Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 19. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 19. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Rozdział 19: Porządek i spokój

Rozdział 19, kolejny z perspektywy Bobra. Wybaczcie za to, że ostatnio nie ma rozdziałów, no ale tak wychodzi. Postaram się jak najszybciej i jak najlepiej zamknąć ten tom, ale zobaczymy jak to będzie. Po przeczytaniu proszę Was o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.
POV:
Bobru - Rozdział 19 - Dzień 6-7
Irek - Dzień 6-7 - Przebywa w Toruniu
Zuza - Dzień 6-7 - Wyszła po zapasy medyczne do okolicznego szpitala
-----------------------------------------------------
Rozdział 19: Porządek i spokój (BOBRU)

                Z budynku wyszliśmy dopiero kolejnego dnia. Z rana ruszyliśmy od razu w stronę Płońska. Wciąż rozmyślałem nieco o śnie, który miałem, ale wiedziałem, że na horyzoncie są poważniejsze problemy, którymi się trzeba było zająć. Analizowanie snów zdecydowanie do nich nie należało, ale jednak wciąż poniewierało się po mojej głowie, nie dając chwili wytchnienia. Odrzuciłem myśli, skupiając się przede wszystkim na dwóch celach – tym czy Feline i jej ludzie przetrwali stado, oraz nadchodzącym spotkaniem z przywódcą Zszytych. Wiedziałem, że sporo ryzykowałem planując takie spotkanie, ale warto było zaryzykować. Ten człowiek miał tyle sytuacji, żeby mnie zabić, albo pozwolić umrzeć, a mimo tego nic z tym nie zrobił. Chciał rozmawiać.
                To znacznie odróżniało go od naszych dotychczasowych przeciwników. Jedynym podobnym przypadkiem była Łapa, ale od dawna nie mogłem nazwać jej wrogiem. Przynajmniej tak sobie wmawiałem. Byłem bardzo ciekaw jak sytuacja się rozwinie, do czego to wszystko zmierza.  Miałem już jednak wszystko rozplanowane.  Kiedy Łowca pojedzie z ludźmi Feline po Potwora, Krystek na pewno będzie chciał mu pomóc, a Ika zostanie w obozie. Wtedy wykorzystam tą sytuację i wymknę się wieczorem na wspomniane w liście miejsce spotkania.
                Drogę do Płońska przebyliśmy bez problemów i w południe staliśmy już przed budynkiem szpitala, w którym był obóz Feline. Sam nigdy tu nie byłem. Znałem to miejsce jedynie z opowieści. Całe miasteczko było w kiepskim stanie. Musieliśmy się przebijać przez trupy, żeby dotrzeć do odpowiedniej uliczki, na której znajdował się obóz. Tutaj jednak było znacznie spokojniej. Ten widok sprawił, że uśmiechnąłem się szeroko. Nie minęła chwila, kiedy zauważyłem, że za bramą wejściową ktoś się rusza. Mieliśmy opuszczone bronie, wiedziałem, że po akcji na arenie w Grudziądzu jesteśmy tu mile widzianymi gośćmi. Nie pomyliłem się. Po drugiej stronie ogrodzenia, w wymiętej koszuli, lekko mrużąc oczy, stał Olaf.
- Kogo to moje paskudne ślepia widzą – powiedział donośnym, ochrypłym głosem, który przypominał nieco dźwięk odpalanego silnika.
- Witaj – powiedziałem w imieniu całej grupy – Dobrze widzieć cię całego. Słyszeliśmy, że przechodziło tędy stado.
- Przechodziło – sapnął otwierając bramę – przechodziło – powtórzył.
                Gdy tylko stanęliśmy za progiem ogrodzenia zobaczyliśmy, że na dwóch, nieco ukrytych, wieżyczkach stali strażnicy. Mieli w rękach karabiny. Nie wyglądali na specjalnie podekscytowanych, raczej zmęczonych. Sam plac przed szpitalem był nieduży, ale stało tutaj parę samochodów wyglądających na sprawne, oraz charakterystyczne dwie ławeczki, które często towarzyszyły wystrojom takich miejsc.
- Wiecie kolorowo to nie było, nie ukrywam – powiedział podając każdemu po kolei rękę – Ale mamy mały obóz. Trupy nie za bardzo się nami zainteresowały. Pogasiliśmy światła, siedzieliśmy cicho i zagryzaliśmy zęby przy każdym gwałtownym ruchu ogrodzenia.
- Duże było? Stado w sensie – zapytał nagle Krystek, tuż przed wejściem do budynku. Olaf odwrócił się. Zobaczyłem w jego oczach sporo, przede wszystkim zmęczenia.
- Nawet sobie kurwa nie wyobrażasz – powiedział – Przechodziło przez to miasto przez ponad godzinę. Ponad godzina jebanej przepychanki tuż pod naszym nosem.
- Znaczy, wi-widziałem część tego stada – chłopak wyraźnie się zmieszał po usłyszeniu słów mężczyzny – ale po prostu byłem ciekaw.
- Życzę ci żebyś nigdy go nie zobaczył.
- A mieliście jakieś straty w ludziach? – zmienił nieco temat Łowca.
- Dwóch - powiedział cicho. Minęliśmy strażników, którzy skinęli do nas głowami - Mieli pecha i wjebali się akurat na zwiad po mieście. Chociaż nie wiem jakbym chciał nie mogłem im otworzyć bramy. Rzuciliśmy im spluwy przez ogrodzenie i skitraliśmy się do środka. Bronie znaleźliśmy dzisiaj z rana, w kałuży flaków dwie ulice stąd...
- Przykro mi - stwierdziłem szczerze.
- Mi też - powiedział Olaf - Ale co was tutaj właściwie sprowadza? Chcecie widzieć się z szefową? Czy coś więcej?
- Właściwie to chcę się z nią zaraz zobaczyć. Skorzystalibyśmy też z noclegu i niedużej pomocy - powiedziałem.
- Odbiliście ją i uratowaliście. Miejsce dla was znajdzie się tu zawsze - po raz pierwszy w całej rozmowie przemówił nieco bardziej ludzkim głosem.
- Dbamy o sojuszników - powiedziałem uśmiechając się delikatnie.
- A co do tej pomocy to nasz wóz został parę kilometrów stąd. Bez koła - włączył się do rozmowy Łowca.
- Auto? - zapytał Olaf.
- Samochód ciężarowy - westchnął mężczyzna.
                Olaf zaklął, prawdopodobnie po rusku.
- Dobra. Traficie do biura szefowej? Idziecie tamtymi schodami na samą górę i tam w połowie korytarza taki drzwi z napisem "Feline". Jak coś pytajcie o drogę. A wy chodźcie ze mną - wskazał Łowcę i Krystka - Ogarniemy ten burdel.
Patrzyliśmy z Iką jak trójka mężczyzn skręca w jeden z korytarzy szpitala i po chwili znika w jego odmętach. Część mojego planu już się jakoś ziściła. Będą zajęci pewnie cały dzień jak nie dłużej. Teraz mogłem spokojnie ogarnąć sprawę z Feline, a następnie pójść w nieznane i spotkać dowódcę Zszytych.
                Ruszyliśmy wskazaną przez Olafa drogą i niedługo staliśmy na najwyższym piętrze. Szpital był dosyć nieduży, ale tętnił życiem. Wiedziałem, że obóz Feline jest zdecydowanie najmniejszym w okolicy nie licząc tego powstającego w Płocku, ale i tak mieli tutaj bardzo ciekawą atmosferę. Przypominała trochę tą z Ostoi, gdzie każdy gdzieś się spieszył, miał swoje zadanie, wszystko było zorganizowane i czuć było, że społeczność radzi sobie ze wszystkim. Na ostatnim piętrze mieliśmy małe problemy, ale człowiek, który wyglądał na kucharza szybko nakierował nas na odpowiedni drzwi, niosąc dwie skrzynki wypchane ziemniakami i gwiżdząc pod nosem.
                Stanęliśmy pod drzwiami do biura Feline. Denerwowałem się nieco, bo wiedziałem, że jest ona dosyć specyficzną osobą, ale była moją sojuszniczką, więc wewnętrznie czułem, że nie ma się czym przejmować. Zapukałem. Ika stała obok mnie i widziałem stres na jej twarzy. Zdążyłem już zauważyć, że nie lubi ona za bardzo nowych miejsc, ale wiedziałem też, że muszę ją zabierać na te misje bo znała się na uprawianiu roślin najlepiej z całej okolicy. Mogła dokładnie powiedzieć czego potrzebujemy w naszym nowym obozie i pomóc nam uruchomić produkcję jakiegokolwiek pożywienia, szczególnie, że zima dopiero co się skończyła.
- Proszę - usłyszałem z wnętrza. Głos był niesamowicie opanowany i spokojny.
Weszliśmy do środka.
                Naszym oczom ukazał się gustownie urządzony gabinet, który kiedyś musiał należeć do ordynatora albo dyrektora szpitala. Wystrój pozostał podobny, bo poza dużym, dębowym biurkiem, skórzanym fotelem, dwoma krzesłami oraz niedużą półeczką, wypchaną po brzegi książkami, nie było prawie nic. W kącie, na niedużym stoliku stał jeszcze gramofon, z którego dobywała się muzyka klasyczna. Tak dawno nie słyszałem żadnej muzyki, że odruchowo się uśmiechnąłem, chociaż nie byłem wielkim fanem tego gatunku.
                Za biurkiem siedziała chudziutka dziewczyna w moim wieku. Chociaż widziałem ją wtedy na arenie w Grudziądzu to teraz rzuciło mi się w oczy coś, czego nie zauważyłem w zgiełku walki. Jej oczy. Były tak niebieskie, że zdawały się pochłaniać okoliczne barwy. Wyglądały jakby świeciły delikatnie w ciemności. Dowódczyni siedziała na fotelu z kolanem uniesionym tak, że opierała o niego podbródek. Kiedy jednak weszliśmy wstała, przeszyła nas wzrokiem i uśmiechnęła się delikatnie.
- Bobru - powiedziała uprzejmym głosem - Myślałam, że nigdy mnie tu nie odwiedzisz.
- Czasy się zmieniają, a ja mam sprawę - powiedziałem podchodząc bliżej biurka i podając jej rękę. Uścisnęła ją z zdecydowanie większą siłą niż się po niej spodziewałem.
- Sprawę to mam ja. Nie zdążyłam jeszcze Ci podziękować za ratunek, a jestem pewien, że gdyby nie Ty to skończyłabym swoje życie w tej klatce. Mój obóz i moi ludzie są twoimi dłużnikami - powiedziała ciepło, chociaż uśmiech na jej twarzy zniknął.
- Będziesz mogła mi się odwdzięczyć, więc o to się nie martw - powiedziałem po czym odwróciłem wzrok w kierunku Iki - To jest Ika. Jest kobietą, która zajmuje się uprawianiem ziemi i ogrodnictwem w moim obozie - przedstawiłem towarzyszkę, która idąc w moje ślady wymieniła się uściskiem dłoni z Feline.
- Miło mi poznać - powiedziała nieco obojętnie po czym usiadła pokazując nam krzesła - Przejdźmy do interesów. Mów co cię tu sprowadza Bobru - zaproponowała.
- Nie wiem czy pamiętasz ustalenia podczas spotkania w Inowrocławiu, ale miał powstać nowy obóz. Przy rzece, niedaleko stąd, żeby nieco odciążyć te tereny - zacząłem. Kiwnęła głową na znak, że pamięta - I udało się. Zajęliśmy dobrą pozycję w Płocku i przyjechałem tutaj, żeby cię o tym poinformować, a także dowiedzieć się, co o tym myślisz i poprosić, a raczej zapytać o parę rzeczy - rozgadałem się utrzymując z nią kontakt wzrokowy.
- Mianowicie? - przeszła do konkretów z nutką zaciekawienia w głosie.
- Zapasy i ludzie. Ale spokojnie, potrzebujemy głównie leków, których zapewne macie pod dostatkiem oraz jakichkolwiek nasion, z których moglibyśmy zacząć uprawę - powiedziałem.
- Z lekami nie będzie żadnego problemu, ten szpital wydaje się mieć ich pod dostatkiem. Ale że Dziara lub Ben nie dali wam żadnych nasion przed wyjazdem to mnie nieco dziwi - odpowiedziała. Zanim zdążyłem coś powiedzieć to do rozmowy wtrąciła się Ika.
- Interesują nas trochę inne nasiona niż te sadzone w Ostoi. A słyszałam nieco o waszych ogrodach na dachu.
- Jak dużo was interesuje? - zapytała niebieskooka.
- Tyle żeby zacząć. Do reszty dojdziemy sami - odpowiedziała Ika.
- Zanim się rozgadacie na ten temat, to wolałbym pogadać najpierw o ludziach - wtrąciłem - Mam jeszcze parę rzeczy do przemyślenia i muszę odpocząć po tym co się stało w drodze.
- Wyglądasz rzeczywiście marnie Bobru. Dobra, mów jak to według Ciebie powinno wyglądąć.
- Chociaż moi ludzie bez problemu ogarną rzeczy takie jak zasadzenie nasion czy gotowanie to przydałyby mi się ręce do pracy. Czy to do obrony obozu czy to do jego fortyfikowania - rozwinąłem myśl.
- Sama nie mam zbyt wielu ludzi - zaczęła.
- Wiem. Nie proszę o stałą pomoc, chyba, że sama będziesz chciała kogoś na stałe do mnie przydzielić, ale każda osoba może zrobić różnicę. Druga taka grupa wyruszyła po ludzi z Inowrocławia. Jak obóz w Płocku stanie na nogi to sam mogę ci ich odwieźć - obiecałem.
- Dobra - powiedziała po chwili zastanowienia, zmieniając przy tym nogi na krześle. Muzyka zatrzymała się na chwilę, ale po chwili znowu zaczęła grać - Do jutra rana będziesz miał gotowych ludzi. Nie wiem ilu, ale postaram się odstąpić tylu ile będę mogła.
- Dziękuje - powiedziałem uśmiechając się.
- Wiesz, to jest pewna inwestycja. Bycie jedynym takim obozem wysuniętym na wschód nie jest niczym łatwym. Z wami niedaleko powinno być znacznie lepiej.
- Nazywaj to jak chcesz - powiedziałem kiwając głową. Jej oczy zdawały się przenikać moją duszę.
- To wszystko? - zapytała odwrcając wzrok.
- Nie do końca - powiedziałem. Poczekałem chwilę aż sama spyta, ale ta cierpliwie czekała - Chcę wiedzieć co wiesz o Zszytych.
                Feline znowu zatrzymała na mnie wzrok. Z jej twarzy nie dało się za dużo wyczytać. Po chwili, gdy w pomieszczeniu słychać było tylko muzykę i nasze oddechy, odezwała się:
- Tyle co nic. Na pewno mniej od Ciebie. Jedynego jakiego widziałam sama to w drodze do Torunia przed spotkaniem w Inowrocławiu, a sporą grupę także w Grudziądzu na arenie. Wiem, że ci szaleńcy noszą skóry martwych przyszyte do swoich ciał jako elemnet kamuflażu. I to właściwie tyle. Nie mam pojęcia ile ich jest, gdzie są i jakie mają zamiary - odpowiedziała na moje pytanie dosyć wyczerpująco. Przyjemnie się z nią rozmawiało.
- Okej. Miałem nadzieję się czegoś dowiedzieć, ale skoro tak samo przedstawię ci wiadomości, które udało się nam zebrać. Są wszędzie. Jest ich na pewno ponad setka, ale nie zdziwiłbym się jakby ich liczba sięgała tysiąca. Noszą kamuflaż, który chroni ich przed uwagą trupów i pozwala przemykać się niepostrzeżenie, przez największe stada - zacząłem wylewać z siebie informacje.
- Może my też tak powinniśmy. Na pewno pomogłoby to nieco w naszych marnych życiach - rzuciła bardziej żartem niż serio.
- Ich dowódca nazywa się Krawcem. Podejrzewam, że mają w obozie parę osób, które zajmują się przygotowywanim kawałków skóry do przyszycia, chociaż nie zdziwiłbym się jakby jedynym, który się na tym zna był Krawiec. Nie mamy pojęcia gdzie jest ich obóz, ale wiem dwie ważne rzeczy - mają na pieńku ze Złomiarzami, co jest nam bardzo na rękę, a dodatkowo mają bardzo dobrze rozbudowany wywiad - powiedziałem.
- Po czym wnioskujesz to ostatnie? - zapytała zaciekawiona.
- Chcieli mi przekazać wiadomość i wiedzieli dokładnie gdzie mnie szukać, chociaż byłem w drodzę. Nie zdziwiłbym się jakby wiedzieli, że teraz tu jestem - odpowiedziałem.
- To nasi wrogowie czy sojusznicy? - zapytała.
- Raczej to pierwsze, chociaż sam już nie wiem. Mam nadzieję, że się w jakiś sposób dowiem.
- Mam nadzieję, że nie będzie to jakiś szalony sposób - odpowiedziała.
- Nie będzie - skłamałem.
- W porządku - odpowiedziała po chwili wahania - Możesz teraz nas zostawić same na babskie pogaduszki, a sam iść odpocząć. Mamy tyle wolnych pokoi, że przygotowałam cztery oddzielne dla was. Stołówkę bez problemu powinniście znaleźć, bo jest niedaleko miejsca, gdzie będziecie spać. Ale jak coś pytajcie. Wszyscy tutaj wiedzą wszystko.
- Dziękuje - odpowiedziałem - Za wszystko.
                Zostawiając nieco wystraszoną Ikę z szefową obozu w Płońsku sam ruszyłem na dół w poszukiwaniu swojego pokoju. Chociaż opisy gdzie co znaleźć nie były dokładne to jednak nie miałem problemu ze znalezieniem i stołówki i swojej kwatery. Ludzie zawieszali na mnie zaciekawione spojrzenia. Społeczność była naprawdę zamknięta jak tak patrzyła na każdego nowego przybysza. Byłem ciekaw ilu z tych ludzi jutro ruszy ze mną spowrotem do domu. To była naprawdę ciekawa kwestia.
                Korzystając z gościnności spróbowałem jedzenia na stołówce i tutejszy kucharz, grubszy mężczyzna o ksywce Siekierka naprawdę dawał rade. Zjadłem z apetytem przysłuchując się rozmowie dwóch strażników, którzy wciąż przeżywali przechodzące tędy niedawno stado. Najadłem się do pełna jedną i to niecałą porcją i ruszyłem do swojego pokoju. Nie były to niewiadomo jakie warunki, ale też nie było na co narzekać. Miałem łóżko, stolik, lampkę oraz dwa krzesła i niedużą szafę. Widać było, że Feline czy jej ludzie, przygotowali ten pokój specjalnie z myślą o gościach.
                Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ale byłem pewien, że do północy mam jeszcze sporo czasu. Rzuciłem się na łóżko, które o dziwo było znacznie wygodniejsze niż na to wyglądało. Złożyłem ręce pod głową i chłonąc to jak dobrze mi było z pełnym żołądkiem oraz jak rozkosznie dało się zatopić w miękkiej kołdrze powoli zacząłem odpływać. Rytm wody płynącej w rurze utulił mnie całkowicie do snu. Czułem zmęczenie i byłem obolały, bo jak zwykle przeleciałem w losowym kierunku zdecydowanie zbyt wiele metrów nie dotykając ziemi. Musiałem nad tym mocno popracować.
                Obudziłem się po jakimś czasie. Wydawało się to tak nagłe jak samo zaśniecie, ale z drugiej strony czułem się wypoczęty i ogólne samopoczucie się poprawiło. Wstałem i przeciągnąłem się. Nóż i pistolet wróciły na swoje miejsca, a ja ziewając wyszedłem z pokoju. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to to, że paliły się światła. Oznaczać to mogło tylko tyle, że pora jest już późniejsza, albo bardzo późniejsza. Ruszyłem w stronę stołówki żeby się przekonać.
                Zegar wskazywał godzinę dwudziestą drugą. Wiedziałem mniej więcej o jaki las chodzi i wiedziałem, że jeżeli zaraz nie wyjdę to nie będę miał szans dotrzeć tam na czas pieszo, chociaż nie wiem jakbym chciał. Droga powrotna nie stanowiła już problemu, ale teraz kluczowym sojusznikiem był czas. A ten nie pozwalał mi na dłuższe ociąganie się. Zastanawiałem się czy jest z tego miejsca jakieś drugie wyjście. Pokręciłem się nieco po parterze, starając się nie wzbudzać specjalnych podejrzeń. Zauważyłem, że są jeszcze drugie drzwi, które prowadziły na tyły budynku.
                O dziwo były one otwarte, a miejsce, w którym się znalazłem musiało być po prostu wyjściem ewakuacyjnym. Nie miałem pojęcia dlaczego nikt go nie pilnował, ale znalazłem się na tyłach szpitala, gdzie stały przepchane śmieciami kontenery oraz panował tak okropny smród, że ciężko było złapać oddech. Pochyliłem się i przechodząc do bardziej skradającego się trybu ruszyłem przed siebie. Nie obawiałem się za bardzo patrolu ludzi Feline, bo wiedziałem, że tak naprawdę po tym jak przez miasto przeszło Stado z pewnością nikomu nie będzie się śpieszyło na wieczorne patrole. Strażnicy woleli obserwować okolicę zza bezpiecznych murów. Martwiłem się nieco, że drzwi, którymi wyszedłem ktoś wykorzysta żeby wejść, albo będą zwyczajnie zamknięte, ale wiedziałem, że w samym obozie wciąż jest masa uzbrojonych ludzi, więc o katastrofę raczej ciężko.
                Same miasto było opustoszałe. Nie brakowało pojedynczych trupów, ale wyglądały one na niedobitki, którym albo brakowało nóg, albo jeszcze większej części ciała, a także tych, które zostały w tyle jedząc. Reszta została zebrana falą przez stado, które równie dobrze mogło teraz iść w stronę Płocka. W sercu zakłuło mnie na samą myśl o tym. Martwiłem się obozem, chociaż wiedziałem, że zostawiłem go w rękach Łapy, a ona jak mało kto znała się na trzymaniu rzeczy w ryzach. Ominąłem kolejne osiedle, wychodząc na drogę główną biegnącą na wschód. Zabiłem trzy trupy, które wyjątkowo blokowały mi dalszą drogę i ich nie zabicie kosztowałoby mnie wiele czasu. Poczułem się trochę jak na samym początku, kiedy to wybiegałem jeszcze wystraszony z domu, nie mając na koncie ani żywej ani martwej duszy. A teraz był kim innym. Zabijałem żeby przetrwać i żeby zapewnić to przetrwanie moim ludziom. Nie wahałem się przed prawie niczym. Kiedyś, za czasów Królowego Mostu miałem jeszcze takie wahania, ale teraz wyglądało to inaczej. Byłem pewien, że jedyną drogą ochrony najbliższych było stanowcze działanie i zabicie problemu.
                Do lasku doszedłem po około godzinie. Księżyc w pełni sprawiał, że nie musiałem nawet używać latarki, co dodatkowo mi pomogło w tym żeby nie rzucać się specjalnie w oczy. Nogi się delikatnie pode mną uginały, a umysł zastanawiał się "co ja najlepszego wyrabiam?", ale dzielnie szedłem do przodu. Postanowiłem zaufać i spróbować negocjować z Krawcem. Nie byłem właściwie pewien jakim jest człowiekiem. Ale wiedziałem jedno - był zupełnie inny od moich tymczasowych przeciwników. Nie wiedziałem nawet czy do końca go tak nazywać, ale z drugiej strony przeczucie mówiło mi, że nim właśnie jest.
                Gdy zagłębiałem się w drzewa, przedzierałem przez krzaki, czułem coraz bardziej, że ktoś jeszcze tu jest. Nie umiałem dokładnie tego opisać. Miałem broń w pogotowiu, ale zdawałem sobie sprawę, że właściwie szedłem w nieznane i nie miałem zbytnio szans jeżeli to rzeczywiście była zasadzka. Zwątpienie ciągnęło mnie do tyłu, ale ja dzielnie szedłem do przodu.
                Nagle usłyszałem szelest. Na polanę wyszedł mężczyzna. Powstrzymałem się od odruchowego podniesienia pistoletu. Mimo to wciąż trzymałem rękę w pogotowiu do wyciągnięcia broni i nawet się przed tym nie ukrywałem. On jednak wydawał się być tak spokojny. Ziała od niego tak niesamowita aura. Był ubrany w czarną kurtkę, czarne spodnie, na dłoniach miał rękawiczki. Jego twarz była gładka, co sprawiało, że z jednej strony wyglądał bardzo młodo, ale z drugiej miał tak mocno zarysowaną szczękę, że ciężko było nie nazwać go mężczyzną. Jego włosy miały nieduży przedziałek, który rozdzielał je na lewo i prawo po obu stronach jego twarzy.  Nie było po nim widać niczego.
- Przyszedłeś – zauważył. Miał bardzo niski głos.
- To dziwne miejsce na spotkanie.
- Mogłem przyjechać do twojego nowo powstałego obozu – powiedział, bez problemu wskazując ten fakt – ale nie w tym rzecz. Chciałem z Tobą pogadać na dosyć neutralnym gruncie. Zapytasz dlaczego, dosyć neutralnym? Ponieważ wszystko dookoła jest pod moją kontrolą. Ale nie jestem tyranem ani wrogiem. Jestem sojusznikiem, którego musisz po prostu zrozumieć – zaczął bezpośrednio.
- Sojusznikiem? Nie wiem właściwie kim jesteś i za kogo cię uważać – powiedziałem ostrożnie.
- Jedynym wrogiem w okolicy jest Wanda i jej ludzie. Reszta jest dla mnie neutralna. To, że pomogłem tobie i twoim ludziom nie oznacza, że zrobiłem to żeby się zaprzyjaźnić. Zrobiłem to żeby zadać cios Wandzie. Reszta to tylko dodatek – powiedział.
- Całkiem wygodne wyjaśnienie. Dlaczego tak się na nią uwziąłeś? – zapytałem.
- Zabiła wielu moich ludzi. Bez większego powodu, dla zwykłej satysfakcji i marnych zapasów. A takich rzeczy nie przepuszczam płazem. Zresztą jesteśmy bardzo podobnymi ludźmi – wytłumaczył. Staliśmy teraz o parę kroków od siebie. On wyprostowany i pewny siebie, ja lekko przygarbiony i gotowy do akcji. Mogłem go zabić w tym momencie. Ale to nie mogło się tak skończyć.
- Czego ode mnie chciałeś? – zapytałem.
- Współpracy – odpowiedział prawie natychmiast.
- Na jakich zasadach i czemu ze mną? Odpowiadam pod Toruniem czy tego chcę czy nie. Dlaczego nie zawrzesz takiego paktu z Dziarą? – zapytałem coraz ciekawszy tego wszystkiego.
- Toruń i Inowrocław to tak duże miejsca, że z nimi akurat przeprowadzę negocjacje. Ale po drodze mogę już zacząć budować sojusze i postanowiłem zacząć od najcięższego – czyli tego z tobą. Wiem, że pojawiam się znikąd i żądam różnych rzeczy, ale chyba to nie będzie nic złego. Bo teraz też jakbyśmy żyli w sojuszu, tylko od teraz byśmy nie musieli się siebie bać. Moglibyśmy nawet sobie jakoś pomagać.
- Musi być jakieś ale.
- Prowadzę wiele badań, z chęcią się podzielę swoimi wynikami i z waszą pomocą uda nam się odbudować to wszystko. Albo dostosować ludzi do tego stopnia, że nie będę musieli obawiać się martwych – powiedział – Ale jest takie, że każdy obóz, oprócz Torunia, musi dostarczyć mi kogoś, kto będzie moim zakładnikiem, na wypadek, gdyby coś miało pójść nie tak. Jakby jednak wszystko się udało to będą oni bezpieczni. Jak osiągniemy wspólnie jakieś cele to będziemy mogli pomyśleć o usunięciu tego ograniczenia. To jedyny poważny warunek. Dodatkowo domagam się współpracy na wysokim poziomie, wtedy nikomu nic się nie stanie, a my szybko staniemy na nogi.
                Spojrzałem na niego ostro. Czuł się tak pewnie jakby mógł rozdawać wszystkie karty i widział jaka karta ląduje teraz na stole. Dlaczego?
- Czemu Toruń nie musi nikogo dostarczać? – zapytałem.
- Bo sam sobie wziąłem jednego z ludzi z Torunia. Ba, mógłbym go zaliczyć od razu za twój obóz, ale to byłoby za proste…
- Co masz na myśli? – zapytałem czując się niepewnie.
- Zanim odpowiem muszę wiedzieć czy masz jakieś pytania i czy podjąłeś jakąś decyzję – powiedział.
- Jak mówiłem – to nie jest moja sprawa. Ja nie szukam kłopotów i dziękuje za to co twoi ludzie zrobili w Grudziądzu. Ale to Toruń ma ostateczne zdanie. Ja osobiście ci nie ufam ani trochę – powiedziałem szczerze.
                Krawiec się zaśmiał.
- To bardzo mądrze z twojej strony. Myślę, że jakbyś szepnął w najbliższym czasie parę miłych słówek w Toruniu czy Inowrocławiu to wyszłoby na dobre. Nie chciałbym, żeby coś złego spotkało mojego sojusznika – odpowiedział z nieukrywaną groźbą.
- Złego? – zapytałem kładąc dłoń wyraźnie na rączce pistoletu.
- Złego. Stado jest teraz naprawdę blisko Płocka. Mogę je bez problemu odciągnąć, ale nie wiem czy zdążę przenieść wiadomość do moich ludzi, którzy kierują biegiem stada…
Chciałem coś powiedzieć, ale zanim wypowiedziałem chociaż słowo, to przemówił znowu on. Przez całą rozmowę wyraz jego twarzy się nie zmieniał. Zupełnie jakby to co widzę wciąż było maską.
- Ernest. On jest moim zakładnikiem – powiedział. Przez dwie sekundy to do mnie nie doszło.
- Ty skurwielu… - powiedziałem podchodząc krok bliżej i sięgając po pistolet. Wyciągnąłem go naprawdę szybko. Wycelowanie w niego nie sprawiło mi też żadnych problemów. Ale wtedy usłyszałem jak z okolicznych krzaków, nagle, zupełnie znikąd, pojawia się prawdziwa fala tych samych dźwięków. Metalicznych pstryknięć. Nagle naokoło mnie rozjaśniło się około trzydziestu punktów, które trzymały w rękach małe lampy. Cała polana rozjaśniła się oślepiającym blaskiem.
- Możesz mnie zastrzelić, tylko pytanie co dalej. Moi ludzie może i nie przepadają za bronią palną, ale umiemy z niej korzystać. Nie wyszedłbyś z tego żywy, a Twoi ludzie cię potrzebują. Pomyśl jakby się zachowali jakbyś nie wrócił na noc do obozu. Jakby poradzili sobie w Płocku bez ciebie. Dlatego odłóż broń i odejdź. Znasz zasady. Jeżeli jutro w tym miejscu nie pojawi się zakładnik to przejdziemy do nieco chłodniejszych stosunków. Tego możesz być pewien – powiedział, po czym nie czekając na moją reakcję odwrócił się i machnął ręką. Światła momentalnie zgasły, prawie tak szybko jak się pojawiły.

                Stałem osłupiały przez kolejną minutę. Nie wiedząc co o tym myśleć i co z tym zrobić. A następnie odwróciłem się na pięcie i pogrążony w myślach ruszyłem do obozu Feline.

niedziela, 4 października 2015

Rozdział 19: Moment

Rozdział 19, kolejny z perspektywy Bobra. Wraz z grupą wjeżdżają na tereny Złomiarzy, aby odnaleźć Feline. Bobru ma pewien plan, który postara się wykonać. Czy mu się uda? Zapraszam do czytania, komentowania oraz proszę o rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 19 - Bobru - Dzień 9-10
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska
Irek - Dzień 9-10 - Jest na farmie Włodka.

----------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Moment


                Przejechaliśmy granicę zajmowane przez Złomiarzy. Na tym terenie było zdecydowanie niebezpieczniej niż w każdym innym miejscu w okolicach. Co prawda Złomiarze też starali się zabijać zombie, ale na pewno nie byli przyjaźnie nastawieni do osób, które jechały tu w kamizelkach Toruńskiej Ostoi Ocalałych i w ich pojeździe. Byłem pewien, że jak tylko spotkamy patrol to od razu rozpocznie się walka, albo chociaż nieprzyjemna wymiana słów. Minęliśmy sporą mogiłę, z której nawet z oddali słychać było setki much. Gdy przejechaliśmy obok te zerwały się niczym chmura, aby po chwili znów usiąść i delektować się zgniłymi ciałami. Teraz zacząłem się zastanawiać czy była realna szansa na to, żeby zarazić się po przypadkowym zjedzeniu takiej muchy. Jakież by to było smutne.
- Ciekawe czy znów spotkamy tę rodzinę – zastanawiała się Wiktoria.
                Miała na myśli rodzinę, która uratowała nas przed Złomiarzami, chociaż okazało się potem, że sama do nich należała. Nie wiedziałem co kierowało tymi ludźmi, ale ja, Pablord oraz Wiktoria, zawdzięczaliśmy im życie. Bardzo możliwe, że po tym jak nam pomogli zostali surowo ukarani, ale miałem nadzieję, że powiodło się im i znaleźli spokój w swojej dziwnej społeczności. Od tego wiele zależało.
                Znajdowaliśmy się teraz w okolicach Grudziądza, niedaleko lasu sąsiadującego z głównym złomowiskiem. Nadal pamiętałem to miejsce. Cała góra wraków aut, które zniszczone tworzyły labirynt blach, w którym łatwo było się zgubić. Złomiarze potrafili się jednak po nim poruszać i świetnie sobie radzili w urządzaniu zasadzek w takim miejscu. W sumie stąd pochodziła ich nazwa.
- Mam nadzieję, że nie. Sami mówili, że tym razem będą chcieli nas zabić, a ja nic do nich nie mam – wytłumaczyłem.
Józef spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Po ostatniej rozmowie wydawało mi się, że bardzo zaczęło mu zależeć na tym, żebym stał się lepszym człowiekiem. Nie wiem skąd w nim nagle wzięły się takie zapędy, ale rozumiałem, że każdy próbuje znaleźć w sobie i bliskich odrobinę człowieczeństwa, której coraz bardziej brakowało na świecie.
- Mamy w końcu jakiś plan? – zapytała Miczi.
- Musimy dostać się do dowództwa. Najlepiej w jakimś odosobnionym miejscu. Myślę, że oni trzymają Feline bo chcą czegoś od nas. Jak dowiemy się czego to pomyślimy co dalej – powiedziałem.
- A co jeżeli będą chcieli Torunia? Albo od razu rzucą się, żeby nas zabić? – zapytała pesymistycznie.
- Wtedy będziemy musieli się bronić. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie…
                Podjechaliśmy do krawędzi lasu, mając stąd dobry widok na Grudziądz oraz złomowisko. Obserwowaliśmy te dwa miejsca z bezpiecznej odległości, chociaż tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia jak działa struktura Złomairzy i czy wiedzą już o nas, czy jeszcze nie. Znaleźliśmy dwie nieduże chatki, które zaczęliśmy przygotowywać powoli na noc. Chociaż dopiero zapadał wieczór, a wczoraj pomimo Wielkiego Spotkania Ocalałych wszyscy się wyspali, to wciąż woleliśmy mieć pewne i w miarę bezpiecznie miejsce.
                Przy samej bazie nie spotkaliśmy żadnego trupa, nie licząc jednego, który musiał zaklinować się w studni, bo wydawało się, ze mógł się rozpłynąć w każdej chwili. Dobiliśmy go i rozpakowaliśmy potrzebne na noc zapasy.
- Może odpalimy flarę? – zaproponowała Wiktoria.
- Nie. Lepiej nie. Wiesz… chociaż chciałbym to rozwiązać pokojowo – zacząłem, gdy Wiktoria podeszła do mnie w czasie obserwacji terenu na uboczu – to wiem, że prawdopodobnie skończy to się rozlewem krwi. Po prostu czuję się bezsilny. Każdy problem jaki teraz mamy można rozwiązać tylko siłą. To beznadziejne.
- Dalej nie rozumiem co zrobimy, gdy spotkamy kogoś z dowództwa. Wątpię żeby oni chodzili sami… w sensie dowódcy. Przecież ty i Dziara w Ostoi zawsze jesteście obstawieni, albo chowacie się za murami, gdzie nic wam nie może zagrozić – stwierdziła. Spojrzałem na nią. Wiedziałem, że nie to miała na myśli i chciała już się odezwać, ale przerwałem jej.
- Spoko, wiem o co chodzi. Ale z jednym się zgodzić nie mogę. Nie rządzę Ostoją. To prawda pomagam i często decyduję nawet o wielu rzeczach, ale to wciąż nie jest to – powiedziałem lekko przerażony tą myślą.
- Nie chciałam tego powiedzieć. Nie to miałam na myśli. Wiesz zresztą sam. Ufam ci Bobru. Raz mnie stąd wyciągnąłeś i wierzę, że od biedy zrobisz to po raz drugi. Dlatego po prostu nie będę pytać i poczekam na rezultaty – zapewniła.
                Uśmiechnąłem się do niej.
- Dzięki – powiedziałem cicho.
Wieczór nadszedł dosyć szybko i zobaczyłem światła rozświetlające okolicę. Grudziądz, tereny przy Złomowisku, oraz stadion. Ta ostatnia lokacja była najbardziej ciekawa. Co tam mogło być? To pytanie dręczyło mnie podczas jedzenia kolacji, co od razu zauważył Pablord.
- Co jest stary?
- Ten stadion. Dlaczego go przejęli? Nie jest to najgorsze miejsce do obrony, ale kompletnie nie pasuje do ich stylu bycia – zastanawiałem się.
- Może trzymają tam auta? To dosyć sporo, otoczonego miejsca – podsunęła Miczi.
- Może – odpowiedziałem. Nie mogłem się skupić. Chociaż sprawa z Łapą i zresztą została oficjalnie rozwiązana to nie mogłem dać sobie ostatecznie spokoju. Wciąż wahałem się czy dobrze postąpiłem pozwalając jej bezkarnie wrócić. Byłem zły na siebie za to, że ta kobieta miała na mnie aż taki wpływ, oraz za to, że jej wciąż ulegałem. Potrzebowałem jej jednak.
                W nocy wyjątkowo nie zostawiliśmy nikogo na warcie. Po upewnieniu się, że drzwi i okna są całkowicie zabarykadowane, a w samym domu nie ma żadnych zombie zasnęliśmy. Nie chciałem, żeby ktoś jutro był zmęczony. Musieliśmy być gotowi i dać z siebie wszystko. Chociaż jedna grupa została wysłana do obozu przy Płońsku to wciąż wiedziałem, że prawdopodobnie nie znajdą tam Feline. Jedynie informacje, które powiedzą gdzie ona jest. A to było praktycznie pewne. Musiała być gdzieś tutaj.
                Wstaliśmy rano i powoli przygotowaliśmy się do dalszej drogi. Zjedliśmy lekkie śniadanie złożone z sucharków i popiliśmy wodą. Zebraliśmy swoje wszystkie rzeczy i już chcieliśmy wychodzić, kiedy usłyszeliśmy trzask na ganku domu. Niczym dobrze nakręcony zegarek wszyscy, w jednej chwili, schowali się za osłony i wyciągnęli bronie. Moja wciąż nieco bolała po ostatnich przygodach, ale mogłem bez problemu strzelać. Wsłuchiwaliśmy się i słyszeliśmy wyraźne kroki. Przynajmniej dwie osoby. Po chwili za jednym oknem przesunęła się powoli sylwetka, a za nią druga.
                Kiwnąłem tylko głową i zatkałem uszy, gdy Miczi pociągnęła serią po ścianie. Usłyszeliśmy głuchy trzask, gdy dwa ciała upadły na deski. Wtedy wszystko przyspieszyło. Na tyłach otworzyły się drzwi i do środka wpadło trzech mężczyzn. Najbliżej nich był Józef, który zgodnie ze swoim zwyczajem zdzielił pierwszego z nich potężnym kopniakiem w brzuch. Drugi wycelował w stronę Wiktorii, ale ta była szybsza i trafiła swojego przeciwnika w udo. Ten krzyknął i upadł ciężko na podłogę upuszczając broń. Trzeci widząc dwóch leżących towarzyszy  chciał wycofać się za ścianę, ale podobnie jak nasze pierwsze ofiary nie wziął pod uwagę tego, ze są one zrobione z drewna, a co za tym idzie pociski przechodzą przez nie bez większego problemu. Szczególnie z karabinu Miczi.
                Nagle do środka wpadło coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na kamień. Syczało jednak i dymiło. Zdążyłem krzyknąć tylko teatralne „Padnij!” zanim usłyszałem huk, a eksplozja odrzuciła mnie do tyłu. To był granat. Mieliśmy jednak niesamowite szczęście bo wpadł on prosto do kominka, który zniwelował mocno siłę eksplozji, uwalniając chmurę czarnego, gęstego dymu. W uszach słyszałem tylko pisk, a przed oczami miałem czarno. Kaszlałem próbując złapać trochę świeżego powietrza, ale nie było to łatwe. Poczułem czyjeś ręce, ciągnące mnie do korytarza i zobaczyłem Pablorda, który kaszląc próbował mi pomóc. Niezręcznie przesunąłem się za osłonę.
                Znajdowaliśmy się teraz w korytarzu, który prowadził do wyjścia, oraz do pokojów po bokach. Salon, w który działa się strzelanina i wybuchł granat ucichła nieco, ale wciąż widzieliśmy dokładnie drzwi, w których pojawiła się twarz mężczyzny. Widziałem, że próbował dostrzec ile osób zabił. Czarne obłoki powoli opadały i kolejne co udało mi się zobaczyć to Michael, który rozbija potężnym uderzeniem czaszkę napastnika.
- Wychodzimy stąd! – krzyknąłem ochrypłym głosem, spluwając i próbując wstać. Teren był czysty. Widzieliśmy auto stojące niedaleko naszego. Wszyscy z trudem łapali hausty świeżego, chłodnego powietrza.
- Wszyscy są cali? – zapytał Józef.
- Strasznie boli… mnie głowa… - powiedziała słabym głosem Wiktoria.
                Podszedłem do niej i położyłem ją na trawie. Dotknąłem ręką jej czoła i odgarnąłem włosy.
- Oddychaj – powiedziałem spokojnie – Zaraz powinno ci przejść. Reszta zbierajcie się. Złomiarze wiedzą, ze tu jesteśmy – krzyknąłem.
Wiktoria oddychała ciężko. Była bardzo blisko eksplozji i byłem pewien, że gdyby nie to, że granat wleciał do kominka, to mogłaby zostać naprawdę ciężko ranna, a może nawet zginąć. Auto po chwili było gotowe. Dałem towarzyszce pić, a ta po chwili podniosła się ciężko. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy powoli w stronę złomowiska.
- Jesteś pewien? – zapytała Miczi.
- Tak. Zaufajcie mi – odpowiedziałem.
- Ile osób nas zaatakowało? – zastanawiał się na głos Pablord.
- Ponad pięć. To był patrol. Zapewne, za jakieś dwie godziny wszyscy będą wiedzieli, że nie wrócili i coś im się stało. Musimy przyspieszyć – powiedziałem.
                Złomowisko było coraz bliżej nas. Podjeżdżaliśmy od przeciwnej strony niż ostatnio. Wydawało się one jeszcze większe, ale nie widziałem go już jakiś czas i po prostu mogłem je inaczej pamiętać. Tutaj, ponad miesiąc temu, straciliśmy Jonasza, który był Czerwoną Flarą i naprawdę porządnym człowiekiem. Żałowałem, że musiał w tak głupi sposób zginąć, chociaż nie widziałem jego śmierci na własne oczy, to byłem świadkiem tego jak w niego strzelają, a on zostaje na tyłach, żeby umożliwić nam ucieczkę. To był naprawdę heroiczny wyczyn z jego strony i zawdzięczałem mu życie. Niestety nie mogłem już spłacić tego długu.
                Zatrzymaliśmy się w uliczce, niedaleko sklepu, w który przeżyliśmy z Pablordem, Jonaszem oraz Wiktorią małą przygodę na zlecenie rodziny Złomiarzy. Zostawiliśmy auto tutaj i ruszyliśmy z wyciągniętymi broniami opuszczoną uliczką.
- Wiktoria, Pabi – zacząłem po cichu – Szukamy śladów rodziny.
- Co? Sam mówiłeś, że to niebezpieczne – zdziwiła się Wiktoria.
- Jeszcze bardziej niebezpieczne było to, co się stało w nocy. Nie ma sensu negocjować z tymi ludźmi. Dowiedzmy się czegoś i pomyślimy co dalej – stwierdziłem.
Z uliczki przed nami wyszedł zombie, który nie zdążył nawet obrócić się w naszą stronę. Michael był szybszy i znokautował go silnym uderzeniem w czaszkę.
- I oni mieszkają gdzieś tutaj? – zapytała Miczi.
- Tak. Parę uliczek dalej – powiedziałem.
- Myślisz, że nam pomogą?
- Mam nadzieję – powiedziałem.
                Ruszyliśmy do przodu i gdy byliśmy już naprawdę blisko celu usłyszeliśmy silnik auta. Schowaliśmy się szybko za niedużym kamiennym murkiem obserwując okolicę. Gdzieś z prawej nadjeżdżało przynajmniej sześć aut. Hałas narastał, więc byłem pewien, że jadą w naszą stronę. Czy mogła to być Łapa z posiłkami z Torunia? Wątpiłem, ale taką opcję również trzeba było rozważyć. Auta wyjechały w końcu zza rogu i od razu poznałem, że to Złomiarze. Schowałem się za murkiem, nie obserwując ich nawet, bo wiedziałem, że przejeżdżając mają duże szansę nas zauważyć.
                Pierwsze pojazdy minęły nas. Już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy jeden z wozów zatrzymał się tuż obok nas, po drugiej stronie murka. Przełknąłem ślinę. Na ulicę wyszły przynajmniej trzy osoby. Jeden był mężczyzną, oddychał ciężko i ochryple, dosyć charakterystycznie. Dwie pozostały prawdopodobnie były kobietami, bo rozmawiały cicho między sobą i miały wysokie głosy.
- Zamordowani? – zapytał mężczyzna.
- Tak. Ktoś jest w okolicy. To pewnie te psy z Płońska przyjechały po swoją sukę – rzuciła jedna z kobiet. Cieszyłem się, że nie było z nami Olafa, bo ten od razu rzuciłby się na nich, gdyby usłyszał coś takiego.
- Wanda ich szuka. Mam nadzieję, że będą cierpieć – stwierdziła druga kobieta.
- Wszyscy zdrajcy i bandyci muszą cierpieć – zauważyła ta pierwsza.
- Przejdźmy się po ulicy parę razy, żeby nie było, że nic nie robimy – zaproponował mężczyzna i poszli dalej, w stronę, z której przyszliśmy.
                Gdy tylko zniknęli za zakrętem poderwałem się i wraz z resztą podbiegliśmy dalej, wchodząc na uliczkę, na której zaczynało się Złomowisko, oraz dom rodziny, którą tu kiedyś spotkaliśmy. Od razu zlokalizowałem go wzrokiem i pokazałem reszcie. Wyglądał właściwie tak samo jak ostatnio, może był jeszcze bardziej zapuszczony. Zacząłem czuć presję tego miejsca. Szukali nas, a z rana próbowali zamordować. Nie rozumiałem dlaczego tak agresywnie podchodzili do sąsiednich obozów, ale miałem nadzieję, że albo ich stąd przegonimy, albo uda nam się ich pokonać. Szansy na sojusz już nie było.
                Podeszliśmy pod same drzwi. Zastanawiałem się czy zapukać, czy po prostu wejść. Moi towarzysze rozglądali się nerwowo po bokach, a co chwilę z daleka było słychać silnik auta lub inne podobne hałasy. Postanowiłem w końcu delikatnie pociągnąć za klamkę i otworzyć drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu były otwarte. Skrzypnęły przeciągle, więc ktokolwiek był w środku na pewno już to usłyszał. Pomimo to weszliśmy po cichu, rozglądając się. Podobnie jak ostatnio w środku panował pół mrok. Zasłony skutecznie odcinały światło słoneczne, zostawiając tylko nieduże smugi, oświetlające nieco wnętrze.
                Włączyliśmy latarki i przygotowaliśmy się do ewentualnego ataku. Szliśmy powoli korytarzem. Serce biło mi znacznie szybciej niż powinno, ale nie potrafiłem się uspokoić. Ryzyko było ogromne. Rozglądaliśmy się po półkach i reszcie mieszkania i widzieliśmy wszechobecne znaki, że ktoś tu nadal mieszka. Otwarta puszka jedzenia, czysty stół, broń leżąca przy kanapie. Wszystko wskazywało na zwykłą kryjówkę, chociaż musiałem przyznać, że nieco się tu pozmieniało. Było jednak pusto. Kuchnia, miejsce w którym spaliśmy, nigdzie nikogo nie było. Zacząłem się zastanawiać, gdzie mogli się podziać ostatni lokatorzy. Weszliśmy do ostatniego pomieszczenia i usłyszeliśmy całą symfonię przeładowywanych broni.
- Upuśćcie broń dla waszego własnego dobra – powiedziała jakaś kobieta. Kojarzyłem jej głos.
                Zasłona została zerwana, a nas chwilowo oślepiło światło dnia. Gdy wzrok przyzwyczaił się do jasności zobaczyłem rudą kobietę siedzącą na kanapie. Obok niej stało paru mężczyzn z karabinami, którzy mierzyli w nas. Sytuacja była fatalna.
- Gdzie jest… - zacząłem pytać, ale ta przerwała mi.
- Zdracja, dzięki któremu opuściłeś to miejsce? Zawisł wraz z rodziną. Nie tolerujemy tu zdrajców. Tak samo jak morderców. Wymordowałeś cały mój oddział. Tak właśnie działa słynny Bobru z Ostoi? – zapytała, a jej głos był zimniejszy niż lód.
- Zaatakowali nas z rana. Gdybyśmy nie obudzili wcześniej to pewnie byśmy nie żyli – odgryzłem się. Sytuacja była na tyle beznadziejna, że nic więcej mi nie zostawało do zrobienia.
- Chciałam negocjować. I dalej chcę. Wiem kogo chcecie, ale ja też mam swoje warunki. Może nawet się dogadamy. Zawsze lubiłam tak bezczelnych i odważnych ludzi jak ty – powiedziała nieco cieplej.
                Bronie zostały nam zabrane, a mężczyźni otoczyli nas, wciąż celując karabinami.
- Najpierw jednak, zanim dotrzemy do przyjemniejszego miejsca, chcę dowiedzieć się jednej rzeczy – wstała i podeszła do mnie. Z bliska mogłem zauważyć, że jej oczy wydawały się nie mieć żadnej głębi. Zupełnie jakby patrzył na mnie trup.
- Nie chcemy kłopotów, po prostu przyszliśmy negocjować – powiedziałem.
Spoliczkowała mnie.
- Przestań łgać i nie przerywaj mi – syknęła. Widziałem jak Miczi chciała coś zrobić, ale jeden z mężczyzn złapał ją za rękę i wykręcił.
- Ej! – krzyknąłem odwracając się. Momentalnie wszyscy towarzyszę Wandy przycisnęli nas karabinami do ścian, a niektórych sprowadzili na podłogę. Ja zaliczałem się do tych pierwszych. Sapnąłem gdy uderzono mną z dużą siłą, ale wciąż patrzyłem na kobietę.
- Zgrywacie takich świętych prawda? Niesamowita Ostoja Ocalałych w Toruniu. Świetna społeczność. BZDURY! – wrzasnęła tak, że aż zadzwoniło mi w uszach – Co powiesz mi o kamuflażu z użyciem skór zombie? – zapytała.
- To Zszyci. Grupa ocalałych, która od jakiegoś czasu pałęta się po okolicy – powiedziałem jej nie wiedząc czemu miałbym kłamać.
- To wasi ludzie. Dziara myślał, że jest taki cwany? Zawsze popełnia te same błędy – mówiła jakby sama do siebie.
- To nie są nasi ludzie. Nie wiemy o nich nic konkretnego.
- Co to za spotkanie? Ta suka z Płońska pomimo ostrego lania nie powiedziała ani słowa, ale jestem pewien, że ty otworzysz się nieco przede mną? – zapytała podchodząc do Pablorda i przystawiając mu nóż do gardła.
                Przeszył mnie dreszcz. Przypomniała mi się niewola w obozie ojca Łapy w Supraślu. Gruby ochroniarz, który męczył mnie, Cinka i Erniego. Pamiętałem blok w miasteczku w drodze do Torunia, gdzie wpadłem na bandytów. Historie o Jakubie, zanim ten trafił na pokład Potwora. To wszystko to było nic. Nigdy nie czułem takiej beznadziejności jak teraz. Wplątałem moich ludzi w bagno i nie mogłem zrobić nic. Musiałem grać na czas.
 - Powiem ci wszystko – obiecałem.
- Powiesz – odpowiedziała po czym machnęła ręką. Mężczyźni jak na zawołanie uderzyli każdego z nas w brzuch lub w głowę. Ja byłem ostatni. Chociaż nie straciłem przytomności to zamroczyło mnie, a po chwili poczułem materiał na głowie. Ostatnie co widziały moje oczy przed nałożeniem worka to bezwzględna twarz Wandy, która mówiła:
- Zabrać ich.

środa, 18 lutego 2015

Rozdział 19: Sprawy ważne i ważniejsze

Rozdział 19, kolejny z perspektywy Bobra. Bobru, zgodnie z tym, czego dowiedzieliście się w poprzednim rozdziale wraca do Ostoi. Czekają go tu spore zmiany, chociaż dla osoby mieszkającej w Toruniu niezauważalne, to wciąż bolesne. Ten rozdział to taki mały wstęp do akcji z rozdziałów 20 i 21 gdzie naprawdę będzie się działo! Zapraszam do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

-------------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Sprawy ważne i ważniejsze


                Gdy wstaliśmy było już dosyć jasno. Zjedliśmy solidne śniadanie i rozmawialiśmy trochę. Ruda okazała się być naprawdę dobrą towarzyszką do rozmowy. Opowiedziała jeszcze trochę o sobie oraz o tym jak żyje się na Drugim Posterunku, a następnie o tym, że jej ojciec podejrzewa, że niedługo sporo się zmieni, ponieważ działania Dziary są coraz śmielsze, a Karzeł coraz bardziej traci swoje poparcie. Miała w tym sporo racji, ja sam odkąd przybyłem do Torunia widziałem ogromną zmianę. Na początku widać było wyraźnie, że to Karzeł jest przywódcą i to on decyduje o tym co tu się dzieje. Teraz jednak zdecydowanie Dziara przejmował tą rolę i w sumie nie wiedziałem, czy się z tego cieszyć, czy nie. Zdecydowanie był dobrym przywódcą, ale jego niektóre decyzje były bardzo ryzykowne i często prowadziły do fatalnych skutków. Takich jak śmierć Sołtysa. Musiałem z nim poważnie o tym porozmawiać od razu jak wrócimy do Ostoi.
                Opuściliśmy chatkę i wsiedliśmy do auta, pakując wszystkie koce i rzeczy, które przynieśliśmy do środka.
- Gotowa? – zapytałem.
- Oczywiście – odpowiedziała Ruda, uśmiechając się uroczo.
Odpaliłem samochód i spokojnie wycofałem. Czekała nas znowu droga przez ciężki teren na główny trakt, ale jakoś udało się nam ją pokonać bez większych problemów. Rozejrzałem się po okolicy, wyjeżdżając na asfalt i uśmiechnąłem się sam do siebie. Na drzewach robiło się coraz bardziej zielono, a dni stawały się powoli cieplejsze. Nadchodziła wiosna. Ciężko było mi uwierzyć, że to całe piekło trwa już prawie pół roku. Sięgałem pamięcią do momentów, kiedy to biegłem po Erniego do szkoły i wydawały mi się niesamowicie odległe. Jakbym tak naprawdę żył w takim świecie od zawsze. Nie wiedziałem dlaczego, ale nie przeszkadzało mi to, aż tak bardzo. Był to niebezpieczny świat, pełen zombie oraz bandytów, ale jednak pasowałem do niego. Kiedyś byłem zwykłym nastolatkiem, a teraz ludzie kojarzyli mnie jako solidnego ocalałego, który potrafił utrzymać parędziesięciu ludzi przy życiu. Oczywiście popełniałem błędy, ale przecież nie istniał człowiek idealny. Każdym miał jakieś wady.
                Byliśmy maksymalnie godzinę drogi od Torunia i cieszyłem się, że kolejna wyprawa zakończy się jakimkolwiek sukcesem. Byłem ciekaw czy coś zmieniło się pod moją nieobecność, ale nawet nie łudziłem się, że nie. Zawsze po powrocie z wypraw Czerwonych Flar coś się zmieniało.
- W sumie nie pytałam, jak ty oceniasz to miejsce – wypaliła nagle Natalia.
- Hmm? – chrząknąłem gdy dziewczyna wyrwała mnie z przemyśleń.
- Ostoja. Co myślisz o tym miejscu? – zapytała ponownie.
- Myślę, że ma zadatki na ostatni bastion ludzkości, ale trochę bym pozmieniał – odpowiedziałem.
- Chciałbyś rządzić tym miejscem?
- Nie. Zdecydowanie mam dosyć rządzenia czymkolwiek, nie nadaje się do tego.
- Mi się wydaje, że jesteś zbyt skromny, a gdybyś przejął władzę to rzeczywiście byłby to bastion ludzkości – odpowiedziała.
- Uwierz mi, że dowodzenie małą grupą ludzi sprawiało mi problemu, co dopiero społecznością, która liczy parę setek mieszkańców. Ale dziękuje za komplement – powiedziałem uśmiechając się pod nosem.
                Słońce było wysoko na niebie, wszystko przez to, że spaliśmy odrobinę za późno i zmarnowaliśmy czas na długie śniadanie połączone z rozmową, ale miałem nadzieję, że nie zmieni to niczego. Gdy zobaczyłem w końcu zabudowania Torunia i wyróżniające się w zrujnowanym krajobrazie budynki Ostoi to odetchnąłem z ulgą. Ruda obserwowała wszystko przez szyby samochodu z uwagą. Wjazd do miasta jak zwykle odbył się bez większych problemów. Dziara dbał o to, żeby wysyłać co jakiś czas oddziały, które po prostu czyściły miasto z zombie i przy okazji sprawiało, że drogi są przejezdne. Dlatego gdy tylko minęliśmy nieco zdewastowaną tabliczkę z napisem „Toruń” to szybko dojechaliśmy do murów Ostoi.
                Standardowo od razu po podjechaniu wyszedłem z auta i pokazałem się ludziom z barykady. Rozpoznali mnie od razu i już po chwili wjechaliśmy do środka. Zdziwiłem się, kiedy na placu zobaczyłem Łapę, nie miałem pojęcia jak wpadła na to, że akurat teraz wrócę, ale ucieszyłem się na jej widok. Podeszła do mnie i pocałowała w usta, po czym przytuliła. Gdy tylko oderwaliśmy się od siebie, ta spojrzała podejrzanie na Rudą.
- To jest Natalia – powiedziałem –Jest córką Kapitana, kolesia, który dowodzi Drugim Posterunkiem – wytłumaczyłem szybko, widząc, że patrzy na nią z nieukrywaną złością.
- A gdzie reszta? – zapytała.
Już chciałem odpowiedzieć, kiedy zauważyłem mężczyznę za jej plecami, stojącego dosłownie pięć kroków dalej. Obserwował nas, twarz miał zakrytą bandanką, a na ubraniach miał logo Ostoi.
- Kto to jest? – zapytałem szeptem.
- Ach taki tam człowieczek, który za mną łazi cały dzień. Podobno Dziara teraz chcę chronić ważne osoby w Ostoi i przyznaje im ochroniarzy. Tak przynajmniej powiedział mi sam strażnik – odpowiedziała. Było to dosyć dziwne, ale w sumie zmiany nadchodziły na każdym kroku, a ta nie była aż tak ekstremalna.
- Co do reszty – wróciłem do wcześniejszego pytania – zostali. Podobno Dziara tak zarządził. Tak czy siak, ja muszę lecieć złożyć mu raport. Wpadnę od razu do ciebie jak skończę, ok?
- Będę czekała – powiedziała i uśmiechnęła się tajemniczo po czym odwróciła się i odeszła. Ja podszedłem do Rudej.
- Dasz sobie radę, czy ci pomóc? – zapytałem.
- Powinnam sobie dać radę, wiem gdzie szukać mieszkania – odpowiedziała.
- Jakbyś coś ode mnie chciała to wiesz gdzie mnie szukać – powiedziałem i odwróciłem się zmierzając powoli w stronę Kwatery Głównej.  Po drodze zahaczyłem o północną barykadę żeby zobaczyć jak wygląda jej odbudowa. Nie zaskoczyłem się widząc tam mnóstwo pracujących strażników, Karzeł zarządził, żeby barykada powstała na nowo jak najszybciej, co było oczywiście bardzo mądrą decyzją. Widać było efekty pracy z paru dni, bo worki z piaskiem na nowo ułożono, siatki i deski utrzymywały je w ładzie, ale główna konstrukcja była dopiero budowana. Stawiałem, że za trzy lub cztery dni barykada będzie działała, ale do tego czasu będzie tu bardzo dużo do roboty.
                Stanąłem przed drzwiami Kwatery Głównej około pięć minut później i używając swojego klucz przekręciłem zamek i wszedłem. To co zobaczyłem lekko mnie zdziwiło, bo przy stole stał człowiek w sutannie, ale nie był to Józef, bo on oczywiście był na Drugim Posterunku, a ktoś inny. Za stołem oczywiście siedział Dziara. Gdy mnie zobaczył, wydawało mi się, że ujrzałem na jego twarzy lekkie zaskoczenie, ale znikło tak szybko, że nie byłem tego w pełni pewien.
- Bobru, wróciłeś! – krzyknął wstając i podając mi rękę. Przywitałem się również z księdzem. Był to mężczyzna z bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem, ale gdy się uśmiechnął to wyglądał całkiem przyjaźnie. Był znacznie starszy ode mnie, musiał być mniej więcej w wieku Łowcy.
- To jest Jan, nasz ksiądz, który zastąpi póki co Józefa –wytłumaczył.
­- Przyszedłem złożyć ci raport, misja przebiegła pomyślnie – powiedziałem.
- Dopiero wróciłeś tak? – zapytał.
- Tak. Właściwie to nie wiedziałem, że Czerwone Flary zostają na miejscu… - powiedziałem, wyrażając swoje zdziwienie.
- Ach tak… zapomniałem ci o tym wspomnieć, ale właśnie oni odwiozą za tydzień twoich przyjaciół, a przy okazji pomogą Kapitanowi troszkę ogarnąć wszystko.
- Rozumiem – powiedziałem – właściwie co do samej misji to nie było żadnych problemów. Kapitan tylko poprosił, żeby jego córka pojechała ze mną i przywiozłem ją tutaj. Nazywa się Natalia i zapewne będzie szukała jakiejś pracy, więc od razu cię ostrzegam, że zapewne tu przyjdzie dziś lub jutro.
- Dziękuje – odpowiedział krótko – Ogólnie chciałem ci powiedzieć, drogi przyjacielu, że za parę dni odbędzie się oficjalna msza oraz egzekucja. Warto żebyś o tym wiedział, bo to będzie pewien przełom.
- Egzekucja? Czyja? – zapytałem myśląc już, że coś grozi Gigantowi i Dymitrowi.
- Jakuba. Znaleźliśmy go. Po tym jak uciekł z więzienia chował się w magazynie w katedrze. Wypił duży zapas wina mszalnego i to właściwie zgubiło. Teraz siedzi znowu w więzieniu, a potroiłem liczbę strażników i teraz nie ma szans tego ominąć – powiedział.
- Co do więźniów, kiedy w końcu uwolnisz Giganta i Dymitra? Przecież dobrze wiesz, że to nie ich wina. To byłoby bez sensu gdyby jeden z nich zginał, przez to, że chcieli sobie wpuścić Gang na teren Ostoi. Oni nienawidzili tych skurwysynów. Trzymanie niewinnych tak długo w więzieniu jest po prostu śmieszne – zaatakowałem nieco ostrzej.
                Dziara przez chwilę patrzył się na mnie jakby nie zrozumiał co powiedziałem. W końcu jego wzrok się wyostrzył i spojrzał na mnie z pewnością siebie.
- Obiecuję, że wypuszczę ich od razu po egzekucji Jakuba.
- W końcu jakaś dobra wiadomość – odpowiedziałem – Jeżeli wybaczysz, jestem zmęczony więc pójdę spać. Jakby co wiesz gdzie mnie szukać – to mówiąc odwróciłem się i wyszedłem. Pomimo tego, że spałem całkiem długo i była przytulona do mnie ładna dziewczyna, to nocy nie mogłem zaliczyć do specjalnie odprężających. Twarde deski w domu nie były najwygodniejsze i byłem zmęczony, więc marzyłem tylko o powrocie do mieszkania Łapy i przespaniu się. Ale po drodze musiałem załatwić jeszcze jedną sprawę.
                Skierowałem swoje kroki na południe Ostoi, gdzie znajdowała się lecznica. Wszedłem do środka i poszedłem na salę gdzie leżał Pablord. Wchodząc miałem cichą nadzieję, że zobaczę go obudzonego i  wesoło z nim spędzę paręnaście minut , ale on dalej spał. Mimo tego usiadłem przy nim i zupełnie spontanicznie zacząłem rozmowę.
- Jestem ciekaw czy mnie słyszysz stary… - powiedziałem, sam nie wiem na co licząc – Przydałbyś się. Potrzebuję dobrych ludzi, a jest ich z dnia na dzień coraz mniej. Z tych którzy tu zostali właściwie nie został prawie nikt. Ostatnio straciliśmy Sołtysa, zginął chwilę przed tym jak dostałeś kulkę – kontynuowałem co jakiś czas patrząc na towarzysza i cicho licząc, że otworzy oczy i mi odpowie.
Następnie zapadła cisza. Patrzyłem na swojego towarzysza ze smutkiem, a w tle było słychać dźwięki krzątających się ludzi.
- Mam nadzieję, że się obudzisz. Wtedy wszystko się zmieni… - powiedziałem. Myślałem już od jakiegoś czasu o opuszczeniu Ostoi chociaż na trochę, ale ostatnio zacząłem o tym myśleć naprawdę poważnie. Nie mogłem oczywiście zostawić Gigant w więzieniu, Erniego, Cinka i Łowcy gdzieś na wschodzie oraz Pablorda w szpitalu, ale gdyby to wszystko się ułożyło, mógłbym stąd uciec. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Erniego dalej nie ma. Od jego wyjazdu minął już tydzień. Ta myśl uderzyła mnie tak nagle i intensywnie, że aż zakręciło mi się w głowie. Musiałem kogoś spytać czy są jakiekolwiek informacje na ten temat.
                Wyszedłem niechętnie z pokoju Pablorda i poszedłem w stronę budynków mieszkalnych. Kieliszek wina, dobre towarzystwo i spokój – tego mi teraz było trzeba. O Zbłąkanym Ocalałym postanowiłem się dowiedzieć nazajutrz. Teraz potrzebowałem restartu. Podążyłem w stronę mieszkania Łapy. Deszcz ciągle padał jakby chciał zmyć cały brud z tego świata.  Gdy dotarłem do budynku, w którym mieszkała Łapa, byłem cały przemoknięty. Otrzepałem się niczym pies, po czym ruszyłem prosto do jej mieszkania. Pod drzwiami stał ten sam mężczyzna, którego widziałem na placu. Łypnął na mnie spode łba, ale nic nie powiedział. Po prostu stał. Ominąłem go i zapukałem. Przywitała mnie wyglądając tak jak zwykle – pięknie, tajemniczo i dziko. Pamiętałem początki naszej przyjaźni, kiedy to jeszcze ze sobą walczyliśmy. Pamiętam jak szedłem podpierając się o kij do młyna w Królowym Moście, aby przeprowadzić z nią negocjacje. Jak dawno temu to było.
                Spędziliśmy końcówkę dnia na rozmowach, przy butelce dobrego wina. Nie byłem teraz zbyt dobrym towarzyszem do rozmów, powoli przysypiałem i kiedy naprawdę nie miałem już sił to położyłem się. Łapa przykryła mnie i poszła do salonu. Ostatnie co słyszałem to trzaśnięcie drzwiami. Wyszła gdzieś, ale ja już spałem.
                Gdy się obudziłem ona leżała przy mnie. Była jakaś inna. Wyglądała na bardzo smutną, a jeszcze wczoraj wieczorem kipiała energią i siłą. Podniosłem się i przywitałem ją niezręcznym cmoknięciem w policzek.
- Co się dzieje? – zapytałem.
- Musimy porozmawiać – odpowiedziała.
Nie miałem pojęcia o co mogło chodzić, ale bez słowa ruszyłem za nią do kuchni, narzucając na siebie spodnie oraz koszulkę. Usiedliśmy przy niedużym stole. Spojrzała na mnie.
- Obawiam się, że to pożegnanie – odpowiedziała.
                Przez chwilę nie zrozumiałem co powiedziała i jak to do mnie dotarła poważnie zacząłem się zastanawiać czy nie śpię. Potem przez głowę mi przeszło czy coś mogłem przeskrobać, ale nie przypominałem sobie nic złego, co zrobiłem.
- Nie rozumiem… - zacząłem.
- Wiem gdzie jest moja siostra Bobru. Gdy ją odzyskam odchodzę stąd – powiedziała. Mówiła absolutnie poważnie, nie było mowy o głupim żarcie.
- Wiesz gdzie jest Młoda? Pomogę ci i… - ale tym razem też mi przerwała.
- Nie. To co zrobię na pewno nie spodoba się tobie i będę musiała stąd zniknąć – powiedziała – Chcę ci podziękować za to wszystko co razem przeżyliśmy.
Nie wiedziałem kompletnie co powiedzieć. Zatkało mnie jak nigdy wcześniej. Teraz gdy miałem stracić Łapę zdałem sobie dopiero sprawę jak dobrze mi przy niej było. Pasowaliśmy do siebie.
- Nie odchodź. Poczekaj na mnie gdzieś, gdzie będziemy mogli się spotkać za jakiś czas. Powiedz gdzie pójdziesz, błagam… - prosiłem.
- Nie tym razem. Znienawidzisz mnie i będziesz chciał mnie zabić. Jestem tego pewna.
- Też myślałem o opuszczeniu Torunia! – walczyłem dalej – Muszę tylko poczekać aż wszystko się ułoży. Pablord musi się obudzić, Erni musi wrócić, a Gigant musi zostać wypuszczony. Wtedy możemy odejść wszyscy. Czemu nie może być tak jak dawniej?!
- Bo czasy się zmieniają. Tak samo ja –to mówiąc podeszła do mnie i pocałowała mnie – Zostanę w Ostoi jeszcze maksymalnie parę dni. Potem znikam. Mimo tego mogę zniknąć nawet dzisiaj, więc nie ma sensu dłużej tego ciągnąć.
- Znajdę cię – powiedziałem wstając – Nie stracę kolejnej cennej mi osoby.
- Nie znajdziesz – powiedziała i wróciła do sypialni. Opuściłem jej mieszkanie całkowicie rozbity. Co ją zmusiło do takiej decyzji? Wczoraj rozmawiał jeszcze o wspólnych planach na najbliższe dni, a wczoraj wyszła i po powrocie była już zupełnie inna.
                Minąłem strażnika stojącego przy jej drzwiach i poszedłem na dwór. Nie padało już, przynajmniej nie tak mocno jak wczoraj. Na niebie były jednak wciąż chmury. Wielki zegar na kościele wskazywał godzinę trzynastą. Nie wiedziałem czy wierzyć tej godzinie, ale miałem nadzieję, że ktoś ją kontrolował. Czy była jakakolwiek szansa, że wszystkie trzy rzecz rozwiążą się dziś i będę mógł uciec stąd razem z Łapą? Raczej nie. Nawet jeżeli udałoby mi się uwolnić Giganta i Dymitra, Erni wróciłby z wyprawy to wciąż nie było prawie żadnych szans na to, że Pablord obudzi się tak szybko
                Poszedłem w stronę baru i zamówiłem piwo. Musiałem to wszystko przemyśleć. Najchętniej porozmawiałbym z kimś, ale teraz dosłownie nie miałem z kim. Jedyną opcją był Mpd, ale on nie był osobą, z którą dało się rozmawiać na tak poważne tematy. Jeszcze dwa tygodnie temu pogadałbym z Łowcą, Sołtysem, Erni, Cinkiem lub Pablordem. Ale teraz nie miałem pod ręką żadnego z nich. Byłem rozgoryczony i zły. Nie miałem nawet pomysłu jak przekonać Łapę. Mogłem ją śledzić,  ale co by mi to dało? Jakby chciała to i tak by mnie odgoniła. Musiałem się z tym pogodzić.
                Po wypiciu piwa już chciałem opuścić lokal, kiedy zobaczyłem przepychającego się do mnie Karła. Dawno go nie widziałem, a teraz ewidentnie czegoś ode mnie chciał. Gdy podszedł przywitałem go.
- Hej Wojtku… - zacząłem.
- Nie ma teraz na to czasu – wyszeptał po czym pociągnął mnie i wyprowadził przed bar.
Gdy wyszliśmy zauważyłem, że jest roztrzęsiony. Blizna na jego twarzy była cała mokra od deszczu, który padał, a on wyglądał na roztrzęsionego.
- Co się stało? – zapytałem.
- Bardzo niedobra wiadomość. Chodź ze mną na wschodnią barykadę. Tą główną z największym wyjazdem.
                To musiało być coś bardzo poważnego, bo Karzeł nie posłał nikogo po mnie, tylko pofatygował się sam. Biegliśmy tam dosyć szybko, a im bliżej byliśmy barykady tym większe obawy miałem. Zebrało się tu sporo ludzi, w tłumie zauważyłem Szeryfa, ale Dziary nie widziałem wcale. Na barykadzie stała czwórka strażników. Karzeł kazał mi się wspiąć po drabinie, a sam ruszył tuż za mną. Gdy wspięliśmy się na podwyższenie, zauważyłem, że przed bramą stoją trzy samochody i autobus. Ten drugi rozpoznałem od razu, pomimo tego, że był w opłakanym stanie – to z pewnością był Zbłąkany Ocalały. Serce zabiło mi szybciej gdy zobaczyłem stojącą grupę ludzi, wszystkich uzbrojonych, a na ich czele stał gruby mężczyzna. Znałem go, chociaż jak przez mgłę, to był jeden z ludzi Łapy, pamiętałem go jeszcze z czasów Królowego Mostu. Przed nim klęczało parę postaci z workami na głowach, a obok leżało zawiniątko wielkości dorosłego człowieka. Serce podjechało mi do gardła. Chociaż się tego spodziewałem, to wypuściłem głośno powietrze z płuc, gdy zobaczyłem jak grubas ściąga worek z jednego z zakładników i odkrywa jego twarz.
                Był to Erni. Cały opuchnięty, ale żywy. Grubas krzyknął do nas.
- Chcemy negocjować!