Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 21. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 21. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lipca 2017

Rozdział 21: Katakumby

Rozdział 21, kolejny z perspektywy Zuzy. W tym rozdziale przeniesiemy się ponownie do obozu w Płocku, gdzie będziemy mieli naprawdę sporo akcji, a bohaterów spotkają naprawdę spore problemy. Będą musieli zachować stoicki spokój i przetrwać. Obóz w Płocku nie może upaść. Czy im się to uda? Zapraszam do czytania oraz komentowania ;)

POV:
Zuza - Rozdział 21 - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebywa w Płońsku
Irek - Dzień 7-8 - Jedzie na drogę walczyć ze stadem

--------------------------------------------------------

Rozdział 21: Katakumby (ZUZA)


                Szliśmy właśnie w kierunku wyjścia. W magazynie znaleźliśmy masę przydatnych rzeczy. Byliśmy gotowi do przeprowadzenia prowizorycznej operacji i uratowania życia Łapy. Plecak nieznajomej pomógł nam pomieścić dodatkowe rzeczy.
- Jak się nazywasz? – zapytał zaciekawiony Marcin, przepuszczając nas w przejściu na klatkę schodową.
- Neri – odpowiedziała.
- A ten facet? – zapytałam, ciekawa dlaczego zostawiła towarzysza.
- W sumie nawet nie znałam jego imienia, ani ksywki. Nazywałam go po prostu staruszkiem – Neri podczas rozmowy unikała kontaktu wzrokowego. Było to dziwne, biorąc pod uwagę jak pewnie przyłożyła mi nóż do gardła.
- Ja jestem Marcin, a to jest Zuzia – przedstawił nas mój towarzysz – No i na zewnątrz czeka na nas Emil.
- Miło. Coś poważnego stało się waszej przyjaciółce? – zapytała.
- Została postrzelona. Kula przeszła przez oczodół, ale jest duża szansa, że ta przeżyje, jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli – wytłumaczyłam. Czułam dziwną swobodę przy tej kobiecie, chociaż za grosz jej nie ufałam. Budziła jednak wewnętrzne zaufanie, które sprawiało, że nawet ja się przy niej odzywałam.
- Może opowiesz nam trochę o swoim towarzyszu? – Marcin nie dawał za wygraną. Zaskakiwało mnie jego podejście do ludzi.
- To nieco dłuższa historia. Naprawdę nie czas i nie miejsce na to. Ale obiecuje, że opowiem – powiedziała, a na jej twarzy pojawiło się coś, co z pewnością miało być uśmiechem.
                Opuściliśmy podziemia i wyszliśmy do głównego holu. Zapach wciąż się tu unosił, pomimo otwarcia drzwi. Teraz jednak było nieco świeżej. Przeszliśmy przez mroczne pomieszczenia i wyszliśmy na zewnątrz. Emil siedział przy aucie i oddychał głęboko. Gdy zauważył, że idziemy z kimś podniósł się natychmiast.
- Spokojnie – powiedział do niego Marcin – To jest Neri. Spotkaliśmy ją w szpitalu. Pomogła nam zabrać więcej rzeczy. Zabierzemy ją do obozu.
Emil nie skomentował tej sytuacji. Spojrzał tylko na nią, a kiedy ta odpowiedziała spojrzeniem to odwrócił szybko wzrok. Widocznie nie czuł się przy niej komfortowo. Wsiadł do auta, bez pytania zajmując siedzenie pasażera. Westchnęłam i usiadłam z tyłu z Neri, rzucając ciężki plecak do bagażnika. Sprzętu mieliśmy naprawdę dużo i liczyłam, że uda się nam dzięki temu uratować Łapę.
                Marcin wsiadł za kółko i zanim się obejrzeliśmy, wracaliśmy już drogą do obozu. Obserwowałam naszą nową towarzyszkę, która siedziała w ciszy, obserwując miasto przez szybę. Byłam ciekawa, co zmieni to, że ją ze sobą wzięliśmy. Trasa, którą wracaliśmy, była dokładnie tą, którą obraliśmy, gdy podążaliśmy w kierunku szpitala. Nie spotkaliśmy na niej nowych niebezpieczeństw, jedynie fragment niedaleko samego obozu był jako tako pełen trupów. Jedną znaczną różnicą było to, że mieliśmy teraz auto i musieliśmy otaczać wzgórze, na którym się zadomowiliśmy żeby wjechać jedynym wjazdem. Marcin znał już jednak okolicę, widocznie zaznajomił się z nimi jak zwiedzał miasto, gdy pierwszy raz go zobaczyłam.
                Gdy wjeżdżaliśmy na górę, raz szeroką, a raz wąską drogą, byłam ciekawa jak to wszystko się rozwinie. Dasz rade, szepnął głos w mojej głowie. Wciąż tam był. Ostatnio byłam zajęta różnymi rzeczami, więc nie słyszałam go tak często, ale przypominał o sobie w takich cichych momentach, jak ten. Byłam ciekawa czy kiedykolwiek da mi spokój. Nie wiedziałam czy tego chciałam, bo gdy on zniknie zostanę na tym świecie sama. Bez jakiejkolwiek osoby, która przypomni mi o tym co było kiedyś. Kim był człowiek bez wspomnień? Zaledwie pustą skorupą.
- Dojeżdżamy – zawiadomił nas.
                Po chwili Józef otwierał nam bramę. Wjechaliśmy pospiesznie na plac przed budynkiem kościoła. Wyskoczyłam z auta.
- Przenieście mi te rzeczy na zaplecze – poprosiłam i sama wzięłam plecak, w którym były materiały do przygotowania sali operacyjnej. Musieliśmy stworzyć sterylne pomieszczenie, żeby zabieg, który sam w sobie był niesamowicie niebezpieczny, nie zakończył się infekcją, która również mogła doprowadzić do śmierci. Czekało mnie sporo roboty. Na zapleczu czekał już na mnie Medyk, który spojrzał na mnie i uśmiechnął się smutno.
- Udało się? – zapytał.
- Mamy potrzebne rzeczy – powiedziałem – Uratujemy ją.
                Kolejna godzina minęła na przygotowaniach do zabiegu. Stworzyliśmy prowizoryczną salę operacyjną, która wyglądała całkiem nieźle, jak na takie miejsce. Przygotowaliśmy również wszystko potrzebne do tego, żeby nie umarła od bólu lub zakażenia. Narzędzia odkażały się i suszyły na stole. Leki były podzielone według kolejności użycia. Znieczulenie oraz środki przeciwbólowe również piętrzyły się tuż obok. Popatrzyłam w lustro. Wyglądałam kiepsko. Nie spałam od poprzedniego ranka, czyli ponad dwadzieścia cztery godziny. Nie było jednak czasu na sen. Do zabiegowego ktoś zapukał. Ruszyłam w stronę drzwi i otworzyłam je, wychodząc na zewnątrz. To była Młoda.
- Tak? – zapytałam.
- Ja… - zaczęła.
- Zrobimy wszystko co się da, żeby uratować twoją siostrę – obiecałam. Wiedziałam, że o to chodzi. Dziewczynka martwiła się o nią, co nie było niczym dziwnym. Brakowało mi osoby, która tak troszczyła się o mnie.
- Dziękuje – odpowiedziała cicho, po czym odwróciła się i wróciła do głównej części kościoła. Minęła po drodze Medyka, który szedł w moim kierunku.  Przywitał mnie skinieniem głowy.
- Gotowa? – zapytał.
- Równie dobrze jak sala – odpowiedziałam żartobliwie.
- Zaraz możemy ją przenieść i zaczynać. Na pewno czujesz się na siłach?
- Dam sobie rade – zapewniłam go.
                W czasie gdy my przygotowywaliśmy się do operacji Józef i Marcin zabezpieczyli zewnętrzną cześć i zajęli się umocnieniami . Szło im to całkiem sprawnie. Mpd i Młoda spędzali cały dzień wewnątrz budynku i zajmowali się sobą. Kolejno czytaniem książek oraz rozpaczą i radzeniem sobie ze stresem. Sara również nie wstawała za dużo. Żałoba po śmierci matki, połączona z wciąż niezagojoną raną, sprawiały, że dziewczyna nie miała ochoty na nic specjalnego. Całe szczęście mogłam jej nieco pomóc lekami przeciwbólowymi, które przynieśliśmy przede wszystkim dla Łapy. Emil starał się zrobić porządek w magazynie, który mieścił się w sąsiednim budynku. Neri trzymała się na uboczu i nie przeszkadzała nam, a nawet starała się pomagać chłopakom na dworze.  Od wyjazdu Bobra robiło się tu coraz bardziej tłoczno. Miałam szczerą nadzieję, że nie pożałujemy przyjmowania kolejnych osób.
                Łapa została przeniesiona do sali operacyjnej i ułożona na stole. Wciąż była nieprzytomna, ale puls był wyczuwalny. Ledwo żyła. Oddychała bardzo ciężko i płytko. Wydawało się jakby każdy oddech mógł być jej ostatnim. Pojawiał się jednak kolejny i kolejny.
- Zaczynamy? – zapytał Medyk.
- Jasne – odpowiedziałam pewna siebie. Odpowiednie nastawienie to podstawa. Operacja wydawała się trwać i trwać. Nie pamiętałam wielu rzeczy podczas jej trwania. Jedynie urywki. Wpadłam w istny trans, w którym powtarzały się dwie rzeczy – czerwień krwi oraz  spokojny głos Medyka.  Przeplatały się ze sobą jak dwójka ludzi, w namiętnym tańcu.  Parkietem było ciało ładnej kobiety, która walczyła o życie. Znieczulona i odsłonięta. Zdana na łaskę dwóch praktycznie obcych ludzi. Była jednak pewna ważna sprawa, która niezachwianie działała na jej korzyść. Byliśmy lekarzami, którzy chcieli jej pomóc. Nie mogła trafić lepiej.
                Ciężko określić ile to trwało. Wydawało mi się, że parę dni, ale zapewne jedynie kilka godzin.
- Załóżmy opatrunek – powiedział, równie spokojnie jak na początku, Medyk. Ręce drżały mi już ze zmęczenia. Całe szczęście wszystko poszło po naszej myśli. Teraz wszystko zależało od tego czy Łapa da sobie rade. Była jednak twarda. Kto miał to przetrwać jak nie ona? Usiadłam gdzieś na boku i przetarłam czoło, na którym perliły się kropelki potu.
- Chodź dziewczyno. Świetnie się spisałaś, musimy zaczerpnąć świeżego powietrza – zaproponował Medyk.
Wyszliśmy z sali operacyjnej. Przed wejściem siedziała Młoda, która zerwała się jak sprężyna, gdy nas zobaczyła. Widziałam masę pytań w jej oczach.
- Przeżyła. Zobaczymy jak wytrzyma tą noc. Jeżeli ją przetrwa powinna żyć – powiedziałam zachrypniętym głosem.
                Dziewczyna opadła wypuszczając z siebie powietrze. Widać było ulgę na jej twarzy.
- Czy będzie… normalna? – zapytała.
- Pocisk nie uszkodził niczego ważnego. Jedyna poważna dysfunkcja to brak oka. Może mieć poza tym luki w pamięci przez najbliższy czas, ale powinno się to ustabilizować w przeciągu miesiąca – wytłumaczył Medyk.
- Udało się wam? – zapytał Mpd, który pojawił się akurat na korytarzu.
- Tak – odpowiedziałam krótko.
- Jezu jak dobrze! Dzięki Bogu! – ucieszył się chłopak – A jak sama…
- Mateusz jesteśmy wykończeni – uciął temat mój towarzysz – Daj nam złapać oddech i się przespać. Jutro sam zobaczysz co i jak.
                Chłopak kiwnął tylko głową i wrócił na pobliską ławkę, gdzie urządził sobie siedzisko do czytania. Ja korzystając z rady Medyka wyszłam na zewnątrz, żeby usiąść gdzieś i pokorzystać z uroków wieczora. Operacja rzeczywiście musiała trwać parę godzin, bo nie było widać śladów słońca. Ważne jednak, że wszystko się udało.  Gdy tak siedziałam chłonąć aurę wieczora i odpoczywając po męczącej pracy podeszła do mnie Neri.
- Jak poszło? – zapytała dosiadając się obok mnie.
- Udało się. Było cholernie ciężko, ale jakoś poszło – pochwaliłam się.
- Cieszę się. Nie wiem co to za kobieta, ale wydaje się być ważna w tym obozie, przynajmniej z tego co słyszałam – zagadała Neri.
- To kobieta dowódcy tego obozu, Bobra – wytłumaczyłam jej krótko, bo sama za dużo nie wiedziałam – Twarda i ostra. Podobno sporo ma na sumieniu, ale sporo zrobiła dla tych ludzi.
- Nie jesteś z nimi od dawna? – zapytała.
- Nie. Znalazłam tych ludzi niecały tydzień temu.
- Rozumiem – zrobiła pauzę – A ten cały Bobru? Jaki jest?
- Też zdecydowanie twardy. Sprawia wrażenie uczciwego człowieka,  ale sama nie wiem, co o nim myśleć. Ledwie go poznałam to wyjechał gdzieś i póki co nie wraca – odpowiedziałam.
- Zastanawiam się czy to są dobrzy ludzie – podzieliła się przemyśleniami.
- Też się zastanawiałam, ale postanowiłam im zaufać. Mogli mnie zabić już wiele razy, a przyjęli mnie i zaakceptowali. Jak swoją.
                Zauważyłam, że jak powiedziałam te słowa to oczy Neri zrobiły się na moment większe. Zupełnie jakby błysnęły. Te słowa musiały ją zaciekawić.
- W takim razie dobrze trafiłam. No cóż, nie przeszkadzam już pani doktor – powiedziała uśmiechając się, po czym weszła do wnętrza kościoła. Chociaż czułam zmęczenie chciałam jeszcze coś porobić. Cokolwiek żeby nie popaść w obłęd przez tą całą sytuacje.  Myślałem przez chwilę nad tym, żeby poczytać trochę Pamiętnika Ocalałego, ale gdy tylko próbowałem się podnieść zakręciło mi się w głowie i wiedziałam, że jedyne co mi dzisiaj zostało to odpoczynek.
                Posiedziałem jeszcze paręnaście minut, obserwując kręcących się przy murze Marcina oraz Józefa, po czym wstałam ciężko i poczłapałam do wnętrza kościoła. Panowała cisza. Jedyną osobą, która nie spała, był Mpd, wciąż zaczytany w swojej książce. Nie zauważył on mnie nawet, kiedy przeszłam obok. Położyłam się na swoim miejscu niedaleko Sary. Myślałam, że nie jest ze mną aż tak źle, ale ledwo przyłożyłam głowę do poduszki i zasnęłam. Śnił mi się mąż. Trzymał moją głowę na kolanach i głaskał mnie delikatnie  przeczesując włosy. Uspokajał mnie. Dawno nie spało mi się tak dobrze.
                Kolejnego dnia obudziłam się naprawdę wyspana. Czułam się tak dobrze, że mimowolnie na mojej twarzy zagościł uśmiech. Sara nie spała i wpatrywała się w sklepienie. W kościele nie widziałam nikogo z miejsca, w którym leżałam.  Ludzie zapewne korzystali z tego, że jest słoneczny poranek i spędzali czas na dworze.
- Hej – powiedziałam zaspanym głosem do Sary – Jak się czujesz?
- Dobrze – odpowiedziała krótko. Nie było w jej głosie zbyt dużo ciepła, ale był on mocny i zdecydowany. Zupełnie co innego niż po śmierci matki. Żałoba ustępowała miejsca pustce, która będzie w niej już na zawsze. Luka, którą potrafi wypełnić ten konkretny człowiek.  Każdy z nas ma swoim ciele-pojemniku określoną ilość miejsca na to, co może w nas umieścić druga osoba. Korzystałam z tego schematu zawsze przy poznaniu innych ludzi. Jeżeli coś dla mnie znaczyli mieli swoją przestrzeń, którą mogli zapełnić w jakikolwiek sposób chcieli. Każdy, nawet ten mało znaczący miał swoje miejsce, tylko cechą tych nieważnych osób było to, że po tym jak ich zabrakło pustka w końcu znikała. W całkowitej nicości. Człowiek znaczący coś dla mnie pozostawiał pustą przestrzeń, która już na zawsze zostawała we mnie. Nie do uzupełnienia i nie do zniwelowania.  Mój mąż pozostawił po sobie ogromną dziurę, w której teraz nie było już nic. Zajmowała to miejsce w moim ciele, które już nigdy nie miało zaznać szczęścia i radości. Jednak pozostawało z czystego szacunku i wspomnień. Byłam pewna, że podobnie czuła się teraz Sara.
- Gdzie są wszyscy? – zapytałam po chwili.
- Coś działo się na zewnątrz, więc poszli popatrzeć.
                Wstałam i nieco chwiejnym krokiem ruszyłam do przodu. Marzyłam w tym momencie o ciepłej kąpiel, ale wiedziałam, że załatwienie dostępu do wody nie będzie takim prostym zadaniem.  Postanowiłam, że zanim wyjdę na zewnątrz to zajdę zobaczyć, co z Łapą.  Ruszyłam na zaplecze.  Przed salą nie było już Młodej. Nie byłam pewna, co to oznacza.  Weszłam do środka i zauważyłam, że trochę się tu zmieniło. Sterylność pomieszczenie nie było już ważna, dlatego ktoś wstawił tutaj łóżko, na którym leżała zoperowana kobieta.  Wyglądała kiepsko, ale oddychała. Podeszłam sprawdzić jak się trzyma. Dotknęłam dłonią jej czoła. Nie była rozpalona. Sprawdziłam kartę, którą Medyk zawiesił na brzegu jej łóżka. Podał jej leki przeciwbólowe oraz zmienił opatrunek na oku. Dopisał chwiejnie „stan stabilny”, co bardzo mnie ucieszyło.
                Zadowolona wyszłam z jej pokoju i ruszyłam w stronę tylnego wyjścia. Pogoda rzeczywiście była dzisiaj bardzo ładna. Ptaki ćwierkały, a słońce przyjemnie grzało po twarzy. Ten dzień miał potencjał na bycie naprawdę dobrym. Rozejrzałam się po placu. Zobaczyłam skupisko ludzi przy bramie. Patrzyli na coś. Podeszłam do nich.
- Co się dzieje? – zapytałam. Stali tutaj właściwie wszyscy oprócz Sary i Łapy. Obserwowali coś, ale gdy mnie zobaczyli odwrócili się.
- Mamy duży problem – powiedział Marcin.
- Mianowicie? – wciąż nie byłam pewna, o co właściwie chodzi.
- Spójrz na wschód, wylot z miasta w stronę Płońska – poprosił Józef podając mi lornetkę. Niepewna tego, co zobaczę, chwyciłam przedmiot do ręki i dostosowując rozstaw do swoich oczu, spojrzałam.
- Co to jest? – zapytałam przerażona. Nie do końca wiedziałam, na co patrzę. Za licznymi budynkami, na horyzoncie, malowało się coś, co wyglądało jak chmura, która była na ziemi. Różniła się od zwykłych chmur tym, że była czarna i poruszała się powoli w naszą stronę.
- Stado – skwitował Medyk spluwając na ziemię.
- Mamy mało czasu. Musimy ustalić co zrobić – wtrącił znowu Józef.
- Największe szanse mamy tutaj – powiedział mężczyzna, który przeprowadzał ze mną operacje.
- Oszaleliście? Uciekajmy do Torunia! – zapiszczał Mpd.
- Jakiego Torunia? Mamy tutaj wszystko i dobrą pozycje do przetrwania. Jak dogonią nas na drodze to jesteśmy skończeni – zdziwił się Józef.
- Powinniśmy wytrzymać ewentualny szturm. Zresztą nie wiadomo, czy nie przejdą sobie i nie pójdą dalej – włączył się do rozmowy Emil.
- Moja siostra nie da rady stąd uciec – dodała też Młoda.
- Musimy się dobrze zastanowić. Z pewnością nie możemy stąd uciec. Powinniśmy zostać na wzgórzu i być cicho jak nigdy. To jedyna opcja na przetrwanie. Tak długo jak jesteśmy za murami otaczającymi te miejsce, trupy powinny nie móc się tu dostać. Brama wytrzyma, ścieżka przed nią jest dosyć wąska, więc naraz będzie mogło się tu pchać maksymalnie sto sztuk. Nie widzę szans, żeby przepchali się przez tak solidne zabezpieczenia. Będziemy musieli jednak zastawić jakoś tylne wyjście i czekać, aż to wszystko się skończy – Marcin przedstawił plan rzeczowo. Brzmiało to logicznie, więc większość zaczęła kiwać z uznaniem głowami.
 - Czy ja jestem tutaj jedynym myślącym? – oburzył się Mpd – Widzicie kurde ile ich lezie? Tysiące! Jak nas otoczą to nigdy stąd nie wyjdziemy.
- Dlatego będziemy bardzo cichutko – uśmiechnął się, nowo poznany, mężczyzna.
                Atmosfera wcale nie była najlepsza. Mpd ze smutkiem zgodził się na plan. Jedyną osobą, która kompletnie nie odezwała się podczas całego procesu, była Neri. Widać było, że nie czuje się jeszcze pewnie wśród nas, ale pozytywnie zaskoczyła mnie tym, że nie próbowała robić niczego głupiego, tylko chciała nam pomóc. Mężczyźni, oprócz Mpd, zajęli się fortyfikowaniem. Określiliśmy, że stado dojdzie w nasze okolice za parę godzin, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu. Sara postanowiła nie wstawać i przeczekać całą akcje, szczególnie, że planowaliśmy być cicho i nie wychylać się. Młoda poszła posiedzieć z siostrą. Ja zmieniłam jej raz jeszcze opatrunek, po czym postanowiłam ruszyć na górę, na stanowisko obserwacyjne, żeby kontrolować sytuacje.
                Wspięłam się na górny poziom kościoła po drewnianych schodkach. Wzięłam przy okazji swój plecak oraz wiatrówkę. Wolałam zostać w budynku, żeby, w razie wypadku, pomóc Łapie. Jej stan był stabilny, ale mimo wszystko trzeba było uważać. Gdy weszłam na swoje stanowisko zauważyłam, że ktoś tam jest. To była Neri. Stała oparta o jedną z ścian balkonu i patrzyła przed siebie, w stronę stada. Poczułam zapach jej perfum. Dokładnie ten sam, co w szpitalu.
- Ładny zapach – zaczęłam rozmowę. Odwróciła się powoli. Widziałam przez chwilę w jej oczach smutek, który szybko zniknął.
- Dziękuje – odpowiedziała.
- Chcesz mi pomóc w obserwacji? – zapytałam.
- Czemu nie? Pomogłabym na dole, ale czuje się jakoś… nieswojo – podzieliła się ze mną przemyśleniami.
- To naprawdę dobrzy ludzie – uspokoiłam ją – Wiem, że to może być dużo, ale przetrwamy ten atak. Będziemy cicho i zombie się nawet nami nie zainteresują.
- Ja wiem – powiedziała – Po prostu… Sporo ostatnio przeszłam. Potrzebuje czasu, żeby się ze wszystkim oswoić – uśmiechnęła się delikatnie.
- Rozumiem – odpowiedziałam, po czym zrobiłam dłuższą przerwę. Panorama miasta naprawdę robiła spore wrażenie – Nie jestem najlepszą towarzyszką do rozmowy, ale możemy spokojnie razem pomilczeć.
                Tak też zrobiłyśmy. Nie rozmawiałyśmy za dużo, raczej wymieniałyśmy pojedyncze zdania, jak zauważałyśmy, że stado się zbliżało. Im było bliżej tym gorzej to wyglądało.  Nie dało się zliczyć ile ich nadchodzi, ale byłam pewna, że nie widziałam tyle trupów przez całe swoje życie. Kiedy słuchałam o stadzie to nie wierzyłam, że coś takiego istnieje. Myślałam, że ludzie wyolbrzymiają problem, jednak to co mówili to był jedynie zarys, tego co naprawdę się działo. Widok był przerażający i teraz, kiedy trupy były już na ulicach miasta, lornetka doskonale pokazywała ich obraz, a był on naprawdę zatrważający. Zastanawiało mnie, jakim cudem sztywni idą prosto na nas. Nie mogli o nas wiedzieć, a jednak wydawało się jakby były nakierowane prosto na nasz obóz.
                Po paru godzinach siedzenia przyszedł do nas Marcin. Stado było już na tyle blisko, że nawet bez lornetki można było liczyć pierwsze egzemplarze, które wspinały się na górę.
- Jak sytuacja? – zapytałam.
- Zrobiliśmy tyle ile się dało. Przód jest całkowicie bezpieczny, co do tyłu to tam też jest nieźle. Teraz tylko trzeba siedzieć cicho, pogasić światła i przeczekać ten koszmar – powiedział.
- Ktoś powinien pobiec po pomoc – odezwała się nagle Neri. Powiedziała to tak cicho, że przez chwilę nie wiedzieliśmy z Marcinem czy mówi to do nas, czy do siebie. Ona jednak spojrzała w naszą stronę.
- Jak to? – zapytał zdziwiony.
- Te stado idzie prosto na nas. Skręciło o czterdzieści pięć stopni od swojej drogi docelowej, którą widzieliśmy z rana. To nie może być przypadek. Jeżeli teraz ktoś nie wybiegnie i nie pójdzie do innego obozu po pomoc, może być za późno – powiedziała.
- Skąd ten pomysł? – zdziwiłam się.
- Znam się trochę na tym. Uwierzcie mi.
- Trochę późno o tym mówisz, ale Bobru i druga grupa ruszyły do pobliskich obozów po pomoc w rozwoju, więc na pewno są już w drodze powrotnej i jak dowiedzą się o stadzie to jakoś nam pomogą. Zresztą trupy nie mają jak tutaj wejść – wytłumaczyłam jej.
- To za mało – powiedziała z przekąsem – Zobaczycie sami. Mam nadzieję, że przeżyjemy. Rzadko się mylę.
                Jej słowa nie brzmiały zbyt pozytywnie i sprawiły, że dreszcz przeszedł mi po plecach. Zeszliśmy na dół. Z racji iż robiło się ciemno, a nie mogliśmy zapalić świateł to w kościele panowała naprawdę mroczna atmosfera. Chociaż cały dzień czułam się niepewnie to teraz zaczęłam się bać.  Wszyscy zebrali się już w środku. Niektórzy planowali się położyć spać, żeby obudzić się z rana, z nadzieją, że będzie po wszystkim. Inni woleli siedzieć i czuwać. Usiadłam przy jednym z okien wychodzących na zewnątrz, żeby obserwować bramę. Słowa Neri rozbrzmiewały po moim wnętrzu. To, że trupy szły prosto na nas i zboczyły z trasy rzeczywiście było dziwne. Nienaturalne. Co mogło być tego powodem?
- Za jakieś pół godziny będą pod bramą – dał znać Józef.
- Nie pomodlisz się za nas? – zapytał Emil.
- Dziecko, Bóg nam tutaj nie pomoże – powiedział ze smutkiem ksiądz.
                Minuty mijały, a z zewnątrz dało się słyszeć jęki. Narastające morze krzyków, które nasilało się z każdą chwilą i było słyszalne nawet przez grube mury kościoła. Wypuściłam powietrze z płuc. Napięcie rosło. Nagle usłyszeliśmy trzask. Wszyscy odwrócili się w stronę zaplecza, ale  był to tylko Medyk, które nieostrożnie zamknął drzwi do sali, w której leżała Łapa. Serce zaczęło bić znacznie szybciej.
- Chcesz nas zabić? – zapytał z wyrzutem Emil, który przestraszył się jeszcze bardziej niż ja.
- Jakiś debil nie zamknął drzwi wracając z placu. Jakby się przebiły to dopiero byśmy mieli – warknął mężczyzna.
- Możecie zachowywać się ciszej i nie siać paniki? – poprosił Marcin.
- Ech… - westchnął przeciągle Józef.
                Po kolejnych paru minutach zobaczyłam ruch przed bramą. Pierwsze trupy. Wszyscy, którzy nie spali siedzieli teraz na parapetach, obserwując to, co działo się na placu i na przodach obozu.
- Zaczyna się – szepnął Emil. Mpd, Sara, Łapa oraz Młoda położyli się spać. Cała reszta patrzyła jak zahipnotyzowana na kolejno pokazujące się zombie. Wydawały się one niesamowicie zwinne jak na sztywnych. Przynajmniej te pierwsze, które były już przy bramie.
- Coś jest nie tak – zauważył Marcin.
- Co te pierwsze takie jakieś szybkie? – zapytał Emil.
- Ja pierdole – skwitował krótko Józef, ale było już za późno na jakąkolwiek reakcje.
                Grupie trupów przewodzili Zszyci. Nie było ku temu żadnej wątpliwości. Nie mogliśmy zareagować w żaden sposób. Patrzyliśmy tylko jak dwójka z nich podbiega do bramy i przeskakuje ją. Następnie chwycili wspólnie za pierwszą z trzech zasuw, które zamontowaliśmy w celu obrony i tego, żeby zombie nie mogły się przez nią przedostać. Zobaczyłem jak Emil sięga po karabin. Siedziałam dwa parapety dalej, więc nie mogłam zareagować. Strzelił. Dźwięk tłuczonego szkła, a następnie krzyk. Jedna z dwóch osób upadła na ziemie.
- Idioto! – huknął Medyk podbiegając do niego i wytrącając mu karabin.
- Daj mu teraz dokończyć – krzyknął Marcin.
                Mężczyzna przy bramie odsuwał właśnie drugą zasuwę. Nie przejął się specjalnie śmiercią kompana. Zaczął chwytać po trzecią.
- Ten debil właśnie zdradził naszą pozycję! – krzyknął raz jeszcze Medyk.
- Zabijcie tego gościa! – do harmidru dołączył się Marcin.
                Sięgnęłam po wiatrówkę, którą miałam wciąż przy sobie. Oparłam się i szybko wymierzyłam. Tym razem się nie zawahałam.  Strzeliłam rozbijając kolejną szybę. Pocisk trafił w cel. Mężczyzna złapał się za brzuch, ale nie przerwał. Wymierzyłam ponownie. Strzał trafił go w klatkę piersiową. Zszyty osuwając się pchnął ciężarem ciała ostatnią zasuwę. Minęła chwila, po której brama otworzyła się głośno, a na plac zaczęły wsypywać się trupy.
- Teraz jesteśmy w dupie – szepnął nienawistnie Medyk.
- Przepraszam… - wyjęczał Emil.
- Powinniśmy albo razem zacząć strzelać, albo siedzieć cicho. Teraz już po ptakach – wyszeptał Józef.
                Popełniliśmy tyle błędów, że mogło to nas kosztować życie.  Narobiliśmy hałasu, daliśmy się podejść i teraz miało zacząć się prawdziwe piekło. Może gdybym zareagowała szybciej i spróbowała strzelić od razu, zamiast wpatrywać się jak wół na malowane wrota to zapobiegłabym katastrofie, ale podobnie jak ostatnim razem – byłam zbyt wolna.
- Teraz wszyscy cisza. Jeżeli nie będziemy się odzywać to powinny dać sobie spokój za jakiś czas. Prawdopodobnie – powiedział szeptem Józef.
- Prawdopodobnie… - rzucił bez emocji Medyk.
- Mówiłam, że powinniśmy pójść po pomoc – włączyła się Neri.
- Teraz już stąd nie wyjdziemy – powiedział Józef.
- Właściwie to jest wyjście – włączył się do rozmowy ktoś z tyłu. Był to Mpd, którego obudziły strzały. Zombie przesunęły się już pod budynek kościoła, o czym dowiedzieliśmy się, kiedy usłyszeliśmy natężone jęki oraz pierwsze uderzenia w ogromne wrota wejściowe. Po chwili uderzenia nasiliły się i stworzyły ciągły i stały rytm, wybijany przez przegniłe kończyny. Wyjrzałam delikatnie na zewnątrz. Byliśmy całkowicie otoczeni. Z każdej możliwej strony. Plac poruszał się jakby żył. Nie było widać końca trupów.
- Co masz na myśli? – zapytał Józef.
- Ten kościół ma tunel, który prowadzi gdzieś na zbocze wzgórza – powiedział zafascynowanym głosem były członek Czerwonych Flar.
- Skąd wiesz? – pytanie padło tym razem z ust Marcina.
- Czytałem książkę o tym miejscu. Na zapleczu znalazłem – pochwalił się zdecydowanie za głośno, co spotkało się z tym, że Medyk zdzielił go ręką po głowie – Chyba nawet wiem gdzie ono jest – powiedział już nieco ciszej.
- Pokaż nam je – poprosił Józef.
                Całą grupą ruszyliśmy na zaplecze. Zamiast odbijać w stronę sali, w której była Łapa, skręciliśmy na lewo, gdzie było kilka innych pomieszczeń.  Mateusz zastanowił się chwilę, po czym wskazał nam jedno z nich. Drzwi stawiały pewien opór, ale po chwili otworzyły się, odsłaniając przed nami, mało gościnnie wyglądające schody prowadzące w głąb wzgórza. Ktoś włączył latarkę i zaświecił w dół. Schody były wykonane z kamienia, który czasy świetności miał już dawno za sobą. Ściana wyglądała podobnie, z tą różnicą, że niektóre jej fragmenty były pomalowane na biało, jednak farba odczepiała się całymi płatami.
- No nie wygląda to zbyt dobrze. Skąd pewność, że to nas gdzieś zaprowadzi? – zapytał Józef.
- Czytałem, że zanim był tutaj kościół to na tym wzgórzu stał nieduży pałacyk, który został wyburzony w piętnastym wieku. Takie tunele  były wtedy popularne – pochwalił się wiedzą Mpd.
- I ten tunel ma ponad pięćset lat? Ja spasuje – powiedział Medyk.
- Spokojnie, przecież widać, że był odnawiany. Jestem na dziewięćdziesiąt procent pewien, ze zaprowadzi nas poza wzgórze – powiedział – Przecież nie mamy nic do stracenia. Najwyżej pokręcimy się trochę po tych piwnicach i wrócimy na górę.
- Na pewno nie pójdą tam wszyscy. Według mnie, w ogóle nikt nie powinien – stwierdził Józef.
- Ja mogę tam pójść – zaproponowała nagle Neri. Wszyscy spojrzeli na nią zaskoczeni.
- Jesteś pewna? – zapytał Marcin.
- Tak. Przynajmniej tak będę mogła pomóc. Strasznie nie lubię siedzieć bezczynnie.
- Dobra, to postanowione. Weź latarki i broń. Nie wiadomo co czai się w tych katakumbach – poradził mężczyzna.
- Co zrobić jak wyjdę? – zapytała.
- To dobre pytanie… - zauważył Józef – Ktoś, kto zna naszych powinien pójść tam i pomóc sprowadzić posiłki.
- Ja – zaproponowałam krótko.
- Nie wiem czy to mądre, żeby lekarz opuszczał to miejsce – włączył się Emil.
- Na pewno mądrzejsze od wyjebania szyby karabinem – odgryzł się Medyk – Poza tym ja też jestem lekarzem synku. Dam sobie rade.
- Okej. Idźcie we dwie, znajdźcie auto i pojedźcie w stronę Inowrocławia czy nawet Torunia. Dajcie znać, że Bobru jeszcze nie wrócił, a stado otoczyło nas i potrzebujemy pomocy – powiedział.
- Przekażemy to – obiecałam. Czułam wewnętrzną potrzebę pomocy, chociaż dobrze wiedziałam, że nie wiem jak dokładnie dojechać do Inowrocławia czy Torunia. Znałam tylko kierunek, który wskazała mi dziewczyna na drodze. Oczywiście wtedy jej nie posłuchałam, bo zauważyłam Potwora na drodze i zaczęłam iść jego śladem. Wyszło mi to na dobre, bo posłuchałam instynktu i głosu w głowie. Chociaż ten drugi teraz milczał, to czułam, że muszę wyjść i spróbować. Wystarczyło jechać wzdłuż Wisły.
                Przygotowałyśmy się do drogi w dziesięć minut. Uzbrojone, z latarkami i pleckami z parodniowymi zapasami, ruszyłyśmy na dół. Schodki szły w głąb ziemi przez długi czas. Zastanawiałam się, jak to jest możliwe, szczególnie, że z tego co słyszałam tunel powstał dawno temu.
- Czemu się zgłosiłaś? – zapytałam się.
- Nie chciałam robić problemu na górze, musiałam ochłonąć, a dodatkowo mogę się do czegoś przydać – powiedziała Neri.
- Problemu?
- Głupio zrobił ten chłopak. Ten w okularach. Wiem, że strzeliłaś po nim, ale to on to zaczął i uwięził nas tu. Nie chciałam się wykłócać…
- Daj spokój. Wiadomo, że głupio zrobił i już dostał za swoje, teraz możemy to tylko naprawić.
- Wiem. Dlatego właśnie chciałam się przydać, widzę, że ty poczułaś coś podobnego.
- Powiedzmy – odpowiedziałam.
                Musiałyśmy iść dobre dziesięć minut w głąb po schodkach, aż te ustąpiły miejsca osuwisku z ziemi, które był co prawda dobrze uklepane, ale i tak sprawiało niestabilne wrażenie. Kamienne ściany również zamieniły się w zbitą ziemię, która była podtrzymywana przez drewniane stropy. Wyglądało to z jednej strony solidnie, ale z drugiej niesamowicie niebezpiecznie.
- Wiesz jak dotrzeć do tych pozostałych obozów? Szczerze to jak jechałam w tą stronę to całkowicie ominęłam tą część Polski. Poza tym skąd pewność, że nam uwierzą? Znasz na tyle dobrze tych ludzi, żeby im zaufać? – zapytała.
- Wątpię żeby za wysłaniem do sąsiedniego obozu kryły się jakieś złe zamiary. W końcu idziemy po pomoc dla nich. Oni nie mogą wyjechać bez Łapy – odpowiedziałam.
- W sumie masz racje. No nic, bądźmy dobrej myśli, to po prostu mój wrodzony brak zaufania względem innych ludzi – westchnęła Neri.
- Spowodowany czymś konkretnym? – zapytałam.
- Przeszłością i ostrożnością – odpowiedziała.
                Nagle usłyszałyśmy jęk przed nami. Podniosłyśmy karabiny jak na zawołanie.  Tunel był dosyć wąski, byłoby problemem żeby iść w nim ramię w ramię dla dwójki dorosłych ludzi, a osoba tak jak Gigant zdecydowanie musiałby iść przygarbiona. W tunelu było ciemno, ale światło latarek doskonale radziło sobie z takimi małymi przestrzeniami i oświetlało całość. Dwadzieścia metrów od nas, na zakręcie, stały dwa trupy. Gdy nas zauważyły natychmiast ruszyły w naszą stronę. Przycelowałam z karabinu, ale Neri dotknęła mojej lufy i kazała zaczekać. Zrzuciła plecak i trzymając w jednej ręce nóż, a w drugiej latarkę poszła do przodu. Zombie zaczęły kroczyć w jej kierunku.  Neri przyspieszyła nieco i zaatakowała pierwszego. Kopnęła go nisko, w udo i gdy ten stracił równowagę przycelowała i wbiła mu ostrze w skroń. Drugiego przycisnęła pewnym ruchem do ściany, po czym powtórzyła manewr. Nieźle sobie radziła.
                Wróciła do mnie jakby nigdy nic i wzięła plecak oraz broń.
- Czysto – powiedziała z uśmiechem.
Ruszyłyśmy dalej.  Korytarze zaczęły nieco zakręcać, ale patrząc na to, od której strony weszłyśmy, byłam pewna, że idziemy dalej nieco na zachód oraz ciągle schodziłyśmy w dół.
- Niesamowite miejsce – odezwała się nagle Neri.
- Lubisz takie klimaty? – zdziwiłam się – Mnie nieco przerażają…
- Tak. Właśnie takie miejsca są najbezpieczniejsze i w nich czuje się najlepiej.
- Dziwna jesteś.
- Wiem – zaśmiała się cicho. Poczułam jak pomiędzy nami tworzy się specyficzna więź. Byłam ciekawa, co z tego wyjdzie.
                Przez pół godziny szłyśmy przez tunel, który miejscami był szerszy, a miejscami musiałyśmy iść gęsiego. W końcu jednak, zauważyłyśmy drzwi.
- Wyjście? – zapytałam.
- Tak mi się wydaje. Idziemy już dobre pół godziny- powiedziała Neri.
- Sprawdźmy.
Podeszłyśmy i z bronią w gotowości ustawiłyśmy się przed drzwiami. Nacisnęłam na klamkę, a Neri stała dwa kroki za mną, gotowa do strzału. Nie słyszałyśmy jednak trupów. Gdy szłyśmy tunelem to miejscami wydawało nam się, że słyszałyśmy odległe dźwięki. Teraz jednak było stosunkowo cicho, chociaż echo jęków zdawało się towarzyszyć nam cały czas.
- Na trzy. Raz… dwa… trzy! – krzyknęłam i otworzyłam drzwi. Za nimi stała grupka osób. Momentalnie wycelowałam w nich, ale gdy tylko zobaczyłam kto to jest, opuściłam broń i poprosiłam Neri o to samo.
- Zuza? – zapytał znajomy mi głos.

- Wróciliście… - powiedziałam. Przed nami stał Gigant wraz z grupką około dwudziestu ludzi. Posiłki z Inowrocławia dotarły na miejsce.

środa, 14 października 2015

Rozdział 21: Cena

Rozdział 21, kolejny z perspektywy Olafa. Po dowiedzeniu się gdzie jest Feline, Olaf wraz z resztą ruszają w okolicę Grudziądza. Czy dotrą na miejsce? Czy uda im się uratować Feline. Zapraszam do przeczytania rozdziału, a następnie proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 21 - Olaf - Dzień 10-11
Bobru - Dzień 10-11 - Jest w Grudziądzu
Irek - Dziań 10-11 - Jest w domu Włodka

----------------------------------------

Rozdział 21 (Olaf): Cena


                Ledwie zamknąłem oczy, a zostałem obudzony przez wybój na drodze. Od kiedy to wszystko się zaczęło i drogi w i tak kiepskim stanie nie były restaurowane jeździło się coraz gorzej. Miałem nadzieję, że postanowione na spotkaniu zabezpieczenie dróg będzie obejmowało też ich konserwacje. Łapa wpatrywała się w krajobraz za oknem w milczeniu. Właściwie całe auto milczało, co wcale mi nie przeszkadzało. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Tylko Łowca gwizdał pod nosem, prowadząc auto.
                Dowiedzieliśmy się konkretów i musieliśmy jak najszybciej dostać się w okolicę Grudziądza. Żałowałem, ze nie zdążyłem zapytać chłopaka o inne rzeczy, ale ostatecznie wiedzieliśmy najważniejsze. Szkoda mi trochę było jego życia. Zabijałem różne osoby, ale patrząc jak Łapa dawała mu nadzieję do ostatnich chwil, po czym bez zastanowienia go zabiła, dawało do myślenia. Może teraz właśnie tak należało postępować? Może to właśnie ona miała racje? Odkąd poznałem Łapę miałem wrażenie jakby to ona stała za tym całym syfem, który nas otaczał. Pasowała do obecnego świata jakby powstał w jej głowie.
                Skręciliśmy na północny – zachód, poruszając się najbezpieczniejszymi drogami. Łowca pytał mnie co chwilę, gdzie powinniśmy skręcić, żeby omijać ewentualne ataki Złomiarzy. Znałem ich najbliższe obozy jak własną kieszeń i wiedziałem czego warto unikać, a którędy warto jechać.
- Mamy jakiś konkretny plan? Jest nas siedmioro, a Złomiarzy ponad dwieście – zaczął temat Kuba.
- Damy radę. Powęszymy, zobaczymy czy nie spotkamy gdzieś grupy Bobra, jest szansa, że udało im się już odbić Feline – zaskoczył mnie nieco optymizm Łapy.
- Aż tak w niego wierzysz? – zapytałem.
- Ja w niego wierzę. Robiliśmy naprawdę szalone rzeczy w tym piekle – włączył się Łowca.
- Na przykład?
- Pamiętam jak odbijaliśmy obóz w Supraślu. Było nas siedmiu, początek zimy, właściwie wtedy się poznaliśmy bo im pomogłem, dachy obstawione ludźmi, cały budynek pełen bandziorów, ja z moją snajperką, oni właściwie z pistoletami i udało się nam go zdobyć bez żadnych strat – opowiedział.
- Nie licząc tego, że zostałeś postrzelony, Cinka ugryzł zombie, a Ernest zgubił się i przez parę tygodni był uważany za martwego – zauważyła kąśliwie Łapa.
                Łowca wyraźnie chciał się odgryźć, ale skończyło, że sapnął dwa razy i zamilkł.
- Będziemy musieli po prostu powtórzyć schemat i dowiedzieć się, gdzie dokładnie przetrzymują twoją szefową – powiedziała, uśmiechając się tryumfalnie po tym jak dogadała Łowcy.
- Nie jestem pewien, czy będzie tak łatwo. W końcu w tych okolicach będzie ich o wiele więcej. Nie mam nawet pojęcia, gdzie moglibyśmy się zatrzymać – wytłumaczyłem.
- Tutaj – powiedział Łowca i ku naszemu zdziwieniu zatrzymał auto.
- Co jest? – posypały się pytania – Dlaczego stajemy?
Jednooki zastukał tylko paluchem po kontrolkach pokazując pusty bak.
- Mamy jakiś zapas? – zapytała Łapa.
- Coś jest nie tak – jakby zignorował ją Łowca – bak był prawie pełny wczoraj wieczorem. Albo przeciekamy, albo ktoś zrobił nas w konia – myślał na głos dalej.
- Czy mamy jakieś paliwo? – ponowiła pytanie.
- Na pewno nie tyle, żeby dojechać do Grudziądza. Wziąłem tylko jeden baniaczek, żeby dojechać kawałek dalej, bo zatankowałem do pełna – odpowiedział wysiadając – Muszę to sprawdzić.
                Korzystając z przerwy wszyscy wysiedliśmy na zewnątrz. Znajdowaliśmy się przy wjeździe do lasu, więc sytuacja wyglądała nieciekawie, szczególnie jak w grę wchodziło zdobycie paliwa, na takim odludziu. Łapa i Młoda usiadły na pieńkach obok drogi, a my z Łowcą podeszliśmy do auta. Mężczyzna grzebał się chwilę po baku, aż w końcu zaklął.
- Nie wiem, o co chodzi. Wszystko powinno być ok, a nie jest. Może jednak zapomniałem zatankować do pełna? Ale powinno być dobrze – prowadził monolog.
- Musimy znaleźć jakąś stację i modlić się, żeby było na niej trochę paliwa. Szukanie innego działającego pojazdu lub pójście z buta nie wchodzi w grę… - zastanawiałem się na głos.
- Zobaczymy na mapę – powiedział Łowca wracając do auta i grzebiąc w schowku – I ustalmy coś na jej podstawie – rozłożył ją na masce. Łapa i Młoda podeszły zainteresowane, a  ten zaczął wertować okolicę.
- Jesteśmy tutaj. Najbliższe miasteczko jest kawałek za tym lasem i z tego co dobrze pamiętam i o ile mapa jest aktualna była tam spora stacja Orlena. Jeżeli gdzieś mamy znaleźć paliwo to właśnie tam – stwierdził.
- To co wyślemy tam trzy, cztery osoby? Ja mogę iść, nie jest to daleko – zaproponowałem.
- To weź jeszcze swoich kumpli, a my tu na was poczekamy. Tylko pospieszcie się, nie mamy zbyt ciekawej pozycji, a jak przyjadą te skurwiele to właściwie będziemy w dupie.
- Postaramy się być jak najszybciej – obiecałem, po czym pożegnałem się z resztą i wraz z Kubą i jego przyjaciółmi ruszyłem przed siebie. Trzymaliśmy się prawej strony drogi i dosyć szybko zeszliśmy z oczu naszym towarzyszom. Nie bałem się kompletnie o nasz pojazd, przy którym została Łapa, miałem raczej obawy związane z tym, co zobaczę na stacji paliw. Miasteczko, do którego szliśmy było nieduże, ale stacje paliw zawsze były łakomym kąskiem dla okolicznej ludności. Paliwo było potrzebne nie tylko do samochodów, ale też do generatorów produkujących energię. W Płońsku mieliśmy naprawdę ogromne zapasy, ale Feline zawsze rozpatrywała opcje, gdy ono się w końcu nam skończy.
                Było południe, gdy po parunastu minutach wędrówki zobaczyliśmy prześwit zwiastujący koniec lasu. Ledwo wspięliśmy się pod górkę, gdy zobaczyliśmy pierwsze budynki. Na mapie stacja była zaznaczona, w pierwszej alejce na lewo. Pocieszył mnie fakt, że zauważyłem, lekko sfatygowaną, ale wyraźną tablicę reklamująca stację Orlen. Rozglądaliśmy się uważnie, bo zombie były wszędzie. Nie było ich dużo, ale maszerowały powoli uliczką, licząc, że coś równie żywego jak my pojawi się w zasięgu ich węchu. To co mnie cieszyło to brak jakichkolwiek oznak kolonizacji. Wszystko było zrujnowane, a na ulicach nie było słychać nic poza jękiem wiatru i trupów.
                Minęliśmy zakręt i pojawiliśmy się w niedługiej uliczce, która skręcała prosto w las, po drodze obsadzonej paroma domkami, niedużym sklepem z szybami tak brudnymi, że z początku wzięliśmy je za ściany, oraz stacją benzynową. Zadowoleni przyspieszyliśmy nieco.
- Myślicie, że coś tu będzie? – zaczął po cichu jeden z kumpli Kuby.
- Oby kurwa. Nie dość, że musimy znaleźć paliwo, to jeszcze jakieś pojemniki, żeby je przenieść do naszego pojazdu. Chociaż na tyle, żeby te dojechało tutaj i zatankowało – stwierdziłem.
Stacja składała się standardowo z paru dozowników, oraz części sklepowej, gdzie na zapleczu był rzeczy związane z samochodami, a w samym sklepie można było zjeść hot-doga, napić się piekielnie drogiej pepsi, oraz kupić mapę, kompas i i inne przydatne w drodze rzeczy.
- Wy sprawdźcie, czy dozowniki mają w sobie jakieś paliwo, Kuba ty leć na tyły i obadaj jak je aktywować i poszukaj kanistrów, a ja sprawdzę sklep, może znajdę jakieś napoje, bo sucho u mnie jakbym piachu w gębę nabrał – rozdzieliłem obowiązki, a moi towarzysze skinęli głowami.
                Rozdzieliliśmy się. Brzuch ukłuł mnie jakby chciał o sobie przypomnieć.  Miałem nadzieję, że w środku nie czaiło się na mnie żadne niebezpieczeństwo. Uchyliłem delikatnie drzwi i wpuściłem więcej światła do mrocznego wnętrza. Na półkach stało dużo rzeczy, co było dobrym znakiem, bo mogło oznaczać, że nikt tu jeszcze nie zaglądał. Ostrożnie wszedłem do środka i zacząłem zrywać zasłony, żeby odblokowywać kolejne segmenty światła oświetlające wnętrze.
                Gdy było już naprawdę jasno, a kurz z zasłon opadł, zobaczyłem, że wnętrze jest czyste. Nie licząc starej, ciemnej krwi, zaschniętej na podłodze. Zadowolony schowałem broń i zacząłem przeszukiwać półki, stojaki oraz ladę. Nie miałem ze sobą nic, poza kieszeniami, ale schowałem ładny, metalowy kompas, otwieracz do konserw, który mógł ułatwić nam zjedzenie śniadania, oraz okulary przeciwsłoneczne. Następnie ruszyłem do niedziałającej lodówki i wyłamałem zamek, żeby uwolnić cztery puszki, jakiegoś lokalnego piwa. Zadowolony wyszedłem przed sklep i zauważyłem, że cała trójka stoi przy jednym z dozowników paliwa i szczęśliwie napełnia paręnaście litrowy baniak. Podałem im po puszce, po czym zagadałem.
- I jak wszystko gra?
- Znaleźliśmy ten baniak, bo wszystkie kanistry, albo są dziurawe, albo nie da się ich otworzyć. Ale powinno wystarczyć – powiedział Kuba.
- Świetnie – pochwaliłem i podałem każdemu po puszce piwa. Spokojnie wypiliśmy sobie, a gdy puszki powędrowały na podłogę, a nam przyjemnie zaszumiało w głowach, baniak był już pełny. Na ulicy jednak zaczęły się zbierać zombie. Nie zauważyłem nawet kiedy na wylocie, z którego przyszliśmy stanęły trzy trupy, które człapały do nas powoli.
- Wasza dwójka, niech niesie baniak razem, a my z Kubą was osłonimy – zaproponowałem. Wszyscy zgodzili się na te warunki. Ruszyliśmy z Kubą przodem, wyciągając noże. Podchodząc do trupów przypomniał mi się ten, który był człowiekiem i którego zabiłem jadąc z Feline do Ostoi. Czy to naprawdę było możliwe, że tacy przeciwnicy czaili się na nas praktycznie na każdym kroku?
                Nóż przyjemnie zatopił się pod gardłem pierwszego trupa, zwalając go z nóg. Kuba miał nieco inną taktykę, bo na początku zwalał trupa z nóg kopniakiem, lub ciężarem ciała, a następnie leżącego dobijał.
- Kto by pomyślał, że po trzydziestce będę zabijał śmierdzące trupy, żeby uratować jakąś dziewczynę, u boku takiego skurwiela jak ty – zastanowiłem się na głos, uśmiechając się.
- No nie? Chore rzeczy podziały się na tym świecie – powiedział, dobijając kolejnego trupa. Jego kumple trzymali się kawałek dalej z bańką. Nie była ona lekka, ale obaj byli rośli i jakoś im to szło. Szybko minęliśmy zakręt, widząc, że z głównej części miasta nadchodzi więcej trupów. Nagle padł strzał. Był on jednak dosyć odległy, dlatego nikt z nas nie zareagował gwałtownie.
- Myślicie, że to z auta? – zapytał Kuba.
- Nie ma szans. Jesteśmy za daleko. Ktoś jest w tym mieście… - powiedziałem.
- Spierdalajmy stąd… błagam – powiedział niepewnym głosem jeden z kumpli Kuby.
                Sam odetchnąłem z ulgą, gdy tylko weszliśmy w las, a miasto zniknęło z naszych oczu. Szliśmy jeszcze bardziej uboczem, niż ostatnio, bo obawialiśmy się, że ocalali, których słyszeliśmy w mieście, podążają w tą stronę, ale nie spotkaliśmy nikogo. Droga przebiegła całkiem bezpiecznie, nie licząc jelenia, który prawie potratował nas w połowie lasu. Zwierzę odbiegło jednak w swoją stronę.
- Pomyślcie co by było, gdyby takie bydle było zombie – zażartował Kuba.
- Bez, kurwa, przesady – podsumowałem krótko.
                Wyłoniliśmy się w końcu w miejscu, w którym zostawiliśmy auto i z ulgą zauważyliśmy Łowcę, ze swoim karabinem snajperskim, oraz Łapę i Młodą, jedzące na uboczu.
- W końcu jesteście! Nie było was z dwie godziny – zawołał Łowca na przywitanie.
- Weź kurna nieś taki baniak przez taki odcinek drogi – odgryzł się jeden z noszących.
- Nie spotkaliście nikogo? – zapytała Łapa.
- Raczej nie. Słyszeliśmy jakieś strzały w mieście, ale nikt nas nie śledził. Będziemy mogli skorzystać z tamtejszej stacji, paliwa na niej dużo – zaproponowałem.
- To ładujemy! – zawołał wesoło Łowca i wziął się za tankowanie.
                Nie minęło dziesięć minut gdy jechaliśmy ponownie, przez ten sam las, w stronę stacji paliw. Podjechaliśmy do tego samego dozownika i wysiedliśmy.
- Poszukajcie w okolicy jakichś pojemników. Każda kropla paliwa, nam się może przydać, ale spróbujmy zdobyć przynajmniej jeden podobny baniak – zarządziła Łapa. Ja korzystając z chwili usiadłem żeby odpocząć i przekąsić coś. Słuchałem przy okazji opowieści Łowcy o jego broni. Karabin snajperski, którym się posługiwał, rzeczywiście robił spore wrażenie. Chciałem usłyszeć go w akcji, ale wspólnie zgodziliśmy się, że okazja jeszcze będzie, a teraz nie ma co zwracać na siebie zbyt dużej uwagi.
                Poszukiwania szły pełną parą i gdy w końcu udało się znaleźć stary baniak, podobnej wielkości jak ten ostatni, to z zadowoleniem napełniliśmy go i ten poprzedni paliwem i zatankowaliśmy do pełna. Robiło się już powoli ciemno, a przed nami był jeszcze całkiem spory kawałek drogi do Grudziądza. Musieliśmy tam dojechać i znaleźć sobie nocleg.
- Powtarzamy schemat z wczoraj? – zapytałem Łapy, gdy ruszyliśmy przed siebie.
- Działał? Działał. Więc czemu by nie?
- Tylko tutaj będzie ich więcej. To nie będzie tak bezpieczne i łatwe jak ostatnio – zauważyłem.
- Musimy liczyć na to, że nam się uda. Zresztą jak jutro wstaniemy to obejrzymy okolicę. Może okaże się, że Złomiarze zostali już zaatakowani przez oddział Bobra i nie będziemy nawet musieli wchodzić do miasta. Kto wie – gdybała.
- Trochę to przejebane – stwierdziłem nieco ciszej -  Ta cała sytuacja.
- Jak chcemy efektów bez wojny, musimy działać w małej grupie. Nic na to nie poradzimy – odpowiedziała.
- Wiem. Jednak jedno potknięcie i może nas otoczyć cała grupa. A Feline pośrodku tego całego syfu…
- Nie martw się Olafie. Damy rade – zapewniła Łapa uśmiechając się. Na jej twarzy uśmiech wyglądał dosyć upiornie, ale cała była przerażająca.
                Podróż ciągnęła się i ciągnęła, ale Grudziądz z każdą minutą był coraz bliżej nas. Zostały nam ostatnie kilometry. Wszyscy byli w dosyć sennej atmosferze, z której wybudził nas Łowca, ponownie zatrzymując auto.
- Co jest? – poderwałem się zaspany.
- Ktoś stoi na drodze autem – szepnął Łowca, jakby bał się, że auto nas usłyszy.
Teraz zauważyłem, że przed nami na drodze stało auto, z zapalonymi światłami. Przy nim widać było jakieś słupy, ale robiło się już tak ciemno, że ciężko było dokładnie określić co tam było.
- Zawracać? – zapytał.
- Nie! Czekaj – włączyła się Łapa. Łowca obrócił się i spojrzał na nią.
- To mogą być Złomiarze.
- Nie ma szans. Podjedź. Tu nikogo nie ma – stwierdziła, wbrew pozorom chwytając za broń. Też wyciągnąłem swój pistolet i wytężałem zaspane oczy, żeby dojrzeć cos więcej. Łapa miała rację. Przy aucie nie było nikogo, ale przy słupie widzieliśmy jakieś postacie. Z początku myśleliśmy, że nikt tam nie stoi, ale jak zbliżyliśmy się nieco, od razu rzuciły się nam w oczy cztery osoby. Były one przywiązane do słupów.
- Obadajmy to – poprosiła Łapa, a Łowca zatrzymał auto.
                Wysiedliśmy wszyscy, ciekawi tego co zobaczymy. Latarka zaświeciła, rzucając upiorne cienie, na cztery przywiązane do słupów ciała. Nie wyglądały na zaatakowane, ale same się przywiązać nie mogły, a gdy spojrzeliśmy na ich usta, domyślaliśmy się, kogo mogli spotkać.
- Zszyci? – zapytała Młoda.
- Najprawdopodobniej – odpowiedziała jej siostra.
Usta całej czwórki były perfekcyjnie zszyte, nie zostawiając nawet kawałka, którym można by solidnie zaczerpnąć powietrza. Trójka z ofiar była już martwa i widać było w ich oczach znaną mi dobrze pustkę, ale jeden mężczyzna, wydawał się jeszcze żyć. To mogła być nasza szansa.
- Ten jeszcze żyje – zauważyłem. Łapa podeszła do niego i pewnym ruchem nożem, przecięła szwy.  Usłyszeliśmy dźwięk, przypominający odkurzacz, a mężczyzna otworzył delikatnie oczy.
- Jesteś jednym ze Złomiarzy? – zapytałem bezpośrednio.
- Tak… zaatakowali nas… Przyszliście pomóc? – jego głos był słaby, musiał tu tkwić już przynajmniej parę godzin.
- Tak. Chcemy ci jednak najpierw zadać parę pytań. Kto was zaatakował? – grałem jego przyjaciele, ale wiedziałem, że zabijemy go od razu po tym jak dowiemy się czegoś.
- Zombie. One miały noże i pistolety. Nie pytajcie jak, nie wiem. Wody. Potrzebuje wody – wciąż mówił słabo. Spojrzałem na Kubę, a ten jak na zawołanie podbiegł do auta i przyniósł jedną butelkę. Podał mi ją, a ja odkorkowałem i przytknąłem ją do ust mężczyzny. Pił wodę łapczywie i szybko, ale nie dziwiłem mu się.
- Wierzę ci. Powiedz mi, czy dowódczyni z Płońska wciąż jest w Grudziądzu? Musimy to wiedzieć – wiedziałem, że tymi słowami mogłem się zdradzić, ale ani nie powiedziałem o Feline po imieniu, ani nie podnosiłem głosu z emocji. Mężczyzna łyknął to jak wodę, bo zastanowił się chwilę, po czym powiedział:
- Tak. Wanda ją trzyma na arenie. Nie słyszeliście? Dzisiaj z rana złapała tych bandytów z Torunia, którzy przyjechali żeby odbić tą kobietę z Płońska, a teraz coś szykuje. Nas wysłała na zwiady, ale wpadliśmy w te pieprzone abominacje – jego głos nabrał barwy i widać było, że wraca do normalności.
- Mają Bo… osoby z Torunia? A gdzie ich trzymają? – włączyła się nagle Łapa.
- Tam samo pewnie – gdybał – Tak mi się wydaję. Dobra, odwiążecie mnie już? To był naprawdę przesrany dzień, marzę tylko o powrocie do domu.
                Wiedziałem, co teraz się stanie. Łapa nie zawiodła mnie. Ledwo się odwróciłem, a usłyszałem gardłowy krzyk i nóż zatapiający się w gardle. Coraz lepiej rozumiałem Łapę i zgadzałem się z jej metodami. Kto by pomyślał, że wystarczyły dwa dni wspólnej znajomości. Byłem ciekaw jak wpływała na innych ludzi, którzy otaczali ją od dłuższego czasu.
- Wiemy wszystko. Czyli Bobru wpadł – podsumowała.
- Wracamy do Inowrocławia po posiłki? – zapytał Łowca.
- Nie. Nie mamy na to czasu. Chcecie ryzykować zbieranie sił i powrót, kiedy oni mogą tam teraz umierać?! – oburzyłem się.
- Pomoc by się nam przydała. Ale Olaf ma rację. Nie mamy na to czasu. Musimy znaleźć nocleg, a z rana zobaczyć jak wygląda ta arena. No i musimy się wyspać… - powiedziała Łapa – Jeźdźmy już. Ta czwórka zaczyna cuchnąć.
                Wsiedliśmy do pojazdu i w milczeniu pojechaliśmy dalej. Jeżeli każdy z moich towarzyszy myślał teraz równie intensywnie jak ja, to mogliśmy bez problemu nazwać to burzą mózgów. Los się do nas uśmiechnął i wiedzieliśmy już gdzie szukać Feline, co stało się z Bobrem i że wszyscy jeszcze powinni żyć. Ale jakie mieliśmy szansę ich uratować? Z takimi myślami dojechaliśmy w końcu do okolic Grudziądza i zatrzymaliśmy się na wzgórzu, na krawędzi lasu, z którego rozpościerał się widok na prawie cały Grudziądz. Już z daleka widziałem Złomowisko, o którym słyszałem już co nie co. Widać było też oświetloną część miasta, z wielkim, okrągłym budynkiem po prawej.
- Myślisz, że to jest arena? – zapytałem Łapy.
- Okrągłe, oświetlone, duże. Jeżeli nie mają tego pod ziemią, to to musi być to – zauważyła słusznie.
- Nie ryzykuj – wystrzeliłem nagle.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Co masz na myśli?
- Masz siostrę. Daj naszej czwórce zaatakować, a ty i siostra zostańcie tutaj. Łowca też nie powinien się narażać. Mamy sojusz, ale nie to nie oznacza, że nieznajomi ludzie będą narażali za mnie dupę…
- Olaf. Polubiłam cię, nie spierdol tego. Tam jest Bobru, są moi przyjaciele. Nie mogę ich tak zostawić. Pójdziemy wszyscy i wszyscy wrócimy.  A teraz wracajmy już do domku – powiedziała pół żartem, pół serio.

                Noc mieliśmy spędzić przy dwóch domkach. Jeden z nich był zniszczony, jakby został zbombardowany od środka, drzwi były wyważone, a okna popękane, ale drugi wyglądał całkiem przytulnie i właśnie w nim spędziliśmy noc. Po krótkiej, ale sytej kolacji położyłem się na zapadniętej kanapie i myślałem przez zaśnięciem. Miałem nadzieję, że wszystko się uda.

sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 21: Za wszelką cenę

Rozdział 21, kolejny z perspektywy Magdy. Chyba najdłuższy rozdział w tym tomie. Mnóstwo akcji i spory zarys tego co będzie się działo z paroma bohaterami w kolejnym tomie. Dosyć brutalny rozdział, pełen zawirowań. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

----------------------------------------------

Rozdział 21 (Magda): Za wszelką cenę


                Łapa wydawała się być całkowicie nieobecna, kiedy tłumaczyłam Miczi i Krystianowi jaką dokładnie rolę odegrałam w planach Dziary. Zdradziłam im wszystko i poczułam się niesamowicie, gdy cały ciężar mogłam rozłożyć również na kogoś innego. Gdy skończyłam opowiadać o zniszczeniu barykady, Łapa ocknęła się i spojrzała na mnie. W jej oczach było widać determinację.
- Więc jaki jest plan? – zapytała.
- Wszystko już sobie ułożyłam – powiedziałam – I myślę, że zapłacimy Dziarze, za to co nam zrobił. Plan polega na tym… - zaczęłam, po czym podzieliłam się z całą czwórką tym co układało mi się w głowie od jakiegoś czasu. Nie było to jeszcze doskonałe i podczas opowiadania Miczi i Krystek przerywali mi parę razy, aż w końcu udało się nam ustalić wersję finalną. Plan był prosty, ale wymagał sporych poświęceń moralnych. Gdy podsumowaliśmy to po raz ostatni, Miczi zapytała.
- Kiedy to zrealizujemy?
- Hmm… myślę, że przy najbliższej okazji, gdy coś dużego będzie się działo na terenie Ostoi – zaproponował Krystek.
- Za trzy dni podobno ma być egzekucja Jakuba i jakaś duża msza. Myślę, że to może być to! – powiedziałam, zgodnie z tym, co powiedział mi jakiś czas temu Dziara.
- W sumie, wtedy mielibyśmy wolne pole do popisu. Bo na kogo ostatecznie możemy wpaść w Kwaterze Głównej, poza Dziarą? – zapytała Miczi.
- Właściwie na każdego z Czerwonych Flar… - powiedziałam – Chociaż z kolei wątpię żebyśmy na kogoś tam wpadli, jeżeli wybierzemy odpowiedni moment.
- A jak wpadniemy na Bobra? – zapytała Łapa.
- Tego się najbardziej obawiam – stwierdziłam -  jeżeli wpadniemy na kogokolwiek nieszkodliwego to go ogłuszmy. Ale jak ktoś będzie agresywny nie bójcie się zabić – te słowa brzmiały tak dziwnie w moich ustach, że nie byłam pewna tego, czy to na pewno ja je mówię. Stałam się potworem, jednym z wielu przemierzających teraz świat.
                Po chwili ciszy postanowiłam się dopytać.
- Wszystko jasne? Czy ktoś ma jakieś pytania?
- Chyba muszę powiedzieć Bobrowi, że opuszczam Toruń – powiedziała Łapa nieco nieobecnym głosem, jak gdyby w ogóle nie słyszała mojego pytania.
- Tylko nie zdradź mu naszego planu. Nie może o tym wiedzieć – powiedziała Miczi.
- Nie martwcie się… jakoś mi się uda.
- Co robimy po zrealizowaniu głównego założenia planu? – zapytał Krystian.
- Ty i Marta poczekacie przy którymś wyjeździe i załatwicie nam drogę ucieczki. Wtedy przynajmniej nie będziemy aż tak widoczni, jak bylibyśmy w piątkę i to z dzieckiem – zaproponowałam.
- Może przy południowym? Przejechalibyśmy Wisłę i uciekli na drugi brzeg przez most.
- Dobry pomysł – skwitowałam.
- Czyli wszystko mamy ustalone? – zapytała Miczi.
- Myślę, że tak. Teraz wracajcie do siebie i postarajcie się nie kręcić po mieście za bardzo. Jak zacznie się akcja musimy wszyscy szybko się ze sobą spotkać, inaczej z planu nici – powiedziałam.
                Wszyscy zgodnie kiwnęli głowami po czym powoli rozeszli się do siebie. Ja z Krystianem i Martą poszliśmy na dół. Tuż przed pożegnaniem się z Łapą, szepnęłam do niej na ucho.
- Nie rób niczego głupiego, błagam.
Oczywiście mi nie odpowiedziała, bo na korytarzu z nami byli dwaj strażnicy, którzy nie odstępowali nas na krok. Podczas akcji na pewno uda nam się ich pozbyć, ale teraz wciąż stanowili problem i byli w stanie kompletnie zniszczyć nasze plany, jeżeli tylko usłyszeliby coś, co później przekazaliby Szeryfowi. Wydawało mi się, że Łapa kiwnęła głową, ale tego nie byłam pewna. Zmęczenie dawało się we znaki, a pora była już późna, więc po pożegnaniu się z Łapą wróciłam do swojego mieszkania razem z Krystkiem oraz Martą. Z koców i poduszek ułożyliśmy młodej prowizoryczne posłanie i gdy upewniliśmy się, że niczego jej nie brakuje to położyliśmy się spać w sypialni.
                Rankiem zjedliśmy śniadanie, podczas którego dyskutowaliśmy. Marta miała całkiem ciekawe poglądy i informacje dotyczące Torunia i gdyby wpadła w ręce jakiejś wrogiej grupy, na pewno byłaby cennym zakładnikiem. Opowiedziała trochę o tym, jak wyglądała praca jej ojca i poznaliśmy wtedy sporo faktów dotyczących funkcjonowania organu władz. Po zjedzeniu postanowiliśmy się przejść. Do południa przesiedzieliśmy w najbardziej żywej części Ostoi, czyli szklarni, a chwilę po południu poszliśmy do baru. W środku nie było za dużo osób, wszyscy siedzieli w domach, bo pogoda była naprawdę paskudna, ale paru bywalcom to zupełnie nie przeszkadzało.
                Około piętnastu minut po naszym wejściu, ku mojemu zdziwieniu, do baru wszedł Bobru. Wyglądał dosyć kiepsko. Nawet mnie nie zauważył i skierował swoje kroki prosto do barmana. Po chwili usiadł gdzieś w kącie z kuflem piwa i patrzył nieobecnym wzrokiem gdzieś przed siebie.
- Myślisz, że to przez Łapę? – zapytał Krystek.
- Jeżeli tak to całkiem ciekawe. Myślałem, że ich związek to coś luźnego i nie zobowiązującego, a jednak on wygląda jakby cały jego świat się rozpadł – powiedziałam.
- Z tego co mi opowiadali, to on przeszedł naprawdę dużo jako przywódca tego obozu w Królowym Moście. Byłaś tam? – dopytał Krystek.
- Nie, spotkaliśmy się w drodze. W sumie cieszę się, że wpadłam akurat na niego, bo gdybym miała sama wdrażać w życie plan odbicia brata, to raczej by mi to nie wyszło.
- Szkoda, że odchodzimy od niego. Co prawda spotkałem go niedawno, ale kiedyś byliśmy kumplami. Trochę źle się z tym czuję…
- Ja też kochanie, ale on nie odejdzie z nami, a ja nie mogę czekać tylko dla niego z uratowaniem brata. On jest tam sam, w podziemiach Kwatery Głównej… - to mówiąc ściszyłam nieco ton głosu. Nie chciałam, żeby mnie ktoś usłyszał. Człowiek Szeryfa wciąż siedział niedaleko.
                Nagle do baru wszedł Karzeł. Był mocno zasapany i wyglądał jakby przed czymś uciekał. Podszedł do Bobra i coś mu wyszeptał na ucho, po czym wyciągnął go przed bar. Serce zabiło mi szybciej. Czyżby okazja trafiła się nam tak szybko? Wstałam i podążyłam za nimi, a za mną pobiegł Krystek oraz Marta. Deszcz ciągle padał, więc od razu po wyjściu zderzyłam się z falą zimnej wody. Nie przeszkadzało mi to, bo w mojej głowie działy się cudowne rzeczy. Czułam przypływ słodkiej adrenaliny.
                Biegliśmy za Karłem i Bobrem, trzymając się w niedużym odstępie. Im bliżej wschodniej granicy Ostoi byliśmy, tym więcej osób dołączało do pochodu. Coś się działo to było pewne, ale co? Czy sytuacja będzie na tyle poważna, że będziemy mogli wdrożyć nasz plan w życie? Po chwili nie mogłam się już normalnie poruszać, więc złapałam Krystka i Martę za ręce i zaczęłam się przepychać przez tłum ludzi. Bobru, Karzeł oraz czwórka strażników obserwowała coś, co działo się za ogrodzeniem. Ludzie szeptali pomiędzy sobą, ale przez deszcz nie mogłam usłyszeć niczego konkretnego.
W końcu Karzeł kazał nam wszystkim się odsunąć, a następnie otworzyć bramy. Byłam mocno skołowana. Czekałam ciągle na potwierdzenie, że sprawa będzie poważna i że wszyscy będą zajęci nią podczas gdy my stąd uciekniemy. Gdy zobaczyłam grubego mężczyznę przechodzącego przez bramę wraz z paroma nieznajomymi i związanym Ernim wiedziałam już, że to jest to. Zaczęłam się wycofywać z tłumu, żeby jak najszybciej dobiec do Miczi oraz Łapy. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tą pierwszą przepychającą się przez tłum do mnie.
- Działamy? – zapytała.
- Tak – odpowiedziałam szybko zanim strażnik Szeryfa do nas dobiegł – Krystian, wiesz co masz robić – odwróciłam się do chłopaka i pocałowałam go – Powodzenia.
                Wraz z Miczi biegłyśmy, żeby nie stracić nawet sekundy cennego czasu. Strażnik biegł parę kroków za nami. Wykorzystałam to, żeby porozmawiać z ciemnowłosą.
- Nie pomyśleliśmy o jednym – zaczęłam.
- O czym? – zapytała zdziwiona.
- Nasze rzeczy. Zdążymy je zabrać po całej akcji?
- Cholera! Mam nadzieję… - odpowiedziała.
- Tak czy siak, z tego co dowiedziałam się od małej, to samochody są przygotowane jeżeli chodzi o zapasy. W każdym jest zestaw koców, parę puszek żarcia, pistolet, oraz apteczka – powiedziałam.
I na tym urwałyśmy rozmowę, bo byłyśmy już przy budynku mieszkalnym. Wspięłyśmy się szybko na piętro, na którym mieszkała Łapa. Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam, że strażnik Łapy stoi na warcie przed jej drzwiami, bo oznaczało to nie mniej nie więcej, że Łapa jest w środku. Zapukałam gwałtownie parę razy i po chwili zobaczyłam Łapę w pełnej okazałości – jak zwykle ubraną na czarno, z ciemnymi włosami związanymi w warkocz, który niczym wąż opadał na jej plecy.
                Weszłam bez wyraźnego zaproszenia do środka razem z Miczi, a mój strażnik dołączył do swojego przyjaciela na zewnątrz. Łapa spojrzała na mnie pytająco, ale już domyślała się jaki jest powód naszej wizyty.
- Co się stało?
- Wschodnia barykada dała nam szansę! – powiedziałam z entuzjazmem – Zbłąkany Ocalały wpadł w ręce jakichś bandziorów i chyba to trochę potrwa. Teraz możemy działać!
- Widziałyście tam Dziarę? – zapytała Łapa.
Teraz zdałam sobie sprawę z tego, że Dziary tam nie widziałam. Ale byłam już kompletnie przekonana do tego co trzeba zrobić i kiedy to trzeba zrobić.
- Chyba kręcił się gdzieś po placu. Zresztą nawet jak będzie w Kwaterze Głównej to nie powinien stanowić dla nas żadnego wyzwania.
Łapa zawahała się na chwilę, ale po chwili kiwnęła tylko głową i podeszła do szafki, z której wyciągnęła broń – pistolet oraz nóż. Oba przytroczyła do paska po czym ruszyła w stronę drzwi. Tuż przed wyjściem zatrzymała nas jednak Miczi.
- Co zrobimy z waszymi strażnikami? – zapytała.
                Chciałam coś odpowiedzieć, ale Łapa przerwała mi.
- Zabijemy ich.
To była właśnie cała Łapa. Uśpiona podczas związku z Bobrem, bycia członkiem rady oraz całego pobytu w Ostoi teraz budziła się, dzika jak podczas podróży do Torunia. To było ciekawe i przerażające zarazem.  Podeszła do drzwi i obejrzała się w naszą stronę po czym przyłożyła palec do ust i uśmiechnęła się szeroko. Następnie otworzyła gwałtownie drzwi i wtedy się zaczęło. Pierwszy strażnik nie zdążył się nawet odwrócić. Był absolutnie zaskoczony, ale nie zdążył zareagować bo Łapa ukąsiła go nożem prosto w szyję i po chwili leżał w rosnącej kałuży krwi osuwając się plecami po ścianie na podłogę.
                Drugi z nich starał się szybko zareagować wyciągając broń, ale dopisało nam szczęście bo broń utknęła w kaburze, co dało czas Łapie na wyprowadzenie ataku. Pchnęła nożem w brzuch strażnika, ale ten jakimś cudem uniknął ataku i wymierzył cios prawą ręką. Nie trafił Łapy w głowę, ale odepchnął ją i sprawił, że straciła równowagę. Chciałam już pomóc, ale Łapa szybko się opanowała i uderzyła ponownie, tym razem trafiając prosto w brzuch. Poprawiła potężnym kopniakiem w szczękę i gdy upewniła się, że udało jej się zabić obu, wytarła nóż o spodnie.
                Spojrzała na mnie i z pewnością zauważyła przerażenie w moich oczach bo odezwała się.
- Koniec gierek z Dziarą i jego przydupasami. Takich pionków nie ma nawet sensu oszczędzać. Nie chowajcie ciał, nie mamy na to czasu.
Posłuchałam się jej i razem z Miczi ruszyłyśmy za nią. Szła pewnym krokiem, ale nie biegła, tak jakby cieszyła się każdym pojedynczym momentem tego co miało się stać. Naszym celem było odbicie naszego rodzeństwa. Miałam nadzieję, że Krystek będzie w stanie przygotować nam drogę ucieczki.
                Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy kompletnie nie zwracali na nas uwagi. Jedyne czego się bałam to, to że mogłyśmy wpaść na Szeryfa, a gdy ten zauważy, że nie z nami strażników może nas zatrzymać. Jego tak łatwo na pewno byśmy nie zabiły, a nawet jeśli to szybko byśmy zostały złapane. Dlatego poruszałyśmy się bocznymi uliczkami. Nasza trójka była zdeterminowana i jak widać dopisywało nam szczęście.
                Niecałe pięć minut później stałyśmy już przed drzwiami Kwatery Głównej. Byłam zdenerwowana, ale adrenalina pozwalała mi się utrzymać na nogach. Ręce mi drżały, kiedy wyciągnęłam je żeby otworzyć drzwi, kiedy nagle Łapa złapała mnie za rękę.
- Wejdź tam i zobaczy, czy ktoś tam jest. Zostaw uchylone drzwi, usłyszymy, że coś się dzieje i wejdziemy. Postaraj się to mądrze rozegrać Magda… proszę cię.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam. Teraz nadszedł czas, gdzie ja musiałam wypełnić swoją część planu. Łapa pozbyła się ochroniarzy, Krystian poszedł załatwić pojazd do ucieczki, a ja musiałam wkraść się do kryjówki potwora. Odetchnęłam głęboko i licząc, że nikogo tu nie spotkam otworzyłam drzwi.
                Zanim zdążyłam postąpić krok na przód wiedziałam, że ktoś tu jest. Słyszałam muzykę grającą w tle. Przykryłam pasek, przy którym miałam pistolet bluzą i weszłam zostawiając lekko uchylone drzwi. Moja pewność siebie nieco osłabła, bo moje zadanie okazało się być znacznie trudniejsze niż powinno. Ale teraz nie mogłam się już wycofać, musiałam to rozegrać mądrze. Zobaczyłam Dziarę siedzącego przy stole z szklanką jakiegoś drogiego alkoholu koloru spłowiałego bursztynu. Gdy mnie zauważył otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.  Nie wstał jednak, dalej siedział.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał. Był pijany, to była moja przewaga.
- Nie słyszałeś o tym co się dzieje? Zbłąkany Ocalały jest pod jedną z barykad, jacyś bandyci…
- Ta… słyszałem. To nie moja działka, niech Karzeł się wykaże, póki może – to mówiąc uśmiechnął się paskudnie.
- Co masz na myśli? Póki może? – zapytałam, podchodząc coraz bliżej Dziary i grając na czas.
- Plan. Nie pamiętasz już? Za parę dni będzie trupem, a ja obejmę władzę. Muszę przyznać, że ostatnio całkiem nieźle sobie radził, ale to nie zmienia faktu, że jest chujowym przywódcą. A sam nie odda mi tego stanowiska.
- Jeżeli jesteśmy przy oddawaniu, kiedy wypuścisz swoich zakładników? – zapytałam bezczelnie.
- Mówisz o trójce z moich podziemi? Od razu po śmierci Karła, chociaż musisz przyznać, że podoba ci się ta współpraca, co? – zapytał równie bezczelnie.
                Nie wiem co mnie bardziej zszokowało – informacja o trzecim więźniu, o którym wcześniej nie słyszałam, czy fakt, że Dziara nie widzi jak bardzo go nienawidzę. Nie chciałam jednak dać po sobie poznać, że wyprowadził mnie z równowagi. Byłam nerwową osobą, ale teraz musiałam się trzymać.
- Skoro już tu jestem, a ty tryumfujesz, może pozwoliłbyś mi zobaczyć się z bratem? – zapytałam.
- Niestety, nie ma takiej opcji – powiedział – Wybacz.
                Nie miałam kompletnie pomysłu jak to dalej rozwiązać, więc musiałam przejść do ofensywy. Wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam prosto w głowę Dziary. Byłam pewna siebie do momentu, kiedy Dziara kompletnie się nie zdziwił moim zachowaniem, a wręcz się uśmiechnął. Stara rana na nodze, którą zdobyłam w więzieniu odezwała się znowu, kiedy moim ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia. On wstał i podszedł do mnie, a ja starałam się nie opuścić pistoletu, chociaż ręka drżała mi z przerażenia.
- Ani kroku bliżej. Zabiję cię, jeżeli się zbliżysz – ostrzegłam, nie mogąc się doczekać, aż Łapa i Miczi przyjdą mi z pomocą. Jak na zawołanie drzwi otworzyły się, a ja odeszłam parę kroków do tyłu, stykając się plecami ze ścianą. Zobaczyłam jak Łapa biegnie w stronę Dziary, a Miczi spokojnie zamyka drzwi. Dziara tym razem widocznie się przestraszył, ale nie cofnął się, przygotował się do odparcia ataku. Coś w rękach Łapy błysnęło szybko, ale nie zdążyłam się przyjrzeć, bo dostałam od niego z pięści w brzuch i zwinęłam się na podłodze.
                Zdążyłam tylko zobaczyć jak sięga po pistolet, ale Łapa była już zbyt blisko i korzystając z siły rozpędu kopnęła go w dłoń i pozbawiła broni. Niestety kosztowało ją to utratą równowagi, co Dziara pomimo swojego stanu natychmiast wykorzystał kopiąc ją w udo. Ta krzyknęła, ale nie przewróciła się. Zamachnęła się nożem, próbując  go trafić, ale ten, podobnie jak pistolet, wyleciał z jej rąk po tym jak Dziara jej go wybił. To dało jej chwili do namysłu i wykorzystała ją do wymierzenia kopniaka w brzuch dowódcy Czerwonych Flar. Brzuch bolał mnie fatalnie, więc wiedziałam jak on się teraz czuje. Dziara jednak nie upadł. Zgiął się tylko na chwilę po czym przyspieszył i całą siłą natarł na Łapę wywracając ją. Usiadł na niej i wymierzył jeden mocny cios w jej głowę. Ta próbowała się wyrwać, ale Dziara po prostu był cięższy i silniejszy. Ja ciągle zwijałam się z bólu i już chciałam wstawać, kiedy do akcji weszła Miczi.
Dziara raczej jej nie zauważył, dlatego tak pewnie natarł na Łapę, za co teraz miał zapłacić. Miczi podeszła od tyłu i wbiła mu nóż w prawy bok. Dziara zajęczał przeciągle, a Łapa wykorzystała to i uderzyła go z dużą siłą w kroczę. Ten złożył się na boku, podobnie jak ja, a Łapa wstała i kopnęła go w twarz. Plama krwi zaczęła rosnąć na jego ciele, a on sam wypluł ząb na podłogę wraz z krwistą śliną. Wygrałyśmy. Miczi już szykowała się do zadania kolejnego ciosu nożem, a ja wstałam, żeby też się przyczynić do śmierci Dziary, ale Łapa nas zatrzymała.
- Nie róbcie… tego – powiedziała dosyć stanowczo, oddychając ciężko.
- Co? – zapytałyśmy właściwie razem.
- Nasza mała zemsta będzie miała sens jeżeli to miejsce będzie dalej istniało. Jeżeli drugi dowódca zginie za parę dni, a ten zostanie zabity przez nas to, to miejsce upadnie, albo przywódcą zostanie Bobru lub ktoś inny z Czerwonych Flar. Zostawmy to tak jak jest. Zwiążcie go, oczywiście nie przepuszczę okazji, żeby pamiętał do mnie do końca swojego skurwiałego życia.
                Posłuchałyśmy jej i po chwili Dziara siedział przywiązany do krzesła, wciąż z raną kłutą na boku. Łapa oparła się o stół pośladkami, tak, że była twarzą w twarz przed nim.
- Słuchaj cwaniaczku, daruje ci życie, ponieważ mam w tym interes, ale uwierz, że gdyby nie pewna osoba, to zapewne umierałbyś długo i w piekielnych męczarniach. Ale tego nie zrobię, to ci mogę obiecać… - zaczęła mówić, ale nie usłyszałam reszty bo pokuśtykałam do podziemi, żeby uwolnić więźniów. Rana w nodze bolała i dokuczała przy każdym kroku, ale udało nam się. Gdy tylko zeszłam do znajomej mi już piwniczki, sięgnęłam po lampę i przywołałam światło, na mroczne ściany i klatki. Teraz rzeczywiście zauważyłam trzecią klatkę, które poprzednim razem jak odwiedzałam to miejsce musiała być zakryta. Siedział tam łysiejący mężczyzna, mający na oko jakieś trzydzieści lat. Nie miałam pojęcia kim on był, ale wzięłam klucze i otworzyłam wszystkie trzy klatki. Gdy brat wylądował w moich objęciach popłakałam się ze szczęścia, ale wiedziałam, że nie ma teraz czasu na zbyt długie rozczulanie się. Musieliśmy uciekać.
- Tak się cieszę, że cię widzę siostra… - powiedział wspinając się niemrawo po schodach. Siostra Łapy była w podobnym, skołowanym stanie, ale mężczyzna trzymał się całkiem nieźle. Podziękował mi, ale nawet się nie przedstawił, nie było zresztą na to czasu. Zanim wspięliśmy się do głównej Sali Kwatery Głównej, usłyszeliśmy dwa przeciągłe krzyki. Męskie krzyki. Łapa zaczęła.
                Gdy weszliśmy do pomieszczenia, w którym siedział przywiązany Dziara, Łapa bez słowa ominęła mnie i wleciała w objęcia siostry. Trwały w nim krótko, a gdy skończyły Łapa ucałowała siostrę w czoło, po czym rzuciła tylko.
- Zmywajmy się stąd.
Gdy mijałam Dziarę zrobiło mi się słabo. Zdecydowanie zemdlał, ale nie dziwiłam się. W jego ustach były dwa kciuki. Jego własne kciuki. Wyszliśmy z budynku w szóstkę. Mężczyzna bez pytania za nami podążał, więc było jasne, że już nam zaufał, w końcu go uratowałyśmy. Poruszaliśmy się szybko i za każdym razem, kiedy ktoś szedł uliczką przystawaliśmy na chwilę i chowaliśmy się. W końcu Młoda, Marek oraz mężczyzna byli ubrani w jakieś szmaty i od razu by wzbudzili podejrzenia. Poza tym ja kulałam, co również budziło podejrzenia.
                Gdy byliśmy już niedaleko południowej barykady, więzienia, szpitala i paru innych ważnych budynków, schowaliśmy się raz jeszcze, bo ulicą spacerowali strażnicy. Jak na złość zatrzymali się na pogawędkę i wysikanie się, tuż przy uliczce na której się chowaliśmy. Deszcz padał już nieco słabiej, więc wszyscy dokładnie usłyszeliśmy o czym rozmawiają.
- Wymiana jest chujowa Krzysiu… Szef chyba oszalał… - powiedział ten sikający.
- Stary Erni jest spoko, dowozi nam ciągle nowych ludzi, a jego przyjaciele to też solidna firma. Po mojemu to się opłaca… - odpowiedział Krzysiek.
- Chuja tam. Grubas coś kombinuje i myślę, że może oszukać i Szefa i Bobra. W końcu po wymianie Gruby zostanie tutaj, żeby pilnować tego wyrostka, który leży u nas na sali operacyjnej . jak mu tam było? – zapytał strzepując ptaszka.
- Daniol, czy jakieś takie coś. Dziwne imię – odpowiedział drugi.
- Dalion! Tak to było! To ksywka czy imię, jak stawiasz? – odpowiedzi już nie usłyszeliśmy bo obaj strażnicy się oddalili. Już mieliśmy iść dalej, kiedy Miczi zatrzymała się. Odwróciłam się do niej.
- Co się stało? – zapytałam.
- Mam coś do załatwienia, idźcie beze mnie. Jak chcecie poczekajcie, jak nie to jedźcie.
- Co? Jak to? Co się stało?
- Po prostu idźcie. Jeżeli rano mnie nie będzie po drugiej stronie mostu to jedźcie stąd – powiedziała.
- Co się dzieje? – zapytała Łapa.
- Idźcie, muszę coś zrobić – odpowiedziała Miczi.
- Chodzi o Daliona prawda? – zapytała Łapa.
                Zdziwiło mnie to. Nawet ona wiedziała?
- Tak. Idźcie już błagam, poczekajcie na mnie przy moście jeżeli możecie, jak mnie nie będzie do rana to po prostu uciekajcie stąd.
- Pójdę z tobą – zaproponowałam po czym odwróciłam się nie czekając na zgodę – A wy poczekajcie po drugiej stronie mostu. Jak ktoś was będzie szukał, albo nie przyjdziemy do rana to uciekajcie.
- Nie wiem czy to dobry pomysł… ale poczekamy. Postarajcie się uwinąć szybko – poprosiła Łapa. Pożegnałyśmy się z resztą i obserwowałyśmy cicho jak odchodzą w stronę południowej barykady.
- O co chodzi z tym Dalionem? – zapytałam.
- Skurwiel musi zapłacić za to co mi kiedyś zrobił. Obiecałam to sobie. Jeżeli jest w szpitalu i to ledwo żywy to mamy przewagę. Chodź.
                I poszłam. Miczi prowadziła mnie i gdy w końcu dotarłyśmy do szpitala wślizgnęłyśmy się po cichu do środka. Było tu sporo ludzi, ale nikt nie zwracał na nas specjalnej uwagi. Miczi podeszła do jednego z lekarzy i zapytała o coś. Ten spojrzał na nią podejrzliwie, po czym wskazał coś ręką. Ta podziękowała mu i wróciła do mnie.
- Leży w sali pod koniec korytarza. Myślę, że powinnyśmy zaczaić się do późnego wieczora, aż trochę się tu uspokoi i wtedy go odwiedzić – powiedziała.
- Skoro tak mówisz – odpowiedziałam. Poszłam za nią do jednej z toalet i tam czekałyśmy. Co jakiś czas wchodzili tutaj ludzie, ale kabin było dużo i nie zwracali uwagi, że jedna jest zajęta od paru godzin. Miczi wyglądała na zdeterminowaną, ale smutną. Strach było pomyśleć, co ten człowiek musiał jej zrobić, żeby wywierać aż takie emocje.
                Wydawało mi się, że minęły całe dni, ale tak naprawdę nie mogło minąć więcej niż pięć godzin, gdy w końcu Miczi poderwała się gwałtowanie i kiwnęła głową na znak, że czas działać. Po cichu opuściłyśmy toaletę i wychyliłyśmy się na korytarz. Było całkowicie pusto i panowała martwa cisza. Ruszyłyśmy po cichu w stronę wyznaczonego przez lekarza pomieszczenia. Zastanawiałam się co mnie podkusiło, żeby tutaj przyjść. Teraz na pewno znaleźli już Dziarę i on najprawdopodobniej też tu był i jeżeli powiedział komukolwiek o tym co mu zrobiłyśmy to zginiemy marną śmiercią.
                Miczi jednak się nie przejmowała. Weszła do środka po cichu niczym mysz i przepuściła mnie. W łóżku leżał chłopak, który był młodszy ode mnie, a nawet od niej. Wyglądał na góra piętnaście lat. Widać jednak było, że sporo przeżył, bo jego brzuch był owinięty bandażem i opatrunkiem i nie miał jednej ręki. Przy łóżku drzemał jakiś człowiek, który zapewne go pilnował. Zanim zdążyłam zapytać szeptem Miczi, o to, co z nim zrobimy, zobaczyłam jak ta podchodzi do niego po cichu i pewnym ruchem skręca mu kark. Nie chciałam nawet wiedzieć, gdzie się tego nauczyła. Przytrzymała ciało, żeby te nie narobiło hałasu, po czym przesunęła je w kąt pomieszczenia.
- Pomożesz mi go przywiązać do poręczy łóżka? Nogi i rękę. Kikut może zwisać.
                Posłuchałam jej i  po chwili Dalion był przywiązany ciasno do poręczy łóżka, ale dalej spał.
- Teraz postawmy łóżku do pionu – poprosiła. Nie było to łatwe, bo Dalion jednak trochę ważył, ale po chwili łóżko stało niczym totem przesunięte pod ścianę. O dziwo Dalion wciąż spał, widocznie podali mu jakieś środki na sen.
- Teraz weź tą kroplówkę ze stojakiem i poczekaj przy ścianie. Pewnie zaraz będzie gorąco, jak ktoś będzie wbiegał to po prostu go zatrzymaj.
Ponownie zastosowałam się do jej prośby i biorąc stojak z foliowym woreczkiem przywiązanym na górze, niedawno połączonym z ręką Daliona, podeszłam pod drzwi i obserwowałam. Miczi rozebrała Daliona, rozrywając nożycami chirurgicznymi jego ubrania, po czym gdy ten wisiał tak nagi i żałosny, wzięła do ręki skalpel.
                Wyglądała jakby chwilę się zastanawiała nad tym, co chcę zrobić, ale po chwili przycisnęła ostrze skalpela do klatki piersiowej chłopaka i zaczęła wycinać. Tym razem ten się zbudził nie do końca wiedząc o co chodzi. Było jednak za późno na reakcję, bo Miczi skończyła robotę i sutek Daliona upadł z ohydnym plaskiem na ziemię. Zbierało mi się na wymioty i z trudem się powstrzymywałam. Dalion krzyknął coś jak oszalały, a potem gdy zobaczył, że stoi przed nim Miczi to krzyknął jeszcze głośniej. Usłyszałam odległe kroki na korytarzu. Przygotowałam stojak, a Miczi sięgnęła po nożyce.
                Tak jak się spodziewałam umieściła pomiędzy nimi członka Daliona i już miała działać, kiedy drzwi zatrzeszczały, a po chwili wypadły z zawiasów. Do pokoju wbiegł gruby mężczyzna, Karzeł, Bobru oraz Erni. Gdy zobaczyli Miczi nie wiedzieli co zrobić, ale gruby mężczyzna rozpędził się i zaczął szarżować w jej stronę.  To była moja chwila. Przycelowałam stojakiem, żeby go zatrzymać, ale okazał się być tak ciężki, że gdy tylko stojak dotknął jego ciała, a ten poleciał w bok to usłyszałam chrupnięcie łamanej kości. Ból był niesamowity i kolejny raz tego dnia upadłam.
                Osiągnęłam jednak swój cel, bo grubas leżał teraz w resztkach stołu, na którym wylądował po moim odepchnięciu. Kolejny krzyk przeszył cały ośrodek, kiedy Miczi sprawiła, że oba ostrza nożyc się spotkały, przecinając to, co miały na swojej drodze. Fontanna krwi prysnęła na białą podłogę i Dalion drgał jeszcze chwilę w przedśmiertnych spazmach, po czym znieruchomiał. W tym czasie Bobru, Karzeł i Erni weszli do środka, ale gdy zobaczyli mnie natychmiast do mnie podeszli ,za wyjątkiem dowódcy Ostoi, który próbował ogarnąć co się stało, ale po chwili stracił równowagę ślizgając się na kałuży krwi i uderzając ciężko o posadzkę.
- Co… co tu się dzieje? – zapytał Bobru.
                Nie odpowiedziałam. Bolało mnie straszliwie, ale próbowałam wstać. Erni mi w tym pomógł. W tym czasie Gruby się podniósł, ale Miczi była szybsza. Wyciągnęła pistolet i strzeliła w kolano grubasa. Ten upadł ciężko w kałużę krwi. Miczi podeszła do niego i pociągnęła go za tłuste włosy tak, żeby widział jej twarz.
- Pamiętasz mnie skurwielu? – zapytała słodkim głosem.
Nie zdążył odpowiedzieć. Po tym jak na jego twarzy zamalowało się przerażenie Miczi wystrzeliła. Bobru podbiegł do niej i ją złapał, ale ona się wyrwała i wycelowała do niego.
- Daj mi odejść. Zemściłam się na nich, za sam wiesz co i dobrze wiesz, że to stałoby się prędzej czy później. Teraz opuszczam to piekło. Chodź Magda! – zawołała Miczi. Bobru odwrócił się w moją stronę, po czym spojrzał na leżącego Karła, a następnie znów skupił swoją uwagę na Miczi.
- Chwila, odchodzicie z Torunia? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałam cicho.
- Z Łapą prawda? Straciłem prawie wszystkich, a teraz tracę również was, tak? – zapytał rozgoryczony. Wyglądał teraz naprawdę staro. Broda pokrywała całą dolną część jego twarzy i była już równie długa, jak włosy na jego głowie. Jego postawa była znacznie mężniejsza, a na koszuli wyraźnie rysowały się mięśnie.
- Jeszcze kiedyś się spotkamy, jak też postanowisz opuścić to piekło Bobru. Jeżeli cię to interesuje to jedziemy na południe. Nie wiadomo jeszcze gdzie, ale jeżeli będziesz szukać, to znajdziesz. Bywaj i dziękuje za wszystko – powiedziała Miczi, po czym przeszła obok niego i podeszła do mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć, sytuacja była bardzo smutna. Bobru i Erni nie gonili nas jednak. Tylko obserwowali jak odchodzimy. A my załatwiłyśmy wszystko co miałyśmy załatwić. Ręka, noga i brzuch bolały mnie, ale to była i tak niewielka cena za sukces. Wyszłyśmy ze szpitala i skierowałyśmy nasze kroki na południe. Zaczynał się nowy epizod naszego życia. Toruń był przeszłością.