Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 9. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział 9. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2017

Rozdział 9: Kobieca siła

Rozdział 9, kolejny z perspektywy Zuzy. Po wpadnięciu na dwie kobiety w sklepie Zuza znalazła się w ciekawym położeniu. Czy zaufa kobietom i podąży z nimi, czy może będzie próbowała uciec? Zapraszam do czytania i komentowania

POV:
Zuza - Rozdział 9 - Dzień 3-4
Bobru - Dzień 3-4 - Bobru dojeżdża w okolicę Płocka
Erni - Dzień 3-4 - Erni ucieka z obozu bandytów

-----------------------------------------------------

Rozdział 9: Kobieca siła (ZUZA)


                Sara syknęła, gdy przyłożyłam do jej rany szmatkę nasiąkniętą wodą utlenioną. Drżącymi rękoma sięgnęłam do apteczki przyniesionej przez jej matkę, Anie. Odcięłam nożyczkami parę metrów bandaża oraz odlepiłam nieco zatęchły opatrunek. Przemyłam raz jeszcze ranę ignorując syknięcia i jęknięcia dziewczyny. Opatrunek zasłonił paskudną ranę, a bandaż dodatkowo przyczepił go do ciała. Pokiwałem głową na znak, że robota wykonana.
- Dziękuje śliczna – dziewczyna uśmiechnęła się do mnie zadowolona.
- Mogę wiedzieć jak to się stało? – zapytałam.
- Coś ciekawska jesteś. Na pewno nie kłamałaś co do tego, że jesteś sama? – spytała podejrzliwie jej matka.
- Mamuś daj spokój. Zuzia nam pomogła – powiedziała szczerząc się. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Anna spojrzała ponuro najpierw na Sarę, potem na mnie. Ona była znacznie starsza, musiała mieć czterdziestkę na karku – Poharatałam się na drucie kolczastym. Uciekałyśmy przed sztywniakami i nieco się zaplątałam. Ot cała historia.
- Dobrze… Mogę iść? – zapytałam sama nie wiedząc co uważać na temat tej dwójki. Chociaż zaskoczyły mnie jak się przebierałam nie zabrały mojej broni i nie mierzyły już do mnie. Jednak wciąż obawiałam się, że coś mi zrobią.
- Móc możesz, pytanie czy chcesz – Sara spojrzała na mnie – Jak rzeczywiście jesteś sama to ci nie zazdroszczę. My przynajmniej mamy siebie i bezpieczniej i raźniej. Może przejdziesz się z nami co? – zapytała.
- Zależy gdzie idziecie – odpowiedziałam.
- Nigdzie – burknęła starsza kobieta.
                Denerwował mnie jej wrogi nastrój. Różniła się pod tym względem od córki dosyć znacznie. Nie byłam pewna czy nie ufała mi, chociaż mogła mnie zabić w każdym momencie, czy po prostu miała taki charakter.
- Ona zawsze taka jest – rozwiała moje wątpliwości Sara – Ale rzeczywiście nie mamy jakiegoś większego celu. Błąkamy się po okolicy od tygodni jedząc co znajdziemy, śpiąc w opuszczonych budynkach i unikając większych kłopotów – opowiedziała – No prawie- dodała patrząc na oczyszczoną ranę.
                Zastanowiłam się. Anna czekała wyraźnie na moją odpowiedź, a Sara uśmiechała się patrząc na mnie. Sama nie wiedziałam, czy chcę z nimi iść. Radziłam sobie, a one nie wydawały się najlepszymi towarzyszkami. Młodsza miała dziwne upodobania i wydawała się nieco szalona, a starsza wyglądała jakby zaraz miała kogoś zabić. Mimo tego pomoc mogła się przydać. Do Płocka wciąż dzielił mnie spory kawałek, a nie wiedziałam, czy jak dojadę na miejsce to ktokolwiek tam będzie.
- Jadę do Płocka – wypaliłam – Jak chcecie to chodźcie ze mną. Na pewno będzie raźniej. Wałęsanie się po tych drogach samemu, chowając się w krzakach przy każdym podejrzanym szmerze, jest męczące, przyznaje – dodałam.
- Właściwie to mamy samochód mała. To nieco przyspieszy twoją podróż – powiedziała – Naszą podróż – poprawiła się po chwili.
- Czyli chcecie? – zapytałam, żeby się upewnić.
- Jasne. Tylko teraz musimy dostać się do samochodu. Zostawiłyśmy go na obrzeżu miasta – powiedziała Sara.
- Chodźmy – fuknęła Anna i pomogła wstać córce.
                Zabrałam wszystko co miałam i wyszłam razem z nimi. Na ulicy było dosyć spokojnie, ale trupy już się zbierały w naszą stronę. Ruszyłyśmy tak szybko jak mogłyśmy mijając kolejne uliczki.
- Właściwie to co to był za bajer z tymi flakami co nosiłaś? – zapytała młodsza.
- To? Ach to mała sztuczka mając pomóc w przedzieraniu się przez trupy. Nie atakują jak śmierdzisz tak jak one – wytłumaczyłam.
- Powaga? Słyszałaś mamuś? To wydaje się być całkiem przydatne – powiedziała podekscytowana.
- Nie będę się smarowała smrodem jak mogę po prostu trzepnąć je z broni – odpowiedziała starsza.
Zatrzymałyśmy się po około piętnastu minutach marszu przy paru kontenerach ze śmieciami. Sara usiadła na murku, a jej matka rzuciła tylko krótki „poczekajcie tu” i zniknęła po drugiej stronie ulicy. Młodsza spojrzała na mnie badawczo.
- Długo jesteś sama, co? – zapytała.
- Hmm?
- Widać po tobie, że nie trzymałaś się z żadną grupą, ani nawet człowiekiem. Takie coś po prostu widać w oczach, rozumiesz?
- To prawda, podróżuje sama od paru tygodni – odpowiedziałam po chwili, nie widząc potrzeby utajania takiej informacji ­– Ale radziłam sobie całkiem nieźle.
- Nie wiem jak przeżyłaś w tym rejonie. Roi się tu od obozów, niektóre są po prostu pełne bandytów, ale to nie najgorsze co znajdziesz w okolicy – tu zrobiła dramatyczną pauzę – Ale są też obozy „tych dobrych”, które chcą coś odbudować.
                Zamyśliłam się. Wciąż zastanawiałam się, czy dobrze robię jadąc do Płocka i ufając swojemu instynktowi. Mogłam przecież już od dawna być w Inowrocławiu czy Toruniu, a jednak skręciłam na wschód. Musiałam zaufać sama sobie. Z przemyśleń wyrwał mnie dźwięk samochodu. Odruchowo przykucnęłam, ale to była tylko Anna. Podjechała sporym samochodem osobowym pod nas i ręką pokazała, żebyśmy wsiadły. Ja usiadłam na miejscu pasażera, a Sara wygodnie ułożyła się na tylnych siedzeniach.
- Płock? – zapytała się cicho, jakby chciała się upewnić.
- Tak – potwierdziłam.
                Samochód powoli ruszył, a ja wygodniej rozłożyłam się na siedzeniu. Obserwowałam ze spokojem zmieniający się za pojazdem krajobraz. Bardzo szybko udało się nam przejechać przez miasteczko, w którym byliśmy. Krótko po tym zobaczyliśmy przed nami kolejne zabudowania, które zwiastowały to, że dojeżdżaliśmy do kolejnego punktu podróży – Włocławka.
- Zatrzymujemy się tutaj? – zapytała zaciekawiona Sara.
- Lepiej nie – powiedziała jej matka – No chyba, że chcecie przejechać na drugą stronę Wisły, kolejna szansa będzie dopiero w Płocku.
- A która strona brzegu wygląda na bezpieczniejszą? – zapytałam.
- Raczej ta. Lasy aż do celu. Po drugiej stronie brzegu mamy mnóstwo pól i małych miasteczek. Pytanie jak stoimy z zapasami? – zapytała.
- Mamy jeszcze trochę żarcia i picia. Powinno starczyć na resztę dnia i jutro – powiedziała Sara grzebiąc w bagażniku.
- Dobra to nie zjeżdżamy, jasne – zdecydowała.
                Ruszyliśmy dalej i widząc zabudowania skręciliśmy na prawo od nich. Podróżowałyśmy raczej w milczeniu, Sara po jakimś czasie zasnęła, a Anna nie wyglądała na chętną do rozmowy. Wkrótce po tym oparłam się delikatnie o szybę i zamknęłam oczy. Co prawda nie spałam, ale wyciszyłam się i odpłynęłam. Do wieczora zatrzymaliśmy się tylko raz, żeby napełnić bak z paliwem jednym z kanistrów. Anna wysiadła i zajęła się tym sama, a ja w tym czasie zrobiłam małą przerwę na siku. Idąc w krzaki rozejrzałam się uważnie po drodze. Byliśmy w środku lasu i jedyną oznaką cywilizacji była właśnie droga, na której staliśmy.
                Załatwiłam swoją potrzebę i wolnym krokiem wróciłam do auta. Korzystając z chwili czasu sięgnęłam do plecaka i wyjęłam medykamenty żeby zmienić opatrunek na swojej nodze. Rana wciąż wyglądała dosyć paskudnie, ale mimo tego widać było, że się powoli goiła. Ból był coraz słabszy. Równo z tym jak skończyłam Anna wróciła do samochodu i ruszyłyśmy dalej. Las wyglądał dosyć magicznie. Wydawało mi się jakbyśmy wjeżdżali do jakiejś sekretnej krainy, która będzie zupełnie inna od świata, który znałam. Co dziwne, podczas jazdy, pomiędzy drzewami widziałam nawet dwa razy jelenie, które leniwie poruszały się w lesie, jakby nie wiedząc, że świat już upadł. Zombie było bardzo niewiele, ale to musiało być spowodowane tym, że nie widać było zbytnio zabudowań. Mijaliśmy nieduże chatki w środku lasu, albo bardzo małe wioski.
                Właśnie w jednej z takich wiosek zatrzymaliśmy się, gdy nadeszła noc. Anna zaparkowała przy jednej z chatek, a następnie poszła do bagażnika, wyciągając kartony oraz różne inne śmieci. Obudziłam delikatnie Sarę i razem opuściłyśmy pojazd. Zapytałam ją szeptem:
- Co twoja mama robi?
- Z tym wszystkim? Chowa auto, odziwo to całkiem nieźle działa, inni ocalali omijają takie wraki obłożone kartonami i siatkami, myśląc, że to nie pojedzie. A jednak.
Po zabezpieczeniu auta Anna wyciągnęła z bagażnika dwie puszki oraz butelkę wody i podeszła do nas. Wspólnie ruszyłyśmy w stronę domku przy którym byłyśmy. Wyglądał na typowy, wiejski domek, bez piętra z niedużymi pomieszczeniami gospodarczymi stojącymi niedaleko. Sam budynek był w całkiem niezłym stanie, chociaż dwa okna były wybite, a dach częściowo się osunął. Mimo tego podeszłyśmy do drzwi. Anna delikatnie otworzyła je i zerknęła do środka. Sięgnęłam po latarkę z plecaka i zaświeciłam jej.
                Na środku niedużej sieni rozpłaszczone było ciało człowieka. Krew pokryła dosłownie całą podłogę, a z samego człowieka zostały przegniłe zwłoki z roztrzaskaną głową. Zapach był nie do wytrzymania, ale starając się oddychać ustami weszłyśmy głębiej. Przeszłyśmy przez sień, zamykając za sobą drzwi i trafiłyśmy do korytarza rozbiegającego się w trzy różne wejścia. Stała tutaj też nieduża szafa, ale poza tym nie było nic. Skierowałyśmy się od razu do drzwi po lewej stronie i ostrożnie je otworzyłyśmy. Ja świeciłam, a Anna wymachiwała strzelba po kątach, ale pomieszczenie było czyste. Było to coś w stylu kuchnio-salonu. Stał tutaj piec, zlew, kuchenka, dwa łóżka po obu stronach ścian, oraz były dodatkowe drzwi prowadzące na prawo.
- Nada się – rzuciła krótko Anna stawiając kolacje na stole stojącym pomiędzy łóżkami – Trzeba sprawdzić resztę pomieszczeń. Idziesz ze mną młoda? – rzuciła w moją stronę.
                Kiwnęłam głową. Sara położyła się na jednym z łóżek, a my ostrożnie poszłyśmy do kolejnego pokoju. Była to jednoosobowa sypialnia. Na niedużej szafce stał stary telewizor, a tuż obok stół i dwie szafy pełne ubrań. W pokoju czuć było zapach stęchlizny. Podobnie jak w przypadku kuchni, w której została Sara, tutaj także były drzwi na prawo. Sprawdziłyśmy też kolejne pomieszczenie, które nie różniło się specjalnie od kolejnych i w ten sposób po chwili trafiłyśmy ponownie na korytarz, wychodząc tym razem z środkowych drzwi. Pozostały tylko te po prawej, na przeciwko kuchni. Kryła się za nimi łazienka oraz pomieszczenie, w którym gniły na suszarni ubrania. Wanna wyglądała całkiem dobrze, chociaż była pokryta warstwą kurzu. Zauważyłyśmy także właz w suficie prowadzący prawdopodobnie na strych, ale ominęłyśmy go.
                Wróciłyśmy do pomieszczenia, w którym zostawiłyśmy Sarę. Ta klęczała teraz przy piecu i rozpalała go akurat.
- To na pewno dobry pomysł? – zapytałam.
- Nawet nie wiesz jak będzie pizgać w nocy maleńka – powiedziała uśmiechając się.
                Kolacje zjadłyśmy we względnej ciszy. Fasola z kawałkami mięsa, popijana herbatą. Z piec buchało przyjemne ciepło. Za oknem było ciemno, kompletnie ciemno. Słychać było tylko wiatr zasuwający po ścianach. Po zjedzeniu Anna zabarykadowała obie pary drzwi – tą prowadzącą do korytarza oraz pokoju obok. Następnie Sara pomogła mi zrobić z koców posłanie blisko pieca. Obie położyły się na łóżkach, a ja nie chcąc wyganiać poobijanej i starej ułożyłam się wygodnie przy ciepłych kafelkach. Dziewczyny zasnęły szybko, ale ja wiedziałam, że nie zasnę jeżeli nie spojrzę ponownie do książki, którą znalazłam.
28 grudnia 2014 – dzień 44
Kolejny spokojny dzień. Ostatnie odkrycie wciąż nie dało mi większych rezultatów. Kolejne trupy złapane w sidła się zmarnowały. Nie tracę jednak nadziei. Wciąż staram się wpaść na nowy pomysł. Moim ludziom udało się przejąć kolejny kawałek terenu pod Toruniem. Omijaliśmy posterunek, ale zbadaliśmy teren.
                Przeleciałam wzrokiem kolejne dni, które wszystkie były w miarę spokojne. Minuty mijały, aż w końcu dotarłam do wpisu z stycznia.
10 stycznia 2015 – dzień 57
Udało się nam w końcu przechwycić jednego mężczyznę z Gangu. Motocykliści starali się narobić zamieszania w okolicy, ale nie udało im się. Gdy tylko moi ludzie przyprowadzili członka tej żałosnej organizacji na farmę moich rodziców, to wiedziałem, że dowiem się czegoś ciekawego. Nie myliłem się. Mężczyzna z początku udawał twardziela, ale szybko zaczął błagać o możliwość oddania ciekawszych informacji. Wyśpiewał mi wszystko gdy stracił piątego zęba. Okazało się, że cała grupa liczy około dziesięciu osób, poruszali się tylko motorami, tak jak myślałem. Co jednak kompletnie mnie zaskoczyło, to powiązania z Toruniem. Okazało się, że prawa ręka tamtejszego obozu – chłopak o ksywce Dziara – stał za tym wszystkim. Co ciekawe nawet dowódca obozu – Wojciech – nie wiedział o tym. Chociaż słyszałem o grupie Czerwonych Flar, która była oficjalnym oddziałem uderzeniowym z Torunia, to to było czymś nowym. Była to niezależna grupa, która żeby uniknąć powiązania z owym Dziarą atakowała nawet ludzi z Torunia. Z tego co zrozumiałem ich zadaniem było wprowadzenie zamieszania w okolicy po to, żeby ostatecznie doprowadzić do upadku Wojciecha i przejęciu władzy przez Dziarę. Nie miałem pojęcia jak chciał to osiągnąć mając tylko tę garstkę ludzi, ale kombinował nieźle.
                Zaskoczona tym co przeczytałam westchnęłam cicho. Toruń wcale nie wydawał się takim ciekawym miejscem po tych słowach, chociaż były spisane przez kogoś, kto badał trupy. Dziewczyna z drogi jednak mówiła, że to najlepszy obóz w okolicy. Czułam pewne zmieszanie. Zauważyłam jeszcze dopisek pod wpisem z tego dnia:
„D1: Dziara może być ciekawym sojusznikiem. Nie zabijać”
Chociaż oczy mi się same zamykały to mimo wszystko czytałam dalej. Lektura była niesamowicie wciągająca.
13 stycznia 2015 – dzień 60
Równe 60 dni od rozpoczęcia.  Od wczoraj byłem wciąż na wypadzie na wschód. Chcieliśmy dotrzeć na miejsce rozbitego helikoptera z Drugiego Posterunku przy Toruniu, ale niestety, ktoś nas uprzedził. Gdy usłyszeliśmy strzelaninę wycofaliśmy się. Krótko po tym spotkaliśmy grupę ocalałych. Nas było jednak znacznie więcej. Otoczyliśmy ich. Spytaliśmy, czy to oni byli przy helikopterze, ale ci zaprzeczyli. Dowiedzieliśmy się, że są z Warszawy. Przewodziła nimi nieduża kobieta z kręconymi włosami. Nie zapamiętałem jej imienia. Chociaż atmosfera była napięta nie szukałem zwady. Wiedziałem, że w Warszawie jest cała masa ludzi. Nie chciałem robić sobie z nich wroga, przynajmniej w dzisiejszym dniu. Wspomnieliśmy im o tym, że te terytorium jest nasze. Radość na ich twarzach, kiedy zaczęliśmy się oddalać była cudowna. Strach to najlepsza broń.
Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę i przetwarzałam informacje, które zebrałam. Było tego całkiem sporo. Dziennik miał dni zapisane aż do marca, czyli jego właściciel musiał go zgubić parę dni przed tym jak go znalazłam. Zadowolona z kolejnej porcji wiedzy przełożyłam się na bok i zasnęłam.
                Rano obudziła mnie Sara. Potrząsnęła mną, dłoń trzymając na mojej piersi i zrobiła niewinny wyraz twarzy, ale wiedziałam, że jej działania nie były przypadkowe. Zdecydowanie coś do mnie czuła, lub po prostu tak zachowywała się w obecności każdej kobiety. Zjadłyśmy śniadanie i spakowałyśmy się do dalszej drogi i już po dwudziestu minutach jechałyśmy dalej. Auto i podwórze było czyste, chociaż w dalszej części wioseczki zobaczyliśmy dwa idące powoli trupy. Schemat jazdy był bardzo podobny do ostatniego, z tą różnicą, że tym razem Anna podjęła rozmowę. Gdy jechaliśmy w środku lasu odezwała się nagle:
- Dalej jesteś pewna tego Płocka?
Byłam tak zaskoczona jej głosem, że aż podskoczyłam na siedzeniu.
- Tak – odpowiedziałam po chwili – a co?
- A nic. Po prostu dalej nie rozumiem dlaczego jedziesz w drugą stronę od obozów. Mówiłaś coś, że szukasz miejsca żeby się osiedlić, odpocząć, a jednak jedziesz do Płocka. Może zepsuje ci niespodziankę, ale poza trupami tam nic nie ma.
- Skąd wiesz? – zapytałam.
- Byłam tam całkiem niedawno. Miasto nie ma obozów, ludzi… nic. Tylko trupy. A w takim Toruniu, chociaż najlepszym miejscem to nie jest, to jednak mają dużą społeczność. Liczą się z innymi i są otwarci na nowych ludzi.
- Rozumiem. Mimo wszystko chcę tam pojechać.
- Kto tam cię zrozumie – mruknęła, po czym zamilkła znowu. Jej milczenie trwało aż do Płocka. Dotarliśmy tam gdy już się ściemniało. Sara obudziła się na tylnym siedzeniu i obserwowała krajobraz za oknem. Nawet z miejsca, w którym byłyśmy, widać było most przecinający rzekę. Byłyśmy teraz w mało zatłoczonej, południowej części miasta. Mijałyśmy niewielkie skupiska budynków różnego rodzaju, ale most malował się przed nami coraz bliżej.
- Mam przejechać na drugą stronę? – zapytała Anna.
- Tak – odpowiedziałam z pewnością w głosie, chociaż sama nie wiedziałam czego szukam. Ślady ciężarówki zgubiłam już dawno temu, więc sama nie wiedziałam na co zwracać uwagę. Anna co chwilę zerkała na mnie jakby chciała przejrzeć mnie na wylot. Sara obserwowała spokojnie to co się działo za oknem. Mijaliśmy trupy i było ich całkiem sporo. Chociaż ulice były dosyć przejezdne to te szwendały się przy drodze, idąc w naszą stronę zwabione hałasem auta.
                Po chwili byłyśmy na moście. Było ciemno, a ja rozglądałam się zaciekawiona po okolicy. Zobaczyłam nagle przed nami ciężarówkę stojąca po drugiej stronie mostu.
- Zatrzymaj się – poprosiłam Anny. Ta niechętnie zwolniła i zatrzymała wóz niedaleko pojazdu, który wpadł mi w oko. Wysiadłyśmy.
- O to chodziło? – zapytała zniecierpliwionym głosem starsza kobieta.
- Mamuś daj spokój – zbeształa ją córka.
- Cholera nie wiem czy mam chować auto, ta dziewka nic nie mówi – zdenerwowała się.
Zaczęłam się denerwować. Zignorowałam jednak pytania Anny i ruszyłam powoli do ciężarówki. Nie musiałam świecić latarką czy nawet specjalnie się przyglądać. Od razu było widać, że to nie ta, za którą podążałam.

                Nagle po stronie mostu, na którą zmierzałyśmy, coś zaświeciło. Czerwony, lśniący pocisk zabłysnął na niebie nad czymś, co z oddali wyglądało na zamek albo kościół. Anna zaklęła pod nosem, a mnie przeszła fala strachu. Wtem do mojej głowy wróciły słowa, które czytała wczoraj „Chociaż słyszałem o grupie Czerwonych Flar, która była oficjalnym oddziałem uderzeniowym z Torunia” i uśmiechnęłam się. Szybko skojarzyłam fakty. Już wiedziałam gdzie muszę iść.

sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział 9: Ciężar życia

Rozdział 9, kolejny z perspektywy Olafa. W tym rozdziale dowiecie się jak wyglądała podróż Olafa i Feline do Płońska oraz co ich spotkało po drodze. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba i zostawicie komentarz oraz roześlecie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 9 - Olaf - Dzień 5-6
Bobru - w tym czasie Bobru wraca z Drugiego Posterunku i jest świadkiem buntu.
Irek - w tym czasie Irek poznaje wraz z grupą Łapy Bena i obóz w Inowrocławie.

------------------------------------------

Rozdział 9 (Olaf): Ciężar  życia


                Wpatrywałem się jeszcze w list, przypinkę oraz ucho przez chwilę, po czym z obrzydzeniem schowałem je z powrotem do środka. Jak chorym trzeba być, żeby wymyślać takie rzeczy. Musiałem o tym jak najszybciej opowiedzieć Feline. To wyglądało jak zaproszenie, a właściwie coś na rodzaj glejtu, umożliwiającego dotarcie do jakiejś nowej grupy ocalałych, którzy mają bardzo dziwne upodobania. Całą sytuację należało przeanalizować jak najszybciej, ale najpierw musiałem skorzystać z toalety. Emocje zrobiły swoje.
                Po skorzystaniu z toalety i umyciu rąk w, nadzwyczaj czystej, toalecie Dziary wróciłem do salonu, gdzie Feline tłumaczyła Dziarze warunki spotkania w Inowrocławiu.
- I mam przekazać tę wiadomość Kapitanowi? – zapytał Dziara, bawiąc się kulką zwiniętego papieru.
- Tak. Uważam, że to dobra szansa, żeby całkowicie skontrolować okolicę i wyczyścić ją z wszystkich niebezpieczeństw, wliczając w to Złomiarzy – powiedziała.
Zastanawiałem się przez chwilę, czy warto wspomnieć o Zszytych już teraz, ale ostatecznie postanowiłem, że po prostu powiem to Feline, a ona jak będzie chciała to przekaże to reszcie w Inowrocławiu. To zawsze była jakaś przewaga. Chociaż patrząc na to ile wiedział szef grupy z Inowrocławia, podejrzewałem, że nie będzie łatwo go zaskoczyć. Przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem w obozie, który nas tak serdecznie zaprasza nie mieszkają ci dziwni, apokaliptyczni krawcy, ale ostatecznie wydało mi się to bezsensowne.
                Chociaż byłem w pokoju podczas rozmowy Dziary z Feline to kompletnie się wyłączyłem i zagłębiłem w myślach, z których wyrwała mnie moja dowódczyni szturchając w ramię.
- Wychodzimy Olaf – powiedziała krótko i ruszyła w stronę wyjście. Wstałem i skinąłem głową w stronę Dziary, po czym ruszyłem w stronę wyjścia.
- Na pewno nie chcecie tu przenocować? Albo chociaż wziąć paru ludzi, żeby was odeskortowali? Złomiarze i niedobitki Gangu naprawdę często ostatnio polują w tych okolicach. To może być niebezpieczne – zaproponował jak wychodziliśmy.
- Dzięki, ale nie – odpowiedziała krótko niebieskooka.
- Jak chcecie – rzucił Dziara na pożegnanie.
                Wyszliśmy na zewnątrz. Uliczka była całkowicie opustoszała, chociaż w oddali widzieliśmy przechodzący prostopadłą ulicą patrol straży. Nie zwrócili oni jednak na nas żadnej uwagi. Ruszyliśmy powoli do bramy, przy której zostawiliśmy pojazd. Feline odezwała się pierwsza.
- O czym tak myślałeś, co? – zapytała.
- Będę musiał ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym. Ale najlepiej jak już stąd wyjedziemy, nie wiem czy ludzie z Ostoi powinni o tym wiedzieć – stwierdziłem.
- Skoro tak uważasz. Wiesz wydawało mi się jakby Dziara już wszystko wiedział. Te jego zaskoczenie było mało przekonujące. Myślisz, że specjalnie nas wyciągnęli z obozu?
Jej podejrzenia nieco mnie zdziwiły.
- W sensie, że ludzie z Inowrocławia? Mam nadzieję, że nie, bo możliwe, że to jest jakaś większa intryga, jeżeli to prawda-  powiedziałem, nieco motając się w tym co miałem dokładnie na myśli.
- Sama nie wiem, co o tym sądzić, ale chcę jak najszybciej wrócić do obozu. Nie podoba mi się to wszystko – rzekła.
                Dotarliśmy do naszego auta i zapakowaliśmy się do niego. Ja byłem oczywiście kierowcą i gdy tylko strażnicy otworzyli nam bramę wyjechaliśmy z Ostoi. Ludzie, którzy akurat przechodzili obok nas, zanim doszliśmy do auta, obrzucili nas dziwnymi spojrzeniami, widocznie zauważając, że nie jesteśmy stąd. Całe to miejsce było dziwne, bo pomimo solidności wydawało się być nieco niebezpieczne. Mogło  to być oczywiście tylko moje odczucie, ale wszystko w Ostoi było zupełnie inne niż u nas w obozie.
                Ruszyliśmy dosyć spokojnie, nie chciałem w tej ciemności wjechać rozpędzony w wrak wozu porzucony na drodze, bądź też zombie, a dodatkowo też nie chciałem świecić mocniejszymi światłami, dlatego po prostu utrzymywaliśmy średnią prędkość jazdy i trzymaliśmy się drogi. Cieszyłem się, że nie ma już śniegu, który blokował przejazdy i sprawiał, że normalna droga, którą przejeżdżało się w godzinę, potrafiła zająć parę dni.
                Żałowałem, że nie znalazłem jeszcze żadnej porządniejszej muzyki, której mógłbym słuchać jadąc samochodem. Chyba każdy tęsknił za swoimi ulubionymi kawałkami, nawet tacy ludzie jak ja.
- A więc, jesteśmy za Ostoją. Co chciałeś mi powiedzieć? – zapytała zaciekawiona.
- Jak myślisz, kto jest największym zagrożeniem w okolicy? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- To ma być podchwytliwe pytanie? Jeżeli uznalibyśmy Ostoję za wroga to na pewno oni, ale z racji iż nie są do nas aktualnie wrogo nastawieni to powiedziałabym, że Złomiarze – powiedziała.
Podałem jej szybko paczuszkę, którą znalazłem przy Zszytym. Słyszałem jak rozpakowuje ją i głośno wciąga powietrze. Następnie usłyszałem szelest kartki i brzdęk plakietki.
- Zszyci? – zapytała.
- Ten, którego spotkaliśmy na drodze do nich należał. Prawdopodobnie jakaś nowa grupa i podejrzewam, że nie mała jeżeli mają takie plakietki i listy dla nowych członków. Wydaje mi się nawet, że mogli być tuż pod naszymi nosami od dawna. Kto wie ile zabitych strzałem w głowę trupów tak naprawdę było ludźmi z przyszytymi kawałkami zgniłej skóry – wytłumaczyłem.
- Wiesz co? To jest naprawdę chore – widać było, że zdziwiło to nawet ją.
- Powiesz to innym na tym całym zebraniu?- zapytałem.
- O ile ten cały Ben nie będzie już o tym wiedział, to ze zwykłej uprzejmości warto byłoby go poinformować. Co prawda taka wiedza to cenna rzecz, ale nie jesteśmy złymi ludźmi więc wydobędziemy ile się z tego da, a przy okazji pomożemy innym – stwierdziła.
                Uśmiechnąłem się pod nosem. Taki tok myślenia mi pasował. Feline po wygłoszeniu paru innych tekstów na temat nowego zagrożenia oparła się o fotel i zasnęła. Ja też byłem w dosyć kiepskiej dyspozycji, ale nie zasypiałem jeszcze na siedząco, więc po prostu skupiałem się na jeździe. Jechałem na tyle wolno, że pozwoliłem sobie na rozglądanie się po okolicznych polach i lasach, bo zawsze warto było obserwować. Tego nauczyłem się już dawno temu i wciąż mi się to przydawało. Najważniejsze to nie dać się zaskoczyć.
                Nagle zobaczyłem światła przed nami i o mało nie zjechałem na bok, prosto w barierkę. Przed nami stało auto i to takie całkiem sporych rozmiarów, bo na oko mieszące około ośmiu osób bez problemu. Widziałem, że stało przy nim parę osób i walczyli z zombie. Widać to było w świetle wytwarzanym przez samochód. Ale oni wiedzieli już, że jedziemy, a droga była prosta, dosyć ciasna i otoczona barierkami, które wyglądały na dosyć solidne. Nie wiedziałem czy hamować czy nie. Feline otworzyła oczy i krzyknęła zaskoczona sytuacją.
- Hamuj! – krzyknęła.
                Chociaż mogłem myśleć inaczej, to posłuszeństwo Feline wzięło górę. Zatrzymałem wóz tuż przed pierwszą postacią. Natychmiast jednak tego pożałowałem bo rozpoznałem tę osobę. Był to Kamil. Jeden ze Złomiarzy. Mieliśmy z nim parę epizodów w niedalekiej przeszłości i zalazł nam za skórę, równie mocno jak my zaleźliśmy jemu. Chociaż nie byłem pewien czy nas poznał, to zareagowałem natychmiast. Wrzuciłem tylny bieg i zacząłem cofać, ale z pośpiechu po chwili wjechałem w barierkę i poczułem jak auto podskakuje, a po chwili jedna z opon była przebita i całkowicie uwięziona pod barierką.
- Uciekaj Feline! – krzyknąłem i otworzyłem drzwi, żeby razem z nią wybiec. Za barierką, po naszej lewej, rozciągał się spory las, gdzie mogliśmy ich zgubić. Dalej słychać było odgłosy walki, ale nawet nie sprawdzałem ile zombie tam jeszcze jest, bo wiedziałem, że lada chwila Złomiarze zaczną gonić nas. Pociągnąłem Feline za rękę i pomogłem jej przejść przez barierkę. Po chwili sam przeskoczyłem i poczułem ostry ból w dolnej części brzucha. Tylko nie teraz, pomyślałem.
                Zaczęliśmy biec jak najszybciej potrafiliśmy. Było ciemno, teren był nierówny i potykaliśmy się co chwilę o wystające korzenie oraz nieduże krzaki, ale nie zatrzymywaliśmy się. Las wyglądał wyjątkowo koszmarnie, a fakt, że gonili nas Złomiarze nie poprawiał nastroju ani trochę. Bieg sprawiał mi nie mały ból i teraz przeklinałem sam siebie, że tak niechętnie chodziłem na badania do Grześka. Słyszałem ciężki oddech Feline, ale ta wciąż biegła kawałek przede mną. Obiecałem, że ją obronię i tym razem miałem nadzieję nie nawalić znowu. Najgorsze jednak było to, że nie wiedzieliśmy, gdzie biegniemy, a kawałek za nami wciąż było słychać biegnących ludzi. Nie mogliśmy się zatrzymać, a byłem już tak zmęczony, że każdy kolejny oddech łapałem z dużym trudem.
                Marzyłem tylko o tym, żeby się zatrzymać. Nagle Feline potknęła się i upadła ciężko na trawę. Zatrzymałem się przy niej i chciałem pomóc jej wstać. Ręce i nogi drżały mi ze strachu i zmęczenia. Kroki naszych prześladowców były z każdą chwilą coraz bliżej, a co gorsze usłyszałem też jęk, który oznaczał, że skądś idzie do nas zombie. Rozejrzałem się i zobaczyłem trupa, który powolnym krokiem zmierzał w naszą stronę. Wyciągnąłem pistolet i bez wahania strzeliłem. Złomiarze i tak wiedzieli, gdzie jesteśmy, a zombie mógł być równie niebezpieczny jak oni.
                Feline w końcu wstała. Postanowiłem już co mam zrobić i chciałem się tego trzymać.
- Biegnij, zatrzymam ich – powiedziałem, dysząc ciężko.
- Zwar… zwariowałeś? Uciekajmy – odpowiedziała.
- Po prostu idź, widzieli, że to ty. Mi pewnie nic nie zrobią, najwyżej coś połamią, ale ciebie będą chcieli zabić – stwierdziłem – No uciekaj do cholery!
Feline spojrzała na mnie ze smutkiem, po czym pobiegła dalej. Ja czekałem. Oparłem się o drzewo nie chowając rewolweru i obserwowałem. Kroki były coraz bliżej, zaskakiwała mnie kondycja ludzi, którzy nas gonili. Musieli często to robić, skoro tak dobrze się trzymali, kiedy pojawili się przede mną. Światło latarki jednego z nich oślepiło mnie, ale widziałem zarysy sześciu postaci.
- Gdzie ona pobiegła Olafie? – zapytał Kamil.
- Spieprzaj – odpowiedziałem.
- Dobrze wiesz, że przedłużasz nieuniknione i jeżeli do nas strzelisz to sprawisz tylko, że ona będzie bardziej cierpieć – powiedział i trafił w sedno. Chociaż zacząłem już do nich mierzyć to teraz upuściłem pistolet.
- Nic wam nie powiem. Ona jest już daleko stąd – skłamałem.
- A to ciekawe, bo biegła razem z tobą – powiedział.
- I pobiegła dalej. Ja jestem już stary i nie potrafię biec tak szybko – odpowiedziałem.
- Oj Olafie, potrafisz biec szybciej, niż ci się wydaje – powiedział zagadkowo i podszedł do mnie.
                Ukucnął tuż przede mną i spojrzał mi w oczy.
- Mieliście szansę nam pomóc. Mogliśmy zawładnąć całym okolicznym terenem. Ale wy wybraliście niezależność i dalej współpracujecie z Toruniem. Dlaczego? – zapytał.
- Ja tylko pomagam Feline – wyszeptałem.
- Tym razem jej nie pomożesz – odpowiedział zimno mężczyzna i zobaczyłem na jego brodatej twarzy coś na kształt uśmiechu. Był młodszy ode mnie, dobrze zbudowany i niezwykle twardy. Nienawidziłem go, ale też podziwiałem, bo był naprawdę mocnym człowiekiem. Zamachnął się na mnie i po chwili poczułem tępy ból. Następnie zrobiło się jeszcze ciemniej i odpłynąłem. Zemdlałem.
                Obudziło mnie zimno. Cały drżałem, a głowa bolała mnie niemiłosiernie. Dalej leżałem pod drzewem, chociaż teraz było już znacznie jaśniej. Słońce pojawiło się na horyzoncie i wstałem chwiejnie. W promieniach słońca to miejsce wyglądało znacznie inaczej i nie wiedziałem, którędy wrócić w stronę drogi, ale wydawało mi się, że idę dobrze. Zastanawiałem się, co właściwie teraz mam zrobić. Liczyłem na to, że Feline udało się uciec i schować, albo wrócić na własną rękę do obozu, ale mocno w to wątpiłem. Złomiarze musieli ją złapać i zabrać do swojego obozu. Nie miałem pojęcia co teraz zrobię, ale musiałem wrócić do Płońska.
                Ruszyłem powoli, tak obolały i zmarznięty nie byłem od dawna. W mojej głowie myśli kotłowały się, jakby ktoś prosił je o wyjście na zewnątrz. Całe szczęście nie zabrano mi broni, chociaż w aktualnym stanie nie byłem pewien jak sobie poradzę z jakimkolwiek przeciwnikiem. Po parunastu minutach błądzenia po lesie dotarłem do drogi, prawie w tym samym miejscu, z którego zaczęliśmy naszą ucieczkę. Starałem sobie przypomnieć wygląd trasy Ostoja-Płońsk, ale nie miałem pojęcia, gdzie teraz mogłem być. Znałem tylko kierunek drogi. Wiedziałem, że jeżeli nie uda mi się znaleźć żadnego pojazdu to wracać będę parę dni, dlatego gdy ruszyłem wzdłuż drogi rozglądałem się.
                Wraz z upływem czasu robiło się nieco cieplej, pogoda się stabilizowała i gdy słońce świeciło już wysoko nade mną, a ja przebyłem parę kilometrów na piechotę to czułem się lepiej, chociaż ból głowy i wyrzuty sumienia były nawet gorsze od zimna. Feline. Obiecałem ją bronić, a teraz wracam do obozu bez niej. Co gorsza jeżeli rzeczywiście jest w rękach Złomiarzy to nasz mały obóz w Płońsku nie miał najmniejszych szans, żeby ją stamtąd odbić, co oznaczało, że jeżeli nie poproszę o pomoc Dziary i jego ludzi to prawdopodobnie nic z tym nie zrobię. Musiałem jednak się zmobilizować  i zorganizować wyprawę, bo obiecałem Feline, że ją zaprowadzę i odprowadzę bezpiecznie do obozu, a jednak mi to nie wyszło. Teraz to już była sprawa honoru.
                Po kolejnej godzinie marszu i minięcia dosyć charakterystycznej wioski po drodze do Płońska zobaczyłem całkiem sporą grupę zombie. Szybko upadłem na ziemię i obserwowałem. Trupy, naliczyłem ich piętnastu, maszerowały w moją stronę. Oczywiście ja już leżałem w krzakach i miałem nadzieję, że mnie ominą, ale awaryjnie mogłem uciec w las, który miałem za plecami. Byłem straszliwie głodny i spragniony, dlatego liczyłem na to, że jak zombie znikną z pola widzenia będę mógł przeszukać tę wioskę i liczyć, chociaż na paczkę sucharów oraz szklankę wody.
                Oczekiwanie było jak zwykle straszne. Widok trupów zawsze dawał te uczucie niepokoju i nie wiadomo było czego właściwie się spodziewać. Całe szczęście ta grupka przede mną musiała złapać już jakiś trop, bo na mnie nawet nie spojrzeli. Czekałem jednak cierpliwie, aż trupy znikną z pola widzenia całkowicie i szybko ruszyłem w stronę domków. Lokacja wioski praktycznie eliminowała szanse znalezienia czegoś do jedzenia, bo ludzie z Torunia, a szczególnie z okolicznego Czwartego Posterunku pilnowali i czyścili okolicę, ale liczyłem na jakieś przeoczenia, które mnie w tym wypadku mogły uratować.
                Przeszukiwanie opuszczonych budynków zajęło mi trochę czasu, a przy okazji musiałem zabić przy pomocy noża parę zombie, ale ku mojemu zdziwieniu znalazłem coś, czego nie spodziewałem się znaleźć, a co z pewnością uratowało mi życie. Przy jednym z garaży stało auto. W pełni sprawny, nieduży samochód, w którym było trochę zapasów, leków i nawet broń. Przez chwilę myślałem, że to po prostu zwid, albo jakaś pułapka, ale gdy po paru minutach obserwacji tego miejsca nie znalazłem niczego to podbiegłem, odpaliłem silnik i dając gaz do dechy odjechałem. Gdy tylko oddaliłem się na bezpieczną odległość od wioski zatrzymałem się na poboczu i przeszukałem pojazd.
                W schowku znalazłem pistolet oraz paczkę amunicji, którą zostawiłem na miejscu. Na tylnym siedzeniu był plecak, który z zaciekawieniem otworzyłem. W środku znalazłem trochę leków, nożyk, butelkę wody oraz kartkę. Tę ostatnią podniosłem i przeczytałem z zaciekawieniem. Była to lista, na której zaznaczone były różne lokacje, w tym obóz w Płońsku, oraz Toruńska Ostoja Ocalałych. Nie miałem pojęcia po co ktoś miałby to zaznaczać, ale i tak wydało mi się to dosyć dziwne. Nie zastanawiałem się jednak teraz nad tym bo zająłem się jedzeniem i piciem. Czułem się jak dzikus, gdy wypiłem w chwilę całą butelkę wody i palcami wygrzebałem zimne mięso z konserwy, ale od razu poczułem się lepiej.
                Po uczcie odpaliłem auto i ruszyłem przed siebie. Miałem nadzieję do wieczora dojechać do Płońska i stamtąd myśleć co dalej zrobić, żeby uratować Feline. Jak znajdowałem się już w samochodzie to czułem jakbym dokładnie wiedział jak dojechać. Zastanawiałem się jaką wielką różnicę robiło poruszanie się na piechotę, a podróż autem. Zaskoczyło mnie to.  Droga do Płońska zajęła mi parę godzin, ale gdy znalazłem się przed bramami i zobaczyłem znajome twarze strażników to uśmiechnąłem się pod nosem.  Pomachałem im, a ci otworzyli bramę i wjechałem do środka. Zostawiłem auto i nie witając się nawet ruszyłem do środka znaleźć Krzycha.
                Mijając znajome mi labirynty korytarzy dotarłem do biura Feline, gdzie miałem nadzieję znaleźć Krzycha. Przed wejściem siedziało parę osób, które najwyraźniej miał jakąś sprawę do Krzyśka. Nawet nie zaszczyciłem ich spojrzeniem i kompletnie zignorowałem ich oburzenie, gdy wepchnąłem się bez kolejki, bo były teraz ważniejsze sprawy do załatwienia, niż użeranie się z mieszkańcami obozu. Wszedłem bez pukania zamykając za sobą drzwi i zobaczyłem tymczasowego zastępcę Feline, które przeglądał raport. Gdy mnie zauważył podniósł wzrok i wstał.
- Olaf! Wróciliście już – powiedział uradowany – Nawet nie wiesz jak ciężko ogarnąć ten syf, gdy… - zaczął, ale przerwałem mu, robiąc poważną minę. Byłem człowiekiem, który zdecydowanie mógł wyglądać groźnie.
- Feline została porwana – powiedziałem głośniej niż planowałem. W jednej chwili uśmiech z twarzy Krzycha zniknął, a na korytarzu usłyszałem podniesione głosy. Zastępca usiadł, ciągle patrząc na mnie i nie mogąc uwierzyć.
- Jak to? – zapytał tylko.
- Wracaliśmy… ehh długo by opowiadać. Po prostu porwali ją Złomiarze i trzeba jak najszybciej ją odbić – powiedziałem.
                Nagle drzwi za nami się otworzyły, a do środka wpadło pięciu czekających na audiencje ludzi. Jednego z nich rozpoznałem i westchnąłem cicho. Był to Kuba. Mężczyzna w moim wieku, mój tutejszy rywal i prawdziwy pasożyt. Chociaż szanowałem go za to jak dobrze chronił obóz, bo był jednym z strażników, to doprowadzało mnie do szału jego zachowanie. Tym razem było dokładnie tak samo.
- Gdzie jest Feline? – zapytał.
- Nie udawaj, że nie podsłuchiwałeś pod drzwiami, do kurwy nędzy – wycedziłem.
- Coś nie wierzę w twoją historyjkę – powiedział.
- Czemu nic nie wiedzieliśmy o jej wyjeździe? – zawtórował mu ktoś obok.
 - Bo to była tajna misja? – zapytałem, bo nie mogłem zrozumieć jak można zadawać takie pytania.
- Tajna misja, w której zabijasz Feline i przejmujesz władzę? – zapytał Kuba i coś we mnie pękło. Moja cierpliwość drastycznie się kończyła. Wystarczyło jeszcze tylko słowo – Wiem, że od dawna chcesz rządzić tym miejscem – dodał po chwili.
                Nie wytrzymałem. Skoczyłem jak szalony prosto na niego ignorując ból brzucha i głowy. Jego „wierny tłum” w ułamku sekundy pochował się po kątach, a ja ciężarem własnego ciała sprowadziłem go na poziom podłogi. Uderzyłem go pięścią w twarz. Nie zdążył nawet się zasłonić, bo dalej był zszokowany moją szybką reakcją. Cała złość, zmęczenie i bezsilność była stopniowo wyładowywana na Kubie, aż w końcu poczułem jak ktoś mnie odciąga. Nie wiedziałem, kto to był, ale podejrzewałem, że to Krzychu. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się w swoim pokoju. Krzychu mówił coś do mnie, ale nie byłem pewien czy rozumiałem jego słowa. W końcu usłyszałem tylko trzask drzwi i zostałem sam. Odetchnąłem głęboko i zamknąłem oczy. Już dawno nie czułem się tak źle. Gdy myśli w końcu mi na to pozwoliły, poszedłem spać.

sobota, 27 grudnia 2014

Rozdział 9: Pasożyt

Rozdział 9, trzeci z perspektywy Magdy. Tym razem Dziara miał trochę bardziej poważną prośbę, co zobaczycie w tym rozdziale. Według mnie jest to naprawdę spoko rozdział, ale ocenę pozostawiam wam. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------

Rozdział 9 (Magda): Pasożyt


                Następnego ranka wstałam wyjątkowo wcześniej. Od kiedy zdobyłam zaufanie Dziary w końcu zapoznał mnie z dalszymi planami i pozwolił w nich jakkolwiek uczestniczyć. Ubrałam się cieplej, bo nie wiedziałam co tym razem dla mnie przygotuje. Przedtem umyłam się na szybko i schowałam pod bluzą mój pistolet, tak na wszelki wypadek.
                Gdy wyszłam na zewnątrz zauważyłam to co zwykle – ludzi chodzących w tą i w tamtą i podążających do swoich prac. Każdy miał jakieś zajęcie. Aż zazdrościłam tym, którzy mogą spędzać cały dzień na czymś mało ważnym, takim jak, na przykład segregacja odpadów, lub szycie. Ci ludzie wstawali, szli do pracy, a następnie spędzali wolne chwilę w barze lub z bliskimi. Ich życie za murami nie było ciężkie. Nie to co moje. Wiatr miał dzisiaj dosyć mocno. Minęły trzy dni od odjazdu Czerwonych Flar i Zbłąkanego Ocalałego i póki co sytuacja była dosyć ogarnięta. Miałam nadzieję, że do powrotu Bobra nie zmieni się za dużo.
                Po drodze na północną część obozu minęłam spory oddział Toruńskiej Straży. Na jego czele szedł Ryszard, bardzo przyjemny i pogodny człowiek. W oddziale składającym się z dwunastu osób szedł również nie kto inny, jak Karzeł. Przez chwilę wystraszyłam się, że mogli dowiedzieć się o planach Dziary i teraz łapali każdego, kto był w to zamieszany, ale całe szczęście minęli mnie. Jedynie Karzeł skinął głową na przywitanie. Odetchnęłam z ulgą i poszłam dalej . Na jednym ze straganów po drodze byłam świadkiem cudownego pokazu. Sprawił on, że aż zatrzymała się żeby obserwować mężczyznę, który ogromnym tasakiem kroił mięso. Zawsze interesowała mnie praca rzeźnika. Sama nie dałabym rady jej wykonywać, ale ta cała sztuka polegająca na wycinaniu jadalnych części i odcinaniu niejadalnych była ciekawa. Szczególnie, kiedy ktoś robił to w tak spektakularny sposób jak rzeźnik pracując przede mną na ulicy.
                Grubszy mężczyzna, ubrany w zakrwawiony fartuch ciął mięso szybkimi i pewnymi uderzeniami oddzielając niejadalne części i spychając je równie szybko do dużego kubła, który stał obok niego. Paru innych przechodniów biło mu od czasu do czasu brawo. Sama gospodarka Toruńskiej Ostoi była ciekawie zbudowana. Pieniądz oczywiście nie miał wartości, ale za to wszystko opierało się na wymianach. Jeżeli ktoś był utalentowanym elektrykiem, to dostawał jedzenie, ubrania i różne inne rzeczy za pracę. Jeżeli ktoś z kolei nie był specjalnie uzdolniony to zajmował się mniej ciekawymi rzeczami, takimi jak sprzątanie czy prace ciężkie. Wkładając pracę w różne miejsca Toruń utrzymywał pewien standard życia, a przy okazji zapewniał sobie duże ilości zapasów wszelkiego rodzaju. Medykamentów było sporo, a w szpitalu pracowało sporo wykwalifikowanych ludzi, a amunicji było pod dostatkiem. Dodatkowa amunicja została ostatnio przywieziona przez Kamila i grupę Natalii.
                Pokaz trwał dalej, ale ja musiałam iść w stronę Kwatery Głównej. Dziara na pewno już na mnie czekał, bo kazał mi zjawić się z samego rana, a dochodziło już powoli południe. Gdy weszła do środka zdziwiłam się, bo za stołem nie było mojego pracodawcy. Po chwili usłyszałam kroki na schodach i zobaczyłam Mateusza. Wynosił swoje rzeczy z Kwatery Głównej. A więc jednak nie zachował posady, pomyślałam.
- O… hej – powiedział wyjątkowo smutno. Przez chwilę wydawało mi się, że płaczę, ale to gra cieni sprawiła takie wrażenie – Jednak straciłem robotę.
- Przykro mi… - zdołałam z siebie wydobyć tylko tyle – Naprawdę mi przykro.
Mogło to się wydawać śmieszne, ale jednak stracenie takiej pozycji to była kiepska sprawa. Status Czerwonej Flary zapewniał swego rodzaju bezprawie – można było chodzić gdzie się chce, kiedy się chce, jeść lepsze jedzenie, posiadać lepszy pokój z wieloma udogodnieniami i wiele innych. Stracenie tego, po pewnym czasie posiadania takich luksusów musiało być ciężkie.
- To przecież nie twoja wina. To przez tego faceta i jego syna, oni mnie załatwili, ale już nie żyją, a ja wciąż żyje. To się trochę wyrównało… - powiedział Mpd.
- Co teraz będziesz robił? – zapytałam siadając na krześle, na którym zwykle przyjmował mnie Dziara.
- Poszukam jakiejś innej fuchy. W końcu jest tyle do zrobienia w Ostoi – zaczął – Mógłbym zostać na przykład kartografem. Znam się na mapach i nawigowaniu. Zawsze mogę też pomyśleć o byciu kucharzem, albo lekarzem… cokolwiek co nie wymaga dwóch rąk. Będę już szedł, Dziara kazał przekazać, że czeka na ciebie w gabinecie w piwnicy – wskazał schody po przeciwległej stronie pokoju – Tamtędy i na lewo.
- Dzięki i powodzenia – powiedziałam, ruszając niemrawo.
Mpd minął mnie w milczeniu i gdy tylko usłyszałam trzask drzwi poszłam dalej. Czemu Dziara chciał się ze mną spotkać w podziemiach? Pierwsza moja myśl była taka, że chciał mnie zabić, ale po chwili doszłam do wniosku, że popadam ze skrajności w skrajność.
                Zeszłam po skrzypiących schodach trafiając do nieco ciemnego korytarza. Jedynym źródłem światła były nikłe promienie słoneczne wpadające przez brudną szybę. Mimo tego zauważyłam od razu uchylone drzwi, jedyne na tym korytarzu. Nie pewnie podeszłam do nich, gdy one otworzyły się gwałtownie. Wystraszyłam się dosyć poważnie i mało co nie straciłam równowagi. Pomógł mi jednak Dziara, który złapał mnie za rękę i wciągnął do środka zamykając drzwi.
- Hej, wybacz ale to podziemie jest ściśle tajne, a po kwaterze pałęta się Mpd. Nie chciałbym, żeby to zobaczył – wytłumaczył pospiesznie dowódca. Był ubrany nieco inaczej niż zazwyczaj. Miał na sobie zwykłe dżinsy i bluzę z kapturem. Jedyna oznaka tego, że był z Torunia to opaska na ręce, na której były litery „T.O.O”. Widać było, że jest niesamowicie czymś poruszony i czekał na mnie już od jakiegoś czasu.
- Czego chciałeś? – zapytałam.
- Zdałaś mój test. Zasługujesz na to, żebym ci zaufał. A pamiętaj, że cała gra jest o życie twojego brata – powiedział uśmiechając się lekko. Milczałam. Jedyne słowa, które przychodziły mi na myśl mogły tylko mnie pogrążyć.
- Dzisiaj zaczniemy działania, gdy miasto będzie się przygotowywało do święta ocalałego – zapowiedział Dziara.
- Dzisiaj? Wczoraj Wojciech mówił, że święto zacznie się za parę dni – spytałam zdziwiona.
- Widziałaś patrol, który krąży po mieście? – zapytał Dziara – Karzeł już się przygotowuje. Dzisiaj wygłosi przemówienie, a wtedy ty wejdziesz do akcji – powiedział idąc w głąb pomieszczenia. To pomieszczenie okazało się dosyć sporą i długą piwniczką, która ciągnęła się daleko w ciemność. Słychać było tutaj różne dziwne odgłosy, ale nie dało się nic zobaczyć bez światła, które trzymał Dziara – chodź pokaże ci coś.
                Poszłam za nim w głąb piwnicy. Światło lampy trzymanej przez dowódcę rzucało ponure cienie na znajdujące się tu kraty. Już po chwili wpadłam na to, że tutaj Dziara trzyma swoich więźniów. Osobistych więźniów. Szybko zdałam sobie sprawę, że dwa boksy są zajęte. W pierwszym zobaczyłam swojego brata, a w drugim dziewczynę. Mój brat, Marek, był związany i wyglądał upiornie w tej scenerii. Prawie równie marnie jak wtedy, kiedy go zobaczyłam ostatnio. Jednak na chwilę obecną zaciekawiła mnie osoba skulona w celi obok. Była ładna, chociaż widać, że wyczerpana. Miała długie, ciemne włosy i musiała być parę lat młodsza ode mnie. Przypominała mi kogoś, ale nie mogłam sobie przypomnieć kogo. Wtedy rozjaśnił mi to Dziara.
- Pewnie przypomina ci kogoś co? Ta mała to siostra jednej z twojej grupy, Łapy – stwierdził tonem, jakby rozmawiał ze mną o pogodzie. Otworzyłam szeroko usta słysząc tą wiadomość. Pieprzony kłamca, pomyślałam sobie. Organizował wyprawy w okolicę Torunia w poszukiwaniach Moniki, siostry Łapy, a sam więził ją w tym bunkrze. To było chore. Co prawda nagle wpadło mi do głowy, że jakby Łapa dowiedziała się o tym, miałybyśmy wspólny cel. Odbicie naszego rodzeństwa. Gdybyśmy wszystko dobrze rozplanowały to mogłybyśmy stąd uciec. Tylko czy Łapa nie wpadnie w szał jak się dowie? Każdy wiedział, że jest niesamowicie porywcza i agresywna, wręcz dzika. Mogła zepsuć wszystko i skazać nas na porażkę. Musiałam to przemyśleć.
- Trzymam ją tutaj, ale zaczynam się powoli obawiać, że jej siostra w końcu wpadnie na to, żeby mnie sprawdzić, a z tego co widzę to nie skończy się zbyt dobrze. Dlatego jednym z twoich zadań ogólnych jest odwrócenie uwagi Łapy od mojej osoby. Musisz do niej  dotrzeć i jakoś się z nią porozumieć. Rozumiesz nie chcę problemów – powiedział przywódca siadając na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą. Wskazał te obok mi, klepiąc zachęcająco w drewniane siedzisko.
- Mamy sporo do obgadania, a tutaj nikt nam nie przeszkodzi, siadaj – powiedział.
- Muszę wiedzieć co mam robić – wypaliłam nagle, siadając.
- Już tłumaczę, a jest tego sporo więc słuchaj. Jak dobrze wiesz, na terenie Ostoi są ludzie z Gangu. Jest ich tu aktualnie dziesięciu dodać Jana, który chowa się w jednym z opuszczonych pokoi w kwaterze – zaczął -  Dzisiaj podczas przemówienia Karła wyślizgniesz się i pójdziesz do więzienia, siedziby Straży Toruńskiej, nadążasz? – zapytał nagle widząc, że mam problemy z zapamiętaniem tego.
- Chyba tak – powiedziałam.
- To dobrze, gdy już tam będziesz prawdopodobnie będziesz miała do przejścia jednego, jedynego strażnika. Postaram się, żeby to był ktoś stary, lub mało ogarnięty, ale nie mogę ci tego zapewnić, bo ja rządzę Flarami, a Karzeł rządzi Strażą. Dlatego ktokolwiek to będzie uważaj. Będziesz musiała się wkraść tak, żeby ten ktoś cię nie zauważył, bo gdy zbierzesz na siebie podejrzenia to jesteśmy zgubieni – kontynuował – Gdy jednak uda ci się wejść do środka, użyjesz tego – powiedział wkładając mi sporych rozmiarów, metalowy klucz do ręki – żeby uwolnić mojego pasożyta.
Zdziwiło mnie to. O kim on mówił?
- Pasożyta? – zapytałam niepewnie.
- Tak pasożyta – odpowiedział – chodzi mi o kanibala, tego, który z tobą podróżował – stwierdził.
Na myśl o mordercy Natalii przeszły mnie ciarki. Nie dość, że był stary, niezwykle niebezpieczny i żywił się ludzkim mięsem to do tego zabijał tak ważne osoby.
- Po co? – zapytałam.
Dziara westchnął.
- Koleżanko, to ja tu jestem od gadania, ty słuchasz i cieszysz się, że twój brat żyje – powiedział groźnie – Wracając, gdy go wypuścisz każ mu zostać w środku i przynieś mu jakąś broń. Każ mu zabić strażnika podającego mu jedzenie i żeby następnie uciekł i schował się w kościele, koniecznie w kościele.
                Jego plan brzmiał coraz dziwniej. Nie widziałam żadnego powiązania pomiędzy czynnościami o jakie mnie prosił Dziara.
- Widzę niezrozumienie na twojej pięknej twarzy, więc tłumaczę – jak wiesz Jan musi się teraz ukrywać. On jest jednak głównym narzędziem do pokonania Karła, więc muszę mu zapewnić swobodę ruchów po całym kompleksie Toruńskiej Ostoi  Ocalałych. Nie widział go nikt stąd poza grupką osób, które dotarły tu z Królowego Mostu i drogi do Torunia. Muszę ich odpowiednio zająć, żeby zapewnić mu dobre pole do popisu przy zabiciu Karła. Dlatego poproszę cię o różne rzeczy, które po kolei sprawią, że osoby, które spotkały Jana na moście opuszczą Ostoję lub zostaną uwięzione na czas całego działania – opowiadał dalej.
- O kogo chodzi? – zapytałam.
- Natalia nie żyje, więc z nią nie będzie problemu – na to imię dziewczyna z celi zareagowała głośnym uderzeniem w kraty, które odbiło się echem od ścian – spokojnie dziewczyno, bo znowu przesadzisz i w końcu będę musiał cię zabić, a nie chcę tracić przewagi – pogroził – Gigant oraz jeden z żołnierzy, ten ze schizowym spojrzeniem są na jednej z barykad, ale na to mam już pomysł, który przedstawię ci jak uwolnisz Jakuba. Co do księdza, na niego znajdzie się hak, to również mam zaplanowane. Wciąż nie wiem co zrobić z medykiem z lecznicy oraz z dziewczyną z szklarni. No i jeszcze jest szansa, że jednooki, który pojechał Ocalałym widział twarz Jana, ale on jest teraz daleko, więc to nie jest problem – mówił dalej patrząc na mnie.
Nie wytrzymałam i musiałam zapytać.
- I to wszystko tylko po to, żeby Jan mógł swobodnie poruszać się po terenie obozu? – zapytałam.
- Tak – odpowiedział krótko, śmiejąc się gdy zobaczył moją reakcję.
- Nie chcę, żebyś ich zabijał… - zaczęłam.
- Spokojnie, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to nikomu nic się nie stanie – zapewnił.
- A co z tą dwójką? – zapytałam.
- Twój brat zostanie uwolniony od razu jak plan dojdzie do skutku i Karzeł zginie. Siostrę Łapy uratuje ja, ale to za jakiś czas. Teraz jest mi potrzebna jako zakładnik w razie gdyby coś poszło nie tak.
                Z każdą kolejną rozmową z Dziarą czułam, że jestem w coraz gorszej sytuacji. Jego plan był genialny, to musiałam przyznać, ale to nie zmieniało faktu, że nie podobało mi się, że byłam w niego zamieszana.
- Ehh rozumiem. Uwolnię dzisiaj Jakuba i wcześniej porozmawiam z Łapą – stwierdziłam.
- Zuch dziewczyna! A teraz idź, mam sporo roboty do zrobienia.
Opuściłam piwnicę z mieszanymi uczuciami. Żałowałam, że nie mogłam po prostu zabić Dziary i uwolnić mojego brata i siostry Łapy, ale w życiu byśmy nie uciekli. Ta dwójka z pewnością jest wyczerpana i o ile dałabym radę zaskoczyć Dziarę i może nawet go zabić, to wyprowadzenie dwóch ludzi w tak kiepskim stanie graniczyło z cudem. Musiałam czekać na odpowiedni moment, albo zrobić wszystko o co prosi mnie Dziara i liczyć, że dotrzyma obietnicy i uwolni zakładników.
                Opuściłam Kwaterę Główną i ruszyłam w stronę budynku rady miasta. Znajdował się on ulicę dalej i urzędowali w nim wszyscy radni. Budynek był całkiem spory i zbudowany jak reszta starego  miasta z cegieł i podobnych materiałów. Weszłam przez drewniane drzwi do holu i wspięłam się na drugie piętro, gdzie znajdowała się sala obrad. Było to całkiem spore pomieszczenie, w którym radni przesiadywali sporą część dnia załatwiając sprawy formalne, obgadując różne pomysły i przeprowadzając debaty. Gdy weszłam do środka, trafiłam akurat na przerwę. Zlokalizowałam Łapę oraz Sołtysa, którzy siedzieli pod ścianą i o czymś rozmawiali. Gdy mnie zauważyli przerwali i wstali, żeby się przywitać. Usiedliśmy i poczekaliśmy, aż jeden z radnych wygłaszających próbkę przemówienia na dzisiejszy wieczór, skończy je wygłaszać.
- Co cię tu sprowadza? – zapytał Sołtys.
- Właściwie wpadłam żeby zabić trochę czasu przed dzisiejszym  wieczorem – skłamałam – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Akurat mamy przerwę, nie uczestniczmy w przygotowaniach do tego całego święta ocalałego, więc w sumie przychodzimy tu tylko po to, żeby patrzeć jak reszta załogi pracuje – wytłumaczył Sołtys. Staruszek zapuścił teraz dosyć długą brodę, przez co wyglądał dosyć groźnie, ale zarazem przypominał wychudzonego Świętego Mikołaja.
- Myślałam, że dostałaś pracę u Dziary – odezwała się Łapa.
- W sumie pracuje u niego, ale to luźne zadania, typu zanieś coś tam czy tu – odpowiedziałam wymijająco.
- Rozumiem – odpowiedziała krótko. Mogłam w każdej chwili powiedzieć jej o siostrze i wywołać w Toruniu piekło. Mimo to milczałam.
- Jak idą poszukiwania siostry? – zapytałam.
                Łapa momentalnie posmutniała. Chytry uśmiech zniknął z jej twarzy, a ogień widoczny w jej oczach praktycznie cały czas, przygasł.
- Od momentu porwania minęły pieprzone dwa tygodnie – wyrzuciła z siebie z gniewem – dwa tygodnie i wciąż nie mam żadnej informacji, żadnego śladu. Podobno Gang atakował ostatnio jeden z oddziałów poszukiwaczy, ale obyło się bez ofiar z obu stron i wciąż nie znaleźli kryjówki tych skurwieli – mówiła.
- Rozumiem twój ból – powiedziałam.
- Rozumiesz? Też straciłaś kogoś, kto był dla ciebie niezwykle ważny, a wiesz, że może być gdzieś tam i umierać ze strachu lub wycieńczenia – spytała z wyrzutem.
- Każdy z nas stracił kogoś ważnego – wtrącił się Sołtys próbując załagodzić nieco temperament Łapy.
- Nie chodzi mi o taką stratę. Zombie zdziesiątkowały ludzkość. Każdy stracił praktycznie całą rodzinę i był świadkiem śmierci ważnych osób. Ale ja wiem, że ona może dalej żyć, bo nie zginęła tylko została porwana. Ona tam przeżywa koszmar – odpowiedziała Łapa.
- Ja też straciłam brata. Miałam się z nim spotkać w Toruniu, ale go tu nie było. Prawdopodobnie też jest gdzieś i jeszcze żyje, ale nie mógł tutaj dotrzeć – wyznałam, przypominając sobie związanego członka rodziny w podziemiach Kwatery Głównej.
                Łapa podeszła do mnie i mnie przytuliła. Kompletnie bez słowa, bez żadnego ostrzeżenia.  Widocznie poczuła, że mamy ten sam problem. Mogłam teraz wykorzystać sytuacje i przy pomocy jej oraz reszty odbić brata. Ale bez Bobra nie zrobimy nic. Pomoc Ernesta również by się przydała. Dalej milczałam.
- Przepraszam – wyszeptała Łapa odsuwając się ode mnie.
- Nie ma problemu – powiedziałam, a głos załamał mi się nagle – Jak myślicie Bobru wróci cały i zdrowy? Nie ma go już trzeci dzień, a droga, którą miał pokonać to zaledwie sto kilometrów.
- Na pewno jest cały – zapewnił Sołtys – podróżowaliśmy z nim i wiemy, że nie jest pierwszym lepszym ocalałym. Da sobie rade. Zresztą my też podróżowaliśmy z Białegostoku do Torunia długi czas. Po prostu czekajmy cierpliwie – dodał po czym uśmiechnął się. Był to szczery uśmiech.
Rozmawialiśmy jeszcze sporo o różnych rzeczach. Nasze rozmowy były przerywane przez kolejne próby przemówienia. W końcu jednak opuściłam budynek i ruszyłam coś przekąsić. W domu ugotowałam sobie prosty obiad złożony z ryby i ryżu, a następnie poszłam potrenować naprzeciwko miejsca, z którego niedługo miałam wypuścić Jakuba.
                Na samej strzelnicy spotkałam Miczi. Od kiedy trafiła do Torunia wpadła w ryk codziennej monotonii. Chodziła do pracy, przesiadywała w barze, spacerowała po mieście, ale nie angażowała się w nic poważniej.
- Hej trzymasz się jakoś? – zapytałam.
- O hej, Magda prawda? – zapytała. Nie zdążyłyśmy się jeszcze poznać, więc nie dziwiłam się, że mogła nie pamiętać mojego imienia.
- Tak – odpowiedziałam – podróżowałam z Bobrem i to dzięki niemu tu jestem.
- Miałaś szczęście – powiedziała uśmiechając się słabo – u mnie jakoś leci. Obowiązki i relaks zajmują cały dzień i w sumie nie mieszam się w nic. Powiem ci, że jestem tym wszystkim trochę zmęczona. Całe szczęście otaczają nas mury i silni ludzie, więc nie muszę się już martwić o nic – odpowiedziała.
- Nie chciałabyś opuścić kiedyś tego miejsca i mieszkać tak jak kiedyś w mniejszym obozie? – zapytałam.
Miczi zastanawiała się chwilę.
- W sumie kiedyś czułam, że żyje, teraz wydaje mi się, że wszystko jest takie… banalne. Ostatnie zombie jakie zabiłam spotkałam dwa tygodnie temu. W Toruniu czuje jakby to wszystko zniknęło, ale najgorsze jest to, że to ciągle tam jest przez co nie mogę wrócić do normalnego życia.
- Rozumiem – odpowiedziałam wypuszczając strzałę.
                Dzwony zabiły. Ktoś miał coś do ogłoszenia, co oznaczało, że przemówienie Karła odbędzie się za chwilę. To była moja chwila prawdy. Miczi słysząc wezwanie westchnęła i schowała broń.
- Idziesz? – zapytała.
- Tak tylko pozbieram strzały – odpowiedziałam – zaraz cię dogonię.
Miczi ruszyła wolnym krokiem w stronę Placu Głównego, a ja w tym czasie obserwowałam jak z więzienia wychodzi grupka strażników. Ciekawe kogo zostawią na straży. Poczekałam, aż znikną mi z oczu i ruszyłam po cichu w stronę jednego z okien, uprzednio rozglądając się po ulicy i patrząc czy nikogo tam nie ma. Wyjrzałam ostrożnie starając się dostrzec kogoś w głębi budynku. Nie zauważyłam jednak nikogo. Czyżby Dziara załatwił, że nikt nie pilnuje więźniów.
                Poprawiłam pistolet przy pasie i ostrożnie otworzyłam drzwi. W razie gdyby ktoś tu był byłam gotowa skłamać, że się zgubiłam, albo, że potrzebuje pomocy. Nikogo jednak tu nie było. To było nieco podejrzane, ale weszłam w głąb idąc jak najszybciej w stronę podziemia, gdzie były cele. Nie słyszałam kompletnie nic. Gdy otworzyłam drzwi coś uderzyło głucho na dole. Zadrżałam. Zapaliłam światło i zeszłam powoli mają dłoń na pistolecie. Zeszłam i szybko podeszłam do celi, w której był Jakub. Zauważyłam go od razu skulonego w kącie celi.
- Przyszłam cię uwolnić na… - wtedy przerwałam, bo nie chciałam, żeby pozostali więźniowie usłyszeli , że to sprawka Dziary. Światło średnio oświetlało cały korytarz cel i dodatkowo jeszcze migało, ale byłam pewna, że zauważyłam jak kanibal się poruszył. Po chwili podszedł do mnie. Zobaczyłam jego obitą twarz i brak paru zębów.
- Jeżeli chcesz przeżyć lepiej otwórz szybko te drzwi i podaj mi nóż – zaseplenił.
- Co? – zapytałam, chociaż doskonale usłyszałam co powiedział.
- Rób co mówię! – powiedział nieco wyraźniej.
- Nie rozumiem… - zaczęłam i spojrzałam w lewo, gdzie usłyszałam jakiś zgrzyt.
- Spójrz na prawo – powiedział.
                Obejrzałam się w prawo i zamarłam. W kałuży krwi leżał trup strażnika z podciętym gardłem. Wyciągnęłam pistolet drżącą ręką i przejechałam nim po całym pomieszczeniu szukając zagrożenia. Gdy nagle jedne z drzwi się otworzyły, nie czekałam. Strzeliłam w zamek drzwi celi Jakuba i podałam mu nóż. Atak zjawił się znikąd. To była dziwna kobieta, u której było widać obłęd w oczach. Powaliła mnie i wbiła kawałek szkła głęboko w udo. Krzyknęłam. Szalona kobieta chciała ciąć ponownie, ale do akcji wszedł Jakub, który kopnął ją w twarz po czym poprawił kopiąc w klatkę piersiową. Ból mnie oślepiał, ale starałam się wycelować, kiedy usłyszałam coś za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam biegnącego do mnie mężczyznę. Strzeliłam. Kula przeszyła mu jądra co spowodowało śmierć. Zabiłam kogoś.
- Pomóż mi! –wrzasnął Jakub machając nożem, starając się odgrodzić od kobiety, która cała zakrwawiona starła się dorwać Jakuba. Wtedy poczułam mocne uderzenie w twarz z boku. Czułam jakby ktoś mi złamał wszystkie kości. Strzeliłam gdzieś na oślep, ale chyba nikogo nie trafiłam. Po chwili odzyskałam pełną świadomość i zobaczyłam jak Jakub wbija kobiecie nóż głęboko w gardło. Zwymiotowałam. Był tu jednak jeszcze jeden przeciwnik. Zaszarżował na kanibala i powalił go. Strzeliłam. Trafiłam w klatkę piersiową i dałam chwilę Jakubowi, żeby zaatakował ponownie. Dobił ostatniego więźnia i wstał ciężko. Z jego ramienia ciekła strużka krwi.
- Brawo dziewczyno, w końcu kogoś zabiłaś – powiedział.
- Musimy stąd iść… - powiedziałam cicho.

                Opuściliśmy budynek. Kulałam mocno i czułam, że zaraz mogę zemdleć. Nie miałam pojęcia jak więźniowie się wydostali, ale nie miałam siły, żeby zapytać o to Jakuba. Musieliśmy się schować.

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 9: Noc

Czas na rozdział 9, trzeci z perspektywy Miczi! Rozdział zdecydowanie najbardziej brutalny na swój sposób i w sumie sam się zastanawiam jak rozwinąłem akcję tak, a nie inaczej. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 9 (Miczi): Noc


                Okazało się, że budynek jest idealny do obrony. Zombie w żaden sposób nie potrafiły przejść przez zakratowane okna oraz wzmocnione drzwi. Ilekroć próbowały wedrzeć się do środka, lub zbierały się większą grupą przed wejściem, czyściliśmy je. Przez to schody były czarne od zaschniętej krwi i na wejściu śmierdziało niemiłosiernie. Za każdym razem, kiedy byłam zmuszona wrócić tam, żeby nie otoczyły nas trupy, to mdliło mnie na samą myśl.
                Urządziliśmy się na zapleczu. Znaleźliśmy trochę koców w okolicznych domach i mieliśmy w końcu dostateczną ilość jedzenia, żeby móc w pełni się najeść. Mimo tego, że było nas piątka to nie czułam się dobrze. Właściwie to nigdy nie czułam się bardziej samotna. Po spędzeniu pierwszej nocy w tym miejscu zastanawiałam się nad ucieczką. Szczerze wątpiłam w to czy ktokolwiek z otaczających mnie osób w jakikolwiek sposób mi pomaga. Po drugiej nocy zaczęłam już nawet planować jak to zrobić, ale gdy przyszło co do czego to nie mogłam znaleźć w sobie tego czegoś, żeby ich zostawić. Szpieg całymi dniami spał, albo był dręczony gorączką. Na całe szczęście rana na ręce zaczęła się goić, ale i tak nie znosił dobrze ostatnich zdarzeń. Damian był całkowicie pasywny. Niby starał się być pomocny, ale był po prostu zbyt nieśmiały, a może leniwy, żeby zaciekawić swoją osobą.
                Najgorzej zachowywali się jednak Smród i Dalion. W tym drugim od dawna już nie widziałam przyjaciela. Od kiedy przybyliśmy do tego sklepu całe dni pili. Zapas alkoholu był spory, więc nie zapowiadało się na koniec ich pijaństwa. Strasznie mi to przeszkadzało bo zachowywali się chamsko, rzucali uwagi nie na miejscu i stali się zbyt śmiali. Nie wiem czy bałam się bardziej tego co mogę zrobić mi, Szpiegowi i Damianowi czy sobie. Wciąż nie mogłam uwierzyć jak apokalipsa zmieniła ludzi. Dalion, kiedyś spokojny chłopak, który był moim przyjacielem, teraz wydawał mi się odrażającym śmieciem. Co najśmieszniejsze był młodszy od Smroda o jakieś dziesięć lat, a mimo to pili na równo. Zdarzało się też żeby rzygali, więc oprócz ohydnego zapachu w części sklepowej, tyły też śmierdziały. Musiałam stąd uciec. Wolałam działać sama. Trop grupy, którą widzieliśmy na miejscu katastrofy helikoptera na pewno już zniknął, ale była jeszcze szansa w tej Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Wierzyłam, że tam znajdę schronienie, a może nawet kogoś z Królowego Mostu. Myślałam o nich coraz mniej, ale dalej byli w mojej głowie.
                Trzeci dzień rozpoczął się wyjątkowo źle. Zazwyczaj ta dwójka zaczynała pić pod wieczór, a teraz zobaczyłam kieliszki z wódką już z rana. To nie zwiastowało nic dobrego. Musiałam stąd wyjść. Zjadłam coś na szybko, ubrałam się i odryglowałam drzwi. Wzięłam ze sobą toporek oraz wiatrówkę z paroma pociskami. Było ich coraz mniej więc musiałam naprawdę zacząć oszczędzać, aż do czasu znalezienia kolejnej porcji amunicji. Wyszłam i zauważyłam, że jest dosyć ciepło. Oczywiście na schodach czekały na mnie dwa szwendacze. Czując standardowo trochę adrenaliny wypakowałam swoją złość w pierwszego z nich powalając go dwoma silnymi uderzeniami toporem. Zauważyłam, że im dłużej trwa ten koszmar tym niektóre zombie są coraz słabsze. Można było bez problemu odróżnić takie, które zginęły niedawno od tych, które chodziły już w tym stanie od jakiegoś czasu. Te drugie wyglądały jakby ledwo chodziły. Niektóre miały sznur wnętrzności zwisający z rozprutego brzucha, aż do stóp, a inne uginały się jakby miały się lada chwila rozpaść.
                Nie powiedziałam nikomu o tym, że wychodzę. Nikt też nie usłyszał jak drugi zombie ma rozbijaną czaszkę o schody. Byli oni po prostu zbyt zajęci gniciem. Nie mogliśmy czekać musieliśmy ruszać. Wyszłam na ulicę i rozejrzałam się. Stąd było parę odnóg, ale większość z nich sprawdziliśmy. Poszłam w prawo, gdzie był rządek nie przeszukanych domków i innych budynków. Weszłam do pierwszego lepszego prześlizgując się przez wiszące na zawiasach drzwi do ciasnej i ciemnej klatki schodowej. Blok miał trzy piętra i po dwa mieszkania na każdym. Wchodząc do pierwszego pomocowałam się chwilę z drzwiami. Nie zwracałam uwagi na to czy robię jakiś hałas, w końcu byliśmy już tu trzeci dzień, a nikt nas wciąż nie zaatakował. Jakby chciał to zrobić to już byśmy nie żyli. Poprawiając plecak ruszyłam do jedynego pokoju, w którym było dosyć jasno. Był to podupadły salon, oświetlony przez dwa rządy okien. Były one zakurzone i brudne, ale wpadało przez nie jeszcze troszkę światła.
                Standardowo przeszukiwałam szafy, kredensy, komody oraz szuflady i półki. Zbierałam bardziej przydatne rzeczy, a te zniszczone odrzucałam na podłogę. Słyszałam jak gdzieś nade mną coś człapie. Podejrzewałam, że to parę zombie byłych lokatorów tego miejsca, szuka pożywienia.  Po przeszukaniu salonu, w którym znalazłam trochę leków i działający kompas przeszłam do sypialni. To co zobaczyłam przewieszone nad ścianą przyprawiło mnie o dreszcze podniecenia. Podbiegłam wskakując butami na łóżku i przyjrzałam się znalezisku. Była to maczeta. Dosyć spora i ładnie ozdobiona. Obłożona ciemną skórą na rączce prezentowała się świetnie. Nie czekając ani chwili dłużej rozbiłam gablotkę łokciem i wyjęłam moją nową broń. Leżała w ręce całkiem dobrze, chociaż była odrobinę za ciężka. Musiał tu mieszkać jakiś kolekcjoner bo była w idealnym stanie. Czyszczenie broni nie było łatwe, a co dopiero tak wielkiej jak ta. Całe szczęście w gablocie była też pochwa, do której schowałam nabytek.
                Ucieszona poszłam przeszukiwać pozostałe mieszkanie. Na drugim piętrze wpadłam w końcu na grupę zombie, która robiła tyle hałasu. Chciałam od razu przetestować maczetę. Obnażyłam ostrze z brzękiem i cięłam prosto w pierwszego z trzech trupów szwendających się po mieszkaniu. Nawet przy niedużej sile ostrze przyjemnie przeszło przez ciało i kości odcinając rękę w ramieniu. Czując napływ adrenaliny zamachnęłam się raz jeszcze ścinając wroga z nóg. Ostatni cios zadałam w głowę rozpoławiając  ją i uwalniając falę krwi na zakurzony dywan. Kolejny rzucił się na mnie wyjątkowo szybko. Ledwo zdążyłam machnąć maczeta i jedynie zadałam mu ranę kłutą od ramienia do pasa. Zombie pchnął mnie jednak i sprowadził do poziomu podłogi sam upadając. Czując narastająca panikę zamachnęłam się drżącą dłonią i trzema uderzeniami dostałam się do mózgu trupa. Ostatni poruszał się wyjątkowo wolno. Było to pewnie spowodowane tym, że z jego uda wystawała kość udowa. Nie śpiesząc się nadto wycelowałam dobrze i potężnym zamachem pozbawiłam go głowy. Gdy ta dalej ruszała się po odłączeniu od ciała wykopałam ją pod stół, który stał przy wyjściu na balkon.
                Coraz bardziej wprawiona w posługiwaniu się maczetą sprawdziłam cały blok znajdując przy tym trochę komiksów, które miałam zamiar poczytać w czasie wolnym oraz zapas zapałek, który znalazłam w jednym z mieszkań. Cały proces przeszukiwania zajął mi jakieś dwie godziny.  Gdy opuściłam blok mieszkalny na ulicy kogoś zobaczyłam. Odruchowo sięgnęłam po wiatrówkę i wymierzyłam. Po chwili jednak odetchnęłam z ulgą, gdy rozpoznałam  w nim Damiana. Podszedł do mnie.
– Miczi co z tobą? Gdzie byłaś? – zapytał.
– Przeszukiwałam okoliczne bloki. Mam dość atmosfery panującej w tym sklepie. Dalion i Smród przesadzają…— stwierdziłam zawieszając wiatrówkę z powrotem na plecy.
– Też to zauważyłem i w sumie dlatego cię szukam – powiedział.
– Nie rozumiem – udałam, chociaż domyślałam się o co mu chodzi.
– Nie wiem jak ty, ale ja odchodzę. Nie wiemy czy ktoś z naszej grupy jeszcze żyję, ale nie będę gnił w tym sklepie żeby się przekonać. Szpieg czuje się lepiej i powinien dać radę ruszyć w dalszą drogę. Auto jest gotowe, wystarczy żebyśmy ruszyli i zostawili tych dwóch…— wyrzucił z siebie – Moglibyśmy to zrobić nawet zaraz. Są strasznie pijani, nie zasługują na nic więcej.
Miał rację. Miałam jednak plan zebrać odpowiednią ilość zapasów tak, żeby nie zabierać niczego ze sklepu i nie dawać im sygnału, że odjeżdżamy.
– Poczekajmy do jutra. Z samego rana zapakujemy się i odejdziemy. Pozbieram jeszcze trochę leków, ubrań, koców i jedzenia, żebyśmy nie rzucali się w oczy z nasza ucieczką. Schowam to w aucie i jutro stąd uciekniemy. Przekażesz to Szpiegowi tak, żeby ci dwaj nie usłyszeli? – zapytałam.
– Jasne. Uważaj na siebie. Ja przypilnuję, żeby nie zrobili nic Szpiegowi – to mówiąc odwrócił się i wrócił w stronę sklepu.
                Ja ruszyłam dalej szukając wszystkiego co może przydać się do przetrwania. Czułam się znowu jak w pierwsze dni po wybuchu apokalipsy. Co prawda było o wiele spokojniej i umiałam się teraz posługiwać bronią, ale i tak czułam się podobnie. Szalone poszukiwanie wszystkiego co może się przydać. Czułam podniecenie pomieszane ze strachem na myśl o opuszczeniu Smroda i Daliona. Nie łączyło mnie już z nimi nic. Byli zwykłymi pijakami, którzy wyjątkowo utrudnili nam przetrwanie. Jutro o tej porze nie będą już moim problemem.
                Następne parę godzin przeszukiwałam trzy kolejne budynki. Znalazłam sporo rzeczy i z radością planowałam powrót do auta, a następnie do sklepu. Zatrzymałam się jednak chwilę odpocząć na dachu i rozejrzeć się po krajobrazie. Słońce akurat zachodziło co wyglądało naprawdę ładnie. Promienie odbijały się od płatków śniegu tworząc jedną, wielką, oślepiającą taflę. Siedziałam z nogami zwieszonymi w dół, nigdy nie doskwierał mi lęk wysokości. Rozglądając się z takiej wysokości można było zauważyć wiele rzeczy. Skłaniało mnie to również do myślenia. O całym syfie jaki mnie otacza. Zastanawiałam się, w którą stronę pojechać i doszłam do wniosku, że pojedziemy dokładnie w stronę zachodzącego słońca. Jadąc tam na pewno trafimy do Torunia. Przy linii lasu na polach, z których przyjechaliśmy, widziałam też sporo zombie. Łaziły mniejszymi i większymi grupkami próbując wyczuć z daleka zapach ludzi. Wszystkie prędzej czy później trafią na ten sklep. Miałam cichą nadzieję, że Dalion i Smród dostaną za swoje.
                Już miałam schodzić z dachu, kiedy zauważyłam dziwny błysk. Z początku wydawało mi się, że po prostu źle spojrzałam na słońce, lub coś mi się przywidziało, ale po chwili blask pojawił się ponownie. Czerwona kropka gdzieś na brzegu lasu. Po chwili pojawiła się druga. Poczułam odrobinę niepokoju, ale obserwowałam kropki z zaciekawieniem. Gdyby były bliżej siebie powiedziałabym, że to samochód, ale zdecydowanie znajdowały się parę metrów od siebie. Ludzie. Inni Ocalali. Czy to może być ktoś z naszych znajomych? Nie wiedziałam, ale nie miałam jak się dowiedzieć. Odległość do strzału była nierealna, więc nawet nie próbowałam.  Czekałam jeszcze chwilę, kropki stawały się coraz większe, ale nie zbliżały się do miasta. Podążały raczej wzdłuż linii lasu i szły na zachód.
                Nie mogąc czekać dłużej podniosłam całkiem już ciężki plecak i zaczęłam schodzić w dół. Nie spotkałam już zombie, wybiłam wszystkie na tej uliczce i pewnie do rana będziemy mieli spokój. A jutro rano nas już tu miało nie być. Idąc ulicą po wydeptanym przeze mnie trakcie modliłam się aby wszystko poszło po mojej myśli. Przed powrotem do sklepu podeszłam do auta i wrzuciłam wszystko co dziś znalazłam na tylne siedzenie. Moja wiatrówka wylądowała w bagażniku razem z toporkiem. Maczetę zachowałam przy sobie w razie gdyby coś miało się stać. Zadowolona z siebie skierowałam swoje kroki w stronę sklepu. Wejście było zamknięte. Zapukałam parę razy i po dłuższym czasie usłyszałam jak ktoś ciężkim krokiem podchodzi do drzwi. Otworzyły się w końcu i stanął w nich Smród. Zionęło od niego potężnie alkoholem, a zataczał się tak ekstremalnie, że wyglądał jakby miał się zaraz wywrócić.
– Gdzie żeś się szlajała? – wyburczał chwiejąc się na nogach.
– Nie twoja sprawa – ucięłam krótko przepychając się obok niego, żeby wejść do środka.  Podczas przepychania się obok niego poczułam uścisk na pośladku. Byłam tak zszokowana, że nie wiedziałam co powiedzieć. Poczułam gniew i zamachując się zdzieliłam go po pysku. Widziałam jak zaklął paskudnie i z obślinioną brodą spojrzał na mnie.
– Jak ci oddam to nie wstaniesz dziewko – krzyknął wymachując łapskiem.
– Spróbuj tylko, a pożałujesz – rzuciłam idąc na zaplecze. Usłyszałam jak drzwi za mną się zamykają i jak Smród podąża za mną.
                Śmierdziało tu teraz jeszcze gorzej niż wcześniej. Maczetę miałam sprytnie ukrytą pod kurtką, którą zabrałam ze sobą na tyły. Jeżeli on był w takim stanie to strach pomyśleć co może mu jeszcze przyjść do głowy. Wchodząc przywitałam skinieniem głowy Szpiega. Ten obserwował mnie tajemniczo i uśmiechnął się delikatnie również ze mną witając.  Rzuciłam swoje rzeczy na posłanie i zabrałam się za robienie czegoś do jedzenia. Miałam ochotę się najeść, żeby zmarnować jak najwięcej ich zapasów, a przy okazji mieć dużo sił na jutro. Przygotowałam więc podwójną porcję fasoli w puszkach, ugotowałam makaron i polałam to wszystko sosem wątpliwej jakości. Podając wszystkim po porcji zaczęłam jeść z pożałowaniem obserwując Daliona. Był w jeszcze gorszym stanie niż Smród, w końcu był młodszy i na pewno nie przyzwyczajony do picia tak jak jego kompan. Starałam się go ignorować. Kiedy zjedliśmy rzuciłam naczynia do zlewu i podeszłam do Szpiega. Dalion i Smród zajmowali się akurat osuszaniem kolejnej flaszki i śpiewaniem zbereźnej piosenki, wiec mogłam bez podejrzeń upewnić się, że zrozumiał plan.
– Damian mówił ci co będzie jutro?
Tak. Jeżeli chodzi o mnie to dam radę. Co prawda jestem teraz jeszcze mniej przydatny niż kiedyś, ale całe szczęście oburęczność da mi szansę jeszcze ci pomóc – to mówiąc uśmiechnął się i zaprezentował parę szybkich ruchów nożem motylkowym, które sprawiły, że uwierzyłam mu bezgranicznie.
– Myślę, że jak oni zasną to bez problemu będziemy mogli odjechać. Będą spali aż do południa jak nie dłużej. Zaplanowałam już, w którą stronę powinniśmy się udać. Mam nadzieję, że wszystko wypali – stwierdziłam.
– Uda nam się. Teraz wybacz, ale muszę się wyspać. Jeżeli wstaniemy za późno to czeka nas kolejny dzień z tymi śmieciami – to mówiąc wskazał ostrzem noża Daliona i Smroda, którzy akurat dyskutowali o czymś głośno. Życząc Szpiegowi dobranoc odeszłam na bok do swojego posłania. Położyłam się i okryłam kocami próbując zasnąć. Nie było to łatwe pomimo zmęczenia gdyż Dalion i jego przyjaciel wciąż hałasowali.
                Zasypiałam i budziłam się na przemian. Byłam pełna obaw, a moje myśli były bombardowane przez dalsze plany. Pomimo późnej godziny Dalion i Smród dalej pili, ja jednak udawał, że śpię. W pewnym momencie poczułam czyjś oddech na plecach. Przeszły mnie aż ciarki, kiedy usłyszałam zapity głos Daliona.
– Miczi śpisz?
Nie odpowiedziałam czekając, aż da sobie spokój. Gdy już myślałam, że odszedł poczułam szturchnięcie w ramię. Podniosłam się i przyzwyczajając wzrok do światła lampy spojrzałam na niego.
– Czego chcesz? – zapytałam.
– Ciebie. Mam na ciebię ochotę Miczi. Kocham cię – powiedział próbując się do mnie przytulić. Odepchnęłam go. Poleciał do tyłu na plecy. Usłyszałam jak Smród parska śmiechem.
– Wyszczekana dziewucha, weźmy ją we dwoje – powiedział uśmiechając się paskudnie.
– Odpierdolcie się ode mnie! – krzyknęłam dosyć głośno. Poczułam ciepło skóry na rękojeści maczety i uspokoiłam się – dajcie mi spać.
Dalion nie dał jednak za wygraną. Podniósł się i usiadł na mnie łapiąc mnie za rękę, która chciałam go uderzyć. Drugą sięgnęłam po maczetę, ale nie zdążyłam jej wyjąć. Przytrzymał mi tą rękę kikutem.
– Chcę ciebie. Podobasz mi się już od dawna, rozumiesz piękna? – wybełkotał.
                Gdy zatkał mi usta dłonią starałam się krzyczeć i gryźć. To obudziło Damiana, który zerwał się chaotycznie i widząc co się dzieje rzucił się na Daliona. Dopadłby go gdyby nie Smród, który zrobił użytek z trzymanej w ręce butelki i rozbił ją z impetem o głowę Damiana. Chłopak padł w rosnącej kałuży krwi i już się nie ruszał. Ogarnęło mnie przerażenie. Po chwili znowu krzyknęłam, ale wiedziałam, że nic mi już nie pomoże. Na chwilę udało mi się nawet wyrwać spod pijackiego uścisku, ale po chwili do ataku dołączył się Smród, z którego ciężarem nie dałam rady walczyć. Poczułam jak przytrzymują mnie coraz mocniej. Czułam się fatalnie i miałam ochotę ich zabić, ale ich było dwóch, a jeden był zdecydowanie silniejszy ode mnie. Nagle Smród się odwrócił i zauważyłam jak jest atakowany przez Szpiega. Ogromny chłopak zasłonił się rękoma przed szybkimi ciosami nożyka Szpiega i usłyszałam jak krzyczy. Smród zaszarżował, ale nie trafił i wleciał w ścianę. Dalion wciąż mnie trzymał mocno, chociaż próbowałam mu się wyrwać. Szpieg wykorzystując utratę równowagi rzucił się na pijaka, lecz w tym momencie sam stracił równowagę zaplątując się w koc.

                To dało czas Smrodowi, który podniósł się i ponownie przeprowadził szarżę. Tym razem trafił odpychając ogromną siłą Szpiega na pobliską ścianę. Widziałam jak po uderzeniu osuwa się on na ziemię i nożyk wypada mu z ręki. Otworzył jeszcze oczy, żeby zobaczyć pięść lecącą w stronę jego twarzy. Po tym odwróciłam wzrok i krzyknęłam jeszcze głośniej. Usłyszałam tylko cztery uderzenia, w którym ostatnie było połączone z trzaskiem łamanej kości. Krzyczałam i krzyczałam mając nadzieję, że ktoś tu przyjdzie i mnie uratuje, ale w końcu nie miałam siły i pogodziłam się ze swoim beznadziejnym losem.