sobota, 1 marca 2014

Rozdział 9: Zdrada

Pierwszy rozdział dziejący się na poważnie w Królowym Moście. W tym rozdziale pojawia się postać, której kreacja, kręciła mi się w głowie od jakiegoś czasu. Pomysł mi się spodobał i w sumie był to jeden z motywatorów do napisania Apokalipsy :D Po przeczytaniu proszę o KOMENTARZ oraz udostępnienie znajomym. Miłego czytania ;)

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 9: Zdrada


                W mojej głowie działo się coś dziwnego. Widziałem w Białymstoku śmierć mojego przyjaciela Bochena, a zaledwie paręnaście godzin później los brutalnie zabrał mi kolejnego kompana. Nie umiałem nawet cieszyć się widokiem pól otaczających Królowy Most. Zawsze te miejsce kojarzyło mi się dobrze, a teraz jedyne na co mogłem sobie pozwolić to cichy żal po tym co się stało.
 Szliśmy polną dróżką, która po lewej stronie miała las a po prawej widok na otwarte tereny. Za nimi znajdywał się obóz. Widziałem go z daleka. Miczi i Kamil szli uzbrojeni tuż za mną. Nasz plan był prosty, obserwacja do wieczora i wtedy podjęcie decyzji czy jest szansa odbicia tego miejsca. Póki co szliśmy razem, zbliżając się powoli do mostu, nad niedużą rzeką, od którego pochodziła nazwa tej miejscowości. Na takim zadupiu nie widziałem zbyt wielu zombie. Moi towarzysze byli tak samo ponurzy jak ja.
 Dalion musiał być kimś ważnym dla nich, a kiedy przyniosłem im jego rękę podłamało ich to na duchu. Nikt z nas nie znalazł jego ciała, ale wiedzieliśmy, że obcięcie ręki wiązało się z ogromnym deficytem krwi, a co za tym idzie możliwym zakażeniem i śmiercią. Wchodząc na drewnianą konstrukcje mostu usiadłem i wyjąłem z plecaka butelkę wody. Piłem zachłannie i do pełna. Potrzebowałem dużo sił na dzisiejszy dzień. Zacząłem rozmowę :
— Musimy zdecydować co zrobimy. Znam te okolice całkiem dobrze, na pewno będziemy musieli się rozejrzeć przy tym obozie i zobaczyć kto tam właściwie jest. Możliwe, że grupa Alexa nie dojechała tutaj i właściwie za ogrodzeniem są po prostu mieszkańcy. Mało to prawdopodobne, ale jednak.
— Moim zdaniem powinniśmy znaleźć jakieś miejsce w którym się schowamy a zarazem będzie można z niego obserwować cały teren. Dodatkowo ktoś powinien sprawdzać nasz samochód co jakiś czas. Jeżeli go stracimy to postawi nas w dosyć nieciekawej sytuacji – odpowiedziała Miczi.
— Co do miejsca mam pewien pomysł. Kawałek stąd na polach stoi stary, opuszczony młyn. Moglibyśmy stamtąd obserwować całą wioskę, a dodatkowo może to być całkiem niezłe schronienie.
— Gdzie on jest? – włączył się do rozmowy Kamil.
— Tu właśnie mamy problem, bo jest on przy obozowisku. Bardzo możliwe, że jeżeli wystawili patrole to nas zauważą. Jest też opcja, że sami mogli się w nim zaszyć, chociaż w to wątpię. Nie stawiali by ogrodzenia tego typu tylko po to, żeby je opuszczać i chować się w młynie.
— Myślę, że mimo tego warto spróbować. Jak wyruszymy zaraz możemy ich zaskoczyć. Prawdopodobnie jeżeli wystawili kogoś na straż, to jest on zmęczony po całej nocy a reszta zapewne jeszcze śpi – powiedziała Miczi.
Zgodziliśmy się z nią, brzmiało to logicznie. Posiedzieliśmy jeszcze chwile odpoczywając i ruszyliśmy. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej zabudowań, więc chowaliśmy się w coraz rzadszych, przez nadchodzącą zimę, krzakach. Kiedy zbliżyliśmy się do ulicy, mogliśmy lepiej zaobserwować obóz. Kiedyś sześć domków znajdujących się na dwóch odrębnych uliczkach było połączone i otoczone wysokim płotem. Z tej strony zauważyliśmy dwie bramy. Przy jednej z nich ktoś stał. Nie poznałem go, choć wydawało mi się, że to ktoś miejscowy. Strażnik wyglądał na dosyć zmęczonego, co zgadzało się z teorią Miczi.
Jeżeli mieszkańcy Królowego Mostu pomagali  Alexowi nasza sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Nasza trójka miała tylko pistolet z jednym nabojem oraz wiatrówkę Miczi z pięcioma nabojami. Czekała nas teraz przeprawa przez ulicę. Jeżeli będziemy nie ostrożni mogą nas zauważyć, a wtedy z całego planu nici. Poczekaliśmy jeszcze piętnaście minut, żeby upewnić się, że nikt nie jest ukryty gdzieś po drugiej stronie i wykorzystując moment, kiedy strażnik obozu poszedł na ubocze przebiegliśmy.
 Nie czekając na kolejną taką okazję skręciłem w lewo i kierowałem się do młyna. Jego najlepsze czasy z pewnością minęły już parę lat temu, teraz wyglądał bardziej na atrakcje turystyczną. Oczywiście od dawna nikt tu już nie pracował.  Skradając się podszedłem do sporych drewnianych drzwi i ostrożnie zajrzałem do środka. Wewnątrz było ciemno i słychać było jakieś jęki. Podłoga była w wielu miejscach dziurawa i odsłaniała piwnicę, która z pewnością służyła kiedyś jako magazyn zmielonego zboża.
 Otworzyłem drzwi, czemu towarzyszyło ciche, przeciągłe skrzypnięcie. Z nożem w ręce powoli obserwowałem wnętrze budynku, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Usłyszałem jęknięcie i zauważyłem kątem oka, że pod ścianą coś się porusza. Na pierwszy rzut oka, powiedziałbym, że to zombie, ale nie byłem pewien. Miczi także przyglądała się temu miejscu. Kamil został na zewnątrz z wiatrówką, schowany w krzakach. Miał nas zaalarmować jakby zobaczył coś niepokojącego. Podszedłem powoli do ruszającego się kształtu i teraz byłem już pewien, że był to szwendacz. Widocznie schował się tutaj i przytrzasnął go jeden z młynarskich tłoków. Dolną część ciała miał zmiażdżoną, więc ruszał tylko niezgrabnie rękoma próbując nas dosięgnąć. Bez zastanowienia zakończyłem jego cierpienia wbijając nóż w przegniły oczodół, dosięgając mózgu.
Nagle zobaczyliśmy, że z górą dochodzi światło dnia i już po chwili wspinaliśmy się po drewnianych, skrzypiących schodkach na piętro. Musiało to być pomieszczenie w którym dawny młynarz miał przerwy od pracy, stało tu parę zakurzonych butelek po jakimś miejscowym piwie, mały telewizor oraz stos gazet z poprzedniego roku. Miczi zajęła się dalszym przeszukiwaniem pomieszczenia, kiedy ja wyjrzałem, przez jedyne w młynie, okno. Było ono położone idealnie, ponieważ mogłem z niego obserwować sporą część wioski, w tym obóz. Stąd zobaczyłem dokładnie Dom Kiciusia i krzątających się na podwórku ludzi. Z daleka ciężko było określić, czy byli to ludzie Alexa, czy moi przyjaciele. Zobaczyłem też dwa  pojazdy, którymi przyjechali tu z Białegostoku i dwa inne, prawdopodobnie należące do mieszkańców wioski.
 Serce zabiło mi szybciej, wiedziałem, że moi przyjaciele są tak blisko a zarazem tak daleko ode mnie. Nie czekając dłużej zawołaliśmy Kamila do środka. Ryglując drzwi usiedliśmy i zaczęliśmy planowanie :
— Dajcie mi pójść samemu, żebym mógł sprawdzić co i jak – rzuciłem propozycje.
— Oszalałeś? Sam? Chcesz dać się zabić? —  wybuchła Miczi.
— Nie chcę was narażać. Pomogliście mi, a jedyne co dostaliście w zamian to utrata przyjaciela. Nie ma mowy, żebyście znowu się narażali. Nie teraz. Najpierw sprawdzę jak się sprawy mają a następnie dopiero będziemy planować dalsze działania.
Miczi wyraźnie nie była zadowolona. Kamil tylko przytakiwał i wpatrywał się w okno. Próbowałem dalej ich przekonywać, kiedy nagle usłyszeliśmy, że nasz kierowca nas woła do okna. Podeszliśmy szybko i wyjrzeliśmy. Na ulicy coś się działo. W obozie dalej poruszali się ludzie, widać było też strażników, ale co najdziwniejsze z lasu biegły kolejne postaci. Dokładnie dwie. Nie zdziwiłoby mnie to, pomyślałbym, że to jedynie kolejna grupa ocalałych przebiegająca w okolicy, jednak ta dwójka wyglądała dosyć nietypowo. Jednym z nich był mężczyzna, bardzo wysoki, właściwie powiedziałbym, że w życiu nie widziałem większego człowieka. Na oko miał z trzydzieści lat, chociaż ciężko było to stwierdzić z takiej odległości przez brudną szybę. Był ubrany w coś podobnego do policyjnego uniformu używanego podczas zamieszek – hełm, kamizelka, ochraniacze na ręce i nogi oraz buty. Na plecach z kolei miał przewieszony dwuręczny miecz.  Broń wyglądała jak wyciągnięta z średniowiecza i dalej nie mogłem uwierzyć, że ją widzę.
 Drugi mężczyzna, o wiele niższy idący przodem miał w ręce pistolet i wyglądał również niecodziennie bo nosił płaszcz. Obaj szli w kierunku młynu. Przerażeni zaczęliśmy zbiegać na dół aby uciec, ale na to było już za późno. Usłyszeliśmy dobijanie się do drzwi. Jeden z nich, najprawdopodobniej ten z mieczem próbował je wywalić z zawiasów. Wiedziałem, że człowiekowi jego postury nie zajmie to długo, a fakt, że drzwi były zżarte przez korniki nie pomagał. Zdesperowany wyjąłem broń i patrzyłem jak Miczi ustawia się w kącie również celując w stronę wejścia. Kamil stanął przy ścianie z toporem w rękach i czekał. Nie mogłem pozwolić, żeby tutaj weszli, ta kryjówka była świetna i nie mogliśmy sobie pozwolić na pozbawienie jej drzwi. Dodatkowo duży mężczyzna robił tyle hałasu, że mógł zaalarmować ludzi z obozu. Podszedłem szybko do drzwi i krzyknąłem :
— Nie mamy złych zamiarów! Zostawcie nas w spokoju a nikomu nic się nie stanie – sam powoli przestałem wierzyć w te słowa. Wypowiadałem je chyba po raz trzeci a ani razu nie przyniosły oczekiwanego skutku.
— Błagam otwórzcie, gonią nas. Poddajemy się, tylko nas wpuść – usłyszałem wręcz desperackie zawołanie, miłym niskim głosem z drugiej strony.
Zdziwiło mnie to. Napieranie na drzwi znikło. Odwróciłem się z pytającą miną do Miczi, ta skinęła głową na znak, żeby ich wpuścić, jednak nie opuściła broni nawet na milimetr. Podszedłem pełen obaw do drzwi i powoli je otworzyłem odskakując od razu do tyłu i mierząc bronią w wejście. Drzwi natychmiast się rozwarły, a po chwili znowu zamknęły. Teraz z bliska mogłem podziwiać ogromne rozmiary człowieka z mieczem. Był on naprawdę wysoki, musiał mierzyć około dwa z kawałkiem metrów wysokości. Jego towarzysz okazał się mieć miłą łagodną twarz, był niewiele starszy ode mnie. Kiedy goście upewnili się, że drzwi są zamknięte obrócili się do nas i zaczęli szybko :
— Nazywam się Karol, chociaż znajomi wołają na mnie Gigant. Na mojego towarzysza wołają Szpieg, dziękujemy, że nas… — zaczął duży, lecz prawie natychmiast przerwałem mu.
— Nie tak szybko, Karolu. Rzućcie całą broń jaką macie a może pozwolimy wam tu zostać – pomyślałem, że obecność dwóch kolejnych sojuszników mogła zwiększyć moją szansę na zdobycie obozu – No dalej, nie chcecie chyba wrócić na ulicę, z której przed chwilą tak prędko uciekaliście?
Gigant wyrzucił swój miecz z głośnym trzaskiem prawie natychmiast. Szpieg czekał jeszcze chwilę i zrobił to, co towarzysz :
— Czego tu szukacie? Wiecie, że wasz bieg i atak na drzwi mogli usłyszeć ludzie z obozu? – zapytałem, trochę milszym tonem niż poprzednio.
— Na pewno nie jesteśmy waszymi wrogami, doceniamy fakt, że pomogliście nam chociaż nas nie znaliście. Wiedźcie, że nie szukamy problemów, podróżujemy już od jakiegoś czasu z północy. Przebiegliśmy już dużo kilometrów i niedaleko w lesie spotkaliśmy grupkę ludzi. Chcieliśmy ich ominąć, ale zauważyli nas i na komendę jakiegoś wyrostka zaczęli do nas strzelać. Całe szczęście jesteśmy szybcy i uciekliśmy. Zostali daleko z tyłu, ale powoli zaczynaliśmy się męczyć, więc musieliśmy się gdzieś schować. Pierwszy na drodze z dala od ich obozu był ten młyn – wytłumaczył Karol.
Miczi opuściła broń a Kamil pokazał się im. Wydawali się mili, jednak kazaliśmy im zostawić broń a następnie poszliśmy na piętro. Kiedy usiedliśmy wszyscy razem, zacząłem ich wypytywać o to kogo widzieli w lesie i co wiedzą o obozie. Okazało się, że mijali bardzo słabo chronione wejście od lasu, które mogło być idealne na rozpoczęcie misji odbicia tego miejsca. Obaj wydawali się być naprawdę w porządku ludźmi. Zaufałem im, co mogło być błędem, ale teraz musiałem wykorzystać każdą pomoc. Nawet z rąk nieznajomych.
W czasie naszej narady Kamil obserwował z okna obóz. Wiedział mniej więcej, kiedy zmieniają się strażnicy, jak są wyposażeni i jak przykładają się do obowiązku. Kiedy nastał zmrok oddaliśmy Gigantowi i Szpiegowi ich bronie i wspólnie opuściliśmy młyn. Wieczór był ciepły jak na jesień, więc nie musieliśmy się martwić o to, że zmarzniemy czekając na odpowiednią okazję. Skręciliśmy do lasu i idąc przez zarośla zbliżaliśmy się do celu. Światła obozu biły w oczy z daleka, najwidoczniej mieli tu własny generator, napędzany na benzynę bądź też inne tanie źródło energii. Prowadziłem grupę, tuż za mną szedł Szpieg, kawałek za nim w ramię w ramię Miczi z Kamilem. Pochód zamykał Karol. Próbowaliśmy być cicho, ale pojedyncze opadnięte liście sprawiały, że było nas słychać. Byłem bardzo zdenerwowany, w końcu szedłem z dwójką nieznajomych szturmować obóz w którym uwięzieni byli nasi znajomi. Nie mogłem jednak dać po sobie tego poznać, morale to ważna rzecz i nie chciałem, żeby moja grupa je straciła jeszcze przed atakiem.
 Znajdując się sto metrów od celu przyczailiśmy się w krzakach, które nie straciły jeszcze całkowicie liści i zaczęliśmy obserwować wejście, od lasu. Rzeczywiście wydawało się łatwe do sforsowania – stała tu tylko jedna furtka, idealna do wkradnięcia się i jeden strażnik. Z daleka nie mogłem stwierdzić czy był to Alex czy któryś z jego kumpli, dodatkowo było to mało oświetlone miejsce, a sam człowiek siedział w kapturze z karabinem na kolanach. Rozglądał się uważnie, lecz jego twarz była skryta całkowicie w mroku. Podkradliśmy się najbardziej jak to było możliwe. Linia lasu kończyła się jakieś dziesięć metrów od furtki, więc teraz musieliśmy działać szybko. Dałem znak Szpiegowi i ten skręcił w lewo i zaczął biec, robiąc przy tym trochę hałasu. My w tym czasie zaczynaliśmy na kuckach skradać się do ogrodzenia. Widzieliśmy, że strażnik zauważył ruch wywołany przez Szpiega i podniósł się odbezpieczając broń. Musieliśmy teraz podbiec jak najszybciej to było możliwe i przerazić go na tyle, żeby nie wystrzelił, ani nie został ranny. Może być cennym zakładnikiem.
 Dystans dzielący nas był coraz mniejszy. Gigant biegł najszybciej, miał w końcu najdłuższe nogi i z tego co zdążyłem zauważyć, dobrą kondycje. Wyciągnął swój ogromny miecz i powalił strażnika zanim ten zdołał zrobić cokolwiek aby zaalarmować resztę obozowiczów. Karabin upadł na ziemie i Kamil natychmiast go podniósł. Słyszałem jak nasz zakładnik się szarpie i próbuje się wyrywać. Zdążył nawet kopnąć Giganta w kolano, ale ten unieruchomił go podstawiając mu ostrze do gardła i podnosząc go. Szpieg dołączył do nas i całą drużyną wycofaliśmy się do lasu.
Ukryci w cieniu drzew powaliliśmy strażnika na kolana i odsłoniliśmy jego twarz. Z wrażenia pistolet wypadł mi z rąk. Na trawie przed nami klęczał Kiciuś. Przez moją głowę przelało się tysiące myśli, ale pierwszymi słowami jakie wypowiedziałem były :
— Gigant zostaw go.
Ernest widocznie zdziwił się jak usłyszał mój głos. Odezwał się zachrypnięty :
— B…Bolo?
Podniosłem go i spojrzałem mu w twarz. Nie zmienił się mocno, chociaż jego brodę pokrywały ślady zarostu. Oprócz tego miał paskudne stłuczenie pod lewym okiem, ale poza tym był to mój przyjaciel. Co robił broniąc tego obozu? Czy zaprzyjaźnił się z Alexem? Nie czekając na odpowiedź wyciągnąłem pistolet i zacząłem mierzyć mu w głowę. Widziałem w cieniu zdziwienie na twarzach moich kompanów oraz największe u samego Kiciusia :
— Bolo! To ty! Myślałem, że nie żyjesz… O co chodzi? Czemu we mnie celujesz? —  zapytał przestraszony, ale też wyraźnie uradowany.
— Dołączyłeś do drużyny tego zdrajcy? Zdobyłeś na tyle zaufania, żeby zostać jego przyjacielem i bronić jego obozu? – byłem zszokowany tym faktem, a kiedy powiedziałem to na głos, zabrzmiało to jeszcze gorzej.
— To nie tak… Owszem zdobyłem jego zaufanie, ale… Uwierz mi, że nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby dołączyć do niego. Musiałem po prostu grać pewną rolę. Od dnia przyjechania tutaj planowaliśmy po cichu rebelie. Mieliśmy zabić całą drużynę Alexa i wrócić do Białegostoku, żeby ciebie szukać… —  w końcowych słowach zabrzmiał tak żałośnie, że aż zrobiło mi się przykro, że tak na niego naskoczyłem. Opuściłem broń i podszedłem do niego przytulając po przyjacielsku. Brakowało mi mojego kompana i teraz, kiedy miałem go już u boku byłem zdecydowany odbić resztę z moich przyjaciół :

— Drwalu – tak właśnie nazywałem go kiedyś, zanim jeszcze wymyślił sobie ksywkę Kiciuś – przedstawiam Ci moich kompanów bez których nie dotarłbym tutaj tak szybko. Ten, który cię powalił to Gigant – w tej chwili Karol podszedł do Kiciusia i z przeprosinami uścisnął swoją masywną łapą dłoń mojego przyjaciela – ten w płaszczu jest zwany Szpiegiem – towarzysz olbrzyma skinął głową —  a ta dwójka to Miczi i Kamil. Kiedy byliście przy sklepie z broniami uratowali mnie oni przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego. Zresztą opowiem ci wszystko jak już skończymy. Mam pewien plan— mówiąc to zacząłem przedstawiać szczegóły moim kompanom.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rozdział 8: Podróż na wschód

Czas na rozdział pełen akcji :D Jeżeli miałbym go oceniać to jest to jeden z moich ulubionych (chociaż jest jeszcze parę lepszych). Jak zwykle zapraszam do KOMENTOWANIA i wysyłania bloga znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 8: Podróż na wschód

               
                Obudził mnie wstrząs samochodu. Prawdopodobnie przejechaliśmy trupa. Kamil siedział oparty wygodnie o fotel i kierował, Dalion obok niego spoglądając to na mapę trzymaną w rękach to na drogę, oraz Miczi patrząca w milczeniu na to, co jest za oknem. Z tego co orientowałem się dojeżdżaliśmy powoli do Grabówki, niedużego miasteczka w połowie drogi do Królowego Mostu. Moja drzemka nie mogła trwać dłużej niż piętnaście minut, więc próbowałem ponownie zamknąć oczy i zasnąć.
Poprawiając się i zmieniając pozycje usłyszałem podniecony głos Daliona :
— Ktoś tam stoi! Patrzcie tam! Widzicie? Przy aucie przed nami!
Zerwałem się i wychyliłem tak, żeby spojrzeć na szybę dającą pole widzenia kierowcy. Rzeczywiście zbliżaliśmy się z każdą sekundą do oświetlonego pojazdu przy którym stało parę osób. Przez chwilę serce zabiło mi szybciej, wydawało mi się, że to jeden z furgonów z moimi przyjaciółmi.  Po chwili zdałem sobie sprawę, że jednak nie byli to oni. Ludzie stojący przed nami machali na znak, żebyśmy się zatrzymali. Kamil widocznie zaczął zwalniać, gdy odezwała się do tej pory milcząca Miczi :
— Nie.
Najwidoczniej musiała zarobić w ostatnich dniach u naszego kierowcy duży szacunek bo ten bez pytania przyspieszył i minęliśmy rozbitków jadąc dalej. Ja też nie zadawałem pytań, byłem w tym dzikim świecie dopiero przez dwa dni, a już straciłem całkowicie zaufanie do większości ludzi.  Przez chwilę zastanawiałem się co takiego musiała przejść grupa, którą minęliśmy. Naszło mnie na przemyślenia, ale nie było specjalnie na to czasu. 
Widziałem już pierwsze budynki Grabówki, małe domki. Niestety, albo na szczęście nie było widać tutaj oznak ocalałych. Miasto otaczał całun ciemności. Z kolei widać było, że i tutaj ludzie starali się uciekać czym prędzej – auta porozbijane o płoty albo o siebie same, zwłoki bez wnętrzności leżące na brudnych popękanych ulicach były teraz dosyć częstym widokiem. Ktoś uciekał z takim przejęciem, że przejeżdżając przez płot i wyłamując słup linii energetycznych wjechał do rowu gdzie auto leżało do teraz. Dosyć drastyczne były zwłoki młodej kobiety, które były przytrzaśnięte  między wrakami dwóch samochodów.
Nasz kierowca zdecydował, że powinniśmy przejechać miasteczko obrzeżami, zawsze wydawało się to bezpieczniejsze, niż przejechanie środkiem, gdzie ktoś dalej mógł się chować, żeby nas zaatakować. Zgodziliśmy się z nim i obserwowaliśmy jak skręca na bardziej polną drogę, która z tego co pamiętam okrążała miasto, skręcała w las i wychodziła kawałek na północ, skąd łatwo było wrócić na szlak prowadzący do Królowego Mostu.
Nasze auto podskakiwało niebezpiecznie na kocich łbach, które pokrywały polną dróżkę. Bałem się, że tego typu jazda w końcu skończy się kolejną awarią co byłoby fatalne, szczególnie biorąc pod uwagę to, że niecałe dwa kilometry stąd znajdywała się inna grupa ocalałych. Zagłębiając się w ścieżkę przejeżdżaliśmy w pobliżu opuszczonych domków jednorodzinnych i typowych dla tego rodzaju mieścin, sklepów spożywczych oraz niedużych barów. Z daleka widzieliśmy znajdujący się nieopodal zbiornik wodny, którego tafla odbijała blask księżyca. Przypomniałem sobie ile razy jeździłem tą drogą z Kiciusiem i Marcinem. To było smutne, że prawdopodobnie już nigdy nie będziemy tędy jechać w takich samych nastrojach wakacyjnych, jak kiedyś.
Teraz Cinek był moim wrogiem a życie Erniego wisiało na włosku, w końcu był zakładnikiem. Nagle poczułem, że nasz pojazd zaczyna hamować. Byłem pewien, że poszło nam kolejne koło, jednak tym razem było to coś znacznie gorszego. Przed nami droga była całkowicie zablokowana konarem drzewa. Nie wiem czy ktoś je ściął, szczerze powiedziawszy, mi przypominało to stare motywy z filmów, kiedy to bandyci blokowali w ten sposób przejazd a następnie wyskakiwali z zarośli i rabowali jadące osoby. Tutaj jednak nie było żadnych zbirów. Przy konarze znajdowało się wiele zombie :
— Co robimy? – zapytałem, kiedy całkowicie się zatrzymaliśmy, około dziesięć metrów od leżącego drzewa.
— Wydaję mi się, że powinniśmy wyjść i na piechotę przejść się do centrum tego miasta, może tam droga będzie przejezdna. Wtedy wycofamy auto i po prostu tamtędy pojedziemy. Jak już nie będzie innej opcji, chyba będziemy zmuszeni do oczyszczenia szwendaczy przed nami i ręcznego przepchania kłody – wypowiedziała się konkretnie Miczi.
— Co powiecie na to, żebym ruszył z Dalionem do miasta, a ty zostaniesz tu z Kamilem i popilnujecie auta? – spytałem.
— W sumie niezły pomysł. Tylko uważajcie na siebie do cholery! —  krzyknęła żartobliwie.
Wyszedłem, z najmłodszym członkiem grupy, z auta i obserwowaliśmy, jak Miczi ściąga wiatrówkę z pleców a Kamil wyjmuje pistolet z kabury i zaczęliśmy powoli poruszać się w stronę centrum miasta. Byliśmy całkiem dobrze uzbrojeni, jak na taki cichy zwiad, ja miałem wciąż pistolet z dwoma nabojami w razie gdybyśmy byli w naprawdę sporych tarapatach, nóż zabrany z domu i toporek, który pożyczyłem od Kamila.
 Dalion miał przy sobie także topór, ale z tego co widziałem, jak na swój wiek, naprawdę dobrze sobie radził w posługiwaniu się tą bronią. Światło księżyca dawało nam na tyle dobry zakres widzenia, że nie musieliśmy nawet zdradzać swojej pozycji latarkami.  Czekało nas około trzech kilometrów do przejścia, miasteczko w końcu nie było duże, co najmniej dwadziścia razy mniejsze od Białegostoku. Przedzierając się przez chaszcze pobiegliśmy nie za szybko. Moje zmysły były bardzo wyostrzone i słyszałem prawie każdy krok stawiany przez nas. Wydawało mi się, że robiliśmy mnóstwo hałasu, ale nie było innego sposobu, żeby przedrzeć się przez krzaki.
Już po chwili weszliśmy na chodnik przy jednym z domków. Teraz wystarczyło tylko odnaleźć w tych uliczkach drogę główną i pójść nią w stronę Białegostoku, żeby sprawdzić czy aby na pewno jest przejezdna. Idąc gęsiego, zatopiliśmy się w kompleks domków. Wtedy zauważyliśmy pierwsze zagrożenie. Przy płocie stał trup.
Rozglądał się i węszył w poszukiwaniu pokarmu. Był wyjątkowo brzydki i jęczał jakby miał problemy z oddychaniem. Dając znak mojemu towarzyszowi podbiegłem i od razu po tym jak się odwrócił, przeszyłem na wylot ostrzem noża jego gardło. Ciepła krew polała się na mnie a zombie osunął się z cichym łoskotem na chodnik. Nie wstał już.  Na tej samej uliczce zauważyliśmy jeszcze dwa i wyeliminowaliśmy je w podobny sposób.
Skręciliśmy i według tabliczki przebywaliśmy teraz na ulicy Mokrej. Wtem usłyszeliśmy przerażający hałas, który słychać było z okolic centrum miasta. Coś jakby krzyk połączony z głuchym uderzeniem. Nie patrząc na nic przeskoczyłem przez mur na teren jednej z posiadłości i obserwowałem jak to samo robi Dalion. Tłumacząc mu po cichu, żeby szedł za mną poczułem się znowu jak na ulicy Lwowskiej. Przemierzając długość ulicy przez ogródki właścicieli zbliżałem się do źródła hałasu. Ten, który je robił musiał być naprawdę niedaleko bo słychać je było nad wyraz wyraźnie.
Nagle zobaczyłem światło latarki, które przejechało chaotycznie po mojej postaci i zamarłem. Teraz do symfonii przeróżnych, mniej i bardziej przyjemnych, dźwięków usłyszałem również ożywiony dialog prowadzony pomiędzy paroma osobami. Dało się wyróżnić przynajmniej dwa różne głosy męskie, jeden damski i jeden należący do jakiegoś dziecka. Dalion zamarł za mną z wyciągniętą siekierą a ja powoli wyciągnąłem i odbezpieczyłem pistolet. Wychylając się zza murka obserwowałem biegnących ulicą ludzi. Ku mojemu przerażeniu byli uzbrojeni w bronie do walki wręcz. Dodatkowo jeden z mężczyzn miał w ręce pistolet.
Niespodziewanie za nimi wyłonił się łańcuszek składający się z około dziesięciu umarłych. Musieliśmy stąd uciekać i ich ominąć. Wtedy jednak przeanalizowałem miejsce, do którego biegną i stwierdziłem, że jeżeli nie zmienią trasy trafią prosto na Miczi i Kamila oraz nasz wóz. Dalion też to musiał zauważyć, ponieważ szturchnął mnie znacząco pokazując, że musimy działać. Moja decyzja nie należała do najmądrzejszych, ale wstałem i krzyknąłem, podrywając do biegu młodego. Cztero-osobowa grupa odwróciła się i spojrzała na nas.
Teraz widziałem dokładnie, że składała się z dwóch mężczyzn w wieku około dwudziestu i trzydziestu pięciu lat, kobiety wyglądającej na trzydziści i dziewczynki nie mogącej mieć więcej niż dziesięć latek. Ta ostatnia tak przeraziła się na nasz widok, że aż się wywróciła. Zombie dościgały ich a my nie patrząc na to co się z nimi stało pobiegliśmy w przeciwną stronę. Miałem nadzieje, że małej się nic nie stanie a zarazem ,że prowokacja udała się i tamci zmienią trasę, żeby udać się w pościg za nami. Odgłos szybkiej dekapitacji trupów dał mi dodatkowej siły do uciekania, wiedziałem, że teraz tamci ruszą za nami.
Już na zakręcie wkraczającym w kolejną uliczkę uznałem, że jesteśmy bezpieczni, kiedy usłyszałem strzał i krzyk. Dalion biegł za mną lecz gdy się odwróciłem leżał przy murku czołgając się w moją stronę. Dostał w nogę. Przekląłem sam siebie i pomogłem mu wczołgać się za murek. Uliczka była czysta, wszystkie trupy musiały zostać ściągnięte i zabite przez  goniące nas osoby. Dalion jęczał okropnie a z rany sączyła się powoli krew. Obejrzałem ją szybko i oceniłem, że kula tylko drasnęła jego nogę, a zarazem rana była dosyć poważna.
 Musiałem myśleć szybko, nie miałem jak teraz uciec  z postrzelonym towarzyszem, szans na negocjacje też nie było. Słyszałem biegnące ku nam osoby. Musiałem spróbować uratowania sytuacji, nie mogłem zginąć po tym jak los ocalił mnie przed śmiercią w parku. Wrzasnąłem na cały głos :
— Nikt nie musi zginąć, nie szukamy kłopotów!
Usłyszałem jak kroki zwalniają. Spojrzałem na mojego towarzysza, który z wyrazem bólu na twarzy ściskał ranę postrzałową. Ludzie, którzy nas gonili naradzali się po cichu, słyszałem tylko pomruki ich słów. Kontynuowałem więc :
— Jeżeli ktokolwiek przejdzie przez ten zakręt zostanie zabity. Pozwólcie nam odejść.
Tym razem odpowiedź nadeszła natychmiastowo :
— Chcemy waszego auta. Jeżeli nam je oddacie to możecie odejść. Nie chcieliście się zatrzymać na drodze, więc teraz zobaczycie jak to jest – głos drżał, widać było, że jego właściciel był zdenerwowany i słabo wychodziło mu ukrywanie tego. Ucieszyło mnie to, widać było, że bali się nas. Kontynuując moje słowa rzekłem :
— W naszym aucie jest jeszcze sześć osób. Po usłyszeniu strzałów już prawdopodobnie są w drodze i zaraz odetną was od tyłu. Spierdalajcie stąd póki możecie – starałem się nadać mojej wypowiedzi jak najbardziej zimny ton. Dodatkowo przeładowałem pistolet, żeby jeszcze bardziej ich przestraszyć.  Po chwili usłyszałem jak dziewczynka zaczyna płakać, to samo kobieta. Jeden z mężczyzn wydawał się chcieć mnie zaatakować, ale ostatecznie nie wyszedł zza muru. Ucieszony sukcesem usłyszałem tylko niby groźne :
— Jeszcze zdobędziemy ten wóz, od razu jak dowiemy się, gdzie się znajduje.
Następnie dotarły do moich uszu oddalające się dźwięki ich kroków i płacz dziecka. Nie wierzyłem, że udało mi się ich wystraszyć. Co lepsze po wyjrzeniu za zakręt, widziałem jak grupa idzie w innym kierunku niż wcześniej. Nadal jednak bałem się, że mogą podążać w stronę auta gdzie byli Miczi i Kamil. Miałem też teraz ze sobą kogoś, kto nie mógł cicho i sprawnie się poruszać więc schylając się do Daliona powiedziałem spokojnie :
— Dalionie, wróć do auta. Nie pomożesz mi w takim stanie a jedynie możesz sprowadzić na nas więcej tego gówna – widząc przerażenie na jego twarzy, szybko dodałem – masz mój pistolet. Są w nim dwa naboje. W razie jak znowu spotkasz tych ludzi będziesz miał jak się bronić. Uspokój Miczi i powiedz, że wrócę jak tylko sprawdzę główną ulicę. Bywaj.
                Nie czekając na odpowiedź pomogłem mu wstać i zobaczyłem jak kuleje w stronę, z której przybyliśmy. Wierzyłem, że mu się uda. Musiało mu się udać. Ja z kolei w ponurym nastroju ruszyłem do centrum. Skręcając w kolejne uliczki nie spotkałem już zbyt wielu zombie. Przy samej głównej ulicy zobaczyłem dwa szwendacze obok siebie. Starając się wykorzystać element zaskoczenia ruszyłem w szarży do ataku zamachując się na nie. Nie byłem jednak jeszcze wystarczająco wprawiony bo pierwszy cios trafił martwego w bark a drugi wylądował w szyi uwalniając strumień ciemnej, brudnej krwi. Zostawiając siekierę w ciele odepchnąłem go nogą aby móc zająć się drugim. Zamachnął się na mnie lecz zrobiłem szybki unik i powtórzyłem cięcie tym razem trafiając w tył głowy i tym samym powalając wroga na zawsze. Drugi próbował niezdarnie wstać, ale szybko doskoczyłem do niego i używając ręki, która wciąż była odrobinę obolała po upadku z dachu przytrzymałem umarlaka wyciągając toperek i wbijając go z całej siły ponownie. Trafiłem w głowę i zakończyłem pojedynek.
Wyjmując bronie z ciał rozejrzałem się czy aby przypadkiem nie nadchodzą kolejne, całe szczęście było pusto. Wyszedłem powoli na główną ulicę i rozejrzałem się w prawo i w lewo. Droga była czysta! Ucieszony odwróciłem się aby wrócić tą samą trasą, którą tutaj przybiegłem. Wydawało mi się, że wracało się o wiele dłużej. Będąc już w połowie usłyszałem krzyk. Byłem tak przerażony myślą, że mogło to dochodzić z okolic auta, że zatrzymałem się jak wryty. Następnie padł strzał.
Przyspieszyłem znacznie. Przeskakiwałem mniejsze płotki i biegłem jak najszybciej byłem w stanie, aż po chwili złapałem zadyszkę. Znalazłem się na uliczce na której postrzelili Daliona. Nie dałem rady biec dalej w takim tempie więc zwolniłem odrobinę i idąc wzdłuż płotów i murków ujrzałem chaszcze. Do samochodu miałem maksymalnie sześćset metrów. Ostrożnie wyjrzałem za róg, kiedy za moimi plecami rozległ się dziwny dźwięk.
Obróciłem się i zamarłem. Przede mną czołgał się konający mężczyzna z grupy, która postrzeliła mojego towarzysza. Co gorsza zauważyłem w jego ręce pistolet. Czemu nie strzelał? Wtedy przyjrzałem się uważniej i zamarłem całkowicie. Mężczyzna czołgający się przede mną miał plamę krwi na plecach i widać było, że konał. Jednak to co trzymał w ręce przeraziło mnie jeszcze bardziej. W jego dłoni znajdywała się odcięta dłoń z pistoletem. Od razu skojarzyłem, że broń była moja. Oddałem ją Dalionowi. Co się stało? Podbiegłem i w napływie gniewu skończyłem cierpienie mężczyzny. Toporek wbił się w jego gardło i zakończył żywot wytryskiem krwi, która zabarwiła dosyć szybko chodnik. Nie zwracałem jednak uwagi na to czy się ubrudzę. Drżącą ręką wyjąłem z jego dłoni, dłoń Daliona i sprawdziłem stan magazynka. Był jeden nabój. Skojarzyłem fakty i przerażony zdałem sobie sprawę, że Miczi i Kamil mogą być w niebezpieczeństwie. Schowałem rękę z pistoletem do kieszeni i pobiegłem.
Może młody zdołał dotrzeć do samochodu? Przedzierając się jak dziki przez krzaki dotarłem w pięć minut do auta. Zobaczyłem dwójkę moich przyjaciół, ale po młodziaku nie było śladu. Bez słów pokazałem im rękę obserwując przerażenie w oczach czarnowłosej i szok na twarzy naszego kierowcy. Nie pamiętam tego co działo się później. Powiedziałem do nich coś po cichu, wsiadłem do auta i obserwowałem jak wracamy się na główną drogę. Przejechaliśmy przez Grabówkę a ja ciągle milczałem widząc odciętą dłoń leżącą na siedzeniu obok. Mogłem go odprowadzić. Wszystko to była moja wina. Dalion nie musiał oddawać życia, mogłem poświęcić się i sam ruszyć na zwiad. Mogłem nie prowokować ludzi na ulicy i liczyć, że druga grupa nie trafi na samochód. Jednak podjąłem takie a nie inne decyzje.
Byłem też potwornie zmęczony, więc jadąc zasypiałem co chwilę i się budziłem. Kiedy zobaczyłem panoramę Królowego Mostu przeżyłem kolejny szok. Wioska była nieduża i z głównej drogi można było odjechać na prawo gdzie znajdowało się parę domków i sklep lub na lewo gdzie domostw było znacznie więcej. Tam znajdywał się dom letni Kiciusia. Co najlepsze z daleka widziałem światła i obudowania. Wyglądało to na duży obóz. Odezwałem się wtedy po raz pierwszy od pół godziny :
— Zatrzymaj się. Zostawimy tu auto i przejdziemy się na piechotę.

Znałem okoliczne tereny dosyć dobrze i wiedziałem, że jeżeli rzeczywiście jest tam obóz nie ma szans, żebyśmy podjechali tam autem. Wysiedliśmy więc we trójkę chowając auto w lesie i przemierzając leśną ścieżkę ruszyliśmy na lewo. Zaczął wstawać nowy dzień.

wtorek, 18 lutego 2014

Rozdział 7: Nieoczekiwany Sojusz

W tym rozdziale pojawi się pewna ciekawa postać i Bobru będzie kombinował jak uwolnić przyjaciół. Odpalcie dobrą muzykę, zróbcie herbatkę i czytajcie :D Po przeczytaniu proszę o KOMENTARZ oraz podesłanie bloga znajomym :)

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 7 : Nieoczekiwany Sojusz


                Był wieczór. Słowa mojego przyjaciela uderzyły we mnie, niczym rozpędzony tir. Ten potworny śmieciarz, Alex, zmusił moich przyjaciół do zrealizowania mojego planu. W końcu to ja zamierzałem zaszyć się na czas apokalipsy na działkę Kiciusia, która znajdywała się niedaleko Białegostoku, dwadzieścia kilometrów na wschód. Nic, dzisiejszego szalonego dnia, nie zdenerwowało, ani nie przeraziło mnie tak jak to, co usłyszałem przed chwilą. Dwa leżące na mnie ciała nie mogły równać się z terrorem tych słów. Dogorywający chłopak po drugiej stronie płotu, był niczym w porównaniu z tym. Moi związani przyjaciele i zdrajcy, stojący dziesięć metrów ode mnie byli naprawdę niczym. Jak wyobraziłem sobie Alexa, siedzącego w fotelu na działce z której wyniosłem najlepsze wspomnienia mojego życia, aż mną zarzuciło.
Byłem gotów wstać i wpakować w niego kulkę bez względu na to, czy mnie zastrzelą parę sekund później . Korzystając z hałasu na ulicy, gdzie furgonetki były pakowane broniami, zwaliłem z siebie trupy i powoli zacząłem się podnosić z spluwą w ręku. Jeden szybki strzał i mogłem pozbyć się mojego największego wroga. Pewny siebie podniosłem się prawie na wysokość płotu, gdy poczułem na moich plecach ciężar lufy. Z przerażenia krzyknąłbym, lecz ktoś zasłonił mi ręką usta i jedyny dźwięk jaki z siebie wydałem to zduszony okrzyk zdziwienia. Jak mogłem być taki ślepy, żeby dać się zajść od tyłu. Wiedziałem, że jeżeli wykonam zbyt gwałtowny ruch zginę, więc nie odwracając się czekałem.
W końcu gdy usłyszałem, że dwa furgony są zapakowane, a Cinek daje znak do odjazdu usłyszałem znajomy głos za plecami. Kobiecy głos :
— Nie ma mowy, żebym pozwoliła ci na taką głupotę, mój drogi Boberku – skądś znałem ten głos a fakt, że ta osoba znała moją ksywkę upewniał mnie w tym, że już kiedyś z nią rozmawiałem –A teraz bez głupich ruchów odwróć się i spokojnie spójrz mi w oczy.
Odwróciłem się. To była dziewczyna, która wraz z dwoma kompanami przemierzała ulicę w drodze do sklepu z bronią, jeden z kompanów stał teraz obok niej z pistoletem. Była szczupłą długowłosą brunetką, z pięknymi oczyma i przyjaznym wyrazem twarzy. Ubrana była w wygodne, do poruszania się, spodnie, glany oraz bluzę z kapturem. Na szyi wisiała luźno bandanka. Przez ramię miała przewieszoną wiatrówkę. Była ładna, co nie zmieniło faktu, że byłem na nią zły. Pozwoliła odjechać moim przyjaciołom. Wzrostem nie dorównywała mnie, powiedziałbym, że jest o głowę niższa. Mimo to dalej nie wiedziałem jak się nazywa więc zapytałem niepewnie :
— Znasz mnie?
— Och no tak, zapomniałam zupełnie, że nigdy mnie nie widziałeś a mój głos mógł brzmieć przez mikrofon trochę inaczej. To ja Miczi.
Z zdziwienia otworzyłem szeroko gębę. Po chwili oczywiście ją zamknąłem, ale mimo to dalej nie mogłem uwierzyć w to, kto przede mną stoi. Przytuliłem ją na znak powitania i rozpoznania. Była moją przyjaciółką poznaną w Internecie, z którą nie raz rozmawiałem i grałem.  Kiedy utonęliśmy w objęciach zrozumiałem jak przez ostatnie godziny brakowało mi czyjegoś towarzystwa.  Po uwolnieniu się z uścisku zaczęła pewnym głosem :
— Przepraszam, że tak zaszliśmy cię od tyłu, ale uwierz na słowo, że nie obserwowaliśmy ciebie długo. Ujawnilibyśmy się jak ludzie, ale jak zobaczyłam co planujesz zrobić zrozumiałam, że nie tędy droga. Och wybacz, ten chłopak nazywa się Dalion.
Owy Dalion był młodszym i niższym ode mnie chłopcem, który musiał być przyjacielem z klasy lub ze szkoły Miczi. Miał bujną blond czuprynę, był ubrany podobnie do niej i na jego twarzy widniał uśmiech.  Przywitałem go uściskiem dłoni :
— Wracając do tego co się stało, dziękuje Miczi. Gdyby nie twoja, dosyć brutalna i prawie przyprawiająca mnie o zawał, interwencja prawdopodobnie bym nie żył. Możemy porozmawiać?
— Nie teraz. Musimy pozbyć się tego chama, który leży za płotem a następnie podjedzie po nas mój znajomy. Pojedziemy do Królowego Mostu.
Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Widocznie moja przyjaciółka wiedziała na czym mi zależy i bez konieczności rozmowy odczytała moją prośbę. Skinąłem tylko głową na znak tego, że rozumiem i razem z Dalionem i Miczi przeskoczyliśmy płot, przy którym skrywałem się dobre dwadzieścia minut. Na ulicy dalej leżały trupy dwóch ludzi z ekipy Alexa, oraz konający strzelec z skrzyżowania. Ja osobiście chciałem go ocucić, ale Miczi spojrzała na niego tylko z złością w oczach i wyrywając Dalionowi zza pasa nóż przebiła mu gardło. Po tym jak dostał wcześniej jego twarz przypominała buraka, teraz wyglądał jeszcze gorzej, kiedy z jego ust wylała się fala krwi. Nie powiem, żeby mnie nie zdziwiło zachowanie mojej koleżanki, więc chciałem głośno wyrazić moją dezaprobatę, jednak w tym momencie Miczi pospieszyła z wytłumaczeniem :
— Wiem, że to może nie wyglądać za dobrze i pomyślałeś teraz o mnie, jako o najgorszej psychopatce, jednak już tłumaczę – w tym momencie wskazała na leżącego trupa —  ten oto skurwysyn chciał nas zastrzelić jak mijaliśmy jedną z galerii. Całe szczęście chybił, ale nie pozostaliśmy mu dłużni i ruszyliśmy za nim. Widzieliśmy chwilę później jak próbuje kogoś zastrzelić na skrzyżowaniu więc ja także strzeliłam. Niestety spudłowałam.
Teraz fakty mi się połączyły. Tajemniczym snajperem , którego mijałem na skrzyżowaniu musiała być właśnie ona.  Po chwili wytłumaczyłem w jaki sposób mi pomogła, na co ona uśmiechnęła się. Dalion chciał przeszukać sklep z bronią, ale kiedy zrelacjonowałem im co widziałem niedawno, wszyscy ustaliliśmy, że nie ma sensu nawet ryzykować wchodzenia tam. Jakiś czas później po przeszukaniu uliczki zapadł zmrok i przysiedliśmy pod sklepem czekając na znajomego Miczi i Daliona.
Kiedy usłyszałem pisk opon zdenerwowałem się, bo w ciemności nie mogliśmy rozpoznać auta i stwierdzić czy prowadzi je przyjaciel czy wróg. Kiedy ten jednak zatrzymał się przed nami i wysiadł poznałem w nim drugiego towarzysza Miczi, którego widziałem przed moim blokiem. Przywitałem go, ten zdecydowanie był w moim wieku, nawet wyglądał trochę jak ja i po chwili zapakowaliśmy się do wozu i szykowaliśmy się do odjazdu. 
Teraz dopiero, kiedy usiadłem poczułem w pełni moje zmęczenie i głód. Spytałem Miczi czy mają coś do jedzenia. Ta natychmiast podała mi bułkę i kawałek kiełbasy z plecaka. Podziękowałem jej i zacząłem jeść. Ich auto było rodzinnym samochodem osobowym, więc  zmieściłyby się tu jeszcze co najmniej cztery osoby.  Mieliśmy dużo przestrzeni dla siebie, kierowca, który po nas podjechał miał na imię Kamil. Siedział z przodu z Dalionem i w milczeniu obserwowali trasę na mapie ruszając powoli. Ja siedziałem z tyłu z Miczi i rozmawialiśmy o wszystkim. Opowiedziałem jej jak minęły moje ostatnie dni i jakie miałem teraz priorytety.  Później wysłuchałem  jej opowieści. O tym jak była świadkiem śmierci swoich rodziców, jak szybko ten świat ją zmienił, jak uciekła ze swojego miasteczka do Białegostoku z dwoma znajomymi i cicho liczyła na to, że mnie spotka :
— Nawet nie wiesz jak się cieszę. Nie miałam, żadnych planów a ty zawsze wydawałeś się twardo chodzący po ziemi.
Zdziwiłaby się. Ale nie chciałem jej martwić, musiałem się jej trzymać, bez niej dojechanie do Królowego Mostu zajęłoby mi parę dni. Za oknami widziałem krajobrazy zniszczonego miasta. Opustoszałe ulice, mnóstwo wraków samochodów i setki trupów. Nasz kierowca musiał mieć już jakieś doświadczenie, bo całkiem sprawnie przejeżdżał kolejne uliczki. Zastanawiałem się, gdzie teraz podziewa się moja rodzina i czy jest bezpieczna. Zapytałem towarzyszy o to, czy słyszeli o wielkich ewakuacjach z miast, ale ci nie słyszeli o tym nic. Próbowałem zasnąć, aczkolwiek nie znosiłem za dobrze podróży autami i jedyne na co mogłem sobie pozwolić to delikatne drzemanie z głową opartą o szybę.
                Około dziesięć minut później, kiedy już byliśmy na trasie wylotowej na wschód, trafiliśmy na najbardziej pechowe zdarzenie jakie mogło się nam trafić. Złapaliśmy gumę. Kamil zjechał na pobocze a ja z Dalionem i Miczi wysiedliśmy, żeby zobaczyć powagę obrażeń. Opona samochodu była przebita i nie było mowy, żebyśmy jechali dalej po bardziej i mniej przystosowanych drogach z takim kapciem.  Na nasze szczęście samochód, który znalazł nasz kierowca, miał z tyłu zapasową oponę. Pomogłem mu ją wyjąć z bagażnika po czym zajęliśmy się jej wymianą. W tym czasie Miczi i Dalion patrolowali okolicę. Kiedy byliśmy w punkcie kulminacyjnym naprawy usłyszeliśmy alarmujący krzyk :
— Dziesięciu szwendaczy na wylotowej. Bobru musisz nam pomóc.
Upewniając się, że Kamil da sobie radę sam, wyciągnąłem nóż ,który zabrałem z domu i w mroku zlokalizowałem promień latarki moich przyjaciół. Widziałem jak młody ścina łeb zombiaka czymś na podobieństwo tasaka kuchennego, a Miczi oświetla jak najlepiej umie, całe pole walki. Dołączyłem się do nich atakując zimnego, który zbliżał się z flanki, niebezpiecznie blisko Daliona. Dźgnąłem go prosto w czaszkę z takim impetem, że miałem problem z wyciągnięciem noża co mogło mnie kosztować życie, gdyby nie szybka reakcja mojej przyjaciółki, która wyciągnęła młotek zza paska i zdzieliła nadchodzącego na moje plecy trupa.
Po wyczyszczeniu jeszcze paru i upewnieniu się, że jesteśmy bezpieczni, wyłączyliśmy latarkę i włączyliśmy światło w środku samochodu. Wiedziałem, że nie jest mądre, rzucanie się w oczy w taką noc, zwłaszcza tak blisko miasta z którego w tej chwili uciekało w różnych kierunkach mnóstwo ocalałych, ale do ukończenia wymiany opony było ono niezbędne. Nasłuchując w ciszy, przerywaną jedynie odgłosami wymiany koła, czekaliśmy na dalszy bieg wydarzeń. Na oko było około godziny dwudziestej trzeciej. Ciepły jesienny wieczór. Z dala było widać cień miasta w którym się urodziłem. Pięć minut później samochód był gotów do drogi. Wsiedliśmy wszyscy i wykorzystując chwilę spokoju osunąłem się z tyłu na siedzenie i zacząłem w ciszy drzemać. 

czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział 6: Sklep z bronią

Kolejny rozdział, w którym dowiecie się co się stało z grupą Bobra i czy znalazł swoich przyjaciół przy sklepie z bronią. Pamiętajcie, że jeżeli wam się podobało, zostawcie komentarz i roześlijcie bloga znajomym :)

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 6: Sklep z bronią


                Byłem naprawdę blisko celu. Od sklepu dzieliło mnie zaledwie parę pomniejszych ścieżek. Wkroczyłem pewnie w osiedle,  gdzie zobaczyłem jak bardzo się zmieniło, od mojej ostatniej wizyty. Większość domków miała powybijane okna, powyrywane z zawiasów drzwi i ślady sadzy bądź krwi na ścianach. Przy jednej z posiadłości zakończyłem cierpienia zombiaka, który był nabity na płot brzuchem i podziwiając okrutny krajobraz, ostrożnie puściłem się biegiem do przodu.
 Pokonując kolejne zakręty, połamane krzaki noszące ślady ucieczki, właścicieli domów, porozbijane pojazdy oraz pojedyncze Szwendacze, które w większości były zajęte pożeraniem owych właścicieli, zdałem sobie sprawę z czegoś o czym wcześniej nie pomyślałem. Być może była to wina adrenaliny lub zmęczenia, ale teraz dopiero dotarło do mnie, że nie miałem kompletnie żadnego planu. Byłem sam.  Moi przyjaciele, prawdopodobnie uwięzieni i związani, mogli być w sklepie, ale jakie szanse miałem w uwolnieniu ich w pojedynkę?  Miałem do czynienia z przeciwnikami silniejszymi ode mnie, z pewnością bardziej licznymi, a teraz, prawdopodobnie także lepiej uzbrojonymi. Zakładając, że byli oni w sklepie przed innymi ocalałymi, mieli teraz spory zapas amunicji oraz broni palnej. Ja miałem tylko własne umiejętności, spryt i dwa naboje w magazynku. 
Niestety nadszedł koniec mojego planowania bo przede mną, w odległości około stu metrów, zobaczyłem sklep. Musiałem działać spontanicznie. Zalała mnie fala adrenaliny, kiedy zobaczyłem, że przed militariami stoi czterech kumpli Alexa w tym  Cinek.  Pomyślałem teraz jak bardzo go nienawidzę. Kiedyś był moim najlepszym przyjacielem, zaledwie parę lat temu pomyślałbym o tej sytuacji jako o takiej w której stoje z nim tu i planuje jak zniszczyć naszych wspólnych wrogów. Fatalnie.
Z tego co zdążyłem zauważyć, nie próżnowali przez ostatnie dwanaście godzin. Przed sklepem stały dwie furgonetki, nie zauważyłem moich przyjaciół, jednak po chwili dotarło do mnie, że prawdopodobnie są w sklepie z Alexem, Goliatem i resztą ferajny i zbierają wszystko co się da. Widziałem, że oba wozy były obładowane zapasami jedzenia, picia, lekami i bronią. Niesamowite jak grupa czternastu idiotów uzbierała tego tyle, dodatkowo posiadając zakładników. Teraz zacząłem się zastanawiać jak podejść prostą uliczką bliżej sklepu, żeby móc działać dalej. Wtedy wpadłem na pomysł.
 Przeskoczyłem, najciszej jak się dało, pobliski żywopłot i ruszyłem sprintem poprzez posiadłości mieszkańców ulicy, co umożliwiło mi po chwili skrócenie dystansu z stu metrów do zaledwie dziesięciu. Słyszałem urywki rozmów. Zamarłem jednak jak usłyszałem człapanie za mną. W ogrodzie, w którym byłem aktualnie znajdowały się zombie. Były dosłownie parę kroków ode mnie. Nie mogłem się wdać teraz w walkę bo zaraz zostałbym wykryty. Natychmiastowo wpadłem na genialny pomysł i próbując jak najbardziej ucharakteryzować głos warknąłem :
— Ghhhrrrrrr!
Udało się. Cinek i jego kompani zwrócili uwagę na ogródek i bez zastanowienia wypakowali serie z pistoletów, wrzeszcząc jak opętani i zdejmując mi po paru strzałach niebezpieczeństwo z pleców.  Kiedy zimne ciała opadły na mnie, tym razem w pełni martwe, pochwaliłem jeszcze raz głupotę Marcina, który nawet nie myślał o cichym wyeliminowaniu zombie z bliska, co równałoby się wykryciu mnie. Wracając do obserwacji usłyszałem trzask drzwi sklepu.  To był Alex. Krew się we mnie zagotowała od razu jak zobaczyłem jego głupkowaty wyraz twarzy. Wyleciał ze sklepu jak oparzony, trzymając w ręce pistolet i krzycząc :
— Kompletnie wam odwaliło? Wiecie z jak daleka było słychać te strzały? Do kogo strzelaliście?
— Luzuj stary. Ta ulica jest nasza, sam kazałeś nam ją oczyścić. Za płotem były dwa trupy to je zajebaliśmy – powiedział z oburzeniem Cinek.
— Jakoś kurwa nie widzę tych trupów – wypalił Alex.
Zamarłem.
— Zaraz ci je pokaże, serio wyluzuj bo źle z tobą – skontrował Cinek.
Strach mnie sparaliżował. Jeżeli ten cep tu podejdzie i spojrzy za płot na pewno mnie zauważy. Będę musiał strzelać i uciekać. Prawdopodobnie zginę. Drżącą ręką wyjąłem pistolet z kieszeni i gotowy do oddania strzału wycelowałem w górną część płotu. Słyszałem jego kroki. Jeden, drugi, trzeci, był już naprawdę blisko. Zobaczyłem jak opiera rękę na płocie aby pokonać go skokiem. Wybacz mi, powiedziałem cicho gotów nacisnąć spust.
 Wtem usłyszałem strzał. Z wrażenia aż wypuściłem broń. Kto strzelił? Usłyszałem nagle ciężkie kroki z innej części ulicy i wrzask zombie.  Ulga jaka zalała moje ciało była nieporównywalna z niczym innym. Ręka Marcina cofnęła się i usłyszałem jak krzyczy do Alexa i trzech kumpli aby się chowali. Usłyszałem też kolejny strzał i trzask drzwi sklepowych. To był Goliat. Wrzeszczał, żeby szybko wychodzili ze sklepu. Chaos. Kroki, strzały, wrzaski i w końcu upadające ciała zombie. Przez szparę w płocie zobaczyłem kto biegnie. To była ta sama osoba, która strzelała do mnie na drodze do skrzyżowania. Dobiegła z zombie aż tutaj, teraz jednak widocznie ciężko stąpała, a za nią rozciągał się widok postrzelonych trupów.
Po drugiej stronie, przy płocie chował się Cinek z pistoletem pół-automatycznym, Alex przy sklepie z pistoletem w dłoni i cała reszta przy autach za nim. Widziałem moich przyjaciół. Kiciuś wyglądał na pobitego, jego nos wydawał się złamany, chociaż w tych emocjach mogłem źle zauważyć. Nieznajoma stała od razu za nim. Obok stał Goku. Cała trójka miała związane ręce. Obok stała Natalia. Wyglądała na zasmuconą czymś, nie byłem pewien czy to kwestia tego, że myślała, że nie żyje czy raczej tego, iż ostatnie dni były naprawdę ciężkie.  Eryk, Damian i Bartek, jej znajomi, w tym brat Kiciusia nie byli zakłuci. Stali swobodnie, co prawda bez broni, aczkolwiek wolni.
Strzelanina trwała dalej. Mój oprawca zbliżał się z ostatnim zombiakiem, kiedy Cinek i Alex kontynuowali ostrzał. Dodatkowo zauważyłem, że ze sklepu wybiegają zombie. Nie widziałem kto dokładnie je odgania, ale założyłem, że był to Goliat z resztą łebków uzbrojonych w parku w przeróżne bronie do walki wręcz. Mogłem próbować pomóc strzelcowi z skrzyżowania okaleczając Cinka lub Alexa przez płot, ale wiedziałem, że nic to nie da a w ostatecznym rozrachunku chłopak i tak zginie, a mnie również mogłoby to kosztować życie. Pozostawało mi tylko obserwować dalej wymianę pocisków i widzieć jak jeden z kumpli Alexa dostaje w klatkę piersiową i spada z furgonetki na ulicę zostawiając momentalnie ogromną kałużę krwi pod sobą. Ucieszyłem się ogromnie, w końcu jednego wroga mniej. Moja radość była jednak krótka, bo po chwili usłyszałem charakterystyczny dźwięk pustego magazynka. Spojrzałem przez lukę w płocie i zobaczyłem, że Alex i Cinek dalej strzelają, kiedy próbowałem odwrócić wzrok na strzelca z skrzyżowania widziałem jak dostaje prosto w nogę, wywraca się, a spluwa wypada z jego rąk. Strzelanina się skończyła. Alex wstał i ruszył pewnym krokiem do postrzelonego człowieka. Byłem pewien, że teraz albo go dobije, albo pozostawi na pożarcie ostatniego szwendacza, który za nim pełzał i był coraz bliżej. Ten jednak przeładował i pewnym strzałem w głowę rozwalił zombiemu mózg. Zdziwiłem się. Czyżby chciał uratować człowieka, który przed chwilą zabił jednego z jego przyjaciół? Ciała zombie leżące częściowo na mnie zaczynały mi ciążyć, wiedziałem jednak, że to najbezpieczniejsza opcja jaka mi póki co pozostała. Kiedy Alex podbiegał do swojej ofiary obejrzałem się, żeby zobaczyć co się dzieje z ludźmi przy sklepie. Usłyszałem krzyk i byłem gotów nawet wstać i zobaczyć który z moich przyjaciół ucierpiał, jednak po chwili zobaczyłem sikającego z gardła krwią kumpla Alexa i machającego nad nim toporem, Goliata. Widocznie z czternastu dresiarzy zostały tylko dwunastu. Ucieszyło mnie to. Upewniając się, że sytuacja moich znajomych jest stabilna, odwróciłem wzrok w stronę czarnowłosego zdrajcy i o mało nie dostałem zawału, kiedy ciało strzelca z skrzyżowania, zostało brutalnie rzucone o płot za którym się ukrywałem.  Teraz nie miałem szans niczego zauważyć bo sylwetka pobitego zasłoniła całą dziurę. Słyszałem symfonię trzasku kości, kiedy Alex uderzył delikwenta w twarz. Ciche charczenie i dźwięk wypluwanych zębów nie był miły, musiałem jednak być absolutnie cicho inaczej spotka mnie to samo.  Nasłuchiwałem kolejnych ciosów, kiedy ktoś krzyknął :
Wystarcz, zostaw go, niech zdycha, jak na śmiecia przystało – powiedział to ktoś z osób, których nie znam. Usłyszałem tylko splunięcie Alexa i po chwili jego krzyk. Zaczął wrzeszczeć jak potępiony. Gdyby nie fakt, że nie miałem jak wyjrzeć, jestem pewien, że zobaczyłbym zdziwienie na twarzach każdego z ekipy Alexa i mojej. Ciche charczenie konającego przy płocie trupa wstrząsnęło mną dogłębnie. Kolejne co się stało musiało być dosyć brutalne, bo usłyszałem kroki, jęknięcie Kiciusia i ochrypnięty, nasiąknięty gniewem głos Alexa :
— Erni, bądź przyjacielem i powiedz mi jeszcze raz, gdzie jedziemy – jego głos brzmiał tak psychopatycznie, że aż przeszły mnie ciarki. Moje ciało zaczęło drętwieć z powodu siedzenia w jednej pozycji, ale czekałem cierpliwie na to, co powiem mój przyjaciel. Kiedy usłyszałem jego odpowiedź, ze złości tak zacisnąłem zęby, że przez chwilę myślałem, że je połamie. Mimo tego, że nadchodził wieczór, zamroczyło mnie jeszcze bardziej :

— Królowy Most