Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 18. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 18. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 kwietnia 2017

Rozdział 18: Dla dobra ogółu

Rozdział 18, kolejny z perspektywy Zuzy. Jest to bardzo długi rozdział, który może i sam w sobie nie jest bardzo istotny fabularnie (chociaż pod koniec pojawi się coś bardzo ważnego), ale i tak myślę, że jest ciekawym opisanie przygody. No i dochodzę powoli do swojego limitu rozdziałowego, ale postaram się naprawdę przyspieszyć pracę. Z nożem na gardle zawsze lepiej się pracuje ;) Zapraszam do czytania oraz komentowania po przeczytaniu i jakbyśmy nie usłyszeli się za pięć dni to sprawdzajcie fanpage: https://www.facebook.com/MrBobru (znajdziecie tam na pewno potrzebne informacje)

POV:
Zuza - Rozdział 18 - Dzień 6-7
Bobru - Dzień 6-7 - Jest w drodze do Płońska
Irek - Dzień 6-7 - Jest w Toruniu

------------------------------------------------------

Rozdział 18: Dla dobra ogółu (ZUZA)


                - Stan ciężki. Pomimo zatamowania krwawienia, nie odzyskuje przytomności. Kula mogła uszkodzić mózg. Jeżeli tak to już z tego nie wyjdzie. Potrzebuje lepszej aparatury. Odłamki kuli mogły ukryć się gdzieś głębiej. To cud, że ona w ogóle żyje – powiedziałam wycierając ręce w szmatkę podaną przez Józefa. Gdy rozmawiałam o medycynie stawałam się prawie taką gadułą jak Mpd.
- Ta dwójka uciekła. Nic na to nie poradzimy, przynajmniej na razie – westchnął Józef.
- Co teraz? Będzie tak po prostu leżała? – zapytała Młoda. Jej twarz, z typowej dla niej bladości, przeszła w głęboką czerwień. Oczy miała mokre od łez. Ale głos jej nie drżał. Pomimo oczywistej beznadziejności sytuacji ta starała się pokazać, że nie poddaje się. Podobnie jak leżąca na ziemi siostra.
- Musimy zdobyć parę potrzebnych rzeczy. Przeszukać miasto, zdobyć narzędzia, jakiś środek znieczulający, leki… - włączył się Medyk, który odpalił papierosa. Na jego twarzy widać było zmęczenie. Przez ostatnią godzinę walczyliśmy o utrzymanie Łapy przy życiu. Dodatkowo Medyk został postrzelony. Rana była jednak powierzchowna i zdążył już sam sobie ją opatrzeć.
- Mogę pomóc – wtrącił tajemniczy nieznajomy, który uratował nas, bezinteresownie atakując tutejszych chłopaków.
- Ja też – odezwał się Emil.
- Ty… Ty… - Młoda spojrzała na niego nienawistnie. Widać było, że kipi z niej czysta odraza do przywódcy tubylców.
- Daj spokój Młoda. Gdyby nie on, wszyscy moglibyśmy leżeć już martwi. Kupił nam wiele czasu i przeciwstawił się swoim ludziom. Wybrał nas, nie widzę powodu, żeby mu nie ufać.
- Nie wiem co w nich wstąpiło. Nie byliśmy takimi ludźmi… A przynajmniej tak mi się wydawało – powiedział poprawiają okulary na nosie – Pomogę wam. Chociaż tyle mogę zrobić.
                Westchnęłam ciężko. Mijając Mpd podeszłam do miejsca, w którym spaliśmy i sprawdziłam jak czuje się Sara. Ta przespała całą sytuację i chociaż zamieszania i krzyków było sporo, to wciąż spała. Paradoksalnie jej rana też była niebezpieczna i jej stan nie był do końca stabilny. Łapa wcale nie była jedyną poszkodowaną, która teraz znajdowała się w budynku. Obie jednak wciąż oddychały i miałam nadzieję uratować je obie. Gdy zmieniałam okład na nowy podszedł do mnie tajemniczy nieznajomy.
- Chyba jeszcze się nie poznaliśmy – powiedział. Jego głos był głęboki i kojący. Byłam pewna, że gdyby był lektorem to uwielbiałabym słuchać rzeczy czytanych przez niego – Marcin.
- Zuza – podałam mu dłoń, którą zdecydowanie, ale nie za mocno, uścisnął.
- Nie wiem czy wiesz, ale w okolicy jest szpital. Zauważyłem go gdy kręciłem się po okolicy. Myślę, że tam warto będzie uderzyć – zaproponował.
- Mogę zapytać dlaczego nam pomagasz? – przerwałam mu, zbyt ciekawa tego, żeby pominąć taką informację.
- Wierzę w dobro na tym świecie. Wkradłem się tutaj, żeby zobaczyć kto tu urzęduje i gdy zobaczyłem jak tamten chłopak celował do bezbronnego człowieka, a reszta z was stała tak ze strachem widocznym z daleka, postanowiłem zainterweniować – wytłumaczył – I widzę, że nie myliłem się. Przynajmniej co do was… - te ostatnie słowa dodał pod nosem. Czułam, że nie były skierowane do mnie.
- Spore ryzyko. Jesteśmy wdzięczni, ale wciąż nie wiem czy bym tak zrobiła – powiedziałam.
- Widzisz w takich czasach trzeba w coś wierzyć. Ty też na pewno w coś wierzysz. Masz jakiegoś anioła stróża, który czuwa nad tobą i mówi ci co jest słuszne, a co nie – podrapał się po brodzie.
- Może. Teraz jednak musimy iść. Anioł Stróż Łapy chyba przyspał, bo jest umierająca – ucięłam temat.
                Marcin stał jeszcze chwilę przy mnie po czym ruszył w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że po prostu chce poczekać na mnie na zewnątrz, a nie, że rusza w swoją stronę. Gdy wzięłam potrzebne rzeczy i przepakowałam mój plecak, tak żeby było w nim więcej miejsca na lekarstwa, zaczęłam szukać Emila. Ten był już gotowy. Miał na plecach coś przypominającego połączenie plecaka i torby turystycznej. Wspólnie poszliśmy w kierunku wyjścia, gdzie parę minut temu zniknął Marcin.
                Gdy wyszliśmy na zewnątrz zauważyliśmy mężczyznę stojącego przy tylnej furtce.
- Gotowi? – zapytał. Pokiwaliśmy głowami. Otworzyliśmy ostrożnie tylne wyjście i po kolei zaczęliśmy schodzić w dół zboczem wzgórza.
- Idziemy na piechotę? – zapytał Emil.
- To dosyć niedaleko – zauważyłam.
- Tak, ale nie przydałoby się wziąć naprawdę sporo tych wszystkich leków? Jak już tam i tak idziemy, moglibyśmy zapakować trochę więcej tego wszystkiego – powiedział okularnik.
- Pomysł nie głupi – stwierdził Marcin – Zobaczymy czy znajdziemy jakiś pojazd przed szpitalem. Ważne, żeby wziąć te najważniejsze rzeczy. Reszta to tylko opcjonalna sprawa.
                Zeszliśmy kamienny schodkami, omijając miejsca, w których mogły być pułapki. Nie byłam pewna, czy koledzy Emila czegoś nie założyli bez naszej wiedzy, a jedyne czego nam brakowało to trupy na naszej głowie. Schodząc ze wzgórza widać było jakim dobrym punktem ono jest. Co prawda nie miałoby ono specjalnego sensu, gdyby nie zabudowania, które osłaniały go przed główną częścią ulicy, ale całe szczęście ta była zablokowana bramą.
- Właściwie to wy pobudowaliście te mury otaczające wzgórze? – zapytałam Emila.
- My i ci co byli tu wcześniej. Ale konstrukcja i tak jest kiepska. Przydałaby się tu ekipa budowlana z prawdziwego zdarzenia – powiedział.
Z tego co zrozumiałem właśnie tacy ludzie i materiały miały przyjechać z Inowrocławia. Byłam ciekawa jak ten obóz może wyglądać za jakiś czas.
- Szczerze wydaje mi się, że mogliście wybrać nieco lepiej to miejsce. Oczywiście jeżeli planujecie zrobić większy obóz – włączył się do rozmowy Marcin.
- Co masz na myśli? – zapytałam.
- Kawałek na zachód, zaraz pewnie będziemy to mijać, jest stare miasto. Ściśnięte budynki, pomiędzy którymi jest duża przestrzeń do życia. A same budynki nadawałby się idealnie do zasiedlenia gdyby je nieco oczyścić – wytłumaczył.
- Pewnie pomyślimy o czymś takim jak sytuacja w końcu się uspokoi – powiedziałam.
                Wzgórze zaczęło rosnąć za nami powoli. Wkroczyliśmy na ulice. Zombie zauważyliśmy prawie od razu. Zamilkliśmy i przeszliśmy do pozycji zgarbionej i nieco przykucniętej, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Zombie powoli szły w naszym kierunku, były to jednak pojedyncze sztuki. Każdy wyglądał inaczej i wydawało się, że przeszedł zupełnie inną drogę przed, a także po śmierci. Kobieta, którą mijaliśmy miała zlepione włosy od zmieszanej krwi i wymiocin. Jej policzek i duża część szyi była odsłonięta, pokazując przegniłe ścięgna i mięśnie. Kawałek dalej za nią, człapał w naszą stronę mężczyzna. Miał wygiętą nogę, którą powłóczył za sobą, a z brzucha zwisały mu, lekko wystające, flaki. Mijając ich zobaczyliśmy przed nami mężczyznę, który miał wyjątkowo zielony odcień skóry. Szczególnie to było widoczne na czole, które było napięte i wyglądało jakby zaraz miało się rozerwać i pęknąć.
                Dalej był młodszy chłopak z paskudnie rozerwanym gardłem, sama górna część ciała mężczyzny, czołgającego się z wyciągnięta w naszą stronę ręką, a także korpus bez rąk człapiący powoli i wyciągający głowę. Nie chciałam się im zbytnio przyglądać, bo widok z pewnością nie należał do najprzyjemniejszych. Emil podzielał moją niechęć, bo patrzył bardziej na ziemię niż na stwory, ale Marcin był zdecydowanie bardziej uważny. Rozglądał się, odpychając trupy, które podchodziły za blisko. Zastanawiałam się jak dowódca Zszytych mógł pracować z nimi gdy robił swoje badania. Nie dość, że było to niebezpieczne, to jeszcze naprawdę trzeba było mieć mocne nerwy.
                Wyszliśmy na drogę, która z jednej strony była usiana budynkami, a z drugiej linią drzewek oraz sporym pasem zieleni. Zastanawiałam się jak daleko jeszcze do celu, więc gdy zombie zostały z tyłu, a te przed nami były znacznie mniej liczne, to zapytałam.
- Niedaleko – odpowiedział Marcin. Było ciemno, chociaż dzisiejszą noc i tak można było zaliczyć do jasnych. Księżyc świecił i sprawiał, że nie musieliśmy nawet specjalnie używać latarek, tak długo, jak byliśmy na dworze – W sumie to dobra okazja, żeby nieco się poznać.
- Myślałam, że mamy już to za sobą.
- Tak, znamy swoje imiona, ale czy nie warto poznać czegoś więcej? Ja przed wybuchem zarazy pracowałem w biurze obsługi klienta – przyznał.
- Ja studiowałem – powiedział Emil.
- Byłam chirurgiem.
- W sumie to było głupie pytanie. Przecież zajęłaś się ranną, to było pewne. A długo jesteście w tej grupie, w której teraz jesteście? – zapytał ponownie mężczyzna.
- Spotkaliśmy się trzy dni temu – odpowiedziałam.
- Kiedy zaatakowała obóz mój i moich znajomych. No ale, chyba na dobre wyszło, patrząc jakie się z nich chujki okazały – stwierdził Emil.
- Ja w sumie podróżowałem sam od dawna. Nie miałem nigdy zbyt wielkiego szczęścia co do ludzi.
- Podróżowanie samemu nie jest takie głupie – wtrącił Emil – Poza problemem ze spaniem to jesteś mniej zauważalny, zużywasz mniej zapasów, a właściwie ludzie są… - jacy są ludzie się nie dowiedziałam, ponieważ, gdy chłopak kończył mówić, usłyszeliśmy strzał dochodzący z drogi przed nami. Marcin zareagował odruchowo łapiąc Emila pod pachę i biorąc mnie za rękę, a następnie szarżując w stronę pobliskiego murku. Był szybki. Gdy całą trójką kucaliśmy za osłoną kazał nam zostać na ziemi, a sam delikatnie się podniósł i wychylił.
- Światła – wyszeptał. Trupy z okolic doskonale pokazywały, z której strony mamy spodziewać się niebezpieczeństwa. Zaczęły podążać w kierunku, w którym szliśmy, lgnąc do hałasu.
- Co robimy? – zapytał Emil.
- Mogę do nich wyjść i zobaczyć, co chcą – zaproponował mężczyzna.
- Oszalałeś?! – powiedziałam znacznie głośniej niż planowałam, co spotkało się z uciszeniem mnie dłonią. Gdy Marcin wychylił się raz jeszcze, żeby zobaczyć czy mój głos nie zdradził naszej pozycji, kontynuowałam – Przecież to pewnie jacyś bandyci, zabiją cię.
- Wy nie zabiliście – zauważył.
- Ale… - zaczęłam.
- Was też nie znałem – odpowiedział na pytanie, którego jeszcze nie zdążyłam zadać. Zagryzłam wargę. Posłuchaj… usłyszałam głos w głowie – Podobno szukacie ludzi. Jeżeli ich ominiemy mogą dotrzeć do obozu i narobić szkód. Jeżeli czegoś szukają to wskaże im drogę, a jeżeli mają złe zamiary to po prostu ucieknę. Możecie mi zaufać?
- Uciekniesz przed pociskiem? – zapytałam zrezygnowana.
- Jestem szybki – powiedział, po czym zdecydowanie szybciej, niż się spodziewałam, wstał i podbiegł w stronę światła. Nie trzeba było czekać długo. Po chwili światła latarek zaświecił na chodniku niedaleko nas, rzucając długi cień na postać Marcina. Bałam się wychylić, zdecydowanie nie ufałam ludziom tak, jak on, więc jedynie słuchałam tego co się dzieje. Emil ponownie zachowywał się podobnie do mnie.
- Hej, szukacie czegoś? – zapytał nasz nowy przyjaciel.
Przez chwilę panowała cisza, przerwana jedynie jękiem zombie, a po chwilę dźwiękiem kilku uderzeń i upadającym ciałem. Jęk trupa zamilkł.
- Coś za jeden? – krzyknął jakiś chłopak.
- Łapy do góry – dołączył się krzyk kobiety.
- Uważajcie reszta! Może być ich więcej! – wydarł się kolejny głos, zdecydowanie bardziej męski od głosu chłopaka
- Po co te nerwy? Wyszedłem bo wyglądacie na zagubionych i chcę wam pomóc. Szukacie czegoś konkretnego? – głos Marcina był donośny i chociaż nie krzyczał, to słychać go było bardzo dobrze.
                Kolejna chwila milczenia.
- Zgubiliśmy się z rodziną – powiedział w końcu mężczyzna.
- Okej… Czego szukacie? – zapytał Marcin. Zaryzykowałam wychylenie się. Zobaczyła trójkę stojąca przed Marcinem, który miał podniesione ręce. Jego dzida była przewieszona przez plecy. Przez snop światła nie mogłam zobaczyć twarzy, albo jakichś szczegółów postaci, ale nie było wątpliwości, że ich nie znałam. Grupa składała się z mężczyzny i kobiety w podobnym wieku i chłopaka, który wyglądał na nastolatka. Widziałam, że celują do Marcina, chociaż ten spokojnie stał z podniesionymi rękoma.
- Drogi na zachód. Nie mamy kompasu ani nic, trzymaliśmy się do niedawna pewnego szlaku, ale był on zablokowany i nie mogliśmy znaleźć dalszej drogi. Przyjechaliśmy do tego miasta i teraz jesteśmy w kompletnej dupie – wyjaśnił mężczyzna.
- Wystarczy, że będzie trzymać się rzeki. Szukacie może jakiegoś konkretnego miejsca? – zapytał rzeczowo Marcin.
- Obozu. Jakiegokolwiek, gdzie znajdę bezpieczeństwo i ochronę dla mojej rodziny – powiedział.
- Jedźcie, a znajdziecie. Jestem pewien, że nie ominiecie Torunia. Jest tam duży obóz w miejscu Starego Miasta. Aż dziwne, że o nim nie słyszeliście.
- I dojedziemy tam wzdłuż rzeki? – zapytała kobieta, jakby nie do ufała jego słowom.
- Tak. Miniecie po drodze parę innych miast, ale Toruń chyba poznacie, zresztą wieczorem świeci się z daleka. Prawie na pewno wpadniecie na jakiś patrol po drodze, więc nie bójcie się ludzi. Mało w tamtej okolicy bandytów, za duże niebezpieczeństwo ze strony obozu.
                Na ulicy przez chwilę zapadła cisza.
- Dziękujemy – powiedział w końcu mężczyzna. Zobaczyłam, że opuścił broń. Jego rodzina poszła w jego ślady.
- Nie ma problemu. Trzeba sobie pomagać prawda. Jeżeli już o tym mowa, widzieliście może gdzieś w okolicy działający wóz? Nie szukam transportu tylko czego, w czym mógłbym przewieźć większą ilość rzeczy.
- Samego pojazdu nie widzieliśmy, ale popróbujcie z autami zaparkowanymi przed większymi budynkami. Ludzie rzadko je sprawdzają i tak znaleźliśmy nasze dwa poprzednie auta – powiedział życzliwie.
- Dzięki. Powodzenia na drodze – odpowiedział Marcin.
- Przyda się. Nawzajem – po powiedzeniu tego rodzina wróciła do pojazdu i po chwili odjechała w stronę, w którą szliśmy. Wyszliśmy z Emilem zza muru.
- Mówiłem, że nie będzie tak strasznie – powiedział z uśmiechem.
- Jesteś szalony – zaśmiałam się pod nosem.
- Możemy już iść? – zapytał Emil.
Kiwnęłam głową. Ruszyliśmy dalej wzdłuż uliczki. Droga, aż do samego szpitala, była w pozostałej części względnie bezpieczna. Poza trupami w niedużych ilościach, nie spotkaliśmy niczego niebezpiecznego. Zgodnie z radą spotkanej grupy sprawdzaliśmy niektóre wozy, ale nie mieliśmy tyle szczęścia co oni. Do samego celu naszej podróży nie znaleźliśmy żadnego.
                Gdy stanęliśmy przed bramą wjazdową, która była zamknięta, naszym oczom ukazał się dwuczęściowy, spory budynek, przed którym znajdowało się ogromne pole przestrzeni, którego są sporą część zajmował parking.
- Może tutaj się nam poszczęści – powiedział Marcin.
- Dasz radę otworzyć tą bramę? Mam małe problemy z nogą, Emil też jest w kiepskiej kondycji – poprosiłam go.
Mężczyzna bez słowa podszedł do bramy. Sprawnie wspiął się i przeskoczył na drugą stronę. Chwilę świecił latarką, a następnie pociągnął za coś, co musiało być zamkiem i z niedużym szmerem, który przebiegł echem po okolicy, otworzył wejście.
- A co jeżeli ktoś tu jest? – zapytał Emil.
- Nie wydaje mi się. Przynajmniej nic zorganizowanego. Nie widać śladów w trawie, parking jest całkowicie zawalony, a nie wygląda żeby ktoś tego pilnował – powiedział wskazując kolejno przestrzeń przerośniętej zieleni oraz miejsce do parkowania aut, na którym rzeczywiście nie było widać żadnego porządku – No dawajcie, chyba nie przeszliśmy tyle, żeby teraz zrezygnować…
                Nieco niepewnie ruszyłam na przód. Emil oddychał głośno, nie byłam pewna czy ze strachu, czy z emocji. Ruszyliśmy wyłożonym kostką brukiem w stronę parkingu. Gdzie-nie-gdzie widać było zaschnięte dawno ślady krwi, a także pojedyncze ciała, które bez wątpienia musiały tu leżeć od dawna. Rozglądałam się ostrożnie, o ile nasz towarzysz wyglądał na pewnego siebie, to ja obawiałam się, że w każdym momencie może pojawić się przeciwnik, który nas zaatakuje.
- Co jeżeli to zasadzka? – usłyszałam męski głos. Odwróciłam się, ale Emil nawet na mnie nie patrzył. Rozglądał się niepewnie na boki. To nie był też głos Marcina. To był głos z mojej głowy. Czy to możliwe, że nasz nowy towarzysz prowadzi nas w zasadzkę? Nie chciałam dopuszczać do głowy takiej myśli. Przecież byliśmy w takiej rozsypce, że mógł bez problemu pokonać nas w naszym obozie. Nie zrobił tego jednak. Odrzuciłam takie odczucia na bok, odetchnęłam głęboko i przyspieszyłam nieco.
- Cholera dużo tych aut – zauważył obiekt moich obaw.
- Któreś na pewno działa – stwierdził Emil.
- Myślę, że nawet większość. Wygląda na to, że ewakuacja w tym miejscu nawet się nie zaczęła. Kto wie czy to nie było jedno z pierwszych miejsc wybuchu zarazy – zastanowił się na głos mężczyzna.
- Czemu tak myślisz? – zapytałam go zdziwiona.
- Brak śladów ucieczki. Myślę, że ludzie tutaj mogli nie wiedzieć o tym, co się właściwie dzieje, dlatego tylko parę samochodów próbowało stąd wyjechać, ale było już za późno. Zresztą to jedno z bardziej pustych miast, jeżeli chodzi o trupy. Widywałem bardziej niebezpieczne wioski – wytłumaczył. Jego słowa miały sporo sensu.
                Przeszliśmy się wzdłuż kolumny aut, sprawdzając je po kolei. Marcin zaglądał przez szybę kierowcy jakby szukał czegoś konkretnego. W końcu zatrzymał się przy jednym z terenowych aut na dłużej i zauważając coś sięgnął do plecaka. Po chwili poszukiwań wyciągnął coś, co przypominało wygięty wieszak. Poprosił mnie o nóż, który mu podałam. Biorąc latarkę w usta, chwycił nóż i delikatnie podważył szybę, sprawiając, że powstała mała szpara. Oddał mi broń, po czym przez około minutę mocował się z drutem trzymanym w ręce. Wyginał go i kształtował, na coś w rodzaju rączki z pętelką na końcu. Ostrożnie przełożył wynalazek przez powstałą szparę i po chwili mocowania się drzwi stały otworem.
- Przydatna umiejętność – zauważył Emil.
- Wsiadajcie. Podjedziemy pod wejście.
- Czemu wybrałeś ten wóz? Bo jest parę większych – wskazałam coś w rodzaju małego ambulansu stojącego parę aut dalej.
- Dlatego – powiedział sięgając do stacyjki i pokazując nam kluczyki. Ponownie zaskoczył mnie swoim logicznym i spokojnym myśleniem. Wsiedliśmy, ja na siedzeniu pasażera, Emil z tyłu, a Marcin za kierownicą. Pojazd z początku odmawiał posłuszeństwa, ale gdy nieco się rozgrzał ruszył. Bak był w połowie pusty. Marcin ostrożnie wykręcił i pokonując krawężnik przejechał przez trawnik, mknąc w stronę drzwi wejściowych. Chwilę później wychodziliśmy już z pojazdu, obserwują górujący nad nami budynek.
                Zakurzona szyba od drzwi wejściowych sprawiała, że nie widać było, co jest po drugiej stronie.
- Gotowi? Trzymajmy się razem, jak zrobi się gorąco to uciekamy. Nie patrzcie wtedy nawet na to auto. Po prostu uciekajcie do obozu – powiedział Marcin.
Kiwnęliśmy głowami. Marcin, wyciągając swoją włócznię, podszedł do drzwi.  Ja nie czując się tak pewnie sięgnęłam po pistolet, a w drugą rękę wzięłam nóż. Emil trzymał tylko to drugie. Wejście nie należało do najprostszych, zawiasy kompletnie odmawiały posłuszeństwa i całą szklaną płytę trzeba było wręcz wyłamać. Na szczęście Marcin dał sobie z tym radę. Weszliśmy do opustoszałego holu. Promienie latarek zatańczyły po ścianach. Wszędzie leżały trupy. Zapach był nie do wytrzymania, od razu zasłoniłam koszulką twarz, bo nie chciałam czuć tego smrodu. Emil nawet się nie hamował, odbiegł na bok i zwymiotował.
- Cholerna konserwa – mruknął Marcin – Te trupy kumulowały się tutaj od miesięcy, ten zapach, uch – westchnął patrząc na kolejną falę wymiotów wydobywająca się z ciała Emila – Młody może zostaniesz tu? Popilnujesz auta, nam nie powinno długo zejść. Weźmiemy co się przyda i zaraz tu wrócimy.
                Emil tylko machnął ręką żebyśmy szli, po czym sam pobiegł w stronę wyjścia i świeżego powietrza. Smród był tak gryzący, że aż oczy zachodziły mi łzami. Przecierałam je, ale niewiele to dawało. Byliśmy teraz w sporej recepcji. Na lewo i prawo rozchodziły się korytarze, a za recepcją było widać dwie kabiny z windą. Marcin ruszył pierwszy, a ja szłam kawałek za nim. Zauważyliśmy na ścianie coś, co przypominało mapę budynku. Zaświeciłam na nią, a on szybko przejechał palcem po spisie pokoi.
- Pomieszczenia służbowe – zauważył tabliczkę, mówiącą o istnieniu takiego obszaru na trzecim piętrze – i magazyn – dodał pokazując kolejną, tym razem związaną z podziemiami budynku – Najlepiej by było, gdybyśmy się rozdzielili, ale nie wiadomo czy jest tu bezpiecznie. Zróbmy to szybko.
                Rozejrzałam się, świecąc latarką po ścianach. Nigdzie nie było widać przejścia na górę, ale te okazało się być nieco ukryte, w małym korytarzu na lewo od wind. Wyszliśmy powoli na klatkę schodową. Nasłuchiwałam najlepiej jak mogłam i ostrożnie wchodziłam za każdy kolejny zakręt, ale szpital wydawał się opustoszały.
- Pewnie nic nie znajdziemy… - powiedziałam szeptem, gdy wspinaliśmy się z drugiego piętra, na trzecie.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytał Marcin.
- Nikt by nie zostawił takiego miejsca ot tak.
- Zdziwiłabyś się jak wiele innych osób tak pomyślało, dzięki czemu to miejsce zostało nietknięte. Zresztą zobaczymy – machnął ręką.
                Dotarliśmy na szczyt tej części klatki schodowej i pchnęliśmy drzwi prowadzące na trzecie piętro. Wyszliśmy na korytarz. Od razu zobaczyliśmy dwójkę trupów, która w stanie głębokiego rozkładu pełzła w drugą stronę. Gdy tylko przekroczyliśmy próg oba trupy odwróciły się w naszą stronę. Jeden z nich nie miał dolnej części ciała i pełzał powoli przy użyciu jedynej ręki, zostawiając za sobą ciemny ślad. Jego towarzysz był cały, ale jego noga zginała się w dziwnym miejscu, przez co szwendał się niezdarnie w naszym kierunku. Zanim w mojej głowie powstała myśl, żeby ruszyć do przodu i zaatakować, to Marcin już się rozpędzał.  Zombie były powolne, dlatego bez większych problemów rozpłatał głowę pierwszemu, po czym zdeptał z impetem drugiego.
- Dziwne. Nie spodziewałem się tutaj trupów – powiedział do mnie, gdy go dogoniłam.
- Mówiłam, że powinniśmy uważać – powiedziałam.
- Masz rację. Chodź, tędy dojdziemy do pomieszczeń służbowych – wskazał drogę.
                Gdy tylko przebyliśmy kolejny zakręt, zobaczyliśmy naprawdę długi korytarz, który rozwidlał się na pokoje, rozsiane po prawej i lewej dosyć równomiernie. Po chwili usłyszeliśmy krzyk. Był odległy, ale poniósł się echem po opustoszałych korytarzach. Podskoczyłam ze strachu. Nawet Marcin drgnął gwałtownie.
- Emil? – zapytałam.
- Nie. Ktoś inny tu jest. Możemy spróbować zgasić latarki – zaproponował.
Cały korytarz pokrył gęsty mrok. Jedynym źródłem światła były pojedyncze snopy księżycowego światła, wpadające przez otwarte drzwi pomieszczeń. Sam korytarz nie miał okien i za dnia, przed wybuchem apokalipsy, musiał być oświetlany sztucznym światłem. Przylegliśmy z Marcinem do ściany i trzymając jego rękaw, szłam do przodu.
- Na pewno znajdziesz  to pomieszczenie? – zapytałam niepewnie.
- Mam taką nadzieję. Bo teraz to nie jestem pewien.
                Szliśmy. Nasze kroki odbijały się cichym echem od kafelkowej podłogi. Drżałam. Przeszliśmy przez kolejny jaśniejszy obszar i Marcin zatrzymał się.
- To tutaj – szepnął. W jego głosie nie było takiej pewności jak przy wejściu do szpitala, co z jednej strony mnie uspokoiło, bo teraz byłam pewna, że to nie zasadzka, ale z drugiej wiedziałam, że gdyby nie on, to prawdopodobnie byłabym zbyt przestraszona, żeby zrobić cokolwiek. Marcin nachylił się przy drzwiach i pociągnął za klamkę. Wsunęliśmy się do środka pomieszczenia, starając się nie narobić przy tym hałasu. Było tutaj ciemno, bo drzwi prowadziły do holu, który rozgałęział się na trzy kolejne pokoje. Wszystkie drzwi były zamknięte. Zabezpieczyliśmy te za nami i spokojnie odetchnęliśmy. Tutaj byliśmy bezpieczni. W szpitalu nie było już słychać nic po tym krzyku, ale to nie zmieniało faktu, że ktoś tam był. Miałam nadzieję, że Emil nie pomyśli, że to ktoś z nas i nie wejdzie tutaj głupio, trafiając na osobę, która rzeczywiście te dźwięki wydawała.
                Na podłodze była gruba warstwa kurzu, przysłaniająca całkowicie podłogę. Nie było wątpliwości, że dawno tu nikogo nie było. Na ścianie widniał długi, przeciągły, krwisty ślad, który wyglądem przypominał jakby ktoś osuwał się zakrwawioną dłonią. Nie było jednak ciała. Marcin przyłożył ucho do każdych drzwi po kolei i przy każdych nasłuchiwał uważnie.
- Nic nie słychać – stwierdził odciągając głowę od ostatnich – Myślę, że możemy się delikatnie rozdzielić i szybko przeszukać te pomieszczenia. Coś czuje, że im szybciej stąd uciekniemy, tym lepiej.
- Okej – potwierdziłam i ruszyłam do środkowych drzwi. On wybrał lewe. Nacisnęłam na klamkę i z niemałym trudem pokonałam zardzewiały zamek. W środku przywitał mnie widok sporego, kwadratowego pomieszczenia. Zauważyłam, że stały w nim dwa stoły, wielka kanapa, w rogu była nieduża kuchnia, a na ścianie wisiał, sporych rozmiarów, telewizor. To musiało być miejsce, gdzie personel odpoczywał w przerwach, jadł i rozmawiał. Spojrzałam na przedmiot leżący na jednym ze stołów i zaskoczona podniosłam go. Był to odtwarzacz mp4. Muzyka, pomyślałam, jak dawno jej nie słyszałam. Zadowolona schowałam łup do kieszeni i nie przykładając specjalnej wagi do pozostałej części pomieszczenia wróciłam do holu. Tutaj na pewno nie było tego czego szukaliśmy.
                Wracając zerknęłam w stronę, w którą poszedł Marcin. Widziałam tylko światło latarki pojawiające się co chwilę i znikające. Nie przeszkadzając mu udałam się do ostatnich drzwi. Tutaj zauważyłam od razu, że zamek jest wyłamany. Odrobinę ostrożniej zanurkowałam do zakurzonego pomieszczenia i gdy tylko przeleciałam latarką po pokoju, to na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Był to składzik na leki. Właśnie tego szukaliśmy. Podbiegając do półek, wypełnionych przeróżnymi medykamentami zaczęłam przeszukiwać wszystko w poszukiwaniu potrzebnych leków. Szukałam zarówno tych przeciwbólowych jak i potrzebnych do znieczulenia, oczyszczenia rany, oraz ewentualnej walki z infekcją jaka mogłaby się w nią wdać. Na szali było życie człowieka i to kogoś ważnego dla naszego obozu.
                Leków było naprawdę dużo i nie patrzyłam nawet ile dokładnie czego biorę, po prostu pakowałam wszystko do plecaka, aż ten powoli zaczął się przepełniać. Marcin dołączył do mnie, kiedy opróżniałam ostatnią półkę, ładując do kolejnej kieszeni plecaka pastylki, które świetnie działały jako środek przeciwbólowy, szczególnie w dużych ilościach, a przy okazji pozwalały nieco odpłynąć, co z pewnością pomoże Łapie przetrwać ciężki okres.
- Znalazłaś? – zapytał.
- Tak. A co było w tamtym pokoju? – zapytałam.
- Szatnia. Przeszukałem parę szafek, ale właściwie nie znalazłem nic cennego. Przynajmniej nie na te czasy – powiedział ze smutkiem, wskazując złoty zegarek, który błyszczał kusząco w świetle latarki – Mam coś stąd wziąć?
- Myślę, że to co mam nam wystarczy jeżeli chodzi o leki. Mieliśmy sporo farta. Zachowaj miejsce na sprzęt – powiedziałam. Kiwnął głową. Opuściliśmy składnicę wychodząc na hol, a po chwili wracając na główny korytarz. W szpitalu wciąż panowała cisza.
- To co, teraz czas zejść do podziemi i znaleźć to czego potrzebujemy w magazynie? – bardziej powiedział niż zapytał – Właściwie to czego szukamy?
- Na pewno przydałoby się urządzenie do mierzenia ciśnienia. Wiesz takie z zaciskiem na palec. Dodatkowo potrzebujemy tych wszystkich rzeczy do przeprowadzenia operacji i stworzenia sterylnego pomieszczenia. Zasłony, rękawice, waciki, chusteczki, narzędzia do przeprowadzenia operacji. Niby dałoby się to znaleźć w mieście i użyć jakichś zamienników, ale wolę nie ryzykować. Ona jest w naprawdę kiepskim stanie – wytłumaczyłam.
- Jasne, rozumiem. Dobra, chodź za mną – powiedział i zaczęliśmy drogę w stronę klatki schodowej. Po chwili znaleźliśmy się na niej i powoli zaczęliśmy schodzić w dół. Kiedy minęliśmy parter wybraliśmy drogę jeszcze niżej. Do samych piwnic. Na schemacie najniższa część budynku nie wydawał się duża. Oprócz magazynu była tam jeszcze kostnica, miejsca do kontrolowania elektroniki i hydrauliki budynku oraz miejsce do segregacji śmieci. Nie spotkaliśmy po drodze nikogo – ani zombie, ani ludzi. Zastanawiałam się, kto jeszcze był z nami w szpitalu. Kto krzyknął.
                Podziemia składały się z jednego długiego korytarza, na którego końcu było pomieszczenie, które nas interesowało. Było tutaj obskurnie i w niczym to nie przypominało górnych partii budynku, gdzie, nawet jak na te klimaty, było w miarę czysto i schludnie. Na sufitach latały nitki pajęczyn, poruszające się delikatnie. Czuć było przeciąg, prawdopodobnie w piwnicy było dodatkowe wyjście, bądź też otwarte okno. Na ścianach widać było zacieki, które sprawiło, że miejscami pojawił się grzyb. Marcin szedł znowu przodem. Byliśmy w takim punkcie, że nie musieliśmy się za bardzo martwić tym, że ktoś nas zaskoczy. Korytarz był prosty, a wejścia do poszczególnych pomieszczeń były od siebie bardzo oddalone o paręnaście metrów. Wiedzieliśmy jednak, że jakby zaskoczyły nas tutaj trupy, to nie mielibyśmy jak uciec. Jedyna droga do wyjścia była za naszymi plecami i oddalała się z każdym krokiem.
                Minęliśmy drzwi prowadzące do rozdzielni elektrycznej, a po chwili te prowadzące do wodociągów. Przechodząc obok kostnicy usłyszałam coś. Było to zaledwie stuknięcie, ale w takiej ciszy było doskonale słyszalne. Złapałam Marcina, który najwyraźniej nie zwrócił na to uwagi.
- Co jest? – zapytał szeptem.
- Kostnica. Ktoś tam jest – powiedziałam.
- To pewnie trupy. Zostały zamknięte w tych szafkach na ciała i raczej nikomu nie przyszło do głowy żeby je uwolnić – podsunął pomysł.
- Możemy to sprawdzić? Nie chcę żeby coś nas zaskoczyło jak będziemy wracać – powiedziałam poprawiając plecak, który teraz wyraźnie zaczynał ciążyć na moich plecach.
- Jak to cię uspokoi…
                Stanęliśmy przy drzwiach do kostnicy. Nie mogłam sobie wyobrazić bardziej przerażającej sytuacji. Świat upadł, zombie chodziły po ulicach, liczba żywych spadała gwałtownie każdego dnia, a my siedzieliśmy w nocy, w piwnicy szpitala, zakradając się do miejsca, które powinno być jednym z niewielu, gdzie znajdują się trupy. Marcin nachylił się i ze skupieniem na twarzy zaczął się wsłuchiwać w to, co działo się za drzwiami. W jego oczach pojawiło się coś dziwnego. Przybliżył twarz do mojego ucha i wyszeptał:
- Ktoś tam jest – ciarki przeszły mnie po plecach. Z trudem powstrzymałam się przed wydaniem jakiegoś dźwięku.
- Co robimy?
- Wchodzimy – powiedział łapiąc za swoją dzidę. Ja chwyciłam pistolet i z lekko drżącymi rękoma czekałam. Serce zaczęło mi bić szybciej. Poczułam strach. Taki sam jak wtedy w kościele, kiedy miałam na celowniku jednego z ludzi Emila. Wtedy nie potrafiłam się przełamać i paraliż zwyciężył. Teraz nie mogłam sobie na to pozwolić. Od tego zależało życie moje, Marcina, a także Łapy.
                Marcin otworzył drzwi z impetem. Wbiegł do pokoju, a ja weszłam od razu za nim. Kostnica wyglądała dokładnie tak, jak w filmach. Światła latarek oświetliły rząd szuflad na ciała. Ściany były złożone z dwóch warstw – dolnej wypełnionej kafelkami, oraz górnej pomalowanej na biało. Na podłodze również były kafelki, które sprawiły, że nasze wejście było znacznie głośniejsze niż się spodziewałam. To co zaskoczyło mnie jednak najbardziej, to łóżko. Łóżko na którym przeprowadzano autopsje, a także przygotowano ciało do włożenia do jednej z szuflad. Ktoś na nim leżał. Był to mężczyzna, raczej w wieku Marcina, albo nawet starszy. Prześcieradło było poplamione od krwi, która wyciekała z rany na jego lewym boku. Paskudnej rany. Patrzył na nas nieco nieobecnymi oczami. Oddychał ciężko, jakby każdy kolejny oddech kosztował go więcej niż mógł sobie na to pozwolić.  Patrzyłam na niego przerażona. Marcin oprzytomniał pierwszy i zanim nieznajomy zdążył wykonać kolejny oddech, miał już przyłożone ostrze do gardła.
- Kim jesteś? – zapytał mój towarzysz.
Leżący mężczyzna zakaszlał. Próbował coś powiedzieć, ale nie wyszło mu. Nogi się delikatnie pode mną ugięły. Cofnęłam się o krok do tyłu. Wtedy poczułam uderzenie. Trafiło mnie prosto w rękę. Pistolet wypadł mi i zanim zdołałam zdać sobie sprawę co się ze mną dzieje poczułam ostrze delikatnie naciskające na moje gardło. Druga ręka napastnika powędrowała w okolicę mojego brzucha, uciskając mnie mocno i stanowczo. Poczułam zapach perfum. Kto używa perfum w takich czasach, zdążyłam zadać sobie takie pytanie, kiedy usłyszałam głos. Poczułam ciepły oddech przy moim prawym uchu.
- Rzuć broń i kopnij ją w moją stronę – głos należał do kobiety. Nie był wysoki, raczej głęboki i nieco melodyjny. Bałam się. Strach znowu mnie sparaliżował.  Napastniczka trzymała mnie mocno, tak, że z trudem mogłam oddychać. Chociaż to mogło być spowodowane głębokim strachem. Przerażeniem. Zobaczyłam zaskoczenie na twarzy Marcina. Nie wahał się jednak ani chwili. Położył swoją broń i delikatnie przeturlał ją w naszą stronę.
- Spokojnie, nie szukamy kłopotów – powiedział do nieznajomej za moimi plecami.
- To dobrze się składa, bo my również nie – odpowiedziała kobieta stanowczym tonem.
- Rozbroiłaś nas, byłbym teraz wdzięczny, gdybyś usunęła nóż z gardła mojej przyjaciółki.
- Nie tak prędko – syknęła – Coście za jedni? Pracowaliście tutaj?
- Przyszliśmy tutaj tylko po kilka rzeczy. Mamy obóz niedaleko i nasza przyjaciółka jest ranna. Dlatego nie możemy za dług… - zaczął tłumaczyć, ale nieznajoma mu przerwała.
- Gdzie jest ten obóz?
- Na wzgórzu. Parę kilometrów stąd w głąb miasta.
- Zabierzecie mnie tam? – zadała pytanie tak szybko, że przeszła mnie kolejna fala ciarek na całym ciele.
- Tylko ciebie? A on? – wskazał ręką konającego na łóżku mężczyznę.
- Jemu już nie pomożecie – powiedziała ze smutkiem w głosie – Został ugryziony. Parę minut temu.
Stąd ten krzyk, dopowiedziałam sobie w głowie.
- Rozumiem. Przykro mi – powiedział Marcin robiąc krótką przerwę – A więc jak będzie? Wypuścisz moją koleżankę i pomożesz nam zabrać co potrzebne? Wtedy możemy zabrać cię do naszego obozu.
                Uścisk nieco osłabł, aż w końcu puścił kompletnie. Ledwo utrzymałam się na nogach, ale podbiegłam kawałek do przodu. Odwróciłam się, żeby zobaczyć kim była  tajemnicza nieznajoma. Światło latarki przejechało krótko po dziewczynie, która była nieco młodsza ode mnie. Musiała mieć około osiemnastu lat. Włosy miała spięte w kok, z którego w artystycznym nieładzie odchodziły kosmyki, niedbale upchane za uszy i opadające niesfornie na czoło. Jej twarz miała mocno nakreślone rysy z nieco wysuniętym podbródkiem. Miała stosunkowo wąskie usta, nieduży nos oraz oczy, które szczególnie przykuły moją uwagę. Ozdabiały je równo nakreślone kreski, a same tęczówki wydawały się wręcz mienić w ciemności. Były one też otoczone dodatkowym czarnym okręgiem i przypominały oczy demona, kompletnie nowego gatunku. Miała bladą cerę, która ładnie kontrastowała ze strojem. Nosiła czarną, skórzaną kurtkę, która wydawała się być na nią idealnie dopasowana. Spomiędzy jej płatów wystawała koszulka, która ładnie podkreślała biust. Była szczupła, jej figura ładnie komponowała się ze wzrostem, który musiał wynosić około metra siedemdziesiąt, bo była delikatnie wyższa ode mnie. Na nogach w oczy rzuciły mi się długie, czarne buty, które sięgały delikatnie za kolano. Za nimi widać było zakolanówki sięgające ud, które prawie stykały się z niebieskimi, jeansowymi spodenkami. Oprócz tego w ręce trzymała nóż, a za nią widać było plecak.
                Uśmiechnęła się do nas szeroko. Miała ładny uśmiech.

- Pomogę wam.

wtorek, 29 września 2015

Rozdział 18: Odpowiednie podejście

Rozdział 18, kolejny z perspektywy Olafa. Wraz z paroma innymi osobami Olaf jedzie w okolicę Płońska, żeby zdobyć informacje o tym gdzie dokładnie jest Feline. Chociaż grupa jest mała ma na pokładzie Łapę, która wyjątkowo chętnie chcę pomóc w odbudowaniu Płońskiego obozu. Zapraszam do czytania, komentowania oraz rozesłania bloga znajomym.

POV:
Rozdział 18 - Olaf - Dzień 9 - 10
Bobru - Dzień 9 - 10 - Znajduje się na terenie Grudziądza.
Irek - Dzień 9 - 10 - Jest na terenie gospodarstwa Włodka.

--------------------------------------------

Rozdział 18 (Olaf) : Odpowiednie podejście


                Nasza grupa wyjechała jako pierwsza i cieszyłem się. Chciałem jak najszybciej dostać się na miejsce i znaleźć Feline. Z początku byłem nieco zawiedziony tym, że mnie, jako osobę, której najbardziej zależy na odbiciu dowódczyni Płońska, przydzieli do grupy bocznej, ale ostatecznie nie było to takie złe. Nawet jeżeli nie znajdziemy jej w obozie Złomiarzy, który jest niedaleko Płońska to zawsze będzie oznaczało tylko to, że szuka jej Bobru oraz jego ludzie. W tych czasach to był ktoś, kogo należało się naprawdę bać. Właściwie cała jego grupa wydawała się być twarda, ale należało sobie zadać pytanie, czy istnieli teraz „słabi” ludzie?
                Wyjechaliśmy, średniej wielkości, samochodem terenowym, który był zatankowany do pełna i miał trochę podstawowych zapasów. W składzie ze mną było sześć osób. Kuba wraz z kumplami siedzieli na środkowym siedzeniu i milczeli, widocznie niespokojni. Nie mogłem ich oskarżyć o tchórzostwo, bo sam się bałem, jednak u nich to było aż nazbyt widoczne. Kierował masywny mężczyzna, którego wołali Łowca. Radził sobie za kółkiem wspaniale, więc przynajmniej nie musiałem się martwić o to, że zginiemy w drodze. Najbardziej intrygowała mnie jednak Łapa i jej siostra siedzące z tyłu. Kobieta wydawała się być po prostu dzika, nie mogłem sobie wyobrazić jej przed apokalipsą, chodzącej w dżinsach i bluzce po ulicach. To wykraczało poza moją wyobraźnię.
                Chociaż byłem wyznaczony do prowadzenia reszty do obozu to Łowca zdawał się doskonale wiedzieć gdzie jedzie.
- Znasz te okolice? – zapytałem.
- O chłopie. Pół życia jeździłem moim Potworem po okolicznych drogach – pochwalił się. Parsknąłem śmiechem, a on spojrzał na mnie zdziwiony – Co w tym takiego śmiesznego?
- Zabawne stwierdzenie – odpowiedziałem. W moim wnętrzu obok wiecznego marudy siedział wieczny student, którego czasami po prostu bawiły takie stwierdzenia.
- Och… już rozumiem. Rzeczywiście zabawna gra słowna. Potwór to nazwa mojego tira. Byłem dostawcą – dodał.
- Ach, teraz rozumiem – odpowiedziałem śmiejąc się pod nosem.
- A ty? – zapytał.
- A wiesz… dorabiałem tu i tam. Moje życie było równie chujowe jak teraz – powiedziałem.
- Dobrze prawisz. Myślę, że dobrze byśmy się dogadali przy jakiejś wódeczce, no ale mamy robotę do zrobienia – podrapał się po plecach.
- To prawda – uciąłem i umilkłem.
                Przez następną godzinę jechaliśmy na wschód. Byliśmy w połowie drogi do Płońska, a obóz Złomiarzy, który mieliśmy zaatakować, był jedynie parę minut drogi dalej. Chociaż Złomiarze często zapuszczali się w nasze tereny, to nigdy nie zrobiliśmy z nimi nic, przez co ich obóz wciąż stał. Był tam też Kamil, którego widziałem na własne oczy, gdy porywał Feline. To on rządził tym obozem, chociaż samymi Złomiarzami rządziła kobieta, która nazywała się Wanda.
                Postój zrobiliśmy na opuszczonej stacji benzynowej usytuowanej w lesie. Oprócz niedużego sklepiku i paru dystrybutorów było tutaj całkowicie pusto. Nie stały nawet wraki aut, ani nie było słychać żadnych trupów. Parę z nich leżało jednak z roztrzaskanymi czaszkami, nieopodal  sklepowych drzwi. Ktoś musiał tutaj być jakiś czas temu i bronić się w środku. Znudzony wyjąłem zmiętą paczkę papierosów i wyciągnąłem jednego ustami. Odpaliłem go  i puściłem chmurę dymu, zaciągając się potężnie.
- Fajki uspakajają – powiedział ktoś podchodząc do mnie od tyłu. Obejrzałem się i zobaczyłem Łapę.
- Chcesz? – zapytałem, nie wyjmując papierosa z ust.
- Skuszę się – powiedziała. Podałem jej paczkę i pomogłem odpalić - Straszny chłam – stwierdziła wypuszczając dym nosem.
- W tych czasach cieszę się, że mogę palić chociaż to – zaciągnąłem się czując przyjemne drapanie w gardle.
- Racja – odpowiedziała po cichu, jakby zastanawiała się nad czymś – Opowiesz mi coś o tej Feline? To twoja dziewczyna? – zapytała.
                Nie wiem dlaczego, ale to pytanie mnie zdenerwowało. Przez chwilę nie chciałem w ogóle odpowiadać, ale w końcu przełamałem się.
- Nie. Przyjaciółka.
- Wiesz… wszystko idzie w pizdu. Warto znaleźć sobie drugą połówkę, jakby tandetnie to nie brzmiało – stwierdziła spoglądając na mnie.
- To moja szefowa. Tak jak twoim szefem jest Ben – powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to nie prawda. Chciałem ją rozdrażnić i dowiedzieć się czegoś.
Łapa była jednak w zbyt dobrym humorze, bo roześmiała się tylko.
- Nie mam szefa. Właściwie to trzymam się z siostrą, a reszta mało mnie interesuje – powiedziała obojętnym tonem.
- Pomagasz mi, więc aż tak obojętna nie jesteś – zauważyłem.
- Powiedzmy, że chcę odpokutować zły uczynek.
                Tym razem to ja się zaśmiałem. Spojrzała na mnie, a w jej oczach zobaczyłem niebezpieczny błysk.
- Co, nie wyglądam na taką, co ma duszę lub sumienie? – zapytała.
- Nic takiego nie powiedziałem. Chociaż tak.
- Przynajmniej jestem szczera.
- I to mi się podoba. Skoro jesteśmy przy szczerości – ty zapytałaś mnie o Feline. Jesteś wolna? – sam nie wiem czemu zapytałem.
- To skomplikowane. Jeszcze bardziej niż to dlaczego otaczają nas pieprzone trupy, których jest już dużo więcej od żyjących ludzi – powiedziała nieco wojowniczym tonem – Miałeś mi opowiedzieć o Feline – przypomniała.
- Nie ma co gadać. To moja szefowa, lubię ją i na pewno nie pozwolę tym skurwielom jej zrobić krzywdy. Całe szczęście znalazłem pomoc w Inowrocławiu i  mam nadzieję, że w góra parę dni ją odbijemy – wytłumaczyłem.
- Hej wy! Odjazd, musimy przed zmrokiem być na miejscu! – zawołał nagle Łowca.
- Jeszcze sobie pogadamy – powiedziała na pożegnanie odchodząc w stronę siostry i auta.
- Mi też było miło – powiedziałem zgodnie z prawdą.
                Wziąłem ostatniego bucha po czym cisnąłem papierosem za siebie. Splunąłem i zapakowałem się do auta wraz z resztą.  Wyjechaliśmy ze stacji. Przez następne paręnaście minut rozmawialiśmy o tym co właściwie planujemy zrobić, gdy dojedziemy na miejsce, ale nie ustaliliśmy niczego konkretnego. Przedstawiłem im historię walkę Płońska z Złomiarzami i opowiedziałem jeszcze raz dokładnie, jak przebiegało zdarzenie. Nagle Łowca się zatrzymał. Dotychczas byłem odwrócony do tyłu, ale gdy spojrzałem za przednią szybę skamieniałem.
                Znajdowaliśmy się na drodze, która wjeżdżała do wsi. Domki były ułożone po obu stronach ulicy. Przed nami jednak znajdowało się około dwudziestu trupów. Nim Łowca zdążył odwrócić się żeby wycofać, zauważyliśmy kolejne wychodzące zza domów z tyłu i z przodu, zwabione dźwiękiem naszego silnika.
- Co robimy? – zapytał cicho Łowca.
- Gaś silnik! – syknęła Łapa. Miarowy terkot silnika ucichł i na jego miejsce usłyszeliśmy prawdziwą kakofonię jęków.
- Oszaleliście? – zapytałem po cichu.
- Zaufajcie mi. Po prostu nie ruszajcie się, ani nie wydawajcie żadnych odgłosów – szepnęła i umilkła wstrzymując oddech.
                Chociaż trupy początkowo szarżowały na auto, teraz się uspokoiły, tak jakby zgubiły nas ze swoich radarów. Wiedziałem jak one działają i że głównym atrybutem pomagającym im polować był węch oraz słuch. Widziały jednak równie dobrze jak ludzie, a jednak zatrzymały się. Poczuć nas nie mogły, usłyszeć też, ale dopiero po chwili domyśliłem się czemu nas nie atakują. Ben dał nam auto z przyciemnianymi szybami. Wcześniej kompletnie nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz wszystko ułożyło się w całość. Odwróciłem się powoli żeby zobaczyć jak radzi sobie reszta. Moi towarzysze z Płońska siedzieli spokojnie z zamkniętymi oczami, jakby to miało im w jakikolwiek sposób pomóc. Łapa przytulała siostrę, która oddychała szybko i chaotycznie, jakby bała się, że zabraknie nam powietrza.
                Aż podskoczyłem, gdy jeden z trupów obił się o bok samochodu parokrotnie, idąc ciężkim, chwiejnym krokiem. Słyszałem miarowe oddechy reszty i modliłem się po cichu, żeby zombie minęły nas. Żaden nie wykazał jeszcze większego zainteresowania naszym pojazdem. Niestety szły one powoli i jeżeli nie chcieliśmy ryzykować, musieliśmy to przeczekać.
- Jak myślicie, to część stada? – zapytał szeptem Kuba.
- Oby kurwa nie – wyszeptałem.
Rozmowa znowu umilkła, gdy kolejny trup mimowolnie obił się o nasze auto. Oczekiwanie było nieznośne. Mijały kolejne minuty, a trupy zdawały się nie kończyć. Co gorsza musieliśmy być absolutnie cicho, a czas przecież uciekał. Chciałem jak najszybciej dostać się do obozu Złomiarzy.
                Nie wiem ile dokładnie czasu minęło, ale siedzieliśmy tak w bezruchu przez przynajmniej półtorej godziny, gdy w końcu przed nami zrobiło się czysto. Łowca nie czekając na kolejną falę uruchomił silnik, przełożył biegi i dodał gazu. Samochód ruszył. Szybko opuściliśmy wioskę, a wszyscy z ulgą odetchnęli.
- Jeżeli to jest część tego stada, o którym mówili na spotkaniu to mamy przesrane – powiedziałem.
- Ben wydawał się być pewny, że to główne stado jest daleko na wschód, w okolicach Warszawy. Według mnie to była po prostu grupa trupów – powiedziała Łapa.
- Grupa? Ich tam było grubo ponad sto! – wykrzyczałem.
- Grupa, która na nas idzie liczy parę tysięcy. Tak naprawdę pewnie mniej, ale Ben chciał dać nam do zrozumienia, że jest to prawdziwe stado.
- Mam nadzieję, że w Płońsku wszystko gra – zmieniłem temat.
- Wysunęliśmy taką linię obronną, że nie powinniśmy się nawet tym martwić – zauważył Kuba.
- Też prawda.
                Nie zatrzymywaliśmy się już. Półtoragodzinny postój i tak kosztował nas zbyt dużo czasu. Jechaliśmy prosto do obozu Złomiarzy. Byłem tam dwa razy i obie wizyty wspominałem raczej boleśnie. Znajdował on się w starym magazynie na peryferiach Ciechanowa. Teren był ogrodzony, ale był idealnym miejscem, żeby przetrzymać okoliczne łupy, parę aut oraz kilku broniących go ludzi. Stanęliśmy przy niedużej, opuszczonej stodole niedaleko i tam schowaliśmy auto. Gdy wspięliśmy się na piętro stodoły widać było południową ścianę siatki, oraz kawałek obozu.
- Możesz nam powiedzieć coś ciekawego o tym miejscu? – zapytał Łowca, obserwując miejsce.
- W sumie to nigdy nie byłem w środku, ale jest tam zazwyczaj około dziesięciu osób. Nie mają specjalnie mocnych zabezpieczeń, ale ciągle ktoś pilnuje bramy głównej i często dwójkami spacerują za murami. Mimo wszystko wolałbym nie szturmować otwarcie, jeżeli mają Feline to nic im nie zrobimy – opowiedziałem.
- Możemy zawsze porwać jednego z nich i wypytać, o co tylko chcemy – zaproponowała Łapa.
- Musielibyśmy poczekać, aż któryś z nich oddali się od reszty, a nie wiem czy to możliwe – powiedziałem.
- Moglibyśmy ich wywabić jakimś hałasem – dodał Łowca.
- To kiepski pomysł. Dowiedzą się, że ktoś ich atakuje, gdy ich człowiek zniknie i zaczną go szukać – Łapa zamyśliła się – Poczekajmy trochę. Jeżeli do jutra nikt się nie wystawi to wykorzystamy pomysł pirata – powiedziała wskazując na Łowcę – Ale może szczęście się do nas uśmiechnie i któryś z nich pójdzie siku, na zwiad, cokolwiek.
- To ustalone. Obserwujmy więc – powiedziałem ciągnąc nieco starego siana i siadając na nim.
- To dziwne, że nie pilnują tak ważnego miejsca, skąd można ich obserwować – zauważył Łowca.
- Kiedyś trzymali tutaj trupy. Myślę, że nawet nie rozważają tego jako miejsca obserwacyjnego – dodał Kuba.
- Dobrze, rozpakujcie jakieś żarcie i czekajmy. Jestem głodna jak wilk – stwierdziła Łapa.          
                Zaczęliśmy obserwacje. Co prawda nie było stąd widać aż tak dużo, ale było to bardzo bezpieczne miejsce i gdyby ktoś z obozu wyszedł na główną drogę, na pewno byśmy go zauważyli. Co jakiś czas widać było dwójkę mężczyzn patrolujących ulicę i dobijających pojedyncze trupy, które się do nich zakradały. Siedzieliśmy w ciemności, upewniając się, że stodoła ma tylko jedno wejście, które jest zamknięte, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Świtała w obozie paliły się już od jakiegoś czasu.
- Wydaje mi się, że będziemy musieli przespać się. W ciemności wpadniemy tylko w kłopoty. Z rana jak nikogo nie uda nam się złapać to po prostu ich zaatakujemy. Łowca ma swoją snajperkę, więc nie będzie z tym większego problemu – uznała Łapa.
- Ktoś będzie pilnował? – zapytałem.
- My. W końcu się na coś przydamy – zaproponował Kuba wskazując na swoich kumpli.
- Dobre z was chłopaki – pochwaliłem ich i ułożyłem się na boku starając się nie myśleć o Feline. Obawiałem się, że mogli ją tam męczyć. Możliwe, że nawet w tym konkretnym obozie. Mogłem spróbować być bohaterem, ale tacy kończyli w tylko jeden sposób – jako trupy. Zasnąłem w końcu. Obudziłem się w środku nocy nie wiedząc co się dzieje. Widziałem tylko światło i odgłosy szarpaniny.
                Wyciągnąłem odruchowo pistolet będąc pewnym, że Złomiarze zaatakowali nas, ale poczułem dłonie na moim ramieniu.
- Spoko stary – powiedział Łowca. W końcu zaczynałem coś widzieć. Przez szpary w stodole zobaczyłem pierwsze oznaki nadchodzącego dnia. Świtało. Mimo to siostra Łapy trzymała w ręce latarkę i oświetlała mężczyznę, przywiązanego prowizorycznie do jednego z słupów podtrzymujących dach stodoły. Od razu zdałem sobie sprawę, że to jeden z Złomiarzy.
- Jak? – zapytałem tylko, zachrypniętym głosem.
- Skradał się tutaj, więc go złapałam – wytłumaczyła Łapa.
                Chłopak miał najwyżej osiemnaście lat. Miał podbite oko, a z jego nosa kapała krew. Wyglądał na wystraszonego, ale nie mógł krzyczeć bo w jego ustach znajdowała się szmata.
- Dobra robota – zdołałem powiedzieć, podchodząc do niego – Jak dawno go złapaliście?
- Mamy chwilę na dowiedzenie się gdzie jest nasza zguba, ale ogólnie musimy się powoli zbierać – powiedziała patrząc na Łowcę.
- Jasne, przygotuje auto i spakuje wszystko – stwierdził.
- My pomożemy- zaproponował Kuba.
Zaczęli zbierać rzeczy, a Łapa podeszła do mnie.
- Mogę czynić honory? – zapytała.
- Chcesz go przesłuchać? – upewniłem się, czy rozumiem o co jej chodzi.
- Jeżeli chcemy się czegoś dowiedzieć…
- Jasne – odpowiedziałem.
                Łapa uśmiechnęła się. Podeszła do młodzieńca i kucnęła obok.
- Zasada jest prosta – jesteś grzeczny, nie krzyczysz jak wyjmę knebel z twojej mordy, odpowiadasz na pytania – żyjesz. Nie chcesz współpracować cierpisz. Zrozumiałeś? – zapytała, a więzień skinął głową. Przeszedł mnie dreszcz po plecach. Nie chciałbym być na jego miejscu. Łapa powoli zdjęła knebel i wtedy usłyszeliśmy przeciągłe, ochrypnięte „Pomocy!” . Prawie mi było go żal. Łapa zareagowała natychmiastowo. Uderzyła szybko w twarz chłopaka rękojeścią broni. Połamane zęby posypały się po podłodze.
- Nie posłuchałeś – stwierdziła spokojnie – Powtórzę. Ani słowa, póki cię o coś nie spytam. Wtedy odpowiadasz na pytanie, a może nie będziesz cierpiał. Teraz już nie wiem. Zdenerwowałeś mnie.
Wyjęła zakrwawiony knebel z jego twarzy, a ten zapłakał żałośnie.
- Ile osób jest w obozie? – zapytała.
- Dwanaście…
- Czy wiedzą, że poszedłeś na zwiad?
- Nie.
                Łapa wyjęła nóż i przejechała ostrzem po szyi chłopaka. Ten prosił ją żałośnie, żeby przestała, ale ta miała swój plan.
- Na pewno mówisz prawdę? – zapytała.
- Przysięgam na swoje życie – zaskomlał.
- To naprawdę mała cena –zaśmiała się – Powiedz mi gdzie jest Feline, dowódczyni obozu w Płońsku?
Chłopaka zamurowało. Chciał odpowiedzieć coś szybko, ale ugryzł się w język i zaczął się zastanawiać. Łapie to wystarczyło.
- Chcesz coś zmyślić? Kłamczuszku… - powiedziała prawie czule, łamiąc mu lewy palec wskazujący. Krzyknął – Pytam jeszcze raz. Feline. Jest w tym obozie, czy w innym?
- W innym… - powiedział cicho jakby miał zaraz zemdleć.  Nie uszło to uwadze Łapy. Zdzieliła go otwartą dłonią po twarzy, aż plasnęło – Jest w głównym obozie. Niedaleko Grudziądza… błagam wypuść mnie. Nie powiem moim ludziom. Nie chcę umierać… - jęczał żałośnie. Gdyby nie to, że mówił można by go pomylić z trupem.
- Ile tam jest osób? Gdzie ją trzymają? – pytała dalej.
- Dużo osób. Parędziesiąt. Ale nie wiem gdzie ją trzymają. Nie byłem tam od dawna – tłumaczył.
- Dziękuje – powiedziała, po czym wbiła mu nóż w gardło. Gdy to zobaczyłem wydałem z siebie dziwny dźwięk. Był to wyraz szoku i niedowierzania. Chociaż sam bywałem brutalny, to nigdy nie robiłem tego… tak naturalnie.
- Zmywajmy się stąd – powiedziała.

piątek, 13 lutego 2015

Rozdział 18: Elementy układanki

Rozdział 18, perspektywa Magdy. Magda jest coraz bardziej zdeterminowana do tego, żeby odbić brata siłą i szuka pomocy u Miczi oraz Łapy. Czy uda im się coś zaplanować? A może nie jest to jednak takie łatwe? Zapraszam do czytania i proszę o rozesłanie bloga znajomym :)

--------------------------------------------

Rozdział 18 (Magda): Elementy układanki


                Od razu z mieszkania Miczi poszliśmy do mojego mieszkania gdzie spędziliśmy parę naprawdę miłych chwil. Nie cieszyłam się jednak nimi w pełni, tak jak mogłabym się cieszyć parę godzin wcześniej. Czułam się jak nowo narodzona, jakby życie zrestartowało się i zaczęło ponownie od dnia dzisiejszego. Był wieczór, a dokładnie sześć dni temu Ostoję opuścił Zbłąkany Ocalały. Była to dość ważna data, bo na podstawie tego liczyłam dni. Myślałam, że jestem jedynie pionkiem w tej grze, a okazało się, że mogłam namieszać i to całkiem konkretnie.
                Jeżeli wszystko dobrze pójdzie za parę dni razem z moim bratem, Miczi oraz Krystianem będziemy daleko stąd. Bardzo możliwe, że dołączy się do nas Łapa, ale jej planu nie znałam dlatego musiałam z nią porozmawiać jak najszybciej. Było dosyć późno, a na dworze wciąż lał deszcz, ale miałam nadzieję, że zastanę ją w jej mieszkaniu. Krystek został w moim łóżku, gdzie zasnął, a ja cichutko zamykając drzwi ruszyłam aby znaleźć Łapę. Podeszłam szybszym krokiem w stronę drzwi do jej mieszkania i zaczęłam pukać. Pomimo emocji starałam się uspokoić, w końcu ktoś mógłby pomyśleć, że oszalałem i w sumie nie pomyliłby się aż tak bardzo. Gdyby nie to, że zobaczyłam pakującą się Miczi to prawdopodobnie nic by się nie zmieniło. Ale teraz byłam gotowa do działania i nie mogłam się doczekać dalszej akcji.
                Łapa nie odpowiadała. Zastanawiałam się czy w ogóle jest w mieszkaniu, ale po dwóch minutach głuchej ciszy, zaburzanej jedynie dźwiękami życia innych lokatorów opuściłam budynek. Co prawda od śmierci Sołtysa Łapa nienawidziła swojej pracy jeszcze bardziej, ale liczyłam, że mogę znaleźć ją w budynku rady miasta. Znajdował się on niebezpiecznie blisko siedziby Dziary, ale wiedziałam, że gdyby Dziara mnie szukał to i tak bez problemu by mnie znalazł, więc tym się za bardzo nie martwiłam. On wiedział, że jestem lojalna i zbyt boję się cokolwiek zrobić, bo miał zakładnika na którym mi zależało, ale nie wiedział, że adrenalina robi z człowiekiem cuda. Przemoczona jeszcze bardziej niż wcześniej weszłam do budynku i biegnąc jak najszybciej do biura radnych myślałam dalej. Co się stanie jak Łapa za chwilę dowie się o swojej siostrze? Może lepiej by było gdybym poczekała jeszcze z tą informacją do jutra, kiedy to po prostu ustalimy wszystko razem z Miczi i Krystianem. To był dobry pomysł.
                Wchodząc do pomieszczenia od razu zauważyłam Łapę. Siedziała przy biurku z nogami założonymi o mebel i czytała raport bawiąc się swoim warkoczem. Reszta radnych była zajęta i niektórzy nawet nie zaszczycili mnie spojrzeniem gdy weszłam. Ona jednak od razu skierowała swój wzrok na mnie jakby spodziewając się mojej wizyty. W sumie wpadałam tu od czasu do czasu, ale od śmierci Sołtysa nie pojawiałam się w tym miejscu. Wzięłam jedno z wolnych krzeseł i usiadłam naprzeciwko dziewczyny, a ta odłożyła raport.
- Hej, co cię tu sprowa… - zaczęła.
- Musimy porozmawiać. Czy masz wolny jutrzejszy wieczór? – wystrzeliłam prosto z mostu przerywając jej w połowie słowa. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
- Jutro mam tyle roboty papierkowej, że mam ochotę się powiesić. Dziara planuje pogrzeb tych, którzy zginęli, a dodatkowo chcę wyprawić jakąś dużą mszę, na której mają stawić się wszyscy mieszkańcy, pomaga mu w tym ten podejrzany księżulek. Dodatkowo Karzeł zawraca mi cały dzień głowę o to, żebym pomyślała kogo wysłać na wyprawę w poszukiwaniu autobusu Ernesta, a żeby tego było mało podobno złapano Jakuba. Skurwiel ukrywał się w kościele – wyrecytowała bez uczuć.
                Jakub złapany? To była bardzo dziwna informacja. Myślałam, że Dziara ma wobec tego starca różne plany, przecież zapłaciłam prawie życiem gdy go uwalniałam, a teraz okazuje się, że ten został złapany i to w kościele Jana. To na pewno była część planu, nie wierzyłam w to, żeby Dziara popełnił taki błąd w miejscu, które w pełni kontrolował. Coś wielkiego miało się stać, wszystkie elementy układanki powoli łączyły się w całość.
- To jest bardzo ważne. Uwierz mi, że nie pożałujesz – dodałam.
- Skoro tak uważasz. Gdzie mamy się spotkać? – zapytała.
- Jutro, mniej więcej o tej porze w mieszkaniu Miczi. Wiesz gdzie to jest? – zapytałam.
- Tak. Będę. Możesz mi chociaż trochę zdradzić o czym tak bardzo chcesz porozmawiać? – zapytała. Zaciekawiłam ją. To dobry znak.
- O przyszłości – odpowiedziałam tajemniczo i już chciałam wstawać, kiedy drzwi do pomieszczenia otworzyły się i tym razem wszyscy odwrócili głowy w tym kierunku. Stał tam Szeryf, jak zwykle w kapeluszu oraz przyciemnianych okularach na zarośniętej twarzy, a obok niego dwóch strażników.  Z ronda kapelusza skapywała woda, zostawiając wciąż rosnącą kałużę. Cała trójka podeszła do biurka Łapy. Szeryf przemówił w imieniu całej delegacji.
- Pójdziesz z nami. Musimy zadać ci kilka pytań.
                Łapa zrobiła nieokreślony wyraz twarzy po czym otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała. Wyręczyłam ją.
- O co chodzi? – zapytałam.
- Ty właściwie też powinnaś pójść z nami. Mamy parę pytań odnośnie pewnej sprawy… - powiedział Szeryf.
- Jakiej sprawy? – zapytała tym razem Łapa.
- Sprawy śmierci Natalii sprzed dwóch tygodni – odpowiedział poważnym, grobowym głosem.
Serce zabiło mi szybciej. Cóż za cholerny pech. Widziałam ją tamtego wieczora, obie trafiłyśmy na uliczkę gdzie widziałyśmy Jana. Ona wtedy pobiegła gdzieś, jakby się mnie bała, a paręnaście minut później została zabita. Wszyscy podejrzewali Jakuba, którego znaleźli nad jej ciałem, ale parę osób rozważało jeszcze jedną opcję – Łapę. Miała motyw, nikt jej nie widział gdy to się stało, a sam Jakub podobno oskarżał właśnie ją.
                Łapa wstała powoli i ruszyła w stronę wyjścia. Ja zrobiłam to samo, a zaraz po nas szli Szeryf z obstawą. Cała droga do więzienia, gdzie mieli nas przesłuchiwać przebiegła w milczeniu. Jedyne co było słychać to krople deszczu strzelające do nas z nieba, jakby próbowały nas roztopić. Bałam się trochę tego co miało się stać. Jeżeli Łapa trafi do więzienia to cały plan straci na znaczeniu. Oczywiście mogłam próbować czegoś na własną rękę wraz z Miczi, w końcu ona też była groźna, ale na pewno nie wzbudzała takiego strachu jak Łapa.
                Gdy weszliśmy do środka szybko podano nam krzesła oraz kubki z gorącą herbatą. Sam Szeryf zniknął na chwilę w jednym z pokoi gdzie szybko się wysuszył i przebrał. W końcu usiadł naprzeciwko nas i zdjął okulary. Po raz pierwszy zobaczyłam jego oczy, koloru piwnego. Patrzył to na mnie to na Łapę, jakby spodziewał się, że same się do czegoś przyznamy.
- Zacznę od prostego pytania, czy któraś z was zabiła Natalię? – zapytał, a ja otworzyłam szeroko usta z wrażenia. Też byłam podejrzana. Ja oczywiście wiedziałam, że tego nie zrobiłam, ale nie potrafiłam tego udowodnić. Nie byłam wtedy z nikim, a właściwie można było powiedzieć, że znajdowałam się blisko miejsca zbrodni. Jeżeli ktoś mnie tam widział to mogłam mieć spore problemy.
- Nie – odpowiedziałyśmy obie po chwili zastanowienia.
- Niestety obie z was są głównymi podejrzanymi. Ty – zaczął mówić patrząc na Łapę – jesteś oskarżona o morderstwo Natalii – skierował wzrok na mnie – a ty o działalność mającą na celu zniszczenie Toruńskiej Ostoi Ocalałych.
- To jakieś bzdury i pomówienia – zaczęłam.
- Zacznijmy po kolei – przerwał mi w połowie zdania – Najpierw zezna przede mną Łapa, a potem ty.
Spojrzałam na towarzyszkę, ale ta patrzyła prosto w oczy Szeryfa.
- Co chcesz wiedzieć kowboju? – zapytała i już wtedy wiedziałam, że nerwy ma całkowicie opanowane. Nie bała się tego przesłuchania.
- Gdzie była w wieczór, kiedy zginęła Natalia? – zapytał.
- Nagle mnie o to pytasz? Po dwóch tygodniach od jej śmierci? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Twoja sytuacja jest poważna, a pytania tu zadaje ja.
- Nie pamiętam, to było dawno – powiedziała.
- Jesteś pewna?
- Chociaż nie, już wiem – powiedziała uśmiechając się – Szukałam swojej siostry, bo wy nie kiwnęliście palcem, żeby to zrobić!
                Na twarzy Szeryfa pojawił się grymas złości.
- Uwierz mi, że szukaliśmy twojej siostry, ale zapewne już nie żyje, wątpię, żeby przeżyła tyle w dziczy – odpowiedział starając się kontrolować siebie i swój głos.
Tym razem na twarzy Łapy pojawiła się wściekłość.
- Nawet nie waż się tak mówić! – odpowiedziała podnosząc się z krzesła.  Była zła, chociaż nie powinnam tak myśleć, to wydawało mi się, że to tylko pomoże w planie, który planowałam.
- Uspokój się. Czy ktokolwiek może potwierdzić twoją obecność gdziekolwiek? – zapytał.
- A czy ktokolwiek może potwierdzić, że widział mnie na miejscu przestępstwa? – odgryzła się.
- Tak. Jakub – odpowiedział krótko uśmiechając się.
- Chyba wierzycie bardziej swojej radnej niż szalonemu, staremu kanibalowi? – zapytała niedowierzając.
-Pomimo godzin przesłuchań wcześniej i paru po złapaniu go ten wciąż powtarza, że jest niewinny i wskazuje ciebie. Nie uważasz, że to dziwne, że ciągle trzyma się tej samej wersji? – ciągnął dalej Szeryf.
- Nie macie żadnych dowodów. Jeżeli zeznania psychicznego starca mają większe znaczenia niż moje słowa to nie ma tu dla mnie miejsca. Wolę wyruszyć znowu w świat niż zostać tutaj – powiedziała.
- Jeżeli nie znajdziemy solidnych dowodów na to, że to nie ty, to niestety, ale nie będzie to możliwe. Będziesz teraz pod stałą obserwacją. Jeżeli będziesz czegoś próbowała to zamkniemy cię – zagroził.
                Łapa nie wiedziała co odpowiedzieć. Ja też byłam zszokowana tym co usłyszałam. Może Łapa jednak pójdzie z nami?
- Teraz twoja kolej – powiedział odwracając się w moją stronę. Wzięłam łyka herbaty i czekałam, aż usłyszę swoje zarzuty – Jesteś oskarżona o działanie mające na celu upadek Torunia. Przyznajesz się do winy?
- Jakie konkretnie działania? – zapytałam.
- Między innymi pomoc organizacji jaką jest Gang. To ciebie widziano przy barykadzie gdy zaczął się atak. Również ty byłaś widziana parę dni wcześniej gdy podpuściłaś ludzi z barykady, aby wpuścić wrogów na teren Ostoi. Mamy tylko zeznania, ale jestem pewien, że dojdę do poważnych dowodów bez problemu. Dodatkowo osobiście myślę, że to ty uwolniłaś Jakuba. Ten starzec jest niebezpieczny, ale z pewnością nie dałby rady sam pokonać strażnika i trójki jeszcze bardziej niebezpiecznych więźniów.
                Nie wiedziałam co powiedzieć. Wszystko co powiedział właściwie było prawdą, a ja byłam naprawdę zagubiona od czasu, kiedy zaczęłam wykonywać zadania Dziary. Nie mogłam się przyznać, ale po prostu nie miałam pojęcia co powiedzieć.
- Poza zeznaniami tez nie masz dowodów na to, że jestem zamieszana w cokolwiek z tych rzeczy – odpowiedziałam, starając się brzmieć absolutnie normalnie.
- Dlatego póki co też będziesz pod stałą obserwacją bez prawa opuszczenia terenu Ostoi. Aż do znalezienia dowodów, które poprą, którąś ze stron – odpowiedział.
- To jest chamstwo, żyjemy w chorych czasach, a ty nas traktujesz jakbyśmy były zwykłymi przestępcami – powiedziała z goryczą w głosie Łapa.
- Czasy się zmieniają, co nie oznacza, że każdy może robić co chcę. Wątpię, żeby Bobru był zadowolony jak się dowie – powiedział.
- Dlatego mam nadzieję, że nie będziesz go na siłę denerwował, pustymi zarzutami, na które nie masz żadnych dowodów – odpowiedziała Łapa.
- To co zrobię, pozostawię sobie, a nie wam.
                Przez chwilę wszyscy milczeli jakby nie wiedzieli co dalej, w końcu Szeryf założył okulary i drapiąc się po twarzy powiedział.
- Możecie iść. Ta dwójka będzie was pilnowała. Jeżeli któryś z nich was zgubi to od razu traficie do więzienia, więc lepiej nie próbujcie uciekać – zagroził, po czym wstał i zniknął w pomieszczeniu obok.  Dwaj strażnicy, którzy zostali nam przydzieleni wyglądali bardzo podobnie i przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie są bliźniacy. Nie mogłam jednak tego dokładnie stwierdzić, bo bandany zasłaniały im prawie całe twarze, zostawiając tylko miejsce na wystające nosy i oczy. Wstałyśmy obie z Łapą i wyszłyśmy, a oni podążyli za nami. Zastanawiałam się, czy będą nas pilnować również w nocy, ale bałam się odpowiedzi.
                Z racji iż oboje mężczyźni szli parę metrów za nami odezwałam się cicho do Łapy.
- To co spotykamy się jutro wieczorem u Miczi? – zapytałam.
- Magda… nie widzisz jak wszystko się komplikuje? Możliwe, że to moje ostatnie dni na wolności, nie mam ochoty na żadne spotkania… - odpowiedziała.
- Przecież jesteś niewinna, nie masz się czego obawiać, prawda? – spytałam.
Odpowiedziało mi przeraźliwe milczenie.
- Tak jak ty, prawda? – zripostowała. Obie szłyśmy w milczeniu mijając mieszkańców Ostoi, którzy patrzyli podejrzliwie na dwóch strażników podążających za nami krok w krok. W końcu gdy byłyśmy blisko budynku, w którym mieszkałyśmy spróbowałam raz jeszcze.
- Proszę przyjdź, obiecuje, że to rozwiąże dużo naszych problemów.
- Jesteś strasznie uparta… zobaczymy – odpowiedziała po czym weszła do środka i przyspieszyła, a za nią podążył jeden z strażników.  Ja nieco wolniej szłam do swojego mieszkania, gdzie powinien czekać Krystek, o ile się nie obudził i sobie nie poszedł. Tuż przed drzwiami do mieszkania zatrzymałam się i odwróciłam, żeby rozstrzygnąć sprawę ze strażnikiem.
- Przepraszam, ale nie życzę sobie twojej obecności w moim mieszkaniu – wyrecytowałam.
- Nie będę wchodził do twojego mieszkania – odpowiedział krótko mężczyzna. To mi wystarczyło. Odwróciłam się na pięcie, otworzyłam drzwi i zamknęłam je przekręcając zamek. Byłam bezpieczna. Usłyszałam delikatne pochrapywanie Krystka i nie robiąc nic innego wślizgnęłam się pod kołdrę do niego i przytuliłam się. Ten dzień mnie wykończył, dzisiaj działo się tak wiele rzeczy. Zasnęłam.
                Gdy się obudziłam Krystek krzątał się po kuchni. Przywitaliśmy się i zaczęliśmy jeść, to co miałam w domu, czyli sucharki z szynką z puszki. To wszystko popiliśmy zimną herbatą.
- Jakiś gościu stoi przed drzwiami… Znasz go? – zapytał Krystek zajadając się.
- To długa historia… Mam spore problemy i musimy działać szybciej – odpowiedziałam.
- Co masz na myśli?
- Szeryf podejrzewa mnie o te wszystkie rzeczy, atak na Ostoję, uwolnienie Jakuba i tak dalej. Niestety ma rację, ale wszystko to robiłam dla Dziary… - odpowiedziałam. Nie wiedziałam czy Krystek już się domyślił, że pracowałam tak, ale myślałam, że podejrzewa mnie o to. Jego reakcja potwierdziła to.
- Nie martw się, lepiej mów co powiedziała Łapa.
- Ona jest też podejrzana o morderstwo byłej dziewczyny Bobra – odpowiedziałam.
- Co? Myślisz, że to zrobiła? – zapytał.
- Nie wiem… tak czy siak jest nam bardzo potrzebna i ja osobiście nic do niej nie mam. Dzisiaj wieczorem wszystko rozplanujemy. Lada dzień może wrócić Bobru lub ekipa z Zbłąkanym Ocalałym. Musimy być gotowi, nie chcę na razie wtajemniczać Bobra – powiedziałam.
- Myślę, że powinnaś. W końcu dzięki niemu tu jesteście i myślę, że jeżeli byśmy stąd uciekali to powinien o tym wiedzieć, przecież prawie na pewno pójdzie z nami, szczególnie jak Łapa planuje opuścić Ostoję – zasugerował.
- Problem w tym, że tego nie zrobi. Myślałam o tym trochę i jestem prawie pewna, że póki Gigant jest uwięziony, Pablord leży w śpiączce, a Cinek i Erni nie wrócili to on zostanie i będzie czekał. Może to i lepiej…- stwierdziłam.
- Miejmy nadzieję, że jakoś to się ułoży – odpowiedział Krystek i pocałował mnie w policzek – Dziękuje za śniadanie, co teraz zrobimy? – zapytał.
- Pokręćmy się po mieście, muszę pokazać temu strażnikowi, że spędzam normalnie dzień, to może sam się odczepi i wróci do Szeryfa. Wieczorem pójdziemy do Miczi i wtedy się zacznie.
                Jak powiedziałam tak zrobiłam. Miałam nadzieję, że Marta jest bezpieczna u Miczi, a Łapa daje sobie radę w tych trudnych chwilach. Cały dzień spędziliśmy kręcąc się po Ostoi i szukając zajęć. Spędziliśmy trochę czasu w barze, trochę na strzelnicy, ale większość po prostu obserwowaliśmy to co się dzieje. Około południa przyjechał Bobru z Drugiego Posterunku, ale ku mojemu zdziwieniu zamiast wrócić z Filipem i Agnieszką, z którymi pojechał odwieść trójkę ludzi, którzy przeszkadzali Dziarze, przyjechał z nieznajomą dziewczyną. Widziałem, że Łapa go przywitała, ale ja go unikałam, jakbym się bała, że odczyta moje myśli tylko na mnie spoglądając.
                Gdy nastał wieczór, a strażnik wciąż nie odpuszczał nas na krok poszłam do Miczi. Tym razem nie musiałam pukać długo, otworzyła nam prawie natychmiast. Strażnik został pod drzwiami, a my weszliśmy do mieszkania. Spakowane rzeczy stały ustawione w kącie. Był to średniej wielkości plecak wypchany po szwy, oraz parę podręcznych rzeczy takich jak broń czy maczeta. Usiedliśmy na kanapie i przywitaliśmy się z Martą. Ucieszyła się na nasz widok. Miczi wydawała się być poddenerwowana, ale nie pokazywała tego za bardzo po sobie.
- Łapy jeszcze nie ma, prawda? – zapytałam.
- Łapy? To jest to coś na co czekałam cały dzień? – zapytała.
- Tak. Zaufaj mi, jeżeli przyjdzie to wszyscy będziemy mogli sobie pomóc – powiedziałam.
                Czekaliśmy pół godziny, aż w końcu usłyszeliśmy stanowcze pukanie do drzwi. Miczi poszła otworzyć. W drzwiach stała Łapa. Na korytarzu zobaczyłam tylko dwóch strażników odwróconych do nas plecami. Miczi szybko zamknęła drzwi, a Łapa weszła do środka.
- Dobra streszczajcie się. O co chodzi? –zapytała.
Wstałam. Musiałam teraz być dokładnie taka jak Bobru. Zacząć miło, ale szybko zmienić temat na ten ważny i mówić stanowczo i bez zawahania. W końcu miałam cały plan w głowie.
- Jak się ma Bobru? – zapytałam.
- Nie wiem czy mnie nie usłyszałaś, ale pytałam o co chodzi… - odpowiedziała Łapa -  Bobru ma się dobrze, wrócił z jakąś rudą dziewką, ale tłumaczę sobie, że to tylko część misji. Już mnie wypytał o co chodzi z tym chujkiem, co łazi za mną cały dzień, ale na razie mu nie powiedziałam. Nie wiem czy w ogóle mu wytłumaczę – dodała w końcu.
- Dobrze. Zebrałam tu nas wszystkich, ponieważ chcę opuścić to miejsce i potrzebuje do tego ludzi. Wy jesteście idealni, dużo nas łączy i mamy wspólny cel – powiedziałam.
- Jaki cel? – zapytały praktycznie w tym samym czasie Miczi oraz Łapa.
- Odzyskać to, co zostało nam zabrane – powiedziałam.
                Wszyscy milczeli. Miałam nadzieję, że poprowadzę tą rozmowę dobrze.
- Mogę wam przedstawić plan, który wymyśliłam – zaproponowałam.
- Nie mogę się doczekać – odpowiedziała Miczi, a reszta po prostu słuchała.
- Przy najbliższej okazji, kiedy oczy wszystkich będą skierowane gdzie indziej zaatakujemy Kwaterę Główną, a gdy odzyskamy z niej to, co chcę odzyskać to stąd uciekniemy, możliwe, że jeszcze tej samej nocy – powiedziałam.
- Dlaczego mamy ci pomagać? – zapytała Łapa.
- Też nie za bardzo rozumiem. Mogę stąd po prostu odejść, a mam się bawić jeszcze w walkę? – dodała Miczi.
- Miczi sama nie przetrwasz długo, więc potrzebujesz ludzi. My z Krystianem tobie pomożemy, jeżeli ty pomożesz nam. Marta ucieknie razem z nami, chyba, że będzie chciała zostać. A co do ciebie, moja droga Łapo, to pamiętasz jak opowiadałam ci o bracie, którego straciłam? – zapytałam, czując, że atmosfera w pokoju zrobiła się  gęsta. Cała drżałam z emocji, a mój głos się lekko załamywał.
- Pamiętam, do czego dążysz? – zapytała.
- Jest on więziony przez Dziarę. Dlatego musiałam robić dla niego takie rzeczy jak zniszczenie barykady. To była moja sprawka. Zagroził, że jeżeli mu nie pomogę to zabije mojego brata, który trafił do Torunia jakiś czas temu i został uwięziony przez tego śmiecia – powiedziałam.
Miczi i Łapa zareagowały szerokim otwarciem ust.
- Żartujesz? – zapytała Łapa – Tolerowałaś takie coś odkąd jesteś w Toruniu? Ja zapierdoliłabym takiego sukinsyna i dawno opuściła to miejsce.
- Będziesz miała okazję – dodałam tajemniczo -  On więzi również twoją siostrę.
Tym razem Łapa nie pokazywała na swojej twarzy niczego. Po prostu siedziała i patrzyła się na mnie jakby mnie dopiero zauważyła. Zobaczyłam łzę spływającą po jej policzku. To mnie upewniło w jednym – pomoże mi.