Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 20. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 20. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lipca 2017

Rozdział 20: Na drodze

Rozdział 20, kolejny z perspektywy Irka. Wracamy do wstawiania kolejnych rozdziałów. Ostatnio ładnie złapałem dryg do pisania i myślę, że na nim przelecę aż do końca tego tomu. Rozdziały może nie będą się pojawiały, co pięć dni, ale i tak powinny być czymś częstym. Na pewno bez miesięcznych przerw już ;) Rozdział jest początkiem głównego wydarzenia w tym tomie związanego ze stadem. Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz i włączenie się do dyskusji.

POV:
Irek - Rodział 20 - Dzień 6-7
Bobru - Dzień 6-7 - Przebywa w Płońsku i szykuje się do powrotu do Płocka
Zuza - Dzień 6-7 - Przebywa w Płocku i próbuje uratować Łapę

----------------------------------------------------------

Rozdział 20: Na drodze (IREK)


                Wstałem z rana nieco obolały po całej nocy. Eweliny już przy mnie nie było. Nie dziwiło mnie to specjalnie. Zrobiła swoje i wyszła, ja wcale nie szukałem poważnego związku, więc nie miałem jej tego za złe.  Przeciągnąłem się i ubrałem. Poszedłem do łazienki przemyć zaspaną twarz. Widok blizn zdobiących moje ciało już mnie nie zaskakiwał. Kiedyś miałem ochotę się ich pozbyć, wymazać, zrobić cokolwiek żeby zniknęły, ale teraz wiedziałem, że oznaczają one coś więcej. Były wyznacznikiem tego co było i tego jakim człowiekiem byłem. Zdolnym do poświęceń. Dlatego teraz pracowałem dla Krawca. Wiedziałem, że współpracując mam chociaż minimalny wpływ na to co się działo. Wierzyłem, że potrafię jakkolwiek wpłynąć na jego decyzję, chociaż wiedziałem, że szansa jest mała. Porwanie Kiciusia na pewno było czymś złym, ale byłem pewien, że Krawiec nic mu nie zrobi, a przynajmniej dzięki temu moja przykrywka wciąż miała sens.
                Wyszedłem z przydzielonego pokoju i schodząc po klatce schodowej wydostałem na zewnątrz. Ludzie już od dawna byli na nogach, chociaż słońce było jeszcze nisko na horyzoncie. W takich czasach jak te, w których przyszło nam żyć, nie było już takich problemów jak kiedyś. Wszyscy pracowali bo bez pracy struktura mogła się naruszyć. A jak struktura się narusza to wystawia całą społeczność na niebezpieczeństwo. Pogoda dzisiaj była wyjątkowo nijaka. Z jednej strony było ciepło, z drugiej wiał wiatr i niebo było całkowicie zachmurzone. Przez główny plac przebiegło paręnaście uzbrojonych osób, które prawdopodobnie przemieszczały się z jednej bramy do drugiej. Staruszek z gitarą brzdękał pod pomnikiem stojącym przy kościele.
                Sielanka, przekradło mi się przez głowę. Moim celem była teraz Kwatera Główna. Musiałem wiedzieć co dokładnie planuje Dziara. Mieliśmy spotkać się z rana. Miałem nadzieję, że nie zmienił odnośnie niczego zdania. Przeszedłem labirynt uliczek i ludzkich twarzy, których za bardzo nie znałem i dotarłem do celu. Zawsze było tutaj pustawo, mieszkańcy Ostoi raczej nie kręcili się po tej stronie Obozu, bo nie było tutaj nic ciekawego, a miejscami bywało strasznie. Strażnicy, którzy patrolowali ulice z kamiennymi twarzami i poczucie jakby wchodziło się do miejsca, które nie oferuje nic od siebie. Niektórzy musieli tutaj przychodzić, bo właśnie tutaj przyjmował Dziara, który starał się rozwiązywać problemy ludzi. Ale z własnej woli nie przychodził tutaj nikt.
                Zapukałem dwa razy. Drzwi otworzyłem po usłyszeniu „wejść”. Pomieszczenie nie zmieniło się ani trochę od ostatniej wizyty. Było po prostu jaśniej. Nie widziałem jeszcze tego domu za dnia. Zawsze w nocy, zarówno jak mnie tu zamykano, jak i mnie uwalniano. To było dosyć dołujące. W Kwaterze było dosyć tłoczno. Przywitałem skinieniem głowy znajome twarze. Uśmiechnąłem się do Eweliny, której spojrzenie spotkało się z moim. Jonasz uścisnął nawet moją dłoń. Przepychając się udało dostać mi się do biurka, przy który stał Dziara obgadując coś z mężczyzną, którego nie znałem.
- Irek. Doskonale. Mamy małą zmianę planów – powiedział na dzień dobry lider Toruńskiej Ostoi.
- Jaką zmianę planów? – zapytałem zimno. Wiedziałem, że coś takiego może się stać, ale mimo wszystko mnie to zdenerwowało.
- Spokojnie, naprawdę niedużą. Jestem pewien, że ci się spodoba przyjacielu – ostatnie słowo zaakcentował dosyć mocno. Widać było, jak bardzo ceni sobie takie poczucie relacji – Pojedziesz do Inowrocławia. Przenalizowaliśmy nieco sytuację i wygląda to naprawdę nieciekawie. Wojna to może i nie jest, ale nie będę ryzykował. Coś się dzieje. Wszyscy muszą pomóc – powiedział dowódca Czerwonych Flar i Torunia.
- Co z Drugim Posterunkiem? – rzuciłem.
- Oni będą bronić okolic. Nie martw się – o wszystkim pomyślałem – powiedział jakby gotowy na moje pytanie – Masz tutaj list – podał mi kopertę. Brak kciuków rzucił się w oczy – Zanieś go Benowi, wszystko tam jest napisane. Im szybciej zorganizujesz ludzi z Inowrocławia tym szybciej ruszymy. Czas nie gra roli, możemy ruszyć na wschód nawet wieczorem. Po prostu musimy mieć więcej ludzi.
                Chociaż przeciąganie tego w czasie nie do końca mi się podobało, to cały plan wydawał się być w porządku. Poczułem, trudną do opisania, ulgę. Wiedziałem na co stać ludzi Krawca, ale taka grupa to będzie już ryzyko, którego raczej nie podejmie. Mógł, co najwyżej, przekierować nas na inny tor przy użyciu stada, ale ja wiedziałem, że nie zmarnuje okazji i prędzej zaatakuje Płock i ludzi Bobra niż ruchomy oddział. Tego byłem praktycznie pewien. Każda para rąk mogła się teraz przydać. Liczyłem mocno na to, że nie będę musiał niczego robić. Wiedziałem, że Zszyci obserwują ten obóz. Oni widzieli wszystko. Wiedzieli też zaskakująco dużo i byłem ciekawy, czy przypadkiem nie mają innych szpiegów.
                Wcześniej słyszałem, że sposobem na rozpoznanie ludzi Krawca jest to, że mają kawałki przyszytej skóry trupa, czasami odcięty kawałek ciała, albo taki kawałek noszą jako amulet. Była to oczywista bzdura, czego byłem przykładem. Dlatego nie mogłem ostatecznie stwierdzić ilu takich ludzi było w różnych obozach. Kto wie, czy ktoś ważny nie siedział w kieszeni Czarka. Wizja przerażała mnie i przypominała jakąś dziwną teorię spiskową sprzed czasów wybuchu apokalipsy. Wtedy ludność była niesamowicie podatna na takie brednie. Sam nie dawałem im wiary, ale patrząc na to, co działo się tutaj, nie czułem już takiej niewiary. Zaczynałem czuć się jak marny pionek w grze. Może właśnie taką rolę w tym wszystkim odgrywałem.
                Nie marudząc już, zabrałem się wraz z listem w stronę południowej bramy. Miał tam czekać na mnie gotowy transport. Nie spodziewałem się niczego specjalnego, ale jednak Dziara na poważnie wziął ten temat. Czekał na mnie podstawiony wóz, terenowy jeep, który był gotowy do jazdy. Znałem doskonale drogę, więc nie potrzebowałem żadnego przewodnika. Uśmiechnąłem się, gdy zobaczyłem, że na siedzeniu pasażera leży strzelba, paczka naboi oraz łom. Ten ostatni przedmiot nieco mnie zastanawiał, ale nie myśląc o tym specjalnie usiadłem za kółko i przechodząc procedurę wyjazdu, pomknąłem przed siebie.
                Droga do Inowrocławia nie była długa, ale i tak chciałem przejechać ją jak najszybciej. Czułem jak coś wisiało w powietrzu. Odkąd ekipa Erniego oczyściła drogę, to jechało się niesamowicie przyjemnie. Widać było, że chłopak przyłożył się do pracy. Zrobiło mi się głupio. Próbowałem jednak schować wyrzuty sumienia i skupić się na zadaniu. To, że zdradziłem Kiciusia, nie oznaczyło, że jego ofiara pójdzie na marne. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wiele zależało od tego, jak potoczą się najbliższe dni. Czy będziemy w stanie wojny, czy może uda się jej uniknąć na rzecz chwiejnego pokoju. Byłem zwolennikiem tego drugiego, chociaż gdzieś głęboko, pod pozorami uprzejmości i wyrozumiałości, ukrywały się pokłady wewnętrznego gniewu i żalu. Do tych wszystkich ludzi. Tych patrzących spode łba, oraz tych, którzy nawet nie ukrywali pogardy wobec mojej osoby. Nie zasłużyłem sobie jednak na nią. Byłem normalnym człowiekiem, który wyglądał nieco gorzej przez blizny. Skrzywdzonym i zniszczonym.
                Zatrzymałem gwałtownie wóz, gdy zobaczyłem niedużą grupę trupów na drodze. Przez moment byłem pewien, że to Zszyci, ale gdy się im lepiej przyjrzałem, to wiedziałem już, że to zombie. Zwabione ruchem oraz hałasem ruszyły w stronę mojego auta. Było ich dziewięć. Szły dosyć skupioną grupą, a przez to, że znajdowałem się akurat na leśnej ścieżce, nie miałem jak ich ominąć. Musiałbym cofać się i jechać na około, a nie chciałem marnować czasu. Odjechałem paręnaście metrów do tyłu i zatrzymałem pojazd. Sięgnąłem po łom i strzelbę, wciąż leżące po mojej prawicy i wysiadłem. Trupy szły w moją stronę. Ich ruchy były pokraczne i chaotyczne. Z jednej strony widać było, że chcą zatopić we mnie zęby, z drugiej ich rozkładające się ciała nie pomagały w szybkim poruszaniu się.
                Jedne miały powykręcane nogi, kolejne wyglądały jakby były zmiażdżone, przez co szły skurczone i zgarbione. Żadnego nie można było pomylić z człowiekiem. Były zbyt pokraczne i nieludzkie. Dlaczego ludzie patrzyli tak na mnie? Pierwszy spotkał się z moim największym gniewem. Musiałem wyładować emocje. Strzelbę położyłem na masce samochodu, a zamachnąłem się łomem. Tępe uderzenie w bok czaszki nie zabiło mojego przeciwnika, jedynie go powaliło. Chwyciłem za broń obiema dłońmi i gładkim, pewnym ruchem wbiłem go w oczodół. Zombie znieruchomiał. Popatrzyłem na kolejnego, który był o krok ode mnie. Wykorzystując to, że jestem na kolanach, wystrzeliłem do góry i wbiłem łom w podbródek trupa. Wyciągnąłem go równie gwałtownie, jak włożyłem po czym zamachnąłem się na trzeciego, którego czaszka pękła po trzech mocnych uderzeniach.
                Każdy kolejny sztywny wyładowywał kolejną dawkę negatywnych emocji i myśli, które zbierały się we mnie niczym trucizna. W końcu został na nogach tylko jeden trup. Kobieta. Miała zerwaną skórę z twarzy i wyglądała jakby była nieco spalona.  Poruszała się powoli, więc nie martwiąc się zbytnio, że mnie ugryzie, podszedłem do niej blisko. Gdy była na wyciągnięcie ręki kopnąłem ją z całych sił w kolano. Cios sprowadził ją do poziomu, co ja wykorzystałem do zadania ciosu. Otarłem łom o szmaty, które miała na sobie po czym rozejrzałem się po drodze. Było dziwnie spokojnie. Nie chcąc zostawiać po sobie bałaganu, na nowo oczyszczonej drodze, wziąłem się za składowanie trupów na poboczu. Ułożyłem całkiem ładny stos, po czym biorąc strzelbę wróciłem do pojazdu.
                Leśna droga wkrótce ustąpiła popękanemu asfaltowi. Co i rusz mijałem dziury zasypane żwirem i zalepione warstwą czegoś przypominającego beton. Jechało się przyjemnie i bez problemowo. Bak był pełny, więc nie musiałem również martwić się o to. Nuciłem sobie trochę pod nosem, nadając mojej wycieczce jeszcze większego klimatu. Chociaż byłem odmieńcem to bardzo podobało mi się to, że świat upadł. Oczywiście nikomu się nie chwaliłem. Ludzie mieli obawy przed przyznaniem się, że koniec świata może być dla niektórych nowym początkiem. Wygodnym zapomnieniem o życiu, które było i wcale nie układało się najlepiej. Były też przypadki, gdzie osoby musiały odpuścić życie w luksusie, dla jedzenia puszkowanego żarcia pomieszanego z przefiltrowaną wodą.
                Sam nie wiedziałem, gdzie mogę w tym wszystkim zakwalifikować siebie. Z jednej strony nie miałem wcale takiego złego życia przed wybuchem apokalipsy. Miałem pracę, dom, rodzinę, którą dało się znieść, jednym słowem niczego mi nie brakowało. Teraz byłem popychadłem, które jest alienowane przez społeczeństwo, ale miałem moc. Ugryzienie nie mogło mnie zabić. Mój organizm miał prawdopodobnie zakodowaną odpowiedź na pytanie, czy jest antidotum .Byłem ważny. Zbyt ważny, żeby zginąć. Być może właśnie dlatego Krawiec się mnie nie pozbył. Zobaczył potencjał, który miał zamiar z czasem wykorzystać.
                Rozmyślenia były idealnym zabójcą czasu. Nie zauważyłem, kiedy przed moimi oczami zaczął się malować Inowrocław. Podążając do centrum zauważyłem, że ulice są praktycznie puste. Mieszkańcy obozu doskonale sobie radzili z oczyszczaniem okolic. Przy bramach obozu zatrzymałem pojazd i wysiadłem, pokazując strażnikom poukrywanych na podwyższeniach, że to ja. Budynek kościoła, który był ważnym elementem całego miejsca, górował nade mną. Był naprawdę wysoki.
- Kto idzie? – usłyszałem zduszony, męski głos.
- Irek. Przynoszę wiadomość od Dziary – zamachałem kopertą, która wyglądała mało elegancko po podróży z Torunia.
Strażnicy nie odpowiedzieli mi. Po chwili jednak, brama zaczęła się powoli otwierać, akurat na szerokość, która pozwalała mi wjechać autem. Wsiadłem i przekręcając kluczyki w stacyjce uruchomiłem silnik, po czym wjechałem do środka.
                Wnętrze było takie, jakie zapamiętałem z spotkania ocalałych, które Ben organizował dwa tygodnie temu. Przyczepy, ludzie, oraz kościół, który stał teraz otworem, a przez jego wejście przelewali się mieszkańcy. Wysiadłem i zostawiając strzelbę oraz łom, rozejrzałem się.
- Hej – usłyszałem głos za sobą. Zobaczyłem przed sobą Garbusa. Wyglądał dokładnie tak samo pokracznie, jak nocy, której znalazł nas w okolicznym domku. Uścisnąłem jego dłoń – Czego dusza potrzebuje?
- Mam sprawę do Bena. List od Dziary – powiedziałem krótko.
- Jasne. Pozwolisz, że cię podprowadzę – odpowiedział dając ręką znak, w którą stronę mamy iść – Wiesz, protokoły bezpieczeństwa.
- Żyjemy w niebezpiecznych czasach – skwitowałem po cichu.
                Idąc w stronę budynku, którego piwnica prowadziła do laboratorium Bena, zauważyłem grupkę ludzi siedzących na jednym z murków. Wypatrzyłem wśród nich Karolinę. Wyglądała marnie. Czułem się wyjątkowo podle, ale wiedziałem, że to co robię może przysłużyć się wszystkim. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę. Zdobyłem się na delikatny uśmiech. Nie odwzajemniła go. Kobieca intuicja, wytłumaczyłem sobie w myślach. Garbus prowadził mnie dalej.
- Co tam w wielkim świecie? – zagadał mnie.
- Nie jest łatwo. Słyszeliście już o stadzie? – zapytałem.
- Tak. Nasi ludzie od  zwiadu mówili, że ono się zbliża. Tego chce Dziara?
- Mam nadzieję – odpowiedziałem szczerze.
- Swoją drogą, wiesz, że są tutaj ludzie Bobra? – rzucił kolejnym pytaniem.
- Tutaj? – zdziwiłem się – Kto?
- Gigant i trójka innych. Ciężko spamiętać te wszystkie wasze ksywki, a ten duży to od razu się ze swoją kojarzy – odpowiedział.
- I po co tutaj przyjechali?
- Bobru założył obóz w Płocku i potrzebuje ludzi i zapasów na rozbudowę. Nasi mają mu trochę pomóc, przynajmniej na początek – wyjaśnił.
- Ciekawe – powiedziałem.
                Doszliśmy akurat do budynku prowadzącego do laboratorium. Pomieszczenie, jak i samo zejście było całkiem dobrze oświetlone, choć obskurne. Nie byłem pewien, czy to jakiś mechanizm obronny, czy coś innego, ale nadawało całości dosyć ponurego klimatu. Zeszliśmy po schodkach do niedużej piwnicy i zagłębiliśmy się nieco mroczniejszą część budynku. Przed nami były drzwi.
- Nie byłeś za tymi drzwiami, co? – zapytał mnie Garbus.
- Nie, a co? – odpowiedziałem pytaniem.
- Przygotuj się – poradził. Spojrzałem na niego nieco zdziwiony. Pociągnął za klamkę i moje uszy zostały zaatakowane przez istną kakofonię dźwięków. Odruchowo sięgnąłem dłońmi żeby nieco wygłuszyć ten hałas.
                Weszliśmy do długiego na paręnaście metrów korytarza, który musiał być tunelem pomiędzy budynkiem, w którym byliśmy, oraz tym, w którym mieściło się laboratorium. Zamiast ścian pomieszczenie było wyłożone ogromnymi, szklanymi pojemnikami, które były podświetlone i wypełnione trupami. Nie wiedziałem jak wiele ich jest, ale gdy te zobaczyły mnie i Garbus, to od razu się nami zainteresowały i zaczęły uderzać w szyby i krzyczeć jeszcze głośniej. Przyśpieszyłem, nieco przyzwyczajając się do hałasu. Chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce. Dopadłem do drzwi przed Garbusem i nacisnąłem na klamkę wpadając do strefy totalnej ciszy, zupełnie jak przed wejściem do korytarza. Mój towarzysz spojrzał na mnie.
- Ostrzegałem – rzucił krótko.
- Co to do cholery jest? Dlaczego nie słychać niczego poza tym pomieszczeniem? Co to w ogóle za miejsce? – pytania same się nasuwały.
- To taka forma zabezpieczeń no i obiekty badawcze, nazywamy to Korytarzem Krzyku. Ściany są wyciszone, żeby hałas nie przeszkadzał naukowcom – wytłumaczył.
- Dziwni jesteście – powiedziałem.
- Dziwni, czy nie, nie każdy ma takie zdolności jak ty. Szarzy ludzie też chcieliby przeżyć infekcje układu krwionośnego po ugryzieniu. Zresztą pogadasz o tym z szefem, jeżeli cię to interesuje – zaproponował idąc w kierunku lewych drzwi. Oprócz tych, do których zmierzał, znajdywały się jeszcze cztery sztuki. Nie miałem pojęcia, gdzie mogły prowadzić, ale podejrzewałem, że były to po prostu laboratoria czy inne pokoje służące do badań.
                Weszliśmy do średniej wielkości pomieszczenia, które było pełne stołów zasypanych dokumentami i notatkami. W środku panował przytulny klimat. Pomiędzy stołami zauważyłem siedzącego nad sporą książką Bena. Zmienił się nieco odkąd widziałem go ostatni raz. Wydawał się teraz być znaczniej bardziej zmęczony. Jak dotąd na jego czuprynie można było dojrzeć śladowe ilości siwizny, teraz szare włosy pojawiały się znacznie częściej. Widać było, że żył w stresie i dużo pracował.
- Irek… Witaj. Wstałbym, żeby podać ci rękę, ale sam rozumiesz jak to jest… - przywitał mnie żartując – Co cię tu sprowadza? – zapytał. Podszedłem do niego i uścisnąłem mu dłoń. Garbus stał przy drzwiach, czekając aż skończymy rozmawiać. Sięgnąłem do kieszeni i bez słowa podałem mu list. Od jego okularów odbijało się światło pobliskiej lampki. Również nie zadając pytań rozerwał kopertę nożykiem, który miał pod ręką i podkładając kartkę pod światło zaczął czytać. Dopiero teraz zauważyłem jakie Dziara miał brzydkie pismo.
                Ben przeczytał list po czym zdjął okulary i przetarł czoło. Spojrzał na mnie. Dziwnie wyglądał bez okularów.
- Musimy wszystko przygotować – powiedział, nie wiadomo czy do mnie, czy do Garbusa czy do siebie.
- Na kiedy to byłoby gotowe? – zaryzykowałem pytanie.
- Za dwie-trzy godziny. Muszę zebrać ludzi, porozmawiać z tymi Bobra. Może podjadą z nami chociaż kawałek w drodze do Płocka. Poczekaj po prostu w barze, czy gdzie tam chcesz. Załatwię wszystko co trzeba i Konrad Cię znajdzie jak moi ludzie będą gotowi do odjazdu. Dziękuje za doniesienie wiadomości – powiedział jak zwykle poważnie.
- Zależy mi naprawdę na czasie – wspomniałem.
- Zdaje sobie sprawę. Widać po tobie. Po prostu poczekaj, postaram się załatwić to jak najszybciej.
                Biuro przywódcy Inowrocławia opuściłem sam. Garbus został w środku żeby przyjąć listę zadań od Bena. Przejście przez Korytarz Krzyku nie należało znowu do najprzyjemniejszych. Równie dobrze ja mogłem znajdować się w takim akwarium i być obiektem badań. Nie widziała mi się ta wizja. Po drodze minąłem jednego z naukowców, a tak przynajmniej wywnioskowałem po fartuchu. Kiwnął mi głową na przywitanie. Wydawał się być niewzruszony wizją trupów, na jego twarzy widać było zadumę. Musiał tu pracować już jakiś czas. Opuściłem korytarz, zostawiając za dźwiękoszczelnymi drzwiami te wszystkie hałasy.
                Z ulgą wyszedłem na świeże powietrze. Dotarło teraz do mnie jak źle się czuje w podziemiach, po tym, co zrobił mi Dziara. Odetchnąłem głęboko. Postanowiłem przeczekać najbliższe godziny w barze, racząc się ciepłą herbatą i rogalikami, które tutejsi ludzie akurat upiekli. Siedziałem i starałem się nie myśleć o niczym, chłonąc spokój i cisze przed nadchodzącą burzą. Ludzie wchodzili i wychodzili, ale w lokalu nikt nie hałasował, ani nie wprowadzał chaosu. Podobało mi się to miejsce. Było taką jeszcze mniejszą i jeszcze spokojniejszą wersją Ostoi. Co prawda nie ufałem specjalnie ani Dziarze, ani Benowi, ale wciąż wydawało mi się, że jak to wszystko się nieco uspokoi to wrócę właśnie tutaj. O ile przeżyje.
                Konrad znalazł mnie po około dwóch godzinach. Przyszedł i dał mi znać, że wszystko jest gotowe do odjazdu. Było już popołudnie, więc byłem dobrej myśli. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Na placu wjazdowym zebrała się całkiem spora grupa. Zauważyłem ciężarówkę, przy której w oczy rzucił mi się Gigant oraz inni ludzie Bobra, w tym Dymitr, którzy byli ze mną w ekipie stawiającej punkty strategiczne. Właśnie one pomogły mi nieco wrócić w te okolice. Gdy zauważyli mnie podeszli.
- Przeżyłeś… - powiedział Dymitr uciskając serdecznie dłoń. Lubiłem go za to, że nie miał problemu do ludzi takich jak ja. Denerwowali go tylko dwulicowi kłamcy, a za takimi również nie przepadałem.
- Tak. Udało mi się. Wy też wszyscy wróciliście do Ostoi? – zapytałem.
- Tak. Jedynie skreślaliśmy Ciebie i tą babkę, za którą pobiegłeś w las. Jak Ci się udało uciec? – do rozmowy włączył się Gigant, który również mnie przywitał wyciągając dłoń.
- Uciekałem. Stado nie porusza się aż tak szybko. Skróciłem ich przez rzekę i jakoś się udało – skłamałem.
- Masz niesamowitego farta, nawet jak na osobę z twoją przypadłością – zauważył najwyższy z nas.
- Zdarza się – uciąłem temat – Jedziecie z nami?
- Nie do końca. Przy odbiciu zjedziemy na Płock, ale pomożemy wam tyle ile będziemy mogli.
                Rozejrzałem się. Oprócz wozu jadącego do Płocka widziałem dwa kolejne wypchane ludźmi. Na oko jakieś…
- Trzydzieści osób. Sporo jak na nasz obóz. Wiemy jednak jakie zagrożenie nas czeka i musimy pomóc – powiedział Konrad podchodząc do nas.
- Jesteśmy gotowi do drogi? – zapytałem.
- Jasne.
Wkrótce potem wyruszyliśmy. Cały konwój wyglądał dosyć imponująco. Prowadziłem, jadąc autem z Ostoi, a ze mną zabrał się Konrad oraz jeszcze jeden, nieznany mi mężczyzna. Następnie sunęły dwa wozy towarowe wypchane ludźmi z Inowrocławia, a na koniec ten z przyjaciółmi Bobra. Byłem pewien, że teraz nawet Zszyci baliby się nas ruszyć.
                W Toruniu byliśmy, jak słońce powoli zaczęło wędrować w stronę horyzontu. Dziara dotrzymał swojej części umowy. Gdy tylko okrążyliśmy miasto, żeby trafić na wschodnie bramy, gdzie byli ustawieni ludzie Dziary, to wszyscy już na nas czekali. Kolejne trzy wozy wypełnione uzbrojonymi ludźmi.
- Dobra robota Irek – poklepał mnie po plecach przywódca Torunia – Sprawnie się uwinąłeś i przyprowadziłeś mnóstwo ludzi. Teraz możemy iść na wojnę z martwymi – zaśmiał się.
Skwitowałem to milczeniem. Miałem wyjątkowo ponury nastrój. Chciałem po prostu, żeby już zaczęło się to, co powinno dziać się od jakiegoś czasu. Mogłem realnie pomóc. Tego mi brakowało. Dziara przywitał się jeszcze z ludźmi Bobra i Konradem po czym wsiadł do jednej z ciężarówek na przedzie.
- Chodź, znajdzie się tu dla Ciebie miejsce – powiedział stojąc nade mną i wyciągając do mnie rękę. Chwyciłem ją po chwili i dołączyłem do niego. Podał mi w ręce karabin z pełnym magazynkiem.
- Nie zaszkodzi. Wiem, że dobrze strzelasz – powiedział siadając na jednej z skrzynek z bronią – Rozchmurz się trochę. Jedziemy czyścić trupy, wszystko będzie dobrze.
                Chociaż nie życzyłem nikomu z Torunia, nawet jemu, niczego złego to chciałem w głębi duszy zobaczyć jak otaczają go Zszyci. Niczym cienie. Nie wiedziałby nawet kiedy coś go uderzyło. Być może zadaliby mu szybką śmierć, ale może też po prostu by się nim bawili i go torturowali. Nie wykluczone, że tak właśnie skończy się jego przygoda. Konwój, powiększony o trzy wozy z Ostoi, ruszył do przodu. Widząc coś takiego na drodze zdecydowanie bym zawrócił i poszedł w zupełnie inną stronę. Miałem nadzieję, że tak pomyśli każdy.
- To jest miejsce, w którym możemy się obwarować – powiedział Dziara pokazując mi na mapie punkt nad Płockiem – Jeżeli to stado rzeczywiście jest tak blisko, to chyba będzie najlepszy punkt do obstawienia. Najbezpieczniejszy, bo będziemy blisko obozu Bobra, a zarazem da nam to czas na przygotowanie.
- Masz racje – odezwałem się w końcu.
- Szefie dojedziemy tam za dwie godziny – powiedział Michael, którego dopiero teraz zauważyłem w ciężarówce.
- Doskonale. Możemy do tego czasu odpocząć. To będzie ciężka noc…
                Korzystając z tego, że nie muszę kierować oparłem się głową o plandekę i przymknąłem oczy. Wierzyłem, że nie muszę aż tak uważać, będąc otoczonym około setką innych, uzbrojonych ludzi. Decyzja była dobra, bo byłem naprawdę zmęczony tym dniem, pomimo tego, że wcale się tak nie napracowałem i sen był tym, czego potrzebowałem. Obudziła mnie dziura w drodze, na której ciężarówka podskoczyła. Poderwałem się, ale poczułem czyjąś nogę na kolanie.
- Spokojnie. Jeszcze kawałek przyjacielu – uspokoił mnie Dziara.
- Coś się działo? – zapytałem.
- Tak. Ludzie Bobra skręcili na południe do Płocka. Wybrali jakąś dziwną drogę i właściwie odłączyli się od nas dobrą godzinę temu. Nie mam pojęcia dlaczego. Preferują drogę wzdłuż Wisły, widocznie lepiej ją znają i czują się tam bezpieczniej. Cholera ich wie. No, ale jakby skręcili teraz to mieliby praktycznie prostą drogę do ich obozu – zastanowił się na głos Dziara.  
                Nie miałem ochoty specjalnie już spać, więc przeciągnąłem się i zacząłem patrzeć na drogę, którą tutaj się dostaliśmy. Za nami wciąż jechały ciężarówki z Inowrocławia i Torunia, więc widok nie był zbyt interesujący, ale dało się w to nieco wciągnąć. Dziara ciągle rozmawiał z ludźmi z Czerwonych Flar, którzy z nami jechali. Słuchałem jednym uchem planu, ale nie ukrywałem, że nie interesowało mnie to aż tak bardzo. Chciałem po prostu być już na miejscu i liczyłem, że jakoś to będzie. Mieliśmy naprawdę dużo ludzi do pomocy. To musiało się udać.
                Po dwudziestu minutach jazdy dotarliśmy do miasteczka, a Dziara kazał zatrzymać całą karawanę wozów.
- Co to za miasto? – zapytałem.
- To, mój drogi, jest Sierpc. Mamy tutaj nasz Czwarty Posterunek. Damy im znać, co planujemy – powiedział.
Zatrzymaliśmy się przed budynkiem, który był ogrodzony siatką. Dziara wyskoczył tyłem, a za nim podążył Michael, Ewelina oraz Jonasz. Ja wysiadłem za nimi. Dowódca Ostoi machnął ręką do pozostałych aut, żeby te poczekały. Następnie poszedł w kierunku siatki. Rozejrzał się po placu przed budynkiem. Nie musiał czekać długo. Po chwili drzwi otworzyły się, a na zewnątrz wyszła grupa ludzi. Jeden z nich, mężczyzna nieco młodszy ode mnie, podszedł do nas.
- Szefie? Co się dzieje? – zapytał.
- Szymon. Będziemy działać z ludźmi z Inowrocławia – to mówiąc machnął ręką w kierunku pojazdów zamykających pochód – i bronić głównej drogi przed nadchodzącym stadem. Masz pomysł, jakie miejsce warto byłoby obstawić? – odezwał się Dziara.
- Hmm… - zastanowił się chwilę. W tym czasie jego ludzie otworzyli bramę i wymienili się z nami uściskami dłoni – Kawałek na wschód jest całkiem dobry punkt do obrony na drodze. Myślę, że to będzie najlepsza opcja. Mogę wysłać ludzi, żeby was tam zaprowadzili – zaproponował.
- Byłoby doskonale – powiedział Dziara.
- Potrzebujecie pomocy? Nie mamy dużo ludzi, ale mogę wysłać jakiś oddział z wami.
- Lepiej szykujcie się na ofiary. Możliwe, że będziemy tutaj dowozić rannych, jakby coś poszło nie tak – mówiąc to posmutniał znacząco. Przez krótką chwilę naprawdę przypominał człowieka.
- Jasna sprawa. Radek, weź dwóch ludzi i pojedźcie z szefem. Zawieźcie ich na ten punkt na krajowej. Wiecie, o który chodzi – Szymon wydał rozkazy swoim ludziom, którzy tylko kiwnęli głowami i przeszli w stronę naszej ciężarówki.
- Do zobaczenia – powiedział dowódca Torunia na odchodne.
- Powodzenia – odpowiedział dowódca Czwartego Posterunku.
                Pięć minut później mknęliśmy znowu na wschód. Człowiek nazywany Radkiem siedział z przodu na siedzeniu pasażera i tłumaczył kierowcy jak ma jechać. W pozostałej części wozu panowała cisza. Wszyscy wyglądali jakby byli pogrążeni w myślach, albo ich mocno unikali. Pojazd ruszał się w rytmie po wybojach, a krajobraz wciąż się zmieniał. Księżyc pięknie oświetlał okoliczne pola i lasy, a długie linie świateł wydobywających się z aut tworzyły istny teatr cieni na drodze.
- Masz – powiedział kobiecy głos dotykając mnie w ramię. Obróciłem się i zobaczyłem Ewelinę, która podawała mi coś. Wziąłem to i zauważyłem, że była to latarka do doczepienia. Spojrzałem na nią – Mamy parę sztuk, myślę, że to może być pomocne.
- Dzięki – odpowiedziałem, po czym zacząłem doczepiać dodatek do mojego karabinu.
- Boisz się? – zapytała po chwili szeptem.
- Boję – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Ja też…
- Trzeba być dobrej myśli – do rozmowy włączył się Michael, który podbijał kolanami swój kij baseballowy.
- Jezu! Ale się wystraszyłem. Nie widać cię w ciemności stary – zażartował Jonasz.
- Pierdol się Jonasz – odpowiedział wyraźnie urażony czarnoskóry.
- Spokój – uciszył sytuacje Dziara – Dojeżdżamy!
                Wozy powoli zaczęły zatrzymywać się na drodze. Znajdowaliśmy się na otwartym polu. Widoczność na wschód była bardzo dobra. Znałem to miejsce. Po chwili, widząc na skraju lasu flagę, zdałem sobie nawet sprawę skąd. To był jeden z punktów strategicznych. Byliśmy na niewielkim wzgórzu, droga stąd zjeżdżała w dół. Najbliżej lasu byliśmy od północy, gdzie mieliśmy do niego około pięćdziesiąt metrów.
- Bardzo dobra pozycja – zauważył Jonasz.
- Prawda? Jesteśmy wam jeszcze do czegoś potrzebni? – zapytał Radek.
- Nie. Możecie wracać do obozu. Przygotujcie pokoje dla ewentualnych rannych i koniecznie utrzymajcie posterunek. Mam złe przeczucia – powiedział ponuro Dziara.
- Tak jest szefie! Powodzenia – odpowiedział Radek, po czym zbierając dwójkę swoich ludzi, zaczęli iść drogą, którą tutaj przybyliśmy. Mieli spory kawałek do przejścia na piechotę. Dziara wykorzystując to, że wszyscy jeszcze byli w jednym miejscu wspiął się na jedną z ciężarówek.
- Słuchajcie wszyscy! – jego głos był donośny i odbijał się delikatnym echem po całym polu – To miejsce ma być jak mur przeciwko trupom! Ustawcie pojazdy tak, żeby stworzyć tymczasowy obóz. Starajcie się zrobić tak, żeby pomiędzy autami nie było zbyt dużej przerwy! Każdej przerwy ma pilnować przynajmniej pięć osób. Ciężarówka z zapasami ma być pilnowana szczególnie, nie wiadomo ile dni spędzimy na tej drodze. Jonasz i Ewelina stworzą dwa zespoły zwiadowcze, do każdego z nich ma się zgłosić przynajmniej pięć osób! Jak nie ma pytań to wszyscy weźcie się do roboty, ale raz!
                Ludzie z Torunia i Inowrocławia potrafili się zorganizować. Obóz powstał w pół godziny, a już po chwili pomiędzy pojazdami pojawiły się ogniska, śpiwory oraz różne prowizoryczne siedziska z skrzynek, pniaków i podobnych rzeczy. Ludzie kładli się zarówno w wozach jak i pomiędzy nimi. Zgłosiłem się do pilnowania. Trzymając na kolanach karabin siedziałem na dachu jednej z ciężarówek i wpatrywałem się w horyzont. W niektórych miejscach chodziły pojedyncze trupy, ale ich zdecydowana większość została wybita. Obóz, jak na zbudowany z aut, robił wrażenie. Ocalali zdążyli nawet zebrać nieco mniejszych drzewek, którymi obwarowali przerwy pomiędzy wozami. Wyglądało to naprawdę imponująco, jak na prowizoryczny obóz budowany w nocy, w takich warunkach.
                Czułem się dosyć wypoczęty, nie chciało mi się nawet specjalnie iść spać. Drużyna Ewelina wyszła na zwiad w kierunku wschodnim, a ja byłem bardzo ciekaw czy coś zobaczą. Stado nadchodziło i byłem pewien, że już niedługo będziemy musieli stawić mu czoła. Oczywiście obawiałem się też Zszytych, którzy mogli pojawić się w każdym momencie. Musieli wiedzieć, że już tu jesteśmy. Tego byłem pewien. Oni wiedzieli o wszystkim, co działo się w okolicy. Rozejrzałem się po linii lasu, jakby chcąc zauważyć którego z nich. Księżyc dawał naprawdę dużo światła, a że noc była bezchmurna, to widok był bardzo dobry.
                Nagle zauważyłem na horyzoncie ruch. Byłem pewien, że mi się wydawało, ale po chwili doszedł do niego kolejny. Z takiej odległości, w nocy, mogło to być wszystko, na czele z drzewami i krzakami ruszanymi przez wiatr. Chwyciłem jednak pewniej za broń. Pozostali strażnicy, albo rozmawiali ze sobą, albo przysypiali, albo nie zwracali na sytuację żadnej uwagi. U mnie też mogło to być jedynie zmęczenie, ale mimo wszystko postanowiłem obserwować linie lasu nieco uważniej. Nagle coś złapało mnie za nogę. Krzyknąłem lekko. Celując w tamto miejsce.
- Spokojnie! To tylko ja – zaśmiała się Ewelina. Byłem tak skupiony na tamtym punkcie, że nawet nie zauważyłem jak patrol wrócił ze zwiadu.
- Głupia… Mogłem cię zabić – powiedziałem.
- Przepraszam. Zauważyłam, że siedzisz spięty jak cholera, więc chciałam trochę cię rozruszać. Coś się stało? – zapytała.
- Jak poszedł zwiad? – urwałem temat, nie patrząc na nią. Wspięła się sprawnie i usiadła obok mnie.
- Nic ciekawego. Zdjęliśmy parę sztywnych, ale na drodze spokój. Jeden facet upierał się, że widział samochód w oddali, ale raczej mu się przywidziało – opowiedziała.
- Mi się wydawało, że widzę coś przy lesie. Ale to musiały być tylko krzaki – powiedziałem krótko.
- Jak chcesz mogę iść to sprawdzić – zaproponowała.
- Spokojnie. Tak długo jak jesteśmy tutaj nic nie powinno się stać.
                Wstałem żeby rozprostować nieco obolałe kości. Wyczucie czasu miałem idealne. Gdy tylko podniosłem się z ciężarówki zobaczyłem jak coś wylatuje w powietrze i leci w tą stronę. Obiekt tworzył idealny kontrast z niebem. Patrzyłem oniemiały. Po chwili na niebie zauważyłem kolejne. Pierwszy z przedmiotów uderzył tuż obok mnie, na dachu sąsiedniej ciężarówki. Nie zdążyłem nawet krzyknąć uwaga, kiedy zobaczyłem oślepiający błysk i huk tak głośny, że aż zabolała mnie głowa. Oszołomiony chciałem się cofnąć, ale straciłem równowagę i poleciałem do tyłu. Przez dobre dziesięć sekund nie wiedziałem, co się działo. Leżałem na brzuchu przy pojeździe, na którym przed chwilą stałem. Słyszałem dalsze huki i widziałem co chwilę błyski, a w obozie zapanował prawdziwy chaos. Spojrzałem w stronę lasu, skąd musiały pochodzić te granaty i zobaczyłem biegnących ludzi.

- Złomiarze!!! – krzyknął ktoś po drugiej stronie ciężarówki. Przeturlałem się pod nią i odbezpieczyłem broń. Byliśmy atakowani.

piątek, 9 października 2015

Rozdział 20: Pełen życia

Rozdział 20, kolejny z perspektywy Irka. Irek i Ruda zostają na farmie Włodka, żeby pomóc mu nieco i poczekać na jego syna, który ma ostatecznie zadecydować o budowie punktu. Zapraszam was do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 20 - Irek - Dzień 9-10
Bobru - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Grudziądza
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska

-----------------------------------------

Rozdział 20 (Irek): Pełen życia


                Ruda obudziła mnie z rana przynosząc kubek świeżej, pachnącej owocami leśnymi herbaty i talerzem z kanapkami. Przetarłem oczy i zobaczyłem, że moich towarzyszy już nie ma. Ruda musiała zauważyć moje zdziwenie.
- Pojechali godzinę temu zakładać kolejne punkty. Obiecali, że wrócą przed wieczorem – wytłumaczyła.
- Dziękuje – powiedziałem chwytając za kubek i wlewając rozgrzewający i rozbudzający napój do żołądka – Włodek nie robi kłopotów z tym, że tu zostaniemy?
- Nie, właściwie to wydaje mi się, że się cieszy. Powiedział, że możemy zostać, przynajmniej do czasu aż jego syn się pojawi. A ten ma być tutaj dzisiaj – opowiedziała.
- Świetnie – stwierdziłem i zabrałem się za jedzenie. Po skończeniu śniadania nałożyłem buty i posłałem łóżko. Wyszedłem na korytarz i zszedłem na dół. Marzyłem teraz o kąpieli, ale nie byłem pewien, czy w tym domu mają jakiś zbiornik umożliwiający takie przyjemności. W kuchni zastałem Włodka, który akurat ostrzył noże.
- O widzę, że wstałeś, jak się spało? – zapytał przyjaźnie. Gdy przypomniałem sobie jaki był wczoraj od razu po spotkaniu to nie mogłem uwierzyć, jak szybko człowiek może się zmienić.
- Dobrze, jeszcze raz chciałem podziękować za gościnę – powiedziałem grzecznie.
- Nie często są tu ludzie. A już na pewno nie tak przyjaźnie nastawieni jak wy. Chociaż początkowo chciałem was przegonić to tera nie żałuje. Mam nadzieję, że uda się wam postawić te punkty, przynajmniej w pozostałych miejscach.
                Uśmiechnąłem się tylko. Ruda dołączyła do nas z kubkiem herbaty i oparła się o blat kuchenny.
- Czy macie dostęp do wody? O ile to możliwe wykąpałbym się – zapytałem.
- No jasne! To, że świat zszedł na psy nie oznacza, że nie zadbałem z synem o normalne życie. Mamy swój generator, mamy specjalny system wodny, który po zużyciu friltuje czy co tam robi i ciągle czysta jest dzięki temu. Cwane bajery chłopie – pochwalił się starzec – Łazienkę znajdziesz przy wejściu, tylko żona teraz coś tam robi, więc zaczekaj chwilę – poprosił – Ręczniki jakieś znajdziesz na górze w pokoju syna.
Zgodnie z słowami Włodka ruszyłem na górę w poszukiwaniu ręczników. Był naprawdę gościnnym człowiekiem i postanowiłem, że gdy tylko nieco się ogarnę to zaproponuję mu pomoc, na pewno było coś do zrobienia w takim gospodarstwie.
                Wszedłem do pokoju, w którym spędziłem noc i podszedłem do szafy. Szybko zauważyłem stos ładnie poukładanych ręczników i wziąłem jeden z nich. Z wnętrza mebla czuć było dziwny zapach, który przywodził na myśl szpitalną salę. Uznałem jednak, że to pewnie jakiś środek przeciwko molom lub coś takiego i wyszedłem z pokoju. Zszedłem na dół i minąłem kuchnię udając się do drzwi, w których podobno była łazienka. Rzeczywiście w środku było słychać odgłosy, które wskazywały, że musiała tam teraz być Jagoda, żona Włodka. Poczekałem grzecznie myśląc o tym w jakiej sytuacji się znajduje. Byłem ciekawy jak się ma teraz reszta grupy i czy pozostałym udało się już odbić Feline. Miałem nadzieję, że nic im się nie stanie, ale wiedziałem, że pojechali na naprawdę niebezpieczną misję, znacznie bardziej od tej naszej i przygotowywałem się psychicznie na straty.
                Z rozmyślań wybił mnie dźwięk otwieranych drzwi do łazienki. Jagoda wyszła i skinęła mi głową na przywitanie. Była naprawdę cichą kobietą i zastanawiałem się czy w ogóle odezwała się odkąd tu jesteśmy.  Minąłem ją i zamknąłem za sobą drzwi. Wanna, która tutaj stała była czysta, widać było, ze gospodarze dbają o takie rzeczy. Zdjąłem ubrania i położyłem ręcznik obok. Lubiłem się kąpać, w wodzie można było zapomnieć o wszystkim. Odkręciłem mocno kurek z ciepłą wodą, dodając odrobinę zimnej i oparłem się wygodnie plecami. Przez chwilę zapomniałem o całym świecie.
                Po parunastu minutowej kąpieli wytarłem się, ubrałem i wyszedłem. Ruszyłem do kuchni, gdzie zauważyłem starsze małżeństwo.
- Chciałem się zapytać, czy mogę jakoś pomóc, skoro już i tak nadużywam gościny – wyleciałem prosto z mostu.
- Właściwie jak już o tym wspominasz, to lekko cię mogę wykorzystać – zamlaskał – Ogrodzenie na tyłach posiadłości jest w fatalnym stanie i przydałoby się co byś przeszedł się nieco i spróbował znaleźć słabsze punkty i je załatać. Deski i narzędzia znajdziesz w szopie na tyłach – wytłumaczył.
- Zajmę się tym. Widzieli państwo moją koleżankę? – zapytałem.
- Jest na górze. Też chciała pomóc to poprosiłem ją o poukładanie rzeczy w schowku.
                Bez zadawania kolejnych pytań ruszyłam na tyły domu. Chciałem jakoś odpłacić się za to, że mężczyzna nas ugościł, pozwolił tutaj być i być może nie robił problemów z postawieniem tu jakże ważnego punktu, na którym zależało Benowi. Szybko zlokalizowałem szopę i przewalając się przez całe mnóstwo gratów dotarłem do wcześniej wspomnianych desek, siatki oraz młotka i gwoździ. Wszystko wyniosłem na zewnątrz i ułożyłem w jednym miejscu. Chociaż teren całego gospodarstwa nie był ogromny, to jednak zajmował trochę miejsca i sprawdzanie wszystkiego na pewno zabierze mi sporo czasu.
                Zacząłem badać każdy segment płotu, sprawdzając dokładnie siatkę, słupki oraz deski. Już na pierwszym kawałku zauważyłem, że jedna z desek wisi luzem, więc wyłamałem ją i solidnie wbiłem nową. Powtórzyłem podobną proceduję na kolejnych kilku segmentach, w których brakowało to kawałka siatki, to paru desek, to czegoś zupełnie innego. Po przeleceniu połowy ogrodzenia usiadłem oddychając ciężko i spojrzałem na owoce swojej pracy. W międzyczasie podeszła do mnie Ruda.
- Jaka jest twoja historia? – zapytała od razu po przywitaniu się.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- No wiesz… jesteś niewrażliwy na ugryzienia. Jak to się właściwie stało? Było tak od początku?
- Tak. Odkąd pamiętam. Pierwsze zombie, które mnie ugryzło już kompletnie na mnie nie zadziałało. Przeżyłem i oprócz zwykłego bólu nie czułem nic – powiedziałem.
- Może to jest klucz do pokonania tego? Nie zażywałeś jakichś leków? Może coś innego? Pomyśl ile osób udałoby się ocalić gdyby zombie nie były już problemem – rozmarzyła się.
- Nic nadzwyczajnego. Jak byłem chory brałem leki, ale takie jak każdy. Nie miałem jakiegoś zdrowego trybu życia. To po prostu musiało być zapisane gdzieś we mnie – stwierdziłem.
- Musisz się zgłosić do Bena. Jak ktoś miałby to rozgryźć, to właśnie on – stwierdziła – Nie będę ci przeszkadzać, masz jeszcze sporo roboty, a nie wiemy, kiedy pojawi się syn Włodka. Wracam do środka.
                Gdy Ruda znikała w czeluściach domu, ja napiłem się wody i ruszyłem do kolejnego ubytku w ogrodzeniu. Nie dziwiłem się, że staruch mnie o to poprosił. Gdyby nie uzupełnić tych luk to byle grupa zombie, mogłaby bez problemu wejść na teren posiadłości. Moje słowa musiały zadziałać magicznie, bo ledwie zacząłem przybijać młotkiem kolejną deskę, usłyszałem trzask i kawałek ogrodzenia za moimi plecami rozleciał się, kiedy trzy trupy wysypały się na podwórze.
                Nie czekając ani chwili dłużej poprawiłem młotek w ręce i ruszyłem na pierwszego trupa. Machnąłem młotkiem, a ten przyjemnie rozłupał czaszkę pierwszego trupa.  Drugi złapał mnie za rękę, ale odepchnąłem go drugą i po chwili dobiłem. Trzeci poległ chwilę później, a ja nie czekając aż kolejne przedrą się na teren gospodarstwa chwyciłem parę desek i zacząłem składać otwarte przejście. Wychyliłem się jednak na chwilę, żeby spojrzeć na pole i zobaczyłem, że parę kolejnych trupów, które póki co były w bezpiecznej odległości, zmierzało w tą stronę. Spojrzałem na uszkodzenie ogrodzenia i z ulgą uznałem, że pękły jedynie deski, więc szybko poprawiłem nowymi i sięgnąłem po siatkę.
                Dziura była załatana, a ja zmobilizowany przyspieszyłem nieco. Chciałem jak najszybciej znaleźć się z powrotem w środku. Niebo się nieco zachmurzyło, a po chwili zaczęło wiać przeraźliwie kąsającym wiatrem.  Pracowało się coraz ciężej, ale po godzinie całe ogrodzenie było załatane i gotowe do kolejnych lat wiernej służby. Zadowolony wróciłem do środka, odkładając wcześniej deski i narzędzia. Ucieszyłem się widząc obiad czekając na mnie w kuchni razem z Rudą.
- Nasi jeszcze nie wrócili? – zapytałem siadając do talerza.
- Jeszcze nie, ale myślę, że niedługo będą – powiedziała.
- A gdzie gospodarze?
- Na górze, odpoczywają. Dziwnie się tu czuję. Jakbym była u babci i dziadka na wakacjach… - stwierdziła robiąc dziwną minę.
- Trochę tak. Naprawiłem im płot, był już stary i przegniły. W sumie mam nadzieję, ze nie będą potrzebowali już pomocy. Z pola weszły tu zombie, ale zabiłem je i wyrzuciłem na drugą stronę płotu – opowiedziałem jej.
- Zauważyłeś, że ta Jagoda nie odzywa się w ogóle? Może jest niemową? – zmieniła temat.
- Może jest wstydliwa? Miczi opowiadała mi, że kiedyś w grupie Bobra była taka nieśmiała dziewczyna. Chociaż podróżowali razem przez prawie dwa miesiące, ta nawet się nie przedstawiła. To może być coś w tym stylu – zaproponowałem, pochłaniając kolejną łyżkę gulaszu.
- Może i tak…
                Rozmowę przerwało nam pukanie do drzwi. Dreszcze przeszły mnie po plecach i spojrzałem na Rudą, która też nie wiedziała, za bardzo co zrobić.
- Wyjrzyj przez okno – zaproponowałem.
Ruda podeszła do okna ostrożnie, jakby bała się, że coś ją przez nie wciągnie i delikatnie przechyliła zasłonę. Odetchnęła jednak z ulgą, więc uznałem, ze to musieli być nasi ludzie. Rzeczywiście po chwili do kuchni weszła cała czwórka. Zauważyłem, że na Dymitr był niesamowicie blady, co nie umknęło również Rudej. Podeszła do niego i przytuliła go.
- Kochanie? Co się stało? – zapytała.
- Trupy dały się nam we znaki. Gdyby nie szczęście prawdopodobnie byśmy nie wrócili… - wytłumaczył Gigant siadając ciężko na jednym ze stołków.
- Jak to? – zapytałem.
- Załatwiliśmy cztery punkty. Przy pierwszych trzech wszystko poszło jak z płatka, ale przy ostatnim trafiliśmy na jakieś piekło. Najpierw widzieliśmy w oddali grupkę ludzi – opowiadał dalej – ale uciekli nam z pola widzenia, widzieliśmy jak się wycofują. Olaliśmy ich. Zaczęliśmy kopać dół, umieściliśmy fundament i już mieliśmy stawiać słup, gdy nagle usłyszeliśmy wybuchy petard – Tutaj zrobił przerwę i odcharknął – Tamci ocalali chcieli nas udupić, zombie otoczyły nas kompletnie, w sumie sam nie wiem jakim cudem udało nam się przetrwać. Wsiedliśmy do wozu i odjechaliśmy. Całe szczęście zdążyliśmy postawić punkt.
- Mogli to być Złomiarze? – zapytała Ruda.
- Mogli. Chociaż nie wiem po czym ich poznać. Tamci mieli plecaki, więc to może wykluczać Złomiarzy – przypomniał sobie nagle.
- A co z tutejszym punktem? Wiecie coś? – zapytał Dymitr.
                Pokrótce opowiedziałem im o tym jak naprawiałem ogrodzenie i o ostatecznych ustaleniach z panem Włodkiem oraz o tym, że jego syn wciąż się nie pojawił.
- Mają tutaj dostęp do wody? – zapytał Krystek.
- Tak. Odpocznijcie i tak dzisiaj zrobiliście kawał dobrej roboty – powiedziałem.
Skorzystali z mojej rady. Po chwili łazienka była zajęta przez kobietę z Inowrocławia, a Gigant, Krystek i Miczi przygotowywali sobie kolacje. Włodek zszedł do nas jak siedzieliśmy przy stole.
- I jak wyprawa? Sukces? – zapytał.
- Powiedzmy. Udało się nam ustawić cztery punkty. Oprócz tego, który planujemy tutaj, zostało pięć. Tylko te są już na krańcach naszych terenów… - odpowiedział grzecznie Gigant.
- Dobrze. Ja chciałem tylko powiedzieć, że wypatrzyłem auto syna i powinien za chwilę być, więc dowiecie się czego tam chcecie.
- Dziękujemy panu – powiedziałem w imieniu grupy.
- Oj nie gadaj już, jeszcze nic nie wiadomo. Mój syn to dobry człowiek i myślę, że wam pomoże. Sami zresztą zobaczycie już za chwilę.
                Rzeczywiście chwilę po tym jak Włodek skończył mówić usłyszeliśmy samochód wjeżdżający do garażu. Po chwili drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy dwie pary butów biegnące po korytarzu. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna, a za nim kobieta. Był on wysoki, miał brązową czuprynę oraz zielone oczy, który błyszczały nawet w ciemniejszym kącie pomieszczenia. Pod koszulą rysowały się mięśnie, a twarz miał gładką jak niemowlę, z mocno wysuniętym podbródkiem. Kobieta za nim, prawdopodobnie jego dziewczyna, była niska, miała owalną twarz, długie, lekko pokręcone brązowe włosy, zadarty nosek i była ubrana w czarno czerwone spodnie i skórzaną kurtkę.
- Co ta ludzie tato? – zapytał mężczyzna. Jego głos przypominał mi głos jakiegoś znanego aktora, był niski i dźwięczny.
- Spokojnie Cezary. To moi goście. Reprezentują jakiś tam obóz i mają jakąś tam sprawę. Czekałem z tym na ciebie, tak jak prosiłeś – odpowiedział stary.
- Mówiłem, żebyś nie wpuszczał nieznajomych. Wiesz jacy są teraz ludzie – usłyszałem w głosie Czarka panikę. Chociaż były niewiele młodszy ode mnie, widać było, że kochał rodziców, a przynajmniej ojca.
- Nie marudź synu, sprawdziłem ich. Załatw teraz proszę to, co chcą i daj im jechać w swoją stronę.
                Cezary spojrzał na nas, jakby próbował wyczytać z naszych twarzy czego tutaj szukamy.
- Jaki obóz reprezentujecie? – zapytał.
- Toruńską Ostoję i Inowrocław – odpowiedziałem.
Widziałem przez chwilę wyjątkowy błysk w jego oczach, jakby małe węgielki zapaliły się, by po chwili zgasnąć.
- Może przejdźmy do sąsiedniego pokoju? Kto was reprezentuje? – zapytał.
- Ja – odpowiedziałem bez wahania.
­- Ja też pójdę – zaproponował Krystek.
Opuściliśmy kuchnię i przeszliśmy do salonu. Czarek usiadł, a my spoczęliśmy naprzeciw jego.
- Więc czego właściwie tu szukacie? – zapytał. Mówił pewnie, jakby przeprowadzał takie rozmowy często. Przypominał mi nieco Bena i Dziarę.
- Toruń łączy się z okolicznymi obozami i chcemy założyć parę punktów strategicznych. Nie jest to nic zajmującego dużo miejsca, po prostu słup z flagą – wytłumaczyłem.
                Mężczyzna westchnął ciężko. Jego wyraz twarzy zmienił się. Uśmiechnął się.
- Słuchajcie panowie, powiem szczerze, moi rodzice są już starzy. Męczy mnie pilnowanie ich, chociaż ich bardzo kocham. Potrzebuje miejsca, gdzie mógłbym ich przenieść. Może opowiecie mi nieco  o waszych obozach? Wtedy podejmę decyzję, ale osobiście nie widzę na chwilę obecną nic przeciwko słupowi z flagą – powiedział.
Zgodnie z jego prośbą opowiedzieliśmy mu co nie co, o obozach. Nie była to ściśle tajna wiedza, ale jedynie informacje ile ludzi mamy w społeczności, jak oceniamy to miejsce, jak jest bronione. Cezary słuchał z uwagą, każdego naszego słowa. Gdy skończyliśmy uśmiechnął się ponownie.
- Brzmi dobrze. Nie będzie żadnego problemu z przewiezieniem tam moich rodziców? Na przykład jak będziecie wracać z waszej misji? – zapytał.
- Myślę, że nie – odpowiedziałem krótko.
- Wspaniale. Jednak co do wschodu – powiedział i zakręcił kciukami kółka – Uważajcie na siebie. To niebezpieczne, zniszczone tereny pełne trupów i dzikusów. A nawet gorzej.
Zaciekawiony zapytałem o to, co ma na myśli.
- Nie słyszeliście? W okolicy chodzą ludzie, którzy jako element kamuflażu przyszywają sobie elementy skóry zombie – powiedział.
- Nie spotkaliśmy jeszcze żadnego z nich. Co prawda kamuflaż utrudnia zauważenie ich, ale jedyny przypadek o jakim słyszeliśmy to było spotkanie pojedynczego człowieka, który tak się kamuflował – odpowiedziałem – Póki oni nas nie zaatakują to my też z nimi nie będziemy walczyć. Odbudowujemy cywilizacje, a nie ją niszczymy.
                Cezary uśmiechnął się tajemniczo po czym wstał.
- Nie będę już was zatrzymywał. Zróbcie co musicie, a gdy skończycie na wschodzie wpadnijcie tutaj. Szerokiej drogi – pożegnał się wychodząc z pokoju. Poszliśmy za nim do kuchni przekazać nowiny reszcie. Pominąłem tylko dziwne wrażenie jakie wywarł na mnie Czarek. Wydawał się być zbyt wesoły, jakby kompletnie nie pasował do tego świata. I jego rodzinka musiała coś wiedzieć, ale nie chciała się tym podzielić.
                Wyszliśmy bez dziewczyn przed dom wziąć wszystko z ciężarówki potrzebne do stworzenia kolejnego punktu. Gigant wraz z Krystkiem unieśli słup, ja wziąłem flagę i linkę, a Dymitr łopaty. Poszliśmy na tyły posiadłości, gdzie  stał teraz odnowiony płot i zaczęliśmy pracować. Chociaż słońce już chyliło się ku zachodowi to chcieliśmy skończyć i jeszcze dzisiaj wyjechać dalej. Pomimo dobrego wrażenia jakie wywarli na mnie gospodarze, nie chciałem nadużywać gościnności, ani zaufania jakimi ich obdarzyłem. Dziura rosła z każdym machnięciem szpadla. Miała kształt kwadratu, który na środku miał dodatkowy, walcowaty dół, który miał zmieścić słup.
                Zaczęliśmy od nałożenia nakładki na słup, po czym ułożyliśmy całą podstawę w dole. Chociaż słup miał dobre pięć metrów to nie był specjalnie ciężki i ledwo się obejrzeliśmy, a czerwona flaga zaczęła powiewać delikatnie na wietrze.
- Zrobione – podsumował Dymitr.
- To co, ruszamy dalej? – zapytał Krystek.
- Musimy. Trzeba jak najszybciej wrócić i zobaczyć jak sytuacja z Feline. Możliwe, że nasza pomoc się tam przyda. Dlatego załatwmy te dwa ostatnie punkty w maksymalnie dwa dni i zbierajmy się do domu – powiedziałem, zatrzymując się myślami na ostatnim słowie. Czy teraz Ostoja i Inowrocław były moim domem? Czy ktoś w ogóle używał jeszcze tego stwierdzenia?
                Wróciliśmy do domu i zastaliśmy wszystkich w salonie, podziwiających flagę, którą postawiliśmy.
- Są państwo pewni, że nie będziecie mieli problemów z tą flagą na podwórku? – zapytałem, mając nadzieję, że nie każą jej nam zaraz zdejmować.
- Nie. Umiemy o siebie zadbać – odpowiedział Cezary, zszywając akurat rozerwaną bluzę. Posługiwał się igłą naprawdę sprawnie jak na mężczyznę.
- To będziemy się chyba żegnać – zaczęła Ruda.
- Miło było mieć was w gościnie – odpowiedział Włodek i wstał, żeby uścisnąć każdemu dłoń – Wpadnijcie jeszcze kiedyś. Czasami robi się tu nudno.
- Na pewno tak się stanie – odpowiedziałem.

                Wyszliśmy całą szóstką i poszliśmy prosto do naszego pojazdu. Weszliśmy do środka i z ulgą rozłożyliśmy się na tyłach, gdzie po zniknięciu połowy materiałów było znacznie więcej miejsca. Robiło się ciemno, więc Dymitr zapalił światła i przed nami na drodze podążał długi promień światła oświetlający wszystko. Oparłem się ciężko o ścianę pojazdu i odetchnąłem. To był pracowity dzień. Pracowity, dziwny dzień. Ułożyłem się nieco wygodniej i zasnąłem.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Rozdział 20: Najbliżej

Rozdział 20, kolejny z perspektywy Erniego. Ten rozdział ma miejsce od razu po zakończeniu ostatniego. Zobaczycie jak negocjować będzie Smród z ludźmi z Ostoi, na czele z Bobrem i Karłem i jak rozwinie się sytuacja. Czy negocjacje przebiegną pomyślnie? Zapraszam do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

----------------------------------------------------

Rozdział 20 (Erni): Najbliżej


                Gdy worek zniknął z mojej głowy przez chwilę nic nie widziałem. Deszcz spływał mi po głowie sprawiając, że moja widoczność spadła do zera. Otrzepałem się niczym pies, żeby zobaczyć do kogo krzyczy Smród, ale widziałem tylko zamazane postacie w oddali. Całe szczęście byłem już tak blisko Ostoi, że to nie mogło się nie udać. Zaraz Bobru mnie uratuje, tego byłem pewien.
                To co mnie bolało to śmierć Cinka. Nie powinien rzucać się na Dalion nawet jeżeli teraz ten był w bardzo ciężkim stanie i dzięki temu prawdopodobnie Ostoja nie będzie musiała robić tak wiele żeby uratować mnie i resztę załogi Zbłąkanego Ocalałego. Cinek poświęcił się dla większego dobra.  Dalion był w bardzo ciężkim stanie i potrzebował natychmiast opieki medycznej lekarzy z Torunia. Teraz nie będzie im tak łatwo wymienić nas za amunicje i zapasy. Muszą walczyć o życie swojego przywódcy, o ile nim był. Byłem zniszczonym człowiekiem. Spędziłem bardzo niewygodny dzień jadąc na tylnym siedzeniu Zbłąkanego Ocalałego praktycznie bez jedzenia i picia. Zlizywałem teraz łapczywie krople deszczu zatrzymujące się na mojej brodzie i twarzy. Ci ludzie jeszcze mi za to zapłacą. Za śmierć ludzi Feline, Cinka oraz za te przejęcie. Gdybym tylko mógł się uwolnić…
                Smród wrzeszczał dalej.
- Wyślijcie tutaj delegacje, nie zaatakujemy was, a na spokojnie obgadamy zasady wymiany!
Odpowiedź nadeszła w trybie natychmiastowym.
- To wy tu przyjdźcie! Z co najmniej jednym zakładnikiem! – krzyknął ktoś, prawdopodobnie był tu Karzeł. Smród zamienił parę słów po cichu z jednym z bandytów, po czym kiwnął głową. Nie byłem w stanie nic usłyszeć, bo dalej byłem nieco ogłuszony oraz deszcz znacznie utrudniał sprawę. Podjęli jednak chyba decyzję, żeby pójść do środka, ponieważ poczułem szarpnięcie i zostałem sprowadzony do pionu. Byłem częścią pięcioosobowej delegacji. Oprócz mnie był Smród, oraz dwie osoby, które niosły Daliona. Ten jęczał przez sen, a krople uderzające o jego rozpalone czoło wydawały się wydawać cichy syk.
                Smród trzymał mnie za kołnierz koszulki, było mi zimno, ale czułem, że zaraz wszystko się ułoży. W końcu jak spotkają Dziarę to będą w jeszcze gorszej sytuacji do mojej. Miałem nadzieję, że Dziara to dobrze rozegra, bo na Karła raczej nie mogłem liczyć. Szliśmy i z każdym krokiem barykada stawała się coraz większa. Teraz na górze stało tylko czterech strażników, którzy z twarzą ukrytą za bandankami obserwowali nas bacznie, w każdej chwili gotowi wyciągnąć broń. Dwa kroki przed bramą ta otworzyła się i zobaczyłem, że czeka tu na nas mnóstwo ludzi, zapewne zaciekawionych całą akcją. W tłumie szybko zauważyłem Bobra oraz Karła, a obok nich Szeryfa. Dziary nie widziałem nigdzie. Wojciech wyszedł na przód tłumu i spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. Po chwili jednak opanował się i starał się przybrać pozór kogoś absolutnie pewnego siebie.
                Smród jednak wydawał się znacznie bardziej stabilny emocjonalnie, wiedział, że może wiele zdziałać dla swojej grupy.
- Potrzebujemy lekarza… SZYBKO! Dopiero, gdy się nim zajmiecie to będziemy mogli porozmawiać, to jeden z warunków – wycharczał łypiąc złośliwie to na Bobra to na Karła. Ten drugi obejrzał się i wyszeptał coś do Bobra. Tamten kiwnął głową i Karzeł spojrzał na mnie.
- Chodźcie za mną – powiedział, po czym odwrócił się do tłumu mieszkańców Ostoi -  A wy wracać na swoje miejsca! To nie jest żadna atrakcja. Wynocha!
Widać było, że zmienił się nieco. Może to co działo się pod moją nieobecność zrobiło z niego lepszego przywódcę? Może Dziara już nie żył? W końcu pewnie on pierwszy ruszyłby stawić czoła tej bandzie bandytów, a tutaj go nie było. Byłem ciekaw też co z Pablordem, Gigantem, Sołtysem czy Łapą. W końcu byliśmy jakąś drużyną i fakt, że przyszedł tu tylko Bobru dziwił mnie.
                Całą grupką, złożoną z Karła, Bobra, ośmiu strażników, oraz naszej delegacji poszła na południe Ostoi w stronę lecznicy. Weszliśmy do środka, a ja z zaciekawieniem obserwowałem salę, mając na uwadze to, że ktoś mógł zostać ranny i tu leżeć. Bobru szedł obok mnie, ale nic nie mówił, w sumie nie było teraz jak porozmawiać. Gdy jednak minęliśmy salę, w której zobaczyłem Pablorda nie wytrzymałem.
- Co się stało? – zapytałem.
- Śpiączka. Długa historia… - powiedział krótko.
Doszliśmy w końcu do pustej Sali, w której jak na zawołanie zjawiło się dwóch mężczyzn ubranych w fartuchy. Jeden z nich musiał być w moim wieku, może odrobinę starszy, a drugi miał siwą brodę i przypominał trochę Sołtysa. Przełożyli ostrożnie Daliona na stół operacyjny i kazali nam wyjść. Trzech strażników zostało w pomieszczeniu żeby przypilnować operacji, tak samo zresztą zrobił jeden z ludzi Smroda. Reszta podążyła do jednego z gabinetów lekarskich i Karzeł grzecznie wyprosił dwójkę znajdujących się tu ludzi i zamknął za sobą drzwi. Usiadłem na jednym z krzeseł obok Smroda i jednego z bandytów, a po drugiej stronie usiedli Karzeł i Bobru. Cała piątka strażników opuściła pokój.
                Przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy, aż w końcu odezwał się Smród.
- Jeżeli go uratujecie i dacie nam zapasy na przynajmniej tydzień… - zaczął.
- Co to w ogóle ma znaczyć? – odezwał się Bobru -  Pomożemy wam z tym człowiekiem, który zniszczył mi życie, a wy chcecie więcej? Skatowaliście moich przyjaciół i ich uwięziliście. Powinniście cieszyć się, że żyjecie – powiedział tonem tak zimnym, że aż ciarki po plecach przechodziły.
- Nie cwaniakuj chłoptasiu. Mamy waszych ludzi, pod waszą barykadą czeka kolejna piątka i to jest cena za nich. Dodatkowo jeżeli w Ostoi jest Miczi to ją również bierzemy –powiedział.
Bobru przez chwilę wyglądał jakby miał zamiar wyciągnąć pistolet i zastrzelić zarówno bandytę jak i grubasa. Powstrzymał się jednak i podrapał po brodzie. Urosła od czasu gdy ją ostatni raz widziałem. Bobru zawsze chciał zapuścić brodę, a teraz, kiedy świat upadł miał ku temu doskonałą okazję.
- Nie ma mowy.
- W takim razie oddamy wam tylko połowę zakładników za pomoc medyczną – odpowiedział Smród.
- Chyba, że odbierzemy ich wam siłą. Póki co to wy jesteście naszymi zakładnikami – odpowiedział Bobru. Czuł się ważny, bo w końcu w grę wchodziło życie moje, Łowcy oraz pasażerów.
- Mam przy sobie krótkofalówkę. Jeden sygnał, że coś jest nie tak i cała reszta twoich przyjaciół ginie – powiedział Smród ukazując garnitur żółtych zębów.
- Tak jak Cinek, tak? – wtrąciłem. Wiedziałem, że Gruby chciał ukrywać tą śmierć, ale Bobru musiał o niej wiedzieć. Tak jak się spodziewałem zareagował tym, że spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a następnie wstał i odwrócił się plecami do całego zgromadzenia. Przejechał dłonią po twarzy po czym odwrócił się.
- To prawda? – zapytał Smroda.
- Wyobraź sobie, że tak. Twój przyjaciel dźgnął Daliona jego własnym nożem, chociaż ten potraktował tą dwójkę z ulgą. Pozwolił im uciec i powiedział, że jak ich złapie to przegrają. Dorwaliśmy ich, a ten rzucił się na Daliona. Chciał zaatakować kolejne osoby, więc go zastrzeliłem. Nawet mi tu nie pierdol, że nie zrobiłbyś tego samego, nie bądź hipokrytą, nie takiego Łapa cię pokochała.
                Pomiędzy Łapą i Bobrem też musiało się stać, bo twarz Bobra przyjęła kamienne oblicze. Dawno nie widziałem go w takim stanie.  Ku mojemu zdziwieniu jednak nie naskoczył na Smroda, ani nawet go nie obraził. Nie potraktował go nawet swoim grobowym głosem, po prostu westchnął i powiedział.
- Zapasy na dwa tygodnie, uleczenie Daliona i nigdy więcej was nie widzę na oczy. Ciało Cinka i wszyscy zakładnicy wracają do Ostoi.
- Nie wiem czy możemy sobie na to pozwolić Bobru. Zapasy na dwa tygodnie dla takiej grupy to będzie spory cios dla naszych magazynów… - powiedział Karzeł.
- Pomogę wam odrobić tą stratę, w końcu tu wchodzi w grę życie moich przyjaciół – odpowiedział Bobru – Ciesz się grubasie, że nie przyszedł tutaj Dziara. Wtedy w życiu nie zgodziłby się na takie warunki, ale ja się zgadzam. Więc nie nadwyrężaj mojej cierpliwości i zgódź się na to co ci zaproponowałem.
                Smród wyglądał przez chwilę komicznie, jak zaczął kalkulować czy mu się to opłaca. W końcu kiwnął głową i wstał. Wyciągnął rękę w stronę Bobra, a ten ją ucisnął.
- Umowa stoi – powiedział – Mam nadzieję, że jesteś słownym człowiekiem i jak zaraz wyślę moich ludzi po zapasy oraz po to, żeby przyprowadzili waszych przyjaciół to nie złamiesz umowy. Zostanę w tym szpitalu do czasu, aż Dalion będzie mógł stąd wyjść, to chyba też powinno być jasne.
- Oczywiście – odpowiedział niechętnie Bobru.
Smród nieco nieufnie sięgnął po krótkofalówkę i powtórzył to co ustalił swoim ludziom. Po chwili odwrócił się do nas i powiedział.
- Za pół godziny będą pod bramą z zakładnikami. Przygotujcie do tego czasu zapasy.
                Bobru spojrzał na Karła i kiwnęli do siebie głowami. Karzeł wstał i szybko nakazał strażnikom stojącym przed pokojem, żeby przynieśli parę skrzyń zapasów, medykamentów oraz amunicji i zanieśli je pod bramę. Sam byłem zaskoczony tym jak sprawnie i szybko to poszło. Spodziewałem się burzliwych wymian zdań i kłótni, a wyszło to całkiem dobrze. Za dobrze. Karzeł poszedł załatwiać wszystko, a w pokoju zostaliśmy tylko my oraz Smród.
- Mogę zostać tu z Ernim i pogadać na osobności? Mamy parę tematów do obgadania – powiedział Bobru.
- Ależ proszę bardzo wspólniku! – zawołał radośnie Smród wychodząc z pomieszczenia znikając po chwili za drzwiami.
                Zostaliśmy sami. Myślałem, że teraz Bobru się nieco rozchmurzy, ale jego twarz wciąż pozostawała kamienna. Był zły na całą sytuację oraz coś wyraźnie go gryzło.
- Co się dzieje? – zapytałem.
- Nie jest dobrze. Wszystko się sypie. Nie było cię tydzień, a podczas tego zdarzyło się mnóstwo nieciekawych rzeczy. Chcę żebyś wiedział o wszystkim… - zaczął i opowiedział mi o wszystkim co się ostatnio działo w Ostoi. O ataku Gangu, o śmierci Sołtysa i Łysego, uwiezieniu Giganta oraz ruska, wywiezieniu osób, których Dziara tu nie chciał widzieć, o decyzji Łapy oraz o każdym innym zdarzeniu. Słuchałem z zapartym tchem nie przerywając mu nawet na chwilę. Aż doszedł do konkluzji.
- Nie zostanę tu dłużej. Gdy Gigant zostanie uwolniony za parę dni, a Pablord obudzi się ze śpiączki to idę w ślady Łapy i opuszczam Ostoję. Mam dość tego miejsca, Karła i Dziary – wyznał.
- Rozumiem stary…
- Zostaniesz tu? – zapytałem.
                To było bardzo ciężkie pytanie. Gdyby zapytał mnie o coś takiego zanim opuściliśmy Królowy Most i byliśmy ciągle stałą ekipą to nawet bym się nie zawahał. Ale odkąd znalazłem autobus i zacząłem nim jeździć ustatkowałem się. Nie byłem pewien, czy chcę znowu szukać swojego miejsca na ziemi, jeżeli tutaj było mi dobrze. Co prawda miałem problem z sytuacją jaka tu panuje, ale nie był on aż tak poważny.
- Sam nie wiem. Muszę zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Teraz nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Wybacz…
Bobru westchnął ciężko raz jeszcze po czym wstał.
- Musimy pomóc w wymianie. Zresztą jak tu jeszcze trochę posiedzimy to zaraz będą podejrzewać, że coś kombinujemy.
                Chwilę potem wyszliśmy i na korytarzu zobaczyliśmy Smroda. Podeszliśmy do niego.
- Wymiana się zaczęła? – zapytałem.
- Zaraz się zacznie. Chodźcie ze mną, jak się pospieszymy to dogonimy waszego przywódcę.
Opuściliśmy szpital, zostawiając w nim Daliona i podbiegliśmy kawałek, żeby dogonić Karła i paru strażników. Wspólnie ruszyliśmy pod barykadę, którą się tu dostałem. Na miejscu czekały skrzynki z zapasami. Było tego całkiem sporo i wierzyłem, że przez to grupa bandytów spędzi spokojne dwa tygodnie, jak nie więcej przy odrobinie oszczędności. To wszystko była moja wina. Zamiast ominąć Królowy Most musiałem dać się złapać. Dlaczego popełniłem tak głupi błąd?
                Wspięliśmy się na barykadę, aby zobaczyć jak ludzie Daliona prowadzą zakładników. Było ich w sumie siedmiu, tylko, że jednego nieśli i było to nic innego jak ciało Cinka. Serce mi się ścisnęło na ten widok. Cinek był wspaniałą osobą, która nie poddała się i wciąż była groźna nawet pomimo utraty ręki. Poświęcił się żeby zabić Daliona, ale nie zdołał zadać śmiertelnego ciosu, bo został zastrzelony.  Gdy bandyci byli już blisko bramy otworzyły się i zaczęła się wymiana. Karzeł wskazał rękoma skrzynie, a Smród kiwnął głową i wszyscy zakładnicy wylądowali bezpiecznie przy nas. Ja również zostałem uwolniony. Rozmasowałem obolałe nadgarstki, w niektórych miejscach przetarte aż do krwi. Przywitałem się z Łowcą, Rekinem, Karoliną, Olą, Patrykiem oraz dziadkiem, który nas wiózł do obozu Feline. Wszyscy wyglądali na poważnie wykończonych całą sytuacją, ale całych i zdrowych.
                Bandyci brali skrzynię dwójkami, ponieważ były on ciężkie nawet dla tak dobrze umięśnionych i silnych ludzi. Smród podszedł i z nimi jeszcze chwilę porozmawiał przekazując im jakieś informacje, a po chwili podszedł z powrotem do nas. Jego ludzie, poza dwójką, którą zostawił do ochrony, wrócili do pojazdów. Ku mojej uciesze po chwili przez bramę wjechał Zbłąkany Ocalały. Smród oddał go. Był oczywiście w kiepskim stanie, ale trochę lakieru, nowa blacha i będzie jak nowy. Zastanawiało mnie zachowanie Smroda. Czy był aż tak bardzo zdesperowany żeby normalnie negocjować? Myślałem, że to przebiegnie znacznie gorzej, dojdzie do strzelaniny, będę musiał uciekać, a tutaj wszystko układało się… jak w normalnym świecie.
                Zadowoleni z efektów wymiany wszyscy wrócili do szpitala. Tym razem nie miałem czasu na rozmowę z nikim, ponieważ wolni sanitariusze zaczęli nas opatrywać. Byłem strasznie obolały po uderzeniu Daliona, oraz późniejszym wyżyciu się na mnie Smroda, ale w porównaniu z tym co mogli mi zrobić to i tak było nic. Jedna z sanitariuszek opatrzyła mnie dokładnie, po czym usiadłem z boku i patrzyłem jak składa do kupy resztę.  Usiadłem na jednej z ławeczek i po chwili przy mnie usiedli Rekin, Łowca oraz Karolina. Ta ostatnia wydawała się bacznie mnie obserwować od samego przybycia do Ostoi, więc chciałem ją za chwilę spytać o powód, ale wtedy zagadał do mnie Łowca.
- Wiesz co stary? Chyba jednak się nie pokuszę na kolejną podróż. To zbyt traumatyczne jak dla mnie. Wolę ciężarówki od autobusów – próbował zażartować. Uśmiechnąłem się mimowolnie po czym wpadło mi do głowy pytanie.
- Właściwie to odzyskałeś swój karabin snajperski? – zapytałem.
- Całe szczęście tak. Nie wiem ogólnie o co chodzi, ci ludzie byli takimi skurwysynami, a odkąd trafili tutaj, z jednym delikwentem, któremu troszkę pocięli flaki, to zachowują się inaczej. Ale wszyscy są już bezpieczni, więc to nie może być podstęp – stwierdził jednooki.
- Też się nad tym zastanawiałem.
- Jak się wam udało uciec? – wtrącił nagle Rekin. Cała sytuacja musiała dla niego być stresująca, bo wyglądał bardziej mizernie niż wtedy, kiedy spotkaliśmy go na przystanku, a dodatkowo na jego czarnej brodzie, było jeszcze więcej pasków siwizny.
- Dalion zagrał z nami w chorą grę, nawet nie chcę mi się o tym przypominać… Wypuścił nas i potem gonił. A właściwie dogonił.
                Łowca i Rekin po chwili zostali zawołani do Sali lekarskiej, a ja zostałem sam z Karoliną. Była strasznie nieśmiała i dla wielu mogłaby być uważana za po prostu brzydką, ale dla mnie miała to coś. Postanowiłem do niej zagadać.
- Przepraszam za trudności w podróży… - zacząłem.
- Nie szkodzi. Teraz jest już bezpiecznie i mam nadzieję, że będę mogła tutaj spędzić długi okres czasu wraz z przyjaciółką i podopiecznym – powiedziała.
- Nic poważnego ci się nie stało? – zapytałem z troską.
- Nie… dziękuje, że pytasz.
- Hmm… może dałabyś się wyciągnąć na herbatę jutro? Poczuje się lepiej jak chociaż trochę odpłacę ci za to co zrobiłem. Mogę też oprowadzić cię trochę po Ostoi – zaproponowałem.
- Grzechem byłoby odmówić – powiedziała uśmiechając się.
                Na korytarzu byli teraz właściwie wszyscy, którzy uczestniczyli w wymianie. Smród siedział ze swoimi ludźmi, zaraz obok siedzieli Karzeł i Bobru oraz paru strażników z Ostoi, przy mnie byli wszyscy, którzy trafili na pokład Zbłąkanego Ocalałego, ale wciąż brakowało mi tu między innymi Dziary. Podszedłem do Bobra i Karła i zapytałem.
- Gdzie jest Dziara?
- To bardzo dobre pytanie – powiedział Wojciech.
- Może poślijmy kogoś po niego? – zaproponował Bobru.
- Nie ma sensu, jeżeli nie przyszedł zobaczyć co się dzieje, to najprawdopodobniej jest czymś zajęty, a ktoś z jego bliższego otoczenia składa mu raporty – powiedział Karzeł.
- Może i macie racje – powiedziałem siadając ciężko na ławce.
                Wtedy otworzyły się drzwi Sali operacyjnej, a lekarze wyszli z niej powoli, widocznie zmęczeni. Smród poderwał się jak poparzony, ale lekarz uspokoił go ręką.
- Stan pacjenta jest stabilny. Obrażenia były niewielkie, nóż nie nadwyrężył żadnych ważnych organów, ale utrata krwi była prawie śmiertelna w skutkach. Przetłoczyliśmy mu krew i myślę, że z rana możecie go zabierać z powrotem do siebie. Będzie mocno osłabiony, ale przeżyje i myślę, że trochę odpoczynku i dobrego jedzenia i za maksymalnie dwa tygodnie wróci do pełni formy.
Smród uśmiechnął się.
- Dziękuje. Czy mogę do niego wejść? – zapytał.
- Wolałbym nie. Pacjent teraz zasnął, niech odpocznie.
                Smród usiadł z powrotem na swoje miejsce. Był zadowolony. Z godziny na godzinę szpital robił się coraz bardziej pusty. Ja jednak czekałem razem z Bobrem i Karłem. Wszyscy jednak przenieśliśmy się do dużej poczekalni korytarz obok, żeby nie przeszkadzać pacjentom rozmowami i innymi hałasami. W międzyczasie odwiedziłem Pablorda i ze smutkiem słuchałem relacji Bobra, który mówił, że nikt nie wie, kiedy ten się obudzi. Uścisnąłem rękę kompana jakby mając nadzieję, że otworzy oczy i normalnie wstanie, ale nic się nie stało. Wróciłem do poczekalni i pomimo zmęczenia czekałem. Nie będzie tutaj bezpiecznie, póki na terenie jest Smród i ludzie Daliona, więc warto było jeszcze trochę się przemęczyć na rzecz dłuższego odpoczynku.
                Wszyscy już przysypiali, kiedy nagle gdzieś w głębi kompleksu słychać było krzyk. Momentalnie senna atmosfera została przerwana i wszyscy wybiegli z poczekalni, żeby zobaczyć co się dzieje. Miałem przez chwilę nadzieję, że to Pablord się obudził, ale przebiegając obok jego Sali nie zauważyliśmy zmian. To musiało dochodzić z pomieszczenia, w którym był Dalion. Smród biegł pierwszy i nie tracąc czasu na otwieranie drzwi w normalny sposób, natarł na nie całym swoim ciężarem. Te oczywiście nie wytrzymały i z hukiem upadły na ziemię. To co zobaczyliśmy w środku było tak dziwne, że przez chwilę nie mogłem tego zrozumieć. Łożko Daliona było postawione do pionu, a on sam był do niego przywiązany całkowicie nagi. Z miejsca, gdzie był jego sutek ciekła strużka krwi, a sama brodawka leżała na podłodze w niedużej kałuży krwi. Przy Dalionie stała dziewczyna, którą od razu rozpoznałem. Była to Miczi. Trzymała oburącz nożycę, a pomiędzy ostrzami znajdowało się przyrodzenie Daliona. Ona uśmiechnęła się tylko złowieszczo, a ja już wiedziałem, że to nie skończy się dobrze. Bobru i Karzeł też nie wiedzieli co o tym myśleć. Smród patrzył przez chwilę z niedowierzaniem, po czym przeszedł do szarży.