niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział 19: Ucieczka od rzeczywistości

Następny rozdział, w którym jest duży przełom na końcu. Czytajcie :D Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 19: Ucieczka od rzeczywistości


                Siedziałem w kuchni, przygotowując jedzenie, a kolejni domownicy kolejno schodzili zaspani, żeby rozpocząć kolejny dzień pracy. Starałem się nie myśleć o moich nocnych snach, lecz myśli powróciły spotęgowane, kiedy zobaczyłem Monikę schodzącą po schodach. Była tak podobna z wyglądu do siostry. Starałem się odganiać te myśli od siebie i skupić na tym co ważne. Przywitałem Natalie pocałunkiem. W moich myślach jednak dalej pojawiał się obraz Łapy. Opuściłem po zjedzeniu dom i zrobiłem rundkę wzdłuż ogrodzenia, zatapiając się w myślach.
                 Widziałem Miczi, która rozmawia z Dalionem przed bramą. Nie chciałem im przeszkadzać. Emocje we mnie kipiały, w końcu nie wytrzymałem i uderzyłem ze złością w pobliskie drzewo tak, że aż zabolała mnie ręka. Miałem wszystko co chciałem, a jednak kolejna osoba namieszała mi w głowie. Przez tak długi czas, myślałem tylko o Natalii. Teraz, kiedy miałem ją u swego boku w obozie, zachciało mi się więcej. Nie mogłem uwierzyć w to jakim idiotą jestem. Musiałem koniecznie zająć czymś myśli, więc zwołując wszystkich przyjaciół wziąłem się za okopanie ostatniej strony obozu.
                Starałem się nie spoglądać w stronę obozowiska Łapy, chociaż dźwięk jej głosu, wydającego rozkazy budowania ogrodzenia i nieustanne stukanie, nie pozwoliły mi tego ignorować. Godziny mijały i w końcu wieczorem mogliśmy zobaczyć efekty naszej pracy. Całe ogrodzenie było teraz otoczone głębokim dołem, oczywiście zostawiając miejsce na wyjście lub wyjechanie. Zadowoleni z roboty postanowiliśmy świętować. Sołtys znalazł butelkę dobrego wina i rozlał każdemu. Wznieśliśmy toast, ciesząc się kolejnym sukcesem. Wszyscy byli padnięci. Nie do końca nawet pamiętałem, kiedy coś zjadłem i położyłem się spać. Tym razem nie śniło mi się nic, co pozwoliło mi trochę zapomnieć o zaistniałej sytuacji.
                 Z rana jednak sytuacja się powtórzyła, kiedy Łapa wpadła powiadomić nas o ukończeniu ogrodzenia i żeby zobaczyć się z siostrą. Nie mogąc wytrzymać, zdecydowałem w końcu, że muszę wyrwać się z obozu i przejść gdzieś. Poszedłem z tą myślą do Cinka, który pilnował jednej z bram:
— Stary, idę się przejść, wrócę niedługo – rzuciłem, otwierając sobie bramkę.
— Czekaj. A propos przejścia, wpadłem ostatnio na pewien pomysł – powiedział Cinek.
— Jaki konkretnie?
— Co myślisz o małym wypadzie? Ja, ty i Erni. Przejechalibyśmy się na mały zwiad, może odwiedzili jakąś pobliską wioskę i zdobyli trochę zapasów? Nie, żeby się nam kończyły, w końcu to cholerna wieś, ludzie mają tu żarcia w ciul, ale jednak można by skombinować jakiś alkohol, może coś do czyszczenia się? W końcu mamy dostęp do ciepłej wody. Wypiłbym coś poza tym, a ten dziadek odbyt nie pozwala zabierać żadnego wina z jego piwnicy. Hmm?
                Nie zastanawiałem się długo. W takim gronie z chęcią mogłem spędzić te popołudnie. Przed wyjazdem przedstawiliśmy plan Kiciusiowi. Następnie podszedłem do Giganta i kazałem mu mieć na wszystko oko, szczególnie na siostrę Łapy, Łapę i Natalię. W końcu po trzydziestu minutach, zapakowaliśmy się w auto i opuściliśmy obóz, kierując się na północ do Kołodna, które widziałem z wieży obserwacyjnej. Planowaliśmy potem odbić na zachód prosto do małej wsi Cieliczanki i być może zahaczając o Supraśl, w zależności, czy miasto będzie wyglądało bezpiecznie. Droga była spokojna, choć widoczne były ślady ucieczki oraz wszechobecnej śmierci. Na zakręcie, w rowie, stało puste auto. Tuż obok widać było zwłoki, których nie potrafiłem rozpoznać, bo znikły równie szybko, jak się pojawiły. Kierował Kiciuś, wydawało mi się, że on najlepiej się nada do tego zadania.         Następnym miejscem, które minęliśmy był stary tartak. W wakacje zawsze pachniało stamtąd żywicą i życiem, a teraz było tam cicho i widać, że zakład dawno opustoszał. Dojeżdżaliśmy do wsi Kołodno, zwalniając trochę i obserwując dokładnie, czy nie widać nigdzie ocalałych lub, czy nie słychać jakichś odgłosów. Usłyszeliśmy powarkiwanie zombie ze sklepu, do którego podjeżdżaliśmy. Ernest zatrzymał auto i w trójkę wysiedliśmy. Słońce oświetlało mały, wiejski „monopolowy” i otaczające go stoliki, gdzie zazwyczaj można było znaleźć pijaczków. Teraz też tam siedzieli, tylko, że już nie żyli. Jeden kłapał mordą, próbując się uwolnić z leżącego na jego nogach stołu, a drugi machał do nas rozkładającą się dłonią zza płotu. Podszedłem do tego pierwszego i pewnym, szybkim uderzeniem pozbyłem się go. Do drugiego doskoczył Cinek, który wyposażony w topór, stanowił spore zagrożenie. Topór wziął z działki Kiciusia, była to solidna broń, kupiona kiedyś przez jego rodziców w celu rąbania drewna. Ostrze potrafiło, przy użyciu niedużej siły, rozrąbać ogromną kłodę drewna na pół. Bez problemu poradziło sobie z gnijącymi kośćmi pijaka. Gdy zauważyliśmy, że nic więcej nam nie zagraża, zacząłem:
— Nie ma sensu, żebyśmy wszyscy wchodzili do środka. Ja z Cinkiem szybko zobaczymy, czy jest tam coś wartego zabrania, a ty pilnuj auta Kiciuś. Krzycz jakbyś kogoś zauważył – powiedziałem, otwierając drzwi.
                W sklepie było dosyć jasno. Światło dostawało się do środka przez okno. Nie słyszałem, żadnych oznak tego, że ktoś tu jest, mimo to trzymałem w pogotowiu pistolet i nóż. Dałem znak Cinkowi, żeby sprawdził zaplecze, a sam ruszyłem w stronę półek. Stało na nich sporo różnych puszek, opakowań i paczek, ale wiedziałem, że nie wszystkie będą się nadawały do jedzenia. Posortowałem je szybko i zapakowałem do plecaka parę puszek fasolki, kilka konserw rybnych, zupki chińskie i parę mrożonek. Zobaczyłem, że mój kolega wychodzi z zaplecza z dwoma kratami piwa. Pomogłem mu nieść jedną z nich i zadowoleni zapakowaliśmy wszystkie zapasy do bagażnika. Rozejrzałem się po ulicy. Było czysto. Ciesząc się z łupu odkapslowałem pierwsze z piw i podałem po jednym dla moich towarzyszy. Usiedliśmy przy murku i zaczęliśmy pić:
— Pamiętacie, jak kiedyś na wakacje zwiedzaliśmy okolicę rowerami? Byliśmy nad mostem, w tej małej wioseczce Zasady i komary gryzły nas tak, że ledwo dało się jechać? – zapytałem.
— No pewno, że pamiętam! Łapaliśmy te ogromne żaby a potem je katapultowaliśmy łopatą na środek stawu – powiedział Erni, pociągając duży łyk.
— A pamiętacie jak zgubiliśmy się w lesie i zakurwialiśmy z tą śmieszną maczetą, próbując znaleźć drogę? – zapytał Cinek.
                Wszyscy wybuchliśmy serdecznym śmiechem. Moje myśli odbiegły daleko od apokalipsy zombie, Łapy oraz innych problemów, z którymi się teraz borykałem. Po wysuszeniu butelek dyskusja nadal trwała. Zbliżało się popołudnie, coś około godziny czternastej. Zacząłem w końcu temat, który nurtował mnie:
— Co uważacie u Łapie?
— Dobra dupa, ale coś czuje, że przy najbliższej okazji przegoni nas stąd. Kto wie czy teraz nic nie dzieje się z naszymi ludźmi. W końcu w obozie został tylko Miczi, Damian, Sołtys, Natalia, Nieznajoma oraz Jola. Gigant i Szpieg są niby z nami, ale kto wie czy nie pomogą w razie czego Łapie. Miejmy nadzieje, że ta dziewczyna nie rzuca słów na wiatr – rzekł Cinek.
— Bez obrazy Bolo, ale ja jej nie zaufam. Wiesz, że to ona załatwiła Eryczka. My zabiliśmy paru jej ludzi, ale to nie zmienia faktu, że nie nazwę jej przyjaciółką – dopowiedział Erni.
                Przemilczałem to. Wiedziałem, że nikt nie ufa Łapie i ja też powinienem ją olać, ale nie potrafiłem. Zostawiając butelki przed sklepem wsiedliśmy do auta. Przed nami dobre osiem kilometrów drogi do Cieliczanek. Byliśmy tam kiedyś na rowerach. Wtedy, kiedy apokalipsa była jedynie luźnym tematem, poruszanym podczas naszych rozmów, a nie rzeczywistością. Spoglądałem za okno na otaczające nas krajobrazy. Lasy, w których było widać coraz mniej liści, porzucone pola i opustoszałe chałupy. Wyjechaliśmy po chwili z Kołodna. Była to mała wieś, w której standardowo, domy były porozrzucane po obu stronach głównej ulicy. Wjechaliśmy na piaszczystą drogę i skręciliśmy na zakręcie w lewo, zmierzając coraz głębiej w las. Minęliśmy most, pod którym znajdywała się ta sama rzeczka, która płynęła przez Królowy Most. W lesie było zdecydowanie chłodniej, lecz powietrze tu było rześkie i lekkie. Zadowolony patrzyłem przez brudną szybę auta, na coraz to bardziej oddalające się domki Kołodna i otaczające nas coraz ciaśniej drzewa.
                W końcu, po paru minutach jazdy zobaczyliśmy ostatni zakręt przed wsią. Zwolniliśmy trochę i wjechaliśmy. Widok zombie chodzących między budynkami jak zwykle trochę mnie zasmucił, w końcu kiedyś byli to ludzie, ale zarówno cieszyłem się gdy je zobaczyłem, ponieważ oznaczało to, że nie ma tu żadnych ocalałych. Wysiedliśmy przy pierwszym z domków, który był niedaleko sklepu i wyciągnęliśmy bronie. Naliczyłem pięciu, chociaż nie mogłem być pewny, że w domach i sklepie nie ma ich więcej. Zamachując się nożem podbiegłem do pierwszego. Wbiłem ostrze w gardło trupa i pchnąłem go mocno w stronę płotu, przy którym stał. Poczułem krew spływającą z ostrza na moje dłonie, ale nie przejąłem się tym specjalnie. To nie był pierwszy i na pewno nie ostatni zombie jakiego zabijałem. Usłyszałem jak z tyłu Cinek rozprawia się z kolejnym. Kawałek dalej zobaczyłem jak dwa trupy idą w stronę Kiciusia. Po chwili usłyszałem trzask oznajmujący, że siekiera wbiła się głęboko w głowę pierwszego zombiaka a następnie zgrzyt, który musiał oznaczać, że drugi również poległ. Ostatni z tych, które zauważyłem stał na ganku jednego z domów. Drzwi były otwarte, ja jednak nie zwracałem na to uwagi. To był mój błąd.
                 Biegnąc w stronę zombie chodzącego po ganku z domu wypadł drugi. Wystraszyłem się potwornie, lecz to uczucie, nie było teraz moim największym problemem. Był nim trup leżący na mnie i próbujący wgryźć się, aby mnie zabić. Był zaskakująco silny jak na umarlaka i wiedziałem, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Moja broń wypadła mi z rąk i leżała kawałek dalej. Usłyszałem kroki i poczułem silne szarpnięcie, kiedy to Cinek zepchnął kopniakiem zombie, które na mnie leżało. Szybko podniosłem się i chwyciłem nóż, aby dokończyć dzieło Cinka, wymierzając cios w głowę wroga. W tym czasie Kiciuś dobił trupa znajdującego się na ganku. Wyczyściłem nóż o koszulę mojej ofiary i podniosłem się żeby podziękować Marcinowi.
                 Następne dwadzieścia minut poświęciliśmy na przeszukiwanie domów. Znaleźliśmy trochę leków, alkoholu, odrobinę jedzenia i ciepłe ubrania na zimę. Co najważniejsze nie spotkaliśmy już żadnych zombie. Zapakowaliśmy wszystko do bagażnika, który był już prawie pełny, wszelakiego wyposażenia, potrzebnego do przetrwania. Teraz musiałem zadecydować czy wracać do obozu czy sprawdzić jeszcze Supraśl. Moi towarzysze czekali na moją decyzje. Spojrzałem na słońce, które powoli zachodziło na horyzoncie. Zdecydowałem w końcu, żebyśmy sprawdzili Supraśl. Moi przyjaciele kiwnęli głowami na znak zrozumienia i wsiedliśmy. Droga do Supraśla była podobna jak z Cieliczanek do Królowego Mostu. Dobre dziesięć kilometrów jazdy. Było to znacznie większe miasto, co prawda nie porównywalne z Białymstokiem, ale wciąż spore. Jechaliśmy i jechaliśmy a słońce chowało się za horyzontem, okrywając las ciemnym płaszczem. Rozmawialiśmy o niczym z Cinkiem, a Erni prowadził auto, które z każdą sekunda zbliżało się do miasta. W końcu zobaczyliśmy ze wzgórza panoramę budynków. Zatrzymaliśmy auto kawałek od pierwszych zabudowań, nie chcieliśmy, żeby ktoś, kto mógł tu być, nam je ukradł. Wysiedliśmy poprawiając bronie przy paskach i sprawdzając stan magazynków. Nigdzie nie było widać światła, miejsce wyglądało na tak opustoszałe, jak Kołodno. Niepokoiła mnie jednak jedna rzecz, wciąż było słychać dziwny szmer, który odbijał się echem z każdej strony. Można by to nazwać dźwiękiem nadchodzącej burzy, ale brzmiało dziwnie nieregularnie. Dałem znak swoim ludziom, żeby uważnie się rozglądali i powoli ruszyliśmy do przodu.
                Mijaliśmy opustoszałe domy, ale nigdzie nie widzieliśmy zagrożenia. Ciągle słychać było odległe dźwięki. Cienie rzucane przed domy sprawiały, że niektóre miejsce wyglądały naprawdę nieciekawie. Wyszliśmy teraz na uliczkę, która była pewnie często okupywana przez turystów. Stało tutaj sporo sklepów z pamiątkami oraz duży bar, na którego szyldzie widniał kufel piwa. Miejsce wyglądało obiecująco, więc dałem znak Cinkowi i Erniemu i skręciliśmy w jego kierunku. Nagle, usłyszeliśmy dziwne szmery dochodzące z uliczki obok. Momentalnie zza rogu wyszło trzech uzbrojonych ludzi. Cała trójka miała przewieszone przez plecy strzelby. Dwójka była w naszym wieku, ale jeden z nich wyglądał na przynajmniej czterdzieści lat. Na jedno uderzenie serca nasze spojrzenia się spotkały a już chwilę później słychać było tylko strzały. Wystrzeliłem pierwszy trafiając jednego z młodszych w bark. Wrzasnąłem głośno:
— Uciekamy! – Wtedy przyspieszyłem i wraz z przyjaciółmi skręciliśmy w jedną z uliczek. Musieliśmy uciec z tego miasta. Tamta grupa goniła nas. Słyszałem pojedyncze wystrzały i okrzyki pełne złości. W moim ciele działo się coś dziwnego. Czułem zarówno wielki strach, ale też adrenalinę, która pozwalała mi biec. Obiegliśmy jeden z sklepów z pamiątkami z planami dostania się do baru i obrony tam. Szliśmy wzdłuż płotu przy krzakach, gdy usłyszeliśmy kolejny strzał, tym razem, z czegoś grubszego:
— Co to kurwa było!? – zapytał Cinek, oddychając głęboko.
                Kiciuś próbował coś odpowiedzieć, ale gdy kolejny pocisk trafił parę centymetrów od jego głowy, w płot, zamilkł i zaczął biec. Widzieliśmy już tyle drzwi prowadzące do baru, pełniące funkcje wejścia dla personelu. Mogliśmy próbować wracać do auta, ale napastnicy strzelali właśnie z tamtej strony. Dobiegłem do drzwi pierwszy i pociągnąłem za klamkę. Dzięki bogu nie były zamknięte. Wpuściłem moich towarzyszy i sam ruszyłem za nimi w głąb budynku. Było tu bardzo ciemno przez co nie widzieliśmy praktycznie nic. Szedłem z wyciągniętą bronią, korytarzami, które rozgałęziały się do różnych pomieszczeń służbowych, próbując znaleźć salę główną, gdzie przyjmowano gości. Cinek w tym czasie zamknął drzwi, którymi weszliśmy i ruszył tuż za mną. Kiciuś podążał ramię w ramię ze mną. Dotarliśmy do dużych drzwi, które musiały prowadzić do interesującej nas części baru.
                Musieliśmy się spieszyć, bo prawdopodobnie nasi prześladowcy za chwilę zorientują się gdzie weszliśmy, a wtedy może już być za późno. Biorąc głęboki oddech popchnąłem jedno z skrzydeł drzwi i wszedłem do pomieszczenia, które, ku mojemu zdziwieniu, nie było ciemne. Sale oświetlało parę lamp a ludzie siedzący tam mierzyli do nas z broni. Było ich co najmniej sześciu. Usłyszałem głośne przeładowanie świadczące o tym, że ktoś stoi za nami. Usłyszałem tylko:

— Rzućcie broń bandyci! – i poczułem lufę wbijającą mi się miedzy łopatki.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 18: Umowa

W tym rozdziale zobaczymy jak przebiegną negocjacje pomiędzy Łapą, a Bobrem i jak ostatecznie rozwinie się ich spór. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 18: Umowa


                Patrzyłem na dwie zakrwawione twarze i nie wiedziałem co o tym myśleć. Do głowy przychodziło mi tysiące pytań i nie wiedziałem, które warto zadać. W końcu wyszeptałem :
— Jak?
— Widzę, że moja oferta cię zainteresowała. Najpierw ci opowiem, jak te dwa piękne okazy wpadły w moje ręce. Ten z ciemniejszą karnacją na lewo – dotknęła czubkiem buta głowy Alexa – wpadł na moich ludzi na drodze wylotowej z tej wioski. Tak się zesrał jak nas zobaczył, że wpadł w poślizg i rozbił auto o barierkę. Zabił tam jednego z moich ludzi, ale my też zabiliśmy jednego z jego ludzi i go postrzeliliśmy. Musze przyznać, że uciekał długo i kiedy w końcu go dogoniliśmy, zadałam mu szybką śmierć. Słyszałam, że to był twój wróg, więc myślę, że wyświadczyłam ci przysługę, nie musisz dziękować – tu uśmiechnęła się bezczelnie i poprawiając drugą głowę, zaczęła opowiadać – Ten z kolei wsiadł do mojego wozu, kiedy zaatakowałam twój obóz Bobru. Wyobraź sobie, że idiota myślał, że jesteśmy ludźmi tego obok! Niesamowicie się zdziwił, kiedy pokazałam mu tą głowę. Nie próbował nawet unikać ciosu – widząc odrazę na mojej twarzy dodała – Spokojnie, przecież nie są twoimi ludźmi. Wiem, że nie podoba ci się mój styl działania, ale taka już jestem. Teraz przejdźmy do mojej oferty i wiadomości, no chyba, że masz jakieś pytania.
                Pokręciłem przecząco głową, nie mogąc zbytnio wydobyć głosu z ściśniętego gardła, więc pozwoliłem jej mówić:
Doskonale. Nie wiem czy wiesz, ale moi ludzie gnieżdżą się teraz w lasach pomiędzy Grabówką a Królowym Mostem, tam mam obóz i widzę różne ciekawe rzeczy. Nie jest tam jednak bezpiecznie. Ostatnio podczas jednego z zwiadów mój człowiek zobaczył ogromną hordę zombie idącą z Białegostoku na wschód, czyli w naszym kierunku. Jeżeli zostanę w tym lesie to zginę. Nie umiał zliczyć ile martwych wyszło z miasta, ale widocznie skończyło się im tam żarcie, więc szukają więcej. Wiem, że idzie zima i prawdopodobnie to ich mocno spowolni, lecz pierwszy śnieg może spaść jutro a może spaść za miesiąc. Trupy poruszają się teraz w miarę szybko i są dosyć niebezpieczne, więc tutaj pojawia się moja oferta. Wiem, że nie oddasz mi całego obozu, jesteś upartym dupkiem, ale jeżeli nie cały obóz to chociaż pozwól moim ludziom zająć parę domów obok, za waszym ogrodzeniem. Stworzymy dwa obozy obok siebie, nie będziemy sobie przeszkadzać, nie będziemy się zabijać. Będziemy tylko się bronić nawzajem. Jeżeli ktoś z moich ludzi nawali, natychmiast opuścimy to miejsce. Dodatkowo, jeżeli zima minie, będziemy mogli wrócić do lasu. Co ty na to? – zapytała.
                Jej oferta mnie zdziwiła. Czy tak szalona kobieta jest w stanie wytrzymać bez konfliktów dwa czy trzy miesiące? Czy moi ludzie się na to zgodzą? W sumie wiązały się z tym pewne korzyści, więcej osób do obrony obozów. Skąd jednak mogłem wiedzieć, czy nie zaatakuje nas pewnej nocy i nie wybije. Musiałem ją spytać:
— Jeżeli się zgodzę, skąd mogę mieć pewność, że pewnego wieczora nie zaatakujecie nas, bo znudzi się wam ten cały spokój?
— Nie rozśmieszaj mnie, jeżeli bym chciała przejąć ten obóz siłą to bym to zrobiła. Zapewne nie bez strat, ale jednak. Mam w lesie dziesięciu ludzi. Wszyscy jesteśmy w pełni uzbrojeni, a w dodatku większość z nas ma kamizelki kuloodporne. Chcę załatwić to pokojowo, czy naprawdę chcesz, żeby przelała się krew? Gigant mówił, że jesteś roztropnym człowiekiem.
                Bo jestem, chciałem powiedzieć. Dlatego nie dopuszczam myśli o tym, że taka osoba ze swoimi ludźmi będzie tak blisko moich ludzi. Cóż innego jednak mogłem zrobić? Musiałem się na to zgodzić, żeby nie pozwolić na kolejny rozlew krwi. Chciałem jednak mieć jakieś zabezpieczenie, więc wpadłem na pewien pomysł:
— Możesz mi wymienić kogo masz w swojej ekipie?
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Zarzuciła warkoczem na bok i zaczęła wymieniać:
— Nie licząc tych zdrajców, którzy trzymają teraz z tobą, jest siedmiu chłopców, ich imiona nie są ważne. Oprócz tego są trzy dziewczyny. Jakaś przypadkowa laska, moja przyjaciółka, oraz moja młodsza siostra.
Każdy obóz ma swoją nieznajomą, pomyślałem. Słysząc ostatnią wymienioną osobę uśmiechnąłem się.
— Jeżeli chcesz do nas dołączyć, Łapo, mój warunek jest następujący, twoja przyjaciółka lub siostra idą do mojego obozu jako zakładnicy. Tylko wtedy będę miał pewność, że nie zrobisz czegoś głupiego – już widziałem, że chcę wtrącić jakąś uwagę, więc natychmiast jej przerwałem – nawet nie próbuj nic mówić. Zakładnik będzie traktowany jak osoba z mojego obozu i na pewno nie zrobię nic głupiego. Zresztą jak mówił Gigant, jestem roztropnym człowiekiem. Poza tym, jeżeli zabudujecie okoliczne domki to będziesz mogła w każdej chwili ją odwiedzać. Jeżeli coś jej się stanie to ja opuszczę obóz, więc sama widzisz, że poświęcę wiele, jeśli będzie trzeba.
Te ostatnie słowa musiały na nią zadziałać bo uśmiechnęła się. Pomysł jej się spodobał. Uścisnęliśmy sobie dłonie i już miałem wychodzić, kiedy zawołała:
— Nie zapomniałeś czegoś przystojniaku? – odwróciłem się a ona rzuciła, zapakowane w worki, głowy do mnie. Złapałem je:
— Powieś sobie nad kominkiem, tylko nie pokazuj mojej siostrze, jak już zamieszka pośród was. To delikatna dziewczyna.
                Zaśmiałem się słysząc to i pokuśtykałem w dół. Kiedy wyszedłem na dwór poczułem ulgę. Zawarłem z Łapą korzystną umowę i dodatkowo wiedziałem, że Alex i Robert nie żyją. Dowód na to ciążył mi na plecach. Teraz pozostało tylko zobaczyć jak na ten układ zareagują moi ludzie. Parę minut później byłem już w obozie. Gigant wpuścił mnie do środka, a ja zawołałem wszystkich do domu Kiciusia, aby przedstawić im warunki umowy z Łapą. Kiedy do kuchni weszła ostatnia osoba, przedstawiłem im przebieg całej rozmowy. Nikt poza Gigantem nie wiedział, że w ogóle opuszczałem obóz, więc parę osób zareagowało krzykiem, byłem jednak gotów wysłuchać każdego. Zaczął Kiciuś:
— Mówisz tak serio? Chcesz, żeby ta psycholka zamieszkała tuż obok nas? To ona okaleczyła Eryka, a jej człowiek go dobił i też ma bezkarnie wegetować parę metrów od naszego domu?
O sprawie Daliona prawie zapomniałem. W końcu był on teraz w obozie Łapy. Będę musiał z nią o tym porozmawiać. Gdy Kiciuś skończył gadać, do rozmowy włączyła się Miczi:
— A co jeżeli ta cała Łapa pewnej nocy zakradnie się tu, zabierze siostrę czy kogo tam i nas zabije?
— Albo jeżeli w jej grupie jest Alex albo Robert? W końcu ten drugi zniknął z obozu, kiedy ona zaatakowała, zabijając wcześniej Bartka. Naprawdę myślisz, że będziemy mogli tak żyć? – dołączył do rozmowy Sołtys.
— No i kurwa doły nie są skończone – dodał,  krótko i rzeczowo, Cinek.
                Wtedy właśnie podniosłem dwa worki, o których zawartość, pytano mnie już parę razy. Wytoczyłem na stół dwie głowy i obserwowałem twarze moich towarzyszy. Marcin otworzył szerzej oczy. Sołtys oraz Jola odwrócili wzrok. Gigant, Kiciuś, Szpieg i Miczi nie pokazywali na swoich twarzach żadnych emocji. Nieznajoma i Natalia otworzyły szeroko buzie. Damian zaklął cicho. Widząc to od razu wytłumaczyłem:
— To jest jej cena. Za krew, którą przelaliśmy. Wiem, że nic nie zmieni tego co się stało, jednak po zawarciu sojuszu z nią i upewnieniu się, że Alex i Robert nie żyją, nie ma innych ocalałych, którzy nam w chwili obecnej zagrażają. Nie myślcie, że wybaczyłem jej winy, jednak ten sojusz może nam pomóc przetrwać zimę. Zombie mogą być wolniejsze, ale tak właściwie nie wiemy jak się zachowają jak nadejdzie śnieg. Jeżeli dojdą w okolicę Królowego Mostu, a zapowiada się, że tak się stanie, to potrzebujemy każdej pary rąk do obrony tego miejsca. Pamiętajcie też o tym, żeby nie ufać tym ludziom zbytnio, nie bądźcie wobec nich chamscy i pod żadnym pozorem nie wszczynajcie bójek ani kłótni. Oni będą mieszkać kawałek od nas, a my nie będziemy im przeszkadzać. Zapasy mają swoje, więc wszystko co nam pozostało do zrobienia to przeczekać zimę. Jakieś pytania?
                Nie mieli pytań. Wszyscy rozeszli się do swoich domów lub na warty. Dzisiaj bram pilnował Gigant, Cinek, Miczi oraz Natalia. Nie mając nic innego do roboty, poszedłem spać. Wyjątkowo obudziłem się dosyć wcześniej, słysząc na dworze samochody. Przyjechali. Ubrałem się i kazałem reszcie wstać. Łapa miała zająć trzy domki na wschód od nas. Będziemy teraz sąsiadami.
                 Całą grupą wyszliśmy im na przywitanie. Na przedzie grupy stałem ja i obserwowałem jak dwa samochody podjeżdżają na polną dróżkę. Zatrzymały się przed nami i zaczęły z nich wysiadać różne osoby. Zauważyłem Łapę, Daliona oraz wcześniej wspomnianą siostrę przywódczyni. Była młodą dziewczyną, młodsza ode mnie o jakieś dwa lata. Wyglądała jak miniaturowa wersja Łapy, również miała długie, czarne włosy oraz była ubrana w czarny strój, a jej cera przypominała mleko. Oprócz tego zauważyłem „chłopców” Łapy. Było ich rzeczywiście sześciu, nie licząc Daliona. Wszystkich mógłbym wrzucić do przedziału wiekowego piętnastu-dwudziestu pięciu lat. Wychodzili z pojazdów z pakunkami i nieśli je w okolicę swojego przyszłego obozu. Łapa wraz z siostrą podeszły do mnie. Starsza wyciągnęła do mnie dłoń na gest przywitania. Uścisnąłem ją. Na jej twarzy malował się uśmiech:
— To jest moja siostra. Nazywa się Monika, mam nadzieję, że będziesz ją traktował dobrze, co Bobru? – zapytała.
— O ile nic się nie stanie moim ludziom, twoja siostra będzie traktowana z należytym szacunkiem Łapo – powiedziałem.
Łapa popchnęła delikatnie siostrę w kierunku mojej grupy:
— Nie zawiedź mnie młoda i zachowuj się dobrze – powiedziała, odwracając się plecami i zmierzając w stronę samochodów.
                Obserwowałem nowych sąsiadów jeszcze przez chwilę, po czym odwróciłem się i kazałem moim ludziom brać się do roboty przy kopaniu dołów.  Od rana praktycznie nie czułem bólu w nodze, więc po oprowadzeniu młodej, planowałem dołączyć do pracy. Wraz z Gigantem zastanawiałem się gdzie moglibyśmy umieścić Monikę. W końcu ustaliliśmy, że zamieszka w domu Kiciusia, żebym mógł ją mieć na oku.  W końcu zwolniło się jedno z łóżek, po tym jak Robert zabił Goku. Zostawiliśmy dziewczynę, wołając Nieznajomą, żeby się nią zajęła. Potem ruszyliśmy do pracy. Kopaliśmy znowu cały dzień, obserwując budowę ogrodzenia, przez ludzi Łapy. Pracowali szybko i sprawnie, teraz jej słowa, kiedy mówiła, że zdobyłaby ten obóz, nabierały sensu. Wszyscy słuchali się jej, nie wiadomo czy przez jej urodę, strach przed nią, czy oba naraz. Obserwowałem szczególnie jednego chłopaka, który wlepiał w nią oczy. Widać było, że coś do niej czuje. Byłem ciekaw jak wyglądają relacje w jej obozie. Nie miałem jednak czasu dłużej się przyglądać, bo przede mną było jeszcze mnóstwo pracy.
                Popołudnie przerodziło się w wieczór i kiedy zrobiło się naprawdę zimno, wszyscy pochowali się do domów. Siedzieliśmy akurat przy kolacji, rozmawiając z Moniką:
— Opowiesz nam coś o sobie? – zapytałem.
— Nie bój się mała, no dawaj  — dodał Cinek.
Widać było, że Monika albo nie wdała się w siostrę, albo to dobrze ukrywała.
— Ekhm… właściwie to nie wiem co powiedzieć. Cieszę się, że pogodziłeś się z moją siostrą. Wiele wieczorów spędziła myśląc tylko o tym co z tobą zrobić. A ty okazałeś się spokojnym człowiekiem. Dziękuje… — powiedziała. Brzmiała dosyć nieśmiało. Opowiedzieliśmy jej trochę o sobie, kiedy nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Podszedłem i zobaczyłem w drzwiach Łapę:
— Witaj kochasiu, nie przeszkodzę wam, jak spotkam się z siostrą? – zapytała, wchodząc bez pytania.
— Jasne… — odpowiedziałem, zamykając za nią drzwi.
                Momentalnie w kuchni zrobiło się cicho. Cinek i Kiciuś jedli, a Natalia z Nieznajomą przyglądały się Łapie. Jak zwykle była ubrana w czerń, chociaż teraz wydawała się być bardziej „swojska”. Usiadłem na krześle i pozwoliłem jej porozmawiać z siostrą. Łapa zadawała standardowe pytanie, typu „Jak się tutaj czujesz”, lub „Jak cię traktują?”.  Siedziała u nas dobre dziesięć minut, kiedy w końcu zadowolona wyszła.  Skończyliśmy kolacje i poszliśmy spać.  Jutro musieliśmy skończyć kopanie dołów, bo z tego co mówił Sołtys, śnieg może się pojawić lada chwila.

                Położyłem się spać, upewniając się wcześniej, że Monice jest wygodnie. W końcu zasnąłem. Śniła mi się, że całowałem się z Łapą. Sen był na tyle intensywny, że obudziłem się. Robiło się powoli jasno, musiała być szósta nad ranem. Nie mogłem jednak już zasnąć, bo w głowie pojawiała mi się tylko jedna myśl, a konkretnie taka, że zacząłem ją lubić.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział 17: Pogorzelisko

Mocna końcówka i rozdział skupiający się na relacjach po ataku na obóz z poprzedniego rozdziału. Według mnie ciekawa sprawa, ale czy spodoba się wam? Po przeczytaniu nie zapominajcie o komentarzu oraz rozesłaniu bloga znajomym :>

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 17: Pogorzelisko


                Kolejne zdarzenia, pamiętam jak przez mgłę. Krzyki, płacz i fale bólu, rozchodzące się po nodze. Nie wiedziałem co się dzieje. Ktoś mnie podnosił i prowadził w stronę domu. Inna osoba wołała coś do mnie, a ja nie słyszałem nic. Pomogli mi wejść po schodach i położyli na łóżko. Następnie odleciałem. Film mi się urwał.
                Obudziłem się cały obolały. Rana na nodze piekła potwornie, ale widać było, że ktoś ją oczyścił i zabandażował. Leżałem na łóżku, na którym jeszcze niedawno odpoczywał Kiciuś, po tym jak został postrzelony w ramię. Teraz dopiero zauważyłem, że siedzi przy mnie Gigant. Nie wyglądał na wesołego, zastanawiałem się co takiego miał mi do powiedzenia. Dałem mu znak, że wstałem i jestem gotów do rozmowy:
—Ile spałem? – zapytałem.
­— Jest wieczór, czyli jakieś dwadzieścia cztery godziny – odpowiedział.
— Jak duże mamy straty? – bałem się odpowiedzi na to pytanie.
Oprócz Gokujina i Piotra nikt nie zginął. Szpieg dostał, dlatego go nie ma teraz tutaj. Musimy poważnie porozmawiać – jego głos miał w sobie, coś przerażającego.
— Chodzi o Daliona? Uciekł? I co z bramą?
— Naprawą bramy zajmuje się Cinek i Sołtys. Daliona zabrała Łapa. Ale to nie wszystko. Robert zniknął. Nie znaleźliśmy jego ciała, więc podejrzewamy, że zwiał. Pamiętasz jak nas przywitał, jak pierwszy raz przyszliśmy do obozu?  Mierzył do nas bronią.  Prawdopodobnie wykorzystał okazję i pobiegł szukać Alexa.
— Czyli to on był zdrajcą – zrozumiałem w końcu.
Nastała cisza. Gigant patrzył w moje oczy:
— Robert nie był jedynym zdrajcą. Muszę ci coś powiedzieć. Ja i Szpieg byliśmy ludźmi Łapy.
                Nie mogłem uwierzyć w jego słowa. Przez chwilę wydawało mi się, że to sen i obudzę się a na dole będzie na mnie czekał Goku. Nie śniłem jednak. Słowa Karola uderzyły we mnie, niczym rozpędzony samochód. Nie wiedziałem co powiedzieć. Jedyne co mi przyszło do głowy to:
— Jak to?
— Wiedz, że cokolwiek zadecydujesz, zaakceptuje to. Jeżeli każesz nam wynieść się z obozu to stąd wyjdziemy natychmiast. Chcę jednak mieć szansę na wytłumaczenie się. Mogę? – zapytał. Nigdy nie brzmiał tak poważnie. Zawsze wesoły i pełen energii, teraz brzmiał jakby chorował. Nie przychodziło mi nic do głowy. Po prostu milczałem. W końcu kiwnąłem delikatnie głową, na znak, że go wysłucham:
— Zacznijmy od początku. Pamiętasz jak opowiadałem ci w młynie, że biegliśmy z Szpiegiem przez las i po drodze spotkaliśmy Alexa i jego ludzi, którzy do nas strzelali? To była prawda. Jednak nie wiesz, że wtedy uciekaliśmy też od Łapy. Ona jest porywczą dziewczyną, z wielkimi ambicjami. Zaczęła zbierać ludzi, którzy trzymali się jej ze względu na świetne zdolności dowódcze i ładną buzię. Nie podobało mi się jednak z jaką łatwością zabija ludzi. Mieliśmy dość i uciekliśmy. Już wtedy nie wiązało, nas z nią, nic. Z początku jak spotkałem ciebie, Miczi oraz Kamila i pomogliśmy wam odbić obóz z rąk Alexa to pomyślałem, że moglibyśmy znowu wrócić do Łapy, pomagając jej wybić i przegonić was. Kiedy jednak zostałem w twoim obozie parę dni, zobaczyłem, że jesteście wspaniałymi ludźmi. Osądzacie uczciwie, walczycie z wszystkich sił i szanujecie się nawzajem. Parę dni temu, ustaliliśmy, że zrobimy wszystko, żeby zostać w tym obozie i pomagać wam. Wtedy na moście pojawiła się Łapa ze swoimi ludźmi. Akcja przyspieszyła i wczoraj zaatakowała na obóz aby odbić Daliona. Wiem, że możesz mi już kompletnie nie ufać, ale wiedz, że tak naprawdę ona nie jest złą osobą. Dba o swoich ludzi, tak samo, jak ty dbasz o swoich. Co do słów Daliona, który mówił o zdrajcach, to spotkaliśmy go. Kiedy konający biegł przez las. Wtedy pomogliśmy mu wraz z Łapą. Było to w dzień, w którym uciekliśmy od niej. Dlatego kojarzył nas i przestrzegał ciebie przed nami – tutaj zrobił pauzę, żeby wziąć głębszy oddech i ponownie spojrzał na mnie – Bobru. Jeżeli chcesz to odejdziemy z tego obozu. Jeżeli jednak nam ufasz, błagam, pozwól nam zostać.
                Słowa, które wypowiedział wstrząsnęły mną i nie wiedziałem co o tym myśleć. Byłem zbyt wyczerpany na takie rozmowy. Starałem się dobrze osądzić Giganta, wiedziałem ile razy dowiódł swojego zaufania. Nie mogłem jednak myśleć o tym, że przez tyle czasu mnie okłamywał. W końcu wpadłem na pewien pomysł. Był on tak szalony, a zarazem ciekawy, że mógł się udać:
— Chcę żebyś odszedł – powiedziałem, widząc na jego twarzy smutek, dodałem szybko – Musisz przyprowadzić tu Łapę. Chcę z nią porozmawiać. Może być gdzieś poza obozem, powiedz jej, że mam pewną propozycję. Przyjdę nieuzbrojony. Przekaż jej, że proszą ją o to samo.
Na twarzy Giganta malowało się zdziwienie. Nie pytał jednak o nic. Wstał i wyszedł. Ja nie miałem siły się ruszać, więc położyłem się na bok i ponownie zasnąłem. Śniła mi się walka i śmierć Gokujina. Obudzono mnie dopiero rano, żebym coś zjadł. Jola zmieniła mi opatrunek i próbowałem wstać. Całe szczęście noga nie była mocno ranna. Strzał przeszedł na wylot w okolicach piszczela. Nie dotknął kości, lecz boleśnie przeszył mięsień. Mogłem jednak chodzić, chociaż szybko musiałem sobie znaleźć jakiś kij do podpierania się. W tym pomógł mi Sołtys, który miał w domu kule. Do podpierania wystarczyła mi jedna.
                 Kuśtykając wyszedłem na dwór, żeby zobaczyć jak się mają pracę odbudową bramy. Na ganku siedziała Nieznajoma, otoczona broniami. Czyściła je dokładnie i liczyła amunicje. Ominąłem ją, witając się skinieniem głowy. Całe szczęście, Sołtys wpadł na dobry pomysł i zamiast odbudowywać bramę, postawili z Cinkiem w to miejsce ogrodzenie. Tym samym, mieliśmy teraz o jedno wyjście mnie, lecz nie przeszkadzało to mi. Nigdzie nie widziałem Szpiega ani Giganta. Widocznie posłuchali mnie i poszli szukać Łapy.
                 Zauważyłem trzy groby, pod drzewami, przy płocie. Jeden należał do Eryka, drugi do Gokujina a trzeci do pana Piotra. Poczułem smutek. Zginęli bohaterską śmiercią, broniąc obozu. Wiedziałem, że rozmowa z Łapą, będzie ciężka.  Miałem jednak plan, który musiałem jej przedstawić. Nie mogłem pozwolić, żeby nadal mordowała moich ludzi.
                 Wróciłem do domu i zjadłem coś, rozmawiając z Natalią, Kiciusiem i Nieznajomą. Wszyscy byli smutni po stracie, jaka nas spotkała, jednak pokrzepiała mnie myśl, że mimo tak gwałtowanego ataku jakoś się to ułożyło. Po śniadaniu każdy zajął się sobą. Na dworze było dzisiaj wyjątkowo zimno, mogłem się założyć, że temperatura spadła poniżej zera. W sumie nie miałem nic innego do roboty, niż leżeć i myśleć.
                 W obozie zostało teraz dziewięć osób. Musieliśmy wymyślić coś na czas nadchodzącej zimy. Drewna na opał, jak to na wsi, było sporo, przy domku Sołtysa stała cała szopa, wypchana pociętymi szczapami. Gorzej było z pilnowaniem obozu. Strażnicy wracali zmarznięci i wiedziałem, że, jak będzie jeszcze zimniej to w końcu rozchorują się na dobre. Kiedy odwiedził mnie Sołtys, zaczęło już powoli zmierzchać. Gigant i Szpieg wciąż się nie pojawiali. Zastanawiałem się, czy nie uciekli po prostu, tak jak wcześniej zrobili to uciekając z obozu Łapy. Była też szansa, że Łapa ukarała ich za ucieczkę i nie chciała słyszeć o rozmowie ze mną. Jej postać interesowała mnie i budziła strach. To przez nią zginął Eryk, Goku oraz Piotr.
                Odpychając te myśli, przywitałem się z Sołtysem i wskazałem mu krzesło:
— Usiądź tutaj.
— Przyszedłem z tobą porozmawiać. Jak się czujesz? – zapytał z słyszalną troską w głosie.
— Lepiej. Noga boli, ale jakoś się trzymam. O czym chciałeś porozmawiać? – zapytałem.
— Wiem, że ostatni wieczór był bardzo ciężki i rozumiem, że jesteś zmęczony i zły, ale muszę cię uświadomić o jednej rzeczy. Bartka nie zabił żaden z ludzi tej kobiety. Postrzelił go Robert, a wtedy od tyłu wpadły zombie. Był on moim człowiekiem i dlatego chcę cię przeprosić. Powinienem wcześniej coś z nim zrobić. Już od początku nie był przychylnie nastawiony i jeszcze za czasów, kiedy w obozie był Alex, aż za bardzo się go trzymał.
                A więc to wina Roberta. Kolejny zdrajca. Zabił mojego przyjaciela.  Myślałem z początku, że to Dalion był sprawcą śmierci Goku. Milczałem, czekając na to, co starzec jeszcze ma do powiedzenia:
— Po rozmowie z tobą, Gigant wraz z Szpiegiem opuścili obóz, podejrzewam dlaczego i zdaję sobie sprawę, że nie masz ochoty o tym mówić, więc pomińmy ten temat. Przyszedłem tutaj, dlatego, że to ty jesteś najważniejszą osobą w tym obozie i ty starasz się trzymać wszystko w porządku, aby porozmawiać o ogrodzeniu. Jak wiesz, nadchodzą zimne dni. Nie wiemy jak to wpłynie na zachowanie zombie, ale wiemy za to, że nikt nie wytrzyma paru godzin, siedząc przy bramach i pilnując granic. Mam pewien pomysł co do tego, co powinniśmy zrobić i o ile nie wymyśliłeś jeszcze nic innego z chęcią ci go przedstawię – powiedział, jak zwykle poważnie.
— W sumie przyznam, że nie myślałem jeszcze o tym. Jeżeli masz jakiś pomysł z chęcią go wysłucham.
— Według mnie powinniśmy okopać obóz. Mam na myśli coś na wzór fosy. Zostawilibyśmy tylko ziemię przy wyjazdach, aby móc po ludzku wyjść i wyjechać stąd autami w razie niebezpieczeństwa. Wiem, że kopanie zajęłoby kilka dni, ale jest nas wielu, mamy łopat pod dostatkiem i myślę, że przed pierwszym śniegiem, bylibyśmy w stanie zakończyć kopanie. Dodatkowo, umocnilibyśmy bramy i dzięki temu nikt ani nic nie byłoby w stanie wejść do obozu bez drabiny lub zaalarmowania nas. Co myślisz?
                Pomysł był dobry. Czasochłonny, ale skuteczny. Powiedziałem Sołtysowi, żeby zorganizował do jutra wszystkich chętnych do pracy i z rana zaczniemy. Następnie pożegnałem go i patrzyłem jak opuszcza dom. Wstałem z posłania i chwytając za kule pokuśtykałem do kuchni. Nie było tam na razie nikogo, wszyscy zajmowali się czymś na dworze, lub w innych domach. Siedziałem tak, a czas leciał, jak szalony. W końcu, kiedy wszyscy siedzieliśmy, jedząc kolacje, usłyszałem pukanie do drzwi.
                Odwróciliśmy się jak na zawołanie i zobaczyliśmy wchodzącego do kuchni Giganta. Ucieszył mnie jego widok. Wiedziałem, że ma mi coś ważnego do powiedzenia, więc przepraszając na chwilę Natalie oraz Nieznajomą, opuściłem pokój. Zobaczyłem, że Karol jest cały zasapany i spocony. Musiał biec od dłuższego czasu. Usiadłem i wskazałem mu krzesło, na którym on zasiadł. W końcu gdy odzyskał oddech, zaczął mówić:
— Wszystko ustalone. Spotkanie ma się odbyć w młynie, jutro wieczorem. Z tego co mówiła, prosiła, żebyś nie brał broni, ona też zapewniła, że nic nie weźmie.
— Żadnych broni? Mam nadzieję, że jest słowna i dotrzyma umowy. – stwierdziłem zdenerwowany.
—Widziałem, że zależy jej na twoim przybyciu, powiedziała, że zauważyła coś, ale nie powie co dopóki się z tobą nie zobaczy – wytłumaczył.
— Jak przebiegła droga? Nie było cię dosyć, długo. Napotkałeś jakieś… problemy?
— Nie chciałbym o tym mówić. Ważne, że wróciliśmy w jednym kawałku. Zgodzisz się na jej warunki?
— Mam jakiś wybór? – mruknąłem, wstając i wychodząc z pokoju.
                Byłem zagubiony. Czy mądrze było iść na spotkanie z tak niebezpieczną osobą, bez żadnego zabezpieczenia? Co prawda młyn był niecałe pół kilometra od Obozu, ale wciąż znajdował się wystarczająco daleko, żeby być dosyć niebezpiecznym miejscem na spotkanie. Musiałem dobrze zaplanować  co jej powiem. Jedna pomyłka, mogłaby kosztować, ludzi z obozu, życie. Rezygnując z dłuższego siedzenia, poszedłem spać. Kiedy wstałem, wszyscy byli już na nogach pomimo wczesnej godziny. Widziałem jak Gigant, Szpieg, Cinek, Kiciuś oraz Damian pracują łopatami, a Sołtys pomaga im, sprawdzając głębokość dołów. Praca nie szła szybko, lecz już po paru godzinach było widać efekty. Jedna z stron obozu była okopana. Doły nie były głębokie, sięgały ledwo metr pod ziemię, ale dzięki nim ogrodzenie teoretycznie było o metr wyższe. Kopiący skupili się na szerokości, która wynosiła dobre dwa metry. Dzięki temu, było pewne, że nikt nie będzie próbował stawiać drabiny aby przejść po niej, niczym po moście. To musiałaby być naprawdę długa drabina.
                 Zadowolony z owoców pracy moich przyjaciół, szykowałem się na wieczór. Nie zamierzałem nikomu powiedzieć o mojej wycieczce do młyna. Wystarczało, że Gigant wie. Kolejne godziny spędziłem na odpoczywaniu i zmianie opatrunku. Jola znała się na rzeczy, bo rana goiła się w zawrotnym tempie i właściwie nie czułem już bólu. Mimo tego wciąż podpierałem się kulą. Wiedziałem, że to może dać mi przewagę, w końcu jak ktoś widzi człowieka ledwo kuśtykającego i podpartego tego typu przedmiotem, nie spodziewa się, żeby ta osoba potrafiła szybko uciekać. Noga była jednak już w tak dobrym stanie, że mogłem truchtać, a przy większym wysiłku nawet podbiec spory kawałek.
                 Gdy nastał wieczór wyszedłem przed dom, prosto do bramy przy której siedział Gigant. Jedna trzecia obozu była już okopana i wychodząc przez bramę ucieszyłem się na myśl o tym, jak szybko i sprawnie pracują moi ludzie. Powinniśmy spokojnie zdążyć przygotować obóz na zimę.  Wychodząc poczułem zimny wiatr we włosach i niedużym zaroście na brodzie, zupełnie jakby sama natura nie chciała, żebym tam szedł. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem powoli. Miałem za pasem schowany nóż. Łapa powinna zrozumieć to, że ktoś w moim stanie potrzebował jakiejkolwiek obrony przed zombie.
                 Będąc w połowie drogi zastanawiałem się nad wszystkim co mnie spotkało od wybuchu apokalipsy i o decyzjach, które podjąłem. Olałem rodzinę i wybrałem przyjaciół. Czy był to dobry wybór? Spowodował na pewno sporo śmierci, ale nie żałowałem.  Wiedziałem, że walczę o swoje, robię swoje i mam swoje.
                 Doszedłem w końcu do młyna, który wyglądał tak samo ponuro jak parę tygodniu temu, kiedy zakradałem się tutaj wraz z Miczi i Kamilem. Przed wejściem stało auto, dokładnie to samo, które rozbiło północną bramę. Spojrzałem na wgniecioną maskę oraz urwany zderzak.  Biorąc ponownie głęboki oddech otworzyłem drzwi. Skrzypnięcie na pewno zawiadomiło Łapę o tym, że przybyłem. Widziałem światło dochodzące z piętra budynku. Spojrzałem za siebie, zastanawiając się jak potoczy się ta rozmowa. Wszedłem powoli po schodach, pamiętając o tym, żeby nie pokazywać jak sprawna jest moja noga.
                 Czekała już na mnie. Siedziała na skrzynce a obok niej na półce stała lampa. Oświetlała ją w pełnej okazałości. Kruczoczarne włosy związane w długi warkocz, bystre, niebieskie oczy, które zdawały się przenikać mnie na wylot oraz delikatnie zarysowany podbródek.  Wyglądała równie pięknie co niebezpiecznie. Tak samo jak parę wieczorów wcześniej miała na sobie ciemny strój. Teraz mogłem mu się przyjrzeć z bliska i robił wrażenie. Gdy płomień w lampie migał przez podmuchy wiatru w nieszczelnym  budynku wydawała się znikać i pojawiać. Gdyby nie było tu źródła światła, prawdopodobnie widziałbym tylko zarys jej sylwetki, która była smukła z widocznymi krągłościami zaznaczonymi materiałem na ciele. Nie widziałem, żeby pod ręką miała broń, ale za to przy skrzynce, na której siedziała, stały dwa brązowe worki. Zastanawiałem się co w nich było. Nie zadając jednak zbędnych pytań, usiadłem naprzeciwko niej, na jednej z wolnych skrzynek.
                 Oparłem kule o ścianę i podałem jej rękę. Uścisnęła ją i poczułem w jej delikatnych dłoniach sporą siłę, nie pasującą do ledwo co starszej ode mnie, dziewczyny. Przy przywitaniu usłyszałem po raz pierwszy jej głos:
— Nie mów, że tak witasz się z każdą kobieta, którą spotkasz, przyjacielu.
Zaczęła od dowcipu i nazwała mnie przyjacielem. Czegoś ode mnie chciała, teraz byłem tego pewien.
— Witam się tak z każdą kobietą, która zabijanie traktuje jako dyscyplinę sportu – skontrowałem.
Roześmiała się.
— Widzę, że wielki wódz obozu, na którym mi zależy jest również świetnym towarzyszem do rozmowy. Rozumiesz, nienawidzę ludzi, którzy nie umieją wyłapać sarkazmu. To się ceni. Gdzie moje maniery, mów mi Łapa, ale to już chyba wiesz, nasz duży kolega pewnie opowiedział ci o mnie – mówiąc te słowa uśmiechnęła się, pokazując rządek równych, białych zębów – Jak mam nazywać ciebie? Wypadałoby, żeby mój rozmówca się przedstawił, och jakże niezręcznie bym się czuła nazywając cię „wodzem obozu” przez całą rozmowę.
— Jestem Bobru – powiedziałem krótko. Nie chciałem, żeby znała mojego imienia, skoro sama przedstawiała się ksywką.
— Uroczo. Wiesz dlaczego się tu spotkaliśmy prawda? Och tak, jesteś mądrym chłopcem. Zabiłam paru twoich ludzi, ty zabiłeś kilku moich. A ja musze ci powiedzieć o czymś ważnym, więc zanim zwyzywasz mnie od morderczyń i tym podobne wysłuchaj mnie dobrze? – zapytała, sięgając do worków leżących obok niej.
— Nie jest ok. Osoby, które zabiłaś była dla mnie ważne i wątpię, żeby twoja oferta, lub to co masz w tych workach zmieniły moje zdanie. Wysłucham cię jednak bo jestem ciekaw, czego ode mnie chcę słynna Łapa.
Roześmiała się ponownie. Rozsznurowała oba worki i wytoczyła ich zawartość na podłogę. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Moja twarz musiała to pokazać, ponieważ Łapa od razu odezwała się:
— Jesteś pewien? Może jednak nie będziesz miał o mnie takiego złego zdania, przyjacielu?

Przed moimi nogami leżały głowy Alexa oraz Roberta.

sobota, 5 kwietnia 2014

Rozdział 16: Egzekucja

Dosyć mocny rozdział i całkiem długi. Mam nadzieję, że będzie wam się dobrze czytało. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 16: Egzekucja


                Egzekucja Daliona miała odbyć się następnego dnia wieczorem. Do tego czasu wszyscy rozeszli się, żeby przeżywać to na swój sposób. Zastanawiałem się czy podjęta decyzja jest dobra. Było ciężko. Najbardziej dotknęło to Miczi, bałem się, że dziewczyna nigdy mi tego nie wybaczy. W końcu, jak się odwdzięczyłem za to, jak mi pomogła.
                 Wróciłem do domu i praktycznie cały dzień spędziłem na przemyśleniach. Czasami dosiadała się do mnie Natalia lub przychodził Kiciuś. Nie miałem humoru ani sił na rozmowę z nimi. Bałem się. To co budowałem przez ostatnie tygodnie, mogło rozsypać się tak szybko. Musiałem coś zrobić, bo inaczej myśli zjedzą mnie. Wiedziałem, że wychodzenie poza granicę obozu było głupotą, ale musiałem coś z sobą zrobić i przy okazji spróbować porozmawiać z Miczi.
                 Pod wieczór postanowiłem zejść do piwnicy i porozmawiać z Dalionem. Siedział on w ciemnościach, przy jednej świeczce. Był przywiązany łańcuchem w okolicach nogi i wyglądał naprawdę żałośnie. Usiadłem na podłodze naprzeciwko więźnia i zacząłem dialog :
— Dalionie co się z tobą stało? Dlaczego to zrobiłeś? – Wiedziałem, że poinformowali go już o egzekucji, więc nie było sensu przypominać mu o tym. Byłem ciekaw czy powie mi coś o tym co zrobił. Czekałem bardzo długo w ciszy, kiedy usłyszałem, zachrypnięty od nieużywania, głos młodego:
— Ludzie z Grabówki. Pamiętasz tych, których spotkaliśmy? Teraz pamiętam, jak spotkałem jednego z nich w uliczce. Odciął mi dłoń, a ja go zabiłem. Potem krwawiłem i błąkałem się, aż w końcu oni mnie uratowali…
                Zdziwiło mnie to wyznanie. Przez cały czas Dalion mówił, że nic nie pamięta, a teraz albo zebrało mu się na wyznania przed śmiercią albo rzeczywiście nic nie pamiętał i mu się przypomniało. Zaciekawiony spytałem :
— Jacy oni? O kim mówisz?
— Biegłem przez las w waszym kierunku. Widziałem jak odjeżdżaliście, ale nie miałem siły krzyczeć. Zostawiliście mnie, a wtedy oni mnie znaleźli. To wszystko zostało zaplanowane – wymamrotał.
— Co zostało zaplanowane? Możesz odpowiedzieć?
— Znalezienie mnie. To oni kazali mi na was czekać pod wieżą. To oni byli na moście i okaleczyli Eryka.
Zamarłem. Spytałem ostrożnie :
— Chodzi ci o Łapę?
— O tak piękna Łapa. Pomogła mi, więc ja pomogłem jej.
— Więc to jednak ty zabiłeś Eryka. Wszystko w ramach  pieprzonej gry jakiegoś chorego śmiecia? –    Byłem coraz bardziej wkurzony. Po tym jak go uratowaliśmy od śmierci w lesie, odpłacał nam się takim czymś. Gdzieś głęboko miałem nadzieję, że okaże się, iż to nie on jest zabójcą, a jakiś niestworzony szpieg, który zakradł się na ten teren.
— Łapa jest kobietą. Odbije ten obóz. Jest tu więcej niż jeden zdrajca, Bobru.
Powstrzymywałem się od uderzenia go. Nagle dotarł do mnie sens słów, które do mnie powiedział:
— Zdrajca? Ty jesteś jedynym zdrajcą Dalionie i jutrzejszego wieczora będziesz martwy.
                To mówiąc opuściłem piwnicę. Byłem tak zdenerwowany, że poszedłem do lodówki po jeden z browarów Alexa i usiadłem przy stole. Co miałem teraz zrobić? Ktoś jest zdrajcą, ale kto? Czy jego słowa były prawdziwe? Musiałem obserwować każdego uważnie, jak najuważniej umiałem. Szykował się ciężki dzień. Zastanawiałem się czy Łapa mogła być kimś kto pomaga Alexowi. Nie wiedziałem gdzie on się znajduje aktualnie. Pogrążony w obawach poszedłem spać, uwcześnię sprawdzając czy wszystkie bramy mają strażników.
                 Przystanąłem też przy Kiciusiu, który, pod jednym z drzew na podwórzu, kopał grób Eryka. Poczułem smutek i żal. Mój przyjaciel stracił bliskiego, tylko przez moją głupotę. Powinienem pozwolić zabić Daliona już pod wieżą. Nikt z osób, które tam ze mną były go nie znał i przy odpowiednim zagraniu, Miczi nie dowiedziałaby się o tym. Sam zdziwiłem się z tego, jakie myśli pojawiają się w mojej głowie.  Próbując nie myśleć o niczym zasnąłem.
                Następnego dnia obudziłem się sam. Musiało dochodzić południe bo słońce na niebie było już wysoko. Dzień był piękny, kompletnie nie pasujący do wydarzeń, które miały się dzisiaj zdarzyć. Gdybym mógł, leżałbym pod kołdrą cały dzień. Wstałem jednak i ubrałem się. Poddasze było puste, nikt już nie spał. Wszyscy byli na nogach. Zszedłem na dół i spotkałem przy stole Natalie. Przywitałem ją pocałunkiem i spędziliśmy kolejne trzydzieści minut na rozmowie i jedzeniu. Jeżeli bała się dzisiejszego dnia, to zręcznie to ukrywała.
                 Po spożyciu posiłku wyszedłem z domu. Na ganku siedział Erni z Nieznajomą. Rozmawiali o czymś, więc tylko skinąłem głową, na znak przywitania. Dzisiejszy dzień był dosyć ciepły. Mimo to chodziłem ubrany w grubą bluzę i porządne spodnie. Na placu pomiędzy domami, stał Sołtys, który rozmawiał o czymś z Jolą. Przy bramach siedzieli Gigant, Szpieg, Goku, Robert oraz Piotr. Czy naprawdę, któryś z nich mógł być zdrajcą? Miczi i Damiana nigdzie nie widziałem, prawdopodobnie siedzieli w domach. Kiedy Gigant mnie zobaczył zawołał mnie. Podszedłem do niego i  przywitałem się. Widziałem,  że ma do mnie jakaś sprawę więc poczekałem grzecznie na to, aż zacznie mówić :
— Słuchaj, wiem, że sytuacja w obozie jest napięta i w sumie nawet siedząc tu, przy ogrodzeniu, ryzykujemy nasze  życia, ale musisz o czymś wiedzieć. Kiedy spałeś, słyszeliśmy strzały dochodzące z głównej ulicy. Nawet z tak daleka mogliśmy rozpoznać samochód, którym uciekł Alex. Był tam jakieś dwie godziny temu. Nie uważasz, że oprócz Daliona, moglibyśmy też pozbyć się drugiego zagrożenia za jednym razem? Wyruszylibyśmy tam zaraz, wzięli parę pistoletów, wiatrówek i zobaczyli czy kogoś znajdziemy. Może nawet byśmy znaleźli jakieś zapasy.
                Alex, Łapa, Dalion i jeszcze inny zdrajca z obozu. Czy mógł to być Gigant? Pomógł nam w wielu przypadkach, czy naprawdę próbowałby zaprowadzić mnie w środek pułapki? Niemożliwe. „Nie ufaj nikomu”, przypomniałem sobie, własne słowa, którymi dodawałem sobie otuchy, biegnąc po Kiciusia. Komuś jednak musiałem zaufać, nie wierzyłem, że w całym Obozie nie ma osoby, której mógłbym ufać. Gigant na pewno był moim przyjacielem, więc wtajemniczyłem go szybko w to o czym rozmawiałem z Dalionem, wczoraj wieczorem. Wysłuchał mnie uważnie po czym dodał, że będzie obserwował wszystkich i jeżeli zauważy coś niepokojącego, zawiadomi mnie. Podziękowałem mu i powiedziałem :
— Co do Alexa, warto sprawdzić czy jest w pobliżu tej drogi. Kiedy mnie nie będzie, chcę żebyś przypilnował wszystkiego i w razie przedłużenia się sprawy na drodze, wykonał egzekucję Daliona. Wezmę ze sobą Cinka, Kiciusia i Natalie. Wrócimy jak najszybciej to będzie możliwe.
                Następnie pożegnałem się z nim i zawołałem moich przyjaciół. Zorganizowaliśmy się szybko, w końcu dni były coraz krótsze, a musieliśmy być na wieczór w obozie. Wychodząc przez jedną z bram zobaczyłem Miczi. Opuszczała akurat swój dom. Widać było, że dużo ostatnio płakała. Spojrzała na mnie ze złością. Wiedziałem, że jest na mnie zła z powodu mojej decyzji. Musiałem się pogodzić z tym, że prawdopodobnie, długo mi nie wybaczy. Opuściłem obóz, rozglądając się. Ulica wydawała się czysta. Słońce wisiało jeszcze dosyć wysoko na niebie, więc byłem pewien, że mamy dobre trzy godziny do zmroku. Obserwowałem jak Robert zamyka za nami bramę i miałem to dziwne wrażenie, że coś złego się stanie. Otrząsnąłem się z tego szybko i ruszyłem szybkim krokiem z resztą w stronę drogi krajowej, którą całkiem niedawno szedłem wraz z Goku oraz Cinkiem. Cała nasza czwórka była uzbrojona. Kiciuś jako jedyny niósł karabin, nie było ich dużo, lecz warto było mieć pod ręką coś takiego. Ja z Cinkiem mieliśmy po pistolecie, a Natalia przewieszoną przez plecy wiatrówkę. Zdałem sobie sprawę, że nie mam swojego noża. Musiałem go zostawić przed wejściem do piwnicy w której wczoraj, przesłuchiwałem Daliona. Całe szczęście, moi towarzysze pomyśleli o tym i byli wyposażeni w bronie białe.
                 Po około dziesięciu minutach doszliśmy do zakrętu na drogę. Już stąd widziałem dym oraz słyszałem jęki zombie. Ruszyliśmy w rządku wzdłuż ulicy i zobaczyliśmy coś strasznego. Leżał tu wrak auta, z którego unosiła się strużka dymu. Widziałem też grupkę szwendaczy, która jadła dwa trupy. Z bijącym sercem, dałem znak reszcie, żeby je powoli i skutecznie wykluczyć. Zaczął Cinek, który biorąc w rękę nóż skoczył do jednego ciała i dźgał posilające się trupy. Celował całkiem nieźle, a zajęte konsumowaniem ciała zombie nie zdawały sobie sprawy, że jesteśmy tuż za nimi. Drugą grupką zajął się Kiciuś wraz z Natalią. Mój przyjaciel i druga bliska mi osoba, cięły równo, ramię w ramię, oczyszczając powoli ulicę z zagrożenia. Widziałem, że z strony wylotowej na Białystok czołgają się kolejne. Zobaczyłem też plamy krwi ciągnące się od wraka samochodu, aż do lasu. Nie mogły należeć do zombie. Krew była znacznie jaśniejsza i mniej zanieczyszczona. Kiedy Cinek zatłukł dziesięciu martwiaków, ruszył w moją stronę podchodząc do kolejnych. Wiedziałem, że dobrze mieć takiego sojusznika jak on. Był dobrze zbudowany, silny i szybki. Jego jedyną wadą był rozum. Wiedziałem, że często robił głupie rzeczy, ale umie wyciągnąć dobre wnioski. Popędził w stronę pierwszego zimnego i pewnym cięciem, wbił mu nóż w oko. Kolejny poleciał do tyłu, gdy został kopnięty. Marcin doskoczył do niego i zadał mu śmierć, poprzez trzy szybkie pchnięcia w twarz. Następnego wykończył potężnym zamachem, który zakończył się tym, że ostrze przecięło gardło i utknęło w środku. Wyjął je i powalił kolejną ofiarę na ulicę. Ja z wyciągniętą bronią obserwowałem linię lasu i pilnowałem pleców moich przyjaciół. Musiałem się liczyć z tym, że jeden z nich w końcu nie trafi. Trafili jednak.
                 Ulica po parunastu minutach walki i dobijania, była czysta. Podszedłem do pierwszego z ciał i rozpoznałem natychmiast jednego z przydupasów Alexa. Auto również należało do niego, był to jeden z furgonów, które ukradł, uciekając z polany. Drugiego człowieka nie poznałem. Był to jakiś starszy mężczyzna. Miał rozszarpany brzuch i wyjedzone połowę wnętrzności. Śniadanie podeszło mi do gardła. Wyglądało to naprawdę nieciekawie. Pomimo tak wielu widoków podczas tej całej apokalipsy, nigdy nie widziałem niczego brutalniejszego. Kolejną godzinę spędziliśmy na przeszukiwaniu miejsca. W wraku auta, znaleźliśmy trochę zapasów, całe szczęście Cinek miał ze sobą plecak więc zapakowaliśmy je do środka. Zbadaliśmy również ślad krwi, który musiał należeć do Alexa. Krwawił dosyć obficie, więc nie mógł być daleko. Ruszyliśmy w las.
                 Krew było ciężko zauważyć, szczególnie, że powoli robiło się ciemno. Byliśmy tak blisko wykończenia go, a zarazem nie mogliśmy go znaleźć. Byłem ciekaw co spowodowało wypadek i czy tak naprawdę Alex nie padł ofiarą innych ocalałych. Może Łapa go dorwała? Nie było dane mi tego wiedzieć. Musieliśmy wrócić do drogi i zostawić trop Alexa. Prawdopodobnie konał on teraz gdzieś pod jakimś drzewem w środku lasu. Wołając resztę wróciliśmy do drogi głównej, której się trzymaliśmy, żeby nie zgubić się. Robiło się ciemno a oddaliliśmy się od obozu.
                 Przez chwilę poczułem ponownie niepokój. Wiedziałem, że teraz jesteśmy mocno wystawieni na ataki. Jeżeli Łapa by nas teraz otoczyła wraz ze swoimi ludźmi to bylibyśmy martwi. Jak na zawołanie usłyszałem dźwięk pędzącego samochodu. Przerażenie odebrało mi na chwilę władzę w nogach i umiejętność racjonalnego myślenia. Cinek krzyknął, żebyśmy chowali się do krzaków bo nie wiadomo czy jadąca osoba jest pokojowo nastawiona. Ukryliśmy się szybko przy drzewach, z racji iż krzaki były już w większości łyse i pozbawione liści. Obserwowaliśmy.
                 Nagle zobaczyliśmy daleko na drodze samochód. Natychmiast zauważyłem, że osoby, które w nim są nie mają dobrych zamiarów. Auto pędziło z zawrotną prędkością, lecz mimo tego dostrzegłem, że osoby siedzące z tyłu, na czymś w rodzaju otwartego bagażnika, mają w rękach broń. Kiedy nas minęli wstałem i natychmiastowo zerwałem się do biegu. Wiedziałem dokąd jadą. Moi przyjaciele też to wiedzieli, ponieważ również zerwali się do sprintu. Chyba w życiu nie biegłem tak szybko. Z każdym kolejnym metrem czułem narastające obawy. W końcu po paru minutach sprintu, nie dawaliśmy rady dalej biec, więc zwolniliśmy trochę. Byliśmy jednak już w okolicach mostu. Widzieliśmy z daleka światła Obozu. Ostatnie chwile wysiłku i będziemy na miejscu. Wszyscy byliśmy wykończeni biegiem, ale nikt nie próbował nawet się zatrzymywać. Wiedzieli, że auto pojechało w stronę obozu.  Już stąd słyszałem odległe strzały. Zaczęło się, pomyślałem, skręcając w ostatnią uliczkę, prowadzącą prosto do domu.
                 Widziałem już z daleka samochód i coraz głośniejsze dźwięki strzałów. Kiedy dobiegliśmy na miejsce zamarłem. Północna brama była rozbita, a w niej stało auto. My dostaliśmy się na nasz teren od południa,  widzieliśmy, że przy każdym z domów stoją nasi przyjaciele. Strzelali, broniąc pozycji. Wrogowie byli po drugiej stronie, przy domku Kiciusia, Miczi oraz tym zajmowanym przez Damiana. Już na samym wejściu zauważyłem pierwsze ciało. Należało ono do Piotra. Musiał zauważyć wrogów pierwszy i dostać kulkę, stojąc przy ogrodzeniu. Strzał dosięgnął go prosto w głowę. Widziałem dziurę w miejscu gdzie kiedyś było jedno z jego oczu. Ogarnął mnie gniew. Widziałem jak Kiciuś staje na środku, pomiędzy domami i pakuje serią w tamtych. Przy jeden z ścian stał Sołtys wraz z Nieznajomą. Ucieszyłem się na ich widok. Zamarłem, gdy zobaczyłem ilość osób, które do nas strzelały. Przy jednym z domów stała dziewczyna, bardzo ładna, niewiele starsza ode mnie. Miała na sobie czarny strój i sporą spluwę w rękach. To musiała być Łapa. Próbowałem ją trafić, ale ostrzał był zbyt gwałtowany, żebym mógł się wychylić i przycelować. Musiałem bronić moich ludzi. Widziałem Giganta, który stał przy zachodniej bramie i tłukł pięściami jednego z wrogów. Korzystając z zamieszania ruszyłem na prawo, żeby spróbować okrążyć ludzi Łapy.
                 Gdy tylko przekroczyłem róg zobaczyłem jednego z wrogów. Był to mężczyzna, dosyć wysoki, przypominający z wyglądu Giganta, tylko bez zbroi i miecza, a z karabinem. Kiedy mnie zobaczył od razu zaczął strzelać. Jak najszybciej wróciłem za róg, ale poczułem, jak jeden z strzałów trafia mnie w okolicach piszczela. Ból był potworny, a ja leżałem unieruchomiony czekając na to aż wróg po mnie przybiegnie. Czemu to musiało się kończyć w ten sposób? Moi przyjaciele ginęli, a ja jak zwykle chciałem zostać bohaterem i za chwilę miałem przypłacić to życiem.

                Kroki nadal się zbliżały i usłyszałem wystrzał. Zamknąłem oczy, lecz nie poczułem bólu.  Zza rogu wypadł nagle mężczyzna, który mnie postrzelił i upadł ciężko na ziemię. Widziałem jak próbuje coś mówić, ale rana postrzałowa, która przebiła mu płuco, uniemożliwiała mu to. Próbował jeszcze coś zrobić i mnie dosięgnąć, kiedy nie czekając na lepszą okazję wystrzeliłem mu prosto w twarz. Nagle usłyszałem dźwięk odpalanego silnika. Odjeżdżali. Łapa nas zostawiła. Rzeczywiście, chwilę później zobaczyłem auto, jadące w tą stronę, z której niedawno przyszliśmy z Kiciusiem, Natalią oraz Cinkiem. Nie wiedziałem dlaczego odjeżdżają, nie rozumiałem również tego, kto mnie uratował. Wiedziałem, że pewnie połowa moich przyjaciół nie żyje. Nagle usłyszałem szelest i zobaczyłem czołgający się w moim kierunku zwłoki. Widać było, że człowiek, którym kiedyś był sunący się trup, został ugryziony w bark. Celując w zombie obolałą ręką, wstrzymałem się. Nastała cisza, a ja obserwowałem jak szwendacz zbliża się do mnie. Spojrzałem w dobrze mi znaną twarz i zacząłem krzyczeć. Wrzeszczałem jak opętany i wystrzeliłem po czym zacząłem płakać jak dziecko. Tak właśnie skończyłem cierpienia Gokujina, który opadł na trawę obok mnie i już się nie ruszał.