piątek, 9 maja 2014

Rozdział 23: Śnieżyca

Rozdział 23, coraz bliżej końca ;) Przeczytajcie, skomentujcie i wyślijcie znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 23: Śnieżyca


                Obserwowałem ją w ciszy. Za oknem było i ciemno i biało naraz. Ciemno przez otaczającą nas noc, a biało od śniegu, który sypał jak szalony. Bałem się, że będziemy mieli problemy z wyjściem stąd, gdy się obudzimy. Całe szczęście dom był szczelny i miał nawet piecyk z zapasem drewna, dzięki czemu wszystkim było ciepło. Obserwowałem moich przyjaciół patrząc głównie na Łapę. Nie mogłem jej obwiniać o to, że pojechaliśmy do Supraśla, ale to była poniekąd jej wina. Gdyby nie pojawiła się w moim życiu, prawdopodobnie nie uciekałbym z obozu, żeby się od niej uwolnić. Siedziałbym sobie teraz w domu Kiciusia i rozmawiał o czymś beztrosko z Natalią lub Miczi. Westchnąłem. Obie prawdopodobnie były daleko stąd, w najgorszym wypadku nie żyły. Nie miałem sił na płacz, chciałem się tylko wyspać i trochę odpocząć, jednak nie mogłem. Wszyscy byli zmęczeni zarówno psychicznie i fizycznie.
                 Zamykając oczy przenosiłem się do pomieszczenia w Supraślu i widziałem Grubego, który przychodził mnie bić. Potem przypominałem sobie, że on już nie żyje. Każdy z nas stracił kogoś podczas ataku osób z Supraśla na obóz. Łapa była cały wieczór smutna, z powodu utraty siostry, chociaż starała się to sprawnie ukrywać. Chciałem ją pocieszyć, chociaż wiedziałem, że nie mogę. Dalej czułem coś do Natalii i moim priorytetem było ją znaleźć. Bałem się o Sołtysa, który stracił oficjalnie ostatniego mieszkańca Królowego Mostu, nie licząc Kiciusia. Jest takim starym człowiekiem, a przeżył wszystkich młodszych i zdrowszych. To musiało być smutne.
                 Kiciuś dalej ubolewał wewnętrznie nad stratą Eryka i wiedziałem, że wciąż nie wybaczył Łapie. Chociaż ją zaakceptował. Spojrzałem znowu na śpiącą dziewczynę. Była piękna i groźna zarazem. Leżała przytulona do Nieznajomej żeby zachować więcej ciepła. Obie zaprzyjaźniły się, co było całkiem ciekawe. Musiałem dowiedzieć się więcej o obu paniach. Nie znałem imienia żadnej z nich. Były to dla mnie po prostu „Nieznajoma” i „Łapa”. Nagle zdałem sobie sprawę, że Łapa otworzyła oczy i patrzyła na mnie. Speszony odwróciłem wzrok, ale usłyszałem, że czarnowłosa wstaje i idzie w moją stronę. Nie mając innego wyjścia uśmiechnąłem się słabo i podsunąłem aby usiadła obok mnie. Nadal do końca jej nie ufałem, pamiętałem co zrobiła z Erykiem i o skutkach jej ataku na obóz. Mimo to apokalipsa zmusiła mnie do zaufania jej i miałem nadzieję, że jakoś na tym wyjdę. Gdy poczułem jej ciepło obok mnie, przez ciało przeszły mi dreszcze. Czułem dziwną mieszankę ekscytacji i zaciekawienia. Nie dałem jednak tego poznać po sobie. Spoglądałem do przodu, na śpiących Cinka, Ernesta oraz Nieznajomą. Spodziewałem się usłyszenia jak zwykle pewnego siebie głosu Łapy, lecz to co zrobiła zaskoczyło mnie.
                 Usłyszałem płacz. Zobaczyłem jak po jej pięknej twarzy spływają łzy, które skapywały po chwili na koc którym się okryła. To mnie całkowicie zdziwiło. Była chyba najtwardszą osobą jaką znałem, a teraz siedziała przy mnie i łkała jak dziecko. Nie wiedziałem co zrobić, więc zadziałałem impulsywnie i przytuliłem ją. Wtuliła się we mnie gwałtownie i łkała cicho. Mi też chciało się płakać, ale nie mogłem pokazywać po sobie słabości. Jeżeli ludzie zobaczyliby, że nawet ja się poddaje to oznaczałoby koniec. Wydawało mi się, że jestem ostatnim filarem tej drużyny. Nagle Łapa odezwała się:
— Przysięgałam ją chronić Bobru. Obiecywałam, że nic jej się nie stanie. Miała być bezpieczna, a mimo to jest teraz nie wiadomo gdzie, możliwe, że już nie żyje.
Było mi jej żal. Straszliwie żal. Nie chciałem jej pocieszać pustymi słowami, więc tylko mocniej ją przytuliłem. Siedziała przy mnie jeszcze parę minut, kiedy zauważyłem, że zasnęła. Delikatnie zdjąłem ją z siebie i położyłem pod ścianą. Przykryłem ją starannie po czym sam położyłem się obok i natychmiast zasnąłem.
                 Obudziłem się z rana, kiedy reszta zbierała się powoli do zjedzenia czegoś. Cinek grzebał w plecaku i podawał puszki z żywnością Kiciusiowi. Wyjrzałem za zasłonę i zobaczyłem, że śnieg ciągle pada. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Przeciągając się spojrzałem na Łapę, która ciągle leżała przy mnie. Podniosłem się i ubrałem aby dołączyć do moich przyjaciół. Nikt nie zadawał pytań związanych z tym, że Łapa spała przy mnie co mnie w sumie cieszyło. Na śniadanie była podgrzewana przy piecyku fasola. Zawsze lubiłem to warzywo i zjadłem z apetytem całą puszkę popijając wodą. Następnie sprawdziłem stan mojego uzbrojenia. Nóż, który zabrałem z domu w Białymstoku wydawał się brudny i odrobinę tępy, więc pożyczając nóż Nieznajomej przejechałem parę razy ostrzem po ostrzu, aby chociaż trochę zwiększyć ostrość broni. Do pistoletu miałem jeszcze dziesięć naboi. Niestety amunicja kończyła nam się i w sumie każdy z nas miał ostatnie magazynki. Wiedziałem, że teraz musimy oszczędzać każdy nabój.
                 Nieznajoma zaczęła budzić Łapę. Kiedy czarnowłosa wstała spojrzała na mnie ale szybko odwróciła wzrok. Rozumiałem, że była odrobinę zawstydzona chwilą słabości, ale nie miałem zamiaru jej tego wypominać. W końcu każdemu może się coś takiego zdarzyć.  Cinek wyszedł z toporem na ganek, aby zobaczyć, czy śnieg pozwoli nam swobodnie się poruszać. Miał zamiar sprawdzić również okolicę pod kątem obecności umarlaków. Usiadłem na jednym z krzeseł stojących w chatce i odezwałem się:
— Słuchajcie musimy ustalić co dalej. Moim zdaniem powinniśmy wyruszyć do Kołodna i Supraśla i poszukać śladów grupy Miczi. Nie zaszkodziłoby znaleźć samochodu, nie wiem czy wytrzymamy długo na tym cholernym mrozie.
— Moglibyśmy też wrócić do obozu i sprawdzić czy nikt tam nie wrócił. Ostatecznie wydaję mi się, że wszyscy będą szukać się właśnie w tym miejscu – stwierdził Sołtys.
— Ja mimo wszystko wróciłbym do Supraśla. Jak pomyślę, że te gnojki zaatakowały ludzi, którzy po nas pojechali to krew się we mnie gotuje – powiedział Kiciuś.
— Mówisz o zemście na nich? Jest nas co prawda teraz sześcioro, ale to wciąż może być za mało. Nie wiem co prawda ile osób zginęło w ataku na nasz obóz, ale wydaję mi się, że ich wciąż będzie więcej. A nie zapominajmy, że amunicja nam się kończy. Nie możemy pozwolić sobie na strzelaninę, chyba, że przejęlibyśmy ich skład broni o ile takowy mają – odpowiedziałem.
— Sam grubas, który nas trzymał miał spory zapas amunicji i broni, można by spróbować. Wątpię, żeby spodziewali się naszego powrotu. W końcu zaledwie dwa dni temu stamtąd uciekliśmy – rzekł Kiciuś.
— Mają broń. Pojazdy też. Wiem, bo moi ludzie, zanim zlokalizowali wasz obóz w Królowym chcieli zaatakować ich. Niestety po obserwacji i nawet jednej próbie ataku odpuściliśmy sobie. Było ich po prostu za dużo – włączyła się do rozmowy Łapa
                 W tym momencie do chaty wrócił Cinek. Ostatecznie ustaliliśmy, że wyruszymy do Supraśla i tam poszukamy grupy Miczi. Zebraliśmy się i już piętnaście minut później byliśmy w drodze. Śnieg napadał do kolan, przez co poruszało się naprawdę ciężko. Było jednak cieplej niż wczoraj, co znacznie ułatwiło nam podróż. Szliśmy w kupie, trzymając się blisko siebie i mając bronie gotowe w każdej chwili do wystrzelenia. Z przodu szedłem ja i Kiciuś, w środku Łapa i Nieznajoma, a pochód zamykał Sołtys i Cinek. Czułem się zdenerwowany, te uczucie trzymało się mnie kurczowo od paru dni, od czasu wyruszenia po zapasy. Najpierw więzienie, potem rozpad obozu. Wszystko to stało się tak szybko, że mogłem to porównać z kolejnym wybuchem apokalipsy. Cały świat przewrócił się do góry nogami po raz drugi.
                 Dróżka doprowadziła nas do zakrętu za którym było Kołodno. W oddali było słychać wciąż charakterystyczny dźwięk przemarszu hordy. Nie wiedziałem gdzie teraz jest dokładnie, ale byłem pewien, że nie jest tak groźna jak przed opadem śniegu. Na własne oczy przekonałem się, że zombie są teraz wolniejsze niż zwykle, a te uszkodzone przymarzają do różnych słupów, albo całkowicie zatrzymują się przez to, że wnętrzności miały tak zamrożone, że uniemożliwiały one zginanie kolan czy też po prostu ruszanie nogami. Wolałem jednak ominąć Kołodno, żeby na nie wpaść. Przy samym Kołodnie skręciłem na północne pola i trzymając się linii lasu zacząłem przeprowadzać moich przyjaciół przez obsypane śnieżną pierzyną tereny.
                 Zadziwiało mnie to jak Sołtys utrzymywał tempo pięciu młodszych ludzi. Byłem pewien, że zdrowy tryb życia i odpowiednia dieta złożona z naturalnych i świeżych produktów przyczyniła się do kondycji starca. Spoglądając daleko na północ, wśród drzew widać było szczyt wieży obserwacyjnej. Pamiętam jak dziś jak byłem tam z Gigantem, Szpiegiem oraz Natalią. Teraz nie wiedziałem nawet czy żyją. Moje życie zamieniło się w jedną wielką niewiadomą. Byłem ponownie na drodze, tylko z jedną różnicą – tym razem nie byłem sam. Mijając Kołodno na około trafiliśmy na ambonę. Dwa lata temu na wakacjach wspinaliśmy się na nią z Kiciusiem i Cinkiem. Teraz stał przy niej trup. Był przysypany do pasa śniegiem i machał żałośnie łapskami. Zaczął wydawać charakterystyczny dźwięk, który sprawiał, że włos na głowie się jeżył, kiedy nas zauważył.
                 Cinek podszedł do niego i od niechcenia zamachnął się toporem farbując okoliczny śnieg na czerwono.  Cała nasza szóstka była już przyzwyczajona do zabijania zombie. Człowiek żyjący około miesiąca w tym świecie po prostu miał to już w nawyku. Zrobiliśmy przy nim mały postój, żeby się napić. Z początku planowałem wspiąć się na ambonę i rozejrzeć, ale kiedy zobaczyłem w jakim jest stanie uznałem to za zbyt niebezpieczne. Rozejrzałem się po polach otaczających Kołodno widząc odległe sylwetki hordy zombie będące przy wschodnim wyjeździe z miasta. Widać, że zmierzały w stronę Królowego Mostu. Posmutniałem na myśl o straconym obozie i przyjaciołach. Chociaż możliwa była opcja, że zginęli, wierzyłem w to coraz mniej. Starałem się jednak odrzucać tak negatywne wizje z mojej głowy i starać się być przykładem dla reszty. Ludzie mnie słuchali i szanowali, nie mogłem zniszczyć swojej reputacji, która utrzymywała grupę w jedności. Żałowałem teraz, że nie wziąłem ze sobą lornetki z Królowego Mostu. Byłem pewien, że widziałem jakieś w miarę sprawne auto, ale było ono za daleko, żeby stwierdzić czy to prawda czy fałsz. Pokazałem go Kicusiowi, ale ten stwierdził, że nie ma co ryzykować i znajdziemy coś na drodze za Kołodnem. Miałem taką nadzieję.
                 Wiatr zaczął wiać mocniej o przeradzając śnieżycę w drobną zamieć. Najgorsze jednak było to, że wiatr wywiewał nasz zapach w stronę odległych teraz o około półtora kilometra trupów. Jak znajdą nasz trop to będziemy mieli ogromne problemy. Zadrżałem na samą myśl. Przyspieszaliśmy tempa, a słońce wisiało wysoko nad nami. Dwadzieścia minut zajęło nam przebrnięcie przez zaspy do drogi głównej kawałek za Kołodnem. Widzieliśmy coś co wyglądało jak auto na końcu polnej drogi więc ostrożnie ruszyliśmy w tym kierunku. W miarę zbliżania się do celu nie mogłem uwierzyć w nasze szczęście, bo to rzeczywiście było auto. Przypominało trochę te, którym dostałem się do Królowego Mostu z tą różnicą, że było w dużo gorszym stanie. Maska była wgięta jakby auto wjechało na zombie i to z niemałą prędkością. Jedne drzwi wisiały dziwnie, a na drugich widać było plamy krwi. Z wyciągniętym pistoletem sprawdziłem okolice. Pomagał mi w tym Kiciuś i Cinek. Sprawdziliśmy dokładnie czy to nie pułapka i z radością wsiedliśmy do środka. Kluczki były na miejscu. Wyglądało to trochę strasznie, nie chciałem nawet myśleć co takiego stało się z poprzednim właścicielem.
                 Kiciuś usiadł jako kierowca. W tym czasie ja z Cinkiem pakowaliśmy nasze zapasy do bagażnika. Cieszyłem się z tego, że odzyskałem przyjaciela. Nie zapomniałem co prawda tego, że był po stronie Alexa, ale teraz kiedy on nie żył, Cinek stał się zaufanym człowiekiem. Zapakowałem się do auta na jedno z tylnych miejsc. Usiadła przy mnie Łapa. Z przodu przy Kiciusiu siedział Sołtys, a pomiędzy nim a mną, na środku, siedzieli Cinek z Nieznajomą. Nie czułem się zbyt komfortowo będąc tak blisko tej dziewczyny. Wiedziałem, że potrzebuje mnie teraz bardziej niż zawsze, ale nie podobały mi się myśli, jakie pokazywały mi się w głowie, kiedy przebywała blisko. Te przytulenie wczoraj wieczorem… to był błąd. Nie po to walczyłem tyle o Natalie, żeby teraz tracić głowę dla pierwszej lepszej ocalałej. Tej myśli się starałem trzymać. Nie było to jednak łatwe.
                 Droga do Supraśla zapowiadała się na co najmniej pół godziny jazdy, jak nie więcej. W końcu drogi były zasypane, a nie było odśnieżarek, żeby zepchnąć śnieg na pobocze. Jechaliśmy więc po nierównym terenie, wpadając co jakiś czas w góry śniegu i zatrzymując. Łapa oparła się o mnie i zamknęła oczy. Kolejna rzecz, która mnie dziwiła w jej zachowaniu to ufność. Jeszcze niedawno była to roztropna osoba, która widziała we mnie tylko dowódcę Królowego Mostu, ale wciąż wroga. Teraz ufała mi całkowicie, w końcu mogłem ją zabić w każdej chwili. Nie mogłem pojąć tego co się dzieje. Nie narzekałem jednak. Zamknąłem oczy i sam próbowałem się odprężyć przed powrotem do piekła, z którego parę dni temu uciekaliśmy.
                 Wydawało mi się, że myślałem ostatnimi czasy za dużo. Powinienem uspokoić myśli i starać się nie zagłębiać w tematy, które dla mnie samego były niewygodne.  Wyciszając się odpłynąłem po cichu. Obudziła mnie Łapa. Potrząsnęła mnie delikatnie i kazała wstawać. Poznałem okolicę, chociaż była teraz przysypana śniegiem. Staliśmy niedaleko miejsca, w którym straciliśmy samochód z zapasami. Przed nami rozciągała się rzeka, przy której leżał Supraśl. Słońce oświetlało swoimi promieniami śnieg sprawiając, że całe miasto wyglądało jakby było zaklęte w kryształ i zachowane w nim na wieki. Nie mieliśmy dużo czasu. Jeżeli grupa Miczi gdzieś tutaj była, to musiała zostać na noc, gdyż nie było widać żadnych ślad opon oprócz naszych. Nasi przyjaciele albo byli gdzieś blisko, albo odjechali w inną stronę. Byłem pełen obaw. Kiedy Kiciuś miał już zamykać auto zatrzymałem go. Wpadłem na pewien ryzykowny pomysł i wiedziałem, że już nic nie zmieni mojej decyzji. Zabawne było jak ciekawe pomysły nawiedzały człowieka w różnych momentach.
                 Ten był wyjątkowo ryzykowny biorąc pod uwagę, że w okolicznych budynkach chowało się sporo osób.  Poprosiłem Kiciusia i resztę, żeby wrócili do wozu. Pokazałem Kiciusiowi gdzie ma podjechać, wskazując budynki przy głównej ulicy, na której znajdował się bar. Towarzysze spojrzeli na mnie dziwnie, ale ja wyjątkowo nie czekałem na ich propozycje. Czas z defensywy przejść do ofensywy. Ta taktyka, choć ryzykowna, zadziałała jak odzyskiwałem Królowy Most z rąk Alexa. Teraz głowa tego śmiecia została gdzieś w Królowym Moście, a ja nadal żyłem. Można było wręcz powiedzieć, że oddałem mu „jego” obóz.
                  Ludzie nie ukrywali zdenerwowania. Nieznajoma wierciła się niespokojnie, a Cinek stukał palcami o lufę swojego pistoletu. Zastanawiałem się teraz nad tym gdzie w tym mieście może znajdować się sklep z bronią i czy został już znaleziony i splądrowany przez kogoś. Nawet jeżeli te osoby mogły zostawić coś, co według nich się nie przydało, a nam mogło pomóc.  Kiciuś podjeżdżał coraz bliżej i bliżej, aż w końcu znaleźliśmy się w miejscu skąd widać było główną ulicę. Ernest próbował zatrzymać auto, kiedy usłyszeliśmy wystrzał. Był to jeden z tych momentów, kiedy czas spowolnił aby przyspieszyć z potrójną mocą. W pół uderzenia serca zobaczyłem jak jedna z szyb pęka, a po chwili usłyszałem trzask przebitej opony. Widziałem jak auto nagle wpadło w poślizg i uderzyło w murek przy drodze. Zarzuciło mną do przodu i cudem uniknąłem uderzenia głową w szybę.
                Wygramoliłem się i z kopniaka otworzyłem tylne drzwi naszego auta. Widziałem, że reszta też próbuje się ukryć przed strzelcem, ale Kiciuś i Sołtys siedzący z przodu mieli większy problem. Zalała mnie fala strachu, starałem się wyjrzeć za auto i zlokalizować strzelca. Zauważyłem jak na jednym z dachów coś się rusza. Po chwili byłem już pewien, że ktoś tam leży, widziałem jak kuca, mierząc do nas z wiatrówki. Prawdopodobnie gdyby nie to, że pada śnieg już byśmy nie żyli. Nie mieliśmy szans stawić temu czoła. Wszyscy byliśmy znacznie niżej, a dodatkowo mieliśmy tylko pistolety. Pomogłem wydostać się z wraku Łapie, Cinkowi oraz Nieznajomej po czym wspólnie staraliśmy się otworzyć drzwi kierowcy, żeby uratować Ernesta i Adama. Przy każdym wystrzale bałem się, że usłyszę krzyk któregoś z moich znajomych. Nagle Cinek wskazał coś ręką i zobaczyłem, że nie ostrzeliwuje nas jedna osoba, ale co najmniej dwie. Pociski uderzały o auto tworząc upiorny rytm, który w każdym momencie mógł być przerwany krzykiem. Wydawało mi się, że z każdą minutą coraz więcej osób do nas strzela i rzeczywiście zauważyłem kolejne postacie siedzące na dachu i mierzące do nas.
                 Nie strzelali już tak często, widocznie nie mieli tyle amunicji, ale mimo to byliśmy w pułapce. Wycofanie się nie wchodziło w grę, a droga do przodu to było nawet większe samobójstwo. W końcu z trudem otworzyliśmy drzwi i uwolniliśmy Kiciusia i Sołtysa, którzy położyli się i z trudem łapali oddech. Wiedziałem, że są przerażeni, sam bałem się jak cholera. Spojrzałem na drogę, którą przybyliśmy i zobaczyłem nieduży murek dziesięć metrów od nas. Mogłem spróbować do niego pobiec i okrążyć wrogów, ale wątpiłem w to, że uda mi się to samotnie zrobić. Spodnie już całkowicie mi przemokły, chociaż nie czułem zimna. Nie wiedziałem dokładnie czy to ze strachu czy z napływu adrenaliny.
                Nagle usłyszałem krzyk. Spojrzałem szybko na moich przyjaciół, ale żaden z nich nie był ranny. Wyjrzałem delikatnie za maskę auta i zobaczyłem, że przy dachu, na ulicy, leży jeden z moich oprawców. Po chwili zauważyłem jak kolejny z nich spada.  Starałem się znaleźć wzrokiem osobę, która nam pomaga, ale było to ciężkie. Płatki śniegu wpadały mi w oczy, a wstanie równało się trafieniu. Kiciuś zawołał i pokazał nam jeden z dachów. Przez chwilę nie widziałem tam nic, ale w końcu dostrzegłem ruch. Na sąsiednim do naszych oprawców dachu stała jedna postać. Miała w ręce największą broń palną jaką w życiu widziałem. Nawet z daleka wydawała się mieć dobre półtora metra długości. Tajemniczy strzelec przy każdym strzale ze swojej ogromnej broni zabijał kolejnego z naszych oprawców.
                 Wstałem i bez wahania puściłem się biegiem w stronę budynku na którym stali wrogowie. Widziałem jak przyjaciele próbują mnie zatrzymać, a oprawcy wymieniają serie z broni z tajemniczym strzelcem. Nie słyszałem jednak nic. Wszystko zagłuszała wichura. Biegłem i zobaczyłem, że strzelec dostaje i upada. Całe szczęście nie spadł, czułbym się źle z tym, że osoba, która nas uratowała po prostu ginie. Nie liczyło się dla mnie teraz nic. Byłem wściekły i czułem, że adrenalina robi swoje. Albo tam wbiegnę i zabije, albo to mnie zabiją. Dotarłem do drzwi baru, tych samych, które otworzyliśmy parę dni temu z Cinkiem i Ernim. Otworzyłem je i uspokoiłem trochę. Wiedziałem, że może tutaj być mnóstwo ludzi z Supraśla
                . Przeładowałem pistolet i zwolniłem blokadę. Byłem gotowy do strzału. Korytarze były ciemne, gdzie nie gdzie wpadały pojedyncze promienie słońca. Ruszyłem korytarzami szukając wejścia na górę, gdy usłyszałem trzask tuż za mną. Serce prawie mi stanęło ze strachu. Obróciłem się i wymierzyłem bronią. Zza rogu wyszła Łapa. Podążała za mną. Bez słowa poczekałem na nią i wspólnie ruszyliśmy korytarzem. Gdy byłem tutaj poprzednio widziałem gdzieś schody prowadzące na dach, ale teraz nie miałem pojęcia gdzie one były. Dopiero po dwóch minutach wspięliśmy się wraz z Łapą klatką schodową i zobaczyliśmy drabinę prowadzącą na dach. Wciąż było słychać strzały. Zastanawiałem się czy reszta moich przyjaciół biegła aby mi pomóc tak jak Łapa i czy przez przypadek nie przypłacili tego życiem. Nie wiedziałem czy bardziej się boję czy mam ochotę dobić resztę.
                 Tuż pod klapą na dach usłyszeliśmy krzyki. Dwie postaci prowadziły ożywioną dyskusję gdzieś na tym poziomie baru. Skryliśmy się w ciemniejszym kącie i czekaliśmy. Po chwili zobaczyliśmy dwie biegnące postaci, które zmierzały w stronę drabiny. Złapałem Łapę za rękę i kiedy wrogowie byli blisko uścisnąłem na znak, że teraz atakujemy. Zaszarżowałem niczym Gigant próbując  zepchnąć pierwszego z mężczyzn za barierkę, ale udało mi się go tylko wywalić.  Drugi w tym czasie próbował ustawić się do strzału. Widziałem jak celuje do mnie wiatrówką. Wtem do akcji weszła Łapa, która zaszła go od tyłu i poderżnęła gardło. Ja starałem się przytrzymać starszego i silniejszego ode mnie mężczyznę, ale poczułem, że ten mi się wyrywa. Po chwili zepchnął mnie z siebie i próbował rzucić się po broń, która mu wypadła podczas upadku. Na jego nieszczęście była już tam moja towarzyszka. Z trzaskiem złamała palce wroga, który sięgał po pistolet po czym uniosła dłonią jego twarz, żeby spojrzeć mu w oczy. Mężczyzna krzyknął gdy łamano mu palce, ale gdy spojrzał w piękne oczy Łapy zobaczyłem na jego twarzy przerażenie. Łapa uśmiechnęła się paskudnie i kazała mi podać pistolet. Mężczyzna widocznie ją znał, bo siedział z otwartą szeroko gębą. Po jego oczach spływały łzy. Łapa przeładowała i wymierzyła w głowę starszego od niej człowieka po czym powiedziała:
— Żegnaj ojcze.

I strzeliła.

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 22: Rozpad

Rozdział 22 opowiada o coraz gorszych warunkach jakie stają na przeciwko Bobra i resztek jego grupy. Czy cokolwiek będzie takie samo jak kiedyś? Nie wiadomo. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 22: Rozpad


                Śnieg padał i padał. W krótce przykrył tereny Królowego Mostu białym płaszczem. Przykryta została droga, domy oraz pobojowisko. Ciała wszystkich poległych. Nie mówiąc już o trupach. Śnieg przykrył też mnie. Leżałem na brzuchu nie dając rady wstać. Kiciuś próbował mnie podnieść, ale ja nie potrafiłem się przełamać. Straciłem wszystko na czym mi zależało. Królowy Most upadł, większość moich przyjaciół znikła, a na domiar złego śnieg padał i padał. Czułem jak okrywa mnie zimną pierzyną i powoli przenika w głąb mojego ciała. Drętwiały mi ręce i nogi, ale ja nie wstawałem. Słyszałem krzyki moich przyjaciół, lecz nie potrafiłem zrozumieć ich sensu. Wszystko przeze mnie.
                Gdybym nie podjął decyzji o podróży do Supraśla to prawdopodobnie siedziałbym teraz w domu Kiciusia i popijał piwko z Kołodna wraz z całą drużyną. Wszystkie śmierci, które poniosły różne osoby od czasu wybuchu zarazy… wszystko to było tylko po to, żeby ochronić tych ludzi i zapewnić im bezpieczne schronienie za murami tego obozowiska. Teraz przez głowę mi przebiegła myśl, czy to mogła być robota Łapy. Odrzuciłem jednak tą teorie, gdyby to była jej robota, prawdopodobnie znalazłbym trupy moich ludzi i siedziałaby ona w tym obozie. Nigdzie nie było trupów moich ludzi. Jak to możliwe? Czy oni wciąż żyją? Dlaczego opuścili to miejsce? Lawina pytań zalewała mój umysł.
                Podniosłem się w końcu i spojrzałem na moich towarzyszy. Twarzy Kiciusia była śmiertelnie poważna. Coraz dłuższy zarost, bystre spojrzenie i delikatny uśmiech dający nadzieje. Tuż obok niego Cinek, który był jeszcze bardziej zarośnięty i patrzył swoimi piwnymi oczyma na mnie. Jego wzrok wręcz krzyczał: „Wstawaj do chuja pana i walcz”. Musiałem być silny. Otrzepałem się ze śniegu i wstałem. Poczułem dziwny dreszcz emocji. Kazałem chłopakom przeszukać nasze domki i sam powędrowałem do jednego z nich. Poszukiwania szły dobrze, obóz był wyposażony więc po chwili znalazłem ciepłe ubrania pasujące na mnie, sporo jedzenia i pozostałości amunicji i broni. Z domu Kiciusia zabrałem swój nóż oraz zdjęcie rodziny.
                Po spakowaniu sporej ilości zapasów, zapałek i picia spotkaliśmy się przy jednej z bram:
— Co teraz? – zapytał Cinek. Każdy z nas czekał na to pytanie, a zarazem nie znał na nie odpowiedzi.
— Powinniśmy się przejść wzdłuż drogi. Może trafimy na ich ślady czy coś? – zaproponował Kiciuś. Pokiwałem głową na znak, że to dobry pomysł i ruszyliśmy w lewo. Spojrzałem ostatni raz za siebie patrząc na pogorzelisko i zapłakałem w duchu. Tylko w duchu. Robiło się coraz ciemniej lecz my ciągle liczyliśmy na świeże ślady wskazujące na drogę, którą mogli pojechać nasi przyjaciele. Przeszliśmy paręnaście metrów, kiedy usłyszeliśmy serie strzałów. Machinalnie wyciągnęliśmy bronie i zeszliśmy na pobocze nasłuchując źródła hałasu. Serce biło mi jak szalone gdy pomyślałem, że to może być ktoś z naszej grupy. W końcu wspólnie ustaliliśmy, że dźwięki dochodzą z dalszej części ulicy więc przyspieszyliśmy. Każdy z nas oprócz grubych kurtek miał plecaki. Rozdzieliliśmy ekwipunek i zapasy na równe części, żeby żaden z nas nie był obciążony bardziej od drugiego.
                 Ja biegłem pierwszy, a za mną podążali Ernest z Marcinem. Zobaczyłem nagle błyski i stwierdziłem, że dźwięki wydobywają się z starej cerkwi. Leżała ona niedaleko głównej drogi na Białystok. Po chwili zauważyłem, że przed wejściem do cerkwi stoi grupka zombie, która prawdopodobnie starała się dostać do środka. Otworzyliśmy po cichu bramkę i wkradliśmy się na teren zabytku. Kiciuś zatrzymał mnie i pokazał gestem tyły budynku. Domyślałem się, że chodzi mu o tylne wejście. Usłyszałem kolejny strzał i zobaczyłem jak jeden z trupów upada na schody. Wątpiłem w to, że ktoś kto był w środku nas zauważył, był zbyt zajęty zombie. Nie wykluczało to jednak tego, że nie jest sam, co oznaczało, że ktoś mógł pilnować tylnego wejścia. Miałem nadzieję, że to moi przyjaciele. Podkradliśmy się powoli do wejścia pokazanego przez Kiciusia dziękując, że zombie były zbyt zajęte uwięzionym wewnątrz człowiekiem.
                 Gdy stałem parę kroków od drzwi wycelowałem w nie pistoletem i powoli otworzyłem. Nie były zamknięte. Zobaczyłem, że w środku palą się świece, słyszałem tez uderzenia i strzały co jakiś czas. O mało nie dostałem zawału gdy potknąłem się o stojącą przy tylny drzwiach butelkę. To mogło nas zdradzić, ale całe szczęście zablokowałem upadek nogą i sprawiłem, że był ledwo słyszalny. Spojrzałem zza rogu do głównej sali cerkwi i zobaczyłem człowieka, który stał przy drzwiach i uderzał próbujące wejść zombie. Miał siwe włosy, widać, że nie był młodzieniaszkiem. Z początku nie mogłem uwierzyć, albo po dalszym zbliżeniu się byłem już pewien. Przy drzwiach stał Sołtys Adam. Ucieszyłem się na jego widok. Oznaczało to, że reszta ludzi z obozu mogła przeżyć. Próbując go nie wystraszyć zawołałem:
— Sołtysie!
                Starszy mężczyzna odwrócił się i wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy. Nie pomyślałem jednak o konsekwencjach odwrócenia jego uwagi. Zombie, który stał niedaleko niego powalił go. Rzuciłem się w jego stronę i potężnym kopnięciem złamałem szczękę trupa. Dało to chwilę Sołtysowi, który zepchnął z siebie szwendacza i dobił go toporkiem. Po chwili pomagali nam też Erni z Cinkiem. Obrona tak niedużego wejścia była łatwa, zombie pchały się i właściwie zaklinowały się, co uczyniło je łatwym celem do wybicia. Po około dwóch minutach, kiedy okolica była czysta, zamknęliśmy wszystkie drzwi i usiedliśmy. Sołtys podał nam butelkę trunku i zaczął:
— Bogu niech będą dzięki, że przeżyliście. Jak to w ogóle możliwe? Gdzie byliście tyle czasu? – w jego głosie można było usłyszeć zmęczenie. W końcu był już całkiem wiekowym człowiekiem.
— To bardzo długa historia – zacząłem. Po chwili wtajemniczyłem go w to jak pojechaliśmy do Supraśla, byliśmy torturowani, w końcu uwolniliśmy się i przybiegliśmy tutaj. Nie pominęliśmy historii wielkiej hordy w Kołodnie, ani ocalałego na drodze. Słuchał moich słów uważnie popijając raz na jakiś czas z butelki i podając ją nam. Alkohol rozgrzewał i dawał ukojenie.  Nadszedł czas na pytanie, które mnie nurtowało od początku:
— Co się stało z ludźmi z obozu? Jak to możliwe, że znalazłem tam tylko ciało Joli? Dlaczego jesteś tu sam? – strumień pytań wylał się ze mnie.
Sołtys sięgnął po wiatrówkę, którą zabrał z obozu i gładząc ją zaczął opowiadać:
— Jak zwykle masz wiele pytań, niestety nie na wszystkie znam odpowiedź. Kiedy nie wróciliście pierwszego dnia wszyscy się o was martwiliśmy i to bardzo. Odradzałem jednak wyprawę ratunkową, ponieważ mówiłem, że byłby to błąd i nie wiemy nawet gdzie szukać. Tak minął kolejny dzień i pod wieczór nie potrafiłem już przekonywać, że to zły pomysł. Nasza młoda Miczi nie chciała mnie słuchać i wzięła jeden z samochodów i paru ludzi i pojechała w stronę Kołodna i okolic. Zabrała ze sobą bodajże dwóch ludzi Łapy, takiego wysokiego chłopaka i grubszego mężczyznę, Daliona, Szpiega, Damiana i pojechali. Zdziwiło mnie jak bardzo Łapie zależało na Twoim powrocie. Kiedy nie wracaliście myśleliśmy, że pewnego wieczora po prostu nas pozabija, ale ona tylko pomagała Miczi w zbieraniu ludzi i ratowaniu was. Tak wiec Miczi pojechała i nie wróciła na noc. Mam nadzieję, że nie wpadła na tą hordę zombie, o której opowiadałeś – w tym momencie wziął kolejnego łyka i podał mi butelkę – Następnego dnia byliśmy wszyscy zdenerwowani. Dzień znowu minął nam szybko. Pod wieczór zaczął się koszmar. Usłyszeliśmy sporą grupę zombie na ulicy i dwa wozy. Nim zdążyliśmy spytać kto tam właściwie siedzi poleciały strzały. Dostała Jola i z tego co widziałem ta koleżanka Łapy. Jola upadała od razu i po chwili umarła. Zaczęła się strzelanina, którą wygrywaliśmy na początku, gdyż mieliśmy lepsze pozycje, a wrogowie stali przy autach otoczeni zombie. Pomyśleli jednak i rozwalili ogrodzenie wpuszczając wszystko do środka. Zaczęła się panika. Widziałem jak Ci ludzie próbują zabić Monikę, małą, słodką dziewczynkę… Łapa wtedy krzyknęła coś i trójka ludzi Łapy zabrała małą w las i tam uciekli. Chwilę wcześniej podążył tam Gigant, który niósł przewieszoną przez plecy Natalię… — tutaj przerwałem mu nie mogąc wytrzymać:
— Czy coś się jej stało?
— Spokojnie chłopcze. Natalia próbowała się wyrwać, ale Gigant wrzeszczał do niej, że „Bobru kazał cię chronić, a tu nie jesteś bezpieczna” i tak pobiegli razem, a ja zostałem z Łapą i tą tajemniczą dziewczyną, która tu przyjechała z wami. Zobaczyłem jak jedno z aut wpada w rów, a drugie jedzie w pogoń lasem za Natalią i resztą. Nie mieliśmy jak im pomóc bo w naszym obozie zostało jeszcze paru wrogów. Wycofywaliśmy się, aż w końcu opuściliśmy wspólnie obóz. Biegliśmy ulicą, a zombie przybywało i przybywało. W końcu postanowiłem dać uciec dziewczynom i zacząłem strzelać prowadząc trupy w to miejsce. Łapa próbowała coś zrobić, ale kazałem jej uciekać. Nie wiem gdzie ostatecznie pobiegły, widziałem tylko jak zmierzały na zachód, w kierunku Białegostoku. Potem zabarykadowałem się tutaj i resztę znacie… — skończył biorąc solidnego łyka.
                To niesamowite. Wszyscy byli teraz gdzieś tam, uciekając, ginąc lub się chowając. Nie wiedziałem co teraz zrobić. Po opowieści Sołtysa położyłem pod głowę plecak, położyłem się na bok i starałem się zasnąć. Nie było to jednak łatwe, gdyż było dosyć chłodno, niewygodnie i przez moją głowę przepływało mnóstwo myśli. Odwróciłem się na bok i obserwowałem Kiciusia, który rozmawia o czymś z Cinkiem. Mówili po cichu wiec nie sposób było coś usłyszeć, ale cieszyłem się, że mogą porozmawiać jak przyjaciele. Przewalając się jeszcze przez około dwadzieścia minut w końcu zasnąłem lekkim snem. Nie śniło mi się nic. Rano obudził mnie głośny dźwięk pękania. Otworzyłem oczy i zobaczyłem podbiegającego do mnie Kiciusia:
— Stary wstawaj, rozpieprzyli drzwi – powiedział, pomagając mi wstać. Byłem straszliwie obolały i bolała mnie głowa, ale szybko zebrałem rzeczy i pobiegłem za przyjacielem. Nie zdążyłem nawet zapytać o to, co rozwaliło drzwi, bo widziałem, że do kościoła wchodzą zombie. Cinek próbował je zabijać i nawet parę mu się udało celnymi atakami w głowę, ale po chwili zrobiło się ich za dużo, więc w czwórkę skierowaliśmy się do tylnego wyjścia. Na dworze było biało. Nieduża warstwa śniegu pokryła cały świat. Było dosyć zimno, ale ubrania dawały nam jakąś ochronę przed chłodem. Wybiegliśmy na ulicę i tutaj towarzysze spojrzeli na mnie pytająca, ja jednak wiedziałem gdzie iść. Tak mi się przynajmniej zdawało:
— Zmierzamy do lasu. Poszukamy obozu Łapy.
                Wydawało mi się to oczywiste, że Łapa wróci do swojego obozu w nadziei, że znajdzie tam kogoś, lub schroni na najbliższe dni. Przy odrobinie szczęścia może znajdę tam również Nieznajomą. Szybko skręciliśmy na ulicę i podziwialiśmy widok pól zasypanych śniegiem i zamarzniętej rzeki. Temperatura spadła naprawdę mocno, jeszcze wczoraj rzeczka płynęła szybko, a dzisiaj już była pokryta niedużą warstwą zmarzliny. Droga była dosyć śliska. Byliśmy akurat na moście, na którym parę tygodni temu doszło do wypadku, z którego zbiegł Alex. Trafił on później w ręce Łapy. Jakże odległe wydawały się te czasy. Szliśmy blisko siebie, starając się zakrywać kapturami twarze przed sypiącym śniegiem.  Widoczność była kiepska, szczególnie, że szliśmy pod padający śnieg. Ucieszyłem się, kiedy w końcu weszliśmy w las, gdzie śnieg sypał rzadziej, zatrzymywany przez korony drzew. Były nawet miejsca, gdzie śniegu nie było. Wyglądało to ciekawie, jakby podszycie lasu zamieniło się w skórę krowy, białą w miejscach gdzie padał śnieg i czarną w miejscu, gdzie było widać resztki starej, jesiennej trawy.
                 Usłyszeliśmy coś. Wyciągnąłem ręce z ciepłej kieszeni i sięgnąłem odruchowo po broń. Używałem teraz młotka częściej niż noża, wydawał mi się wygodniejszą bronią, chociaż wymagał większej siły. Nóż z kolei potrzebował precyzji, gdyż wbicie go w czaszkę, nawet taką zgniłą jaką miały zombie, było praktycznie niemożliwe, więc trzeba było celować w gardło lub oczodół. Szukając wzrokiem źródła hałasu przesuwaliśmy się do przodu. Zobaczyłem coś przy drzewie i powoli się do tego zbliżyłem. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przy niedużym słupku, który z pewnością służył kiedyś do wytaczania jednego z szlaków turystycznych siedział zombie. Machał on powoli łapskami w moją stronę, ale nie mógł się podnieść. Jego wnętrzności wypadające z rozprutego brzucha przymarzły do wcześniej wspomnianego słupa i sprawiły, że nie mógł się on ruszyć. Widok był okropny, a zapach jeszcze gorszy. Poczułem jednak też tryumf. Wyglądało na to, że większość zombie może mieć problemy z poruszaniem się i działaniem podczas takiego mrozu.
                 Zamachnąłem się tłuczkiem i usłyszałem trzask, przypominający pękający lód. Rozłamałem atakiem czaszkę zombie jakby była zrobiona ze szkła, uwalniając przy tym falę krwi. Trup osunął się na słup i zamarł:
— Widać, że nie tylko nas wkurwia ten mróz – skwitował Cinek.
Szliśmy dalej. Nie wiedziałem gdzie dokładnie jest obóz, ale starałem się sobie przypomnieć wszystko, co mówiła mi o nim Łapa. Wspominała o tym, że znajduje się niedaleko Grabówki, w lesie pomiędzy miasteczkiem i Królowym Mostem. Opowiadała, że jest tam drewniany domek, a także prowizoryczne ogrodzenie, o wiele gorszego od tego, które jest w naszym obozie. Słońce było już wysoko na niebie. Chowało się co jakiś czas za chmurami, z których powoli prószył śnieg. Poszukiwania trwały już dobre półtorej godziny, a wciąż niczego nie znaleźliśmy. W końcu Ernest nie wytrzymał:
— Może wrócimy? Nie ma sensu tak łazić po tym cholernym lesie, jest naprawdę zimno, a tego obozu nie widać… — powiedział.
— Może ludzie, którzy pojechali po was do Supraśla wrócili i są gdzieś w okolicach ruin obozu, moglibyśmy wrócić i sprawdzić – zaproponował Sołtys. Mieli trochę racji. Minęliśmy już mnóstwo ścieżek leśnych, oraz kompletnie dzikich fragmentów lasu, ale nie znaleźliśmy niczego. Do Grabówki nie chcieliśmy iść, było tu zbyt niebezpiecznie. Nie chciałem powtórki z Supraśla. Podjąłem decyzję:
— Macie racje. Nie ma sensu łazić po tym zaroślach. Wracajmy przeszukać Królowy Most. – powiedziałem zawracając.
                Szliśmy przez kolejne dziesięć minut w ciszy. Rozmyślałem o tym, gdzie są teraz poszczególne osoby i żałowałem kolejnej rzeczy. Kiedy wszyscy byli bezpieczni mogłem pomyśleć o tym, żeby ustalić punkt zbiórki, miejsce w którym wszyscy się spotkają w razie nieciekawej sytuacji takiej jak ta. Nie zrobiłem tego jednak. Nie wiedziałem gdzie się udać, żeby znaleźć moich przyjaciół.  Zastanawiałem się co oni myślą teraz o całej sytuacji. Czy mają jakiś pomysł co dalej. Sytuacja była tak beznadziejna, że miałem ochotę się położyć i zasnąć, licząc na to, że obudzę się w lepszym miejscu wśród swoich przyjaciół. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Kobiecy przeciągły krzyk, nawołujący pomocy. Zatrzymaliśmy się, starając zlokalizować kto i skąd prosi o pomoc. W końcu Sołtys pokazał nam kierunek i pobiegliśmy na południe wyciągając pistolety. Ciężko było zlokalizować gdzie jest osoba krzycząca, echo jej krzyków odbijało się po lesie i myliło nas. W końcu zobaczyłem jakiś obiekt i wrzask stawał się coraz głośniejszy, co oznaczało, że zbliżamy się do celu.
                 Z zaskoczeniem zauważyłem, że widzę drewniany domek i prowizoryczne ogrodzenie, więc z radością uznałem, że doszliśmy do obozu Łapy. Zobaczyłem jak jedna dziewczyna leży i krzyczy, bo z każdą chwilą zbliżają się do niej zombie, były one powolne, ale ona i tak nie wstawała, tylko się czołgała. Druga dekapitowała maczetą parę kolejnych na ganku domu. Nie czekając dłużej wystrzeliłem w pierwszego zombie otaczającego leżącą dziewczynę. Sołtys stanął obok mnie i zaczął celować do kolejnego z wiatrówki. Cinek i Kiciuś ruszyli do domku z broniami do walki wręcz i wybijali kolejne trupy, pomagając drugiej osobie, będącej na ganku. Zobaczyłem jak jeden z zombie po trafieniu przeze mnie upada, ale dalej się rusza, co gorsza na wyciągniecie ręki od leżącej dziewczyny więc podbiegłem. Teraz poznałem w niej Nieznajomą, cieszyłem się potwornie na jej widok. Zombie złapał ją za nogę i powoli próbował wgryźć się, ale byłem szybszy. Mocnym zamachem roztrzaskałem mu czaszkę. Następnie rzuciłem się na kolejnego, który wyleciał na mnie. Straciłem równowagę i wraz z trupem poleciałem na śnieg. Zima odcisnęła jednak na naszych wrogach swoje jarzmo, gdyż trup był wolny i o wiele słabszy, niż ten, z którym walczyłem nad rzeką przy Kołodnie. Zrzuciłem go z siebie i wyciągnąłem nóż siadając na nim. Zatopiłem ostrze w oczodole. Poczułem krew na rękach, ale byłem pewien, że mój wróg nie żyje. Cinek i Kiciuś poradzili sobie z zombie na ganku i teraz dopiero poczuliśmy się bezpiecznie.
                 Usłyszałem głos Łapy, która zeszła z ganku pomagając mi wstać:
— Och jakie to słodkie, mój książę z bajki po mnie przyszedł – uśmiechnęła się – Myślałam, że nie żyjesz.
— Jak widać mam się całkiem dobrze – odpowiedziałem również się uśmiechając – Co ci się stało? – zapytałem Nieznajomą, pomagając z Sołtysem jej wstać.
— Skręciłam kostkę. Te zombie pojawiły się tak nagle i chociaż były wolne zapędziły mnie do tyłu. Potknęłam się o korzeń, a resztę wiesz… — powiedziała z zakłopotaną miną.
Łapa spojrzała na mnie:
— Po twojej twarzy nie powiedziałabym, że masz się całkiem dobrze – stwierdziła – Co się stało? Gdzie wy się podziewaliście?
— Uciekaliśmy od rzeczywistości – odpowiedziałem i skierowałem wszystkich w stronę drewnianego domku.

środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 21: Marsz

Rozdział 21 opowiada o tym co stało się po ucieczce z Supraśla. Stawiałem tutaj głównie na aspekty związane z przetrwaniem i jestem ciekaw waszych opinii odnośnie tego jak mi to wyszło. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym. Coraz bliżej końca "pierwszego tomu" :)

------------------------------------------------------

Rozdział 21: Marsz


                Potknąłem się. Wystający korzeń nawet za dnia nie mógł być zbytnio widoczny, a teraz można wręcz go było uznać za niewidoczny. Wstałem z trudem, przy pomocy Cinka. Zadrżałem z zimna. Byliśmy niecały kilometr od Supraśla. Nie mieliśmy ciepłych ubrań, źródła światła ani prowiantu. Jedynie torba z paroma pistoletami sprawiała, że czułem się odrobinę lepiej. Wędrowaliśmy powoli, żeby się nie pocić, co mogło by być tragiczne w skutkach.  Nogi miałem już odrętwiałe z zimna więc co chwilę się potykałem. Słychać też było regularne „kurwa” z ust Marcina, który co i rusz wpadał na jakieś drzewo. W którym kierunku się nie rozglądaliśmy wyglądało to tak samo – las, księżyc, gwiazdy i zero śladów cywilizacji. Wiedzieliśmy jednak, że podążamy w dobrą stronę. Parę razy przecinaliśmy ścieżkę, która prowadziła z Supraśla do Cieliczanek. Było to pewne pocieszenie. Nikt z nas się nie odzywał. Szliśmy w ciszy przerywanej przekleństwami. Było mi straszliwie źle. Czułem się tak przemarznięty, że czasami nie byłem pewien, czy zrobiłem już krok czy stałem w miejscu.
                 Po około trzydziestu minutach spokojnego marszu usłyszeliśmy jęki. Wyjęliśmy bronie i zatrzymaliśmy się w miejscu rozglądając się na boki. Dźwięk wydawał się wydobywać zewsząd i nie mogliśmy go dokładnie zlokalizować. Teraz, kiedy nie słyszałem już dźwięku naszych kroków, ponownie usłyszałem to, co było słyszalne w drodze do Supraśla. Dźwięki burzy, chociaż niebo było czyste. Czy to odlegle wybuchy? Ciężko było się skupić, szczególnie, iż narastające jęki całkowicie zagłuszały resztę hałasu. W końcu zlokalizowałem zombie. Człapało przy drzewie, opierając się dwoma rękoma o trawę i ciągnąc za sobą jedną nogę. Drugiej nie było. Podszedłem do niego i wycelowałem. Nie strzeliłem, gdyż wiedziałem, że echo jakie pójdzie zawiadomi całą okolicę, a musieliśmy się liczyć z tym, że ludzie z Supraśla nas szukają. Zamiast tego wymierzyłem cios kolbą i zacząłem tłuc trupa. Ciało było w fatalnym stanie, bo po paru uderzeniach usłyszałem trzask i zobaczyłem, że wgniotłem się w głowę zombie. Nie przestawałem jednak, aż do chwili, kiedy moje ręce były pokryte krwią i fragmentami mózgu. Posoka była tak ciepła, że aż parzyła. Po upewnieniu się, że delikwent nie żyje zacząłem go przeszukiwać.
                 Miał w kieszeni portfel, ale nie było tam nic wartościowego. Przynajmniej nie po tym jak świat upadł. W drugiej z kieszeni znalazłem zapalniczkę. Potrząsnąłem nią i zauważyłem, że jest w niej jeszcze trochę gazu. Zachwycony tym faktem potarłem kamień krzesząc iskrę. Po chwili mrok lasu przebił nieduży promyk ognia wydobywający się z zapalniczki. Moi kompani natychmiast przesunęli ręce blisko strumienia ognia i zaczęli się ogrzewać. Było to raczej nikłe źródło ciepła, jednak nawet to sprawiło, że palce przeszło przyjemne uczucie. Poświeciłem jeszcze chwilę po czym schowałem łup do kieszeni i ruszyliśmy dalej. Jeżeli spotkaliśmy zombie oznaczało to, że musieliśmy być niedaleko zabudowań. Prawdopodobnie zbliżaliśmy się do Cieliczanki. Liczyłem na spędzenie nocy w domu, gdzie nie było co prawda ogrzewania, ale przynajmniej mogliśmy się schronić przed wiatrem. Poczułem, że zaczynam smarkać. Bałem się, że złoży mnie gorączka i nie zdążymy na czas ostrzec obozu. Choroba byłaby zdecydowanie najgorszą rzeczą jaka by mogła mnie teraz spotkać.
                Maszerując wciąż do przodu, przedzierając się przez chaszcze i krzaki, zobaczyłem w końcu zarys domków Cieliczanki. Serce zabiło mi szybciej, gdy pomyślałem, że zaraz możemy znaleźć coś do jedzenia lub też ubrania do przebrania się. Odezwałem się charczącym głosem do moich przyjaciół, aby poinformować ich, żeby uważali teraz. Nie wiedzieliśmy czy są tu jeszcze zombie, a co najgorsze podczas naszej nieobecności mogli tu nawet pojawić się inni ocalali. Szliśmy ostrożnie, mijając powoli trupy, które zostawiliśmy za sobą gdy tu ostatni raz byliśmy. Z wyciągniętym pistoletem mierzyłem w każde miejsce, z którego słyszałem chociaż odrobinę niepokojący odgłos. Za szybami jednego z domów było ciemno, co niestety wcale nie oznaczało, że nikogo tam nie ma. Razem z Cinkiem stanęliśmy po dwóch stronach drzwi, a Erni był naprzeciwko. Daliśmy mu znak i drżącą z zimna ręką pociągnąłem za klamkę. Kiciuś wszedł pierwszy, machając bronią w  wszystkie strony. Cinek wszedł chwilę po nim, a ja wszedłem ostatni, zamykając za sobą drzwi. Wybraliśmy całkiem dobry dom na przenocowanie.
                 Był on nieduży, nie miał pietra, a wejście do piwnicy wyglądało na zasypane. Na dole nie było słychać nic. Oprócz korytarza, w którym się znajdowaliśmy były jeszcze dwie izby, kuchnia i coś na kształt salonu. Przeszukaliśmy je dokładnie parę razy, lecz nie znaleźliśmy za dużo jedzenia. Wszystko co było w lepszym stanie zapakowaliśmy wcześniej do naszego auta, teraz musieliśmy się zadowolić sucharkami i słoikiem oliwek. Było to prawie nic, ale gdy człowiek jest głodny nawet takie przekąski smakują jak arcydzieła kulinarne. Po zjedzeniu zajęliśmy się dalszym plądrowaniem chaty. Cinek w jednej z szaf znalazł parę futer oraz płaszczy. Próbowaliśmy znaleźć takie, które będą najbardziej pasowały do naszej postury, ale ostatecznie skończyliśmy wyglądając jak klauny. Nie obchodziło nas to jednak, ważne, że zrobiło się naprawdę ciepło. Z potrzebniejszych rzeczy znaleźliśmy jeszcze kompas, który walał się w jednej z szuflad w kuchni oraz tłuczek do mięsa, który idealnie nadawał się do roztrzaskiwania czaszek zombie.
                 Następnie wszyscy położyliśmy się spać. Byłem tak bardzo zmęczony, że gdy tylko ulokowałem się w jednym z kątów, przykryty płaszczem, natychmiastowo zasnąłem. Śnił mi się Grubas oraz Łapa. Szli ze mną ramię w ramię i opowiadali niestworzone historie. Gdy jedno z nich opowiedziało o tym, że wynaleziono antidotum na postępującą zarazę to obudziłem się podniecony. Byłem jeszcze zaspany, więc mało co nie obudziłem moich towarzyszy, żeby powiadomić ich o tej wspaniałej nowinie, ale po chwili opanowałem się i przełożyłem na drugi bok próbując znowu usnąć. Za oknem jeszcze było ciemno, a my teraz potrzebowaliśmy odpoczynku. Sprawdziłem ostatkiem sił czy rygiel w drzwiach jest zasunięty i ponownie zasnąłem.
                 Wstałem wypoczęty. Siniaki na twarzy dalej bolały, ale nie to było teraz ważne. Musieliśmy ruszać dalej. Na dworze było dzisiaj jeszcze zimniej i pochmurniej. Całe szczęście mieliśmy płaszcze i futra, które co prawda ograniczały swobodę ruchów, ale wynagradzały to ciepłem. Przeszukaliśmy pobliskie domy, starając się nie narobić za dużo hałasu.  Ostatecznie znaleźliśmy tylko jakieś konserwy, które przeoczyliśmy oraz, co najważniejsze, zapałki. Co prawda nie liczyłem na zrobienie ogniska, ponieważ było to zbyt niebezpieczne, nie mówiąc już o tym, że prawdopodobnie drewno jest mokre po opadach, które co jakiś czas nawiedzały te rejony. Po prostu wzięliśmy je, żeby mieć jakieś ostateczne źródło ognia, do podpalenia prowizorycznej pochodni, której wcale tak ciężko nie jest zrobić.
                 Kolejnym przystankiem w naszej podróży było Kołodno. Droga tam będzie podobna jak ta stąd do Supraśla, a może nawet trochę dłuższa. Chciałem jednak trzymać się drogi, żeby w razie sytuacji, gdy ludzie z obozu pojadą po nas, nie wprowadzić ich w pułapkę w Supraślu. Trzymając się uboczy i krzaków podążaliśmy gęsiego. Co jakiś czas wpadaliśmy na zombie. Tłuczek okazał się dobrą bronią, nawet przy niedużym zamachu potrafił zwalić szwendzacza z nóg, a wtedy było to już kwestią sekund, żeby dobić go paroma mocnymi ciosami.
                 Raz sytuacja była wyjątkowo niebezpieczna, kiedy wpadliśmy na grupkę czterech trupów. Każdy z nas wziął po jednym, ale kiedy zamachiwałem się, żeby skończyć żywot, tego najbliższego mnie, to złapał mnie od tyłu drugi. Już prawie czułem krzywe, połamane zęby zatapiające się na mojej ręce, ale całe szczęście zainterweniował Cinek, który pociągnął zombie do tyłu i wpakował w niego kulkę. Sam strzał nie był zbyt mądry, ale i tak mu podziękowałem. Czułem teraz wyjątkową więź pomiędzy naszą trójką. Byliśmy obdarci, ubrani w niedopasowane ciuchy, pozbawieni większej liczby zapasów oraz z kończącą się amunicją. Nasze twarze wyglądały okropnie, a wszędzie dookoła czaiły się trupy, a my mimo wszystko parliśmy na przód, starając się unikać walki i trzymać tempo marszu. Niepokoił mnie dźwięk, który słyszałem już w Supraślu. Niebo rzeczywiście było zachmurzone, ale miarowe stukanie, które słyszę już po raz kolejny wzbudziło we mnie kolejną falę wątpliwości. Rozglądałem się jeszcze uważniej i starałem się odejść jeszcze kawałek od drogi, tak na wszelki wypadek.
                 Po około dwóch godzinach marszu zobaczyliśmy most przy Kołodnie. Już za chwilę mieliśmy zobaczyć ruiny Kołodna, w których byliśmy parę dni temu. Dźwięk, który słyszałem nasilał się jednak i nasilał i kiedy minęliśmy linię lasu zobaczyłem co czyniło taki potworny hałas. Tłuczek mi wypadł z ręki. Cinek powiedział tylko krótki „Ja pierdole!”, a Erni otworzył szeroko usta. W miejscu gdzie znajdywały się domy Kołodna stało setki zombie. Była to największa horda jaką widziałem podczas całej Apokalipsy. Szwendacze łaziły powoli, maszerując przez wioskę niczym inkwizycja. Trudno je było zliczyć, wszystkie szły obok siebie, człapiąc i wydając podejrzane jęki. To musiała być horda z Białegostoku,  o której opowiadała nam Łapa. Czułem jak całe szczęście jakiego doświadczyliśmy w Cieliczankach odpływa gdzieś w nieznane. Musiałem szybko podjąć decyzje co dalej. Moi przyjaciele dalej patrzyli zszokowani, nie mogąc uwierzyć w to co widzą. Rozejrzałem się i nie mogłem znaleźć sposobu, którym moglibyśmy ominąć hordę. Całe miasto było usypane żywymi trupami. Nawet pola były ich pełne. Zmierzały one powoli w kierunku południowo wschodnim, czyli prosto do naszego obozu. Podróż lasami byłaby bezpieczna, ale zajęłaby nam pół dnia, zakładając, że chcieliśmy całkowicie ominąć miasteczko. Mogliśmy również pomyśleć o przebiegnięciu przez miasto, ale był to pomysł samobójczy, jedyne co nas tam czekało to śmierć.
                 Wtem wpadłem na genialny, ale też niebezpieczny pomysł. Staliśmy teraz na moście, który znajdował się nad rzeką, która biegła również przez Królowy Most. Mogliśmy iść wzdłuż brzegu i starać się poruszać wzdłuż porastających rzekę chaszczy. Droga na pewno była niebezpieczna, ale wpadniecie do wody w sumie nie było wcale gorsze od zagryzienia przez zombie. Jak powiedziałem tak zrobiłem. Prowadząc Kiciusia i Cinka powoli zeszliśmy zboczem poziom niżej, pod most, tam gdzie znajdowała się rzeczka. Chaszcze były wysokie, sięgały mi do pasa a czasami i wyżej przez co czekało na nas nie lada wyzwanie. Co gorsza teren był podmokły i niepewny. Jeden zły krok i lądowaliśmy do rzeki. Przy takiej temperaturze chodzenie w przemoczonych ubraniach mogło w najlepszym przypadku spowodować chorobę. Nie mieliśmy jednak czasu na dalsze planowanie, więc pospieszając przyjaciół wskoczyłem w zarośla i zacząłem się przedzierać.
                 Słyszałem jak podążają za mną. Droga była jeszcze gorsza niż się spodziewałem. Co parę kroków buty z głośnym mlaskiem walczyły z kupami błocka, a raz na jakiś czas ziemia osuwała się pod moimi stopami, co parę razy przyprawiło mnie o przyspieszenie pracy serca. Gdy mijaliśmy odcinek rzeki, który przepływał obok Kołodna sytuacja jeszcze bardzie się pogorszyła. Z każdej strony otaczały nas hałas jęków oraz powarkiwań. Przez moment zamarłem, kiedy usłyszałem, że z chaszczy obok człapie do nas zombie. Wykorzystując fakt, że go zauważyłem, skoczyłem na niego, aby ten nie zrobił tego pierwszy i nie wrzucił mnie do rzeki. Upadłem wraz z trupem w kępę zarośli i zdzieliłem go z duża siłą parokrotnie po głowie, aż upewniłem się, że już się nie rusza. Chodziliśmy w odstępach dziesięć metrów od siebie, więc gdy kolejny zombie, który pojawił się znikąd złapał mnie od tyłu, żaden z moich przyjaciół nie mógł mi pomóc.
                 Poczułem jak odrętwiałe łapska chwytają mnie i ciągną do tyłu. Młotek wypadł z mi z rąk, a ja zobaczyłem twarz zombie, która znajdywała się parę centymetrów od mojej twarzy. Zrobiło mi się nie dobrze, kiedy poczułem smród rozkładu wydobywający się z gęby umarlaka. Starałem się jednak trzymać go z dala ode mnie, przytrzymując go dłońmi i próbując się wyrwać. Zombie był dosyć silny jak na kogoś, kto nie żyje i miałem ogromne problemy z zepchnięciem go. Czułem, że jego twarz jest coraz bliżej. Widziałem każdy szczegół jego facjaty, od połamanych żółtych zębów, aż po wyżarte przez robactwo policzki i te straszne szkliste powieki. Używając ostatków sił zamachnąłem się nogami do tyłu odtrącając trupa i wstając chwiejnie. Wtedy poczułem, że jedna z moich nóg zatopiła się w błoto i miałem problem z wyciągnięciem jej. Widziałem jak zombie się podnosi i zaczyna wyciągać łapska w moim kierunku. Słyszałem również szmer trzciny, świadczący o tym, że moi przyjaciele do mnie biegną. Wyciągnąłem nogę, ale było już za późno. Trup ponownie się na mnie rzucił przyciskając mnie do miękkiego podłoża i starając się wgryźć w ciało. Ponownie starałem się go trzymać i odepchnąć, ale napierał z całych sił, a ja czułem, że za chwilę puszczę. W końcu ucisk zelżał.
                Zobaczyłem jak kawał twarzy zombie odrywa się od reszty głowy po silnym uderzeniu Cinka. Wykorzystując sytuacje odepchnąłem obunóż martwiaka wrzucając go z pluskiem do rzeczki. Wstałem chwiejnie otrzepując się z błota i podziękowałem przyjacielowi. Jeszcze nigdy nie miałem aż tak wielkich problemów z pozbyciem się trupa. Poczułem jak bardzo osłabiony jestem i jak nie nadaję się do jakiejkolwiek poważniejszej walki. Zwolniliśmy odrobinę, żeby nie robić hałasu. Po drugiej stronie rzeczki, tam gdzie było Kołodno, widzieliśmy teraz dziesiątki trupów, które chodziły i rozglądały się na lewo i prawo. Widać było, że stwory reagują głównie na hałas i zapach, ale gdyby zobaczyły, że poruszamy się szybciej niż one na pewno by wyczuły, że nie jesteśmy jednymi z nich i zaczęłyby nas gonić. Koryto rzeki zaczęło powoli zakręcać w lewo i zamieniło się w swego rodzaju  osuwisko, ponieważ teren się obniżał, woda nie trzymała się koryta, a mimo to zdradliwie podlewała okoliczne brzegi, przez co łatwo było się ześlizgnąć i wraz z lawiną błota spłynąć na sam dół.
                 Ostrożnie schodziliśmy coraz niżej, widząc, że robi się powoli ciemno. Nasze nogawki były przemoczone, co wraz z wiatrem szybko doprowadziło do odrętwienia nóg. Poważnie się wystraszyłem, kiedy straciłem równowagę i próbując się utrzymać na nogach złapałem krzaka pokrzyw. Syknąłem wtedy z bólu i upadłem na kolano, ale mimo tego udało mi się utrzymać. Czułem coraz większe spragnienie, ale bałem się pić tej wody tutaj, szczególnie, że niecały kilometr stąd moczyło się w niej mnóstwo zombie. Gdy uporaliśmy się z zejściem szybko oddaliliśmy się od podmokłych terenów i weszliśmy w linie drzew aby choć trochę skryć się od wiatru i stanąć znowu na twardym gruncie. Musieliśmy odpocząć, bo po paru metrach poczuliśmy takie zmęczenie, że nogi zaczęły nam odmawiać współpracy. Cinek, jako że czuł się całkiem na siłach przeszedł się po lesie, żeby poszukać czegoś do jedzenia lub do picia. Ja wraz z Kiciusiem usiadłem na zwalonym pniaku i zajęliśmy się przepakowaniem.
                 Załadowałem naboje do pistoletu i poprawiłem tłuczek do mięsa, który wsadziłem za pasek. Kiciuś też zajął się pistoletem. Po chwili wrócił Cinek, który gdzieś w lesie znalazł butelkę, którą napełnił wodą ze strumienia, oraz krzak przejrzałych jagód, które jakimś cudem ostały się do tak późnej jesieni. Nie było ich dużo i nie wyglądały zbyt apetycznie, ale zjedliśmy je z wielką ochotą. Popiliśmy je wodą, która miała odrobinę metaliczny posmak po czym zebraliśmy się do dalszej wędrówki.
                 Załamany panującą ciszą zacząłem temat:
— Jak myślicie, co powinniśmy ogarnąć z tymi zombie? Damy radę odpierać ich atak w obozie? – zapytałem.
— Chuj wie. Mam nadzieję, że horda ominie to miejsce. Myślicie, że ktoś z Obozu pojechał nas szukać? Jak wpadł na hordę… — nie dokończył zdania Cinek.
— Nawet tak nie myśl. Oni nie są głupi, uważali na pewno i po prostu fortyfikują obóz czekając na nas. Na pewno tak jest – stwierdziłem, sam nie do końca wierząc w te słowa. Wiatr zawiał. Poczułem szpile zimna przeszywające moje nogi – Musimy jak najszybciej dotrzeć do obozu. Czy ktoś w ogóle wie ile nas nie było?
— Wydaję mi się, że jakieś dwa, trzy dni. Na pewno martwią się o nas, ale teraz przynajmniej wiemy co nam zagraża. Będziemy mogli się przygoto… — nie dokończył Erni, gdyż usłyszeliśmy szelest z lewej strony. Wszyscy jak na komendę uklęknęliśmy i schowaliśmy przy jednym z drzew wyciągając bronie. Nagle zobaczyliśmy dwa zombie idące przez las. Wydawały charakterystyczne dźwięki i widać było jak nierówno idą. Wyciągnąłem tłuczek do mięsa i już chciałem wstawać, kiedy Cinek dał mi do zrozumienia, że on się nimi zajmie. Podałem mu naszą jedyną broń do walki wręcz i obserwowałem jak wstaje. Na jego zarośniętej twarzy malowała się determinacja. Zaczął obchodzić trupy od tyłu i po chwili zobaczyliśmy jak szarżuje na jednego z wrogów. Dźwięk pękających kości i fala krwi. Te dwie rzeczy zawsze towarzyszyły zabijaniu, czasami pojedynczo, czasami w zestawie. Tym razem mogliśmy doświadczyć obu, kiedy tłuczek dwa razy uderzył pierwszego z zombie w głowę. Po pierwszym ciosie na głowie trupa pojawiło się nienaturalne wgniecenie, a po drugim ciało leżało już bez ruchu. Drugi z trupów nie zdążył się jeszcze obejrzeć gdy obuch uderzył go w twarz. Zobaczyłem jak fala posoki rozbryzguje się na pobliskim drzewie. Po kolejnych ciosach z głowy zombie została tylko plama. Odebrałem od przyjaciela broń i ruszyliśmy w milczeniu do przodu.
                 Nikt z nas ostatecznie nie miał nastroju do rozmowy. Znajdowaliśmy się teraz parę kilometrów od obozu, byłem pewien, że dotrzemy tam przed całkowitym zmrokiem. Gdy dotarliśmy w końcu do ulicy, wzdłuż której przebiegała nasza trasa, zobaczyliśmy jak coś się czołga po ulicy. Wyciągnęliśmy bronie i teraz zobaczyliśmy, że nie był to zombie. Po ulicy czołgał się młody chłopak, na plecach miał ogromny plecak, ale jego spodnie były czerwone od krwi. Gdy nas zobaczył spojrzał z grozą w oczach i próbował coś powiedzieć. Wyciągnąłem pistolet i wymierzyłem w jego stronę. Nawet jeżeli kiedyś był zły, nie zasługiwał na takie męczarnie. Nikt na nie zasługiwał. Wtem postać odezwała się piskliwym głosem, który nawet pomimo zachrypnięcia brzmiał dziecinnie:
— Pi… Zabij mnie…
                Brzmiało to tak żałośnie, że aż się zawahałem. Przez ostatnie tygodnie przeszedłem ogromną metamorfozę. Z zwykłego nastolatka zamieniłem się w bezwzględnego ocalałego. Z chłopca stałem się mężczyzną. Zamknąłem oczy mierząc w jego głowę i strzeliłem. Strzał odbił się echem, wiedzieliśmy, jak to mogło się skończyć więc zerwaliśmy z niego plecak i uciekliśmy. Po paruset metrach zatrzymaliśmy się aby sprawdzić zawartość plecaka. Ku naszej uciesze było tam trochę zapasów, głównie konserw rybnych oraz jakieś śmieci. Parę komiksów, latarka, dziwne zwitki papierów wyglądające na plakaty i parę innych niepotrzebnych rzeczy, które wyrzuciliśmy. Ucieszeni z znalezienia jedzenia zaczęliśmy jeść. Zatrzymaliśmy się na uboczu, żeby nie było nas widać. Pospieszałem moich przyjaciół, wiedziałem, że nie możemy sobie pozwolić na dłuższe przerwy. Gdy ruszyliśmy ponownie w trasę nie było już żadnych problemów. Po pół godzinie, kiedy to słońce zbliżało się nieubłagalnie do linii horyzontu zobaczyłem tabliczkę z napisem „Królowy Most”. Co lepsze nie było tu widać żadnych zombie.
                 Przepełnieni radością, że zaraz zobaczymy znajomych ruszyliśmy pędem w stronę obozu. Minęliśmy młyn i zakręt. Zbliżaliśmy się z każdym krokiem do naszego ogrodzenia. Światła obozu paliły się, chociaż było dziwnie cicho. Gdy byłem dziesięć kroków od płotu wiedziałem, że coś jest nie tak. W płocie ziała dziura a w wilczych dołach było zakopane auto. Tuż za płotem widać było parę trupów. Serce biło mi jak szalone. Oczy zaczęły mnie piec od łez. Wyciągając broń przeskoczyłem nad dołami i wszedłem na teren obozu. Kiciuś i Marcin szli tuż za mną. Mimo tego, że światła się paliły nie było widać nikogo. Tylko trupy. Po całym obozowisku były porozrzucane ciała zombie, ale nie tylko one. Spóźniliśmy się. Pod jednym z drzew leżało ciało Joli, a kawałek dalej ciało dwóch nieznajomych mi ludzi. Mogłem tylko zgadywać, ale podejrzewałem, że to sprawka ludzi z Supraśla. Przeszukaliśmy resztę ruin obozu, każdy domek i zakamarek, ale nie znaleźliśmy nikogo. Byłem zły. Bardzo zły. Czułem jakby coś właśnie wyrwało mi serce i gniotło pozostałe organy. W buzi zrobiło mi się sucho i ledwo mogłem oddychać. W końcu wydarłem się na całe gardło, wrzeszcząc jak opętany, nie zwracając uwagi na to czy ktoś mnie usłyszy. Nie obchodziło mnie to. Nie widziałem ciał moich przyjaciół, oprócz Joli, ale było tu mnóstwo ciał zombie i nieznajomych. Wszyscy gdzieś zniknęli. Miejsce, nad którego ochroną pracowałem upadło. Ja też upadłem, na kolana. Krzyczałem jak opętany patrząc na moich przyjaciół. Ernest po prostu milczał. Cinek wyładowywał gniew rozwalając kopniakiem barierkę w jednym z domków. Nagle usłyszałem trzask i wszystkie światła zgasły. Generator padł pogrążając nas w ciemności. Spojrzałem na niebo i wydarłem się:
— KURWAAAA. ZA CO?! CO JESZCZE NAS CZEKA?

Odpowiedź otrzymałem natychmiast. Zachodzące słońce oświetliło mogiłę jaka została z obozu. Oświetliło także trójkę ocalałych, którzy stali na środku wrzeszcząc jak opętani. Oświetliło również auto, które wpadło w wilczy dół przy płocie. Co najgorsze oświetliło też znak nadchodzącej klęski. Na moją twarz spadł pierwszy płatek śniegu.

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozdział 20: Zła decyzja

Jesteście ciekawi co będzie działo się w Supraślu? Ten rozdział jest poświęcony tylko tej lokacji i jest jednym z mocniejszych jakie napisałem w tym "tomie". Po przeczytaniu proszę o komentarz z opinią i rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 20: Zła decyzja


                Obudziły mnie głosy, których nie znałem. Starałem się otworzyć powieki, chociaż nie było to łatwe zadanie.  Próbowałem się ruszyć, ale zauważyłem, że jestem przypięty kajdankami do kaloryfera. Pomieszczenie, w którym się znajdowałem, musiało kiedyś służyć za biuro menadżera lub innej grubej szychy zarządzającej tym barem. Poznałem to po wystroju pomieszczenia: duże biurko, ogromna, rozbita plazma wisząca na ścianie i gustowne meble. Tylko ja byłem przyczepiony do jakiegoś brudnego grzejnika.
                 Próbowałem wstać, albo się wyszarpać. Kajdanki szczękały przy każdym moim ruchu, ale ostatecznie nie dałem rady nawet trochę ich poluzować. Zaciskały się na moim nadgarstku, niczym stalowe łapska zombie. Zrezygnowany oparłem się plecami o ścianę i zacząłem myśleć. Nie wiedziałem ile czasu już tu spędziłem, nie miałem pojęcia, która jest godzina, lub co teraz robią ludzie w moim obozie. Co najgorsze nie widziałem ani Kiciusia ani Cinka, co nie mogło oznaczać nic dobrego.
                Poczułem głód, ale byłem zbyt zmęczony i wystraszony, żeby kogoś zawołać. Nie wiedziałem, czy po krzyknięciu nie przybiegnie tu jakiś kafar i nie ogłuszy mnie ponownie. Jaki ja byłem głupi! Mogłem wrócić z tym co miałem do Królowego Mostu i siedzieć teraz z Natalią, popijając piwo i rozmawiając. Przez głowę przeleciał mi obraz Łapy, który natychmiast stamtąd wyrzuciłem. Bałem się, że w tej chwili, kiedy ja nie wróciłem do obozu już przez przynajmniej parę godzin, ona zrobi coś moim przyjaciołom. Miałem nadzieję, że Gigant nie zmieni zdania i nie wróci do swojej dawnej przywódczyni.
                Przez następne dziesięć minut nie działo się nic. Siedziałem i myślałem, gdy nagle usłyszałem kroki na korytarzu. Nie wiedziałem czego się spodziewać, przez chwilę myślałem, żeby udawać, że dalej śpię, ale w końcu drzwi się otworzyły i wiedziałem, że muszę stawić czoła zagrożeniu. Do pomieszczenia wszedł gruby, łysy mężczyzna. Oceniłbym go na jakieś trzydzieści lat. Był wytatuowany na rękach i wyglądał na takiego, który spędził dużo czasu na siłowni. Ubrany był w bawełnianą bluzę z kapturem z podtoczonymi rękawami. Jego podbródek i policzki pokrywał parodniowy zarost. Uśmiechnął się do mnie paskudnie, aż serce podeszło mi do gardła ze strachu. Zamknął powoli drzwi i podszedł do mnie. Z każdym krokiem czułem większą grozę. W końcu, gdy był ode mnie oddalony o odległość wystarczającą, żebym poczuł jego oddech, zatrzymał się i przykucnął. Z bliska zobaczyłem, że jest ofiarą pewnego schorzenia, o którym kiedyś czytałem. Polegało ono na tym, że tęczówki przybierały nierealnych kolorów. Jego przypominały mi fiolet z domieszką różu. Gdy odezwał się, stłumiłem śmiech.
                 Jego głos był wysoki i gdyby nie to, że widziałem skąd się wydobywa, to dałbym sobie rękę uciąć, że mówi do mnie kobieta z chrypą:
— Widzę, że bandyta się obudził. Wygodnie się spało? Nie przeszkadzało paniczowi światło lub hałasy? – zapytał. Zdziwił mnie jego sarkazm, ale wiedziałem do czego to zmierza.
— Właściwie to przydałoby się, żebyś odkuł mnie i podał coś ciepłego do picia. Herbatkę, kawkę, cokolwiek – powiedziałem, starając się brzmieć chamsko. Różowe oczka prześwidrowały mnie, ale grubas nawet nie drgnął:
— Nie odkujemy cię. Kto wie kogo jeszcze postrzelisz – powiedział, wyciągając z kieszeni mój pistolet. Poczułem się wyjątkowo bezsilny. Nie miałem jednak humoru na tańczenie tak jak zagra mi ten spaślak:
— Czego ode mnie chcesz, grubasie? – zapytałem. Widziałem, że te słowa go ruszyły. Drgnął i uśmiechnął się jeszcze podlej.
— Skąd tu przyszliście? Ty i twoi dwaj chłoptasie? – spytał z lekko sztucznym, spokojem w głosie. Nie myślałem długo nad odpowiedzią:
— Z twojego spasłego dupska – tym razem nie wytrzymał. Zobaczyłem tylko jak się zamachuje po czym poczułem falę bólu, w miejscu na twarzy, w którym mnie uderzył.  Świat zawirował i po chwili myślałem, że znowu tracę przytomność, ale się otrząsnąłem. Gruby odezwał się znowu:
— Lepiej gadaj skąd przylazłeś bo zepsujesz mi humor, a nie chciałbyś zobaczyć mnie z zepsutym humorem, prawda? – odchrząknął – A więc? Będziesz współpracował?
— Mieszkam w Supraślu… — nie zdążyłem dokończyć bo kolejne uderzenie trafiło mnie prosto w brzuch. Miałem problemy z oddychaniem i ciężko łapałem powietrze.
— Kłamca! Pieprzony kłamca! Supraśl jest nasz, więc nie kłam. Nie uwierzę w to, że trójka ludzi radzi sobie z tym gównem od miesiąca bez zapasów, chodząc po Supraślu. Gdzie jest twój obóz? – widziałem, że traci nad sobą panowanie bo z normalnego głosu przeszedł do lekkiego krzyku.
— Mój obóz jest gdzieś tam, pełen ludzi. Przyjadą tu szukając nas, a wtedy sytuacja się zmieni. Przykuje cię do tego samego kaloryfera i będę bił aż twoja paskudna morda spuchnie tak, że będziesz wyglądał na jeszcze grubszego niż jesteś teraz. Wymorduje twoich ludzi i powieszę ich na latarniach w okolicznych miastach. Jeb się.
                Grubas najwidoczniej zrozumiał, że nie wyciągnie ode mnie niczego bo zaczął mnie bić. Jego ciosy były bolesne i już po czwartym z kolei zemdlałem. Obudziłem się po jakimś czasie cały obolały. Czułem zaschnięta krew na moich ustach. Ręka zdrętwiała mi tak, że jej nie czułem, a wiedziałem, że nie mogę wstać i się wyprostować, bo mój oprawca może wrócić w każdej chwili. Starając się zmienić pozycje rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nie widziałem nic co mogło by mi pomóc uwolnić się. Byłem w beznadziejnej sytuacji. Jedną rękę miałem wolną, gdybym tylko miał jakąś spinkę do włosów, mógłbym spróbować otworzyć zamek w kajdankach, kiedyś uczyłem się tego i myślę, że dałbym radę. Nie było jednak niczego co może mi pomóc więc mogłem tylko siedzieć i myśleć.
                Po niecałej godzinie usłyszałem kroki na korytarzu. Gotowy na kolejną wizytę Grubego czekałem, aż zobaczę jego cielsko w drzwiach. Nie bałem się już. Byłem osobą, która miała spory próg tolerancji na ból a wiedziałem, że jeżeli zdradzę chociaż o słowo za dużo to sprowadzę zagładę na moich ludzi. Miałem tylko nadzieję, że Cinek i Kiciuś wytrzymają te tortury i też będą siedzieć cicho. Drzwi otworzyły się i stanęła w nich młoda dziewczyna. Nie była specjalnie urodziwa, jej twarz pokrywał młodzieńczy trądzik, a włosy miała obcięte nierówno co sprawiało, że wyglądała okropnie. Nie odzywała się do mnie, podała mi tylko talerz, na którym było parę parówek i dwie kromki czerstwego chleba posmarowanego masłem. Chwilę później wyciągnęła z kieszeni butelkę z wodą i rzuciła mi ją w brzuch. Nie próbowałem nawet nawiązać komunikacji, wiedziałem, że to nie ma sensu. Popatrzyłem jak wychodzi i wziąłem się za jedzenie. Po przegnaniu głodu i pragnienia, poczułem, że muszę iść za potrzebą. Pęcherz wręcz pękał po paru godzinach trzymania moczu i nie wiedziałem za bardzo co z tym zrobić. Byłem dalej cały obolały po torturach Grubego, ale mimo to musiałem zaryzykować. Zawołałem:
— Gruby! Gruuuuby! Szczać mi się chcę!
                Po chwili usłyszałem hałas na korytarzu i do pomieszczenia wszedł grubas. Widać, że albo zażywał narkotyki albo wypił, bo oczy miał zaczerwienione, chodził chwiejnie i zataczał się ciężkim krokiem, podchodząc do mnie z wiaderkiem.  Gdy postawił wiadro obok mnie wpadłem na pewien pomysł. Poprosiłem go o kartkę i długopis, mówiąc mu, że potrzebuje czegoś, żeby uporządkować myśli. W ripoście usłyszałem:
— Kartki ci się zamarzyło? Proszę bardzo książę, dostaniesz je niedługo, będziesz mógł opisać jak ogromny wpierdol ci spuszczam – jego słowa były bełkotliwe, a na koniec wybuchł rechotem, ale wyszedł i po około dwudziestu minutach przyniósł długopis i kartkę. W tym czasie zdążyłem skorzystać z wiadra i odstawić je na bok w razie kolejnej potrzeby.  Tak naprawdę, rzeczy przyniesione przez mojego oprawcę wcale nie były mi potrzebne. Przynajmniej jeżeli chodzi o kartkę papieru. Głównym powodem mojej prośby był długopis, który na całe szczęście, był na sprężynkę. Rozkręciłem go szybko jedną ręką i rozmontowałem, wyjmując grubą sprężynkę. Skręciłem długopis z powrotem, żeby nie było widać, że przy nim majstrowałem i zapisałem parę słów na kartce.
                Upewniając się, że nikt nie wejdzie do mojego pomieszczenia, zabrałem się za wyginanie sprężyny. Chciałem ją uformować tak, żeby zamieniła się w prowizoryczny wytrych. Nie było to łatwe zadanie, szczególnie dlatego, że siedziałem w niewygodnej pozycji, a jedna z moich rak była przykuta do kaloryfera. Udało mi się jednak nadać odpowiedni kształt i już po chwili gmerałem w zamku. Kiedy po chwili usłyszałem kroki na korytarzu z emocji prawie nie wypuściłem mojego „klucza” z ręki. Całe szczęście osoba, która tamtędy przechodziła nie zaszła do mnie. Z tego co się orientowałem musiało już być późne popołudnie, więc miałem parę godzin do wieczora, kiedy mógłbym spróbować uciec. Jedyną przeszkodą teraz był zamek kajdanek. Gdy uczyłem się obchodzić z takimi zamkami, jakiś czas temu było to znacznie łatwiejsze bo miałem dwie ręce, na korytarzu nie pilnował mnie gruby psychopata, a do dyspozycji miałem bardzo wygodną spinkę do włosów. Wiedziałem jednak, że wszystkie kajdanki, kłódki, zamki od furtek czy bram miały podobne mechanizmy i byłem pewien, że dam sobie z tym radę.
                 Kolejne trzydzieści minut spędziłem na bezskutecznym mocowaniem się z zamkiem. W końcu usłyszałem kroki na korytarzu i tym razem rozpoznałem ciężkie tupanie buciorów Grubasa, które przybliżało się z każdą sekundą do mojej celi. Drzwi otworzyły się i spaślak wtoczył się do pomieszczenia. Na twarzy miał szeroki uśmiech, a w rękach trzymał jakąś skrzynkę. Po chwili rozpoznałem ją i zamarłem. Zauważył to i powiedział:
— Znaleźliśmy pewne auto, które stało sobie przy wjeździe do Supraśla. Było o dziwo dobrze wyposażone i między innymi w oczy rzuciły mi się te piwa, które można kupić w Kołodnie. Zaraz patrol moich kumpli pojedzie sprawdzić czy przypadkiem nie ma tam jakiegoś obozu i jak coś znajdą to jutro będziesz dyndał – zaśmiał się jak szaleniec, odkorkował jedno z piw i postawił przy mnie po czym wyszedł.  Musiałem poczekać aż ten odejdzie i upewnić się, że nie wejdzie tu podczas mojej próby uwolnienia więc zacząłem popijać piwo. Było dobre i dawało ukojenie nerwom i stresowi.  Czekałem tak pijąc i kiedy butelka była pusta, wziąłem się do pracy. Przez najbliższą godzinę grzebałem się w zamku i kiedy usłyszałem pstryknięcie, przez chwilę nie zdałem sobie sprawy z tego, że jestem wolny.
                Wstałem i poruszałem odrętwiałą ręką. Nie miałem żadnej broni i nie wiedziałem co powinienem teraz zrobić. Od nieruszania się stara rana postrzałowa, którą „zarobiłem” podczas ataku na obóz odezwała się. Znowu poczułem ból i z trudem stawiałem kroki, ale wierzyłem, że zaraz mi się to poprawi. Podszedłem do drzwi i zacząłem nasłuchiwać.  Na korytarzu nie było słychać żadnych dźwięków, więc powoli uchyliłem drzwi i wyjrzałem. Zobaczyłem długi hol, którego z pewnością nie mijałem z Ernim i Cinkiem. Musiał on być po lewej bądź prawej stronie budynku. Wyszedłem i zacząłem skradać się, podążając w prawą stronę. Po chwili usłyszałem kroki ,więc schowałem się przy ścianie, obserwując, jak przez prostopadle położony korytarz przechodzą ludzie. Rozpoznałem w nich dwójkę, którą widziałem w głównym pomieszczeniu baru. Nie wiedziałem, gdzie szukać moich przyjaciół, ale wiedziałem, że nie mogę bez nich opuścić Supraśla. Nagle usłyszałem fragment rozmowy, wytężyłem słuch:
— … przestań ćpać idioto. Masz więźniów do pilnowania ,nie możesz sobie pozwolić na takie rzeczy – powiedział cicho męski głos.
— Mną się nie przejmuj. Wracaj do swoich obowiązków i zostaw mnie samego – odpowiedział drugi, który od razu poznałem. Gruby. Poczułem falę napływające adrenaliny. Wiedziałem, że za rogiem siedzi mój oprawca.
                 Wyjrzałem delikatnie i zobaczyłem uchylone drzwi, oraz oddalające się dwie osoby, które widziałem przed chwilą. Przez chwilę przestałem zwracać uwagę na to, co się ze mną stanie. Gdy upewniłem się, że korytarze są czyste podążyłem do drzwi prowadzących do pokoju grubasa. Zobaczyłem go. Siedział na fotelu, odwrócony do mnie plecami i nachylony nad stołem, na którym była usypana ścieżka białego proszku. Nie znałem się na tym, ale byłem pewien, że to amfetamina lub kokaina. Rozejrzałem się szybko po pomieszczeniu i zlokalizowałem niedługi zwój liny. Leżał tuż obok torby z bronią i jakiejś książki. Podszedłem, podnosząc linę i zbliżając się do grubego. Nadepnąłem na skrzypiący kawałek podłogi, co zwróciło uwagę grubasa. Nie odwrócił on się jednak, tylko powiedział:
— Jeszcze raz tu przyjdziesz Jacek, a wykastruję cię, przysięg… — ostatnich słów nie zdążył wypowiedzieć, bo gruba lina zacisnęła się na jego gardle. Przerzuciłem ją przez niego, zahaczając o szyję i uniemożliwiając mu ruch. Od razu po zaciśnięciu liny pociągnąłem z całej siły do tyłu. Poczułem jak sznur ociera mi ręce, ale nie przerywałem. Ciągnąłem tak mocno jak nigdy, każdy skrzek i chrzęst wydawany przez grubego dodawał mi siły. Pociągnąłem go do tyłu tak mocno, żeby zobaczył moją twarz. Widziałem przerażenie w jego oczach, ale był zbyt zaskoczony i zaćpany, żeby cokolwiek zrobić. Siłowałem się z nim jeszcze przez dziesięć sekund, aż usłyszałem jak wypuszcza ostatni oddech i osuwa się na stół. Zostawiłem linę owiniętą o jego tłusty kark i zacząłem przyspieszać. Zabrałem z jego pokoju torbę z bronią, wcześniej wyciągając z niej pistolet. Następnie przeszukałem go i znalazłem klucze do kajdanek. Prawdopodobnie będą pasowały do kajdanek moich przyjaciół, o ile jeszcze żyją. Musiałem ich poszukać, teraz z bronią miałem znacznie większe szanse.
                 Wyszedłem z pokoju grubego i zacząłem sprawdzać każde pomieszczenie. Większość z nich była pusta, w jednym jednak spała dziewczyna. Była ubrana tylko w koszulkę i majtki, odrobinę starsza ode mnie, całkiem ładna. Uśmiechnąłem się paskudnie i przyłożyłem jej pistolet do skroni, drugą ręką zatykając usta. Widziałem strach w jej oczach, gdy je otworzyła. Próbowała krzyczeć, ale jednym gestem pokazałem jej, że spróbuje chociaż na chwilę pisnąć a wystrzelę. Posłuchała się. Zapytałem ją:
— Gdzie są moi przyjaciele? Dwaj więźniowie, których ostatnio złapaliście. Gadaj – wszystko to powiedziałem tajemniczym szeptem. Dziewka była przerażona. Podniosłem ją, a ta powiedziała cicho:
— Nie zabijaj mnie…
— To odpowiedz na moje pytanie do kurwy nędzy. Gdzie grubas trzymał resztę więźniów?
                Widziałem, że próbuje coś powiedzieć, ale z jej ust wydobywał się jedynie jęk. Zadowolony z tego, że ją zastraszyłem, ponowiłem pytanie machając pistoletem przed jej twarzą. W końcu uzyskałem odpowiedź:
— Zaprowadzę cię…
— Spróbuj czegokolwiek a pociągnę za spust bez wahania – ostrzegłem, wyprowadzając zakładniczkę na korytarz. Było czysto, widocznie dwójka ludzi, którzy byli tu wcześniej nie mieli ochoty przeszkadzać grubasowi w ćpaniu, co było ich błędem. Usłyszałem jęk. Odruchowo złapałem dziewczynę jedną ręką, chamsko chwytając w okolicy piersi, a drugą wymierzyłem w stronę skąd, wydawało mi się, dobiegał hałas.  Zobaczyłem drzwi od pokoju grubasa i po chwili grubego, który z nich wyczłapał. Zapomniałem go dobić, przez co wstał. Wyglądał jeszcze straszniej niż za życia. Jego oczy przybrały szkarłatną postać, przez co przypominał wieloryba. Charczące dźwięki, które wydawał były żałosne. Widocznie przycisnąłem go na tyle mocno, że nie dawał rady robić większego hałasu. Zombie nie zauważył nas jeszcze, chociaż węszył, próbując złapać nasz zapach. Kazałem dziewczynie prowadzić dalej i po chwili doszliśmy do pierwszych drzwi.
                 Otworzyłem je kopniakiem i zobaczyłem mojego przyjaciela, Ernesta, który był przywiązany do kaloryfera, podobnie jak ja wcześniej. Uśmiechnął się na mój widok. Popchnąłem zakładniczkę na bok, ostrzegając ponownie, że jak czegoś spróbuje to pożałuje i podszedłem do kumpla. Jego twarz była poobijana, podobnie jak moja, wiedziałem, że też nie podał grubasowi żadnych informacji. Rozkułem go i pomogłem wstać. Podałem mu jeden z karabinów, które znalazłem w torbie i w trójkę opuściliśmy pokój. Dziewczyna poprowadziła nas do kolejnego pomieszczenia. Cinek wyglądał najlepiej z nas, widocznie gruby zauważył, że z nim nie ma sensu zaczynać. Już po chwili uzbrojeni skradaliśmy się w stronę wyjścia. Dziewczyna szła przed nami w roli zakładniczki, miałem zamiar wypuścić ją dopiero jak opuścimy bezpiecznie Supraśl. Przy drzwiach, którymi tu weszliśmy siedział ktoś na krześle. Gdy nas zobaczył wstał i wycelował w nasza stronę bronią. Przycisnąłem do siebie dziewczynę i przystawiłem jej pistolet do skroni, a Cinek i Kiciuś wycelowali w strażnika.
                 Chłopak był przerażony, opuścił powoli broń.  Gdybyśmy byli w tej sytuacji parę tygodni temu, nie przeszłoby nam przez myśl, żeby go zabić. Byliśmy jednak ocalałymi. Nasze twarze były naznaczone ranami po wielogodzinnych torturach, a w naszych głowach wybuchło coś znacznie gorszego od apokalipsy zombie. Cinek podszedł blisko do chłopaka i strzelił mu prosto w głowę. Teraz musieliśmy uciekać. Prawdopodobnie reszta ocalałych z Supraśla to usłyszała i w tym momencie podrywała się do zlokalizowania źródła strzału. Otworzyłem jedne z pobliskich drzwi i wrzuciłem tam moją zakładniczkę zamykając za sobą drzwi. Cinek próbował otworzyć drzwi wyjściowe i już po chwili biegliśmy. Był wieczór. Słońce właśnie zachodziło  i rzucało ponure cienie na okoliczne budynki. Dzięki adrenalinie nie czułem na razie żadnego zmęczenia. Poruszaliśmy się szybko i sprawnie, próbując jak najszybciej oddalić się w stronę lasów. Sytuacja była beznadziejna. Nie mieliśmy żadnych zapasów, światła ani ciepłych ubrań. Prawdopodobnie będziemy maszerować z pustymi żołądkami, ledwo żywi i w totalnej ciemności, co oznacza, że na każdym kroku może nas zaskoczyć zombie. Kiedy wybiegliśmy na drogę, którą tutaj przybyliśmy, zauważyliśmy, że naszego auta nie ma. Gruby mówił, że je znaleźli, więc prawdopodobnie było nie do odzyskania. Musieliśmy jak najszybciej dojść do obozu i ostrzec resztę ludzi. Słyszeliśmy daleko z tyłu krzyki i widzieliśmy światła latarek, które tańczyły po budynkach, niczym płomienie świecy. Byliśmy jednak już daleko. Za daleko, żeby nas znaleźli. W końcu poziom adrenaliny zaczął opadać i przystanęliśmy przy jednym z drzew, żeby zaczerpnąć trochę powietrza i uspokoić serca. Spojrzałem na Cinka i Kiciusia. Obaj wyglądali fatalnie, tak jak na pewno i ja wyglądałem. Mimo tego byliśmy wolni. Spytałem ich:
— Macie cokolwiek żeby oświetlić drogę? Jakieś jedzenie w kieszeniach? Picie?

Oboje pokiwali przecząco głowami. Szykowała się długa i ciężka noc.