Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 17. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 17. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 marca 2017

Rozdział 17: Blizny

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Irka. W tym rozdziale Irek trafia w końcu do Ostoi i stąd planuje co dalej. Przepraszam, ze rozdziały ostatnio pojawiają się w takich odstępach, no ale nie wyrabiam się tak jakbym chciał. Kolejny pewnie pojawi się nie za 5 dni, a za około tydzień, ale mogę Wam obiecać, że będzie to najdłuższy rozdział w historii Apo (coś koło 12-13 stron w Wordzie). Dziękuje za wyrozumiałość, zapraszam do lektury oraz komentowania ;)

POV:
Irek - Rozdział 17 - Dzień 6
Bobru - Dzień 6 - Jest w drodze do Płońska
Zuza - Dzień 6 - Zmaga się z buntem w Płocku

-----------------------------------------------------

Rozdział 17: Blizny (IREK)


                Rynek w Ostoi tętnił życiem. Obserwowałem nieco przerażony to co udało się zbudować tutejszym ludziom. To nie był zwykły obóz. W zwykłych obozach ludzie chodzili zmęczeni, ciągle gotowi na atak, oraz przestraszeni tego co może się stać. Tutaj jednak było inaczej. Przy posągu bawiła się grupka dzieci. Śmiali się i biegali tak jakby świat wcale się nie skończył. Wokół całego głównego placu poruszali się ludzie, którzy śpieszyli się do swoich prac, oraz wracali z nich do swoich domów. Widać też było wszechobecnych strażników, którzy patrolowali okolicę z karabinami przewieszonymi przez plecy, gotowi do zatrzymania niebezpieczeństwa w każdej chwili.
                Z jednej strony było to idealne miejsce do życia w tych czasach, a z drugiej strony, dla zwykłego mieszkańca mogło być zgubne. Dobrze wiedziałem, że nic nie trwa wiecznie. Zawsze przy podobnym mędrkowaniu pokazywałem czubek mojej głowy, na której brakowało teraz dużej części włosów, a te kępki, które zostały, w niczym nie przypominały bujnej czupryny, która niegdyś zdobiła moją czaszkę. To samo czekało to miejsce. Chociaż mogło wydawać się, że najgorsze już przeszło przez to miejsce, to czułem, ze to nie koniec. Zbyt dużo wrogów czyhało w pobliżu.  Jakby nie patrzeć, byłem teraz jednym z nich.
                Gdy wczoraj Ernest zaatakował mnie, wyczuwając moje zamiary, co skończyło się interwencją ludzi Czarka i zabraniem go, stałem się oficjalnym wrogiem tych obozów. Byłem pewien, że jakby ktokolwiek się o tym dowiedział, zostałbym zabity na miejscu. Nigdy nie miałem szczęścia do tego obozu, czy do innych. Gdy tylko przyjechałem tu padłem ofiarą Dziary, następnie wybijając parę ludzi uciekłem stąd wraz z Łapą, a teraz wróciłem tu po paru tygodniach i to dzień po porwaniu jednej z Czerwonych Flar.
                Siedziałem sobie spokojnie na jednej z ławek i czekałem. Jeżeli chciałem jeszcze coś zmienić w swoim życiu musiałem działać. I to działać tak, żeby Krawiec się o tym nie dowiedział. Groził, że jeżeli nie zastosuje się do jego wyborów to zniszczy wszystkie obozy. A po tym jak przekierował stado w inną stronę, byłem pewien, że jest w stanie to zrobić. Kontrolowanie trupów w takich czasach było lepsze niż jakakolwiek broń. To była prawdziwa kontrola nad światem.
- Hej, ty – usłyszałem nagle głos. Odwróciłem się w prawo i zobaczyłem dwójkę ludzi idących w moją stronę. Pierwsza, ta która wołała, była dziewczyna w czapce z daszkiem, spod którego wystawały pojedyncze kosmyki blond włosów. Była ubrana w skórzaną kurtkę, jeansy i buty sięgające do kolan. Jej towarzysz wyróżniał się z tłumu, ponieważ był czarnoskóry. Dobrze zbudowany, z długim kijem baseballowym, wyglądał groźnie. Był też wyższy od swojej towarzyszki o głowę.
- Ja? – zapytałem, nie będą do końca pewny, czy ci ludzie wołają mnie.
- Irek prawda? – zapytała dziewczyna – Słyszeliśmy, że przyjechałeś tutaj i mieliśmy dowiedzieć się o co chodzi. Bo pewnie nie przyjechałeś tutaj dla zabawy, co? – słowa wypowiadała niezwykle szybko. Byłem pewien, że gdybym był nieco bardziej zmęczony to połowy bym nie wyłapał.
- Mam tu parę spraw do załatwienia.
- Chyba nie zdziwi cię, jak powiem, że Dziara chciałby się z tobą zobaczyć? – zapytała.
- Ta, spodziewałem się – odparłem krótko. Wiedziałem, że to spotkanie jest równie nieuniknione, co będzie niezręczne.
- Zaprowadzimy cię. Dziara teraz przyjmuje ludzi, bo wpadliśmy ostatnio na małą grupkę, która koniecznie chciała z nim porozmawiać. Ale pójdziemy na około i powinniśmy po takim spacerku być idealnie na czas – powiedziała.
- Jasne. Nie ma problemu – odpowiedziałem spokojnie. Jej towarzysz tylko kiwnął głową na znak, że zgadza się ze wszystkim, po czym ruszyliśmy na przód.
- Jestem Ewelina, a to jest Michael – przedstawiła siebie i mężczyznę – Jesteśmy z Czerwonych Flar, pewnie słyszałeś – dodała po chwili z dumą.
- Słyszałem – potwierdziłem.
- Sporo się ostatnio o tobie mówiło. Jedni mówili, że zginąłeś, drudzy, że uciekłeś, inni, że uciekłeś. To jak to w końcu z tobą było?
                Nie chciałem o tym rozmawiać z nikim. Kłamanie nie wychodziło mi za dobrze, a wiedziałem, że czeka mnie go sporo.
- Długa historia. Generalnie, przeżyłem koszmar i cieszę się, że jestem już w bezpiecznym miejscu. Nawet jeżeli to miejsce to Toruń.
- Tak… Słyszałam tą historię z tobą i Dziarą. Ale on się zmienił. Mówię ci, sam zobaczysz – powiedziała naprawdę przekonująco.
Nie do końca w to wierzyłem. Co prawda wszyscy mówili mi o zmianie, ale ja przed oczami miałem wciąż obraz człowieka, który uwięził mnie jak zwierzę, bez żadnego powodu. Człowieka, który zachował się jak potwór nawet jak na te czasy. Żadna blizna nie kojarzyła mi się z takim bólem, jak ta, którą miałem w psychice. Mogłem zgodzić się z faktem, że nigdy nie byłem duszą towarzystwa, ale po pobycie w klatce i ostatecznej ucieczce z niej, w mojej głowie powstała druga, z której już nie dało się uciec.
                Szliśmy przez parę minut w ciszy. Mijaliśmy oświetlone ulice, na których pełno było ludzi. Dowiedziałem się, że Toruń ostatnio zainwestował w zablokowanie paru dodatkowych ulic. Zrobili to ponieważ teren obozu był zbyt duży, a taka ilość miejsca wcale nie była potrzebna dla tylu osób. Zamiast tego woleli skupić się na obronie mniejszej ilości terenu w bardziej skuteczny sposób. Wyszło im to, ponieważ wychodząc z rynku i przechodząc przez dwie nieduże uliczki, spotkaliśmy około trzy patrole straży. Ten ostatni zatrzymał nas. Składał się z trzech mężczyzn i o ile dwóch z nich nie wyróżniało się zupełnie niczym to ostatni był dosyć ciekawy. Kojarzyłem go z wcześniejszego pobytu, ale zawsze mnie rozbawiał. Miał ksywkę Szeryf i chociaż zasady dawno upadły to on trzymał się ich dokładnie jak nigdy. Chociaż sam w sobie był zabawny to nie można było mu odjąć tego, że wykonywał swoją robotę solidnie.
- Co tu się wyprawia? – zapytał łypiąc ukrytymi za okularami przeciwsłonecznymi oczami.
- Prowadzimy go do Dziary. Jakiś problem? – zapytała Ewelina.
- Zależy. Sprawdziliście go? – zapytał przyglądając się teraz wyraźni mi.
- Człowieku dajże spokój. Jest prowadzony przez dwie osoby z Czerwonych Flar, do szefa i myślisz, że idzie tam gotowy przeprowadzić zamach? – zakpiła z niego dziewczyna.
Szeryf prychnął i ruszył dalej bez słowa.
- Czasami mu odbija – wytłumaczyła mi.
- Tak, widzę – powiedziałem patrząc jeszcze przez chwilę na kapelusz oddalający się od nas coraz szybciej i jego właściciela zatrzymującego kolejne osoby na ulicy.
- Grupa przy trójce – usłyszałem nagle trzeszczący głos dobiegający z nogi stojącej przede mną dziewczyny. Miała przy nodze krótkofalówkę, po którą natychmiast sięgnęła.
- Jakieś kłopoty? – zapytała.
                Przez chwilę staliśmy w ciszy, czekając na odpowiedź z urządzenia. Na twarzy Michaela nie było widać nic, ale Ewelina widocznie się niecierpliwiła.
 - Szukają schronienia – powiedział w końcu.
- Jonasz u was jest? – zapytała naciskając na przycisk.
- Jestem u szefa – odezwał się głos innego mężczyzny, prawdopodobnie Jonasza.
- Ja to sprawdzę – powiedział inny kobiecy głos.
- Potrzebuje dwóch Flar do Kwatery. Szef chce coś ogłosić – odezwał się ponownie Jonasz.
- Właśnie tam idziemy z Michaelem – zaświergotała Ewelina.
- Pospieszcie się – powiedział mężczyzna, po czym usłyszeliśmy trzask i zapadła cisza.
- Chodźmy lepiej, załatwimy dwie sprawy od razu – powiedziała dziewczyna, po czym przyspieszyła kroku. Ruszyliśmy za nią.
                Po pięciu minutach weszliśmy w uliczkę, na której już z daleka widać było wejście do Kwatery Głównej, w której urzędował Dziara oraz Czerwone Flary. Przetarłem nerwowo nadgarstki.  Michael otworzył drzwi i przepuścił mnie i Ewelinę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, w całkiem przytulnym i inaczej wyglądającym niż za ostatnim razem wnętrzu to parę ludzi, którzy siedzieli na postawionych ławkach i czekali na swoją kolej. My jednak ominęliśmy ich i ruszyliśmy do samego centrum sporego pokoju ,gdzie za biurkiem siedział Dziara. Tuż obok niego stał grubszy mężczyzna z włosami związanymi w kuc. Przed dowódcą Torunia stała trzyosobowa grupa. Stanęliśmy z tyłu. Moje spojrzenie spotkało się na chwilę z Dziary. Poczułem dziwne ukłucie w sercu.
- Radzę wam iść na Drugi Posterunek. Jeżeli naprawdę macie takie parcie na bycie przydatnymi. Tutaj nie potrzebuje więcej rąk do pracy, zapewniam was – powiedział do grupki stojącej przed nim.
- To jakiś inny obóz? – zapytał zaciekawiony mężczyzna stojący przed nim. Dziara otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i odwrócił się do grubasa stojącego za nim.
- Jonasz. Gdzie jest Andrzej? – zapytał.
- Mówisz o tym z baru, czy tym którego przyprowadził tu jakiś czas temu Bobru? – zapytał uprzejmie Jonasz, którego też poznałem po głosie, który usłyszałem w krótkofalówce.
- O tym drugim. On chyba teraz wybiera się tam co? Weź po niego poślij i panowie się do niego dołączą – zaproponował ponownie spoglądając na grupę. Jonasz sięgnął po krótkofalówkę i po chwili pokierował trójkę ocalałych do innej części miasta. Ci podziękowali i wychodząc spojrzeli na nas. Po chwili pojawiliśmy się w miejscu, w którym przed chwilą stali.
- Ewelina i Michael. Widzę, że przyprowadziliście też ze sobą gościa – powiedział Dziara spoglądając na mnie. Przemilczałem to patrząc mu prosto w oczy. On nie spuścił wzroku przez pewien czas, aż w końcu wstał. Zobaczyłem brak kciuków na obu dłoniach i poczułem dziwną satysfakcje.
- Przepraszam moi drodzy, ale resztę spraw załatwimy wieczorem. Mam tutaj coś ważnego do załatwienia. Ewentualnie poszukajcie kogoś z moich ludzi i jeżeli to coś ważnego to oni wam pomogą – powiedział głośno do grupki czekającej na ławkach. Słychać było szmery niezadowolenia, ale po chwili zostaliśmy w pokoju w piątkę.
- A więc przeżyłeś. Słyszałem, że przepadłeś podczas jednej z misji – zaczął siadając ponownie.
- Udało mi się. Jak widać – odpowiedziałem bezbarwnym tonem głosu.
- Wiem, że relacje pomiędzy nami nie zaczęły się w najlepszy sposób. Gardzisz mną i masz do tego pełne prawo. Wiedz jednak, że zmieniłem się. Chcę, żeby to miejsce było bezpieczne i wychodzi mi to zajebiście dobrze. Naprawiam dawne grzechy. Jednym z największych jakie mi zostały jesteś ty.
Przemilczałem jego słowa.
- Podejrzewam, że nie przyszedłeś tutaj tylko po to żeby rzucać mi nienawistne spojrzenia. Jeżeli chcesz coś z siebie wyrzucić to proszę bardzo. Przyjmę ciężar, który sam stworzyłem. W imię większej sprawy – powiedział patrząc na mnie – A te blizny – wskazał miejsca, w których miał kiedyś kciuki – będą mi przypominały o tym kim byłem. Ale powiem ci, co pewnie ci się nie spodoba, że nie do końca żałuje. Oczywiście robiłem złe rzeczy i podejmowałem złe decyzje, ale zaprowadziły mnie one w to miejsce. Ten obóz nie istniał by, gdyby Wojciech wciąż tu rządził. Poświęciłem wiele i teraz czas żeby zapanował pokój.
                Chociaż czułem wewnętrzną, palącą złość to musiałem mu przyznać poniekąd racje. Odetchnąłem ciężko. Ewelina patrzyła z zaciekawieniem na wymianę zdań, Jonasz i Michael wydawali się być myślami gdzie indziej.
- Wschód potrzebuje pomocy. Stado przeszło przez Płońsk. Jak byłem w okolicy to widziałem. Obóz przetrwał, ale trupy idą dalej. Z tego co wiem lada dzień mogą pojawić się w Płocku. Jeżeli Bobra jeszcze tam nie ma, to na pewno też niedługo będzie – odezwałem się tak nagle, że nawet Michael spojrzał w moim kierunku. Dziara obserwował mnie z kamiennym wyrazem twarzy.
- Skąd te informacje?
- Z pierwszej ręki. Wtedy pod Warszawą wpadliśmy na stado. Od tamtego czasu uciekałem przed nim. A szło dokładnie w kierunku Torunia. Im wcześniej zaczniesz coś z tym robić tym więcej zdziałasz. Są ludzie, którzy je kontrolują, jak zaczniemy je wybijać teraz, to gdy nawet dojdzie do Torunia to nie wyrządzi takich szkód jakie by mogło. Bo obóz w Płońsku był mały, ludzie tam przeczekali to i nie musieli się martwić. Przez Toruń stado przepłynie niczym fala – nie chciałem za dużo powiedzieć. Ale chociaż Krawiec nie planował ataku, obawiałem się, że wciąż może coś zrobić. Jeżeli wysłał stado w stronę Płońska tylko dla sprawdzenia jak to działa i pokazu siły, to samo mogło spotkać te miejsca. A z dwojga złego wolałem żeby Toruń przetrwał. Nie mogłem pozwolić żeby setki niewinnych ludzi płaciło za błędy Dziary. Szczególnie, że Krawiec wiedział o tym, że Bobru jedzie do Płocka i będzie tam zakładał obóz. A były tam osoby, na których mi zależało. Znalazłem się w ciężkiej sytuacji. Jeżeli powiem za dużo Krawiec na pewno uderzy, a jeżeli nie zareaguje może być za późno.
- Ci ludzie? – wtrącił się zaciekawiony Jonasz.
- Ci którzy chodzą pomiędzy nimi – odpowiedziałem.
- Spotkałeś ich jak widziałeś stado? – zapytał Dziara.
- Nie. A przynajmniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ale pewnie tam byli.
- Wiesz, to że Ben o nich tyle mówił, nie znaczy, że problem jest aż tak duży – dodał znowu Jonasz.
- Dobra, ale wciąż stado jest prawdziwe. I idzie w naszą stronę. Zrobisz coś, czy będziesz siedział w swoim bezpiecznym królestwie? – zapytałem.
                Zobaczyłem stary, dobry grymas złości na twarzy dowódcy Czerwonych Flar. Trwał on moment, ale był zdecydowanie widoczny. Miałem nadzieję, że to oznaczało, że go zmotywowałem do działania. Nie poznałem jednak odpowiedzi, bo zanim Dziara zdążył mi odpowiedzieć do budynku wpadł mężczyzna. Dyszał ciężko jakby szybko biegł i nawet nie zamknął za sobą drzwi.
- Zero wyłaź stąd, rozmawiamy – skarciła go Ewelina.
- Ważne… ważne informacje z Inowrocławia – powiedział sapiąc ciężko.
- Mów – powiedział krótko Dziara.
Mężczyzna usiadł na jednym z krzeseł i złapał oddech. Czekaliśmy cierpliwie.
- Właśnie dostaliśmy trzy wiadomości z Inowrocławia. Tylko jedna jest dobra – powiedział.
- Zaczynaj – ponaglił go Dziara, wyładowując ciekawość zbierającą się we wszystkich zebranych w pomieszczeniu.
- Po pierwsze do Inowrocławia przybyli ludzie Bobra. Podobno udało się im zasiedlić Płock i przenoszą materiały i ludzi. Jutro wyjeżdżają z powrotem.
- Kto tam jest dokładnie? – zapytał Dziara.
- Pablord, Gigant, Dymitr i ta dziewczyna z Drugiego Posterunku – odpowiedział.
- Natalia? – podpowiedziała Ewelina.
- Tak. Ta ruda – przypomniał sobie -  Dwie kolejne są gorsze. Po pierwsze podobno stado zbliża się niebezpiecznie blisko Płocka. Przez Płońsk już przeszło, chyba bez ofiar, ale w Płocku może być inaczej. Przydałaby się tam pomoc – powiedział.
- Właśnie o tym rozmawiamy. A skoro i ci ze wschodu widzą problem to trzeba będzie zareagować – powiedział Dziara bardziej do siebie niż do Zera – A ostatnia wiadomość?
- Do Inowrocławia wróciła grupa budownicza – serce zabiło mi szybciej. Wypuściłem z płuc powietrze, całe szczęście niezauważalnie – Powiedzieli, że Ernest zaginął.
- Co?! – Dziara aż wstał słysząc to – Gdzie? Jak to się stało? – zapytał.
- Tutaj jest cały raport. Pewnie będziesz chciał tam kogoś wysłać żeby pomógł w poszukiwaniach – powiedział Zero wręczając raport Dziarze.
- Oczywiście. Jest członkiem Czerwonych Flar oraz moim przyjacielem. Przeżył już nie jedną taką przygodę… Na pewno się znajdzie, ale mu w tym pomożemy.
- To wszystko. Przygotować ludzi? – zapytał.
- Zbierz tylko pozostałe Flary i wyślij ich od razu w – przejechał wzrokiem po kartce którą dostał – to miejsce. Właściwie to Jonasz pojedziesz z nimi. A co z Karoliną? – zapytał.
- Zostaje na razie w Inowrocławiu, ale mogę po nią posłać – zaproponował chłopak.
- Nie ma takiej potrzeby. Po prostu zbierz Wiktorię, Agnieszkę i zajmijcie się tym. Ewelina i Michael będą mi niestety potrzebni – powiedział Dziara – A teraz idź już. Im szybciej zaczniecie szukać tym większa szansa na sukces.
                Zero wyszedł z Kwatery o wiele spokojniej, wraz z Jonaszem. Obserwowałem przez chwilę ich znikające za drzwiami sylwetki, po czym odwróciłem się ponownie do Dziary.
- Miałeś rację. Wybacz za sceptycyzm – powiedział.
- Nie mówmy już o tym. Ważne, że coś z tym robisz. Kiedy planujemy wyjechać? – zapytałem.
- Jutro z rana. Dzisiaj zbierzemy odpowiedni oddział, rozdam obowiązki, przekaże władzę… Rozumiesz, że takie pozostawienie obozu bez większości ludzi zdolnych do obrony to nic prostego.
- Rozumiem – powiedziałem.
- Dobrze. Ewelina zaprowadzi cię do jakiegoś mieszkanka na jedną noc. Jutro z rana widzimy się tutaj.
                Nie komentując już niczego ruszyłem w stronę wyjścia. Michael został z Dziarą, a Ewelina poszła za mną. Gdy tylko opuściliśmy budynek, a drzwi za nami się zamknęły, odezwała się:
- A nie mówiłam? – zapytała zadowolona z siebie.
- Hmm? – mruknąłem nie wiedząc dokładnie o co chodziło.
- Mówiłam, że się zmienił. Zgodził się na twój pomysł bez żadnego pokrycia twoich słów. Zaufanie bracie – wydukała szczęśliwym głosem.
- Tak, bez pokrycia. Nie licząc swojego człowieka, który powiedział mu o tym co przekazali z Inowrocławia – powiedziałem uśmiechając się paskudnie.
- Oj nie przesadzaj. Myślisz, że jak często dostaje takie zgłoszenia? Rzadko kiedy reagował, a teraz gdy usłyszał to z dwóch źródeł nie wahał się. Wyruszamy. Będziemy kompanami – uśmiechnęła się do mnie, klepiąc moje plecy.
- Nie ważne. Ważne, że się udało i będziemy mogli jakoś pomóc – powiedziałem.
- Dokładnie. To jest powód do świętowania. Może skoczymy do baru? Dzień ledwo się zaczął, ale w sumie jak mam cię „pilnować” to chyba mam się kręcić z tobą, prawda? Prawda. No nie daj się prosić! – ostatnie słowa wręcz wykrzyczała.
                Przez chwilę zastanawiałem się jak mógłbym tego uniknąć, ale ostatecznie wysiłek byłby zbyt duży, a napicie się w towarzystwie ładnej kobiety nie należało do czegoś złego. Przytaknąłem w końcu, co spotkało się z ogromnym entuzjazmem dziewczyny. Ruszyliśmy do baru, gdzie zamówiliśmy na dobry początek dzban piwa i usiedliśmy w kącie. Było póki co dosyć pusto, przy ladzie siedział jedynie łysy mężczyzna, który zajadał się czymś przypominającym makaron z fragmentami mięsa.
- Lubiłam tu przesiadywać i rozmawiać z Bobrem – wystrzeliła na początek rozmowy.
- Cóż, ja go nie miałem okazji dobrze poznać. Rozmawialiśmy może raz, czy dwa – stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- To ciekawy człowiek. Znaczy z jednej strony ciekawy, a z drugiej zwyczajny i normalny. Ciężko to określić – powiedziała pociągając solidny łyk ze szklanki wypełnionej złocistym płynem.
- Dlaczego nie pojechałaś z nim? Do Płocka? – zapytałem.
Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt smutku.
- W sumie teraz trochę żałuje. Co prawda nic straconego, mogę zawsze tam dojechać jak obóz zacznie już działać, ale ogólnie to sporo rzeczy trzyma mnie w tym obozie – przyznała.
- Na przykład? – sam nie wiedziałem dlaczego mnie to w ogóle interesuje, ale rozmowę trzeba było jakoś zacząć. Piwo było dobre, a towarzyszka ciekawa.
- Czerwone Flary. Ojciec. Miłość do ludzi – co wymienianą rzecz robiła krótką przerwę.
- Jest tu twój ojciec? – zapytałem zdziwiony.
- Tak. Pracuje na jednej z barykad, nie jest jeszcze taki stary. Udało mi się przetrwać z nim i paroma innymi ludźmi, no i jakoś się tu trzymam. A to miejsce jest naprawdę dobre. Pewnie najlepsze w promieniu wielu kilometrów – powiedziała.
- Nie sądzisz, że są większe obozy? Lepiej gotowe na atak i obronę? Albo generalnie grupy? – byłem ciekawy czy powie coś o Zszytych, dlatego tak właśnie ją pytałem.
- Raczej nie. Złomiarze mają sporo ludzi, ale nawet jak byli od nas lepsi, to teraz po ataku Zszytych są rozbici. No a sami Zszyci… sama nie wiem. Może jest ich więcej, ale czy oni mają jakiś swój obóz? Chyba nie. A to oznacza, że nie mogą nam naprawdę zagrozić, tak długo jak jesteśmy w miejscu takim jak to – powiedziała rozkładając ręce.

                Nawet nie wiedziała jak się myli. Z drugiej strony to ja mogłem się mylić. Nie chciałem już jednak poruszać tego tematu. Zająłem się rozmową. Piwo schodziło szybko i stwarzało miłe szumy w głowie. Po wypiciu dwóch dzbanów i spędzeniu paru godzin w barze poszliśmy z Eweliną do wyznaczonego przez Dziarę mieszkania. Nawet nie zauważyłem, kiedy wylądowaliśmy w jednym łóżku, a następnie sprawy potoczyły się szybko. Równie szybko jak mogło upaść to wszystko, gdy odezwie się Krawiec. Zatapiając się w kojącym uścisku Eweliny odrzuciłem te myśli. Nie było na nie teraz czasu.

czwartek, 24 września 2015

Rozdział 17: Krwawy wschód

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Irka. Wszystkie grupy jadą załatwić swoje sprawy i wykonać powierzone zadania. Grupa Irka będzie musiała założyć parę punktów strategicznych w okolicy. Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 17 - Irek - Dzień 9
Bobru - Dzień 9 - Jest w okolicach Grudziądza
Olaf - Dzień 9  - Jest w okolicach Płońska

-----------------------------------------

Rozdział 17 (Irek): Krwawy wschód


                Wyjechaliśmy zostawiając za sobą Inowrocław w szóstkę, wliczając w to mnie. Oprócz Krystka resztę znałem tylko z sali obrad podczas Wielkiego Spotkania Ocalałych. Jechaliśmy samochodem ciężarowym prowadzonym przez dziwnego mężczyznę, młodszego ode mnie, który miał całkiem długą kozią bródkę. Wyglądał jakby w przeszłości miał problemy z alkoholem lub innymi używkami, ale wydawał się być całkiem przyjemnym towarzyszem. Jego dziewczyna była też bardzo ładna. Z tego co zdążyłem zauważyć nazywali ją Ruda i była córką Kapitana z Drugiego Posterunku. Nie miałem pojęcia dlaczego reprezentowała Toruń na spotkaniu, ale miałem nadzieję, że dowiem się tego podczas podróży.
                Lubiłem poznawać nowych ludzi, szczególnie dlatego, że podczas apokalipsy przeżywali tylko ci najciekawsi i najbardziej oryginalni. Załoga tego pojazdu pokazywała to szczególnie dobitnie. Na tyłach siedział mężczyzna, który musiał mierzyć ponad dwa metry, a przez plecy miał przewieszony ogromny, dwuręczny miecz. Byłem pewien, że nie spotkałbym kogoś takiego w normalny dzień na ulicach mojego miasta.  Krystek siedział obok niego i rozmawiali o czymś po cichu. Oprócz tego zabrała się z nami kobieta z Inowrocławia, mniej więcej w moim wieku, nieco pulchniejsza, z wyrazem twarzy sugerującym, że zdecydowanie nie chciała tutaj jechać.
                Podszedłem na  tyły i zauważyłem, ze wysoki mężczyzna oraz Krystian siedzą nad mapą.
- Gdzie mamy pierwszy przystanek? – zapytałem.
- Właściwie to się zastanawiamy. Na razie jedziemy daleko na wschód i w pewnym momencie po prostu gdzieś skręcimy – wytłumaczył Krystian.
- Ile mamy tych punktów?
- Jakieś dziesięć na samym wschodzie, ale to jest nasze zadanie – odezwał się mężczyzna z mieczem.
- I całe szczęście Gigancie – odpowiedział Krystek.
- Martwią mnie jednak te dopiski na mapie… - powiedział niepewnym głosem – To ma być jakiś żart? – spytał pokazując palcem jeden z punktów.
                Czerwonym kołem była zaznaczona polana niedaleko miejscowości Mława. Obok była naklejona karteczka z napisem „Uważać na Starucha. WAŻNY PUNKT”. Zauważyłem od razu, że przy każdym innym punkcie znajdowały się podobne kartki.
- Staruch? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia, co to może oznaczać – przyznał Krystian.
- Mieszka tam taki jeden posrany staruszek z żoną. Nie chciał dołączyć do żadnej społeczności i jest zgryźliwy i niebezpieczny. Ale punkt musi stanąć niedaleko jego gospodarstwa – odezwała się nagle kobieta, tonem jakby tłumaczyła nam dlaczego trawa jest zielona.
- Skąd wiesz? – zapytałem.
- Pracuje i żyje w Inowrocławiu. Słyszałam o tym miejscu już nieraz – powiedziała.
- Jest najbardziej na północ z wszystkich punktów, powinniśmy od niego zacząć – wtrącił Gigant wstając i idąc w stronę Dymitra. Widziałem jak pokazuje mu na mapie punkt, a ten tylko kiwa głową.
- Szykuje się ciekawa podróż. Mamy coś do jedzenia? – zapytałem.
- Jasne, tam są  kartony z zapasami. Suszone mięso, fasola, suchary i konserwy rybne – wytłumaczył w skrócie Krystek machając ręką w stronę zapakowanych kartonów stojących niedaleko słupów i zwojów płótna. Podszedłem i otworzyłem te z napisem „jedzenie” nożem, po czym wygrzebałem paczkę kabanosów. Z uśmiechem na twarzy zacząłem je jeść.
                Popołudniu gdy stanęliśmy na ogólny postój ja również wyszedłem rozprostować kości. Staliśmy na środku drogi pomiędzy dwoma rozległymi polami. Niedaleko stała ciężarówka, która wyglądała jakby znajdowała się tutaj już od przynajmniej paru miesięcy. Tuż obok nas leżało wywrócone auto, z którego było słychać jęki zombie. Podszedłem z zaciekawieniem, gdy zobaczyłem, że idzie ze mną Gigant.
- Mam pytanie – zaczął mało subtelnie.
- Tak? – zapytałem kucając niedaleko miejsca kierowcy i obserwują trupa, który z całych sił starał się dorwać mnie nadgniłą ręką, przez którą wystawała przebita kość.
- Czy to prawda? To co mówią? Że jesteś niewrażliwy na zarazę? – zapytał grzecznie.
- Tak. I nie, nie mam pojęcia jakim cudem, ale jestem wdzięczny za ten dar – powiedział.
- Nie myślałeś o nauczeniu się walki mieczem? Albo czymś podobnym? Każdy z normalnych ludzi musi zachowywać dystans do trupów, ale ty mógłbyś być ich pogromcą. Ja zdecydowałem się na miecz, bo jestem kiepskim strzelcem i mam długie ręce, ale ty? Wiesz mógłbym cię trochę poduczyć- zaproponował.
                Spojrzałem na niego. Wydawał się być naprawdę potulnym i przyjaznym człowiekiem.
- W sumie… czemu nie? I tak spędzimy najbliższe dni razem – zadecydowałem wstając – Tylko musiałbym znaleźć sobie jakąś broń.
- Dałbym ci swój miecz, ale jest dosyć ciężki i naprawdę gdybym nie był taki duży miałbym problemy z operowaniem nim. Ale jak coś ci wpadnie w oko to wal śmiało – powiedział uśmiechając się.
- Jasne – odpowiedziałem.
Ruszyliśmy powoli z powrotem w stronę ciężarówki.
- Co myślisz o tych całych Zszytych? – zapytałem.
- Nie mogę w to uwierzyć – odpowiedział – Nie mam pojęcia jak to ma działać. Skóra trupa po kontakcie z skórą człowieka… Przecież to prawie pewne zakażenie, ci ludzie nie wiedzą ile ryzykują – odpowiedział.
- Ale z drugiej strony to dobry kamuflaż. Kto wie ilu takich spotkaliśmy już na drodze?
                Zanim jednak zdążył odpowiedzieć usłyszałem trzask. Odwróciliśmy się natychmiast i zauważyliśmy, że drzwi wraku ciężarówki stoją otworem, a Krystek odczołguje się od zombie, które na niego wypadły. Nie wahałem się ani chwilę. Od razu ruszyłem mu pomóc, a kroki Giganta za mną tylko dodawały mi otuchy. Poczułem falę smrodu, która prawie zwaliła mnie z nóg. Wiatr wiał w naszą stronę, a uwięzione przez długi czas zwłoki narobiły sporo smrodu. Zaszarżowałem na trupa, który leżał na Krystku i starał się wgryźć mu w szyję i zepchnąłem go, lecąc wraz z zmarłym na bok.
                Usłyszałem cięcie i zobaczyłem jak łeb trupa odlatuje na parę metrów w górę, zostawiając za sobą szkarłatną, ciemną smugę, która po chwili upadła na drogę. Wstałem i zaatakowałem nożem gardło kolejnego trupa. Gigant w tym czasie odsunął się ode mnie, pomógł wstać Krystkowi, po czym ruszył do ataku. Poczułem zakrzywione paznokcie i zanim zdążyłem się obrócić ciało wysokiej kobiety zaatakowało mnie i zrównało z ziemią. Całe powietrze z moich płuc gwałtownie znikło, a następnie poczułem ból w ręce. Nóż z trzaskiem odbił się od nawierzchni i znalazł się poza moim zasięgiem. Chciałem zwalić z siebie trupa, ale ważył naprawdę dużo i moje próby zakończyły się tylko na tym, że ledwo się ruszyłem, a zombie dalej na mnie siedział.
                Usłyszałem strzał. Zadzwoniło mi aż w uszach i poczułem ciepło krwi na moich ubraniach. Ciało bezwładnie opadło na chodnik obok mnie, a ja podniosłem się. Gigant dokańczał właśnie ostatniego trupa czystym uderzeniem, a Krystek oddychał ciężko, przyglądając się sytuacji.
- Przepraszam… zaskoczyły mnie – wysapał.
- Ważne, że nikomu się nic nie stało – powiedział brodaty mężczyzna podchodząc z strzelbą w dłoniach.
- Wiesz, że ugryzienia nic mi nie robią, prawda? – zapytałem Dymitra.
- Wiem, po prostu to był odruch. Mało jest takich wyjątków jak ty – stwierdził patrząc na mnie nieco zmieszanym wzrokiem.
- Nie no i tak dziękuje. To, że ugryzienie mnie nie zabija, nie oznacza, że mnie nie boli. Cieszę się, że mi pomogłeś – odpowiedziałem pojednawczo.
- Jedźmy już – stwierdził chłodno Gigant.
                Wsiedliśmy z powrotem do ciężarówki. Przez ostatnie dni zombie były moim ostatnim zmartwieniem, a teraz znów byłem na drodze.  Życie tutaj kompletnie różniło się od tego, co działo sią za bezpiecznymi murami Torunia czy Inowrocławia. Poruszanie się po drogach było związane z ciągłym niebezpieczeństwem. Gdy nie zombie, to ludzie, a gdy nie ludzie to głód lub choroba. Apokalipsa trwała już pół roku, a byłem prawie pewien, że wciąż jest mnóstwo niedużych grup, które żyją od miejsca do miejsca, nie trzymając się żadnego obozu dłużej niż parę dni. Po tym jak uciekliśmy z Torunia byłem do tego całkiem przyzwyczajony, ale wciąż musiałem liczyć się z tym, że reszta może zostać ugryziona i zginąć. A ja nie mogłem.
                Wraz z kolejnymi przejechanymi kilometrami czułem się coraz bardziej nieswojo. Jednak świadomość, że najbliższe przyjazne osoby są teraz dziesiątki kilometrów od nas mogła nieco zdołować. Mrok spowijał coraz to większy teren, aż w końcu połknął również i naszą ciężarówkę. Dymitr zapalił światła wewnątrz pojazdu i ogłosił, że według mapy jesteśmy już zaledwie parę kilometrów od wspomnianego wcześniej gospodarstwa. Rozsiadłem się wygodnie na tyłach, rozmasowując obolałą od upadku dłoń, która lekko mnie bolała. Po chwili dosiedli się do mnie Gigant oraz Krystian.
- Wszystko ok? –zapytał ten większy.
- Jasne – odpowiedziałem – Troszkę się poturbowałem, ale to nic poważnego.
- Co myślicie o tej farmie? Brzmi jak scena z jakiegoś amerykańskiego filmu – wtrącił Krystek.
- Wydaje mi się, że większych problemów być nie powinno. W końcu nie damy się zabić jakiemuś starcowi, prawda? – zapytałem, nie do końca pewny swoich słów.
- Mamy budować cywilizacje. Musimy się nauczyć bycia ludźmi – stwierdził mądrze Gigant.
                Miał sporo racji w tym co mówił. Ciężko będzie jednak zaufać komukolwiek, jeżeli ludzie byli w większości tacy sami – myśleli tylko o sobie i o tym żeby przetrwać. My nie byliśmy wcale lepsi. Byłem pewien, że każdy w tym aucie wolałby przeżyć niż uratować nieznajomą osobę. Taka była natura ludzka.
                Zobaczyliśmy zarysy miasta na zachód, ale ignorowaliśmy je ponieważ bardziej interesowała nas nieduża wioska, do której właśnie wjeżdżaliśmy. Obserwowałem teraz przez okno podupadłe chaty i zrujnowane stodoły. Dróżka prowadziła nas pod górę, a nasz pojazd ledwo się na niej mieścił, ale dawaliśmy radę. Wyjechaliśmy na pole i z daleka zauważyliśmy spory dom, który był ogrodzony wysokim, drewnianym płotem.
- Zatrzymajmy się – poprosiłem.
Dymitr spojrzał na mnie nieco zmieszany, ale powoli zatrzymał ciężarówkę.
- Zgaś światła.
Po chwili zostaliśmy w całkowitej ciemności, nie licząc sierpu księżyca, który ponuro wystawał zza chmur. W gospodarstwie paliły się światła.
- Jeżeli nie chcemy wystraszyć tych ludzi, to powinniśmy tam pójść i zapytać czy możemy wjechać. Na mapie było napisane, że są niebezpieczni, na pewno nie poczują się lepiej jak podjedziemy tą ciężarówką i po prostu wtargniemy na ich teren – wytłumaczyłem spokojnie.
- Ja mogę z tobą pójść – zaproponowała Ruda.
- Kochanie, to niebezpieczne – wtrącił Dymitr.
- Daj spokój. Przecież jak będą agresywni, to szybko się wycofamy – uspokoiła go.
- Ja też tam pójdę – Krystek poklepał Dymitra po ramieniu.
- No dobra – stwierdził – Ale cholera uważajcie na siebie. Bo jak zobaczę, że coś jest nie tak, od razu wchodzimy.
                Ubrałem się cieplej i upewniłem, że bronie są na swoim miejscu. Odetchnąłem cicho i spojrzałem na Rudą oraz Krystka. Kiwnąłem głową na znak, że jestem gotowy, po czym podszedłem do drzwi pasażera i otworzyłem je. Wyskoczyłem i pomogłem zsiąść Rudej. Była naprawdę drobna i delikatna z jednej strony, ale z drugiej sprawiała wrażenie twardej osoby. Krystek zeskoczył zaraz za nią. Ruszyliśmy powoli w stronę drewnianej bramy. Wiał wyjątkowo zimny wiatr, który zdawał się bawić naszymi włosami i docierać do każdego zakamarka ciała swoimi lodowatymi szponami. Niebo było zachmurzone, co mogło zwiastować nadchodzącą burzę.
                Brama była wykonana z solidnego drewna. Zobaczyłem w mroku masywną zasuwę i spojrzałem na nią, a następnie na moich towarzyszy
- Myślicie, ze powinniśmy zapukać, czy po prostu wejść? – zapytałem.
Krystian rozejrzał się przykładając dłoń nad oczy jakby osłaniał wzrok przed światłem.
- Nikogo nie widać, nie wiem czy nas usłyszą, gdy będziemy pukać, albo wołać. Poza tym mogą nas usłyszeć zdechlaki – powiedział.
Przytaknąłem mu i chwyciłem za zasuwę. Ta z niemałym oporem i lekkim skowytem ruszyła się w końcu i brama stanęła przed nami otworem. Usłyszeliśmy jęk zombie, ale nie widzieliśmy żadnego, a światła z okien oświetlały podwórko całkiem dobrze, więc byłem pewny, że tutaj nas nie zaskoczą. Zamknąłem powoli bramę i ruszyłem za resztą w stronę domu. Przez chwilę wydawało mi się, że jedna z zasłon się poruszyła i ktoś na nas patrzył, ale to zniknęło tak szybko, że uznałem to za zwykłe złudzenie.
- Powinniśmy po prostu zapukać? – zapytała Ruda.
- To chyba jedyne ludzkie wyjście – odpowiedział Krystek.
                Deski na ganku skrzypnęły przeraźliwie, kiedy wspięliśmy się już po schodkach i stanęliśmy przed drzwiami. Wyszedłem na prowadzenie i podszedłem wraz z moimi towarzyszami tuż przed wejście. Przed nami wisiała duża, złota kołatka w kształcie podkowy. Odetchnąłem głęboko i chwyciłem ją. Widziałem jak Krystek rozgląda się na lewo i prawo. Zastukałem. Odpowiedziała mi tylko cisza i szum wiatru. Powtórzyłem czynność jeszcze parę razy.
- Czy ci ludzie myślą, że nie widać światła w ich oknach? – zapytałem szeptem.
Nagle usłyszałem tylko trzask. Odwróciłem się i zobaczyłem Krystka, który leży na brzuchu i się nie rusza, a nad nim stoi kobieta z sporą, zagięta łopatą. Nim zdążyłem zareagować drzwi się otworzyły i oślepiły nas na chwilę.
- Nie ruszajcie się bandyci, bo rozstrzelam jak dzikie psy – zacharczał ktoś starczym, zrzędliwym głosem. Uniosłem ręce do góry.
                Gdy mój wzrok w końcu przyzwyczaił się do światła zobaczyłem przed sobą  niskiego mężczyznę, z zielonkowatą, zniszczoną cerą. Jego twarz porastał parodniowy siwy zarost, a głowie można było zliczyć na palcach jednej dłoni ilość siwych włosów. Był lekko przygarbiony, a w rękach trzymał dwururkę wycelowaną prosto w moją twarz. W oczy rzuciły mi się zaniedbane, chropowate dłonie i poobgryzane paznokcie.
- To nie tak, jak pan myśli… - zacząłem, ale ten splunął soczyście na podłogę i przerwał mi.
- Widziałem jak się zakradaliście złodziejaszki. Parszywe bandziory. Wynoście się stąd póki możecie! – krzyczał.
- Przyjeżdżamy z Inowrocławia. Mamy tutaj rzecz do zrobienia – powiedziała szybko Ruda.
- Boże… - jęknął Krystek wstając. Żona Starucha chciała mu ponownie przyłożyć, ale jej mąż kiwnął głową i ta się powstrzymała.
- Może nieco przesadziłem… Dobrze już, cholera właźcie bo przeciąg w chacie robicie – powiedział po czym opuścił broń i usunął się z przejścia.
- Właściwie jest jeszcze trójka naszych, w ciężarówce, jakieś sto metrów za waszą bramą – zacząłem.
- To idźcie po nich, bo spokoju nie dacie starszemu człowiekowi. Świat się wali, człowiek chce się odizolować, ale nie – narzekał.
- Ja pójdę – zaproponował Krystek i szybko zniknął z zasięgu kobiety z łopatą.
- Jestem Włodek, a to moja piękna i kochana żonka Jagoda – powiedział człapiąc i pokazując nam, żebyśmy szli za nim. Wnętrze domu było przytulne. Wyglądało jak domek, w którym świetnie spędziłoby się wakacje w dobrym towarzystwie. Korytarz rozwidlał się w trzy strony i zakończony był schodami prowadzącymi na górę.
- Państwo sami tu mieszkają? –zapytałem.
- Hę? Możesz powtórzyć? Taki chłop ,a tak cicho mówi – powiedział.
- Państwo tu mieszkają sami? – zapytałem ponownie, znacznie głośniej.
- Och nie, oczywiście, że nie. Mamy syna, który pojechał na zachód do miasta po zapasy wraz ze swoją wybranką sercową – wytłumaczył starzec wprowadzając nas do gustownie umeblowanego saloniku, z trzema wygodnymi fotelami, kanapą, długim drewnianym stołem, oraz sporej wielkości telewizorem, w którym leciał teraz film. Niżej zauważyłem odtwarzacz DVD, z którego był odtwarzany film.
- Kochana poczekaj na resztę przy drzwiach, bo się jeszcze pogubią – poprosił.
                Jagoda wyszła z salonu, nie pozbywając się jednak jeszcze łopaty.
- Ciekawe zabezpieczenia – stwierdziła Ruda nieśmiało.
- Nigdy nie wiadomo, kto zapuka. Ale wam dobrze z oczu patrzy. Zresztą jak macie ciężarówkę, to mogliście tu po prostu wjechać i nas wymordować. Jestem starym człowiekiem, mam niewiele do stracenia – odpowiedział, siadając i zdejmując kapcie – Mówcie lepiej czego ode mnie właściwie chcecie.
- Jak mówiła moja koleżanka jesteśmy z Inowrocławia. Tworzymy tam sieć obozów ocalałych. Wie pan, żeby sobie pomagać… - zacząłem.
- Nigdzie nie jadę – krzyknął przerywając mi.
- Właściwie to nie po to przyjechaliśmy – powiedziałem lekko zmieszany –Ale ciekawi mnie dlaczego pan nie woli żyć w bezpiecznym obozie, zamiast na takim pustkowiu.
- Tu się wychowałem, żyłem i umrę. Nie będą częścią tych potwornych grup, które próbują udawać, że cywilizacja jeszcze istnieje. Są w błędzie. Wszystko poszło w chuj. A ja chcę dożyć ostatnich dni u boku rodziny, w miejscu które znam i które będzie mi przypominało o tym wszystkim – opowiedział.
                Usłyszeliśmy trzask drzwi i po chwili zobaczyłem Krystka, Giganta, Dymitra oraz kobietę z Inowrocławia, prowadzonych przez Jagodę.
- Dobrze, przechodząc do konkretów, chcemy założyć na terenie pana gospodarstwa punkt nawigacyjny. Potrzebujemy małego kawałka ziemi, gdzie będziemy mogli ułożyć słup, a następnie zawiesić na nim flagę – wytłumaczyłem.
Ku mojemu zaskoczeniu starzec się roześmiał. Nieco zdezorientowany spojrzałem na resztę, ale ci tylko patrzyli równie zaskoczeni co ja.
- Co pana tak rozśmieszyło? – zapytałem.
- Wiecie dzieciaki ilu różnych bandytów jest na świecie? Mam wywiesić flagę waszego obozu i liczyć, że przyfruniecie tutaj gdyby komuś z okolicy się nie spodobała? Oszaleliście? – mówił wciąż rechocząc.
-Przecież nikt nie wie, że to nasza flaga. To po prostu będzie dla nas punkt, dzięki któremu znajdziemy się w terenie w razie kłopotów. Nie używamy go w Inowrocławiu – tłumaczyłem.
- Nie chcę o tym słyszeć. Przynajmniej nie dzisiaj. Jutro jak wróci mój syn, to porozmawiam z nim i on powie, co o tym sądzi. Mogę was ugościć, jeżeli tylko chcecie. Jeżeli nie możecie poczekać to idźcie lepiej już teraz,  bo nic nie osiągniecie – powiedział.
                Spojrzałem na resztę, żeby zastanowić się co robić.
- Moglibyśmy przez chwilę porozmawiać na osobności? – zapytała Ruda.
- Jasne. Ja pójdę przygotować jedzenie do kuchni z żoną. Jak się zdecydujecie to przyjdźcie tam. To po drugiej stronie korytarza – powiedział wstając i wychodząc – Tylko bez żadnych numerów – pogroził nam palcem, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
- Co o tym myślicie? – zapytała kobieta z Inowrocławia.
- Ben napisał „WAŻNE”, przy tym punkcie, więc uważam, że powinniśmy za wszelką cenę go postawić właśnie tu – powiedział Gigant.
- I co mamy czekać tu do rana? – zapytałem.
- Możliwe, że nawet dłużej, bo nie wiadomo, czy ten syn wróci rano czy wieczorem i czy w ogóle jutro. Ale musimy zaryzykować – wytłumaczył.
- Może założymy tutaj bazę tymczasową? Ten Staruch wydaje się być całkiem przyjacielski po bliższym poznaniu. Myślę, że nie będzie narzekał na towarzystwo. Jutro jedna lub dwie osoby by zostały tutaj, a reszta pojechałaby do kolejnego punktu na mapie, a może nawet dwóch. Nie są przecież daleko stąd – zaproponowała Ruda.
- To całkiem dobry pomysł – powiedziałem.
- Według mapy – zaczął Dymitr, wyjmując zwinięty zwój – kolejne punkty nie są specjalnie niebezpieczne, ani nie leżą na czyimś terenie. Możemy spróbować. Poza tym robi się ciemno, a jazda po ciemku, gdy ktoś jest tak padnięty jak ja, nie ma sensu – powiedział.
- No to ustalone – powiedziała Ruda.
- Nie jestem pewien, co do tego – stwierdził Krystek – Ale jak wam pasuje, to nie ma problemu.
- A kto zostanie tutaj? – zapytał Gigant.
- Ja mogę. Ten człowiek chyba mnie polubił – powiedziałem z uśmiechem.
- To zostań z Natalką. Oboje się z nimi dogadaliście i będę się czuł bezpieczniej jak zostanie ona w takim miejscu – dodał Dymitr.
Ruda spojrzała na niego z wyrzutem, ale ostatecznie zgodziła się. Cóż za zwrot akcji, pomyślałem idąc w stronę kuchni.
                Już na korytarzu poczułem ładny zapach dobrze przyprawionego mięsa. Wszedłem do środka, gdy akurat było ono umieszczane w piekarniku. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął.
- I jak? Zdecydowaliście? – zapytał.
- Chcielibyśmy u pana zagościć na noc i być może na jutrzejszy dzień. Nasi ludzie pojadą do kolejnego punktu jutro z rana, a my zostaniemy i poczekamy na państwa syna – powiedziałem.
- Och dawno nikogo nie gościłem, to będzie ciekawe – zatarł starcze ręce – Kolacja będzie za pół godziny, a potem wam pokaże pokoje, w których będziecie spali.
                Zgodnie z jego słowami pół godziny później siedzieliśmy wszyscy przy stole i jedliśmy delikatne i bardzo smaczne mięso wraz z ryżem oraz sosem, który pachniał grzybami. Dawno nie miałem takiej uczty. Podczas kolacji Włodek opowiadał nam o tym jakie życie było proste i piękne przed apokalipsą i za czasów wojny. Gdy wszyscy zjedliśmy zaprowadził nas po schodach na piętro, gdzie znaleźliśmy się w niedużym, kwadratowym pomieszczeniu, z którego wychodziły trzy pary drzwi.
- Tutaj jest nasza sypialnia – wytłumaczył – Tutaj mamy pokój gościnny, w którym bez problemu zmieszczą się trzy osoby, a tutaj pokój mojego syna i jego kobiety. Z racji iż jest was tylu to będziecie musieli rozdzielić się po trzy osoby i jakoś się ułożyć. Mam nadzieję, że będzie wam wygodnie.
- Jeszcze raz dziękujemy za gościnę – powiedziałem w imieniu grupy. Szybko rozdzieliliśmy się na dwa pokoje. Ten gościnny zajęła Ruda, Dymitr oraz kobieta z Inowrocławia, a ja wziąłem jeden na spółę z Gigantem i Krystkiem.
                Weszliśmy do czystego, zadbanego pokoju. Na prawo od nas znajdowały się szafki, szafy oraz spora drewniana komoda. Naprzeciwko nas, obok okien, wisiało parę obrazów przedstawiających dziwne, stare postacie. Dopiero, gdy podszedłem bliżej zauważyłem imiona, na złotych tabliczkach mówiące „Walter Hunt” oraz „Elias Howe”. Musiały to być postacie historyczne, którymi interesował się syn Włodka. Łóżko było naprawdę duże i zajmowało sporą część pokoju. Zauważyłem, ze na szafce obok łóżka leży zestaw do szycia z czyściutką igłą.
- Widocznie sypia tu też żona Włodka – skomentowałem.
- No jak syn ma dziewczynę, to raczej nie szyłby jak jakaś ciota – odpowiedział Krystek. Roześmiałem się.
- Dobra panowie, trzeba spać, jutro mamy sporo do zrobienia – powiedziałem. Po chwili zgasiliśmy światło i położyliśmy się spać. Śniły mi się dziwne rzeczy.

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 17: Bliżej

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Erniego. Bardzo intensywny rozdział. Czy ekipa Daliona dogoni Erniego, Cinka i tajemniczego staruszka? Czy Staruszek okaże się sojusznikiem czy wręcz przeciwnie? Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym!

-----------------------------------------------

Rozdział 17 (Erni): Bliżej


                Staruszek spadł nam z nieba. Wsiedliśmy do jego auta jak najszybciej się dało. Był to stary polonez, a jego środek wskazywał, że staruszek często w nim spał. Usiedliśmy obaj z tyłu, bo z przodu przy siedzeniu kierowcy leżał stary karabin, najwyraźniej jednak wciąż sprawny. Gdy tylko ruszyliśmy na zachód opuszczając Białystok starzec odwrócił się jakby chciał się upewnić, że nie wyskoczyliśmy z auta.
- Jestem Tomasz – zaczął.
- Ja jestem Ernest – odpowiedziałem.
- A ja Marcin.
- Mogę zapytać przed czym tak uciekaliście? W środku nocy, przez obrzeża takiego miasta? Ktoś was goni? – zapytał.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Bałem się, że jeżeli powiem prawdę to starzec każe nam wysiadać, a wtedy musielibyśmy go obezwładnić i okraść. Z drugiej strony jak go okłamiemy, a za parę godzin dogoni nas Dalion to będzie jeszcze gorzej.
- Uciekamy do Torunia. Z rana zaczną nas gonić bandyci z Królowego Mostu, mają naszych przyjaciół, a my staramy się zdobyć wsparcie i ich odbić – wytłumaczyłem, najprościej jak umiałem.
Tomasz zakaszlał.
- Czyli jedziecie do Torunia?
- Tak – odpowiedzieliśmy wspólnie z Cinkiem.
- Mogę wam pomóc, ale najpierw opowiedzcie mi trochę o tym miejscu – poprosił.
                Zaczęliśmy opowieść. Usłyszał trochę o barykadach, o ludziach tam mieszkających, o grupie Czerwonych Flar i ogólnej, ogromnej sile tego miejsca. Gwizdnął z podziwem.
- Brzmi solidnie. Szukam w sumie dobrego miejsca na osiedlenie się. Podróże są bezpieczne, ale męczą, a w tym wieku to czuć i to mocno – stwierdził, skręcając za rozstaju dróg w lewo w stronę Zambrowa.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Moim zdaniem ciągłe bycie w ruchu jest dużo lepsze. Przyzwyczajanie się do jednego miejsca, osób w nim, strach przed utraceniem go… to za dużo jak na człowieka.
- Racja – stwierdziłem. Przecież sam próbowałem ciągle uciekać z Torunia. Może to wyjdzie mi na dobre w dniu, kiedy będę chciał na zawsze opuścić to miejsce? Kto wie?
                Jechaliśmy przez pół godziny. Od zrobienia się jasno dzieliło nas teraz jeszcze parę godzin. Byłem tak zmęczony, że oczy mi się same zamykały. Cinek nawet nie próbował udawać. Po prostu oparł głowę o siedzenie i przykrywając się jednym z futer, które leżały przy nas, zasnął. Tomasz musiał zauważyć, że ledwo się trzymam na nogach.
- Jeżeli chcesz to się prześpij chłopcze. Ja niedawno wstałem, więc jestem wypoczęty, ale ty wyglądasz jak jeden z trupów – zażartował.
Nie odpowiedziałem nawet. Zgarnąłem sobie jedno z futer i położyłem się, opierając się o siedzenie. Zasnąłem momentalnie. Śniły mi się straszne rzeczy. Pierwsza część snu rozgrywała się w Królowym Moście. Widziałem grubego i Daliona stojących w piwnicy i szukających nas. Wtedy do piwnicy zaczęli po kolei wpadać ludzie z autobusu, a na koniec Rekin oraz Łowca. Gruby wyciągnął gruby kij i zaczął ich okładać, wrzeszcząc, że zapłacą za naszą ucieczkę. Dalion siedział na krześle i śmiał się oglądając to. Popijał alkohol i co jakiś czas dawał grubemu kolejne pomysły na to jak można skatować bardziej więźniów. Widziałem całą masę tortur, gwałt na dziewczynach z autobusu, aż w końcu gdy doszli do wydłubywania oka Łowcy to wszystko się rozmazało.
                Sceneria się zmieniła. Szedłem przez pustą ulicę, a na około leżało mnóstwo ciał. Było niby ciemno, ale wciąż widziałem wszystko dobrze, niczym nocne stworzenie, które wyszło na polowanie. Obserwowałem wszystko na około i szedłem ciągle do przodu. Nagle zdałem sobie sprawę, co to za miejsce. To był Toruń. Ale nie taki jakim go widziałem pięć dni temu jak odjeżdżałem. Ten był całkiem zniszczony. Wszędzie leżały ciała i ruiny. Nagle ktoś mnie zawołał. Odwróciłem się i zobaczyłem Dziarę. Siedział przy stole na wygodnym fotelu z lampką wina i trzymał coś w ręce. Podszedłem do niego, a ten uśmiechnął się i wypuścił to co trzymał. Były to kości do gry. Trzy czarne kości z zielonymi oczkami. Suma oczek wynosiła siedemnaście. Chciałem zapytać Dziarę co to oznacza, ale nagle zauważyłem, że na jego miejscu siedzi Dalion i krzyczy „BLISKO! BLISKO! BLISKO!”.
                Obudziłem się. Było jasno, a my jechaliśmy. Oddychałem ciężko. Tomasz bacznie obserwował drogę, a Cinek dalej spał. Już chciałem się odezwać i zapytać o drogę, kiedy zobaczyłem, że minęliśmy tabliczkę z napisem „Maków Mazowiecka”. Samochód brnął naprzód. Nie było żadnych szans, żeby Dalion nas dogonił. Byliśmy zwyczajnie za daleko, a zarazem coraz bliżej celu. Jak utrzymamy takie tempo to może jutro z rana będziemy już w Ostoi. Na ta myśl uśmiechnąłem się do samego siebie. Ciekawiło mnie co się tam działo pod moją nieobecność. Czy Bobru już wrócił, czy dalej jest na Trzecim Posterunku. Mogłem się dowiedzieć już niedługo.
                Auto nagle zaczął się zatrzymywać. Zaskoczony tym spojrzałem na drogę. Zobaczyłem na niej spory samochód poł-ciężarowy. Blokował przejazd i o ile nie chcieliśmy jechać na około to musieliśmy go teraz jakoś przesunąć. Szturchnąłem Cinka, żeby nam pomógł po czym wysiedliśmy we trójkę. Zdziwiło mnie jak niektóre przeszkody pojawiają się na drodze kompletnie losowo. Oznaczało to nie mniej nie więcej to, że po drogach wciąż wędrują ludzie i jest ich jeszcze całkiem sporo. Kto wie, może tą osobę, która zostawiła tu ten van też kiedyś spotkam, a nawet nie będę o tym wiedział. Mam nadzieję, że dożyje takiej szansy, bo jeżeli dzisiaj dogoni nas Dalion to nie zobaczymy już nikogo.
                Staruszek z swoją pepeszą podszedł ostrożnie, a my byliśmy tuż obok niego. Cinek nosił pistolet, więc ja trzymałem się stosunkowo na dystans, nie miałem za bardzo czym się bronić.  Podeszliśmy najpierw na tyły i ostrożnie otworzyliśmy tylne drzwi. To był błąd. Z środka wypadły dwa trupy.  Odsunęliśmy się w ostatniej chwili o mało nie wpadając na siebie, ale dzięki temu zombie upadły ciężko na drogę i mieliśmy czas żeby się nimi zająć. Cinek podszedł do jednego i uderzył go kolbą w tył głowy, dwa razy. Wystarczyło. Tomasz też nie strzelał. Przycisnął trupa do podłoża po czym wkładając w to całą siłę uderzył kolbą. Mózg i kawałki przegniłych kości rozprysły się na wszystkie strony.
- Rozejrzyjcie się czy nie ma tu nic do jedzenia. Inne przydatne rzeczy też możecie wziąć – powiedział Tomasz.
                Cinek i starzec wspięli się i zaczęli przeszukiwać, a ja poszedłem do przodu, żeby zobaczyć, czy auto w ogóle odpali. Przypominało trochę mniejsza wersję Potwora, czyli auta, którym Łowca przywiózł do Torunia ludzi z Królowego Mostu. Poszukałem najpierw kluczyków, ale po chwili doszedłem do wniosku, że przecież takie pojazdy najczęściej włączało się przyciskiem. Było tak też i tym razem. Silnik zaryczał, a ja obejrzałem się do tyłu, gdzie zobaczyłem Tomasza i Cinka.
- Trzymajcie się! – powiedziałem, po czym przycisnąłem delikatnie pedał gazu i ruszyłem. Było bardzo mało paliwo, ale całe szczęście wystarczająco, żeby zjechać na pobocze i bezpiecznie zaparkować. W samym środku nie było nic co mogło pomóc w przetrwaniu. Znajdowała się tu dostawa dziwnych części, prawdopodobnie potrzebnych do produkcji telewizorów. Zgadywałem, że poprzednia osoba, która trafiła na ten pojazd, nawet nie sprawdziła ładowani, używała go tylko jako zwykłego środka transportu. Wysiadłem i poczekałem, aż moi towarzysze się wygramolą ze środka. W tym czasie rozejrzałem się. Okolica wydawała się dosyć spokojna, chociaż na polu, około siedemdziesięciu metrów od nas znajdowało się parę zombie, ale zdecydowanie nie były nami zainteresowane, człapały w przeciwnym kierunku i z każdą sekundą były dalej. Co najważniejsze nie było oznak, żeby ktoś żywy był w okolicy, a tego bałem się najbardziej.
                Nie mogłem pojąć jak gra Daliona mogła zniszczyć człowieka. Chociaż przeżyłem wiele ciężkich i strasznych chwil to w porównaniu z tym uczuciem, ciągłej ucieczki, było to nic. Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej. Tomasz rozmawiał z nami i pytał o mniej ważne rzeczy dotyczące Torunia. Naprawdę chciał się tam dostać, co cieszyło mnie bo oznaczało, że dojedziemy tam jeszcze szybciej.
- Czy możemy sobie pozwolić na postój i zjedzenie czegoś? – zapytał około pół godziny później, gdy przejeżdżaliśmy przez małą wioskę, której nazwy nie mogliśmy odszyfrować, bo tabliczka była w połowie złamana, a samo „ka”, które zostało dużo nam nie mówiło.
- Powinniśmy coś zjeść – powiedziałem – ale nie zatrzymujmy się na długo. Jest już jasno, więc prawdopodobnie możemy wpaść na kogoś, na kogo nie chcielibyśmy. Musimy koniecznie dostać się do Torunia. Tam nie będzie już takich problemów.
Starzec zatrzymał wóz od razu, gdy znalazł dogodne do tego miejsce. Wypakowaliśmy szybko po jednej puszce i zaczęliśmy jeść drewnianymi łyżkami fasolę. Była zimna, ale zapełniała żołądek. Przypominało to pierwsze chwile po wybuchu, kiedy jadło się tylko takie specjały. Potem w Królowym Moście i teraz w Toruniu dało się zjeść nawet coś na ciepło, co było naprawdę ogromnym luksusem.  Jadłem szybko i łapczywie, bo chciałem jak najszybciej ruszyć w drogę, a poza tym byłem naprawdę głodny. Po skończonej uczcie ruszyliśmy dalej.
- Słyszeliście o akcjach przeprowadzanych w okolicach Poznania? – zapytał nagle Tomasz.
                Nie miałem pojęcia o czym mówił.
- Nie. Jakich akcjach? – zapytałem.
- Podobno podczas zimy gdy trupy nie były aż tak szybkie w Poznaniu parę grup ocalałych oczyściło dwa miasteczka. Może nie jest to duży wyczyn, ale co najważniejsze uruchomili działającą sieć pomiędzy nimi i mogą poruszać się pomiędzy punktem a i b bardzo szybko.
- To aż takie duże osiągnięcie? – zapytał skołowany Cinek.
- Mają pociąg. Działające oczyszczone tory i pociąg! Sto kilometrów różnicy pomiędzy miastami przebywają w godzinę i to niecałą, bo teraz nikt nie będzie patrzył na to czy pociąg przestrzega norm prędkościowych – wytłumaczył Starzec.
- Och – westchnąłem. To rzeczywiście było spore osiągnięcie.
- Dlatego zanim was spotkałem to myślałem nad podróżą pod Poznań. Podobno naprawdę nieźle sobie radzą, mają dużo zapasów i brakuje im tylko ludzi – dodał Tomek.
- W Toruniu w sumie też działa to dobrze – zacząłem – Jeden duży punkt, gdzie mieszka większość ludzi, mamy wszystkie zapasy i tak dalej, oraz cztery okoliczne posterunki, nie oddalone o dalej niż sto kilometrów i nadzorujące okolicę. W sumie między nimi dobrze by było odnowić linie kolejowe, ale chyba obędzie się też bez tego.
- A władza? – zapytał nagle starzec – Czy osoba rządząca to dobry człowiek?
                To było trudne pytanie. Nie wiedziałem jak szczerze odpowiedzieć, żeby nie skłamać, a zarazem nie wystraszyć Tomasza.
- Rządzi zwykły człowiek – odpowiedziałem – Popełnia błędy jak każdy, ale trzyma to wszystko w jednej, składnej postaci.
- To spora odpowiedzialność. W końcu mówicie, że macie tam parę setek ludzi.
- Tak to dosyć spore brzemię, ale myślę, że sobie radzi. W końcu Ostoja istnieje praktycznie od początku tego całego syfu – odpowiedziałem.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o Ostoi i innych społecznościach aż temat się urwał. Przejechaliśmy przez Ciechanów, a ja znów zagłębiłem się w myślach. Robiło się powoli ciemno, a my przebyliśmy trochę ponad połowę drogi. To nie było dobre, ale była pewna opcja, o której pomyślałem dopiero teraz. Mogliśmy przeczekać jedną noc u Feline w jej obozie w Płońsku i ruszyć stamtąd z rana, aby pokonać ostatni odcinek drogi. Tylko czy nie spowodujemy tego, że grupa Daliona zaatakuje Feline. Co prawda Płońsk wyglądał solidnie i myślałem, że nie będzie problemu w odbiciu ataków bandytów, ale wciąż to było spore zagrożenie. Do płońska stąd mieliśmy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. Czy warto było zaryzykować?
- Tomaszu? – zapytałem nagle.
­- Tak?
- Możesz odbić na południe do Płońska? – zapytałem.
- Do Płońska? Nie jedziemy do Torunia?
- Nie dojedziemy tam dzisiaj, a możliwe, że pościg jest coraz bliżej. Oni wiedzą, że my jedziemy do Torunia najszybszą drogą i na pewno nas dogonią, a to może sprawić, że ich ominiemy. W Płońsku jest obóz, a tamtejsza przywódczyni nas zna i być może wyśle z nami ludzi, którzy pomogą nam dojechać do Torunia. To jest spora szansa – wytłumaczyłem.
- Hmm… skoro tak mówisz to możemy tam pojechać. Nie wiem dlaczego, ale polubiłem was, więc pozwolę sobie na zaufanie wam – odpowiedział.
                Zaufanie dwóm obcym ludziom to najgłupsze, co można zrobić, ale nie chciałem mu o tym mówić i tak wystarczająco zdenerwowany całą sytuacją musiał być ten starzec, jeżeli wciąż trzymał na tylnych siedzeniach dwóch uzbrojonych i silnych ludzi. Skręciliśmy na najbliższym zjeździe na południe i gdy tylko zniknęliśmy z głównej drogi do Torunia zrobiło mi się lepiej. Teraz szansa na to, że jeszcze dzisiaj spotkamy Daliona spadła. Oczywiście zawsze mógł pomyśleć o pojechaniu do Płońska, w końcu tam po raz pierwszy nas zaatakował, przy pomocy swoich ludzi, ale wątpiłem, żeby wpadł na to teraz. Wydawało mi się, że dojedziemy bez problemy do Płońska, a  tam, przy odrobinie szczęścia, uda nam się poprosić Feline o pomoc i eskortę pod Toruń.
                Dwie godziny później byliśmy w Płońsku. Gdy podjechaliśmy pod znajomy budynek to odetchnąłem z ulgą. Wysiedliśmy i opuszczając broń zamachałem w stronę ciemnego ogrodzenia, na którym z pewnością byli ukryci strażnicy obozu. Nagle zapłonął reflektor i oślepił nas blaskiem.
- Tu Erni z Zbłąkanego Ocalałego i jego dwóch przyjaciół! Chcę widzieć się z Feline! – zawołałem.
Usłyszałem szamotanie się i po chwili ktoś otworzył nam bramę. Był to uzbrojony mężczyzna, który wymierzył do nas.
- Czego tu szukasz? – zapytałem.
- Mówiłem, chcę porozmawiać z Feline.
- Gdzie twój autobus? – zapytał strażnik.
- Straciłem go… możesz mnie do niej zaprowadzić? – zapytałem.
- Sami musicie trafić. Właźcie bo ciemno już, a reflektory przyciągną martwych.
                Weszliśmy za ogrodzenie, zostawiając auto starego na drodze. Gdy tylko weszliśmy do budynku odetchnęliśmy z ulgą. Od razu zrobiło się cieplej. Na dworze nie było tak zimno jak parę tygodni temu, ale wciąż wieczorne wiatry kąsały zimnem. Przeszliśmy przez labirynt korytarzy i dotarliśmy do gabinetu dowódczyni. Zapukałem i poprosiłem, żeby Cinek i Tomasz zostali na zewnątrz. Gdy usłyszałem „wejść” wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Niebieskooka siedziała na fotelu, opierając nogi o biurko i paląc tytoniowego skręta. Gdy mnie zobaczyła otworzyła szeroko usta.
- Kierowca autobusu… co ty tu robisz?
- Potrzebuje twojej pomocy… - zacząłem.
- Czy wszyscy w Toruniu nagle potrzebują mojej pomocy? – zapytała złośliwie.
- To naprawdę ważna sprawa – powiedziałem.
- Dobra, mów.
- Wpadliśmy w zasadzkę w Królowym Moście. Jakieś dwa dni po odjeździe stąd. Zabrali mi autobus i piątkę osób i nas gonią. Potrzebuje noclegu dla trzech osób dzisiaj i eskorty z rana do Torunia. Będziesz w stanie to dla mnie zrobić?
                Feline przez chwilę nie odpowiadała. Zaciągnęła się i wypuściła ogromną chmurę dymu, która zasłoniła na chwilę jej twarz.
- Prosisz o dużo, chyba wykorzystujesz fakt, że cię polubiłam kierowco, a do mojego obozu dołączyć nie chciałeś – powiedziała.
- Naprawdę potrzebuję pomocy. Dzisiaj nocleg, a jutro dwójka twoich ludzi i szybki pojazd, błagam.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że oddasz mi kiedyś tą przysługę. Idź teraz spać, widać, że ledwo trzymasz się na nogach, na lewo od mojego gabinetu znajdziesz kogoś ze straży, powiedz, że prosiłam o nocleg dla ciebie i twoich kolegów. Rano spotkamy się przy wyjściu.
- Dziękuje, ratujesz mnie – powiedziałem – I proszę cię, uważaj. Ktoś z ścigających nas może tu być lada chwila.
- Jestem gotowa nawet na tak ludzi z Torunia, grupka bandytów nie stanowi dla mnie problemu – odgryzła się – A teraz idź już spać kierowco.
                Wyszedłem z gabinetu Fel i razem z Cinkiem i Tomaszem ruszyliśmy na lewo, dosyć ciemnym korytarzem. Wszędzie były pomieszczenia, porozrzucane równomiernie na lewo i na prawo, ale szybko znaleźliśmy jednego ze strażników. Po drodze wytłumaczyłem moim towarzyszom, co ustaliłem z Fel. Starzec nie do końca rozumiał powagę sytuacji, ale Cinek naprawdę się ucieszył.
Bez przedłużania i tak ciężkiego i długiego dnia, poszliśmy spać. Przydzielono nam nieduży pokój, ale były tam trzy wygodne łóżka. Ledwo dotknąłem głową poduszki, a zasnąłem.
                Gdy wstaliśmy rano szybko zjedliśmy po misce ciepłego gulaszu w obozowej stołówce po czym ruszyliśmy do bramy gdzie czekała na nas Feline oraz dwóch młodych chłopaków, wydawało mi się, że byli nawet młodsi ode mnie, ale mogłem się mylić.
- To moich dwóch zaufanych ludzi, Mikołaj oraz Dominik. Są młodzi, ale uwierz mi, że przeżyli nie dlatego, że szybko znaleźli silniejszych od siebie, którzy będą ich chronić. Jak dojedziesz do Torunia to oni z moim pojazdem wrócą do mnie. Powodzenia – powiedziała.
- Dziękuje ci za wszystko Feline – odpowiedziałem i uścisnąłem jej rękę.
W piątkę ruszyliśmy do sporej toyoty terenowej, która wygląda naprawdę solidnie. To było auto, które bez problemu powinno prześcignąć wszystko. Ruszyliśmy. Tym razem kierowałem ja, po mojej lewej siedział Mikołaj, a z tyłu cała reszta.
                Auto było w świetnym stanie. Trzymało się drogi, reagowało na każdy ruch kierownicy i przyciśnięcie pedała gazu. Wyjechaliśmy z Płońska i pojechaliśmy do przodu, na zachód. Znaleźliśmy się szybko na drodze. Ostatnim sporym i niebezpiecznym przystankiem był Drobin. Od niego blisko już było do Czwartego Posterunku w Sierpcu, a tam mogliśmy poprosić o pomoc kogoś z Czerwonych Flar lub samego Szymona, który na pewno dałby nam spory oddział. Kto wie, może wyznaczyłby nawet na tyle dużą grupę, że moglibyśmy przeprowadzić kontrę stąd.
                Dojechaliśmy do Drobina po godzinie i zrobiliśmy małą przerwę na siku oraz na rozprostowanie kości. Samochód pomimo tego, że był bardzo szybki to był stosunkowo niewygodny. Jeden z ludzi Feline oraz Tomasz poszli w krzaki, a reszta pilnowała auta. Stanąłem przy Cinku opierającym się o auto i zacząłem rozmowę.
- Stary jak myślisz, powinniśmy pojechać do Torunia czy spróbujemy zebrać ludzi z Czwartego Posterunku? – zapytałem.
- Hmm… myślę, że powinniśmy wrócić do Ostoi. Tam zbierzemy lepszą pakę, żeby spuścić temu skurwielowi wpierdol – odpowiedział jak zwykle prosto z mostu.
- Za taką szczerość cię lubię stary – powiedziałem uśmiechając się.
- Myślisz, że Dalion goni nas z naszymi pasażerami i Łowcą, czy zostawił ich w Królowym? – zapytał Cinek.
- Myślę, że bałby się zostawiać z tą bandą pijaków osoby pokroju Łowcy. To byłoby zbyt ryzykowne. Mam tylko nadzieję, że ich nie zabił.
- Myślę, że ten mały wypierdek nie ma jaj, żeby to zrobić i narazić się Bobrowi i Toruniowi. Przecież chce wymiany – powiedział Marcin.
- Cholera wie co siedzi w jego chorej głowie – odpowiedziałem.
                Nagle Dominik, ten który został z nami podniósł broń.
- Patrzcie! – krzyknął.
Drogą przed nami nadjeżdżał koszmar. Trzy auta i autobus. O ile auta mogły dać mi jeszcze nadzieję, że to po prostu ktoś losowy, to autobus nie pozostawiał żadnych nadziei. To był Zbłąkany Ocalały. Strach sparaliżował mnie całkowicie, sprawiając, że nie wiedziałem czy nawet oddycham. Nie zdążyłem krzyknąć do Dominika, żeby nie strzelał bo zginie. Młody przeładował i pociągnął serią po szybie jednego z aut sprawiając, że to straciło równowagę i zjechało na prawo. Pozostałe jednak były już przy nas. Nie zdążyłem nawet prosić o łaskę, gdy jeden z bandytów z auta wysiadł i strzelił młodemu w klatkę parę razy. Jego ciało drgnęło, a potem kompletnie zamarło w kałuży krwi, pod moimi stopami.
                Wtedy z krzaków wyszedł Mikołaj oraz Tomasz.
- Nie róbcie nic głupiego! – tym razem wykrztusiłem z siebie. Z podniesionymi rękoma podeszli do mnie i Cinka, a bandyci z wozów zaczęli coraz gęściej nas otaczać. Było ich co najmniej trzydziestu. Zobaczyłem na ich czele Daliona oraz jego przyjaciela. Bezręki podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. Starałem się nie zrywać kontaktu wzrokowego, ale bałem się. Usłyszałem jak Tomasz, na lewo ode mnie, oddycha ciężko. W co my wplątaliśmy tego biednego człowieka.
- BLISKO! – krzyknął Dalion po czym uderzył mnie z dużą siła w twarz. Poleciałem do tyłu i uderzyłem jeszcze mocniej w lusterko od samochodu, po czym lekko zamroczony osunąłem się i usiadłem.
                To co stało się później było jednak dużo straszniejsze, a stało się w przeciągu kilku sekund. Cinek skoczył na Daliona i wyjmując jego własny nóż dźgnął go w brzuch. Zobaczyłem tylko przerażenie na jego twarzy, ale po chwili usłyszałem wystrzał. Zalała mnie fala krwi i fragmentów mózgu i czaszki. Gruby, którego nazywano Smrodem trafił Cinka prosto w głowę. Nie miał prawa tego przeżyć, a jednak kiedy upadł na mnie, to jego oko jeszcze przez chwilę się ruszało. Potem zamarło całkowicie.
                Krzyczałem głośno i płakałem, ale to się stało. Cinek nie żył.