Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rozdział 10: Wspólnota

Rozdział 10, kolejny z perspektywy Bobra. W tym rozdziale zobaczymy jak przebiegnie atak na miejsce, do którego bohaterowie jechali przez jakiś czas. Miejsca, które jest dla nich niezwykle ważne. Jest to dosyć długi rozdział, w którym jest pełno akcji, więc myślę, że wam się spodoba. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

POV:
Bobru - Rozdział 10 - Dzień 4-5
Erni - Dzień 4-5 - Erni ucieka z obozu bandytów
Zuza - Dzień 4-5 - Zuza zauważa grupę Bobra z drugiej strony Płocka

----------------------------------------------------

Rozdział 10: Wspólnota (BOBRU)


                Gdy byliśmy gotowi do ataku na znajdujący się na wzgórzu obiekt, był wieczór. Cały dzień spędziliśmy na obserwowaniu okolic, sprawdzaniu niższych budynków, schowaniu Potwora, oraz planowaniu. Tir zostawiliśmy około trzysta metrów od kościoła na wzgórzu, który był naszym celem. Prawdopodobnie mielibyśmy to miejsce przejęte już dawno temu, ale niektórzy mówili o ruchu który widzieli w oknach. Chociaż sam nie widziałem nic, to wolałem nie ryzykować. Ulice, poza sporymi ilościami zombie były puste. Nie widzieliśmy barykad, posterunków, ani żadnych innych śladów ludzkości. To wszystko było po prostu opustoszałe. Siedzieliśmy u podnóża góry, zajmując nieduży sklep, gdzie urządziliśmy tymczasową kwaterę główną.
                Dymitr właśnie wrócił z Pablordem ze zwiadu.
- Coś nowego? – rzuciłem.
- Właściwie nie. Okolica na pewno jest pusta. Jedynie te zabudowania na wzgórzu mogą być problemem – odpowiedział Pabi.
- Jaki jest ostatecznie plan? – zapytał Krystek.
- Ostatecznie idziemy tam jednym z dwóch wejść. Główną bramą. Musimy założyć, że nic nas nie zaskoczy z stromych zejść z tej górki. Wyślę też niedużą grupę od tyłu. Tak żeby nikt nas tamtędy nie podszedł – wytłumaczyłem. Wzgórze było położone w zachodniej części miasta niedaleko mostu na drugi brzeg. Pozycja była dobra. Na samym szczycie znajdował się spory plac widokowy oraz dwa główne budynki, które nas interesowały – kościół oraz muzeum. Oba wyglądały obiecująco.
- Ja mogę odcinać tyły – zaproponowała Ika.
- Pomogę jej – dodał Dymitr.
- Też się piszę – odezwał się Józef.
- Dobra. Wasza trójka odcina zejście na tyłach. Musicie nas ostrzec jakby ktoś uciekał, albo próbował dostać się na wzgórze. Tak samo jak zobaczycie trupy. W tym mieście jest tego sporo, więc musimy być ostrożni – powiedziałem – A teraz przygotujcie się. Staramy się nie strzelać, chyba, że zobaczymy innych ocalałych. Wtedy nie zastanawiajcie się. Zombie to nic w porównaniu z ludźmi – dodałem – A no i ktoś powinien zostać tutaj na miejscu. Nie wiemy czy ktoś już nas zauważył, a jak ukradną nam Potwora to będziemy mieli spory problem. Jakiś ochotnik? – zapytałem.
 - Mogę zostać i przypilnować wszystkiego – powiedziała Ruda.
- Idealnie. To do dzieła – podniosłem głos z entuzjazmem.
                Pozostali przyjęli moje słowa z cichą aprobatą. Wszyscy zaczęli krzątać się i przygotowywać do wyruszenia. Poprawiłem nóż przy pasku i sprawdziłem stan naładowania pistoletu. Poprawiłem wszystko, żeby móc wygodnie i szybko wyciągnąć w razie problemów. Byłem gotowy. Po dziesięciu minutach wyszliśmy ze sklepu zostawiając  tam Rudą i wspólnie ruszyliśmy wyznaczoną drogą na górę. Dymitr, Józef i Ika wkrótce się od nas odłączyli ruszając na tyły. Bronie do walki z bliska mieliśmy gotowe w dłoniach. Na czele, obok mnie, szedł Gigant. Pewnie trzymał swój miecz w rękach. Dotarliśmy do niedużego stopu, gdzie nachylenie wzgórza wyrównywało się i stało tu parę sklepów z pamiątkami oraz nieduża knajpa.
                Trupów było sporo. Było już dosyć ciemno, więc osoby stojące na tyłach trzymały latarki, a ja, Gigant, Pablord oraz Łapa walczyliśmy. Kiedyś walka z zombie sprawiała problemy. Na początku był to problem moralny, bo ciężko było odebrać życie chodzącej i żyjącej istocie, ale ci dostosowani szybko zrozumieli, że zombie już nie żyją i jeżeli się tego nie pojmie, to samemu straci się życie. Następnie był problem z samą walką. Chociaż trupy poruszały się stosunkowo powoli to potrafiły przyspieszyć jak były blisko. Miały sporą siłę, a walczyły aż do zniszczenia mózgu. Doświadczenie jednak sprawiało, że czuło się już kiedy i jak zaatakuje trup, co sprawiało, że walka z nimi była łatwa. Ostatnim problemem, na który nie było rozwiązania, była liczebność. Tego nie dało się przeskoczyć.
                Gdy powoli szliśmy do przodu, a okoliczne trupy nadchodziły jeden za drugim, poczułem niepokój. Gigant jednak ścinał je z daleka. Daliśmy mu sporo miejsca, żeby przypadkiem nie trafił nas stojących za jego plecami. Gdy jakiś trup atakował z niekorzystnej strony, Karol nie musiał się nim martwić, bo wtedy wchodziłem ja, albo ktoś inny. Zamachiwałem się z dużą siłą, przebijając kolejne gardła i docierając ostrzem noża do mózgu. Uderzenie w samą czaszkę było ryzykowne, bo chociaż czasami udawało się, to łatwo można było źle trafić przez co ostrze utykało w kości lub odbijało się od  głowy. Gigant nie miał z tym żadnego problemu. Nie używał nawet dużej siły, jego miecz był tak dobrze naostrzony, że przecinał kość jak masło.
                Przebiliśmy się przez plac i trafiliśmy z powrotem na drogę na górę. Spoglądałem co jakiś czas na górę, mając dziwne przeczucie, że ktoś nas obserwuje. Ktokolwiek chciałby się dostać na to wzgórze w ten sposób co my, był bardzo łatwym celem do ataku. Chociaż na samej dróżce było mnóstwo drzew oraz kamienny murek, to wciąż nie dawały one ciągłego schronienia. Szliśmy powoli, nie chcieliśmy przyciągać zbyt dużej uwagi, szczególnie trupów. Byliśmy coraz bliżej szczytu. Nieduży kamienny chodnik, którym wyłożona była dróżka, powoli tracił swoją krzywość i coraz bardziej się wyrównywał. Widzieliśmy już wyłaniające się budynki. Przekroczyliśmy uchyloną delikatnie żelazną bramę. W końcu mogłem na to spojrzeć z bliska.
                Bliżej głównego wejścia znajdowało się muzeum – ogromny budynek z czerwonej cegły, z jedną wieżą. Widać było, że niedawno został odnowiony, ale prace nie zostały ukończone, ponieważ po jego wschodniej części widać było resztki rusztowania. Poza tym miał kształt prostopadłościanu. W oczy rzuciły mi się dwa wejścia, jedno od przodu, duże, z napisem „Muzeum Diecezjalne” nad dębowymi, solidnymi drzwiami, oraz drugie, kawałek oddalone od pierwszego i znacznie mniejsze. Przed nami rozprzestrzeniał się nieduży ogród z niezadbanym, zarośniętym żywopłotem oraz kilkoma kwitnącymi drzewami.
                Prostopadle do muzeum znajdował się nasz główny cel, ogromny czerwony kościół. Z przodu widać było charakterystyczne wrota prowadzące do środka. Nad wejściem był umieszczony witraż oraz dwie monstrualne wieże z szpiczastymi dachami. Po drugiej stronie, między nimi, widać było zarys kopuły, która wieńczyła całą budowlę, która była całkiem długa. Cały budynek był przedziurawiony licznymi okienkami, ale to co rzuciło mi się od razu w oczy to był fakt, że dolne były zabarykadowane. Ktokolwiek tu był w tym momencie, czy też wcześniej, mieszkał i bronił się w tym miejscu przez jakiś czas.
                Podziwianie całego kompleksu na pewno trwałoby nieco dłużej, ale nagle moje oczy oślepił czerwony blask. Momentalnie chwyciłem po broń, gdy zobaczyłem czerwoną flarę, którą z dużą prędkością wznosiła się w powietrze, tylko po to żeby za chwilę przejść do fazy powolnego spadania.
- Mają kłopoty – rzuciła oczywistością Łapa i wskazała bramkę, która prowadziła na tyły, gdzie znajdowało się drugie zejście z wzgórza.
Ruszyliśmy wszyscy biegnąc ile mieliśmy sił w nogach. Na całym terenie naszej przyszłej bazy było znacznie mniej trupów. Od razu odrzuciłem opcję, że to wspinaczka je powstrzymała, bo zbocze było dosyć strome, ale wciąż nie przeszkadzało w wejściu na nie. Ktoś musiał tutaj być. Pominęliśmy jednak ten fakt. Dopadliśmy do furtki na tyły i zbiegając po kamiennych schodkach zauważyliśmy trzy postacie wbiegające pod górę. Machnąłem ręką mierząc w ich stronę, ale Pablord w porę mnie powstrzymał. Pod górę wbiegali nasi przyjaciele.
- Masa trupów. Skurwiele wyskoczyły znikąd. Staliśmy przy śmietnikach i coś aktywowaliśmy… - wyspał Dymitr.
- Na górę, lećcie! – krzyknął Gigant, który wyszedł im na spotkanie i od razu przeciął jednego z trupów, który wyszedł przed resztę próbując dorwać biegnącą jako ostatnią Ikę.
                Pomogłem Józefowi i po chwili wspólnymi siłami, wciąż nie strzelając, wróciliśmy na górę. Gigant zamknął furtkę i przesunął zasuwę. Całe wzniesienie otaczał nieduży mur, który pełnił raczej funkcję estetyczną niż obronną, ale chwilowo zatrzymał trupy. Było ich rzeczywiście bardzo dużo, ledwo opuściliśmy schody, a te były już ich pełne.
- Co tam się stało? – zapytałem teraz na spokojnie.
- Bobru nie mamy na to czasu – zasapał Gigant, który aż przesunął się, gdy trupy naparły na furtkę.
- Dobra, spróbujmy przejść tam -  powiedziałem wskazując palcem kościół.
- HEJ STÓJ! – wrzasnęła nagle Łapa.
                Wszyscy odwróciliśmy się w kierunku, w którym patrzyła. Zobaczyliśmy, że przez plac pomiędzy ogrodem, a kościołem biegnie jakaś postać. Poruszała się z dużą prędkością zdecydowanie zmierzając w stronę budynku. Gdy Łapa krzyknęła postać na chwilę się zatrzymała, ale po chwili jeszcze bardziej przyspieszyła.
- Biegniemy! – krzyknąłem. Ruszyliśmy w stronę kościoła. Usłyszałem trzaski, które pojawiły się od razu po tym jak Gigant puścił furtkę. Ta zaczęła kołatać się jak oszalała, na ledwo trzymających ją zawiasach. Dała nam jednak wystarczającą ilość czasu żeby dobiec do kościoła. Zombie zaczęły wlewać się na dziedziniec z tamtej strony. Biegnąca postać stała pod wrotami krzycząc i uderzając pięściami. Gdy byliśmy parę kroków od niej wyciągnęła nóż.
                Światła latarki oświetliły twarz chłopaka w moim wieku. Miał okulary oraz bardzo zabawnie wyglądający zarost, który wyglądał jakby rósł na twarzy nieznajomego nieregularnie, w różnych losowych miejscach.
- Zostawcie mnie skurwysyny… to teren prywatny, nie macie prawa tu być – starał się powiedzieć poważnym głosem, ale stukanie zębami psuło cały efekt. Wyszedłem przed szereg wyciągając pistolet. Wymierzyłem w głowę chłopaka, a jego reakcja kompletnie mnie zaskoczyła. Ten zamiast próbować się bronić, lub uciekać, jakkolwiek zareagować zamknął oczy.
- Ilu was tu jest? – zapytałem chłodnym, jak powietrze tego wieczora, głosem.
Chłopak nie odpowiedział. Dalej miał zamknięte oczy. Widziałem jak Łapa wyciąga pistolet i zaczyna do mierzyć, ale powstrzymałem ją. Sam schowałem pistolet i podszedłem do chłopaka. Podniosłem go za kołnierz bluzy, bez problemu zabierając mu nóż z ręki. Przycisnąłem go do drzwi.
- Wiem, że ktoś jest w środku. Niech lepiej nas wpuści, bo mi i tak wejdziemy, a ty będziesz idealną przynętą na trupy – wysyczałem.
- Chłopaki błagam wpuścicie – wyjęczał chłopak.
                Obejrzałem się przez ramię. Zombie były coraz bliżej.
- Otwórzcie te jebane wrota! – wrzasnął Dymitr.
Przez chwilę na dziedzińcu panowała prawie kompletna cisza, zagłuszana jedynie jękami zbliżających się trupów. Po chwili jednak usłyszałem stukot, parę metalicznych przesunięć, a wtedy wrota rozwarły się. Bez pytania wrzuciłem chłopaka do środka i wszedłem, a za mną podążyła reszta. Nasze wejście było niesamowicie chaotyczne. Łapa, Dymitr, Pabi i Gigant ruszyli do przodu przepychając grupkę ludzi i celując do nich broniami, a reszta szybko dopadła do wrót i je zamknęła.
                Nastała kolejna, krótka cisza. Odwróciłem się nie chowając broni. Znajdowaliśmy się w ogromnej sali kościelnej. Sufit był tak wysoko, że ledwo dało się go dostrzec w ciemności jaka panowała na górze. Palił się tylko jeden żyrandol, oraz szereg lampek bliżej podłogi. Ławki były w większości na miejscach, ale parę z nich było ustawionych w różnych strategicznych punktach. Ołtarz był całkowicie rozłożony, a na jego miejscu, już z daleka, widać było posłania, stolik, skrzynki i różne inne rzeczy. W środku było ciepło, powietrze stało, jakby nie było dobrego przepływu.
                Dopiero teraz mogłem spojrzeć na ludzi, którzy nas tu wpuścili. Mało nie parsknąłem ze śmiechu gdy się im przyjrzałem. Gdyby sytuacja nie była tak poważna, myślałbym, że trafiłem na plan jakiegoś filmu dla nastolatków. Grupa wyglądała jakby wyciągnięta z takich właśnie klimatów. Grupka chłopaków w wieku od, na oko, piętnastu do dwudziestu parę lat, wszyscy w okularach, z meszkiem pod nosem oraz niepewnymi minami, które jakby krzyczały „chcę wrócić do domu i pograć na komputerze”. Jak oni przetrwali, zapytałem sam siebie.
- Jak się nazywasz? – zapytałem tego, którego wcześniej zobaczyliśmy na dziedzińcu.
- E… Emil – powiedział po cichu. Ledwo usłyszałem jego głos przez echo uderzających o drzwi pięści trupów.
- Emil? Dobra. Powiedz swoim kolegom żeby stanęli pod ścianą z rękami za głową. Sprawdzimy czy nic nie ukrywacie i nikomu nie stanie się krzywda – powiedziałem spokojnym głosem.
- Dyktujecie nam warunki? To nasza miejsców… - zaczął kolega Emila, chłopak z gęstą rudą czupryną i pryszczami, które aż świeciły w ciemniejszym świetle, gdy Dymitr podszedł i uderzył go w brzuch.
- To miejsce nie jest już wasze – odpowiedziałem spokojnie – Ale może być nasze. Nie chcemy go zabrać, ale o tym zaraz. Podejdziecie pod tę ścianę cholera!? – zapytałem nieco zniecierpliwiony.
                Dopiero po chwili, powoli, cała szóstka ruszyła pod jedną z kolumn i ustawiła się w rządku, z rękoma za głowami. Patrzyłem na to przez chwilę po czym kiwnąłem głową i szóstka moich ludzi podeszła, żeby ich dokładnie przeszukać. Nie trwało to długo. Parę sekund później pokaźny stos noży oraz młotków, a także jeden pistolet, leżały przede mną.
- Dobra, przełamaliśmy pierwsze lody. Pabi ogarniesz wrota? Super. Dymitr przygotuj się z Łowcą, musimy zaraz wrócić po Potwora i Natalię. Ruda pewnie się tam martwi. Reszta ogarnijcie naszych gospodarzy i sprawdźcie czy ktoś tu się jeszcze nie ukrywa. Zabezpieczcie miejsce. Jakieś pytania? – wydałem parę poleceń upewniając się, że niczego nie pominąłem – Kto z was jest dowódcą? – zapytałem jeszcze, kierując pytanie do drugiej grupy.
- Ja – odpowiedział krótko Emil.
- Tego zostawcie gdzieś na wierzchu. Resztę na razie zwiążcie, nie będziemy ryzykować. Jest stąd drugie wyjście Emilu?
- Tam – wskazał na korytarz na prawo od miejsca, w którym powinien być ołtarz.
                Z ulgą patrzyłem jak kolejne osoby rozchodzą się, żeby zająć się powierzonymi zadaniami. Sam ruszyłem z Dymitrem i Łowcą w kierunku wskazanym przez Emila.
- Posrane – skwitował Łowca, gdy tylko odsunęliśmy się nieco od reszty.
- Hmm? – zapytałem.
- Jak takie smrody przetrwały. Wyglądają jakby bali się sami siebie, a co dopiero trupów – powiedział z pogardą.
- Pewnie ukryli się tutaj i mieli jakieś zapasy. Co dziwi mnie bardziej to prąd. Muszą tu mieć jakiś generator. To znacznie ułatwi sprawę – ucieszyłem się.
- Musisz przycisnąć tego Emila. Wygląda jakby coś knuł – powiedział.
Pokiwałem głową.
                W wspomnianym wcześniej korytarzu bez problemu odnaleźliśmy drzwi. Prowadziły one do krótkiej sieni, a po chwili na zewnątrz. Pojawiliśmy się na tyłach kościoła. Trupy zaczęły powoli się nudzić. Kościół doskonale wygłuszał odgłosy z zewnątrz, a gdy spojrzałem w jedno z licznych okien nie zauważyłem nawet światła. Gdyby nie to, że byłem w nim przed chwilą, nie wiedziałbym nawet, że ktoś tam jest. Ruszyliśmy powoli w stronę głównej bramy. Zastanawiałem się przez chwilę, dlaczego była otwarta, ale ostatecznie nie zawracałem sobie tym głowy, wiedziałem, że wyciągnę to od Emila.
                Znaleźliśmy się na kamiennej drodze prowadzącej w dół. Zeszliśmy bez większych kłopotów i gdy byliśmy już niedaleko sklepu usłyszeliśmy strzały. Natychmiast zniżyliśmy się do pozycji pół kucającej i przyspieszyliśmy kroku.
- Kurwa kurwa kurwa kurwa – przeklinał pod nosem Dymitr. Wiedziałem, że martwił się o swoją dziewczynę. Chociaż z początku ich relacja nie wyglądała tak kolorowo, teraz byli pełnoprawną parą i zdecydowanie dbali o siebie. Miałem szczerą nadzieję, że to zombie, a nie inni ocalali. Nie myliłem się. Gdy podeszliśmy pod sklep zauważyłem, że przed wejściem jest grupa parunastu trupów. W światłach wystrzałów szybko dostrzegłem Rudą, ale co było najbardziej zaskakujące nie była sama.
                Tuż przy niej, zdecydowanie nie jako wrogowie, stały trzy inne kobiety. Z daleka nie widziałem szczegółów, ale gdy tylko to zobaczyłem przyspieszyłem. Dotarliśmy do trupów od tyłu. Zabiłem jednego, a następnie drugiego, przebijając się bliżej sklepu.
- Ktoś tu biegnie! – krzyknęła nieznajoma mi dziewczyna.
- Co? Czekajcie! To moi przyjaciele – zatrzymała ich Ruda.
- Jesteś pewna? – zapytała inna kobieta.
Dotarliśmy do nich. Łowca powalił trupa najbliżej nas i dobił go łomem. Dymitr podbiegł do Rudej i odciągnął ją od kobiet. Ja oddałem dwa szybkie strzały i zabiłem dwa ostatnie trupy, po czym natychmiast wymierzyłem w stronę kobiet. Jedna z nich miała strzelbę, pozostałe dwie trzymały w rękach noże.
- Puść to – powiedziałem krótko wskazując na kobietę i jej strzelbę.
- Sam to puść, cholera – powiedziała nienawistnie.
- Hej spokój! Bobru one mi pomogły. Dajcie spokój. Gdzie jest reszta? – zmieniła temat Ruda.
- Zajęliśmy wzgórze. Nie jesteśmy sami, ale… powiem więcej na górze – podszedłem do Rudej – Jesteś tego pewna? – zapytałem ciszej, wskazując na trójkę kobiet.
- Absolutnie – powiedziała z pewnością w głosie.
                Odwróciłem się powoli. Kobieta dalej trzymała broń, ale widać było, że nie mierzyła we mnie.
- Bobru – powiedziałem krótko, opuszczając pistolet i wyciągając rękę – A to jest Dymitr i Łowca.
- Anna – odpowiedziała kobieta – a te dwie to moja córka Sara i…
- Zuza – wtrąciła dziewczyna z włosami koloru ciemnego blond.
- Dobra… Zasada jest taka, oddajecie mi tą strzelbę, ja chowam broń. Chyba, że nie macie ochoty z nami iść, wtedy nie ma żadnego problemu. Idziecie w swoją stronę, a my w swoją – powiedziałem równie spokojnie jak do grupy Emila.
Dziewczyny przez chwilę się zastanawiały. Rozmawiały między sobą, aż ta o imieniu Zuza powiedziała:
- Idziemy z wami.
Cóż za szalony wieczór, pomyślałem po czym ostrożnie wyciągnąłem rękę po strzelbę. Anna niechętnie podała mi ją.
- Prowadź – powiedziała.
                Ruszyliśmy w stronę Potwora. W mojej głowie układały się myśli. Dwie grup jednego dnia. Trzyosobowa i sześcioosobowa. Obie nie stanowiły problemu i nie atakowały. Czy życie w ten sposób rzeczywiście było możliwe? Nie wiedziałem, ale byłem pewien, że nie pozwolę na nic, co może zaszkodzić moim ludziom. Obserwowałem ciągle trzy kobiety. Dymitr i Ruda zajęli się sobą, a Łowca usiadł wygodnie na fotelu kierowcy. Dwie z nich zachowywały się jakby kompletnie nie interesowała ich cała ta sytuacja, ale jedna przygląda mi się ukradkiem. Była to ta, która przedstawiła się jako Zuza. Wiedziałem, że właśnie z nią będę musiał pogadać, jeżeli chciałem się czegokolwiek dowiedzieć.
                Droga na górę nie była tak łatwa jak przewidywałem. Potwór ledwo mieścił się na średniej, betonowej dróżce. Na ostatnim zakręcie przed wjazdem na dziedziniec bałem się przez chwilę, że spadniemy, ale Łowca znał się na prowadzeniu tym pojazdem i wyratował nas. Dymitr wyskoczył, żeby otworzyć bramę. Ta też nie była do końca dostosowana do wielkości Potwora, ale całe szczęście zmieściliśmy się na styk. Zadowolony wysiadłem i wraz Dymitrem, Rudą oraz trzema nieznajomymi ruszyłem w stronę kościoła. Wolałem nie próbować dostać się od przodu. Wejście było zbyt ważne, żeby było otwierane za każdym razem jak ktoś ma ochotę wejść. Właśnie przez podobny błąd Emil wpadł w nasze ręce. Ruszyliśmy na tyły i weszliśmy do środka.
                Na pierwszy rzut oka widać było, że  przez te dwadzieścia minut, podczas których byłem na zewnątrz, sporo się zmieniło. Piątka ludzi siedziała związana przy jednej ze ścian niedaleko ruin ołtarza. Ich wszystkie rzeczy zostały tam przeniesione, a na ich miejsce pojawiły się nasze posłania. Spojrzałem w górę. Z tej perspektywy widać było, że kościół ma coś w stylu górnego piętra, długiej drewnianej platformy, która obiegała cały budynek dookoła na poziomie kilku metrów. Na przywitanie wyszła do nas Łapa. Spojrzała pytającym wzrokiem w kierunku dziewczyn, które przyprowadziłem. Machnąłem ręką na znak, że zaraz wszystko wytłumaczę, po czym kazałem przyprowadzić Emila. Poprosiłem też Zuzę, żeby poszła ze mną.
                W ten sposób, wraz z dwoma więźniami, Łapą, Pablordem oraz Gigantem ruszyliśmy w stronę wrót do kościoła. Tam usiedliśmy na jednej z ławek, z dala od reszty. Planowałem przekazać informacje moim ludziom, ale musieli oni teraz pilnować reszty oraz zajmować się sprawdzaniem tego miejsca, a ludzie Emila oraz koleżanki Zuzy nie musiały tego słyszeć. Spojrzałem raz jeszcze na siódemkę nowych osób, które siedziały teraz przy ołtarzu i rozmawiały o czymś. Dymitr siedział obok nich z Łowcą i łypali na nich groźnie.
- Dobra zacznijmy od ciebie – wskazałem Emila – Jak długo jesteście w tym miejscu? Tylko mów szczerzę, nie mamy złych zamiarów, ba powiem wam nawet po co tu jesteśmy, po prostu nie chcę niepotrzebnego rozlewu krwi.
- Prawie od początku. To chyba dobre miejsce – powiedział niepewnie, poprawiając okulary.
- Przetrwaliście tu sami? Było was sześciu? – wciąż nie mogłem w to uwierzyć.
- Było nas więcej. Niektórzy po prostu odeszli, a inni zostali zabici. Dlatego teraz nie wychylamy się stąd zbytnio. W muzeum mamy zapasy i inne potrzebne rzeczy, nie musimy wychodzić nawet na miasto, a nikt inny tutaj nie przychodzi. A jak przychodzi ginie – odpowiedział już nieco pewniej.
- Wy ich zabijacie? – chociaż starałem się ukryć moje rozbawienie to nie wyszło mi to do końca.
- Was też prawie złapaliśmy. Gdyby nie to, że wracałem akurat z muzeum to nie weszlibyście tutaj.
- Nie doceniasz nas – odpowiedziała kąśliwie Łapa.
- Jak? Macie tylko jeden pistolet. Nie widziałem więcej broni palnych, wątpię żebyście trzymali je w magazynie – zignorowałem słowa Łapy.
- Z przodu zostawiamy otwartą bramę, świata i dźwięki ledwo co widać na zewnątrz, więc kto tu wchodzi myśli, że miejsce jest puste. Dodatkowo trupobomby… - tłumaczył powoli, ale z nieukrywaną dumą, jakby był detektywem, który opowiada o właśnie rozwiązanej ciężkiej sprawie.
- Trupobomby? – zapytał Pablord.
- Tak je nazwaliśmy. Uwięziony trupy, które uwalnia niewidoczny mechanizm. Proste, a skuteczne.
- A co robicie jak was otoczą? – zapytałem.
- Po jakimś czasie same odchodzą. Jak mówiłem nie wychodzimy stąd za dużo.
- Dobra – powiedziałem – Pytanie jest czy teraz chcecie stąd wyjść? My jesteśmy z Torunia i tamtejszego obozu. Mieliśmy zająć dobry punkt w tym mieście, żeby pomóc reszcie w walce z nadchodzącym zagrożeniem. Nie widzimy problemu żebyście tu zostali o ile nam pomożecie i nie będziecie przeszkadzać.
- To ciężka decyzja… - zauważył.
- Dlatego damy wam czas do jutra. Dzisiaj i tak noc będzie pełna planów i emocji ,więc nie będzie problemu jak będziecie poruszać się tu niezwiązani. Ale zrób coś podejrzanego lub niech ktoś z twoich ludzi coś takiego zrobi, a będziemy mieli problem. Rozumiesz? I odpowiedź chcę poznać jutro z rana – powiedziałem.
- Pomyślę i jutro porozmawiamy – odpowiedział delikatnie się uśmiechając.
- Dobra, wróć do reszty. Zaraz tam podejdę i ich uwolnimy – powiedziałem, po czym poczekałem aż Emil odejdzie. Widziałem z daleka jak drżały mu kolana. Jeżeli coś planował to ukrywał to cholernie dobrze.
- Teraz ty – powiedział spoglądając na kobietę. Była nieco starsza ode mnie, ale wciąż wyglądała jak młoda dziewczyna. Podrapałem się po brodzie – Opowiesz mi może jak wpadłaś na moją przyjaciółkę.
- Ja… - zaczęła po czym zrobiła pauzę. Widziałem na jej twarzy, że w głowie przeżywa teraz istną nawałnicę myśli – Śledziłam was od jakiegoś czasu.
- Co? – wystrzelił automatycznie Pablord.
- Jestem Zuza, niedawno straciłam męża i od tamtego czasu podróżuje sama. No i miałam tego dość. Spotkałam na drodze dziewczyna, która opowiedziała mi o Toruniu. Musiałam znaleźć innych ludzi i iść dalej. Ale wtedy, gdy zaatakowały mnie trupy zobaczyłam wasz pojazd. Chowając się pod jednym z aut zraniłam się mocno w nogę, ale pozostałam niewykryta. Usłyszałam rozmowę pomiędzy tobą – wskazała Pablorda – a tobą. Mówiliście o Płocku więc ruszyłam za wami.
- Dlaczego? – zapytałem zaskoczony jej wyznaniem.
- Wydawaliście mi się porządnymi ludźmi. Takimi, którzy wiedzą co robią. A gdy dowiedziałam się, że jesteście z Torunia to tak jakbym dotarła tam.
- Nie patyczkujesz się widzę – odpowiedziałem.
- Dotarłam tutaj i chciałabym zostać. Znam się na medycynie, mogłabym być pomocna. I mam wiele informacji – poklepała ręką po swoim plecaku.
- Chwila, a te dwie kobiety, które są tu z tobą? – zapytał Gigant.
- Pomogły mi tu dotrzeć na czas. Bezinteresownie.
- Ciekawe… - spojrzałem raz jeszcze na dwie kobiety, które siedziały teraz patrząc w naszą stronę.
- Nie ukrywam, że chcemy zamienić to miejsce w obóz. A obóz nie istnieje bez ludzi. Możesz tu zostać i zapracować sobie na nasze zaufanie. Ale tak jak poprzednio, zrób coś głupiego, a nie będziemy mieli dla ciebie litości – powiedziałem twardo.
- Dziękuje – powiedziała – Co do informacji, mam je w plecaku. Chciałabym je nieco sama przejrzeć, ale gdy to zrobię, trafią do ciebie.
- Jasne. Macie jeszcze jakieś pytania? – skierowałem te słowa do moich przyjaciół.
- Nic, co mogłoby martwić ją – powiedziała Łapa patrząc nieprzychylnie w stronę Zuzy. Ta nie opuściła wzroku. Wstała i ruszyła do reszty.
- Co myślicie? – zapytałem.
- Ten chłoptaś jest podejrzany, ale boi się nas jak cholera. Ta dziewczyna… sam nie wiem – powiedział Gigant.
- Co teraz? – zapytała Łapa po chwili ciszy.
- Teraz przygotuje się do drogi – powiedziałem.
- Co? Jakiej drogi? – zapytała.

- Płońsk i Inowrocław. Musimy powiadomić resztę, że się nam udało i sprowadzić tu więcej ludzi. Coś czuję, że to wszystko to cisza przed burzą… - powiedziałem tajemniczo i spojrzałem w górę. Przez jedno z okien wlatywał blady blask. Blask księżyca. Księżyca, który był prawie w pełni.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział 10: Chwile słabości

Rozdział 10, kolejny z perspektywy Bobra. Dosyć mocny psychologicznie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 10 - Bobru - Dzień 6
Irek - Dzień 6 - Irek w tym czasie przebywa w Inowrocławie z grupą Łapy
Olaf - Dzień 6 - w tym czasie Olaf wraca do Płońska

------------------------------------------

Rozdział 10 (Bobru): Chwile słabości


                Następnego dnia, po całym incydencie, obudziłem się w swoim pokoju. Pamiętałem wydarzenia z wczoraj jak przez mgłę. Powrót z Drugiego Posterunku, walka z buntownikami, rozmowa z Dziarą i resztą i zdanie raportu, a potem picie w barze.  Głowa bolała mnie niemiłosiernie, ale kac był zdecydowanie najmniejszym problemem. We mnie trwała dziwna, moralna walka. Chociaż zabijałem, dostawałem, obserwowałem śmierć lub ucieczkę bliskich mi osób to nic nie zdziwiło mnie tak, jak incydent przed Kwaterą Główną. Wiedziałem, żeby nie ufać nikomu, ale uratowałem to miejsce przed zagładą. Straciłem tylu dobrych ludzi, żeby Toruńska Ostoja funkcjonowała, a ludzie nie byli w stanie tego pojąć i chcieli mnie zabić.
                Nie wiedziałem, czy jestem gotów zostać tutaj na tyle, żeby pomóc Dziarze w Inowrocławie, chociaż okazja była świetna. Jeżeli rzeczywiście ma zostać zbudowana tu społeczność to mógłbym od razu dołączyć do niej nasz obóz. Nie byłem tylko pewien, czy na pewno chcę zakładać nowy obóz. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie pasuje do tego miejsca, nie nadaje się na dowódcę i powinienem ruszyć sam. Co by się wtedy stało z resztą? Tego nie wiedziałem, ale byłem pewien, że byłoby im lepiej niż ze mną. Nie rozumiałem dlaczego problemy i kłopoty tak bardzo się mnie trzymają. Naprawdę potrzebowałem z kimś poważnie porozmawiać na ten temat, szczególnie, że wyjazd do Inowrocławia miał się odbyć jutro późnym wieczorem, żebyśmy dojechali tam na ranek.
                Wstałem, wypiłem trochę zimnej wody i ubrałem się. Uzbroiłem się w pistolet oraz ulubiony nóż, po czym ruszyłem. Miałem do przygotowania ostatnie rzeczy, przed podróżą do Inowrocławia i sam nie wiedziałem za co się wziąć. Musiałem obgadać parę rzeczy, z różnymi ludźmi, a dzisiaj miałem wyjątkowo paskudny humor. Pierwsza na mojej liście była Dorota – staruszka, która uratowała mi wczoraj życie. Do niej podszedłem z wyjątkowo pozytywnym nastawieniem, a znalazłem ją w miejscu, w którym często przebywała – niedużym placu niedaleko strzelnicy, gdzie było parę ławek i niedziałająca fontanna. Miejsce było ładne, ale ja zawsze omijałem je, jakby go nie zauważając.
                Podszedłem do niej. Karmiła akurat dwa psy, które na mój widok zaczęły merdać ogonami.
- Lubią cię – powiedziała.
Usiadłem obok. Pogłaskałem większego z nich i przez chwilę obserwowałem jak zajada kawałek mięsa rzucony przez starszą kobietę.
- Chciałem ci podziękować. Uratowałaś mnie wczoraj, chociaż mogłaś stać obojętnie, albo pomóc buntownikom – powiedziałem szczerze.
- Przynajmniej tak mogłam się odwdzięczyć – powiedziała cicho, dalej karmiąc psy i nie patrząc na mnie.
- Odwdzięczyć? – zapytałem, nie będąc pewnym co ma na myśli.
- Pomogłeś naszej grupie. Zaakceptowałeś nas w tym obozie przez co teraz możemy tu żyć wiedząc, ze nie grozi nam żadne większe niebezpieczeństwo – wytłumaczyła.
- To była decyzja Dziary, ja nie jestem tu nikim specjalnie ważnym. Po prostu pomagam i staram się żeby moi ludzie przetrwali każdy następny dzień – stwierdziłem.
- I to cię różni i sprawia, że wszyscy się tobą interesują – rzekła.
- Co takiego? – zapytałem coraz bardziej czując się nieswojo.
- Człowieczeństwo – powiedziała nieco ciszej, jakby te słowo miało przywołać złe moce.
                Ledwo powstrzymałem się od śmiechu.
- Ja nie jestem już człowiekiem – powiedziałem.
- Ależ oczywiście, że jesteś. Co więcej, otacza cię mnóstwo dobrych ludzi, chociaż są też ci źli – mówiła dalej zagadkowo.
- Zabijałem. Kradłem. Poświęcałem własnych ludzi, dla dobra innych. Straciłem aż za dużo. Jestem wrakiem kobieto – powiedziałem nieco rozzłoszczony.
Dorota spojrzała w końcu na mnie.
- Nie. Jesteś kimś interesującym. Mogłeś już dawno przejąć to miejsce. Nie zrobiłeś tego. Mogłeś też uciec. Tego również nie zrobiłeś. Interesują cię inni ludzie i te wszystkie małe grzeszki się kompletnie nie liczą, bo w przeciwieństwie do innych ludzi ty robisz to dla kogoś, a inni dla siebie.
Dawno nie usłyszałem tak miłych słów, więc aż się zarumieniłem, ale nie rozumiałem skąd kobieta tyle o mnie wie. Podejrzewałem, że usłyszała opowieści od kogoś z mojej grupy.
- Dziękuje – powiedziałem wstając i dodałem szybko – za rozmowę. Naprawdę mi pani pomogła.
                Staruszka nie odpowiedziała mi tylko kiwnęła głową. Odszedłem od niej zalany nową falą myśli. Musiałem się zmobilizować, bo inaczej mogłem skończyć jako wrak. Słowa tej kobiety zadziałały na mnie jak wiatr działa na żagle. Teraz wiedziałem, że odwiedzenie jej było doskonałym pomysłem. Następnego czego potrzebowałem to znalezienie Giganta lub Łowcy. Była to dwójka, z którą mogłem zawsze porozmawiać w dosyć normalny sposób. Przez głowę przeszedł mi też Erni, ale ostatecznie postanowiłem znaleźć któregoś z tej dwójki.
                Szczęście dopisało mi, bo po zaledwie dwudziestu minutach spacerowania dostrzegłem duży miecz połyskujący w promieniach słońca i zobaczyłem Michaela oraz Giganta. Szli oni w kierunku północnej barykady i Kwatery Głównej. Podszedłem do nich i przywitałem się.
- Gdzie idziecie? – zapytałem.
- Mam wyzywanie, podobno za północną barykadą pojawiła się grupa ocalałych. Nie wiem jakim cudem nie zauważyli naszego obozu, ale puszczają race prawdopodobnie prosząc o pomoc. Muszę to sprawdzić – powiedział.
- A ja dołączyłem się do niego jak usłyszałem co się dzieje – powiedział. Nie spodobało mi się to nieco, bo prosiłem swoich ludzi o to, żeby nie mieszali się w tego typu rzeczy, bo mogę nabawić się kłopotów, albo ucierpieć przed wyjazdem z Ostoi, a tego nie chciałem. Z drugiej strony trzymanie ich cały czas w jednym miejscu musiało być całkiem denerwujące i nie chciałem żeby zapomnieli jak radzić sobie w dziczy, jaka działa się za murami Ostoi.
- Pomogę wam – zaproponowałem.
- W sumie każda para rąk się przyda – powiedział Michael bawiąc się przy okazji swoim kijem.
- Ktoś jeszcze tam został wysłany? – zapytałem.
- Erni i Wiktoria – odpowiedział czarnoskóry.
                Ruszyliśmy w stronę północnej barykady. Czekały już na nas tam osoby wymienione przez Michaela. W piątkę poczekaliśmy, aż brama się otworzy i wyszliśmy na zewnątrz.
- Wiadomo gdzie dokładnie jest to miejsce? – zapytałem.
- Parę ulic stąd – odpowiedział Erni.
- To wszystko wydaje mi się być podejrzane – stwierdziła Wiktoria. Szliśmy ostrożnie, trzymając się pobocza ulicy i mijając coraz to kolejne, opuszczone budynki. Dzięki akcji Czerowny Flar okolice obozu były w miarę czyste, chociaż oczywiście zdarzały się pojedyncze przypadki, gdzie musieliśmy wyeliminować zombie. Jednak w otoczeniu takich ludzi czułem się bezpieczny.  Trzy Czerwone Flary oraz Gigant – to było wystarczające zabezpieczenie. Oczywiście wszyscy szliśmy z pistoletami i karabinami w rękach, bo nie wiedzieliśmy co tak naprawdę oznaczają te znaki puszczane z budynku, poza tym, ze ktoś tam musiał być i chciał zwrócić swoją uwagę.
                Do Torunia praktycznie codziennie dołączały nowe osoby, przez co rośliśmy w siłę. Oczywiście traciliśmy też ludzi, to przy barykadzie, to na wypadzie, to na ulicach miasta, jak Filipa. Ostatnim, który dołączył za moim pośrednictwem był Andrzej. Mężczyzna od razu odnalazł się w hierarchii obozu i zaczął pracować. Byłem ciekaw czy i tym razem wzmocnię ten obóz. Skręciliśmy w kolejną uliczkę i zobaczyliśmy, jak z trzypiętrowego budynku wylatuje przez okno raca. Zauważyliśmy też od razu, że pod drzwiami do budynku było parę trupów, które próbowały dostać się do środka.
- Jaki jest plan działania? – zapytała Wiktoria.
- Ja mogę zając się tymi trupami przy wejściu – zaproponował Karol.
- Jak Gigant oczyści przejście możemy wejść i przeszukać budynek, tylko ostrożnie. To zwykły rzemieślnik z lokalami do wynajęcia, oni są na drugim piętrze, więc tam trzeba będzie zachować wyjątkową ostrożność – wytłumaczył Ernest.
- Dobra, to lećmy – powiedział Michael ruszając do przodu.
                Poszliśmy za nim. Grupę prowadził Gigant, który wyciągnął z sykiem ostrze z pokrowca na plecach i poprawił elementy pancerza, które nosił. Noszenie kamizelki oraz ochraniaczy nie było głupim pomysłem, szczególnie jak walczył w zwarciu. Podszedł i robiąc ogromny zamach ściął dwie głowy jednym ciosem. Cała reszta rozglądała się po okolicy, w poszukiwaniu ewentualnych znaków pułapki.  Nie zauważyliśmy jednak nic podejrzanego. Gigant dokończył dzieło zniszczenia i oczyścił całe przejście. Weszliśmy razem do mrocznego budynku.
- Czy ktoś wziął latarkę? – zapytała Wiktoria.
- Nie – odpowiedział Erni i wyciągnął z kieszeni flarę. Nagle cały budynek utonął w czerwonym blasku. Kolejne flary zabłysły i powoli ruszyliśmy do przodu. Staraliśmy się nie robić zbyt dużo hałasu, ale wiedzieliśmy, że flary będą widoczne z bardzo daleka. Mimo to wchodziliśmy powoli schodami na pierwsze piętro, a następnie na drugie.
- Tutaj powinniśmy się nieco rozdzielić i dać znak, jak ktoś coś znajdzie – wyszeptał Michael.
- Nie wiem czy to mądre, rozdzielać się w budynku, w którym są nieznajomi ludzie – powiedziałem.
- Musimy założyć, że są to dobrzy ludzie, którzy szukają pomocy, a nie kłopotów – odpowiedział.
                Wszyscy przytaknęli i rozdzieliliśmy się. Drugie piętro prowadziło korytarzami w lewo i w prawo. Rozciągnęliśmy się tak, żeby każdy widział przynajmniej jedną, inną osobę i w razie czego jej pomógł. Dziwił mnie fakt, że nie słyszeliśmy niczego w tym budynku. Albo ocalali, którzy tu byli już o nas wiedzieli i się bali, albo szykowali zasadzkę. Chociaż nie bałem się, to czułem pewien niepokój. Nie wiedziałem czego się tu spodziewać. Mogli to przecież być nawet Złomiarze. Miałem cichą nadzieję, że to Łapa i reszta moich przyjaciół, którzy po prostu chcą dać mi znać, gdzie są, a przy okazji unikają bezpośredniego kontaktu z Dziarą.
                Skręciłem w korytarz i zniknąłem z oczu Wiktorii, która przeszukiwała pomieszczenia niedaleko mnie. Nagle usłyszałem dziwny hałas z pokoju obok i już byłem pewien, że ktoś tam jest. Momentalnie nakierowałem pistoletem w to miejsce i  powoli podszedłem do drzwi. Pociągnąłem delikatnie za klamkę i usłyszałem nagle hałas wypuszczanej racy. Znalazłem się w niedużym pokoju, obstawionym półkami z niedużymi paczuszkami. Zobaczyłem też siedzącego na krześle mężczyznę, który poderwał się jak mnie zauważył. Szybko przejechałem wzrokiem po pokoju, ale nie zobaczyłem innego wyjścia, ani żadnej innej osoby.
                Zamknąłem za sobą drzwi i nie przestając celować do mężczyzny podszedłem do niego. Był nieco starszy ode mnie, miał czuprynę koloru słomy i był ubrany w obdarte spodnie, oraz nieco przydużą na niego bluzę. Na krześle obok leżał plecak i nóż.
- Kim jesteś? – zapytałem.
Czułem się bardzo dziwnie, nagle zaczęła mnie boleć głowa, a oczy odmawiały posłuszeństwa. Mimo to, starałem się po sobie nic nie pokazać i dalej stałem prosto i celowałem do ocalałego. Zastanawiałem się czy przypadkiem nie zawołać kogoś do pomocy, w razie gdyby zemdlał, ale póki co nie podjąłem takiej decyzji.
- Ja… szukam schronienia. Miejsca, gdzie mogę odpocząć. Utknąłem jednak w tym budynku, a przed jedynym wejściem jakie znalazłem było mnóstwo zombie. Jak mnie znalazłeś? – jego głos na początku wydawał się normalny, ale z każdym kolejnym słowem brzmiał bardziej odlegle i  dziwnie.
- Race… - wytłumaczyłem krótko i ruszyłem się nie wiedząc do końca co się ze mną dzieje.
- Macie gdzieś obóz? – zapytał, ale przerwałem mu zaczynając ciężko oddychać. Oparłem się o ścianę, upuszczając pistolet. Co się ze mną dzieje, zapytałem sam siebie w myślach i zobaczyłem, że pomieszczenie robi się coraz bardziej rozmazane. Zobaczyłem, że mężczyzna wstaje i podchodzi do mnie.
- Wszystko w porządku… kochasiu? – zapytał.  Spojrzałem na niego i zobaczyłem twarz Łapy. Krzyknąłem. Obraz zaczął się wyostrzać, ale ja wciąż widziałem Łapę. Czy zostałem ugryziony i powoli się zamieniam? Jeżeli tak to kiedy? Co się ze mną działo?
- Co się dzieje… - wyjęczałem.
- To miłe, że się o mnie martwisz – odpowiedziała.
- Co ty tu robisz? Dlaczego cię widzę? – zapytałem. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że to jest niemożliwe, to jednak jakaś cząsteczka mnie chciała odrzucić tę myśl i wierzyć, że Łapa naprawdę się tu pojawiła.
                Wyglądała tak samo jak widziałem ją ostatnio – średniej długości czarne warkocze, smukła talia, długie nogi i czarny uniform przysłaniający wszystko oprócz twarzy z charakterystycznymi kościami policzkowymi.
- Widzisz, bo myślisz – odpowiedziała tajemniczo.
- Dlaczego uciekłaś? – zapytałem.
- Dobrze wiesz, że nie ułoży się pomiędzy nami. Za bardzo się skrzywdziliśmy – powiedziała patrząc na mnie.
Nie wiedziałem co się dzieje. Czy mężczyzna, z którym tutaj się spotkałem w ogóle zdawał sobie sprawę z tego co robię? A może byłem nieprzytomny, a to wszystko, to była zwykła wizja?
- Gdzie teraz jesteś? – zapytałem.
                Łapa roześmiała się.
- Nie widzisz? Siedzę tuż przed tobą! – powiedziała dalej się śmiejąc.
- Czy jest jeszcze szansa, żebym odzyskał swoich ludzi i was spotkał? – zadałem kolejne pytanie siedząc i opierając się o ścianę.
- Tak. A teraz przestań już do siebie gadać. Nie wypada, żeby dowódca obozu w Królowym Moście był takim wariatem. Otrząśnij się kochasiu – wstała i pocałowała mnie w czoło.
                Podniosłem się. Głowa bolała mnie bardzo mocno. Kręciło się mnie, ale nie widziałem już Łapy siedzącej na krześle. Podskoczyłem jednak, gdy zobaczyłem mężczyznę, który leżał w kałuży krwi tuż przy mnie. W jego brzuch był wbity mój nóż. Usłyszałem kroki na korytarzu i chciałem szybko podejść do ciała i wyjąć swoją broń, ale nie zdążyłem. Przez drzwi wpadł Gigant z mieczem, widocznie martwiąc się o mnie. Kiedy jednak zobaczył ciało zatrzymał się i zamknął drzwi. Podszedł do mnie.
- Bobru? Co się stało? Wszystko w porządku? – zapytał.
- Ja… - nie wiedziałem co powiedzieć. Opowiedzieć mu o mojej wizji? Czy może skłamać? Gigant był kimś komu ufałem, ale czy słusznie? Nasza przyjaźń była zbudowana na kłamstwie. Był człowiekiem Łapy.
- Dlaczego zabiłeś tego mężczyznę? – ponownie zapytał mnie Gigant.
- Jest ze mną źle, potrzebuje świeżego powietrza przyjacielu – poprosiłem.
- Nie. Nie teraz. Jesteś cały we krwi, jak zobaczy cię reszta to będę zadawać niewygodne pytania. Musisz się ogarnąć, a ja przypilnuje, żeby nikt ci nie przeszkodził – powiedział.
- Dzięki – wyszeptałem i zacząłem wycierać umazane krwią ręce. Gigant wyszedł z pokoju znaleźć resztę, a ja spojrzałem na ciało. To był niewinny człowiek, a ja go zabiłem? Co się ze mną dzieje? Czy oszalałem, zadawałem sobie pytania wyjmując nóż z ofiary i wycierając go o jego ubrania.
                Podniosłem się i spojrzałem na swoje ręce. Drżały, ale były czystsze, z niewielkimi śladami po krwi. Wyszedłem powoli stawiając kroki i zobaczyłem na korytarzu moich towarzyszy.
- Budynek jest czysty, znaleźliśmy dwa zombie, które zdjęliśmy – powiedział Michael.
- Wszystko w porządku stary? Jesteś blady jak ściana – stwierdził Ernest patrząc na mnie. Wszyscy spojrzeli w moją stronę.
- W pomieszczeniu był facet. Bandyta. Zaatakował mnie więc go zabiłem. To on puszczał flary. Chodźmy stąd – powiedziałem, nieco nieobecnym głosem.
Michael i Wiktoria wymienili zdziwione spojrzenia, ale nie skomentowali. Ruszyliśmy do wyjścia, a ja wciąż cały drżałem. Marzyłem już tylko o tym, żeby wrócić do łóżka i odpocząć przed jutrzejszym wyjazdem. Wiedziałem jednak, że muszę się spotkać z Dziarą, a poza tym szansa na to, żebym dzisiejszej nocy normalnie się wyspał były minimalne.
                Nie wiem dlaczego, ale nagle naszła mnie ochota na rozmowy.
- Właściwie to co robiłeś przed tym całym gównem? – zapytałem Michaela.
- Studiowałem prawo w Warszawie… wydaje się to być tak odległe, że w sumie sam nie jestem pewien – powiedział.
- Ja też już nie mogę nawet myśleć o tym jak byłam dziennikarką – wtrąciła się Wiktoria.
- Byłaś dziennikarką? – zapytał zaciekawiony Erni.
- A co, nie wyglądam? – zaśmiała się.
- Wyglądasz jakbyś zamiast mikrofonu i blasku kamer, częściej miała karabin i huk granatów – powiedział szczerze Gigant. Rzeczywiście wyglądała jakby była z wojska.
- No cóż, pozory mylą – odpowiedziała.
My również opowiedzieliśmy nieco o sobie i tak na rozmowie zeszła nam cała trasa i nawet nie zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się pod bramą. Czułem się już lepiej, ale dalej byłem zszokowany tym, co przeżyłem. Co jeżeli znowu spotka mnie coś takiego i zranię kogoś, kogo lubię? Kogoś z grupy? Musiałem koniecznie to załatwić.
                Gdy weszliśmy na teren Ostoi rozdzieliliśmy się i ja poszedłem w stronę Kwatery Głównej obiecując, że zdam raport Dziarze, a reszta poszła w swoje strony. Po pięciu minutach byłem już pod drzwiami siedziby Czerwonych Flar, gdzie zastałem Dziarę, który wyjątkowo nie siedział przy swoim biurku, tylko na fotelu wychodzącym na tyły posiadłości. Widocznie odpoczywał. Podszedłem do niego i przywitałem się, a ten pokazał mi drugi fotel i podał szklankę z żółtawym napojem, który lekko musował.
- Lemoniada. Postanowiłem nie chlać tak od południa, bo ostatnio coraz gorzej się czuję i ciężej mi się pracuje. Rozumiesz, trzeba zachować jakiś tryb życia przyjacielu – powiedział spoglądając na mnie.
- Sprawdziliśmy te race na północ stąd. To był jakiś bandyta, który chciał nas wciągnąć w pułapkę. Zabiłem go – powiedziałem bez ogródek.
- Wierzę, że postąpiłeś słusznie. Szczególnie, że ostatnio w Toruniu robi się pełno. Co prawda pomieścimy jeszcze mnóstwo osób, ale myślę, że na chwilę obecną jest tu około trzystu pięćdziesięciu ludzi nie licząc Posterunków – powiedział z nieukrywaną dumą w głosie.
- Rozrasta się – powiedziałem – swoją drogą wczoraj zapomniałem ci wspomnieć, że Kapitan ma działający helikopter. Myślę, że to dosyć ważna informacja – dodałem.
                Dziara zamyślił się. W końcu odwrócił się w moją stronę.
- Tak. Może nawet będziemy go mogli całkiem niedługo wykorzystać. Ale to zobaczymy już po Inowrocławiu. Jesteś gotowy na jutrzejszy wyjazd? – zapytał.
- Tak. Chociaż kiepsko się czuję to pomogę ci, ale pamiętaj, że po tym opuszczam Ostoję – przypomniałem.
- Mam nadzieję, że będziesz w okolicy. Po pierwsze to bezpieczniejsze, a po drugie opłacalne i dla ciebie i dla mnie – powiedział.
Nie byłem pewien, co do tej opłacalności, ale na pewno nie chciałem zakładać nowego obozu daleka stąd. Po prostu chciałem założyć bezpieczne miejsce dla moich ludzi.
- Właściwie wiadomo, kto zastąpi Filipa na miejscu Czerwonej Flary? – zapytałem.
- Mam parę typów, opowiem ci jutro w drodze – zapewnił.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, aż w końcu postanowiłem, że przejdę się, bo dzisiaj wyjątkowo potrzebowałem świeżego powietrza.
- Pójdę już – powiedziałem – Musze odpocząć.
Dziara nie zatrzymywał mnie. Wyszedłem z Kwatery Głównej i chociaż pora była jeszcze w miarę wczesna, bo słońce było wysoko na niebie, to wybrałem się do baru. O tej porze było praktycznie pusto, ale ku mojemu zdziwieniu zauważyłem przy jednym stoliku Natalię, która czytała książkę i popijała kubek herbaty.
                Podszedłem do niej, a ta uśmiechnęła się.
- Hej Bobru, jak leci? – zapytała Ruda.
- Całkiem nieźle – zacząłem siadając naprzeciwko niej – właściwie to mam pytanie, dosyć poważne.
- Wal śmiało – powiedziała widocznie zainteresowana.
- Czy znałaś kiedyś osobę, której nienawidziłaś, a zarazem czułaś do niej coś niezwykłego? – zapytałem.
- Myślę, że tak. Nawet aktualnie darzę pewną osobę takim uczuciem, chociaż może go nie nienawidzę, ale często i gęsto mnie denerwuje – powiedziała.
- A miałaś kiedyś tak, że widziałaś twarz tej osoby, tak jakby w kimś innym? – chociaż zapytałem szczerze i poważnie to wiedziałem, że brzmię jak wariat.
- Nie… a ty tak miałeś? – zapytała.
- Tak. Tylko proszę cię, nie mów nikomu. Po prostu chciałem się upewnić, czy jest ze mną źle, czy to klasyczny przypadek… Ehh wybacz muszę odpocząć – powiedziałem wstając powoli.
                Nagle Ruda złapała mnie za rękę. Chyba sama się zaskoczyła tym, co zrobiła bo natychmiast ją puściła.

- Wiesz, jak chcesz możesz zostać ze mną. Z chęcią cię wysłucham i może zrobi ci się lepiej? Chyba nie jesteś teraz zajęty? – zaproponowała. Poczułem się nieco dziwnie, ale wróciłem na miejsce i chociaż w barze było coraz więcej osób my siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Byłem pewien, że to pomogło mi, bo gdy wracałem wieczorem do domu ledwo zamknąłem za sobą drzwi i zasnąłem. Bez snów i zwidów.

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 10: Przysługa

Rozdział 10, czwarty z perspektywy Bobra. Trochę zejście na inny temat, aczkolwiek dosyć ważne dla całego motywu Trzeciego Posterunku i Torunia. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------------

Rozdział 10 (Bobru): Przysługa


                Rodzina, która nas uratowała okazała się być naprawdę porządnymi ludźmi. Kiedy tylko Złomiarze się oddalili dali nam coś do zjedzenia i poskładali nas do kupy. Kasia założyła prowizoryczny okład na nogę Wiktorii, a następnie oczyściła dwie rany postrzałowe jakie zdążyłem dzisiaj zarobić. Byliśmy im wdzięczni i gdy tylko mieliśmy chwilę na rozmowę, postanowiliśmy to wykorzystać, aby z nimi porozmawiać. Za oknami robiło się już ciemno.
- Nie wiemy jak wam dziękować – powiedziałem siedząc pod ścianą w salonie. Cały dom był szczelny, okna były zasłonięte firankami, a drzwi założone metalową półką. Czuliśmy się tu bezpiecznie.
- Nie ma żadnego problemu – powiedział Rafał, głowa rodziny, drapiąc się palcami po czarno-siwej brodzie.
- Możecie nam trochę opowiedzieć o tych Złomiarzach? – zapytał Pablord – Mieszkam w okolicy praktycznie od wybuchu apokalipsy zombie, a jeszcze nie widziałem, żeby mieli taką grupę ludzi. W sumie dlatego też tu przybyliśmy. Nie otrzymywaliśmy żadnych informacji z okolicznego posterunku i obawialiśmy się, że coś mogło pójść nie po naszej myśli.
Rafał spojrzał ukradkiem na swoją żonę, a ona na niego. Po chwili milczenia mężczyzna odezwał się.
- Wybaczcie, ale póki co nie możemy wam nic powiedzieć – powiedział poważnym, smutnym głosem.
                Wiktoria wyszeptała coś złośliwie po cichu, a Pablord popatrzył na mężczyznę ze zdziwieniem.
- Chyba nie rozumiem… - zaczął Pablord.
- Niestety, ale nie powiemy nic, póki nam nie pomożecie – wystrzelił nagle Andrzej, syn Rafała. Chłopak był nieco grubszy ode mnie, ale też lepiej umięśniony. Miał wysuniętą szczękę, na której było widać kępkę twardych, czarnych włosów.
- Jak mamy wam pomóc? – zapytałem.
- Możemy porozmawiać o tym rano? – zaproponował starszy mężczyzna – Robi się ciemno, wy musicie odpocząć, noga Wiktorii wciąż jest w kiepskim stanie, a my musimy wszystko przemyśleć. Moja żona przygotowała wam trzy posłania w pokoju obok, chyba nic się nie stanie jak nie wyruszycie z powrotem dzisiaj tylko jutro, co?
Przegryzłem boleśnie wargę, aż kącikiem ust poleciała strużka krwi. Ci ludzie nas uratowali, ale coraz mniej mi się podobało to czego od nas wymagają. Musiałem się jednak zgodzić. Byłem tak zmęczony i obolały, że ledwo trzymałem się na nogach.
- Niech i tak będzie – zadecydowałem wstając.
- Mam jeszcze jedną prośbę – oznajmił Ryszard.
Zatrzymałem się, aby posłuchać czego od nas chciał.
- Nie wychodźcie ze swojego pokoju gdy już tam wejdziecie – powiedział tajemniczo. Miał do tego prawo. To on był gospodarzem. Pożegnaliśmy się z całą czwórką i ruszyliśmy do wyznaczonego pokoju. Był on prawie pusty, nie licząc trzech posłań oraz małej szafki pod ścianą, na której stała butelka wody oraz wazon z suchymi kwiatami.
                Zamknąłem za sobą drzwi i ciężko upadłem na posłanie. Byłem wykończony. Pablord i Wiktoria położyli się na posłaniach obok i chcąc w końcu odpocząć odwrócili się na boki. Musieliśmy jednak ustalić spójny plan na jutro. Z pozycji leżącej przeszedłem do siedzenia.
- Słuchajcie musimy coś ustalić – powiedziałem.
- Odnośnie tego co jutro zrobimy? – zapytał Pablord.
- Tak. W końcu sam nie wiem, niby ci ludzie nas uratowali, ale czego mogą od nas chcieć? Jeżeli mieszkają tutaj to dlaczego nie przeniosą się do Ostoi, która jest niecałe sto kilometrów stąd? – zapytałem.
- Może się boją ludzi z Torunia? – odpowiedziała Wiktoria.
- W ogóle myślę, że to nie będzie nic miłego, to co nas jutro czeka. Mam nadzieję, że to nie będzie nic niebezpiecznego, bo teraz jak tak myślę, to wydaje mi się, że sami moglibyśmy teraz uciec i sprawdzić trzeci posterunek. Dziara kazał nam sprawdzić, a nie dowiedzieć się co się stało – stwierdził Paweł ziewają przeciągle.
- Z drugiej strony spójrz na to tak, że Złomiarze mogą stanowić poważne zagrożenie dla Torunia. Być może nawet większe od Gangu. Myślę, że powinniśmy zrobić o co nas proszą ci ludzie i dowiedzieć się jak najwięcej, a jak sprawa zacznie przybierać niekorzystny obrót to uciekniemy, znajdziemy pojazd i wrócimy do Torunia – powiedziałem dotykając się w swędzące resztki tego co zostało z mojego ucha. Straciłem sporą, górną część lewego ucha i miałem nadzieję, że nic mi się nie stanie.
- W sumie to ci ludzie mogli już nas zabić, albo po prostu zostawić nas na pastwę Złomiarzy, a tego nie zrobili. Wątpię, żeby mieli jakieś złe zamiary – ocenił Pablord.
- Wiecie co mnie naprawdę martwi panowie? Gdzie jest Jonasz? – powiedziała blondynka.
                To było dobre pytanie. Jonasz został z tyłu, żeby pomóc nam uciec, a potem już go nie widzieliśmy. Czy udało mu się uciec, czy zginął? Może już jest w drodze powrotnej do Torunia?
- Będziemy musieli się za nim rozglądać, może schował się w jednym z okolicznych domów na noc, albo wrócił do Torunia. Musimy być dobrej myśli – powiedziałem – A teraz idźmy spać. Jutro czeka nas ciężki dzień.
Nie musiałem powtarzać, wszyscy ułożyli się i już po chwili spali. Ja leżałem jeszcze chwilę pomimo zmęczenia i analizowałem jak zwykle wszystko co mi chodziło po głowie. To był dopiero drugi dzień od wyjazdu do Torunia, a nawet poza jego murami dużo się działo. Strach pomyśleć co mogło się dziać w samej Ostoi, jeżeli Dziara zaczął jakąś akcję bez nas. Gdzie mogła być teraz Łapa? Pewnie siedziała w budynku Rady Torunia z Sołtysem i resztą i planowali coś ważnego. Erni tez musiał być już gdzieś daleko, najprawdopodobniej w okolicach Białegostoku. Nie martwiłem się teraz o niego tak jak wtedy, gdy myślałem, że zginął w Supraślu. Był z Łowcą i Cinkiem, a to zdecydowanie dobry zespół. Z resztą pojechał w stronę, którą mu oczyściłem, kiedy sam jechałem do Torunia. Wszystko będzie dobrze, z tą myślą poszedłem spać.
                Obudziłem się z samego rana i ku mojemu zaskoczeniu ani Wiktoria, ani Pablord już nie spali. Siedzieli i rozmawiali o czymś po cichu. Przywitałem się z nimi i wstałem, żeby rozprostować kości. Obie rany postrzałowe mnie bolały, ale ból był bez porównania z tym wczorajszym. Nie miałem humoru już od samego początku dnia, a to co nas czekało z pewnością nie miało nam go poprawić. Wyszliśmy z naszego pokoju we trójkę i skierowaliśmy kroki do kuchni. Wszędzie było ciemno, więc to naprawdę utrudniało zadanie poruszania się. Wpadłem raz w wiadro pełne jakiegoś płynu robiąc tym sporo hałasu. Miałem nadzieję, że nie obudziłem naszych gospodarzy, ale wątpiłem, żeby jeszcze spali.
                Zgodnie z moimi oczekiwaniami, kiedy weszliśmy do pokrytej całunem ciemności, kuchni to od razu zobaczyliśmy czwórkę osób krzątających się po kuchni. Usiedliśmy na wolnych krzesłach przy dużym, drewnianym stole. Wyspałem się całkiem nieźle, porównywalnie z ostatnią nocą w domku na wsi, ale teraz czułem niepokój. Nie mogąc wytrzymać ciszy przywitałem się z gospodarzami i zapytałem prosto z mostu.
- Czego od nas oczekujecie?
Głowa rodziny, która zajmowała się akurat ostrzeniem noża spojrzała na mnie. Ten człowiek nie budził we mnie strachu, ani właściwie żadnych innych emocji.
- Widzę, że nie możecie się doczekać, aż wrócicie do Torunia i przekażecie dowódcy raport z sytuacji. Rozumiem. Przechodząc do sedna chcieliśmy was prosić o pomoc w odzyskaniu zapasów z jednego, okolicznego miejsca. Jest tam pełno trupów, możliwe też, że spotkacie tam Złomiarzy, ale jest tam mnóstwo zapasów, których potrzebujemy żeby przeżyć w tym miejscu dłużej – wytłumaczył.
Traciłem powoli cierpliwość.
- Jednego nie rozumiem, czemu po prostu nie pojedziecie z nami do Torunia? Zapasów i miejsca starczy bez problemu, dostaniecie pracę i będziecie mogli żyć tam długo i szczęśliwie – powiedziałem.
Zobaczyłem na twarzy Rafała grymas czegoś na podobieństwo gniewu. Zniknął on jednak równie szybko jak się pojawił.
- Słuchaj młody człowieku, uratowaliśmy was i przyjęliśmy, więc prosiłbym cię, żebyś nie zadawał mi takich pytań i nie przedstawiał podobnych propozycji. Możesz mi to obiecać? – zapytał.
- Wciąż nie rozumiem, ale nie ci będzie. Żadnych wzmianek o Toruniu – powiedziałem, ważąc każde słowa i uważając, żeby go więcej nie denerwować – To gdzie i kiedy możemy wyruszyć?
- Myślę, że… - zaczął, ale wypowiedź przerwał strzały, a właściwie seria strzałów z zewnątrz. Nie były skierowane do nas, ale ktoś tam walczył. Poderwałem się jak szalony i podbiegłem w kierunku okna, ale Rafał zastąpił mi drogę.
- Nie podchodź do tego pieprzonego okna, chcesz nas zabić?! – krzyknął.
                Wtedy uświadomiłem sobie, że ci ludzie boją się Złomiarzy i to bardzo. Odsunąłem się delikatnie i wróciłem na miejsce. Tam za oknem mógł właśnie walczyć Jonasz.  Po chwili jednak wszystko ucichło, a Rafał kontynuował rozmowę.
- Myślę, że powinniście zjeść i wtedy wyruszyć. Sklep, o którym mówimy jest dwie ulice dalej, w drugą stronę niż jest złomowisko. Poznacie go po wiszącym szyldzie i dużym rozmiarze. Kiedy będziecie już w środku udacie się na stanowisko gdzie sprzedawali puszkowaną żywność i leki i weźmiecie ile dacie radę w te plecaki – powiedział wskazując palcem trzy duże, górskie plecaki leżące pod ścianą – Rozumiecie?
Kiwnęliśmy głowami na znak, że tak. Trochę mi ulżyło. Myślałem, że ich prośba będzie wymagała o wiele ryzykowniejszych akcji, ale całe szczęście okazało się, że nic z tych rzeczy.  Nie widziałem jeszcze kompleksu, który mieliśmy zaatakować, ale miałem nadzieję, że załatwimy to jak najszybciej i dowiemy się w końcu czegoś konkretnego. Zjedliśmy szybko mięso z puszki z słabym, rozwodnionym piwem na śniadanie i około pół godziny później byliśmy gotowi do drogi.
                Nałożyliśmy plecaki i poprawiliśmy broń. Już mieliśmy wychodzić, kiedy spojrzałem na Wiktorię z obawą. Wciąż utykała i mogła nas spowolnić, lub też po prostu zginąć. Już chciałem zwrócić jej uwagę, kiedy zauważyła, że na nią patrzę.
- Słuchaj Bobru, siedzę w tym gównie równie długo co ty, więc zaufaj mi, że moja pomoc się przyda, a będę mogła nieść dodatkowe zapasy. Z moją nogą jest o niebo lepiej niż wczoraj.
Nie chciałem się z nią kłócić. Wyszliśmy z domu ostrożnie rozglądając się po bokach.  Będące na lewo złomowisko wydawało się obserwować nas niczym wielki, przyczajony przeciwnik. Skręciliśmy jednak w prawo i zamykając za sobą drzwi zaczęliśmy wędrówkę.  Przechodziliśmy po cichu przez płotki i murki, starając się zrobić jak najmniej hałasu. Dodatkowo rozglądaliśmy się jak szaleni i kucaliśmy za każdym razem, gdy usłyszeliśmy jakiś hałas. Zazwyczaj jednak był to szwendacz zaplątany w ogrodzenie lub uderzający w płot.  Pogoda dzisiaj była całkiem dobra do wędrówki – było rześko, nie padało, a na niebie co jakiś czas pojawiało się słońce.
                Pierwszą ulicę przebyliśmy bez żadnych problemów, ale druga była już wyzwaniem. Z daleka dało się zauważyć spory budynek, dwupiętrowy, którego szyld w połowie zwisał, a w połowie trzymał się ściany budynku. Był jednak tak zniszczony, że nie dało się przeczytać nazwy sklepu. Przed budynkiem, na ulicy, na której stały dwa duże rozbite o siebie auta, szwendało się parę trupów.  Niestety stały on tuż przed wejściem i jeżeli nie chcieliśmy tracić czasu, ani robić hałasu musieliśmy podejść i zabić je z bliska. Ledwo wyszedłem na ulicę, a trupy odwróciły się w moją stronę. Wyjąłem nóż i wbiłem z impetem w czaszkę pierwszego zombie. Drugie nacierało w moją stronę, ale Pablord był szybszy i zaatakował trupa wywracając go i wbijając ostrze w czaszkę. Walka przebiegła bez większych problemów i już po chwili weszliśmy do zrujnowanego sklepu.
                Parter budynku przypominał typowy sklep – kasy przy wejściu, a za nimi długie rzędy półek z produktami. Było tutaj dosyć jasno, bo mniej więcej na środku sali była spora dziura, którą wpadało światło dzienne. Włączyłem latarkę i przejechałem delikatnie po tabliczkach nad działami, żeby zlokalizować te interesujące nas. Już teraz słyszałem zombie, chociaż ich jeszcze nie widziałem. Musiało być ich sporo, bo jęczały z całkiem duża częstotliwością. Przeszły mnie ciarki. Zastanowiłem się chwile, czy nie wziąć tego co mamy i nie uciec. Ale podróż miastem do samego posterunku i badanie co mogło się tam stać mijało się z celem. Złomiarze nas szukali i prawdopodobnie pojechali właśnie w okolicę Trzeciego Posterunku. Wiedzieli, że jesteśmy z Torunia.
                Zauważyłem dużą, lekko przysmaloną tabliczkę z napisem „Żywność puszkowana” i pokazałem ją towarzyszom.
- Nie rozdzielamy się. Jest tu ciemno i prawdopodobnie wchodzimy w niezłe gówno. Trzymajcie się blisko siebie i starajcie się nie hałasować. Damy radę – zmotywowałem towarzyszy po czym przeskoczyłem od dawna nie działającą bramkę prowadzącą do konkretnej części sklepu.  Poczekałem, aż barierkę przeskoczy Pablord oraz Wiktoria i weszliśmy do środka. Interesujący nas dział był kawałek dalej i musieliśmy przejść praktycznie cały sklep, żeby się tam dostać, ale co gorsza leki będziemy musieli brać z piętra, bo tutaj nie widziałem miejsca, gdzie one mogły być. Już na pierwszej prostej, pomiędzy rzędami zgniłych warzyw, a pustymi półkami, na których ostały się ostatnie słoiki z konfiturami, zauważyliśmy dwa trupy.
                Oczywiście wydały one okrzyk, piekielny jęk, gdy tylko nas wyczuły i zaczęły pełzać w naszą stronę. Podałem latarkę Wiktorii i poprosiłem, żeby oświetlała nam drogę, bo sama nie powinna ryzykować mając taki problem z nogą.  To ja i Pablord graliśmy główne skrzypce. Pozbyliśmy się dwóch przeciwników bez większych problemów i starając się iść jak najszybszą drogą, ruszyliśmy przez dział z nabiałem oraz pieczywem, oraz wystawy mięsa, do zachodniej części sklepu, gdzie zauważyliśmy spory zapas puszek. To miejsce było tak głęboko w sklepie, że mało kto tu docierał i prawdopodobnie zabiliśmy po drodze przynajmniej paru, którzy przybyli do tego sklepu z tym zamiarem.
                Uklęknąłem przy półce zdejmując plecak, gdy nagle coś upadło dwa działy obok, tam gdzie były słodycze. Usłyszeliśmy tylko ciche kurwa po czym dźwięk upadających paczek. Ktoś był tutaj z nami. Schowałem się jak najszybciej przy jednej z niższych półek i wychyliłem. Wiktoria zgasiła latarkę, a Pablord położył trupa, który wygrzebał się z stosu napojów gazowanych gdy nas wyczuł. Zobaczyłem mężczyznę ze strzelbą, który łamał właśnie czaszkę jednemu z trupów, kolbą swojej broni. Nie wahałem się ani chwili. Wymierzyłem i strzeliłem. Mężczyzna upadł trafiony w szyję i chwilę wydawał agonalne dźwięki dławienia się własną krwią po czym ucichł. Strzelanie nie było dobrym pomysłem, bo usłyszałem jak okoliczne zombie zaryczały jak jeden mąż i z pewnością teraz, każdy kto był w sklepie wiedział o naszej obecności. Jaki jednak miałem wybór? Mężczyzna z pewnością jakby zauważył nas to nie wahałby się ani chwili. Możliwe, że nawet nie chciałby nas zabijać, ale w tych ciemnościach mogliśmy go wystraszyć na tyle, że mógłby to zrobić odruchowo.
                Odwróciłem się w stronę towarzyszy dając im znak, że pozbyłem się zagrożenia i pokazując  Pablordowi, że za jego plecami jest parę trupów.
- Rzuć tutaj plecak, zapakujemy też ciebie, a ty nas osłaniaj – zaproponowałem.
Pablord bez słowa sprzeciwu rzucił plecak i odwrócił się, żeby odpierać ataki zombie. My pakowaliśmy po parę puszek naraz do naszych plecaków i gdy jeden zapełniliśmy prawie całkowicie i zabraliśmy się za drugi zobaczyliśmy, że zombie nadchodzą także z drugiej strony.
- Kurwa nie wyjdziemy stąd – krzyknął Pablord.
- Mam pomysł – stwierdziłem nagle – Wiktoria wrzucaj przez chwilę sama.
                Wstałem i zabijając dwa trupy za moimi plecami sięgnąłem do kieszeni. Poczułem dumę i adrenalinę, kiedy wyjąłem z niej flarę i odpaliłem. Czerwone światło rozświetliło sklep. Z głośnym sykiem rzuciłem flarę w drugą cześć sklepu, żeby zombie chociaż na chwilę się od nas odczepiły. Można powiedzieć, że to podziałało bo po zabiciu paru kolejnych przestały do nas przychodzić. Zdołaliśmy spokojnie dokończyć zbieranie jedzenia i ruszyć w kierunku schodów niedaleko stąd. Mój plecak był najcięższy, a ten w połowie zapakowany dałem Pablordowi. Wiktoria na razie nosiła pusty, ze względu na jej kostkę.
                Gdy chciałem postawić pierwszy krok na schodach, coś złapało mnie i wywróciło. To był zombie zakopany w stercie jedzenia. Poczułem jak upadam ciężko na plecak wypchany puszkami, aż zaparło mi dech w piersiach. Po chwili jednak nachylił się nade mną Pablord i pewnym ciosem zdjął trupa, który mnie trzymał.
- Dzięki stary – podziękowałem krótko.
- Jesteśmy Czerwonymi Flarami. Nie chcę tracić kolejnego kompana – nawiązał do zniknięcia Jonasza.
Wspięliśmy się bez większych problemów na piętro i ku naszej uldze było tu znacznie mniej trupów. Parę jednak leżało zabitych, co oznaczało, że ktoś tu mógł być. Wyciągnęliśmy pistolety i zaczęliśmy powoli się skradać. Piętro budynku było dosyć proste – spore, okrągłe pomieszczenie i parę szyldów oraz drzwi prowadzących do różnych sklepów. Szybko zlokalizowaliśmy aptekę i mając problemy z odgarnięciem ciał blokujących drzwi, weszliśmy do środka. Prawie natychmiast zdałem sobie sprawę, że ktoś tu jest. Usłyszałem głośny krzyk i zobaczyłem szarżującą na nas postać. Była na tyle szybka, a pomieszczenie na tyle nieduże, że dosyć szybko do nas dotarła, nawet nie zdołaliśmy wystrzelić. Postać miała w ręce sporych rozmiarów kij, którym mnie zdzieliła po głowie. Zamroczyło mnie i upadłem.
                Gdy się ocknąłem nie mogło minąć zbyt dużo czasu. Delikwent, który nas zaatakował leżał z przestrzeloną na wylot głową przy ladzie, a Wiktoria szukała na zapleczu jakichś bandaży dla mnie. Pablord pakował leki do swojego plecaka. Poczułem plamę krwi  po prawej stronie głowy.
- Co jest… - zacząłem.
- Już go zabiliśmy. To był jakiś ćpun – stwierdziła Wiktoria pokazując ladę, na której było widać lufkę oraz sproszkowane leki – Chyba oszalał.
- Musimy stąd spierdalać… - stwierdziłem próbując wstać. Plecak jednak skutecznie mi na to nie pozwalał.
- Poczekaj, zabandażuje ci tą ranę i przemyje wodą utlenioną, zanim stracisz za dużo krwi – powiedziała kuśtykając w moją stronę. Zajęła się opatrywaniem mnie, a Pablord oświadczył, że mamy wszystkie przydatne leki i możemy stąd iść.
- Wiktoria włożyłem do twojego plecaka bandaże i takie tam, żebyś się za bardzo nie obciążyła – stwierdził Pablord.
- Dzięki – powiedziała pod nosem.
- Wynośmy się stąd w cholerę – stwierdziłem, po czym wstałem i rozejrzałem się po korytarzu. Nie było tu nikogo, poza dwoma zombie. Ominęliśmy je i ruszyliśmy na drugie schody, które wychodziły w innej części sklepu, bliżej wyjścia. Zbiegliśmy po nich jak najszybciej. Biegło mi się bardzo ciężko, ucho zaczęło mnie boleć od którego z upadków, głowa bolała mnie jeszcze bardziej, a plecak usilnie starał się mnie wywrócić.
                Na dole wciąż paliła się flara. Było przy niej mnóstwo zombie.  Wykorzystaliśmy to, żeby jak najszybciej opuścić sklep. Kiedy wyszyliśmy odetchnąłem z ulgą. Cała akcja zajęła nam około pół godziny, a byliśmy praktycznie cali, więc można było powiedzieć, że się nam poszczęściło. Powrót był wyjątkowo szybki. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do domu rodziny Rafała i mieć tą sprawę już za sobą. Gdy znaleźliśmy się w środku , zauważyłem, że coś musiało się stać. Rafał był w jeszcze podlejszym humorze niż przed naszym wyjściem, a Kasia siedziała w kącie całkowicie nieobecna.  Zrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy ciężko.
- Tutaj są rzeczy, o które prosiliście. Cały plecak leków, cały plecak jedzenia w puszkach i jeden pół na pół. Teraz mów co wiesz, musimy stąd spadać – powiedziałem.
- Musicie i to jak najszybciej – stwierdził Rafał.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Przed chwilą przed naszym domem pojawił się spory oddział Złomiarzy. Szukają was. Musicie stąd uciekać – wręcz krzyknął. Jego syn i córka zaczęli rozpakowywać zapasy.
- Nie pójdziemy nigdzie bez informacji – zapewniłem nie przerywając kontaktu wzrokowego z mężczyzną.
- Uparty z ciebie sukinsyn – przyznał Rafał i uśmiechnął się krótko.
- A więc, do rzeczy im szybciej się dowiemy wszystkiego, tym szybciej sobie pójdziemy.
                Rafał westchnął i spojrzał na żonę.
- Dobra, Złomiarze rosną w siłę. Myślę, że niedługo będą mieli setkę ludzi. Wszyscy szukają miejsca na przetrwanie właśnie u nich, bo jest ich sporo, są dzicy, ale lojalni. Nie zostawiają swoich na pastwę zombie lub ludzi. Walczą do końca. Parę dni przed waszym przyjazdem widzieliśmy dym z okolic Trzeciego Posterunku. Poszedłem wtedy tam z córką i zobaczyliśmy około dwudziestu związanych ludzi. Słyszałem… słyszałem jak robili selekcję – tutaj głos mu się załamał. Wstał i podszedł do szafki, żeby wyciągnąć piwo. Odkapslował je jednym sprawnym ruchem i przystawił butelkę do ust. Po paru łapczywych łykach kontynuował – Pytali każdego, czy chce dołączyć do Złomiarzy. Jak odpowiedź była twierdząca to rozkuwali ich i dawali broń, a jak nie… to zabijali. Uciekałem wtedy jak nigdy. Od tamtej pory nie opuszczamy tego domu. Więc wasi ludzie są po stronie Złomiarzy, a reszta nie żyje. Wasz posterunek upadł.
To nie były dobre wieści.
- Ale dlaczego oni tak chętnie dołączają do tych bandytów? – zapytałem.
- Chodzą pogłoski, że Złomiarze… że wśród nich jest naukowiec, który wie jak wyleczyć to gówno. Chronią go i zbierają materiały na antidotum przeciwko zombie – powiedział.
                Otworzyłem szeroko usta, tak samo zresztą jak Pablord i Wiktoria. Lek na apokalipsę? Czy to było możliwe? To nie mogła być prawda.
- Pierdolisz. To nie jest możliwe – stwierdziła Wiktoria.
- Nie wiem czy jest, czy nie jest. Tak słyszałem – powiedział.
- Skąd słyszałeś? – zapytałem ostrożnie. Wtedy usłyszałem dźwięk przeładowania pistoletu. Odwróciłem się i zobaczyłem, że syn Rafała mierzy do nas. Po chwili Zuzia i Kasia oraz sam Rafał do nas wymierzyli.
- Bo my też jesteśmy Złomiarzami – powiedział.
Zadrżałem. Czy to nie było oczywiste? Nie mieliśmy szans ich teraz pokonać. Byliśmy na ich łasce.
- Błagam, pomyśl jeszcze… - zacząłem.
- Okazaliście się być w porządku ludźmi. Spierdalajcie stąd, bo za parę minut wrócą tu większa grupą. Po prostu spierdalajcie! I nie pokazujcie się tu nigdy więcej – krzyknął Rafał po czym opuścił broń.
                Nie musiał powtarzać dwa razy. Zebraliśmy swoje rzeczy i wybiegliśmy.  Biegliśmy długo, aż złomowisko całkowicie zniknęło nam z oczu. Byliśmy jednak tak zmęczeni, że gdy zobaczyliśmy domek na uboczu to się tam zatrzymaliśmy, aby odpocząć. Musieliśmy znaleźć środek transportu i jak najszybciej wrócić do Torunia. Czas uciekał. Spędziliśmy parę godzin w domku na uboczu, ktoś z nas ciągle trzymał wartę, a reszta odsypiała i jadła, żeby zregenerować siły. Byłem wykończony. Teraz w pełni rozumiałem jak problematyczna jest praca Czerwonych Flar.
- Wracamy po nasz samochód pod złomowiskiem? – zapytał Pablord.
- Wolę już wracać na piechotę – powiedziała Wiktoria rozmasowując kostkę.
- Musimy dotrzeć do Torunia jak najszybciej. Jeżeli Złomiarze będą chcieli nas zaatakować musimy ich ostrzec! – powiedział Pablord.
- Znajdziemy coś po drodze. Z dala od tego pieprzonego Złomowiska – wtrąciłem.
                Po odpoczynku słońce powoli zaczęło zachodzić, więc pod osłoną nocy mieliśmy szansę uciec. Jeżeli Złomiarze wciąż nas szukali, mogliśmy mieć problem w poruszaniu się za dnia. Gdy zostawiliśmy za sobą Grudziądz i zdołaliśmy znaleźć pięć niezdatnych do jazdy aut zaczęliśmy rozglądać się za schronieniem na noc.
- Praca pełna emocji – wyszeptał ironicznie Pablord, siłując się z zamkiem.  Weszliśmy do środka małej szopy pośrodku pola. Nie mieliśmy niczego lepszego na tą noc. Było dosyć zimno, więc położyliśmy się obok siebie. Musieliśmy to jakoś przetrwać i dotrzeć jutro do Torunia. Czekała nas ciężka droga.