poniedziałek, 21 marca 2016

Rozdział 3: Trzy Tygodnie

Apokalipsa 4.5 rozdział 3. W tym rozdziale przesuwamy się nieco w czasie, podobnie jak było to w tomie 1, gdy przez wiele tygodni nie działo się nic szczególnie ważnego. Od tego rozdziału zaczyna się coraz większa łączność z tomem pierwszym no i właściwie akcja nie będzie szczególnie zwalniała.

Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------

Rozdział 3: Trzy Tygodnie

               
Dni mijały dosyć szybko .Mieliśmy co robić. Zabezpieczyliśmy dolny poziom i podwórze baru, przed potencjalnymi atakami. Pozbieraliśmy zapasy z okolicznych sklepów, oraz całą masę broni z budynku naprzeciwko. Jak się okazało, parę osób umiało całkiem nieźle strzelać, więc w wolnych chwilach trenowaliśmy kolejne osoby, żeby posiadać jak najlepiej gotowych do odpierania ataków ludzi. W między czasie mieliśmy też parę starć z innymi Ocalałymi. Parę naszych osób zginęło, ale zyskaliśmy też nowe twarze do naszej małej społeczności. Wszystko działało jak w dobrze naoliwionym mechanizmie. Skupiałem się przede wszystkim na zbudowaniu więzi pomiędzy ludźmi. Chciałem, żeby wszyscy byli moimi przyjaciółmi, ale też respektowali mnie jako dowódcę. Bo chcąc nie chcąc byłem ich dowódcą.
                Miałem przez to sporo problemów na głowie, co dobijało mnie wspólnie z moimi prywatnymi problemami. Radio nie odbierało żadnych transmisji już od naszego przyjazdu, czyli co najmniej tydzień. Straciłem już wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek, ktokolwiek nas uratuje. Teraz żyłem zasadą „najpierw strzelaj, potem pytaj”, co nie raz już uratowało mi życie. Kolejnym problemem były moje córki. Chociaż parokrotnie wyruszałem na wyprawy nie mogłem ich znaleźć. Wiedziałem jednak, że są w pobliżu. Pewnego dnia znalazłem człowieka, który został opuszczony, konający w niedużym budynku w lesie. Gdy zapytałem, kto mu to zrobił, opowiedział mi o niejakiej Łapie. Byłem pewien, że chodziło mu o moją starszą córkę. Słyszałem, ze założyła obóz, gdzieś w okolicy i siała terror. Opis nie mógł być bardziej dokładny. Wiedziała jednak, że jestem tutaj, bo moi ludzie nie wpadli na nią ani razu.
Kolejnym problemem był Gruby. Chociaż jego wkład w przeszukiwania pobliskich budynków był ogromny i dzięki niemu przebiegł bez większych problemów, to jakimś cudem znalazł narkotyki. Był wciąż lojalny i nie sprawiał żadnych problemów, jednak często odrywał się od rzeczywistości, co bywało niebezpieczne. W końcu gdyby nas zaatakowały trupy, lub ocalali i musielibyśmy uciekać, nie mielibyśmy jak go zabrać. Baza wyglądała solidnie. Wzmocnione okna i drzwi, zabudowana barykadami okolica i pełna kontrola okolicznych zaułków.
                Wybieraliśmy się akurat na ważną misję w okolicę Białegostoku. Siedziałem przed barem popijając poranną kawę i ciesząc się ciepłym dniem, co ostatnio było sporą rzadkością, kiedy podszedł do mnie Jacek.
- Auto jest gotowe do drogi – powiedział niepewnym głosem. Wiedziałem, co go gryzie.
- Nie mamy innego wyjścia – odpowiedziałem nie patrząc na niego.
- Nie musimy tego robić. Moglibyśmy dać sobie spokój. Minął już tydzień. Ci którzy jeszcze żyją dzielą się na dwa rodzaje – niebezpieczni i ich przyjaciele – słuchałem podobnych argumentów już od wczoraj.
- Dobrze wiesz, że ten człowiek i jego grupa sprowadzili tutaj sporo trupów. Nie obchodzi mnie czy zrobili to przypadkiem czy nie. Zginęła dwójka dobrych ludzi. Muszą za to zapłacić. Patrole widziały ich w okolicy już parokrotnie. Na pewno mają swoją miejscówkę gdzieś przy Białym – nawiązałem do sytuacji, która również nękała mnie od paru dni. W okolicach kręcił się tir, w którym mieszkała grupa ocalałych. Na ich czele stał postawny mężczyzna, mający na oko trzydzieści parę lat. Nie miał wiele osób przy sobie, ale ostatnio sprowadził w tę okolicę trupy, które zabiły dwóch ludzi, którzy dali się otoczyć podczas ucieczki. Zagrożenie całe szczęście minęło, ale musiałem działać. Wiedziałem, że nie eliminując w czas zagrożenia ryzykuję. A nie chciałem ryzykować życiem tych ludzi.
- Ech nie da się cię przekonać – stwierdził zrezygnowanym tonem Jacek, kręcąc powoli głową.
- Damy radę. Gdzie podział się Kierowca? – jego imię brzmiało tak naprawdę Dominik, ale Kierowca lepiej do niego pasował, w końcu to on nas wszędzie woził i przywiózł tutaj.
- Próbował robić coś na rynku, zostawił tam swój autobus i  zaraz powinien się pojawić.
                Rzeczywiście parę minut później zobaczyłem grupę, na czele której stał Kierowca. Otworzyli bramę i połowa rozeszła się do budynku, a druga połowa została, pakując ostatnie rzeczy do auta. Michał wiedząc, co się dzieje wyszedł z baru i przywitał nas skinieniem głowy.
- Pamiętaj młody, zostawiam to wszystko tobie. Uważaj na wszystko i pamiętaj jak coś pójdzie nie tak każ Grubemu wyprowadzić ludzi i uciekajcie – powtórzyłem mu po raz kolejny, od dawna ustalany plan w razie gdyby coś się stało.
- Jasna sprawa. Uważajcie na siebie. Ci ludzie nie są bezpieczni – ostrzegł mnie Michał.
Podszedłem do niego i uścisnąłem mu dłoń. Auto było zapakowane, więc ostatni raz spojrzałem na budynek baru, po czym usiadłem na siedzeniu pasażera tuż obok Kierowcy. Widziałem na jego twarzy skupienie, takie samo jak zawsze gdy miał prowadzić jakiś pojazd. Wziąłem od Jacka mapę i pokazałem kompanowi co i jak:
- Jedziemy główną po czym odbijamy tutaj – stuknąłem palcem punkt na mapie  - i tam na nich czekamy. Z tego co wiem przejeżdżają tamtędy przynajmniej raz dziennie, a droga jest długa i otoczona lasem. Nie będą mogli stamtąd uciec.
- Dalej nie rozumiem czemu się tak na nich uwzięliśmy – dodał z tyłu Jacek. Pewnego dnia zrozumiesz, powiedziałem w myślach, nie chcąc znów wdawać się w dyskusję.
                Ruszyliśmy. Na niebie widać było pojedyncze chmurki oraz słońce, które sprawiało, że aż chciało się żyć. Byłem zaskoczony jak dobrze zniosłem koniec świata. Może od zawsze pasowałem do właśnie takich klimatów, zastanawiałem się w myślach. Samochód mknął po drodze. Wyjechaliśmy z miasta i w krótce znaleźliśmy się na długiej, prostej, asfaltowej drodze prowadzącej do Białegostoku. Do samego miasta nie zapuszczaliśmy się ani razu, dobrze wiedzieliśmy, że nie spotka nas tam nic dobrego. Skoro nawet w Supraślu zdarzały się kontakty z innymi Ocalałymi to co dopiero w takim mieście jak to.
                Patrząc za okno świat wydawał się taki jak kiedyś, nie licząc pojedynczych trupów, które przechadzały się między drzewami szukając pożywienia. Gdy tylko nas zauważały odwracały powoli głowy, ale zanim zdążyły chociaż zmienić kierunek ruchu, już byliśmy daleko od nich.
- Jak jesteśmy uzbrojeni? – zapytałem.
- Cztery karabiny, sporo amunicji, zapasowe pistolety, nasze najlepsze bronie –powiedział.
- To bardzo dobrze. Pamiętajcie robimy jak najwięcej możemy i w razie problemów wycofujemy się nawet na piechotę. Dojście do Supraśla jest niczym w porównaniu z dostaniem kulki. A tym tirem nie będą mogli gonić nas przez las –przypomniałem kolejne elementy planu. Odpowiedziały mi niechętne przytaknięcia. Wiedziałem, że powtarzam im to już po raz enty, ale wolałem żeby byli źli na mnie, za moje natręctwa niż martwi.
                Droga do Białegostoku nie była daleka i już godzinę później byliśmy na zaplanowanym miejscu. Prawie kilometrowy odcinek drogi, bez żadnego zjazdu w bok, nawet leśnych ścieżek odchodzących na boki. Jadąc samochodem bez większych problemów zjechaliśmy w krzaki i zaparkowaliśmy pomiędzy dwoma drzewkami, ale wiedziałem, że Tirem nie da się tak łatwo manewrować.
Wysiedliśmy i zaczęliśmy zdecydowanie najcięższy etap – czekanie. Wciąż nie byłem pewien jak planujemy zatrzymać tir, ale miałem parę planów i któryś z nich musiał się udać. Słońce rzucało coraz to dłuższe cienie,  opadając coraz niżej, ku horyzontowi. Wiatr rozrzucał liście pod naszymi nogami i sprawiał, że momentami przechodziły ciarki po plecach. Szum unosił woń zgniłych liści, których z każdą chwilą było coraz więcej, zupełnie jak trupów na świecie.
- Może wyjdę z kimś na drogę i jak będą jechali to po prostu zaczniemy strzelać. W prostej linii powinniśmy bez problemu zabić tego ich całego kierowcę – zaakcentował te słowo, bo wiedział, ze łatwo go było pomylić z naszym Kierowcą.
- Na takim odcinku to chyba będzie najlepsza opcja. Mogę pójść z tobą. Jeżeli nie trafimy to po prostu zbiegniemy w las. Właściwie możemy próbować strzelać w opony. Seria powinna skutecznie ich zatrzymać – zastanawiałem się. Siedziałem teraz oparty o drzewo i zbierałem siły. Podobnie spędzała czas reszta. Droga była na tyle prosta, a tir na tyle duży, że nie musieliśmy się martwić, że go nie zauważymy.
- Myślę, że my powinniśmy skupić ogień na szybach. Kierowca i Grzechu będą walić po oponach. Po takiej salwie na pewno się zatrzymają. Będą musieli – zarzucił pomysłem Jacek.
- Zgoda – odpowiedziałem nie chcąc się kłócić, szczególnie, że pomysł naprawdę miał szansę zadziałać pomimo swojej prostoty.
                Nagle usłyszeliśmy w krzakach od strony zachodniej szumy. Sięgnąłem szybko po broń i spokojnie, nie robiąc hałasu wycelowałem. Jacek próbował zachować spokój, ale wychodziło mu to nieco gorzej, bo podniósł się i rozejrzał. Zobaczyłem jednak szybko ulgę na jego twarzy.
- To tylko trup. Idzie w naszą stronę, zajmę się nim – powiedział.
Zobaczyłem jak rusza pewnym krokiem, przesuwając dłonią krzaki i wyjmując nóż. Ostrze zalśniło w blasku słońca i wydało specyficzny dźwięk podczas wyjmowania zza paska. Trup wyglądał na całkiem świeżego, z rany na policzku wciąż sączyła się odrażająca mieszanka ropy i krwi. Jacek poczekał aż trup wyciągnie ręce i uderzy w niego z większą prędkością, aby wykorzystać tę siłę i przebić  się przez oczodół do mózgu. Udało mu się to bez problemu. Złapał zombie za głowę i powoli położył go na ziemi. Robił to z taką delikatnością, jakby to wciąż była żywa osoba.
                Ledwo głowa trupa dotknęła ziemi, kiedy usłyszeliśmy dźwięk nadjeżdżającego pojazdu. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to musi być właśnie nasz cel, bo słychać go było wyraźnie, a nie widzieliśmy go jeszcze na prostej drodze.  Wstałem i podbiegłem w stronę drogi przeładowując i odbezpieczając broń. Karabin przyjemnie ciążył w ręce, napawając mnie poczuciem pewności siebie, a dźwięki przeładowywanych obok mnie karabinów sprawiały, że czułem się jeszcze lepiej. Zajęliśmy pozycję na poboczach drogi, tak żeby było nas widać, ale zarazem żebyśmy byli w stanie szybko się wycofać i uciec.
                Ogromny tir wyłonił się po chwili przed nami i z każdą sekundą był coraz bliżej. Wydawało by się jakby sunął na nas ogromny, metalowy byk, który tylko czeka na chwilę zawahania żeby nas zaatakować. Ja jednak byłem już wcelowany. Każdy metr bliżej sprawiał, że cel, którym była szyba, stawał się coraz większy. Chociaż pojazd robił naprawdę spory hałas, to przez chwilę wydawało mi się, że wszystko ucichło, jakby świat brał głęboki oddech przed tym co miało się stać. Palec nerwowo chodził mi po spuście, ale wiedziałem, że wrogowie muszą być bliżej, żeby nie zepsuć tej akcji. Bo drugiej szansy raczej nie mieliśmy.
                Pociągnąłem za spust. Cisza została rozerwana kanonadą pocisków. Tir zatrzymał się prawie momentalnie. Pociski jednak nadal leciały jakby miały rozerwać pojazd na pół. Z przedniej szyby nie zostało kompletnie nic. Opróżniłem magazynek w parę sekund, po czym sięgnąłem po drugi, bo dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa walka. Drzwi od ładowni otworzyły się z hałasem i zaczęli z nich wychodzić ludzie. Schowałem się za drzewem i co chwilę wychylałem delikatnie, żeby sprawdzić czy wiedzą, gdzie jesteśmy. Jacek był tuż przy mnie, leżał w krzakach i celował. Po drugiej stronie drogi znajdował się Kierowca oraz mężczyzna, który się z nami zabrał na tą niebezpieczną misję.
                Wrogowie otworzyli ogień. Nie wiedzieli dokładnie, gdzie jesteśmy, ale i tak pociski przelatywały niebezpiecznie blisko naszych pozycji. Jeden nawet trafił w drzewo, odłamując kawałek kory i upadając gdzieś przy mnie. Wyjrzałem i zobaczyłem, że kierowca tira, pokaźny mężczyzna, którego widziałem już wcześniej trzyma się za twarz, która była całkowicie zakrwawiona. Musiał dostać gdzieś w okolicy oka. Kobieta stojąca przy nim starała się mu pomóc. Przed nimi stała piątka ludzi, którzy strzelali i rozglądali się uważnie, używając tira jako zasłony. Nie wiedzieli jednak skąd może paść ostrzał, a musieli zabandażować rannego. To była nasza szansa. Podbiegłem kawałek w prawo, żeby mieć prostszą linię do strzału. Jacek w tym momencie wypuścił parę pocisków, żeby odwrócić ich uwagę ode mnie. Przebiegłem szybko paręnaście metrów i kucając wystrzeliłem.
                Pierwsze strzały poleciały wyżej i obiły ściany pojazdu. Udało mi się jednak skontrolować odrzut i przejechać po ludziach broniących mężczyzny. Dwie osoby upadły natychmiastowo, z kulkami w głowie. Jedna dostała po nodze i odskoczyła w bok, a dwie ostatnie schowały się po drugiej stronie tira. Nie pomogło im to jednak w ogóle, bo po chwili zobaczyłem jak upadają, przedziurawieni jak sito przez Kierowcę. Walka mogła wydawać się wygrana, ale w tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłem kiedy kierowca tira wstał z ogromną bronią w ręku. Musiał to być jakiś karabin snajperski, bo był naprawdę długi i prezentował się świetnie. Pomimo rany na twarzy mężczyzna zaczął mierzyć gdzieś na tyły, tam gdzie stał Kierowca i wystrzelił. Huk jaki poszedł był straszny. Wydawało się jakby w tamto miejsce uderzyła błyskawica.  Chciałem powstrzymać mężczyznę, ale kobieta, która go chwilę wcześniej bandażowała zlokalizowała mnie i Jacka i puściła serię po krzakach.
                Przeszywający ból w ramieniu gdy kula przechodziła przez moje ciało był nie do opisania. Upadłem na ziemię aby uniknąć kolejnego trafienia, ale wiedziałem, że moi ludzie wciąż tam są. Jacek dobiegł do mnie po chwili i pomógł mi schować się za drzewo. Pomimo zabicia piątki z nich i tak nie wygraliśmy tej walki. Teraz my byliśmy w kiepskiej pozycji, schowani za drzewem.  Wrogowie jednak do nas nie podchodzili. Baliśmy się wychylić, aby zobaczyć jak wygląda sytuacja, ale nie słyszeliśmy zbliżających się kroków. Padł tylko jeszcze jeden strzał z snajperki.
                Po chwili usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika i zobaczyliśmy, że tir odjeżdża w drugą stronę. To był koniec starcia.
- Wszystko ok? – zapytał Jacek.
- Ta… boli jak cholera, ale żyje – odpowiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- Musimy sprawdzić, co z Kierowcą i tym drugim – stwierdził.
- Dobra – podniosłem się przy jego pomocy i spojrzałem na ulicę. Nie wyglądało to zbyt ciekawie. Leżało tu siedem ciał. Poczułem dziwne ukłucie w brzuchu, kiedy zobaczyłem, wręcz rozerwane, ciało Kierowcy. Dostał w brzuch, a moc broni, którą miał mężczyzna była ogromna, bo pocisk przeleciał na wylot zostawiając sporą dziurę. Tuż obok leżał drugi z naszej grupy, która miał mniej szczęścia bo dostał prosto w głowę. Wyglądało to jakby ktoś odłamał kawałek okrągłego ciasteczka, zostawiając nierówną jedną czwartą.
- Kurwa… - skomentował krótko Jacek.
- Musimy się stąd zbierać – powiedziałem.
- Poczekaj – poprosił po czym uklęknął przy Kierowcy i pewnym ruchem przebił ostrzem przez dolną część twarzy do mózgu. Widziałem jak drżały mu ręce – To nie było opłacalne.
- To było konieczne – odpowiedziałem odwracając się i sprawdzając, czy ktoś z grupy z tira przeżył. Już mieliśmy odchodzić, kiedy zauważyłem, że jedna z osób wciąż oddycha. Podszedłem do niej i zdałem sobie sprawę, że to ten chłopak, który dostał w nogę i odczołgał się do tyłu. Był młody, wyglądał jakby miał tyle lat co moja starsza córka. Nie miałem jednak skrupułów. Wycelowałem karabinem i już miałem strzelać, kiedy on wydał z siebie dźwięk. Przez chwilę myślałem, że próbuje coś powiedzieć, ale to był tylko śmiech. Dławiący, charczący rechot.
                Zdenerwowany zachowaniem chłopaka przyłożyłem mu lufę do głowy. Chciałem żeby się bał. On jednak wycharczał tylko:
- Strzeż… się… Łowcy.
Strzeliłem. Jego słowa była zastanawiające, ale nie miałem teraz czasu na analizę. Zebraliśmy bronie i ruszyliśmy w stronę auta. Droga powrotna była znacznie szybsza. Jacek nie odzywał się ani słowem, a ja byłem mu za to wdzięczny. Wystarczająco biłem się teraz z myślami. Nie miałem żadnego problemu z ocenieniem tego ataku na bardzo korzystny, jednak zginęła kolejna dwójka ludzi i te słowa umierającego chłopaka. „Strzeż się Łowcy”, co one mogły oznaczać? Czy Łowca to był ktoś z ich grupy? Może to właśnie jego trafiliśmy w twarz? A może był nowy odłam tej całej grupy, o której nie wiedzieliśmy? Pytań było mnóstwo, odpowiedzi niewiele. Jeden problem jednak miałem już z głowy i chociaż zapłaciłem za niego dużą cenę, zapewniłem spokój.
                Dojechaliśmy do Supraśla gdy było już ciemno. Z uśmiechem na twarzy przywitałem światła oświetlające główną ulicę przed barem i sam bar. Kosztowało nas to sporo wysiłku, ale oświetlenie okolicy było na dłuższą metę dobrym pomysłem. Jak ktoś miał nas znaleźć  to i tak by to zrobił, a w ten sposób my mogliśmy widzieć wszystko.
                Wjechaliśmy na podwórze baru, po tym jak Michał otworzył nam bramę. Wysiadłem z samochodu, wciąż trzymając się za zranioną rękę. Bolała mnie, ale już dawno przestała krwawić. Mimo to chciałem dać ją do obejrzenia lekarzowi, który szczęśliwie był jednym z uczestników wycieczki. Poskładał już nie jedną osobę i pomógł tym samym utrzymać nasz obóz w aktualnym stanie. Spojrzenie Michała do środka, gdzie byłem tylko ja i Jacek musiało być wyraźne, bo nawet nie pytał o Kierowcę i drugiego pasażera.
- Udało wam się ich wybić? – zapytał.
- Załatwiliśmy piątkę i okaleczyliśmy ich szefa. Raczej się z tego nie poskładają – powiedziałem.
- Dobre i to – ucieszył się – Lepiej pokaż tę ranę doktorkowi. To raczej nic poważnego, ale lepiej dmuchać na zimne.
- Tak zrobię – zapewniłem po czym ruszyłem do wnętrza. Drzwi były otwarte, bo przed samym barem, a także na dachu mieliśmy ludzi, którzy ciągle pełnili wartę. W głównej sali siedziało teraz parę osób, które szyły ubrania, oraz grały w rzutki. Przywitałem ich skinięciem głowy i szybko ruszyłem na zaplecze. Ledwo przeszedłem przez drzwi, a spotkałem Grubego. Spojrzał na mnie ponuro.
- Już wróciliście? Co ci się stało?
- Trafili mnie. Spokojna głowa to nic poważnego. Jakieś wieści? – zapytałem.
- Niejaka Łapa  była widziana przez naszych w Grabówce. Podobno sporo tam namieszała i starła się z inną, przejeżdżającą grupą – zaraportował.
- To wszystko? – zapytałem. Wiedziałem, że moje córki są w pobliżu i wiedziałem, że póki nie usłyszę, że udało się im ją złapać to nic nie zmieni. Nie wiedzieliśmy gdzie i czy w ogóle ma obóz.
- Ta. Bez zmian – powiedział.
- Dzięki – klepnąłem go po ramieniu zdrową ręką – Pilnuj się chłopie.
- Jasna sprawa – obiecał, po czym poczłapał wolnym krokiem w stronę swojego pokoju.
                Doktor oczyścił i zabandażował mi ranę. Dał mi też jakąś maść po czym kazał odpoczywać przez parę dni. Wyjątkowo miałem taki zamiar. Po wizycie poszedłem prosto do swojego pokoju. Udało mi się zarezerwować całkiem przytulny pokój, z oknem wychodzącym na stronę, z której przyszliśmy, czyli most. Sięgnąłem po przemyconą butelkę whisky i nalewając sobie solidną ilość do szklanki, usiadłem ciężko na starym, rozpadającym się fotelu. Wystarczyło parę łyków żebym zasnął.
                Obudziły mnie krzyki. Z początku przerażony poderwałem się szukając broni z obawą, że ktoś na nas napadł, ale zdałem sobie sprawę, że krzyki były raczej odległe i dochodziły z zewnątrz. Mimo tego szybko się ubrałem, wziąłem jeszcze jednego łyka whisky i ruszyłem schodami na dół. Na jednym z korytarzy  wpadłem na Grubego, który właśnie szedł do mnie.
- Co się dzieje? – zapytałem.
- Jakaś dziewczyna lub kobieta krzyczy parę ulic dalej. Co mamy z tym zrobić?
- Musimy to sprawdzić – odpowiedziałem prawie natychmiast, przyspieszając. Chociaż nie byłem człowiekiem wierzącym w cuda, to mogła być któraś z moich córek, a nie mogłem przegapić takiej okazji. W głównym pomieszczeniu panowało poruszenie, ludzie wyglądali przez okna i szukali źródła hałasu.
- Jeżeli zaraz tam nie pójdziemy te wrzaski ściągną wszystkie trupy z okolicy – zauważył Jacek.
                Wyszliśmy na dwór. Było całkiem zimno, a księżyc wisiał wysoko na niebie. Musiał być późny wieczór. Michał, Gruby i Jacek poszli za mną. Otworzyłem furtkę i wypuściłem ich, zamykając za nami, na wypadek gdyby to była pułapka. Krzyki było słychać znacznie wyraźniej niż w budynku i dochodziły z ulicy naprzeciwko nas. Ledwo wyszliśmy na ulicę, gdy zauważyliśmy po naszej lewej parę trupów idących mostem. Wszystkie pracę oczyszczające okolicę zostały zniweczone.  Zimne powietrze nieprzyjemnie drażniło moją ranę i sprawiało, że gdy tylko prostowałem lub zginałem rękę, odczuwałem falę tępego bólu.
                Skręciliśmy w uliczkę obok, która prowadziła do sklepu, który zdążyliśmy już całkiem dokładnie przeszukać, oraz paru piętrowych budynków, które kiedyś mieściły nieduże sklepy lub biura. Dźwięk dochodził gdzieś stąd, widzieliśmy parę trupów dobijających się do niedużego kiosku stojącego obok sklepu.
- Tam – wskazał Jacek.
W środku widać było światło, a na około znajdowało się parę trupów, które usilnie starały się dostać do środka. Ruszyliśmy ostrożnie do przodu. Kiosk trzymał się jeszcze nieźle, więc nie musieliśmy się aż tak śpieszyć, żeby uratować nieznajomą kobietę. Teraz z bliska było dokładnie słychać, że prosiła o pomoc, ale była tak wystraszona, że z jej ust dobywał się bardziej bełkot niż słowa.
                Powoli ruszyliśmy od flanki, tam gdzie było nieco mniej trupów. Kolejne podchodził z pobliskich uliczek i powoli zamykały nam drogi ucieczki. Zamachnąłem się do najbliższego i wbiłem mu nóż w oko, wyjmując go w miarę gładko i nie tracąc przy tym równowagi.  Jacek tuż obok mnie powalił kolejnego trupa toporem.  Gruby podbiegł nieco bliżej i odpychając trupy rękoma, dobijał je metalową pałką. Michał trzyma się nieco bardziej z tyłu i czekał z wyciągniętą bronią, żeby w razie większych problemów osłaniać nas. Dosyć sprawnie przebiliśmy się pod sam kiosk. Trupy były coraz bliżej, ale Jacek wraz z Grubym osłaniali mnie, a Michał zaczął strzelać.
                Pociągnąłem za klamkę, ale drzwi były zamknięte od środka. Podszedłem do szyby i zapukałem. W środku rzeczywiście była jakaś dziewczyna. Przez szybę nie byłem pewien, czy to mogła być któraś z moich córek, ale gdy mnie zauważyła odsunęła się pod ścianę.
- Otwieraj do cholery! Za chwilę będzie tu ich więcej! – krzyknąłem pokazując na drzwi.  Jacek odskoczył w moją stronę, gdy próbował go złapać jeden z trupów i z całym impetem nadepnął na jego czaszkę wgniatając ją delikatnie.
Dziewczyna z kiosku była przerażona, ale zareagowała szybko. Drzwi otworzyły się, a ja pociągnąłem ja za rękę, co wywołało kolejną falę bólu w moim ramieniu, ale ciągnąc ją, zacząłem przebijać się z powrotem. Michał właśnie przeładowywał karabin, kiedy nasza czwórka zaczęła się do niego przebijać.
                Dziewczyna już nie krzyczała, ale teraz byłem pewien, że jej nie znałem. To była przypadkowa ocalała. Nie mogłem jej jednak teraz tak zostawić, kiedy zaryzykowaliśmy tak dużo. Gruby wyjął pistolet, to samo zrobił Jacek. Zombie było po prostu za dużo, żeby ryzykować walką na blisko. Przejście do uliczki, z której przyszliśmy, nie było łatwe, ale na całe szczęście ona była czysta. Udało nam się uciec. Ruszyliśmy pędem wzdłuż ulicy prosto do naszego obozu. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę furtki i ją zamknęliśmy, odetchnęliśmy z ulgą.  Oddychaliśmy ciężko, płuca wydawały się być suche, a serce waliło jak oszalałe. Gruby, który przebiegł najwięcej sapał jak parowóz, ale nikt z nas nie został ugryziony, a dziewczyna, którą uratowaliśmy też była dobrym stanie. Patrzyła na nas wystraszona.

- Dziękuje – powiedziała po cichu.

środa, 16 marca 2016

Rozdział 2: Decyzje

Rozdział 2 tomu 4.5. W tym rozdziale dowiecie się jak cała grupa z autobusu, na czele której stoi ojciec Łapy - Wiktor znalazła się w Supraślu i jakie przygody i wątpliwości spotkały ich po drodze. Rozdział nieco krótki, ale kolejne zdecydowanie to nadrobią.

Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------

Rozdział 2: Decyzje

               
                Na zielonej tabliczce był biały napis. Spojrzałem się do tyłu i zauważyłem, że Michał zdecydowanie kiwa głową. Autobus stał kawałek za nim. Póki co w nie zmienionym stanie. Poza moimi córkami oraz dwoma pasażerami nikt od wczoraj nie odłączył się od naszej grupy. Nie byłem pewny, czy ludzie po prostu bali się ruszyć w swoją stronę, czy czekali na dogodną do tego sytuację.
- Supraśl? – zapytał mężczyzna wychodząc z autobusu. Już od początku wydawał się być sceptycznie nastawiony do moich pomysłów. Wczoraj gdy tylko dowiedziałem się o zniknięciu córek kazałem przeszukać okolicę i to właśnie on zanegował mój pomysł mówiąc, że nie ma sensu tracić czasu na poszukiwania teraz, gdy one są już na pewno daleko stąd. W sumie miał trochę racji, ale nie mówiło się tak do rodziców, którzy martwili się o swoje dzieci. To było po prostu niezdrowe.
- Musimy się gdzieś zatrzymać. Widziałeś, co stało się z ugryzioną osobą – wspomniałem Karola. Po ugryzieniu próbowaliśmy mu pomóc, ale nic nie dało się zrobić. Po godzinie gorączka była bardzo wysoka, a on sam nie kontaktował już ze światem. Musieliśmy go dobić.
- Wątpię, żeby ludzie się teraz poddali i chcieli tutaj przeczekać tą epidemię – powiedział podchodząc bliżej.
- Według ciebie powinniśmy szukać wojska? – zapytałem.
- To jedna z opcji. Prawdopodobnie najlepsza – stwierdził.
- Poproś tutaj resztę ludzi. Stoimy na widoku, więc będziemy się streszczać – zadecydowałem.
- Jasne – odpowiedział wracając do autobusu.
- A i jeszcze jedno. Jak się nazywasz? – zapytałem.
- Jacek – odpowiedział krótko, po czym wszedł do środka.
                Po chwili stała przede mną cała grupa ludzi. Przy okazji rozglądałem się po okolicy, ale nie widziałem nikogo. Miasto wydawało się być opustoszałe. Supraśl wcale nie był dużym miastem, więc pewnie gdy dotarły do nich wieści z Białegostoku, to ludzie pouciekali, chcąc ratować swoje życie. Teraz ja miałem grupkę, którą musiałem przekonać do zostanie tutaj. Wiedziałem, że jak ktokolwiek z nich się oddzieli będę odpowiedzialny za jego śmierć.
- Jak widzicie dojechaliśmy do Supraśla. Na świecie panuje teraz nieciekawa sytuacja, więc uważam, że to najlepsze miejsce, w którym możemy się zaszyć. Pozbieramy zapasy z okolicznych sklepów, jeżeli właściciele wrócą najwyżej oddamy im pieniądze. Zajmiemy jeden czy dwa budynki i zabezpieczymy je, tak, żebyśmy mogli tutaj na trochę zostać. Jeżeli gdzieś ma być bezpiecznie to właśnie w tak małym miasteczku sporą, współpracującą grupą – przemówiłem. Musiało to wyglądać majestatycznie. Stałem niedaleko mostu, który prowadził do głównej części miasta, a wokół latały liście, rzucane przez wiatr. Wszystkie wydawały się zgniłe, zupełnie jak to, co działo się z ludźmi.
                Grupa zareagowała różnie. Jedni zaczęli kiwać głowami, na znak, że podoba się im ten pomysł, inni spoglądali na swoich bliskich, albo osoby, z którymi zdążyli się już zaprzyjaźnić, a Jacek i parę innych osób, wygłaszało głośny sprzeciw:
- To fatalny pomysł. Jeżeli tu zostaniemy wojsko w życiu nas nie znajdzie. Poza tym pewnie wiele osób będzie uciekało z miasta i może na nas wpaść. A ludzie gdy się boją robią głupie rzeczy. Chcesz ryzykować naszym życiem? – zapytał.
- Chcę was uratować – krzyknąłem – Wojsko może być już daleko stąd. Na pewno nie przysłali dużo jednostek do takiego miasta jak Białystok. Jeżeli sami sobie nie poradzimy, to zginiemy. Tutaj będziemy bezpieczni. Oddzielenie się od grupy jest zbyt niebezpieczne. Zaufajcie mi. Przynajmniej dajcie temu szansę – próbowałem ich przekonać.
- Z każdą chwilą szansa na spotkanie wojska maleje. Słyszałem, że… - zaczął Jacek.
- Ja z kolei słyszałem w audycji, że ci którzy się nie załapali powinni zabunkrować się gdzieś z zapasami i czekać na zakończenie tego całego piekła – odgryzłem się zanim zdążył coś powiedzieć – Przecież możemy tutaj znaleźć radio i przy odrobinie majsterkowania sprawić, żeby wyłapało transmisję, gdyby rząd taką puścił. Nie mamy szans pozostawać w ciągłym ruchu. Jedna chwila nieuwagi i ktoś może zostać ugryziony, a to równa się z końcem. Tutaj możemy zabezpieczyć ulicę, Na pewno znajdzie się ktoś, kto umie walczyć. Ja na pewno będę bronił reszty – obiecałem.
- Kto właściwie przekazał dowództwo tobie? – zapytał ktoś w tłumie.
- To dobre pytanie! – pojawiały się kolejne głosy.
                Westchnąłem cicho.
- Wcale nie jestem dowódcą. Chcę po prostu zapewnić sobie i wam bezpieczeństwo. Wiem, że niektórzy mogą mieć inne spojrzenie na świat i nie mogą pojąć, że coś się właśnie skończyło, ale trzeba teraz przetrwać. A będzie to o wiele trudniejsze w pojedynkę – wytłumaczyłem spokojnie, chociaż w głębi zaczęły mi puszczać nerwy.
- Co nie zmienia faktu, że nikt nie powinien się rządzić – wtrącił Jacek.
- Ja się nie rządzę! Do cholery jasnej, nie każę wam tu być! Nie zatrzymam was jak sobie pójdziecie. Po prostu liczę na to, że nie zostanę tut sam, bo w grupie siła. Oddzieliliśmy się wczoraj na dwadzieścia metrów, a już straciliśmy jednego człowieka. Są wśród nas dzieci i kobiety. Musimy trzymać się razem, a jeżeli wasza wizja świata się sprawdzi, to za parę dni znajdzie nas wojsko! – to mówiłem już nieco bardziej zdenerwowany. Zadziałało jednak nieco lepiej. Zanim Jacek zdążył się znowu odezwać, chciałem dobić rywala – Nie mamy zapasów, chociaż spędźmy tutaj jedną noc, naładujmy się  i jak się nam nie spodoba to najwyżej jutro wyjedziemy stąd.
                Te słowa przekonały nawet Jacka. Już wczoraj mieliśmy problemy z jedzeniem, bo nikt nie przewidywał, że na wycieczkę może być potrzebne coś więcej niż parę kanapek. Zadowolony ruszyłem za resztą w stronę autobusu i zająłem swoje miejsce, na prawo od Kierowcy.
- Dobra gadka – pogratulował mi.
- Chcę przeżyć, tak samo jak ci ludzie. Oni po prostu jeszcze tego nie wiedzą – odpowiedziałem.
Autobus ruszył i przejechaliśmy przez most. Znaleźliśmy się na długiej ulicy, która rozgałęziała się w paru miejscach, ale miała właściwie wszystko czego potrzebowaliśmy. Już z daleka zauważyłem ładnie ogrodzony płotem budynek baru, sklep z bronią naprzeciwko, oraz sklep spożywczy tuż obok. Na ulicy jednak był ruch. Szybko zdałem sobie sprawę, że to muszą być kolejni zarażeni. Co prawda oprócz Karola i mężczyzny z auta nie widziałem jeszcze żadnego, ale to musiały być trupy.
                Gdy tylko wjechaliśmy na ulicę zostaliśmy praktycznie otoczeni. Chociaż nie chodziło ich zbyt dużo, to jednak nie mogliśmy się zatrzymywać, póki nie dojedziemy gdzieś. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie moglibyśmy zatrzymać auto i po chwili wstałem, żeby wszyscy pasażerowie, którzy już teraz byli wystraszeni, wiedzieli co się dzieje.
- Nie martwcie się. Podjedziemy do tamtego ogrodzenia, zaparkujemy i szybko zamkniemy za sobą bramę. Następnie ruszymy do budynku i go oczyścimy. Gdy sytuacja się uspokoi pomyślimy co dalej. Potrzebuje jednak teraz przynajmniej czterech ludzi do pomocy. Na front – wiedziałem, że moje słowa nie brzmiały zachęcająco, ale cztery dłonie dosyć szybko i pewnie wystrzeliły w powietrze. Michał, Jacek, oraz dwóch chłopaków w wieku mojej starszej córki. Z racji iż sam miałem pistolet im rozdałem to co mogłem. Jeden dostał mój nóż, drugi młotek do rozbijania szyb w autobusie, a pozostali dwaj metalowe rury, które służyły do otwierania dachów pojazdu.
                Autobus powoli podjeżdżał do celu. Zobaczyłem drzwi, które dzieliły nas od bezpieczeństwa. Miałem szczerą nadzieję, że były otwarte. Kierowca prowadził teraz bardzo powoli i ostrożnie. Trupy wręcz przytulały się do ścian pojazdu, próbując dostać się do środka. Jeden, który był przy moim oknie musiał paść niedawno. Nie był jeszcze brudny, ani specjalnie obdrapany. Zdradzały go jednak zimne, zgaszone oczy. Przeszły mnie ciarki. Wjechaliśmy powoli w podwórze baru. Było tutaj czysto. Umarlaki nadchodziły jednak z ulicy. Wraz z pozostałą czwórką stałem przy drzwiach i czekałem. Za chwilę musieliśmy szybko  wybiec i odciąć niebezpieczeństwo za nami.
                Kierowca ledwo zdążył otworzyć drzwi, kiedy ruszyliśmy jak z bicza. Najszybciej do bramy dotarł Jacek. Chociaż znalazł się tam dosłownie po paru sekundach, pierwszy przeciwnik już tam był. Widziałem  moment zawahania podczas zamachiwania się młotkiem. Gdyby zwlekał sekundę dłużej prawdopodobnie trup by się na niego rzucił. On jednak ocknął się w idealnym momencie. Młot powędrował od góry i z trzaskiem słyszalnym z paru metrów wbił się w czaszkę. Jacek musiał mieć sporą siłę, bo młotki z autobusów nie były tak solidne jak te normalne, poza tym składały się tylko z jednego, okrągłego kawałka metalu. Trup znieruchomiał, ale to zatrzymało na chwilę Jacka, który siłował się teraz z wyjęciem broni z głowy przeciwnika. Jeden z chłopaków podbiegł i wziął jedno z skrzydeł bramy, kiedy drugi złapał drugie. Kolejny umarlak podszedł blisko, ale tym razem zareagował Michał. Jego ruchy były zdecydowanie mniej pewne, ale odepchnął trupa. Brama zadzwoniła gdy oba skrzydła uderzyły o siebie, a zasuwa wydała z siebie metaliczny dźwięk podczas zasuwania. To kupiło nam sporo czasu.
                Ludzie z autobusu zaczęli wychodzić. Upewniłem się, że brama jest w porządku i pobiegłem do drzwi razem z resztą. Pociągnąłem za klamkę. Drzwi postawiły opór i już chciałem je przeklinać, kiedy je popchnąłem. Otworzyły się. Odetchnąłem z ulgą i wpuściłem najpierw uzbrojonych ludzi. Zaraz za nimi weszła reszta. Ja zostałem jako ostatni, patrząc ostatni raz na trupy na ulicy. Przy bramie było ich teraz około dziesięciu, ale konstrukcja wytrzymywała taki napór bez problemu. Spojrzałem w górę. Słońce świeciło przyjemnie. Zauważyłem, że tuż nad wejściem wisi duży szyld w kształcie kufla. Uśmiechnąłem się po czym zamknąłem drzwi.
                W środku było dosyć ciemno, więc pierwsze co zrobiliśmy to odsłoniliśmy zasłony. W głównym pomieszczeniu było czysto. Pokój był średniej wielkości, ale już w głowie rysował mi się plan poodsuwania niepotrzebnych stołów i krzeseł pod ściany, żeby zrobić więcej miejsca na środku. Za barem stąd widziałem rzędy butelek. Alkohol na pewno był przydatny, szczególnie w takich czasach.
- Słuchajcie – powiedziałem pół-szeptem w obawie, że w budynku może ktoś jeszcze być – Zostańcie tutaj, a my pójdzie zbadać wnętrze budynku. Zapewne na tyłach jest wyjście ewakuacyjne, które musimy zabezpieczyć. Czy dacie radę zastawić drzwi? Przynajmniej, póki nie upewnimy się, że w środku jest bezpiecznie? Zajmie się tym ktoś? – zapytałem patrząc po ludziach.
- Ja mogę – zaproponowała kobieta, nieco młodsza ode mnie.
- Dziękuje. Chodźmy – odezwałem się do pozostałej czwórki.
                Podeszliśmy ostrożnie do drzwi, które wyglądały na takie, prowadzące na zaplecze lub do kuchni. W tym wypadku było to, to pierwsze. W korytarzu panował prawie całkowity mrok. Jedyne światło dochodziło z niedużego okienka, umiejscowionego tuż pod sufitem. Nasłuchiwaliśmy przez chwilę w całkowitej ciszy, próbując zlokalizować ewentualny hałas.
- Po przeciwnej stronie ulicy mamy sklep z bronią. Powinniśmy tam coś znaleźć. Tutaj mamy alkohol, a tuż obok spożywczak. Przetrwamy to – planowałem na głos.
- Mamy za dużo szczęścia – stwierdził Jacek.
- Nie mogę się doczekać, aż usiądę z piwkiem i czymś ciepłym do żarcia – dodał, rozmarzonym głosem, Michał.
                Zaplecze składało się z serii pomieszczeń i schodów prowadzących na górę. Pomieszczenia były przeważnie składowiskami butelek lub typowych barowych przekąsek. Znaleźliśmy też nieco zapuszczoną kuchnię oraz parę pomieszczeń biurowych. Budynek podobał mi się coraz bardziej, było w nim dużo miejsca i sporo zapasów.  Znaleźliśmy też tylne wyjście, które na całe szczęście było już zamknięte, na solidną metalową sztachetę. Dolny poziom był czysty, więc ruszyliśmy zwiedzić piętro i zobaczyć, co tam możemy znaleźć. W głównej części baru zaczęło się już przemeblowanie, słychać było dźwięki przesuwanych stołów i krzeseł. Góra była znacznie mniejsza i składa się z jednego długiego korytarza, z jednym zakrętem oraz odnogami do paru pokojów. Zastanawiałem się co to był za bar, skoro miał tak rozbudowane tyły, ale w końcu przyszło mi do głowy, że prawdopodobnie na piętrze mogłyby być po prostu jakieś inne biura, niezwiązane z działalnością lokalu.
                Tutaj już od wejścia zrobiło się groźnie, ponieważ usłyszeliśmy jakiś dźwięk, dochodzący z jednego z pokojów, a na drewnianej podłodze zauważyliśmy plamę zaschniętej krwi. Po prawej od schodów znajdowała się drabina prowadząca na dach. Całe szczęście było tutaj nieco większe okno, które wpuszczało do ciasnawego korytarza trochę światła.  Próbowaliśmy poruszać się jak najbardziej cicho, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli był tu jakiś człowiek to na pewno już wiedział, że ktoś jest w budynku. Trup nie zmieniał naszej sytuacji i dalej sprawiał, że penetrowanie tego piętra nie było zbyt bezpieczne.
                Dosyć szybko zdaliśmy sobie sprawę, że dźwięk musi dochodzić z jednego z pokojów po lewej. Stąd brzmiało niczym konający, ciężko ranny słoń, ale podejrzewałem, że jest raczej mała szansa, żeby znaleźć takie zwierzę na piętrze budynku w małym miasteczku przy Białymstoku. Oparłem się plecami do ściany, niczym w policyjnych filmach i wyszeptałem do reszty:
- Otwórzcie drzwi na mój znak, wejdę tam pierwszy i jeżeli coś nas zaatakuje to od razu strzelę, ok?
- Uważaj na siebie – poprosił jeden z chłopców, których wzięliśmy ze sobą.
Odetchnąłem cicho. Odbezpieczyłem pistolet i parę razy pokręciłem dłonią, żeby rozluźnić nieco spięte mięsnie.
                Dałem znak. Drzwi otworzyły się z impetem, po solidnym kopnięciu Jacka, a ja wparowałem ułamek sekundy później do niedużego pomieszczenia. Było tutaj dosyć ciemno, bo okno było zasłonięte firanką karmazynowego koloru, ale natychmiastowo zdałem sobie sprawę, że stoi przede mną duże drewniane biurko, a za nim siedzi jakaś postać. Gdy mnie zobaczyła natychmiast się poderwała, jakby chciała zaatakować, ale zatrzymała się dosłownie krok przede mną. Wymierzyłem w nią pistoletem i krzyknąłem.
- Odsuń się! Podnieś ręce i podejdź do ściany! JUŻ! – ostatnie słowa wypowiedziałem takim tonem, że przypominały huk wystrzału armaty. Człowiek, który przede mną stał cofnął się, ale podniósł tylko jedną rękę – Chłopcy wpuśćcie tu nieco światła – poprosiłem, a jeden z nich ostrożnie, idąc jak najdalej od spotkanego człowieka  ile mógł, pociągnął nerwowo za zasłonę i oświetlił pomieszczenie. To co zobaczyłem wyglądało potwornie.
                Do kaloryfera był przykuty człowiek. Nie wyglądał na zarażonego, ale zdecydowanie rzucał się w oczy. Musiał ważyć znacznie więcej niż sto kilogramów, był w miarę wysoki, całkowicie łysy, a jego oczy miał tak dziwny, kolor, że sam nie mogłem go dokładnie określić. Było to coś pomiędzy różem a fioletem.  Jego twarz była dodatkowo zapuchnięta, a pod oczami jego twarz przybierała kolor zgniłego fioletu. Spoglądał po nas, gdy w końcu zatrzymał wzrok na mnie.
- Kim jesteś? – zapytałem, nie opuszczając broni.
- Nie ważne. Gdzie jest ten wąsaty cwaniak? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Miał wyjątkowo wysoki głos jak na kogoś tej postury.
- O kogo ci chodzi? Wiesz jak długo tu jesteś? – zaciekawił mnie. Zresztą podejrzewałem, że to samo wrażenie mieli moi towarzysze.
- Przynajmniej parę godzin. Ten dupek przykuł mnie kajdankami do kaloryfera jak zwierzę. Jeszcze go dorwę – wyszeptał złowieszczo – Uwolnicie mnie?
- To zależy od tego, czy będziesz współpracował – powiedziałem.
- Kim wy do cholery jesteście. Nie jesteście ani jego pomocnikami, ani mieszkańcami tego miasta. W życiu was nie widziałem i… i te bronie. Jesteście jakimiś bandziorami? – jego małe oczka świdrowały pomieszczenie, jakby chciał wyskoczyć z jego twarzy i uciec.
- To ty jesteś w kajdankach – zauważył Michał. Grubas spojrzał na niego i po chwili wybuchł śmiechem.
- On coś brał – stwierdził Jacek przekazując mi tą wiadomość szeptem.
- Nie wiesz, co dzieje się na zewnątrz, prawda? – zapytałem.
- A co jakaś parada? – zapytał zaciekawiony.
- Świat się skończył. Wybuchła epidemia i po ulicach chodzą trupy – stwierdziłem jak najbardziej poważnym głosem, jaki tylko mogłem z siebie wydać. Gruby spojrzał na mnie, ale nie widziałem na jego twarzy radości, albo nadchodzącego wybuchu śmiechu. Było to raczej przerażenie.
- Tak jak w tych filmach o zombie? – zapytał.
- Dokładnie tak. Zajęliśmy ten budynek. Razem z grupą parunastu osób. Jesteśmy z Białegostoku. Znasz to miasto? – wiedziałem, że ktoś, kto znał dokładną lokalizację wszystkich budynków mógł być przydatny.
- Mój boże. Nie mogę w to uwierzyć – mówił dalej, jakby kompletnie nie usłyszał moich słów.
- Czy znasz to miejsce? Przecież cię nie zabijemy, jeżeli odpowiesz nie. Po prostu pójdziesz w swoją stronę, nie mogę narażać moich ludzi na obecność człowieka, który nawet się nie przyda. Ale jeżeli znasz się okolicach to możesz zostać i się przydać – próbowałem mu to wytłumaczyć. Mówiłem dosyć głośno, bo wiedziałem, że ma problemy z zdecydowaniem czy to jego sen, czy rzeczywistość.
                Spojrzał na mnie. Pociągnął nosem i przetarł go wolną ręką.
- Znam to miejsce. Jak to będzie możliwe to chcę zostać – stwierdził twardo. Uśmiechnąłem się.
- Byłeś sam w tym budynku? – zapytałem podchodząc do jego kajdanek i pożyczając młotek od Jacka, aby je rozbić. Wciąż byłem czujny, ale pomimo postury i groźnego wyglądu nie wydawało mi się żeby Grubas sprawiał mi większe problemy. Był wystraszony i osłabiony. Jeżeli nawet zdążyłby mnie uderzyć to szybko zostałby zabity, a pokazanie, że ufam mu na tyle, żeby podejść do niego na blisko, musiało go tylko upewnić w tym, że nie mam złych zamiarów.
- Było tu dużo osób. Ale to jedyny biuro, gdzie można przetrzymać kogoś wbrew jego woli – powiedział.
- Co masz na myśli? – wtrącił Michał.
- Chcieli mnie zamknąć za posiadanie prochów. Lubię sobie strzelić w nos w ciężki dzień – odpowiedział -  Wiem, ćpuni są niebezpieczni. Ale z tego co mówicie nie mam teraz nawet skąd brać, więc spokojnie – zapewnił.
- Cieszę się, że jesteś szczery – powiedziałem. Zamachnąłem się młotem i zacząłem uderzać w zamek tuż przy grubej ręce. Kajdanki nie były najwyższej jakości i po paru uderzeniach coś strzyknęło i uwolniłem więźnia. Odsunąłem się o krok, ale on nawet nie próbował mnie zaatakować. Rozmasował obtarty nadgarstek i podziękował kiwnięciem głowy.
- Chodźmy na dół, przedstawimy cię reszcie – zaproponował Michał.
                Wciąż ostrożnie, zeszliśmy na dół i powróciliśmy do głównego pomieszczenia. Ludzie od razu skupili swój wzrok na Grubym. Musiałem jak najszybciej uspokoić sytuację.
- To jest nasz przewodnik po mieście. Jeżeli postanowimy tutaj zostać ten człowiek pomoże nam znaleźć potrzebne zapasy, a w zamian dołączy do nas. Dzięki jego pomocy powinniśmy szybko zebrać potrzebne rzeczy i w razie potrzeby wyruszyć dalej. A teraz zabezpieczmy budynek. Spędzimy tu najbliższe dni! – powiedziałem, po czym ruszyłem do grupy ustawiającej stoły i krzesła.

piątek, 11 marca 2016

Rozdział 1: Zły dzień

No i mamy wielki powrót. Co prawda nie jest to kontynuacja przygód Bobra, ale coś równie ważnego dla historii. Poznacie teraz dokładniej ojca Łapy, faceta po czterdziestce o imieniu Wiktor. Dowiecie się jak trafił do Supraśla, jak został dowódca tamtejszej ludności, co przeskrobał, że córki go nienawidzą i wiele więcej. W tym rozdziale zobaczycie sam początek Apokalipsy. W tym samym czasie Bobru odbija znajomych ze szkoły, a następnie szuka transportu do Królowego Mostu. Zapraszam do czytania :)

---------------------------------------------

Rozdział 1: Zły dzień


                Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu prawie natychmiast. Była siódma rano. Kolejny podły dzień właśnie się rozpoczynał. Chociaż słońce na niebie zapowiadało całkiem przyjemną pogodę, to nie widziałem w tym żadnych plusów. Byłem facetem po czterdziestce, któremu wiele rzeczy w życiu nie wyszło. Zaczynając od nędznej pracy przewodnika po mieście Białystok, kończąc na zmarłej parę lat temu żonie i dwójce córek, które nienawidziły mnie od jakiegoś czasu. Właściwie geneza tej nienawiści była mi bliżej nie znana. Wydawało mi się, że zapewniałem im wszystko, co mogłem, ale one wciąż z dnia na dzień wydawały się ode mnie oddalać.
                Wstałem i pierwsze co zrobiłem to podszedłem do pokoju córek, żeby je obudzić do szkoły. Starsza miała prawie dziewiętnaście lat, a młodsza skończyła parę tygodni temu piętnaście. Były zupełnie różnymi osobami. Starsza była zadziorna, chamska, wszędzie musiała być pierwsza i najlepsza i w żadnym wypadku nie bała się niczego. Swoją agresję, zarówno psychiczna jak i fizyczną często wyładowywała na mnie. Nigdy nie uderzyłem moich córek, ale zdarzało mi się tracić panowanie i wymierzać naprawdę surowe kary. Młodsza nie sprawiała za to żadnych kłopotów. Wydawało mi się, że była kompletnym przeciwieństwem swojej siostry – cicha, zamknięta w sobie, czasami miałem wrażenie jakby nie zdążyła jeszcze dojrzeć, bo nieraz widywałem jak oglądała bajki, na naszym starym telewizorze, albo bawiła się lalkami. Nie odzywała się praktycznie do nikogo z wyjątkiem Łapy. Przynajmniej to mi się udało, uśmiechnąłem się do siebie w myślach.
                Gdy zobaczyłem, że obie zaczęły ścielić łóżka, poszedłem do łazienki. Przetarłem brudne lustro i spojrzałem na swoją twarz,  nędznie oświetloną energooszczędną żarówką. Nie byłem żadnym przystojniakiem, ale nie uważałem się też za kogoś brzydkiego. Miałem raczej pospolitą twarz, krótkie włosy i niewielki zarost. Postanowiłem zająć się tym ostatnim i wyjąłem golarkę, która kupiłem na aukcji Internetowej parę miesięcy temu, po czym ogoliłem się dokładnie. Ludzie jakoś niespecjalnie lubili przewodników, których twarz przypominała owłosionego goryla.
                Spojrzałem na zegarek i zauważyłem, że jest już kwadrans po siódmej. Opuściłem łazienkę zwalniając ją Monice i zajrzałem do pokoju, żeby sprawdzić, co z drugą córką. Siedziała na łóżku, w krótkich spodenkach do spania i długiej koszulce z dziwnym nadrukiem. Oba elementy stroju były czarne.
- Co jest z tobą dziewczyno? Zaraz się spóźnisz na autobus – powiedziałem.
- Nie panikuj tak, wiem co robię – odgryzła się tonem, którego nienawidziłem, a do którego byłem już dobrze przyzwyczajony.
Podszedłem do niej bliżej.
- Nie zdałaś już raz w klasie maturalnej, nie możesz sobie zostawać teraz w domu – powiedziałem stanowczym tonem, co ona kompletnie zignorowała – Do ciebie mówię! – położyłem jej rękę na ramieniu, żeby nią potrząsnąć, a ta zerwała się niczym spłoszony kot i krzyknęła.
- Nie dotykaj mnie, bo połamię ci te paluchy – syknęła. Normalnego ojca, normalnej córki pewnie to by załamało, albo doprowadziło do białej gorączki, ale ja byłem już przyzwyczajony.
- Nie wygłupiaj się. Idź do tej cholernej szkoły – powiedziałem kończąc dyskusję i wychodząc z pokoju. Musiałem się pospieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy. Ubrałem się prędko w koszulę oraz wygodne spodnie, a na to nałożyłem sztruksową marynarkę. Zgarnąłem ze stołu klucze, portfel oraz dokumenty i wyszedłem rzucając nieśmiałe „cześć” do córek.
                Opuściłem blok, w którym mieszkaliśmy i skierowałem swoje kroki w stronę przystanku autobusowego. Ranki zawsze były spokojne w tej okolicy. Mieszkaliśmy na dosyć małym osiedlu, na obrzeżach miasta. Do pracy dojeżdżałem najczęściej komunikacją miejską, ale czasami wolałem się przespacerować. Dzisiaj wybrałem pierwszą opcję i gdy tylko dotarłem na miejsce spojrzałem na zegarek i na rozkład jazdy. Do najbliższego autobusu musiałem poczekać pięć minut. Usiadłem wygodnie na ławce i starając się nie myśląc o niczym rozejrzałem się po okolicy. Przystanek był jedynym zabudowaniem po tej stronie ulicy. Za moimi plecami był park, a przede mną cała masa sklepików, barów i innych, podobnych budynków.
                Miasto powoli budziło się do życia. Według e-maila, który dostałem wczorajszego wieczora, miałem stawić się o godzinie ósmej do biura, gdzie miała podjechać po mnie wycieczka turystów z Krakowa. Gdy zobaczyłem z daleka nadjeżdżający autobus w oczy rzuciła mi się karetka na sygnale, która bez problemu go wyprzedziła i zaczęła się powoli zatrzymywać po drugiej stronie ulicy, wjeżdżając w uliczkę boczną. Zdziwiony zacząłem się rozglądać, żeby dojrzeć czy gdzieś coś się stało i wtedy zauważyłem, że niedaleko sklepu mięsnego stała grupka przechodniów pochylona nad dwoma ludźmi. Jeden wydawał się być nieprzytomny, a drugi trzymał się za zakrwawioną rękę. Pewnie żule się pocięły o resztę gorzały, pomyślałem i wsiadłem bez zastanowienia do prawie pustego autobusu.
                Oprócz mnie oraz kierowcy, siedziały tylko trzy kobiety, nieco starsze ode mnie. Usiadłem kawałek za nimi i odetchnąłem. Autobus szybko ruszył przed siebie, nawet nie zdążyłem się obejrzeć i spojrzeć, co dzieje się pod tym sklepem. Nie szukałem raczej sensacji, bo w swoim życiu doświadczyłem już wystarczającej ilości tragedii, ale warto jednak było wiedzieć, co dzieje się w pobliżu.  Z rozmyślań wybił mnie głos kobiet rozmawiających o czymś z ekscytacją.
- Mówię cię prawdę! Ugryzł go po prostu! Jak zwierzę! – obruszyła się jedna z nich, z dużym, okrągłym kapeluszem na głowie.
- Ćśśś! – syknęła siedząca obok niej koleżanka z buraczkowymi włosami.
- Ja nadal nie wierzę w takie bajki. Za dużo telewizji się naoglądałaś – stwierdziła trzecia kobieta, z wyjątkowo skrzeczącym głosem.
- W przeciwieństwie o twoich historiach o mężu, który ratuje ludzi to jest prawda – odgryzła się kapelusznica. Widok twarzy Skrzeczącej był tak komiczny, że aż wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Kłótnia była na tyle komiczna, że z chęcią bym posłuchał jej dłużej, ale autobus właśnie dojechał do mojego przystanku i musiałem wysiadać.
                Zdziwiło mnie, że w centrum ruch był ogromny, pomimo tak wczesnej godziny. Rozumiałem ludzi, którzy szli do pracy, ale teraz było ich znacznie więcej. Zobaczyłem radiowozy policyjne stojące niedaleko skrzyżowania. Z jednej strony kontrolowali ruch, ale z drugiej rozglądali się niespokojnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy dzisiejsza data oznaczała coś szczególnego, ale nie mogłem sobie przypomnieć. Może wizyta jakiegoś ważnego gościa, zastanawiałem się idąc w stronę biura.
                Wszedłem do środka i udałem się natychmiastowo do gabinetu szefa. Ku mojemu zaskoczeniu nie było go w środku, za to stało tam dwóch moich znajomych – Rafał oraz Krzysiek. Przywitałem się z nimi i włączyłem do rozmowy.
- Gdzie jest szef? – zapytałem.
- Podobno dzisiaj go nie będzie, ale zostawił nam grupy turystów, które dzisiaj będziemy musieli oprowadzić – powiedział starszy ode mnie Rafał, machając kartkami.
- Wiadomo dlaczego?
- Przez tę zarazę, mówię wam – włączył się Krzysiek, który był zdecydowanie młodszy od nas i zawsze miał opinię łatwowiernego i wierzącego w dziwne rzeczy. Tym razem jednak zaciekawił mnie.
- Zarazę? – upewniłem się, że dobrze usłyszałem.
- Tak… Podobno zaczęła panować dziwna zaraz przez którą umarli wstają z grobów, wiesz jak w tych serialach z… - rozpędził się, ale przerwał mu stanowczo Rafał.
- Krzychu skończ pierdolić. Po prostu szef nie mógł przyjść i tyle. Dzień jest trochę szalony, ale nie ma mowy o żadnych szkieletach czy innych potworach. Naprawdę zastanów się co ględzisz młody – skarcił go.
- Mniejsza. Gdzie jest moja lista? – zapytałem.
- Tutaj. Autokary zaraz podjadą, więc lepiej się zbierajmy – zaproponował Rafał podając mi listę.
                Podziękowałem mu i już miałem opuszczać biuro, kiedy nagle usłyszeliśmy pukanie i przez drzwi przeszedł policjant. Nie był to byle jaki policjant, ponieważ był to mój dobry znajomy Patryk. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, co on tu robił, ale po chwili, gdy zobaczyłem dwie postacie wchodzące za nim zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- Gdzie były? – zapytałem, witając się z nim.
- Na garażach niedaleko. Podejrzewam, że powinny być w szkole – powiedział. Monika patrzyła w swoje stopy, ewidentnie zawstydzona i wystraszona, ale moja starsza córka spoglądała wprost w moje oczy.  Widziałem w nich pogardę i złość.
- Dziękuje. Zajmę się nimi – powiedziałem. Patryk odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy w głowie pojawiło mi się inne, ważne pytanie – Hej, wiesz może co się dzieje w mieście? Wszędzie pełno policji, jeżdżą karetki, trochę to wszystko niepokojące.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą – zapewnił mnie i uśmiechnął się szczerze – Trzym się.
                Po chwili zostałem w biurze sam z córkami.
- Rozumiem, że jeżeli nie odwiozę was sam do szkoły, to nie pójdziecie w ogóle? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że nie uzyskam odpowiedzi – Dobra, nie mam zresztą na to czasu. Chodźcie ze mną, ale zachowujcie się przy turystach – postanowiłem. W sumie sam nie wiedziałem, co mną kierowało, dlaczego po prostu nie wysłałem ich do szkoły. Był to jakiś instynkt. Czułem ogólnie panujący niepokój, nawet pomimo słów Patryka.
                Wyszliśmy z mojego biura i podeszliśmy na parking obok, gdzie już czekał na nas autokar. Wsiedliśmy do środka i przywitała nas grupka turystów z południa Polski, przede wszystkim Krakowa. Posadziłem córki przy moim siedzeniu, a sam dałem znak kierowcy żeby startował i wziąłem do ręki megafon. Przełączyłem przycisk i powiedziałem spokojnym głosem:
- Witamy w autokarze firmy Zabytkowe Miasta! Nazywam się Wiktor i pokaże państwu najpiękniejsze i najbardziej niesamowite zabytki i miejsca w naszym mieście i okolicach. Proszę się wygodnie rozsiąść ponieważ zaczniemy wycieczkę od pięknego monasteru w Supraślu!
Grupa niczym szczególnym się nie wyróżniała. Było sporo mężczyzn, ale też trochę kobiet. Naliczyłem zaledwie dwójkę dzieci i nikogo, kto wyglądał na wyraźnie starszego ode mnie. Autokar ruszył, a ja spojrzałem na zegarek. Wybiła godzina ósma dwadzieścia.
                W mieście był naprawdę duży ruch, przez co, zanim dojechaliśmy do obrzeży dochodziła już dziewiąta. Działy się naprawdę dziwne rzeczy, które sprawiały, że najchętniej wróciłbym do domu wraz z moimi córkami. Te siedziały najwyraźniej zaciekawione tym co się dzieje. W radiu podawano dziwne komunikaty, o chorobie, która rozprzestrzenia się po kraju. Nawet białostockie stacje nie odbierały dobrze sygnału, więc nie mogłem usłyszeć całego przekazu, ale coś było nie tak. Uspokajałem wycieczkę przez megafon, przy okazji opowiadając o historii powstania miasta. Znałem ją na pamięć. Co i rusz mijaliśmy wozy policyjne, a raz nawet wojskowy. Wszystkie jechały do centrum. Zastanawiałem się, co się mogło dziać. Poza tymi dziwnymi audycjami radiowymi oraz służbami porządku i zmożonym ruchem nie widać było żadnej różnicy. Za oknami chodzili ludzie, słońce świeciło, a niebo było czyste.
                Dopiero na wyjeździe z miasta poczułem strach. Stały tam trzy radiowozy, które zatrzymywały każdy wyjeżdżający samochód. Stworzył się korek, ale całe szczęście byliśmy już blisko „bramki kontrolnej”. Dojechaliśmy na miejsce i kierowca zatrzymał autobus. Wysiadłem i podszedłem do policjantów. Widziałem na ich twarzy prawdziwy strach, ukryty pod fałszywymi twarzami, udającymi, że wszystko jest pod kontrolą. Lubiłem w wolnych chwilach oglądać telewizję i nie raz widziałem takie fałszywe maski, które ludzie ubierali żeby zwyczajnie schować emocje. Znałem się na tym. Kolejny faktem, który sprawiał, że sytuacja wyglądała coraz gorzej była broń, którą policjanci mieli wyciągniętą. Mimo tego wszystkiego starałem się zachować spokój i podszedłem do jednego z wozów, gdzie stało trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy w mundurach.
- Proszę natychmiast wracać do centrum – powiedziała policjantka – Tylko tam będzie pan bezpieczny.
- Przepraszam, ale dalej nie wiem, co się dzieje. Mogłaby mi pani to wytłumaczyć? Coś się stało? Czy to atak terrorystyczny? – próbowałem zachować spokój, ale denerwowała mnie już ta niewiedza.
- Nie. Coś znacznie gorszego. W mieście są organizowane masowe ewakuacje, wszystko pod kontrolą policji oraz wojska. Nie radzilibyśmy panu jechać tym autobusem samemu. To zbyt niebezpieczne – wytłumaczył jeden z policjantów.
- Co się dzieje?! – zapytałem już naprawdę zdenerwowany. Krótkofalówki policjantów wariowały od różnych komunikatów, których nie dało się już rozróżnić, z powodu ich ilości. Do tego nagle powietrze przeszył przeciągły dźwięk. Dźwięk syreny alarmowej. Usłyszałem krzyki i ledwo zdążyłem się obrócić, a zobaczyłem prawdziwe piekło. Samochody zaczęły się przebijać przez inne, byle tylko uciec z korka i wyjechać czym prędzej z miasta. Inne z kolei stały. Pomiędzy samochodami chodzili ludzie, którzy chcieli podejść tutaj i dowiedzieć się, co się dzieje, ale po usłyszeniu syreny i ryku silników aut zaczęli uciekać w różne strony.
                Nie wiedziałem, co robić i chciałem zapytać o coś jeszcze policjantów, ale Ci już biegli w stronę tłumu z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z samochodów przebił się już prawie przez cały korek i pomimo tego, ze wyglądał jakby przeżył zderzenie czołowe, wyjechał i zaczął jechać prosto w naszą stronę. Instynktownie odskoczyłem na bok i twardo upadłem na prawą rękę. Policjanci przede mną nie mieli tego szczęścia. Czarny samochód terenowy przyspieszył i z całym impetem staranował czwórkę mundurowych. Odrzut był tak duży, że ciała wyleciały do góry i pospadały w różnych miejscach. Tuż obok mnie upadła policjantka, z którą rozmawiałem. Z jej ust wyciekała strużka krwi, a rękę miała wygiętą pod bardzo dziwnym kątem. Z początku sparaliżował mnie strach. Oddychałem szybko i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Samochody zaczęły jeździć i wtedy przypomniałem sobie o autobusie. Musiałem do niego wrócić, tam było bezpieczniej i były tam moje córki.     
                Podniosłem się ciężko i prawie natychmiast o coś potknąłem. Był to pistolet policjantki. Podniosłem go drżącą dłonią i wymijają resztki policjantów pobiegłem do autobusu. Twarz kierowcy wyrażała głęboką ulgę, gdy tylko mnie zobaczył.
- Już myślałem, że pan nie żyje. Mieliśmy właśnie odjeżdżać – powiedział.
- Dzię… dziękuje – wysapałem.
Wokół nas panował ogólny chaos. Samochody próbowały zarówno się cofać jak i jechać do przodu. Ludzie wybiegali i zaczęli uciekać, a inni wracali pospiesznie do aut próbując znaleźć chociaż jedno bezpieczne miejsce. Przed nami jednak było czysto, więc kiedy tylko wsiadłem kierowca dodał gazu i ruszył do przodu. Wyjechaliśmy na w miarę pustą szosę. Mijali nas inni kierowcy, którzy w znacznie szybszych samochodach gnali przed siebie.
                W autobusie sytuacja też była niespokojna. Ludzie wyglądali za okna, rozmawiali ze sobą, a także wyciągali telefony, którymi kontaktowali się z bliskimi. Wziąłem megafon w rękę.
- Uwaga pasażerowie! Wiem, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale musimy zachować teraz spokój. Jeżeli panika wybuchnie na pokładzie, możemy z tego nie wyjść cali. Jak odjedziemy kawałek od miasta zrobimy postój i na spokojnie dowiem się, co się dzieje w mieście. Teraz jednak proszę o ciszę – powiedziałem najspokojniej jak umiałem, chociaż gardło ścisnęło mi się niebezpiecznie i wiele słów brzmiało jak zwykłe charczenie. Sytuacja jednak została opanowana. Na tym pokładzie byli naprawdę wytrzymali psychicznie ludzie. Nawet dzieci siedziały cicho i starały się nie przeszkadzać wtulone w swoich rodziców.
                Podszedłem do kierowcy.
- Znasz jakieś ustronne miejsce, z dala od głównych dróg, gdzie będziemy mogli zrobić postój przed Supraślem? – zapytałem.
- Nie wiem, co z moją rodziną… gdzie oni teraz mogą być – wyszeptał jakby sam do siebie kierowca.
- Hej! Zostań z nami. Musisz nas bezpiecznie dowieść, stamtąd wszystkiego się dowiemy! – krzyknąłem.
Wiedziałem, że był przerażony. Zresztą nie on jeden. Wszyscy się bali. Coś złego działo się w mieście. Ludzie chcieli uciekać. O co mogło chodzić?
                Po dziesięciu minutach zjechaliśmy na piaskową drogę prowadzącą w las. Zatrzymaliśmy autobus i wysiedliśmy powoli. Jeden z pasażerów, pomagał mi uspokajać ludzi. Uderzyły w nas barwy jesieni. Pod nogami szeleściły czerwone, żółte oraz brązowe liście, a drzewa bez przerwy dorzucały kolejne. Słońce oświetlało całą scenerię, tworząc istną fontannę odbijających się barw. To wszystko kompletnie nie pasowało, do tego, co się działo. Pasażerowie rozeszli się po polanie, próbując złapać sygnał. Nagle podeszła do mnie starsza córka.
- Wracam do miasta. Pilnuj młodej – powiedziała, po czym odwróciła się.
- Nie ma mowy. Trzymamy się razem, przynajmniej, póki nie dowiemy się, co się dzieje – powiedziałem do niej stanowczo.
- Nic się nie dzieje. Pewnie jakieś wybuchy paniki, za parę godzin będzie spokojnie – zapewniła mnie, nie zatrzymując się. Podbiegłem za nią i pociągnąłem ją za bark.
- Zostaniesz z siostrą i ze mną. Nie chcę słyszeć nic innego – powiedziałem. Jej oczy zabłysły nienawiścią.
- Nie możesz mnie tu zatrzymać – syknęła.
- Ale twoja siostra może – postanowiłem podejść ją sposobem – Jeżeli odejdziesz, odjedziemy bez niej.
- Nie zrobisz tego! – krzyknęła.
- Tylko jeżeli nie odejdziesz – również podniosłem głos.
                Musiałem być naprawdę kiepskim ojcem, bo uwierzyła, że byłbym w stanie to zrobić. Fuknęła i poszła w kierunku siostry. Próbowałem dodzwonić się do służb porządkowych, albo przyjaciół, ale moja komórka nie miała zasięgu. Byliśmy w ponad trzydziestoosobowej grupie i nikt nie mógł wykonać telefonu. Po wielu nieudanych próbach, zebrałem ponownie wszystkich pasażerów i tym razem bez megafonu, przemówiłem.
- Słuchajcie moi drodzy. Jak zauważyliście nasze telefony nie mają zasięgu. Myślę jednak, że nie warto ryzykować powrotu do miasta, póki choć trochę nie przeczekamy tego, co tu się dzieje. Wiem, że martwicie się o swoje rodziny, ale podejrzewam, że to co się dzieje obejmuje tylko Białystok. Poczekajmy tutaj, w bezpiecznej grupie i próbujmy nadal nawiązać kontakt. Jak komuś się uda, wtedy postanowimy co dalej. A teraz prosiłbym was, żebyście się nie oddalali.
Tym razem spotkałem się z paroma pytaniami, ale niestety nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Ludzie zastanawiali się, co robić. Niektórzy dzwonili, inni siedzieli i rozmawiali z innymi pasażerami, a jeszcze inni chodzili w te i w tamtą, próbując coś wymyśleć.
                Ja należałem do tej drugiej grupy. Siedziałem wraz z kierowcą, oraz dwoma pasażerami, Karolem i Michałem, próbując coś wymyślić. Jako jedyni z całej grupy wydawali się być spokojni, a przynajmniej takich sprawiali wrażenie.
- To dziwne, sygnał niby jest, ale dodzwonić się nie da – zastanawiał się na głos Karol.
- Czyli po prostu go nie ma – podsumował Michał.
- Nie możemy zostać w tym lesie do końca. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje, gdzie są organizowane jakieś pomoce dla mieszkańców, gdzieś musi być policja lub wojsko – włączył się do rozmowy kierowca.
                Nagle, pomimo sporego hałasu jaki panował na drodze, usłyszeliśmy dźwięk silnika. Ludzie zrywali się z miejsc nie wiedząc czy uciekać, czy zostawać i zobaczyć kto jedzie. Nie mieli jednak zbyt dużo czasu na reakcje. Po drodze przemknął samochód. Minął nas jakby nigdy nic i po około dwudziestu metrach zjechał na pobocze prosto w krzaki.
- Proszę zostać tutaj, my to sprawdzimy – krzyknąłem do ludzi, którzy z ciekawością zaczęli iść w stronę auta. Ruszyłem w jego stronę, a Karol i Michał poszli za mną. Kierowca nie był do końca przekonany, więc został z tyłu oparty o autobus. Z samochodu nikt nie wysiadał, choć było słychać dziwne tłuczenie w środku. Czułem lekki niepokój zbliżając się do auta, ale przypomniałem sobie o pistolecie, który znalazłem wcześniej. Zatrzymałem się, a moi towarzysze spojrzeli na mnie zaciekawieni. Pistolet był ciężki, ale pewnie leżał mi w ręce. Poszukałem lekko zdrętwiałymi palcami blokady i zwolniłem ją. Broń była gotowa do użycia.
                Podeszliśmy jeszcze bliżej. Szyby były brudne i nie było widać tego, co się dzieje w środku auta, ale odgłosy były wielce niepokojące. Zapukałem w szybę i podniosłem głos.
- Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
Hałas ustał dosłownie na sekundę. Po chwili zakrwawiona dłoń uderzyła w szybę, a następnie zaczęła walić jak popadnie, tworząc dziwny, nienaturalny rytm.
- Cholera jest ranny! – syknąłem. Karol zareagował przede mną i podszedł do drzwi próbując je otworzyć. Usłyszeliśmy szumy i głosy. Kierowca auta wypadł z niego na ziemię, wywracając przy okazji Karola. Odsunąłem się razem z Michałem odruchowo, ale po chwili nie pożałowałem tej decyzji.
                Coś było nie tak z tym człowiekiem. Gdy Karol próbował go zepchnąć z siebie, ten ugryzł go. Nie było to jednak zwykłe ugryzienie. Kierowca wgryzł się do krwi i pociągnął, jakby próbował oderwać mu rękę. Karol krzyknął przeciągle.
- Pomocy, kurwa!
Michał wyraźnie chciał pomóc, ale nie wiedział, jak się za to zabrać. Ja zareagowałem prawie natychmiast. Zamachnąłem się i kopnąłem z całej siły dziwnego człowieka. Trafiłem butem prosto w usta. Musiałem mu połamać zęby. Gryzoń osunął się do tyłu. Po jego twarzy spływała krew, ale, ku mojemu zdziwieniu, był nadal przytomny. Było to dosyć imponujące jak na kogoś, kto właśnie dostał potężny kopniak prosto w głowę. Co jednak zdziwiło mnie bardziej to oczy mężczyzny. Były puste, wydawały się być wręcz nienaturalnie blade, jakby straciły cały blask i ciepło.
                Mutant poderwał się i próbował znowu zaatakować Karola, ale nie zdążył. Zraniony zdołał się już odczołgać, a ja poprawiłem kopniaka, będąc pewnym, że to wystarczy. Niestety, ponownie byłem w błędzie.  Ludzie z tyłu zaczęli się poważnie martwić całą sytuacją, ale ja dalej skupiałem się na zagrożeniu.
- Czemu… nie… giniesz… ty… pieprzony… potworze!? – każdy kolejny cios, który zadawałem wydawał się nie robić żadnego wrażenia na moim przeciwniku. Widać było połamany nos, krew wręcz zalewała mu twarz, ale ten wciąż się ruszał i dawał oznaki tego, że najwyraźniej dalej chce walczyć. Ręka bolała mnie od zadawanych ciosów. Karol leżał obok i próbował zatamować krwawienie zerwaną na szybką bluzą, a w tym samym czasie Michał patrzył na całą sytuację przerażony.
                Nagle do mojej głowy wpadł pomysł. Bałem się rezultatów tego, co zrobię, ale dzisiejszy dzień był na tyle dziwny, że nawet się nie zawahałem. Wyciągnąłem odbezpieczony pistolet z kieszeni i wymierzyłem w głowę człowieka, który wciąż patrzył na mnie nieobecnym spojrzeniem. Na jego zakrwawionej twarzy nie zauważyłem nawet drobnych oznak strachu, czy jakiejkolwiek innej reakcji na to co się działo. Wiedziałem, że nie mogę się teraz zawahać. Musiałem uchronić tych ludzi i samego siebie. Cokolwiek było nie tak z tym człowiekiem, który czołgał się teraz powoli w moją stronę, musiało być jakąś chorobą. Przez myśl przeszły mi słowa, które usłyszałem w biurze. Słowa o zarazie, która rozprzestrzenia się i sprawia, że ludzie umierają, ale pomimo tego nadal się poruszają. Głęboko w to wierząc pociągnąłem za spust.
                Odrzut z broni zachwiał mną, ale nie upadłem. Nie spodziewałem się tak mocnego pociągnięcia.  Pocisk trafił idealnie w miejsce tuż nad nosem. Usłyszałem dźwięk nie do opisania, gdy kula przechodziła przez czaszkę. To było naprawdę przerażające. Z tyłu za mną usłyszałem serię krzyków osób, które najwyraźniej nie pochwalały mojego pomysłu. Zrobiłem jednak to co musiałem. Strzał w głowę załatwił sprawę. Mutant upadł i zadrgał po raz ostatni. Nie ruszał się już. Przetarłem pot, który nie wiadomo kiedy pojawił się na moim czole, po czym podszedłem do Karola.
- Musisz to jak najszybciej opatrzeć – poradziłem – Może gdzieś w tym samochodzie będzie apteczka.
- Nie ma żadnej w autobusie? – zapytał ze zdziwieniem Michał.
- Wątpię – odpowiedziałem krótko i spojrzałem w stronę obserwującego akcję tłumu – Byłoby dobrze, gdybyś do nich poszedł i wytłumaczył co się stało. Jak zacznie się panika to jesteśmy zgubieni.
Michał przytaknął po chwili i odszedł w stronę reszty. Karol podniósł się z trudem i podszedł do bagażnika.
                Zajrzałem do środka auta w poszukiwaniu dźwigni zwalniającej zamek w bagażniku lub kluczyka. Wypatrzyłem te drugie w stacyjce i sięgnąłem, kiedy usłyszałem dziwny trzask. Już miałem się odwracać z przerażeniem, myśląc, że to mój przeciwnik, który jednak jakimś cudem przetrwał strzał, ale zdałem sobie sprawę, że dziwne dźwięki dochodzą z radia. Podniecony myślą, że w końcu czegoś się dowiem wskoczyłem do środka pojazdu i zręcznie przesunąłem suwak odpowiedzialny za głośność urządzenia.
                Chociaż było mnóstwo szumów i zakłóceń, wyraźnie było słychać audycję. Słowa powtarzały się na okrągło. Nie były w żadnym wypadku dobrą wiadomością. Karol patrzył na radio, jakby te miało go zabić, ale nie dziwiłem się. Informacja tam podawana była przerażająca: Wszyscy pobliscy cywile! Ta wiadomość została wygenerowana automatycznie w przypadku zagrożenia! Alarm czerwony, kod czternasty. Epidemia. Nakazuje się natychmiastowe opuszczenie terenów miejskich i jak najszybsze skontaktowanie się z pobliską placówką sił porządkowych. W razie gdy taka opcja jest niemożliwa prosimy o zostanie w domach, szczelne zamknięcie drzwi i zebranie jak największych zapasów. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności w przypadku kontaktu z zakażoną osobą. W razie jakiejkolwiek otwartej rany nakazujemy natychmiastową kwarantannę i odizolowanie zarażonej osoby. Pracujemy nad rozwiązaniem problemu… Wszyscy pobliscy cywile! – wiadomość zaczęła się zapętlać, więc przestałem słuchać. Jednak to co udało mi się usłyszeć było przerażające. Epidemia? Co to do cholery oznacza? – pytałem sam siebie w myślach.
                Nagle dotarł do mnie pełen sens tych słów. Odwróciłem się i zobaczyłem kompletnie przerażoną twarz Karola. Wydawał się być całkowicie zgaszony. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zrobiłem to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Wyciągniemy cię z tego! – powiedziałem, próbując podbudować jego morale. Wiedziałem jednak, że czego bym nie powiedział, za jakiś czas ten człowiek będzie w takim samym stanie, co postać, którą przed chwilą musiałem zabić. Już miałem coś dodawać, kiedy zobaczyłem nadbiegającego w moją stronę Michała. Sapał ciężko i widać było, że niesie jakąś wiadomość.
- Nie uwierzycie! Radio zadziałało! Mamy jakąś cholerną epidemię! – powiedział.
- Wiemy… - stwierdziłem wskazując na wciąż działające obok mnie radio.
- To jednak nie wszystko… - powiedział.
- Coś dzieje się z jakimś pasażerem? – zapytałem.
- Właściwie tak. Zniknęły cztery osoby. Podobno, gdy tylko podeszliśmy do auta, uciekły w kompletnie drugą stronę. Nie próbowano ich nawet zatrzymywać… - mówił to wolno, jakby bał się mojej reakcji. Mogło to być związane z tym, że w ręce wciąż miałem pistolet. Odłożyłem go na bok.
- Do czego dążysz? – zapytałem, chociaż w głębi wiedziałem co usłyszę.

- Twoje córki uciekły.

niedziela, 27 grudnia 2015

Plany, Informacje

Hej,
w sumie prawie w ogóle nie wstawiam tutaj postów innych niż te zawierające po prostu rozdziały, ale pomyślałem, że dam znać, że żyje tym, którzy nie śledzą mnie na facebooku/youtube (swoją drogą fanpage gorąco polecam, bo często podrzucam tam dalsze informacje dot. pisania kolejnych tomów - https://www.facebook.com/MrBobru)
Jednak do rzeczy. Na chwilę obecną nie napisałem jeszcze nic z tego co planowałem, jednak właśnie od dzisiaj zaczynam. Przedstawię wam mniej więcej to, co jest w tym filmiku TUTAJ. Jeżeli ktoś woli wersję audio, to zdecydowanie polecam odsłuchać wszystko co mam do napisania tam. Jak tylko mi się uda napisać, dostaniecie Apokalipsę 4.5 - będzie to taki mały spin-off, którego głównym bohaterem będzie ojciec Łapy (znacie go z pierwszego tomu, w którym ginie). Tom będzie się skupiał głównie na relacji Łapy, Młodej i ich ojca, ale także na wielu innych rzeczach, które wytłumaczą niektóre zachowania, a przede wszystkim jakże ciekawą postać Łapy. Będzie się składał z 5 rozdziałów i zacznie się w tym samym czasie, kiedy to Bobru jest świadkiem początku Apokalipsy, czyli właściwie równie z Apokalipsą Tomem Pierwszym.
Co do piątego tomu wszystko mam już rozpisane i gotowe do tworzenia i mogę wam powiedzieć, że naprawdę sporo się będzie działo. Trochę więcej przetrwania, a mniej mieszkania za wygodnymi murami Ostoi. Więcej dzikości, walki o życie oraz dramatów. W końcu to już piąty tom i czas przyspieszać akcję. Nowe postacie, nowa główna lokacja, zmiana niektórych charakterów, a także wiele, wiele więcej.
Jeżeli chcecie usłyszeć bardziej szczegółowe streszczenia planów to zapraszam was na powyższy filmik, a póki co wiecie co najważniejsze i jedyne o co was mogę prosić, poza cierpliwością, to rozesłanie bloga znajomym i pomoc w promowaniu go :D
Trzymajcie się Kochani :)