Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 11. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 11. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lutego 2017

Rozdział 11: Jesteśmy dziczą

Rozdział 11, kolejny z perspektywy Erniego. Po akcji z łowcami ludzi, Erni został oddzielony od grupy i musi znaleźć się w nowej sytuacji i wrócić do któregoś z obozów. Przetrwanie nie jest łatwe, szczególnie w takich warunkach. Czy uda mu się dotrzeć do bezpiecznego miejsca? Zapraszam do czytania, komentowania i rozsyłania bloga znajomym :)

POV:
Erni - Rozdział 11 - Dzień 4-5
Bobru - Dzień 4-5 - Bobru dociera do Płocka
Zuza - Dzień 4-5 - Zuza dociera do Płocka

----------------------------------------------------------

Rozdział 11: Jesteśmy dziczą (ERNI)


                Poczułem jak ktoś mną potrząsa. Odzyskiwałem powoli świadomość, chociaż wciąż miałem ciemno w oczach. Wspomnienia wróciły niczym lawina, zasypując mnie i moją świadomość. Złapanie przez bandytów, walka, ucieczka, aż w końcu potknięcie się i upadek. Znów mnie złapali, pomyślałem jak ręka zacisnęła się na mojej łydce. Przynajmniej reszta uciekła, uśmiechnąłem się w duszy. Usłyszałem jęknięcie. Chociaż było one dosyć ciche, w moich uszach zabrzmiało jak najgłośniejszy alarm.
                Odwróciłem się jak oparzony i zobaczyłem trupa, który nachylał się właśnie w stronę, w której przed chwilą były moje plecy. Instynktownie zamachnąłem się ręką i uderzyłem z całą siłą jaką potrafiłem zebrać. Kości zagrzechotały pod siłą mojego uderzenia, ale nie zatrzymało go to na długo. Mogłem jednak nieco oswobodzić się z uścisku, co dało mi możliwość przeczołgania się kawałek do tyłu. Zacząłem desperacko szukać noża i gdy tylko złapałem go, z pewnością chwyciłem jego rękojeść i wsadziłem w podbródek trupa. Krew zaczęła wylewać się i zalewać moje ręce i ubrania. Zrzuciłem truchło z siebie i podniosłem się, rozglądając po okolicy.
                Byłem w lesie. Widziałem zbocze, z którego spadłem, sam nie wierząc, że w ogóle przeżyłem ten upadek, a dodatkowo nie złamałem niczego. Poczułem jednak tępy ból przy końcówce pleców, który atakował bezlitośnie przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Próbowałem wyprostować się, ale spotkałem się tylko z kolejną falą bólu. Zakląłem. Było w miarę ciemno, chociaż promienie słońca powoli docierały spomiędzy gąszczu, co oznaczało, że już świtało. Leżałem tutaj przez parę godzin. Moich ludzi nigdzie nie widziałem, więc musieli mieć więcej szczęście ode mnie i uciec. Mogli też zostać złapani, bo wydawało mi się to dziwne, że nikt nie próbował mnie szukać, chociaż mogło to być jak szukanie igły w stogu siana. Wczoraj wieczorem rozdzieliliśmy się gdy osłaniałem ich przed bandytami.
                Zacząłem rozglądać się za karabinem, którym wczoraj walczyłem, ale nie mogłem go nigdzie znaleźć. Musiałem go wypuścić podczas upadku, a przeszukiwanie całego zbocza mijało się z celem. Mam chociaż nóż, pocieszyłem się, wycierając ostrze o pokrytą rosą trawę. Było mi zimno. Czułem się przemoczony, a wiatr, który zawiewał co jakiś czas wręcz mnie paraliżował. Spojrzałem na trupa, którego zabiłem i ucieszony zauważyłem, że ma na sobie kurtkę. Była ona co prawda postrzępiona w paru miejscach, ale nie narzekając nałożyłem ją i ruszyłem przed siebie. Rękawy wydawały się nieco za długie, a sama kurtka wisiała na mnie nieco, ale od razu poczułem, że jest mi cieplej.
                Szedłem przez las przez dobre dziesięć minut, aż w końcu natrafiłem na leśną dróżkę. Przypomniałem sobie słowa jednego z bandytów, który mówił, że znaleźli nas niedaleko. To mogło oznaczać tylko to, że mam szansę na dotarcie do bardziej znanych terenów. Musiałem trzymać się tej wersji i wierzyć. W okolicy, w której byliśmy, było blisko do Inowrocławia i Pierwszego Posterunku. Planowałem dostać się na drogę i stamtąd liczyć na szczęście, że trafię na jakiś patrol. Planem zapasowym było znalezienie wozów z materiałami budowlanymi, które również mogły mnie uratować. Większym problemem było jednak teraz coś innego. Gdy złapali nas zeszłego dnia i następnie przenieśli do swojego obozu, właściwie nas nie nakarmili. Żołądek ściskał mi się tak mocno, że było to wręcz bolesne. Pragnienie nie było aż tak palące, ale też dawało się we znaki. Jeżeli nie znajdę jakiegoś żarcia, to umrę, uświadomiłem sobie w myślach.
                Szedłem powoli, nie mogłem sobie pozwolić na bieganie, plecy i kość ogonowa bolały. Było dosyć chłodno, ale nie przeszkadzało to aż tak bardzo jak reszta. Rozglądałem się uważnie na każdym kroku. Łatwo było ominąć jakiś charakterystyczny punkt, a ja musiałem dowiedzieć się, gdzie dokładnie jestem. Z pewnością nie znałem tych ścieżek. Gdybym był w stanie dotrzeć chociaż do głównej drogi na pewno wiedziałbym co i jak. W końcu jeździłem jeszcze niedawno Zbłąkanym Ocalałym. Znałem okoliczne drogi jak własną kieszeń, zarówno te biegnące na wschód jak i w innych kierunkach.
                Po godzinie całkowicie spokojnego marszu przez pola i lasy nie stało się nic konkretnego. Byłem sam, nie widziałem nawet zbyt wielu trupów. Czy idę w dobrą stronę, zapytałem sam siebie. Słońce znajdowało się teraz nieco nad horyzontem, na prawo ode mnie. Miałem je tuż za barkiem. Musiałem podążać mniej więcej na północ. Dlaczego nie mogę znaleźć żadnej drogi, myśli tego typu taranowały moją głowę. Marzyłem teraz o tym, żeby wygodnie się położyć, ogrzać i zjeść. Moje marzenia jednak były teraz poza zasięgiem. Szczególnie, że zauważyłem ruch przed sobą i szybko zdałem sobie sprawę, że na zakręcie stała grupka trupów, które kogoś złapały.
                Dźwięki, które wydawały były potworne i okropne. Kłapały, upychały sobie części ciała jakiegoś nieszczęśnika i zdawały się poświęcać temu pełną uwagę. To co jednak zauważyłem za tą grupą uszczęśliwiło mnie znacznie bardziej. Stało tam auto. Widać było na pierwszy rzut oka, że kierowca zjechał na pobocze i uderzył w drzewo, więc nie liczyłem na to, że nim odjadę, ale chciałem je przeszukać i zobaczyć, czy znajdę coś ciekawego lub przydatnego. Trzymając się pobocza powoli ruszyłem do przodu.
                Zombie były całkowicie zajęte jedzeniem. Siedziały przy ofierze i pożerały ją bez chwili wytchnienia, jakby bały się, że ta zaraz wstanie i ucieknie. Wykorzystałem sytuację i powoli zbliżałem się do celu. Kiedy podszedłem do auta usłyszałem cichy dźwięk. Nie byłem na początku pewien co to było i czy mi się nie przesłyszało ze zmęczenia, ale zlokalizowałem jego źródło. To było radio samochodowe. Kierowca słuchał po cichu dziwnej melodii, która kojarzyła mi się z jakimś horrorem lub dreszczowcem. Poczułem się przez chwilę jak bohater jakiegoś serialu, który w rytmach muzyki dociera do auta tuż obok grupy trupów i przeszukuje je. Sprawdziłem dosłownie wszystko. Skrytkę, kieszenie przy siedzeniach, bagażnik, nawet schowek nad siedzeniem kierowcy, ale znalazłem jedynie batona czekoladowego. Ciesząc się, że udało mi się znaleźć cokolwiek schowałem go do kieszeni i przystawiłem ręce do wylotów klimatyzacyjnych. Podkręciłem temperaturę i o mało nie zemdlałem, kiedy poczułem kojącą i relaksującą falę ciepła. Zrobiło mi się tak dobrze, że przez chwilę zapomniałem o bożym świecie. Poświęciłem się temu tak jak trupy siedzące niedaleko, poświęciły się jedzeniu.
                Pokorzystałem jeszcze chwilę z kojącego ciepła, po czym opuściłem wóz, delikatnie przymykając drzwi. Ruszyłem drogą w stronę, z której przyjechał samochód. Samego pojazdu nie poznawałem, więc był to raczej jakiś samotny ocalały, a nie członek którejś ze społeczności. Rozpakowałem batonik i pochłonąłem go, minimalnie zmniejszając swój poziom głodu. Mój brzuch zaburczał, jakby w podzięce. Leśna droga ciągnęła się i ciągnęła, a kierowca tamtego samochodu znacznie utrudnił mi podróż, bo zobaczyłem kolejne trupy, które prawdopodobnie zgubiły trop auta i szły powoli przed siebie w moją stronę. Wiedziałem, że muszę być wyjątkowo ostrożny, bo zwyczajnie nie dam rady uciec. Poruszałem się teraz w najlepszym przypadku odrobinę szybciej od nich.
                Po kolejnych kilku minutach zobaczyłem jak leśna droga, po której się poruszałem, wchodzi w betonową drogę i uśmiechnąłem się. To była dla mnie jakaś szansa. Wkrótce moja stopa poczuła pod sobą twardość cywilizowanej drogi. Rozejrzałem się w prawo i lewo, ale nie powiedziało mi to zbyt dużo. Wszędzie było widać tylko pole z wysoką trawą oraz dodatkowo niecałe sto metrów na prawo zauważyłem ambonę myśliwską. Przypomniałem sobie błogie czasy, kiedy grałem na komputerze w najlepszy symulator apokaliptycznego świata. Wtedy w takich miejscach jak ambona można było znaleźć wszystko, od broni, przez ekwipunek militarny, aż do prowiantu. Nie pogardziłbym teraz żadnym z nich. Niestety wiedziałem, że nie znajdę tam nic ciekawego, więc zignorowałem tę budowlę i zastanowiłem się chwilę, w którą stronę powinienem pójść. Droga w lewo prowadziła na zachód, a ta druga na wschód. Wiedziałem, że jak wybiorę źle mogę wejść na tereny, których dobrze nie znam.
                Nagle zauważyłem coś na horyzoncie. Mignęło dosłownie przez chwilę i to wysoko, nad koronami drzew. Nie ufałem do końca swoim zmysłom, ale to wydawało się tak realne, że musiało po prostu być prawdziwe. Żeby się upewnić ruszyłem na prawo w stronę ambony. Pod nią stał trup. Nie zastanawiając się długo poczekałem aż mnie wyczuje i ruszy w moją stronę, a gdy był blisko przewróciłem go i dobiłem. Nie przeszukiwałem nawet kieszeni martwego, był cały rozpadający się, a z samych ubrań niewiele zostało. Wszedłem powoli, szczebel po szczeblu, na drabinę i ostrożnie wspiąłem się na ambonę. Widok stąd był znacznie lepszy. Zobaczyłem praktycznie całe pole, zakręt w prawo po prawej stronie oraz, co najważniejsze, udało mi się raz jeszcze zobaczyć, to co widziałem wcześniej. Flaga, powiewająca flaga, pomiędzy drzewami, spory kawałek ode mnie. Znałem jednak tę flagę i wiedziałem dokładnie co ona oznacza.
                To jeden z punktów strategicznych, mruknąłem pod nosem, jestem uratowany. Chociaż nie znałem dokładnych lokacji punktów strategicznych, to wiedziałem gdzie one były porozmieszczane. Jedyne co musiałem zrobić to dojść do punkty i zobaczyć jaki numer jest napisany na słupie. Odkrycie tego pomogłoby mi powiedzieć, w którym kierunku muszę iść. Sama jednak obecność tego punktu oznaczała, że jestem na naszych terenach. Chociaż od wybawienia czekała mnie jeszcze spora droga to ucieszyłem się z tego faktu, tak jakbym znajdował się na podwórku własnego domu. Zszedłem powoli z ambony, ostrożnie minąłem zabitego przed chwilą zombie i ruszyłem dalej.
                Trzymałem się drogi. Nie ukrywałem się nawet specjalnie, wiedząc, że jeżeli już na kogoś wpadnę, będzie to prawdopodobnie ktoś, kto mi pomoże. Szedłem równo z barierką, która miejscami była powyginana albo wgnieciona. Punkt musiał być postawiony na jakiejś polance w lesie, więc gdy tylko zobaczyłem odbicie w stronę lasu, zszedłem z drogi i wkroczyłem na niedużą, zarośniętą ścieżkę, która podchodziła pod górę w stronę zarośli. Ostrożnie wspinałem się, rozglądając co jakiś czas, za jakimiś kolejnymi śladami. Próbując przypomnieć sobie mapę punktów, starałem się pomyśleć, który punkt to może być. Musiał to być jeden z pierwszych, a te z numerami od pierwszego do czwartego były naprawdę niedaleko Inowrocławia.
                Niedługo po tym zrobiło się ciemniej, gdy tylko wszedłem pomiędzy korony drzew. Las wyglądał wyjątkowo mrocznie, niewiele światła docierało w to miejsce. Nagle, zobaczyłem coś leżącego przy jednym z drzew. Ostrożnie podszedłem do tego. To było ciało trupa. Obejrzałem je spokojnie. Musiało leżeć tutaj przynajmniej dwa dni. Nie znalazłem nic w kieszeniach spodni ani bluzy. Widać było z kolei, że trup został zabity z bliska z czegoś w rodzaju strzelby.
                Trzask gałązki był jednym co ostrzegło mnie przed atakiem. Gdy odwracałem się zdążyłem jedynie zauważyć biegnącą na mnie kobietę. Zmieniłem ułożenie ciała, ale na dużo mi się to nie zdało. Kobieta zaatakowała mnie całym ciężarem ciała, boleśnie przyciskając do ziemi. Cudem utrzymałem nóż w ręce. Usiadła na mnie próbując zablokować mi możliwość ruchu, po czym zamachnęła się pięścią. Trafiła mnie w twarz bez problemów. Próbowałem ją zrzucić, ale nie było to łatwe. Przekręciłem delikatnie dłoń, wytrzymując kolejne uderzenie, a następnie zamachnąłem się nożem na tyle, na ile pozwalała mi moja aktualna swoboda ruchów. Dźgnąłem ją w nogę. Podskoczyła z bólu dając mi ten moment na zrzucenie jej. Odepchnąłem się nogami po czym z impetem kopnąłem ją w usta. Przewróciła się do tyłu zakrywając dłońmi dolną część twarzy. Wstałem najszybciej jak umiałem i przygotowałem się do odparcia ataku.
                Dzikuska schyliła się i po chwili zobaczyłem w jej rękach kamień sporych rozmiarów, idealnie mieszczący się w dłoni dorosłej osoby. Ułożyła go wygodnie, przygotowując się do ataku. Chociaż wiedziałem, że to ja teraz miałem przewagę, postanowiłem ją zaskoczyć. Ruszyłem do przodu, zaciskając zęby z bólu i machnąłem nożem, starając się sięgnąć jak najdalej. Złapała się za ramię, ciąłem ją głęboko. Wytrąciłem ją kompletnie z równowagi, co wykorzystałem chwilę później. Kopnąłem ją z impetem w kolano, a gdy zniżyła nieco poziom uderzyłem z dużą siłą przy pomocy łokcia. Dziewczyna widocznie przegrywała. Nie miałem jednak czasu na zastanawianie się co z nią zrobić. Zaatakowałem ponownie wbijając jej nóż w brzuch i ruszając nim jak szalony. Kobieta westchnęła. Osunęła się powoli, a na jej zielonej koszuli zaczęła malować się spora, ciemna plama. Nie chcąc mimo wszystko wyjść na potwora podszedłem do niej, podniosłem za podbródek i wbiłem nóż.
                Dziewczyna leżała martwa. Zrobiłem serie krótkich wydechów. Opadłem ciężko tuż obok niej. Nie miałem pojęcia skąd się tu wzięła. Wiedziałem jednak, że chciała mnie zabić. Gdyby wytrąciła mi nóż z ręki, na pewno by się jej to udało. Rozmasowując obolała szczękę podszedłem do jej ciała i przeszukałem je na szybko. Nie miała przy sobie nic szczególnego. Znalazłem jednak za paskiem butelkę wody. Wygląda nieco mętnie, ale bez narzekania wypiłem łapczywie całą, czując przyjemne orzeźwienie. Niedoszła morderczyni nie miała nawet broni. Nie wyglądała na nikogo, kto należałby do jakiegoś obozu, chociaż tego pewien być nie mogłem.
                Wstałem i ruszyłem powoli naprzód, zostawiając ją za sobą. Liczyłem na znalezienie czegoś do jedzenia. Rozglądałem się za owocami, ale całkiem niedawno skończyła się zima i zieleń dopiero wracała do palety barw, którymi pomalowany był świat. Krzaki dopiero odrastały, zgniła trawa schowana pod poduchami śniegu odrastała i nabierała zdrowego, zielonego koloru. Na drzewach pojawiało się coraz więcej liści oraz kwiatów, które miał za jakiś czas zamienić się w owoce. Nie mogłem jednak liczyć na znalezienie czegoś do jedzenia, przynajmniej nie wiedziałem o takiej roślinie.
                Skupiłem się w pełni na moim aktualnym celu. Szedłem ciągle w jednym kierunku, tym samym, który wyznaczyłem sobie na podstawie pozycji słońca z ambony. Punkt, którego szukałem z pewnością był dosyć daleko, ale był widoczny, co oznaczało, że mogłem do niego dotrzeć. Podążałem w głąb lasu, przedzierając się przez zarośla. Chociaż spodziewałem się, że ścieżka mogła zaprowadzić mnie w to miejsce to mimo wszystko nie podążałem nią. Ekipa stawiająca punkty, z Irkiem na czele w końcu musiała jakoś dotrzeć do punktu autem z materiałami budowlanymi. Chciałem jednak dotrzeć tam jak najszybciej. Nie wiedziałem czy będę w dobrym miejscu i jak daleko będę musiał jeszcze przejść.
                Szedłem wciąż do przodu. Po niedługim czasie las zaczął się powoli przerzedzać. Szedłem kompletnie niewyznaczonym szlakiem, dlatego po drodze nie widziałem kompletnie nic, ani śladu ludzi czy zombie. Na polance jednak, od razu rzucił mi się w oczy budynek. Była to nieduża drewniana chatka, która wyglądała jakby została wyciągnięta prosto z Amerykańskich gór. Nieduża, bez piętra i cała zrobiona z ciemnego drewna. Nie była nawet otoczona płotem. Spoglądając na niebo upewniłem się, że znam pozycję słońca i będę wiedział, w którą stronę iść dalej. Gdy zapamiętałem mniej więcej wszystkie najważniejsze punkty nawigacyjne zacząłem schodzić do chatki, która była na prawo ode mnie, tuż przy granicy pola z lasem. Rozglądałem się uważnie i chociaż widziałem przy samej chatce zombie, to nic innego nie wskazywało na to, że ktoś mógł być w środku – nie było śladów, auta, a sam dom wyglądał na opuszczony. Zresztą na pierwszy rzut oka jego jedyną ciekawą funkcją obronną było odizolowanie od świata. Nic innego nie przemawiało na jego korzyść.
                Gdy podszedłem bliżej pierwsze co zrobiłem to zabicie trupa. Był stosunkowo świeży, chociaż na pierwszy rzut oka widać było, że jest zombie. Była to kobieta, z żałośnie wykręconą nogą, która miała wykręconą nienaturalnie stopę z wystającą kością. Nie był to przyjemny widok. Minąłem ją i podszedłem do drzwi. Ostrożnie otworzyłem je. Światło słoneczne rozświetliło mroczny salon, z którego odchodziły dwie odnogi na inne pokoje. W samym salonie panował bałagan. Na środku widać było długą i rozciągnięta plamę krwi, która wyglądała jakby ktoś kogoś ciągnął po podłodze. Jeden z foteli leżał na boku, a drugi był rozpruty czymś ostrym. Ja szukałem jednak wzrokiem innego pomieszczenia – kuchni. Znalazłem ją na prawo. Łapczywie rzuciłem się w kierunku lodówki oraz szafek w poszukiwaniu czegokolwiek. Już w tym pierwszym znalazłem parę paczek czegoś, co wyglądało jak hamburgery, które wkłada się do mikrofalówki lub piekarnika, żeby je sobie przygotować kiedy się chcę. Oprócz tego na najwyższej półce leżał talerz z niedokończonym jedzeniem, który pokryty był ogromną warstwą pleśni, oraz butelka mleka, które nawet przez opakowanie wyglądało na spleśniałe.
                Sięgnąłem ostrożnie po hamburgery i wzrokiem obejrzałem je. Co prawda nie wyglądały najbardziej świeżo, ale nie wydawały się też być zepsute. Rozpakowałem jeden z nich i powąchałem. Bez wątpienia okres świetności miał już za sobą, ale nie czułem charakterystycznego zapachu zepsutego mięsa. Ugryzłem delikatnie. Bułka była lekko twarda, a zarazem gumowato miękka. Mięso było daleko w tyle najlepszych rzeczy jakie jadłem, a ser był twardy jak kamień, ale mimo to zacząłem jeść jak potwór. Wpychałem sobie duże kawałki do ust, prawie się przy tym dławiąc. Jadłem jakbym pierwszy raz widział na oczy jedzenie. Krztusząc się pochłonąłem pierwszego burgera i sięgnąłem po drugiego. Jedzenie ciężko leżało mi na żołądku, ale przynajmniej jakoś go wypełniłem.
                Po zjedzeniu kolejnych dwóch usiadłem spokojnie, oparty o blat kuchenny. Zrobiło mi się trochę niedobrze, ale czułem przyjemne najedzenie. Na wszelki wypadek przejrzałem jeszcze szafki i znalazłem tam dużo produktów, z których nie mogłem za dużo zrobić, takich jak mąka czy przyprawy. Ale dodatkowo udało mi się wypatrzeć coś całkiem interesującego. Parę puszek z warzywami. Przeszukałem dokładniej dom i znalazłem idealny plecak do schowania moich łupów. Udało mi się tez znaleźć trochę wody zdatnej do picia. Zadowolony z tego co udało mi się znaleźć spakowałem wszystko do plecaka i ruszyłem dalej.
                Wróciłem do miejsca, w którym byłem około godzinę temu. Spojrzałem uważnie na otaczające mnie miejsca i skojarzyłem je odpowiednio. Ruszyłem w odpowiednim kierunku i dosyć szybko wpadłem w podobny do wcześniejszego, monotonny rytm marszu. Pole znowu zamieniło się w las. Szedłem pomiędzy drzewami czując się jakbym odkrył zupełnie nowe pokłady energii. Napojony i najedzony ruszyłem dalej. Dopiero teraz jak najważniejsze problemy zostały rozwiązane poczułem się naprawdę samotny. Niczym ostatnia żywa osoba na świecie. Wiedziałem, że Toruń, Inowrocław i pozostałe nasze obozy, a pewnie tez setka innych na całym świecie były pełne ludzie, mimo tego byłem teraz sam, zdany na siebie. Śladu po mojej grupie budowniczej nie widziałem. Jedyną opcją, że się spotkamy było dotarcie do Inowrocławia.
                Nagle, zobaczyłem długi słup z lekko powiewającą na wietrze flagą. Cel mojej podróży. Uśmiechając się pod nosem podszedłem bliżej. Dotarłem tuż pod punkt strategiczny i zacząłem się rozglądać za numerem. Znalazłem go po chwili, przy głównej części słupa.
- Cztery – wyszeptałem.
Zacząłem się zastanawiać, gdzie mógł być ten punkt. Przypomniałem sobie mapę, którą widziałem parokrotnie po obradach w Inowrocławiu i nagle to do mnie ułożyło. Byłem naprawdę blisko. Jeżeli dobrze pamiętałem czwarty punkt miał być postawiony paręnaście kilometrów na północ od Inowrocławia. Co lepsze, było to paręset metrów od drogi głównej. To była moja nadzieja. Wypełniony pozytywnymi myślami zastanowiłem się, w która stronę ruszyć, żeby jak najszybciej wyjść na odpowiednią drogę. Używając słońca postanowiłem pójść na lewo, od tego jak się tu dostałem.
                Strzeliłem dobrze. Po piętnastu minutach drogi przez zarośla wyłoniłem się tuż przed szeroką asfaltową drogą. Stąd droga była prosta. Ruszyłem na południe. Kość ogonowa wciąż mi dokuczała, ale po tylu godzinach pałętania się po lasach i polach ból stał się nieco bardziej znośny. Teraz, gdy byłem tak blisko celu, zacząłem się zastanawiać, co zrobić dalej. Ludzie, którzy nas złapali byli czymś w rodzaju łowców niewolników. Chcieli nas sprzedać. Wspominali też coś o Warszawie. Coraz bardziej zaczął interesować mnie ten temat. Ben, Dziara czy Bobru nie mówili praktycznie niczego o stolicy, chociaż każdy z nas wiedział, że coś się tam dzieje. Stado zombie szło jednak z tamtego kierunku, więc jeżeli ludzie stamtąd dali sobie rade z tym zagrożeniem, oznaczało to jedynie tyle, że byli niebezpieczni. Prawdopodobnie bardziej niebezpieczni od Zszytych i Złomiarzy.
                Pogrążony w myślach szedłem swoim tempem. Środek dnia szybko zaczął zamieniać się w popołudnie, a gdy zaczęło powoli się ściemniać, ja byłem już porządnie zmęczony. Nie spotkałem na swojej drodze żadnego samochodu, czy oddziału, który mógłby mi pomóc. Kojarzyłem jednak tą drogę i wiedziałem, że jestem teraz na trasie Inowrocław – Toruń. Szedłem w dobrą stronę. Widziałem nawet miejsca, które wraz z Rekinem i resztą naprawialiśmy, żeby droga była jak najbardziej przejezdna. Poczułem się jak w domu.
                Wtedy stało się coś czego się kompletnie nie spodziewałem. Na drogę, kawałek przede mną, wybiegła postać. Przerażony nagłym wyjściem, wyciągnąłem nóż gotowy do obrony. Postać spojrzała na mnie i robiło się ciemno poznałem ją. Nie znałem jej aż tak dobrze, ale gdy zobaczyłem twarz byłem pewien, że wiem kto to jest. Przede mną, obdarty, brudny i dziko patrzący się stał mężczyzna. Był on na tyle wyjątkowy, że nie dało się o nim po prostu zapomnieć. Chociaż większość myślała, że nie żyje, to właśnie dzięki jego pracy udało mi się dzisiaj wrócić na odpowiednią drogę.
                Przede mną stał Irek.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział 11: Nowy porządek

Rozdział 11, kolejny z perspektywy Irka. Dosyć ważny rozdział, na który na pewno sporo osób czekało. Jest w nim naprawdę sporo informacji na temat tego co dzieje się w kraju jak i na świecie, oraz sama rozmowa z Benem. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 11 - Irek - Dzień 5-6
Bobru - Dzień 5-6 - w tym czasie Bobru wraca z Drugiego Posterunku i przeżywa kryzys.
Olaf - Dzień 5-6 - W tym czasie Olaf wraca do Płońska.

-------------------------------------

Rozdział 11 (Irek): Nowy porządek


                Nie wiedziałem co myśleć o całej sytuacji. Człowiek, który przed nami siedział był niepełnosprawny. Jeździł na wózku. Pomimo tego, wszyscy tutejsi mieszkańcy obozu traktowali go z ogromnym szacunkiem i bali się go. Jak niesamowitą osobą musiał być, żeby budzić taki respekt nie potrafiąc wstać o własnych siłach.
- Zanim porozmawiamy, chciałbym poprosić całą resztę o opuszczenie pokoju. Słyszałem już, co nie co o naszych gościach i chciałbym z nimi poważnie porozmawiać na parę tematów – powiedział łagodnym, ale stanowczym tonem.
 Jego ludzie, w tym Garbus i Kacper posłusznie opuścili pomieszczenie i zostaliśmy sami. Zdziwiło mnie to, że mężczyzna się nas nie bał. W końcu mieliśmy broń, a nawet bez niej, jakim problemem byłoby zabicie niepełnosprawnego mężczyzny?
                Ben uśmiechnął się.
- Siadajcie proszę, musimy porozmawiać – poprosił, wskazując nam krzesła otaczające stół. Usiedliśmy wszyscy i czekaliśmy, aż mężczyzna zacznie mówić.
- Jesteście z Torunia, prawda? – zapytał.
- Tak – odpowiedziała Łapa – Właściwie byliśmy. Opuściliśmy obóz jakiś czas temu.
- Moglibyście mi się dokładnie przedstawić? Jestem po prostu ciekaw – stwierdził. Zgodnie z jego poleceniem, po kolei powiedzieliśmy parę słów o sobie, a gdy skończyliśmy Ben znowu się odezwał.
- Podejrzewam, że niektóre osoby w Toruniu się o was martwią. Gdy moje patrole zwiedzają tę okolicę co i rusz widzą przejeżdżające wozy Czerwonych Flar, które wyraźnie przeszukują okolicę. Nie myśleliście o powrocie tam? – zapytał.
- Powiedzmy, że każdy z nas w jakiś sposób podpadł tamtejszemu dowódcy, Dziarze – wytłumaczyłem.
- A on podpadł każdemu z nas – dodała Łapa.
- Na pewno macie sporo pytań – zaczął Ben – Możecie pytać o, co chcecie. Na tym polega wzajemne zaufanie. Ja zaufałem wam. Wy zaufacie mi, gdy dowiecie się paru rzeczy – dodał.
- Nie jestem pewna, czy tu zostaniemy. Oczywiście skorzystamy z gościny żeby zregenerować siły, ale pozostanie tu na dłużej raczej nie wchodzi w grę. Nie pasujemy do takich obozów – powiedziała Łapa.
- Ta strefa jest najbezpieczniejsza w kraju – zapewnił ją Ben.
- Co masz na myśli? – zapytał Krystek.
- Nasz kraj. Oprócz okolicznej strefy jest tylko parę większych obozów. Oczywiście w Polsce mamy jeszcze parę podobnych stref, ale wiem, że to ta ma największy potencjał na przetrwanie apokalipsy – powiedział z dumą w głosie.
- Stref? Gdzieś jeszcze są podobne obozy? – zapytałem.
- Oczywiście. Na południu Polski, są dwa podobne do Ostoi. Jeden w okolicach Lublina, a drugi w okolicach Wrocławia. Jeżeli chodzi o liczebność, to mogę zapewnić, ze są większe od Ostoi, ale na pewno słabiej zorganizowane. To w tym miejscu są ludzie warci tego świata. Ludzie, którzy przetrwali od zera, a nie wojskowe obozy, zorganizowane przez rząd – opowiadał, patrząc na nas – Jest jeszcze coś w okolicach Łodzi. Ale o tym akurat nie wiem nic. Na północy jesteśmy właściwie tylko my. No i całe mnóstwo niedużych grup, obozowisk – dodał.
- A w okolicy? Jak to wygląda? – zapytała Miczi.
- Wszędzie na świecie jest tak samo? – włączył się Krystian.
                To było niesamowite, jak dużo wiedział ten człowiek. Jeżeli nie zmyślał, a nie brzmiał jakby wymyślał tę historię na poczekaniu, to miał naprawdę ogromną wiedzę. A my chcieliśmy wiedzieć.
- W okolicy oprócz Ostoi, Inowrocławia, Płońska i okolic Bydgoszczy, gdzie jest Drugi Posterunek, są również Złomiarze, parę niedużych, bezimiennych grup oraz niejacy Zszyci –opowiedział – A co do całego świata sytuacja dotknęła wszystkich. Nie ma miejsca bez zombie. Chociaż istnieją znacznie lepiej rozwinięte bastiony ludzkości to wciąż nie nazwałbym tego bezpiecznym miejscem. Ale muszę przyznać, że na wschodzie Europy teren Ostoi jest jednym z największych obszarów. A na pewno najlepiej zorganizowanym – dokończył.
- Zszyci? – zapytała Łapa.
- Nie słyszeliście o nich? To naprawdę paskudni mordercy. Co gorsza zombie im nie straszne, bo przyszywają sobie na stałe części ich skóry, przez co zombie na nich nie zwracają uwagi. Tak samo zresztą ocalali, bo kto biegnąc przez miasto zabija każdego trupa jakiego spotka? Nikt. Dlatego są tak niebezpieczni – powiedział.
Mój boże, pomyślałem. Nie mogłem przyjąć do wiadomości istnienia takiej grupy, ale zgadzałem się z Benem w tym, że na pewno są niebezpieczni.
- Nie są zarażeni? Po kontakcie ze skórą i tkanką zombie? – zapytałem.
- Ich dowódca, którego nazywają Krawcem umie tak zszyć człowieka, żeby uniknąć zarażenia. Chociaż to morderca to musze przyznać, że zna się na tym co robi – powiedział.
- Irek jest niewrażliwy na zarazę – wystrzeliła nagle Łapa.
                Pierwszy raz podczas naszej rozmowy udało nam się zadziwić Bena. Spojrzał na mnie z otwartymi oczami.
- Naprawdę? Pomimo ugryzienia nie zamieniasz się? – zapytał podekscytowany.
- Tak – odpowiedziałem niechętnie. Nie chciałem, żeby tak szybko dowiedzieli się o moich umiejętnościach, chociaż wierzyłem, że Łapa ma jakiś plan.
- To naprawdę… niesamowite. Ktoś taki jak ty na pewno się tu przyda. I jestem pewien, że z chęcią tu zostaniecie, przynajmniej na kolejne parę dni – powiedział uśmiechając się.
- A to niby dlaczego? – zapytałem.
- Ponieważ, za dwa dni odbędzie się tutaj Wielkie Spotkanie Ocalałych – zaczął.
- To znaczy? – dopytała Łapa.
- To znaczy, że przybędzie tutaj Dziara z delegacją, Kapitan z Drugiego Posterunku oraz Feline z obozu w Płońsku. To będzie bardzo ważny moment dla ludzkości, bo jak wszystko pójdzie po mojej myśli to założymy naprawdę sprawny, jeden duży obszar, który będzie sobie wzajemnie pomagał, walczył i tak dalej – wytłumaczył.
                To była kolejna zaskakująca wiadomość. Człowiek, o którym jeszcze niedawno nic nie słyszałem, momentalnie chciał zmienić sytuację, która panowała w okolicy od jakiegoś czasu. Chociaż wątpiłem, żeby coś osiągnął to musiałem mu przyznać, że jest cholernie ambitny i naprawdę wpływowy, ponieważ na chwilę obecną wierzyłem mu całkowicie i chciałem zostać tutaj na to spotkanie, chociażby dla zobaczenia osób z Torunia. Nie znałem ich, ale słyszałem opowieści. Zobaczenie słynnego Bobra, albo kogoś z jego grupy na własne oczy mogło być naprawdę ciekawym doświadczeniem.
- Ja bym został – powiedziałem na głos.
Łapa spojrzała na mnie zaciekawiona i pokręciła głową.
- Sama nie wiem. Jak ostatni raz byliśmy w Toruniu rozstaliśmy się w kiepskich stosunkach. Wydaje mi się, że tamtejszy dowódca, gdy nas zobaczy, może się zdenerwować, a chyba nie chciałbyś rozlewu krwi w twoim obozie? – zapytała Łapa, paskudnie się uśmiechając.
- Nie dojdzie do żadnego rozlewu. Mogę wam zapewnić całkowity azyl, który będą musieli zaakceptować – zapewnił nas – To jak mogę liczyć na waszą pomoc? Dzięki wam uda nam się zająć spory obszar i wspólnie w nim żyć. Zrobimy specjalne drogi, oczyszczone szlaki, dzięki którym będziemy szybciej się poruszać i wiele innych – rozmarzył się.
- Moglibyśmy zostać na noc i przemyśleć grupowo tę propozycję? – zapytała Łapa.
- Nie widzę problemu – powiedział – Skoro tak widzimy się wieczorem na kolacji i jutro z rana na śniadaniu powiecie co zadecydowaliście. Poproście Garbusa, żeby dał wam kwaterę i pokazał gdzie będzie kolacja.
- Dziękujemy – powiedział w imieniu całe grupy.
                Cała rozmowa była ciekawym przeżyciem, bo nie codziennie się spotyka tak niezwykłą osobę. Musieliśmy teraz przedyskutować wszystko i ustalić, co właściwie chcemy zrobić. Jeżeli Dziara, wraz z innymi ludźmi z Torunia miał tu być na dniach to nie zwiastowało niczego dobrego, chociaż miałem nadzieję, że wszystko pokojowo się zakończy i być może nie będziemy już mieli problemów w podróży. Z drugiej strony nie wiedziałem, czy Łapa będzie chciała tu zostawać. Podczas naszej miesięcznej przyjaźni rozmawialiśmy parę razy o jej relacji z Bobrem. Chociaż była zamkniętą emocjonalnie osobą, to parę razy złapałem ją w chwili słabości, a wtedy dało się z nią normalnie porozmawiać. Oczywiście nie wykorzystywałem tego dla własnych korzyści, bardziej chciałem jej po prostu pomóc.
                Zanim opuściliśmy pokój odwróciłem się i zadałem jeszcze jedno pytanie.
- Czy jest na to antidotum?
Ben uśmiechnął się smutno.
- Nie – odpowiedział.
Nie wiem na co liczyłem zadając te pytanie, ale w sumie byłem ciekaw czy pracują nad czymś. Może teraz nie chciał nam jeszcze o tym mówić, ale te laboratorium wyglądało imponująco i czułem, że niedługo może tu powstać coś przełomowego.
                Wyszliśmy z pomieszczenia, gdzie czekał na nas Garbus. Wyprowadził nas z powrotem tunelem do głównej części obozu i już po chwili staliśmy przy polu kempingowym i wybieraliśmy miejsce do snu.
- W jednym wozie spokojnie zmieści się do czterech osób, więc myślę, ze dwa obok siebie, wam wystarczą – powiedział Garbus.
- Tak, raczej tak – stwierdziła Łapa nieco nieobecnym głosem. Widać było, ze nad czymś myślała.
- Kolacja będzie na was czekała w restauracji za kościołem. Jest tylko jedna, więc znajdziecie bez problemu. To taki piętrowy budynek z krabem na szyldzie – wytłumaczył – A teraz wybaczcie, ale musze lecieć. Sporo spraw do załatwienia przed Spotkaniem – powiedział i ruszył w swoją stronę.
                Wozy kempingowe były nie za duże, ale zdecydowanie wygodne, w każdym były po cztery prycze, z czystą pościelą i wygodnymi materacami. Na razie weszliśmy wszyscy, w szóstkę, do jednego pojazdu, żeby obgadać całą sytuację. Głos pierwsza zabrała Łapa.
- Według mnie to jest podejrzane – zaczęła prosto z mostu – Typek rządzi grupką liczącą może pięćdziesiąt osób, a wie wszystko. Po mojemu to może być pułapka – powiedziała.
Tak śmiałych oskarżeń się nie spodziewałem.
- Mi się wydaję, że mają dobre zamiary, ale te całe laboratorium mi nieco śmierdzi – stwierdziłem.
- Ten korytarz był po prostu straszny… - dodał Krystek.
- Powinniśmy im zaufać, ale trzymać rękę na pulsie. Te spotkanie to jest ogromna szansa dla nas i dla całej okolicy. Szczerze to po miesiącu podróżowania i spania pod gołym niebem, albo w samochodzie, mam już serdecznie dosyć. Nie znaleźliśmy sami dobrego miejsca na założenie bazy, wiec będziemy musieli znaleźć je z kimś – wygłosiła Miczi.
- Skoro tak uważacie zostańmy. Ale nie wiem jak będzie wyglądało spotkanie z Dziarą. Myślę, że może pójść mocno nie po naszej myśli… - powiedziała Łapa – A teraz wypakujmy się, odpocznijmy i zjedzmy porządną kolację, bo nie wiem jak wy, ale ja jestem strasznie głodna!
                Przez następną godziny odpoczywaliśmy, zwiedzaliśmy i zaprzyjaźnialiśmy się z tym miejscem. Nie było tutaj źle, a ludzie, po tym jak dowiedzieli się, że dołączymy do społeczności chociaż na trochę, zrobili się jakby bardziej przychylni. Prawie pół godziny, jak zaczarowani, słuchaliśmy występu młodego chłopaka, który grał przed kościołem na gitarze ku uciesze gawiedzi.  Atmosfera, która tu panowała była ciekawa, ale dalej czuliśmy się nieswojo. Wieczorem poszliśmy do wcześniej wspomnianej restauracji, gdzie zjedliśmy w towarzystwie Bena i parunastu innych mieszkańców obozu. Bar był zrobiony na styl stołówki, parę rzędów stołów i otaczające je ławki.
- Zawsze jadacie razem? – zapytałem.
- Nie jest tu zbyt wiele osób, więc zazwyczaj jemy grupowo. Wiem, że w takiej Ostoi to byłby problem, zebrać tylu ludzi razem – wytłumaczył. Jedliśmy zupę pomidorową oraz po miseczce bigosu. Jedzenie było naprawdę pyszne i ktokolwiek je przygotował musiał się na tym znać. Cieszyłem się, że reszta grupy nie sprawiła problemów. Najbardziej obawiałem się Miczi, bo bywała nieprzewidywalna, ale teraz siedziała spokojnie i dyskutowała o czymś z Konradem.
                Opuściliśmy bar w trójkę, ja oraz Miczi i Marta, a reszta została jeszcze na trochę. Ja już byłem zbyt zmęczony, żeby uczestniczyć w dalszych rozmowach i po prostu chciałem położyć się spać. Dotarłem do wozów kempingowych i wraz z Miczi i Martą położyliśmy się w jednym .Słyszałem jak dziewczyny jeszcze gadały, ale dzisiaj byłem wyjątkowo wykończony i chciałem się porządnie wyspać. Zasnąłem natychmiast.
                W środku nocy obudziła mnie Łapa. Podniosłem się i ziewnąłem przeciągle.
- Co jest? – zapytałem.
- Musimy zgłosić się do Bena. Zaszedł pewien incydent… - powiedziała tajemniczo.
Nie wiedząc kompletnie o, co chodzi rozejrzałem się po wozie, ale Miczi i Marta wciąż spały.
- Ugryźli go? – zapytałem wystraszony.
- Nie, ale wpadł w tarapaty. Chodź, powiem ci po drodze – zaproponowała. Wstałem i chwytając po drodze butelkę wody, wyszedłem. Dzisiejszy dzień był dosyć emocjonujący, a jak widać rozrywkom nie było końca. Zastanawiałem się, co takiego się wydarzyło. Przed polem kempingowym czekał na nas Garbus, który poprowadził nas na tyły kościoła, do jednego z budynków. Gdy weszliśmy do środka, zobaczyłem długi stół, za którym siedział Ben, starsza od niego kobieta, z długimi blond włosami oraz mężczyzna w moim wieku z opaską na oku.
                Pomieszczenie było całkiem spore i pomiędzy nami, a stołem był długi dywan, a na nim stały dwie osoby – Krystian i umięśniony mężczyzna, z ciałem ozdobionym tatuażami różnych mitycznych istot. Na ramieniu zauważyłem jednorożca, na plecach łeb smoka, a na drugim ramieniu cyklopa. Garbus skłonił się przy wejściu, a Ben przywitał nas. Odpowiedzieliśmy skinieniami głowy.
- Usiądźcie proszę – powiedział miłym tonem, pokazując nam wolne krzesła, na prawo od mężczyzn z opaską. Gdy usiedliśmy odezwał się znowu.
- Chciałbym was na początku zapoznać z moimi doradcami – Romanem oraz Dominiką. Dzięki nim powstał ten obóz i to oni pomogli mi przetrwać – powiedział, a wyżej wymienieni skinęli głowami w naszą stronę – A teraz do rzeczy. Jak mamy jakiś problem w naszym obozie to rozwiązujemy go dyskutując, najczęściej z osobami zamieszanymi w ten konflikt. W ten sposób sprawiedliwie osądzamy. Dzisiaj zebraliśmy się tutaj, na dzień przed ważnym spotkaniem, aby przedyskutować to co się stało wczoraj wieczorem przed barem „Pod krabem”. Chciałbym usłyszeć wersję wydarzeń obu panów, Krystiana i Damiana – powiedział oficjalnie.
Czyli doszło do jakiegoś sporu, najprawdopodobniej bójki, oceniłem patrząc na śliwę pod okiem Krystiana i rozbity nos wytatuowanego mężczyzny.
- Wychodziłem z baru, kiedy ten jaskiniowiec mnie popchnął. Powiedziałem, żeby uważał jak idzie, a ten tylko splunął i powiedział, że nie pasuje tutaj. Wtedy go uderzyłem, on odpowiedział i rozdzielili nas – opowiedział szybko Krystian.
- Czy to prawda? – zapytał Ben. Zastanawiałem się po co właściwie tu byliśmy. Czy Ben chciał nam pokazać jak zorganizowany jest jego obóz, czy rzeczywiście będzie się liczył z naszym zdaniem.
- Nie. Nie do końca. To on pierwszy mnie obraził, dopiero po tym go popchnąłem i powiedziałem, że tu nie pasuje, bo to prawda. On jest dziki jak cała szóstka, która tu trafiła. Tacy ludzie powinni być trzymani oddzielnie, póki nie przyzwyczają się do życia w normalnym obozie, a nie na drodze – stwierdził. Jego głos był niski, charczący i gardłowy. Gdybym zamknął oczy mógłbym spokojnie sobie wyobrazić słuchanie jakiegoś mitycznego trolla, czy innego stworzenia.
                Łapa westchnęła, a Krystian szepnął coś pod nosem. Ben podrapał się po głowie i zamyślił się. W końcu odwrócił się w naszą stronę.
- Czy człowiek z waszej grupy jest agresywny? – zapytał.
- Nie. To naprawdę w porządku człowiek, który wiele przeszedł i w sumie nie dziwię mu się, że dał się wplątać w tę zaczepkę. Mnie też by to zdenerwowało – powiedziała, jak zwykle szczerze, Łapa.
- No cóż. Jeżeli tak mój werdykt jest prosty. Krystianie, zostajesz na cały dzisiejszy dzień zamknięty w celi. Jeżeli nie będziesz sprawiał problemów zostaniesz wypuszczony tak żeby zjawić się na spotkaniu. Jeżeli nie przesiedzisz tam stosunkowo więcej czasu – zaczął. Zarówno Roman jak i Dominika obserwowali tylko sytuacje z iście kamiennymi twarzami, nie zdradzającymi nawet grama emocji.
- To nie jest sprawiedliwe – skomentował Krystian.
- Wybacz, ale to ja tu ustalam co jest sprawiedliwe, a co nie jest – wygłosił groźnie i stanowczo Ben. Widziałem, że Łapa już chciała protestować, ale wtedy odezwał się Roman. Jego głos był znacznie cieplejszy od głosu Damiana, ale był też donośny.
- Ciebie z kolei Damianie, za kolejny występek co do nowo przybyłych gości, popierany tymi samymi argumentami skazujemy na wygnanie. Na trzy dni – powiedział, a zarówno ja, Łapa jak i Krystian otworzyliśmy szeroko usta ze zdziwienia – Po tym okresie możesz tu powrócić. Może wtedy zobaczysz, że ludzi, którzy próbują przetrwać na drodze trzeba szanować tak samo jak pozostałych mieszkańców, a może nawet jeszcze bardziej, bo przeżyli i są źródłem informacji i wzorem człowieka i ocalałego – zakończył.
- Koniec procesu – zawołał Ben.

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 11: Stare rany

Rozdział 11, kolejny z perspektywy Erniego. Tutaj jest powrót czegoś, o czym wiele osób mogło zapomnieć. Przeszłość zabija, a Erni może się o tym przekonać wraz z całą ekipą Zbłąkanego Ocalałego. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

-------------------------------------------

Rozdział 11 (Erni): Stare rany


                Mieszanka strachu oraz zdenerwowania działała na mnie źle. Zalepiałem kocem wybitą szybę, a Cinek i Łowca analizowali z przodu treść groźby. Była ona krótka, ale dawała do myślenia. Ktoś na nas polował od jakiegoś czasu. Incydent przy chatce przed Płońskiem, atak przy obozie Feline, atak przed Makowem Mazowieckim, a teraz to. Komu aż tak zależało na naszej śmierci? Nie byłem zadowolony z tego co się działo na około.
                Jedynym dobrym aspektem podróży, było to, że udało mi się zwerbować już cztery osoby, a dodatkowo miejsce, gdzie mógłbym uciec w razie problemów w Ostoi – obóz Feline. Feline była ciekawą osobą i musiałem przyznać, że mnie zainteresowała i koniecznie chciałem ją spotkać jeszcze pewnego dnia. Po załataniu okna wróciłem do przodu i rozejrzałem się. Robiło się coraz bardziej ciemno, a ja czułem się zmęczony i rana znów zaczęła mi dokuczać. Musiałem jak najszybciej znaleźć dobre miejsce na nocleg poza miastem, ale obawiałem się też z kolei kolejnego ataku. Nasi oprawcy musieli poruszać się wozami, bądź mieć świetny system komunikacji, bo utrzymywali tempo Zbłąkanego Ocalałego bez najmniejszego problemu. Dlatego obawiałem się nieco, że jeżeli się zatrzymamy, możemy zostać zaatakowani. Z kolei jednak bez snu nie dam rady kierować i zachować jasności umysłu, przez co mogę doprowadzić do wypadku. To byłaby smutna śmierć w czasach apokalipsy zombie.
                Poruszyłem ten temat z moimi przyjaciółmi, gdy odpaliłem silnik i zacząłem zjeżdżać na obrzeża miasta.
- Słuchajcie musimy coś ustalić, ktoś nas śledzi i nie wiem gdzie moglibyśmy się bezpiecznie zatrzymać – zacząłem, nie odrywając wzroku od drogi przede mną.
- To jest chore, nie możemy nic normalnie zrobić, bo jak nie pieprzeni ludzie z Torunia lub bandyci to jacyś narawańcy… - wyżalił się Marcin.
- Wiesz Ernest, z zawodu byłem kierowcą, jakby ci to nie przeszkadzało to moglibyśmy kierować na zmianę… - zaproponował nieśmiało Łowca. Wiedział, że ten autobus jest dla mnie bardzo ważny i traktuje go prawie jak najlepszego przyjaciela i nie dawałem go kierować nikomu innemu. Ale teraz jak o tym myślałem to nie był głupi pomysł. Byłem coraz bardziej zmęczony, a Łowca miał doświadczenie. W końcu to on dowiózł grupę Bobra do Ostoi.
- Ej nie głupie! – powiedział Cinek – Przyznam, że jechało się dobrze, kiedy prowadziłeś –stwierdził Cinek.
- Ehh… nie łatwo mi to mówić, ale zgadzam się. Tylko uważaj, błagam cię – powiedziałem.
- Spokojnie, zamienimy się za kawałek drogi, wtedy ty się prześpisz, a potem się zamienimy. Dzięki temu Zbłąkany będzie cały czas w ruchu, a obaj kierowcy będą wypoczęci – powiedział Łowca uśmiechając się z pod wąsa.
- Dzięki stary – dodałem, po czym skręciłem ostro i wyjechałem na drogę krajową prowadzącą do Ostrowa Mazowieckiego.
- Ale chyba przerwy na żarcie będziemy robić, co? – zapytał nagle Cinek.
- Jasne. W końcu to postoje na paręnaście minut, a nie na parę godzin – odpowiedziałem.
- Też prawda -  stwierdził Cinek – Słuchajcie, mam pewną sprawę, mogę z wami ją obgadać? – zapytał. Ton jego wypowiedzi sugerował, że to coś poważnego, a tego od Cinka nie oczekiwałem zbyt często. Zawsze wydawał mi się być trochę głupi, ale nie mógłbym go nazywać idiotą. Po prostu miał specyficzne spojrzenie na świat i wszystko analizował na chłopski rozum. Lubiłem go.
- Jasne mów – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.
- Ehh… słuchajcie tylko dobrze, bo rzadko kiedy zbiera mi się na takie pieprzenie – zapowiedział – Dziękuje wam. Szczególnie tobie Erni. Gdyby nie ty i nie Bobru to pewnie dalej zadawałbym się z towarzystwem takim jak Alex. Tego skurwiela już od dawna z nami nie ma, jego głowa gnije gdzieś, chuj wie gdzie, ale gdybym wtedy nie poparł was to mogłem skończyć o wiele gorzej. Uratowaliście mnie od jeszcze gorszego syfu, niż zamienienie w trupa – samotności – skończył.
                Zaparło mi dech w piersi. Takich słów od Cinka mogłem nie usłyszeć już nigdy więcej. Było to coś naprawdę wielkiego.
- Stary to był twój wybór. Bobru mi opowiadał o tym, jakie pytanie ci zadał i przed jakim wyborem cię postawił. Po prostu wybrałeś dobrze – powiedziałem, odwracając się na chwilę, żeby się do niego uśmiechnąć.
Jechaliśmy dalej. Z racji iż po chwili zrobiło się naprawdę ciemno to włączyłem światła. Były one nieco słabe, bo nie oświetlały drogi tak jak powinny, ale dawały radę, a przynajmniej nie byliśmy, aż tak widoczni. Przed dojechaniem do Ostrowi Mazowieckiej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zjeść. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie – co chwilę obracaliśmy się, gdy coś usłyszeliśmy, a jedną rękę wciąż trzymaliśmy na broni. W pewnym momencie z krzaku wyszedł zombie i Rekin, który był chyba najbardziej przejęty sytuacją nie wytrzymał i oddał kilka strzałów. Uciekaliśmy stamtąd szybko, bo strzały musiały być słyszalne z daleka, a śledzący nas ludzie na pewno nie przepuścili takiej sytuacji płazem.
                Byłem już strasznie zmęczony, poprosiłem Łowcę, żeby mnie za chwilę zmienił, kiedy podszedł do mnie Cinek.
- Słuchaj stary, jedna rzecz mnie zastanawia – powiedział.
- Tak?
- Jak jechałem tutaj z Bobrem i resztą to widzieliśmy helikopter. Helikopter z Ostoi. Mieszkam tam od tygodnia i nie widziałem tam żadnego hangaru z helkami i nic, to było wasze czy jak to było w końcu? – zapytał.
- Ahh mieliśmy jeden helikopter, to prawda. Widzieliście jego wrak tak? Niestety żadnego innego działającego nie mamy, chociaż podobno ludzie z Drugiego Posterunku zajmują się naprawą jakiegoś całkiem używalnego helikoptera medycznego. Możliwe, że w krótce znowu będziemy mogli latać i podróżować z takiego Torunia w parę godzin, zamiast parę dni – wytłumaczyłem.
- Hmm to byłoby zajebiste – stwierdził po chwili.
                Tuż przed wjazdem do Ostrowi Łowca mnie zmienił, a ja przeszedłem na jedno z siedzeń z tyłu i oparłem się o koc próbując zasnąć. Cinek rozmawiał o czymś z Rekinem, a Łowca szybko i sprawnie ruszył, jakby to robił od dawna. Trójka najnowszych pasażerów z tyłu o czymś rozmawiała.
- Jak się czujecie na pokładzie? – zapytałem opatulając się cieplej, bo akurat zaczął wiać zimny wiatr, który było można poczuć dosyć mocno przez dziurę w szybie.
- Cieszymy się, że tu jesteśmy – powiedziała Ola, jedna z blondynek. Malec, który z nimi był akurat ułożył się na nogach drugiej dziewczyny, wyraźnie zmęczony i zmarznięty – Nie było łatwo przetrwać…
- Przetrwałyście tyle same? – zapytałem.
- W sumie był z nami jeszcze mój chłopak, ale trupy dorwały go parę dni temu. Chcieliśmy we czwórkę dotrzeć do Torunia, ale nie udało się nam – powiedziała ze smutkiem.
- Przykro mi – odpowiedziałem po czym odwróciłem się i spróbowałem zasnąć.
                Zasnąłem bardzo szybko, ale śnił mi się naprawdę przerażający sen. Był w nim Cinek, który siedział na jednym z siedzeń Zbłąkanego Ocalałego.  Płakał jak małe dziecko, trzymając w ręce czyjąś dłoń. Dookoła było mnóstwo zombie, które próbowały się do nas dostać. Chciałem wyciągnąć pistolet i się bronić, ale nagle zauważyłem, że mam związane ręce. Próbowałem odpychać zombie, ale one szybko nas zalały. Poczułem jak mnie gryzą i wśród bólu dało się wyczuć to coś, co sprawia, że po ugryzieniu zamieniamy się w zombie. Obudziłem się, gdy pojazd gwałtownie zahamował. Za oknem robiło się powoli jasno. Musiałem przespać parę godzin. Rozejrzałem się po wnętrzu Zbłąkanego i zobaczyłem, że za mną spały dziewczyny oraz chłopczyk, a przede mną Cinek. Jedynymi, którzy nie spali byli Rekin oraz Łowca. Mężczyzna bez oka prowadził w absolutnym skupieniu. Rekin wyglądał za okno i podziwiał widoki.
                Byliśmy niedaleko Białegostoku. Poznałem okoliczne tereny w chwilę i jak zwykle poczułem pewien sentyment do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Zaledwie cztery miesiące temu byłem w szkole, gdy to wszystko się zaczęło. Uciekłem z niej z Goku, Nieznajomą oraz Bochenem. Teraz nikt z nich już nie żył. Wstałem i podszedłem do Łowcy. Klepnąłem go w ramię.
- Dajesz sobie radę stary? – zapytałem.
- Jasne – powiedział nieco ochrypniętym, ale absolutnie przytomnym głosem – Stary nie raz jeździłem całe noce, na tym polegała moja praca – powiedział z dumą.
- Dojedziesz do Królowego sam? – zapytałem.
- Jasne, ale pytanie czy nie przejedziemy przez przystanki w Białymstoku? – zapytał.
- W sumie możemy – powiedziałem.
                Wjechaliśmy na obrzeża miasta. Z każda kolejną wizytą wyglądało na coraz bardziej opuszczone. Oczywiście były tu zombie oraz oznaki, że kolejni ocalali przechodzili tędy, ale poza tym było tu naprawdę pusto. Przejechaliśmy przez najważniejsze punkty w centrum, ale nie znaleźliśmy nikogo. Raz z daleka udało się nam zauważyć dwóch ocalałych, ale widać było, że są agresywni, bo gdy nas zauważyli zaczęli strzelać. Możliwe, że należeli do ludzi, którzy nas ścigali.
                Zastanawiałem się również nad słowami na kartce przyczepionej do cegły. „Przeszłość zabija”. Co to mogło znaczyć?  Wyjechaliśmy z Białegostoku niecałe półgodziny później. Wschodnia droga prowadziła prosto do Królowego Mostu. Jeździłem nią dosłownie setki razy razem z rodziną i przyjaciółmi, kiedy świat jeszcze był normalny. Teraz jednak było inaczej. Już na początku zauważyliśmy, że możemy mieć problem z przejechaniem. Na drodze było mnóstwo trupów. Wychodziły z lasu i wchodziły powolnym krokiem na drogę. Gdy nas zauważyły zaczęły pełznąć w naszą stronę.
- To chyba pieprzone stado – zakomunikował Łowca.
- Co jest kurwa? – zapytał zaspanym głosem Cinek.
- Chyba musimy cofać – powiedział jednooki.
- Musimy przejechać teraz. Może odetniemy dzięki temu śledzących nas ludzi – wpadłem nagle na pomysł.
- W sumie nie głupie, ale co jak nas otoczą? – zapytał Łowca.
- Wasz pojazd jest duży i nie powinien mieć problemów z przejechaniem – włączył się do rozmowy Rekin.
- No to jedziemy! – zawołał Łowca przyspieszając. Pojazdem zarzuciło, aż ledwo utrzymałem się na nogach. Nagle wróciła do mnie wizja snu. Zombie, które nas otaczają z każdej strony. Czy to mogło się teraz spełnić? Obawy minęły, kiedy z dużą siłą potrąciliśmy trzy trupy naraz. Przejechaliśmy bez najmniejszego problemu, chociaż gdybyśmy znaleźli się tu paręnaście minut później, moglibyśmy mieć spore kłopoty z przebiciem się. Teraz za parę minut będziemy odcięci i ta droga powinna być nie przejezdna przez najbliższe paręnaście godzin.
                Gdy przejechaliśmy jeszcze kawałek, postanowiliśmy zatrzymać się, żeby coś zjeść. Warunki były dosyć ekstremalne, bo było zimno, wszędzie było słychać zombie, a w każdej chwili mógł nas ktoś zaskoczyć, ale każdy z nas potrzebował chwili wytchnienia i świeżego powietrza. Usiadłem przed Zbłąkanym z kanapką oraz kubkiem wody i odpoczywałem. Kawałek przed nami znajdowała się Grabówka. Dosyć ważny punkt w drodze z Białegostoku do Królowego Mostu.  Po zjedzeniu poprosiłem Łowcę i Cinka na bok, żeby z nimi coś ustalić.
- Słuchajcie, sprawdzimy szybko tereny Królowego Mostu i wracamy. Nie chcę, żebyście głupio ryzykowali, bo mam naprawdę kiepskie przeczucia co do całej wycieczki. Dlatego nie ryzykujcie zbytnio i rozglądajcie się uważnie, ok? – powiedziałem.
Przytaknęli obaj.
- A i teraz ja poprowadzę, wielkie dzięki za zmienienie mnie, ale to wciąż moja praca i nie chcę was przemęczać, szczególnie, że bardzo to lubię – powiedziałem z uśmiechem.
- Jeszcze raz, nie ma problemu stary – powiedział mężczyzna.
                Wsiedliśmy z powrotem do Zbłakanego Ocalałego i ruszyliśmy dalej. Powoli zaczynałem zapominać o problemach. Jechało się naprawdę przyjemnie i pomimo postoju nikt nas nie zaatakował. Oznaczać to mogło, że bandyci grasowali na trasie Toruń – Maków Mazowiecka. Był to całkiem dobry znak.
                Godzinę później wysiadłem ze Zbłąkanego Ocalałego na głównym moście w Królowym Moście. Rozejrzałem się po okolicy i w moich oczach pojawiły się łzy. Tyle wspaniałych wspomnień. Wspominałem dobrze, nawet czasy, gdy byłem tutaj jako więzień Alexa. Nawet pomimo tego, że wtedy zostałem ranny, to świetnie mi się leżało na kanapie, otoczony ogrodzeniem i przyjaciółmi. Czasy, kiedy żyli Goku, Natalia, Nieznajoma, oraz wiele innych. Pierwsze spotkanie z Łapą, śmierć brata. Wszystko to wydawało się tak bardzo odległe, że powoli zapominałem. A teraz to wróciło. Chciałem pobiec do przodu, do swojego domku i zostać tam na zawsze.  Oczywiście było to niemożliwe. Nawet jakbym bardzo tego chciał nie potrafiłbym zostawić życia w Torunia oraz moich przyjaciół. Szczególnie ich.
                Wysiedliśmy na chwilę wszyscy, żeby rozprostować kości i zaplanować jak dokładnie pojedziemy.
- Kołodno, Supraśl, Królowy? – zaproponował Cinek.
- Nie wiem czy warto jechać do Supraśla. Cholera wie czy wybiliśmy tam wtedy wszystkich, czy jakieś niedobitki wróciły… - stwierdziłem.
- Tak czy siak przeszukałbym okolicę, możemy tu znaleźć kogoś, tak mi się przynajmniej wydaję – stwierdził Cinek.
- Na tym zadupiu? Nie powiem kocham to miejsce, ale wątpię, żebyśmy spotkali tu kogoś jeszcze. I tak wpadliśmy tu na mnóstwo osób, ale albo je zabiliśmy, albo dołączyły do nas – powiedziałem.
- W sumie możesz mieć rację. Po prostu dobrze by było spędzić tu trochę czasu, odwiedzić stare śmieci – zaproponował.
- Dobrze wiesz, że ktoś nas śledzi. O ile stado go zatrzymało to prawdopodobnie może tu niedługo dotrzeć – powiedziałem ze smutkiem.
- Zobaczymy po zwiadzie – odpowiedział.
                Łowca sprawdzał okolicę z lunety snajperskiej i po chwili zawołał mnie. Kazał mi spojrzeć na obóz w Królowym Moście.
- To była wasza miejscówka? – zapytał podając mi karabin snajperski.
- Tak, zauważyłeś coś tam? – zapytałem.
- Sam spójrz.
Podniosłem ciężką broń i przez chwilę nie dałem rady dobrze jej chwycić, ale w końcu gdy poczułem jej ciężar i ułożyłem w rękach to spojrzałem przez lunetę. Ogrodzenie wyglądało tak jak ostatnio, a w rowie wciąż leżał samochód. Na podwórzu wciąż leżały stare trupy, które nie zdążyły powstać jako zombie, ale teraz były to zwłoki w takim stadium rozkładu, że ciężko było mi powiedzieć, czy to ktoś z Królowego czy z Supraśla. Nagle zobaczyłem jakiś ruch przy jednym z domków. Nie byłem pewien czy dobrze patrzę, ale po chwili znowu coś ujrzałem. Czy ktoś tam był?
- Ruch przy jednym z domków – stwierdziłem z niepokojem.
- To samo zauważyłem ja – potwierdził Łowca.
- Nie wiem czy to dobry pomysł zwiedzać to miejsce, myślę, że powinniśmy zawracać na Toruń – zaproponował Cinek.
- Moglibyśmy, ale jeżeli cofniemy teraz to wpadniemy w stado – powiedziałem przypominając sobie znowu sen. Czyżby mógł się sprawdzić?
- To co proponujesz? – zapytał Łowca.
- Moim zdaniem powinniśmy przeczekać co najmniej do wieczora i wtedy wyruszyć. Przyczaimy się przy lesie – wskazałem las obok – gdzie był kiedyś obóz Łapy. Jeżeli kogoś zauważymy to zabijemy, jak nie to po prostu wrócimy.
                Tymi słowami skończyłem dyskusję i wróciłem do Zbłąkanego. Poczekałem chwilę, aż reszta wejdzie na pokład po czym wycofałem kawałek i ustawiłem pojazd kawałek w głębi lasu. Stanęliśmy tuż przy ciele z imponująca raną od siekiery na potylicy. Trup leżał tu już spory czas, ale wciąż widać było, że zginął niezbyt przyjemną śmiercią.
- To moja robota – pochwalił się Cinek.
- Co? – zapytałem zdziwiony.
- Kiedyś ten koleś chciał zabić Bobra i musiałem go unieszkodliwić – powiedział uśmiechając się do wspomnień.
Przystanęliśmy i w nieco nerwowej atmosferze czekaliśmy. Było mi smutno, bo nie mogłem za bardzo ruszyć do ruin obozu. Ktoś tam na pewno był, widziałem to i ja i Łowca. Szkoda było przejechać tyle drogi na nic. Oczywiście zawsze, odkąd jeżdżę Zbłąkanym, zajeżdżałem tutaj i nigdy nie miałem czasu zajrzeć do mojego domu. Wtedy liczyło się poszukiwanie Bobra i wystarczył mi rzut oka na ruiny, żeby wiedzieć, że go tam nie ma. Ale teraz gdy nie miałem już tej presji marzyłem o jeszcze jednych odwiedzinach tego domu. Jeszcze raz usiąść na fotelu na piętrze, albo chociaż wejść przez próg i obejrzeć to wszystko.
                Po paru godzinach odetchnęliśmy nieco z ulgą, bo nie widzieliśmy ani zombie ani innych ludzi. Takie siedzenie w autobusie było dosyć klimatyczne, czułem się jak w dobrej grze. Niestety było to życie. Prawdziwe życie. Cinek podszedł do mnie w pewnym momencie, gdy siedziałem na siedzeniu kierowcy i obserwowałem to co działo się za szybą.
- Stary, widzę, co cię boli – powiedział. To bolało. Bardziej niż rana na policzku.
- Ehh, tak blisko, a tak daleko – odpowiedziałem.
- Słuchaj, może pójście do samego obozu to ryzyko, ale nie myślisz, że moglibyśmy się przejść w okolicę? Obejrzeć obóz z młyna? Lub coś w tym stylu? Może poczujesz się lepiej, a ja sam z chęcią bym zobaczył co się tam dzieje.
- To wciąż spore ryzyko… - wyszeptałem.
- Moglibyśmy spróbować. Rekin i Łowca pilnowaliby Ocalałego, a my byśmy się przeszli. Przecież nie zajmie nam to więcej niż pół godziny.
                W końcu zgodziłem się. Bardzo chciałem tam wrócić i to mogło nas sporo kosztować, jeżeli ktoś nas obserwował i zobaczył, że wychodzimy. Ale musiałem spróbować. Zeszliśmy piaszczystą drogą w kierunku drewnianego mostu, pod którym znaleźliśmy okaleczonego Eryka. Dalej byłem zły za to na Łapę, chociaż na pewno nie w takim stopniu jak na początku. Okazała się nie być taka zła.
- Pamiętasz ile razy kąpaliśmy się w tym strumieniu? – zapytał Cinek patrząc na wodę, której poziom spadł bardzo mocno od naszej ostatniej wizyty.
- Jasne. Te wszystkie wakacje tutaj. Ehh, dobre czasy – wspominałem.
Przeszliśmy po moście i teraz nieco ostrożniej, zaczęliśmy się skradać ścieżką w stronę młyna. Trzymaliśmy się łysych krzaków, na których pojawiały się już pierwsze oznaki zieleni. Niedługo natura będzie kontynuowała swój cykl, ale świat się nie zmieni. Zombie dalej będą zagrożeniem. Na drodze zatrzymaliśmy się na dobre parę minut. Nie mogliśmy po prostu wyjść nie patrząc na to, czy kogoś tu nie ma. Łowca i Rekin z pewnością czekali na nas z niepokojem. Ja sam bałem się trochę, że Rekin wykorzysta sytuację i ucieknie, zabijając Łowcę, ale póki co okazał się być dobrym człowiekiem. Co prawda ciężko było, w pełni, zaufać komuś, ale czasami trzeba było pójść na ustępstwa.
                Stanęliśmy przed drewnianymi drzwiami młyna. Ostrożnie weszliśmy do środka, robiąc sporo hałasu nienaoliwionymi zawiasami. Parter okazał się być pusty, a schodki na piętro były w kiepskim stanie. W środku wspinaczki, zauważyłem, że paru z nich brakuje i ziały tam tylko resztki, żałośnie trzymające się przerdzewiałych gwoździ. Piętro było zagracone śmieciami, ale nie widzieliśmy tu nic przydatnego. Z nadzieją podszedłem do okna i wyjrzałem za nie. Nie widać było stąd wszystkiego tak jakbym sobie wymarzył, ale nie narzekałem. Widać było kawałek zachodniej części ogrodzenia, część podwórza, wrak auta oraz dwa domy, w tym mój. Wspomnienia znowu uderzyły we mnie falą i przez chwilę wyłączyłem się ze świata. Nagle jednak coś mnie obudziło i to całkiem konkretnie. Zobaczyłem, że na podwórzu stoi trzech ludzi. Jednego z nich rozpoznałem, chociaż widziałem go dawno temu i nie miałem go okazji poznać. Był to jeden z ludzi Łapy, którego nie widziałem od wyjazdu po zapasy do Supraśla.
                Zapamiętałem go tylko dlatego, że był dosyć gruby i miał tak tłuste włosy, że widać to było z daleka, przez brudną szybę. Co gorsza przypomniałem sobie natychmiast słowa Miczi, o tym, kto ją skrzywdził. Natychmiastowo połączyłem fakty i już wiedziałem co się świeci. „Przeszłość zabija”. To ja mogłem go zabić w przeszłości, gdy mieliśmy przeprowadzić egzekucję, ale wtedy przerwała nam Łapa. To był ktoś, kto był z tym grubasem i również skrzywdził Miczi. Mogłem wtedy zadecydować, żeby ich zaatakować i pomścić to co zrobili mojej przyjaciółce, ale postanowiłem inaczej. Ich było z pewnością o wiele więcej i to oni nas śledzili, a ja miałem ludzi, których musiałem chronić.
- Musimy wracać do Zbłąkanego – wyszeptałem.
- Co? Czemu? – zapytał Cinek, który nie zdążył jeszcze wyjrzeć przez okno.
Rozejrzałem się i nagle pojąłem coś strasznego. Miejsce nie było zakurzone. Ktoś tu notorycznie przychodził ostatnimi czasy. Przycisnąłem palec do ust nakazując zachowanie ciszy i nagle usłyszałem skrzypnięcie na dole. Ktoś otwierał drzwi. Wyjąłem nóż i pistolet i kazałem Cinkowi być cicho i schować się za stołkiem, stojącym pod ścianą.
                Usłyszeliśmy jak ktoś wspina się po schodach. Prawdopodobnie nie wiedzieli, że tu jesteśmy, ale to będzie świetna okazja do zabicia jednego z nich. Wycelowałem w schody, chowając się przy oknie i czekając. Nagle zauważyłem postać, która weszła na piętro i nas nie zauważyła. Była to młoda dziewczyna. Ta sama, która raniła mnie w policzek. Wychodziło na to, że ludzie, na czele z kimś, kogo uważałem za martwego od jakiegoś czasu, zrobili sobie tutaj bazę. Skurwiele, pomyślałem. Wykonałem szybki doskok, tak, że moja ofiara nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś ją atakuje. Zaszarżowałem z nożem wbijając go jej głęboko między nogi. Próbowała krzyknąć ale drugą ręką, która trzymałem pistolet, uderzyłem ją w twarz z całej siły. Nie zdołała nawet wykrztusić słowa. Pozwoliłem jej spojrzeć mi w oczy po czym wyjąłem nóż i dźgnąłem ją ponownie w szyję. Tego nie przeżyła. Cinek nieco zdziwiony całą akcją wyszedł z ukrycia i z niemym podziwem, kiwnął głową na znak uznania.
- To ta suka co zaatakowała nas w Płońsku – wytłumaczyłem.
- Co ona tu robi? – zapytał szeptem.
- Nie mam pojęcia, ale jest ich więcej. Musimy uciekać.
                Tak też zrobiliśmy. Odcinek pomiędzy młynem, a mostem był straszny, ale przebiegliśmy go w rekordowym tempie. Gdy byliśmy już za drewnianym przejściem, to odetchnęliśmy z ulgą, nieco zwalniając tempo. Musieliśmy jednak dostać się jak najszybciej do Zbłąkanego i odjechać. Pięć minut później wbiegłem do środka pojazdu i nie tłumacząc nic, odpaliłem silnik.
- Coś się stało? – zapytał Rekin.
- Jest ich od cholery, to ci co nas gonili – streściłem szybko – Musimy uciekać.
- Erni zabił tą sukę, co go okaleczyła, ale widział ich więcej. Zbieramy się – powiedział.
Odpaliłem szybko silnik i z przerażeniem odkryłem, że zostało nam naprawdę mało paliwa. Całe szczęście w bagażniku miałem zapasowe dwa kanistry, ale jeżeli teraz nie zdołamy uciec może być już za późno. Robiło się powoli ciemno. Wyjechałem na drogę i już chciałem skręcać w prawo, kiedy zauważyłem nadjeżdżający z lewej, ze strony Królowego Mostu, samochód terenowy. Zauważył nas i poczuliśmy to dosyć poważnie, kiedy staranował nas i przyskrzynił do drzewa obok. Paskudny dźwięk wgniatanego metalu, rozszedł się po okolicy, sprawiając, że aż zęby mi zadzwoniły. Chciałem ruszyć, ale nie mogłem. Przygwoździli nas.
                W oddali widzieliśmy kolejny nadjeżdżający wóz. Łowca sięgnął po snajperkę i już chciał strzelać, kiedy zobaczyliśmy, że z samochodu wychodzi kierowca. Poznałem go pomimo o wiele dłuższych włosów i czerwonej od alkoholu twarzy. Podpierał karabin trzymany w ręce, kikutem drugiej. Z samochodu wysiadło czterech uzbrojonych mężczyzn, a drugi był już coraz bliżej.
                Dalion krzyknął, a jego głos był dobrze słyszalny przez rozbitą wcześniej cegłą, szybę.
- Poddajcie się, a nie przepieprzycie sobie sytuacji do końca! – krzyknął, a drugi samochód wypełniony bandytami zastawił nam drogę. Łowca ze zrezygnowaniem opuścił broń. Byliśmy w pułapce.