Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 22. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 22. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lipca 2017

Rozdział 22: Za późno

Rozdział 22, kolejny z perspektywy Bobra. Akcja wszystkich perspektyw będzie się powoli zazębiała, bo stoimy przed najważniejszym wydarzeniem w tym tomie - ataku stada. Bobru musi dostać się z powrotem do obozu w Płocku i wrócić z Płońska, żeby zobaczyć, czy słowa Krawca były prawdziwe. Zapraszam do czytania oraz komentowania ;)

POV:
Bobru - Rozdział 22 - Dzień 7-8
Irek - Dzień 7-8 - Walczy na drodze na północ od Płocka
Zuza - Dzień 7-8 - Broni obozu w Płocku

-------------------------------------------------------

Rozdział 22: Za późno (BOBRU)


                Po powrocie ze spotkania z Krawcem wróciłem do obozu Feline, nie robiąc zbyt dużo zamieszania.  Poprosił mnie o przekazanie więźniów, ale wiedziałem, że tego nie zrobię. Pytanie było jak dużo było prawdy w tym, że potrafi kontrolować stado. Musiałem jak najszybciej wrócić do Płocka i przygotować obronę. Wiadomość o tym, że złapał Erniego też nie była najlepsza. Wychodziło na to, że Krawiec kontrolował sytuacje od jakiegoś czasu. Widziałem na własne oczy, co zrobił ze Złomiarzami i obawiałem się, czy nie będzie w stanie tak zniszczyć i mojego obozu z moimi ludźmi. Nie mogłem się jednak zgodzić na jego warunki. Nie mogliśmy być więźniami i nie zamierzałem oddawać jednego z moich przyjaciół jako karty przetargowej. Musiałem wymyślić tylko, co w takim wypadku zrobić. Wiedziałem, że muszę jak najszybciej wrócić do Płocka i stamtąd skołować pomoc od Bena i Dziary. Co najgorsze – stado było już pomiędzy Płockiem, a Płońskiem. Według wyliczeń nie szło na Płock, ale nawet jeśli to zmierzało do Torunia. W Ostoi będą mieli wielki problem, bo nie uda im się tak po prostu schować przed falą żywych trupów.
                Położyłem się spać rozmyślając. Nie zasnąłem szybko, ale gdy sen w końcu nadszedł to złożył mnie momentalnie. Obudziłem się, gdy słońce było całkiem wysoko na niebie. Nałożyłem buty i wyszedłem na zewnątrz w poszukiwaniu swoich ludzi. Znalazłem całą grupę siedzącą na stołówce. Postanowiłem nie dzielić się z nimi moim nocnym wypadem, przynajmniej na razie.
- Hej, jak sytuacja? – zapytałem.
- W końcu wstał!– przywitał mnie gromkim głosem Łowca.
- Jak z Potworem? – zapytałem.
- W etapie składania – włączył się do rozmowy Olaf. Był ubrany jak do wyjścia, miał przewieszony karabin przez plecy.
- Długo to zajmie?
- Jutro będziemy mogli jechać. Niestety wymiana opony to nie jest taka prosta sprawa w takim bydle. Myślę, że od biedy nawet dzisiaj wieczorem może się udać, jeżeli chcecie jechać na noc – odpowiedział Olaf.
- Im wcześniej tym lepiej – stwierdziłem.
- Rozumiem. Postaramy się ogarnąć to jeszcze dzisiaj. Niczego nie obiecuje, ale tak mi się wydaje – powiedział .
                Zjadłem spokojnie śniadanie i zająłem się zabijaniem czasu. Ika przygotowała się do wyjazdu przeglądając paczki z nasionami, których Feline użyczyła nam na rozbudowę ogrodów. Krystek zniknął gdzieś na prawie cały dzień, widziałem go raz, siedzącego na ławce przed budynkiem.  Łowca był zabiegany, pomagając ciągle przy naprawie swojego wozu. Ja sam starałem się planować i zastanawiać nad kolejnym krokiem. Wiedziałem, że pozostawienie zakładnika nie wchodziło w grę. Dzisiaj planowałem wyjechać z Płońska i nie miałem nawet jak stawić się na spotkaniu. Mogłem postawić wszystko na jedną kartę i spróbować zaatakować Krawca i jego ludzi na polanie, przedstawić sytuacje Feline i zastawić na niego pułapkę, ale wiedziałem, że to nic nie da, a prawdopodobnie również się nie uda. Nie wiedziałem jednak, co byłby w stanie zrobić jak nie spełnię jego żądań. Czy naprawdę stado podlegało jego kontroli? Tego nie mogłem być pewien. Miałem jednak przeczucie, że z tej współpracy nie wyjdzie nic dobrego i tego się trzymałem.
                Po południu wpadłem na Łowcę, który akurat robił przerwę od pracy.
- Jak idzie robota? – zapytałem.
- Jakoś leci. Zawsze jest od cholery do zrobienia w takich sytuacjach.
- Zanim na nas trafiłeś w Supraślu to nie miałeś takich problemów? – zainteresowałem się.
- Właściwie to nie – odpowiedział – Nie jeździłem też zbyt długo sam. Miałem swoją grupę, którą ludzie z Supraśla wycieli w pień. Wcześniej tamci pomagali mi w wielu sytuacjach.
- Tęsknisz trochę za czasami, gdy byliśmy cały czas na drodze?
- Sam nie wiem – zasępił się nieco mężczyzna – Z jednej strony czułem większą swobodę, ale nie można cholera całego życia na drodze spędzić… Masz jakieś obawy Bobru?
- Nie mam. Wiem, że to jest lepsze wyjście i możemy zbudować coś stabilnego. Po prostu pamiętam osoby, których już z nami nie ma i dlatego miło mi się to wspomina – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Nie ma co żyć przeszłością. Skupmy się na tym co jest. Mamy robotę do wykonania młody – Łowca był zdecydowanie jedyną osobą, która się tak do mnie zwracała. Miałem z nim już sporą historię i był ważnym elementem mojej grupy. Nie dość, że przewiózł nas przez pół Polski do Torunia to jeszcze pomagał mi i doradzał jak tylko mógł. Chociaż nie był wielkim taktykiem to jego rady zazwyczaj miały tą aurę chłopskiego rozumu, który sprawiał, że naprawdę wiele znaczyły. Po śmierci Sołtysa, z którym zazwyczaj rozmawiałem o takich rzeczach, była to relacja, która zdecydowanie wydawała się przydatna.
- Nie zatrzymuje cię już. Zajmij się naprawieniem Potwora, musimy jeszcze dzisiaj wrócić do Płocka – poprosiłem.
- Dam rade – odpowiedział uśmiechając się. Na jego zarośniętej twarzy pojawił się uśmiech. Kiwnął głową i wyszedł na zewnątrz, dalej zajmować się Potworem, którego sprowadzili tu razem z ludźmi Olafa. Dzień mijał dosyć powoli, ale gdy wieczorem jadłem kolację z Krystkiem oraz Iką to podeszli do nas Łowca z Olafem.
- Wszystko gotowe do drogi – zameldował Łowca poważnym głosem. Olaf kiwnął głową. Zauważyłem, że miał przez plecy przewieszony karabin, a jego strój wskazywał, że gdzieś się wybiera.
- Jadę z wami – odpowiedział zanim zadałem pytanie – Chcę zobaczyć jak to u was wygląda, a przy okazji powiem moim ludziom jak mają się zachowywać i kogo słuchać, żeby nie było niespodzianki na miejscu.
- Dużo? – zapytałem.
- Dziesięć osób. Jak na ten obóz uwierz, że Feline oddała praktycznie połowę, więc nie ma co narzekać.
- Dziękuje – odpowiedziałem.
                Zebraliśmy się przed bramą, gdzie stał Potwór. Nasiona zostały zapakowane,  a ludzie z Płońska siedzieli już wygodnie na tyłach pojazdu. Krystek oraz Ika usiedli z nimi, a ja po chwili dołączyłem. Olaf rozsiadł się na siedzeniu pasażera obok Łowcy. Ruszyliśmy. Wyjechaliśmy z Płońska, żeby po chwili sunąć już drogą, którą tutaj trafiliśmy. Serce zabiło mi szybciej, gdy spojrzałem na księżyc. Byłem bardzo ciekaw jak Krawiec zareaguje na to, że nie spełniłem jego oczekiwań. Groził nakierowaniem stada na obóz w Płocku i chociaż głęboko starałem się nie wierzyć w jego słowa, to serce biło mi nieco szybciej i martwiłem się.
                Droga z Płońska do Płocka nie była długa i wiedziałem, że za maksymalnie dwie godziny powinienem rozwiać swoje obawy i stawić czoła rzeczywistości. Jaka będzie – nie wiedziałem. Byłem jednak dobrej myśli. Zastanawiałem się czy grupa, którą wysłałem do Inowrocławia dotarła już do obozu. Na pewno byłaby to spora pomoc, szczególnie jeżeli rzeczywiście coś nam groziło. Ben miał znacznie więcej ludzi niż Feline, dlatego liczyłem, że wesprze Płock, zanim ten stanie się pełnoprawnym miejscem.
                Jechaliśmy już spory czas i wiedziałem, że jesteśmy blisko.
- Ja pierdole… - rozległo się nagle z przodu ciężarówki, które przebiło się przez rozmowy ludzi z Płońska. Zaciekawiony przepchałem się do przodu i wystawiłem głowę, będąc pomiędzy Olafem, a Łowcą. Spojrzałem do przodu. Zamarłem. Z oddali widać już było Płock. Nie dało się również nie  zauważyć tego, co wylewało się z niego, a znikało w odmętach miasta. Słowa Krawca sprawdziły się tak szybko. Musiał on z góry założyć, że się go nie posłucham, albo mieć na tyle rozwiniętą komunikację, żeby przekazać tak szybko wiadomość. Fala trupów zalewała miasto, w którym miał powstać mój obóz. Nie wiedziałem co powiedzieć. Byliśmy przy wschodnim wjeździe do Płocka. Łowca zatrzymał Potwora.
- Co teraz? – zapytał ktoś z tyłu, prawdopodobnie Krystek.
- Musimy dostać się do obozu – powiedziałem.
- Oszalałeś? Widzisz ile ich jest? – oburzył się Olaf.
- Widzę. Moi ludzie tam są i musimy im pomóc. Samo wzgórze na pewno jest bezpieczne. Przynajmniej wnętrze. Co do dojechania tam, to droga prowadząca na szczyt jest dosyć wąska, więc myślę, że bez problemu jak tam dojedziemy zepchniemy trupy. Wystarczy zrobić najpierw trochę hałasu żeby je odciągnąć, a przez resztę przebić się siłą ognia – powiedziałem.
- Brzmi to zajebiście ryzykownie. Ale znasz te tereny i pomożemy ci. Tylko bez przesady cholera jasna, nie będę narażał życia ludzi na samobójczą misje – odpowiedział mężczyzna.
- Mam plan, spokojnie – powiedziałem, bo rzeczywiście w mojej głowie kotłowała cała masa myśli, która układała się powoli w spójną całość. Wszyscy czekali na moje słowa. Ostateczna wersja uderzyła mnie nagle, całkowicie niespodziewanie – Więc tak. Przy rzece, gdzie nie powinno być aż tak dużej części stada są sklepy nastawione bardziej pod turystów – zacząłem – Tam znajdziemy fajerwerki. Podjedziemy tam Potworem i zapakujemy ich jak najwięcej. Następnie dwie lub trzy osoby wysiądą i zajmą pozycje, z których zaczną puszczać te petardy i zrobią nieco zamieszania. Duża część trupów powinna oddzielić się od głównego stada i otoczyć miejsca, z których będzie robione zamieszanie. Te osoby będą bezpieczne, ale przez jakiś czas otoczone.
- Nie brzmi to zbyt kusząco – zauważył Olaf.
- Ja się na to piszę – powiedział Krystek. Dwójka ludzi Olafa podążyła jego przykładem.
- Doskonale – stwierdziłem – Jak zrobi się nieco zamieszania to przejedziemy Potworem wzdłuż rzeki i okrążymy wzgórze. Na pewno tam jest najwięcej trupów, więc dojedziemy jak najdalej się będzie dało i resztę trasy przebijemy na dziko.
- Czemu na tyły wzgórza? – zaciekawił się Łowca.
- Jest tam podobno tajne przejście. Mateusz mi przynajmniej o nim mówił i był pewien, że w którymś z domków je znajdziemy. Podejrzewam nawet o który może chodzić.
- Podejrzewasz? – zapytał Olaf – Bobru nie obraź się, ale strasznie kiepsko to brzmi.
- Plan jest ryzykowny, nie przeczę. Ale innej opcji nie ma.
- Po prostu zróbmy to cholera jasna! – krzyknął Łowca podbudowują morale. Okrzyk ludzi z Płońska może nie przypominał tych filmowych, ale i tak sprawił, że ciarki przeszły mnie po plecach. Krawiec zaatakował, a my mieliśmy pokazać, że damy sobie i tak rade.
                Przez pół godziny przygotowywaliśmy się do akcji. Trupy wciąż wlewały się do miasta i widać było, że przechodzą przez nie niczym fala śmierci. Nie miałem pojęcia jak duża część jest zapchana przez zombie. Nie wiedziałem jak ciężko może być przejść przez jakieś ulice. Potwór odgrywał doskonałą rolę jako taran, ale na dłuższą metę, gdy straci prędkość to nie będzie mógł sobie poradzić z taką ilością przeszkód do zniszczenia. Dlatego w pewnym momencie mogliśmy po prostu utknąć na jednej z ulic i modlić się o to żeby stado jak najszybciej przeszło, a wiedziałem, że moi ludzie mogli mieć kłopoty.  Wybraliśmy na mapie budynki, na których planowaliśmy zostawić Krystka oraz pozostałą dwójkę, po tym jak zaopatrzymy ich w petardy. Trasa była na tyle wymyślna, żeby odciągnąć jak najwięcej trupów od wzgórza i spokojnie przejść na jego tyły do miejsca, gdzie według Mpd mogło być tylne wyjście z naszego obozu.
- Czy wszyscy wiedzą, co mają robić? – zapytałem.
- Tak – odpowiedziało paręnaście gardeł na raz. Ruszyliśmy.
                Łowca zakręcił i zaczął jechać w stronę brzegu. Zombie wlewały się do miasta od północnego wschodu, niczym strzała przebijająca tarczę. Nie były one skupione, im głębiej wchodziły pomiędzy budynki, tym bardziej rozdzielały się na kolejne ulice. Te, którymi jechaliśmy były jednak całkiem spokojne. Brzeg wydawał się całkiem czysty, przez co podróż mijała nam znośnie. Nie musieliśmy przebijać się przez nie, co znacznie ułatwiało plan. Pojedyncze osobniki z głuchym hukiem odbijały się od zbrojeń zamontowanych na przedzie i bokach pojazdu. Potwór był istną maszyną do niszczenia takich przypadków. Zauważyłem, że Olaf wraz z Łowcą wymienili nawet szybę, która została wyłamana, kiedy wyleciałem przez szybę w drodze do Płońska.
                Wjechaliśmy na ulicę, która była bardzo blisko Wisły. Widziałem stąd dokładnie trupy, które zajmowały całe wzgórze i krętą ścieżkę do niego prowadzącą.  Światła na górze się nie paliły i stąd nie miałem pojęcia, czy zombie sforsowały bramę, czy próbowały się przez nią przebić. Nie widziałem też żadnych świateł, więc liczyłem na to, że moi ludzie po prostu przeczekują sytuacje w zamknięciu i ciszy. To było najmądrzejsze rozwiązanie, ale upewnić się musiałem. Na ulicy, na której się znaleźliśmy, było sporo wraków aut, albo pojazdów opuszczonych przez właścicieli.  Mimo tego Łowca, jak zawsze, z wielką gracją poruszał się Potworem pomiędzy nimi, czasami delikatnie zahaczając i przesuwając pojedyncze przeszkody.  Kawałek przed nami, na drodze, widać było znacznie więcej trupów. Całe szczęście nie musieliśmy jechać aż tak daleko. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu.
                Sklep, który nas interesował wyglądał na dawno opuszczony. Jedna z witryn była wybita, a w środku panował jeszcze większy mrok niż na zewnątrz. Niebo było czyste. Księżyc oświetlał okolice najlepiej jak potrafił.  Wyskoczyliśmy z Potwora prawie wszyscy, został jedynie Łowca oraz Ika. Uzbrojeni i gotowi weszliśmy do środka. Latarki zatańczyły szalenie po wnętrzu i oświetliły jedynego gościa, który był w środku. Jeden z ludzi Olafa rozbił mu czaszkę.  Sklep wydawał się częściowo przeszukany, ale na zapleczu znaleźliśmy ogromne pudła wypełnione przeróżnymi fajerwerkami – od tych małych, do tych ogromnych, które strzelały wieloma seriami robiąc na niebie prawdziwy pokaz. Zapakowaliśmy je, tyle ile mogliśmy, do toreb, a następnie ruszyliśmy z powrotem na ulice. Wtedy przez morze jęków, które były słyszalne cały czas, przebił się charakterystyczny dźwięk niedużego wybuchu. Byłem pewien, że dochodził ze wzgórza.
- Co tam się dzieje do cholery jasnej? – zapytał Łowca, gdy dotarliśmy do Potwora.
- Coś w obozie… Nie brzmi to zbyt dobrze, musimy szybko rozstawić ludzi i zacząć im pomagać – powiedziałem.
- Jedźmy – dodał Olaf. Chociaż w Potworze szyby były zamknięte to dźwięk jęków narastał im głębiej wjeżdżaliśmy do miasta. Wszystkie trzy budynki, które wybraliśmy były równolegle do linii stada.  Dojeżdżaliśmy już do pierwszego zaznaczonego, gdy pomyślałem, że warto powiedzieć parę słów do osób, które mają zostać uwięzione na dachach danych budynków.
- Macie w plecakach cały zestaw fajerwerków, trochę prowiantu, amunicje i łomy, żeby wyłamać drzwi, jeżeli byłby zamknięte. Jak dostaniecie się na dach to możecie od razu przygotować się do odpalenia ładunków. Puszczajcie je ile wlezie i nie panikujcie. Zamkniemy was na dole, żeby trupy do was nie weszły, ale i tak możecie pozamykać za sobą drzwi na górze, gdyby jakimś cudem dostały się do budynku. Jak stado przejdzie stąd to postaramy się was od razu odebrać z tych dachów. Obiecuje, że zrobimy to jak najszybciej.
                Pierwszy został wypuszczony Krystek. Wyskoczyliśmy na ulicy, na której było już trochę trupów. Ze wzgórze było słychać kolejne wybuchy oraz strzały. Zastanawiałem się, co się tam dzieje. My również nie bawiliśmy się już w podchody. Nie chciałem ryzykować niczyim życiem. Przebiliśmy się przez ulicę wypruwając pociski we wszystko, co się ruszało. Zombie padały jeden za drugim, a my bez problemu odstawiliśmy Krystka z wypchanym plecakiem do budynku, po czym sprawnie założyliśmy łańcuch z potężną kłódką na drzwi. Teraz wszystko leżało w jego rękach. Po akcji wróciliśmy od razu do Potwora i ruszaliśmy w kierunku kolejnego punktu.
                Po odstawieniu trzeciej osoby na niebie było już kolorowo i głośno. Krystek, oraz drugi mężczyzna zaczynali już pokaz, sprawiając, że na ulice, na których byliśmy, schodziło się coraz więcej trupów. Łowca przyspieszył i zaczął okrążać trasę, wykręcając ponownie na brzeg, który wciąż był stosunkowo pusty. Zombie wpadały pod koła Potwora coraz częściej. Byłem dumny z ludzi Feline. Przeprowadzali akcje naprawdę profesjonalnie i wiedziałem, że z ich pomocą to naprawdę może się udać. Olaf wyszkolił ich doskonale.  Gdy dojeżdżaliśmy ponownie do sklepu, z którego braliśmy fajerwerki to zobaczyliśmy, że do całej kanonady dołączył trzeci dach. Wszystko szło po naszej myśli.
                Teraz zaczynał się ten ciężki moment. Musieliśmy dotrzeć do wzgórza i przebić się na jego tyły. Trupy wykonywały zdecydowany ruch. Na pewno odciągnęliśmy trochę ich uwagę i sprawiliśmy, że główne skupisko znajdowało się teraz na ulicy, na której były trzy, obstawione przez nas, budynki.  Jechaliśmy wzdłuż brzegu, a trupy składały się pod kołami Potwora, jeden po drugim.  Okrążaliśmy powoli miejsce, w którym był nasz obóz, ale trupów było coraz więcej. Ciężarówka traciła swoją prędkość z każdym kolejnym przejechanym szwendaczem.
- Co teraz? – zapytał Łowca.
- Zaraz będziemy musieli jakoś wysiąść – odpowiedziałem.
- W ten legion?! – zapytał zdziwiony Olaf.
- Wystarczy, że dostaniemy się na pustą ulicę i resztę drogi przebijemy się siłą – powiedziałem.
- Siłę ognia mamy sporą, ale czy tak dużą, to nie wiem… - zasępił się mężczyzna.
- A co jakby się przekraść? – zapytał ktoś z ciężarówki. Był to młody chłopak z rudą brodą.
- Jak się nazywasz? – zapytałem.
- To Rudy. Nie widać? – zakpił Olaf – On zawsze ma durne pomysły, więc nie ma co go słuchać.
- Poczekaj – uspokoiłem Olafa – Mów – rzuciłem do chłopaka.
- Jak z chłopakami szliśmy na zwiady w niebezpieczne tereny to mieliśmy pewien sposób – jego głos nie pokazywał nawet grama pewności siebie, ale i tak wypluwał kolejne słowa.
- Jaki sposób? – zapytałem.
- Truposze działają głównie na węch. Jak złapiemy parę i wysmarujemy się ich flakami to nie będą nas atakować. Tylko musimy iść cicho i spokojnie – powiedział poważnym głosem.
- Ciebie chyba coś boli – zaśmiał się Olaf.
- Szefie jak to prawda jest – oburzył się chłopak.
- W sumie to nie brzmi, aż tak nierealnie – zastanowiłem się.
- Naprawdę? – zapytali w tym samym czasie Łowca z Olafem.
- Spróbujmy wciągnąć tutaj trupa czy dwa. Przygotujemy ten kamuflaż i zobaczymy jak działa, póki jeszcze nie jesteśmy w samym centrum stada – zaproponowałem.
                Zjechaliśmy na pobocze i delikatnie otworzyliśmy drzwi do ładowni na tyłach Potwora. Trupy, które wypełniały większą część ulicy, natychmiast próbowały dostać się do środka. Ludzie Olafa sprawnie wyeliminowali dwa i wciągnęli do środka, a ja zamknąłem drzwi.  Jeżeli to mogło zadziałać to niesamowicie się cieszyłem. Byłem w kiepskiej formie od wypadku w drodze do Płońska, więc wizja biegania, chociaż nie niemożliwa, nie podobała mi się. Dwa przegniłe ciała położono na podłodze ładowni Potwora. Stanęliśmy w kręgu wokół nich. Olaf dołączył do nas, a Łowca dzielnie przebijał się przez kolejne uliczki, coraz bardziej zbliżając się do celu.
                Rudy sięgnął po nóż. Zasłonił sobie dłonią nos i wziął głęboki oddech. Przeciął koszulkę i bluzę pierwszego z trupów i odsłonił lekko napęczniały i fioletowy brzuch.  Przyłożył ostrze lekko pod klatką piersiową i wbił je. Odór, który się wydostał był zapierający dech w piersiach.  Wszyscy poszli w jego ślady próbując zatkać nosy i uniknąć przykrego zapachu. Rudy rozciął jamę brzuszną i naszym oczom ukazał się nieprzyjemny widok poczerniałych wnętrzności. Chłopak spojrzał na nas. Odłożył nóż na bok i delikatnie, jakby sam tego nie chciał, zamoczył rękę w środku. Starałem się oddychać głęboko ustami żeby nie zwymiotować. Nabrał trochę krwi na dłoń po czym rozsmarował ją sobie po twarzy. Widziałem jak jego blada cera zamienia kolor na ciemną czerwień.
                Następnie pokrył swoje ciało fragmentami większości oraz warstwami posoki, kończąc przygotowanie kamuflażu. Wygląda upiornie, ale patrząc tak na niego pomyślałem, że to naprawdę może się udać.  Po piętnastu minutach potwór został zaparkowany tak, żeby prawe wyjście pasażera wychodziło na jedną z bardziej pustych, bocznych uliczek. Cała załoga była wysmarowana w kamuflażu. Cuchnęliśmy potwornie, ale teraz nadszedł moment prawdy. Wyszedłem pierwszy, a zaraz za mną wyskoczył Rudy. Poruszaliśmy się powoli i podeszliśmy do przodu. Drzwi do Potwora póki co zostały zamknięte, chociaż trupy i tak zainteresowały się hałasem i światłem. Zaczęły iść w naszą stronę. Zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści noża.  Byłem gotowy odeprzeć atak. Trupy były coraz bliżej. Słyszałem ciche jęki, które zlewały się z tą kakofonią, którą było słychać z głównej ulicy. Zombie, który był obok mnie wyglądał przerażająco. Dolna część jego twarzy zwisała na przegniłej skórze. Był niesamowicie wychudzony i prawie nagi, nie licząc resztek spodni trzymających się na kościstych biodrach. Widziałem jego puste, rybie oczy. Spojrzał na mnie. Złapałem oddech i zgodnie z radą Rudego postanowiłem być cicho i nie ruszać się zbyt szybko.
                Zadziałało. Trup powęszył chwilę po czym ruszył dalej. Podobnie zachowali się pozostali, którzy mijali nas jakby nigdy nic. Dałem znak podnosząc rękę i po chwili wszyscy wyszli z Potwora. Ruszyliśmy całą grupą złożoną z dwunastu osób do przodu, starając się trzymać blisko siebie. Byliśmy już prawie przy samym wzgórzu. Widziałem już nawet budynek, w którym według mojej wiedzy mogło być tylne wejście do naszego obozu. Pomysł Rudego zadziałał. Trupy całkowicie nas olewały, albo zatrzymywały się na chwilę po czym szły do przodu nie zwracając na nas zbyt dużej uwagi. Czy tak właśnie działał kamuflaż Zszytych? Czy to był cały ich sekret? Nie mogłem w to uwierzyć.
                Ulica, na której byliśmy, była cała zapchana trupami. Było naprawdę niedużo miejsca na poruszanie się. Widziałem ścieżkę na wzgórze, która prowadziła do furtki, ale tam również było pełno trupów. Znacznie mniej niż przy wejściu przednim, ale wciąż dużo. To była też jakaś opcja, ale wolałem najpierw spróbować załatwić to bezpieczniej. Podeszliśmy do budynku i zaczęliśmy siłować się z drzwiami. Były niestety zamknięte.
- Co teraz? – wyszeptał Olaf.
- Musimy się przebić – odpowiedziałem szeptem. Trupy, pomimo ogólnego hałasu zdawały się interesować nami nawet teraz.
- Jak zaczniemy się przebijać to one się dowiedzą – powiedział cichutko Łowca.
- Musimy zadziałać szybko – odpowiedziałem również cicho.
                Stanąłem przy drzwiach i dałem znak, że odliczam. Pokazałem trzy palce, następnie dwa i jeden po czym uderzyłem w drzwi z całej siły wraz z Olafem. Trupy natychmiast się nami zainteresowały. Ludzie Olafa otworzyli ogień, a na ulicy rozpętał się chaos. Zombie zaczęły nas otaczać. Siłowaliśmy się z zamkiem, zacząłem nawet w niego strzelać. Fala śmierci przyciskała nas coraz bardziej do ściany budynku. Były już tak blisko, że zaczęto używać noży i innych broni białych zamiast karabinów. Drzwi jednak w końcu stanęły otworem. Wpadliśmy do środka i szybko zamknęliśmy drzwi. Trupy jednak nie dawały za wygraną.
- Ja pierdole – stwierdził krótko Olaf.
- Trzymajcie drzwi! – krzyknąłem – Zastawcie to tamtą półką!
Ludzie Olafa posłuchali mnie natychmiast. Krzyki trupów były okropnie głośne. Ledwo dało się to wytrzymać. Zastawiliśmy jednak wejście paroma półkami i prowizoryczna barykada póki co trzymała. Rozejrzałem się po miejscu, w którym się znaleźliśmy. Ika włączyła latarkę i oświetliła resztę pomieszczenia. Odetchnąłem z ulgą. Zobaczyłem dziurę w ścianie, która zdawała się wchodzić w głąb wzgórza. Były tam kolejne drzwi, które wyglądały już na znacznie bardziej prowizoryczne. To musiał być ten tunel.

                Przez chwilę zrobiło się względnie spokojnie. Rozejrzałem się i spojrzałem na każdego po kolei. Zmęczonych, ale z uśmiechami na twarzy ludzi Olafa, samego Olafa, który patrzył na wejście do tunelu z dziwną miną, Ikę, która też wyglądała na zadowoloną z tego, że się udało oraz Łowcę. Na nim zatrzymałem na chwilę wzrok i zamarłem. Przeszedł mnie dreszcz i całe dobre morale prysnęły nagle niczym mydlana bańka. Mój przyjaciel, który towarzyszył mi od tak dawna trzymał się za kark. Na jego dłoni widać było krew. Nie była to jednak ta użyta do kamuflażu. Świeża czerwień kontrastowała z brudną czernią. Pokiwałem tylko głową jak nasze spojrzenia się spotkały. Łowca został ugryziony.

poniedziałek, 19 października 2015

Rozdział 22: Szanse

Rozdział 22, przedostatni z perspektywy Bobra. Rozdział pełen akcji i zwrotów, które powinny was zaskoczyć. Oczywiście w 25 rozdziale ponownie spotkamy kawałek perspektywy Bobra połączony z perspektywami Olafa oraz Irka. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba, bo jest dosyć długi i naprawdę sporo się namyślałem, żeby go napisać. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 22 - Bobru - Dzień 10-11
Irek - Dzień 10-11 - Przebywa daleko na wschodzie stawiając punkty strategiczne
Olaf - Dzień 10-11 - Przebywa w okolicach Grudziądza.

--------------------------------------------

Rozdział 22 (Bobru): Szanse


                Po tym jak moje oczy zasłonił worek, mogłem jedynie zgadywać na podstawie tego co czułem i słyszałem, gdzie nas zabierano. Była to istna paleta dźwięków. Na początku wyprowadzanie z domu, wsadzanie do auta, w międzyczasie zdzielenie kogoś pięścią w brzuch, a następnie podskakiwanie wozu na wybojach. W końcu po paru minutach jazdy pojazd się zatrzymał. Drzwi od auta otworzyły się, ktoś wyciągnął nas brutalnie i zaczął prowadzić. Usłyszeliśmy otwieranie się bramy, a po chwili liczne głosy. Byłem tak oszołomiony całą sytuacją, ze nie usłyszałem niczego konkretnego. Oderwałem się na tyle od rzeczywistości, że nawet nie wiedziałem kiedy, zdjęto mi worek z głowy i wraz z moimi przyjaciółmi wsadzono do celi.
                Było tu brudno, ciemno, a trzy łóżka, wydawały się być skupiskiem przegniłych desek oraz starej, zapleśniałej pościeli. W kącie zlokalizowałem wiadro. Jedynym wyjściem stąd, poza malutkim, zakratowanym okienkiem, przez które nie przecisnęłoby się dziecko, były stalowe, solidne drzwi z judaszem, które aktualnie były zamknięte. Za oknem nie widać było też nic konkretnego, tylko piętro jakiegoś budynku obok. Poza tym robiło się ciemno i nawet tego nie było widać do końca.
- Skąd wiedzieli? – zapytał w końcu na głos Pablord. Byłem pewien, że podobnie jak ja i on, te same pytanie zadawała sobie reszta.
- Może skojarzyli fakty? Patrol, który nie wrócił, a następnie został znaleziony martwy, a potem miejsce, w którym ostatnio nam się udało. Innego wyjścia nie widzę, chyba, że jedno z nas jest Złomiarzem i nie chce się przyznać – rzuciła Wiktoria bez emocji.
- Dobrze, że wsadzili nas chociaż do jednej celi… - zauważył Józef.
- Zajebiście – podsumowała krótko Miczi.
                Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem zebrać w sobie słów. Podejmowałem dobre decyzje oraz złe decyzje, ale ta była fatalna. Zamiast skupić się na celu, chciałem pójść na łatwiznę i zaryzykować. Teraz nie wiedziałem co robić. Michael, podobnie jak ja, siedział w ciszy, wpatrując się przed siebie i słuchając.
- Mamy jakieś realne szanse ucieczki? – próbowała dalej Wiktoria.
                Pablord podszedł do drzwi próbując je otworzyć, ale jedyne co mu odpowiedziało to szczęk metalu, a następnie wiązka przekleństw strażnika pod drzwiami.
- Nie zapowiada się.
- Więc mamy czekać, aż nas pozabijają? Albo aż zgnijemy tu z głodu? – brnęła dalej.
- Jeżeli masz jakiś plan, to podziel się z nami – powiedziała Miczi.
- Niestety nie mam. Ale na pewno uda się nam coś wymyślić. Uciekaliśmy z gorszych miejsc – powiedziała.
                Westchnąłem cicho. Zastanawiałem się, co właściwie poszło nie tak. Zasadzka była z góry przygotowana. Czyżby, gdy dzisiaj rano zaatakowała nas grupa Złomiarzy, to jeden z nich czekał w krzakach i pobiegł przekazać wieści, ze przyszliśmy? W wersje zakładającą, ze ktoś z moich ludzi jest zdrajcą nie wierzyłem. Po prostu nie trzymała się kupy.
- Pozostaje nam czekać – przemówiłem cicho – Ta kobieta na pewno nie zostawi nas w spokoju. Ona chce wiedzieć wszystko, a dokładniej wszystko co wiemy.
- Może zaatakujemy strażników, którzy wejdą tu, aby nas wyprowadzić, czy coś? Przecież na pewno, ktoś tu w końcu wejdzie – planowała dalej Wiktoria.
- Wyśpijcie się teraz. Musimy być gotowi na wszystko – postanowiłem na głos, układając się przy jednej z ścian. Wszyscy byli równie zmęczeni jak ja, dlatego rozmowy szybko ucichły i chociaż nie było jeszcze późno, to chwilę później dało się usłyszeć miarowe oddychanie i pochrapywanie. Ja leżałem jeszcze przez dłuższy moment i zastanawiałem się poważnie nad tym co mogę teraz zrobić. Musiałem grać, tak jak zagra mi Wanda. Nie mogłem pozwolić na to, żeby męczyła moich ludzi, albo ich zabijała. Ona potrzebowała informacji, ale z drugiej strony nie mogłem ich jej wyjawić. Mieliśmy wielkie plany, a ona była naszym wrogiem. Czy była szansa, że uwierzy w zmyślone na poczekaniu historie? Owszem. Byłem jednak pewny, że będzie chciała dowodów i wciąż nie miałem pewności, pomimo tego, że mogła nam obiecać, że nic nam nie zrobi.
                Ledwo przysnąłem, gdy drzwi celi się otworzyły. Obudzony nagle zerwałem się do pozycji siedzącej. Do środka weszło trzech, sporych mężczyzn.
- Który z was to Michael? – zapytał jeden  z nich. Chociaż już chciałem protestować nie zdążyłem. Michael zgłosił się sam i po chwili bez dodatkowych wytłumaczeń zniknął za drzwiami razem z bandytami.
- Gdzie go zabrali? – zapytała Miczi, zdezorientowanym głosem.
- Pewnie na jakieś przesłuchanie – zauważył Pablord.
- Czyli będzie brała każdego z nas – zauważyłem.
- Jak to? – zapytała Wiktoria.
- Jakby chciał się czegoś dowiedzieć od razu, to wzięłaby mnie, albo was – wskazałem na nią i Pablorda – Zna nas i wie, że nie jesteśmy tylko mieszkańcami Ostoi, ale także jej ważnymi członkami. Ona po prostu jest kolejną chorą szmatą, która stoi na naszej drodze i będzie się nami bawiła – w moim głosie można było usłyszeć rozgoryczenie, ale nie zamierzałem go ukrywać – Idźcie spać. Martwieniem się nic nie zmienimy, a będziemy potrzebować siły.
- Nie powinniśmy ustalić jakiejś wspólnej wersji? – zaproponował Pablord.
- Wspólnej wersji  tego, dlaczego tu jesteśmy? – zapytałem.
                Potwierdził skinieniem głowy.
- Możemy, chociaż myślę, że w tym przypadku to nic nie zmieni. Żeby było jasne, nie chcę żeby wam się coś działo. Jeżeli ceną za to jest zniszczenie Ostoi, Inowrocławia i planów związanymi z tymi miejscami, jestem gotów zapłacić – powiedziałem, a wszyscy spojrzeli na mnie. Słowa na pewno wywarły na nich wrażenie, zarówno pozytywne jak i negatywne, ale chciałem żeby wiedzieli, że zależy mi na nich bardziej niż na bezpiecznym miejscu. Bo taka była prawda. Moje przemówienie nieco zagęściło atmosferę i nikt się już nie odzywał.
                Pół godziny potem, gdy na dworze zrobiło się jeszcze ciemniej, drzwi od celi znów się otworzyły i strażnicy wrzucili do środka Michaela. Zerwaliśmy się wszyscy, żeby zobaczyć w jakim jest stanie, gdy strażnicy podeszli i pociągnęli Wiktorię. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji z Michaelem, Miczi próbowała zareagować, ale jedyne co osiągnęła to mało delikatne odepchnięcie w stronę ściany. Chociaż jedynym solidnym źródłem światła teraz, była szpara pomiędzy drzwiami, a podłogą, słyszeliśmy, że z Michaelem nie jest najlepiej. Oddychał ciężko, po dotknięciu jego twarzy można było wywnioskować, że ma złamany nos, a fakt, że tak długo się podnosił, nie poprawiał atmosfery.
- Stary… hej, hej! Połóż się. Słyszysz nas? – zapytałem, pomagając z Pablordem mu wstać.
- Cholera… - zastękał.
Położyliśmy go najdelikatniej jak potrafiliśmy na jednym z łóżek i podaliśmy jedyną butelkę wody, jaką dostaliśmy dzisiaj na całą grupę.
- O co cię pytali? – zapytałem.
- O wszystko… Nie powiedziałem im nic, to mi dali spokój. Ale wezmą każdego. Ta  czerwona suka… - zaczął i stęknął.
- Dobra nic już nie mów. Wiemy na co się szykować. Odpoczywaj – przerwałem mu i usiadłem pod ścianą. Chociaż wiedzieliśmy, co nas czeka to oczekiwanie na to było najgorsze. Nie wiedzieliśmy, kiedy wróci Wiktoria, w jakim stanie i kto będzie następny. Czemu Wanda nie chciała zaprosić najpierw mnie? Czy to był jej plan. Musiała zauważyć jak bardzo zależy mi na moich ludziach. Chciała żebym widział, jak każde z nich wraca skatowane z przesłuchań, żeby na koniec wziąć wrak mnie samego i bez problemu zdobyć potrzebne informacje. Co było najgorsze – to miało jej się udać.
                Gdy tylko wróciła Wiktoria i zobaczyłem, że została obcięta na łyso i mocno pobita, krew we mnie zagotowała z bezsilności. Chciałem wepchnąć się do strażników, kazać im zaprowadzić mnie do niej, ale oni ignorowali mnie całkowicie. Nie działały obelgi i moje zachowanie. Co gorsza wiedziałem, że gdy oni zobaczyli mnie w tym stanie, to ich przywódczyni będzie zachwycona, że tak szybko udało jej się wyprowadzić mnie z równowagi.
                Tak mijały kolejne minuty. Do naszej celi, co około trzydzieści minut wracali strażnicy, żeby wrzucić wymęczone osoby i wziąć kolejne. Po Wiktorii przyszła kolej na Miczi, a następnie na Józefa. Gdy w końcu wzięli Pablroda, siedziałem tylko oddychając ciężko. Miałem ochotę zdobyć jakąkolwiek broń i po prostu zabić każdego, kto stanie na mojej drodze. Co prawda Wanda nie torturowała nikogo tak, żeby ten nie mógł funkcjonować. Po prostu sprawiała krótkotrwały ból, żeby zniszczyć psychicznie mnie i moich ludzi. Musiałem dobrze rozegrać to wszystko, gdy przyjdzie moja kolej.
                Strażnicy w końcu przynieśli też Pablorda. Chciałem pomóc mu wstać, ale nim się obejrzałem złapali mnie za ręce i wyprowadzili. Szliśmy tak korytarzem, a potem następnym. W końcu stanęli przed jednymi z drzwi i zapukali. Usłyszałem kobiece „wejść” po czym weszli ze mną do środka. Ciarki przeszły mnie po ciele, gdy zobaczyłem, że pomieszczenie składa się jedynie z krzesła i stołu, na którym leżały różne narzędzia do zadawania bólu. Były tam noże, obcęgi, młotki, oraz mnóstwo takich, które widziałem jedynie w filmach.
- Zostawcie nas samych. Tym zajmę się osobiście – powiedziała Wanda. Była ubrana w skórzaną kamizelkę, oraz dżinsy. Rude włosy miała spięte w kok. Strażnicy przywiązali mnie do krzesła i opuścili pokój.
- Nie martw się. Zrobimy to szybko – powiedziała klękając przede mną i uśmiechając się. Teraz mogłem się jej przyjrzeć w końcu z bliska, w pełnym świetle. Chociaż była starsza ode mnie, to wyglądała całkiem nieźle. Była zadbana, miała ładne rysy twarzy z wysuniętym delikatnie podbródkiem i wyraźnymi kościami policzkowymi. W brązowych oczach dostrzegałem coś dziwnego.
- Czego ode mnie chcesz? – zapytałem.
                Wanda wstała i podeszła do stołu. Chwyciła jeden z długich noży i wróciła do pozycji klęczącej.
- Zdenerwowałeś mnie. Denerwowałeś mnie od momentu, w którym się spotkaliśmy po raz pierwszy, w lesie, ponad miesiąc temu. Teraz pomimo ostrzeżeń przychodzisz tutaj praktycznie sam – mówiąc to przejechała mi ręką po udzie. Poczułem fale gorąca – Jaki był twój pomysł? Myślałeś, że wejdziesz tutaj i w szóstkę odbijesz tę kobietę z Płońska?
- Nie rozumiem do czego… - zacząłem, ale ona przerwała mi przykładając palec do ust . Dalej jeździła z uczuciem ręką po moim udzie.
- Wytłumacz mi po co tu przyjechałeś. Jeżeli chciałbyś walczyć, to wziąłbyś więcej osób. Nie wiem ile dokładnie macie ludzi, ale jestem pewna, że więcej od nas. Dlaczego przyjechałeś tu, w takim składzie. Na co liczyłeś?
- Chciałem porozmawiać – odpowiedziałem.
- Rozmawiamy – stwierdziła, przejeżdżając ręką nieco wyżej.
- Chcę pokojowo rozwiązać ten konflikt. Chciałem uniknąć rozlewu krwi, zbliża się do nas coś znacznie większego… - kontynuowałem.
                Zastanawiałem się czy ona w ogóle mnie słuchała. Wydawała się bawić mną, jak jakąś zabawką. Teraz przybliżyła się do jednej z moich związanych rąk i odpięła jeden z guzików w kamizelce. Złapała mnie za rękę i przejechała po swojej klatce piersiowej. Poczułem wyraźny kształt, który przebijał się nawet przez skórzaną kamizelkę.
- Widzę, że tobie też się podoba ta rozmowa – powiedziała przyciskając wypuklenie w okolicach mojego krocza – Jestem ciekawa co sobie by pomyślała ta twoja suczka, jakby zobaczyła jak bardzo ci się podoba rozmowa ze mną – zaśmiała się.
- Wydaj nam Feline i wypuść nas. Odjedziemy, a ty będziesz mogła przygotować swoich ludzi, na to, co nadchodzi.
W jej oczach pojawiło się przez chwilę zastanowienie. Wstała i usiadła mi na kolanach, tak, że jej dekolt znajdował się tuż przed moją twarzą.
- O jakim niebezpieczeństwie mówisz? – zapytała.
- O takim, znacznie gorszym, od tej naszej śmiesznej wojny. Pamiętasz, jak pytałaś mnie dzisiaj, gdy się spotkaliśmy o używanie fragmentów skóry zombie jak kamuflażu? To dopiero początek – tłumaczyłem jej, mając nadzieję, że zwrócę jej uwagę.
- Dobrze wiem, że to wasi ludzie. Nie oszukasz mnie cwaniaczku – powiedziała z nutką niepewności w głosie.
- To nie są ludzie z Torunia. Jest ich dużo, ale nie wiem o nich prawie nic. Obserwują nas i tylko czekają żeby zaatakować. Nie oni jednak są najgorsi. O nie. Z wschodu nadchodzi największe stado zombie jakie widziałem. Podobno liczy parę tysięcy sztuk – powiedziałem jej szczerze, licząc, że doceni moje zaufanie.
                Wstała, poprawiając ubrania i odpalając papierosa, wyjętego z kieszeni. Wiedziałem, że zaciekawiłem ją.
- Kłamiesz – spróbowała, chociaż powiedziała to tak niepewnie i cicho, że sama nie mogła w to uwierzyć.
- Nie. I ty dobrze o tym wiesz. Wypuść nas i przygotuj swoich ludzi. Nie chcemy z wami walczyć. Powinniśmy teraz być jednością. Mało kto widzi, że w tym świecie… że ten świat jest jaki jest przez zombie. Zakopmy topór wojenny. Zrób to dla swoich ludzi! – mówiłem powoli, ale wyraźnie, żeby mogła w pełni zrozumieć, o co mi chodzi.
- Powiedziałeś mi to. Mogłabym cię teraz zabić, a następnie zabić twoich przyjaciół – zastanawiała się na głos.
- Jeżeli to zrobisz Dziara nie zostawi cię w spokoju. On nie jest takim człowiekiem jak ja. Gdyby to on tu siedział, to by pluł ci w twarz i wyzywał. Ja przychodzę z propozycją. Z szansą – powiedziałem.
- Nie wypuszczę was – powiedziała jakby sama do siebie – Nie wypuszczę. Na pewno nie na wolność. Dostaniecie swoją szansę jutro na arenie. Co z nią zrobicie, to zależy tylko od was – mówiąc to podeszła do drzwi i zapukała – Mimo to doceniam gest. Dlatego ja również daje ci szansę. Przygotuj swoich ludzi na jutro. Zawalczycie o swoją wolność. A teraz znikaj.
                Strażnicy odwiązali mnie, a ja poczułem się naprawdę dziwnie, gdy tylko opuściłem pokój. Chociaż miałem ochotę zabić tę kobietę, to udało mi się rozwiązać kłopot w inny sposób. Tak jak prosił mnie o to Józef. Co prawda nie byliśmy wolni, ale dostaliśmy szansę. Nie miałem pojęcia co się jutro stanie na arenie, ale wiedziałem, że jeżeli choć odrobinę mi się poszczęści to będę mógł uciec razem z moimi ludźmi. Gdy wróciłem do celi opowiedziałem pozostałym co udało mi się ustalić. Chociaż nie byli zadowoleni, to słyszałem w ich głosach siłę. Wiedzieli, że mamy okazję, której nie możemy zmarnować. Gdy tylko skończyłem opowiadać, wszyscy położyli się spać.
                Gdy obudziłem się następnego dnia, byłem cały obolały od spania na ziemi. Mimo tego przeciągnąłem się i zauważyłem, że za oknem widać było słońce. Był środek dnia. Właściwie nikt już nie spał. Wszyscy zajadali przyniesione śniadanie. Nie było to nic specjalnego, bo tylko po puszce fasoli i jednym baniaku wody na spółę, ale wystarczyło, żeby zebrać nieco sił. Nikt nie był na tyle pobity, żeby mieć problemy z chodzeniem.
- Czyli będziemy walczyć na arenie? – zaczął dyskusję Pablord.
- Prawdopodobnie – odpowiedziałem.
- Z kim? Z nimi? Dostaniemy jakąś broń, czy coś?
- Stary, nie wiem. Będziemy musieli sobie jakoś poradzić.
- A co z Feline? Też tam będzie – zapytała Wiktoria. Bez włosów wyglądała naprawdę dziwnie, ale dałem radę się przyzwyczaić.
- Podobno tak. Wydaję mi się, że ta cała Wanda boi się fali trupów. Przynajmniej da nam spokój na jakiś czas, jeżeli tylko uda nam się uciec – powiedziałem.
                Dyskusje trwały jeszcze trochę. Jakiś czas później do naszej celi przyszli strażnicy, którzy przynieśli nam zastępcze ubrania, bo nasze były już w naprawdę opłakanym stanie. Przebraliśmy się, a strażnik rzucił tylko na odchodne:
- Przygotujcie się, bo jak nastanie wieczór to wychodzicie – zapowiedział i wyszedł.
Mogliśmy się domyślać, co nas spotka na arenie. Właściwie jedyne co teraz mogło nas uratować to prawdomówność  Wandy, bo wiedziała już czego się spodziewać i właściwie mogła nas po prostu zabić. Miałem nadzieję, że moja wizja, którą przedstawiłem jej przy naszym ostatnim spotkaniu, skutecznie ją odstraszyła, ale nigdy nie mogłem mieć pewności.
                Wieczór nastał bardzo szybko. Do naszej celi weszło czterech strażników, którzy kazali nam powoli wstać, po czym zaczęli nas związywać, za plecami. O ile dwóch ludzi Wandy kojarzyłem z wczoraj, to dwaj nowi wydawali się być nieco inni. Jeden związując mnie, nawet nie szarpał, tylko spokojnie przełożył mi ręce i zawiązał je sznurem. Był nieco grubszy od swoich przyjaciół i gdyby nie fakt, że byłem wrogiem Złomiarzy, to pomyślałbym, że robi to z troską. Gdy cała nasza szóstka została związana, zostaliśmy poprowadzeni korytarzami, na których mijaliśmy przeróżne osoby, wykrzykujące do nas różne rzeczy. Szedłem jednak pewny siebie. Wiedziałem, że cokolwiek stanie mi na drodze, postaram się pokonać to jak najlepiej.
                Zeszliśmy w końcu po raz ostatnie ze schodów i zobaczyliśmy, że znajdujemy się w szatniach stadionu, czyli areny, o której mówiła nam Wanda. Strażnicy zatrzymali się tuż przed dużym wejściem na murawę i zaczęli nas rozcinać. Odetchnąłem z ulgą, że chociaż pozwolą nam używać w pełni naszych rąk.
- Wyjdziecie tam. Wasza przyjaciółka jest na środku areny – usłyszeliśmy nagle głos za plecami. To była Wanda. Ubrana tak samo jak wczoraj podeszła i rzuciła nam pogardliwe spojrzenia – Mam nadzieję, że zapewnicie nam rozrywkę. Większość moich ludzi będzie to oglądać – powiedziała z uśmiechem – powodzenia.
Po chwili zniknęła na schodach prowadzących na trybuny. Przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Dlaczego zwołała tutaj większość swoich ludzi? Czy planowała coś aż tak wielkiego? Strażnicy sprawdzili ostatni raz, czy nie mamy żadnych broni, po czym otworzyli szeroko drzwi. Usłyszeliśmy krzyki i jęki, ale jeszcze nic nie widzieliśmy. Nagle poczułem, ze ktoś wpycha mi w rękę jakiś przedmiot. Bez problemu zidentyfikowałem, że to był nóż. Schowałem go szybko do rękawa mojego ubrania, po czym chciałem się odwrócić żeby spojrzeć w twarz osobie, która chciała mi pomóc, ale ta już zaczęła się wycofywać. Był to gruby strażnik z góry. Nie miałem pojęcia czym sobie na to zasłużyłem, ale poczułem się pewniej.
                Weszliśmy na murawę i przywitały nas okrzyki oraz pusta, ale zadbana murawa z klatką stojącą w centrum boiska, tam gdzie zaczyna się mecz piłkarski. Z daleka zauważyłem, ze w środku jest jakaś kobieta, która rozglądała się jakby nie wiedziała co się wokół niej dzieje. Drzwi za nami się zamknęły. Czy to był żart? Z początku nie ruszałem się, ale gdy zobaczyłem, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby uratować  Feline ruszyłem do przodu. Trybuny były przeznaczone na tłumy, a Złomiarzy nie było aż tyle, więc zajęli najniższe rzędy, które były odgrodzone od nas jedynie szybami. Namierzyłem Wandę, nieco wyżej, z grupką ludzi, obserwujących wszystko z góry. Zastanawiałem się, co będzie teraz się działo? Czy ci ludzie zza szyb na nas wybiegną i zaczną nas atakować?
                Cała reszta, pobiegła za mną, również nie rozumiejąc tego, co się tu dzieje. Pablord biegł ramię w ramię ze mną.
- Wiesz… o co… tu chodzi? – zapytał, łapiąc oddech podczas biegu.
- Może jednak zrozumiała, że nie ma sensu… prowadzić wojny z Dziarą i po prostu… chciała żebyśmy… narobili w gacie – wytłumaczyłem Pablordowi. Z każdym krokiem byliśmy bliżej klatki, aż w końcu dobiegliśmy. Teraz dobrze widziałem dziewczynę, która była w środku. Chociaż nieco poobijana i zmarnowana wydawała się być ładna. Miała naprawdę niesamowite oczy, o których słyszałem już od Olafa. Musiałem jednak się upewnić.
- Ty jesteś Feline? – zapytałem.
- Kim jesteście? Dlaczego przyszliście do tej pułapki? – mówiła cicho, jakby nie widziała sensu w tym co robi.
- Jesteśmy tutaj, żeby cię uratować. Płońsk cię potrzebuje – wytłumaczyłem.
- Nie wyjdziemy z tego żywi – zaczęła powtarzać, ale już jej nie słuchałem. Zacząłem mocować się z zamkiem od klatki, który nie wyglądał na specjalnie wytrzymały. Wyjąłem nóż z rękawa i wsadziłem ostrze w dziurę. Ci najbliżsi Złomiarzy, gdy zauważyli, że mam broń, zaczęli buczeć. W naszą stronę zaczęły nawet lecieć kamienie, ale byliśmy w samym środku i nikt nie dorzucał nawet blisko nas. W końcu zamek puścił, a ja otworzyłem drzwi. Feline opuściła szybko klatkę i przeszła się kawałek drętwo przed siebie.
- Możesz iść? – zapytał Pablord.
- Jasne… - odpowiedziała, gdy usłyszeliśmy trąbę. Dźwięk przeszył cały stadion, a wydobywał się znad naszych głów. Arena musiała być specjalnie przygotowana do takich atrakcji, skoro oprócz oświetlenia działały również syreny i głośniki. Gdy tylko dźwięk zaczął grać, wiedziałem, że zaraz stanie się coś złego. Nie myliłem się. Dwa boczne wejścia otworzyły się nagle i widziałem, że coś przez nie wchodzi na arenę. Nie potrzebowałem żadnego urządzenia, żeby zobaczyć, że to zombie. Złomiarze zaczęli klaskać i wiwatować, a ja poczułem, ze nogi się pode mną uginają.
                Po chwili w naszą stronę zaczęły iść trupy. Było ich parędziesiąt, a naszą jedyną bronią był nóż, który miałem. Zacząłem się szybko zastanawiać, co możemy zrobić. Pomiędzy wyjściem, a nami, z obu stron, znajdowało się teraz całe mnóstwo zombie. Przedzieranie się przez nie mogło się skończyć tylko jednym – śmiercią.
- Chodźcie za mną! – krzyknąłem i zacząłem biec w stronę, gdzie na normalnych boiskach były bramki – Spróbujemy je wykiwać, albo wejdziemy na trybuny!
- Złomiarze nas nie wpuszczą! – odpowiedziała krzykiem Wiktoria.
Wspomniani przez nią ludzie wiwatowali i skandowali głośno „Zombie! Zombie! Zombie!” na całe gardła, tworząc dziwny podkład muzyczny do całej sytuacji. Co jakiś czas słychać też było hasła typu „Jebać Toruń!”, „Dziara to kurwiarz” lub coś podobnego, ale kompletnie je teraz ignorowaliśmy. Dobiegliśmy do szklanej ściany i już chcieliśmy się przez nią przebijać, kiedy zobaczyliśmy, że za nią pojawiają się Złomiarze z brońmi.
- Nawet o tym nie myślcie! – krzyknął jeden z nich. Zatrzymaliśmy się. Zombie, które wychodziły naszą drogą ucieczki zaczęły skupiać się na środku i powoli pełzać w naszą stronę. Co mnie jednak zdziwiło to to, że niektóre zignorowały łatwą zdobycz jaką byliśmy i zaczęły pełzać w stronę widowni.
                Serce biło mi jak szalone. Wydawało mi się, że z każdym kolejnym uderzeniem, były one coraz bliżej. Otaczały nas w taki sposób, że ten narożnik, zaczynał być ślepą uliczką. Wiwatowanie było coraz głośniejsze, ale nagle usłyszałem też coś, czego się nie spodziewałem. Krzyki przerażenia dochodzące z trybun. Rozejrzałem się i zobaczyłem coś, co przeraziło również i mnie.
                Parę zombie zaczęło wspinać się z niemałą wprawą i przeskakiwać przez szklane ściany prosto w grupy prawie bezbronnych Złomiarzy. Wtedy zaczęło docierać do mnie to, co się dzieje. Obejrzałem się do tyłu, żeby zobaczyć, czy dwójka, która nie pozwoliła nam przeskoczyć dalej tu jest, ale zobaczyłem tylko jak jeden z trupów sprawnie przecina tętnice szyjną jednego z Złomiarzy, a dwa kolejne zaczynają dźgać drugiego z nich. Szyba wkrótce była cała czerwona. To byli Zszyci. Nie miałem pojęcia jak się tu dostali, ale byłem świadkiem tego jak mordują Złomiarzy po kolei. Chociaż prawdziwe zombie były coraz bliżej, to spojrzałem w górę żeby zobaczyć jak radzi sobie Wanda. Z radością w sercu zauważyłem jak ucieka trybunami w stronę wyjścia. Nie takiej masakry się dzisiaj spodziewała. Pomimo tego, że cieszyłem się z pogromu Złomiarzy, to wciąż miałem spory problem na głowie, a były nimi zombie, które były już naprawdę blisko. Wyciągnąłem nóż i zebrałem swoich ludzi za moimi plecami gotów ich bronić. Po tym jak Zszyci wyszli z tłumu zombie, nie zostało ich aż tak dużo. Przy odrobinie szczęścia sobie poradzę – mówiłem do siebie w myślach.
                Pierwsze z nich były już paręnaście metrów ode mnie, kiedy zobaczyłem jednego z Zszytych podbiegającego w moją stronę. Gotowy do walki chwyciłem mocniej nóż. On jednak nie miał w ręce noża, a jakieś zawiniątko. Zastanawiałem się czy nie biegnie po prostu do któregoś ze swoich, ale ten zatrzymał się przede mną.
- Odsuń się – warknąłem.
Ten zatrzymał się i zamachnął workiem, który niósł. Rzucił mi go pod stopy.
- Jeżeli chcesz przeżyć ze swoimi znajomymi to lepiej to załóż – poradził Zszyty, po czym odbiegł. Nie wiedziałem jak zareagować, jednak chwyciłem worek i wycofałem się z resztą jeszcze kawałek do tyłu, tak, że dotykałem plecami ściany. Nagle usłyszałem strzały. Na boisko wbiegło paru uzbrojonych ludzi i zaczęli strzelać. Chaos narastał i narastał.
- CO ROBIMY? – krzyknęła Wiktoria.
Uklęknąłem i rozsznurowałem worek. Sam fakt, że Zszyci nas nie atakowali był dziwny, ale to co zobaczyłem w środku było gorsze.
                Wyjąłem jego zawartość i poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. To były maski wykonane z przegniłej skóry. Gdy moi towarzysze zauważyli, co im podaje nie komentowali. To była nasza jedyna szansa na ucieczkę. Włożyłem śmierdzący kamuflaż i dla testu podszedłem do jednego z trupów z nożem w ręce. Ten jednak się mną nie interesował i zaczął pełzać w stronę strzelających Złomiarzy.
- Wszyscy za mną! – huknąłem i zacząłem biec wzdłuż stadionu w stronę szatni. Wszystko szło idealnie. Zombie nami się nie interesowały, Złomiarze byli zbyt zajęci, a Zszyci znajdowali zajęcie dla naszych wrogów. Nie rozumiałem dlaczego i wiedziałem, że będę musiał się dowiedzieć. Byliśmy jednak coraz bliżej wyjścia, kiedy jeden ze strzałów z karabinu świsnął niebezpiecznie blisko mojej głowy. Dziękując siłom, które mnie uchroniły przed dostaniem uśmiechnąłem się pod nosem, ale mój uśmiech szybko zamienił się w proch w moich ustach.

                Wszystko działo się tak szybko. Moja grupa oraz Feline biegli dalej, ale ja zatrzymałem się. Gdy Pablord odwrócił się żeby mi pomóc machnąłem ręką żeby nie przestawał biec. Posłuchał mnie. Ja zatrzymałem się tylko na chwilę, bo wiedziałem, że nic już z tym nie zrobię. Wizja tego jak Miczi upadła z małą dziurą w głowie i bez ducha nie dawała mi jednak spokoju. Nie pamiętałem jak udało mi się wstać i dogonić resztę, ale jedno wiedziałem. Nie udało mi się wszystkich uchronić przed śmiercią, chociaż miałem na to szansę.

czwartek, 5 marca 2015

Rozdział 22: Pozostałości

Rozdział 22, ostatni w pełni poświęcony Bobrowi w tym tomie (25 jak w poprzednim tomie będzie zlepkiem trzech perspektyw). Po akcji Łapy, Magdy i Miczi i ich ucieczce Bobru zostaje z paroma problemami do załatwienia i dosyć ciężką sytuacją panującą w Ostoi. Czy Dziara przeżył atak Łapy? Jak zareagują ludzie Daliona na wiadomość o śmierci ich przywódców? Wszystko w tym niedługim rozdziale :) Zapraszam do czytania i standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

----------------------------------------------

Rozdział 22 (Bobru): Pozostałości

               
                A więc na tym polegał cały tajemniczy plan Łapy oraz, jak się okazało, Miczi i Magdy. Nie byłem na nie zły, bo sam miałem absolutnie dość tego wykańczającego zarówno psychicznie jak i fizycznie piekła, jakim był Toruń. Ale mimo tego bolało mnie, że wszystko, na co tak ciężko pracowałem, rozpadało się z dnia na dzień. Toruń miał być bezpiecznym miejscem. Miał chronić przed rzeczami z zewnątrz i w tym akurat sprawdzał się całkiem dobrze. Niestety większym problemem byli ludzie i to ci z samego Torunia. Działania Dziary zbierały swoje żniwa i musiałem z nim o tym koniecznie porozmawiać, ale teraz miałem większy problem.
                Stałem wraz z Ernim w pokoju, gdzie przed chwilą miała miejsce rzeź. W kącie dalej leżał strażnik Daliona, któremu któraś z dziewczyn skręciła kark. Obok w kałuży krwi leżał Karzeł, który był na chwilę obecną nieprzytomny, ale byłem pewien, że jak się obudzi będzie jeszcze gorzej, bo będziemy musieli mu wytłumaczyć, że Magda i Miczi uciekly. Po drugiej stronie sali wisiał trup Daliona, pozbawiony ręki, członka oraz sutka, a pod nim ogromne cielsko Smroda. Jak mogliśmy teraz wytłumaczyć to ludziom, którzy czekali na swoich przywódców. Co gorsza paru z nich dalej było w szpitalu, po prostu zostali w poczekalnie, gdzie odsypiali ciężką noc.
                Jedynym racjonalnym wyjściem było zabicie ich. Byli tak ślepo posłuszni Dalionowi, że na pewno nie dało się ich po prostu przeprosić, za zabicie ich dowódcy. Wyobrażałem sobie reakcje Giganta, Łapy lub Erniego, którzy usłyszeliby podobną rzecz. Kolejne ofiary były jednak tak straszną perspektywą, że aż zrobiło mi się słabo. Musieliśmy z nimi porozmawiać, a przynajmniej spróbować. Potrzebowałem teraz Dziary.
- Stary zostań z nim i jak się obudzi spróbuj mu jakoś wytłumaczyć to, co się stało, ok? – poprosiłem Erniego.
- Jasne… postaram się. Dobrze być znowu tutaj… - odpowiedział.
                Przeszedłem przez otwór, w którym parę minut temu były drzwi i powoli ruszyłem w stronę wyjścia ze szpitala. Starałem się ominąć poczekalnie, dlatego poszedłem kompletnie inną stroną budynku i już po chwili byłem na zewnątrz. Był środek nocy, po Miczi i Magdzie nie widać było śladu i nie dziwiłem się. Gdyby zostały po tym co zrobiły tutaj, to na pewno nie wyszłoby im to na dobre. Ruszyłem szybkim krokiem w stronę Kwatery Głównej.
                Dziwiło mnie, że Dziara kompletnie nie zainteresował się wymianą, ale ciągle zapominałem, że nie on tu rządzi, a przynajmniej nie na razie. Miasteczko już nie spało. Było jeszcze ciemno i zimno, ale mimo tego ludzie chodzili po ulicach w świetle latarni, jakby bali się, że gdy zasną stanie się coś złego. Ostoja znowu stawała się bezpiecznym miejscem, północna barykada spełniała swoją funkcję i była już tylko ulepszana, a strażnicy coraz liczniej patrolowali barykady i ulice.
                Wszedłem w charakterystyczną, ciemną uliczkę, która prowadziła prosto do Kwatery Głównej oraz północnej barykady. Na tym zakręcie, na którym spotykały się trzy uliczki, straciłem już dwie, cenne dla mnie osoby – Sołtysa i Natalię. Zawsze gdy tędy przechodziłem czułem się nieco nieswojo. Uczucie to potęgował fakt, że teraz byłem tu praktycznie całkowicie sam. Przyjechały tutaj trzy duże ekipy, a teraz zostały zaledwie niedobitki. Splunąłem na lewo od siebie i wziąłem głęboki oddech. Czemu to wszystko musiało być takie skomplikowane?
                Doszedłem do Kwatery Głównej i ostrożnie otworzyłem drzwi. Nie wiedziałem czy Dziara spał czy siedział, a nie chciałem go budzić. Gdy jednak zauważyłem światło w salonie to krzyknąłem:
- Dziara? Mogę wejść?
Odpowiedziała mi głucha cisza, więc nie wiedziałem do końca co mam zrobić. W końcu postanowiłem zamknąć za sobą drzwi i wejść. Kiedy spojrzałem na stół, przy którym zazwyczaj siedział Dziara to zobaczyłem coś strasznego. Mój przyjaciel, bo mimo wszystkiego co się stało, to nadal go tak mogłem nazwać, siedział związany, a z jego ust spływała strużka zaschniętej krwi. Miał on zamknięte oczy.
                Z początku się przestraszyłem, że on nie żyje, ale gdy podbiegłem i przyłożyłem dłoń do jego ust to zobaczyłem, że oddycha. Przyglądając się mu bliżej dostrzegłem coś w jego ustach i po chwili z obrzydzeniem wyjąłem z nich dwa kciuki. Obiegłem go i szybko zidentyfikowałem, że to były jego palce. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ktoś tu może być ze mną, więc wyciągnąłem pistolet i rozejrzałem się po pokoju. Szybko sprawdziłem parter, ale nie znalazłem nikogo.
                Rozwiązałem go przy użyciu noża i delikatnie położyłem na ziemi. Następnie wybiegłem przed budynek szukając kogokolwiek z strażników, ale nikogo nie zauważyłem. Pobiegłem szybko zastanawiając się, co właściwie się tu stało. Czy to sprawka Miczi i Magdy? A może brała w tym udział Łapa? Była też możliwość, że Dziarę dorwał ktoś inny, nie mogłem być aż tak podejrzliwy. Wbiegłem na kolejną uliczkę i tam zauważyłem patrol strażników, wolno spacerujący po ulicy. Gdy mnie zobaczyli zatrzymali się na chwilę, a ja podbiegłem do nich.
- Chodźcie, wasz szef jest ranny, musicie mi pomóc – krzyknąłem łapiąc powietrze. Ruszyli za mną i po chwili wszyscy staliśmy przy Dziarze.  Strażnicy zrobili prowizoryczne nosze i wzięli Dziarę do lecznicy, a w tym czasie na miejscu przestępstwa pojawił się Szeryf. Wszyscy, na czele ze mną, byli zdziwieni tym co się tu stało. Sama nieobecność Dziary podczas wymiany była dziwna, ale widocznie nie była spowodowana zwykłym brakiem zainteresowania, a związaniem.
                Szeryf wyglądał wyjątkowo staro gdy sprawdzał biurko Dziary przyglądając się szklance z alkoholem, która leżała przewrócona. Ostatnio miał sporo pracy, szczególnie wiele od naszego przyjazdu do Torunia, gdzie zaczęło się od morderstwa Natalii, uwolnienia Jakuba, zniszczenie barykady, a teraz musiał główkować z zamachem na Dziarę oraz masakrą w szpitalu. Gdy obejrzał miejsce zbrodni podszedł do mnie.
- Znalazłeś go związanego z kciukami włożonymi do ust? – zapytał.
- Tak… chciałem z nim porozmawiać o tym co się stało w szpitalu i gdy wszedłem to był związany… - wytłumaczyłem.
- Będę musiał cię dodatkowo przesłuchać… - zaczął Szeryf.
- Mnie? Naprawdę mnie podejrzewasz? Zobacz w jakim on był stanie jak go znalazłem. Ernest i Wojciech potwierdzą, że pół godziny temu byłem jeszcze w szpitalu – odpowiedziałem zdenerwowany.
- Jak nie ty, to musiała to być ta twoja dziewczyna. Przydzieliłem jej strażnika, bo była pierwszą podejrzaną w sprawie o morderstwo Natalii i znalazłem jego ciało w jej mieszkaniu, a właściwie pod drzwiami do jej mieszkania – odpowiedział.
                To była kolejna nieciekawa informacja. Zawsze krążyły plotki, że to Łapa mogła stać za zabójstwem Natalii, ale ja wciąż w to nie wierzyłem. Nie wiem czy bałem się prawdy, czy jej po prostu nie chciałem poznać, ale wciąż trwałem w przekonaniu, że Łapa nie miała z tym nic wspólnego. Ta ucieczka jednak była dziwna. Rozumiałem, że sytuacja w Ostoi potrafiła wykończyć psychicznie, ale wciąż było to bardzo podejrzane. Szeryf, chociaż był ciężkim do polubienia człowiekiem, znał się na ludziach . Zazwyczaj jego podejrzenia były trafne i mogło się okazać, że tak naprawdę Magda i Łapa sporo namieszały w tym miejscu.
- Wiesz gdzie ją mogę znaleźć Bobru? – zapytał, widząc, że zamyśliłem się.
- Obawiam się, że uciekła z Ostoi.
- To chyba oczywisty dowód, nie uważasz? – zapytał Szeryf, po czym odszedł na bok pozostawiając mnie swoim myślom.
                Dziara został przetransportowany do szpitala i póki co był nieprzytomny, więc nie mogłem z nim porozmawiać, ale wciąż pozostawała jedną rzecz, którą musiałem zrobić jeszcze przed położeniem się spać. Rozwiązanie problemu z ludźmi Daliona, którzy prawdopodobnie wciąż nie wiedzieli o tym, że obaj ich dowódcy już nie żyli. Westchnąłem cicho i opuściłem Kwaterę Główną zastanawiając się, kto powinien ze mną pójść z nimi porozmawiać. W głębi myśli, czułem, że osoby, które ze mną tam pójdą , będą narażone bo zapewne rozmowa skończy się kolejnym rozlewem krwi. Była jeszcze opcja, żeby po prostu ich olać, ale ten problem i tak zapewne wróci, więc tym razem zdecydowałem się na ucięcie go przy samym korzeniu.
                Najpierw ruszyłem do szpitala, gdzie teraz chodziło sporo strażników. Pokój gdzie leżał Dalion został wysprzątany i wyglądało jakby właściwie nic tu się nie stało i na pewno gdybym nie widział tego na własne oczy to w życiu bym w to nie uwierzył.  Ciała również zostały gdzieś przetransportowane. Erniego znalazłem w poczekalni, gdzie było również związanych dwóch ludzi Daliona. Dwóch strażników siedziało obok i piło herbatę, a Erni, wyraźnie przybity, obserwował zakładników. Podszedłem do niego i przywitałem się.
- Dziara został zaatakowany… - powiedział nieprzytomnie Erni.
- Dobrze, że poszedłem do niego dzisiaj… - odpowiedziałem.
- Może dobrze, może źle – odpowiedział złowrogo.
- Co z nimi? – zapytałem zmieniając temat.
- To dwa typowe popychadła, raczej nie dadzą nam szans na normalną wymianę – powiedział Erni.
- Będę cię potrzebował. Wiem, że jesteś zmęczony, ale wymiana musi dojść do skutku, a nie będziemy ryzykować życiem Karła, kiedy jeden z naszych dowódców leży w szpitalu.
- No nie wiem stary… ledwo trzymam się na nogach, ten wyjazd mnie wykończył – przyznał Erni. Wyglądał rzeczywiście bardzo kiepsko.
- Weźmiemy ze sobą parę osób i nam się uda. Potrzebuję cię.
                Kiciuś jeszcze chwilę milczał po czym kiwnął głową i wstał.
- Kto jeszcze z nami pójdzie? – zapytał.
- Potrzebujemy kogoś, kto zdecydowanie powinien być u naszego boku jak za starych, dawnych czasów – powiedziałem tajemniczo, po czym ruszyłem z towarzyszem w stronę wyjścia ze szpitala. Nie odeszliśmy daleko. Naszym celem był budynek więzienia.
- Gigant? – zapytał z niedowierzaniem Erni.
- I ten pół-rusek Dymitr. Dziara póki co nie sprzeciwi się, a wręcz się ucieszy i tak miał ich na dniach uwolnić. Z ich pomocą powinno być nieco łatwiej.
- Ale weźmiemy z nami jeszcze paru strażników, tak? – zapytał.
- Jasne, że tak – odpowiedziałem.
                Podeszliśmy do drzwi więzienia i otworzyliśmy je. Przysypiający strażnik zerwał się wyciągając niezgrabnie pistolet i mierząc w nas. Po chwili jednak rozpoznał nasza dwójkę i opuścił broń.
- Czego tu szukacie panowie? – zapytał zaspanym głosem. Był nieco starszy od nas i zdecydowanie masywniejszy i bardziej umięśniony. Mimo tego zwracał się do nas z szacunkiem i wyglądał na nieco zażenowanego tym co się stało. Udawaliśmy jednak, że nic nie widzieliśmy i przeszliśmy od razu do konkretów.
- Chcę, żebyś wypuścił więźniów, którzy siedzą tu za sabotaż północnej barykady. Są niewinni, a prawdziwi sprawy uciekli – powiedziałem spokojnym tonem.
- Eee… - zawahał się na chwilę chłopak jakby nie wiedząc co zrobić – Nie mogę bez… no wiecie bez nikogo z góry. Szef się wkurzy – odpowiedział.
- To jest rozkaz z góry – odpowiedziałem po chwili zastanowienia – Dziara kazał ich wypuścić – dodałem po chwili.
- Och. Niech będzie, ale jak co złego to nie ja – odpowiedział, po czym teatralnie opadł na krzesło udając, że nas nie widzi.
                Minęliśmy go zabierając z wieszaka kluczę i schodząc do piwnicy z celami. Szybko zlokalizowaliśmy dwie cele, położone po prawej stronie korytarza.  Zarówno Gigant jak i Dymitr spali, więc musieliśmy ich budzić i szybko tłumaczyć, co się dzieje.
- Mam wrażenie jakbym od dawna był poza akcją – przyznał Gigant, po tym jak się z nim przywitałem i szybko streściłem całą sytuacje.
- Nie martw się, teraz będzie lepiej. Sporo się pozmieniało, ale jesteście już niewinni. W sumie nigdy nie wątpiłem w twoją niewinność – odpowiedziałem, klepiąc go po plecach.
- I co teraz mam dokładnie zrobić? – spytał, gdy byliśmy już przed budynkiem.
- Gdzie jest twoja broń? – zapytałem.
- Prawdopodobnie w środku w schowku policyjnym. Odbierzemy ją? – zapytał.
- No jasne.
                Wróciliśmy jeszcze na chwilę na posterunek i po chwili Gigant wyglądał tak jak kiedyś, jedynie nieco mizerniej. Na plecach miecz, a na twarzy szeroki uśmiech. Dymitr również się cieszył. Erni rozmawiał z nim o czymś kawałek za nami, a my kierowaliśmy swoje kroki w stronę jednej z barykad wschodnich, za która czekała na nas zgraja Daliona. Przy samej barykadzie, tak jak się spodziewałem, stało więcej strażników niż zazwyczaj, więc gdy tylko się tam zjawiliśmy to wytłumaczyłem im sytuacje i poprosiłem o wsparcie. Cała szóstka wyraziła chęć pomocy, więc zabrałem całą zebraną drużynę na bok, żeby przedstawić im plan działania. Byłem zmęczony, ale zdeterminowany.
- Zasada jest prosta, ja z nimi porozmawiam i postaram się dogadać. Jeżeli wyciągną bronie to my też je wyciągniemy, ale postarajcie się żeby nie doszło do strzelaniny. Ten dzień i tak był ciężki. Nie warto oddawać życia kolejnych osób, jeżeli jest szansa rozwiązania tego w pokojowy sposób – wytłumaczyłem – Ci ludzie będą źli i zmęczeni, tak samo zresztą jak my, więc po prostu bądźcie wyrozumiali i nie dajcie się sprowokować. Ostrzegam, że to może być trochę jak negocjacje z zombie, więc miejcie się na baczności.
                Strażnicy kiwnęli głowami na znak zrozumienia, sprawdzając stan ekwipunku, Gigant poprawił pozycje miecza, tak żeby był łatwiejszy do wyciągnięcia, Dymitr odpalił papierosa i zniknął w kłębie dymu, a Erni stał z kamienną twarzą i w milczeniu słuchał. Gdy wszyscy byli gotowy, kazałem otworzyć bramy i wyszedłem przed nie. Obozowisko ludzi Daliona zaczynało się pod koniec tej uliczki, już z daleka widać było samochody i ludzie wędrujących pomiędzy nimi. Odetchnąłem głęboko, a para z moich ust uleciała w górę. Deszcz już nie padał, ale zrobiło się momentalnie bardzo zimno. Pierwszy raz opuszczałem mury Ostoi jako ktoś, kto reprezentował w pełni jej interesy. Jako dowódca. Karzeł był teraz zajęty wraz z Szeryfem swoimi sprawami, a Dziara leżał nieprzytomny. Musiałem im pomóc, bez względu na to ile złego mnie w tym miejscu spotkało.
                Gdy byliśmy blisko prowizorycznego obozu, usłyszeliśmy krzyki. Po chwili około sześciu bandytów obserwowało nas z broniami w rękach. Nie celowali jednak do nas, ale było to dosyć niebezpieczne i idąc zacisnąłem ciaśniej dłoń na mojej spluwie. Stanęliśmy parę kroków od ludzi Daliona, żeby pokazać im, że nie mamy złych zamiarów i czekaliśmy, aż oni ustawią się tak, jak chcą.
- Czego? – zapytał łysy mężczyzna, mający więcej masy mięśniowej na ręce niż ja na całym ciele.
- Przychodzimy w pokoju, chcemy z wami negocjować – powiedziałem spokojnie i stanowczo.
- Jak to? Przecież wymiana już była, parę godzin temu. Oddaliśmy wam więźniów i wzięliśmy zapasy – zdziwił się łysy mężczyzna, a drugi obok niego pokiwał głową pokazując, że tak właśnie było.
- Nie chodzi o to – zacząłem, zastanawiając się co powiedzieć – Chodzi o to, że musicie stąd odejść już teraz. W tej chwili.
                Łysy popatrzył się po swoich kompanach. Było ich w sumie około piętnastu i wszyscy łypali małymi oczkami po mnie i moich towarzyszach.
- Chyba się nie rozumiemy chłopaczku, w waszym obozie wciąż są nasi kumple – odpowiedział ukazując wybrakowane uzębienie i wyraźnie przyciskając kolbę broni do ramienia.
- Powiedzmy, że miał miejsce wypadek. Ale nie chcemy kłopotów, to był nasz błąd. Nasz przywódca leży teraz w szpitalu, a wasi ludzie nie żyją. Wszyscy oprócz dwóch, którzy eskortowali waszych przywódców do Ostoi. Niestety, jest mi przykro. Naprawdę bardzo przykro.
Byczek podniósł broń i po chwili celowało we mnie około piętnastu luf. Nogi się trochę pode mną ugięły, ale kiedy usłyszałem, że moi ludzie robią to samo, to podniosło mnie to odrobinę na duchu. Podniosłem jednak rękę, prosząc ich, żeby nie strzelali.
- Zabiłeś naszych przywódców, pomimo tego, że oddaliśmy wam zakładników? Ty jebany skurwysynie! – wrzasnął łysy i podszedł nieco bliżej.
- Nikt z Ostoi nie zabił waszych przywódców. Zrobiła to dziewczyna, która chciała się na nich zemścić, bo jakiś czas temu ją skrzywdzili. Teraz uciekła na południe, z paroma innymi ludźmi. Nie ma sensu ich gonić. A tutaj nie znajdziecie nic oprócz problemów. Czy warto? – zapytałem.
                Łysy fuknął groźnie, po czym opuścił broń.
- Kiedyś się jeszcze spotkamy. Nie odpuścimy tego, teraz wy macie przewagę, ale kiedyś może być odwrotnie – powiedział.
Tak po prostu odpuszczają, pomyślałem. To było zbyt łatwe. Przynajmniej raz dzisiaj udało się nam coś osiągnąć bez przemocy.
- Będziemy kręcić się w okolicy. Do czasu, aż oddacie nam naszych ludzi, którzy przeżyli pobyt w waszym szpitalu. A potem odejdziemy, ale jeszcze kiedyś się spotkamy – powtórzył znowu.
- Nie jesteśmy waszymi wrogami. To wy złapaliście naszych ludzi w zasadzkę. My chcieliśmy pomóc, niestety nie wyszło – powiedziałem.
                Nikt z ich grupy nie odpowiedział. Odwróciliśmy się i bałem się, że wtedy właśnie padną strzały, ale tak się nie stało. Wróciliśmy normalnie i w sumie cieszyłem się z takiego rozwoju sprawy. Nie dość, że nikt więcej nie zginął to dodatkowo uwolniłem Giganta. Sytuacja stawała się stabilna. Erni wrócił do swojego mieszkania żeby odpocząć, a ja w tym czasie zdecydowałem się na to, żeby wraz z Karolem i Dymitrem pójść do szpitala i wypuścić dwóch zakładników. Zasłużyli na to.
                Około godzinę później, gdy wszystko było już załatwione, wróciłem do mieszkania Łapy. W żadnym wypadku nie miałem ochoty spać w Kwaterze Głównej, gdzie mieszkania na piętrze zajmowali członkowie Czerwonych Flar. Musiało być tam teraz w miarę pusto, skoro jedynymi Czerwonymi Flarami w Ostoi byli Mpd i Wiktoria, jednak wciąż wolałem wrócić do mieszkania, w którym jeszcze parę dni temu spędzałem upojne chwilę z Łapą. W sumie pomimo tego, że trochę mi jej brakowało to cieszyłem się, że jej nie ma. Zawsze brałem związek z nią ,za coś złego chociaż przyjemnego. Teraz siedziałem sam i chociaż byłem piekielnie zmęczony to nie mogłem zasnąć. Dopiero po pół godzinie i dwóch lampkach wina zamknąłem oczy i zasnąłem.
                Obudziło mnie stukanie do drzwi. Za oknami było już jasno i świeciło słońce. Po chmurach nie było ani śladu. Z racji iż zasnąłem w ubraniu to nie miałem problemu z ubieraniem się. Zwlokłem się z łóżka i powoli podszedłem do drzwi. Zobaczyłem po drugiej stronie Wiktorię.
- Hej. Dziara się obudził i prosił żebym po ciebie wpadła – powiedziała na dzieńdobry.
- Hej… Dziara? Dopiero wstałem, dasz mi chwilkę? Wejdź proszę – powiedziałem, po czym wpuściłem ją i poczekałem, aż usiądzie. Sam wziąłem dzbanek z wodą i nalałem jej i sobie po szklance. Suszyło mnie w buzi i bolała mnie głowa, ale bywało gorzej.
- Jak się czujesz? Po tym co się stało? – zapytała.
- Bywało lepiej – skwitowałem.
- Wiesz jak chcesz mogę ci pomóc… no wiesz jak sobie nie radzisz, czy coś – zaproponowała.
                Milczałem. W ciszy wpatrywałem się w okno pijąc powoli wodę.
- Jak twoja noga – zapytałem w końcu.
- Z dnia na dzień coraz lepiej, dzięki – odpowiedziała.
Dopiłem resztę wody i wstałem.
- Chodźmy, chcę mieć to za sobą – czułem się teraz naprawdę zmęczony. Jak nigdy dotąd. Musiałem trochę odpocząć przed następnymi działaniami, a byłem pewien, że spotkanie z Dziarą spokojnie się nie skończy. Po drodze zamieniłem parę słów z Wiktorią, ale byłem raczej cicho. Cieszyło mnie to, że traktowała mnie jak przyjaciela i chciała pomóc, ale wciąż nie miałem na to humoru. Doszliśmy do szpitala i tam poszedłem prosto do sali, na której leżał Dziara. Miał zabandażowane obie ręce i parę plastrów na twarzy. Dodatkowo obwiązali mu także brzuch.
                Wiktoria kiwnęła tylko głową i wyszła zamykając za sobą drzwi i zostawiając nas samych. Dziara uśmiechnął się pod nosem.
- Przykro mi – powiedziałem cicho, ale słyszalnie.
- To nie jest twoja wina. To wina mojej głupoty, drogi przyjacielu. Byłem głupim chujkiem, który chciał osiągnąć coś za zbyt dużą cenę. Chciałem cię przeprosić – powiedział Dziara poważnie. To mnie zdziwiło. Spodziewałem się, że jak wejdę to będzie się mnie czepiał, bo to w końcu moi ludzie go okaleczyli. Może stało mu się coś w głowę?
- Och… nie to nie twoja wina – powiedziałem.
- Jasne, że moja wina. Miałem stabilną sytuację, a zachciałem więcej. Dlatego te wszystkie ataki Gangu, wymiany, rozwalone barykady i inne. Teraz jednak chcę się zmienić. Chcę być przywódcą, którego szanują. Oczywiście chcę też budzić strach, ale to już inna sprawa. Jutro zakończymy życie Karła i zaczniemy nowy rozdział w Ostoi. Ty, ja i Czerwone Flary. Co ty na to?
                Byłem nieco zdziwiony tym co mówił.
- Dalej chcesz zabić Karła? – zapytałem dosyć cicho, jakby w obawie, że ktoś nas podsłuchuje.
- Za dużo osób oddało życie żeby teraz z tego zrezygnować. Zresztą jest jeszcze Gang. Pamiętasz ten atak sprzed paru dni? To nie byli wszyscy członkowie Gangu. Jest ich nadal paru i nadal żyje Jan. Jutro rozprawimy się z wszystkim podczas mszy. Zaraz przedstawię ci cały plan. Może zacznę od tego, że jutro będziesz mnie tam reprezentował u boku Karła. Będziesz tymczasowym dowódcą i sprawisz, że Karzeł zginie. Rozumiemy się?