środa, 8 lipca 2015

Rozdział 2: Wyrzutkowie

Rozdział 2, pierwszy z perspektywy Irka. Dla osób niekojarzących, albo czytających (mam nadzieję) ten wstęp przed rozdziałem - jest to więzień uratowany z podziemi domu Dziary (Kwatery Głównej w Toruniu). Postanowiłem zrobić jego POVa, ponieważ koniecznie chcę pokazać akcję z perspektywy kogoś z "Drużyny Łapy", a póki co Magda i Miczi miały swoje perspektywy, Krystek/Marta i Młoda średnio mi pasują do prowadzenia, a Łapa jest zbyt dobrą i tajemniczą postacią, żeby robić rozdziały z jej oczu widziane. Dlatego padło na niego ;)

Dodatkowo chcę zapowiedzieć wam NOWĄ funkcję, którą będę teraz wstawiał w wstępniakach - co się dzieje w innych POVach, w czasie kiedy dzieje się akcja obecnego. Oczywiście jeżeli będzie to wybiegało poza granice czasowe (np. w POV Bobra będzie dzień dajmy na to 205, a u Irka 203) to będę pozostawiał znaki zapytania. System będzie działał co 3 rozdziały (czyli np. niżej zamieszczę co działo się w tym czasie w POV Bobra [Rozdział 1 - Korzenie], oraz w POV trzecim [Rozdział 3 -???])
Bobru [Rozdział 1 - Korzenie] - W czasie trwania tego rozdziału Bobru oczyszcza okolicę Torunia i jest świadkiem wybudzenia Pablorda
??? [ Rozdział 3 - ???] - ???

--------------------------------------

Rozdział 2 (Irek): Wyrzutki


                Ogień musiał być widoczny z dosyć daleka, ale zrobiło się ciemno, a my nie mogliśmy znaleźć miejsca do spania, dlatego spędzaliśmy noc w niedużym zagłębieniu w lesie, gdzie przy odrobinie szczęścia pozostaniemy w miarę niewidoczni. Niedaleko był nieduży strumyczek, więc nie mieliśmy żadnego problemu jeżeli chodziło o wodę. W aucie wciąż mieliśmy trochę mięsa w puszce oraz fasoli. Ułożyliśmy wszystko do garnka, zalaliśmy odrobiną wody i podgrzaliśmy.
                Byliśmy raczej w kiepskich nastrojach, wszyscy byli zmęczeni, a co najgorsze pośród nas panowało coś podobnego do grypy i niektórzy mieli spore problemy z poruszaniem się, znacznie bardziej woleli poleżeć i odpocząć. Teraz przy ognisku brakowało jednej z chorych – Młodej. Oprócz tego chorowała Magda. Od razu jak jej ręka złożyła się do kupy, po tym jak została połamana to pojawił się nowy problem. Minął dokładnie miesiąc i dzień odkąd uciekliśmy z Torunia. Sam byłem zaskoczony tym jak długo już udało się nam przetrwać i to w kompletnej dziczy.
                Dlatego, zamiast siedzieć całą grupą przy ognisku, siedział tu teraz tylko Marek, ja, Marta oraz Miczi. Stare rany po ugryzieniach zaswędziały mnie. Czasami tak się działo, a wtedy zastanawiałem się, czy to nie jest koniec i czy przypadkiem ugryzienia w końcu na mnie nie zadziałają tak jak powinny. Cały czas nie mogłem uwierzyć w szczęście jakie mnie spotkało. Byłem niepodatny na to, co dziesiątkowało całą ludzkość. Ja zwykły, szary człowiek, byłem teraz kimś niesamowitym. Od kiedy odkryłem w sobie tę moc obiecałem sobie jedno – będę pomagać innym. Szczególnie osobom otoczonym przez zombie, lub przez nie gonionym.
                Gdy wracałem wspomnieniami do naszej podróży do Poznania przechodziły mnie ciarki. To była niesamowita wyprawa. Po opuszczeniu domku myśliwskiego wyjechaliśmy autem w stronę wskazaną przeze mnie.  Ci ludzie, z którymi teraz siedziałem zaufali mnie po tym jak ich uratowałem i dobrze, bo wcale nie zamierzałem ich zdradzać. Sama droga przychodziła jak z płatka, okazało się, że chociaż w naszym towarzystwie przewodziły liczebnie kobiety, to i tak były silne i w pewnych momentach bezlitosne. Największa przemianę widziałem u chorującej teraz Młodej. Jak się poznaliśmy, w podziemiach Kwatery Głównej w Toruniu to była cichą myszką, która dzielnie znosiła niewolę. Teraz poszła w ślady swojej siostry. Nie dorównywała jej jeszcze jeżeli chodziło o bezlitosność i dzikość, ale była na dobrej drodze ku temu.
                Gdy dotarliśmy dwa tygodnie temu do mojego, starego obozu szybko zauważyliśmy, że nic z tego nie będzie. Wcześniej zapewniane przeze mnie fortyfikacje były zniszczone doszczętnie, a sama kryjówka była wypełniona trupami. Było mi trochę głupi, bo ciągnąłem resztę przez naprawdę długi czas, ale wydawało mi się, że spodziewali się tego, że w tym miejscu nie będzie zbyt wielu nadziei na przetrwanie. W końcu stało opuszczone przez całkiem spory czas, dlatego nie nastawiałem ich na pewniaka. Od tamtego czasu kręciliśmy się w okolicy, pomiędzy Poznaniem, a Toruniem.  Musieliśmy teraz podjąć dosyć ciężką decyzję, co robić dalej. Zapasy nam się powoli kończyły, a choroba mogła w każdej chwili złożyć kogoś jeszcze. Musieliśmy znaleźć ciepłe miejsce, gdzie moglibyśmy odpocząć, bez strachu o to, że ktoś nas zaskoczy i zabije. O ile dni były ciepłe, to noce były raczej chłodne i ciężkie do przetrwania. Dlatego byłem zmuszony zacząć niewygodny dla wszystkich temat, od razu po tym jak Łapa i Krystian dołączyli do nas zostawiając śpiącą Młodą i Magdę w aucie.
                - Uważam, że powinniśmy dołączyć od jakiejś społeczności. Jeżeli nie do Torunia to gdzie indziej – zacząłem. Dobrze wiedzieliśmy o tym, że Ostoja dalej istniała, bo tydzień temu byliśmy bardzo niedaleko jej murów.
- Naprawdę chcesz wracać do miejsca, w którym rządzi człowiek, który cię więził? Więził moją siostrę? Okaleczyłam go, dla mnie nie ma tam już miejsca – powiedziała Łapa.
- Jak nie tam, to gdzie indziej – stwierdziłem.
- Moglibyśmy spróbować zostać, na którymś posterunku. Zanim kazaliby nam ruszyć do Ostoi, żeby zameldować Dziarze nasze przybycie zdążylibyśmy chociaż dzień czy dwa pokorzystać z wygód – włączył się do rozmowy Krystian.
- Myślicie, że Bobru wciąż jest w Ostoi? – zapytała Miczi.
- Dajcie spokój do cholery – podniosła głos Łapa – Nie po to uciekaliśmy, żeby tam teraz wracać z podkulonym ogonem!
- Czasem trzeba schować cholerną dumę do kieszeni, kiedy chodzi o zdrowie, a może i życie – powiedziałem – Młoda i Magda są w kiepskim stanie, kto wie czy jutro nie dołączy do nich ktoś jeszcze, kogo złapie ta cholerna gorączka. Musimy się zabezpieczyć, bo w końcu zginiemy w najgłupszy możliwy sposób.
                Łapa milczała, wpatrując się nieobecnym wzrokiem gdzieś w las za moimi plecami. Myślała. Przez chwilę było słychać tylko trzask palącego się drewna, aż w końcu Łapa wstała i przemówiła stanowczym głosem.
- Słuchajcie, trzymamy się już miesiąc bez pomocy ludzi z Torunia czy czyjejkolwiek innej. Zabijaliśmy ocalałych i niezliczoną ilość pierdolonych trupów. Przetrwamy i to. Poszukamy jakiejś grupy ocalałych, którą będzie można łatwo zdominować i wykorzystamy ich gościnność. Jeżeli nasze zdrowie mocno się pogorszy to zrobimy tymczasową bazę w pierwszym, lepszym mieście – zaczęła przemowę – Nie możemy wrócić do Torunia. Nie chodzi nawet o pieprzoną dumę. Chodzi o to, że jak tam pojedziemy to połowa z nas zostanie aresztowana, a może nawet skazana na śmierć. Miałyśmy strasznie intensywne wyjście i nie możemy tam wrócić. Takie jest moje zdanie – dokończyła. W sumie miała trochę racji i to było przerażające.
                Nagle usłyszeliśmy krzyk, gdzieś daleko od nas. Ciarki przeszły mnie po plecach. Wszyscy odruchowo sięgnęli po bronie. Nasłuchiwaliśmy w ciszy, ale nie usłyszeliśmy już nic. Marta, najmłodsza z naszej grupy, wtuliła się w Miczi.
- Musimy coś znaleźć – stwierdził Krystian – ale teraz idźmy już spać.
Byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się nawet dyskutować. Połowa z nas miała spać na dworze, a druga połowa w aucie. Sam nie wiedziałem co jest lepsze – spanie w ciepłym wnętrzu auta z chorymi osobami, czy marznięcie na dworze, gdzie tez łatwo było zachorować.  Zanim jednak zmęczenie całkowicie mnie złożyło wziąłem kawałek sznurka, która miałem w kieszeni i pozbierałem puszki, w których była nasza kolacja. Przebiłem je sprawnie nożem i przełożyłem przez dziurki sznurek. Zadowolony z efektu swojej pracy rozwiesiłem puszki po okolicznych krzakach, żeby te narobiły hałasu, gdyby ktoś próbował się do nas zakraść.
                Po wykonaniu tej czynności położyłem się spać. Chociaż byłem dorosłym człowiekiem, który nie jedno już przeżył to czasami czułem się jak zwykły dzieciak. Podczas snów przeżywałem tak niesamowite wizje z bajkowych światów, że czasami się zastanawiałem czy życie tutaj nie jest snem, a tak naprawdę prawdziwy ja jest rycerzem w magicznym świecie pełnym czarów i smoków. Dużo bym dał żeby tak było, ale niestety twarda ziemia i chłód paraliżujący mnie całkowicie pomimo dwóch koców i śpiwora trzymał mnie twardo tutaj. Widocznie tak musiało być.
                W nocy obudził mnie dźwięk puszek. Miałem lekki sen, więc od razu zerwałem się chwytając za broń. Wszyscy spali, ale ja nasłuchiwałem starając się zlokalizować, z których konkretnie krzaków dochodziły hałasy i czy był to wiatr czy coś innego. Nagle usłyszałem przedzieranie się przez krzaki i jęk. Ognisko żarzyło się jeszcze więc byłem w stanie zauważyć w lekkiej poświacie nadchodzącego trupa. Podszedłem do niego i wyciągając nóż zabiłem szybkim ruchem. Otarłem krew z ostrza o jego koszule i wróciłem na swoje miejsce. Dalej było ciemno, ale na horyzoncie widać było poświatę słońca. Za godzinę powinno być już jasno. Nie wiedziałem czy jest sens się znowu kłaść, a że zachciało mi się siku poszedłem w krzaki, sprawnie omijając zastawione przez siebie pułapki.
                Strumień sików uderzał w ziemię miarowym taktem, a ja spokojnie nasłuchiwałem, czy nic nie czai się w krzakach. Słyszałem kroki, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to nieduża wiewiórka skakała niedaleko mnie próbując wspiąć się na drzewo. Widok był całkiem uroczy, na tyle, że aż zatrzymałem się na chwilę żeby się uspokoić i poprzyglądać. Po około dziesięciu minutach spaceru wróciłem do obozu i na nowo rozpaliłem ogień, żeby się nieco ogrzać. Wszyscy spali smacznie – Magda, Młoda i Krystian w aucie, a reszta na ziemi przy ognisku. Nie chciałem ich budzić, ale gdy rozpaliłem ognisko zauważyłem, że Marek już nie śpi. Przywitałem go skinieniem głowy, a ten odpowiedział tym samym.
- Dawno wstałeś? – zapytał zachrypniętym głosem.
- Jakiś czas temu. Zombie skradał się do obozu, ale go zdjąłem – powiedziałem pokazując mu ciało leżące parę metrów dalej.
- Dobrze, że czuwasz… - odpowiedział nieco zdziwiony – Szczególnie, że sam jesteś niewrażliwy na to gówno. Mogłoby cię to nie obchodzić. No wiesz, fakt, że ktoś zostanie ugryziony, przecież i tak tobie nic się nie może stać – jego słowa były trochę nieskładne, ale zrozumiałem ich sens.
 - Jesteśmy drużyną gościu – odpowiedziałem nieco rozbawiony – Twoja siostra nas uratowała i nie zamierzam teraz tego zaprzepaścić. Myślałem, że po miesiącu znajomości nie będzie już mowy o braku zaufania – uśmiechnąłem się. Wcale nie chciałem brzmieć specjalnie chamsko, lub podejrzliwie.
- Nie można ufać nikomu. Przynajmniej w pełni – stwierdził Marek, dosiadając się bliżej mnie –Ależ pizga. Jak nie znajdziemy schronienia to wszyscy zachorujemy… - powiedział, trzęsąc się.
- Myślę, że jak nie uda nam się znaleźć niczego na własną rękę to powinniśmy wrócić do Torunia. Jeżeli nie do samej Ostoi to chociaż na jeden z posterunków – powiedziałem.
- Naprawdę chcesz tam wracać? Po tym jak byłeś więziony bez żadnego powodu? – zapytał zdziwiony.
- Wiesz, ja mogę być więziony jeszcze długo, lepsze to niż patrzenie jak powoli umieramy i to nie z powodu zombie, a z powodu jakiejś gównianej grypy – wytłumaczyłem.
- W sumie też prawda – odpowiedział.
                Siedzieliśmy jeszcze pół godziny, rozmawiając o różnych rzeczach, aż w końcu kolejne osoby zaczęły się budzić. Gdy Krystian i Miczi zaczęli przygotowywać śniadanie ja podszedłem do Łapy.
- Gdzie jedziemy po śniadaniu? – zapytałem.
- Przed siebie przyjacielu – odpowiedziała. Była w dobrym humorze. Widoczne stan Młodej musiał się poprawić.
- Co z twoją siostrą? – zapytałem z grzeczności.
- Jest lepiej. Ale stan Magdy się pogorszył. Mam nadzieję, że przetrwa tę chorobę.
                Zjedliśmy śniadanie, które składało się właściwie z resztek naszych zapasów i wsiedliśmy do auta. Młoda rzeczywiście zrobiła się bardziej rozmowna, ale Magda wciąż ledwo kontaktowała i ciepło wręcz biło z niej jak z pieca. Wyjechaliśmy z lasu i ruszyliśmy na północny wschód licząc na to, że znajdziemy jakiekolwiek dobre miejsce. Sam osobiście stawiałbym na Pierwszy Posterunek, w którym mieli dobra opiekę medyczną. Nie obchodziło mnie jak zareaguje na nasz powrót Dziara. Jeżeli nie planowaliśmy zrobić czegoś szybko, to prawdopodobnie nie przetrwamy.
                Trafiliśmy na główną drogę, która była całkowicie opustoszała. Co prawda mijaliśmy co jakiś czas zombie, ale ostatecznie nie zatrzymywaliśmy się, żeby je zabijać bo nie było takiej potrzeby. Minęliśmy dwie nieduże wioski, nawet nie patrząc na budynki, które tam były, bo te kompletnie nie nadawały się do zamieszkania. W samochodzie panowała dosyć cicha, ponura atmosfera. Nikt nie był specjalnie chętny do rozmów.
                Około południa dojechaliśmy do nieco większego miasteczka. Od razu wystrzeliłem z pomysłem.
- Powinniśmy przeszukać jakieś sklepy czy inne lokale. Kończy nam się żarcie, amunicja i zapasy medyczne – powiedziałem.
- Zatrzymamy się tu na parę godzin – stwierdziła Łapa.
Zaparkowaliśmy na centralnym placu miasteczka.  Wysiedliśmy w czwórkę – ja, Łapa, Krystian oraz Miczi. Reszta została w samochodzie.  Na początku uderzyliśmy na sklep, który był tuż przy zaparkowanym samochodzie. Był to nieduży delikates, który wydawał się na pierwszy rzut oka nie splądrowany. Poznaliśmy to po ciężko otwierających się drzwiach oraz dużej ilości zombie w środku. Przystąpiliśmy do oczyszczania tego miejsca. Nie chcieliśmy marnować amunicji, wiec wszyscy walczyliśmy nożami oraz młotkami. Cały sklep składał się z jednego, sporego pomieszczenia, w którym było około trzydziestu zombie. Całe szczęście do głównej sali sklepu prowadziły bramki, które umożliwiły nam swobodne wybijanie trupów – jednego po drugim.
                Łapa i Miczi ustawiły się przy jednej bramce, a ja i Krystian stanęliśmy przy drugiej. Wziąłem nóż w rękę i zastukałem zdecydowanie w barierkę. Dźwięk rozszedł się echem, a ja krzyknąłem.
- Przygotujcie się!
Nie musieliśmy długo czekać. Zombie zwabione hałasem natychmiastowo zwróciły się w naszą stronę. Zabijanie ich było banalnie proste, ponieważ bramka blokowała im możliwość przechodzenia dwójkami, a pojedyncze zombie, blokowane przez metalowy mechanizm, nie były w stanie się przez niego przedostać i wyciągały bezradnie ręce starając się dosięgnąć nas. My jednak byliśmy sprytniejsi i bez problemu dźgaliśmy ostrzami i uderzaliśmy obuchami, żeby dotrzeć do mózgu i tym samym niszczyliśmy część odpowiedzialną za dzikość i rządzę mordu zombie.
                Po tym jak pod bramkami usypał się pokaźny stos ciał przeskoczyliśmy je i poszliśmy do konkretnej części sklepu. Tutaj tez było parę zombie. Jeden zdołał mnie nawet ugryźć, ale jak zwykle nic sobie z tego nie zrobiłem. Ugryzienia zombie były dla mnie jak ugryzienia człowieka – bolały, ale nic poza tym. Czułem się przez to poniekąd wyjątkowy, ale wiedziałem, że ten „dar” może w każdej chwili zniknąć, albo mogę przesadzić i w końcu dopnę swego.
                Udało się nam jednak oczyścić sklep i przeszliśmy do fazy przeszukiwania go w celu zdobycia zapasów. Niestety, ku naszemu zaskoczeniu wiele tego nie zostało. Znaleźliśmy zaledwie parę puszek, jedną apteczkę oraz całkiem sporo wody i alkoholu. Spodziewałem się większych zapasów jedzenia, a te pomagały nam na zaledwie dwa lub trzy dni. Całe szczęście widziałem jeszcze jeden sklep w okolicy, który wyglądał podobnie do tego, więc liczyłem na to, że znajdziemy tutaj coś ciekawego. Opuściliśmy sklep i zanieśliśmy zapasy do samochodu. Gdy tylko podeszliśmy, to zauważyliśmy, ze coś musiało być nie tak, bo drzwi były pootwierane, a Marek, Marta oraz Młoda stali na zewnątrz.
                Łapa podbiegła pierwsza.
- Co się dzieje?
- Z Magdą jest źle. Ja… ona… - zaczął Marek, ale nie był w stanie wykrztusić ani słowa więcej. Chociaż wiatr wiał, nawet stąd słyszałem jak ciężko oddychała.
- Może pójdziemy do apteki? Na pewno znajdziemy jakieś leki – zapewniła Miczi.
- Ja tu zostanę – stwierdził Krystian.
- Rozumiem – odpowiedziała Łapa – Irek, Miczi, chodźcie za mną – poprosiła.
Poczułem poważną falę niepokoju spływającą po mnie, niczym zimny prysznic. Znałem tych ludzi już miesiąc i nie mogłem się pogodzić z faktem, że jedno z nich było w naprawdę ciężkim stanie. Podszedłem do Marty. Dziewczynka była naprawdę świetnym dzieckiem i dogadywałem się z nią chyba najlepiej z całej drużyny. Sam kiedyś byłem ojcem, ale zaraza odebrała mi całą rodzinę. Teraz ci ludzie nią byli.
- Mała trzymaj się Moniki – powiedziałem wskazując siostrę Łapy – Jeżeli coś się stanie Magdzie nie podchodź do niej skarbie – dodałem.
- Rozumiem – odpowiedziała. Była mądrym dzieckiem i wierzyłem, że się mnie posłucha.
                Ruszyliśmy we trójkę wzdłuż ulicy szukając najbliższej apteki. Całe szczęście jedna była tuż za rogiem. Pierwszym problemem jaki napotkaliśmy były drzwi. Ktoś zabił je deskami i musiałem się siłować z nimi dobre pięć minut, zanim w końcu drewno puściło i oddało nam dostęp do wejścia. Nie mogliśmy zmarnować ani sekundy dłużej.
- Rozdzielmy się, kto znajdzie jakiekolwiek leki przeciwbólowe i anty gorączkowe niech krzyczy – powiedziała. Apteka była malutka, składała się z korytarza i oddzielonego szybą sektora aptekarskiego. Nie czekając za długo przeszliśmy drzwiami do części z lekami i zaczęliśmy przeszukiwać setki bezsensownych opakowań witamin, syropów na kaszel, podpasek i innych mało potrzebnych rzeczy. Każdy przeszukiwał inny regał. Nagle pośród dźwięków rozkładanych pudełek i przewracanych butelek usłyszałem jękniecie. Gdy się odwróciłem zamarłem. Pod jednym z regałów zombie sięgał właśnie łapskami w stronę Łapy. Ona nie widziała go kompletnie, albo nie zdawała sobie sprawy, że zagrożenie jest tak blisko bo tylko obróciła się w prawo szukając źródła hałasu.
                Trup grubszej aptekarki pochwycił z dużą siła nogę Łapy i starał się wgryźć w łydkę. Zareagowałem machinalnie. Rzuciłem się w tamtą stronę nie patrząc na obrażenia. Łapa krzyknęła, ale ja byłem szybszy. Zasłoniłem ręką miejsce w które próbował się wgryźć zombie i ten ugryzł mnie w przedramię. Dało to czas Łapie, która wyrwała się z objęć trupa i z całej siły uderzyła butem w czaszkę zombie. Usłyszałem okrutny gruchot i po chwili po ręce pociekła mi krew z roztrzaskanej głowy zombie. Złapałem się za ranę, ale wiedziałem, że nic mi się nie stanie. Łapa pomogła mi wstać i podała paczkę bandaży, które znalazła.
- Dziękuje… - powiedziała niecko zakłopotana.
- Nie ma sprawy – wysapałem zaciskając opatrunek na mojej ręce. Miczi przyglądała się sytuacji z wyrazem zaskoczenia na twarzy i podeszła do nas.
- Znalazłam jakieś leki. Powinny być ok – stwierdziła.
                Zabierając je do plecaków pobiegliśmy w stronę auta. Dobiegliśmy tam dwie minuty później i jak najszybciej podeszliśmy do Magdy. Wyglądała fatalnie. Była blada jak ściana, a zarazem rozpalona jak piec. Majaczyła coś pod nosem, a Krystian głaskał jej spocone czoło.  Łapa próbowała się przepchnąć, żeby podać jej leki, ale Krystian odsunął ją.
- Oszalałeś?! – zapytała zdecydowanie zdenerwowana.
- Już za późno – odpowiedział ze smutkiem w głosie. Zrobiło się naprawdę cicho. Co najgorsze nie było słychać jednego – oddychania Magdy. Łapa opadła na kolana przy samochodzie i patrzyła na tę sytuacje z grozą w oczach. Marta, Magda, Młoda oraz Marek stali kawałek z tyłu obserwując w ciszy Krystiana, który płacząc przytula ukochaną. Wszyscy wydawali się być zahipnotyzowani, ale ja wiedziałem co robić. Zachowałem trzeźwość umysłu.
                Pociągnąłem Krystka próbując go wyciągnąć z auta, zanim będzie za późno. Ten się stawiał i nie chciał wyjść.
- Odejdź ode mnie, zostaw mnie – krzyczał.
- Zaraz będzie za późno uciekaj – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo.
- Odwal się Irek – krzyknął ponownie Krystek płacząc jak małe dziecko.
Marek tez zaczął pchać się do środka. Musiałem ich powstrzymać.
                Pociągnąłem Krystka z duża siłą, tak, że wysunął się z auta. W tym czasie jego miejsce zajął Marek, który przytulił siostrę. Nie przewidziałem jednak tego, co zrobił Krystek. Wstał i uderzył mnie z taką siłą w brzuch, że zwymiotowałem na drogę obok. Zobaczyłem jak podchodzi do Magdy, ale wtedy było już za późno. Usłyszałem krzyk Marka. Magda zmieniła się. Ugryzła go w szyję, a po jego ciele spłynęła fala krwi z tętnicy szyjnej. Tym razem nie bawiłem się w podchody. Pociągnąłem Krystka i wykręcając mu rękę podkosiłem mu nogę, po czym przyłożyłem kolano do głowy.
 - Siedź spokojnie kurwa! – wrzasnąłem – Łapa do chuja pana zastrzel ich!
Mój głos musiał zadziałać, bo po chwili usłyszałem dwa szybkie strzały. Minęła minuta, zanim ktokolwiek się ruszył.  Krystek szlochał cicho i żałośnie, ale było już za późno.

piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 1: Korzenie

Witajcie po całkiem długiej przerwie! W końcu wracamy do Apokalipsy. Sporo zmieniło się w tym świecie i czas pokazać wam co dokładnie! Pierwszy rozdział zaczyna się od perspektywy Bobra i jest poświęcony głównie zmianom, które działy się w przeciągu miesiąca od zakończenia poprzedniego tomu. Podczas apokalipsy to całkiem spory okres, więc na pewno warto dokładnie przeczytać. Zapraszam was do komentowania po przeczytaniu i proszę o rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------

Rozdział 1 (Bobru): Korzenie


                Zamachnąłem się potężnie i powaliłem trupa, który na mnie szarżował. Drugi upadł chwilę później, po tym jak ostrze mojego, starego noża przeszyło jego oczodół i dotarło do mózgu. Kolejny zaatakował mnie od tyłu, ale nie przeszkadzało mi to. Równie pewnie jak ostatnio powaliłem go i dobiłem. Rozejrzałem się na około. Trzej pozostali członkowie Czerwonych Flar walczyli kawałek dalej, oczyszczając jedną z bocznych uliczek Torunia. Od miesiąca, kiedy to Łapa wraz z sporą grupą moich ludzi uciekła z Ostoi nie opuściłem jeszcze tego miejsca.
                Powodów było kilka. To miejsce odradzało się i potrzebowało kogoś do pomocy. Dziara stał się naprawdę dobrym przywódcą i nie było już śladu po starym, zepsutym człowieku jakim był, kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy. Teraz stał się poważny i nie dochodził już do swoich celów na skróty. Co prawda teraz nie miał żadnych poważnych celów, bo odkąd Karzeł spoczywał w ziemi, na cmentarzu w Toruniu, to nie było już żadnego kandydata, który był w stanie mu zagrozić. Teraz on rządził i sam musiałem przyznać, że robi to dobrze. Pomagałem mu, chociaż oficjalnie nie należałem już do Czerownych Flar. Przy mojej pomocy przeprowadziliśmy selekcje i wytypowaliśmy parę osób, które zastąpią miejsca moje, Jonasza czy też Pablorda i Mpd.
                Pablord był wciąż pogrążony w śpiączce i dalej nie mogłem opuścić tego miejsca bez niego więc czekałem.  Myślałem, że czekanie będzie cięższe, ale jednak było całkiem dobrze. Teraz zajmowałem się w sumie tym samym, co robiłem za czasów gdy byłem Czerwoną Flarą – wykonywałem zadania. Tym razem wraz z Michaelem, Ryśkiem i Zerem oczyszczaliśmy ulicę Torunia, żeby nie miała miejsce sytuacja, gdzie Ostoja zostaje odcięta od świata. Zastanawiałem się co teraz dzieje się w innych częściach Polski jak i w kompletnie innych zakątkach świata.
                Z osób, które teraz ze mną były, dłużej znałem jedynie Ryśka. Był on osobą, która przywitała moją grupę w Toruniu, kiedy tu się pojawiłem. Był szefem barykady wschodniej, lecz teraz dostał awans na rangę Czerwonej Flary i radził sobie. Pozostała dwójka dotarła tutaj niedawno. Dziwiło mnie nieco jak osoby, które dopiero co dwa tygodnie temu dołączyły do Ostoi obsadziły już tak prestiżowe pozycje, ale w końcu taki sam zaszczyt spotkał mnie. Michael był obcokrajowcem, który świetnie posługiwał się językiem polskim, chociaż pochodził ze Stanów Zjednoczonych. Z tego co zdążyłem się już dowiedzieć jak wybuchła Apokalipsa przyjechał do Polski do rodziny, ale już nie wrócił do USA. Został tutaj i tutaj starał się przeżyć.
                Był dobrze zbudowanym, czarnoskórym mężczyzną, nieco starszym ode mnie. Do walki używał kija baseballowego, którym potrafił zdziałać cuda. W przeciwieństwie do mnie nie miał na swojej twarzy nawet odrobiny zarostu, ale mimo to swoim wyglądem budził respekt. Polubiłem go, chociaż był specyficznym człowiekiem, który z zachowania przypominał mi nieco Karola Giganta – niby miły i roztropny, ale gdy przychodziło do walki to stawał się bezlitosny i niesamowicie skuteczny. Dotarł do Ostoi niedawno razem z paroma osobami. Stanowili zgraną grupę, mógłbym wręcz powiedzieć, że byli zgrani lepiej od ludzi, którzy podróżowali ze mną. Oprócz niego w grupie znajdowało się osiem osób.
                Ich przywódczyni Ewelina, była osobą w moim wieku, niesamowicie sprytną i przebiegłą. Zajęła szybko dobrą posadę i można było powiedzieć, że pociągała za sznurki, ale nie wydawała się mieć złych zamiarów. Polubiłem ją od razu, gdy odkryłem, że jest świetną towarzyszką do rozmowy oraz do picia.
                Kolejnym członkiem grupy był starszy gość o imieniu Adam. Nie przypominał jednak Adama, którego lubiłem, czyli Sołtysa. Był strasznie ciężkim do życia człowiekiem, jednak był silny i potrafił sobie poradzić w świecie, w jakim przyszło nam żyć. Dodatkowo był ojcem Eweliny. Zero, który był na tym wypadzie ze mną i również załapał posadę Czerwonej Flary był także członkiem grupy Eweliny. Nigdy nie spotkałem tak specyficznego człowieka. Nie odzywał się prawie w ogóle i nie preferował walki niczym innym oprócz sporych rozmiarów młotka kowalskiego. Zdarzało się, że znikał na całe godziny, po czym wracał z zakrwawionymi rękoma i jakby nigdy nic szedł spać. Szanowaliśmy jednak jego dziwactwa i nie komentowaliśmy tego, szczególnie, że nikomu tym nie przeszkadzał.
                Jedną z charakterystycznych osób, które zdążyłem jeszcze poznać była Dorota. Kobieta była naprawdę miła, chociaż jak każda pani w podeszłym wieku była owiana aurą tajemniczości. Nie potrafiła walczyć, bo nie poruszała się zbyt szybko, ale zawsze była otoczona swoimi dwoma psami, które nazwała Kość i Krew. Zwierzęta w stosunku do ludzi były miłe, ale kiedy ich pani prosiła je o pozbycie się kogoś to zamieniały się w krwiożercze bestie.
                Pozostałej czwórki nie zdążyłem jeszcze zbyt dobrze poznać, ale składała się z trzech chłopaków i dziewczyny. Nie znałem nawet ich imion ani ksywek, ale nie wychylali się, ani nie odznaczali niczym specjalnym więc nie dociekałem.  Nie mogłem teraz dociekać i w sumie mimo tego, że w Ostoi zrobiło się naprawdę bezpiecznie to ja nie byłem tam mile widziany. Wiele ludzi nie rozumiało, że osoba, którą zabiłem na ich oczach nie była zwykłym księdzem, a zdrajcą, przez którego zginął Karzeł i dowódcą Gangu. Chociaż nie zaczepiali mnie na ulicy, bo zwyczajnie się bali, to wciąż pokazywali mnie palcami i szeptali za moimi plecami.
                Przyzwyczaiłem się do tego. Nie byli mi potrzebni do szczęścia, liczyła się tylko grupa, która chciała ze mną opuścić Toruń oraz pojedyncze osoby, które postanowiły zostać. Nie chciałem zapuścić tutaj korzeni, więc nie rozumiałem tego do końca, ale akceptowałem tą myśl.
                Gwizdnąłem i cała trójka podeszła do mnie.
- Chyba na dzisiaj wystarczy – powiedziałem patrząc na chowające się za horyzontem słońce. Zaczęła się wiosna i było już znacznie cieplej. Byłem teraz ubrany w bluzę z kapturem oraz dżinsowe spodnie i wygodne buty. Wszystkie futra i kurtki pochowałem w swoim mieszkaniu w głębinach szafy. Nie były już mi potrzebne.
- Myślałem, że mamy oczyścić cały sektor – zdziwił się Michael.
- Michał, przestań. Nie będziemy ryzykować dupska, nigdzie nam się nie spieszy. Jutro z rana dokończymy robotę, a teraz czas się zmywać – wytłumaczyłem tonem nie uwzględniającym dalszej dyskusji.
                Cała trójka poszła tuż za mną w stronę auta zaparkowanego ulicę dalej. Co prawda oczyściliśmy ten teren, ale dalej miałem w ręce pistolet, w razie gdyby ktoś inny nas zaatakował. Od czasu gdy zabiliśmy Daliona, Smorda oraz dowódcę Gangu, Jana, to robiło się niebezpiecznie. Do tego dochodzili Złomiarze.  Niby nie atakowali nas bezpośrednio, ale nawet teraz idąc ulicą widziałem, że musieli tu być. Na środku ulicy była duża litera „Z” uformowana z rąk i nóg poćwiartowanych zombie. Nawet jak na takich ludzi to była drobna przesada. Wyglądało to jak oznaczenie terenu. Byłem ciekaw co starsza kobieta, która nimi dowodziła planuje, ale nie miałem najmniejszej ochoty jej znowu spotkać. Ostatni podróż na teren Złomiarzy zakończyła się tym, że Jonasz zaginął, a my ledwo uszliśmy z życiem z terenu nazywanego potocznie Złomowiskiem. Całe szczęście udało się nam stamtąd uciec, ale od razu po przyjeździe do Ostoi postrzelony został Pablord i od tamtego czasu leżał w śpiączce. Minęło już prawie półtora miesiąca i zaczynałem się martwić, że nigdy się nie obudzi. Co prawda Dziara nawet nie chciał słuchać o odłączeniu go od aparatury utrzymującej go przy życiu, chociaż kosztował nas sporą ilość zapasów.
                Dotarliśmy do uliczki, na której schowaliśmy samochód i pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaniepokoiło mnie. Przy drzwiach kierowcy stał mężczyzna, który nie zauważył nas jeszcze, ale zdecydowanie starał się włamać do środka i ukraść nam auto. Kiedyś może zawołałbym go i zaczął rozmowę, tak jak to miało miejsce z Magdą, gdy ta starała się nam zabrać Potwora, ale teraz było inaczej. Zmieniłem się i czułem to. Nie wiedziałem, czy zmiany były na lepsze czy na gorsze, ale starałem się jeszcze trzymać człowieczeństwa, jak słabe w moim przypadku by nie było.
                Kazałem stanąć  moim towarzyszom i podszedłem do niczego nie spodziewającego się Ocalałego po czym uderzyłem go kolbą w udo z dużą siłą. Mężczyzna był starszy ode mnie, przypominał trochę Rekina, ale to zdecydowanie nie był on. Noga pod nim się załamała, a ten krzycząc przeraźliwie spojrzał na mnie. W jego oczach widziałem tylko strach.
 - Litości! – krzyknął.
Stary Bobru prawdopodobnie by podszedł i z nim spokojnie porozmawiał. Ale starego Bobra już nie było. Podbiegłem do niego i przycisnąłem mu lufę do gardła.
- Parszywy złodziejaszku – wysyczałem przez zęby.
- Nie wiedziałem, że ktoś tu jest, naprawdę – krzyknął mężczyzna płaczliwym tonem. Życie w tym świecie nauczyło mnie, że gdybym to ja był w sytuacji tego mężczyzny to prawdopodobnie już bym dostał kulkę w łeb. Nie ufaj nikomu taką wyznawałem zasadę.
- Jesteś tu sam? – zapytałem ignorując jego prośby.
- Sam… Szukam transportu i jakiejś ochrony – powiedział nieco spokojniej.
- To bardzo dziwne. Szukasz ochrony będąc przy jednym z największych obozów w okolicy? Kłamiesz – stwierdziłem przyciskając go jeszcze mocniej do samochodu. Mężczyzna zacharczał chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mógł, dlatego zabrałem dłoń, żeby pozwolić mu się wytłumaczyć.
- Nie wiedziałem… - zaczął.
- O obozie? Widać go z daleka – powiedziałem.
- Czy są w nim dobrzy ludzie… - dokończył.
                Z pewnością moje zachowanie nie wskazywało na to, że są tu dobrzy ludzie, ale nie przejąłem się tym. Minęły czasy, kiedy przejmowałem się zdaniem losowo spotkanych ocalałych. Opuściłem jednak broń i schowałem ją do kabury.
- Możesz iść z nami, ale niczego nie obiecuje. Jeżeli zobaczę chociaż jedną osobę, która za nami podąża od razu cię zabiję. Rozumiesz? – spytałem.
- Rozumiem – odpowiedział.
- Jak masz na imię? – zapytałem nieco milszym tonem.
- Andrzej - powiedział wstając ciężko. Uderzenie z pewnością musiało go zaboleć, ale lepsze to niż po prostu zastrzelenie go znienacka. Aż sam się zdziwiłem, że dałem mu szansę.
- Przeszukajcie go panowie – poprosiłem Michaela oraz Zera. Obaj zabrali się do tego ze sporym zapałem i po chwili podali mi dwa naładowane pistolety oraz nóż. Na plecach Andrzeja zauważyłem plecak, ale wątpiłem, żeby miał tam jakąś dodatkową broń.
- Dobra ja jestem Bobru, to jest Michael, Zero oraz Rysiek. Witaj w Toruniu – powiedziałem pokazując moich przyjaciół Andrzejowi – Pakuj się do auta, zawieziemy cię do obozu.
                Po chwili wszyscy byliśmy w jednym aucie. Rysiek kierował, ponieważ znał się na tym zdecydowanie najlepiej. Zmierzaliśmy prosto do Ostoi. Droga nie była długa, bo ulice były w miarę oczyszczone, a sektor, którym się zajmowaliśmy był dosłownie trzy ulicę od północnego wjazdu. Ten sam wjazd jeszcze miesiąc z kawałkiem temu był całkowicie zniszczony po ataku Gangu, ale teraz trzymał się dobrze i właściwie stał się najlepiej chronionym punktem. Został nieco zmodernizowany, bo oprócz worków z piaskiem i siatek oraz desek, wzmocniliśmy mur o dodatkową osłonę z blach oraz ustawiliśmy drewniane pale, które służyły za kolce. Zombie nabijały się na nie i co prawda nie zabijało to ich, ale skutecznie je zatrzymywało i pozwalało wyeliminować w bardziej spokojny sposób.
                Ludzie z barykady poznali nas od razu i nie musieliśmy nawet wysiadać z auta, żeby bramy stanęły przed nami otworem. Gdy tylko przejechaliśmy linię wejścia, bramy zamknęły się, a my spokojnie wysiedliśmy z auta parkując na ulicy. Pokazałem strażnikom, że Andrzej jest z nami i żeby się nie martwili, po czym żegnając się z resztą poszedłem z nowym ocalałym w stronę Kwatery Głównej, żeby opowiedzieć o nim Dziarze.
- Gdzie idziemy? – zapytał zaciekawiony.
- Musisz poznać przywódcę, to standardowa procedura – wytłumaczyłem. Weszliśmy na ulicę i zobaczyłem z daleka budynek, w którym urzędowały Czerwone Flary. Ulica w końcu była oświetlona, jeszcze niedawno było to problemem, ale teraz Edek, miejscowy elektryk, zajął się tą sprawą i cała Ostoja miała działającą linię światłonośną.
                Wszedłem do środka używając swojego klucza. Przepuściłem Andrzej po czym zamknąłem drzwi. Wnętrze nie zmieniło się praktycznie wcale. Ogromny stół oświetlony sporą lampą, otoczony krzesłami oraz fotelem na którym siedział Dziara. Od kiedy został okaleczony i ucięto mu oba kciuki nosił rękawiczki, które zasłaniały dwa kikuty utraconych palców. Uśmiechnąłem się widząc go. On wstał, żeby mnie przywitać.
- Witaj przyjacielu, kogo prowadzisz? – zapytał.
- Hej. To jest Andrzej, próbował… - tu zatrzymałem się stwierdzając, że nie ma sensu mu mówić o okolicznościach naszego spotkania – Spotkaliśmy go podczas oczyszczania ulic.
                Dziara podał rękę Andrzejowi i potrząsnął nią.
- Witaj w Ostoi Andrzeju. Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj to czego szukałeś.
Podrapałem się po zagojonym już jakiś czas temu uchu, które w połowie straciłem podczas jednej ze strzelanin. Dziara zmienił się i wciąż nie mogłem uwierzyć w to jak bardzo. Myślałem, że jak przejmie władzę to nie zmieni nic, ale miał jednak rację – Karzeł był słabym przywódcą i nawet jeżeli metoda Dziary na zdobycie władzy uwzględniała ofiary to było to warte ryzyka.
- Szukałem miejsca, gdzie mógłbym przetrwać – zaczął Andrzej.
- Znalazłeś je. Zaraz poproszę kogoś żeby przydzielił ci mieszkanie w naszej strefie mieszkalnej, a jutro zgłosisz się tutaj i dostaniesz pracę. Mam nadzieję, że rozumiesz? Każdy musi zapracować na swoje miejsce tutaj – dodał pogodnym głosem Dziara.
- Dziękuje – wydukał nieco oszołomiony Andrzej.
                Po schodach akurat schodziła Wiktoria. Czerwone Flary mogły mieszkać w Kwaterze Głównej, lub w strefie mieszkalnej, ale odkąd Dziara stał się innym człowiekiem, większość wybierała mieszkanie tutaj. Dlatego kręciło się tu teraz mnóstwo ludzi. Wiktoria była osobą, którą lubiłem. W końcu łączyła nas więź po tym jak wspólnie walczyliśmy na Złomowisku o życie. Skinąłem do niej głową na znak powitania.
- Wiktoria! – krzyknął uradowany Dziara -  Świetnie się składa. Zaprowadź Andrzeja do strefy mieszkalnej i załatw mu mieszkanie, oczywiście jeżeli nie masz czegoś innego na głowie – poprosił.
- Jasne, spoko Szefie – odpowiedziała po czym podeszła do Andrzeja – Jestem Wiktoria, chodź oprowadzę cię szybko.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami prowadzącymi na zewnątrz Dziara podszedł do szafki z alkoholami i nalał sobie i mi whisky.
- Siadaj Bobru. Opowiadaj jak poszło czyszczenie strefy – powiedział podając mi szklankę i siadając wygodnie w fotelu.
- W sumie bez problemowo – powiedziałem biorąc łyka. Alkohol był wytrwany, dlatego nie chciałem pić za dużo na raz -  Zostało nam parę uliczek, które oczyścimy z rana. Poza tym wszystko gra. Powiedz mi, czy są jakieś wieści? – zapytałem. Dziara chociaż miał uraz do Łapy za to, że go okaleczyła z chęcią pomagał mi organizować poszukiwania.
- Niestety nie. Wydaje mi się, że Łapa wraz z resztą twoich przyjaciół powędrowała daleko na południe. Będą jednak dalej jej szukać. Mam dla ciebie jednak ciekawszą informację – powiedział tajemniczo.
- Zamieniam się w słuch.
- Mam doniesienia o nowym obozie na południe stąd. Nie wiem czy są tam twoi przyjaciele, ale to jest dosyć poważna sprawa. Leży w Inowrocławiu, w sumie całkiem niedaleko Pierwszego Posterunku. Nie wiemy jeszcze jacy ludzie tam są, ale będziemy musieli się dowiedzieć. Jeżeli to kolejni Złomiarze, to będziemy w jakiś sposób otoczeni – powiedział poważnym tonem.
- Mam nadzieję, że to przyjaźni ludzie – odpowiedziałem biorąc kolejnego łyka i powoli wstając – Wybacz przyjacielu, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Porozmawiamy dłużej przy innej okazji – obiecałem.
- Bobru? – zatrzymał mnie gdy wychodziłem.
- Tak? – zapytałem.
- Dziękuje, że dalej mi pomagasz. Wiem, że czekasz aż Pablord się obudzi, ale to i tak wiele dla mnie znaczy.
- Nie ma sprawy stary – odpowiedziałem i wyszedłem. Było dosyć ciepło, chociaż zrobiło się już ciemno. Ruszyłem powolnym, spokojnym krokiem w stronę baru.  Właśnie tam miałem się spotkać z paroma znajomymi osobami. Przechodząc przez Plac Główny, zauważyłem sporą grupkę ludzi, którzy gdy tylko obok nich przeszedłem wymienili się spojrzeniami i zaczęli szeptać. Zignorowałem to totalnie i podszedłem pod drzwi lokalu, po czym wszedłem do środka.
                Było tutaj stosunkowo sporo osób, ale nikt specjalnie nie przejął się tym, że przyszedłem. Całe szczęście byli jeszcze ludzie, którzy nie widzieli we mnie wroga, albo nie przejmowali się kompletnie tym co zrobiłem. Szybko zlokalizowałem stolik, przy którym siedział Józef, Gigant oraz Medyk. Zaprosili mnie na spokojną rozmowę i po prostu towarzyskie spotkanie i czułem, że właśnie tego potrzebowałem. Przywitałem się z nimi po czym usiadłem i sięgnąłem po jeden z pełnych kufli. Znacznie bardziej smakowało mi to od whisky, które piłem z Dziarą.
- I jak misja? – zapytał Gigant.
- W sumie bez większych problemów. Spotkaliśmy ocalałego, który próbował nas okraść, ale dałem mu szansę – opowiedziałem.
- Jest czysty? Żaden szpieg Złomiarzy? – włączył się do rozmowy Józef. Obecność księdza, Medyka oraz Iki ucieszyła mnie. Co prawda dziewczyna teraz siedziała w szklarni gdzie pracowała, ale sam fakt, że była już w Ostoi mnie cieszył. Porozmawiałem z całą trójką od razu jak wrócili, około trzech tygodni temu i wszyscy zgodzili się ruszyć razem ze mną.
- Czysty, a przynajmniej taki się wydaję. Nikt nas nie śledził – zapewniłem.
- Ciekawe – zamyślił się Józef.
                Rozmowa szybko zeszła z tematów misji, na dosyć luźne tematy, tego kto jak spędził dzień, oraz na gdybaniach typu co by było gdyby.
- Strasznie dziwnie zachowują się tutejsi. Zabiłeś pieprzonego szefa Gangu, a oni traktują cię jak mordercę – wyżalił się Medyk.
- Myślisz, że mogliby cię zaatakować? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Wątpię – odpowiedziałem bekając potężnie – Ale jakby tylko nadarzyła się okazja żeby mnie się pozbyć to myślę, że wielu mogłoby z niej skorzystać.
- Musisz jakoś odbudować ich zaufanie – stwierdził Józef.
- Tylko jak? Zabiłem szefa organizacji, która chciała zniszczyć to miejsce, ale widocznie ludzie tego nie rozumieją i dalej myślą, że ten zginął wcześniej gdy Gang zaatakował północną barykadę… - powiedziałem.
- Bez sensu – skwitował krótko Gigant.
                Nie rozumiałem dlaczego ludzie mieli tak straszliwy problem z zaakceptowaniem faktu, że byli oszukiwaniu przez tego niby-księdza. Co prawda mogłem tamtego dnia go po prostu ogłuszyć, a potem postarać się o proces dla niego, ale dlaczego miałbym trzymać zagrożenie jak mogłem się go po prostu pozbyć? Prosił mnie o to Dziara, ale to na mnie spłynęła cała wina.
- Nie martw się Bobru i tak mamy zamiar opuścić w końcu to miejsce i nawet jeżeli założymy obóz w obrębie terenów Ostoi to i tak problem zniknie – powiedział Józef poważnym tonem.
- Wiem to… - odpowiedziałem po cichu.
Nagle do naszego stołu podeszła pewna osoba. Szybko rozpoznałem kasztanowe, krótko przycięte włosy sięgające do ramion oraz parę piegów na prostym nosie. To była Ewelina, przywódczyni grupy, która tu niedawno się pojawiła. Podeszła i oparła się dłońmi o blat stołu przy którym siedzieliśmy. Była ubrana w obcisły sweter oraz dżinsy.
- Hej panowie – przywitała się, ale nawet nie czekała na odpowiedź bo spojrzała od razu na mnie i powiedziała – Bobru. Musisz ze mną iść. To zajebiście ważne, szczególnie dla ciebie.
                Zdziwił mnie trochę jej ton, ale tylko uśmiechnąłem się.
- Spoko. Panowie, dzięki za rozmowę, musimy to powtórzyć – powiedziałem do nich i wstałem. Ewelina pociągnęła mnie za rękę i wyprowadziła z baru. Wyraźnie się spieszyła.
- Możesz mi wytłumaczyć gdzie ci się tak spieszy? Gdzie mnie prowadzisz? – pytałem idąc, a wręcz biegnąc obok niej.
- Bobru idziemy do… zresztą nieważne, zaraz zobaczysz, oj ucieszy cię to – zapowiedziała podniecona.
Nie miałem pojęcia, o co jej może chodzić, ale zdobyła u mnie jako takie zaufanie, więc wierzyłem, że nie prowadzi mnie w pułapkę.
                Chwilę później byliśmy w dzielnicy, gdzie były trzy ważne rzeczy – więzienie połączone z kwaterą straży, strzelnica oraz szpital. W mojej głowie myśli zaczynały kotłować jakby chciały się wydostać na zewnątrz w każdy możliwy sposób.  Pierwsze moje podejrzenia padło na Szeryfa, który mógł powiedzieć mi coś ciekawego o miejscu, w którym przebywa część mojej grupy, która poszła z Łapą. Ale gdy skręciliśmy w uliczkę prowadzącą do szpitala moja cała wizja legła w gruzach, a w sercu poczułem podniecający niepokój. Takie uczucie pojawiało się zawsze, kiedy zaraz miało nadejść coś niesamowitego, na co czekało się od jakiegoś czasu, ale gdy już nadeszło to człowiek zaczął mieć pewne obawy.

                Ewelina z uśmiechem na twarzy przeprowadziła mnie przez wejście i szybko zaciągnęła na piętro. Dokładnie tam gdzie była pewna sala, na której od jakiegoś czasu leżał pewien człowiek. Wszedłem do pomieszczenia i szybko zauważyłem, że jest tu Mpd, Dziara oraz Erni. Ekipa, która była w moich planach od samego początku. Nogi ugięły się pode mną, a w pokoju zapanowała cisza. Pablord patrzył na mnie otwartymi oczami. Obudził się.

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 25: Dobry człowiek

Rozdział 25, ostatni w tym tomie. Jak zwykle zdecydowałem się na zmieszanie trzech perspektyw. Rozdział nie ma w sobie dużo akcji, można wręcz powiedziec, że jest przegadany, ale zabieg jest celowy. Nie zawsze wszystko musi się kończyć fajerwerkami. Poznacie tutaj dalsze plany grupy Łapy, dowiecie się jaką decyzję podejmie Erni oraz co dalej planuje Bobru. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, a moich czytelników zapraszam na dniach na film pogadankowy na temat 4 tomu, oczywiście na kanale YT: youtube.com/user/Mrbobru

---------------------------------------

Rozdział 25: Dobry człowiek [FINAŁ 3 TOMU]


Magda
                Wbiegliśmy do pomieszczenia tuż za Irkiem. Nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że został ugryziony, a stał tutaj i trzymał się naprawdę nieźle. Może miał jakiś ochraniacz? Cała nasza ósemka oddychała ciężko, wiedząc, że tak naprawdę dopiero teraz będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Krystek i Marek zablokowali drzwi, Młoda i Marta usiadły w kącie, a ja rozejrzałam się po pokoju. Był to nieco zapuszczony, ale całkiem gustownie umeblowany salon.
 Na lewo od drzwi stała długa kanapa, która spokojnie mogła zmieścić pięć osób obok siebie. Tuż obok, na środku, stały cztery skórzane fotele, a przy każdym znajdował się nieduży stolik z butelką. Na ścianie wisiały ładne obrazy, przedstawiające sceny łowieckie, a po środku nich, niczym trofeum, ogromny ekran telewizora. Oczywiście był rozbity, ale i tak prezentował się nieźle. Tęskniłam trochę za telewizją, ale w sumie moje życie było teraz na tyle ciekawe i zaskakujące, że nie mogłam narzekać. Chociaż tutaj nie mogłam zastopować akcji, żeby pójść po coś do jedzenia, albo odpocząć. Tutaj koszmar się nie kończył.
                Gdy zasłoniliśmy okna i tymczasowo zablokowaliśmy drzwi usiedliśmy odpalając jedną z lamp stojących na stolikach. Były to lampy gazowe i o dziwo były naładowane, ale jeżeli myśliwi przesiadywali w tym domu to nie było aż takie dziwne. Miczi usiadła przy Irku i rwąc kawałek bandaża, który miała przy sobie zabandażowała ranę. Ugryzienie z daleka wyglądało paskudnie.  Skóra na jego karku przybrała nieco ciemnawy kolor, ale poza tym mężczyzna w pełni kontaktował i nie zachowywał się jak ktoś, kto lada chwila miał się zamienić w zombie.
- Jakim cudem ty jeszcze żyjesz? – zapytała Łapa siadając naprzeciwko niego, na jednym z foteli. Wyglądała teraz niesamowicie dziko, cała ubrana na czarno, w skórzanej kamizelce, która napinała się nieco w okolicach biustu i wysokich butach terenowych, z twardymi, pokrytymi warstwą błota podeszwami.
- Mówiłem, że jestem niesamowity – powiedział uśmiechając się – Mogę wam pokazać znacznie więcej.
- Chwila. Chcesz mi wmówić, że jesteś niepodatny na zarażenie? – zapytała.
                Wszyscy słuchali rozmowy z dużą uwagą. Czekaliśmy chwilę na to aż Irek odpowie. W końcu odchrząknął i wstał. Powoli zaczął rozpinać swój strój aby odsłonić klatkę piersiową. Westchnęłam cicho. Młoda i Marta pisnęły, a Łapa przełknęła głośno ślinę. Całe ciało Irka było pokryte całym szeregiem blizn po ugryzieniach. Nie byłam w stanie tego zliczyć, bo rany nachodziły na siebie i się zlewały. Wyglądało to koszmarnie, ale utwierdziło mnie w jednym. Był niesamowity.
- Kiedyś jak podróżowałem jeszcze z grupą ocalałych, o której wam wcześniej opowiadałem – zaczął przykrywając ciało ubraniem – trafiliśmy na stado zombie. Wtedy odcięły nas totalnie i byłem pewien, że zginę. Widziałem już nie raz umierających od ugryzień czy też zadrapań, więc kiedy jeden z trupów mnie dorwał od tyłu, byłem pewien, że umrę. Nic się jednak nie stało. Poczułem ból i upadłem, ale poza zwykłym, ludzkim bólem nie czułem żadnych zmian zachodzących we mnie. Zacząłem walczyć. Napadło mnie wtedy ich mnóstwo i zostałem ugryziony parę razy, ale udało mi się to przetrwać. Resztę właściwie znacie. No może oprócz tego, że jak pojawiłem się w Toruniu i Dziara zobaczył moje blizny to mnie zamknął. Chciał mnie mieć do jakichś specjalnych zadań, ale zanim jakieś się zdarzyło to właściwie zostałem uwolniony, za co jeszcze raz wam dziękuje – skończył opowieść i spojrzał na nas. Widocznie ulżyło mu po skończeniu opowieści. Każdy potrzebuje czasem się wygadać.
                Łapa nie odezwała się. Kiwała delikatnie głową, jakby przytakiwała, aż w końcu podniosła się ciężko.
- Zostańmy tu na noc. A może nawet na dwa dni. Musimy odpocząć przed dalszą drogą, a to miejsce może być idealne na tymczasową bazę. Sprawdźmy teren – powiedziała, po czym podeszła do drzwi i się odwróciła w naszą stronę – Krystek pójdź z moją siostrą na zewnątrz i zamknijcie bramę oraz przenieście tu nasze rzeczy do spania i trochę jedzenia. Magda i Miczi pójdźcie sprawdzić piętro, Irek ty zostań tu z Martą, a ty Marek chodź ze mną. Zrobimy rajd po pokojach na parterze. Jeżeli znajdziecie jakiekolwiek jedzenie, amunicję, broń lub medykamenty, przynieście to tutaj – rozkazała, dosyć stanowczym tonem.
                Wszyscy rozeszli się w niecałą minutę. Ja i Miczi poszłyśmy na górę, żeby spróbować rozeznać się w terenie. Miałam złamaną rękę, więc trzymałam w pogotowiu pistolet, a Miczi szła ze swoją maczetą przodem. Starałam się również świecić latarką, którą trzymałam w połamanej ręce, ale nie wychodziło to specjalnie dobrze, bo nie mogłam odpowiednio manewrować wiązką światła. Wspięłyśmy się po schodach i rozejrzałyśmy. Korytarz biegł prosto i rozchodził się w trzy strony, do trzech, połączonych ze sobą, pomieszczeń. Miczi stuknęła parę razy w ścianę, żeby zwabić ewentualne trupy do nas. Nie usłyszałyśmy nic.
                Weszłyśmy ostrożnie do pierwszego pomieszczenia, w którym na samym środku stała duża, oszklona gablota wypełniona pucharami i medalami. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic ciekawego. Przyjrzałam się uważnie lśniącym zdobyczom i szybko zauważyłam, że wszystkie trofea pochodziły z przeróżnych zawodów związanych z tematyką łowów: tropienie, strzelanie do celu, ilość upolowanych zwierząt. Mieszkający tu myśliwi musieli być dumni ze swoich osiągnięć przed apokalipsą, ale teraz były one nic nie warte.
                Przeszłyśmy do drugiego pokoju i tutaj znalazłyśmy to co nas zdecydowanie interesowało. Stały tutaj gabloty z przeróżną bronią – od zaostrzonych noży, po strzelby. To co jednak ucieszyło mnie najmocniej to dwa łuki wiszące na ścianie. Jeden z nich zaparł mi dech w piersiach. Był dużo większy od tego, którego używałam jeszcze w Toruniu, a w gablocie znajdował się dodatkowo kołczan pełen strzał. Podniosłam ostrożnie gablotę i wydobyłam zdobycz, zawieszając sobie na plecach. Miczi pomogła mi przypiąć kołczan, a ja zadowolona jak małe dziecko pomogłam jej zapakować tyle broni ile się dało do torby, którą miała ze sobą. Zapakowałyśmy w sumie około ośmiu opakowań różnorakiej amunicji, oraz trzy strzelby, pięć noży, a także dwa podręczne rewolwery. Te były szczególną gratką, bo broń była zdecydowanie rzadko spotykana, a prezentowała się niesamowicie – smukłe lufy, bębenki zapełnione pociskami i ładna, przyozdobiona wzorami kolba.
                Miczi targała torbę  i razem ostrożnie zajrzałyśmy do ostatniego pomieszczenia. To co tutaj zobaczyłyśmy nie było już takie miłe. Pokój był sypialnią, gdzie stały cztery, piętrowe prycze. Nad jedną z nich, przyczepiony do kryształowego żyrandola wisiał mężczyzna. Nie żył, ale nie był też zombie, bo widać było sporą dziurę po wystrzale na środku jego czaszki. Ktoś mu pomógł po czym stąd uciekł. Trup makabrycznie bezwładnie zwisał, kręcąc się delikatnie, jakby jakaś niewidzialna siła kołysała go delikatnie.  Nie chciałyśmy tu przebywać ani chwili dłużej, więc wyszłyśmy z pomieszczenia i skierowałyśmy nasze kroki na dół.
- Nie mów Łapie o tych łóżkach, błagam – poprosiłam.
- Dlaczego? – spytała zaciekawiona Miczi.
- Jej ten wisielec nie będzie przeszkadzał , a ja nie chcę spać tam spać, nawet jak go zdejmiemy. Wystarczy już trupów. Prześpijmy się na kanapach w salonie – wytłumaczyłam.
- Jak chcesz – powiedziała Miczi.
                Zeszłyśmy razem i dotarłyśmy po chwili do salonu. Byli tam już wszyscy oprócz Krystka i rozkładali koce, oraz łączyli sprytnie fotele z kanapą, przez co powstało pięć potencjalnych miejsc do spania. Pozostałe trzy znajdowały się na ziemi i chociaż mogłyby się wydawać niewygodne, to wyglądała całkiem przytulnie. Dwie warstwy koców, oraz poduszki leżące na kanapie stworzyły dogodne miejsce do spania.
                Miczi rzuciła torbę z bronią i odetchnęła z ulga. Łapa widząc co przyniosłyśmy uśmiechnęła się szeroko.
- Myśliwi uzupełnili nasze zapasy, które w tej chwili powinny starczyć na przynajmniej dwa tygodnie. Krystek znalazł spore auto terenowe na zewnątrz, a w jednym z pokoi było sporo bandaży i innych medykamentów – pochwaliła się Łapa.
- No i jest cała spiżarnia żarcia. Ciągle się zastanawiam czy nie powinniśmy tutaj zostać… - dodał Marek.
- Wiem jak to wygląda, ale nie możemy zostawać w okolicy, szczególnie tak niedaleko Pierwszego Posterunku. Dlatego odjedziemy stąd, góra pojutrze – powiedziała Łapa, tonem kończącym dyskusję.
                Wszyscy dosyć szybko ułożyli się w posłaniach, tylko Krystek jeszcze nie wracał z kuchni. Po jakimś czasie przyniósł tacę pełną misek parującego gulaszu. Zadziwiało mnie skąd miał jeszcze siłę gotować, ale gdy tylko zaczęłam jeść nie pożałowałam. Było pyszne, krzepiące i zapychające. Krystek usiadł obok mnie i pocałowałam go namiętnie. Paradoksalnie ostoją nie musiało być miejsce. On był moją ostoją. Sto razy lepszą od tej Toruńskiej.
                Marek nie wiedział jeszcze o naszym związku, ale kiedy zobaczył nasz pocałunek kiwnął tylko głową. Zawsze starał się mną opiekować, ale wiedział, że Krystek jest dobrym człowiekiem i na pewno będę przy nim bezpieczna. Po zjedzeniu wszyscy położyli się. Łapa zaryglowała drzwi i usiadła jeszcze na chwilę w ciemności, przyciągając naszą uwagę.
- Wybaczcie, ale jeszcze chwilę pogadam, wiem, że wszyscy są wyczerpani, ale musimy coś ustalić – zaczęła – Dzisiaj wyjątkowo nie stawiamy nikogo na warcie, bo wątpię, żeby ktokolwiek wysiedział dłużej niż pięć minut, ale od jutra pracujemy już pełną gęba. Czeka nas bardzo długa podróż, a teraz kiedy mamy przy sobie osoby, na których nas zależy musimy ich pilnować i dawać z siebie wszystko. Nie ma tu Bobra, ale zachowujmy się jak kiedyś, a damy radę. A teraz życzę wam dobrej nocy, bo padam na pysk – przyznała, po czym ułożyła się na swoim posłaniu. Nie dałam rady już z nikim rozmawiać, więc tylko przytuliłam się do Krystka i złapałam go za rękę. Zasnęłam momentalnie.
Erni
                Tuż po tym jak ciało księdza upadło ciężko na drewniany podest zaczęło się piekło. Niektórzy zaczęli uciekać do tyłu, inni przepychali się bliżej sceny, a ci, którzy nie chcieli się ruszać z miejsca blokowali i jednych i drugich. Gigant z wielkim trudem utrzymywał nas w jednym miejscu, nawet ktoś tak wysoki i silny jak on, miał problemy z wściekłym tłumem.
                Nagle usłyszeliśmy jednak ogłuszający dźwięk megafonu i wszyscy odruchowo złapali się za uszy, ale ten ustąpił i odezwał się Bobru.
- Nie panikujcie ludzie. Wiem, że mogło to wyglądać drastycznie, ale ten ksiądz jest odpowiedzialny za śmierć naszego przywódcy Wojtka i musiał za to zapłacić. Dodatkowo jeżeli podszedłby tu ktoś, kto widział kiedykolwiek twarzy przywódcy Gangu to by wiedział, że ten człowiek to właśnie on. Nie zginął na ulicach naszego obozu parę dni temu. Przetrwał i wtopił się w otoczenie, jako sługa boży – mówił stanowczo i starał się uspokoić tłum. Póki co udało mu się chociaż zdobyć uwagę wszystkich ludzi, co już było sporym osiągnięciem – Gdyby nie Dziara, który po ostatnim zamachu jest teraz w szpitalu, w życiu bym się nie dowiedział o tym, że wróg cały czas jest w naszych murach. Teraz jednak sprawa jest rozwiązana, szkoda, że musiał za to zapłacić Wojciech. Proszę was teraz o spokojny powrót do domu i zostawienie Placu Głównego do posprzątania dla strażników.
                Ludzie rzeczywiście się uspokoili i tym razem bez przepychania się zaczęli się rozchodzić. My poczekaliśmy, aż plac praktycznie całkowicie się opróżni. W końcu obserwując jeszcze chwilę ludzi zgarniających trzy ciała odwróciliśmy się, żeby wrócić do swoich obowiązków i przede wszystkim odpoczywania. Wtedy jednak usłyszałem kroki i zobaczyłem, że Bobru idzie w naszą stronę.
- Poczekajcie chwilę – poprosił. Dogonił nas po chwili.
- Mam do was prośbę. Teraz sytuacja w Ostoi powinna powoli się uspokajać, więc chciałbym, żebyśmy dzisiaj solidnie odpoczęli i to wspólnie. Co powiecie na spotkanie się w barze? Porozmawianie, upodlenie się i tyle? – zaproponował. Wszyscy kiwnęli zgodnie głowami. Co jak co, ale było nas teraz mało. Nie tyle ile przy przyjeździe do Ostoi.  Musieliśmy trzymać się razem. Chociaż ja miałem coraz więcej wątpliwości. Nie wiedziałem, czy będę chciał kiedykolwiek opuszczać to miejsce. Było tutaj źle, ale wydawało mi się, że najgorsze czasy już minęły. Teraz władze zapewne obejmie Dziara, a on potrafił dowodzić, chociaż czasami zachowywał się jak szaleniec.
- Dobra to ogarnę się, załatwię parę formalności i za jakąś godzinkę będę w barze – obiecał i wrócił w stronę sceny.
                My rozdzieliliśmy się nieco, bo każdy chciał wrócić do swoich mieszkań i przebrać się oraz odpocząć chwilę w ciszy. Ja postanowiłem, że zaproszę jeszcze na spotkanie Rekina oraz Łowcę, którzy pomogli mi podczas ostatniego wypadu Zbłąkanym Ocalałym. Jeżeli nawet nie odejdę z tego miejsca z Bobrem, tak jak on to planował od wieczora, w którym wróciłem do Ostoi z Dalionem i rozmawialiśmy, to pomogę mu, żeby nie ruszał sam. Wiedziałem jak musiała go boleć strata paru osób, które uciekły z Ostoi razem z Łapą. Jak musiała go boleć strata samej Łapy.
                Wróciłem na chwilę do mieszkania, wciąż rozerwany pomiędzy dwoma rzeczami – spokojnym życiem w Ostoi i dalszą podróżą z przyjaciółmi, kiedy przed drzwiami zauważyłem Karolinę. Widocznie na mnie czekała. Podszedłem i się przywitałem.
- Hej, co jest? – zapytałem.
- Hej… Chciałam się z tobą spotkać na osobności i jeszcze raz podziękować. Za wszystko co zrobiłeś – powiedziała. Otworzyłem drzwi do mieszkania i wszedłem tam, wpuszczając ją do środka.
- Wiesz nie ma sprawy. Niby uratowałem ciebie i twoich przyjaciół, ale w potrzebie zostawiłem was w Królowym Moście i uciekłem. To nie jest coś czym bym chciał się szczycić – kontynuowałem zdejmując brudną koszulę i rzucając ją na bok. Podszedłem do szafy i otworzyłem ją, żeby znaleźć coś innego.
- Zamierzasz stąd odejść? Ze swoimi przyjaciółmi? – zapytała.
- Skąd pomysł, że ktokolwiek chce stąd odejść? – zapytałem wciąż szukając odpowiedniego, czystego ubrania, co wcale nie było takie łatwe.
- Słyszałam rozmowę tego całego Bobra. Mówił komuś, że planuje stąd wyjechać, a słyszałam, że jesteście przyjaciółmi, więc wydawało mi się, że ty też będziesz chciał stąd uciec – powiedziała.
- Wiesz Bobru to mój kumpel. To właśnie z nim przeżyłem pierwsze, trudne dni po wybuchu tej zarazy… - zacząłem, ale nagle aż podskoczyłem, kiedy poczułem ręce na plecach. Odwróciłem się i zobaczyłem, że dziewczyna podeszła do mnie i nagle pocałowała.  Nie odepchnąłem jej, a nawet odwzajemniłem pocałunek. Potrzebowałem tego.
                Trwaliśmy tak jeszcze parę minut, aż w końcu odeszła dwa kroki do tyłu i spojrzała na mnie. Jej policzki były czerwone.
- Nie chcę, żebyś odjeżdżał.
Co ja biedny, mogłem począć. Nie dość, że się wahałem, to teraz do miejsca na wadze z tabliczką „Ostoja” dołączyła kolejna, ogromna szalka. Czy naprawdę za parę dni lub tygodni mogłem na zawsze opuścić grupę Bobra i już do końca moich dni jeździć Zbłąkanym Ocalałym po dobrze mi znanej trasie? Wydawało mi się, że nie wiedziałem, ale tak naprawdę w głębi ducha byłem już w stu procentach pewien. Przez chwilę patrzyłem na Karolinę w milczeniu, aż w końcu podszedłem do niej i prosząc żeby usiadła, złapałem za rękę.
                Oddychała ciężko. Nie wiem dlaczego, ale ja też nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Kto by pomyślał. Zapuściłem brodę i umiałem wyzbyć się emocji, żeby wyglądać jak prawdziwy twardziel, kiedy ruszałem w trasę moim autobusem. Wtedy na drodze każdy się mnie bał, a ja teraz byłem prawdziwie przerażony zwyczajną dziewczyną siedzącą przede mną.
- Naprawdę mi na tym zależy… - dodała – Wybacz, jeżeli cię przestraszyłam. Po prostu czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. To naprawdę nie jest łatwe… - tłumaczyła dalej, ale wiedziałem, że mówi z sensem. Czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Zrezygnować z czegoś w życiu, aby zacząć nowy rozdział. Każdy człowiek zrezygnował z czegoś, gdy zaczęła się apokalipsa. Z normalnego życia. Wtedy nie czuliśmy tak tego wyboru, ale teraz to rozumiałem.
                Uśmiechnąłem się.
- Zostanę tutaj. Nigdzie nie pojadę. Obiecuję – powiedziałem. Karolina przytuliła się do mnie.
Bobru
                Czekałem w barze spokojnie, aż reszta zaproszonych ludzi się pojawi. Poprosiłem nawet Czarka, właściciela baru, aby udostępnił nam kawałek lokalu i pozwolił połączyć stoły, bo spodziewałem się przynajmniej sześciu osób. Zamówiłem dwie metalowe beczułki z piwem, chociaż nie wiedziałem jak mogę się odwdzięczyć barmanowi za to, że po prostu mi je dał. Obiecałem sobie, że jak znajdę coś dobrego to od razu spłacę u niego dług.
                Pierwszy pojawił się Gigant i Ruda. Dopiero teraz po chwili od ostatnich wydarzeń, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w mojej grupie została tylko Ika, jeżeli chodziło o dziewczyny. Praktycznie cała damska część moich towarzyszy uciekła z Łapą, co było dosyć straszne. Przywitałem się z przyjacielem i córką Kapitana, po czym usiedli obok mnie.
- Wow, szykuje się niezła impreza – skomentował Karol.
- Masz rację przyjacielu – odpowiedziałem biorąc łyk z kufla.
- Jakaś specjalna okazja? – zapytał.
- W sumie chcę z wami porozmawiać. W takiej grupie.
- Czuję się wyróżniona – odpowiedziała Ruda.
                Po chwili dołączył do nas Dymitr. Usiadł obok Rudej i nalał sobie od razu piwa.
- Co za dzień… - westchnął, pijąc i stawiając z impetem naczynie na stół.
- Bobru… sorry, ale muszę zapytać. Skąd wiedziałeś? – zapytał.
- Skąd wiedziałem co? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, chociaż dobrze wiedziałem o co mu chodzi.
- Jan. Rozpoznaliśmy go z Dymitrem. Nie byliśmy pewni, ale kiedy go zastrzeliłeś to wiedzieliśmy, że zrobiłeś dobrze – wyraził uznanie Gigant.
- Dziara mi powiedział. On chyba wiedział, że ten skurczybyk się tu zaszył, ale chciał żeby poczuł się pewnie. Niestety Karzeł zapłacił za to życiem – odpowiedziałem, nieco kłamiąc. Dziara dokładnie wiedział, że Jan będzie chciał zabić Karła. Wykorzystał go do tego – Mnie bardzo ciekawi fakt skąd ty znałeś tego Jana? – pytanie skierowałem do Dymitra.
- Nie opowiedziałem ci nigdy? W sumie pewnie nie, nie zdążyliśmy się jeszcze poznać. Opowiem wam, jeśli nie macie nic przeciwko – zaproponował.
                Nikt nie miał nic przeciwko.
- A więc tak, jak Erni spotkał mnie na drodze do Torunia, tuż przed twoim przyjazdem to uciekałem wtedy właśnie od Gangu. Od początku apokalipsy kręciłem się tu i tam i jeździłem na swoim motorze. Wciągnąłem się w narkotyki i w sumie zażywałem je nawet gdy to gówno się już zaczęło. Z niedużą paczką ocalałych trafiliśmy raz na oddział Gangu –zrobił przerwę na wzięcie łyka piwa -  Był tam Jan. Rozpieprzył nas konkretnie i zabrał mi motor. Udało mi się uratować tylko towar, ale przyjaciół już nie. Byłem na siebie za to zły i wtedy będąc na drodze prawie przejechał mnie Erni. Całe szczęście zatrzymał się i pozwolił mi wejść. Resztę już znacie – zakończył opowieść odgarniając włosy z czoła i zaczesując je do tyłu ręką.
                Wtedy do baru wszedł Erni, Łowca oraz Rekin. O ile dwóch pierwszych znałem bardzo dobrze, to tego ostatniego jeszcze nie zdążyłem poznać. Był mężczyzną na oko w wieku Łowcy, albo podobnym. Na czarnej brodzie widać było nawet już pierwsze oznaki siwizny.  Brązowe włosy Łowcy wciąż połyskiwały, więc prezentował się żywiej. Wstałem i przywitałem się z nim. Uścisk miał mocny, a spojrzenie szczere i łagodne. Gdy wszyscy zajęli miejsca, jedno wciąż było puste. Zauważył to Erni, który wskazując je zapytał.
- Spodziewamy się jeszcze kogoś?
- Tak – odpowiedziałem krótko. Zaprosiłem jeszcze jedną osobę, która mogła być zainteresowana moją ofertą. Oczywiście nie liczyłem biednego Pablorda, który wciąż leżał w szpitalu.
                Rozmowa trwała i było dosyć przyjemnie. Wszyscy rozluźnili się i opowiadali innym różne historie. Ludzie kochali historie, szczególnie te z lepszych czasów, kiedy niektóre osoby jeszcze żyły.
- Pamiętam jak wbiegłem do tego młyna i zobaczyłem ciebie, Miczi i tamtych chłopaczków. Myślałem, że trafiłem z deszczu pod rynnę – mówił Gigant wspominając nasze pierwsze spotkanie.
- Ja się zastanawiałem, czy nie śnię, w końcu nie na co dzień i to jeszcze podczas apokalipsy widzi się mężczyznę z mieczem na plecach i drugiego w płaszczu z kapturem jak u jakiegoś rzezimieszka – odpowiedziałem uśmiechając się szeroko.
- A pamiętasz jak odbijaliśmy brata Erniego na moście? Byliśmy w przesranej sytuacji – skomentował.
- Sytuacja była naprawdę przejebana – skwitował Erni.
                Siedzieliśmy tu już około godziny, więc niecierpliwiłem się, bo miałem do przekazania ważne informacje, a ostatniego gościa wciąż nie było. Wtedy pojawił się, a wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Był to Mpd. Od kiedy stracił posadę Czerwonej Flary to zachowywał się inaczej. Stracił całkowicie dawną wolę życia. Teraz podszedł i przywitał się z wszystkimi po czym usiadł na wolnym miejscu.
- To jest Mateusz, mój przyjaciel i do niedawna Czerwona Flara. Teraz możemy przejść do meritum sprawy – zapowiedziałem i przedstawiłem go osobom, które jeszcze go nie znały.
- Czyli jednak nie sprowadziłeś nas tu w celach towarzyskich? – zapytała Ruda.
- Nie do końca – powiedziałem.
                Rozejrzałem się po wnętrzu. Teraz oprócz naszej grupki było tu tylko pięć osób, które kompletnie nie zawracały sobie nami głowy. Wziąłem potężnego łyka, odetchnąłem głęboko i zacząłem mówić.
- Nie wiem czy wiecie, ale planuje niedługo opuścić to miejsce – zacząłem i od razu zauważyłem, że na niektórych twarzach pojawiło się zaskoczenie, a na innych smutek – To miejsce wiele mnie nauczyło, ale za ogromną cenę. Teraz sam już nie wiem czy bezpieczniej jest siedzieć tutaj w Ostoi z ludźmi, którzy zabierają mi garściami osoby, które kocham, czy krążyć wraz z trupami po drogach szukając nowego miejsca. Lepszego miejsca – zrobiłem efektowną pauzę, żeby wszyscy przeanalizowali moje słowa – Dlatego zaprosiłem was tutaj dziś. Ludzi, których lubię i z którymi jestem gotów wyruszyć dalej. Co prawda nie wszystkich jeszcze znam dobrze – tutaj spojrzałem na Rekina i Rudą – ale jestem gotów zaufać. Chciałbym was zapytać, kto byłby w stanie już niedługo opuścić to miejsce razem ze mną.
                Tego momentu obawiałem się najbardziej. Nie miałem pojęcia jak zareaguje reszta. Mogłem być praktycznie pewny tylko reakcji Giganta, który, jak miałem nadzieję, pójdzie za mną wszędzie, ale reszta pozostawała pod sporym znakiem zapytania. Nie każdy mógł chcieć uciec z miejsca otoczonego murami i pełnego ludzi. Ale to właśnie ci ludzie sprawili, że sporo straciłem. To oni doprowadzili mnie do takiego stanu.
- Ja za tobą pójdę Bobru – odpowiedział Gigant jako pierwszy – Jesteśmy w tym gównie od dawna i nie wyobrażam sobie dalszego mieszkania tutaj ze świadomością, że walczysz gdzieś w drodze z bandą trupów.
- Ja też chcę iść z tobą – odpowiedziała Ruda. Zaskoczyła mnie tym.
- Twój ojciec na to pozwoli? – zapytałem ostrożnie.
- Jestem już dużą dziewczynką i umiem o siebie zadbać. Zresztą jak usłyszy, ze pojechałam z tobą to na pewno będzie wiedział, że jestem w dobrych rękach – stwierdziła uśmiechając się. Miała piękny uśmiech.
- Ja też się z tobą zabiorę młody. Dobrze wspominam podróż do Torunia. Jeżeli ruszymy Potworem to będę wniebowzięty – powiedział Łowca, a ja uśmiechnąłem się szeroko. Miło wspominałem podróż Potworem, czyli ogromnym tirem towarowym Łowcy. Jakie szczęście mnie spotkało, że akurat on wtedy był na dachu w Supraślu i mi pomógł.
- Ja też chcę jechać – wysapał nieco podpity już Dymitr – Przygoda… przygoda…
- Co prawda nie znamy się jeszcze dobrze, ale skoro zostałem uratowany przez was, to mogę z wami ruszyć dalej. Musze spłacić ten dług – powiedział Rekin.
                Póki co wszystko szło idealnie. Jedna z kelnerek podeszła do nas, żeby zabrać jedną z opuszczonych beczek. Wydawało mi się przez chwilę, że spojrzała na Erniego, ale nie byłem tego pewien.
- Kurde parda, Bobru… W sumie sam nie wiem, czy ja się przydam? Nie mam ręki i ogólnie jest jakoś beznadziejnie, co z Pablordem? Zostawimy go tu tak? Bo jak tak to chyba nie jadę, ale jakbyśmy go wzięli jakoś ze sobą to… - rozpędził się jak zwykle Mpd.
- Spokojnie Mateusz. Poczekamy aż się wybudzi, nawet jak to potrwa jeszcze długi czas.
Mpd uśmiechnął się słysząc tą informację.
- Ja nie jadę – wyrzucił z siebie Erni.
                Chociaż rozmawialiśmy już na ten temat w szpitalu, podczas wymiany z Dalionem, to zabolało mnie to. Nie licząc Giganta, nie będę miał przy sobie już nikogo, kto był ze mną w Królowym Moście, a nawet wcześniej.
- Dlaczego? – spytałem machinalnie, chociaż nie chciałem. Po prostu samo ze mnie to wyleciało.
- Jest mi tu dobrze. Ustatkowałem się. Kiedy tylko wyruszam Zbłąkanym za mury Ostoi czuję się wiecznie niepewnie i marze tylko o powrocie za mury. Wybacz… - powiedział, chociaż w jego głosie nie słychać było, żeby żałował.
- Nie będę naciskał. Rozumiem – skłamałem.
                Sytuacja się nieco zagęściła, ale uśmiechnąłem się szeroko, żeby pokazać, że nie mam nikomu za złe.
- Skoro większość z was się zgadza, muszę was poprosić o jedną bardzo ważną rzecz. Nie narażajcie się. Starajcie się trzymać z dala od kłopotów, a jak wszystko się ułoży to wyruszymy. Oprócz Pablorda czekamy jeszcze na trójkę ludzi, która pojechała na Drugi Posterunek. Powinni wrócić na dniach, a nie mogę ich zostawić w taki sposób. A teraz wróćmy do picia! – ostatnie słowa wręcz wykrzyczałem.
Bolał mnie fakt, że Erni postanowił zostać. To on był pierwszą osobą, o której pomyślałem gdy wybuchła apokalipsa. Mieliśmy trzymać się razem do końca. Co mogło go przekonać do pozostania tutaj? Wątpiłem, żeby chciał tu zostać tylko ze względu na Dziarę.
                Impreza trwała. Po kolejnych dwóch godzinach Rekin i Dymitr poszli, bo Dymitr już nie dawał rady, a Rekin obiecał go odprowadzić do domu i położyć. Wtedy do baru wbiegł Maciek, jeden z Czerwonych Flar. Podbiegł do mnie. Nie do końca wiedziałem czego może ode mnie chcieć, poza tym byłem już po paru piwach, ale gdy poprosił mnie na bok to chwiejnie wstałem i poszedłem za nim.
- Dziara cię wzywa – powiedział.
- Dalej jest w szpitalu? – spytałem.
- Tak.
- Zaraz tam pójdę – obiecałem.
                Wróciłem na chwilę do stołu i powiedziałem reszcie, że znikam na chwilkę, żeby odwiedzić Dziarę po czym powoli ruszyłem. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się pod drzwiami szpitala. Zamyśliłem się kompletnie i instynktownie dotarłem na miejsce. Przeszedłem przez próg i po schodach trafiłem na piętro, na którym leżał Dziara i Pablord. Przechodząc obok sali Pablorda zerknąłem i uśmiechnąłem się widząc mojego towarzysza. Dalej spał, ale miałem nadzieję, że jego stan w końcu się ustabilizuje i się wybudzi.
                Gdy dotarłem do miejsca gdzie leżał Dziara odetchnąłem głęboko i wszedłem. Dziara siedział wsparty poduszkami i czytał. Oderwał wzrok natychmiast po tym jak mnie zauważył i przywitał mnie.
- Bobru! Słyszałem, że ci się udało! – powiedział radośnie.
- To prawda. Nie jest to coś, czym się specjalnie szczycę, ale tak. Udało mi się.
- Dzisiaj jest dzień, kiedy zaczyna się nowy epizod w naszym życiu. Ty i ja. Władcy Ostoi, najlepszego miejsca na Ziemi!
- Przykro mi Krzysiu – zwróciłem się do niego po raz pierwszy po imieniu – Ale mam inne plany.
                Uśmiech zniknął z jego twarzy, ale nie pojawił się na jego miejscu gniew.
- Jak to?
- Wybacz. Tym razem ja mam plan i musisz się zgodzić na jego warunki. Proszę cię jak przyjaciel przyjaciela – powiedziałem poważnie.
- Bobru co ty gadasz? Teraz wszystko będzie dobrze. Ostoja stanie się dobrym miejscem.
- Wierzę w to Dziara. Ale musze odejść. To miejsce nauczyło mnie wielu rzeczy, ale najważniejszą jest ta, że ludzie są znacznie gorsi od zombie – wytłumaczyłem.
- Łamiesz mi serce kolego – powiedział rozżalonym głosem.
- Dziara, po prostu proszę cię o pozwolenie o odejście. Ja plus osoby, które będą miały ochotę. Nie martw się nie zabiorę wszystkich, ale proszę cię o zwolnienie z służby Pablorda i pozwolenie na odejście Mateusza. Weźmiemy tir Łowcy i znikniemy. Możliwe, że jeszcze kiedyś tu wrócimy, ale to nie jest nic pewnego. To miejsce zabrało mi mnóstwo osób, które kochałem. Nie pozwolę zginąć nikomu więcej.
                Przez chwilę w pomieszczeniu panowała taka cisza, że słyszeliśmy pracujące maszyny parę pomieszczeń dalej. W końcu Dziara westchnął i zapytał.
- Kiedy chcesz odejść?
- Jak tylko moi ludzie wrócą z Drugiego Posterunku i Pablord się obudzi – powiedziałem.
- Nie wiem czy poradzę sobie z dowodzeniem bez ciebie. Jesteś świetnym ocalałym. Powinieneś kierować ludzkością, tyle ci powiem – wyznał Dziara. Poczułem dumę, ale wiedziałem, że nie mogę tu zostać.
- Nie nadaje się do tego. Jestem… nie jestem dobrym człowiekiem – wytłumaczyłem.
- Jesteś dobrym człowiekiem Bobru. Zawsze nim będziesz. Ludzie to w tobie widzą i dlatego za tobą podążają.
- Mam nadzieję, że Ostoja się utrzyma długo Dziara, bo możliwe, że pewnego dnia tu wrócę. Póki co mogę ci powiedzieć, że Erni zostanie. Tak zadecydował.
- Cieszy mnie to. Współpraca z wami to była czysta przyjemność – powiedział.
                Milczałem. Nie wiedziałem jak odpowiedzieć.
- Czy to wszystko? – spytałem w końcu.
- Tak – odpowiedział.
- Bywaj – rzuciłem krótko.
Nie odpowiedział. Wyszedłem z budynku i spojrzałem w niebo. Było już ciemno. Gdzieś na niebie coś mignęło. Dobry człowiek… pomyślałem, nie zasługuje na to miano. Ruszyłem przed siebie, a w głowie rysował mi się plan. Plan na dalszą podróż.

Koniec tomu 3