca, przyjaciel, czy kimkolwiek dla ciebie jest, chce, żebym połączyła siły z Toruniem. Zapowiada, że niedługo wiele się tam zmieni, dlatego każdy, kto jest poza jego granicami, a w jego zasięgu zginie. Dodał jeszcze zabawny zwrot „tak tylko ostrzegam”.
Nie wiedziałem co powiedzieć, więc przemilczałem.
- Wiesz skąd się z nim znamy? – zapytałam.
- Nie – odpowiedziałem krótko.
- To pozwól, że ci opowiem… - zaczęła, ale opowieść przerwało pukanie do drzwi. Po chwili zobaczyłem Łowcę i Cinka prowadzonych przez Grzegorza. Doktor skłonił się i chwilę potem wyszedł.
                Przywitałem się z radością z moimi kompanami. Łowca tylko syknął jak zobaczył moją ranę, a Cinek nawet nie skomentował. W jego oczach było powiedziane wystarczająco wiele. Poprosiłem ich żeby usiedli, a sam dałem znak Feline, żeby kontynuowała.
- Jesteś pewien, że mogę teraz mówić dalej? – zapytała patrząc podejrzliwie na Cinka i Łowcę.
- Oczywiście – potwierdziłem.
- Hmm niech będzie – powiedziała po czym usiadła wygodniej -  Historia w sumie nie jest arcyciekawa, ale może pozwoli trochę zrozumieć, dlaczego nie pomogę waszemu ukochanemu przywódcy. Jakieś trzy miesiące temu, może trochę mniej, Dziara był w stanie jeszcze ruszyć swoje leniwe cztery litery poza granicę Torunia, zamiast wysługiwać się innymi. Wtedy podczas jednej z takich wypraw trafił na mnie i moich znajomych. Było nas czterech, ale on też był z dwoma innymi osobami. Tak czy siak to były początki, było ciężko, a my byliśmy w tarapatach.
Zatrzymała się na chwilę jakby wracała myślami do opowiadanych przez siebie sytuacji.
- Pojawił się i nam pomógł. Było to w Płońsku i postanowiliśmy się tu zatrzymać. On jednak nalegał żebyśmy dołączyli do tworzącej się społeczności w Toruniu. Wtedy dopiero układali barykady, i nie mieli jeszcze tego co widzicie tam teraz. Z początku odmówiliśmy, ale w końcu gdy do mojej małej grupy zaczynały dołączać kolejne osoby to postanowiłam, że łatwiej będzie dołączyć się do jakiejś grupy. W ten sposób dotarliśmy do Torunia i tam pożyliśmy sobie jakiś czas – ciągnęła opowieść, a my słuchaliśmy – W końcu jednak pojawił się Gang. Pewnie ich znacie. Ani Dziara ani Wojciech nie robili z nimi nic, a ginęli kolejni ludzie. Dosyć ważni ludzie. Karzeł wydawał się ich bać, ale Dziara… on po prostu ignorował wszystkie moje prośby o pomoc. Unikał mnie totalnie. W końcu paru moich ludzi zginęło, a ja postanowiła opuścić to przeklęte miejsce. Co prawda utrzymuje z nim kontakt, ale to tylko niezbędny kontakt. A teraz w tym liście prosi mnie o powrót i mi grozi. To koniec naszej współpracy, jeżeli zaatakuje moje tereny to pożałuje tego – ciągnęła Feline.
                Kolejne kiepskie opinie o Dziarze, byłem tym mocno przytłoczony.
- Widzę, że masz kwaśną minę, ale nie martw się. Nie jest, aż tak źle, ale po prostu twój dowódca to hipokryta i bezlitosna osoba. Poza tym jest bardzo potężnym człowiekiem i w swój dziwny sposób chce dobrze dla ludzi z Torunia – nie do końca pocieszyła mnie Feline.
Wciąż milczałem. Spojrzałem na Łowcę i Cinka. Oni też nie wydawali się zadowoleni.
- Ehh widzę, że nie powinnam jednak mówić za długo, może trochę przesadziłam. Może powiem tak, jeżeli wam nie wyjdzie, albo będziecie chcieli opuścić Toruń to możecie przyjść tutaj. Przyjmę każdego oprócz Dziary. W dowolnej ilości – powiedziała uśmiechając się znowu.
- A co myślisz o Kar… Wojciechu? – zapytał Łowca.
- Myślę, że nie nadaje się na dowódcę. Zna się na budowaniu i na zarządzaniu, ale jest niedoświadczony przez życie. Stracił rodzinę jak każdy, ale poza tym miał niesamowite szczęście – odpowiedziała – Kogo wolicie bardziej Wojciecha czy Dziarę? Ufacie któremukolwiek z nich? – zapytała.
                Pytanie było niesamowicie ciężkie. Właściwie żyłem unikając tego tematu zarówno w myślach jak i w rozmowach. Po prostu nie chciałem zdejmować opaski z moich oczu, za którymi kryły się wszystkie poważniejsze problemy. Chciałem żyć nieświadomie. Unikając rozmyślania o tym czy Dziara i Karzeł postępują dobrze. Ale jednak nie mogłem tego unikać wiecznie. Po prostu nie mogłem.
- Nie wiem czy mogę ufać któremukolwiek z nich – odpowiedziałem.
Po chwili to samo odpowiedział Cinek i Łowca. Feline uśmiechnęła się. Przez chwilę wydawało mi się, że widziałem tryumf na jej twarzy.  Zniknął on jednak bardzo szybko, o ile w ogóle tam był.
- Pamiętajcie o mojej propozycji. Zawsze będziecie tu mile widziani. A teraz was już nie zatrzymuje, macie swoją robotę do wykonania – powiedziała Feline, po czym wstała żebym uścisnąć nam ręce. Pożegnaliśmy się z nią i podziękowaliśmy po czym po chwili opuściliśmy budynek. Po drodze minęliśmy parę nieznanych nam ludzi. Przy autobusie czekał na nas Rekin. Zupełnie o nim zapomniałem i gdy go zobaczyłem przywitałem go serdecznie. W końcu on też musiał czuć się dziwnie podróżując z nieznanymi ludźmi i zaufać im na tyle, żeby nie uciec z autobusem. Wsiedliśmy do środka.
                Gdy usiadłem na miejscu kierowcy Zbłąkanego Ocalałego odetchnąłem z ulgą. Miałem wiele do przemyślenia i jeszcze więcej do przejechania. Wyruszyliśmy. Odkąd zniknął śnieg podróż odbywała się o wiele, wiele szybciej. Nie było problemów z zasypanymi drogami. Poruszaliśmy się sprawnie i ruszyliśmy do pierwszego przystanku naszej wędrówki  - Ciechanowa. Dojechaliśmy tam około dwie godziny później. Było lekko popołudniu. Ulice miasteczka były pełne zombie, a na przystanku nie zauważyliśmy nikogo, więc ominęliśmy to miejsce jadąc dalej na wschód.  Niesamowity był fakt, że to już trzeci dzień naszej podróży licząc z tym, kiedy wyjechaliśmy z Torunia. Byłem ciekaw co się tam teraz dzieje i czy Czerwone Flary zakończyły z sukcesem swoje zadania. W końcu teraz w jednej z grup był Pablord, Bobru, Jonasz oraz Wiktoria. Wyruszyli na północ do Grudziądza w celu odwiedzenia Trzeciego Posterunku. Misja nie była bezpieczna. Kiedyś jechałem w tą samą stronę i wpadłem w spore tarapaty. Znajdowało się tam bowiem złomowisko, tak przynajmniej nazywali to ludzie z Torunia. Dziesiątki, a może nawet setki wraków aut, które porozrzucane po drodze stanowiły labirynt nie do przebycia.
                Około godziny później, gdy byliśmy niedaleko Makowa Mazowieckiego zatrzymaliśmy się, żeby coś zjeść.  Rozsiedliśmy się na małej polanie otoczonej lasem i chcąc zapomnieć o problemach zaczęliśmy jeść. Zrobiliśmy sobie szybką ucztę złożoną z konserw oraz kromek chleba, zapijając to wodą. Podczas jedzenia Rekin usiadł niedaleko mnie.
- Wszystko ok? Z tą raną? – zapytał mnie dosyć troskliwie. Widać było, że chce z nami nawiązać więź.
- Jasne – odpowiedziałem – Przepraszam za kłopoty. Zazwyczaj staram się nie pakować moich pasażerów w takie tarapaty, ale tutaj musieliśmy się zatrzymać.
- Nie ma sprawy. Gdyby nie wy to pewnie szwendałbym się teraz jako jeden z trupów przy przystanku. Uratowaliście mi dupsko – powiedział wesoło.
Dalej jedliśmy i odpoczywaliśmy w ciszy, gdy nagle usłyszeliśmy trzask gałązki gdzieś za nami. Wszyscy szybko sięgnęli po bronie,  nawet Rekin, któremu zaufałem na tyle, żeby oddać mu rewolwer i obserwowaliśmy. Nagle zobaczyliśmy pomiędzy drzewami postać uciekającą w las. Łowca przycelował.
- Zostaw, szkoda amunicji – powiedziałem, ale ten mnie nie posłuchał. Huk na chwilę mnie ogłuszył, ale usłyszeliśmy też głośny krzyk bólu. Pobiegliśmy szukając postrzelonego zwiadowcy i po chwili znaleźliśmy go. Leżał w wysokiej trawie i wrzeszczał z bólu. Jego lewa noga wisiała ledwo co na kawałku mięsa. Widok był paskudny i dopiero co zjedzone rzeczy cofnęły mi się niebezpiecznie do gardła.
                Powstrzymałem jednak mdłości i wyciągając pistolet klęknąłem przy szpiegu.
- Patrzcie naokoło bo może być ich więcej, Cinek cofnij się do autobusu. Ja przesłucham tego gościa – rozkazałem. Cinek szybko wycofał się, a Rekin i Łowca obserwowali drzewa dookoła nas. Postrzelony delikwent powoli się uspokajał, a jego krzyk przerodził się w jęk.
- Kto ci kazał nas obserwować? – zapytałem.
Odpowiedział mi głośne jęknięcie.
- Dlaczego zaatakowaliście nas w Płońsku, a wcześniej obserwowaliście w chatce niedaleko Sierpca? – zadawałem kolejne pytania nie otrzymując odpowiedzi. Przyłożyłem mu pistolet do skroni i nachyliłem się.
- Jeżeli chcesz żebym ukrócił twoje cierpienia lepiej gadaj – wyszeptałem złowieszczo.
- Jeeeb się – wycharczał bandyta.
                Pociągnąłem jego lewą nogę sprawiając, że kawałek mięsa się rozerwał i zostawił kończynę na jeszcze mniejszym fragmencie. Mężczyzna wrzasnął z bólu i zaczął się rzucać. Miałem nadzieję, że nie przesadziłem. Musiał zostać przy życiu, aż się dowiem, kto za tym wszystkim stoi. Wszystko zaczynało się robić coraz straszniejsze i tajemnicze. Ktoś nas śledził już od jakiegoś czasu. Nagle usłyszałem strzały. To był Rekin. Z jednej strony lasu wypełzły cztery trupy. Łowca wyciągając pistolet i zawieszając snajperkę na plecach zaczął mu pomagać.
- Powiedz, a ukrócę twoje cierpienie – powiedziałem.
- Wszyscy zgniecie – wycharczał bandyta rechocząc. Przy każdym kolejnym wydechu z jego ust wylatywały kropelki krwi.
- KTO ZA TYM STOI?! – wrzasnąłem potrząsając nim. Bałem się, że odpowie „Dziara”.
- Dowiecie się już niedługo. Jesteście za słabi, słabsi niż myśleliśmy – powiedział.
- Pierdol się – wyszeptałem i strzeliłem mu w głowę – Wycofujemy się panowie, chodźcie! – powiedziałem do Łowcy i Rekina. Po chwili zaczęliśmy biec w stronę Zbłakanego i szybko weszliśmy na pokład i odjechaliśmy. Gdy tylko ruszyliśmy odezwał się Cinek.
- To wszystko jest jakieś pojebane – zaczął – O co chodzi z tymi pojebami? Śledzą nas od Torunia?
- Musimy teraz uważać. Myślę, że czas olać postoje w jakichś dziwnych miejscach i bardzo uważać. Jak coś dziwnego zauważycie to od razu mówcie – poprosiłem.
                Dojechaliśmy do Makowa Mazowieckiego. Jeszcze niedawno jechałem w drugą stronę z Miczi, Pablordem oraz Mpd, a teraz jechałem znowu w stronę Białegostoku z Cinkiem i Łowcą. Miasto było znacznie spokojniejsze od Ciechanowa i o dziwo na przystanku zauważyliśmy trzy osoby. Dwie młode kobiety i małego chłopca. Zatrzymaliśmy się przed przystankiem i otworzyliśmy drzwi pozwalając im wejść.
- Witajcie na pokładzie Zbłąkanego Ocalałego. Jak rozumiem chcecie dostać się do Torunia? – zapytałem. Widziałem, że chłopiec patrzył z otwartymi ustami na moją ranę, ale nie robiłem sobie z tego nic. Musiałem się do tego przyzwyczajać. Obie kobiety były dosyć podobne do siebie. Jedna blondynka z długimi włosami nie wyglądała jakoś nadzwyczajnie. Była ubrana normalnie i wydawała się być bardzo nieśmiała, bo obserwowała swoje stopy i nic nie mówiła. Druga z kolei była bardziej pewna siebie, również była blondynką i nosiła na plecach duży, górski plecak.  Chłopiec był mały, miał góra dziesięć lat i z nosa zwisały mu smarki. Wciągał je co chwilę, ale te jak na złość wracały na swoje miejsce przez co chłopak co chwilę wydawał z siebie dziwne dźwięki.
- Tak. Dziękujemy za pomoc. Czekałyśmy tutaj długo, ulotki mówiły, że jeździsz tędy co dwa, trzy dni, a jesteśmy tu już prawie tydzień – powiedziała ta odważniejsza, nieco z wyrzutem.
- Niestety mieliśmy spore problemy – powiedziałem pokazując dokładniej szwy na policzku – Zanim was wpuścimy musimy was zapytać o parę rzeczy-  kontynuowałem procedurę tak jak zawsze.
- Jasne – odpowiedział dziewczyna.
- Czy macie ze sobą jakąś broń? – zapytałem.
                Po chwili w schowku wylądował obrzyn, dwa pistolety oraz trzy noże. Łowca gwizdnął z zachwytem jak zobaczył małą, zabójczą strzelbę. Chciał skomentować, ale ostatecznie się powstrzymał.
- Jeszcze jedno, czy wszyscy jesteście zdrowi? Mam oczywiście na myśli, czy nie zostaliście ugryzieni? – zapytałem.
- Całe szczęście nie – odpowiedziała ta sama kobieta.
- Tak więc witam was na pokładzie! – krzyknąłem radośnie -  Ja jestem Ernest i kieruje tym autobusem, a moi kompani to Łowca, ten bez oka, Marcin, ten bez ręki oraz Rekin – przedstawiłem po kolei.
- Ja jestem Ola, moja przyjaciółka to Karolina, a ten malec to Patryk. Dziękujemy raz jeszcze – powiedziała po czym zajęły miejsca z tyłu razem z chłopcem.
                Zadowolony z ilości osób już chciałem ruszać, gdy nagle usłyszałem trzask. Przez chwilę obawiałem się, że to któryś z nowych gości okazał się być wrogo nastawiony, ale po chwili zobaczyłem wybitą szybę z tyłu autobusu. Jedną z mniejszych szyb. W odłamkach szkła leżała cegła z przywiązaną kartką. Ola i Karolina patrzyły na sytuacje nieco przerażone, Łowca wskazał kogoś za oknem, a Cinek przeklął tak, że malec otworzył usta jeszcze szerzej. Zobaczyłem oddalającą się w boczną uliczkę postać. Zamknąłem drzwi po czym podszedłem wystraszony do cegły i podniosłem ją. Kamień wyrzuciłem przez okno, a kartkę odczepiłem i rozwinąłem drżącymi rękoma.

                Na kartce było napisane: Przeszłość zabija.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 8: Staruszek

Rozdział 8, trzeci z perspektywy Natalii. W tym rozdziale dowiecie się kim jest tajemniczy mieszkaniec domu, w którym zatrzymać się chcieli Natalii z ekipą i poznacie jego wielki sekret. Rozdział moim zdaniem od początku na to wskazuje, ale końcówka już stuprocentowo upewni was, kim on jest. Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, po przeczytaniu :)

------------------------------------------------------

Rozdział 8 (Natalia): Staruszek


                Gigant był bardzo osłabiony po walce, a jedynym miejscem gdzie mogliśmy odpocząć był ten dom. Najstarszy zapukał. Chociaż w środku się paliło i było słychać muzykę to nikt nie otwierał nam drzwi. Czy się bał? A może już nie żyje? Obie opcje sprawiały, że ciarki przechodziły mi po plecach. Musieliśmy jednak spróbować. Podeszłam i powoli pociągnęłam za klamkę. O dziwo drzwi były otwarte. Zawiasy jęknęły przeraźliwie. Weszliśmy do ciemnego korytarza i mierząc broniami po kątach stawialiśmy ostrożnie krok za krokiem. Jeżeli ktoś tu był na pewno wiedział, że jesteśmy w środku. Teraz usłyszałam dokładnie muzykę, która przypominała taką ze starych filmów. Budowała ona dziwaczny klimat, który w normalnych okolicznościach mógłby być czymś magicznym, ale teraz sprawiał, że bałam się jak cholera. Gdy tylko przekroczyliśmy próg domu to poczułam coś dziwnego. Nieprzyjemny zapach jakiegoś mięsa lub innego cholerstwa. Nie wróżyły to niczego dobrego. W korytarzu było cholernie ciemno i jedyne co dało się zauważyć to pojedyncze promienie światła wychodzące z szpary w drzwiach po prawej. Stamtąd też słychać było muzykę.
                Zagłębialiśmy się coraz dalej. Podłoga skrzypiała nam pod nogami i słychać było wiatr uderzający falami w ściany domu. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk, jakby coś upadło na podłogę. Młoda pisnęła ze strachu. Dźwięk dochodził z kolejnych drzwi na prawo. Nie widząc sensu w dalszym skradaniu się wskazałam pierwsze drzwi po prawej i nacisnęłam na klamkę. Przed moimi oczami ukazało się pomieszczenie, w którym na drewnianym stole stała lampa. Na podłodze była plama czegoś czerwonego i drzwi do pomieszczenia obok. Za oknem widać było dokładnie całe podwórze, którym weszliśmy. Oprócz tego stał tu gramofon. Zawsze kręciły mnie tego typu stare gadżety, a ten wyglądał jakby widział już niejedno, chociaż trzeba było przyznać, że był zadbany.  Dodatkowo stał tutaj jeden fotel wyblakłego, zielonego koloru. Gigant wykorzystując to, że ma gdzie usiąść opadł ciężko na siedzenie i rozmasował nogę. Dalej czuł się kiepsko i jego swoboda ruchów była bardzo ograniczona.
                Nagle drzwi obok się otworzyły. Wszyscy wymierzyliśmy pistoletami w tamtą stronę. Moim oczom ukazał się starszy pan w wieku około sześćdziesięciu lat. Przez chwilę miałam nadzieję, że to Sołtys, ale już po chwili zauważyłam, że ten mężczyzna wygląda zupełnie inaczej. Ubrany w coś wyglądające jak szmaty, niski staruszek ani trochę nie przypominał Sołtysa. Był chudy jak deska, nosił zabrudzone okulary, a twarz miał gładką jak kamień. W jego rękach znajdowały się nożyce. Zza okularów spoglądały na nas małe oczka, a gdy się uśmiechnął zobaczyłam garnitur zżółkłych zębów. Był przygarbiony, a na nogach nosił gumowce. Miał siwe, zaczesane do tyłu włosy, które błyszczały od tłuszczu w blasku lampy. Spojrzał na nas po czym odezwał się:
– Co ma oznaczać te najście? – jego głos był wyraźnie przepity, czuć było od niego alkohol.
Nie było potrzeby go zabijać. W końcu co mógł nam zrobić jakiś staruszek?
– Szukamy schronienia, nasz przyjaciel ma chorą nogę.  Zobaczyliśmy światło dochodzące stąd i postanowiliśmy, że sprawdzimy czy ktoś tu żyje…— wytłumaczyłam.
– Jak widać żyje – powiedział podchodząc – i mam się dobrze. Jakub jestem – stwierdził podając mi swoją uschniętą rękę. Uścisnęłam ją, w końcu był gospodarzem i należał mu się jakiś szacunek. Przywitał się z całą resztą i w końcu spojrzał na Giganta.
– Tak się składa, że znam się trochę na ranach. Byłem se swego czasu lekarzem polowym, mogę mu pomóc. Was też ugoszczę jeno musicie parę zasad poznać, zanim tutaj zostaniecie – rzekł drapiąc się po podbródku.
Oczekiwaliśmy w milczeniu, aż odłoży nożyce na półkę i odwróci się w naszą stronę. Nie wiedziałam co o nim myśleć. Wydawał się trochę dzikim, starym człowiekiem ze wsi. Nie wyglądał na kogoś normalnego, ale nie wydawał się też groźny.
                W końcu zaczął mówić.
To będzie tak: Po pierwsze żadnych broni na terenie mojego domu. Macie wszystko zostawić w holu i jeżeli zobaczę, że coś zabraliście natychmiast stąd wypieprzacie, po drugie drzwi, z których wyszedłem – wskazał je palcem – tam macie zakaz wstępu. Po trzecie i ostatnie, nie możecie otwierać lodówki. Ja będę dawkował porcje jedzenia i jeżeli zobaczę, że ktoś z was jest zwykłym złodziejem to nawet nie pozwolę wam stąd odejść. Po prostu was zabije.
Ostatnie słowa zrobiły na mnie wrażenie. Poczułam zwykły strach przed starcem. Przytakując zaczęliśmy się powoli wypakowywać. Byliśmy głodni, bo zapasy jedzenia mieliśmy na wyczerpaniu, więc z niecierpliwością czekaliśmy na to, aż gospodarz przeniesie nam coś do jedzenia. Dostaliśmy dwa pokoje po drugiej stronie korytarzu. Ja dzieliłam swój z Młodą i Gigantem, a w drugim zamieszkali ludzie Łapy. Pokoje były skromne, ale Jakub miał spory zapas kocy i mogliśmy sobie zrobić ciepłe posłania. Kolacja jaką nam przygotował była skromna. Trochę chleba własnej roboty, cienkie wino oraz fasola. Nie narzekaliśmy jednak. Zjadłam i napiłam się i wtedy zmęczenie uderzyło w nas pełną siłą. Ledwo doszłam do pokoju i zaczęłam przygotowywać sobie posłanie. Po ułożeniu prowizorycznych łóżek zasnęliśmy prawie natychmiast. Ostatnie moje myśli krążyły wokół Bobra oraz dziwnej czerwonej plamy w salonie. Nie miałam jednak siły myśleć dalej i zasnęłam.
                Gdy się obudziłam było jasno. Giganta nie było, a Młoda leżała z otwartymi oczami i patrzyła w sufit. Przywitałam się z nią.
– Dzień dobry mała.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
– Dzień dobry – w jej głosie usłyszałam nutkę niepewności. Wiedziałam, że boi się ona gospodarza i całego tego miejsca. Dziwna atmosfera w domu udzieliła się i mi. Wydawało mi się, że nic nie ma już sensu.
– Wiesz gdzie jest Gigant? – zapytałam.
– Poszedł na śniadanie i rozmowę z tym staruszkiem. Mają omówić, kiedy dokładnie go będzie leczyć.
– Może pójdziemy do nich? Co ty na to? Nie wiem jak ty, ale jestem głodna.
Młoda zgodziła się. Wydaje mi się, że po prostu bała się sama poruszać po domu. Lubiłam ją, więc nie widziałam problemu w tym, żeby się nią opiekować. Ubrałyśmy się i wyszłyśmy z naszego pokoju idąc do kuchni, która była na końcu korytarza, naprzeciwko drzwi wejściowych.
                 Przy stole siedzieli już Najstarszy, Najmłodszy, Przystojny, Gigant oraz Jakub. Jedli zupę pomidorową, którą zagryzali kawałkami sera. Oprócz stołu i kuchenki gazowej w pomieszczeniu była jeszcze tylko lodówka. Oczywiście stosując się do zasad nie podchodziliśmy do niej, ale nie wiedziałam o co tyle krzyku. W końcu gospodarz odgrażał się nam, że jest w stanie nas zabić jeżeli ją otworzymy. A co jeśli ukrywa tam coś? Ciekawość zaczęła we mnie stopniowo narastać. Postanowiłam, że dzisiejszej nocy zakradnę się tutaj i zobaczę co starzec przed nami ukrywa.
                Teraz jednak zajęłam się jedzeniem. Zupa była ciepła, ale trochę za tłusta, a ser przypominał twardością kamień, ale nie narzekaliśmy. Dało się tym najeść. Podczas jedzenia dyskutowaliśmy.
– Mogę cię poskładać dzisiaj wieczorem – stwierdził Jakub – Przyszykuje wszystkie przyrządy, zobaczymy czy nie masz jakichś odłamków w nodze i ostatecznie obmyjemy ranę. Nie boli cię, co?
– Nie… Raczej nie. Po prostu przeszkadza mi to w poruszaniu się i piecze gdy zaczynam się szybciej ruszać.
– Tym lepiej dla ciebie. Będzie mniej boleć – skwitował wstając od stołu – Mam nadzieję, że jak poskładam mu tą nogę to po paru dniach znikniecie?
– Oczywiście – powiedziałam.
– Dobrze. Pamiętajcie o zasadach, jak będę potrzebny to wołajcie po imieniu – mówiąc to zniknął w cieniu korytarza. Przeszły mnie ciarki. Porozmawiałam jeszcze chwilę z ludźmi Łapy po czym poszłam do naszego pokoju. Musiałam odpocząć jak najbardziej to było możliwe. Położyłam się na posłaniu patrząc jak Młoda pisze coś na znalezionej w komodzie kartce. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
                Obudził mnie krzyk. Zerwałam się jak szalona odruchowo sięgając po pistolet. Po chwili dopiero zdałam sobie sprawę, że został on w przedpokoju. Zerwałam się, żeby zlokalizować źródło hałasu i ze zgrozą doszłam do wniosku, że krzyk słychać z podwórza. Nie były to jednak odgłosy agonii. Przypominały raczej szał. W korytarzu wpadłam na Najstarszego i Młoda, którzy stali na progu domu. Drzwi były otwarte. Spałam dosyć długo bo słońce było już na horyzoncie. Co prawda dzień trwa krótko w zimę, ale i tak musiałam odlecieć na co najmniej parę godzin. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam scenę, która przyprawiła mnie o ciarki. Przy szopie, którą widzieliśmy na prawo stał nasz gospodarz. Trzymał w ręce nożyce i był otoczony przez zombie. Widział nas i gdy zauważył, że sięgam po broń wrzasnął.
–Nie dotykaj tego głupia dziewczyno, jeżeli zależy ci na tym aby tu zostać!
                Musiałam mu pomóc, przecież zaraz dopadną go zombie. Już miałam rękę na pistolecie, kiedy usłyszałam potworny dźwięk. Już po nim, pomyślałam. Nic bardziej mylnego. Staruszek nagle przestał być ospały. Jego ruchy stały się szybsze. Złapał nożycami szyję pierwszego z trupów i pewnym ruchem oddzielił głowę od ciała. Nim pierwszy zdążył osunąć się na ziemię ten był już przy dwóch kolejnych. Jego cięcia były szybkie i precyzyjne. Zombie powoli tracił kolejne części ciała, aż osypał się w fragmentach niczym piekielna układanka. Następny został otwarty i wyleciały z niego wszystkie wnętrzności. Ostatnie dwa zostały zabite prostymi uderzeniami rozwalającymi mózg. Szczęka opadła mi nisko widząc to widowisko. Jakub oddychał ciężko po czym kopiąc gumowcem jedno z ciał spojrzał na nas.
– Mówiłem, że dam sobie radę. Te skurwysyny mnie żywcem nie wezmą!
                Zgarniając truchła na stos wrócił do domu. Bez słowa poszedł do łazienki, gdzie umył narzędzie i schował je z powrotem za pas. Nie powiedział potem już ani słowa. Zastanawiałam się gdzie jest reszta, ale domyślałam się, że siedzą w pokoju obok, więc nie chcąc im przeszkadzać wróciłyśmy z Młodą do siebie. Moje myśli pochłaniał nasz gospodarz. Nie wiedziałam o nim za dużo, ale wydawał się coraz bardziej niebezpiecznym człowiekiem. Miałam nadzieję, że po uleczeniu nogi Karola będziemy mogli się stąd szybko wynieść. Teraz dopiero pomyślałam o tym, żeby sprawdzić czy nasz samochód dalej stoi na ulicy. Przy okazji wpadłam na jeszcze jeden pomysł i zwróciłam się z nim do Młodej.
– Młoda mam do ciebie prośbę. Będziesz miała pewne zadanie, myślisz, że dasz sobie rade? – zaczęłam uderzając w ambicje dziewczyny.
– Co miałabym niby zrobić? – zapytała.
– Jak widzisz nasz gospodarz to trochę dziwny człowiek, co ty na to, żebyś zakradła się do lodówki jak wszyscy będą zajęci czym innym? — spytałam prosto z mostu.
– Dlaczego ja… ja boję się tego człowieka Natalio…— powiedziała cieniutkim głosikiem.
– Jesteś najmniejsza i nie będziesz rzucała się w oczy. Jestem bardzo ciekawa tego co tam jest. Sprawdziłabyś szybko i przybiegła do mnie. Najlepiej wtedy jak Gigant będzie w tym tajemniczym pokoju z Jakubem, ok? – wytłumaczyłam.
                Zgodziła się. Opuściłam pokój i ma korytarzu spotkałam przystojnego. Po odrobinie snu i odpoczynku wyglądał naprawdę przystojnie. Zabolało mnie wspomnienie Bobra, ale po chwili wyrzuciłam tą myśl z głowy. Nie mogę o nim myśleć jako o kimś, kto nie żyje. On na pewno przeżył, pomyślałam.
– Hej, gdzie idziesz Natalio? – zapytał podchodząc do mnie.
– Chcę zobaczyć czy nikt nam nie ukradł auta. W końcu planujemy stąd niedługo odjechać – powiedziałam ubierając się cieplej.
– Mogę przejść się z tobą? W sumie to niezbyt bezpieczne żebyś szła tam sama – powiedział nieśmiało. Widziałam jak na mnie patrzył. Widocznie spodobałam mu się, ale nie byłam nim zainteresowana.
– Jasne – odpowiedziałam uśmiechając się.
                Wyszliśmy we dwójkę na podwórze. Było całkiem ciepło, widać było, że za góra dwa tygodnie śnieg zacznie topnieć i już za miesiąc będziemy mogli poruszać dobrym tempem. Co prawda ciężko było wychodzić aż tak bardzo w przyszłość, bo nie wiadomo czy nie zginiemy za chwilę w drodze do auta, ale warto było mieć jakiś plan. Szliśmy w ciszy. Żałowałam, że nie możemy wziąć broni, w końcu zombie zaatakowały już dzisiaj naszego gospodarza, więc bardzo możliwe, że zaatakują i nas. Po przejściu paru metrów odetchnęłam bo zauważyłam nasz pojazd już z daleka. Chcąc chwilę pokorzystać z dobrej jak na ostatnie dni pogody usiadłam na masce i poklepałam zachęcająco miejsce obok mnie, dając znak, żeby Przystojny usiadł. Wskoczył szybko i zaczęliśmy rozmowę o niczym. Gadaliśmy przez dobre parę minut o przyszłych planach, zombie i całym świecie, kiedy zapytał o coś, co gnębiło i mnie.
– Co myślisz o tym staruchu? – zapytał.
– Wydaję mi się bardzo podejrzany. Niby ma tyle lat, a jednak żyje tutaj, ma się dobrze i starcza mu zapasów. Rozumiem, że to wieś i pewnie sporo tego znalazł w okolicznych spiżarniach, ale sam fakt jak on walczy… Żałuj, że nie widziałeś tego co niedawno zrobił z bandą trupów przed domem. Operuje tymi nożycami jak jakiś cholerny rzeźnik! – stwierdziłam.
– Myślisz, że może być niebezpieczny? Te wszystkie jego zasady… Co prawda do broni mamy blisko, ale myślisz, że mógłby w ogóle coś takiego zrobić? – kontynuował temat.
– Moim zdaniem po prostu musimy na niego uważać. Niech zszyje nogę Giganta, oczyści ranę i maksymalnie za dwa dni powinno nas nie być. Takie jest moje zdanie.
                Na tym skończyliśmy rozmowę. Wstałam i pocierając ręce o siebie i zachęciłam chłopaka, żeby ruszył za mną do domu. Krzyże z ciałami wisiały nad nami nadając ponurego klimatu i psując otoczenie. Po chwili wróciliśmy i znów uderzył w nas ten dziwny zapach. Zastanawiałam się co może, aż tak śmierdzieć. Teraz zdałam sobie sprawę, że znowu gra muzyka. Jakiś stary kawałek. Na wejściu podczas rozbierania się podszedł do nas Najmłodszy.
– Gdzie byliście? – zapytał.
– Sprawdzaliśmy czy auto jest dalej na swoim miejscu – powiedział Przystojny – Jak sytuacja w domu?
– Właściwie – wtrąciłam się mu zanim odpowiedział—  musicie o czymś wiedzieć.
Spojrzeli na mnie z zaciekawieniem.
– Pamiętacie zakazy naszego gospodarza. Złamiemy jeden z nich…— powiedziałam – Ten człowiek coś ukrywa. Młoda sprawdzi co jest w lodówce jak Gigant będzie zszywany przez Jakuba.
– Nie wiem czy to dobry…— zaczął Przystojny.
– Ale Jakub zszywa go właśnie teraz – powiedział Najmłodszy.
– To zaraz dowiemy się czegoś ciekawego – powiedziałam uśmiechając się i zmierzając w kierunku pokoju gdzie powinna być Młoda. Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się. Nie widziałam jej.
                Krzyk przeszył cały dom. Dochodził z kuchni i należał do siostry Łapy. Nie patrząc nawet na chwilę za siebie puściłam się biegiem w stronę kuchni. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Młodą siedząca i płaczącą w kącie. Jedyne światło w pomieszczeniu pochodziło z lodówki. Najstarszy wbiegł razem z dwoma swoimi kompanami. Jeden z nich podbiegł do dziewczynki, żeby sprawdzić czy nic jej się nie stało. Pozostała dwójka szła przy mnie. Poczułam natężenie tego okropnego smrodu i z coraz to większymi obawami podchodziłam do lodówki. Najstarszy wyszedł przed szereg i podszedł powoli otwierając drzwi. Odsunął się natychmiast po zobaczeniu zawartości i zwymiotował na podłogę. Teraz też to widziałam. Lodówka była pełna mięsa. Ludzkiego mięsa. Widziałam głowy, nogi, ręce i korpusy poupychane do środka. Wszystko było przyrządzone i gotowe do jedzenia. Nagle do mnie dotarło. Ten człowiek jest kanibalem! Dlatego dawał sobie radę z jedzeniem. Nie musiał go szukać, samo do niego przychodziło. Nagle zdałam sobie sprawę z jeszcze gorszego faktu. Nie czekając na resztę pobiegłam po broń. Najmłodszy i Przystojny ruszyli za mną.
                Czułam tak ogromne obrzydzenie, że z trudem powstrzymywałam wymioty. Były teraz jednak ważniejsze sprawy. Musieliśmy pomóc Karolowi, zanim stanie się kolejną ofiarą Jakuba. Złapałam swój pistolet i rzuciłam się na drzwi do salonu. Były zamknięte. Siłowałam się z nimi chwilę, aż podszedł Przystojny i zaczął na nie nacierać barkiem. Po trzech razach wypadły z zawiasów i otworzyły nam przejście do salonu. Muzyka grała naprawdę głośno, ale nie słychać było niczego z tajemniczego pokoju. Złamaliśmy dwa z zakazów i mierząc w zamek od drzwi, które wyglądały naprawdę solidnie, złamaliśmy trzeci. Do pokoju pierwszy wbiegł Najmłodszy. Rozejrzałam się szybko. Stało tutaj mnóstwo świec. Na stole widziałam przywiązanego Giganta. Widać było, że jego noga jest jeszcze bardziej pocięta, ale żył. Miał zakneblowane usta, ale otwarte oczy. Żył. Odetchnęłam z ulga. Najwidoczniej Jakub zwiał. Karol wierzgał się jednak i miotał. Myślałam, że z bólu. Pomyliłam się jednak.
                Najmłodszy, który mierzył bronią do przodu nagle stracił rękę. Z ciemnego kąta po prawej wyskoczył kanibal. Machnął jeszcze parę razy i po chwili zobaczyłam jak Najmłodszy upada i w kałuży krwi osuwa się na podłogę. Krzyknęłam i próbowałam wycelować, ale nigdy nie widziałam tak dzikiego człowieka. Bałam się jak cholera. Przystojny popchnął starca i wycelował w niego. Trafił w ramię nagle jednak chrząknął. Ze zgrozą zauważyłam jak upada na kolana z nożycami wbitymi w brzuch. Nie czekając, aż zabije i mnie strzeliłam parokrotnie. Starzec dostał dwa razy w drugie ramię oraz ucho. Krzyknął z bólu po czym wstał i rzucił się biegiem w lewo. Nie wiedziałam co chcę tym osiągnąć. Pomieszczenie było kwadratowe, a ja będą w przedpokoju musiałam podbiec do przodu przez ciała dwóch moich kompanów, żeby strzelić ponownie. Wtedy zobaczyłam otwartą klapę w podłodze. Upadając na kolana bez sił przeklęłam swoją głupotę. Uciekł mi. Do pomieszczenia wszedł nagle Najstarszy. Widząc dwóch przyjaciół leżących w kałuży krwi wrzasnął. Nie miałam siły. Położyłam się na podłodze nie zwracając uwagi w czyjej krwi leżę. Po prostu patrzyłam w sufit. Widziałam jak Najstarszy uwalnia Giganta i po chwili podbiega do mnie.
– Wstawaj! Musimy go złapać. Ten skurwiel zapłaci nam za to co zrobił! – krzyczał.
– To nic nie da… zapewne jest już daleko…— powiedziała podnosząc się powoli.
– Musimy go złapać KURWA! Rozumiesz?
                Spojrzałam na Giganta. Wyglądał fatalnie. Był cały spocony i blady. Nie dał rady sam wstać.
– Pomóż mu proszę… Zabierz nas stąd…— szeptałam jakby do siebie.
– Ale…! Do chuja przecież on chciał nas zabić…
– Trafiłam go dwa razy, a Przystojny wcześniej raz. Skurwiel się wykrwawi… Tak samo jak my jak stąd nie uciekniemy. Musimy…—  nie dokończyłam. Usłyszałam tylko trzask tłuczonego szkła. Odwróciłam się i zobaczyłam jak do pomieszczenia wpada butelka. Prowizoryczny koktajl mołotowa. Trafił w sam środek odcinając nas od wyjścia.
– RATUJ GO DO CHOLERY! – wrzasnęłam w stronę Najstarszego. Tym razem nie sprzeciwiał się. Przebiegł obok ognia ogarniającego pomieszczenie i pomógł wstać Gigantowi. Ja w tym czasie ogarnęłam się i podniosłam pistolet z kałuży krwi. Pistolet Najmłodszego. Wstając zobaczyłam jak kolejna butelka ląduje w pomieszczeniu. Najstarszy dając z siebie wszystko przebiegł przez płomień z Gigantem wspartym o siebie.  Płomień liznął go po nogach, ale udało mu się wyjść z pomieszczenia. Pobiegłam pierwsza i szybko wzięłam Młodą, która dalej płakała w kuchni.  Słyszałam jak kolejny mołotow rozbija się gdzieś w domu. Dziwiło mnie to, że Starzec rezygnuje z całych swoich zapasów, ale najwidoczniej chciał nas po prostu wyeliminować. Może to tylko część jego zapasów? Strach pomyśleć ile ludzi zabił.

                Ubrałam się szybko pomagając Młodej i wychodząc na zewnątrz. Wydawało się być czysto. Tym razem mam broń pod ręką. Wzięłam broń moją i Najstarszego, oraz miecz Giganta i wybiegłam. Niestety nie zdążyłam wytargać całego pancerza Karola, który został w holu. Byliśmy na zewnątrz. Gorzej, że ogień na tak płaskim terenie będzie widoczny z dużej odległości. Zobaczyłam, że w samochodzie siedzi już Najstarszy z Gigantem. Podbiegliśmy do nich i rzuciłam im przez okno auta miecz i nasze bronie po czym pomogłam Młodej wsiąść. Odwracając się ostatni raz za siebie zauważyłam jak dom kawałek po kawałku znika w ogniu. Przeżyłam.