niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 12: Deszcz

No i 12 rozdział przed nami :D Jest on stosunkowo krótki, ale zakończenie ma całkiem tęgie, jak na moje. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Zbudujcie sobie dobry klimat i bierzcie się za czytanie! Nie zapomnijcie o komentarzu oraz rozsyłaniu bloga znajomym :> Zapraszam do czytania!

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 12: Deszcz


                Cinek podszedł i z obrzydliwym chlupnięciem wyjął topór z głowy wroga. Podziękowałem mu skinieniem głowy i razem ruszyliśmy w stronę światła. Przeraziło mnie trochę to, jak łatwo dałem się podejść. Serce biło mi jak szalone. Po chwili zobaczyłem Goku, który siedział na masce samochodu z zatroskaną miną. Zapytał nas czy wszystko w porządku więc szybko uspokoiliśmy go, wsiedliśmy i pojechaliśmy.
Bez problemu dotarliśmy do Obozu i już po chwili siedzieliśmy w domku Kiciusia. Mieszkaliśmy tam w szóstkę, ja, Erni, Cinek, Natalia, Nieznajoma oraz Goku. Wszyscy spaliśmy na oddzielnych łózkach na górze, oprócz Kiciusia, który całymi dniami leżał, czasami tylko wstawał zjeść coś i porozmawiać z nami. Teraz jednak spał smacznie, a my powoli rozchodziliśmy się do łóżek. W końcu w kuchni zostałem tylko ja i Natalia. Zacząłem rozmowę :
— Natalio powiedz mi szczerze, czy masz mi za złe to, że przegoniłem Alexa?
— Nie… to nie to. Chodzi o to, że ostatnie dni były dla mnie straszne. Wszystko runęło praktycznie w chwilę. Jednego dnia idę spokojnie do szkoły spotkać się z przyjaciółmi a drugiego Ci przyjaciele prowadzą mnie i chronią przed tymi potworami. Jestem zmęczona i smutna… — powiedziała drżącym głosem. Wyglądała słodko. Była ubrana w dresowe spodnie i kobiecy sweter. Zależało mi na jej przyjaźni, jej zdaniu a może nawet czymś więcej.
— Teraz możesz odpocząć. Zadbam o bezpieczeństwo tego obozu, chociażbym miał zginąć.
— Dobrze wiesz, że nie chodzi o to! Ja po prostu. Nie wiem co myśleć. Kiedyś ufałam Alexowi jak bratu, tobie zresztą też, a teraz wszystko się zmienia. Ludzie się zmieniają. Nocami nie śpię dręczona koszmarami, a całe dni spędzam w domu. Muszę jakoś wyrwać się z tego transu.
Wiedziałem, że to co zaraz powiem mogło być złym pomysłem, jednak zaryzykowałem :
— Co powiesz na to, że jutro przejdziesz się z nami na wieżę obserwacyjną? Jak byliśmy ostatnim razem w Królowym Moście to jeszcze jej nie było, później nie przyjechałaś na wakacje i w sumie odwiedzaliśmy ją z Cinkiem i Ernim. Jest tam naprawdę bajecznie… — w tym momencie przerwałem, bo zobaczyłem, na jej pięknej twarzy łzy. Wstałem i przytuliłem ją. Wiedziałem, że dla takiej osoby jak ona było to wielkie przeżycie. Cieszyłem się też z każdej chwili w jej objęciach, żywiłem do niej uczucie, które ciągle było gdzieś tam, żarzące się niczym ostatni węgielek na palenisku. Wiedziałem, że ja też potrzebuje ciepła i drugiej osoby. Gasząc światło złapałem ją za rękę i zaprowadziłem do łóżka. Gdy położyła się wygodnie powiedziałem jej dobranoc i wróciłem na dół.
 Ernest dalej drzemał w swoim łóżku. Obóz był pilnowany przez resztę, cieszyłem się, że tak dobrowolnie zgadzają się na pomoc w ochronie, chociaż wiedziałem, że nadejdzie wieczór, kiedy to ja będę musiał siedzieć tam w zimnie i obserwować czy nic się nie zbliża do obozu. Teraz zacząłem się zastanawiać gdzie stoi generator o którym myślałem, kiedy byłem jeszcze za granicą obozu. Pomyślałem, że będę musiał o to zapytać Adama jutro z rana. Usiadłem na krześle i spojrzałem przez okno na gwieździste niebo. Teraz przypomniałem sobie, że wysłałem Miczi oraz Giganta na zwiad do młyna, całkowicie o tym zapomniałem i o tym również musiałem się dowiedzieć. Zajrzałem do lodówki i znalazłem tam parę butelek piwa. Zaskoczony znaleziskiem od razu pomyślałem, że musiał je tu przywieźć Alex. Ucieszony tym faktem wyciągnąłem jedno i zacząłem pić. Było kojąco zimne. Uśmiechnąłem się do siebie w myślach: Siedzę w domu z twoim człowiekiem, z twoją miłością, twoimi autami oraz twoim piwem w ręce Alexie, a ty prawdopodobnie błądzisz po lesie i żresz resztki jagód oraz korzonki. Przepełniony tego typu myślami opróżniłem całą butelkę i wspiąłem się na piętro. Błogo opadłem na łóżko i zasnąłem.
Obudziłem się dopiero rano, wyspany i wypoczęty. Widziałem, że Nieznajoma i Cinek jeszcze śpią więc po cichu nałożyłem buty na nogi i zszedłem na dół. Kuchnia była pusta, widocznie Goku i Natalia chodzili już gdzieś po terenie Obozu. Czekał na mnie jednak talerz kanapek. Gdy zacząłem je jeść z apetytem usłyszałem jak Kiciuś wstaje i chwiejnym krokiem rusza w stronę kuchni. Ucieszony jego widokiem przywitałem go i podałem mu talerz :
— W końcu się widzimy Drwalu!
— Taa… Wiesz, kiedyś zastanawiałem się jak to jest zostać postrzelonym. Teraz już wiem. To chujowe uczucie – w tej chwili na jego twarzy pojawił się serdeczny uśmiech i zachichotaliśmy razem – Mów lepiej co tam słychać w obozie, przez tą ciągłe spanie nie jestem na bieżąco z informacjami.
Zrelacjonowałem mu pokrótce nasze ostatnie przygody. Szczególnie ucieszył się, kiedy usłyszał, że Cinek ostatecznie poparł naszą stronę, ratując mnie w lesie. Porozmawiałem z nim jeszcze o mniej ważnych rzeczach, kiedy dołączyli do nas Nieznajoma i Cinek. Zostawiłem ich jednak i poszedłem przejść się po obozie. Widziałem, że aktualnie straż pełnili Goku, Eryk, Robert, Szpieg oraz Sołtys. Poszedłem do domu obok i zapukałem. Mieszkał w nim Karol z swoim towarzyszem. Drzwi otworzył mi Gigant. Miał jak zwykle wesoły wyraz twarzy i zaprosił mnie do środka. Zajął sobie całkiem przytulną chatkę, nie miała ona piętra, ale parter był o dwa pomieszczenia większy od domu Kiciusia. Usiadłem przy stole, przy którym jadł śniadanie i spytałem o powodzenie wczorajszej misji, wcześniej opowiadając mu o tym co stało się w lesie. Zauważyłem, że w domu nie jest ubrany w swój „zombiako-odporny” strój, tylko w zwykłą bluzę, oczywiście dopasowaną do jego ogromnego ciała :
— Młyn był czysty. Nie spotkaliśmy nikogo, kto bym nam zagrażał, poza jednym zombiakiem, który wyglądał jakby przypałętał się tu z polany na której walczyliśmy – powiedział. Teraz zdałem sobie sprawę, że parę osób, które tam zginęło nie zostało kompletnie zabitych. Żeby człowiek nie wstał należało zniszczyć mózg. Inaczej przechodził przemianę i wstawał gotów do dalszej, parszywej wędrówki – Tutaj mam twój plecak. Wzięliśmy oprócz tego zapas mąki, może któraś z dziewczyn potrafi piec chleb. Świeży chlebek prosto z pieca, pomyśl tylko.
— Zdecydowanie apetycznie to brzmi – odpowiedziałem, uśmiechając się. Wytłumaczyłem Gigantowi jakie są plany na dzisiejszy dzień i jak zwykle nie usłyszałem nawet słowa sprzeciwu. Wydawał się solidnym sojusznikiem. Przekazałem mu też informację, żeby miał oko na Roberta, który mierzył do nas z broni jak tu przybyliśmy. Następnie wyszedłem i spojrzałem w niebo. Było dzisiaj wyjątkowo pochmurnie. O ile przez noc nie padało, dzisiaj zapowiadało się na deszcz. Podrapałem się po zaroście, który zaczął mi powoli pokrywać twarz. Musiałem jeszcze pogadać ze Szpiegiem, go również planowałem zabrać na wyprawę. Znalazłem go przy południowej bramie, gdzie pełnił wartę. Przywitałem go i szybko wtajemniczyłem w szczegóły wyprawy, zapewniając, że załatwię kogoś na jego miejsce do pilnowania ogrodzenia.
Gdy nastało późniejsze popołudnie, około godziny 15:00, zebrałem całą trójkę, która miała z nami wyruszyć. Gigant ubrany już po swojemu, czekał przy furtce wychodzącej do lasu, ostrząc swój ogromny miecz. Szpieg poprawiał noże przy pasie i ładował broń. Natalia ubrana i gotowa, również trzymała w ręce pistolet. Szybko wytłumaczyłem jej jak zwolnić blokadę i przeładować. Zaledwie dziesięć minut później byliśmy już w drodze. Pierwszym miejscem, na którym się zatrzymaliśmy, była polanka. Dalej leżały tam trupy, ale widziałem, że paru z nich brakuje. M.in. Goliata oraz paru towarzyszy Alexa. Nie patrząc dłużej, niż trzeba było minęliśmy to miejsce i skręciliśmy na północny zachód. Czekało nas parę kilometrów drogi, ale taki spacer mógł pomóc, oczyścić myśli i rozprostować kości. Szliśmy ostrożnie i rozmawialiśmy o sobie. Robiło się powoli ciemno, ale pomyśleliśmy i o tym, zabierając z obozu latarki. Podczas rozmowy przyszło mi do głowy pytanie, którego odpowiedzi byłem ciekaw już od jakiegoś czasu:
— Gigancie, jestem bardzo ciekaw twojej historii, w sumie poznaliśmy się zaledwie parę dni temu, ale dalej tego nie wiem – skąd się wziął twój miecz i strój?— zapytałem.
— Hahaha – zaśmiał się wesoło – to nie jest najciekawsza historia, ale skoro sobie tego życzysz, opowiem ci ją. Przed tym całym syfem, byłem zwykłym ochroniarzem w muzeum broni. Strój, który mam na sobie należał do mnie i w sumie sprawdzał się. Ja zawsze byłem fanem fantastyki i klimatów średniowiecza, więc kiedy zostawałem na noc, aby bronić eksponatów, przestawiałem kamery i wyjmowałem to cudeńko z gabloty i ćwiczyłem pchnięcia i zamachy. Miecz wydawał się stworzony dla mnie. Leży idealnie w dłoni a można nim rozrąbać drzewo na pół, taki jest ostry! Pewnego wieczoru, podczas moich ćwiczeń przyszedł drugi stróż, o którym nie wiedziałem. Wystraszyłem się tak bardzo, że niechcący pchnąłem go na odlew i zraniłem poważnie. Straciłem po tym pracę i miałem zostać osądzony. Pewnie zapłaciłbym jakieś wysokie odszkodowanie i miał problemy ze znalezieniem kolejnej roboty. W dzień, kiedy miała być rozprawa, zaczęło się to wszystko. Nim moje miasto ogarnął chaos wkradłem się do muzeum i ukradłem miecz, wiem, że może wam to się wydać trochę nie poprawne, ale wiecie… koniec świata i koniec zasad – tu odczekał na naszą reakcje. Zacząłem śmiać się głośno razem z pozostałymi, pierwszy raz szczerze od wielu dni.           
Kontynuowaliśmy nasz spacer po piaszczystych dróżkach w lesie, aż w końcu zaczął padać deszcz. Tego nie przewidzieliśmy, chociaż cały dzień nad nami wisiały chmury. Zgasiliśmy latarki i przyspieszyliśmy kroku, a deszcz siekał mocniej i mocniej z każdą sekundą. Usłyszeliśmy odległy grzmot. Całe szczęście wieża obserwacyjna była niedaleko i już po chwili mogliśmy się w niej skryć. Obiekt był nowy, miał jeszcze na sobie tabliczki, które informowały turystów ile pieniędzy poszło na jego budowę. Składał się z trzech pięter i w sumie liczył sobie dobre pięćdziesiąt metrów wysokości. Zbudowany był w całości z drewna. W okolicy stały jeszcze dwa małe baraki, w których przetrzymywane były materiały budowlane. Wspięliśmy się po schodach na szczyt i tam patrzyliśmy na nocny krajobraz.
 Widok na pewno byłby bardziej imponujący w dzień, ale teraz też czułem klimat. Spoglądałem z Natalią w stronę Królowego Mostu i leżącej niedaleko wioski Kołodno.  Nagle przez głośny dźwięk deszczu odbijający się echem po całej okolicy, oraz piorunami, które tańczyły po niebie niczym wyborni tancerze, usłyszałem dwa krzyki. Jeden Szpiega, który wskazywał na drugą stronę wieży obserwacyjnej, a drugi należący do Giganta, który wskazywał ogromnym palcem na podstawę budowli. Spojrzałem najpierw w miejsce na które pokazywał zakapturzony i zobaczyłem coś niesamowicie przerażającego. Łuna płonącego miasta. Nie wiedziałem dokładnie co to za miasto, nie mógł to być Białystok bo był zwyczajnie za daleko, ale teraz zdziwiłem się, że nie zauważyłem tego blasku wcześniej. Na północy, daleko stąd, widać było wysokie budynki w ogniu. Co ciekawe krążył nad nimi śmigłowiec. Musiały być oddalone o co najmniej dziesięć kilometrów od nas. 
Następnie spojrzałem na to co wskazywał Gigant. Miejscem oświetlanym przez niego latarką był jeden z barków. Stał teraz otworem i wychodziły z niego zombie. Co najmniej dwadzieścia. Zaczęły wspinać się chwiejnym krokiem po konstrukcji, a mnie, niczym miecz, przeszył strach. Krzyknąłem coś, ale sam nie usłyszałem swojego głosu przez burzę i gwałtowną ulewę, która zalewała okoliczne tereny. Podbiegłem do Giganta i przekazałem mu gestem, żeby obstawił schody. Wróciłem biegiem do Natalii o mało nie wypadając za barierkę, kiedy poślizgnąłem się na śliskim drewnie. Krzyknąłem jej do ucha :
— Musimy wracać!
Wyciągnąłem nóż i zacząłem ją ciągnąć za rękę w kierunku schodów. Pierwsze zombie docierały już na górę. Zobaczyłem jak Gigant zamachuje się ogromnym mieczem i przepoławia pierwszego trupa. Stracił jednak przy tym równowagę i  zobaczyłem z grozą jak kolejne dwa szwendacze powalają go i próbują gryźć. Próbował je odpychać ogromnymi łapami, te jednak nie dawały za wygraną i zaczynały drapać go po ochraniaczach na ręce. Szpieg widząc to natychmiast skoczył na nie, wyciągając dwa noże i wbił je idealnie w oba trupy, odpychając je do tyłu i tym samym blokując na chwilę drogę. Gigant wstał przerażony i podniósł swój miecz. Korzystając z momentu wszedłem na schody i zacząłem ciąć i strzelać. Schodząc powoli wyeliminowałem kolejne trzy trupy.
Karol podążył za mną i zza moich pleców dźgał mieczem, odrywając głowy zombie. Byłem cały we krwi, ale nie pozwoliłem żadnemu na podejście do mnie bliżej. Razem ze Szpiegiem udało nam się na tyle utorować drogę, żeby zejść na drugie piętro wieży. Tam przeżyłem kolejną chwilę grozy widząc, jak Natalia odcięta od nas walczy z martwym przeciwnikiem. Zanim jednak zdążyłem skoczyć zobaczyłem jak z satysfakcją przeszywa trupa paroma cięciami i wyrzuca go za barierkę. Walka była zażarta, cięliśmy, odpychaliśmy i odsuwaliśmy się. Wydawało mi się, że trwało to nieskończoność, kiedy w końcu zobaczyłem jak Gigant rozcina głowę ostatniego wroga. Deszcz powoli przestawał padać a noc była już w pełnym stadium . Byłem przerażony, ale zarazem wściekły. Zawołałem :
— Skąd one się wzięły?
Gigant nie odpowiedział. Wskazał tylko nadal uchylone drzwi baraku i kazał zachować ciszę. Opuściliśmy wieże i skradając się gęsiego podeszliśmy do małego budynku. Byliśmy zmęczeni, zmoknięci a nasze ubrania były przesiąknięte krwią. Kiedy stanęliśmy po obu stronach baraku zawołałem :
— Kto tam jest?
Usłyszałem trzask dochodzący ze środka. Trzymając w obu dłoniach spluwę patrzyłem na postać, która w cieniu wyłania się z baraku. Z początku wydawało mi się, że znowu śnię, przetarłem oczy i kazałem reszcie zostawić człowieka, który sprowadził na nas hordę. Osoba ta miała tylko jedną rękę a wzrostem sięgała mi zaledwie do szyi. Wciąż nie mogąc uwierzyć spojrzałem na twarz, którą ostatnio widziałem w Grabówce. Z ust postaci wydarł się szaleńczy śmiech, który rozbrzmiewał mi w głowie niczym świder. Przed nami stał Dalion.

wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 11: Odpoczynek

Ten rozdział pomimo spokojnej nazwy, będzie rozwijał kilka ciekawych motywów. Czy ekipa Bobra w końcu zazna spokoju po przejęciu KM? Czy Alex pojawi się znowu w ich życiach? Tego dowiecie się już w krótce, zapraszam do komentowania i rozsyłania bloga znajomym. Miłego czytania!

Pablekta: Korektlord
------------------------------------------------------

Rozdział 11: Odpoczynek


                Usłyszałem hałasy. Siedziałem dalej w tym samym miejscu, na którym zasnąłem. Za oknem było ciemno. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po pokoju. O dziwo nie widziałem tutaj Kiciusia. Pomyślałem od razu, że Gigant przeniósł go na piętro, gdzie było cieplej i przytulniej. Wstałem i rozprostowałem obolałe nogi. Zdziwiłem się faktem, że byłem w pomieszczeniu sam. W końcu w obozie przebywało teraz piętnaście osób. Szukając mojej broni przeżyłem kolejne zaskoczenie – zniknął mój pistolet oraz podręczny nóż. Wyjrzałem za okno i ujrzałem Sołtysa rozmawiającego z Goku. Uspokoiło to trochę moje obawy. Chciałem zobaczyć, co dzieje się z Kiciusiem, więc udałem się w stronę schodów.
 Nagle usłyszałem dźwięk dochodzący od drzwi, z drugiej strony domu. Powoli ruszyłem do kuchni, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ujrzałem postać, która właśnie otworzyła drzwi. Przez pierwszą chwilę wydawało mi się, że to Cinek, ale po chwili zamarłem. To był Alex. Sparaliżowany strachem nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Jego twarz była pokryta ranami, które zadaliśmy mu w czasie walki na polanie. Natychmiastowo otrząsnąłem się i puściłem biegiem w stronę salonu. Słyszałem jak mnie goni. Zacząłem wołać o pomoc, ale nie widziałem nadchodzącego Giganta, ani nikogo innego z moich przyjaciół. Pech chciał, że potknąłem się o próg i straciłem równowagę. Mój przeciwnik wykorzystał to i doskoczył do mnie. Powalił mnie, zobaczyłem nóż w jego rękach. Byłem tak przerażony, że nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Broń zabłysnęła w jego dłoni i zadał mi cios w brzuch. Poczułem ogromny ból, kiedy stal przeszywała mnie na wylot:
— Za zniszczenie spokoju – dźgnął ponownie – za zabicie moich przyjaciół – następna fala bólu przeszyła mnie – za Natalię – zacząłem odpływać atakowany przez mojego największego wroga. Dorwał mnie. Umierałem. Widziałem jego twarz przepełnioną nienawiścią. Czy to naprawdę był ostatni widok jaki miałem zobaczyć w życiu? Wtedy odleciałem. Zamknąłem oczy i nie czułem już niczego.
 Wtedy się obudziłem. Zlany potem podniosłem się. Było na oko południe. Leżałem na piętrze domu Kiciusia. Widziałem, że w kącie na drugim łóżku siedział Goku. Kiedy zobaczył, że wstałem podszedł do mnie i przywitał się :
— W końcu wstałeś, pało – powiedział żartobliwie, jak to miał w zwyczaju. Teraz w końcu miałem szansę z nim normalnie porozmawiać. Nie robiłem tego od czasu naszej rozmowy w parku.
— Miałem straszny sen dotyczący Alexa. W Obozie wszystko w porządku? – zapytałem na wszelki wypadek.
— Jasne, że tak. Ten twój ogromny kumpel chodzi od bramy do bramy i pilnuje porządku. Reszta szykuje śniadanie, a Kiciuś kima na dole.
— Dzięki. Zaraz będę musiał posłuchać waszej relacji co do zdarzeń w drodze do Królowego Mostu. Ale najpierw muszę coś zjeść bo nie wytrzymam – odpowiedziałem i wstałem. Bartek zszedł na dół, a ja ubrałem się i poszedłem w jego ślady. Na dole drzemał Kiciuś. Jego ręka była zabandażowana. W kuchni, w której rozgrywała się akcja mojego koszmaru siedziało teraz parę osób – Natalia, Goku, Nieznajoma, Gigant, Szpieg oraz Cinek.
Usiadłem przy stole i łapczywie rzuciłem się na swoją porcję jedzenia.  Zjadając szybko, rozpocząłem dyskusję :
— Dziękuje za posiłek. Opowiadajcie teraz jak wyglądała wasza droga tutaj. Może mi się to przydać, w końcu Alex dalej gdzieś tam jest.
— Może ja opowiem? Mam całkiem dobrą pamięć i kojarzę każdy szczegół – zaczął Goku i nie czekając na pozwolenie kontynuował — W momencie, kiedy poszedłeś wraz z tym debilem na zwiad w parku, wyczekiwaliśmy znaku od Kiciusia do ataku. Chcieliśmy jak najszybciej odbić Natalię i resztę po czym poczekać na ciebie i realizować twój plan. Wtedy jednak wszystko zaczęło się komplikować. Alex długo nie wracał i Bochen poszedł sprawdzić, co się stało. Po chwili wrócił sam Alex i powiedział nam o tym, że Bochen cię zabił i on wymierzył sprawiedliwość we własnym zakresie. Przytargał ciało naszego przyjaciela i kazał je powiesić na latarni. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu, ale nim zdążyliśmy zadziałać, Cinek wrócił ze swoją ekipą —  tu zerknął na niego i prychnął z pogardą – musieliśmy się poddać i podążać za nimi, licząc na to, że nas nie zabiją, wciąż opłakując twoją śmierć. Ruszyliśmy w stronę centrum i wybijając masę trupów znaleźliśmy przy pewnym warsztacie dwie działające furgonetki. Natychmiast je przejęliśmy i do rana jeździliśmy po sklepach i szpitalach zbierając jakieś gówniane zapasy. Grupa Alexa była na tyle silna, że dziesiątkowali trupy spotkane na drodze bez problemu i nie ponieśli żadnych strat. Potem pojechaliśmy na Lwowską. Tam uderzyliśmy na sklep militarny i zapakowaliśmy tyle broni ile się dało. Wszyscy dalej byliśmy uwięzieni, więc… — w tej chwili przerwała mu Nieznajoma – Nieprawda. Natalia i jej przyjaciele byli wolni. Ale wątpię, żeby mogli jakoś zmienić bieg wydarzeń. Mów dalej Bartku – powiedziała.
— Tak. To prawda. Nie wszyscy byli uwięzieni, ale nasza sytuacja była beznadziejna. Wtedy zaatakował nas jakiś psychopata, który ciągnął za sobą tabun martwiaków. Drugie tyle zaczęło wypełzać nie wiadomo jakim sposobem z tyłów sklepu. Musieli tam się cisnąć jak w puszce! – opowiadał dalej.
Słuchałem go z wielką uwagą, tak samo jak Szpieg i Gigant, którzy nie wiedzieli nic o ludziach, którzy przy nich siedzieli.
— Ale to już chyba z tego co słyszałeś od Erniego. Mniejsza. Potem odjechaliśmy. Droga była prosta, aż do Grabówki. Dosłownie przed wjazdem zobaczyliśmy grupę ludzi, która zjeżdżała samochodem na podjazd jakiegoś mniejszego sklepiku. Jak nas zobaczyli, od razu wsiedli i dali gazu. Alex oczywiście nie mógł zostawić ich w spokoju i kazał ostrzelać oddalający się pojazd. Jeden z pocisków trafił i widziałem jak auto zjeżdża na pobocze i zatrzymuje się. Wtedy pojechaliśmy dalej. Kiedy zobaczyliśmy światła w Królowym Moście, uwolnili Erniego i kazali mu sprawdzić kto tam jest. Tutejsi od razu wpuścili Kiciusia i jego przyjaciół i w sumie pożyliśmy tutaj niecałe dwa dni, bo wczoraj wieczorem przyszedł Erni zaczął nam tłumaczyć twój plan i porozmawiał z Sołtysem oraz resztą. Wtedy zaczął wołać Alexa i jego kompanów mówiąc, że zobaczył w lesie obóz. Ten idiota słysząc to od razu napalił się na myśl o zabijaniu i zebrał ekipę. Pojechał i resztę znasz. Cieszę się, że go już nie ma. Byłem pewien, że pewnego dnia będziemy tak samo niepotrzebni jak Bochen i się nas pozbędzie – tu wyraźnie zakończył mówić, bo sięgnął po szklankę wody i napił się.
Żaden z aspektów nie wstrząsnął mną szczególnie, ale cieszyłem się, iż mogłem poznać całą historię z ich perspektywy. Dziękując raz jeszcze za jedzenie wyszedłem z kuchni i udałem się do salonu, gdzie leżał Erni. Stała przy nim Jola, zmieniając mu akurat opatrunek. Spojrzałem na nią i zapytałem :
— Jak się czuje?
— Rana goi się, to jest pewne, ale nie wiem jak szybko odzyska sprawność w ręce. Będzie miał problemy z strzelaniem i walką. Pocisk naderwał mu mięśnie i osłabił kość – powiedziała nie przerywając swojej pracy. Spojrzałem na towarzysza z troską. Żałowałem, że musiał zapłacić taką cenę za wolność. Nie miałem jednak czasu na dalsze sterczenie w domu, czas zobaczyć Obóz za dnia.
Wyszedłem na zewnątrz czując na twarzy chłodne powietrze. Dzisiejszy dzień był zimny. Nade mną kłębiły się chmury, które zwiastowały deszcz. Obóz teraz wydawał mi się większy niż poprzednio. Co prawda nigdy nie podchodziłem zbyt blisko, ale z obserwacji z młyna wydawał się o wiele mniejszy. Ogrodzenie otaczające go było zbudowane z drewna i siatki, wzmocnione z wielu stron, czyniąc je świetną osłoną przed zombie. Zastanawiałem się, czy ogrodzenie zatrzymałoby samochód, który chciałby je powalić. Ciężko to było określić, więc porzuciłem tę myśl.
W całym kompleksie było sześć domków, w tym każdy odpowiednio zagospodarowany. W pięciu mieszkali ocalali, a jeden służył jako gabinet lekarski i skład broni zarazem. Interesowała mnie jednak inna rzecz, więc zrobiłem szybką rundkę po bramach, które były zarazem wyjściami. Ta od wschodu, którą wszedłem, rzeczywiście wydawała się najgroźniejszym punktem. Siedziała tam teraz Miczi z jakąś nową dalekosiężną bronią. Pozdrowiłem ją skinieniem głowy i ruszyłem dalej. Od południa wychodziła tylko jedna brama, którą dało się dostać na teren. Była ona jednak zagrodzona dwoma autami miejscowych. Na jednym z nich siedział spokojnie Piotr, mężczyzna, który w lesie ocalił Natalię. Widziałem, że jest zamyślony, więc nie przeszkadzałem mu. Dalej od strony zachodniej były dwie bramy, obie wyglądały solidnie i wiedziałem, że tych z pewnością nie sforsuje żadne auto. Jednej pilnował Szpieg a drugiej Eryk. Ostatnia część obozu miała również jedną bramę, chronioną przez Damiana i Roberta.
Ten drugi wczoraj wyciągnął w naszą stronę broń, więc nie ufałem mu. Muszę pamiętać, aby wspomnieć Gigantowi, żeby miał na niego oko, pomyślałem. Zadowolony z obchodu ruszyłem na środek kompleksu, gdzie znajdowała się studnia. Leżała ona dokładnie w miejscu przecięcia się sześciu domów i tworzyła swego rodzaju wzór, który byłby łatwy do zauważenia z lotu ptaka. Przysiadłem na jej murku i zatopiłem się w myślach. Mieliśmy jeszcze tyle do zrobienia, ale udało się osiągnąć najważniejszy cel. Zebrałem moich przyjaciół w jednym miejscu. Teraz musiałem dać z siebie wszystko, żeby ich obronić.
 Kiedy tak dumałem, usłyszałem, że drzwi z domu za moimi plecami się otwierają i zobaczyłem wychodzącego Sołtysa. Miał na sobie koszulę oraz typowe farmerskie spodnie. Na nogach nosił proste buty. Widząc mnie podszedł i przywitał się. Jakie to było dziwne. Dwie osoby, które starały się o bezpieczeństwo swoich ludzi, a tak bardzo różniące się wiekiem. Ja, osiemnastolatek oraz on, poczciwy starzec, który nie mógł mieć mniej niż sześćdziesiąt lat. Siadając obok mnie zaczął :
— Jak się czuje Ernest?
— Coraz lepiej. Chociaż z tego, co powiedziała Jola, będzie długo odzyskiwał pełną sprawność ręki – odpowiedziałem.
— Nic dziwnego, rana była dosyć poważna – tutaj zamilkł na chwilę po czym zaczął niepewnym głosem – Dręczy mnie pewna sprawa, młodzieńcze, może zabrzmi to odrobinę chamsko, ale muszę to wiedzieć. Jesteś obrońcą tych ludzi i z pewnością tak samo jak ja zrobisz wszystko, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Co planujesz w sprawie Alexa?
Musiałem się chwilę zastanowić, bo pytanie rzeczywiście było trudne:
— Szczerze Adamie, o ile mogę się tak do ciebie zwracać, mam pewien plan. Kiedy walczyliśmy na polanie i zaskoczyliśmy go kompletnie, on zdołał zbiec, jadąc w stronę wieży obserwacyjnej, tej na północ od Kołodna. Wiem, że ludzie z tego obozu nie są bezpieczni dopóty, dopóki on żyje. Tak więc dzisiaj po załatwieniu paru spraw zbiorę ludzi i pójdziemy tam. To miejsce leży zaledwie trzy kilometry stąd, więc wydaje mi się, że nie ma powodu żebyśmy brali auto i ugrzęźli gdzieś niefortunnie w bagnie.
— To wiąże się z pewnym ryzykiem, zdajesz sobie sprawę? – zapytał.
— Oczywiście. Wiem, że to może zabrzmieć samolubnie, ale mam z nim tyle osobistych porachunków, że uznam to jako mój główny cel na teraz. Wiedz, że nie zrobię niczego, żeby narazić te grupe.
Widziałem, że moja odpowiedź mu się spodobała, bo poklepał mnie po plecach z uśmiechem na brodatej twarzy i wrócił do swojego domu. Teraz nadszedł czas, żeby działać. Nie czułem się tak dobrze od wielu dni, które były bardzo ciężkie. Wróciłem do domu Kiciusia i znajdując tam moich przyjaciół, poprosiłem o zawołanie Giganta i zmienienie Miczi na straży. Po chwili w kuchni siedzieli: Karol, Cinek, Miczi oraz Goku.  Kiedy uciszyłem ich gestem zacząłem mówić :
— Plan wygląda następująco. Miczi oraz Gigant wyruszą za chwilę do młyna, w którym się ukrywaliśmy po przyjeździe do Królowego. Zostawiłem tam swój plecak oraz parę innych rzeczy, dodatkowo będziecie mogli przynieść do obozu inne potrzebne przedmioty, które tam znajdziecie. Zachowajcie pełną ostrożność, nie wiadomo czy ktoś nie pomyślał o tym miejscu tak samo jak my wcześniej. Alex dalej jest na wolności, więc na to również musicie uważać. Kiedy zbierzecie tyle rzeczy, ile się da, wrócicie i powiem wam co dalej – skończyłem mówić, a oni skinęli głowami na znak, że rozumieją i zabrali się do wyjścia. Ja spojrzałem na Marcina i Bartka i zacząłem im tłumaczyć jakie jest nasze zadanie – My z kolei we trójkę wrócimy do lasu, w którym zostawiłem samochód, którym się tu dostałem. Jest to przy drodze wylotowej z Królowego Mostu. Jakieś pytania? – zapytałem.
— Czemu mnie tam ciągniesz? – zapytał Cinek.
— Wszyscy inni są zajęci. A po drodze możemy wpaść na zombie, z tobą będę się czuł bezpieczniej – skłamałem. Nie wyglądał na przekonanego, ale moja zdolność retoryki jakoś go ugłaskała. W końcu jeszcze parę dni temu byłem osobą nagrywającą komentarz do gier w Internecie. Poszedłem na górę się przebrać w jakieś ciuchy leżące w szafie. Żałowałem teraz, że nie zabrałem czegoś ze swojego domu. Ciekawiło mnie, gdzie teraz jest moja rodzina i czy jeszcze kiedyś ją zobaczę. Naciągnąłem na siebie inne spodnie, znacznie wygodniejsze do biegania niż jeansy, oraz bluzę z kapturem. Na szyi zawiązałem bandankę z trupią czachą. Kiedy upewniłem się, że pistolet, który wziąłem ze składu broni jest naładowany, a mój nóż spoczywa na swoim miejscu - zszedłem po schodach. Na dole czekali już Cinek i Goku. Byli ubrani podobnie do mnie, przez plecy mieli przewieszone karabiny i wiatrówki a przy pasach przytwierdzone siekiery. Uśmiechnąłem się w duchu, gdy pomyślałem, że obaj wiedzieli jak posługiwać się bronią tylko na podstawie gier komputerowych.
Wyszliśmy we trójkę z domu i ruszyliśmy do jednej z zachodnich bram, tej przy której stał Eryk. Pożegnaliśmy się z nim, mówiąc dokąd idziemy i opuściliśmy bezpieczne „mury” Obozu. Do auta mieliśmy w planach dojść trochę inaczej niż wcześniej. Teraz mieliśmy pokonać odcinek wiejskiej asfaltówki wiodący przez opuszczoną część wioski, który wchodzi bezpośrednio na główną drogę prowadzącą do Białegostoku. Ruszyliśmy. Słońce chowało się co chwilę między chmurami a wiatr nie wiał. Powietrze było rześkie i chłodne. Mijaliśmy kolejne domy oraz starą cerkiew. Mieliśmy nadzieję, że były opustoszałe. Wszyscy milczeliśmy aż do głównej ulicy. Wtedy odezwałem się:
— Nie wiemy jak to wygląda z drugiej strony prowadzącej na wschód. Jeżeli ktoś tam jest, musimy to wiedzieć, żeby nie odciął nas, gdy będziemy ruszać w stronę Białegostoku. Goku przejdziesz się za zakręt i sprawdzisz, czy możemy bezpiecznie iść drogą? – spytałem.
— Jasne. Poczekajcie tu na mnie chwilkę – odpowiedział.
Widziałem, że w stronę, którą poszedł Goku poruszało się parę trupów, więc wątpiłem, żeby ktoś tam obozował, ale warto było to sprawdzić. Miałem zresztą pewien plan, który wykluczał obecność Bartka. Kiedy ten odszedł z zasięgu słuchu i wzroku, zwróciłem się do Cinka:
— Mogę ci zaufać?
— Co? – zapytał wytrącony z równowagi tego typu pytaniem.
— Czy mogę ci ponownie zaufać po tym jak wspierałeś Alexa? Czy pewnego pięknego dnia nie dostanę nożem w plecy, kiedy będę celował do twojego przyjaciela? Czy mogę liczyć na to, że wesprzesz mnie? –widziałem, że chce on coś powiedzieć, ale sam natychmiast się odezwałem – Jeżeli odpowiesz nie, nie zaatakuje cię. Nie zrobię nic. Tylko poproszę, żebyś odszedł. Może znajdziesz swojego przyjaciela, a może nie. Możliwe, że zginiesz albo zabijesz mnie, kiedy spotkamy się za jakiś czas. Ale odpowiedź muszę poznać dzisiaj. Przemyśl to i po prostu w pewnym momencie, nawet przy reszcie powiedz tak albo nie.
Tutaj urwałem dyskusję. Widziałem, że Goku wraca aby przekazać nam, że nic nie znalazł. W milczeniu ruszyliśmy środkiem drogi, mijając przystanek autobusowy. Wydawało mi się to zabawne, że wisiał na nim dalej rozkład jazdy. Przecież nikt już nim nie jeździł. Dosyć szybko dotarliśmy do wjazdu do Królowego Mostu i ruszyliśmy w las, gdzie schowane było auto Kamila. Robiło się powoli ciemno, a my rozdzieliliśmy się. W lesie napotkaliśmy kilka zombie, które efektownie wybiliśmy.
Kiedy zasięg mojego wzroku nie pozwalał mi zobaczyć niczego w odległości dalszej niż dziesięć metrów, zacząłem się martwić o moich przyjaciół. Zawołałem ich po cichu, kiedy nagle usłyszałem trzask gałązki za moimi plecami. Nim zdążyłem się odwrócić czyjaś dłoń zakryła mi usta a druga unieruchomiła. Przez chwilę myślałem, że to głupi żart któregoś z moich towarzyszy, jednak kiedy usłyszałem głos jakiegoś mężczyzny, poczułem strach:
— Spróbuj jeszcze raz zawołać, a zabiję cię – głos był dosyć wysoki jak na mężczyznę, ale mimo to napawał mnie strachem – zaraz zabiorę dłoń z twoich ust, wtedy zawołasz tu jeszcze raz swoich przyjaciół, najpierw jednak… — tu urwał i zaczął przeszukiwać moje kieszenie. Teraz zauważyłem, że w dłoni, którą mnie unieruchomił trzymał nóż. Po rewizji zabrał mi pistolet oraz nóż i kazał krzyknąć:
­— Gdzie jesteście? Goku! Cinek! Jeżeli jesteście przy samochodzie zapalcie światło! – wrzasnąłem. Głos drżał mi straszliwie, ale zabrzmiałem dosyć przekonująco. Nagle zobaczyłem błysk świateł, oddalony ode mnie o jakieś pięćdziesiąt metrów. Dosłownie po tym jak rozbłysnął coś z tyłu ohydnie huknęło i poczułem, że uścisk słabnie, a bandyta opiera się o mnie ciężko i upada. Zszokowany odwróciłem się. Byłem bezbronny, ale to co zobaczyłem uspokoiło mnie. Za trupem z wbitym w głowę toporem stał Cinek. Uśmiechnął się do mnie przyjacielsko i powiedział:
— Tak.

czwartek, 6 marca 2014

Rozdział 10: Las pełen wspomnień

Ten rozdział jest jednym z ciekawszych, szczególnie dla tych, którzy cenią sobie walkę. Mam nadzieję, że wam się spodoba i wytkniecie mi moje błędy, które z pewnością pojawiły się w tekście. Po przeczytaniu proszę was o zostawienie komentarza i rozesłanie bloga znajomym :) Zapraszam do czytania!

Korekta: Pablord

-----------------------------------------------------------

Rozdział 10: Las pełen wspomnień


                Siedzieliśmy w krzakach i obserwowaliśmy furtkę. Miczi czekała cierpliwie i zachowując absolutną ciszę obserwowała obóz. Kamil, Szpieg oraz Gigant czekali głębiej w lesie. Nasz plan był dosyć prosty – Kiciuś poszedł zawiadomić mieszkańców wsi, żeby nie wychylali się, a następnie miał zwabić Alexa i jego całą drużynę do lasu. Tam bez większych problemów powinniśmy się ich ostatecznie pozbyć. Nie miałem pojęcia, jak mojemu kompanowi uda się zmusić Alexa i resztę do opuszczenia bezpiecznego obozu, ale wierzyłem w to, że coś wymyśli.
 W moich myślach pojawiało się mnóstwo obrazów. Tego jak zabijamy Alexa, jak wkraczam do obozu i witam się z moimi przyjaciółmi, oraz tego jak zostajemy tu na długi czas, aż do wynalezienia antidotum.  Około trzydziestu minut później usłyszałem dźwięk odpalanego silnika. Zdziwiło mnie to odrobinę. Czyżby planowali pojechać do lasu autem? Nim zdążyłem podzielić się tą myślą z przyjaciółką, usłyszałem dźwięk otwieranej bramy. Wyjeżdżali z drugiej strony.
 Po chwili ujrzałem, tę samą co pod sklepem z broniami, furgonetkę. Było w niej pełno ludzi. Naliczyłem dobre piętnaście osób. W ciemności nie widziałem dobrze, ale byłem pewien, że Alex jest w tym samochodzie. Zaplanowane miejsce ataku było niedaleko, więc kiedy samochód zniknął, pobiegliśmy z Miczi za nim. Podczas biegu powtarzałem sobie, jak wszystko miało wyglądać. Miałem nadzieję, że Erniemu nic się nie stanie zanim zdążę dobiec na miejsce.
 Podążając piaszczystą ścieżką wspominałem. Kiedyś szliśmy tędy podczas urodzin Eryka, brata Kiciusia. Ja, Ernest, Cinek, Natalia oraz dwaj przyjaciele Eryka. Było to dawno temu, kiedy dopiero się poznawaliśmy. Zatęskniłem za tymi czasami. Wiedziałem, że podczas walki może zginąć ktoś bliski dla mnie, jednak był to jedyny sposób na odzyskanie obozu. Mogliśmy oczywiście też zaatakować obóz, kiedy Alex wyjechał, ale nie było sensu. Mógł tam zostawić dobrze uzbrojonych ludzi, a zanim byśmy zdołali sforsować ogrodzenie, od tyłu odcięliby nas wrogowie lub też byśmy po prostu zginęli.
 Biegliśmy dalej. Dałem dokładne instrukcje Kamilowi, Gigantowi i Szpiegowi i wytłumaczyłem kogo nie mogą atakować. Nie chciałem, żeby przez przypadek zabili kogoś, kogo Alex wziął ze sobą na wyprawę a nie był wcale zagrożeniem. Od polany na której mieliśmy zaatakować dzieliło nas parę metrów. Widzieliśmy już z daleka światła samochodu i słyszeliśmy głosy. Wypowiadał je Alex i ktoś z jego załogi. Wszyscy z jego grupy mieli latarki i teraz mogłem ocenić kto z nim przyjechał. Widziałem Goliata, Alexa, ośmiu jego kumpli, Kiciusia, dwóch ludzi wyglądających na mieszkańców wioski, Bartka oraz… Natalię. Serce zabiło mi mocniej. Teraz zdałem sobie sprawę jak ważna misja nas czekała. Przykucnąłem z wyciągniętym pistoletem tuż obok Miczi. Ta celowała już swoją bronią w stronę wrogów. Czekaliśmy.
 To co działo się na polance nie podobało mi się. Alex wrzeszczał:
— Gdzie jest niby ten obóz, który tutaj widziałeś? —  podszedł do niego i przeszywał go wzrokiem. Erni próbował zachować spokój, ale wiedziałem, że jest zdenerwowany.
— Byłem pewien, że go widziałem — odpowiedział.
Czekaliśmy na znak od Erniego z niecierpliwością. Miał on zakaszleć, kiedy upewni się, że Natalia będzie bezpiecznie oddalona od zagrożenia. Plan jednak posypał się. Alex nie wytrzymał i uderzył Kiciusia celując do niego z pistoletu. Wiedziałem, że nie możemy dłużej czekać więc wyszedłem z krzaków. Miczi wystrzeliła, trafiając w szyję Goliata. Masywny chłopak zatoczył się i upadł. Alex nie czekając długo strzelił do Kiciusia i odwrócił się wraz z całą kompanią w naszą stronę. Zaczęliby do nas strzelać, gdyby nie jeden fakt.  Z drugiej strony padł kolejny strzał, który powalił Bartka. Był on przyjacielem Eryka, ale z tego co zdążyłem się dowiedzieć spodobał mu się reżim Alexa i był całym sercem po jego stronie.
 Następnie do ataku ruszył Gigant. Biegł, niczym czołg, uderzając z całej siły barkiem w Alexa i jego dwóch chłystków. Dwaj mieszkańcy, którzy przyjechali tu z nim podeszli do Natalii i szybko rzucili się z nią w krzaki. Kiedy zobaczyłem, że jest w miarę bezpieczna podbiegłem w stronę Kiciusia, ale drogę zasłonił mi wysoki, dobrze zbudowany chłopak. Rzucił się na mnie i powalił mnie na trawę. W tym samym czasie Alex unikając ciosów Giganta podniósł się i szybką serią postrzelił jednego z mieszkańców Królowego Mostu, który pilnował Natalii. Dwójka ludzi Alexa rzuciła się na chowającego się w krzakach Kamila i Szpiega. Usłyszałem strzał i widziałem jak Kamil upada bezwładnie na ziemię.
Ja nie miałem jednak czasu mu pomóc bo byłem w środku przepychania się z wrogiem. W pewnym momencie chwycił on mnie tak za szyję, że byłem pewien, iż mnie udusi. Tutaj na pomoc przyszła Miczi. Podeszła do nas i zdzieliła kolbą wiatrówki go po głowie. Poczułem, że uścisk się osłabił więc wykorzystując to z całej siły kopnąłem go w klatkę piersiową. Widziałem jak zaczął ciężko oddychać. Póki miałem jak obezwładniłem go i zacząłem bić. Jedno uderzenie, drugie, trzecie, czwarte. Ręka zaczęła mnie boleć, lecz nie czułem tego aż tak mocno. Kierowała mną adrenalina. Moja dłoń zrobiła się ciepła od krwi. Kiedy zauważyłem, że mój wróg przestaje oddychać zeskoczyłem z niego i rozejrzałem się po polu walki.
 Gigant przecinał właśnie swoim ogromnym mieczem jednego z ludzi Alexa na pół. Kiciuś leżał pod drzewem i trzymał się za ramię w które dostał. Natalia wraz z naszym sojusznikiem znikła mi z oczu, więc byłem pewien, że ukrywa się w krzakach. Miczi stała ze Szpiegiem przy Kamilu i dobijała jego mordercę. Najbardziej jednak zdenerwowałem się widząc Alexa. Wsiadał on do auta wraz ze swoim kompanem i wyraźnie zbierał się do ucieczki. Podczas mojej walki musiałem zgubić gdzieś pistolet, bo nie znalazłem go w kieszeni. W desperacji krzyknąłem do Giganta, żeby przebił oponę, ten jednak nie zdążył nic zrobić. Ostatnie co widziałem to zdziwiona i przepełniona nienawiścią twarz Alexa spoglądająca na mnie. Następnie furgonetka skręciła w las. Pojechała w stronę wieży obserwacyjnej. Nie mieliśmy szans go dogonić. Uciekł nam.
 Potem nastała cisza przerywana jedynie stękaniem Kiciusia. Podbiegłem do niego i zobaczyłem w jakim stanie jest jego rana. Ręka była przebita na wylot w okolicach bicepsa. Nie wyglądało to dobrze, jednak na pewno nie była to rana śmiertelna. Sześciu martwych przyjaciół Alexa, Kamil, Bartek i Goliat. To były straty na ten wieczór. Miczi wyglądała na załamaną, jednak w tej chwili interesowała mnie inna sprawa. Poszedłem w krzaki gdzie schowała się Natalia. Kiedy ją zobaczyłem zakręciło mi się w głowie z emocji. I po walce i z powodu zobaczenia jej. Patrzyła na mnie swoimi zielonymi oczyma, a ja chwiałem się wykończony. W końcu podeszła do mnie i mnie przytuliła :
— Przeżyłeś — powiedziała.
— Tylko dla was — odpowiedziałem.
Gigant podał swój miecz Szpiegowi i wziął Kiciusia na plecy. Teraz pozostało nam tylko powiedzieć tym, którzy zostali w obozie, że Alex uciekł. Miczi szła z tyłu zasmucona stratą. Podszedłem do niej i bez słowa przytuliłem. Byłem zszokowany jej wkładem w znalezienie moich przyjaciół. Bez niej nie dotarłbym do Królowego Mostu. Bez pomocy jej, Daliona i Kamila. Przeze mnie straciła ich. Musiałem jej to jakoś wynagrodzić. Sam byłem całkowicie roztrzęsiony. Zabiłem właśnie jednego człowieka i zezwoliłem na śmierć paru kolejnych. Było to straszne, nie podobało mi się to, jak zacząłem się zmieniać. Musiałem pamiętać, żeby się nie zatracić. Podszedłem do człowieka, który chronił Natalie. Był przyjaźnie wyglądającym facetem w wieku około trzydziestu lat. Był drobnej postury, ale widać, że myślał trzeźwo i umiał wykonać swoje zadanie. Przedstawił mi się jako Piotr. Gratulując wszystkim ruszyłem powoli w dół, wracając w stronę obozu.
 Pozbieraliśmy też latarki, żeby nie denerwować ludzi za ogrodzeniem. Już z daleka dawaliśmy im do zrozumienia, że idziemy. Kiedy podeszliśmy pod furtkę stał za nią Marcin. Spojrzałem na niego i kiedy widziałem, że sięga po broń powiedziałem :
— Nawet o tym nie myśl, przyjacielu -powiedziałem, akcentując ostatnie słowo.
— Ty żyjesz? Jakim kurwa cudem? Gdzie jest Alex? — spytał.
— Wpuść mnie to obejdzie się bez zbędnej walki. Nie jesteśmy wrogo nastawieni a Kiciuś mocno dostał. Potrzebuje opatrunku. Postrzelił go twój ukochany przyjaciel Alex, zanim spierdolił w siną dal – powiedziałem uśmiechając się paskudnie.
Widziałem jak myślał chwilę po czym otworzył furtkę. Na placu stało parę ludzi. Zauważyłem jakiegoś starszego jegomościa, wyglądającego poważnie i obserwującego mnie bystrym wzrokiem. Obok stał jakiś młodziak, który wycelował w nasza stronę bronią. Zebraliśmy także bronie, które zostały na polanie, więc po chwili w jego stronę było wycelowane pięć luf. Musiał to być wystarczający argument, ponieważ natychmiast opuścił pistolet. Dalej przy domku Kiciusia zobaczyłem Nieznajomą oraz Goku. Cieszyłem się na ich widok. Kawałek za Marcinem stał Eryk, Damian oraz pewna młoda niewiasta, wyglądająca na miejscową. Obliczając szybko ilość sojuszników Alexa nie doliczyłem się jednego. Było ich jedenastu, nie licząc Cinka i Alexa, przed sklepem zginęło dwóch, z nim uciekł jeden a na polanie poległo sześciu, a jeszcze jeden uciekł, kiedy tylko zaczęła się walka. Przedstawiłem swoje obliczenia Cinkowi:
— Było was więcej. Brakuje jednego z twoich przyjaciół – stwierdziłem.
— Myślisz, że dojechanie tu było takie łatwe? Zginął w Grabówce jak wpadliśmy na jakąś grupę ocalałych. Rozjebaliśmy im samochód i uciekliśmy, bo lazło za nami sporo zombie – wytłumaczył.
Zgadza się. Patrzyłem jak mieszkańcy obozowiska spoglądają na wchodzących za mną ludzi. Zauważyłem też, że urządzili się tutaj całkiem nieźle. Ogrodzenie wydawało się solidne a miejsca było naprawdę sporo. Nie miałem jednak siły podziwiać widoków a fakt, że był środek nocy nie sprzyjał obserwacji :
— Musimy poważnie porozmawiać – powiedziałem do Cinka po czym wraz z Gigantem odniosłem Kiciusia do jego domu i położyłem na łóżko. Kiedy reszta oswajała się z obozem, ja siedziałem przy nim i przy miłej kobiecie, która okazała się mieć na imię Jola i obserwowałem przyjaciela. Jola znała się odrobinę na robieniu opatrunków więc szybko zajęła się moim przyjacielem. W tym czasie do pokoju wszedł Goku i Nieznajoma. Przywitałem ich serdecznie i w końcu po długim dniu usiadłem. Wtedy do pokoju wszedł Gigant oraz starszy jegomość. Szepnąłem szybko do Giganta, żeby miał wszystko na oku, ten uśmiechnął się tylko i z mieczem na plecach wyszedł. Drugi wchodzący zatrzymał się przede mną i usiadł na fotelu obok. Salon w którym się znajdywaliśmy miał przejście do kuchni, schody na piętro. Był urządzony całkiem przytulnie. Sofa, kominek, parę foteli i ściany obwieszone trofeami myśliwskimi. Starzec zaczął rozmowę :
— Nazywam się Adam. Tutejsi jednak zwą mnie Sołtysem. Widzę, że udało ci się odbić co twoje – powiedział, dosyć przyjemnym tonem. Domyślałem się, że to Kiciuś opowiedział mu o moich planach, kiedy przyszedł do Obozu aby wywabić stąd Alexa. Sołtys wydawał się być rozsądnym i mądrym człowiekiem. Podjąłem więc rozmowę :
— Witaj, ja jestem Bolek, choć nazywają mnie Bobru. Zanim pomyślisz o mnie źle, chciałem powiedzieć, że przegoniłem stąd Alexa i powybijałem jego ludzi, ponieważ on wcześniej okaleczył mnie i zostawił na pastwę losu, porywając moich przyjaciół. Nie bierz mnie za tyrana albo psychopatę – zacząłem.
— W żadnym wypadku. Ernest zapoznał mnie z sytuacją i rozumiem, że to było jedne z niewielu wyjść. Chciałem tylko powiedzieć, że służę radą, tak samo jak służyłem radą dla twojego konającego przyjaciela. Witamy w obozie – rzekł po czym wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją. Uśmiechnął się, wstał i wyszedł. Był środek nocy i nie mając siły na dalsze sprawdzanie obozu usnąłem na fotelu.

sobota, 1 marca 2014

Rozdział 9: Zdrada

Pierwszy rozdział dziejący się na poważnie w Królowym Moście. W tym rozdziale pojawia się postać, której kreacja, kręciła mi się w głowie od jakiegoś czasu. Pomysł mi się spodobał i w sumie był to jeden z motywatorów do napisania Apokalipsy :D Po przeczytaniu proszę o KOMENTARZ oraz udostępnienie znajomym. Miłego czytania ;)

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 9: Zdrada


                W mojej głowie działo się coś dziwnego. Widziałem w Białymstoku śmierć mojego przyjaciela Bochena, a zaledwie paręnaście godzin później los brutalnie zabrał mi kolejnego kompana. Nie umiałem nawet cieszyć się widokiem pól otaczających Królowy Most. Zawsze te miejsce kojarzyło mi się dobrze, a teraz jedyne na co mogłem sobie pozwolić to cichy żal po tym co się stało.
 Szliśmy polną dróżką, która po lewej stronie miała las a po prawej widok na otwarte tereny. Za nimi znajdywał się obóz. Widziałem go z daleka. Miczi i Kamil szli uzbrojeni tuż za mną. Nasz plan był prosty, obserwacja do wieczora i wtedy podjęcie decyzji czy jest szansa odbicia tego miejsca. Póki co szliśmy razem, zbliżając się powoli do mostu, nad niedużą rzeką, od którego pochodziła nazwa tej miejscowości. Na takim zadupiu nie widziałem zbyt wielu zombie. Moi towarzysze byli tak samo ponurzy jak ja.
 Dalion musiał być kimś ważnym dla nich, a kiedy przyniosłem im jego rękę podłamało ich to na duchu. Nikt z nas nie znalazł jego ciała, ale wiedzieliśmy, że obcięcie ręki wiązało się z ogromnym deficytem krwi, a co za tym idzie możliwym zakażeniem i śmiercią. Wchodząc na drewnianą konstrukcje mostu usiadłem i wyjąłem z plecaka butelkę wody. Piłem zachłannie i do pełna. Potrzebowałem dużo sił na dzisiejszy dzień. Zacząłem rozmowę :
— Musimy zdecydować co zrobimy. Znam te okolice całkiem dobrze, na pewno będziemy musieli się rozejrzeć przy tym obozie i zobaczyć kto tam właściwie jest. Możliwe, że grupa Alexa nie dojechała tutaj i właściwie za ogrodzeniem są po prostu mieszkańcy. Mało to prawdopodobne, ale jednak.
— Moim zdaniem powinniśmy znaleźć jakieś miejsce w którym się schowamy a zarazem będzie można z niego obserwować cały teren. Dodatkowo ktoś powinien sprawdzać nasz samochód co jakiś czas. Jeżeli go stracimy to postawi nas w dosyć nieciekawej sytuacji – odpowiedziała Miczi.
— Co do miejsca mam pewien pomysł. Kawałek stąd na polach stoi stary, opuszczony młyn. Moglibyśmy stamtąd obserwować całą wioskę, a dodatkowo może to być całkiem niezłe schronienie.
— Gdzie on jest? – włączył się do rozmowy Kamil.
— Tu właśnie mamy problem, bo jest on przy obozowisku. Bardzo możliwe, że jeżeli wystawili patrole to nas zauważą. Jest też opcja, że sami mogli się w nim zaszyć, chociaż w to wątpię. Nie stawiali by ogrodzenia tego typu tylko po to, żeby je opuszczać i chować się w młynie.
— Myślę, że mimo tego warto spróbować. Jak wyruszymy zaraz możemy ich zaskoczyć. Prawdopodobnie jeżeli wystawili kogoś na straż, to jest on zmęczony po całej nocy a reszta zapewne jeszcze śpi – powiedziała Miczi.
Zgodziliśmy się z nią, brzmiało to logicznie. Posiedzieliśmy jeszcze chwile odpoczywając i ruszyliśmy. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej zabudowań, więc chowaliśmy się w coraz rzadszych, przez nadchodzącą zimę, krzakach. Kiedy zbliżyliśmy się do ulicy, mogliśmy lepiej zaobserwować obóz. Kiedyś sześć domków znajdujących się na dwóch odrębnych uliczkach było połączone i otoczone wysokim płotem. Z tej strony zauważyliśmy dwie bramy. Przy jednej z nich ktoś stał. Nie poznałem go, choć wydawało mi się, że to ktoś miejscowy. Strażnik wyglądał na dosyć zmęczonego, co zgadzało się z teorią Miczi.
Jeżeli mieszkańcy Królowego Mostu pomagali  Alexowi nasza sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Nasza trójka miała tylko pistolet z jednym nabojem oraz wiatrówkę Miczi z pięcioma nabojami. Czekała nas teraz przeprawa przez ulicę. Jeżeli będziemy nie ostrożni mogą nas zauważyć, a wtedy z całego planu nici. Poczekaliśmy jeszcze piętnaście minut, żeby upewnić się, że nikt nie jest ukryty gdzieś po drugiej stronie i wykorzystując moment, kiedy strażnik obozu poszedł na ubocze przebiegliśmy.
 Nie czekając na kolejną taką okazję skręciłem w lewo i kierowałem się do młyna. Jego najlepsze czasy z pewnością minęły już parę lat temu, teraz wyglądał bardziej na atrakcje turystyczną. Oczywiście od dawna nikt tu już nie pracował.  Skradając się podszedłem do sporych drewnianych drzwi i ostrożnie zajrzałem do środka. Wewnątrz było ciemno i słychać było jakieś jęki. Podłoga była w wielu miejscach dziurawa i odsłaniała piwnicę, która z pewnością służyła kiedyś jako magazyn zmielonego zboża.
 Otworzyłem drzwi, czemu towarzyszyło ciche, przeciągłe skrzypnięcie. Z nożem w ręce powoli obserwowałem wnętrze budynku, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Usłyszałem jęknięcie i zauważyłem kątem oka, że pod ścianą coś się porusza. Na pierwszy rzut oka, powiedziałbym, że to zombie, ale nie byłem pewien. Miczi także przyglądała się temu miejscu. Kamil został na zewnątrz z wiatrówką, schowany w krzakach. Miał nas zaalarmować jakby zobaczył coś niepokojącego. Podszedłem powoli do ruszającego się kształtu i teraz byłem już pewien, że był to szwendacz. Widocznie schował się tutaj i przytrzasnął go jeden z młynarskich tłoków. Dolną część ciała miał zmiażdżoną, więc ruszał tylko niezgrabnie rękoma próbując nas dosięgnąć. Bez zastanowienia zakończyłem jego cierpienia wbijając nóż w przegniły oczodół, dosięgając mózgu.
Nagle zobaczyliśmy, że z górą dochodzi światło dnia i już po chwili wspinaliśmy się po drewnianych, skrzypiących schodkach na piętro. Musiało to być pomieszczenie w którym dawny młynarz miał przerwy od pracy, stało tu parę zakurzonych butelek po jakimś miejscowym piwie, mały telewizor oraz stos gazet z poprzedniego roku. Miczi zajęła się dalszym przeszukiwaniem pomieszczenia, kiedy ja wyjrzałem, przez jedyne w młynie, okno. Było ono położone idealnie, ponieważ mogłem z niego obserwować sporą część wioski, w tym obóz. Stąd zobaczyłem dokładnie Dom Kiciusia i krzątających się na podwórku ludzi. Z daleka ciężko było określić, czy byli to ludzie Alexa, czy moi przyjaciele. Zobaczyłem też dwa  pojazdy, którymi przyjechali tu z Białegostoku i dwa inne, prawdopodobnie należące do mieszkańców wioski.
 Serce zabiło mi szybciej, wiedziałem, że moi przyjaciele są tak blisko a zarazem tak daleko ode mnie. Nie czekając dłużej zawołaliśmy Kamila do środka. Ryglując drzwi usiedliśmy i zaczęliśmy planowanie :
— Dajcie mi pójść samemu, żebym mógł sprawdzić co i jak – rzuciłem propozycje.
— Oszalałeś? Sam? Chcesz dać się zabić? —  wybuchła Miczi.
— Nie chcę was narażać. Pomogliście mi, a jedyne co dostaliście w zamian to utrata przyjaciela. Nie ma mowy, żebyście znowu się narażali. Nie teraz. Najpierw sprawdzę jak się sprawy mają a następnie dopiero będziemy planować dalsze działania.
Miczi wyraźnie nie była zadowolona. Kamil tylko przytakiwał i wpatrywał się w okno. Próbowałem dalej ich przekonywać, kiedy nagle usłyszeliśmy, że nasz kierowca nas woła do okna. Podeszliśmy szybko i wyjrzeliśmy. Na ulicy coś się działo. W obozie dalej poruszali się ludzie, widać było też strażników, ale co najdziwniejsze z lasu biegły kolejne postaci. Dokładnie dwie. Nie zdziwiłoby mnie to, pomyślałbym, że to jedynie kolejna grupa ocalałych przebiegająca w okolicy, jednak ta dwójka wyglądała dosyć nietypowo. Jednym z nich był mężczyzna, bardzo wysoki, właściwie powiedziałbym, że w życiu nie widziałem większego człowieka. Na oko miał z trzydzieści lat, chociaż ciężko było to stwierdzić z takiej odległości przez brudną szybę. Był ubrany w coś podobnego do policyjnego uniformu używanego podczas zamieszek – hełm, kamizelka, ochraniacze na ręce i nogi oraz buty. Na plecach z kolei miał przewieszony dwuręczny miecz.  Broń wyglądała jak wyciągnięta z średniowiecza i dalej nie mogłem uwierzyć, że ją widzę.
 Drugi mężczyzna, o wiele niższy idący przodem miał w ręce pistolet i wyglądał również niecodziennie bo nosił płaszcz. Obaj szli w kierunku młynu. Przerażeni zaczęliśmy zbiegać na dół aby uciec, ale na to było już za późno. Usłyszeliśmy dobijanie się do drzwi. Jeden z nich, najprawdopodobniej ten z mieczem próbował je wywalić z zawiasów. Wiedziałem, że człowiekowi jego postury nie zajmie to długo, a fakt, że drzwi były zżarte przez korniki nie pomagał. Zdesperowany wyjąłem broń i patrzyłem jak Miczi ustawia się w kącie również celując w stronę wejścia. Kamil stanął przy ścianie z toporem w rękach i czekał. Nie mogłem pozwolić, żeby tutaj weszli, ta kryjówka była świetna i nie mogliśmy sobie pozwolić na pozbawienie jej drzwi. Dodatkowo duży mężczyzna robił tyle hałasu, że mógł zaalarmować ludzi z obozu. Podszedłem szybko do drzwi i krzyknąłem :
— Nie mamy złych zamiarów! Zostawcie nas w spokoju a nikomu nic się nie stanie – sam powoli przestałem wierzyć w te słowa. Wypowiadałem je chyba po raz trzeci a ani razu nie przyniosły oczekiwanego skutku.
— Błagam otwórzcie, gonią nas. Poddajemy się, tylko nas wpuść – usłyszałem wręcz desperackie zawołanie, miłym niskim głosem z drugiej strony.
Zdziwiło mnie to. Napieranie na drzwi znikło. Odwróciłem się z pytającą miną do Miczi, ta skinęła głową na znak, żeby ich wpuścić, jednak nie opuściła broni nawet na milimetr. Podszedłem pełen obaw do drzwi i powoli je otworzyłem odskakując od razu do tyłu i mierząc bronią w wejście. Drzwi natychmiast się rozwarły, a po chwili znowu zamknęły. Teraz z bliska mogłem podziwiać ogromne rozmiary człowieka z mieczem. Był on naprawdę wysoki, musiał mierzyć około dwa z kawałkiem metrów wysokości. Jego towarzysz okazał się mieć miłą łagodną twarz, był niewiele starszy ode mnie. Kiedy goście upewnili się, że drzwi są zamknięte obrócili się do nas i zaczęli szybko :
— Nazywam się Karol, chociaż znajomi wołają na mnie Gigant. Na mojego towarzysza wołają Szpieg, dziękujemy, że nas… — zaczął duży, lecz prawie natychmiast przerwałem mu.
— Nie tak szybko, Karolu. Rzućcie całą broń jaką macie a może pozwolimy wam tu zostać – pomyślałem, że obecność dwóch kolejnych sojuszników mogła zwiększyć moją szansę na zdobycie obozu – No dalej, nie chcecie chyba wrócić na ulicę, z której przed chwilą tak prędko uciekaliście?
Gigant wyrzucił swój miecz z głośnym trzaskiem prawie natychmiast. Szpieg czekał jeszcze chwilę i zrobił to, co towarzysz :
— Czego tu szukacie? Wiecie, że wasz bieg i atak na drzwi mogli usłyszeć ludzie z obozu? – zapytałem, trochę milszym tonem niż poprzednio.
— Na pewno nie jesteśmy waszymi wrogami, doceniamy fakt, że pomogliście nam chociaż nas nie znaliście. Wiedźcie, że nie szukamy problemów, podróżujemy już od jakiegoś czasu z północy. Przebiegliśmy już dużo kilometrów i niedaleko w lesie spotkaliśmy grupkę ludzi. Chcieliśmy ich ominąć, ale zauważyli nas i na komendę jakiegoś wyrostka zaczęli do nas strzelać. Całe szczęście jesteśmy szybcy i uciekliśmy. Zostali daleko z tyłu, ale powoli zaczynaliśmy się męczyć, więc musieliśmy się gdzieś schować. Pierwszy na drodze z dala od ich obozu był ten młyn – wytłumaczył Karol.
Miczi opuściła broń a Kamil pokazał się im. Wydawali się mili, jednak kazaliśmy im zostawić broń a następnie poszliśmy na piętro. Kiedy usiedliśmy wszyscy razem, zacząłem ich wypytywać o to kogo widzieli w lesie i co wiedzą o obozie. Okazało się, że mijali bardzo słabo chronione wejście od lasu, które mogło być idealne na rozpoczęcie misji odbicia tego miejsca. Obaj wydawali się być naprawdę w porządku ludźmi. Zaufałem im, co mogło być błędem, ale teraz musiałem wykorzystać każdą pomoc. Nawet z rąk nieznajomych.
W czasie naszej narady Kamil obserwował z okna obóz. Wiedział mniej więcej, kiedy zmieniają się strażnicy, jak są wyposażeni i jak przykładają się do obowiązku. Kiedy nastał zmrok oddaliśmy Gigantowi i Szpiegowi ich bronie i wspólnie opuściliśmy młyn. Wieczór był ciepły jak na jesień, więc nie musieliśmy się martwić o to, że zmarzniemy czekając na odpowiednią okazję. Skręciliśmy do lasu i idąc przez zarośla zbliżaliśmy się do celu. Światła obozu biły w oczy z daleka, najwidoczniej mieli tu własny generator, napędzany na benzynę bądź też inne tanie źródło energii. Prowadziłem grupę, tuż za mną szedł Szpieg, kawałek za nim w ramię w ramię Miczi z Kamilem. Pochód zamykał Karol. Próbowaliśmy być cicho, ale pojedyncze opadnięte liście sprawiały, że było nas słychać. Byłem bardzo zdenerwowany, w końcu szedłem z dwójką nieznajomych szturmować obóz w którym uwięzieni byli nasi znajomi. Nie mogłem jednak dać po sobie tego poznać, morale to ważna rzecz i nie chciałem, żeby moja grupa je straciła jeszcze przed atakiem.
 Znajdując się sto metrów od celu przyczailiśmy się w krzakach, które nie straciły jeszcze całkowicie liści i zaczęliśmy obserwować wejście, od lasu. Rzeczywiście wydawało się łatwe do sforsowania – stała tu tylko jedna furtka, idealna do wkradnięcia się i jeden strażnik. Z daleka nie mogłem stwierdzić czy był to Alex czy któryś z jego kumpli, dodatkowo było to mało oświetlone miejsce, a sam człowiek siedział w kapturze z karabinem na kolanach. Rozglądał się uważnie, lecz jego twarz była skryta całkowicie w mroku. Podkradliśmy się najbardziej jak to było możliwe. Linia lasu kończyła się jakieś dziesięć metrów od furtki, więc teraz musieliśmy działać szybko. Dałem znak Szpiegowi i ten skręcił w lewo i zaczął biec, robiąc przy tym trochę hałasu. My w tym czasie zaczynaliśmy na kuckach skradać się do ogrodzenia. Widzieliśmy, że strażnik zauważył ruch wywołany przez Szpiega i podniósł się odbezpieczając broń. Musieliśmy teraz podbiec jak najszybciej to było możliwe i przerazić go na tyle, żeby nie wystrzelił, ani nie został ranny. Może być cennym zakładnikiem.
 Dystans dzielący nas był coraz mniejszy. Gigant biegł najszybciej, miał w końcu najdłuższe nogi i z tego co zdążyłem zauważyć, dobrą kondycje. Wyciągnął swój ogromny miecz i powalił strażnika zanim ten zdołał zrobić cokolwiek aby zaalarmować resztę obozowiczów. Karabin upadł na ziemie i Kamil natychmiast go podniósł. Słyszałem jak nasz zakładnik się szarpie i próbuje się wyrywać. Zdążył nawet kopnąć Giganta w kolano, ale ten unieruchomił go podstawiając mu ostrze do gardła i podnosząc go. Szpieg dołączył do nas i całą drużyną wycofaliśmy się do lasu.
Ukryci w cieniu drzew powaliliśmy strażnika na kolana i odsłoniliśmy jego twarz. Z wrażenia pistolet wypadł mi z rąk. Na trawie przed nami klęczał Kiciuś. Przez moją głowę przelało się tysiące myśli, ale pierwszymi słowami jakie wypowiedziałem były :
— Gigant zostaw go.
Ernest widocznie zdziwił się jak usłyszał mój głos. Odezwał się zachrypnięty :
— B…Bolo?
Podniosłem go i spojrzałem mu w twarz. Nie zmienił się mocno, chociaż jego brodę pokrywały ślady zarostu. Oprócz tego miał paskudne stłuczenie pod lewym okiem, ale poza tym był to mój przyjaciel. Co robił broniąc tego obozu? Czy zaprzyjaźnił się z Alexem? Nie czekając na odpowiedź wyciągnąłem pistolet i zacząłem mierzyć mu w głowę. Widziałem w cieniu zdziwienie na twarzach moich kompanów oraz największe u samego Kiciusia :
— Bolo! To ty! Myślałem, że nie żyjesz… O co chodzi? Czemu we mnie celujesz? —  zapytał przestraszony, ale też wyraźnie uradowany.
— Dołączyłeś do drużyny tego zdrajcy? Zdobyłeś na tyle zaufania, żeby zostać jego przyjacielem i bronić jego obozu? – byłem zszokowany tym faktem, a kiedy powiedziałem to na głos, zabrzmiało to jeszcze gorzej.
— To nie tak… Owszem zdobyłem jego zaufanie, ale… Uwierz mi, że nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby dołączyć do niego. Musiałem po prostu grać pewną rolę. Od dnia przyjechania tutaj planowaliśmy po cichu rebelie. Mieliśmy zabić całą drużynę Alexa i wrócić do Białegostoku, żeby ciebie szukać… —  w końcowych słowach zabrzmiał tak żałośnie, że aż zrobiło mi się przykro, że tak na niego naskoczyłem. Opuściłem broń i podszedłem do niego przytulając po przyjacielsku. Brakowało mi mojego kompana i teraz, kiedy miałem go już u boku byłem zdecydowany odbić resztę z moich przyjaciół :

— Drwalu – tak właśnie nazywałem go kiedyś, zanim jeszcze wymyślił sobie ksywkę Kiciuś – przedstawiam Ci moich kompanów bez których nie dotarłbym tutaj tak szybko. Ten, który cię powalił to Gigant – w tej chwili Karol podszedł do Kiciusia i z przeprosinami uścisnął swoją masywną łapą dłoń mojego przyjaciela – ten w płaszczu jest zwany Szpiegiem – towarzysz olbrzyma skinął głową —  a ta dwójka to Miczi i Kamil. Kiedy byliście przy sklepie z broniami uratowali mnie oni przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego. Zresztą opowiem ci wszystko jak już skończymy. Mam pewien plan— mówiąc to zacząłem przedstawiać szczegóły moim kompanom.