Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 12. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 12. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2017

Rozdział 12: Dom

Rozdział 12, kolejny z perspektywy Zuzy. Przy okazji wstawiania go, chciałbym przeprosić, bo możliwe, że będzie jeszcze z jedna czy dwie przerwy na blogu, ostatnio czasu mam wyjątkowo mało i rzadko kiedy mogę usiąść i tworzyć dalsze rozdziały. Możliwe, że wyrobię się na czas, a możliwe, że nie. Sam rozdział przedstawia dalszą historię tego, co dzieje się w Płocku. Zabezpieczanie i akomodacja w nowym miejscu. Zapraszam do czytania i proszę o zostawienie komentarza po przeczytaniu ;)

POV:
Zuza - Rozdział 12 - Dzień 5
Bobru - Dzień 5 - W drodze do Płońska
Erni - Dzień 5 - Ucieka od łowców niewolników

----------------------------------------------------

Rozdział 12: Dom (ZUZA)


                Ostatni wieczór był tak pełen emocji, że gdy obudziłam się rano, nie wiedziałam do końca co o tym wszystkim myśleć. Przez dobrą chwilę zastanawiałam się, czy to wszystko nie był po prostu sen. Spotkanie grupy z Torunia oraz ludzi, którzy mieszkali w Płocku, rozmowa z Bobrem i początki współpracy. Ich grupa prezentowała się bardzo groźnie, na pewno byli ludźmi, przeciwko którym nie chciałoby się walczyć. Zdecydowanie lepiej było ich mieć po swojej stronie. Wiedziałam, że nie zaufali mi jeszcze i tylko przez swoje dziwne zasady i chęć zbudowania obozu w tym miejscu nie wygnali mnie, albo zabili, ale to już był początek czegoś.
                Następny dzień zaczął się dla mnie bardzo szybko, bo obudziłam się nad ranem. Większość ludzi Bobra krzątała się już po kościele. Grupa okolicznych ludzi spała dalej w kącie, w którym położyli się zeszłego wieczora. Wstałam i przeciągnęłam się. Spanie na podłodze nie było najwygodniejsze pomimo koca, który udało mi się znaleźć na zapleczu. Anna już nie spała, ale jej córka, której zeszłego wieczora podskoczyła gorączka, drzemała. Na jej czole widać było strużki potu, spływające na dolne partie twarzy. Przywitałam się ze starszą kobietą i sięgnęłam do plecaka, chcąc zrobić okład na czoło dziewczyny. Szperałam przez chwilę, aż w końcu wyciągnęłam swój podręczny zestaw ratunkowy. W ręce poczułam też grubszą książkę i dopiero zdałam sobie sprawę, że nie zdążyłam przeczytać kolejnych wpisów w dzienniku, który znalazłam.
- Hej… Zuza tak? Pomożesz mi? – zapytał ktoś za moim plecami.
                Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę, którego nie można było pomylić z nikim innym. Wyglądał młodo, ale był niesamowicie wysoki i całkiem dobrze zbudowany. Przez plecy przewieszony miał, prawie tak samo długi jak on sam, miecz. Chociaż widziałam go wczoraj w akcji, gdy nocą oczyszczał trupy z dziedzińca to jego twarz emanowała ciepłem i radością. Uśmiechał się serdecznie patrząc na mnie.
- Coś się stało? – zapytałam polewając szmatkę wodą z butelki i przykładając do czoła Sary.
- Musisz pomóc mi na placu póki będzie ładować wozy. Zostanie was tu tylko kilku, więc warto by było gdyby ktoś wiedział co i jak, jakby ktoś zaatakował to miejsce – powiedział spokojnie.
- Zostanie... jedziecie gdzieś? – zapytałam zdziwiona.
- Co? Nie wiedziała… choć wytłumaczę wszystko po drodze – zaproponował, po czym zerknął na Annę i Sarę – Wszystko z nią w porządku? – wskazał ręką leżącą na podłodze.
- Stabilnie. Poleży, odpocznie i wszystko będzie dobrze – powiedziałam z pewnością w głosie wstając.
- Doskonale. Chodźmy.
                Podbiegłam do mężczyzny i ruszyliśmy na tyły budynku, gdzie było mniejsze wyjście.
- Swoją drogą, jestem Karol, ale wszyscy raczej nazywają mnie Gigantem – powiedział wyciągając o wiele większą ode mnie dłoń. Uścisnęłam ją. Gigant poprowadził mnie przez korytarz i małe przejście i po chwili byliśmy już na zewnątrz. Przed wejściem siedział Dymitr. Popalał papierosa przy okazji przeładowując i czyszcząc swoją broń. Spojrzał na mnie nieco groźnym wzrokiem, ale nie powiedział nic, tylko kiwnął głową.
- I jak z tym wyjazdem? Opuszczacie jednak to miejsce? – zapytałam zdziwiona.
- Właściwie to nie takie proste. Zajęliśmy je i parę osób tutaj zostanie, ale musimy powiadomić pozostałe okoliczne obozy, możliwe, że przyślą tutaj od razu kolejnych ludzi i rzeczy, które się nam przydadzą. Wiesz coś do wzmocnienia murów, obarykadowania bramy i podobnych rzeczy – powiedział.
- Dużo z was jedzie? – zapytałam.
- Ja, ten którego minęliśmy, jego dziewczyna oraz Pablord jedziemy do Inowrocławia. To właściwie najważniejsza sprawa i chociaż miejsce nie jest daleko, to jednak Bobru chciał tam wysłać porządną ekipę – zaczął wyliczać, gdy zbliżaliśmy się do budynku muzeum – On z kolei bierze Ikę, Łowcę i Krystka. Pojadą do Płońska naszym tirem. Nie wiem czy słyszałaś, ale jest tam taki niewielki obóz, który dotychczas był sam w okolicach, a teraz my będziemy na tyle blisko, że im pomożemy w razie problemów – wytłumaczył mi. Słyszałam o nim jak czytałam Dziennik Ocalałego. – Więc ty zostaniesz tu z tymi kolesiami, swoimi przyjaciółkami, księdzem, Medykiem, tym chłopakiem bez ręki, który nazywa się Mpd i Łapą oraz jej siostrą. Wiem, że imiona ci się jeszcze trochę mieszają, ale z czasem się przyzwyczaisz – powiedział widząc zmieszanie na mojej twarzy.
- Nie żebym coś planowała – zaczęłam gdy stanęliśmy pod drzwiami muzeum – ale nie boicie się zostawiać swoich ludzi wśród takiej grupy nieznajomych? Przecież tamci chłopacy znają to miejsce, może tylko na to czekają?
- Dlatego zostajecie pod opieką Łapy. Ona już wie, co zrobić z takimi co się nie słuchają... – przerwał by otworzyć drzwi i nie dokończył, bo ze środka wychodził właśnie chłopak, który był członkiem grupy, która tu była wcześniej. Zdziwiłam się tak samo jak Gigant, bo wydawało mi się, że wszyscy jeszcze spali, a on był tutaj. Nie byłam nawet do końca pewna, czy go wczoraj tu widziałam, ale Gigant go rozpoznał – Co ty tu robisz?
- Ja… ja tylko… - zająkał się.
 - Wracaj do środka. Nie możecie tak sobie wychodzić. Jeszcze nie – powiedział.
                Chłopak wyglądał na przerażonego. Minął nas i pobiegł w stronę tylnego wyjścia.
-  Nie mam pojęcia jak on się tu dostał. Chyba będziemy musieli zamykać to miejsce – westchnął Gigant po czym wszedł do środka, puszczając mnie w drzwiach jako pierwszą. Weszłam do sporej sali, która rozgałęziała się na parę innych pomieszczeń. Z pewnością kiedyś była tutaj kasa i pierwsze eksponaty, które miały zachęcić potencjalnego turystę do kupienia biletu i wejścia dalej, ale teraz było tutaj pusto i dosyć ciemno. Jedyne światło jakie wpadało do pomieszczenia pochodziło z drzwi, które Gigant po chwili zamknął. Po chwili jednak kliknął przełącznik, a rząd żarówek zapalił się i oświetlił wnętrze, nieco upiornym, światłem.
                Gigant przeprowadził mnie na środek pomieszczenia i zaczął po kolei tłumaczyć co gdzie jest.
- Na lewo znajdują się zapasy. Sporo różnych puszek, wody i innych zapasów. Powinny starczyć dla dwudziestoosobowej grupy na tydzień, więc nie powinniście mieć problemów zanim wrócimy. Sporo przenieśliśmy do samego kościoła, jakbyście mieli problem z przyjściem tutaj – powiedział – Na prawo jest coś, co przerobiliśmy na zbrojownię. Oczywiście pomieszczenie do czasu naszego przyjazdu właściwie stało puste, my zostawiliśmy tam trochę broni. Od razu dam ci jeden z pistoletów – to mówiąc poszedł do środka i po chwili wrócił z srebrnawym pistoletem, który wyglądał jak typowa broń z filmów policyjnych – Wiesz jak się go używa? – zapytał patrząc na mnie.
- Wiem – powiedziałam, przypominając sobie męża, który uczył mnie kiedyś strzelać.
- Super. Dobra, to wiesz. Nasi ludzie mają bronie, możesz potem oddać tej starszej babce jej strzelbę, albo dać coś innego. Tamtym lepiej broni nie dawaj, nie specjalnie im ufam – przyznał.
- Rozumiem – powiedziałam -  W pełni to rozumiem.
- Okej. I teraz najważniejsze. Jest tutaj generator. Nie mam pojęcia jakim cudem udało im się go zbudować, ale widocznie się na tym znają. Musicie go co jakiś czas sprawdzać, bo z tego co wiem łatwo o spięcie. Zapas paliwa jest, więc jakby migało, wystarczy, że ktoś tu przyjdzie i doleje. Ale to już tłumaczyłem Mpd, więc powinien sobie z tym poradzić. Nadążasz? – zapytał. Mój wyraz twarzy musiał mówić coś innego, ale wbrew pozorom zdołałam zapamiętać to co najważniejsze. Kiwnęłam głową.
- Super. Dobra ostatnia rzecz jeżeli chodzi o magazyn. Tam dalej, za pokojem z generatorem, jest piwnica. Jest tam mnóstwo starych ciuchów i innych pierdół. Jakby wam czegoś brakowało to idźcie tam, sporo tam zgnilizny, ale na pewno da się wygrzebać coś dobrego.
- Zapamiętam.
- Ok. Zostały jeszcze dwie sprawy – powiedział idąc w stronę wyjścia. Ponownie przepuścił mnie w drzwiach i ruszyliśmy w stronę bramy.
- Naprawiliśmy ją trochę. Jest teraz zamknięta i chociaż powinna zatrzymać trupy to wciąż musicie uważać na ludzi. Samochód raczej jej nie sforsuje, bo podjazd jest taki, że nie ma jak się rozpędzić, szczególnie większym wozem, ale jest dosyć łatwa do przeskoczenia. Niestety nic z tym póki co nie zrobimy. Pamiętaj żeby ją zamknąć jak wyjedziemy i najlepiej nie dotykać póki nie wrócimy – powiedział.
- Jasne – odpowiedziałam krótko.
- No i zostało wyjście tylnie. Jest tam furtka, która jest jeszcze łatwiejsza do przejścia niż brama. Jednak zostawiamy ją uchyloną bo zamek i tak nie działa. Wczorajszy atak ją dobił. Ale chłopaki z tego obozu ogarnęły inny mechanizm obronny, polegający na sznureczku, który biegnie przy ziemi przed furtką. Jeżeli ktoś będzie się zakradał w dzień to raczej go zobaczycie, a w nocy ten mechanizm was ostrzeże, a dodatkowo wypuści trupy na każdego, kto spróbuje szczęścia. Tak prawie straciliśmy wczoraj dwie osoby – powiedział ze złością w głosie.
- Nieźle się zabezpieczyli – zauważyłam.
- Ano nieźle. Sprytnie to sobie wymyślili, tworząc iluzję, że to miejsce jest opuszczone, a tak naprawdę ukrywają się tutaj, licząc na to, że zombie i pozamykane drzwi pomogą im żyć tutaj bezpiecznie.
- Właściwie jak podążałam tutaj to nie do końca rozumiałam jaki był wasz cel… chodziło tylko o założenie obozu? – zapytałam.
- Właściwie to tak. A to miejsce wydaje się być idealne. Z tamtego punktu widzimy większą część miasta – wskazał na taras widokowy, z którego było widać panoramę całej okolicy, a szczególnie mostu i drugiego brzegu – A żeby ktoś chciał tu wejść, będzie musiał wchodzić pieszo. Samochód zobaczymy bez problemu, poza tym ciężko manewrować na zakrętach, a i tak wszystko widać jak na widelcu.
                Na głównym dziedzińcu, tuż przy bramie głównej, stał teraz samochód ciężarowy, za którym podążałam. Wcześniej nie miałam okazji w emocjach i pośpiechu dobrze mu się przyjrzeć, ale zdecydowanie robił wrażenie. Był duży, jego ładownia była na tyle rozległa, że mogła służyć, za przenośny dom, był obwieszony siatkami i potężnymi blachami, które pełniły funkcje tarana, a co najciekawsze był czyściutki. Mężczyzna nazywany Łowcą, właściciel Potwora, bardzo dbał o swój pojazd.
- No to chyba tyle. Jak coś pytaj o wszystko Łapy – poradził na koniec.
- Jasne. Dzięki – odpowiedziałam. Pożegnaliśmy się i ruszyłam z powrotem do kościoła. Gdy weszłam do środka grupa chłopaków już nie spała. Siedzieli i jedli śniadanie. Ludzie Bobra siedzieli kawałek dalej rozmawiając o czymś. Łapa była cicho, obserwowała mnie i całą resztę, która jeszcze nie zdobyła ich zaufania. Wyglądała na taką kobietę, która nawet siedząc bez broni w ręce jest niebezpieczna. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na chwilę, ale odwróciłam wzrok. Podeszła do Anny i Sary. Starsza przywitała mnie pytającym spojrzeniem. Opowiedziałam im po krótce o wszystkim, o czym opowiedział mi Gigant. Słuchały uważnie.
- Według mnie to głupota – skomentowała w końcu Anna.
- Co jest niby głupie? – zapytała jej córka.
- Jakbyśmy połączyli siły z tymi chłoptasiami to byłoby nas dwa razy więcej od nich. Poza tym jeden z nich to ksiądz, drugi to starzec, chłopczyna bez ręki, mała dziewczynka no i jej groźna siostra. Bez problemu moglibyśmy przejąć to miejsce, gdybyśmy tylko chcieli – powiedziała.
- Coś czuje, że ta czarna laska mogłaby być wystarczającym problemem, żeby nas zatrzymać – powiedziała Sara podnosząc głowę i spoglądając na Łapę, która siedziała teraz na podwyższeniu, oparta plecami o ścianę z zamkniętymi oczami.
-  Być może. Ale póki co zachowujmy spokój. Myślę, że ci ludzie nic nam nie zrobią, jeżeli sami nie zrobimy nic głupiego. Trzymajmy się ich – powiedziałam, po czym ułożyłam się na boku. Nie byłam głodna, więc pomyślałam, że poleżę jeszcze chwilę i nadrobię nieco zaległości z wczoraj. Sięgnęłam do plecaka i namacałam dziennik, który siedział na swoim miejscu. Układając się w nieco bardziej oświetlonym miejscu otworzyłam go i zaczęłam lekturę.
14 stycznia 2015 – dzień 61
Po wczorajszej przygodzie z ludźmi z Warszawy postanowiłem jeszcze bardziej skupić się na badaniach dotyczących trupów. Jeżeli w okolicy pojawiały się coraz to nowe zagrożenia ze strony zombie, to musiałem zacząć działać. Moi ludzie nie mogli przejmować się i jednym i drugim, a jak wiadomo, interakcje z innymi obozami były zbyt niebezpieczne. Dzisiaj złapałem przy pomocy moich ludzi dziesięć sztuk w różnym stadium rozkładu. Jutro zaczynam długie badania.
PS: Ostatnio moi ludzie widzą coraz częściej autobus kursujący po okolicach Torunia, szczególnie długiego pasa ziemi na wschód. Podejrzewam, że jest to związane z Toruniem, ale nie jestem pewien.
                Po przeczytaniu tego wpisu przeszły mnie dreszcze. Kulminacyjny punkt historii zbliżał się coraz bardziej. Nie rozumiałam jednak wciąż, jak tak dobrze zbierająca informację grupa mogła być tak mało znana. W końcu nie słyszałam nawet słowa od Bobra czy kogokolwiek z jego ludzi o tajemniczych ludziach, którzy zdawali się wiedzieć całkiem sporo o okolicznych obozach i ich mieszkańcach. Czy oni naprawdę nic nie wiedzieli? Wpisy pochodziły sprzed dwóch miesięcy, a byłam ledwo w połowie dziennika. Ten przedmiot musiał trafić do Bobra. Miałam zamiar go przeczytać i powiedzieć mu o wszystkim co się dowiedziałam. Z drugiej strony zastanawiał mnie też tajemniczy autobus, o którym była mowa. O nim również nic nie słyszałam, a wydawało się to być ciekawe.
18 stycznia 2015 – dzień 65
Przyznaje, że po raz pierwszy od bardzo dawna, byłem tak zmęczony i zajęty, że nie miałem czasu tu pisać przez parę dni. Ostatnimi czasy ledwo opuszczałem szopę przy domu. Ciąłem trupy, sprawdzałem ich zachowanie w różnych sytuacjach, a raz o mało nie zostałem ugryziony. Zauważyłem masę ciekawych cech, ale wciąż nie odkryłem nic, co zmieniłoby naszą aktualną sytuację. Co jednak warto zaznaczyć, to przede wszystkim ich węch. Jest to zdecydowanie najgroźniejsza cecha, jeżeli chodzi o umiejętności związane z łowieniem. O ile bodźce wzrokowe czasami na nich działają, a czasami nie, słuch jest przeciętny to potrafią wywęszyć ofiarę z okolicy kilometra! Jest to naprawdę potężna cecha i wyjaśnia wiele sytuacji, gdzie trupy trafiają na mniej zaludnione miejsca. Dodatkowo odkryłem, że mają dziwny instynkt, który pozwala im na wyczucie odpowiedniego miejsca na ugryzienie. Nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja, żeby trup próbował zaatakować mnie w miejsca, gdzie są wysunięte kości. Zawsze starają się dorwać do przedramion, szyi, albo łydek. Czasami jeszcze atakują uda.
                Przeleciałam szybko wzrokiem kolejne dni opisujące badania, ale nie znalazłam tam nic ciekawego. Zrobiłam krótką przerwę, w której zjadłam i zmieniałam kompres na czole Sary. Po pół godzinie wróciłam do lektury.
24 stycznia 2015 – dzień 72
Byłem zmuszony zrobić przerwę w swoich badaniach, niestety tuż przed odkryciem przełomu. Ostatnio moi ludzie odnotowali dużą aktywność. Nieznana mi grupa ludzi ze wschodu zbliża się, nasilając ruch pomiędzy naszym obozem, a Toruniem. Znajdują się aktualnie całkiem blisko celu, ale jadą powoli. Drogi są przeważnie zasypane, więc zakładam, że jeszcze trochę czasu minie przed dotarciem do celu, ale odkąd powstały obozy w okolicy nie widziałem jeszcze takiego natężenia zebranych paroosobowych grup jadących w jednym kierunku. Zastanawiam się czy może to być jedna wielka grupa, ale póki co nie mam żadnych informacji na ten temat. Wyjeżdżam z paroma grupami moich ludzi to dokładnie sprawdzić i zobaczyć, czy te osoby jadą do Torunia, czy gdzieś indziej. To może być mały przełom w okolicy.
                Grupy ze wschodu. Nie byli to jednak ludzie z Warszawy, bo oni pisał wcześniej. Zaskakiwało mnie zdecydowanie to jak dobrze ten człowiek kontrolował okolicę pomimo tego, że nie istniała żadna realna łączność. Jego ludzie robili naprawdę dużo i chociaż chciałam przeczytać kolejne wpisy, które opisywały wypad w okolicę Torunia to nie mogłam. Podszedł do nas mężczyzna, nosił się na czarno i widać było srebrny krzyżyk luźno leżący na jego klatce piersiowej. To musiał być ksiądz. Miał nieco ciemniejszą karnacje i stosunkowo długie włosy i brodę. W rękach trzymał karabin i nóż.
- Mógłbym prosić o waszą pomoc? Zauważyliśmy trochę trupów na dziedzińcu i przy bramie, trzeba je zabić – powiedział spokojnym głosem. Musiałam przyznać, że był całkiem przystojny. Wydawał się być miłym, dobrym człowiekiem. Spojrzałam za okno. Lektura pochłonęła mnie na jakiś czas, razem z przerwą na jedzenie i przeanalizowanie tego co widziałam, musiało minąć parę godzin od wyjazdu reszty ludzi z Torunia.
- Pomogę, nie ma problemu – powiedziałam.
- Ja też. Ale mojej córki w to nie mieszaj, źle się czuje, nie będzie ryzykować – powiedziała Anna pokazując na śpiącą na boku Sarę.
- Trzy osoby wystarczą – powiedział patrząc z zaciekawieniem na leżącą dziewczynę.
                Wstałyśmy i szybkim krokiem ruszyliśmy trójką do tylnego wyjścia. Przy nim dostaliśmy pistolety oraz noże, które miały nam służyć jako bronie do obrony i ataku.
- Wiecie jak się tym posługiwać? – zapytał uprzejmie.
- Tak – odpowiedziałyśmy prawie w tym samym momencie. Biorąc bronie do dłoni ruszyłyśmy na zewnątrz. Ksiądz ostrożnie otworzył drzwi. Na zewnątrz było nieco pochmurnie, a przed wejściem czekała na nas jeszcze jedna osoba. Był to chłopak, który nie miał części jednej z rąk. Trzymał w drugiej pistolet i ucieszył się na widok towarzysza.
- Józef! W końcu, myślałem już, że jakaś zmiana była – powiedział wyjątkowo szybko.
- Mpd mówiłem ci, że wezmę kogoś innego do pomocy. To może być niebezpieczne, nie chcę żebyś ryzykował zważając na twój stan – odpowiedział Józef.
- Oj daj spokój. Przecież nie będę podchodził blisko – poprosił Mpd. Spojrzałam na niego z  lekkim niedowierzaniem. Jego ton głosu wskazywał jakby kompletnie nie rozumiał jak poważne i niebezpieczne to może dla niego być. Józef zdecydowanie też to zauważył, ale znał go dobrze, bo odpowiedział tylko:
- Jak chcesz iść to spytaj Łapy. Jeżeli ją przekonasz to poczekamy na ciebie.
                Z twarzy jednorękiego natychmiastowo zniknął uśmiech. Pokręcił tylko głową, po czym powiedział:
- Dobra kurde. Idźcie sobie sami – i zniknął w głębi kościoła, zamykając za sobą drzwi.
- Wszystko z nim dobrze? – zapytała Anna.
- Trochę mu się rzuciło na głowę i nie rozumie chyba jak niebezpieczny jest świat. Ale z tego co mówił i Pablord to i przedtem był nieco specyficzny. No ale mniejsza o większość, bierzmy się do roboty – westchnął prowadząc nas w stronę bramy głównej. Chociaż ta została już naprawiona, to teraz nawet z daleka słychać było dźwięki uderzających o nią ciał. Wybijały dosyć ponury rytm, który nasilał się z każdym krokiem.
                Gdy tylko dotarliśmy do samej bramy zobaczyliśmy sporą grupę trupów, które kotłowały się, próbując siłą przebić się przez metalowe wrota. Naciskały, próbowały przekładać twarze przez pręty, a niektóre wychylały się przy murku obok. Ciężko było powiedzieć ile ich jest. Po chwili zauważyliśmy też, że na samym dziedzińcu znajdowało się parę trupów.
- Plan jest taki – ja wyjmuje nożem te przy bramie, wy osłaniacie mnie od pleców. Następnie gdy zabije ile się da, otwieramy bramę i dobijamy resztę – powiedział spokojnym głosem.
Od razu wzięliśmy się do roboty. Józef stanął przy bramie i ostrożnie, żeby nie dać się złapać, atakował pojedyncze trupy, wbijając im ostrze w oczy, lub w podbródek. Chociaż nie wyglądał na takiego, to radził sobie całkiem sprawnie i zanim zdążyłyśmy się obejrzeć, pięć pierwszych zombie upadło. Ja i Anna odwróciłyśmy się i obserwowałyśmy kolejne, które zwabione hałasem, a jak też przepuszczałam, zapachem ruszyły w naszą stronę. Wzięłam do ręki nóż, nie chcąc ani marnować naboi, ani zwabiać jeszcze większej ilości trupów na wzgórze.
                Pierwszy szedł wyjątkowo wolno. Zamachnęłam się i dwa razy dźgnęłam go pod gardłem. Upadł pode mnie, zwalniając miejsce na kolejnego. Z tym chwilę musiałam się poszarpać, ale ostatecznie położyłam go i dobiłam w podobnym stylu. Odwróciłam się na chwilę, żeby zobaczyć jak idzie Józefowi, ale ten nie miał żadnych problemów. Anna podobnie jak ja załatwiła już dwa i miała brać się za trzeciego. Czekała powoli, aż ten podejdzie. Szedł wolnym krokiem w jej kierunku. Coś jednak było nie tak. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować zobaczyłam jak trup chwyta pewnym, ludzkim ruchem za pasek gdzie miał nóż. Anna nie spodziewała się tego tak samo jak ja i nie zdążyła zareagować. Napastnik zaatakował ją nożem dwukrotnie, wbijając ostrze w brzuch. Krzyknęłam. Józef odwrócił się i upuścił broń wyciągając karabin. Chociaż Anna upadła w rosnącej kałuży krwi, to po chwili dołączył do niej jej napastnik, przeszyty parunastoma pociskami. Józef już nie patrzył na hałas i oczyścił pozostałą część dziedzińca ręcznie. Ja z kolei patrzyłam z przerażeniem na napastnika, który zabił Annę.

                Zobaczyłam teraz, że trupem zdecydowanie nie był, ale na takiego wyglądał. Nosił maskę.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział 12: Cichy krzyk

Rozdział 12, kolejny z perspektywy Olafa. Po tym co stało się z Feline Olaf musi działać i spróbować ją odbić. W jaki sposób to zrobi i czy da radę? Zapraszam do czytania, a potem proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 12 - Olaf - Dzień 6-7
Bobru - Dzień 6-7 - Bobru wrócił z Drugiego Posterunku i jest na terenie Ostoi
Irek - Dzień 6-7 - Wraz z resztą pomaga Benowi w przygotowaniach do spotkania

---------------------------------------

Rozdział 12 (Olaf): Cichy krzyk


                Gdy obudziłem się następnego dnia czułem się źle. Brzuch znowu dawał o sobie znać, a każde wspomnienie o tym, co stało się przedwczoraj sprawiało, że nie chciałem się ruszać z łóżka już do końca moich dni. Wiedziałem jednak, że Złomiarze prawdopodobnie nie zabiją Feline tak szybko, bo była zbyt ważna w okolicy, żeby ją po prostu zabić. Będą ją torturowali i męczyli, ale oszczędzą ją. Znałem ich całkiem dobrze.
                Chociaż ludzie z Ostoi, którzy wydają się wiedzieć dużo o relacjach osób z okolicy, mogą myśleć inaczej to z pewnością nie wiedzą o tym, że nasza walka z Złomiarzami trwała znacznie dłużej od ich. Właściwie mało kto wiedział ile razy to miejsce było przez nich atakowane i to bezskutecznie. Teraz nie miałem pojęcia, co właściwie mogę zrobić. Musiałem szybko podjąć decyzję, co robić dalej. Spotkanie w Inowrocławiu miało się odbyć już jutro. Jadąc tam postawiłbym wszystko na jedną kartę i zaufał ludziom z Inowrocławia w tym, że pomogą mi odbić Feline, ale nie byłem pewien czy jestem zdolny do takiego ryzyka. Była też opcja żebym po prostu zebrał ludzi i zaatakował najbliższy posterunek Złomiarzy, który był całkiem niedaleko, ale wtedy prawie na pewno zostawiłbym obóz bez opieki, a to mogłoby się skończyć tragicznie.
                Podniosłem się w końcu i odświeżyłem w misce z wodą. Usłyszałem pukanie do drzwi i po chwili zobaczyłem Grześka.
- Mogę zająć chwilkę? – zapytał, wchodząc bez pozwolenia.
- Czego chcesz? – zapytałem chrapliwym głosem.
- Opatrzeć rany, jak zwykle przyjacielu – stwierdził podchodząc do mnie.
                Nie odpowiedziałem. Po prostu zdjąłem koszulkę i usiadłem na łóżku. Westchnąłem ciężko. Podczas gdy Grzesiek sprawdzał stan mojej rany i przemywał ją przyniesioną wodą i szmatkami, ja patrzyłem nieobecnym wzrokiem w ścianę.
- Się porobiło, co? – zapytał siadając obok.
- Daj spokój… - szepnąłem.
- Nie martw się. Odbijemy ją – zapewnił. Wieści szybko się rozchodziły, jeżeli wiedział już o wszystkim nawet doktor.
- Jak nastroje w obozie? – zmieniłem temat.
- Różnie. Niektórzy nie mają do ciebie nic, ale jest grupka, która po prostu jest pewna, że zabiłeś lub sprzedałeś Feline  Złomiarzom, żeby przejąć władze nad naszym obozem i ogólnie planowałeś to od dawna – opowiedział.
- Skurwysyny. Niewdzięczne skurwiele – zakląłem.
- Niestety – odpowiedział.
- Kto? – zapytałem.
- Kto jest najgłośniejszy? Kuba i jego kumple, to chyba nie jest zbyt duża niespodzianka? – odpowiedział.
                Grupa ludzi, o której wspomniał, od zawsze miała lekceważący stosunek do reszty ludzi w obozie, ale trzymali pewien poziom i nie przekraczali granic. Teraz chcieli wykorzystać sytuację i nie chciałem im na to pozwolić.
- Jeżeli nie zgniotę tego w zarodku, to cały obóz może upaść – powiedziałem.
- To zrób coś – powiedział stanowczo Grzesiek.
Oczyszczanie rany zajęło jeszcze trochę bo Grzesiek musiał wrócić do swojego gabinetu po specjalną maść, która po nałożeniu na obrzęk sprawiała, że czuło się przejmująco ciepło, które rozkosznie rozciągało się po całym, bolącym obszarze. W końcu zabandażował mi to i ładnie zawiązał, po czym wyszedł i zostawił mnie samego.
                Ubrałem się i postanowiłem opuścić w końcu swój pokój i porozmawiać z paroma osobami o tym, co należy teraz zrobić, chociaż sam nie byłem tego pewien. Przed gabinetem Feline stało parę ludzi i gdy mnie zobaczyli zareagowali różnie – jedni wydawali się cieszyć, a drudzy otwarcie spoglądali na mnie z nienawiścią. Minąłem ich i wszedłem bez pukania do kwatery Feline. Za biurkiem siedział Krzysiek, tymczasowy zastępca, oraz paru strażników.
- Olaf! W końcu wstałeś, dzięki stary – powiedział na przywitanie. Widać było na jego młodej twarzy wory pod oczami oraz pogłębione zmarszczki, który musiały oznaczać, że tej nocy nie spał.
- Każ tu przyprowadzić Kubę – powiedziałem siadając niedaleko niego.
- Po co? – zapytał, ale gdy zobaczył mój zniecierpliwiony głos to natychmiast wykonał rozkaz.
Czekaliśmy około dziesięciu minut, aż strażnicy przyprowadzą swojego towarzysza, ale w końcu zobaczyłem obitą przeze mnie twarz przepełnioną grymasem złości. Strażnicy trzymali go za ręce żeby nie pozwolić mu zrobić niczego głupiego.
                Podszedłem do niego tak blisko, że czubki naszych nosów prawie się stykały.  Chociaż dalej zgrywał twardziela, to widziałem na jego twarzy coś wyglądającego jak nasionko strachu, a ja byłem doskonałym ogrodnikiem, który z takiego czegoś potrafił stworzyć ogromny ogród.
- Przestaniesz w końcu pajacować i nam pomożesz? – zapytałem.
- Nie mogę na ciebie patrzeć – wycharczał.
- To nie patrzy pedale, tylko nam pomóż. Nasz obóz jest mały i nie możemy sobie pozwolić żeby w tak ciężkiej chwili był jeszcze mniejszy. Ale skoro masz taki problem to nie ukrywam, że będę musiał cię ukarać i to natychmiast, bo jestem kurewsko wkurzony na cały świat i taki wypierdek jak ty na pewno nie zasługuje na moją uwagę, szczególnie jak nie chce mi pomóc – powiedziałem prawie na jednym oddechu ciągle patrząc mu w oczy. Widziałem w nich coraz to większe zwątpienie w własne siły oraz strach.
- I co mi zrobisz? – zapytał.
- Zabiję cię – powiedziałem takim tonem, że usłyszałem jak jego kiszki skręcają się ze strachu.
                Wszyscy obserwowali tę sytuację w milczeniu, ale ja wiedziałem, że już wygrałem.
- Dobra ogarnę się – obiecał Kuba.
- Świetna decyzja Jakubie, szkoda, że zmarnowałeś na nią tyle naszego cennego czasu. Teraz jednak do rzeczy – zacząłem, odwracając się do reszty, a przy okazji wypuszczając mojego wroga z rąk strażników – Feline została porwana przez Złomiarzy. Dobrze widziałem, kto dowodził tą grupą i dobrze znacie tę osobę. To Kamil, skurwiel jakich mało – kontynuowałem.
Ludzie słuchali mnie z uwagą, chociaż była tu aktualnie nieduża grupa, to wciąż była to grupa, którą musiałem zebrać i przekonać do swoich pomysłów.
- Musimy odbić Feline, ale nie damy radę zrobić tego tylko z naszymi ludźmi. Musimy poprosić o pomoc inny obóz. Idealna okazja będzie w Inowrocławiu, gdzie jutro zaczyna się Wielkie Spotkanie Ocalałych! Dlatego będę chciał rozdzielić nas pomiędzy miejscami, tak żeby chronić ten obóz i wysłać delegacje na spotkanie. Tam jestem pewien, że uda mi się zdobyć poparcie w sprawie ostatecznej walki z Złomiarzami. Czas ich w końcu wygonić z tych ziem, jeżeli mamy tu żyć spokojnie – poczułem się podczas przemawiania niczym dowódca, co nie do końca mi się podobało, bo takiej roli nie chciałbym się podejmować, ale wyjątkowo musiałem.
                Chociaż ludzie stojący wokół mnie nie krzyczeli entuzjastycznie, to widać było w ich oczach coś na kształt płomyka nadziei. Miałem nadzieję, że dam radę ich zmotywować do działania i razem pokonamy przeciwności losu, które przed nami się pojawiły.
- Więc jaki jest plan? – zapytał nieśmiało Krzychu.
- Plan jest taki, że biorę ze sobą trójkę ludzi i jedziemy do Inowrocławia. Wiem, że nie słyszeliście za dużo o tym planie, ale uwierzcie mi, że to jest dokładnie to, co planowała zrobić Feline. Wyjedziemy dzisiaj późnym wieczorem, a reszta zachowa wyjątkową ostrożność. Żadnych buntów, zwiadów i wyściubiania nochala poza granicę obozu. Zapasy mamy i będziecie musieli się tu utrzymać. A my postaramy odbić się Feline – przedstawiłem zarys planu.
- Nie lepiej zaatakować najbliższy obóz Złomiarzy? Może akurat znajdziemy tam Feline? Przecież ona może nie przeżyć do czasu aż pojedziesz do tego pieprzonego Inowrocławia i wybłagasz o jakąś pomoc – włączył się Kuba.
- Nie lepiej. Stracimy tylko ludzi. Oni nie zabiją Feline. Jest zbyt ważna w okolicy, szczególnie jak dowiedzą się o połączeniu naszych sił z pozostałymi obozami. Ich przywódczyni nie walnie takiego głupiego błędu – zapewniłem – Pytanie brzmi, czy jesteście w stanie mi zaufać?
                Tym razem cisza zapadła na dużo dłużej. Strażnicy, Krzychu i Kuba wymieniali się spojrzeniami. Bałem się nieco ich reakcji, bo jeżeli nie będą chcieli współpracować to mogłem mieć spore problemy, ale wierzyłem, że tym razem udało mi się ich przekonać. I miałem rację. Wszyscy powoli zaczęli kiwać głowami na znak zgody. Nawet Kuba, który patrzył na mnie spode łba kiwnął zdecydowanie głową. Uśmiechnąłem się szeroko.
- No to działamy! – powiedziałem.
Przez następne godziny zajmowałem się tyloma rzeczami, że ciężko było je zliczyć. Zebrałem wszystkich ludzi w stołówce, a było ich prawie pięćdziesiąt i powtórzyłem to samo, co w kwaterze Feline. Przekazałem oficjalnie dowództwo Krzyśkowi i razem z nim wydałem każdemu mężczyźnie w obozie broń i zestaw amunicji. Przekazałem dokładne instrukcje co mają robić, a czego mają unikać podczas mojej nieobecności. Po tym zająłem się barykadowaniem budynku od środka, zostawiając tylko jedno wejście, które było chronione przez czterech, wydzielonych do tego, strażników.
                Następnie poszedłem zjeść obiad, prawdopodobnie ostatni porządny posiłek przed wyjazdem. Siekiera tym razem nie robił mi problemów i przygotował naprawdę solidną porcję, którą najadłem się po brzegi. Czas leciał nieubłaganie, a ja dalej musiałem przygotowywać rzeczy. Przekazałem klucze do zbrojowni Krzychowi i kazałem mu ich pilnować jak oka w głowie. Później naprawiałem i przestawiałem wiele rzeczy prze generatorze, żeby całkowicie odciąć światła na zewnątrz i aktywować napięcie w płocie. Gdy zakończyłem to wszystko usiadłem na ławce przed szpitalem i odpaliłem papierosa obserwując zachód słońca.
                Byłem dumny z tego co zrobiłem, chociaż zmęczenie dawało się we znaki, a wiedziałem, ze lada chwila będę musiał wybrać osoby, które ze mną pojadą i przygotować auto. Czerwony blask promieni słonecznych przykrywał cały świat całunem, rzucając nieco ponure cienie, które pokryły cały plac przed naszym budynkiem. Obserwowałem cień wypuszczanego z ust dymu i myślałem, czy zrobiłem wszystko, żeby obóz był gotowy na ewentualny atak. Zastanawiałem się też, czy na pewno uzyskamy jakąś pomoc od osób, które będą na spotkaniu, ale jeżeli naprawdę chciały włączyć nasz obóz do swojego to miałem nadzieję, że nie będzie z tym większych problemów.
                Za ogrodzeniem, które na razie było wyłączone, chodziły zombie. Przypomniałem sobie Zszytego, którego zabiłem w drodze do Ostoi i ciarki mnie przeszły po plecach. Ta grupa była tak okrutna i straszna, a co najgorsze zaskakująca, że nie wiedziałem na co tak właściwie mam się przygotować. Podejrzewałem, że nawet teraz przed ogrodzeniem mógł się chować jeden z wrogów, ale nie miałem sił, żeby tego sprawdzić i zresztą miałem nadzieję, że Zszyci nie wiedza jeszcze, że my o nich wiemy, przez co będą obserwować zamiast atakować.
                W końcu zdecydowany na to, co chcę zrobić poszedłem znaleźć osoby, które chciałem ze sobą zabrać. Sam nie wiedziałem, co mną kierowało, gdy podszedłem do Kuby i poprosiłem go o pojechanie ze mną, wraz z dwoma kumplami. Byłem teraz zdany na ich łaskę, a dodatkowo osłabiałem obóz o trzech solidnych obrońców, ale wiedziałem, że jeżeli misja ma mi się udać to tylko i wyłącznie przy pomocy tej trójki. Znalazłem ich w jednym z pokoi, gdzie grali w karty.
- Jedziemy – powiedziałem bez ogródek.
Zobaczyłem zdziwienie na ich twarzach.
- Gdzie? – zapytał głupio Kuba.
- Przecież dobrze wiesz gdzie. Pakujcie się i za piętnaście minut wyjeżdżamy. We czterech – stwierdziłem i wyszedłem nie czekając na ich dalszą reakcję.
                Zastanawiałem się, czy mnie posłuchają, ale całe szczęście po parunastu minutach zobaczyłem jak wspólnie opuszczają budynek. Byłem świadkiem sceny, jak młoda dziewczyna z naszego obozu, o imieniu Kasia całuje na pożegnanie Kubę. Miłość kwitnie, pomyślałem. Gdy pożegnania się skończyły, a drzwi szpitala zostały zamknięte, zaczęliśmy sprawdzać ostatnie rzeczy w naszym aucie. Paliwo, zapasy i cała reszta była gotowa, więc w końcu wsiedliśmy. Kuba zasiadł na miejscu kierowcy, ja na prawo od niego, a jego kumple usiedli z tyłu.
                Wyjechaliśmy zamykając za sobą bramę i totalnie olewając zombie, które zbierały się w pobliżu. Ruszyliśmy do przodu, a ja patrzyłem przez szybę na nasz obóz i uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Wyglądał teraz na całkowicie opuszczony, bez żadnych śladów tego, że w środku ukrywa się czterdziestu ludzi. Budynek zniknął jednak dosyć szybko, a my labiryntami uliczek powoli opuszczaliśmy Płońsk w drodze na Inowrocław. Nie wiedziałem dlaczego, ale miałem wyjątkowo dobry humor, chociaż wiedziałem, że sytuacja jest całkiem beznadziejna. Feline była uwięziona, a Złomiarze mieli ogromną przewagę w naszej wojnie. Co gorsza byli też Zszyci.
                Wyjechaliśmy z Płońska i jechaliśmy powoli i spokojnie, żeby nie ściągać na siebie zbyt dużej uwagi. Wiedziałem, że mogło tu się kręcić mnóstwo wrogów, a do Inowrocławia mieliśmy podobną trasę do przejechania jak do Torunia. Pierwsza godzina jazdy była całkowicie spokojna, nie licząc małej grupki zombie, którą musieliśmy wyminąć na drodze. Całe szczęście trupy jadły coś na poboczu i nie były zbytnio zainteresowane naszą obecnością. Po jakimś czasie stanęliśmy na chwilę wysikać się i rozprostować kości. Była to idealna decyzja, bo zgasiliśmy do tej akcji samochód, a po chwili usłyszeliśmy dźwięk silnika.
- Padnij! – krzyknąłem i momentalnie wszyscy wskoczyliśmy w okoliczne krzaki. Byliśmy akurat na spokojnym poboczu, gdzie po jednej stronie był las, a po drugiej pole. Co prawda nasze auto stało na widoku, ale przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej prędkości jazdy, osoby, które były w pobliżu mogły nas nawet nie zauważyć przejeżdżając obok.
 Czekaliśmy w całkowitej ciszy licząc na to, że nic się nie stanie. Miałem pistolet w ręce i byłem gotowy do bronienia się. Auto zdecydowanie nadjeżdżało z lewej strony, czyli ze strony, w którą mieliśmy jechać i staraliśmy się je znaleźć wzrokiem, ale nie było to łatwe. Chociaż droga była prosta to ocalali, którzy tam jechali musieli być tak sprytni jak my i nie używać świateł. Z drugiej strony nie chcieli, żeby ich widziano, więc prawdopodobnie też się czegoś bali. To dało mi jako taką nadzieję, że to nie byli Złomiarze.
                Po chwili z lewej strony wyjechał terenowy, czarny wóz. Jechał powoli i przekląłem kiedy zauważyłem, że zatrzymuje się przy naszym aucie. Kuba już chciał wstawać, ale zatrzymałem go dając znak, żeby się nie ruszał. Musieliśmy zobaczyć z kim mamy do czynienia, zanim cokolwiek zrobimy. W aucie nagle zapaliło się światło i zauważyliśmy trzy osoby. Było to trzech mężczyzn. Jeden z nich był starszy ode mnie, widać było spore pasma siwizny na jego włosach. Drugi z nich, był zdecydowanie charakterystyczny – ładnie ubrany, z czarną, bujną czupryną oraz lekko zgarbioną postawą. Ostatni, który jak zauważyłem teraz, był związany, miał wytatuowane ręce i sprawiał wrażenie typowego mięśniaka.
                Wysiedli z samochodu i zaczęli się krzątać przy naszym wozie. Nagle ten najstarszy się odezwał.
- Damian jak widzisz przeżycie trzech dni nie będzie ciężkie, jak nawet na zwykłej drodze stoi sobie działające auto.
- Nie zasłużyłem na wygnanie. Te skurwiele z Ostoi nas zniszczą. Zobaczycie – próbował się bronić utatuowany.
- To już jest tylko i wyłącznie decyzja Bena. Na pewno nie twoja – wtrąci się garbaty.
- I co? – zapytał żałośnie mięśniak – Zostawicie mnie nawet bez pierdolonej broni?
- W Inowrocławiu siałeś zniszczenie przy użyciu pięści, więc tutaj też sobie dasz radę… - stwierdził siwiejący mężczyzna – Zresztą jak mówiłem masz tutaj auto, co daje ci ogromną przewagę.
                Nie mogłem już tego słuchać, a kiedy zobaczyłem, że mięśniak zwany Damianem zostaje uwolniony i podchodzi do auta wstałem i wymierzyłem pistoletem. Cała trójka, która była ze mną zrobiła to samo. Mężczyźni byli całkowicie zaskoczeni. Mięśniak chciał uciec, ale jeden z naszych wystrzelił w górę i ten w panice potknął się o zderzak auta, upadł i znieruchomiał.
- Łapska do góry! – powiedziałem najbardziej bandziorskim głosem jakim potrafiłem.
Obaj mężczyźni grzecznie się nas posłuchali.
- Siadać. Mam do was parę pytań – powiedziałem. Kumple Kuby złapali mięśniaka i go ponownie związali, a ja i mój dotychczasowy wróg patrzyliśmy na ocalałych, którzy bacznie nas obserwowali.
- Nie zabijajcie nas. Nie mamy nic cennego i nie mam również złych zamiarów. Myśleliśmy, że to puste auto, w życiu byśmy go nie wzięli, gdybyśmy wiedzieli, że… - zaczął, ale przerwałem mu odbezpieczając pistolet.
- Zamknij się! Powiedziałem, ze to ja będę zadawał pytania! – krzyknąłem, mając nadzieję, że wystraszyłem ich solidnie.
                W końcu gdy zapadła cisza odezwałem się.
- Jesteście z Inowrocławia? – zapytałem.
- Tak – odpowiedział garbaty – Na mnie mówią Garbus, a mój towarzysz to Konrad. Ten związany mężczyzna  to Damian – dodał szybciej, niż mu zdołałem przerwać.
- Dlaczego go wywozicie? – ciekawość wzięła górę i spuściłem nieco z tonu, szczególnie, że mężczyźni nie wydawali się być specjalnie groźni, a jak byli z Inowrocławia to wręcz powinniśmy ich traktować z szacunkiem. W końcu oni mieli nam pomóc.
- Złamał zasady panujące w obozie, więc wysłaliśmy go na karę – wytłumaczył Konrad.
- Co prawda jego los kompletnie mnie nie obchodzi, ale teraz pojedziecie z nami. Wszyscy. Jestem Olaf i reprezentuje obóz w Płońsku. Chcemy się tam dostać na Wielkie Spotkanie Ocalałych – powiedziałem niskim głosem akcentując każde słowo.

środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 12: Dwie Strony

Rozdział 12, kolejny z perspektywy Magdy. Czytajcie uważnie bo są tu pewne wydarzenia (szczególnie pod koniec rozdziału), które powiedzą wam trochę o losie pewnej postaci, który poznacie dopiero w kolejnym rozdziale za 5 dni. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, miłego czytania ;)

----------------------------------------------

Rozdział 12 (Magda): Dwie strony


                Nie pamiętam kompletnie drogi z więzienia gdzie doszło do masakry. Jedyny fakt, który utrzymywał mnie przytomną to Jakub idący obok mnie. Człowiek, który miał być skazany, a został uwolniony przy mojej pomocy. Jeżeli wpadlibyśmy na jakiś patrol to prawdopodobnie byłoby po nas. Rana w nodze bolała i krwawiła, ale przyłożyłam do niej chustkę próbując chociaż odrobinę zatamować krwawienie. Czułam też przeszywający ból po lewej stronie twarzy, gdzie zostałam kopnięta. Z pewnością będę miała siniaka, a być może okaże się, że mam złamany nos lub szczękę.
                To co jednak było najbardziej szokujące to fakt, że zabiłam człowieka, oraz przyczyniłam się do śmierci dwóch kolejnych. Było to naprawdę dziwne uczucie. Pozbawić kogoś życia to jakby okraść go z najbardziej cennej, a wręcz bezcennej rzeczy. Musiałam jednak działać bo inaczej sama bym zginęła, a miałam dla kogo żyć. Musiałam jednak coś zrobić, bo jeszcze jedna niebezpieczna zachcianka Dziary i będzie mnie to kosztowało życie.
                Szliśmy jedną z pustych uliczek. Robiło się powoli ciemno, chociaż słońce dawało jeszcze wystarczająco ilość światła, więc latarnie się jeszcze nie paliły. Nagle usłyszałam kroki i podniesione głosy. Byliśmy całkiem niedaleko Placu Głównego, gdzie było teraz przemówienie. Słyszałam odległy, wzmocniony przez megafon i głośniki, głos Karła. Nie potrafiłam wyłapać słów, bo szumiało mi w głowie, a serce wydawało się bić tak głośno, że myślałam, że ogłuchnę. Głosy były coraz głośniejsze, ale Jakub zachował czystość umysłu i pociągnął mnie do jednego z zaułków, gdzie schowaliśmy się, za kartonami.
                Noga zaczęła mi powoli drętwieć, a mi robiło się ciemno w oczach. Kobieta zraniła mnie dosyć głęboko w udo i rana bolała straszliwie. Obserwowaliśmy w ciszy jak dwójka strażników idzie tam, skąd przed chwilą przyszliśmy my i bez żadnych podejrzeń mijają zaułek. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, żeby przypadkiem nie wpaść na inną grupę.
- Idziemy do kościoła tak? – zapytał Jakub.
- A tak ci powiedział Dziara? – zapytałam.
- No – odpowiedział krótko.
- W sumie dobrze, katedra jest ulicę dalej – powiedziałem.
- To chodźmy dziewczyno – powiedział.
                Nie byłam pewna czy Jakub wie jaką rolę ma odegrać, ale podejrzewałam, że pogodził się ze swoim losem i jedyne co chce osiągnąć to zemsta na Karle i całej władzy Torunia. On wciąż uważał, że to nie on zabił Natalię, w co nie wierzyłam. To on był przy ciele i to musiała być jego wina. Ale nie uratowałam go, żeby go oceniać, tylko realizować plan Dziary i uwolnić brata. Zastanawiałam się, czy Dziara mnie nie oszuka, ale w sumie po śmierci Karła nie powinien mieć ku temu powodu.
                Trafiliśmy w końcu na odpowiednią uliczkę. Opadłam na chwilę na kolano, ale szybko się podniosłam. Nagle przypomniałam sobie o czymś, chwilę przed wejściem do środka.
- W środku nikogo nie będzie? – zapytałam.
- Nie. Twój szef mi mówił, że w ten dzień przygotuje to miejsce dla nas – zapewnił kanibal.
- Kiedy z nim rozmawiałeś?
- Parę dni temu – odpowiedział – Przyszedł do mnie z Bobrem i tych fiutem w kapeluszu – miał na myśli z pewnością Szeryfa.
Uchyliliśmy po cichu drzwi i wślizgnęliśmy się do środka. Dźwięk zamykających się drzwi odbił się echem od ścian budynku. Było tutaj rzeczywiście pusto, ale też pięknie. Wielkie witraże, obrazy oraz figury sprawiały, że całość prezentowała się naprawdę nieźle. Nie miałam czasu podziwiać, bo czułam, że zaraz zemdleję, a noga bolała mnie już tak, że nie dawałam rady nią normalnie poruszać, więc podskakiwałam niestabilnie na jednej.
                Schowaliśmy się w magazynie, który znajdował się po prawej stronie, przy jednym z konfesjonałów. Było tu parę mioteł, zapas wina mszalnego oraz kilka innych, mało ważnych rzeczy. Opadłam ciężko podwijając nogawkę spodni, żeby obejrzeć ranę. Wyglądało to średnio ciekawie, cięcie znajdowało się kawałek nad kolanem.
- Muszę stąd iść – wyszeptałam.
- Może poleje ranę tym winkiem? Na pewno to ci pomoże – zaproponował.
- Zrób to – wysyczałam. Nie mogłam po prostu zgłosić się do lecznicy, bo od razu skojarzyliby moją ranę z tym co się stało w więzieniu. I tak mogłam być podejrzana, bo nikt nie widział mnie na apelu, ale z tego jeszcze dało się jakoś wywinąć.  Jakub podszedł i przy pomocy mojego noża przeciął folię, którą była owinięta skrzynia z butelkami czerwonego trunku. Wziął pierwszą lepszą i dosyć sprawnie odkorkował ją ostrzem, po czym podał broń z powrotem mi.
- To może zaboleć – ostrzegł po czym pociągnął łyka, a następnie polał po mojej nodze. Pierwsze czego pożałowałam, to fakt, że nie miałam żadnego knebla i ugryzłam się do krwi w język. Następnie pożałowałam, że wplątałam się w tą aferę z Dziarą, a potem zemdlałam.
                Obudziłam się w łóżku. Nie swoim łóżku.  Szybko zorientowałam się, że jestem w Kwaterze Głównej. Próbowałam się podnieść, ale natychmiastowo poczułam przeszywający ból w nodze. Byłam ubrana w koszulkę, w której byłam oraz majtki. Moje spodnie wisiały na krześle obok łóżka. Rana na nodze była opatrzona i zabandażowana. Dotknęłam delikatnie dłonią policzka i tam poczułam bolesną opuchliznę. Jak ja to zakryje przed ludźmi w Ostoi?
- Nie martw się, nasmarowałem to maścią, a nogę opatrzyłem – powiedział mężczyzna, którego z początku nie poznałam, ale po chwili umysł mi się rozjaśnił. To był Jan, przywódca Gangu.
- Ile spałam? – zapytałam.
- Dziara przyniósł cię tu wczoraj wieczorem, prosto z kościoła. Dobrze się spisałaś – powiedział. W sumie był całkiem przystojny, miał na oko trzydzieści lat, ładne, piwne oczy oraz przystrzyżony zarost. Był jednak złym człowiekiem i moje chwilowe zauroczenie jego postacią szybko zniknęło.
- Gdzie on jest? – zapytałam.
- Zaraz tu przyjdzie i powie ci co dalej – powiedział uśmiechając się. Nie chciałam, żeby przychodził. To nie oznaczało nic dobrego.
                Jan spoglądał za okno na ulicę Ostoi. Przyszło mi do głowy pewno pytanie i zadałam je szybko.
- Kim ty właściwie jesteś?
Mężczyzna spojrzał na mnie. Zobaczyłam coś w jego oczach, ale ciężko było powiedzieć, co to znaczyło.
- Kimś, kto próbuje przywrócić porządek temu miejscu – odpowiedział tajemniczo.
- Myślisz, że zabicie Karła da ten porządek?
- Wiem jak patrzysz na tą sytuacje, ale uwierz, że Karzeł to strasznie słaby człowiek, który nie jest w stanie przewodzić tym miejscem. To miejsce musi być twarde i niezłomne. Nie uda się to, jeżeli na czele nie będzie stał Dziara – powiedział.
- Jesteście złymi ludźmi… wszyscy – szepnęłam.
- Tylko tacy potrafią przeżyć – wytłumaczył.
- Dokładnie! – powiedział Dziara wchodząc do pokoju –Dzień dobry Magdo, świetnie się spisałaś! Chociaż dziwi mnie to, że jesteś aż w tak kiepskim stanie – dodał po chwili siadając po drugiej stronie łóżka.
- Kogo podejrzewają? – zapytałam.
- Jakuba. Oficjalna wersja mówi, że kanibal zbratał się z resztą więźniów, zabili wspólnie strażnika, a następnie on zabił resztę i uciekł. Chowa się w jednym z magazynów kościoła, tam gdzie go zostawiłaś. Zaniosłem mu tam trochę jedzenia i picia oraz koce i ubrania. Jest teraz ważnym elementem w walce z Karłem – odpowiedział.
- Co teraz mam zrobić?
- Odpoczywać. Jutro będzie święto Ocalałych, wtedy przyjdzie czas na jedną z cięższych części planu, ale pamiętaj, że każda rzecz to krok bliżej do uwolnienia twojego brata – powiedział uśmiechając się.
- Nie wiem, czy dam radę powtórzyć coś takiego jak dzisiaj… Musiałam zabić człowieka i jeszcze ta cholerna noga – mówiłam patrząc mu prosto w oczy.
- Dzisiaj cię podkurujemy, a jutro zrobisz co trzeba i schowasz się gdzieś. Jutro będzie gorąco. Radzę ci po prostu to przeczekać w jakimś bezpiecznym miejscu -  poradził.
                Bałam się jutrzejszego dnia bardziej, niż czegokolwiek w moim życiu. Ale obiecałam sobie, że będę silna. Ludzie, którzy mnie otaczali, nawet Bobru czy Erni, byli tylko moimi przyjaciółmi, a walczyłam o swoją rodzinę. To było coś wielkiego i coś ważnego. Musiałam to pamiętać. Co prawda nie chciałam, żeby coś się stało moim przyjaciołom, ale byłam gotowa poświęcić wiele. To jak zmieniłam się w przeciągu ostatnich tygodni było niesamowite. Z przemądrzałej dziewuchy zmieniłam się w dziwny wrak człowieka.
- Pamiętaj, że obiecałeś mi brak ofiar z moich przyjaciół – przypomniałam.
- Pamiętam – zapewnił.
- Bobru wrócił? Albo Ernest? – zapytałam.
- Niestety jeszcze nie – odpowiedział, wstając i podchodząc do okna. Widać było, że o czymś myślał.
- To już cztery dni, czy to normalne? – zapytałam.
- Jak najbardziej. Agnieszka wróciła wczoraj po tygodniu wyprawy na Pierwszy Posterunek. Cała i zdrowa. To samo będzie z Czerwonymi Flarami oraz Zbłąkanym Ocalałym – powiedział.
- Mam nadzieję – wyszeptałam.
                Dziara i Jan opuścili pokój zostawiając mnie samą. Sama ze swoimi problemami. Nie mogłam się zwierzyć nikomu, bez narobienia większej ilości problemów lub spotkania się z niezrozumieniem. Miałam nadzieję, że Krystian nie martwił się, że nie wróciłam na noc do swojego mieszkania. Na pewno mnie szukał. Położyłam się, starając się odpocząć. Jeżeli jutro czekało mnie więcej pracy musiałam jak najbardziej się wykurować. Przez chwilę chciałam zawołać Dziarę i spytać, czy pozwoliłby mi może porozmawiać z bratem, ale wiedziałam, że nie pozwoli.
                Zasypiałam i budziłam się na zmianę. Pamiętam, że dwa razy przynosili mi jedzenie, a raz poszłam do toalety. Większość sił odzyskałam dopiero następnego dnia rano. Stałam o własnych siłach, ale wciąż kulałam. Opuchlizna z twarzy zeszła praktycznie całkowicie i dowiedziałam się, że to na pewno nie jest złamanie. Ucieszyło mnie to. Zawsze cieszyłam się z małych rzeczy. Zeszłam na dół i zastałam przy stole Dziarę, ubranego nieco bardziej elegancko, ale wciąż w jego stylu.
- Witaj, jak się czujesz? – zapytał.
- Lepiej… - powiedziałam utykając w stronę krzesła.
- To dobrze. Twoje zadanie dzisiaj jest proste, raczej nie powinnaś podczas niego poważnie ucierpieć. Będzie ci potrzebne to – powiedział wyjmując z szuflady paczuszkę. Podejrzewałam co to mogło być i Dziara utwierdził mnie w moich przekonaniach – To jest ładunek wybuchowy. Podłożysz go pod północną barykadę, tam gdzie są twoi przyjaciele, oczywiście nie będzie ich tam w momencie wybuchu – zapewnił widząc sprzeciw na mojej twarzy.
- Po co? – spytałam przerażona.
- Musimy zwiększyć dramaturgię całego wydarzenia, dodając zombie oraz dodatkowych członków Gangu.
- Oszalałeś?
                Dziara podniósł się i uderzył pięścią w stół.
- Nie mów mi jak mam rządzić i planować. Masz zrobić to, co ci każe! – krzyknął, a na jego twarzy pojawił się grymas. Teraz zauważyłam, że z pewnością nie radzi sobie tak dobrze jak by chciał. Sytuacja wymykała mu się spod kontroli.
- Spokojnie Dziara – włączył się do rozmowy Jan, który zszedł z piętra zapinając koszulę.
- Nie schodź tutaj. W każdej chwili ktoś z Czerwonych Flar może tu przyjść – powiedział Dziara.
- Spokojnie, są zajęci przygotowaniami. A warto, żebym był przy tej rozmowie – wytłumaczył spokojnie Jan.
Dziara przez chwilę wydawał się być na tyle zdenerwowany, że mógłby uderzyć Jana, ale po chwili westchnął głośno i skierował swe spojrzenie na mnie.
- Podłożysz te ładunki i uciekniesz. Kilku ludzi Jana podejdzie z nieduża grupką zombie pod barykadę i podczas zamieszek jedno jest pewne. Nie możemy zabić Karła ­– powiedział.
                Nagle przestałam całkowicie rozumieć to co się dzieje.
- Chwila… - zaczęłam.
- Wiem o co chcesz zapytać. Nie. Nie zabijamy Karła. Naszym celem jest uświadomienie Karłowi, że Gang został pokonany. Dlatego też podczas walk zginie Jan – dodał.
Spojrzałam na Jana, ale ten tylko uśmiechnął się do mnie tajemniczo. Czy oni wszyscy oszaleli? Może tak naprawdę dostałam tak mocno w głowę w więzieniu, że zapadłam w śpiączkę, a to wszystko nie dzieje się naprawdę?
- I ty, tak po prostu się na to zgadzasz? – zapytałam Jana.
- Tak. To część planu. Zobaczysz sama – powiedział.
- Dobrze, wszyscy znają swoje role. Weź te ładunki i podłóż je, gdy zabiją dzwony. Będzie to inna pora niż zazwyczaj i to będzie oznaczało, że barykada jest czysta, a my gotowi do akcji. Dziesięć minut po uderzeniu dzwona zacznie się atak. Wtedy najlepiej się gdzieś schowaj. Reszta twoich znajomych, o ile się nie będzie głupio wychylać, powinna przeżyć bez problemu – zapewnił – A teraz idź już. Nie zostało dużo czasu.
                Nie musiał mi powtarzać dwa razy. Lekko kulejąc podeszłam do drzwi i zamknęłam je z impetem za sobą. Słońce oślepiło mnie na chwilę po wyjściu. Ostoja tętniła życiem. Już na uliczce przed Kwaterą Główną dało się to poczuć. Patrole straży chodziły w tą i w tamtą, a na latarniach wisiały czerwone flagi z naszywkami „T.O.O”. Ruszyłam pewnym krokiem w stronę Placu Głównego, żeby zajść na chwilę do mieszkania, przebrać się w coś normalnego i wziąć broń. Łuk mógłby wydawać się podejrzany, ale sprytnie ukryty pistolet był świetną opcją. Miałam nadzieję, że ludzie z Gangu szybko zostaną zniszczeni. Nie kibicowałam ani im, ani Dziarze. Marzyłam tylko, żeby stąd uciec z bratem, nawet jeżeli nikt inny nie będzie chciał za mną pójść. Nie byłam ważną postacią w tej grze. Byłam tylko pionkiem.
                Po przepakowaniu się ruszyłam w stronę ławek na Placu Głównym. Było to zawsze tętniące życiem miejsce. Szczególnie teraz. Edek, miejscowy elektryk, zawieszał na drabinie ze strażnikami oraz paroma innymi osobami różne ozdoby. Mnóstwo ludzi krzątało się przy jednym z budynków, przed którymi stały długie stoły. Impreza miała odbywać się na zewnątrz, na placu, ale w razie problemów z pogodą, przygotowano również stanowiska w budynkach, które do tej pory nie pełniły specjalnie ważnej funkcji. Teraz poruszało się po nich mnóstwo ludzi i aż miło było na to popatrzeć. Ciekawe ile z nich zginie przez to co mam zamiar zrobić.
                Mogłam zawsze pobiec teraz do Łapy i Sołtysa i spróbować zrobić rewolucję. Ale wątpiłam, żeby wyszło mi to na dobre. Nie chciałam być samolubna, ale ciągle uważałam, że życie mojego brata jest ważniejsze od życia tych ludzi. Siedziałam tak dalej obserwując co się dzieje, gdy nagle ktoś do mnie podszedł. Był to Szeryf. Jak zwykle wyprostowany, pewny siebie i noszący kapelusz oraz przyciemniane okulary. Usiadł obok mnie.
- Wybacz, że ci przeszkadzam Magdo, ale mam do ciebie parę pytań – zaczął.
- Co się stało? – zapytałam.
- Muszę wiedzieć, czy wiesz coś o poczwórnym morderstwie w więzieniu? – wypalił prosto z mostu.
Jak na zawołanie zapiekła mnie rana w nodze.
- Nie… byłam zajęta jak to się działo – wytłumaczyłam, słabo przekonująco.
- Hmm… pozwolisz, że zapytam co ci się stało w nogę?
Poczułam, że się czerwienie. Czy on wiedział?
- Skaleczyłam się i opatrzono mnie, nic poważnego – odpowiedziałam.
- Hmm byłem przed chwilą w szpitalu i lekarze mówili, że nie było tam ciebie. Jesteś pielęgniarką? – kontynuował przesłuchanie, nie robiąc sobie nic z moich tłumaczeń.
- Sołtys mi pomógł, zna się na tym, a nie chciałam przeszkadzać lekarzom tylko przez moje niezdarstwo – skłamałam bez mrugnięcia okiem – Znaleźliście już Jakuba? – zmieniłam temat.
- Niestety nie. Trochę to wszystko podejrzane, ale wierzę ci. Nie wyglądasz mi na osobę zdolną do zamordowania czterech osób, zresztą jaki byś miała w tym cel? – zapytał po czym się roześmiał krótko.
- Dokładnie – odpowiedziałam – Przepraszam, ale muszę już iść, jestem umówiona – stwierdziłam, oceniając, że warto byłoby się stąd zmyć i jak najszybciej dotrzeć w okolicę barykady, żeby być gotowa do akcji.
- Nie zatrzymuje i życzę miłej zabawy na Święcie Ocalałego! – zawołał, gdy byłam już parę kroków od niego.
                Ruszyłam szybciej pomimo bólu nogi, bo wiedziałam, że jeżeli się spóźnię to cały plan legnie w gruzach. Nie rozumiałam dlaczego Gang jest gotowy oddać życie, na czele z Janem, ale byłam pewna, że stoi za tym jakiś większy plan. Każde działanie Dziary miało dwie strony – z jednej strony niszczyło, a z drugiej budowało. Tylko czy to coś, co było budowane to pokój czy jeszcze większe zniszczenie? To była zagadka.
                Weszłam w tą, zazwyczaj ciemną część Torunia, ale teraz było jeszcze w miarę jasno. Postanowiłam spędzić trochę czasu chodząc po ulicach i obserwując. Gdy w końcu zaczęło się robić ciemno ludzie coraz gęściej zbierali się w centrum. Ja jednak pozostawałam na obrzeżach gotowa do działania. Pistolet ciążył mi w kieszeni i dawał dziwne poczucie pewności, że wszystko się powiedzie. Miałam nadzieję, że tak będzie.
                Nagle zabił dzwon. Święto się rozpoczęło, jak również moja praca. Ruszyłam powoli w stronę barykady i schowałam się w cieniu, gdy mijali mnie Kamil, Gigant oraz Dymitr. Cała trójka została wezwana do Dziary, żeby załatwić mi wolne pole do popisu. Miałem w kieszeni paczkę z ładunkiem wybuchowym. Było to pewne ryzyko, ale wracanie się po niego, kiedy na placu kręciło się tyle osób, było jeszcze gorsze. Dlatego teraz z coraz większymi obawami, oraz paczką w ręce szłam do barykady. Wyglądała ona niesamowicie stabilnie i zastanawiałam się przez chwilę gdzie wepchnąć ładunek, żeby ją zniszczyć. Po chwili postanowiłam, że umieszczę go pomiędzy workami piachu, po wewnętrznej stronie, przy bramie. To powinno zdecydowanie narobić największych zniszczeń.
                Drżącą ręką wyjęłam z paczki długi ładunek, który po odpaleniu dawał mi pół minuty na ucieczkę. Poczekałam jeszcze chwilę, chcąc zsynchronizować atak z ludźmi z Gangu, którzy mieli zaatakować dziesięć minut po dzwonie. W końcu nastawiłam licznik i uruchomiłam zapalnik. Usłyszałam piknięcie. Ręce mi drżały tak mocno, że o mało nie opuściłam ładunku, co byłoby raczej nieprzyjemne w skutkach dla mnie. Ogarnęłam się jednak i włożyłam go pomiędzy worki z piaskiem, po czym starając się biec, uciekłam w drugą stronę. Miałam wrażenie, że w każdej chwili ogłuszający wybuch nastanie i zmiecie barykadę razem ze mną. Gdy tylko trafiłam za róg, wbiegający w inną uliczkę, usłyszałam wybuch. Był on na tyle głośny, że z pewnością nawet świętujący go usłyszeli.
                Wyjrzałam ostrożnie za róg i stwierdziłam, że barykada zniknęła w oparach pyłu i dymu. Wydawało mi się, że zasłona, jaka powstała, zasnuła to miejsce na zawsze, ale po chwili zobaczyłam, że dym opada, a za nim widzę nadchodzące trupy oraz grupkę ludzi. Uciekłam za róg, gdy nagle usłyszałam strzały z środka miasta. Teraz żałowałam, że nie ostrzegłam nikogo, ale co miałam niby powiedzieć? Wszystko brzmiałoby podejrzanie. Musiałam znaleźć bezpieczne miejsce. Przebiegłam przez jedną z ciemnych uliczek, niedaleko biura i miejsca gdzie zginęła Natalia, a następnie skręciłam do uliczki, na której się coś działo.
                Po jednej stronie, przy kontenerach, znajdowało się parę osób, które natychmiast rozpoznałam. Był tam Dymitr, Łysy, Karzeł, Szeryf oraz dwójka strażników. Po drugiej stronie,  było trzech ludzi z Gangu, którzy korzystając z karabinów strzelali gdzie popadnie. Dymitr i Karzeł wycofywali się powoli, ale reszta nie zaprzestawała ostrzału. Zszokowana wyciągnęłam pistolet, ale nie oddałam żadnego strzału. Karzeł podbiegł do mnie razem z Dymitrem i chowając się za róg, gdzie byłam, zaczęli przeładowywać.
- Co się do cholery dzieje? – zapytał mężczyzna z kozią bródką, który przybył tu na pokładzie Zbłąkanego Ocalałego.
- Jak oni się tu dostali? Mieliśmy pokój, a oni nas zaatakowali… - majaczył Wojciech, przywódca Ostoi.
- Słyszeliście ten wybuch? – zapytałam.
- Tak. Z pewnością atakują którąś z barykad… - powiedział Dymitr nagle uświadamiając coś sobie.
- Czemu nie jesteś na barykadzie? – zapytał Karzeł, nagle również rozumiejąc sytuację.
                Zanim odpowiedział usłyszeliśmy kolejne strzały, które skutecznie go zagłuszyły.
- Podobno mieliśmy być tutaj, a ktoś miał nas zastąpić! – krzyknął.
- To ten ktoś was oszukał. Musimy szybko działać! – krzyknął Karzeł.
                Nagle na ulicy, z której przyszłam, pojawili się ludzie. Trzech uzbrojonych członków Gangu wymierzyło w nas. Oddaliśmy po strzale, po czym wycofaliśmy się na ulicę, gdzie Szeryf i reszta odpierali atak i wypchnęli przeciwników bardziej w stronę Placu Głównego. Zobaczyłam nagle, że z ulicy, która prowadziła do biura, czyli z naszych tyłów, nadbiegały kolejne postacie. Całe szczęście nie był to nikt z Gangu. To był Sołtys oraz Łapa. Staruszek miał plamę krwi na ramieniu, a Łapa wyglądała jakby była w swoim żywiole.
- Na Placu Głównym jest mnóstwo zombie! Wyeliminowaliśmy jednak paru ludzi z Gangu i czyścimy teraz Plac! – zgłosiła Łapa, podchodząc do Karła.
- Złapaliście ich przywódcę? ­ - zapytał Karzeł wychylając się i atakują trójkę nadchodzącą z uliczki, którą przyszłam.
- Raczej nie, wszyscy wyglądali tak samo – odpowiedziała.
Nagle zobaczyliśmy zombie, które szły z okolic tej uliczki, na której trójka członków Gangu próbowała nas odciąć. Sami członkowie przeszli na ulicę gdzie był Łysy, Szeryf oraz jeden strażnik, bo drugi już nie żył. Zajmując pozycję przy budynku zaczęli strzelać w naszych z dwóch stron. Łapa natychmiast wymierzyła z pistoletu i postrzeliła jednego z Gangu, oraz zabiła parę zombie.
- Musimy jak najszybciej dostać się do północnej barykady i stamtąd czyścić zombie, zanim rozejdą się po całej Ostoi! – krzyknął Karzeł.
- Przebijmy się więc przez ta ulicę! – krzyknęła Łapa pokazując ulicę przed nami gdzie rozbrzmiewały strzały.
                Wtedy zobaczyliśmy jak Łysy upada trafiony w klatkę piersiową, gdzieś pod pachą. Sołtys widząc to natychmiast wybiegł i trzymając się ściany zaczął biec w jego stronę. Łapa również dołączyła do ataku, a chwilę po niej wybiegł Dymitr. Nie czekając pobiegłam za nimi. Łapa i Dymitr starali się unikać zombie, które były dosłownie wszędzie i eliminować członków Gangu. Sołtys podbiegł za osłonę, gdzie był Łysy i rozrywając rękaw swojej koszuli, przyłożył materiał do rany. Zombie wydawało się być coraz więcej, a ja nie wiedziałam co robić. Panował kompletny chaos, a Karzeł gdzieś znikł. Stanęłam przy jeden z przeszkód, niedaleko Szeryfa i zaczęłam strzelać do dwóch ostałych ludzi z Gangu. Nagle usłyszałam krzyk Szeryfa.
- Tamten to ich przywódca! Strzelajcie do niego! – ryczał, wskazując człowieka w długim płaszczu i bandanie. Rzeczywiście wyróżniał się spośród reszty. To musiał być Jan. Łysy wyglądał coraz gorzej, a plama krwi rosła. Wyrwał się jednak z rąk Sołtysa i wybiegł na sam środek drogi, nie korzystając z żadnych osłon. Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam, że zombie coraz bardziej nas otaczają, ale z Gangu przy plecach zostali zabici.
                Łapa poruszała się ostrożnie i szybko eliminowała kolejne zombie, chociaż było ich wciąż sporo. Parę podeszło blisko mnie, więc też musiałam walczyć. Sołtys odpierał ataki po drugiej, równoległej, stronie ulicy. Łysy jednak zaskoczył wszystkich. Pomimo rany podniósł karabin i puścił się biegiem w stronę dwóch ostatnich wrogów w tym sektorze. Jednego zdjął praktycznie z biegu, zatrzymując się tylko żeby przycelować, a na drugiego rzucił się i obalił. Krwawił obficie, ale nie poddawał się. Przeskoczyłam osłonę i zaczęłam biec w jego kierunku. To samo zrobił Sołtys. Biegliśmy i patrzyliśmy z coraz bliższej odległości, jak Łysy podnosi się i wyjmując nóż krzyczy.
- Pójdziecie na dno razem ze mną skurwysyny! – adresując słowa do ludzi z Gangu. Zobaczyłam tylko szybkie pociągnięcie i po chwili chlusnęła na ulicę fontanna krwi, z szyi Jana. Nie widziałam jego twarzy, ale bandana natychmiastowo zmieniła kolor z szarej na ciemnoczerwoną. Łysy upadł chwilę później trzymając ranę i próbując uniknąć nieuniknionego. Łapa zawołała mnie i odwróciłam się. Kazała mi do siebie podejść. Sołtys już dobiegał do Łysego, ale nagle z drugiej strony ulicy pojawiło się parę trupów. Słyszałam ciągłe strzały z okolicznych uliczek, gdzie reszta starała się pokonać plagę zombie, wpełzającą do Ostoi z barykady, dwie ulicę dalej.
                Machnęłam do Łapy na znak, że zaraz do nie przyjdę i odwróciłam się, żeby zobaczyć co z Łysym. Nagle ku mojemu przerażeniu zauważyłam, że Sołtys nachyla się dwoma rękoma przytrzymuje ranę żołnierza, a krok za nim jest zombie. Nie zdążyłam nawet podnieść ręki do strzału. Zombie zaatakował starca z tyłu i wgryzł w jego szyję. Sołtys krzyknął i odepchnął trupa. Łapa krzyknęła przerażona widząc to, a ja zrezygnowana, ale też niesamowicie zła, odepchnęłam z całej siły zombie i dobiłam go, a następnie załatwiłam dwa kolejne. Łysy już nawet nie oddychał, ale Sołtys przewracał chaotycznie oczami, jakby nie wiedział co się dzieje. Słyszałam o nim tyle dobrych historii, był zawsze filarem grupy Bobra, a teraz umierał na moich oczach. Łapa podbiegła do nas i pierwsze co zrobiła to strzeliła Łysemu w głowę, żeby się nie zamienił. Następnie wzięła na kolana głowę staruszka i dotknęła dłonią miejsca ugryzienia. Dymitr w tym czasie dobiegł do nas i zabijał kolejne trupy. Zauważyłam, że zza trupów przebija się oddział straży z Ostoi, ale jak zwykle przybyli za późno. Byłam zła i smutna. To wszystko to była moja wina. Dobry człowiek ginie przeze mnie. Właściwie więcej dobrych ludzi. Sołtys mógł się schować, ale chciał pomóc nawet w tak ciężkiej sytuacji. Łapa gładziła go po spoconym czole i szeptała, dosyć słyszalnie.
- Staruszku, czemu to zrobiłeś… czemu?! – pytała, chociaż wiedziała, że nie uzyska odpowiedzi. Oddział straży wyczyścił resztę ulicy paroma seriami z karabinów, chociaż to my odwaliliśmy największą robotę. Nagle z oddziału wyszedł Karzeł, który widząc Łysego oraz Sołtysa wybałuszył oczy. Zauważyłam to i krzyknęłam.
- Czemu uciekłeś ty cholerny tchórzu? – zapytałam zrozpaczona.
- Ja… ja po prostu… - zaczął, ale nie mógł skończyć.
- Staruszku, mam nadzieję, że trafisz do lepszego miejsca niż ta wylęgarnia syfu –powiedziała Łapa i drżącymi rękoma sięgnęła po pistolet. Sołtys zamykał co chwilę oczy i każde kolejne otwarcie kosztowało go coraz więcej siły. W końcu zamknął oczy na dłużej, a Łapa oparła głowę o jego klatkę piersiową i zapłakała. Traktowała go jak członka rodziny, mało kto miał tak dobry kontakt z Łapą, może poza Bobrem. Szczególnie ostatnio jak pracowali razem. Nie widziałam Łapy w takim stanie odkąd dowiedziała się, że nie ma tu jej siostry. To było smutne patrzeć na tak silną osobę, która teraz kompletnie się rozkleiła.
- Możemy jakoś pomóc? – zapytał jeden ze strażników.
- Musimy iść na północną barykadę i wypchnąć stąd zombie – powiedziałam.
- Czy to szef Gangu? – zapytał nagle Karzeł, podchodząc do trupa z podciętym gardłem.
- Tak, Kamil go zabił, a potem sam zginął. Wykrwawił się – wytłumaczyłam.
                Karzeł ukucnął przy ciele i zdjął bandanę, żeby zobaczyć twarz swojego wroga. Była ona cała zakrwawiona, ale jednego byłam pewna. To nie był Jan. Nie dałam po sobie tego poznać, bo byłam i tak zbyt mocno roztrzęsiona.  Plan Dziary ciągle zbierał swoje żniwa, ale te były zdecydowanie największe. Nagle usłyszałam strzał i zobaczyłam, że Łapa strzeliła w głowę Sołtysa, aby ten się nie zmienił. W jej oczach widać było łzy. Wstała jednak i zaczęła iść z resztą w stronę północnej barykady. Karzeł wydał rozkaz, żeby ktoś pozbierał ciała naszych oraz szefa Gangu, a sam ruszył z resztą. Przebyliśmy drogę przez ciemniejsze uliczki. Ostoja wyglądała fatalnie, ale co najgorsze wciąż było słychać strzały. Walka gdzieś jeszcze trwała.
                Gdy dotarliśmy do ulicy przy ruinach barykady, zobaczyliśmy ulicę, na której było około trzydziestu zombie, a kolejne przewalały się przez zrujnowane wejście. Stało tu parę osób, które walczyły, a przy samej barykadzie zauważyłam dwie osoby z Gangu stojące i strzelające do nas. Nie wiedziałam czemu zombie ich nie atakowały, ale mogli oni wykorzystać fakt z filmów, gdzie ocalali nasmarowali się flakami i zombie ich nie rozpoznawały. Nagle usłyszałam dźwięk silnika i na ulicę wjechał samochód. Jechał prosto w naszą stronę. Jeden z ludzi z Gangu wystrzelił do niego i trafił prosto w szybę kierowcy. Po chwili okazało się, że trafił prosto w kierowcę, bo samochód stracił panowanie. Pierwsze co potrącił to strzelającego człowieka, następnie parę zombie, a na koniec uderzył w jeden z budynków w środku.

                Wycelowałam w samochód razem z Dymitrem i Łapą, gdy strażnicy z Torunia celowali w ostatniego z Gangu i zombie. Nagle jednak zobaczyłam, że ze środka wysiadają dwie osoby. Byli to Bobru oraz Wiktoria. Czerwone Flary wróciły!