Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiktor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiktor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 4: Obecność

Rozdział 4, tomu 4.5. Ten rozdział jest właściwie dokładnym odzwierciedleniem tego co działo się w rozdziałach 19-21 tylko z perspektywy ludzi z Supraśla, którzy jak dobrze wiecie byli grupą antagonistów w tomie 1. Zapraszam was do czytania i liczę na dyskusję w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym :)

----------------------------------------

Rozdział 4: Obecność


                Oczyszczanie miasta zajęło nam parę dni. Czas jednak wydawał się przyspieszać, bo zaledwie oczyściliśmy miasto, a pojawiły się kolejne przeszkody. To neutralizacja małej grupy, która chciała nas zaatakować, to niepokojące wiadomości o działalności córek, lub dużej grupie trupów zmierzającą powoli w stronę Białegostoku i Supraśla. Tygodnie minęły zanim całe te szaleństwo nieco się uspokoiło, a ja mogłem usiąść i zrobić sobie dzień wolnego. Pomimo wszystkich problemów postanowiłem, że nie mogę ciągle pracować i to samo zarządziłem w całym obozie. Ludzie wyglądali naprawdę kiepsko i każdy potrzebował trochę wolnego. W dodatku każdy kolejny dzień był coraz ciemniejszy i coraz zimniejszy, a śnieg był kwestią paru dni.
                Oczywiście nie otrzymaliśmy żadnych dalszych przekazów, wydawało się, że świat upadł i ci, którym jakimś cudem udało się przetrwać, zostali zdani na łaskę losu. Nasza grupa powiększyła się nieznacznie, ale to co cieszyło mnie najbardziej, to fakt, że nikt ważny dla obozu nie zginął. Parę słabszych ogniw, albo osób, które pomimo braku umiejętności chciały zabłysnąć umarło, ale poza tym tylko Michał miał pewien wypadek, przez co złamał rękę, ale już wracał do pełni sił. Tego ranka siedziałem w głównym pomieszczeniu baru, na stole do bilardu i sączyłem, znalezioną niedawno, kawę zbożową. Przyjemnie rozgrzewała i pobudzała.
- Wiesz co, ten wolny dzień to świetna sprawa – powiedział Jacek siadając obok mnie.
- Prawda? W końcu rozwiązaliśmy tyle problemów i na tyle zabezpieczyliśmy okolicę po ostatnich akcjach, że należało się nam – odpowiedziałem uśmiechając się. Jacek był teraz moim najlepszym przyjacielem i doradcą. Pamiętałem jeszcze początki naszej znajomości, kiedy to spieraliśmy się o wszystko. Chociaż było to zaledwie miesiąc temu, to wydawało mi się jakbyśmy się znali od dziecka.
- Jak ręka? – zagadał.
- W pełni sprawna – na demonstracje zakręciłem nią i wykonałem parę gestów.
- Jakieś plany na najbliższe dni?
- Naprawdę chcesz o tym gadać w wolny dzień? – zażartowałem – Wydaje mi się, że będziemy musieli w końcu dorwać tego pierdolonego snajpera – nawiązałem do kierowcy tira, który pomimo tego, że został ciężko ranny zdołał przetrwać i od teraz polował na nas co jakiś czas. Zazwyczaj sprowadzał tutaj po prostu grupy trupów, podejrzewałem, że nie ma aż tak dużo amunicji, żeby nas wystrzeliwać. Obawy jednak były spore, bo chociaż mieliśmy kontrolę nad znaczną częścią miasteczka, to jednak wyjście poza granice było stresujące z świadomością, że ktoś w tej chwili mógł nas mieć na muszce.
- To prawda. A co z twoimi córkami? Właściwie mówiłeś o nich sporo, ale ostatnio szukasz coraz mniej… Straciłeś nadzieję? – zapytał.
- Poniekąd. Szczerze obawiam się, że w końcu zaatakują nas i naszych ludzi. Nie będę ich wtedy potrafił potraktować ulgowo – zaniepokoiłem się. To też mnie nieco przerażało. Donosy o wyczynach mojej starszej córki  ostatnio nieco ucichły, ale byłem pewien, że gdzieś tam jest. A pomimo zapewnień, jak bym sobie z nią poradził, to nie chciałem pewnego dnia być w sytuacji, kiedy mam ją na celowniku i muszę pociągnąć za spust.
                Do pomieszczenia weszła nagle dziewczyna, którą jakiś czas temu uratowaliśmy z kiosku. Chociaż zdążyłem już z nią zamienić parę słów, to nigdy nie miałem okazji jej dokładniej przesłuchać. Pożegnałem się z Jackiem i ruszyłem z kubkiem w jej stronę. Wiedziała, że do niej idę i poczekała na mnie przy barze, gdzie również nalała sobie kubek ciepłej, parującej kawy.
- Hej – zagadałem na przywitanie.
- Dzień dobry  - powiedziała niemrawo. Jaka nieśmiała, pomyślałem żałując, że moja starsza córka nie miała chociaż odrobinę podobnego charakteru.
- Daj spokój. Nie musisz trzymać się dziwnych zasad kultury. Wszyscy jesteśmy tutaj równi, a ja chcę po prostu zadać ci kilka pytań. Masz chwilę? – próbowałem rozluźnić atmosferę, ale widziałem jak nerwowo drga jej warga. Była młodą dziewczyną, klasowała się wiekowo pomiędzy moje córki. Nosiła teraz szary podkoszulek uwydatniający jej biust oraz dresowe spodnie.
- Tak, proszę… oczywiście – zamieszała się.
- Chodźmy gdzieś usiąść, w końcu jest dzień wolny – nawiązałem, podejmując kolejną, nieudaną próbę rozluźnienia dziewczyny. Zdjąłem jedno krzesło ze stołu i podałem je jej, a sam oparłem się delikatnie o stół i pociągnąłem łyk z kubka.
- Nie zdążyłem jeszcze cię poznać, a jesteś z nami od paru tygodni. Przypomnisz mi, jak się nazywasz? – zapytałem.
- Maria – odpowiedziała, siląc się na poważny i stanowczy głos, co było nieco lepsze od wcześniejszego tonu, ale wciąż brzmiało po prostu śmiesznie.
- Ja jestem Wiktor. Znaleźliśmy cię w kiosku, co tam właściwie robiłaś? Byłaś wcześniej w jakiejś grupie? – zapytałem.
- Tak. Ale wszyscy zginęli, ja uciekłam od razu gdy zaczęła się walka. Zaatakowała nas jakaś inna grupa – opowiedziała, biorąc łyk.
- Widziałaś może jakieś dziewczyny w twoim wieku podczas ataku? – zapytałem.
- Nie jestem pewna… wszystko działo się szybko i po prostu nie pamiętam żadnych szczegółów – powiedziała ze smutkiem w głosie.
- Nie ważne. To już minęło, tutaj ludzie są bezpieczni – zapewniłem ją z uśmiechem.
- Ten świat… jest zniszczony – powiedziała nagle.
- To nie znaczy, że nie da się go odbudować. W takim miejscu jak to można przetrwać miesiącami, a nawet latami – odpowiedziałem zaskoczony jej słowami.
- Moja grupa chciała pozostać w ruchu, ale to nie wyszło więc może jest w tym jakiś sens – spojrzała w bok, gdzie akurat Michał poprawiał nieco wystające gwoździe w jednej z barykad.
- Trzeba mieć swoje miejsce na świecie – poklepałem ją po plecach – Trzymaj się dziewczyno.
- Ja – już wstawałem, ale ona chciała coś powiedzieć. Odwróciłem się – Przepraszam. Za tamto. Ryzykowaliście żeby mnie uratować – mówiła to takim głosem jakby zaraz miała się rozpaść. Spłonęła rumieńcem.
- To nie twoja wina. Zrobiliśmy to co było słuszne.
                Uciąłem rozmowę odchodząc i zostawiając ją na krześle. Wciąż zadziwiało mnie jak różni ludzie przeżyli. Niektórzy wyglądali na takich, którzy mogą sobie bez problemu poradzić w takich warunkach, ale osoby, takie jak ta dziewczyna, nie miały szans same. Nie chodziło nawet o siłę fizyczną, albo spryt. Psychicznie wysiadały w ciężkich sytuacjach, a w tych czasach nie istniały inne. Kolejne godziny spędziłem na grze w bilard, rozmowach i słodkim lenistwie. Dopiero gdy słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem poczułem pustkę. Chociaż taki dzień był potrzebny to po prostu nie wiedziałem co ze sobą robić. Nudziłem się. Musiałem podjąć jakieś działanie. Podszedłem do Michała, który akurat drzemał oparty o ścianę na krześle. Zbudziłem go delikatnie trzęsąc i przywitałem.
- Coś się dzieje? – rozejrzał się niespokojnie zaspanym wzrokiem.
- Nic. Ale potrzebuję się przewietrzyć. Przejdziesz się ze mną? – zapytałem.
- Na zwiad? Coś zauważyłeś? – brnął dalej w swoje.
- Mówię ci, że wszystko jest w porządku. Po prostu zabija mnie już ta nuda. Przejdźmy się po mieście, sprawdźmy czy wszystko gra i odżyje – poprosiłem.
- Hmm… spoko – odpowiedział patrząc na mnie podejrzliwie. Miałem już gotową strzelbę oraz nóż, a także ciepłą bluzę. Dałem reszcie znak, że idziemy się przejść, żeby nie siać paniki i otworzyłem drzwi od baru. Siedzący na zewnątrz mężczyzna, który trzymał teraz wartę spojrzał na nas nieco znudzonym wzrokiem. Był młody, w wieku Michała, z tego co pamiętałem nazywał się Tomek.
- Idziemy się przejść i spatrolować okolicę. Możesz wrócić do środka i chwilę odpocząć – zaproponowałem.
- Właściwie to też bym się przeszedł. Kolana zaraz mi wysiądą od tego siedzenia – rzucił propozycją.
- W porządku. Chodź – powiedziałem.
                Wyszliśmy i zamknęliśmy za sobą furtkę. Ulica wyglądała na czystą. Nie paliły się jednak światła, co mnie dziwiło, bo o tej porze zazwyczaj wszędzie było już jasno.
- Czemu się nie palą? – zapytałem.
- Mamy małe problemy z systemem, ale z tego co wiem ktoś już się tym zajmuje – odpowiedział Michał.
Spojrzałem jeszcze raz na ciemne latarnie i przeszedł mnie dreszcz. Chociaż dawały one tylko światło, to jednak czułem się bezpieczniej gdy oświetlały każdy zakątek ulicy. Wzruszając ramionami ruszyłem w stronę uliczki, na której znaleźliśmy Marię i podziwiałem. Świeże powietrze i ostatnie promienie słońca natychmiastowo mnie pobudziły. Zaczęliśmy rozmawiać o różnych rzeczach, patrząc przy okazji, czy żaden trup nie pojawił się w okolicy. Jednego znaleźliśmy niedaleko śmietników. Dobiłem go bez problemu nożem.
- Jak myślicie, ten psychol z snajperką jeszcze się tu pojawi? – zmienił nagle temat Michał, gdy zaczęliśmy wracać na główną ulicę.
- Na pewno. Ale boi się tego miejsca. Wie dokładnie gdzie żyjemy, ale nigdy nie zapuścił się na ulicę. I myślę, że tego nie zrobi. Rozwaliliśmy ich na tej drodze – powiedziałem.
- Poza tym ma tylko jedno oko. Jak będzie strzelał to gówno co będzie widział oprócz tego – wystrzelił nagle Tomek.
Zaśmialiśmy się. Wychodziliśmy właśnie na główną ulicę, kiedy coś zauważyłem.
                To był ten moment, kiedy czas stawał w miejscu. Wydawało mi się, że sekundy zamieniły się w godziny, kiedy zauważyłem trójkę ludzi na głównej ulicy. Nie byli to nasi. Wszyscy byli młodzi, mieli maksymalnie po dwadzieścia lat. Środkowy chłopak miał brązowe włosy, był całkiem wysoki i miał w rękach broń. Obok niego stali dwaj kolejni, którzy byli całkiem podobni do siebie. Również wysocy, z ciemniejszymi, krótkimi włosami, ubrani w kamizelki, spodnie i koszule oraz bluzy. Nasze spojrzenia się spotkały. Chociaż wiedziałem, że muszę zareagować wszystko wydawało się spowolnione. Dopiero strzał przywrócił czas do normalnego tempa. Michał upadł trzymając się za  ramię. Jeden z bandytów krzyknął „Uciekajmy” i popędził do przodu, skręcając w boczną uliczkę po drugiej stronie drogi. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Tomek podszedł do Michała, ale ja zacząłem ich gonić. Znałem te ulice jak własną kieszeń, a tych trzech musiało tu być pierwszy raz.
                Adrenalina rozpierała całe moje ciało. Obcy biegli w stronę baru, co mogło być fatalne. Nikt w środku nie spodziewał się ataku, szczególnie, że zdjąłem osobę pilnującą baru z zewnątrz. Nagle zauważyłem bandytów, którzy próbując odetchnąć chowali się za płotem. Wykonałem gwałtowny ruch chcąc ich trafić zanim mnie zauważą, ale ból w ręce odezwał się i spudłowałem trafiając obok głowy jednego z nich. Spłoszyłem ich tym. Zerwali się natychmiastowo i pobiegli do przodu.  Musiałem ich dogonić zanim dobiegną do baru. Ludzie w środku musieli już usłyszeć strzały. Musieli być gotowi, w końcu w środku było mnóstwo osób, które umiały strzelać.
                Zgubiłem ich jednak, przyspieszyli na tyle, że straciłem ich z oczu i nie wiedziałem co teraz mam zrobić. W końcu zdecydowałem ruszyć z powrotem do baru i ogłosić reszcie to co się działo. Niecałą minutę później, po drodze spotykając Tomka pomagającego Michałowi, doszliśmy do furtki i pokonaliśmy ją. Nie było słychać żadnych strzałów, więc byłem pewien, że bandyci uciekli. Gdy wszedłem do środka wycelowało we mnie parę luf. Gdy jednak zobaczyli, że to ja natychmiast opuścili broń. Sala główna nie wyglądała jak miejsce walki więc odetchnąłem z ulgą. Ludzie przekrzykiwali się próbując mi coś powiedzieć. Jacek był najbliżej mniej, więc krzyknąłem i po chwili zapadła cisza.
- Mów – poprosiłem.
- Przed chwilą wpadła tu trójka ludzi. Gruby ich zaszedł od tyłu, zabrał bronie i przy naszej pomocy ogłuszył i związał. Jak oni się tu znaleźli? – mówił chaotycznie, ale jego słowa ucieszyły mnie.
- Spotkaliśmy ich na głównej ulicy. Trafili Michała, ale nic poza tym się nie stało. Jak oni mogli tu trafić? –zastanowiłem się na głos.
- Ważne, że ich mamy. Jak sytuacja się uspokoi to będziemy mogli ich przesłuchać, bo wyglądają na część ogarniętej bandy – powiedział Jacek.
- Tak… Zbierz paru ludzi i sprawdź ulicę. Mogli tu nie być sami. Michał ty leć do lecznicy i oczyść tą ranę. Wiem jaki to paskudny ból. Niech ktoś wejdzie na dach i sprawdzi okolicę. Jak coś zauważy niech natychmiast mnie poinformuje – wydałem polecenia i z przyjemnością obserwowałem jak ludzie rozbiegają się do wyznaczonych zadań. Po chwili zostałem właściwie sam w pomieszczeniu, nie licząc dwóch kobiet, które zszokowane uspakajały same siebie w kącie.
                Sytuacja uspokoiła się w przeciągu paru minut. Gruby pozamykał trójkę mężczyzn w trzech oddzielnych pokojach, których akurat nie używaliśmy do niczego konkretnego, związał i upewnił się, że nie użyją czegoś do uwolnienia się. Siedzieliśmy razem w jego pokoju. Musiałem ustalić z nim pewne podstawowe reguły.
- Musisz z nich wyciągnąć ile się da. Gdzie mają obóz, ile jest tam osób… wszystko, rozumiesz? – zapytałem.
- Jasne.
- I nie zabijaj ich. Kropniemy ich, gdy upewnimy się, że mamy z tego odpowiedni zysk. Kto wie może bardziej opłacalne będzie bawienie się w zakładników? – gdybałem na głos – Bij ich, strasz, krzycz, ale nie zabijaj.
- Rozumiem.
- I przestań w końcu ćpać. Najbliższe dni prawdopodobnie spędzę z większością na drodze, szukając tego Obozu i szykując się do ataku. Musi tu zostać ktoś trzeźwy i solidny. Liczę na ciebie – powiedziałem klepiąc go po tłustym ramieniu.
 - Nie zawiodę cię Szefie. Jeszcze dziś wyklepie z nich jakieś informacje – obiecał. Wątpiłem w to. Wyszedłem i mijając po drodze kobietę prowadzącą dwójkę dzieci, której imienia nie pamiętałem, skręciłem w stronę pokoi, w których trzymaliśmy więźniów. Zobaczyłem czekającego tam na warcie Michała, który z zabandażowaną ręką przywitał mnie.
- Jak ręka? – zapytałem.
- Już całkiem spoko. Dostałem jakieś piguły na ból i jakoś się trzymam. Jakieś wieści? – zapytał.
- Na razie nic. Mam nadzieję, że Jacek coś znajdzie.
                Ale nie znalazł. Po nieudanym poszukiwaniu, które trwało dobre dwie godziny Jacek wrócił z całą ekipą i na przywitanie przecząco pokiwał głową. Wartownicy z dachu również nic nie zauważyli, co było dziwne, biorąc pod uwagę, że bronie, które im zabraliśmy wyglądały solidnie i czysto, co musiało oznaczać, że je pielęgnowali. Zgarnąłem zza baru jedną z butelek wina i zapraszając Jacka wróciłem do swojego pokoju. Pojawił się tam chwilę później. Rozlałem nam czerwonego płynu po kieliszkach i zacząłem rozmowę.
- Myślisz, że nie mają żadnego auta? Że przyszli tu z buta?
- To by oznaczało, że jesteśmy ślepi i tuż pod naszymi twarzami tworzy się nowa grupa, na tyle odważna żeby nas atakować – stwierdził osuszając kieliszek jednym łykiem i nalewając sobie kolejny.
- Chyba, że to moje córki. Dobrze wiedzą od początku, że tu jestem, prawdopodobnie nawet, że ich szukam. Może zdecydowały się w końcu ujawnić – zastanowiłem się.
- Wydaje ci się, że mają grupę większą od naszej? – zapytał nieco wystraszony.
- Wątpię. Ale nawet małe grupy mogą narobić szkody, a na to nie możemy sobie pozwolić.
                Rozmowę zakończyliśmy dopiero późnym wieczorem po opróżnieniu całej butelki. Nie miałem już siły żeby schodzić do reszty i pytać o wyniki przesłuchań. Jeżeli nikt nie przyszedł do mnie oznaczało to, że nic ciekawego się nie działo, a ja potrzebowałem snu. Nie zdążyłem nawet zdjąć butów. Po prostu runąłem na łóżko i zapadłem w ciężki sen. Śniły się mi moje córki. Tańczyły beztrosko na polanie i machały do mnie. Chciałem do nich podejść, ale nagle polana zamieniła się w wielkie wysypisko śmieci i pojawiły się trupy. Otaczały mnie z każdej strony, ale jakby nie mogły dotknąć. Zgubiłem córki z oczu, a zombie wciąż starały się mnie dorwać. Musiało być ich setki. Starałem się przebić przez trupy, ale nie potrafiłem. Byłem całkowicie bezbronny.
                Obudziłem się. Przetarłem ręką zapocone czoło i uspokoiłem oddech. Za oknem było już jasno. Co ten sen mógł oznaczać, zapytałem sam siebie w myślach. Czy to było podświadome wezwanie do działania? Może ta trójka, która była teraz na dole przesłuchiwana przez Grubego mogła mnie doprowadzić do córek. Ale czy tego naprawdę chcesz, pojawiło się nagle w mojej głowie pytanie. Sam nie wiedziałem. Podniosłem się ciężko i rozprostowałem obolałe od spania w poprzek łózka plecy. Dopiłem ostatnie krople pozostawionego na stole alkoholu i przeczesując włosy na bok wyszedłem z pokoju. Ruszyłem prosto do pokoju Grubego, żeby dowiedzieć się czy coś udało mu się ustalić.
                Nie pukałem, czego natychmiast pożałowałem, bo Gruby siedział nad białą kreską, którą właśnie zasysał zwiniętym banknotem.
- Hej! – powiedziałem podbiegając do niego. Wyglądał fatalnie. Grymas jego twarzy mówił, że to nie była dla niego łatwa noc.
- Daj mi spokój – odburczał.
- Co się stało?
- Te trzy skurwiele. Nic na nich nie działa. Mówiłeś żeby ich nie zabijać i się tego trzymam, ale nie powiedzą nic. A jeden z nich jest tak kurewsko pyskaty, że…
- Rozumiem. Więc musimy działać na własną rękę. Spróbuj ich unikać przynajmniej do wieczora, sprawdzaj czy czegoś nie próbują i jak coś daj mi znać – powiedziałem.
- Jasne…
                Wyszedłem zastanawiając się co dalej. Jeżeli ta trójka rzeczywiście była taka nieugięta nie pozostawało nam nic, poza znalezieniem ich auta lub samego obozu. Szybko zorganizowałem Jacka oraz dwóch innych mężczyzn i kazałem im być gotowymi za parę minut przed barem. Już miałem do nich dołączać, kiedy zatrzymała mnie kobieta. Była mniej więcej w moim wieku, może nieco młodsza. Nie bała się, chociaż jej pytanie mogło wskazywać na coś innego.
- Przepraszam. Czy możemy wiedzieć, co tu się dzieje? Wczoraj ci ludzie, teraz – zaczęła.
- Wytłumaczę to później, o nic się nie martwcie – poprosiłem.
- Może mogę jakoś pomóc? – zapytała.
- Damy sobie rade – zapewniłem, po czym wręcz wyrwałem się z uścisku jej dłoni. Widziałem ją już parę razy, ale nigdy z nią nie rozmawiałem. Była całkiem ładna.
                Odgoniłem jednak te myśli i opuściłem lokal dołączając do grupy.
- Przeszukaliśmy całe miasto, ale nie znaleźliśmy nic. Musimy spróbować na drodze na Białystok oraz tej do Gródka – podał pomysł, zamykając za nami furtkę – Tylko, że jak wyjdziemy z miasta…
- To możemy wpaść na Łowcę. Jasne – odpowiedziałem krótko.
- Chcesz ryzykować – bardziej stwierdził niż spytał, zatrzymując mnie.
- Ta trójka to czubek góry lodowej. Czuje to – powiedziałem.
- Myślę, że powinniśmy odpuścić. Zabijmy tych trzech i dajmy sobie spokój – brnął dalej w swoje.
- Jeżeli mam racje to ich ludzie tutaj przyjadę i się zemszczą. Możliwe, że już teraz nas szukają, a może nawet szykują atak. Jeżeli jest jednak jakakolwiek szansa na to, że to my zaatakujemy pierwsi, to musimy ją wykorzystać – odpowiedziałem.
- Ehh… Podjąłeś wiele mądrych decyzji Wiktor. Mam nadzieję, że i teraz się nie mylisz – powiedział puszczając mnie i odwracając się. Ja też mam taką nadzieję, powiedziałem w myślach ruszając za nim.
                Nasz patrol trwał dobre trzy godziny. Zbadaliśmy wszystkie okoliczne ścieżki i dróżki,  sprawdziliśmy linie lasu, ale nie mogliśmy nic znaleźć. Łowca nie pokazywał swojej obecności, więc doszliśmy do wniosku, że akurat nie patroluje okolicy. W końcu wpadliśmy na coś, gdy wracaliśmy już do obozu. Zauważyliśmy auto stojące niedaleko pierwszych zabudowań od strony wzgórza. Wyciągając bronie podeszliśmy do niego i sprawdziliśmy. Nikogo nie było w środku, nie miało tabliczki rejestracyjnej, a na tyłach było całkiem sporo zapasów.
- To musi być ich – powiedziałem.
- Piwo z Kołodna – zauważył Jacek czytając etykietę.
- Bingo – odpowiedziałem.
Uruchomiliśmy auto i wróciliśmy nim do obozu. W głowach buzowały mi myśli.
- Myślisz, że mają obóz w Kołodnie? – zapytał mnie Jacek.
- W Kołodnie albo w okolicach. Te piwo można dostać tylko w tamtejszym sklepie, a skoro zgarnęli je po drodze to musieli być na wypadzie po zapasy. Przejechali przez Kołodno i dotarli tutaj. To był ich błąd – powiedziałem uśmiechając się pierwszy raz od jakiegoś czasu.
- Królowy Most – powiedział nagle Jacek.
- Nigdy nie patrolowaliśmy tamtej okolicy i może to był błąd. Za chwilę zapytam grubasa czy dowiedział się czegoś nowego. Jeżeli nie będzie to mega ważne zbieramy ludzi i atakujemy ich. Jeszcze dziś.
Widziałem, że Jacek chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Miałem nadzieję, że nie zwątpi we mnie w tak ciężkiej chwili jak ta.
                Wróciliśmy do baru. Dwaj mężczyźni, którzy byli na wyprawie z nami zaczęli rozpakowywać zapasy. Poprosiłem Jacka, żeby przedstawił ludziom sytuacje. Nie chciałem stracić kontroli na barem, przez to, że ludzie będą się bali. Strach prowadził do naprawdę nieprzyjemnych rzeczy. Ja wziąłem dwa piwa z Kołodna i ruszyłem do Grubego. Kiedy wszedłem do jego pokoju jadł akurat obiad złożony z puszki fasoli oraz konserwy mięsnej. Gdy zobaczył piwa w mojej ręce przetarł usta ręką.
- Znaleźliśmy ich wóz. Mają obóz gdzieś w okolicach Kołodna – zacząłem, zanim Gruby zdążył coś powiedzieć.
- Co mam z nimi zrobić? – zapytał.
- Jeszcze nic. Możesz im dać znać, że wiemy o ich obozie i pokazać im to. Może powiedzą nam coś więcej. Wysyłam teraz parę ludzi na zwiad. Jak dowiemy się nieco więcej to wieczorem zaatakujemy – powiedziałem.
- Mam jechać z wami?
- Nie. Zostań tutaj. Ja poprowadzę atak.
- Powodzenia – powiedział.
Wyszedłem na korytarz.  Szybko zebrałem grupkę ludzi, na czele której stanął Jacek. Kazałem im jechać w okolicę, zebrać jak najwięcej informacji i wracać. Atak początkowo zaplanowaliśmy na późny wieczór, kiedy obóz będzie mnie chroniony, ale musiałem wiedzieć ile ludzi zebrać. Czekała nas walka znacznie cięższa od tej z grupą Łowcy.
                Kolejne godziny mijały w dosyć nerwowym oczekiwaniu na powrót patrolu oraz ciężkiej atmosfery. Ludzie, którzy nie byli tak doświadczeni w walce, bali się, że walka przeniesie się tutaj. Uspakajałem ich jak tylko potrafiłem, ale nie było to takie proste, ponieważ sam czułem spore obawy.
                Chwilę po tym jak zrobiło się naprawdę ciemno zwiadowca z dachu zauważył wracający patrol. Wyszedłem im na spotkanie i szybko pochwyciłem Jacka na ubocze, do swojego pokoju, żeby wypytać go o wszystko.
- Mają obóz w Królowym Moście. Jest dosyć mały. Naliczyłem tam sporo osób. Mają parę osób na straży. Prawdopodobnie spodziewają się czegoś.
- Uzbrojeni? – zapytałem.
- Tak. Mieli przewieszone przez plecy bronie. Są ściśnięci pomiędzy lasem, a drogą. Okopali się więc raczej tam po prostu nie wjedziemy.
- Mamy ich auto. Moglibyśmy spróbować ich oszukać – zaproponowałem.
- Wątpię, żeby byli z tych co dają się oszukać. Wyglądają na naprawdę groźnych ludzi.
- To zaatakujemy ich normalnie. Zbierz oprócz naszej dwójki jeszcze sześciu ludzi. Jak zaatakujemy najpierw z daleka to będziemy mieli przewagę. Damy sobie radę. Zajrzę jeszcze do Grubego i możemy jechać.
- Pójdę z tobą – zaproponował.
                Zeszliśmy po schodach na dół. Ruszyliśmy prosto do pokoju Grubego. Ponownie wszedłem do pukania i ponownie zastałem go nad kreską.
- Nie gadaj – zacząłem.
- Czego chcecie? Nie jedziecie? – zapytał.
- Jedziemy. Chcieliśmy ci to tylko powiedzieć – odpowiedział Jacek.
- Masz pilnować baru.I przestań ćpać idioto. Masz więźniów do pilnowania ,nie możesz sobie pozwolić na takie rzeczy – powiedziałem wychodząc. Bez dalszej zwłoki ruszyliśmy przygotowywać dwa auta, bronie oraz wszystko co mogło się nam przydać do ataku. Staliśmy w ósemkę przed barem i zacząłem rozdzielać ludzi do dwóch aut. Kobieta, która zaczepiła mnie wcześniej rano, została przydzielona do jednego z nich wraz trójką mężczyzn. Ja zapakowałem się do drugiego z Michałem, Jackiem oraz z jednym z chłopców, którzy byli ze mną rano na patrolu. Byliśmy właściwie gotowi, kiedy usłyszeliśmy strzał. Wszyscy natychmiastowo podnieśli bronie i zaczęli celować i się rozglądać.
- To ze środka – stwierdził w końcu przerażony Jacek.
                Wbiegłem tam pierwszy.  Ludzie rozglądali się nie wiedząc z początku czy jesteśmy przyjaciółmi czy wrogami. Główne pomieszczenie było jednak czyste, więc popędziłem dalej. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy na korytarzu to otwarte drzwi od pokoju Grubego, a także i jego samego czołgającego się w moją stronę. Oczy zapiekły mnie, gdy wyjmowałem nóż. To nie musiało się tak skończyć, ty pieprzony idioto, powiedziałem widząc jak sięga dłonią w moją stronę. Jego oczy były puste, jakby były schowane za mgłą. Charczał żałośnie. Dobiłem go z trudem, po czym kazałem reszcie dokładnie sprawdzić budynek. Obawiałem się tego, co mogło spowodować jego śmierć, ale w głębi serca dobrze wiedziałem. Prowizoryczne cele były puste. Podążając dalej korytarzem zobaczyliśmy ofiarę wcześniej słyszanego wystrzału. Dosyć młody chłopak leżał w kałuży krwi z wielką raną wystrzałową na twarzy. Obok siedziała skulona Maria. Podniosłem ją brutalnie za rękę i pociągnąłem za sobą do najbliższego pokoju. Po drodze kazałem Jackowi czekać na mnie na zewnątrz.
                W pokoju siedziały dzieci i bawiły się z jedną z kobiet. Kazałem im wyjść. Ledwo usłyszałem zamykające się drzwi, kiedy spojrzałem na nią. Byłem zły.
- Co się stało do kurwy nędzy? – zapytałem. Cały aż kipiałem. Jak takie coś mogło się stać tuż pod moim nosem.
- A..aa…a – dziewczyna się jąkała i trzęsła. Była przerażona.
- Po prostu mi odpowiedz! – krzyknąłem.
- Przep… przepraszam – wyjęczała i zaniosła się płaczem.
- Naprawdę pomogłaś im uciec? Tym pierdolonym mordercom? Widziałaś co zrobili z naszymi ludźmi bez najmniejszego zawahania? Wiesz, co żeś narobiła?! – miałem ochotę ją zabić.
- On… on… oni wzięli m-mnie si… siłą. Przystawil…wili pistolet do głowy! – zdała się na krzyk, czego natychmiast pożałowała.
- Powiedz mi, co tu się stało! – uspokoiłem nieco ton, chociaż dalej brzmiał on tak jakbym rzucał na nią klątwę.
- Zabili str…strażnika i u-uciekli. Cała t-t-trójka – każde jej słowo było przerywane kolejnymi zajęknięciami i szlochaniem.
- Zgubiłaś ten obóz. To jest właśnie to. TO JEST TO! – krzyczałem, a ona patrzyła na mnie przerażona, nie wiedząc o co mi chodzi – Zawsze wierzyłem w karmę. A karma to pierdolona szmata. Uratowałem życie i to życie zgubiło wszystkie inne życia. Żałuje, że cię uratowałem. Radzę ci spierdalać do swojego pokoju. Przemyśl to co zrobiłaś – to mówiąc wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Kobieta z dziećmi stojąca przed drzwiami patrzyła na mnie przerażona. Ominąłem ją. Wiedziałem, że zareagowałem wyjątkowo ostro. Maria mogła jednak zrobić tyle rzeczy, mogła wyprowadzić ich do sali i wprowadzić prosto w pułapkę. Widziała, ze wyjeżdżamy. Celowo za sabotowała akcję. Chciała to zrobić.
                Aż wrząc z wściekłości wyszedłem na chłodne wieczorne powietrze, które nieco mnie ostudziło.
- Jakie są plany? –zapytał Jacek, nie próbując nawet dowiedzieć się o czym rozmawiałem z Marią.

- Jedziemy na wojnę. Te gnoje nie dotrą tak szybko do Królowego Mostu. Będziemy pierwsi. Zostawimy im pieprzoną mogiłę na powitanie!

poniedziałek, 21 marca 2016

Rozdział 3: Trzy Tygodnie

Apokalipsa 4.5 rozdział 3. W tym rozdziale przesuwamy się nieco w czasie, podobnie jak było to w tomie 1, gdy przez wiele tygodni nie działo się nic szczególnie ważnego. Od tego rozdziału zaczyna się coraz większa łączność z tomem pierwszym no i właściwie akcja nie będzie szczególnie zwalniała.

Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------

Rozdział 3: Trzy Tygodnie

               
Dni mijały dosyć szybko .Mieliśmy co robić. Zabezpieczyliśmy dolny poziom i podwórze baru, przed potencjalnymi atakami. Pozbieraliśmy zapasy z okolicznych sklepów, oraz całą masę broni z budynku naprzeciwko. Jak się okazało, parę osób umiało całkiem nieźle strzelać, więc w wolnych chwilach trenowaliśmy kolejne osoby, żeby posiadać jak najlepiej gotowych do odpierania ataków ludzi. W między czasie mieliśmy też parę starć z innymi Ocalałymi. Parę naszych osób zginęło, ale zyskaliśmy też nowe twarze do naszej małej społeczności. Wszystko działało jak w dobrze naoliwionym mechanizmie. Skupiałem się przede wszystkim na zbudowaniu więzi pomiędzy ludźmi. Chciałem, żeby wszyscy byli moimi przyjaciółmi, ale też respektowali mnie jako dowódcę. Bo chcąc nie chcąc byłem ich dowódcą.
                Miałem przez to sporo problemów na głowie, co dobijało mnie wspólnie z moimi prywatnymi problemami. Radio nie odbierało żadnych transmisji już od naszego przyjazdu, czyli co najmniej tydzień. Straciłem już wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek, ktokolwiek nas uratuje. Teraz żyłem zasadą „najpierw strzelaj, potem pytaj”, co nie raz już uratowało mi życie. Kolejnym problemem były moje córki. Chociaż parokrotnie wyruszałem na wyprawy nie mogłem ich znaleźć. Wiedziałem jednak, że są w pobliżu. Pewnego dnia znalazłem człowieka, który został opuszczony, konający w niedużym budynku w lesie. Gdy zapytałem, kto mu to zrobił, opowiedział mi o niejakiej Łapie. Byłem pewien, że chodziło mu o moją starszą córkę. Słyszałem, ze założyła obóz, gdzieś w okolicy i siała terror. Opis nie mógł być bardziej dokładny. Wiedziała jednak, że jestem tutaj, bo moi ludzie nie wpadli na nią ani razu.
Kolejnym problemem był Gruby. Chociaż jego wkład w przeszukiwania pobliskich budynków był ogromny i dzięki niemu przebiegł bez większych problemów, to jakimś cudem znalazł narkotyki. Był wciąż lojalny i nie sprawiał żadnych problemów, jednak często odrywał się od rzeczywistości, co bywało niebezpieczne. W końcu gdyby nas zaatakowały trupy, lub ocalali i musielibyśmy uciekać, nie mielibyśmy jak go zabrać. Baza wyglądała solidnie. Wzmocnione okna i drzwi, zabudowana barykadami okolica i pełna kontrola okolicznych zaułków.
                Wybieraliśmy się akurat na ważną misję w okolicę Białegostoku. Siedziałem przed barem popijając poranną kawę i ciesząc się ciepłym dniem, co ostatnio było sporą rzadkością, kiedy podszedł do mnie Jacek.
- Auto jest gotowe do drogi – powiedział niepewnym głosem. Wiedziałem, co go gryzie.
- Nie mamy innego wyjścia – odpowiedziałem nie patrząc na niego.
- Nie musimy tego robić. Moglibyśmy dać sobie spokój. Minął już tydzień. Ci którzy jeszcze żyją dzielą się na dwa rodzaje – niebezpieczni i ich przyjaciele – słuchałem podobnych argumentów już od wczoraj.
- Dobrze wiesz, że ten człowiek i jego grupa sprowadzili tutaj sporo trupów. Nie obchodzi mnie czy zrobili to przypadkiem czy nie. Zginęła dwójka dobrych ludzi. Muszą za to zapłacić. Patrole widziały ich w okolicy już parokrotnie. Na pewno mają swoją miejscówkę gdzieś przy Białym – nawiązałem do sytuacji, która również nękała mnie od paru dni. W okolicach kręcił się tir, w którym mieszkała grupa ocalałych. Na ich czele stał postawny mężczyzna, mający na oko trzydzieści parę lat. Nie miał wiele osób przy sobie, ale ostatnio sprowadził w tę okolicę trupy, które zabiły dwóch ludzi, którzy dali się otoczyć podczas ucieczki. Zagrożenie całe szczęście minęło, ale musiałem działać. Wiedziałem, że nie eliminując w czas zagrożenia ryzykuję. A nie chciałem ryzykować życiem tych ludzi.
- Ech nie da się cię przekonać – stwierdził zrezygnowanym tonem Jacek, kręcąc powoli głową.
- Damy radę. Gdzie podział się Kierowca? – jego imię brzmiało tak naprawdę Dominik, ale Kierowca lepiej do niego pasował, w końcu to on nas wszędzie woził i przywiózł tutaj.
- Próbował robić coś na rynku, zostawił tam swój autobus i  zaraz powinien się pojawić.
                Rzeczywiście parę minut później zobaczyłem grupę, na czele której stał Kierowca. Otworzyli bramę i połowa rozeszła się do budynku, a druga połowa została, pakując ostatnie rzeczy do auta. Michał wiedząc, co się dzieje wyszedł z baru i przywitał nas skinieniem głowy.
- Pamiętaj młody, zostawiam to wszystko tobie. Uważaj na wszystko i pamiętaj jak coś pójdzie nie tak każ Grubemu wyprowadzić ludzi i uciekajcie – powtórzyłem mu po raz kolejny, od dawna ustalany plan w razie gdyby coś się stało.
- Jasna sprawa. Uważajcie na siebie. Ci ludzie nie są bezpieczni – ostrzegł mnie Michał.
Podszedłem do niego i uścisnąłem mu dłoń. Auto było zapakowane, więc ostatni raz spojrzałem na budynek baru, po czym usiadłem na siedzeniu pasażera tuż obok Kierowcy. Widziałem na jego twarzy skupienie, takie samo jak zawsze gdy miał prowadzić jakiś pojazd. Wziąłem od Jacka mapę i pokazałem kompanowi co i jak:
- Jedziemy główną po czym odbijamy tutaj – stuknąłem palcem punkt na mapie  - i tam na nich czekamy. Z tego co wiem przejeżdżają tamtędy przynajmniej raz dziennie, a droga jest długa i otoczona lasem. Nie będą mogli stamtąd uciec.
- Dalej nie rozumiem czemu się tak na nich uwzięliśmy – dodał z tyłu Jacek. Pewnego dnia zrozumiesz, powiedziałem w myślach, nie chcąc znów wdawać się w dyskusję.
                Ruszyliśmy. Na niebie widać było pojedyncze chmurki oraz słońce, które sprawiało, że aż chciało się żyć. Byłem zaskoczony jak dobrze zniosłem koniec świata. Może od zawsze pasowałem do właśnie takich klimatów, zastanawiałem się w myślach. Samochód mknął po drodze. Wyjechaliśmy z miasta i w krótce znaleźliśmy się na długiej, prostej, asfaltowej drodze prowadzącej do Białegostoku. Do samego miasta nie zapuszczaliśmy się ani razu, dobrze wiedzieliśmy, że nie spotka nas tam nic dobrego. Skoro nawet w Supraślu zdarzały się kontakty z innymi Ocalałymi to co dopiero w takim mieście jak to.
                Patrząc za okno świat wydawał się taki jak kiedyś, nie licząc pojedynczych trupów, które przechadzały się między drzewami szukając pożywienia. Gdy tylko nas zauważały odwracały powoli głowy, ale zanim zdążyły chociaż zmienić kierunek ruchu, już byliśmy daleko od nich.
- Jak jesteśmy uzbrojeni? – zapytałem.
- Cztery karabiny, sporo amunicji, zapasowe pistolety, nasze najlepsze bronie –powiedział.
- To bardzo dobrze. Pamiętajcie robimy jak najwięcej możemy i w razie problemów wycofujemy się nawet na piechotę. Dojście do Supraśla jest niczym w porównaniu z dostaniem kulki. A tym tirem nie będą mogli gonić nas przez las –przypomniałem kolejne elementy planu. Odpowiedziały mi niechętne przytaknięcia. Wiedziałem, że powtarzam im to już po raz enty, ale wolałem żeby byli źli na mnie, za moje natręctwa niż martwi.
                Droga do Białegostoku nie była daleka i już godzinę później byliśmy na zaplanowanym miejscu. Prawie kilometrowy odcinek drogi, bez żadnego zjazdu w bok, nawet leśnych ścieżek odchodzących na boki. Jadąc samochodem bez większych problemów zjechaliśmy w krzaki i zaparkowaliśmy pomiędzy dwoma drzewkami, ale wiedziałem, że Tirem nie da się tak łatwo manewrować.
Wysiedliśmy i zaczęliśmy zdecydowanie najcięższy etap – czekanie. Wciąż nie byłem pewien jak planujemy zatrzymać tir, ale miałem parę planów i któryś z nich musiał się udać. Słońce rzucało coraz to dłuższe cienie,  opadając coraz niżej, ku horyzontowi. Wiatr rozrzucał liście pod naszymi nogami i sprawiał, że momentami przechodziły ciarki po plecach. Szum unosił woń zgniłych liści, których z każdą chwilą było coraz więcej, zupełnie jak trupów na świecie.
- Może wyjdę z kimś na drogę i jak będą jechali to po prostu zaczniemy strzelać. W prostej linii powinniśmy bez problemu zabić tego ich całego kierowcę – zaakcentował te słowo, bo wiedział, ze łatwo go było pomylić z naszym Kierowcą.
- Na takim odcinku to chyba będzie najlepsza opcja. Mogę pójść z tobą. Jeżeli nie trafimy to po prostu zbiegniemy w las. Właściwie możemy próbować strzelać w opony. Seria powinna skutecznie ich zatrzymać – zastanawiałem się. Siedziałem teraz oparty o drzewo i zbierałem siły. Podobnie spędzała czas reszta. Droga była na tyle prosta, a tir na tyle duży, że nie musieliśmy się martwić, że go nie zauważymy.
- Myślę, że my powinniśmy skupić ogień na szybach. Kierowca i Grzechu będą walić po oponach. Po takiej salwie na pewno się zatrzymają. Będą musieli – zarzucił pomysłem Jacek.
- Zgoda – odpowiedziałem nie chcąc się kłócić, szczególnie, że pomysł naprawdę miał szansę zadziałać pomimo swojej prostoty.
                Nagle usłyszeliśmy w krzakach od strony zachodniej szumy. Sięgnąłem szybko po broń i spokojnie, nie robiąc hałasu wycelowałem. Jacek próbował zachować spokój, ale wychodziło mu to nieco gorzej, bo podniósł się i rozejrzał. Zobaczyłem jednak szybko ulgę na jego twarzy.
- To tylko trup. Idzie w naszą stronę, zajmę się nim – powiedział.
Zobaczyłem jak rusza pewnym krokiem, przesuwając dłonią krzaki i wyjmując nóż. Ostrze zalśniło w blasku słońca i wydało specyficzny dźwięk podczas wyjmowania zza paska. Trup wyglądał na całkiem świeżego, z rany na policzku wciąż sączyła się odrażająca mieszanka ropy i krwi. Jacek poczekał aż trup wyciągnie ręce i uderzy w niego z większą prędkością, aby wykorzystać tę siłę i przebić  się przez oczodół do mózgu. Udało mu się to bez problemu. Złapał zombie za głowę i powoli położył go na ziemi. Robił to z taką delikatnością, jakby to wciąż była żywa osoba.
                Ledwo głowa trupa dotknęła ziemi, kiedy usłyszeliśmy dźwięk nadjeżdżającego pojazdu. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to musi być właśnie nasz cel, bo słychać go było wyraźnie, a nie widzieliśmy go jeszcze na prostej drodze.  Wstałem i podbiegłem w stronę drogi przeładowując i odbezpieczając broń. Karabin przyjemnie ciążył w ręce, napawając mnie poczuciem pewności siebie, a dźwięki przeładowywanych obok mnie karabinów sprawiały, że czułem się jeszcze lepiej. Zajęliśmy pozycję na poboczach drogi, tak żeby było nas widać, ale zarazem żebyśmy byli w stanie szybko się wycofać i uciec.
                Ogromny tir wyłonił się po chwili przed nami i z każdą sekundą był coraz bliżej. Wydawało by się jakby sunął na nas ogromny, metalowy byk, który tylko czeka na chwilę zawahania żeby nas zaatakować. Ja jednak byłem już wcelowany. Każdy metr bliżej sprawiał, że cel, którym była szyba, stawał się coraz większy. Chociaż pojazd robił naprawdę spory hałas, to przez chwilę wydawało mi się, że wszystko ucichło, jakby świat brał głęboki oddech przed tym co miało się stać. Palec nerwowo chodził mi po spuście, ale wiedziałem, że wrogowie muszą być bliżej, żeby nie zepsuć tej akcji. Bo drugiej szansy raczej nie mieliśmy.
                Pociągnąłem za spust. Cisza została rozerwana kanonadą pocisków. Tir zatrzymał się prawie momentalnie. Pociski jednak nadal leciały jakby miały rozerwać pojazd na pół. Z przedniej szyby nie zostało kompletnie nic. Opróżniłem magazynek w parę sekund, po czym sięgnąłem po drugi, bo dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa walka. Drzwi od ładowni otworzyły się z hałasem i zaczęli z nich wychodzić ludzie. Schowałem się za drzewem i co chwilę wychylałem delikatnie, żeby sprawdzić czy wiedzą, gdzie jesteśmy. Jacek był tuż przy mnie, leżał w krzakach i celował. Po drugiej stronie drogi znajdował się Kierowca oraz mężczyzna, który się z nami zabrał na tą niebezpieczną misję.
                Wrogowie otworzyli ogień. Nie wiedzieli dokładnie, gdzie jesteśmy, ale i tak pociski przelatywały niebezpiecznie blisko naszych pozycji. Jeden nawet trafił w drzewo, odłamując kawałek kory i upadając gdzieś przy mnie. Wyjrzałem i zobaczyłem, że kierowca tira, pokaźny mężczyzna, którego widziałem już wcześniej trzyma się za twarz, która była całkowicie zakrwawiona. Musiał dostać gdzieś w okolicy oka. Kobieta stojąca przy nim starała się mu pomóc. Przed nimi stała piątka ludzi, którzy strzelali i rozglądali się uważnie, używając tira jako zasłony. Nie wiedzieli jednak skąd może paść ostrzał, a musieli zabandażować rannego. To była nasza szansa. Podbiegłem kawałek w prawo, żeby mieć prostszą linię do strzału. Jacek w tym momencie wypuścił parę pocisków, żeby odwrócić ich uwagę ode mnie. Przebiegłem szybko paręnaście metrów i kucając wystrzeliłem.
                Pierwsze strzały poleciały wyżej i obiły ściany pojazdu. Udało mi się jednak skontrolować odrzut i przejechać po ludziach broniących mężczyzny. Dwie osoby upadły natychmiastowo, z kulkami w głowie. Jedna dostała po nodze i odskoczyła w bok, a dwie ostatnie schowały się po drugiej stronie tira. Nie pomogło im to jednak w ogóle, bo po chwili zobaczyłem jak upadają, przedziurawieni jak sito przez Kierowcę. Walka mogła wydawać się wygrana, ale w tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłem kiedy kierowca tira wstał z ogromną bronią w ręku. Musiał to być jakiś karabin snajperski, bo był naprawdę długi i prezentował się świetnie. Pomimo rany na twarzy mężczyzna zaczął mierzyć gdzieś na tyły, tam gdzie stał Kierowca i wystrzelił. Huk jaki poszedł był straszny. Wydawało się jakby w tamto miejsce uderzyła błyskawica.  Chciałem powstrzymać mężczyznę, ale kobieta, która go chwilę wcześniej bandażowała zlokalizowała mnie i Jacka i puściła serię po krzakach.
                Przeszywający ból w ramieniu gdy kula przechodziła przez moje ciało był nie do opisania. Upadłem na ziemię aby uniknąć kolejnego trafienia, ale wiedziałem, że moi ludzie wciąż tam są. Jacek dobiegł do mnie po chwili i pomógł mi schować się za drzewo. Pomimo zabicia piątki z nich i tak nie wygraliśmy tej walki. Teraz my byliśmy w kiepskiej pozycji, schowani za drzewem.  Wrogowie jednak do nas nie podchodzili. Baliśmy się wychylić, aby zobaczyć jak wygląda sytuacja, ale nie słyszeliśmy zbliżających się kroków. Padł tylko jeszcze jeden strzał z snajperki.
                Po chwili usłyszeliśmy dźwięk odpalanego silnika i zobaczyliśmy, że tir odjeżdża w drugą stronę. To był koniec starcia.
- Wszystko ok? – zapytał Jacek.
- Ta… boli jak cholera, ale żyje – odpowiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- Musimy sprawdzić, co z Kierowcą i tym drugim – stwierdził.
- Dobra – podniosłem się przy jego pomocy i spojrzałem na ulicę. Nie wyglądało to zbyt ciekawie. Leżało tu siedem ciał. Poczułem dziwne ukłucie w brzuchu, kiedy zobaczyłem, wręcz rozerwane, ciało Kierowcy. Dostał w brzuch, a moc broni, którą miał mężczyzna była ogromna, bo pocisk przeleciał na wylot zostawiając sporą dziurę. Tuż obok leżał drugi z naszej grupy, która miał mniej szczęścia bo dostał prosto w głowę. Wyglądało to jakby ktoś odłamał kawałek okrągłego ciasteczka, zostawiając nierówną jedną czwartą.
- Kurwa… - skomentował krótko Jacek.
- Musimy się stąd zbierać – powiedziałem.
- Poczekaj – poprosił po czym uklęknął przy Kierowcy i pewnym ruchem przebił ostrzem przez dolną część twarzy do mózgu. Widziałem jak drżały mu ręce – To nie było opłacalne.
- To było konieczne – odpowiedziałem odwracając się i sprawdzając, czy ktoś z grupy z tira przeżył. Już mieliśmy odchodzić, kiedy zauważyłem, że jedna z osób wciąż oddycha. Podszedłem do niej i zdałem sobie sprawę, że to ten chłopak, który dostał w nogę i odczołgał się do tyłu. Był młody, wyglądał jakby miał tyle lat co moja starsza córka. Nie miałem jednak skrupułów. Wycelowałem karabinem i już miałem strzelać, kiedy on wydał z siebie dźwięk. Przez chwilę myślałem, że próbuje coś powiedzieć, ale to był tylko śmiech. Dławiący, charczący rechot.
                Zdenerwowany zachowaniem chłopaka przyłożyłem mu lufę do głowy. Chciałem żeby się bał. On jednak wycharczał tylko:
- Strzeż… się… Łowcy.
Strzeliłem. Jego słowa była zastanawiające, ale nie miałem teraz czasu na analizę. Zebraliśmy bronie i ruszyliśmy w stronę auta. Droga powrotna była znacznie szybsza. Jacek nie odzywał się ani słowem, a ja byłem mu za to wdzięczny. Wystarczająco biłem się teraz z myślami. Nie miałem żadnego problemu z ocenieniem tego ataku na bardzo korzystny, jednak zginęła kolejna dwójka ludzi i te słowa umierającego chłopaka. „Strzeż się Łowcy”, co one mogły oznaczać? Czy Łowca to był ktoś z ich grupy? Może to właśnie jego trafiliśmy w twarz? A może był nowy odłam tej całej grupy, o której nie wiedzieliśmy? Pytań było mnóstwo, odpowiedzi niewiele. Jeden problem jednak miałem już z głowy i chociaż zapłaciłem za niego dużą cenę, zapewniłem spokój.
                Dojechaliśmy do Supraśla gdy było już ciemno. Z uśmiechem na twarzy przywitałem światła oświetlające główną ulicę przed barem i sam bar. Kosztowało nas to sporo wysiłku, ale oświetlenie okolicy było na dłuższą metę dobrym pomysłem. Jak ktoś miał nas znaleźć  to i tak by to zrobił, a w ten sposób my mogliśmy widzieć wszystko.
                Wjechaliśmy na podwórze baru, po tym jak Michał otworzył nam bramę. Wysiadłem z samochodu, wciąż trzymając się za zranioną rękę. Bolała mnie, ale już dawno przestała krwawić. Mimo to chciałem dać ją do obejrzenia lekarzowi, który szczęśliwie był jednym z uczestników wycieczki. Poskładał już nie jedną osobę i pomógł tym samym utrzymać nasz obóz w aktualnym stanie. Spojrzenie Michała do środka, gdzie byłem tylko ja i Jacek musiało być wyraźne, bo nawet nie pytał o Kierowcę i drugiego pasażera.
- Udało wam się ich wybić? – zapytał.
- Załatwiliśmy piątkę i okaleczyliśmy ich szefa. Raczej się z tego nie poskładają – powiedziałem.
- Dobre i to – ucieszył się – Lepiej pokaż tę ranę doktorkowi. To raczej nic poważnego, ale lepiej dmuchać na zimne.
- Tak zrobię – zapewniłem po czym ruszyłem do wnętrza. Drzwi były otwarte, bo przed samym barem, a także na dachu mieliśmy ludzi, którzy ciągle pełnili wartę. W głównej sali siedziało teraz parę osób, które szyły ubrania, oraz grały w rzutki. Przywitałem ich skinięciem głowy i szybko ruszyłem na zaplecze. Ledwo przeszedłem przez drzwi, a spotkałem Grubego. Spojrzał na mnie ponuro.
- Już wróciliście? Co ci się stało?
- Trafili mnie. Spokojna głowa to nic poważnego. Jakieś wieści? – zapytałem.
- Niejaka Łapa  była widziana przez naszych w Grabówce. Podobno sporo tam namieszała i starła się z inną, przejeżdżającą grupą – zaraportował.
- To wszystko? – zapytałem. Wiedziałem, że moje córki są w pobliżu i wiedziałem, że póki nie usłyszę, że udało się im ją złapać to nic nie zmieni. Nie wiedzieliśmy gdzie i czy w ogóle ma obóz.
- Ta. Bez zmian – powiedział.
- Dzięki – klepnąłem go po ramieniu zdrową ręką – Pilnuj się chłopie.
- Jasna sprawa – obiecał, po czym poczłapał wolnym krokiem w stronę swojego pokoju.
                Doktor oczyścił i zabandażował mi ranę. Dał mi też jakąś maść po czym kazał odpoczywać przez parę dni. Wyjątkowo miałem taki zamiar. Po wizycie poszedłem prosto do swojego pokoju. Udało mi się zarezerwować całkiem przytulny pokój, z oknem wychodzącym na stronę, z której przyszliśmy, czyli most. Sięgnąłem po przemyconą butelkę whisky i nalewając sobie solidną ilość do szklanki, usiadłem ciężko na starym, rozpadającym się fotelu. Wystarczyło parę łyków żebym zasnął.
                Obudziły mnie krzyki. Z początku przerażony poderwałem się szukając broni z obawą, że ktoś na nas napadł, ale zdałem sobie sprawę, że krzyki były raczej odległe i dochodziły z zewnątrz. Mimo tego szybko się ubrałem, wziąłem jeszcze jednego łyka whisky i ruszyłem schodami na dół. Na jednym z korytarzy  wpadłem na Grubego, który właśnie szedł do mnie.
- Co się dzieje? – zapytałem.
- Jakaś dziewczyna lub kobieta krzyczy parę ulic dalej. Co mamy z tym zrobić?
- Musimy to sprawdzić – odpowiedziałem prawie natychmiast, przyspieszając. Chociaż nie byłem człowiekiem wierzącym w cuda, to mogła być któraś z moich córek, a nie mogłem przegapić takiej okazji. W głównym pomieszczeniu panowało poruszenie, ludzie wyglądali przez okna i szukali źródła hałasu.
- Jeżeli zaraz tam nie pójdziemy te wrzaski ściągną wszystkie trupy z okolicy – zauważył Jacek.
                Wyszliśmy na dwór. Było całkiem zimno, a księżyc wisiał wysoko na niebie. Musiał być późny wieczór. Michał, Gruby i Jacek poszli za mną. Otworzyłem furtkę i wypuściłem ich, zamykając za nami, na wypadek gdyby to była pułapka. Krzyki było słychać znacznie wyraźniej niż w budynku i dochodziły z ulicy naprzeciwko nas. Ledwo wyszliśmy na ulicę, gdy zauważyliśmy po naszej lewej parę trupów idących mostem. Wszystkie pracę oczyszczające okolicę zostały zniweczone.  Zimne powietrze nieprzyjemnie drażniło moją ranę i sprawiało, że gdy tylko prostowałem lub zginałem rękę, odczuwałem falę tępego bólu.
                Skręciliśmy w uliczkę obok, która prowadziła do sklepu, który zdążyliśmy już całkiem dokładnie przeszukać, oraz paru piętrowych budynków, które kiedyś mieściły nieduże sklepy lub biura. Dźwięk dochodził gdzieś stąd, widzieliśmy parę trupów dobijających się do niedużego kiosku stojącego obok sklepu.
- Tam – wskazał Jacek.
W środku widać było światło, a na około znajdowało się parę trupów, które usilnie starały się dostać do środka. Ruszyliśmy ostrożnie do przodu. Kiosk trzymał się jeszcze nieźle, więc nie musieliśmy się aż tak śpieszyć, żeby uratować nieznajomą kobietę. Teraz z bliska było dokładnie słychać, że prosiła o pomoc, ale była tak wystraszona, że z jej ust dobywał się bardziej bełkot niż słowa.
                Powoli ruszyliśmy od flanki, tam gdzie było nieco mniej trupów. Kolejne podchodził z pobliskich uliczek i powoli zamykały nam drogi ucieczki. Zamachnąłem się do najbliższego i wbiłem mu nóż w oko, wyjmując go w miarę gładko i nie tracąc przy tym równowagi.  Jacek tuż obok mnie powalił kolejnego trupa toporem.  Gruby podbiegł nieco bliżej i odpychając trupy rękoma, dobijał je metalową pałką. Michał trzyma się nieco bardziej z tyłu i czekał z wyciągniętą bronią, żeby w razie większych problemów osłaniać nas. Dosyć sprawnie przebiliśmy się pod sam kiosk. Trupy były coraz bliżej, ale Jacek wraz z Grubym osłaniali mnie, a Michał zaczął strzelać.
                Pociągnąłem za klamkę, ale drzwi były zamknięte od środka. Podszedłem do szyby i zapukałem. W środku rzeczywiście była jakaś dziewczyna. Przez szybę nie byłem pewien, czy to mogła być któraś z moich córek, ale gdy mnie zauważyła odsunęła się pod ścianę.
- Otwieraj do cholery! Za chwilę będzie tu ich więcej! – krzyknąłem pokazując na drzwi.  Jacek odskoczył w moją stronę, gdy próbował go złapać jeden z trupów i z całym impetem nadepnął na jego czaszkę wgniatając ją delikatnie.
Dziewczyna z kiosku była przerażona, ale zareagowała szybko. Drzwi otworzyły się, a ja pociągnąłem ja za rękę, co wywołało kolejną falę bólu w moim ramieniu, ale ciągnąc ją, zacząłem przebijać się z powrotem. Michał właśnie przeładowywał karabin, kiedy nasza czwórka zaczęła się do niego przebijać.
                Dziewczyna już nie krzyczała, ale teraz byłem pewien, że jej nie znałem. To była przypadkowa ocalała. Nie mogłem jej jednak teraz tak zostawić, kiedy zaryzykowaliśmy tak dużo. Gruby wyjął pistolet, to samo zrobił Jacek. Zombie było po prostu za dużo, żeby ryzykować walką na blisko. Przejście do uliczki, z której przyszliśmy, nie było łatwe, ale na całe szczęście ona była czysta. Udało nam się uciec. Ruszyliśmy pędem wzdłuż ulicy prosto do naszego obozu. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę furtki i ją zamknęliśmy, odetchnęliśmy z ulgą.  Oddychaliśmy ciężko, płuca wydawały się być suche, a serce waliło jak oszalałe. Gruby, który przebiegł najwięcej sapał jak parowóz, ale nikt z nas nie został ugryziony, a dziewczyna, którą uratowaliśmy też była dobrym stanie. Patrzyła na nas wystraszona.

- Dziękuje – powiedziała po cichu.