Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciężka droga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciężka droga. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2014

Rozdział 9: Zdrada

Pierwszy rozdział dziejący się na poważnie w Królowym Moście. W tym rozdziale pojawia się postać, której kreacja, kręciła mi się w głowie od jakiegoś czasu. Pomysł mi się spodobał i w sumie był to jeden z motywatorów do napisania Apokalipsy :D Po przeczytaniu proszę o KOMENTARZ oraz udostępnienie znajomym. Miłego czytania ;)

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 9: Zdrada


                W mojej głowie działo się coś dziwnego. Widziałem w Białymstoku śmierć mojego przyjaciela Bochena, a zaledwie paręnaście godzin później los brutalnie zabrał mi kolejnego kompana. Nie umiałem nawet cieszyć się widokiem pól otaczających Królowy Most. Zawsze te miejsce kojarzyło mi się dobrze, a teraz jedyne na co mogłem sobie pozwolić to cichy żal po tym co się stało.
 Szliśmy polną dróżką, która po lewej stronie miała las a po prawej widok na otwarte tereny. Za nimi znajdywał się obóz. Widziałem go z daleka. Miczi i Kamil szli uzbrojeni tuż za mną. Nasz plan był prosty, obserwacja do wieczora i wtedy podjęcie decyzji czy jest szansa odbicia tego miejsca. Póki co szliśmy razem, zbliżając się powoli do mostu, nad niedużą rzeką, od którego pochodziła nazwa tej miejscowości. Na takim zadupiu nie widziałem zbyt wielu zombie. Moi towarzysze byli tak samo ponurzy jak ja.
 Dalion musiał być kimś ważnym dla nich, a kiedy przyniosłem im jego rękę podłamało ich to na duchu. Nikt z nas nie znalazł jego ciała, ale wiedzieliśmy, że obcięcie ręki wiązało się z ogromnym deficytem krwi, a co za tym idzie możliwym zakażeniem i śmiercią. Wchodząc na drewnianą konstrukcje mostu usiadłem i wyjąłem z plecaka butelkę wody. Piłem zachłannie i do pełna. Potrzebowałem dużo sił na dzisiejszy dzień. Zacząłem rozmowę :
— Musimy zdecydować co zrobimy. Znam te okolice całkiem dobrze, na pewno będziemy musieli się rozejrzeć przy tym obozie i zobaczyć kto tam właściwie jest. Możliwe, że grupa Alexa nie dojechała tutaj i właściwie za ogrodzeniem są po prostu mieszkańcy. Mało to prawdopodobne, ale jednak.
— Moim zdaniem powinniśmy znaleźć jakieś miejsce w którym się schowamy a zarazem będzie można z niego obserwować cały teren. Dodatkowo ktoś powinien sprawdzać nasz samochód co jakiś czas. Jeżeli go stracimy to postawi nas w dosyć nieciekawej sytuacji – odpowiedziała Miczi.
— Co do miejsca mam pewien pomysł. Kawałek stąd na polach stoi stary, opuszczony młyn. Moglibyśmy stamtąd obserwować całą wioskę, a dodatkowo może to być całkiem niezłe schronienie.
— Gdzie on jest? – włączył się do rozmowy Kamil.
— Tu właśnie mamy problem, bo jest on przy obozowisku. Bardzo możliwe, że jeżeli wystawili patrole to nas zauważą. Jest też opcja, że sami mogli się w nim zaszyć, chociaż w to wątpię. Nie stawiali by ogrodzenia tego typu tylko po to, żeby je opuszczać i chować się w młynie.
— Myślę, że mimo tego warto spróbować. Jak wyruszymy zaraz możemy ich zaskoczyć. Prawdopodobnie jeżeli wystawili kogoś na straż, to jest on zmęczony po całej nocy a reszta zapewne jeszcze śpi – powiedziała Miczi.
Zgodziliśmy się z nią, brzmiało to logicznie. Posiedzieliśmy jeszcze chwile odpoczywając i ruszyliśmy. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej zabudowań, więc chowaliśmy się w coraz rzadszych, przez nadchodzącą zimę, krzakach. Kiedy zbliżyliśmy się do ulicy, mogliśmy lepiej zaobserwować obóz. Kiedyś sześć domków znajdujących się na dwóch odrębnych uliczkach było połączone i otoczone wysokim płotem. Z tej strony zauważyliśmy dwie bramy. Przy jednej z nich ktoś stał. Nie poznałem go, choć wydawało mi się, że to ktoś miejscowy. Strażnik wyglądał na dosyć zmęczonego, co zgadzało się z teorią Miczi.
Jeżeli mieszkańcy Królowego Mostu pomagali  Alexowi nasza sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Nasza trójka miała tylko pistolet z jednym nabojem oraz wiatrówkę Miczi z pięcioma nabojami. Czekała nas teraz przeprawa przez ulicę. Jeżeli będziemy nie ostrożni mogą nas zauważyć, a wtedy z całego planu nici. Poczekaliśmy jeszcze piętnaście minut, żeby upewnić się, że nikt nie jest ukryty gdzieś po drugiej stronie i wykorzystując moment, kiedy strażnik obozu poszedł na ubocze przebiegliśmy.
 Nie czekając na kolejną taką okazję skręciłem w lewo i kierowałem się do młyna. Jego najlepsze czasy z pewnością minęły już parę lat temu, teraz wyglądał bardziej na atrakcje turystyczną. Oczywiście od dawna nikt tu już nie pracował.  Skradając się podszedłem do sporych drewnianych drzwi i ostrożnie zajrzałem do środka. Wewnątrz było ciemno i słychać było jakieś jęki. Podłoga była w wielu miejscach dziurawa i odsłaniała piwnicę, która z pewnością służyła kiedyś jako magazyn zmielonego zboża.
 Otworzyłem drzwi, czemu towarzyszyło ciche, przeciągłe skrzypnięcie. Z nożem w ręce powoli obserwowałem wnętrze budynku, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Usłyszałem jęknięcie i zauważyłem kątem oka, że pod ścianą coś się porusza. Na pierwszy rzut oka, powiedziałbym, że to zombie, ale nie byłem pewien. Miczi także przyglądała się temu miejscu. Kamil został na zewnątrz z wiatrówką, schowany w krzakach. Miał nas zaalarmować jakby zobaczył coś niepokojącego. Podszedłem powoli do ruszającego się kształtu i teraz byłem już pewien, że był to szwendacz. Widocznie schował się tutaj i przytrzasnął go jeden z młynarskich tłoków. Dolną część ciała miał zmiażdżoną, więc ruszał tylko niezgrabnie rękoma próbując nas dosięgnąć. Bez zastanowienia zakończyłem jego cierpienia wbijając nóż w przegniły oczodół, dosięgając mózgu.
Nagle zobaczyliśmy, że z górą dochodzi światło dnia i już po chwili wspinaliśmy się po drewnianych, skrzypiących schodkach na piętro. Musiało to być pomieszczenie w którym dawny młynarz miał przerwy od pracy, stało tu parę zakurzonych butelek po jakimś miejscowym piwie, mały telewizor oraz stos gazet z poprzedniego roku. Miczi zajęła się dalszym przeszukiwaniem pomieszczenia, kiedy ja wyjrzałem, przez jedyne w młynie, okno. Było ono położone idealnie, ponieważ mogłem z niego obserwować sporą część wioski, w tym obóz. Stąd zobaczyłem dokładnie Dom Kiciusia i krzątających się na podwórku ludzi. Z daleka ciężko było określić, czy byli to ludzie Alexa, czy moi przyjaciele. Zobaczyłem też dwa  pojazdy, którymi przyjechali tu z Białegostoku i dwa inne, prawdopodobnie należące do mieszkańców wioski.
 Serce zabiło mi szybciej, wiedziałem, że moi przyjaciele są tak blisko a zarazem tak daleko ode mnie. Nie czekając dłużej zawołaliśmy Kamila do środka. Ryglując drzwi usiedliśmy i zaczęliśmy planowanie :
— Dajcie mi pójść samemu, żebym mógł sprawdzić co i jak – rzuciłem propozycje.
— Oszalałeś? Sam? Chcesz dać się zabić? —  wybuchła Miczi.
— Nie chcę was narażać. Pomogliście mi, a jedyne co dostaliście w zamian to utrata przyjaciela. Nie ma mowy, żebyście znowu się narażali. Nie teraz. Najpierw sprawdzę jak się sprawy mają a następnie dopiero będziemy planować dalsze działania.
Miczi wyraźnie nie była zadowolona. Kamil tylko przytakiwał i wpatrywał się w okno. Próbowałem dalej ich przekonywać, kiedy nagle usłyszeliśmy, że nasz kierowca nas woła do okna. Podeszliśmy szybko i wyjrzeliśmy. Na ulicy coś się działo. W obozie dalej poruszali się ludzie, widać było też strażników, ale co najdziwniejsze z lasu biegły kolejne postaci. Dokładnie dwie. Nie zdziwiłoby mnie to, pomyślałbym, że to jedynie kolejna grupa ocalałych przebiegająca w okolicy, jednak ta dwójka wyglądała dosyć nietypowo. Jednym z nich był mężczyzna, bardzo wysoki, właściwie powiedziałbym, że w życiu nie widziałem większego człowieka. Na oko miał z trzydzieści lat, chociaż ciężko było to stwierdzić z takiej odległości przez brudną szybę. Był ubrany w coś podobnego do policyjnego uniformu używanego podczas zamieszek – hełm, kamizelka, ochraniacze na ręce i nogi oraz buty. Na plecach z kolei miał przewieszony dwuręczny miecz.  Broń wyglądała jak wyciągnięta z średniowiecza i dalej nie mogłem uwierzyć, że ją widzę.
 Drugi mężczyzna, o wiele niższy idący przodem miał w ręce pistolet i wyglądał również niecodziennie bo nosił płaszcz. Obaj szli w kierunku młynu. Przerażeni zaczęliśmy zbiegać na dół aby uciec, ale na to było już za późno. Usłyszeliśmy dobijanie się do drzwi. Jeden z nich, najprawdopodobniej ten z mieczem próbował je wywalić z zawiasów. Wiedziałem, że człowiekowi jego postury nie zajmie to długo, a fakt, że drzwi były zżarte przez korniki nie pomagał. Zdesperowany wyjąłem broń i patrzyłem jak Miczi ustawia się w kącie również celując w stronę wejścia. Kamil stanął przy ścianie z toporem w rękach i czekał. Nie mogłem pozwolić, żeby tutaj weszli, ta kryjówka była świetna i nie mogliśmy sobie pozwolić na pozbawienie jej drzwi. Dodatkowo duży mężczyzna robił tyle hałasu, że mógł zaalarmować ludzi z obozu. Podszedłem szybko do drzwi i krzyknąłem :
— Nie mamy złych zamiarów! Zostawcie nas w spokoju a nikomu nic się nie stanie – sam powoli przestałem wierzyć w te słowa. Wypowiadałem je chyba po raz trzeci a ani razu nie przyniosły oczekiwanego skutku.
— Błagam otwórzcie, gonią nas. Poddajemy się, tylko nas wpuść – usłyszałem wręcz desperackie zawołanie, miłym niskim głosem z drugiej strony.
Zdziwiło mnie to. Napieranie na drzwi znikło. Odwróciłem się z pytającą miną do Miczi, ta skinęła głową na znak, żeby ich wpuścić, jednak nie opuściła broni nawet na milimetr. Podszedłem pełen obaw do drzwi i powoli je otworzyłem odskakując od razu do tyłu i mierząc bronią w wejście. Drzwi natychmiast się rozwarły, a po chwili znowu zamknęły. Teraz z bliska mogłem podziwiać ogromne rozmiary człowieka z mieczem. Był on naprawdę wysoki, musiał mierzyć około dwa z kawałkiem metrów wysokości. Jego towarzysz okazał się mieć miłą łagodną twarz, był niewiele starszy ode mnie. Kiedy goście upewnili się, że drzwi są zamknięte obrócili się do nas i zaczęli szybko :
— Nazywam się Karol, chociaż znajomi wołają na mnie Gigant. Na mojego towarzysza wołają Szpieg, dziękujemy, że nas… — zaczął duży, lecz prawie natychmiast przerwałem mu.
— Nie tak szybko, Karolu. Rzućcie całą broń jaką macie a może pozwolimy wam tu zostać – pomyślałem, że obecność dwóch kolejnych sojuszników mogła zwiększyć moją szansę na zdobycie obozu – No dalej, nie chcecie chyba wrócić na ulicę, z której przed chwilą tak prędko uciekaliście?
Gigant wyrzucił swój miecz z głośnym trzaskiem prawie natychmiast. Szpieg czekał jeszcze chwilę i zrobił to, co towarzysz :
— Czego tu szukacie? Wiecie, że wasz bieg i atak na drzwi mogli usłyszeć ludzie z obozu? – zapytałem, trochę milszym tonem niż poprzednio.
— Na pewno nie jesteśmy waszymi wrogami, doceniamy fakt, że pomogliście nam chociaż nas nie znaliście. Wiedźcie, że nie szukamy problemów, podróżujemy już od jakiegoś czasu z północy. Przebiegliśmy już dużo kilometrów i niedaleko w lesie spotkaliśmy grupkę ludzi. Chcieliśmy ich ominąć, ale zauważyli nas i na komendę jakiegoś wyrostka zaczęli do nas strzelać. Całe szczęście jesteśmy szybcy i uciekliśmy. Zostali daleko z tyłu, ale powoli zaczynaliśmy się męczyć, więc musieliśmy się gdzieś schować. Pierwszy na drodze z dala od ich obozu był ten młyn – wytłumaczył Karol.
Miczi opuściła broń a Kamil pokazał się im. Wydawali się mili, jednak kazaliśmy im zostawić broń a następnie poszliśmy na piętro. Kiedy usiedliśmy wszyscy razem, zacząłem ich wypytywać o to kogo widzieli w lesie i co wiedzą o obozie. Okazało się, że mijali bardzo słabo chronione wejście od lasu, które mogło być idealne na rozpoczęcie misji odbicia tego miejsca. Obaj wydawali się być naprawdę w porządku ludźmi. Zaufałem im, co mogło być błędem, ale teraz musiałem wykorzystać każdą pomoc. Nawet z rąk nieznajomych.
W czasie naszej narady Kamil obserwował z okna obóz. Wiedział mniej więcej, kiedy zmieniają się strażnicy, jak są wyposażeni i jak przykładają się do obowiązku. Kiedy nastał zmrok oddaliśmy Gigantowi i Szpiegowi ich bronie i wspólnie opuściliśmy młyn. Wieczór był ciepły jak na jesień, więc nie musieliśmy się martwić o to, że zmarzniemy czekając na odpowiednią okazję. Skręciliśmy do lasu i idąc przez zarośla zbliżaliśmy się do celu. Światła obozu biły w oczy z daleka, najwidoczniej mieli tu własny generator, napędzany na benzynę bądź też inne tanie źródło energii. Prowadziłem grupę, tuż za mną szedł Szpieg, kawałek za nim w ramię w ramię Miczi z Kamilem. Pochód zamykał Karol. Próbowaliśmy być cicho, ale pojedyncze opadnięte liście sprawiały, że było nas słychać. Byłem bardzo zdenerwowany, w końcu szedłem z dwójką nieznajomych szturmować obóz w którym uwięzieni byli nasi znajomi. Nie mogłem jednak dać po sobie tego poznać, morale to ważna rzecz i nie chciałem, żeby moja grupa je straciła jeszcze przed atakiem.
 Znajdując się sto metrów od celu przyczailiśmy się w krzakach, które nie straciły jeszcze całkowicie liści i zaczęliśmy obserwować wejście, od lasu. Rzeczywiście wydawało się łatwe do sforsowania – stała tu tylko jedna furtka, idealna do wkradnięcia się i jeden strażnik. Z daleka nie mogłem stwierdzić czy był to Alex czy któryś z jego kumpli, dodatkowo było to mało oświetlone miejsce, a sam człowiek siedział w kapturze z karabinem na kolanach. Rozglądał się uważnie, lecz jego twarz była skryta całkowicie w mroku. Podkradliśmy się najbardziej jak to było możliwe. Linia lasu kończyła się jakieś dziesięć metrów od furtki, więc teraz musieliśmy działać szybko. Dałem znak Szpiegowi i ten skręcił w lewo i zaczął biec, robiąc przy tym trochę hałasu. My w tym czasie zaczynaliśmy na kuckach skradać się do ogrodzenia. Widzieliśmy, że strażnik zauważył ruch wywołany przez Szpiega i podniósł się odbezpieczając broń. Musieliśmy teraz podbiec jak najszybciej to było możliwe i przerazić go na tyle, żeby nie wystrzelił, ani nie został ranny. Może być cennym zakładnikiem.
 Dystans dzielący nas był coraz mniejszy. Gigant biegł najszybciej, miał w końcu najdłuższe nogi i z tego co zdążyłem zauważyć, dobrą kondycje. Wyciągnął swój ogromny miecz i powalił strażnika zanim ten zdołał zrobić cokolwiek aby zaalarmować resztę obozowiczów. Karabin upadł na ziemie i Kamil natychmiast go podniósł. Słyszałem jak nasz zakładnik się szarpie i próbuje się wyrywać. Zdążył nawet kopnąć Giganta w kolano, ale ten unieruchomił go podstawiając mu ostrze do gardła i podnosząc go. Szpieg dołączył do nas i całą drużyną wycofaliśmy się do lasu.
Ukryci w cieniu drzew powaliliśmy strażnika na kolana i odsłoniliśmy jego twarz. Z wrażenia pistolet wypadł mi z rąk. Na trawie przed nami klęczał Kiciuś. Przez moją głowę przelało się tysiące myśli, ale pierwszymi słowami jakie wypowiedziałem były :
— Gigant zostaw go.
Ernest widocznie zdziwił się jak usłyszał mój głos. Odezwał się zachrypnięty :
— B…Bolo?
Podniosłem go i spojrzałem mu w twarz. Nie zmienił się mocno, chociaż jego brodę pokrywały ślady zarostu. Oprócz tego miał paskudne stłuczenie pod lewym okiem, ale poza tym był to mój przyjaciel. Co robił broniąc tego obozu? Czy zaprzyjaźnił się z Alexem? Nie czekając na odpowiedź wyciągnąłem pistolet i zacząłem mierzyć mu w głowę. Widziałem w cieniu zdziwienie na twarzach moich kompanów oraz największe u samego Kiciusia :
— Bolo! To ty! Myślałem, że nie żyjesz… O co chodzi? Czemu we mnie celujesz? —  zapytał przestraszony, ale też wyraźnie uradowany.
— Dołączyłeś do drużyny tego zdrajcy? Zdobyłeś na tyle zaufania, żeby zostać jego przyjacielem i bronić jego obozu? – byłem zszokowany tym faktem, a kiedy powiedziałem to na głos, zabrzmiało to jeszcze gorzej.
— To nie tak… Owszem zdobyłem jego zaufanie, ale… Uwierz mi, że nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby dołączyć do niego. Musiałem po prostu grać pewną rolę. Od dnia przyjechania tutaj planowaliśmy po cichu rebelie. Mieliśmy zabić całą drużynę Alexa i wrócić do Białegostoku, żeby ciebie szukać… —  w końcowych słowach zabrzmiał tak żałośnie, że aż zrobiło mi się przykro, że tak na niego naskoczyłem. Opuściłem broń i podszedłem do niego przytulając po przyjacielsku. Brakowało mi mojego kompana i teraz, kiedy miałem go już u boku byłem zdecydowany odbić resztę z moich przyjaciół :

— Drwalu – tak właśnie nazywałem go kiedyś, zanim jeszcze wymyślił sobie ksywkę Kiciuś – przedstawiam Ci moich kompanów bez których nie dotarłbym tutaj tak szybko. Ten, który cię powalił to Gigant – w tej chwili Karol podszedł do Kiciusia i z przeprosinami uścisnął swoją masywną łapą dłoń mojego przyjaciela – ten w płaszczu jest zwany Szpiegiem – towarzysz olbrzyma skinął głową —  a ta dwójka to Miczi i Kamil. Kiedy byliście przy sklepie z broniami uratowali mnie oni przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego. Zresztą opowiem ci wszystko jak już skończymy. Mam pewien plan— mówiąc to zacząłem przedstawiać szczegóły moim kompanom.

wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział 2: Ciężka Droga

Drugi rozdział, w nim zaczyna się dziać, chociaż muszę przyznać, że do kolan nie dorasta rozdziałom od piątego w górę. Jak zwykle proszę was o rozsyłanie bloga znajomym oraz komentowanie :) Włączcie klimatyczną muzę i zapraszam do czytania :D

Korekta: Pablord
-----------------------------------------------------------------

Rozdział 2 : Ciężka droga


Kończyłem nakładać rękawiczki rowerowe. Byłem pewien, że się przydadzą i podszedłem do drzwi. Zawahałem się i przez chwilę myślałem jeszcze czy nie wrócić, nie uderzyć w twarz i spróbować obudzić się z tego dziwnego snu, ale zaniechałem tego.   
Nacisnąłem delikatnie klamkę wcześniej sprawdzając przez judasza, czy korytarz jest czysty. Był. Wyszedłem i na dłuższą chwilę zawiesiłem się. Zamykać drzwi? – spytałem sam siebie. To była jedna z dziwniejszych sytuacji, taka, której nie wyobrażasz sobie na co dzień. Prawdopodobnie rozpętała się apokalipsa. Ludzie albo uciekają, albo giną. To samo złodzieje. Czy ktoś będzie brał pod uwagę sprawdzenie właśnie tego mieszkania? Myślałem tak jeszcze przez dłuższą chwilę, kiedy dźwięki wystrzałów z pistoletu, gdzieś z ulicy, ocuciły mnie. Zdecydowałem zamknąć drzwi i to najdokładniej, jak umiałem. Zadowolony ze swojej roboty zbiegłem powoli po schodach.
Mimo długiego rzeźnickiego noża w ręce, bałem się jak diabli. Nie wiedziałem, czy nie sparaliżuje mnie strach od razu po zejściu na dół i zobaczeniu zagrożenia. A co jeżeli rzeczywiście wybuchła Apokalipsa i będę musiał zabić kogoś znajomego? Przypomniałem sobie kolejny cel, jaki zaznaczyłem, w nagranym rano materiale : … później pójdę po Kiciusia, czyli Erniego. Wiem, że on będzie na mnie czekał i on dobrze wie, że po niego przyjdę – te słowa brzmiały bardzo nierealnie zaledwie dwie godziny temu. Teraz nie widziałem w nich nic niedorzecznego. Zamierzałem pójść po niego do szkoły. Czekała mnie długa i ciężka droga poprzez osiedlowe uliczki, główną ulicę, dziedziniec opery i park, aż do labiryntu tych uliczek, których nazw nigdy nikt nie pamięta. Tak, właśnie tam było moje liceum.
Dochodząc do drzwi od klatki poczułem narastające obawy, ale bez dłuższej zwłoki pchnąłem je, aby zobaczyć piekło. Tuż przy wejściu leżał konający, starszy mężczyzna z rozszarpanym gardłem. Próbował krzyczeć, ale nie miał jak. Wydawał jedynie żałosne, agonalne powarkiwania. Ominąłem go i rozejrzałem się. Widziałem mnóstwo umierających ludzi, słyszałem wciąż całkiem niedalekie odgłosy walki, ale nie widziałem żadnego zombie. Co najważniejsze alejka na lewo była czysta, a to właśnie ona była moją drogą do przyjaciela. Zacząłem truchtać. Czułem się niezwykle wygodnie w obecnym stroju i skradanie wychodziło mi całkiem dobrze – nie robiłem żadnego hałasu.
Bez problemu dotarłem do rogu bloków mieszkalnych, skąd zobaczyłem pocztę, a za nią kolejną osiedlową uliczkę. Tym razem nie było tak kolorowo. Już z daleka zobaczyłem uciekającego przed paroma zimnymi chłopaka. Teraz byłem już pewien, jaka zagłada spadła na ludzkość. Wyglądał na młodszego ode mnie i już na pewno bardziej przerażonego. Przez chwilę myślałem, czy nie sprintować w jego kierunku i mu jakoś pomóc, lecz porzuciłem ten pomysł. Od początku ustaliłem sobie, że będę trzymał się paru zasad. Pierwsza? „Nie ufaj nikomu”. Chłopak dał sobie radę, bo ruszając w kompletnie innym kierunku, coraz bardziej oddalał się od goniącej go grupy.
Wychyliłem się kawałek dalej i zamarłem. Pierwsze, co uświadomiło mnie o niebezpieczeństwie, to było powarkiwanie i kroki, narastające z każdą chwilą. Drgająca ze strachu ręką sięgnąłem po nóż i rozejrzałem się. Wiedziałem,  że muszę się przełamać, bo po zabiciu pierwszego z nich będzie lepiej, ale to było ciężkie. Bądź co bądź to był człowiek. Nie jest łatwo zadecydować o czyimś losie, jednak wiedziałem dokładnie, że muszę się przełamać. Wtedy go zobaczyłem. Brudny, zakrwawiony zombie wyczłapał się z sąsiedniej alejki. Szedł do mnie powoli, jakby wiedział, że nie zdołam uciec. Przerażenie sięgnęło zenitu. Znowu byłem sparaliżowany ze strachu, z tą różnicą jednak, że już wcześniej ustaliłem sobie jeszcze jedną, bardzo ważną zasadę, która natychmiast mnie z tego stanu uleczyła – „Nie karm nikogo swoim strachem. Opanuj go. Jeśli tego nie zrobisz, Twój przeciwnik będzie tylko rósł w siłę”. Nie wiem jak, nie wiem, co takiego magicznego było w tych słowach, ale natychmiastowo odzyskałem dużą część pewności siebie. Dam radę -  powiedziałem sobie w myślach, ruszając do przodu i zamachując się nożem. I tutaj pomogła mi kolejna zasada – „Celuj w głowę. Odłącz ich żądzę mordu od mózgu”. Wycelowałem. Cięcie nie było jednak perfekcyjne, ręka drżała zbyt mocno i jedyne co zdołałem zrobić, to przeciąć policzek martwiaka, uwalniając tym samym falę ciemnej, brudnej krwi. Zatrzymało go to jednak na wystarczająco długo, abym wyprowadził kolejny cios. Tym razem ostrze przyjemnie zatopiło się w czaszce, wywołując kolejną fontannę krwi. Bezwładne ciało osunęło się, farbując chodnikowe cegły na ciemny kolor. Poczułem się lepiej i pewniej. Może to nie był wielki sukces, aczkolwiek udało mi się. Przełamałem się i bez większego problemu zabiłem. Nie wiem, czy powinien być dumny z tego, choć w tych czasach bezlitosność była ważną cechą, szczególnie przeciwko zmarłym.
Przed podjęciem dalszej wędrówki, rozejrzałem się raz jeszcze. Daleko wzdłuż ulic, widziałem grupkę martwych grzebiących się w czyichś zwłokach. Całe szczęście miałem przekroczyć ulicę i zostawić ten widok daleko na lewo ode mnie. Czułem się słabo, chociaż wiedziałem, że muszę iść dalej, inaczej coś lub ktoś mnie zabije. Przeskanowałem wzrokiem moją trasę. Zadziwiające było to, jak szybko apokalipsa zmieniła ładnie wystrzyżone trawniki i zadbane krzaki w połamane, podeptane i zdewastowane zielsko. W blokach na około było widać pojedyncze kłęby dymu. Ścieżka za mną dalej była czysta.
Przechodząc do pozycji przykucniętej przeszedłem przez przejście dla pieszych i wtedy z lewej usłyszałem hałas. Trzy samochody z zawrotną prędkością przebyły róg przy którym przed chwilą byłem i ruszyły w stronę wyjazdu z osiedla. Kierowcy nie zwrócili nawet na mnie uwagi. Nie to jednak było najgorsze. Z miejsca skąd wyjechały samochody zaczęły biec w tę stronę zombie. Nie zauważyły mnie jeszcze, jednak wiedziałem, że muszę przyspieszyć i nie odwracając się ani na chwilę, ruszyłem przykucnięty w stronę poczty. Tutaj też było widać ślady zmarłych. Byłem wręcz pewien, że ktoś lub coś było w środku, więc nawet nie próbowałem się zbliżać. Ciesząc się minąłem budynek i wyszedłem na prostą sprawdzając, czy nie czekają na mnie kolejni. Ta dróżka osiedlowa również wydawała się pusta, więc nie tracąc czasu pobiegłem. Na parkingu przy bloku stało wyjątkowo mało aut, co oznaczało, że wiele osób odjechało, ale niestety też wystawiło mnie to na konieczność biegu na otwartym terenie, co nasilało odgłos moich kroków i ujawniało moją pozycję.
Tak jak się spodziewałem w połowie chodnika usłyszałem warczenie. W jednej z klatek widziałem trzech szwendaczy próbujących się wydostać, waląc zakrwawionymi kończynami w szyby. Również na prawo, z okolicznego placu zabaw ruszył za mną jeden z nich. Starałem się opanować strach, przyspieszyłem chód i dalej biegłem do przodu. Dobiegałem do dosyć nieciekawej okolicy – pawilonów handlowych i głównej drogi. Żyłem nadzieją, że nie spotkam tam zbyt dużo zombie, ani nikogo wrogo nastawionego. Myliłem się niestety.
Skręcając z uliczki osiedlowej już za rogiem usłyszałem kroki, warczenie i odgłosy walki. Czym prędzej skoczyłem do najbliższych krzaków i próbując się uspokoić, zacząłem monitorować drogę. Na ulicy trzech, bądź więcej dorosłych ludzi uzbrojonych w pręty, deski oraz inne bronie, katowało zombie. Radzili sobie nieźle i dzięki Bogu zmierzali w lewo, wzdłuż ulicy, kierując się najprawdopodobniej w stronę obrzeży miasta. Białystok był dosyć zaludnionym miastem i nie dziwiło mnie natężenie martwych i ocalałych na każdym kroku. Kiedy grupa oddaliła się, ściągając na siebie pobliskie trupy, rozejrzałem się jeszcze raz sprawdzając, czy mogę biec i wylazłem z kryjówki. Tamci ludzie skutecznie odciągnęli całe niebezpieczeństwo i bez problemu przeszedłem zapewne jeden z niebezpieczniejszych punktów mojej wyprawy, wkraczając na ulicę, na której był spory i pusty parking, oraz nieduże skupiska drzew, idealne do chowania się. 
Wszystkie okoliczne knajpki także wydawały się wyludnione, więc idąc ostrożnie zbliżałem się do budynku opery. Już z daleka słyszałem warczenie i kiedy tylko minąłem ostatni bar i wyszedłem na dziedziniec, zamarłem. Niedaleko znajdował się spory park, który ładnie komponował się z nowo powstałym ośrodkiem. Musiałem przejść, idąc dokładnie między budynkiem, a skupiskiem drzew. Nie spodziewałem się jednak, ilu martwych będzie się tutaj szwendało. Nie musiałem liczyć, żeby widzieć, że jest ich coś koło trzydziestu. Przykucnąłem przy drzewku i rozejrzałem się, szukając możliwej drogi bezpiecznego przejścia. Zieleń drzew uspokajała . Wziąłem głęboki oddech i próbując znaleźć jakąkolwiek szansę przeprawy oglądałem. Wtem usłyszałem szelest za moimi plecami. Obejrzałem się i zdusiłem krzyk. Zaledwie dwa kroki ode mnie był zombie. Szedł na mnie. Adrenalina zrobiła swoje. Machinalnie machnąłem nożem, zwalając zimnego z nóg. Po chwili poprawiłem, wbijając stalowe ostrze prosto w czaszkę i tym samym zabijając trupa. To było dziwne. Nawet nie zauważyłem ani nie usłyszałem, kiedy raczej mało cichy zabójca, podszedł mnie od tyłu.
 Nie zmieniło to jednak mojej sytuacji. Wciąż nie miałem pomysłu, jak przedostać się przez dziedziniec nie zbierając na siebie hordy. Okrążanie parku wzdłuż ronda, sto pięćdziesiąt metrów na prawo, było zbyt dużym niebezpieczeństwem. W sumie podobna sytuacja na lewo. Musiałem przejść tędy. Dumałem tam przez kolejne parę minut, kiedy usłyszałem strzał. Nie był on skierowany do mnie, tego byłem pewien, bo kula trafiła jednego z szwendaczy przed operą. Po chwili usłyszałem kolejne parę kul, które spotykały się z zawartością głów zimnych. Próbując zlokalizować źródło hałasu, zobaczyłem stojący w parku wóz policyjny. Stało przy nim opartych o drzwi dwóch policjantów, którzy pakowali z pistoletów w stojące przede mną trupy. Gdyby nie to, że nie ufałem nikomu, na pewno bym krzyknął coś, kiedy zobaczyłem, że zombie znajdujące się za radiowozem są coraz bliżej niczego nieświadomych strzelców. Odwróciłem głowę i po chwili usłyszałem agonalne krzyki. Zdusiłem w sobie strach i spojrzałem na zaistniałą sytuację.
 Funkcjonariusze byli właśnie jedzeni. Bronie, które trzymali, leżały niewinnie na trawie. Dziedziniec opustoszał. Wszystkie zombie ruszyły do wozu na wyżerkę. Przez chwilę rozważałem szybki sprint po broń palną, ale ostatecznie odsunąłem tę myśl od siebie. Zbyt ryzykowne. Wykorzystując fakt zamieszania, ruszyłem biegiem wzdłuż budynku, ciągle modląc się w duchu, aby osoba, po którą idę żyła. Kiedy dobiegałem do drogi, którą musiałem pokonać przed dojściem do liceum, powitał mnie widok rozbitych aut, powybijanych w okolicznych barach okien i  wszechobecny zapach śmierci. Rozejrzałem się i kiedy zauważyłem, że nie ma w okolicy nic „żywego” przekroczyłem ją, przeskakując przez znajdujący się na środku płotek, oddzielający kierunki jazdy.
 Po przejściu na odpowiednią stronę ulicy, zauważyłem kolejnego wroga. Paskudnie porozrywane, czołgające się do mnie zwłoki, znajdowały się około dziesięć metrów ode mnie. Podbiegłem ostrożnie i wpakowałem oburącz nóż w głowę przeklętej istoty. Trafiłem i zadowolony z dotychczasowego powodzenia mojej misji, ruszyłem w górę ulicy do skrzyżowania, skąd widziałem już interesujący mnie budynek. Płonął gdzieniegdzie. A zaledwie parę dni temu była próbna ewakuacja – zaśmiałem się w duchu. Ostatni odcinek drogi dzielił mnie od płotu szkoły. Ulica wyglądała fatalnie. Martwi ludzie, pogubione płaszcze, kurtki, zdewastowane auta i dużo krwi. Z jednego z budynków zwisała kobieta. Najwidoczniej złapana przez zombie podczas wyskakiwania z okna. Fatalne przeżycie.
 Minąłem ostatni zakręt i zobaczyłem wejście. Nie było tu widać szwendaczy, ale za to ślady zniszczenia owszem. Wywalone drzwi wejściowe leżały obok miejsca swojego stałego pobytu. Wkroczyłem bez wahania do budynku szkoły, rozmyślając, gdzie może być mój przyjaciel. Korytarze były pełne martwych uczniów, którzy się jeszcze nie przemienili. Musiałem działać szybko, bo za chwilę mogło tu być naprawdę gorąco. Słyszałem odgłosy walki dochodzące z wyższych pięter, ale skupiłem się teraz na zamknięciu się w dyżurce przy wejściu i wykonaniu telefonu. Wybrałem najczęściej wybierany numer i rozpocząłem połączenie. Dzięki Bogu był sygnał, co prawda jedna kreska, ale wystarczała na wykonanie rozmowy. Po chwili usłyszałem głos :
- Halo? Bolo? Zaczęło się – zaczął jak zwykle roztargnienie, ale absolutnie poważnie mój przyjaciel.
- Gdzie jesteś stary? Wszedłem właśnie do szkoły – powiedziałem.
Połączenie urwało się. Ze schodów zbiegła grupka ocalałych:
- To świetnie się składa – zawołał otwierając drzwi i lądując w serdecznym, przyjacielskim uścisku. Wyglądał całkiem nieźle, nie licząc plam ciemnej krwi na bluzie i rozcięcia na nodze. Widocznie wyczuł, że na nie patrzę, bo od razu zareagował:
- To nie ugryzienie. Jakiś gnojek próbował nas poświęcić, żeby uciec…
Za nim stało jeszcze trzech. W pierwszym z nich rozpoznałem jego kolegę z klasy, nazywanego po nazwisku Bochen. Wyglądał podobnie do Erniego, tylko zamiast rany na nodze był kompletnie blady, przypominał trochę wampira. Kolejną osoba była nieznajoma mi dziewczyna. Widziałem ją co prawda parę razy na korytarzu szkolnym, ale wyglądała teraz inaczej. Zawsze ładnie ubrana i odrobinę zawstydzona, teraz wręcz kipiała zapałem i pozytywną energią. Ostatnią osobą, która weszła do dyżurki był Bartek, jeden z moich najlepszych przyjaciół. Ucieszyłem się na ich widok, sam fakt, że przeżyli był cudem. W szkole zrobiło się o wiele ciszej, co oznaczało, że mało kto został przy życiu. Chciałem porozmawiać z Ernim, ale ten tylko poklepał mnie pokrzepiająco po plecach i dał znak, że musimy natychmiast opuścić to miejsce.
 Wyszyliśmy z budynku i rozejrzeliśmy się raz jeszcze. Zauważyłem, że moi towarzysze są zaopatrzeni w kije i deski co oznaczało, że kompletnie bezbronni nie jesteśmy. Ulica wydawała się czysta:
- Co teraz? Przydałoby się coś ustalić – zaproponował Bartek, nazywany też czasami Goku.
Miałem plan. Kolejnym punktem w mojej porannej audycji było ruszenie do kolejnej szkoły po brata Kiciusia, czyli Ernesta i koleżankę, na której obecności mi szalenie zależało. Poznałem ją na wakacjach, właśnie na imprezie u Erniego i od tamtej pory poczułem szczególną więź, która się między nami nawiązała. Co prawda ostatnio trochę osłabła, ale wierzyłem, że nie mogę jej zostawić na pastwę losu :

- W sumie to mamy plan – powiedziałem – ruszamy w kierunku Galerii Białej po broń oraz kolejne osoby.
- Nie możemy znaleźć czegoś, no nie wiem… tutaj? – zapytał.
-  Zaufaj mi ziomek, po prostu wszystko jest zaplanowane. Ruszajmy teraz jak najszybszą drogą w stronę centrum. Omijajmy ulice i po prostu trzymajmy się razem – zaproponowałem, wychodząc na drogę przed szkołą. Wtedy usłyszeliśmy coś, co dogłębnie nas przeraziło. Uliczka, na której się znajdowaliśmy, była dosyć specyficzna. Jak wcześniej wspomniałem, znajdowała się w labiryncie mało mi znanych bloków i ścieżek, w których było mnóstwo nieciekawych miejsc. Teraz, byliśmy dokładnie w jednym z nich. Uliczka odbiegała w prawo na obrzeża i w lewo do centrum, tam, skąd przyszedłem. Z obu stron zaczęły do nas iść spore grupy zombie. Człapały żwawo, próbując jak najszybciej dorwać znajdujący się w potrzasku posiłek. Każdy z nas uniósł broń. Ścisnęliśmy się plecami, próbując pilnować każdej możliwej strony, ale nie było to łatwe. Nawet ze szkoły zaczęły się wyczołgiwać trupy. Przez chwilę byłem nawet pewien, że zobaczyłem dawnego nauczyciela od języka polskiego, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że to teraz kompletnie nie ma znaczenia. Ernest krzyknął i kazał biec za sobą. Ruszyliśmy i po chwili zmagaliśmy się ze szklanymi drzwiami, prowadzącymi do całkiem długiego bloku mieszkalnego. To była nasza jedyna nadzieja…